Rozdział 2
Iga wróciła do łóżka i zacisnęła mocno powieki. Znowu zaczęła wpadać w znaną sobie i znienawidzoną spiralę lęku i złości. Bo jeśli nie da rady dziś zwlec się z łóżka i nie pójdzie na casting, Hans jej nie wybaczy.
Wdech, wydech.
Za późno. Czarne myśli zawładnęły jej umysłem. Miała wrażenie, że nad jej głową kotłuje się czarna chmura plątaniny wspomnień, słów i obrazów.
Kobieta owinęła się szczelnie kocem i podeszła do okna. Otworzyła je i spróbowała złapać oddech. Uniosła głowę i spojrzała w niebo - to berlińskie było zupełnie inne od bieszczadzkiego. Nie koiło, tylko potęgowało niepokój, nie dawało poczucia wolności, tylko jedynie przytłaczającą myśl o zniewoleniu i pustce.
Wdech, wydech.
Olek.
Wdech, wydech.
Berlin.
- Nie śpisz?
Głos narzeczonego wystraszył ją tak bardzo, że aż zadrżała. Odwróciła głowę. Błękitne oczy Hansa jaśniały blaskiem, o istnieniu którego jej własne już dawno zapomniały. Był szczęśliwy i ożywiony. Nucąc sobie pod nosem najnowszą piosenkę Taylor Swift, podszedł do lodówki i wyciągnął butelkę z wodą.
Iga stała bez ruchu. Szczelniej owinęła się kocem i oparła plecami o parapet. Okno zostawiła otwarte. Przestrzeń, którą miała za plecami, dodawała jej sił.
- Która godzina? - zapytała, gdy Hans zdjął koszulę.
- Późna, albo raczej wczesna. - Mężczyzna uśmiechnął się, ziewnął i zrobił krok w stronę łóżka.
Iga na końcu języka miała pytanie, gdzie był, ale po raz kolejny zabrakło jej odwagi, by wypowiedzieć je na głos. Hans ułożył się na swoim miejscu, a po minucie zaczął chrapać. Wprawdzie nie miała jeszcze żadnych dowodów, ale nie miała też wątpliwości, że nie tylko z nią narzeczony dzieli intymność.
W takich chwilach, gdy świat nie był przyjazny, Iga uwielbiała wspominać. Wracała pamięcią do beztroski młodości i zapachu bieszczadzkich lasów. Marzyła o tym, że znowu jest nastolatką, a obok niej spaceruje Olek. Dzisiaj zupełnie niespodziewanie przyszedł jej na myśl spacer po opuszczonym wesołym miasteczku w Berlinie. Wprawdzie była tam kilka lat temu, ale obraz pustki, która wypełniała to miejsce, zagościł w jej sercu na długi czas. I za każdym razem, gdy Iga wracała do wspomnień, przypominał jej się Spreepark. W tym gigantycznym parku rozrywki też kiedyś roznosiły się śmiech i muzyka. Nie brakowało w nim ludzi i ich wybuchów radości. Tamto miejsce też kiedyś żyło, podobnie jak ona i Olek. A teraz nic tam nie ma. Opuszczone karuzele nie bawią, tylko straszą - zupełnie jak jej wspomnienia.
Iga czując, że za moment smutek nią zawładnie, zdecydowała się, by wyjść z domu. Zarzuciła na siebie bluzę dresową i zbiegła po schodach.
Berlin jej się nie podobał, ale jego szarość sprawiała, że mogła bezkarnie wtopić się w bezkształtną egzystencję tysięcy mieszkańców stolicy Niemiec. Tu życie toczyło się zwyczajnie i monotonnie. Zaparkowane samochody cierpliwie czekały na swoich właścicieli, a ludzie spieszący się do pracy na ranną zmianę mieli wymalowany na twarzach ten sam grymas nudy i obojętności.
Na moment jej serce się uspokoiło. Szła przed siebie szybkim krokiem. Minęła sklep z zabawkami i indyjską restaurację, jeszcze zamkniętą o tej porze. Rześkie powietrze przypominało jej, że wciąż jest wczesny poranek. Gdy dotarła do witryny sklepu z antykami, stanęła jak wryta. Wstrzymała oddech i na krótką chwilę zapomniała o całym świecie. Zachłannie wpatrywała się w stare meble, chłonąc ich historię i aurę tajemniczości. Uwielbiała to miejsce i zapach przeszłości, jaki tu znajdowała. W tym sklepie miała to wszystko na wyciagnięcie ręki. Czas zatrzymany w antykach dawał jej przyjemne ukojenie. Mogła godzinami chodzić pomiędzy wytartymi fotelami i rzeźbionymi kredensami. Teraz kartka na drzwiach brutalnie informowała: ZAMKNIĘTE. Musiała więc zadowolić się marnym widokiem zza szyby.
Po kilku minutach nostalgicznej podróży do przeszłości wróciła do rzeczywistości, smutno westchnęła i ruszyła dalej. Na rogu ulicy warzywniak już tętnił życiem. Starsze kobiety obwąchiwały jabłka i przebierały marchewki.
Bez namysłu weszła do ulubionej kawiarenki na rogu. Miejsce, choć pełne klientów, było jednocześnie oazą spokoju. Przyjemny jazz dochodzący z głośników niemal natychmiast uspakajał nawet najbardziej rozbiegane myśli.
- To co zwykle?
Uśmiechnięta kelnerka o urodzie indyjskiej księżniczki mrugnęła do niej porozumiewawczo.
- Karmelowe latte? - dopytała, a Iga zaprzeczyła ruchem głowy. Tego dnia miała ochotę na coś innego.
- Espresso romano, proszę - odparła cicho.
Kelnerka przyjęła zamówienie Igi i sięgnęła po białą filiżankę, by przygotować kawę z odrobiną skórki cytrynowej. Dziewczyna usiadła przy ulubionym stoliku pod wytapetowaną na złoto ścianą. W kawiarni było już kilka osób, które wpatrzone w ekrany laptopów lub tabletów ciężko pracowały, zarabiając kolejne tysiące. Dźwięki muzyki koiły, ale nie na tyle, żeby mogła zapomnieć o dziwnym niepokoju w sercu.
- Też nie lubię tego miasta...
Iga nagle odwróciła głowę. Obok niej siedział starszy mężczyzna w limonkowym swetrze.
- Ja... - Urwała nagle, bo zabrakło jej słów. - Ja... Ja nie wiem.
Mężczyzna pokiwał głową i uniósł szeleszczący egzemplarz "Die Welt", którego pierwszą stronę zdobiło ogromne zdjęcie Angeli Merkel.
Iga wpatrywała się w filiżankę z kawą. Wzięła łyk i skrzywiła się. Romano jej nie smakowało. Coś ciągle gryzło ją od środka, ale nie miała pojęcia co.
- Ale uważam, że Berlin spodobałby się mojemu narzeczonemu - wydukała po chwili.
Mężczyzna opuścił gazetę tak, że widać było jego przenikliwy wzrok.
- A narzeczony gdzie mieszka?
I wtedy Iga zrozumiała. Nadal jej największym problemem był brak u swego boku Olka. Olek byłby Berlinem zachwycony. Muzycznie w tym mieście działo się tak dużo. W Quasimodo co noc grali muzykę na żywo. Na festiwalu Kenako można było poczuć afrykańskie rytmy, a na festiwalu Lollapalooza... Idze w myślach przelatywały obrazy z kolejnych koncertów i festiwali. Chodziła na nie regularnie, gdy tylko miała czas. Wiedziała, że Olek właśnie tego by pragnął. Ale jego tutaj nie było... I pewnie nigdy się tu nie pojawi. Nie dopiła kawy. Wstała i w pospiechu wyszła z kawiarni. Gdy stała na chodniku, zlana potem niepokoju, natknęła się na Marie.
- Znowu cierpisz na bezsenność? Może nie powinnaś pić tyle kaw. Mówię ci to po raz kolejny, że nadmiar kofeiny szkodzi.
Spotkanie, które ją zaskoczyło, nie wywarło żadnego wrażenia na wracającej z pracy przyjaciółce.
- Jestem jak Spreepark! - krzyknęła Iga do zmęczonej kobiety.
Miała przed oczami obraz opuszczonego wesołego miasteczka, które przed laty było pełne życia, a teraz stanowiło jedynie symbol upływającego czasu i samotności, wyciskającej łzy z oczu. Dziś wielkie, młyńskie koło przypominało mieszkańcom miasta i turystom o tym, co było i co z pewnością już nie powróci. Pragnęła dostrzec na twarzy przyjaciółki zrozumienie. Tymczasem zobaczyła zmęczenie zabarwione nutą irytacji. Marie była barmanką w jednej z berlińskich dyskotek. Coraz bardziej było po niej widać, że nocne zmiany jej nie służą.
- Jesteś raczej jak miś Haribo!
Iga zaśmiała się. Uznała, że przyjaciółka nie tylko jest zmęczona, ale i głodna.
- Idę do domu! I tobie radzę to samo. Masz dziś casting. Tak tylko przypominam. Nie życzę sobie, żeby Hans znowu mnie budził swoimi telefonami, gdy znikniesz mu z oczu. Dziś muszę się wyspać, zatem bądź tak miła i choć raz empatyczna. - Mrugnęła porozumiewawczo. - Zanim jednak wrócisz do narzeczonego, chodźmy coś zjeść. Niedaleko podają moją ulubioną kiełbasę, czyli currywurst.
Marie była miłośnikiem fast foodów, choć jej smukła sylwetka w ogóle na to nie wskazywała. Kobieta pociągnęła Igę w stronę food trucka po drugiej stronie ulicy. Po chwili przyjaciółki delektowały się niemieckim przysmakiem.
- Powinnam ograniczyć tę waszą kiełbasę - odparła Iga, wycierając usta w papierową serwetkę. Jadała w najlepszych berlińskich restauracjach wiele razy, ale tylko w takich miejscach jak to, czyli ulicznych barach, to danie tak jej smakowało. Nie potrafiła go sobie odmówić, nawet o szóstej rano. Kilka kawałków kiełbasy zniknęło błyskawicznie z tekturowej tacki.
- Teraz możemy wracać - zakomunikowała Marie, mrużąc z zadowolenia oczy, gdy obie po posiłku wyrzucały śmieci do kosza.
Iga westchnęła i ruszyła za nią w stronę bloku, w którym mieszkały: ona na poddaszu, a Marie na parterze. Kobiety pożegnały się szybko i udały do siebie. Gdy Iga weszła do mieszkania, Hans właśnie się budził ze swojej porannej drzemki. Rzuciła klucze do szuflady w przedpokoju i pozwoliła, by metal przez moment brzęczał w jej uszach. Stała w bezruchu, patrząc na leżący obok plik z biletami, które skrupulatnie zbierała, odkąd zamieszkała w Berlinie. Chodziła na koncerty, gdy tylko miała taką możliwość. Szukała zespołu, artysty bądź orkiestry. Ludzi, którzy wzbudziliby w niej uczucia z młodości. Niestety im usilniej próbowała to osiągnąć, tym trudniejsze to się okazywało.
- Dziś twój wielki dzień.
Słowa narzeczonego wyrwały ją z zamyślenia. Zasunęła szufladę i spojrzała na Hansa, który przeciągnął się leniwie, wstał z łóżka i podszedł do niej.
- Widzę, że jesteś skoncentrowana. - Ucałował narzeczoną i przejrzał się w lustrze. - Musisz dostać tę rolę. To twoja życiowa szansa. Albo teraz, albo nigdy! Nolan jest naprawdę dobry. Ten film ma być podobny do "Incepcji". Część zdjęć ma być kręcona tu, w Europie, a część w Miami. No i Leo w roli głównej! Wszystkie drzwi się przed tobą otworzą. Może i Oskar będzie w zasięgu ręki? "Interstellar" dostał przecież statuetkę za efekty. Może ty też dostaniesz? - Hans gestykulował energicznie. Nie widać było po nim, że spał zaledwie trzy godziny. - Czas skończyć z marnymi rólkami w spotach reklamowych. Masz przecież trzydzieści lat. Najwyższy czas coś osiągnąć w życiu! Może po tej roli staniesz się prawdziwą aktorką.
- Jestem prawdziwą aktorką! - Iga zareagowała złością i odstawiła szklankę.
- Wiesz, co miałem na myśli...
Hans się zmieszał i pocałował ją w policzek. Zawsze to robił, gdy nie wiedział, jak się zachować.
Iga westchnęła i ruszyła do łazienki.
- Dziś też wrócę późno! - rzucił Hans, kiedy zamykała drzwi.
Nic nie odpowiedziała. Zdjęła ubranie i weszła pod prysznic. Tym razem nie przekręciła czerwonego kurka. Wybrała zimny błękit. Lodowaty strumień wody przyprawił ją o gęsią skórkę, a jednak w tym nieprzyjemnym doświadczeniu było coś kojącego.
Gdy wyszła z łazienki, Hansa już nie było. Zerknęła na zegarek - miała godzinę do wyjścia. Przeczesała dłonią długie włosy i związała je w koński ogon. Postanowiła zostawić na szyi naszyjnik z różowym kwarcem, który dziesięć lat temu dostała od Olka.
Niespodziewanie usłyszała pukanie do drzwi. Podeszła do nich i je otworzyła. W progu stała Marie.
- Nie mogłam spać przez ciebie - rzuciła i ucałowała Igę w oba policzki. - Jestem taka podekscytowana tym castingiem. Dowiedziałam się, że w tym filmie ma grać sam boski Leo. Rozumiesz? Ty masz Hansa i nie potrzebujesz kolejnego amanta, ale mnie mogłabyś z nim poznać. Zwłaszcza że Teresa wyprowadza się z mieszkania i pilnie potrzebuję współlokatora. Nie stać mnie przecież na ten czynsz! A wracając do Leo... Wpadłabym na plan z ciasteczkami, a ty zupełnie przypadkiem byś mnie przedstawiła. Ależ się cieszę. Kochałam się w nim od dziecka! Oglądałam "Titanica" i "Niebiańską plażę" chyba milion razy. Nawet miałam jego plakat nad łóżkiem. Ale ojciec kazał mi go ściągnąć. - Przewróciła oczami. - Teraz jestem dorosła i zamiast plakatu mogę mieć oryginał. Jestem taka szczęśliwa! Niemieccy mężczyźni nie mają w sobie tego, co obcokrajowcy. A Amerykanów wprost uwielbiam.
Gdy Marie zrobiła krótką pauzę w swoim monologu, by zaczerpnąć powietrza, Iga skorzystała z okazji, żeby dojść do słowa.
- Jeszcze nie dostałam tej roli. To po pierwsze. Po drugie, Di Caprio ma narzeczoną, pewnie jakąś długonogą modelkę. Po trzecie, myślę, że zamiast ciasteczek wolałby coś innego...
- Ależ ja mu wszystko dam! Każde ciasteczko, jakie tylko zechce!
Iga wspięła się na palce, by dosięgnąć porcelanowy kubek z półki. Niestety zachwiała się. Próbując utrzymać równowagę i nie rozbić głowy o kant blatu, upuściła go. Marie zamarła, a ona znieruchomiała.
- Czy to TEN kubek?
Iga przytaknęła. Marie energicznie machnęła głową i zaszczebiotała.
- Od dawna już nosiłam się z zamiarem, żeby ci powiedzieć, że zabobony są głupie. Kubek nie może przynosić szczęścia. I to, czy wpijesz kawę z tego, czy z innego, naprawdę nie ma znaczenia. Liczy się talent, a ty go masz. Nie potrzebujesz żadnych kubeczków szczęścia!
Iga wciąż się nie ruszała. Nie chciała tłumaczyć przyjaciółce, że ten kubek był szczęśliwy jeszcze z innego powodu. Miał wartość sentymentalną. A teraz nic po nim nie zostało. Rozbił się na kawałki.
Szybko pozbierała popękane części i odłożyła na blat.
- Nie martw się. - Marie objęła przyjaciółkę i oparła głowę na jej ramieniu. - Lepiej idź i zrób coś z twarzą. Serio, jesteś misiem Haribo bez wyrazu, nawet tym białym.
Rudowłosa kobieta popchnęła przyjaciółkę w stronę łazienki. Iga za wszelką cenę próbowała opanować płacz.
- A jeśli świat mi daje znak, że ten casting to kiepski pomysł... - zamruczała, wycierając nos w rękaw.
Marie westchnęła. Jej niemieckie geny wzięły górę i dzięki temu kobieta huknęła z mocą alpejskiej wichury.
- Myślę, że świat zna lepsze sposoby na komunikację niż rozbijanie naczyń. Ogarnij się i daj z siebie wszystko. Musisz przecież mnie poznać z Leo!
Iga przygryzła wargę. Coś złego wisiało w powietrzu i ona to czuła. Wróciła myślami do ogniska, na którym usłyszała pewne zdanie: "Głębia twoich oczu jest zabójcza". To zdanie na zawsze utkwiło jej w pamięci. Wielokrotnie powtarzała sobie, że te słowa należą do przeszłości. Ale im bardziej próbowała je wyrzucić z głowy, tym wyraźniej je słyszała. Zamknęła się w łazience i oparła dłonie o zimną umywalkę. Marie coś szczebiotała wesoło, ale żadne ze słów przyjaciółki do niej nie docierało.
Tak. To był jej dzień. Musiała wziąć się w garść. Lata ciężkiej pracy, setek castingów i tysięcy godzin spędzonych nad warsztatem w końcu miały zaowocować główną rolą w wysokobudżetowej produkcji. Za moment miały się spełnić jej marzenia.
- A Hans już poszedł do biura? - zapytała Marie, uchylając delikatnie drzwi i wsuwając głowę do łazienki.
- Tak.
- Ostatnio dużo pracuje... No ale przynajmniej mieszkanie kupiliście. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że jesteś właścicielką tego lokum. Jak mnie mój właściciel wywali, to wprowadzę się do was.
Iga spojrzała wymownie na przyjaciółkę. Marie szybko zmieniła niewygodny temat i zaczęła snuć plany na wieczór.
- A żeby opić twój sukces i moją przyszłość z Leo, pójdziemy do tej nowej knajpy i zamówimy sobie burrito. A potem może zajrzymy do baru Victoria. Wypijemy podwójne mohito i zaplanujemy resztę twojej kariery, no i moje wesele oczywiście.
- Wesele? - Uśmiechnęła się.
W sercu poczuła szczerą wdzięczność za przyjaźń z Marie, która była taką osobą, jaką ona nie miała odwagi być. Marie cechowały spontaniczność i wieczny optymizm. Niczego nigdy nie planowała i absolutnie wszystko, co sobie wymarzyła, spełniała. Ale przede wszystkim żyła dniem dzisiejszym. Właśnie tego jednego Iga szczerze przyjaciółce zazdrościła. Ona sama nie mogła uwolnić się od wspomnień i przeszłości.
- Z Leo. Biała suknia pewnie nie będzie na miejscu. Może wybiorę purpurę lub czerwień?
Marie podrapała się po brodzie i oznajmiła, że musi już lecieć. Po czym pospiesznie wybiegła z mieszkania, pozostawiając Igę samą. Dziewczyna spokojnie dokończyła makijaż i po paru minutach wyszła na zewnątrz. Czuła przypływ energii i wiary w to, że wszystko się może ułożyć. Wiedziała, że to była zasługa Marie. Tylko ona potrafiła zarazić ją taką ilością niepohamowanego optymizmu.
Iga mieszkała w zachodniej części Berlina. Do metra miała kilka minut, dlatego już po krótkiej chwili czekała na transport. Lubiła podróżować metrem. Schodzenie na peron było dla niej niczym zabawa w chowanego. Pod ziemią świat nie miał znaczenia - czy to noc, czy dzień, zima czy lato, na przystanku zawsze panował ten sam półmrok i chłód.
Gdy znalazła się już w ciemnym wagonie, wyciągnęła telefon. Zajrzała na Instagram. Obserwowała kilku dawnych znajomych ze szkoły aktorskiej. Wierzyła, że śledzenie ich życia zmobilizuje ją do większego wysiłku. Coraz częściej odnosiła wrażenie, że brak sukcesów w aktorstwie miał inne źródło niż niesprzyjające warunki. Coś ją wewnętrznie sabotowało. Coś nie pozwalało uwierzyć, że może osiągnąć więcej. Co jakiś czas zastanawiała się, czy to na pewno była jej droga. I tym razem czuła podobnie.
Skrolowała teraz beznamiętnie ekran, aż trafiła na profil Lukasa, kolegi z roku. Chłopak na pierwszych zajęciach oczarował wszystkich swoim talentem i każdy wróżył mu międzynarodową karierę. Każdy wykładowca się nim zachwycał, a jednak Lukas nie został w Berlinie. Ba, nie został nawet aktorem. Iga z zapartym tchem wpatrywała się w jego zdjęcie na dominikańskiej plaży. I wtedy coś ją zakłuło w sercu. To był ten moment, gdy po raz pierwszy komuś czegoś pozazdrościła.
Kilka minut później kobieta dosłownie w ostatniej chwili wysiadła na swoim przystanku przy Berliner Strasse. Przeszła na drugą stronę i szła wzdłuż ruchliwej ulicy. Minęła aptekę i przypomniała sobie, że miała kupić Hansowi lekarstwa na zgagę. Nie zrobiła tego. Szła dalej. Szybko stawiała kolejne kroki, jakby ktoś ją gonił. Zdawało jej się, że samochody jeżdżą coraz szybciej. Minęła drogerię i budkę z lodami. Nic jej nie rozpraszało. W końcu doszła do celu. Stanęła przed brązowymi drzwiami, nad którymi wisiał niepozorny numer osiemnaście. Po lewej stronie było studio jogi, w którym czasami bywała, po prawej sklep sportowy. Te dwie opcje wydawały się jej dużo bardziej atrakcyjne niż to, co miało się kryć za brązowymi drzwiami. Wahała się. Przygryzła wargę i zrobiła krok w tył.