ROZDZIAŁ 3
Emilia Pieczkowska, trzydziestopięcioletnia żona właściciela żwirowni, poprawiła makijaż przed lustrem w korytarzu, a potem złapała leżącą na szafce torebkę.
- Wychodzę! - zawołała w stronę schodów na piętro. - Nie wiem, o której wrócę.
Odpowiedziała jej cisza. Emilia przez moment rozważała, czy pójść na górę i powtórzyć to swojemu nastoletniemu synowi, tym razem prosto do ucha, ale w końcu uznała, że siedemnastoletni Łukasz jakoś sobie bez niej poradzi. Jak znała życie, siedział teraz przed komputerem ze słuchawkami na uszach i rozgrywał wirtualny mecz z kolegami. Pewnie gdyby weszła w takiej chwili do jego pokoju, dostałaby od syna do wiwatu, mimo iż był raczej grzecznym dzieckiem.
Po raz ostatni skontrolowała przed lustrem swój wygląd. Jej pociągłą twarz zdobił elegancki makijaż, a brązowe włosy za ramiona miała dziś spięte z tyłu w kok. Ubrana była w jasnoróżowe cygaretki, białą koszulę i beżowe buty na słupku. Zadowolona z tego, co widziała w odbiciu, wzięła kluczyki do auta i na wszelki wypadek zamknęła porządnie drzwi do domu. Znała Łukasza aż za dobrze i wiedziała, że pochłonięty grą komputerową nie usłyszałby nawet bombardowania, a tym bardziej przyjścia gościa albo złodzieja. A Emilia nie po to wyposażyła dom w drogie i ładne rzeczy, by jacyś ludzie je teraz rozkradli.
Umówiła się dzisiaj na spotkanie nad rzeką z dawno niewidzianą koleżanką. Ładna pogoda sprzyjała aktywnościom na świeżym powietrzu, zwłaszcza na terenie utworzonego kilka lat temu kąpieliska. Dzięki staraniom lokalnych władz usypano nad rzeką plaże, ustawiono kilka altanek, stworzono miejsca do grillowania i pomost, na którym miło było posiedzieć w takie dni jak ten. Emilia była tam kilka razy z Edytą na lodach czy gofrach. A ponieważ ceniła sobie punktualność, nie chciała się spóźnić.
Pieczkowscy mieszkali w nowym i gustownie wykończonym domu kawałek za wsią, z widokiem na znajdującą się kilkaset metrów dalej żwirownię. Pomarańczowy dach ich domu lśnił w słońcu, a dzięki licznym dużym oknom pomieszczenia były słoneczne i jasne. Dom otaczał duży, zadbany ogród. Emilia wynajęła projektanta, który zaprojektował tę przestrzeń w przyjemny dla oka i funkcjonalny sposób. Wzdłuż podjazdu, między bukszpanami, wiosną kwitły rzędy tulipanów, narcyzów i szafirków, a latem, pod oknami domu, róże oraz hortensje. Znalazło się też miejsce na taras ze strefą relaksu, schowaną wśród drzew saunę oraz małe oczko wodne, nad którymi rosły karłowate wierzby, trawy pampasowe i pięknie kwitnąca wiosną magnolia. Idąc do samochodu, Emilia za każdym niemal razem zachwycała się mnogością roślin, które znalazły się na tej działce. Od czasu nasadzenia ich przez profesjonalnych ogrodników dbała o nie osobiście i cieszyła się z każdego kwiatka oraz listka. Roślinność stała się jej pasją i wcale się z tym nie kryła. Niestety, jej mąż i syn tego nie rozumieli i żartowali sobie z niej, gdy ubrana w różowe kalosze i kolorowe rękawiczki przeznaczone do prac w ogrodzie szła pielić kwiaty.
Ale oni w ogóle żyją w innym świecie - pomyślała Emilia, wsiadając do dużego, czarnego SUV-a, który kupił jej niedawno mąż. Czasami czuła się tutaj potwornie samotna, nie pomagała świadomość posiadania pięknego domu i ogrodu.
Założyła okulary przeciwsłoneczne, by nie musieć mrużyć oczu przed słońcem, a potem wycofała samochód. Dom znajdował się przy bocznej drodze wiodącej do lasu, ale nad rzekę jechało się w przeciwnym kierunku. Emilia musiała przejechać przez wioskę, więc zwolniła w terenie zabudowanym, a potem znowu przyspieszyła na bocznej drodze wśród pół i łąk. Minęła przyczepę czy raczej domek holenderski faceta, który pracował dorywczo u jej męża, a potem skręciła w lewo i po kilku minutach wjeżdżała już na parking nieopodal kąpieliska. Fala upałów jeszcze nie nadeszła, więc nie było tu dzisiaj tłoku. Emilia zaparkowała samochód przy niewielkiej skarpie, wysiadła i poszła poszukać Edyty. Stopy lekko ślizgały jej się na trawie, gdy schodziła ze skarpy. Żeby nie upaść, patrzyła pod nogi, choć rozpościerał się przed nią jeden z ładniejszych krajobrazów w okolicy. Na wzniesieniu był idealny punkt widokowy, z którego wiele osób obserwowało panoramę jeziora. Tafla wody skrzyła się w słońcu, głęboka zieleń otaczającego wodę lasu kontrastowała z błękitem bezchmurnego nieba. Po złocistym, nagrzanym piasku biegała grupka dzieciaków, a ich matki siedziały na piknikowych kocach albo w cieniu ustawionych przy plaży altanek. Na lewo mieściła się budka z lodami i goframi, a tuż za nią budynek z wypożyczalnią kajaków, rowerów wodnych i łódek. W sezonie okolica tętniła życiem.
Niedługo będzie tu gwar i mnóstwo ludzi - pomyślała Emilia. W zeszłym roku ściągnęli tu nawet faceta z maszynką do kręcenia waty cukrowej i małżeństwo sprzedające balony z helem i inne artykuły dla dzieci.
Zaczęła wypatrywać Edyty. Nie umówiły się w konkretnym miejscu, ale na szczęście szybko dostrzegła ją siedzącą na ławce nieopodal budki z lodami. Krótkie włosy koleżanki rozwiewał wiatr, na nosie Edyta miała duże okulary przeciwsłoneczne. Szczupła i ubrana w sukienkę w kwiaty z daleka wyglądała bardziej jak nastolatka niż stateczna kobieta po trzydziestce. Emilia zamachała do niej i przyspieszyła kroku, uważając na dzieci, które biegały po plaży.
Ach, jak fajnie wyrwać się z domu - uznała, rozkoszując się piękną pogodą i ciesząc perspektywą spotkania z koleżanką. Wreszcie będzie mogła porozmawiać z kimś, kto ją rozumie.
Znały się z Edytą od lat. Może nie była to wielka, wieloletnia przyjaźń od szkolnej ławki, ale coś tam już razem przeżyły. Poznały się, kiedy Emilia kilka lat temu podjęła pracę jako kurator rodzinny. Łukasz był już wtedy na tyle duży, że nie potrzebował popołudniami stałej opieki i kobieta zaczęła się nudzić. Pracowała jako terapeutka zajęciowa w fundacji w pobliskim miasteczku, ale w niepełnym wymiarze godzin, i dysponowała naprawdę sporą ilością wolnego czasu. Koleżanka z pracy opowiedziała jej o wolnym wakacie na stanowisku kuratora rodzinnego. Emilia nie zastanawiała się długo. Mąż tej znajomej kierował zespołem kuratorów przy sądzie rejonowym i jeszcze tego samego dnia Pieczkowska uzyskała od niego wszelkie potrzebne informacje w związku z tą pracą. Dwa miesiące później została kuratorką, choć nie do końca podobało się to Jerzemu, jej mężowi.
- Mamie znudziły się kwiatki, więc postanowiła pielęgnować rodziny w okolicy - kpił do Łukasza.
Jednakże Emilia była pewna swojej decyzji. Z zapałem przeglądała teczki rodzin, które dostała pod skrzydła. Szef zespołu kuratorów chwalił jej skrupulatność i zaangażowanie.
- Dobrze się sprawdzasz. Pasuje do ciebie ta praca - powiedział któregoś razu i Emilia do tej pory traktowała te słowa jako najcenniejszy komplement.
To właśnie w tamtym momencie życia poznała Edytę. Spotkały się po raz pierwszy podczas jakiegoś zebrania, zaczęły gawędzić na korytarzu w trakcie przerwy i szybko odkryły, że mówią podobnym językiem. Obie były mamami dorastających dzieci, obie traktowały tę pracę dorywczo. Cechowało je podobne spojrzenie na świat. Od pewnego czasu raz na kilka tygodni umawiały się gdzieś na kawę, by pogawędzić o pracy i życiu osobistym. Emilia zawsze bardzo cieszyła się na te spotkania, bo nie miała tu innej przyjaciółki.
Podeszła teraz do Edyty i przywitała ją serdecznym uściskiem.
- Cześć! Jak miło cię widzieć!
- Ciebie też, Emilko! - Edyta również przytuliła ją mocno. - Schudłaś czy mi się wydaje?
Pieczkowska odsunęła się od niej i odgarnęła włosy za ucho.
- Tylko kilogram, więc nie ma o czym mówić.
- Daj spokój, dla kogoś, kto się odchudza, każdy miligram jest ważny! Ale ty chyba tego nie robisz, co? Jesteś taka szczuplutka!
Emilia odruchowo przesunęła dłońmi po biodrach. Choć był taki etap w jej życiu, niedługo po porodzie, gdy miała kilka nadprogramowych kilogramów, bo zajadała stresy, to nigdy nie miała nadwagi. Wręcz przeciwnie - należała do kobiet, które nie byłyby złe, gdyby trochę przytyły. Miała talię szczupłą jak osa i zawsze w sklepach kupowała ubrania w najmniejszych rozmiarach.
- Nie, nie odchudzam się - uspokoiła przyjaciółkę.
- To dobrze, bo chciałam namówić cię na gofra - odparła Edyta, wskazując budkę ze słodkościami. - Specjalnie nie zjadłam przed wyjściem z domu za dużo, żeby zmieścić deser.
- A wiesz, że ja też od rana myślę o gofrach? - zaśmiała się Emilia.
- No to idealnie się składa - odrzekła Edyta i sięgnęła do torebki po portfel. - Z czym bierzesz? Ja z bitą śmietaną i truskawkami.
- Widzę, że już wszystko sobie dokładnie zaplanowałaś.
- A jakże! Gdy tu na ciebie czekałam i wdychałam te nieziemskie zapachy, myślałam tylko o jedzeniu.
Emilia pokręciła głową, wyraźnie rozbawiona jej słowami, a potem podeszła bliżej budki i spojrzała na menu.
- Ja wezmę z cukrem pudrem i jagodami - zdecydowała się. - I białą kawę do tego.
- O tak, ja też nie pogardzę odrobiną kawy - podchwyciła koleżanka.
Podeszły do ekspedientki, żeby zamówić kawy i słodkości. Za ladą stała ubrana na czarno dziewczyna, którą Emilia kojarzyła z miejscowości. Niestety, jej rodzina nie cieszyła się zbyt dobrą opinią wśród okolicznych mieszkańców. O ile Emilia dobrze pamiętała, rodzice młodej zmagali się z problemem alkoholowym. W podstawówce Lena, bo tak miała chyba na imię, chodziła do klasy z Łukaszem i Emilia kojarzyła, że na żadnym z zebrań dla rodziców nie pojawił się ani ojciec, ani matka dziewczynki. Nie mogła wtedy pojąć, jak można tak nie dbać o dziecko. Ale potem, gdy zaczęła pracować jako kuratorka, tyle widziała dysfunkcyjnych rodzin, że wcale już jej to nie dziwiło, chociaż miała miękkie serce i była niezwykle wrażliwa na ludzką krzywdę.
Zamówiły z Edytą gofry i kawę, a gdy dziewczyna podała im zamówienie, poszły usiąść na pomoście. Już z daleka widziały, że nie biegają po nim żadne dzieciaki, więc rozsiadły się na deskach i spuściwszy nogi, zaczęły delektować się goframi.
- Mmm... Mój jest obłędny! - stwierdziła Edyta z pełnymi ustami.
Emilia przytaknęła jej, ocierając puder z kącika ust.
- O tak. Słodka rozpusta.
- Raz na jakiś czas można - rozgrzeszyła je szybko Edyta.
- Kochana, nie mówię, że nie. Choć są tak dobre, że człowiek musi się naprawdę mocno pilnować, żeby się od nich nie uzależnić.
- Co racja, to racja - zgodziła się z nią Edyta. - Ale opowiadaj lepiej, co tam słychać u ciebie. Tak dawno się nie widziałyśmy!
Emilia ugryzła kolejny kęs gofra, a potem napiła się kawy.
- No wiesz, zbliża się koniec roku, więc Łukasz ma masę sprawdzianów i muszę go gonić do nauki. Chociaż zaraz będzie miał osiemnaście lat na karku, to w tej kwestii nadal nie dorósł i najchętniej grałby tylko na komputerze.
- Pocieszę się, że nie on jeden. Mój Maciek też bez przerwy gada z kolegami i rozgrywa z nimi jakieś wirtualne meczyki.
- Okropne to jest, co nie? A kiedyś chłopcy chodzili na boisko pokopać piłkę nożną.
- Wielogodzinne przesiadywanie przed ekranami to chyba już domena naszych czasów... - westchnęła Edyta.
- A poza tym to wszystko u mnie po staremu. Jerzy jak zawsze dużo pracuje i bez przerwy przesiaduje w żwirowni, a teściowa przywiozła mi niedawno kolejne zrobione na szydełku serwetki, żebym przeznaczyła je na licytacje dla jednego ze swoich podopiecznych w placówce.
- Znowu utworzyliście jakąś zbiórkę?
- Tak, na rehabilitację dla dziewczyny ze stwardnieniem rozsianym.
- Trzymam kciuki, żeby szybko i z sukcesem udało się ją zakończyć.
- Dzięki. Na razie dobrze nam idzie, uzbieraliśmy już ponad połowę kwoty. Dyrektorce udało się uzyskać wsparcie w urzędzie gminy i podobno w całym mieście leżą informacyjne ulotki.
- No dobrze, skoro opowiedziałaś mi już o całej swojej rodzinie, to powiedz w końcu, co tam słychać u ciebie. Ale u ciebie, bo o to właśnie pytałam - zaznaczyła. - Chcę wiedzieć, co u Emilii Pieczkowskiej, a nie u jej męża, syna czy teściowej.
Emilia uśmiechnęła się i znowu uniosła do ust swojego gofra.
- A u mnie to chyba nic ciekawego się nie dzieje... - odparła.
Niezwykle jej się spodobało, że dla kogoś wreszcie przestała być transparentna. Ostatnio miała nieodparte wrażenie, że nikt jej nie zauważa i że nawet gdyby nagle zniknęła bez śladu, to nikt by się tym nie przejął.