Nic nie zdarza się przypadkiem (edycja specjalna) - Tiziano Terzani

Kup ebooka

72.00 zł
56.89 zł (56,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WYJAZD

Droga bez skrótów

WYJAZD Droga bez skró­tów

Wia­domo, zda­rza się to wielu ludziom, ale ni­gdy się nie myśli, że może się to przy­tra­fić wła­śnie nam. Taka też była zawsze moja postawa. Tak więc gdy mnie to dotknęło, byłem jak wszy­scy nie­przy­go­to­wany. W pierw­szej chwili zda­wało mi się, iż rze­czy­wi­ście doty­czy to kogoś innego.

- Panie Terzani, ma pan raka - powie­dział lekarz, ale mia­łem wra­że­nie, że nie zwra­cał się do mnie. Prawdę mówiąc - spo­strze­głem to od razu z nie­ja­kim zdu­mie­niem - nie roz­pa­cza­łem ani się nie prze­ją­łem, jakby w grun­cie rze­czy ta sprawa mnie nie doty­czyła.

Być może ta począt­kowa obo­jęt­ność była tylko instynk­towną formą obrony, spo­so­bem zacho­wa­nia powścią­gli­wego dystansu, ale pomo­gła. Umie­jęt­ność spoj­rze­nia na sie­bie z zewnątrz jest zawsze poży­teczna. I można się tego nauczyć.

Spę­dzi­łem w szpi­talu jesz­cze jedną samotną noc. Roz­my­śla­łem. Wyobra­ża­łem sobie tych wszyst­kich, któ­rzy przede mną, w tych samych poko­jach, dostali podobne wia­do­mo­ści, i towa­rzy­stwo to w jakiś spo­sób dodało mi otu­chy. Byłem w Bolo­nii. Dotar­łem tam po poko­na­niu kolej­nych eta­pów, z któ­rych każdy sam w sobie wyda­wał się bez zna­cze­nia. Zło­żyły się one jed­nak, jak wiele rze­czy w życiu, w pewną logiczną całość: upo­rczywa bie­gunka, która zaczęła się w Kal­ku­cie, różne bada­nia w Insty­tu­cie Cho­rób Tro­pi­kal­nych w Paryżu, inne bada­nia mające wykryć przy­czynę nie­wy­tłu­ma­czal­nej ane­mii. Aż wresz­cie pewien prze­zorny wło­ski lekarz, nie zado­wa­la­jąc się naj­bar­dziej oczy­wi­stymi wyja­śnie­niami, posta­no­wił - za pomocą dziw­nego przy­rządu, gumo­wego wężyka ze świe­cą­cym oczkiem - zaj­rzeć do naj­bar­dziej ukry­tych zaka­mar­ków mojego ciała i, w opar­ciu o wie­lo­let­nie doświad­cze­nie, natych­miast roz­po­znał to, co sta­no­wiło dla niego chleb powsze­dni.

Byłem mu wdzięczny za facho­wość i szcze­rość. Dzięki temu mogłem ze spo­ko­jem, a teraz także naprawdę roz­sąd­nie, doko­nać obra­chun­ków, usta­lić prio­ry­tety i pod­jąć konieczne decy­zje. Zbli­żały się moje pięć­dzie­siąte dzie­wiąte uro­dziny i nad­szedł czas, żeby spoj­rzeć za sie­bie, jak to się robi na szczy­cie góry, kiedy z satys­fak­cją oce­niamy trasę naszej wspi­naczki. Jakie było moje życie do tej pory? Wspa­niałe! Jedna przy­goda za drugą, wielka miłość, nic, czego trzeba by żało­wać, i nic waż­nego, co pozo­sta­łoby jesz­cze do zro­bie­nia. Gdy­bym jako chło­pak posta­wił sobie za cel to, do czego dąży tak wielu, czyli "posa­dzić drzewo, spło­dzić syna i napi­sać wiersz", to mniej wię­cej go osią­gną­łem. I to nie­mal mimo­cho­dem, bez wysiłku, a jesz­cze po dro­dze nie­źle się przy tym bawiąc.

W ciszy, zakłó­ca­nej tylko szu­mem kół samo­cho­dów prze­jeż­dża­ją­cych po mokrym asfal­cie i odgło­sem kro­ków sióstr suną­cych po lino­leum kory­ta­rza, sta­nął mi przed oczami obraz, który od tam­tej pory mi towa­rzy­szy. Wyda­wało mi się, że całe moje życie prze­bie­gło jakby na karu­zeli: od samego początku przy­padł mi w udziale biały koń; to na nim się obra­ca­łem i buja­łem do woli, i nikt ni­gdy - wtedy po raz pierw­szy zda­łem sobie z tego sprawę - nawet nie przy­szedł zapy­tać, czy mam bilet. A tak naprawdę go nie mia­łem. Całe życie jeź­dzi­łem na gapę! Teraz jed­nak prze­cho­dził kon­tro­ler, pła­ci­łem należ­ność i - jeśli wszystko poszłoby dobrze - może uda­łoby mi się zro­bić... jesz­cze jeden obrót na karu­zeli.

Następny dzień zaczął się jak każdy inny. Nic wokół mnie się nie zmie­niło i nic nie odzwier­cie­dlało wiel­kiej burzy myśli w mojej gło­wie. W Por­retta Terme, gdzie mia­łem prze­siadkę na pociąg do Prac­chi, a stam­tąd do Orsi­gni, przy­po­mnia­łem sobie nawet, żeby ode­brać z pralni bie­li­znę, którą zosta­wi­łem tam kilka dni wcze­śniej. Kiedy dotar­łem do domu, zapro­po­no­wa­łem cze­ka­ją­cej tam na mnie Angeli spa­cer do lasu. Po pra­wie czter­dzie­stu latach wspól­nego życia zarówno roz­mowa, jak i mil­cze­nie były dla nas pro­ste. Obie­ca­łem jej, że będę się sta­rał z tego wyjść, i był to - jak sądzę - jedyny moment, kiedy się wzru­szy­łem.

Cho­dziło o to, żeby jak naj­szyb­ciej zde­cy­do­wać, co robić. Pierw­szym instynk­tow­nym odru­chem była reak­cja zra­nio­nego zwie­rzę­cia: schro­nić się w jamie. Nagle mi się wydało,

że mam mało sił i że powi­nie­nem je mak­sy­mal­nie zebrać w sobie. Posta­no­wi­łem nic nikomu nie mówić - poza dziećmi i tymi przy­ja­ciółmi, któ­rzy uzna­liby za nie­zro­zu­miałe moje nagłe znik­nię­cie. Chcia­łem wyostrzyć swój umysł, żeby nikt i nic mnie nie roz­pra­szało.

Przede wszyst­kim musia­łem posta­no­wić, gdzie, a szcze­gól­nie - jak się leczyć. Che­mio­te­ra­pia, radio­te­ra­pia, chi­rur­gia, ze wszyst­kimi swo­imi szko­dli­wymi - jak się mówi - kon­se­kwen­cjami, prze­stały być jedyną moż­li­wo­ścią. Dzi­siaj, kiedy wszystko poda­wane jest w wąt­pli­wość, kiedy patrzy się podejrz­li­wie na to, co ofi­cjalne, kiedy wszel­kie auto­ry­tety stra­ciły pre­stiż, a każdy czuje się upraw­niony, bez żad­nych zaha­mo­wań, oce­niać wszystko i wszyst­kich, wręcz coraz mod­niej­sze staje się kry­ty­ko­wa­nie medy­cyny kla­sycz­nej i wychwa­la­nie metod "alter­na­tyw­nych".

Już same nazwy wydają się bar­dziej pocią­ga­jące: ajur­weda, ener­go­te­ra­pia, aku­punk­tura, joga, home­opa­tia, chiń­skie zioła, reiki i - czemu nie - uzdra­wia­cze, czy to fili­piń­scy, czy inni. Są zawsze jakieś pogło­ski, jest jakaś osoba, o któ­rej ktoś opo­wiada, jakaś histo­ria, która wydaje się wprost ide­alna, by w nią uwie­rzyć i by dawała nadzieję na pomyślny efekt jed­nej z tych coraz licz­niej­szych "kura­cji". Nawet przez chwilę nie bra­łem ich na poważ­nie.

A prze­cież wiele z tych prak­tyk pocho­dzi z Azji, gdzie spę­dzi­łem trzy­dzie­ści lat; nie­które mają swoje korze­nie w Indiach, gdzie mam dom! Sam w prze­szło­ści nie mia­łem

żad­nych zaha­mo­wań, żeby się do nich ucie­kać: w Chi­nach odda­łem mojego syna Folca, wów­czas jede­na­sto­let­niego, w ręce uzdro­wi­ciela sto­su­ją­cego aku­punk­turę, który wyle­czył go z astmy, a zale­d­wie rok przed pod­ję­ciem decy­zji we wła­snej spra­wie zapro­wa­dzi­łem mojego fran­cu­skiego przy­ja­ciela Leopolda do oso­bi­stego leka­rza dalaj­lamy, do Insty­tutu Medyczno-Astro­lo­gicz­nego (tak, to wła­śnie takie zesta­wie­nie) w Dha­ram­sali, żeby zmie­rzył jego sie­dem­na­ście pul­sów i prze­pi­sał mu na zapa­le­nie wątroby - bar­dzo sku­teczne, jak się zdaje - czarne pigułki, przy­po­mi­na­jące owcze bobki. Poza tym sam mówi­łem i pisa­łem, że czło­wiek Zachodu, wkra­cza­jąc na auto­stradę nauki, zbyt łatwo zapo­mniał o ścież­kach swej daw­nej mądro­ści i teraz, pod­bi­ja­jąc ze swoim mode­lem nowo­cze­sno­ści Azję, ryzy­kuje, że rów­nież tam dopro­wa­dzi do znik­nię­cia ogrom­nej czę­ści wie­dzy zwią­za­nej z miej­sco­wymi tra­dy­cjami!

Nie zmie­ni­łem poglą­dów, ale kiedy cho­dziło o moje prze­ży­cie, nie zawa­ha­łem się nawet przez chwilę; musia­łem zawie­rzyć temu, co było mi bliż­sze: nauce, zachod­niemu rozu­mowi. Nie była to tylko kwe­stia czasu, a w tych przy­pad­kach nie ma go zbyt wiele do stra­ce­nia, bio­rąc pod uwagę fakt, że wszyst­kie tak zwane metody alter­na­tywne, jeśli już dzia­łają, to dłu­go­ter­mi­nowo. Cho­dziło o to, że w grun­cie rze­czy im nie ufa­łem. A mieć zaufa­nie do lecze­nia i do osoby, która je zaleca, jest w pro­ce­sie zdro­wie­nia czyn­ni­kiem nie­zwy­kle waż­nym, wręcz pod­sta­wo­wym.

Szczę­ście w życiu pomaga, a ja go mia­łem zazwy­czaj wręcz w nad­mia­rze. Rów­nież tym razem for­tuna mi sprzy­jała, a przy­naj­mniej tak to czu­łem, co w sumie na jedno wycho­dzi. Wśród moich kole­gów dzien­ni­ka­rzy, wete­ra­nów z Azji, był kore­spon­dent "New York Timesa", dwu­krotny lau­reat Nagrody Pulit­zera. Łączyła nas przy­jaźń zro­dzona ze wspól­nych doświad­czeń: oby­dwaj zosta­li­śmy aresz­to­wani i wyda­leni z Chin; oby­dwaj, wbrew wszel­kiej logice robie­nia kariery, po poby­cie na dużo "waż­niej­szych" pla­ców­kach jako miej­sce pracy wybra­li­śmy Indie. Teraz poja­wiła się jesz­cze jedna zbież­ność losów: kilka lat wcze­śniej mój przy­ja­ciel cier­piał na takie samo scho­rze­nie i prze­żył. Odwie­dzi­łem go więc w Delhi i popro­si­łem o radę.

Ci, któ­rzy wypro­wa­dzili go na pro­stą - nazy­wał ich fixers - byli jego zda­niem naj­lepsi na rynku. Zaufa­łem mu. Kilka roz­mów tele­fo­nicz­nych, jeden faks i po kilku dniach byłem w Nowym Jorku, w Memo­rial Sloan-Ket­te­ring Can­cer Cen­ter, albo raczej w MSKCC, jak się zaleca wpi­sy­wać tę nazwę na cze­kach, aby swój pobyt w tej insty­tu­cji zacho­wać w dys­kre­cji rów­nież wobec wła­snego banku. W każ­dym razie ośro­dek ten zaj­mo­wał osiem­na­ste miej­sce na liście insty­tu­tów sto­su­ją­cych naj­now­szą, eks­pe­ry­men­talną metodę lecze­nia, a zatem był w czu­bie praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej zaawan­so­wa­nych badań w dzie­dzi­nie nowo­cze­snej, zachod­niej medy­cyny.

Po uka­za­niu się książki Un indo­vino mi disse (Powie­dział mi jasno­widz)1 pytano, mnie, o czym będzie następna. Odpo­wia­da­łem, że książki są jak dzieci i że trzeba być przy­naj­mniej brze­mien­nym, aby myśleć o wyda­niu ich na świat. Mówi­łem też, że jeśli nada­rzy­łaby się taka oka­zja, to po wielu latach spę­dzo­nych na Dale­kim Wscho­dzie chęt­nie odbył­bym wielką podróż po naj­dal­szych rubie­żach Zachodu, żeby na nowo odkryć Stany Zjed­no­czone. Pod pre­tek­stem, że wyje­cha­łem do Ame­ryki, aby spró­bo­wać się "zapłod­nić", zdo­ła­łem odwró­cić od sie­bie uwagę.

W rubryce ogło­szeń "New York Timesa" zna­la­złem infor­ma­cję o kawa­lerce do wyna­ję­cia przy Cen­tral Parku, posze­dłem ją obej­rzeć i natych­miast wzią­łem. Tych nie­wiele metrów kwa­dra­to­wych sza­rej wykła­dziny, oży­wio­nej czym prę­dzej kil­koma indo­ne­zyj­skimi tka­ni­nami i małym chiń­skim Buddą z brązu, posta­wio­nym na para­pe­cie dużego, niskiego okna, stało się na kilka mie­sięcy moją kry­jówką.

Poza Angelą i ludźmi z MSKCC nikt nie wie­dział, gdzie jestem. Tele­fon mil­czał, nikt nie dzwo­nił do drzwi; jedyną otwartą drogą komu­ni­ko­wa­nia się ze świa­tem pozo­stała poczta elek­tro­niczna ze swo­imi listami w butelce, wyrzu­ca­nymi od czasu do czasu na cyber­ne­tyczną plażę mojego kom­pu­tera, która mogła znaj­do­wać się wszę­dzie. Według mnie jest to w tej chwili naj­bar­dziej dys­kretny, naj­mniej natrętny, naj­lep­szy spo­sób kon­tak­to­wa­nia się, jeśli używa się go wtedy, kiedy naprawdę ma się coś do powie­dze­nia, jeśli nie popada się w nie­chluj­stwo języ­kowe wywo­łane pośpie­chem i jeśli się dru­kuje, żeby móc potem jesz­cze raz prze­czy­tać wszyst­kie dobre rze­czy, które do nas przy­cho­dzą.

Sytu­acja była dosko­nała, taka, o jakiej od dawna marzy­łem: całe dnie mia­łem wolne, żad­nych zajęć, żad­nych obo­wiąz­ków i nie­sa­mo­wite uczu­cie swo­bod­nego biegu myśli, bez żad­nych przerw, bez nie­ustan­nego wra­że­nia - które kie­dyś było wręcz obse­sją - że muszę coś zro­bić. Po tak dłu­gim okre­sie zgiełku cie­szy­łem się w końcu wielką ciszą. Przez wiele lat, zajęty woj­nami, rewo­lu­cjami, powo­dziami, trzę­sie­niami ziemi, wiel­kimi prze­mia­nami w Azji, sta­łem się namięt­nym obser­wa­to­rem zagro­żo­nych, uni­ce­stwio­nych lub - czę­ściej - zmar­no­wa­nych wielu cudzych ist­nień. Teraz przy­glą­da­łem się po pro­stu temu, które doty­czyło mnie naj­bar­dziej: wła­snemu.

A było co obser­wo­wać. Po kolej­nych bada­niach i zwy­cza­jo­wej sekwen­cji zdań: "Jest jakiś cień, który budzi nasze wąt­pli­wo­ści", "Potrzebne będzie jesz­cze jedno bada­nie",

"Pro­szę przyjść w przy­szłym tygo­dniu", "Przy­kro mi, ale mam dla pana złą nowinę...", odkryto, że cho­dzi nie o jedno, ale o trzy scho­rze­nia o róż­nych cechach, z któ­rych każde nale­żało pod­dać innemu rodza­jowi tera­pii. Tak więc, nie wąt­piąc ani przez chwilę w ich sku­tecz­ność, a wręcz doda­jąc jesz­cze za każ­dym razem moje psy­cho­lo­giczne prze­ko­na­nie, że wszystko jest wła­ściwe i naj­lep­sze z tego, czego mogę spró­bo­wać, pod­da­łem się doświad­cze­niu chemiotera­pii, chi­rur­gii i radiotera­pii.

Ni­gdy wcze­śniej w takim stop­niu nie czu­łem, że zbu­do­wany jestem z mate­rii; ni­gdy nie musia­łam z tak bli­ska obser­wo­wać wła­snego ciała, a przede wszyst­kim nauczyć się zacho­wać nad nim kon­trolę, pozo­stać jego panem, nie pozwo­lić zdo­mi­no­wać się przez jego żąda­nia, bóle, koła­ta­nia i ataki tor­sji.

Zda­łem sobie sprawę, że dopóki pra­co­wa­łem dla tygo­dnika, mój rytm bio­lo­giczny i stan ducha uza­leż­nione były od ter­minu - i zwią­za­nego z tym czę­sto nie­po­koju - napi­sa­nia kolej­nego arty­kułu: wielka radość sobót i nie­dziel, kiedy świat mógł się walić, ale gazeta była już gotowa i nie mia­łem nic do doda­nia; ponie­dział­kowa obo­jęt­ność, kiedy pla­no­wano następny numer; napię­cie we wtorki i w środy, kiedy musia­łem myśleć nad nowym tema­tem i zaczy­na­łem robić notatki; post i kon­cen­tra­cja w czwartki, dzień skła­da­nia arty­kułu; w piątki czujna ulga na wypa­dek koniecz­no­ści wpro­wa­dze­nia popra­wek; i potem wszystko od nowa, tydzień po tygo­dniu, z wojen­nego frontu, ze sto­licy, w któ­rej miał miej­sce zamach stanu, z podróży przez kolejny kraj w poszu­ki­wa­niu jego duszy albo zagu­bio­nego wątku jakiejś histo­rii. Teraz wszyst­kie dni tygo­dnia były jed­na­kowe, bez wzlo­tów i upad­ków; po pro­stu, cudow­nie pła­skie. I nikt niczego ode mnie nie chciał.

Tak jak każda pora roku rodzi swoje owoce, tak samo mój etap dzien­ni­kar­ski wydał swoje. Coraz czę­ściej zda­rzały mi się sytu­acje, w jakich już się kie­dyś zna­la­złem, pro­blemy, z jakimi już wcze­śniej mia­łem do czy­nie­nia. A co gor­sza, pisząc, sły­sza­łem echo histo­rii i słów zapi­sa­nych już przed dwu­dzie­stoma laty. Poza tym fakty, za któ­rymi podą­ża­łem kie­dyś z pasją psa myśliw­skiego, już mnie tak nie zaj­mo­wały. Z bie­giem lat zaczy­na­łem rozu­mieć, że nie sta­no­wią one ni­gdy całej prawdy i że poza nimi kryje się coś jesz­cze - jakiś inny poziom rze­czy­wi­sto­ści - coś, czego nie potra­fi­łem uchwy­cić, wie­dzia­łem jed­nak, iż nie leży to w obsza­rze zain­te­re­so­wań dzien­ni­kar­stwa, szcze­gól­nie współ­cze­snego. Gdy­bym kon­ty­nu­ował karierę w tym zawo­dzie, co naj­wy­żej mógł­bym spró­bo­wać pozo­stać taki, jaki już byłem. Rak stwo­rzył dobrą oka­zję, żeby się nie powta­rzać.

Ale nie tylko to. Stop­niowo zauwa­ża­łem, że rak stał się też rodza­jem tar­czy, za którą mogłem się schro­nić, obroną prze­ciwko temu wszyst­kiemu, co wcze­śniej mnie ata­ko­wało, czymś na kształt bastionu, w któ­rym mogłem się ukryć przed bana­łem codzien­no­ści, obo­wiąz­kami życia towa­rzy­skiego, koniecz­no­ścią pro­wa­dze­nia roz­mów. Dał mi prawo, żebym nie czuł się już do niczego zobo­wią­zany i nie miał żad­nego poczu­cia winy. Wresz­cie byłem wolny. Cał­ko­wi­cie. Może się to wydać dziwne - i cza­sami sam też tak to odbie­ra­łem - ale byłem szczę­śliwy.

"Czy to moż­liwe, że trzeba zapaść na raka, by się cie­szyć życiem?" - napi­sał mój stary angiel­ski przy­ja­ciel. Dowie­dział się, że znik­ną­łem, więc przy­słał mi maila z pyta­niem o nowiny. Odpo­wie­dzia­łem, że ta "nowina" jest moją sen­sa­cją dzien­ni­kar­ską i że prze­ży­wam jeśli nie naj­pięk­niej­szy, to na pewno naj­bar­dziej inte­re­su­jący okres w życiu. Podró­żo­wa­nie było dla mnie zawsze spo­so­bem życia i teraz potrak­to­wa­łem cho­robę jako kolejną podróż: nie­do­bro­wolną, nie­prze­wi­dzianą, bez map, do któ­rej w żaden spo­sób się nie przy­go­to­wa­łem, ale która ze wszyst­kich dotych­cza­so­wych wyma­gała naj­więk­szego zaan­ga­żo­wa­nia i dostar­czała naj­bar­dziej inten­syw­nych prze­żyć. Wszystko, co się wyda­rzało, doty­czyło mnie bez­po­śred­nio. Napi­sa­łem mu, aby się cie­szył, że nie ma raka, ale gdyby chciał prze­pro­wa­dzić cie­kawe doświad­cze­nie, niech przez jeden dzień sobie wyobrazi, że jest ina­czej, i zasta­nowi się nad tym, jak nie tylko życie, ale wszyst­kie osoby i rze­czy wokół nas jawią wów­czas w zupeł­nie innym świe­tle. Być może tym wła­ści­wym.

W daw­nych Chi­nach wiele osób trzy­mało w domu trumnę, żeby pamię­tać o nie­uchron­no­ści śmierci; nie­któ­rzy kła­dli się do niej, kiedy musieli pod­jąć jakąś ważną decy­zję, zysku­jąc w ten spo­sób jakby lep­szą per­spek­tywę wobec prze­mi­jal­no­ści wszyst­kiego. Dla­czego nie uda­wać przez chwilę, że jest się cho­rym, że nasze dni są poli­czone - jak prze­cież jest w isto­cie - aby zdać sobie sprawę, jak bar­dzo są one cenne?

Hin­dusi przy­po­mi­nają sobie o tym, przy­ta­cza­jąc histo­rię czło­wieka, który goniony przez tygrysa, sta­cza się w prze­paść. Spa­da­jąc, bie­da­czy­sko chwyta jakiś krzak, ale i ten zaczyna się osu­wać. Nie ma ratunku: nad nim pasz­cza tygrysa, w dole otchłań. W tej samej jed­nak chwili, dokład­nie tam, na wycią­gnię­cie ręki, mię­dzy kamie­niami urwi­ska, męż­czy­zna dostrzega piękną, czer­woną i świeżą poziomkę. Zrywa ją i... ni­gdy żadna poziomka nie wydała mu się tak słodka jak ta ostat­nia.

Gdyby to mnie miała przy­paść rola tego bie­daka, poziomka owych dni, tygo­dni i mie­sięcy spo­koj­nej samot­no­ści w Nowym Jorku była bar­dzo słodka. To nie zna­czy, że pogo­dzi­łem się ze sko­kiem w prze­paść; prze­ciw­nie, szu­ka­łem wszel­kich spo­so­bów, aby sobie pomóc. Tylko jak? Czyż mogłem, siłą umy­słu albo w jaki­kol­wiek inny spo­sób, spo­wo­do­wać, by krzew, któ­rego się uchwy­ci­łem, wytrzy­mał pod napo­rem? A jeśli to ja sam usta­wi­łem moje ciało w tak nie­wy­god­nej pozy­cji, co mogłem zro­bić, żeby je stam­tąd zabrać? Leka­rze, któ­rym mię­dzy jed­nym a dru­gim bada­niem zada­wa­łem to pyta­nie, nie znaj­do­wali na nie odpo­wie­dzi. Nie­któ­rzy z nich wie­dzieli, że nale­ża­łoby go poszu­kać, jed­nak nikt tego nie robił.

Podob­nie jak dzien­ni­ka­rze, rów­nież leka­rze brali pod uwagę wyłącz­nie fakty, a nie owo nie­uchwytne "coś", co mogło się za nimi ukry­wać, i postrze­gali tak, jak się im jawiły. Ja byłem cia­łem - cho­rym cia­łem, które nale­żało wyle­czyć. Mia­łem też jed­nak coś waż­nego do powie­dze­nia: prze­cież jestem także umy­słem, może rów­nież duszą, a już na pewno zbio­rem nagro­ma­dzo­nych histo­rii, doświad­czeń, uczuć, myśli i emo­cji, które z moją cho­robą miały praw­do­po­dob­nie wiele wspól­nego! Nikt nie zda­wał się chcieć - czy też móc - wziąć tego pod uwagę. Nawet pod­czas tera­pii. Leczano raka, cho­robę dobrze opi­saną w pod­ręcz­ni­kach, ze swo­imi sta­ty­sty­kami wystę­po­wa­nia i pro­cen­tami uzdro­wie­nia przy­pad­ków, która może dotknąć każ­dego. Ale nie mnie!

Naukowe i racjo­nalne podej­ście do cho­roby powo­do­wało, że mój pro­blem zdro­wotny można było przy­rów­nać do zepsu­tego samo­chodu, który zupeł­nie obo­jętny wobec per­spek­tywy czy to zło­mo­wa­nia, czy naprawy, powie­rzony zostaje mecha­ni­kowi, a nie do stra­pie­nia osoby, która świa­do­mie, siłą całej swo­jej woli, zamie­rza zostać przy­wró­cona do spraw­no­ści.

Ode mnie jako osoby zna­ko­mici leka­rze napra­wia­cze wyma­gali nie­wiele albo zgoła nic. Wystar­czyło, żeby moje ciało sta­wiało się na spo­tka­nia, które oni mu wyzna­czali, aby pod­dać je róż­nym "zabie­gom".

Czy przy­naj­mniej wia­domo, co powo­duje, że komórka w ciele zaczyna wario­wać? Co każe jej porzu­cić funk­cję życiową i prze­obra­zić się w zagro­że­nie dla życia?

Posze­dłem zapy­tać o to mło­dziut­kiego szefa pionu badaw­czego MSKCC, o któ­rym prze­czy­ta­łem, że nie dość, iż znał odpo­wiedź na moje pyta­nia, to jesz­cze znaj­do­wał się u progu waż­nego odkry­cia: klu­cza do kodu, który niczym prze­łącz­nik powo­duje, że zdrowa komórka staje się chorą i na odwrót.

- Jeste­śmy na dobrej dro­dze, ale osią­gnię­cie celu wydaje się ope­ra­cją bar­dziej skom­pli­ko­waną niż wysła­nie czło­wieka na Księ­życ - wyja­śnił mi.

To, co zdo­ła­łem pojąć, było fascy­nu­jące. Czy­stym zbie­giem oko­licz­no­ści ów młody czło­wiek spe­cja­li­zo­wał się w moim typie scho­rze­nia. Im dłu­żej go słu­cha­łem, tym wyraź­niej jed­nak zda­wa­łem sobie sprawę, że eks­plo­ra­cja tajem­ni­czego świata życia odda­lała szefa pionu badaw­czego MSKCC nie tylko ode mnie jako inte­gral­nej osoby, ale też ode mnie jako ciała.

Drą­żąc i ana­li­zu­jąc naj­drob­niej­sze szcze­góły, dotarł do wnę­trza jed­nego z milio­nów kodów zawar­tych w DNA jed­nej z miliar­dów komó­rek ciała. Ale gdzie w tym wszyst­kim byłem ja? Chyba mia­łem jakiś udział w tym, że ten mój prze­łącz­nik źle zadzia­łał?

- Nie. Nie było w tym żad­nego pań­skiego udziału. Wszystko zostało już zawarte w pań­skim kodzie i wkrótce będziemy w sta­nie na nowo zapro­gra­mo­wać tę część, która u pana szwan­kuje - odparł.

Wnio­sek był pocie­sza­jący, choć odcho­dząc, pomy­śla­łem, że on i jego kole­dzy łudzili się: gdyby już zna­leźli klucz do tych drzwi, wnet spo­strze­gliby, że za nimi znaj­dują się kolejne drzwi, a jesz­cze dalej następne i jesz­cze jedne - każde z wła­snym klu­czem. Bo w grun­cie rze­czy tym, do czego sta­rali się dotrzeć moi dro­dzy uczeni, był klucz wszyst­kich klu­czy, kom­bi­na­cja kom­bi­na­cji: "kod Boga". Jak zatem mogli się spo­dzie­wać, że go odkryją?

Ni­gdy nie stra­ci­łem zaufa­nia do leka­rzy, któ­rym powie­rzy­łem swoje zdro­wie. Wręcz prze­ciw­nie. Ale im lepiej ich pozna­wa­łem, tym wyraź­niej czu­łem, że są niczym skrzypce, któ­rym bra­kuje struny. Sami wpa­dli w pułapkę mecha­ni­cy­zmu w postrze­ga­niu pro­blemu, a zatem także spo­sobu jego roz­wią­zy­wa­nia. Nie­któ­rzy dostrze­gali moją nie­pew­ność i nie­które moje uwagi ich bawiły. Na przy­kład: Dla­czego nie przyj­rzeć się na nowo sto­so­wa­nemu słow­nic­twu? Mogłoby to być poży­teczne - mówi­łem. Język, któ­rym obu­do­wana jest ta cho­roba, to język wojny i ja sam począt­kowo też go uży­wa­łem. Rak jest "wro­giem", któ­rego należy "poko­nać"; tera­pia to "broń", a każda faza lecze­nia to "bitwa".

"Cho­roba" postrze­gana jest zawsze jako coś obcego, co wdziera się do naszego wnę­trza, żeby naro­bić tam kło­po­tów, powinna być zatem znisz­czona, wyeli­mi­no­wana, usu­nięta. Już po kilku tygo­dniach obco­wa­nia z rakiem wizja ta prze­stała mi się podo­bać, prze­stała mi odpo­wia­dać.

Ze względu na koniecz­ność współ­ist­nie­nia czu­łem, że ten wewnętrzny gość stał się czę­ścią mnie samego, tak jak ręce, nogi i głowa, na któ­rej w wyniku che­mio­te­ra­pii nie mia­łem już nawet jed­nego włosa. Bar­dziej niż rzu­cić się na tego raka w jego róż­nych wcie­le­niach, wola­łem z nim poroz­ma­wiać, zaprzy­jaź­nić się; głów­nie dla­tego, że zrozumia­łem, iż tak czy owak on już tam zosta­nie, być może w uśpie­niu, żeby towa­rzy­szyć mi przez całą resztę drogi.

- Kiedy rano wsta­je­cie, uśmiech­nij­cie się do waszego serca, do waszego żołądka, do waszych płuc, do waszej wątroby. Tak naprawdę wiele od nich zależy - usły­sza­łem od Thich Nhat Hanha, słyn­nego wiet­nam­skiego mni­cha bud­dyj­skiego, który przy­je­chał kie­dyś do Delhi, aby mówić o medy­ta­cji. Nie wie­dzia­łem jesz­cze wtedy, jak bar­dzo ta rada mi się przyda. A teraz każdy dzień zaczy­na­łem od uśmie­chu do gościa, któ­rego mia­łem w środku.

Im dłu­żej pozo­sta­wa­łem po stro­nie nauki i roz­sądku, tym sil­niej roz­bu­dzała się we mnie cie­ka­wość wobec magii i sza­leń­stwa metod "alter­na­tyw­nych", które na samym początku odrzu­ci­łem. Na pewno nie dla­tego, że uzna­łem, iż pomy­li­łem drogę (pod­po­wie­dział­bym wszyst­kim, żeby wzięli ją pod uwagę jako pierw­szą), ale ponie­waż czu­łem, że choć praw­do­po­dob­nie jest naj­lep­sza, ma swoje ogra­ni­cze­nia. Gdzie indziej, podą­ża­jąc innymi szla­kami, mógł­bym zna­leźć coś innego: zapewne nie "alter­na­tyw­nego", ale być może uzu­peł­nia­ją­cego.

Tak więc kiedy tylko leka­rze napra­wia­cze z Nowego Jorku powie­dzieli mi, że zakoń­czyli swoje "repe­ra­cje" i że przez kolejne trzy mie­siące nie chcą mnie widzieć - trzy mie­siące! zda­wały mi się wiecz­no­ścią - podą­ży­łem w nowym kie­runku.

Po tych wszyst­kich cio­sach, jakie zada­łem mojemu ciału, musia­łem pozwo­lić mu tro­chę ode­tchnąć - oczy­ścić je ze wszyst­kich tru­cizn, jakie mu zaapli­ko­wa­łem w ramach kura­cji, a przede wszyst­kim przy­go­to­wać mój umysł, przy­wy­kły już do samot­no­ści, na ponowny kon­takt ze świa­tem. Naj­bar­dziej oczy­wi­stym spo­so­bem urze­czy­wist­nie­nia tego celu wydało mi się podró­żo­wa­nie. Ruszy­łem więc w drogę z zamia­rem przyj­rze­nia się wszyst­kim innym odmia­nom medy­cyny, kura­cji i cudów, które ewen­tu­al­nie mógł­bym wyko­rzy­stać.

Posta­no­wi­łem naj­pierw wró­cić do Indii, gdzie życie jest zawsze bar­dziej natu­ralne, gdzie spo­łe­czeń­stwo pozo­staje wciąż nie­zwy­kle zróż­ni­co­wane, gdzie czas się wydłuża, gdzie stare egzy­stuje obok nowego, gdzie życie i umie­ra­nie wydają się bar­dziej niż gdzie­kol­wiek indziej na świe­cie pier­wot­nym doświad­cze­niem.

Nie było mnie w Delhi pra­wie rok. Kiedy wsze­dłem do sklepu sta­rego jubi­lera z Sun­dar Nagaru, któ­rego zasta­łem przy nawle­ka­niu na naszyj­nik nie­zwy­kle pach­ną­cych kwia­tów jaśminu, aby ude­ko­ro­wać nim obraz Kryszny, ten zapy­tał, co się ze mną działo.

- Krą­ży­łem po szpi­ta­lach. Mam raka - powie­dzia­łem sam z sie­bie, jak nie uczy­nił­bym wobec nikogo innego.

- Musiał to być naj­bar­dziej boski okres w pań­skim życiu - odparł cał­ko­wi­cie natu­ral­nie.

Istot­nie tak było. Ale skąd on mógł o tym wie­dzieć?

- Nie zna pan histo­rii muzuł­ma­nina, który wyrzu­cony z meczetu, sta­cza się po scho­dach?

- Nie, nie znam.

- Na każ­dym stop­niu, w który ude­rzał, czuł ból; cier­piał i myślał o Bogu. A kiedy w końcu zna­lazł się na samym dole, żało­wał, że nie ma wię­cej schod­ków. Wyobra­żam sobie, że z panem było tak samo.

Czy ist­niał lep­szy spo­sób, aby odku­pić pro­ste trzy­ma­dło do bank­no­tów, jakie zgu­bi­łem w Nowym Jorku? I czy mogłem dostać lep­szy wia­tyk na podróż, którą pod­ją­łem w poszu­ki­wa­niu cze­goś, czego istoty sam dokład­nie nie zna­łem?

Prze­miesz­cza­jąc się z miej­sca na miej­sce, z prze­rwami co trzy mie­siące na wizyty kon­tro­lne w Nowym Jorku, byłem w nie­ustan­nym ruchu, cały czas śle­dząc jakiś wątek, zaspo­ka­ja­jąc cie­ka­wość lub pró­bu­jąc spraw­dzić jakąś zasły­szaną opo­wieść.

Tak więc spę­dzi­łem tydzień na samym krańcu Indii, w sta­rym i pry­mi­tyw­nym ośrodku ajur­we­dyj­skim, kie­ro­wa­nym przez mło­dego leka­rza, który zna na pamięć wszyst­kie święte pisma tra­dy­cyj­nej medy­cyny, jako że nauczył się ich od dziadka, a temu z kolei prze­ka­zał je jego ojciec, i tak dalej. Miej­sce było prze­piękne, pośród pól ryżo­wych, obok bar­dzo sta­rej, dzi­siaj zruj­no­wa­nej świą­tyni. Według legendy została ona wznie­siona przez Ramę, kiedy prze­jeż­dżał tam­tędy w dro­dze do Lanki, aby z pomocą małp odzy­skać porwaną żonę.

Rów­nież w Indiach zro­bi­łem kurs reiki, z któ­rego uzy­ska­łem dyplom. Nato­miast w Taj­lan­dii pości­łem przez sie­dem dni w ośrodku spe­cja­li­zu­ją­cym się w bar­dzo dziś mod­nej meto­dzie lecze­nia: oczysz­cza­niu jelita gru­bego.

Na pół­nocy Fili­pin, w przed­dzień otwar­cia ośrodka, byłem pierw­szym pacjen­tem Pira­midy Azji, zbu­do­wa­nej jako Świa­towe Cen­trum Zdro­wia przez naj­słyn­niej­szego uzdro­wi­ciela, który poprzed­niego wie­czora mnie "ope­ro­wał".

Wiele dni spę­dzi­łem w małej wio­sce w środ­ko­wych Indiach u "leka­rza-maga", który przy­go­to­wy­wał dla mnie z wią­zek ziół i gałęzi spe­cjalne, cuch­nące, zie­lone mik­stury. Dużo czasu prze­by­wa­łem też w naj­słyn­niej­szym tra­dy­cyj­nym szpi­talu w Kerali, gdzie - jak wszy­scy pozo­stali pacjenci - nie mogłem zmru­żyć oka, bo na dzie­dzińcu ryczał słoń i roz­brzmie­wały bar­dzo dziwne trąby orkie­stry, która przy­była tam z trupą aktor­ską, żeby od zmroku do świtu cele­bro­wać uro­czy­sto­ści ku czci opie­kuń­czego bóstwa ajur­wedy.

Za mło­dym, byłym chi­rur­giem wło­skim dotar­łem aż do Bostonu, gdzie pro­wa­dził kurs doty­czący "lekarstw mor­skich". Odkąd został home­opatą, w sta­rej, wyre­mon­to­wa­nej zagro­dzie, zagu­bio­nej pośród nizin­nych tere­nów Emi­lii, pró­buje potwier­dzić naukową wia­ry­god­ność swo­jej prak­tyki, w któ­rej - jak sam przy­znaje - zawiera się ele­ment magii. A ja odczu­łem jej pozy­tywne rezul­taty na wła­snej skó­rze!

Wybra­łem się do Hong­kongu na spo­tka­nie ze sta­rym Chiń­czy­kiem, miliar­de­rem i filan­tro­pem, który, chcąc przed śmier­cią pozo­sta­wić w darze ludz­ko­ści lek na raka, zain­we­sto­wał część swo­jego majątku w bada­nia, a teraz w pro­duk­cję eks­traktu z grzyba, od zawsze uzna­wa­nego przez tra­dy­cję chiń­ską za "cudo­twór­czy".

W Chiang Mai, na pół­nocy Taj­lan­dii, odna­la­złem sta­rego przy­ja­ciela Dana Reida, znawcę tao­izmu i qigong, i każ­dego ranka, aby "zgro­ma­dzić ener­gię kosmiczną", wyko­ny­wa­łem pod jego kie­run­kiem stare chiń­skie ćwi­cze­nia, o któ­rych Dan wła­śnie skoń­czył pisać swoją nową książkę. W odizo­lo­wa­nym i wietrz­nym kom­plek­sie sta­rych budyn­ków, zawie­szo­nym nad ska­li­stym wybrze­żem Kali­for­nii, z wido­kiem na ocean, który wypeł­nia duszę poczu­ciem bez­miaru, uczest­ni­czy­łem w semi­na­rium mają­cym na celu wspar­cie cho­rych na raka. Było nas dzie­wię­cioro i o każ­dej z tych osób mam wzru­sza­jące i zabawne wspo­mnie­nia. Zaraz po tym przy­łą­czy­łem się do wiel­kiego mistrza jogi i do pew­nego muzyka - oby­dwaj byli Hin­du­sami - któ­rzy zor­ga­ni­zo­wali bar­dzo spe­cjalny kurs. Jego zasad­ni­cza idea pole­gała na tym, że po przy­ję­ciu róż­nych pozy­cji jogi oraz "otwar­ciu kana­łów" muzyka miała zostać prze­fil­tro­wana do tka­nek i komó­rek ciała, sty­mu­lu­jąc ich funk­cje życiowe. Na pewno zro­biła mi dobrze... jeśli tam dotarła! W każ­dym razie nale­żała do tych, które tra­fiają bez­po­śred­nio do serca.

W Indiach pró­bo­wa­łem się też zoba­czyć z Sai Babą, jed­nym ze świę­tych, któ­remu przy­pi­suje się bar­dzo wiele cudów, ale kiedy dotar­łem do aśramu guru, aku­rat go nie zasta­łem, uzna­łem więc to za znak, że nasze spo­tka­nie nie było konieczne.

Po dro­dze odwie­dza­łem święte miej­sca bud­dy­zmu. Wiele dni spę­dzi­łem w Bena­res, gdzie Hin­dusi jadą umrzeć, żeby unik­nąć koniecz­no­ści ponow­nych naro­dzin.

Ale jak to zawsze bywa, szu­ka­jąc jed­nej rze­czy, znaj­du­jesz inną. I tak do boga­tej już kolek­cji leka­rzy, spe­cja­li­stów i uzdro­wi­cieli dołą­czali stop­niowo różni święci żebracy, stary jezu­ita - psy­cho­log i hip­no­ty­zer, mnich od dzie­ciń­stwa zako­chany w pew­nym posągu oraz inne dziwne i piękne postaci.

Wszę­dzie, cza­sami wypró­bo­wu­jąc rów­nież nie­które z "lekarstw", które mi pro­po­no­wano, zbie­ra­łem przy­padki "cudow­nych" uzdro­wień, wyle­czeń za sprawą jakiejś mik­stury albo innej dziw­nej metody, ale także wiele histo­rii ludzi, któ­rzy po odrzu­ce­niu nor­mal­nych tera­pii, ofe­ro­wa­nych przez kla­syczną medy­cynę zachod­nią, pod­dali się jakiejś alter­na­tyw­nej kura­cji i umarli.

Jeśli myśla­łem, że aby wyle­czyć się z cho­roby spo­wo­do­wa­nej - moim zda­niem - sty­lem życia, jakie pro­wa­dzi­łem wcze­śniej, powi­nie­nem zerwać z prze­szło­ścią i roz­po­cząć wszystko cał­kiem od nowa, to byłem na dobrej dro­dze: sty­ka­łem się z zupeł­nie innymi ludźmi, mie­rzy­łem się z innymi pro­ble­mami, mia­łem inne myśli. Sam się sta­łem, nie tylko fizycz­nie, inny. W tym momen­cie nie pozo­sta­wało mi nic innego, jak zro­bić następny krok, prze­kro­czyć kolejny próg: rów­nież ten już wyłącz­nie indyj­ski.

Tak więc posta­no­wi­łem spę­dzić trzy mie­siące w aśra­mie, stu­diu­jąc tro­chę san­skryt i roz­my­śla­jąc nad jedy­nym, wiel­kim pyta­niem, jakie czło­wiek zawsze sobie sta­wiał i które sta­nowi samo serce wedanty, koń­co­wej czę­ści Wed, sedno filo­zo­ficzne świę­tych pism Indii: Kim jestem? Ponie­waż odpo­wie­dzią na pewno nie było: "Jestem dzien­ni­ka­rzem takiej to a takiej gazety, auto­rem jakiejś książki czy też cho­rym na taką to a taką cho­robę", spró­bo­wa­łem, rów­nież for­mal­nie, prze­stać być tym, kim byłem wcze­śniej, nie nazy­wać się dłu­żej tak jak dotych­czas, nie mieć żad­nej prze­szło­ści i stać się po pro­stu "Ana­mem", Bez­i­mien­nym. To imię wydało mi się naj­wła­ściw­sze, aby zakoń­czyć życie stra­wione w cało­ści na pró­bach wyro­bie­nia sobie renomy!

To dziwny eks­pe­ry­ment: prze­stać być tym, do kogo przy­wy­kli­śmy, nie móc odwo­łać się do tego, kim byli­śmy, czego doko­na­li­śmy, do miej­sca, gdzie się uro­dzi­li­śmy, albo do osób, które znamy, aby doko­nać iden­ty­fi­ka­cji, samo­okre­śle­nia i usta­no­wić nowe sto­sunki, nawet naj­bar­dziej pod­sta­wowe, z oso­bami, które spo­ty­kamy na naszej dro­dze. Jest to ćwi­cze­nie, któ­rego warto spró­bo­wać, choćby na waka­cjach!

I tak, krok po kroku, powoli, za każ­dym razem śmie­jąc się z samego sie­bie i uśmie­cha­jąc do tego, co mi się przy­tra­fiało, prze­sze­dłem od lecze­nia mnie jako ciała cho­rego na raka w jed­nym z naj­lep­szych szpi­tali świata do lecze­nia mnie jako ciała plus tego wszyst­kiego, co - jak mi się zda­wało - za tym się kryło, w spar­tań­skich warun­kach aśramu, stu­dio­wa­nia kla­sy­ków hin­du­izmu, śpie­wa­nia hym­nów wedyj­skich i jedze­nia rękami z meta­lo­wej miski. Nie sto­so­wa­łem żad­nej z diet, które tak sta­ran­nie dobrano mi w Nowym Jorku, ale spo­ży­wa­łem to, co aku­rat było, prze­waż­nie goto­waną cie­cie­rzycę.

- A więc roz­ma­wia­łeś z Bogiem? - zapy­tał mnie stary przy­ja­ciel, kiedy odwie­dzi­łem go, prze­jeż­dża­jąc przez Paryż.

- Żeby z nim poroz­ma­wiać, musiał­bym go spo­tkać - odpar­łem... aby unik­nąć odpo­wie­dzi. Praw­do­po­dob­nie rów­nież on myślał, że ze względu na pobyt w Indiach w jakiś spo­sób się zagu­bi­łem. Nic z tych rze­czy. Nie sta­łem się ani hin­du­istą, ani bud­dy­stą, nie jestem wyznawcą żad­nego guru ani nie powró­ci­łem do mojej rodzi­mej reli­gii, choć na nowo odkry­łem przy­jem­ność prze­sia­dy­wa­nia w ciszy w pięk­nym kościele, wypeł­nio­nym dawną wiarą, jak na przy­kład we flo­renc­kim San Miniato al Monte.

Należę do tych, któ­rzy bez spe­cjal­nych uprze­dzeń, bez stra­chu przed nowym czy śmiesz­nym, poszu­kują. Może więc, poszu­kując, zna­la­złem dosko­nałe reme­dium na mojego raka? Na pewno nie, ale teraz przy­naj­mniej jestem pewny, że takie lekar­stwo nie ist­nieje, ponie­waż doni­kąd nie ma drogi na skróty: ani do zdro­wia, ani do szczę­ścia, ani do mądro­ści. Żadna z tych rze­czy nie może być natych­mia­stowa. Każdy musi ich szu­kać na swój spo­sób, przejść wła­sną drogę, gdyż to samo miej­sce może zna­czyć coś innego, zależ­nie od tego, kto tam przy­bywa. To, co może być dla jed­nego lekar­stwem, dla dru­giego niczym albo wręcz tru­ci­zną - szcze­gól­nie, jeśli porzuca się na swój spo­sób spraw­dzone pole nauki i zapusz­cza na gęsto już zalud­nione tereny "metod" alter­na­tyw­nych, pełne kom­bi­na­to­rów, szar­la­ta­nów i sprze­daw­ców wszel­kich komu­na­łów.

Czy po tak dłu­giej podróży wró­ci­łem do punktu wyj­ścia? Do wyłącz­nej wiary w naukę i rozum? Do poglądu, że zachodni spo­sób mie­rze­nia się z pro­ble­mami jest naj­lep­szy? Nic z tych rze­czy. Dzi­siaj bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wie­rzę, że niczego nie należy wyklu­czać z góry i że zawsze można zna­leźć kogoś albo coś cen­nego w najbar­dziej nie­prze­wi­dzia­nych miej­scach i oko­licz­no­ściach. Cuda? Oczy­wi­ście, że ist­nieją, ale uwa­żam, iż każdy powi­nien być sprawcą swo­jego wła­snego cudu. Przede wszyst­kim jestem prze­świad­czony, że nasza zna­jo­mość świata i nas samych pozo­staje wciąż mocno ogra­ni­czona i że za pozo­rami, za fak­tami, ukrywa się prawda, która nam umyka, ponie­waż jest nie­uchwytna dla sieci naszych zmy­słów, dla kry­te­riów naszej wie­dzy i naszego tak zwa­nego rozumu.

Bez wąt­pie­nia Zachód doko­nał wiel­kiego postępu w dzie­dzi­nie pozna­wa­nia ludz­kiego ciała, choć wciąż wpra­wia mnie w zakło­po­ta­nie fakt, że u źró­deł naszej medy­cyny jest ana­to­mia, nauka opie­ra­jąca się na sek­cji zwłok, i zasta­na­wiam się, jak można zro­zu­mieć tajem­nicę życia, wycho­dząc od bada­nia zmar­łych. Jed­nak Zachód nie zro­bił żad­nego kroku naprzód, a wręcz być może się cof­nął, jeśli cho­dzi o zna­jo­mość tego wszyst­kiego, co nie­wi­dzialne, nie­wy­mierne, nie­uchwytne, a co się kryje w ciele i poza nim, co je pod­trzy­muje i łączy ze wszyst­kimi innymi for­mami życia, czy­niąc je czę­ścią przy­rody. Psy­cho­ana­liza i psy­cho­lo­gia wciąż się poru­szają tylko po powierzchni tego nie­wi­dzialnego, jakby czuły się zawsty­dzone w obli­czu wiel­kiej tajem­nicy, któ­rej żadna nauka, wła­śnie ze względu na swój cha­rak­ter, ni­gdy nie będzie mogła sta­wić czoła.

Dla­tego wła­śnie bada­nia medyczne nie mają innego wyboru - muszą się zaj­mo­wać coraz bar­dziej szcze­gó­ło­wymi zagad­nie­niami. Czy jed­nak jakieś inne stu­dia, nie­ko­niecz­nie naukowe, nie powinny pójść w odwrot­nym kie­runku: od szcze­gółu do spraw ogól­nych?

Być może dla­tego, że pod­świa­do­mie chcia­łem ujrzeć mój pro­blem rów­nież w innym wymia­rze - nie tylko jako osza­lałą komórkę - i zna­leźć inne wyja­śnie­nie niż zepsuty prze­łącz­nik w kodzie mojego DNA, tra­fi­łem do poło­żo­nego w Hima­la­jach małego domu z kamie­nia i błota. I tam, z ser­cem lżej­szym niż kie­dy­kol­wiek, bez pra­gnień, bez dążeń, prze­peł­niony wiel­kim spo­ko­jem, ujrza­łem pierw­szy wschód słońca nowego tysiąc­le­cia, jakby to był począ­tek Stwo­rze­nia, pod­czas gdy nie­które z naj­wyż­szych szczy­tów świata wyła­niały się z kosmicz­nej ciem­no­ści, roz­pa­la­jąc się różo­wym świa­tłem, jakby miały przy­wró­cić nadzieję na wiecz­ność w naro­dzi­nach i umie­ra­niu. Ni­gdy wcze­śniej nie czu­łem tak bli­skiej obec­no­ści bogów.

Przez wiele tygo­dni - raz w pro­mie­niach wio­sen­nego słońca, kiedy indziej wśród wyso­kiego na metr śniegu, w oto­cze­niu dębów i rodo­den­dro­nów przy­po­mi­na­ją­cych nie­ru­chome, lodowe olbrzymy - byłem gościem pona­do­siem­dzie­się­cio­let­niego, bar­dzo wykształ­co­nego Hin­dusa. W swoim życiu nie robił on nic innego poza roz­my­śla­niem nad sen­sem egzy­sten­cji, a spo­tkaw­szy w prze­szło­ści wszyst­kich wiel­kich mistrzów swo­ich cza­sów, mieszka teraz sam, prze­ko­nany, że jedy­nym, praw­dzi­wym Mistrzem jest ten, któ­rego każdy z nas ma w sobie. Nocami, kiedy cisza zdaje się aż huczeć w uszach, wstaje, zapala świecę i sie­dzi przed nią przez parę godzin. Po co?

- Żeby spró­bo­wać być sobą - odparł. - Żeby usły­szeć melo­dię.

Cza­sami, po popo­łu­dnio­wym spa­ce­rze po lesie śla­dami lam­parta, który któ­rejś nocy pożarł mu psa obron­nego, wcho­dził do mnie po drew­nia­nych scho­dach, a ja na małej maszynce gazo­wej pod­grze­wa­łem wodę z pobli­skiego źró­dła, żeby przy­go­to­wać dwie fili­żanki chiń­skiej her­baty, którą zawsze ze sobą wożę.

- Wszyst­kie moce, te widzialne i nie­wi­dzialne, te nama­calne i nienama­calne, męskie i żeń­skie, nega­tywne i pozy­tywne, wszyst­kie moce świata zjed­no­czyły się, aby­śmy mogli obaj teraz sie­dzieć przy tym ogniu i pić her­batę - mawiał, wybu­cha­jąc śmie­chem, który sam w sobie był rado­ścią. A potem, cytu­jąc Plo­tyna i Boecju­sza, upa­ni­szady, jakiś wers z Bha­ga­wad­gity, z Wil­liama Blake'a albo jakie­goś mistyka sufi, snuł bar­dzo oso­bi­ste teo­rie na temat sztuki i muzyki albo spo­wia­dał się ze swo­jego "grze­chu pier­wo­rod­nego": tego, że zawsze uwa­żał "być" za coś o wiele waż­niej­szego niż "robić".

- A melo­dia? - zapy­ta­łem któ­re­goś dnia.

- To nie­ła­twe. Trzeba się przy­go­to­wać i cza­sami ją sły­chać: jest to melo­dia życia wewnętrz­nego, które pod­trzy­muje wszyst­kie inne, gdzie wszystko ma swoje miej­sce i wszystko jest złą­czone: dobro i zło, zdro­wie i cho­roba - życie wewnętrzne, w któ­rym nie ma ani naro­dzin, ani śmierci.

Wraz z upły­wem dni, kon­tem­plu­jąc w samot­no­ści maje­stat gór, wciąż tam pozo­sta­ją­cych, nie­ru­cho­mych, sym­bo­li­zu­ją­cych naj­więk­szą sta­łość, a prze­cież także nie­ustan­nie się zmie­nia­ją­cych i nie­trwa­łych, jak wszystko na tym świe­cie, czu­jąc gdzieś w tle obec­ność tej pięk­nej, sta­rej duszy napo­tka­nej przy­pad­kiem, poczu­łem, że moja długa i kręta podróż, zapo­cząt­ko­wana w szpi­talu w Bolo­nii, dobie­gła końca.

Posta­no­wi­łem to wszystko opo­wie­dzieć, przede wszyst­kim dla­tego, że wiem, jak bar­dzo krze­piące jest doświad­cze­nie osoby, która poko­nała już kawa­łek drogi, dla kogoś, kto ma ją dopiero przed sobą. A także ze względu na to, że jeśli dobrze się zasta­no­wić, po pew­nym cza­sie ta podróż w poszu­ki­wa­niu lekar­stwa na mojego raka prze­kształ­ciła się w poszu­ki­wa­nie leku na cho­robę nas wszyst­kich: nie­uchron­ność śmierci.

Ale czy to naprawdę "cho­roba"? Czy to coś, czego należy się oba­wiać, "zło", od któ­rego trzeba trzy­mać się z daleka? Chyba nie.

- Pomyśl, jak zatło­czony byłby świat, gdy­by­śmy byli nie­śmier­telni i musieli wciąż po nim krą­żyć, a wraz z nami wszy­scy nasi poprzed­nicy na prze­strzeni wszyst­kich wie­ków! - powie­dział kie­dyś mój stary kom­pan pod­czas wspól­nego spa­ceru po lesie. - Cho­dzi o to, by zro­zu­mieć, że życie i śmierć to dwa aspekty tej samej rze­czy.

Doj­ście do tego wnio­sku to być może jedyny praw­dziwy cel podróży, którą wszy­scy podej­mu­jemy, przy­cho­dząc na świat. Sam o niej nie­wiele wiem, poza tym, że - jestem teraz o tym prze­ko­nany - pro­wa­dzi ona od zewnątrz do wnę­trza i od tego, co małe, coraz bar­dziej ku temu, co wiel­kie.

Kolejne stro­nice są opo­wie­ścią o moich nie­pew­nych kro­kach na tej dro­dze.

NOWY JORK

Czyjeś odbicie w lustrze

NOWY JORK Czy­jeś odbi­cie w lustrze

Sytu­acja wyglą­dała tak jak w akwa­rium. A ja byłem rybą. Z wyba­łu­szo­nymi oczami, oddy­cha­jąc przez otwarte usta, w ciszy, odgro­dzony od nie­po­gody, nafa­sze­ro­wany anty­bio­ty­kami, zaszcze­piony nawet prze­ciw ewen­tu­al­nemu prze­zię­bie­niu, które w moim przy­padku mogło być według leka­rzy groźne, pozo­sta­wa­łem sam w bez­piecz­nym miej­scu - w moim zbior­niku - cza­sami przez wiele godzin bez ruchu i obser­wo­wa­łem świat, który kłę­bił się tuż za szklaną ścianą: Nowy Jork.

Miesz­ka­nie znaj­do­wało się na pią­tym pię­trze: wystar­cza­jąco nisko, aby wciąż mieć widok na ulicę z jej nie­prze­rwa­nym teatrem życia, i na tyle wysoko, żeby w obra­mo­wa­niu wiel­kiego okna w cało­ści wycho­dzą­cego na pół­noc poja­wiły się drzewa Cen­tral Parku, a w ich tle syl­wetki dra­pa­czy chmur.

Podob­nie jak musi się jawić rybie ten dziwny świat po dru­giej stro­nie szyby, ze swo­imi hała­sami, które docie­rają przy­tłu­mione i wyci­szone, mnie rów­nież wyda­wał się odle­gły i absur­dalny. Czu­łem pustkę w gło­wie; byłem nie­zdolny do pre­cy­zyj­nego myśle­nia; mia­łem zdrę­twiałe kości i pozba­wione siły koń­czyny, a owo prze­bie­ra­nie nogami ludzi za oknem, któ­rzy spo­ty­kali się, potrą­cali, witali i bie­gli dalej, zda­wało mi się tak bar­dzo nie przy­sta­wać do mojego rytmu, że cza­sami wybu­cha­łem śmie­chem, jak­bym był widzem sta­rego, nie­mego filmu Char­liego Cha­plina.

Nawet natu­ralna cyklicz­ność słońca, które wsta­wało i zacho­dziło z pokrze­pia­jącą punk­tu­al­no­ścią po dwóch prze­ciw­nych stro­nach tego akwa­rium, zda­wała się nie pokry­wać z ryt­mem mojego ciała. Czę­sto zda­rzało mi się spać w środku dnia i czu­wać w nocy, kiedy wycie syren samo­cho­dów poli­cyj­nych, stra­żac­kich i ambu­lan­sów sta­wało się coraz bar­dziej obse­syjne, przy­oble­ka­jąc ciem­ność cału­nem trwogi.

Przez wiele mie­sięcy owo okno było moim towa­rzy­stwem: przez nie widzia­łem bie­gną­cych mara­toń­czy­ków i śnieg pokry­wa­jący swą bielą mia­sto; obser­wo­wa­łem wie­wiórki, gania­jące się naj­pierw po ogo­ło­co­nych drze­wach, a potem zni­ka­jące w zie­lo­nym, wio­sen­nym listo­wiu. Stam­tąd śle­dzi­łem losy kilku sym­pa­tycz­nych włó­czę­gów, któ­rzy - sie­dząc na ław­kach wśród toboł­ków i pla­sti­ko­wych toreb - roz­ko­szo­wali się słoń­cem jak żaden z wielu mija­ją­cych ich w pośpie­chu i roz­tar­gnie­niu ludzi inte­resu. Patrząc z tam­tego okna, wyobra­ża­łem sobie los pew­nej dziew­czyny, która przy­je­chała auto­bu­sem z pro­win­cji z kil­koma ciu­chami w wiel­kiej, czar­nej tor­bie, prze­wie­szo­nej przez ramię, i z masą pla­nów. Stam­tąd przy­glą­da­łem się dziw­nym rela­cjom, panu­ją­cym mię­dzy psami a ich wła­ści­cie­lami, a także - cza­sami nawet dziw­niej­szym - wza­jem­nym sto­sun­kom mię­dzy wła­ści­cie­lami psów. To zdu­mie­wa­jące, jak wiele można się nauczyć, wyglą­da­jąc przez okno, i ile fan­ta­zji na temat cudzego życia da się snuć, wycho­dząc od obser­wa­cji jakie­goś szcze­gółu czy gestu.

Nawet takie zwy­kłe, ano­ni­mowe miej­sce może stać się "domem". Wie­lo­krot­nie, wra­ca­jąc ze spa­ceru i czu­jąc spły­wa­jące mi po ple­cach kro­ple zim­nego potu, liczy­łem kroki, które mi jesz­cze pozo­stały, jak gdy­bym z góry się cie­szył, że za chwilę otwo­rzę meta­lowe drzwi do miesz­ka­nia 5/C i poczuję ów zapach wynaj­mo­wa­nego pokoju, który darem­nie pró­bo­wa­łem usu­nąć, zapa­la­jąc kadzi­dełka z drzewa san­da­ło­wego.

Kiedy tylko się wpro­wa­dzi­łem, zasło­ni­łem kolo­ro­wymi, indo­ne­zyj­skimi bati­kami wszyst­kie lustra, które jakiś deko­ra­tor kazał zain­sta­lo­wać na ścia­nach, aby stwo­rzyć ilu­zję, że pokój jest więk­szy niż w rze­czy­wi­sto­ści. Pozo­sta­wi­łem tylko jedno nad umy­walką i za każ­dym razem, kiedy wcho­dzi­łem do łazienki, widzia­łem w nim jakie­goś opuch­nię­tego, żół­tego i łysego osob­nika, który patrzył na mnie i robił miny, jak­bym go znał. Ja zaś naprawdę ni­gdy wcze­śniej nie spo­tka­łem tego typa. A prze­cież kiedy tylko otwie­ra­łem drzwi, wciąż był w tym lustrze. Cza­sami posy­łał mi nawet uśmieszki, które czy­niły go jesz­cze bar­dziej odpy­cha­ją­cym. Ale on się nie znie­chę­cał i na swój spo­sób wciąż ze mną roz­ma­wiał. Mówił, że znamy się od pra­wie sześć­dzie­się­ciu lat, że ten tam w lustrze to ja. Tak więc do tego nowego mnie - gru­bego, bla­dego i bez jed­nego włosa - zaczą­łem powoli przy­wy­kać.

Chiń­czycy sztukę pięk­nego sta­rze­nia się dosko­na­lili przez całe wieki i ja, który prze­ży­łem wśród nich wiele lat, łudzi­łem się, że ją tro­chę przy­swo­iłem i odło­ży­łem na bok, aby pocze­kała, aż nadej­dzie mój czas. Podo­bała mi się myśl, że zesta­rzeję się z siwymi wło­sami i może z gęstymi, pięk­nymi brwiami, podob­nymi do brwi Zhou Enlaia, które wykwintny pre­mier Mao Zedonga zapewne bar­dzo pra­co­wi­cie hodo­wał. Posta­no­wi­łem nie mie­rzyć się z che­mio­te­ra­pią. Ale ona też mnie nie dopa­dła! Żeby unik­nąć recy­dywy wypa­da­ją­cych gar­ściami wło­sów, kilka dni przed roz­po­czę­ciem pierw­szego cyklu posze­dłem do Angela, mają­cego zakład fry­zjer­ski na rogu, i pod pre­tek­stem zmiany wize­runku popro­si­łem, żeby ogo­lił na zero włosy, które w owym cza­sie opa­dały mi już nie­mal na ramiona.

- Wła­śnie zamy­kam. Niech pan się zasta­nowi przez noc i przyj­dzie jutro - powie­dział Angelo. - Nie chciał­bym, żeby potem pod­pa­lił mi pan zakład!

Naza­jutrz Angelo wyko­nał swoje zada­nie, ale co do wąsów pozo­stał nie­wzru­szony i musia­łem obciąć je sobie sam. Nosi­łem je od 1968 roku, kiedy Richard Nixon wygrał w wybo­rach pre­zy­denc­kich, a ja, wów­czas stu­dent Colum­bia Uni­ver­sity, prze­gra­łem zakład. Przez pra­wie trzy­dzie­ści lat stały się one czę­ścią mnie, tego, jakim się widzia­łem, więc zdu­mia­łem się, że w ciągu jed­nej chwili zdo­ła­łem się ich pozbyć. Mój stary szkolny kolega Alberto Baroni, który został potem zna­nym flo­renc­kim geron­to­lo­giem, powie­dział kie­dyś: - Sta­rzy ludzie, któ­rzy przez całe życie przy­wią­zy­wali wielką wagę do swo­jego wize­runku, naj­bar­dziej cier­pią i naj­trud­niej im dojść do sie­bie, kiedy zawał serca, para­liż albo jakaś inna cho­roba zmie­niają ich wygląd.

Ja chcia­łem, żeby mi się udało. Warto więc było pocho­wać tego daw­nego mnie - z jego wło­sami i wąsami.

Ostatni dzień był szcze­gólny. Jesz­cze z moją zwy­kłą twa­rzą - żeby urzęd­nicy mogli mnie roz­po­znać i nie mieli pro­ble­mów z przy­ję­ciem czeku - uda­łem się do Wło­skiego Banku Han­dlo­wego przy Wall Street pod­jąć mały plik pie­nię­dzy, które będę trzy­mał w domu. Drogę powrotną posta­no­wi­łem odbyć pie­szo: bar­dzo długi spa­cer. Świe­ciło słońce, wiał wiatr, a ja - wciąż jesz­cze ja - ubrany na biało, cią­gle jesz­cze pełen ener­gii, z dłu­gimi wło­sami i wąsami, sze­dłem przez Man­hat­tan wzdłuż Pią­tej Ulicy, prze­glą­da­jąc się w witry­nach. Po kilku godzi­nach mia­łem już nie być taki sam. Myśl o tym, że stanę się kimś innym, nawet mnie bawiła. Przez lata pozna­łem różne osoby, o któ­rych wie­dzia­łem, że pro­wa­dzą podwójne, a cza­sem nawet potrójne życie. Też miał­bym na to ochotę, ale ni­gdy nie byłem do tego zdolny. Teraz mogłem przy­naj­mniej myśleć, że mam dwa różne życia: to dru­gie miało nastą­pić po pierw­szym. Być może.

- Ej Tiziano, co robisz w Nowym Jorku? - Na wyso­ko­ści sklepu Walta Disneya stary fran­cu­ski kolega z "Libération", z żoną u boku, sta­nął przede mną z otwar­tymi na powi­ta­nie ramio­nami. - Co za nie­spo­dzianka widzieć cię tutaj. Zawsze na biało. Pozna­li­śmy cię z daleka. Zjemy dziś wie­czo­rem razem kola­cję? - Ostat­nim razem spo­tka­li­śmy się w Ułan Bator i powie­dział mi wtedy, że pisze powieść histo­ryczną, któ­rej akcja toczy się wła­śnie tam, w Mon­go­lii.

- Skoń­czy­łeś książkę? - zapy­ta­łem.

- Ależ skąd. Napi­sa­łem już ponad tysiąc stron, ale wciąż się roz­ra­sta. To gor­sze od raka! Rośnie, rośnie, więc cią­gle piszę.

Zaczą­łem się śmiać, ale ani on, ani żona, drobna, pełna wdzięku Laotanka, nie zro­zu­mieli, dla­czego. Czy to ja nie­świa­do­mie pod­su­ną­łem mu to sko­ja­rze­nie? Wybą­ka­łem jakąś wymówkę, żeby nie iść z nimi na kola­cję, i ucie­kłem.

Przed spo­tka­niem z Ange­lem musia­łem jesz­cze odświe­żyć moją gar­de­robę lub raczej zde­cy­do­wać, jak ubrać tego nowego mnie. W tej kwe­stii nie mia­łem wąt­pli­wo­ści: Jeśli chcia­łem pora­dzić sobie z cho­robą, nie powi­nie­nem niczego opła­ki­wać, nie powi­nie­nem tęsk­nić za prze­szło­ścią, a przede wszyst­kim nie powi­nie­nem się łudzić, czy też żywić nadziei, że - nawet jeśli mi się uda - kie­dy­kol­wiek będę taki jak przed­tem. Tak więc nale­żało skoń­czyć z tam­tym mną: eks­tra­wer­tycz­nym, pra­gną­cym zawsze budzić sym­pa­tię, lekko aro­ganc­kim, towa­rzy­skim i ubra­nym na biało. W sumie był to obraz tego, któ­rego komórki zwa­rio­wały. A dla­czego zwa­rio­wały? Może wła­śnie z powodu tam­tej toż­sa­mo­ści! Nale­żało ją zatem zmie­nić, zerwać z daw­nym spo­so­bem życia, przy­zwy­cza­je­niami, ulu­bio­nymi przez tam­tego mnie kolo­rami. Nie cho­dzi o to, że wie­rzy­łem dokład­nie w to, co myślała moja głowa, ale obser­wu­jąc ją, pozwa­la­łem jej myśleć.

W Nowym Jorku jest zawsze czas "wyprze­daży". Ostat­nim wyna­laz­kiem, mają­cym zachę­cić ludzi do coraz więk­szej kon­sump­cji i kupo­wa­nia tego, czego abso­lut­nie nie potrze­bują, jest oferta "Dwa w cenie jed­nego". Przy jed­nej z ulic, któ­rymi prze­cho­dzi­łem, pró­bu­jąc codzien­nie zmie­niać trasę z domu do szpi­tala, odkry­łem wielki sklep, któ­rego nazwa zda­wała się stwo­rzona spe­cjal­nie dla zaspo­ko­je­nia moich gustów: Duffy's cheap clo­thes for mil­lio­na­ires. Ni­gdy nie byłem milio­ne­rem, ale zawsze się nim czu­łem. Jeśli cho­dzi o ubra­nia, kupo­wa­łem je po niskiej cenie, bo pój­ście do ele­ganc­kiego sklepu i naby­cie dro­giej odzieży nie wyda­wało mi się niczym wiel­kim. Nato­miast tam, wśród odrzu­tów z wiel­kich firm i rze­czy, które wyszły z mody, można było doko­nać wiel­kich odkryć. W krót­kim cza­sie, za nie­wielką sumę, zdo­ła­łem zgro­ma­dzić wszyst­kie ele­menty mojego nowego umun­du­ro­wa­nia: dwie pary spor­to­wych dre­sów, jedne gra­na­towe, jedne czarne; teni­sówki, skar­pety, ręka­wiczki i dwa piękne, weł­niane berety, jeden czarny i jeden fio­le­towy, żeby zakryć bilar­dową kulę, którą wkrótce miała się stać moja głowa.

*

Idea che­mio­te­ra­pii jest pro­sta: komórki rakowe mają swoją zło­śliwą cechę, pole­ga­jącą na tym, że się podwa­jają i mnożą. Che­mio­te­ra­pia jest mie­szanką - nazy­waną eufe­mi­stycz­nie "kok­taj­lem" - bar­dzo sil­nych skład­ni­ków che­micz­nych, które - po wpro­wa­dze­niu do krwio­biegu - krążą po orga­ni­zmie i nisz­czą wszyst­kie tego typu komórki. Pro­blem polega na tym, że komórki rakowe nie są jedy­nymi, które mają tę cechę. Komórki wło­sów, pod­nie­bie­nia, języka i innych powierzchni ślu­zo­wych, jak te wewnątrz jelita, są tego samego typu i dla­tego rów­nież one, choć potrzebne i zdrowe, ata­ko­wane są w taki sam spo­sób jak te chore.

- W sumie to tak, jakby bom­bar­do­wać napal­mem dżun­glę i nisz­czyć tysiące drzew, pró­bu­jąc zabić małpę przy­cup­niętą na jed­nej z palm - powie­dzia­łem do pie­lę­gniarki, szy­ku­ją­cej się pie­czo­ło­wi­cie do przy­rzą­dze­nia pierw­szego kok­tajlu, któ­rym miała mnie zbom­bar­do­wać.

Powie­dzia­łem: małpa, ale w rze­czy­wi­sto­ści pomy­śla­łem o Viet­congu i o tym, jak pod­czas wojny w Wiet­na­mie Ame­ry­ka­nie oga­ła­cali z liści całe lasy i nisz­czyli roz­le­głe tereny zie­leni tylko po to, aby unie­moż­li­wić par­ty­zan­tom zna­le­zie­nie bez­piecz­nej kry­jówki. Logika była taka sama. W Wiet­na­mie jej nie­na­wi­dzi­łem, ale teraz pod­da­wa­łem się jej, szu­ka­jąc oca­le­nia. Już od pierw­szych pło­mien­nie czer­wo­nych kro­pli, które obser­wo­wa­łem, jak jedna po dru­giej kapią z prze­zro­czy­stej torebki, prze­pły­wają przez pla­sti­kową rurkę i prze­do­stają się do moich żył za pośred­nic­twem igły wbi­tej w grzbiet lewej dłoni, wyda­wało mi się, że to działa. Efekt był natych­mia­stowy i wstrzą­sa­jący: usta wypeł­nił mi bar­dzo silny smak żelaza, głowa się roz­pa­liła, jakby ogar­nięta powie­wem napalmu, i poczu­łem, jak pło­mień ten dociera do wszyst­kich zaka­mar­ków ciała, do koniuszka każ­dego palca. Sie­dzia­łem w wygod­nym fotelu, który przy­po­mi­nał wypo­sa­że­nie statku kosmicz­nego, na para­pe­cie okna stała doniczka z kwia­tami, skrom­nymi, ale żywymi, a ja słu­cha­łem kocha­nej, mło­dej pie­lę­gniarki, która opo­wia­dała mi o swoim marze­niu, żeby poje­chać do Kali­for­nii i zamiesz­kać w domu nad oce­anem. Byłem spo­kojny, czu­łem, że jestem w dobrych rękach; podo­bał mi się ten mocny, pra­wie fos­fo­ry­zu­jący kolor płynu, który prze­ni­kał do mojego ciała - wyda­wał mi się zna­kiem jego sku­tecz­no­ści. Poczu­łem się gorzej, kiedy po opróż­nie­niu pierw­szej torebki dziew­czyna pod­łą­czyła do urzą­dze­nia następną, zawie­ra­jącą ostatni skład­nik kok­tajlu, jakąś bez­barwną jak woda ciecz, która - jak sobie wyobra­ża­łem - w żaden spo­sób nie mogła mi pomóc. Zasu­ge­ro­wa­łem, żeby zabar­wili ten nijaki płyn na piękną, szma­rag­dową zie­leń albo na fio­le­towo, aby do jego dzia­ła­nia che­micz­nego dodać moc psy­cho­lo­giczną. Dziew­czyna się zaśmiała: - Dobry pomysł! - stwier­dziła.

Była spo­strze­gaw­cza. Obser­wo­wała pacjen­tów i zauwa­żyła, że każdy z nich ma wła­sny spo­sób podej­ścia do che­mio­te­ra­pii. Jedni pod­dają się jej, medy­tu­jąc, inni przy­no­szą ze sobą walk­mana, żeby w tym cza­sie słu­chać ulu­bio­nej muzyki, jesz­cze inni są nie­spo­kojni, cier­pią jak na tor­tu­rach, ponie­waż nie postrze­gają jej psy­chicz­nie jako kura­cji, a przede wszyst­kim nie akcep­tują jej nega­tyw­nych kon­se­kwen­cji, skut­ków ubocz­nych, które - jak wia­domo - muszą się poja­wić.

- Pan robi wra­że­nie, jakby się bawił - powie­działa.

Nie mia­łem wyboru i "robie­nie dobrej miny do złej gry" wyda­wało mi się natu­ralne.

Dla mnie che­mia sta­no­wiła pierw­szą fazę "stra­te­gii", którą - po tygo­dniach ana­liz, badań kon­tro­l­nych, kon­sul­ta­cji ze spe­cja­li­stami na róż­nych pię­trach tej ogrom­nej insty­tu­cji, jaką jest MSKCC - uzna­łem za naj­lep­szą, żeby prze­żyć. Jako taka przed­sta­wiona mi została przez sta­now­czą i zasad­ni­czą lekarkę, która miała zaj­mo­wać się moim przy­pad­kiem: pięć­dzie­siąt lat, żyla­sta, pro­sta jak świeca, twarda i mało­mówna, choć cza­sem z cie­niem lek­kiego uśmie­chu na ustach. Już przy pierw­szym spo­tka­niu poczu­łem, że mogę jej zaufać, i bez namy­słu zaufa­łem. Po che­mii - kok­tajl odpo­wiedni dla mojego przy­padku, powie­działa, został przy­go­to­wany przez grupę medio­lań­skich leka­rzy, dla któ­rych miała wielki sza­cu­nek - cze­kała mnie ope­ra­cja. Po zago­je­niu się rany mia­łem zostać pod­dany radio­te­ra­pii, prze­pro­wa­dza­nej według sys­temu pozo­sta­ją­cego jesz­cze w fazie eks­pe­ry­mentu, a opra­co­wa­nego przez leka­rza z Izra­ela, który został sze­fem oddziału radio­lo­gii tutej­szego szpi­tala. Niski, krępy radio­log, z bródką jak Freud, cie­kaw rów­nież tego wszyst­kiego, co się działo poza medy­cyną, zda­wał się pro­mie­nio­wać nadzieją wyle­cze­nia nawet bez swo­ich urzą­dzeń. Przy­naj­mniej takie było moje pierw­sze wra­że­nie, więc bez­zwłocz­nie posta­no­wi­łem zostać ele­men­tem jego "eks­pe­ry­mentu". Byłem osiem­na­stym pacjen­tem.

- A pozo­sta­łych sie­dem­na­stu? - zapy­ta­łem.

- Wszy­scy prze­żyli.

- Jak długo?

- Dwa lata... Ale dopiero od dwóch lat sto­su­jemy naszą tera­pię.

Od tam­tej pory zawsze nazy­wa­łem go Irra­dia­to­rem.

Chi­rurg poja­wił się przede mną w spodniach w kolo­rze khaki i dżin­so­wej koszuli. Był niskim, gru­bym blon­dy­nem o brzu­chu nie­miec­kiego piwo­sza. Takie zresztą musiało być jego pocho­dze­nie. Jego nazwi­sko zna­czyło "Pan". Od razu ude­rzyły mnie jego błę­kitne, nie­ru­chome oczy i maleń­kie dło­nie o cien­kich i ostrych pal­cach. Pomy­śla­łem sobie, że gdy­bym miał być Ludwi­kiem XVI i musiał pójść na gilo­tynę, lepiej, aby głowę mi ści­nał ktoś pre­cy­zyjny. On robił takie wra­że­nie: był abso­lut­nie pewny swo­jego zada­nia, tego, co ma usu­nąć, a co zosta­wić w środku po wyko­na­niu cię­cia, które popro­wa­dzi znad pępka aż do ple­ców. Nie powie­dział mi tylko, że w cza­sie swo­jej pracy pozbawi mnie także jed­nego żebra.

- Szansa na prze­ży­cie? - zapy­ta­łem.

- Zna­ko­mita, pod warun­kiem że prze­żyje pan dru­giego raka.

Cóż, lep­sze to, niż nic. Poza tym powie­dział to on, Pan, The Lord - jak już go w duchu ochrzci­łem!

Każda z tych faz miała zostać poprze­dzona zabie­giem "Spe­le­ologa", bar­dzo mło­dego eks­perta endo­sko­pii, zdol­nego dotrzeć ze swoją mini­ka­merą tam, gdzie trzeba, żeby pobrać tkanki do ana­lizy. Sta­łem się obiek­tem jego zejść do jam mojego ciała przy­naj­mniej dzie­się­cio­krot­nie i nikt - jak sądzę - nie może twier­dzić, że zna mnie lepiej od środka niż on.

W przy­bli­że­niu cała praca "napra­wia­czy" miała zająć sześć do sied­miu mie­sięcy. Z lekarką koor­dy­nu­jącą całą "repe­ra­cję" pró­bo­wa­łem się tar­go­wać, pewne rze­czy skró­cić w cza­sie, inne fazy odwlec.

- Czy nie mógł­bym pocze­kać rok na prze­pro­wa­dze­nie ope­ra­cji? - zapy­ta­łem. Ale ona, patrząc mi pro­sto w oczy, odcięła wszel­kie drogi ucieczki:

- Mister Terzani, you wait - you die.

Jeśli cze­ka­nie byłoby rów­no­znaczne z koń­cem na tym świe­cie, nie mia­łem wyboru i zaprze­sta­łem wszel­kich dys­ku­sji.

Dla­tego che­mia mi się podo­bała i przy­wią­zy­wa­łem się do niej jak do liny, którą ktoś rzu­cił, żeby oca­lić mnie przed tygry­sem prę­żą­cym się nade mną i urwi­skiem, które mia­łem pod sobą. Zamie­rza­łem więc się jej pod­da­wać, mając świa­do­mość każ­dej wpły­wa­ją­cej we mnie kro­pli, obser­wu­jąc efekty, uczest­ni­cząc w jej dzia­ła­niu z pełną kon­cen­tra­cją. Che­mio­te­ra­pia była począt­kiem jesz­cze jed­nego, moż­li­wego frag­mentu życia, jesz­cze jed­nego obrotu na karu­zeli. Podo­bało mi się też, że w szpi­tal­nym slangu dzień wstrzyk­nię­cia nazy­wano Day One, i że poczy­na­jąc od niego, usta­lano ter­miny róż­nych badań oraz innych koniecz­nych zabie­gów. Rów­nież dla mnie był to "pierw­szy dzień"... nowej ery, mojego dru­giego życia.

Kiedy po paru godzi­nach dziew­czyna pomo­gła mi wstać, poczu­łem się bar­dzo zmę­czony, kości mnie bolały jak po okła­da­niu kijem, ale zosta­łem o tym uprze­dzony, więc zdo­by­łem się na wysi­łek, żeby wró­cić do domu pie­szo przez Cen­tral Park. Zazwy­czaj jest to pół­go­dzinny spa­cer. Tym razem zajął mi godzinę. Mia­łem wra­że­nie, że szy­buję, jak­bym był pod wpły­wem nar­ko­ty­ków, ale odczu­wa­łem satys­fak­cję, że daję radę. Lekarka zachę­cała mnie, żebym nie prze­ry­wał, jeśli to moż­liwe, codzien­nej rutyny owej gim­na­styki i jazdy moto­cy­klem. Pośród wielu innych rze­czy, które powi­nie­nem robić lub nie, popro­siła też, bym jak naj­wię­cej pił - nawet trzy, cztery litry wody dzien­nie - żeby wyda­lać komórki zabite przez che­mię. Pil­nie sto­so­wa­łem się do wszyst­kich zale­ceń.

W tej wie­rze w leka­rzy, w sto­so­wa­niu się do ich wska­zó­wek, było coś pocie­sza­ją­cego. Mia­łem wra­że­nie, że jest mi to bar­dzo pomocne. Bez wąt­pie­nia jak modli­twa. Tego jed­nak nie potra­fi­łem robić, a w każ­dym razie wyda­wa­łoby mi się śmieszne faty­go­wać Pana Boga czy kogoś tam w jego imie­niu, żeby zaj­mo­wał się moją cho­robą i pośród tylu rze­czy na świe­cie, o które musiał się trosz­czyć, spo­wo­do­wał także moje wyzdro­wie­nie.

*

Mię­dzy jed­nym kok­taj­lem a dru­gim nastę­po­wały dwa tygo­dnie prze­rwy, pod­czas któ­rych mia­łem zaży­wać o ści­słych porach różne leki. Musia­łem także robić sobie sam, wbi­ja­jąc igłę małej strzy­kawki w tłuszcz brzu­cha, zastrzyki ze ste­ro­idów. Miały mi one pomóc w odbu­do­wie bia­łych krwi­nek, wywo­ły­wały jed­nak ból w kościach, szcze­gól­nie mied­nicy i mostka. Dwu­ty­go­dniowa prze­rwa miała przede wszyst­kim zła­go­dzić skutki bom­bar­do­wa­nia i przy­wró­cić orga­nizm do jakiej takiej nor­mal­no­ści, żeby móc mu powtór­nie przy­ło­żyć.

Ciało. Ciało. Ciało. To cie­kawe, jak na co dzień, kiedy jeste­śmy zdrowi, pra­wie nie zda­jemy sobie sprawy, że je mamy, a jego funk­cje uzna­jemy za oczy­wi­ste. Wystar­czy jed­nak zacho­ro­wać i cała nasza uwaga zaczyna się na nim sku­piać; zwy­kłe oddy­cha­nie, odda­wa­nie moczu czy wypróż­nia­nie stają się naj­waż­niej­szymi czyn­no­ściami, które deter­mi­nują radość lub cier­pie­nie, wywo­łują ulgę lub nie­po­kój. Zgod­nie ze wska­zów­kami, jakie otrzy­ma­łem, śle­dzi­łem każdą funk­cję mojego ciała i kory­go­wa­łem stop­niowo wszyst­kie nie­re­gu­lar­no­ści, jed­nak czy­niąc tak, z każ­dym dniem coraz wyraź­niej zda­wa­łem sobie sprawę, jak bar­dzo jestem od niego zależny, jak sil­nie jego nastrój wpływa na mój i jak wielki wysi­łek muszę wkła­dać (mój umysł, moja świa­do­mość, sło­wem ten drugi ja), żeby nie stać się jego nie­wol­ni­kiem.

Zawsze uwa­ża­łem za prze­ko­nu­jącą ideę, że dzięki sil­nej woli można czuć się wol­nym nawet w wię­zie­niu. Jed­nym z naj­pięk­niej­szych przy­kła­dów jest ten nie­dawny, doty­czący Pal­dena Gyatso, tybe­tań­skiego mni­cha, który zdo­łał prze­żyć trzy­dzie­ści trzy lata tor­tur i odosob­nie­nia w chiń­skich wię­zie­niach, pozo­sta­jąc wolny duchem. Ale w jakim stop­niu można być wol­nym, będąc więź­niem wła­snego ciała? I czymże jest ta bło­go­sła­wiona wol­ność, o któ­rej wszy­scy tak wiele pra­wimy? W Azji odpo­wiedź na te pyta­nia można zna­leźć w zna­nej od wie­ków histo­rii:

Pewien czło­wiek udaje się do sły­ną­cego z wiel­kiej mądro­ści króla i pyta:

- Panie, powiedz, pro­szę, czy w życiu ist­nieje wol­ność?

- Oczy­wi­ście - odpo­wiada tam­ten. - Ile masz nóg? Czło­wiek patrzy na niego, zdzi­wiony pyta­niem.

- Dwie, mój Panie.

- A zdolny jesteś stać na jed­nej?

- Oczy­wi­ście.

- Spró­buj więc. Zde­cy­duj, na któ­rej.

Czło­wiek zasta­na­wia się przez chwilę, po czym pod­nosi do góry lewą nogę, opie­ra­jąc cały cię­żar ciała na pra­wej.

- Dobrze - rze­cze król. - A teraz pod­nieś rów­nież tę drugą.

- Jakże to? To nie­moż­liwe, mój Panie!

- Widzisz? To jest wol­ność. Jesteś wolny, ale tylko wtedy, gdy podej­mu­jesz pierw­szą decy­zję. Potem już nie.

A jaki ja mia­łem wybór? Do jakiego miej­sca byłem też moim cia­łem? Jaki był mię­dzy nami sto­su­nek? I czy naprawdę było nas dwoje? Czy też może mój umysł, z któ­rym jako ja wola­łem się iden­ty­fi­ko­wać, to tylko jedna z wielu funk­cji owego ciała, a zatem cał­ko­wi­cie jest z nim zwią­zany? Zada­wa­nie sobie tych pytań, w obli­czu śmierci coraz bar­dziej obec­nej jako realna moż­li­wość, w obli­czu bólu, prze­ra­że­nia, melan­cho­lii, któ­rym nale­żało sta­wić czoło, miało wielki sens, choć oczy­wi­ście nie znaj­do­wa­łem odpo­wie­dzi.

Podo­bała mi się myśl, że moje ciało jest kostiu­mem, który rodząc się, poży­czy­łem, i prę­dzej czy póź­niej będę musiał zwró­cić - bez obawy, że pozo­stanę nagi. Ale czy rze­czy­wi­ście tak się miało stać? Jedno było pewne: Ja jako umysł byłem świa­domy swo­jego ciała, ale czy ono było świa­dome mnie? No więc, oby było, oby uznało moje ist­nie­nie i to, że nie może robić cią­gle tego, na co ma ochotę!

Che­mia natych­miast dzia­łała na żołą­dek, który pozba­wiony auto­kon­troli, na swój spo­sób pró­bo­wał pozbyć się tego, co słusz­nie wyda­wało mu się tru­ci­zną. Aby tego unik­nąć, w szpi­talu dano mi fiolkę z bar­dzo dro­gimi pastyl­kami na wypa­dek, gdy­bym nie zdo­łał wytrzy­mać. Udało mi się nie zażyć nawet jed­nej. Kiedy tylko czu­łem, że żołą­dek zamie­rza narzu­cić mi swoje obrzy­dliwe reak­cje, sia­da­łem na ziemi ze skrzy­żo­wa­nymi nogami naprze­ciw małego Buddy z brązu, który stał na para­pe­cie okna. Zamy­ka­łem oczy i kon­cen­tro­wa­łem się cał­ko­wi­cie na żołądku. Wyobra­ża­łem sobie, że go głasz­czę, prze­ma­wia­łem do niego i się uspo­ka­jał. Przy­naj­mniej takie odno­si­łem wra­że­nie. Być może mia­łem po pro­stu szczę­ście i oczy­wi­ście nie okła­my­wa­łem sam sie­bie, myśląc, że to, czego się nauczy­łem kilka lat wcze­śniej od Johna Cole­mana na kur­sie medy­ta­cji vip­pa­sana w Taj­lan­dii, mogłoby zastą­pić moich leka­rzy, ich pastylki, a tym bar­dziej ów jed­no­cze­śnie szko­dliwy i dobro­czynny, czer­wony, fos­fo­ry­zu­jący płyn. Jed­nak sama kon­cen­tra­cja bar­dzo mi pomo­gła.

*

Mimo moich aspi­ra­cji, żeby być czymś wię­cej niż tylko cia­łem, czymś może mniej mate­rial­nym, mniej podat­nym na zmiany i roz­kład, cia­łem byłem i cia­łem pozo­sta­wa­łem. Nale­żało zatem bar­dziej uwa­żać na to, co pod­trzy­my­wało funk­cje tego ciała, od któ­rego wszystko zda­wało się teraz zale­żeć.

- Dzie­więć­dzie­siąt sie­dem pro­cent tego, czym jeste­śmy, sta­nowi to, co zja­damy - oznaj­miła mi tytu­łem wstępu młoda die­te­tyczka z MSKCC, do któ­rej mnie wysłano, aby pod­po­wie­działa mi dietę pomocną w łatwiej­szym zno­sze­niu che­mio­te­ra­pii. - Uprze­my­sło­wie­nie w pro­duk­cji poży­wie­nia spo­wo­do­wało ogromne zachwia­nie rów­no­wagi w naszym orga­ni­zmie i poważ­nie zagraża naszemu zdro­wiu. Dla­tego pro­szę odży­wiać się w spo­sób jak naj­bar­dziej natu­ralny.

Jeśli chcia­łem pomóc mojemu ciału, mia­łem pić wiele napa­rów zio­ło­wych, uni­kać mleka kro­wiego, bo zbyt tłu­ste, i zado­wa­lać się sojo­wym. Mogłem jeść chudy jogurt i dużo owo­ców. Jeśli upie­ra­łem się, by pozo­stać wege­ta­ria­ni­nem, jakim sta­łem się na zasa­dzie osmozy, miesz­ka­jąc w Indiach, powi­nie­nem jeść dużo róż­nych orze­chów, mig­da­łów i zia­ren - naj­le­piej pestek dyni i sło­necz­nika - byle nie były zbyt słone.

- Pro­szę się sta­rać, żeby na pań­skim tale­rzu było bar­dzo kolo­rowo, kłaść obok sie­bie warzywa czer­wone, żółte, zie­lone, czarne. Pro­szę jeść dużo bro­ku­łów, porów i do woli czosnku. Dwa lub trzy razy dzien­nie pro­szę sobie robić kok­tajle i wkła­dać do nich wszystko: mar­chewkę, jabłka, szpi­nak i wszel­kie owoce leśne, szcze­gól­nie jagody. Z poma­rań­czy i grejp­fru­tów pro­szę zja­dać także białą część. Wszystko, co zawiera błon­nik, jest dobre w pań­skim przy­padku i pozwala regu­lo­wać pracę jelit - powie­działa, a ja, jak­bym był wciąż jesz­cze mną dzien­ni­ka­rzem, robi­łem notatki.

Ja, który ni­gdy w życiu nie zwra­ca­łem zbyt­niej uwagi na to, co prze­ły­ka­łem, i nie przej­mo­wa­łem się tym, czy potrawa sto­jąca przede mną była poso­lona, czy nie, czy została ugo­to­wana, czy usma­żona, szybko sta­łem się nie­zwy­kle świa­domy wszyst­kiego, co wkła­da­łem do ust. Zaczą­łem gor­li­wie odwie­dzać sklepy z pro­duk­tami eko­lo­gicz­nymi i uważ­nie czy­tać wszystko, co napi­sane było na opa­ko­wa­niach. Nauczy­łem się nie wie­rzyć ety­kie­tom z rysun­kami jezior i gór, któ­rych jedy­nym zamy­słem było nabra­nie kupu­ją­cego, nato­miast skru­pu­lat­nie stu­dio­wa­łem to, co zgod­nie z pra­wem wytwórcy powinni poda­wać jako skład­niki swo­ich pro­duk­tów. Nie doty­ka­łem niczego, co zawie­rało kon­ser­wanty, sztuczne barw­niki czy dodatki sma­kowe lub zapa­chowe. Ogar­nęła mnie nagła obse­sja groźby zje­dze­nia cze­goś ska­żo­nego. Pozby­łem się wszyst­kich teflo­no­wych garn­ków i patelni, jakie zna­la­złem w miesz­ka­niu, kupi­łem naczy­nia ze stali i wkła­da­łem wiele tro­ski w to, by każdy posi­łek przy­rzą­dzać w spo­sób moż­li­wie pro­sty i natu­ralny. Tym, co instynk­tow­nie naj­bar­dziej mnie odrzu­cało, było poży­wie­nie zmo­dy­fi­ko­wane gene­tycz­nie. Czy sze­fo­stwa wiel­kich, szko­dli­wych zakła­dów prze­twór­czych, które rzu­ciły się na oślep na ten rodzaj mani­pu­lo­wa­nia naturą, by czer­pać z tego ogromne zyski, zasta­na­wiały się, jakie skutki dla orga­ni­zmu ludz­kiego i dla śro­do­wi­ska może mieć ta ich zabawa w Boga? Tym­cza­sem te pro­dukty są w sprze­daży, ludzie je jedzą i nikt nie wie, jakie dia­bel­stwa mogą z tego wynik­nąć. Pew­nego dnia zdamy sobie z tego sprawę i dla wielu będzie już za późno.

Jeśli to prawda, że ciało jest w dużym stop­niu tym, co zjada, być może rów­nież rak, który stał się czę­ścią mojego orga­ni­zmu, spo­wo­do­wany został tym, co zja­dłem. Całe rozu­mo­wa­nie było bez zarzutu i z prze­ra­że­niem przy­po­mi­na­łem sobie lata spo­ży­wa­nia cudow­nych chiń­skich potraw, pocho­dzą­cych z nie­chluj­nych i cuch­ną­cych kuchni, zup zja­da­nych na ulicy w Indo­chi­nach, tysięcy rze­czy, które z głodu, z nudów albo dla towa­rzy­stwa pochło­ną­łem przez całe życie. A te nie­do­myte miski i tale­rze, z któ­rych się jadło? Albo z kolei te lśniące naczy­nia w wiel­kich hote­lach, myte i pole­ro­wane nie bar­dzo zdro­wym popio­łem, jak za cza­sów naszych babek, ale przy uży­ciu naj­róż­niej­szych deter­gen­tów szko­dli­wych dla zdro­wia?

W Indiach są grupy osób - na przy­kład naj­bar­dziej orto­dok­syjni bra­mini - które jedzą tylko to, co same ugo­to­wały, w naczy­niach, które same umyły; inni uwa­żają wybór kucha­rza za kwe­stię duchową, a nie prak­tyczną. Bra­mini myślą, że ten, kto przy­go­to­wuje posi­łek, nawet nie­świa­do­mie wywiera na niego swój wpływ. Jeśli kucharz jest osobą niskiego ducha, wpro­wa­dzi do swo­ich dań nega­tywną ener­gię, która nie­uchron­nie prze­nie­sie się na osobę jedzącą. Z nauko­wego punktu widze­nia to absurd, ponie­waż żadna nauka nie jest w sta­nie zwe­ry­fi­ko­wać ist­nie­nia takiej nega­tyw­nej ener­gii, jak rów­nież zmie­rzyć jej nasi­le­nia, ale to nie z tego powodu pewne osoby mniej w nią wie­rzą. Nie z tego powodu ta ener­gia nie ist­nieje.

Leka­rze byli roz­ba­wieni, słu­cha­jąc tych moich roz­wa­żań mię­dzy jed­nym a dru­gim bada­niem, ale żaden z nich nie zasta­no­wił się, że być może także w tym odmien­nym spo­so­bie postrze­ga­nia świata kryje się jakaś prawda. Coś, co wymyka się nauce. Poza tym rów­nież ta ich - nasza - jakże wychwa­lana nauka pozo­sta­wia wiele do życze­nia, szcze­gól­nie w takich dzie­dzi­nach, jak żywie­nie czy zdro­wie.

Przez całe lata wszyst­kie bada­nia naukowe potwier­dzały wielką war­tość wita­min w lecze­niu wielu cho­rób. Teraz jed­nak poda­wane są do wia­do­mo­ści wyniki nowych ana­liz, które wyka­zują ich nie­wielką albo wręcz żadną przy­dat­ność. Przez pra­wie dwa­dzie­ścia lat byli­śmy prze­ko­nani, że sól jest szko­dliwa w die­cie cho­rych na serce. Teraz oka­zuje się, że nie jest to taka oczy­wi­sta prawda. Przez wiele lat leka­rze wma­wiali nam, że dieta bogata w błon­nik zna­ko­mi­cie prze­ciw­działa rakowi okręż­nicy. Teraz wycho­dzi na jaw, że wcale tak nie jest.

Nie­mal codzien­nie uka­zy­wał się w pra­sie ame­ry­kań­skiej jakiś arty­kuł, który - cytu­jąc bada­nia prze­pro­wa­dzone przez taki czy inny uni­wer­sy­tet - udo­wad­niał, dla­czego to czy inne warzywo jest sku­tecz­niej­sze od innych w zwal­cza­niu raka: raz była to cebula, innym razem bruk­selka, jesz­cze innym mar­chewka, pomi­dory czy też kiełki bro­ku­łów, ale nie star­sze niż... trzy­dniowe. Takich samych odkryć doko­ny­wano w sto­sunku do owo­ców (bar­dzo ważne śliwki i jagody) i przy­praw (przede wszyst­kim kur­kuma i kmin). Jeśli spoj­rzeć z per­spek­tywy lat, wszyst­kie te bada­nia nie wytrzy­mują próby czasu i stają się po pro­stu śmieszne, jak to, o któ­rym prze­czy­ta­łem któ­re­goś dnia w "New York Time­sie": osoby zestre­so­wane są dużo bar­dziej podatne na... prze­zię­bie­nie niż niezestre­so­wane.

A zatem? Czy fakt, że nauka nie potrafi - przy­naj­mniej na razie - wyka­zać dobrego czy też złego wpływu, jaki może mieć kucharz na przy­rzą­dzane jedze­nie, jest wystar­cza­jący, aby wyklu­czyć, że on ist­nieje? Dla­czego nie można myśleć, że źró­dłem cho­roby wście­kłych krów jest to, iż przez całe lata zmu­sza­li­śmy naj­bar­dziej wege­ta­riań­skie ze wszyst­kich stwo­rzeń, z natury nie­gwał­towne i dla­tego naj­święt­sze w oczach Hin­du­sów, do codzien­nego żywie­nia się paszą, skła­da­jącą się mię­dzy innymi z mięsa i kości innych zwie­rząt? Z nauko­wego punktu widze­nia może to być argu­ment bez war­to­ści, ale według mnie jest bar­dzo prze­ko­nu­jący: prze­żu­wa­nie prze­two­rzo­nych zwłok innych zabi­tych istot dopro­wa­dziło krowę do sza­leń­stwa. To pro­ste. A czy my, ludzie, nie ryzy­ko­wa­li­by­śmy tym samym, gdy­by­śmy pew­nego dnia odkryli, że poranna kawa przy­go­to­wana została z palo­nych szkie­le­tów naszych krew­nych albo że bef­sztyk na tale­rzu pocho­dzi z uda zamor­do­wa­nego syna naszego sąsiada?

Jak krowy się zorien­to­wały? Cóż, to rów­nież pyta­nie, na które nauka nie potrafi oczy­wi­ście - przy­naj­mniej chwi­lowo - odpo­wie­dzieć, co nie zna­czy, że nie należy go sobie sta­wiać. Czy może zro­zu­mie­li­śmy naukowo, dla­czego psy są tak bar­dzo przy­wią­zane do czło­wieka albo dla­czego łoso­sie po latach spę­dzo­nych na peł­nym oce­anie potra­fią odna­leźć ujście rzeki, gdzie się uro­dziły, dopły­nąć tam, aby zło­żyć ikrę i umrzeć? A jak to się działo, że kró­lice, trzy­mane w klatce na statku, wie­działy, że w zanu­rzo­nej łodzi pod­wod­nej ich dzieci, kró­liczki, były zabi­jane zawsze w nie­rów­nych odstę­pach czasu. Eks­pe­ry­ment ten prze­pro­wa­dzano jesz­cze w cza­sach Związku Radziec­kiego wła­śnie po to, by wyka­zać, że śmierć każ­dego kró­liczka wywo­łuje reak­cję matki.

Te moje swo­bodne prze­my­śle­nia naj­bar­dziej bawiły panią dok­tor-napra­wiaczkę. Ale oczy­wi­ście nie dawała się zła­pać w pułapkę. Zresztą nie było to moim celem; na pewno nie chcia­łem, żeby przy­znała, iż rów­nież jej nauka jest względna, a cała histo­ria wie­dzy to wiele prawd, które w krót­kim cza­sie oka­zują się błę­dami w świe­tle nowych fak­tów i nowych prawd. Nie, nie! Bawiło mnie po pro­stu snu­cie domy­słów, ale w głębi duszy chcia­łem ufać tej nauce, bo wła­śnie ją obsta­wi­łem; tym nume­rem chcia­łem wygrać.

- Panie Terzani, sły­sza­łam, że nadał pan prze­zwi­ska wszyst­kim swoim leka­rzom. Jak mnie pan nazwał? - zapy­tała mnie któ­re­goś dnia moja lekarka. Na szczę­ście nie musia­łem kła­mać. Bawiąc się jej nazwi­skiem i zmie­nia­jąc jedną samo­gło­skę, nazwa­łem ją Brin­gluck - Przy­no­szącą Szczę­ście.

*

Jeśli ciało składa się w dużym stop­niu z tego, co do niego wkła­damy, przede wszyst­kim musia­łem się zaj­mo­wać jedze­niem, drugą ważną kwe­stią było na pewno powie­trze. Bez jedze­nia ciało może wytrzy­mać wiele dni - i od czasu do czasu robi mu to nawet dobrze - ale bez dopływu powie­trza nie prze­trwa wię­cej niż kilka minut. Ponie­waż nie mogłem wybrać jako­ści powie­trza, któ­rym oddy­cha­łem, posta­no­wi­łem przy­naj­mniej się nauczyć, jak oddy­chać lepiej.

Pomysł przy­szedł mi do głowy po prze­czy­ta­niu ogło­sze­nia rekla­mo­wego w gaze­cie: pewien chiń­ski "mistrz" miał popro­wa­dzić w week­end semi­na­rium doty­czące qigong (dosłow­nie "praca powie­trza"). Mogły w nim uczest­ni­czyć "osoby w każ­dym wieku, nie­za­leż­nie od stanu fizycz­nego". Zapi­sa­łem się, zapła­ci­łem i w sobotę o dzie­wią­tej zna­la­złem się w obszer­nym pomiesz­cze­niu z drew­nianą pod­łogą oraz meta­lo­wymi kolum­nami w jed­nym z wiel­kich, post­in­du­strial­nych budyn­ków Bowery - sym­pa­tycz­nej i mod­nej dziś dziel­nicy Nowego Jorku. Stare fabryki włó­kien­ni­cze i maga­zyny o pięk­nych fasa­dach, pocho­dzące z pierw­szej połowy dwu­dzie­stego wieku, miesz­czą teraz wiel­kie sklepy z modą, głów­nie mło­dzie­żową, gale­rie sztuki i cen­tra kul­tury "alter­na­tyw­nej", sta­no­wiąc scenę naj­róż­niej­szych dzia­łań i inte­re­sów zwią­za­nych z New Age.

Semi­na­rium pro­wa­dzone przez Mastera Hu było zna­ko­mi­tym przy­kła­dem tego nowego typu kon­su­mi­zmu. Miej­sce setek świeżo przy­by­łych imi­gran­tek - posa­dzo­nych przy tyluż maszy­nach do szy­cia - które nie­gdyś w tych "fabry­kach potu" stwo­rzyły potęgę ame­ry­kań­skiego prze­my­słu kon­fek­cyj­nego, zaj­mo­wało tu teraz około pięć­dzie­się­ciu kobiet, mło­dych i w śred­nim wieku - ja i jesz­cze jeden facet sta­no­wi­li­śmy wyją­tek. Gotowe one były słu­chać Mastera Hu, który bar­dzo pro­stą angielsz­czy­zną tłu­ma­czył "jedną z naj­star­szych tajem­nic Chin", wspo­ma­gany uzu­peł­nia­ją­cymi komen­ta­rzami swo­jego asy­stenta i piewcy. Po akcen­cie roz­po­zna­łem, że asy­stent jest Wło­chem; kore­ań­ska dziew­czyna w kasie była jego part­nerką.

Qigong, podob­nie jak prak­ty­ko­wana w Indiach pra­na­jama, to sztuka kon­tro­lo­wa­nia wła­snego odde­chu i kie­ro­wa­nia jego siły wital­nej do róż­nych czę­ści ciała - oczy­wi­ście poza płu­cami. Jako że przez wiele lat żyłem wśród Chiń­czy­ków, widy­wa­łem o świ­cie w ogro­dach publicz­nych wiele osób, szcze­gól­nie star­szych, które wyko­ny­wały w wiel­kim sku­pie­niu te powolne ruchy i sły­sza­łem o ich wiel­kich zale­tach tera­peu­tycz­nych. W Peki­nie jedna z przy­ja­ció­łek Angeli po prze­by­ciu ope­ra­cji na raka została wysłana przez swój zakład pracy na kurs qigong i opo­wia­dała, że przy­nio­sło jej to ogromną korzyść.

Tuż przed moim aresz­to­wa­niem, a następ­nie wyda­le­niem z Chin zaczą­łem brać lek­cje tej pra­daw­nej gim­na­styki ciała i duszy. Kurs pro­wa­dził stary robot­nik, który prak­ty­ko­wał tę sztukę przez całe życie, i żało­wa­łem, że nie mogłem zostać do końca jego uczniem. Teraz, w samym środku Nowego Jorku, musia­łem wysłu­chi­wać bana­łów wypo­wia­da­nych przez Mastera Hu, który pero­ro­wał:

- Jeśli qigong, któ­rego was uczę, wyko­ny­wany jest we wła­ściwy spo­sób, zmieni wasz cha­rak­ter, uczyni was mil­szymi, a w przy­padku kobiet zde­cy­do­wa­nie uła­twi im zna­le­zie­nie męża.

Biedny Master Hu: był w Ame­ryce od nie­dawna i nie zorien­to­wał się jesz­cze, że tam takie rozu­mo­wa­nie się nie spraw­dza, a wręcz jest "poli­tycz­nie nie­po­prawne".

Cały dzień uczy­łem się róż­nych ćwi­czeń: jedne miały nam uświa­do­mić, że się oddy­cha, ponie­waż roz­sze­rzają się piersi, a nie odwrot­nie; inne - nauczyć nas, jak oddy­chać, nie tylko otwie­ra­jąc klatkę pier­siową, ale także brzuch i pod­brzu­sze. Jedno szcze­gólne ćwi­cze­nie pole­gało na tym,

żeby stać z lekko ugię­tymi kola­nami, na sto­pach roz­łą­czo­nych tak, aby two­rzyły jedną linię z ramio­nami, i trzy­mać wyima­gi­no­waną kulę ener­gii w nie­ru­cho­mych rękach na wyso­ko­ści pępka. Gdzieś po dzie­się­ciu minu­tach nale­żało sobie wyobra­zić, że kula prze­kręca się naj­pierw w jedną, a potem w drugą stronę.

- Teraz spró­buj­cie roz­dzie­lić dło­nie i zoba­czy­cie, jakie to trudne - powie­dział Master Hu.

Nie­które kobiety przy­znały entu­zja­stycz­nie, iż rze­czy­wi­ście tak jest. Ich ręce zostały unie­ru­cho­mione w "polu magne­tycz­nym". Moje nie.

Wyko­nu­jąc ostat­nie ćwi­cze­nie, trzeba było zamknąć oczy i - wciąż na lekko ugię­tych kola­nach - wyobra­zić sobie, że sto­imy nogami na ziemi, nato­miast głowę mamy wysoko w powie­trzu. Bar­dzo mi się to podo­bało, był to bowiem mój ideał speł­nio­nego czło­wieka: sto­ją­cego twardo na ziemi, a jed­no­cze­śnie marzy­ciela.

Na zakoń­cze­nie pierw­szego dnia przed­sta­wi­łem się Mistrzowi, popro­si­łem, by opo­wie­dział mi swoją histo­rię, i wkrótce sta­łem się czę­ścią jego świty - obok wło­skiego piewcy i Kore­anki - w wege­ta­riań­skiej restau­ra­cji. Po dro­dze asy­stent opo­wie­dział mi, że przy­je­chał do Sta­nów zaraz po zakoń­cze­niu służby woj­sko­wej szu­kać pracy jako złot­nik. Bez powo­dze­nia, przy oka­zji jed­nak odkrył, jak sam powie­dział, że "zawód uzdro­wi­ciela jest o wiele cie­kaw­szy". Był oczy­wi­ście rów­nież łatwiej­szy i bar­dziej docho­dowy. Uczęsz­czał na różne kursy sztuk walki, od kung-fu po judo, od aikido po taiji­quan. Póź­niej spo­tkał Mastera Hu, stwo­rzyli spółkę i wza­jem­nie się wspie­rali. Następ­nie dołą­czyła do nich Kore­anka. Wła­śnie została zwol­niona z firmy far­ma­ceu­tycz­nej i teraz rów­nież ona zamie­rzała zostać uzdro­wi­cielką.

Asy­stent dużo roz­pra­wiał o "cudach" Mistrza. Powie­dział mi, że potrafi poru­szać przed­mioty na odle­głość, uno­sić kartki papieru i inne rze­czy wyłącz­nie za pomocą swo­jej ener­gii.

- Ja nauczy­łem się zale­d­wie leczyć ból głowy, ale on umie wszystko - zakoń­czył.

Lecze­nie raka było oczy­wi­ście jedną z naj­bar­dziej chlub­nych spe­cjal­no­ści Mistrza i jego asy­stent przy­siągł, że sam widział, jak już przy pierw­szej wizy­cie obję­tość pew­nych guzów pod­da­nych dzia­ła­niu "ener­gii" Mastera Hu zmniej­szała się o połowę. Mistrz - cią­gle według opi­nii asy­stenta - byłby w sta­nie wyle­czyć cho­robę Par­kin­sona, na którą cier­piał papież. Pro­blem pole­gał na tym, jak zawia­do­mić Waty­kan. Master Hu był także prze­ko­nany, że może pomóc Gio­van­niemu Agnel­lemu, który wła­śnie w owym cza­sie prze­by­wał w nowo­jor­skim MSKCC, nie wie­dział jed­nak, jak się z nim skon­tak­to­wać. Ugry­złem się w język i nie powie­działem, że ja też jestem klien­tem tej insty­tu­cji i że jakiś bar­dzo dziwny przy­pa­dek zrzą­dził, iż zna­la­złem się z mło­dym Agnel­lim - po naszym prze­mi­łym spo­tka­niu-wywia­dzie w Indiach i po całej serii trud­nych do wyja­śnie­nia zbie­gów oko­licz­no­ści - pod tym samym dachem, z podobną dole­gli­wo­ścią, w rękach tych samych napra­wia­czy.

Mistrz i jego świta szu­kali naj­wy­raź­niej oka­zji, żeby zdo­być sławę; potrzebny był im "cud" albo też chcieli "cudow­nie" uzdro­wić kogoś zna­nego, dzięki komu zyska­liby pre­stiż. Czy mogłem mieć im to za złe? W zasa­dzie cały świat funk­cjo­nuje już w ten spo­sób: jedyne, co się liczy, to rynek, jedyną moral­no­ścią jest zysk i każdy zmaga się, jak może, żeby prze­żyć w tej dżun­gli. Na razie nie­moż­liwa zdaje się zmiana cze­go­kol­wiek. Mogę tylko powie­dzieć, że to mi się nie podoba.

W grun­cie rze­czy histo­ria Mastera Hu była piękna i pate­tyczna. Uro­dzony w pro­win­cji Gansu, jed­nym z naj­bar­dziej pery­fe­ryj­nych i ubo­gich regio­nów Chin, wyrósł w wio­sce, gdzie jego rodzina od wie­ków jakoś wią­zała koniec z koń­cem dzięki swo­jej "tajem­nicy": lekar­stwu na opa­rze­nia. Sekret był pro­sty: obie­rali skórę z melo­nów i wkła­dali ją do gli­nia­nych naczyń. Szczel­nie zamknięte naczy­nia wędro­wały trzy metry pod zie­mię i mie­sią­cami tam leża­ko­wały. Wytwo­rzony w ten spo­sób płyn miał cudo­twór­czą moc. Wystar­czyło posma­ro­wać nim popa­rzoną skórę i ta się goiła.

Wyobra­żam sobie drogę w sta­rej, typo­wej chiń­skiej wio­sce: niskie domy z łup­ko­wymi dachami i kle­pi­ska z ubi­tej ziemi, prze­cho­dzący chłopi; ci z popa­rze­niami przy­by­wają z daleka, żeby się wyle­czyć. Wszystko to miało sens, wszystko było na miarę czło­wieka i na swój spo­sób magiczne. A teraz glo­ba­li­za­cja, wolny rynek, swo­bodny prze­pływ myśli i pra­gnień uczy­niły z mło­dego Hu "Mastera Hu" i pchnęły go na świa­towe tar­go­wi­sko, by sprze­da­wał na nim naj­bar­dziej pożą­dany towar: nadzieję. Nadzieję na wyle­cze­nie popa­rzeń? Oczy­wi­ście nie. Na te są już maści w każ­dej aptece. Nadzieję na wyle­cze­nie raka, prze­ciwko któ­remu nie wyna­le­ziono jesz­cze żad­nego w pełni sku­tecz­nego środka.

- Czy zauwa­żył pan tę kobietę w głębi sali, tuż obok pana? - zapy­tał mnie asy­stent. - Nie chce, żeby o tym wie­dziano, ale mogę panu powie­dzieć: ona ma raka piersi. Posta­no­wiła nie pod­da­wać się ope­ra­cji ani che­mio­te­ra­pii i zdać się na lecze­nie Mastera Hu.

Oczy­wi­ście, że ją widzia­łem: blada, wystra­szona. W porze obiadu usia­dła na ziemi oparta o ścianę, sama. Wyjęła z torby miseczkę z jakąś zie­lon­kawą zupką, praw­do­po­dob­nie wytwo­rem jakiejś innej chiń­skiej albo makro­bio­tycz­nej mądro­ści, i w mil­cze­niu, bez przy­jem­no­ści, zaczęła ją sączyć. Co za świat!

Młody wło­ski asy­stent być może byłby dobrym jubi­le­rem w swoim kraju, młody Hu mógłby kon­ty­nu­ować tra­dy­cję rodzinną, kore­ań­ska dziew­czyna urzą­dzi­łaby się może szczę­śli­wie w swo­jej Korei. Tym­cza­sem straszny wiatr histo­rii wyrzu­cił ich tutaj jak roz­bit­ków na dale­kiej plaży i połą­czył na chwilę. Usi­ło­wali prze­żyć, obie­cu­jąc złote góry w jakimś nowo­jor­skim lof­cie i stwa­rza­jąc bied­nej, samot­nej kobie­cie ilu­zję, że ich szar­la­ta­ne­ria jest lep­sza od che­mii i od tego wszyst­kiego, co zachod­nia nauka - nawet przy swo­ich ogra­ni­cze­niach - mogła jej zaofe­ro­wać.

Dru­giego dnia powta­rza­li­śmy ćwi­cze­nia z pierw­szego, a potem obser­wo­wa­li­śmy nie­które z "cudów" Mistrza, zapo­wie­dzia­nych przez jego wło­skiego asy­stenta. Master Hu sadzał któ­rąś z osób na krze­śle i mie­rzył jej ciśnie­nie. Następ­nie sta­wał za nią, wyko­ny­wał swoje ćwi­cze­nia, prze­ka­zy­wał jej swoją ener­gię i znów mie­rzył ciśnie­nie, aby poka­zać, że się obni­żyło.

Nie mogłem ode­rwać oczu od niskiej, chu­dej i bla­dej kobiety w rogu sali, nie­zbyt odda­lo­nej ode mnie, śle­dzą­cej jak w tran­sie każdy gest Mistrza, w któ­rego ręce zło­żyła swoje życie. To było jej życie i miała prawo wybrać, jak przez nie przejść lub je zakoń­czyć, ale czy była wolna? Gdyby nie miała tej moż­li­wo­ści, tej "alter­na­tywy", na pewno poszłaby do chi­rurga, pod­da­łaby się che­mio­te­ra­pii i być może teraz znów bie­ga­łaby po parku.

Czy to wina qigong? Oczy­wi­ście nie. Qigong jest mądre. Widzę coś zdro­wego, praw­dzi­wego, pra­daw­nego w tym zapa­no­wa­niu nad wła­snym odde­chem, w "ćwi­cze­niu z kulą", w wyobra­ża­niu sobie, że ma się głowę w chmu­rach, a być może nawet w tej pró­bie nie­sie­nia komuś pomocy poprzez prze­ka­za­nie mu wła­snej ener­gii czy też po pro­stu uspo­ko­je­nie go. Nie­zno­śne, przy­naj­mniej dla mnie, było to, iż to wszystko odby­wało się nie na swoim miej­scu, zostało prze­szcze­pione z jed­nego świata do innego, pozba­wione kon­tek­stu, że stało się towa­rem na sprze­daż, opa­trzo­nym hasłem rekla­mo­wym i pełną listą cho­rób "ostrych i prze­wle­kłych", które Master Hu obie­cy­wał za pomocą swo­jego qigong z powo­dze­niem wyle­czyć.

W Peki­nie, w Parku na Tara­sie Nieba, owe gesty, wyko­ny­wane o wscho­dzie słońca przez sta­rych Chiń­czy­ków w kap­ciach z filcu, przy śpie­wie ich sło­wi­ków w pięk­nych klat­kach zawie­szo­nych na wierz­bach pła­czą­cych, miały sens; w nowo­jor­skim lof­cie - żad­nego. Tam nawet Master Hu wyglą­dał, jakby czuł się nie­swojo.

Wszyst­kie sta­ro­żytne cywi­li­za­cje badały "moc odde­chu" i dostrze­gły zwią­zek mię­dzy odde­chem a umy­słem, a może nawet duszą. Nie­które z nich, jak hin­du­ska, uwa­żały, że w ten spo­sób można uświa­do­mić sobie ist­nie­nie owej siły, która pod­trzy­muje cały świat, a jej naj­prost­szym prze­ja­wem jest wła­śnie oddech. Kiedy jogini zauwa­żyli, że nie­które zwie­rzęta potra­fiące oddy­chać powoli, jak słoń czy wąż, żyją o wiele dłu­żej od oddy­cha­ją­cych szybko, jak pies czy małpa, poświę­cili całe lata na obmy­śle­nie spe­cjal­nych ćwi­czeń, mają­cych na celu spo­wol­nie­nie rytmu ich wła­snego oddy­cha­nia. Dzięki temu mieli nadzieję prze­dłu­żyć swoje życie do stu pięć­dzie­się­ciu, dwu­stu lat.

Według innego poglądu, rów­nież bar­dzo hin­du­skiego, czasu wyzna­czo­nego nam przez los nie mie­rzy się w latach, dniach i godzi­nach - są to nasze wymy­sły - ale w odde­chach. Innymi słowy, mie­li­by­śmy się rodzić nie z poli­czo­nymi dniami, ale odde­chami. A ponie­waż czło­wiek oddy­cha nor­mal­nie dwa­dzie­ścia jeden tysięcy razy dzien­nie, sześć­set trzy­dzie­ści tysięcy razy mie­sięcz­nie i około sied­miu i pół miliona razy w ciągu roku, zwol­nie­nie tego rytmu ozna­cza­łoby prze­dłu­że­nie życia. Wystar­czy­łoby to wyćwi­czyć.

Sedno jed­nak w tym, że prak­tyki te, jeśli mają jakąś war­tość, to tylko wtedy, gdy są trudne, ezo­te­ryczne, nie­osią­galne dla zwy­kłych śmier­tel­ni­ków, a rezul­tat uzy­skuje się kosz­tem wiel­kich poświę­ceń i cał­ko­wi­tego odda­nia. Kiedy tylko stają się dostępne dla wszyst­kich, tracą swoje zna­cze­nie, a wraz z nim całą sku­tecz­ność. Żeby zacho­wać moc, tajem­nica musi pozo­stać tajem­nicą, a sekret sekre­tem.

Nie­mniej qigong podo­bał mi się.

Gdy wycho­dzi­łem, usły­sza­łem entu­zja­styczne głosy kilku dziew­cząt:

- Upra­wia­łam jogę i reiki, ale dopiero teraz, po raz pierw­szy, naprawdę coś odczu­wam - oświad­czyła jedna z nich.

Za ladą obok drzwi stał asy­stent z Kore­anką i sprze­da­wali koszulki z sym­bo­lem jin i jang, kasety wideo z nagra­nymi lek­cjami i fiolki z solami Mistrza, które po wsy­pa­niu do wanny leczyły prze­zię­bie­nie i stres. Nato­miast gra­tis były całe sterty ulo­tek, które zapo­wia­dały otwar­cie gabi­netu Mastera Hu w SoHo na Man­hat­ta­nie. Kon­sul­ta­cja - sto pięć­dzie­siąt dola­rów.

Cie­szy­łem się, że mam około sześć­dzie­się­ciu ulic do przej­ścia na pie­chotę (śred­nio jeden blok na minutę) i że naza­jutrz znów oddam się w ręce moich leka­rzy, któ­rzy nie twier­dzili, że cokol­wiek wyle­czą, a tylko spró­bują.

*

Koniecz­ność pod­da­nia się przeze mnie che­mio­te­ra­pii wyni­kała z tego, że pier­wotne scho­rze­nie, któ­rego komórki repro­du­ko­wały się powoli i któ­rego natura nie była szcze­gól­nie agre­sywna, prze­szło nagłą "muta­cję" i w swo­jej nowej wer­sji stało się bar­dzo szyb­kie i agre­sywne. Che­mia miała powstrzy­mać tę muta­cję. Pro­blem pole­gał na tym, że jed­no­cze­śnie che­mia "muto­wała" mnie.

Po kilku tygo­dniach lecze­nia moje ciało prze­stało być tym, które zna­łem, i każ­dego dnia zauwa­ża­łem coś, co się zmie­niało - naj­pierw nie­po­strze­że­nie, póź­niej coraz wyraź­niej. Sta­wa­łem się mutan­tem jak boha­ter jakie­goś banal­nego filmu science fic­tion. Moje zmy­sły stra­ciły swoje wła­ści­wo­ści: upo­śle­dze­niu ule­gło czu­cie w pal­cach, podob­nie jak zdol­ność odczu­wa­nia smaku i zapa­chu. Dło­nie wyda­wały mi się kru­che i nie­trwałe - jak ze szkła. Paznok­cie nie były już w sta­nie prze­bić skórki poma­rań­czy. Wkrótce zbrą­zo­wiały jak paznok­cie foto­gra­fów z daw­nych lat. Zęby pożół­kły, a dzią­sła stały się tak wraż­liwe, że nawet naj­bar­dziej miękka szczo­teczka wywo­ły­wała efekt tarki. Palce stóp czę­sto cier­pły, a cza­sami tra­ciły czu­cie. Jeden zaczął się dziw­nie wygi­nać. Paznok­cie dużych pal­ców poczer­niały, a następ­nie odpa­dły. Twarz mia­łem wciąż opuch­niętą; podob­nie wyglą­dał brzuch.

Naj­go­rzej było z głową; odno­si­łem wra­że­nie, że już nie funk­cjo­nuje, że nie jest w sta­nie myśleć. Ni­gdy nie uwa­ża­łem się za szcze­gól­nie inte­li­gent­nego i zawsze podzi­wia­łem osoby, które wokół jed­nego tematu albo myśli potra­fiły zro­bić cztery-pięć prze­wro­tek, pod­czas gdy ja mogłem wyko­nać góra dwie. Jed­nak teraz moja głowa nie była zdolna do naj­prost­szych czyn­no­ści: pamię­ta­niu o wyję­ciu klu­cza z zamka, nie­zo­sta­wia­niu zapa­lo­nego ognia pod pustym garn­kiem czy wypi­ciu cie­płego rumianku, który zapa­rzy­łem przed pój­ściem do łóżka, a następ­nego ranka znaj­do­wa­łem zimny w nie­tknię­tej szklance.

Cza­sem mia­łem wra­że­nie, że znaj­duję się w jakimś tran­sie; sądzi­łem, że coś mocno ści­skam, tym­cza­sem wypa­dało mi to z rąk. Ucier­piało na tym wiele tale­rzy i misek. Myśla­łem, że odle­głość mię­dzy kanapą a kuch­nią to trzy kroki, tym­cza­sem żeby je zro­bić, potrze­bo­wa­łem trzech minut.

Całe moje ciało stało się wol­niej­sze i jakby utra­ciło poczu­cie rów­no­wagi. Czę­sto czu­łem, jak­bym uno­sił się na wodzie, nie zaś stał twardo na ziemi. Miesz­ka­łem na nie­wiele ponad czter­dzie­stu metrach, a nie­ustan­nie gubi­łem dłu­go­pis i oku­lary.

Oku­lary: cie­szy­łem się, że mam parę, w któ­rej mogę czy­tać, leżąc na tap­cza­nie. Myśl, że mógł­bym je utra­cić, stała się praw­dziwą obse­sją. Ze wszyst­kich rze­czy, które zgro­ma­dzi­łem przez całe życie - dywa­nów, mebli, posą­gów, chiń­skich kali­gra­fii, obra­zów - jedyną, na któ­rej zale­żało mi teraz bar­dziej niż na czym­kol­wiek innym, stały się oku­lary. Czę­sto zda­rzało mi się myśleć - nie wie­dzieć czemu - o sta­rym, wychu­dzo­nym pustel­niku, wyznawcy dalaj­lamy, któ­rego odwie­dzi­li­śmy kie­dyś z Fol­kiem w górach pół­noc­nych Indii. Spę­dzał czas samot­nie i pogod­nie w maleń­kiej, kamien­nej chatce, czy­ta­jąc święte pisma, wycią­gnięty w drew­nia­nej skrzyni, która słu­żyła mu za łóżko, a potem miała się stać jego trumną. A gdyby zabra­kło mu oku­la­rów? Być może któ­regoś dnia jakiś młody mnich zszedłby do Dha­ram­sali, żeby wziąć dla niego drugą parę. Ale stary pustel­nik musiałby cze­kać tygo­dniami, może mie­sią­cami - nie­wy­klu­czone, że nawet do końca zimy, kiedy spod zwa­łów śniegu znów uka­zują się ścieżki - nie ule­ga­jąc pra­gnie­niu, nie tra­piąc się, akcep­tu­jąc fakt, że wszystko jest nie­trwałe i przej­ściowe. Mie­siące ocze­ki­wa­nia, żeby znów mieć oku­lary i móc z rado­ścią czy­tać swoje księgi pożół­kłe od upływu czasu i dymu.

Patrzy­łem na moje oku­lary i wyda­wały mi się skar­bem. Dużo czy­ta­łem, ale nie prze­tra­wia­jąc lek­tury, bez zapa­mię­ty­wa­nia. Wyłącz­nie dla przy­jem­no­ści chwili. Czy­ta­łem zbiory poezji i - jak wtedy, kiedy mając osiem­na­ście lat, spę­dza­łem czas w sana­to­rium w towa­rzy­stwie Cza­ro­dziej­skiej góry - tak teraz czy­ta­łem opo­wie­ści o cho­ro­bach: Wil­liam Sty­ron i jego depre­sja, Nor­man Cousins i jego zesztyw­nie­nie sta­wów, które leczy za pomocą wła­snej tera­pii, opar­tej na śmie­chu i dużych daw­kach wita­miny C.

Słońce. Przez całe życie kocha­łem prze­by­wa­nie na słońcu, na szczy­tach gór, nad morzem, w tro­pi­kach czy nad brze­gami Mekongu. W tej chwili, idąc ulicą, auto­ma­tycz­nie wybie­ra­łem chod­nik po zacie­nio­nej stro­nie. Uni­ka­łem słońca jak dżumy. Moja napra­wiaczka, dok­tor Przy­no­sząca Szczę­ście, tłu­ma­cząc, że che­mio­te­ra­pia nie­od­wra­cal­nie znisz­czy sys­tem pig­men­ta­cji mojej skóry, nie zosta­wiała w tym wzglę­dzie miej­sca na żadne wąt­pli­wo­ści:

- Już ni­gdy w życiu nie będzie pan się mógł opa­lać. - Uśmiech­ną­łem się, a ona, myśląc, że chcę przez to powie­dzieć: - Dobrze. Zoba­czymy, jak będzie - dodała w ten swój pozor­nie sady­styczny, ale w grun­cie rze­czy tro­skliwy spo­sób: - Panie Terzani, niech pan pobę­dzie na słońcu, a pań­ski mózg się usmaży.

Naj­dziw­niej­sze, że wyda­wało mi się, iż rów­nież mój cha­rak­ter się zmie­nia. Sta­łem się chwiejny w podej­mo­wa­niu decy­zji, czu­łem się kru­chy, nara­żony na zra­nie­nie. Te wszyst­kie apli­ko­wane mi płyny miały moc wpły­wa­nia na stan mojego ducha. Przez całe życie - na prze­kór Angeli, która ich nie­na­wi­dziła - zawsze świet­nie się bawi­łem, oglą­da­jąc hor­rory, z ich trzesz­czą­cymi drzwiami i mor­der­cami czy­ha­ją­cymi w zam­kach zamiesz­ka­nych przez duchy. Wraz z che­mio­te­ra­pią ta przy­jem­ność się skoń­czyła: teraz budziły we mnie strach. Nie byłem w sta­nie oglą­dać żad­nego nawet przez kilka minut.

Mój umysł sta­wał się coraz bar­dziej otę­piały, ale też - co mnie cie­szyło - spo­koj­niej­szy. Na początku tera­pii byłem bar­dzo roz­stro­jony psy­chicz­nie: nega­tywna myśl, która przy­cho­dziła mi do głowy, prze­ra­dzała się szybko w burzę, każdy głos zda­wał mi się krzy­kiem, poko­na­nie schodka jawiło się rów­nie trudne jak wspi­naczka na szczyt góry. Zwy­kła roz­mowa bywała dla mnie wstrzą­sem - nie z powodu tego, co zostało powie­dziane, ale ponie­waż mia­łem wra­że­nie, jak­bym był beczką wypeł­nioną do połowy: po jed­nym dotknię­ciu cią­gle coś się we mnie prze­le­wało i prze­le­wało.

Dzięki medy­ta­cji nauczy­łem się, że dla uspo­ko­je­nia umy­słu naj­waż­niej­sze nie jest opie­ra­nie się napły­wa­ją­cym myślom, ale uświa­do­mie­nie ich sobie, zaak­cep­to­wa­nie ich ist­nie­nia: łatwiej nas wtedy opusz­czają, niż kiedy pró­bu­jemy je ode­pchnąć. Pra­gną­łem uczy­nić to samo z moim począt­ko­wym sta­nem ducha i powoli - być może rów­nież za sprawą opad­nię­cia z sił fizycz­nych - zdo­ła­łem odna­leźć dziwną, tym­cza­sową, ale bar­dzo przy­jemną rów­no­wagę. Nawet moje sny stały się lek­kie i spo­kojne - podob­nie zresztą jak ja sam.

Cza­sami, budząc się rano, czu­łem przy­cza­jony cień depre­sji. Ale była to tylko ciemna smuga, która szybko zni­kała, a nie ta straszna czarna dziura, w jaką zda­wało mi się wpa­dać każ­dego dnia w Japo­nii, ani ten cię­żar całego świata dźwi­ga­nego na grzbie­cie, owa obse­sja bez­u­ży­tecz­no­ści. Teraz zmie­niło się to raczej w poczu­cie dystansu, które czy­niło świat nie­waż­nym, nie na tyle inte­re­su­ją­cym, by chcieć w nim prze­by­wać. Dzięki temu nawet rak prze­stał być dra­ma­tem. Pew­nego dnia w jakimś fil­mie tele­wi­zyj­nym usły­sza­łem zda­nie, na które poprzed­nio wcale nie zwró­cił­bym uwagi:

- Wiem, że umrę, ale nie mam poję­cia kiedy, i to mnie zabija.

Uśmiech­ną­łem się. Była to inna wer­sja słyn­nej kwe­stii Woody'ego Allena:

- Umrzeć? Nie przej­muję się tym. Chciał­bym tylko, żeby mnie tam nie było, kiedy to się sta­nie.

Innym cie­ka­wym aspek­tem tego nowego stanu był mój odmienny zwią­zek z cza­sem. Zawsze zafa­scy­no­wany pew­no­ścią prze­szło­ści z całym jej bogac­twem i zagu­biony w obli­czu nie­pew­nej przy­szło­ści z jej zbyt wie­loma moż­li­wo­ściami, trak­to­wa­łem teraź­niej­szość wyłącz­nie jako mate­riał, któ­rym będę mógł się cie­szyć, gdy tylko sta­nie się prze­szło­ścią. W ten spo­sób teraź­niej­szość zawsze mi umy­kała. Teraz już nie. Cie­szy­łem się teraź­niej­szo­ścią, godzina po godzi­nie, dzień po dniu, bez nad­mier­nych ocze­ki­wań, bez pla­nów.

Jeśli byłem zmę­czony, spa­łem, czy­ta­łem albo po pro­stu wyglą­da­łem przez okno. Cie­szy­łem się tą moją zmi­nia­tu­ry­zo­waną egzy­sten­cją, jak gdyby wszystko, co się działo na zewnątrz tych czte­rech ścian, nie miało smaku, zapa­chu, jakby cała reszta stra­ciła wszel­kie zna­cze­nie. Czy­ta­łem "New York Timesa", któ­rego co dzień wsu­wano pod moje drzwi, z taką samą obo­jęt­no­ścią, z jaką robi­łaby to mrówka albo psz­czoła. Świat, o któ­rym mówiła gazeta, był ode mnie bar­dzo daleko.

W każ­dym kraju mia­łem wła­sny spo­sób czy­ta­nia gazet. W Chi­nach zaczy­na­łem od arty­kułu wstęp­nego, ponie­waż zorien­to­wa­łem się, że są tam naj­śwież­sze wia­do­mo­ści. W Japo­nii, gdzie zaczą­łem grać na gieł­dzie, czy­ty­wa­łem przede wszyst­kim arty­kuły eko­no­miczne. W Nowym Jorku spo­strze­głem, że prze­glą­dam z zain­te­re­so­wa­niem strony nie­ist­nie­jące już w gaze­tach euro­pej­skich: nekro­logi i poże­gna­nia. Każ­dego dnia wspól­nota prze­pro­wa­dza w nich roz­ra­chu­nek z oso­bami - od ich dobrej i złej strony - które opu­ściły ten świat. Był to spo­sób na to, bym zdał sobie sprawę, że róż­nica mię­dzy mną, pięć­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­let­nim męż­czy­zną, a owymi zmar­łymi "po dłu­giej cho­ro­bie", "z powodu zawału serca" lub "po prze­gra­nej bitwie z rakiem" nie była znowu taka duża. Cza­sami wręcz - żadna.

Zacie­ka­wiał mnie nacisk, jaki kła­dziono na przy­pi­sa­nie każ­dej śmierci jakiejś kon­kret­nej przy­czyny. O nikim nie pisano: "Zmarł, bo się uro­dził".

Rów­nież w dni wiel­kiego zmę­cze­nia - dzie­siąty po bom­bar­do­wa­niu był naj­gor­szy - robi­łem wszystko, aby utrzy­mać rutynę, którą narzu­ci­łem sobie jako znak mojego hartu ducha. Są cho­rzy, któ­rzy prze­stają myć zęby, cze­sać się, jak gdyby już nie było warto albo jakby ich ciało - przy­czyna wszyst­kich nie­szczęść - nie mogło być już kochane i stało się obiek­tem pogardy i nie­na­wi­ści. Nie chcia­łem być jed­nym z nich i dla­tego: spa­cer po Cen­tral Parku, pół godziny odpo­czynku pod drze­wem, tro­chę gim­na­styki, zastrzyk w brzuch. A potem jak naj­dłuż­szy marsz, nawet przez pięć­dzie­siąt ulic: naprzód i z powro­tem szyb­kim kro­kiem, dopóki dawa­łem radę. Choć cza­sem z tru­dem je roz­po­zna­wa­łem, mia­łem jed­nak tylko to jedno ciało i utrzy­ma­nie go w spraw­no­ści uwa­ża­łem za naj­lep­szą rzecz, jaką mogłem zro­bić.

Nie­kiedy po powro­cie do domu czu­łem tak wiel­kie zmę­cze­nie, że nie byłem nawet w sta­nie włą­czyć kom­pu­tera, aby wysłać do Angeli codzienny komu­ni­kat - jeden z moich naj­bar­dziej auten­tycz­nych kon­tak­tów ze świa­tem. Jedyny, na któ­rym naprawdę mi jesz­cze zale­żało. Instynk­towna decy­zja, aby spę­dzić ten czas w samot­no­ści, z dala od rodziny, bez żad­nej osoby u boku, którą mógł­bym się cie­szyć, ale z którą musiał­bym się też liczyć, oka­zała się mądra. Nie musia­łem mar­twić się nie­po­ko­jem innych i mogłem lepiej skon­cen­tro­wać całą swoją ener­gię i uwagę.

Niczym stary żaglo­wiec, który ratu­jąc się przed pój­ściem na dno w cza­sie sztormu, wyrzuca do morza cały balast - skrzy­nie z pro­chem, baryłki rumu i wszystko to, co wcze­śniej wyda­wało się nie­zbędne - ogra­ni­cza­łem do mini­mum związki mię­dzy­ludz­kie, zry­wa­jąc wszyst­kie te, które były nie­po­trzebne, utrzy­my­wane z przy­zwy­cza­je­nia, opor­tu­ni­zmu albo ze zwy­kłej grzecz­no­ści.

Mój świat wypeł­nił się ciszą, pustymi godzi­nami, drob­nymi gestami, nie­po­trzebną krzą­ta­niną, nie­pew­nym spo­ko­jem, który dawało się utrzy­mać, pil­nu­jąc każ­dego podmu­chu tych wielu wia­trów, sza­le­ją­cych za pięk­nymi oknami miesz­ka­nia. Przez całe godziny obser­wo­wa­łem, jak zmie­nia się dra­pacz chmur na East Side: czarny o świ­cie, niczym pio­nek na tle poma­rań­czo­wego, czy­stego nieba, potem szary wśród wiel­kiej jasno­ści dnia, błysz­czący niczym zapa­lona świeca wie­czo­rem, kiedy, zaraz po zmroku, roz­świe­tlały się wyż­sze pię­tra, jakby chciał się stać pochod­nią, która roz­ja­śni moje cza­sem bez­senne noce.

Zda­rzały się dni, kiedy nie wypo­wie­dzia­łem i nie usły­sza­łem ani jed­nego słowa, i nie byłem nawet w sta­nie pozdro­wić domi­ni­kań­skiego por­tiera, gdy wycho­dzi­łem na spa­cer albo po zakupy.

Cie­szy­łem się moją coraz bar­dziej pustą głową, coraz mniej kon­flik­to­wym ser­cem i cza­sem, który mijał szyb­ciej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem - w dodatku nie obar­cza­jąc mnie udręką nie­przy­dat­no­ści i poczu­ciem obo­wiązku. Nie mia­łem nic do roboty, żad­nych marzeń ani pra­gnień, poza tym, żeby być tam, gdzie byłem: w ciszy. Zachwy­cało mnie, że nie muszę nic mówić, nie muszę z nikim iść na obiad czy na kola­cję, nie muszę odgry­wać roli, którą gra­łem całe życie. Jakie to szczę­ście nie musieć wystę­po­wać w tym samym reper­tu­arze! Ileż to poga­wę­dek mia­łem za sobą! Ileż osób po powro­cie z kolej­nej podróży zaba­wia­łem przy stole opo­wie­ściami i wra­że­niami, które odsta­wia­łem potem na bok niczym butelki wypi­tego wina! Mia­łem na pieńku z zawo­dem dzien­ni­ka­rza, z ową nie­ustanną koniecz­no­ścią wkra­da­nia się w łaski jakie­goś mini­stra czy pre­zy­denta, żeby uzy­skać od niego wywiad, albo jakie­goś amba­sa­dora, aby dostać wizę do jego nie­go­ścin­nego kraju. Mia­łem wra­że­nie, że mój zawód mnie skrzy­wił: to cią­głe przy­trzy­my­wa­nie drzwi nogą, zjed­ny­wa­nie sobie przy­chyl­no­ści, przy­po­mi­na­nie się, szu­ka­nie akcep­ta­cji, to zbie­ra­nie infor­ma­cji, aneg­dot czy po pro­stu cyta­tów, któ­rymi można by zastą­pić arty­kuł! Wszystko to było na szczę­ście za mną. Ów Tiziano Terzani (tam­ten ja) już nie ist­niał, wypa­lony wresz­cie pięk­nym, czer­wo­nym, fos­fo­ry­zu­ją­cym pły­nem.

Nie musia­łem już ni­gdzie tele­fo­no­wać, nie musia­łem już cho­dzić na żadne "robo­cze śnia­da­nia"! Cóż to za absur­dalny zwy­czaj, żeby nawią­zy­wać kon­takty, pozna­wać ludzi czy też pra­co­wać... jedząc! Dla­czego, jeśli chcemy się z kimś zoba­czyć albo poznać jakąś nową osobę, musimy to robić, mam­ląc coś i prze­żu­wa­jąc? Czemu nie może się to odby­wać pod­czas spa­ceru wzdłuż rzeki albo gry w kule?

Książkę Powie­dział mi wró­bita zaczą­łem od słów: "Dobra oka­zja w życiu zawsze się zda­rza. Pro­blem w tym, żeby umieć ją roz­po­znać". W 1993 roku roz­po­zna­łem ją w prze­po­wiedni, według któ­rej mia­łem zgi­nąć w kata­stro­fie lot­ni­czej - i nie pole­cia­łem. Zda­wało mi się, że rak jest kolejną dobrą oka­zją. Żar­to­wa­łem czę­sto, że moim marze­niem jest zamknię­cie dzien­ni­kar­skiego kra­miku, zacią­gnię­cie żalu­zji i wywie­sze­nie kartki: "Wysze­dłem na obiad". Wresz­cie mi się to udało. Już defi­ni­tyw­nie "wysze­dłem na obiad". Ten rak poja­wił się jakby na życze­nie.

Wkrótce zaczą­łem przy­po­mi­nać fizycz­nie Mar­lona Brando z Czasu Apo­ka­lipsy i zupeł­nie jak on czu­łem się niczym

"śli­mak, który ześli­zguje się po ostrzu brzy­twy". Obiek­tyw­nie byłem odra­ża­jący, ale upo­rczy­wie wma­wia­łem sobie, że nie jest znowu tak źle, że jestem w for­mie. Zro­biło mi to - jestem o tym prze­ko­nany - naprawdę dobrze. Wcho­dzi­łem do szpi­tala z uśmie­chem i trzy­ma­jąc się moż­li­wie pro­sto. Każ­demu, kto pytał, jak się czuję, odpo­wia­da­łem nie­odmien­nie: "Cudow­nie". Uśmie­chy roz­ba­wio­nych osób, które nie były zmu­szone mi współ­czuć i mogły oszczę­dzić sobie zwy­cza­jo­wych, niby to pocie­sza­ją­cych bana­łów, popra­wiały moje samo­po­czu­cie. Z dru­giej strony, czy mia­łem jakieś inne wyj­ście - oczy­wi­ście poza zgry­wa­niem ofiary? Instynk­tow­nie wola­łem tego nie robić.

Jeśli już spo­tkało mnie to doświad­cze­nie, warto było dobrze je wyko­rzy­stać. Żeby o tym pamię­tać, przy­kle­iłem do stołu, na któ­rym codzien­nie pró­bo­wa­łem pro­wa­dzić dzien­nik, kartkę, na któ­rej zapi­sane były wersy kore­ań­skiego mni­cha zen z ubie­głego wieku:

Nie proś o to by mieć dosko­nałe zdro­wie

Byłaby to zachłan­ność

Uczyń z cier­pie­nia lekar­stwo

I nie ocze­kuj drogi bez prze­szkód

Bez tego ognia twoje świa­tło by zga­sło

Sko­rzy­staj z burzy by się wyzwo­lić.

Zaczą­łem trak­to­wać tę cho­robę jak prze­szkodę usta­wioną na mojej dro­dze, żebym nauczył się ska­kać. Pro­blem pole­gał na tym, czy byłem zdolny ska­kać do góry, czy tylko w bok albo - co gor­sza - w dół. Być może w tej cho­ro­bie ukryty był jakiś tajny prze­kaz: przy­szła do mnie, abym się cze­goś nauczył! Zaczą­łem myśleć, że sam, nie­świa­do­mie, chcia­łem tego raka. Od wielu lat pró­bo­wa­łem wyjść z rutyny, zwol­nić rytm moich dni, odkryć inny spo­sób spoj­rze­nia na różne rze­czy; sło­wem - żyć ina­czej. Teraz wszystko się zga­dzało. Rów­nież fizycz­nie sta­łem się kimś innym.

*

Ubrany w spor­towy dres, teni­sówki, weł­niany beret i ręka­wiczki, wędro­wa­łem po mie­ście, wyobra­ża­jąc sobie z roz­ba­wie­niem wszyst­kich kole­gów, któ­rych mógł­bym spo­tkać, a któ­rzy nie byliby w sta­nie mnie roz­po­znać. Mógł­bym spo­koj­nie zatrzy­mać się na rogu ulicy, wycią­gnąć rękę i powta­rzać jeden z refre­nów, które sły­sza­łem każ­dego dnia: " Hej bra­cie, masz jakieś drobne?", "Jestem wete­ra­nem z Wiet­namu. Zechcesz mi pomóc?". Jestem pewny, że gdy­bym tak zro­bił, redak­tor naczelny "Der Spie­gel", doko­nu­jący w Nowym Jorku świą­tecz­nych zaku­pów, dałby mi w roz­ko­ja­rze­niu dwu­dzie­sto­pię­cio­cen­tową monetę, nie zda­jąc sobie sprawy, że to ja.

Ja? Jaki ja? Na pewno nie ten, któ­rego jeden z moich naj­star­szych przy­ja­ciół - jeden z nie­wielu, któ­rzy wie­dzieli, dla­czego jestem w Nowym Jorku - znał i widy­wał regu­lar­nie od trzy­dzie­stu lat. Wła­śnie przy­je­chał z Hong­kongu i zatrzy­mał się w Essex House, hotelu poło­żo­nym dwa kroki od mojego miesz­ka­nia.

- Wyjdę ci naprze­ciw. Idź w stronę Colum­bus Cir­cus - powie­dzia­łem mu przez tele­fon.

Już z daleka natych­miast go zoba­czy­łem, on nie. Prze­szedł obok, nawet się o mnie otarł i wciąż patrzył przed sie­bie, pró­bu­jąc roz­po­znać sta­rego przy­ja­ciela pośród nad­cho­dzą­cych z naprze­ciwka ludzi.

Podwójne światło miasta

Podwójne świa­tło mia­sta

W Indiach się mówi, że naj­pięk­niej­sza pora to świt, kiedy noc unosi się jesz­cze w powie­trzu, a dzień w pełni nie nastał, kiedy roz­róż­nie­nie mię­dzy mro­kiem a świa­tłem nie jest jesz­cze wyraźne. Jeśli czło­wiek chce, jeśli skupi uwagę, to przez kilka chwil może wyczuć, że wszystko, co wydaje mu się w życiu kon­tra­stem: ciem­ność i świa­tło, fałsz i prawda, są tylko dwoma aspek­tami tej samej rze­czy. Róż­nią się, ale nie­ła­two je roz­dzie­lić, są odmienne, ale "nie dwa". Jak męż­czy­zna i kobieta - tak cudow­nie różni - któ­rzy w cza­sie miło­snego aktu stają się Jed­nym.

Jest to pora, kiedy w Indiach - jak się mówi - ryszio­wie, "ci, któ­rzy widzą", roz­my­ślają samot­nie w swo­ich odda­lo­nych, lodo­wych jaski­niach w Hima­la­jach, wpro­wa­dza­jąc do powie­trza ładu­nek pozy­tyw­nej ener­gii i pozwa­la­jąc w ten spo­sób począt­ku­ją­cym zaj­rzeć, wła­śnie o tej godzi­nie, do swego wnę­trza w poszu­ki­wa­niu wyja­śnie­nia wszyst­kiego.

Nie wiem, gdzie roz­my­ślali ame­ry­kań­scy ryszio­wie, ale świt rów­nież w Nowym Jorku był dla mnie naj­pięk­niej­szą porą, kiedy powie­trze naprawdę wyda­wało mi się bar­dziej nała­do­wane nadzieją i czymś dobrym. Oczy­wi­ście działo się tak dla­tego, że pierw­sze, doda­jące otu­chy pro­mie­nie nowego słońca roz­pra­szały, szcze­gól­nie w przy­padku osoby cho­rej, nocne nie­po­koje. Poza tym pogrą­żone jesz­cze we względ­nej ciszy mia­sto, bez tłumu miesz­kań­ców, prze­ży­wało swój poetycki moment: z papie­rami uno­szą­cymi się niczym mewy nad sze­ro­kimi, pro­stymi i opu­sto­sza­łymi uli­cami, poje­dyn­czymi tak­sów­kami, prze­jeż­dża­ją­cymi powoli w poszu­ki­wa­niu pierw­szego klienta, i włó­czę­gami, sku­lo­nymi jesz­cze na swo­ich posła­niach, roz­ło­żo­nych na insta­la­cjach wen­ty­la­cyj­nych metra. Tajem­ni­cze otwory roz­pro­szone tu i tam na asfal­cie wypusz­czały w powie­trze dziwne słupy bia­łej pary, jakby to były noz­drza smo­ków uśpio­nych jesz­cze w gorą­cych trze­wiach tego nad­zwy­czaj­nego serca Nowego Jorku, jakim jest Man­hat­tan.

W podwój­nym świe­tle owej godziny samo mia­sto wyda­wało się zadu­mane, sku­pione na sobie, skon­cen­tro­wane na swoim bycie, zanim sta­nie się polem bitwy nie­zli­czo­nych, zachłan­nych wojen o prze­ży­cie i wła­dzę, toczo­nych na biur­kach i w łóż­kach domów, na sto­łach restau­ra­cji, na uli­cach i w par­kach.

Bar­dzo lubi­łem Nowy Jork. Kiedy mia­łem siłę, uwiel­bia­łem prze­mie­rzać mia­sto pie­szo wzdłuż i wszerz, cza­sami przez kilka godzin z rzędu. Nie­kiedy nie mogłem jed­nak nie czuć brze­mie­nia pracy, bólu i cier­pie­nia, kry­ją­cego się w każ­dym z jego dra­pa­czy chmur. Patrzy­łem na sie­dzibę Naro­dów Zjed­no­czo­nych i myśla­łem o tych wszyst­kich sło­wach i kłam­stwach, o tym, ile spermy i łez wyle­wano w darem­nych pró­bach zapa­no­wa­nia nad ludz­ko­ścią, czego nie da się zro­bić, ponie­waż jedyną rzą­dzącą nią zasadą jest chci­wość i każda jed­nostka, rodzina, mia­steczko czy naród myśli tylko o swoim, ni­gdy o naszym. Prze­cho­dzi­łem obok Plaza Hotel, mija­łem Wal­dorf Asto­ria, wiel­kie, słynne nowo­jor­skie hotele, w któ­rych zatrzy­my­wali się i wciąż zatrzy­mują dyk­ta­to­rzy, głowy państw i sze­fo­wie rzą­dów, szpie­dzy i sza­cowni zabójcy z połowy świata. Myśla­łem wów­czas o pod­ję­tych tam decy­zjach i zawią­za­nych w hote­lo­wych poko­jach spi­skach, które odmie­niły losy wielu kra­jów, oba­la­jąc ich reżimy, mor­du­jąc opo­zy­cjo­ni­stów albo powo­du­jąc znik­nię­cie uwię­zio­nych dysy­den­tów.

Patrzy­łem na szyldy ban­ków, na flagi trze­po­czące na budyn­kach wiel­kich wie­lo­na­ro­do­wych spółek mają­cych różne inten­cje, jed­nak wszyst­kich, bez wyjątku, zako­rze­nio­nych tutaj, i wyobra­ża­łem sobie, jak jakiś facet w kra­wa­cie - ktoś, na kogo nikt nie gło­so­wał, któ­rego nazwi­sko mało kto sły­szał, kto wymyka się kon­troli wszyst­kich par­la­men­tów i wszyst­kich sędziów świata - posta­nowi w ciągu kilku godzin, w imię prze­naj­święt­szej zasady zysku, wyco­fać miliardy dola­rów zain­we­sto­wa­nych w jed­nym kraju, żeby prze­nieść je do innego, ska­zu­jąc w ten spo­sób całe rze­sze lud­no­ści na nędzę.

Całe racjo­nalne sza­leń­stwo współ­cze­snego świata było sku­pione wła­śnie tam, na tych nie­wielu cudow­nych, wital­nych kilo­me­trach kwa­dra­to­wych cementu, roz­cią­ga­ją­cych się mię­dzy East River a Hud­so­nem, pod przej­rzy­stym nie­bem, zawsze goto­wym odbi­jać pomarsz­czony blask wody. Było to kamienne serce roz­prze­strze­nia­ją­cego się, bez­na­dziej­nego mate­ria­li­zmu, który zmie­nia całą ludz­kość - sto­lica tego nowego, okrut­nego impe­rium, w któ­rego stronę wszy­scy jeste­śmy popy­chani, któ­rego wszy­scy sta­jemy się pod­da­nymi, a wobec któ­rego czu­łem zawsze jakiś instynk­towny opór: impe­rium glo­ba­li­za­cji.

I zna­la­złem się wła­śnie tam, w ide­olo­gicz­nym cen­trum tego wszyst­kiego, co mi się nie podoba, żeby pro­sić o pomoc, szu­kać ratunku! Zda­rzyło mi się to zresztą nie po raz pierw­szy. Gdy mia­łem trzy­dzie­ści lat, przy­je­cha­łem tu, sfru­stro­wany pię­cio­let­nią pracą w prze­my­śle, żeby roz­po­cząć nowe życie, zgodne z moimi pra­gnie­niami. Teraz wró­ci­łem, aby zyskać na cza­sie, kiedy to życie dobie­gało końca. Rów­nież za pierw­szym razem sil­nie odczu­wa­łem głę­boką sprzecz­ność mię­dzy natu­ralną wdzięcz­no­ścią za to, co Ame­ryka mi dawała - dwa lata opła­ca­nej wol­no­ści, żebym mógł stu­dio­wać język i sprawy chiń­skie na Colum­bia Uni­ver­sity, przy­go­to­wu­jąc się do pracy dzien­ni­kar­skiej w Azji - i pogardą, nie­chę­cią, cza­sami wręcz nie­na­wi­ścią do tego, co poza tym sobą repre­zen­to­wała.

Kiedy w 1967 roku, pełni entu­zja­zmu, zeszli­śmy z Angelą na ląd w Nowym Jorku ze statku Leonardo da Vinci, który tydzień wcze­śniej wziął nas na pokład w Genui, Ame­ryka pró­bo­wała, w brud­nej i nie­rów­nej woj­nie, narzu­cić swoją wolę bied­nemu azja­tyc­kiemu naro­dowi, uzbro­jo­nemu tylko we wła­sny upór: Wiet­na­mowi. Teraz z kolei, na dro­dze dużo bar­dziej wyszu­ka­nej, mniej widocz­nej i przez to trud­niej­szej do odpar­cia agre­sji, usi­ło­wała narzu­cić światu - wraz ze swymi towa­rami - swoje war­to­ści, prawdy, defi­ni­cje dobra i spra­wie­dli­wo­ści, postępu i... ter­ro­ry­zmu.

Cza­sami na widok ele­ganc­kich panów z ich małymi wali­zecz­kami z pięk­nej skóry, wcho­dzą­cych do wiel­kich, słyn­nych budyn­ków przy Pią­tej Ulicy czy Wall Street, nacho­dziło mnie podej­rze­nie, że są to ludzie, któ­rych należy się wystrze­gać. W ich tor­bach, pod płasz­czy­kiem "pla­nów roz­woju", kryły się pro­jekty cza­sem zupeł­nie tam zbęd­nych, tru­ją­cych fabryk, groź­nych elek­trowni jądro­wych, nowych, szko­dli­wych sta­cji tele­wi­zyj­nych, które raz wpro­wa­dzone do kraju prze­zna­cze­nia, mogły wyrzą­dzić wię­cej krzywd i spo­wo­do­wać wię­cej ofiar niż nie­jedna bomba. Czyżby to oni byli praw­dzi­wymi "ter­ro­ry­stami"?

Wraz z zapeł­nia­ją­cymi się zaraz po świ­cie uli­cami Nowy Jork tra­cił w moich oczach swój cza­ru­jący wygląd i cza­sami jawił mi się jako potworna zgraja zde­spe­ro­wa­nych ludzi, z któ­rych każdy gonił za jakimś marze­niem o smut­nym bogac­twie albo o nędz­nym szczę­ściu.

O ósmej Piąta Ulica, na połu­dnie od Cen­tral Parku, krok od mojego domu, była już pełna ludzi. Powiew zapa­chu kupo­wa­nych zazwy­czaj na lot­ni­skach per­fum wypeł­niał mi noz­drza za każ­dym razem, gdy jakaś kobieta, bie­gnąc z cha­rak­te­ry­stycz­nym pudeł­kiem śnia­da­nio­wym w ręku, mijała mnie, żeby wejść do któ­re­goś z oko­licz­nych dra­pa­czy chmur. Co za spo­sób roz­po­czy­na­nia dnia! Myśla­łem o flo­ren­tyń­czy­kach, któ­rzy wcho­dząc do baru Petrarca przy Porta Romana, nie zama­wiali po pro­stu kawy, ale kawę "wysoką", albo "mac­chiato", "w szklance" albo "w fili­żance", "kre­mowe cap­puc­cino bez pianki" albo "mocny napar w szkle", i o mło­dym Fran­ce­scu, który zwraca uwagę na upodo­ba­nia wszyst­kich klien­tów. Dla więk­szo­ści ludzi w Nowym Jorku kawa to kwa­śna lura w papie­ro­wym kubeczku z pla­sti­kową pokrywką w kształ­cie smoczka, żeby można ją było sączyć, jesz­cze parzącą, w dro­dze do pracy.

Tłum o tej porze skła­dał się głów­nie z ludzi mło­dych, pięk­nych i twar­dych: nowa rasa wyro­sła w siłow­niach i żywiona w Vita­min-sho­pach. Jeśli cho­dzi o nie­któ­rych star­szych męż­czyzn, mia­łem wra­że­nie, jak­bym już ich widział w Wiet­na­mie: wtedy jako ofi­ce­rów mari­nes, a teraz - na­dal wypro­sto­wa­nych i szczu­płych w mun­du­rach biz­nes­me­nów, wciąż "ofi­ce­rów" tego samego impe­rium - zaję­tych zmie­nia­niem reszty świata w część ich glo­bal­nej wio­ski.

Kiedy prze­by­wa­łem w Nowym Jorku, mia­sto nie zostało jesz­cze zra­nione strasz­li­wym ata­kiem z 11 wrze­śnia i dwie wieże, smu­kłe i potężne, ryso­wały się na tle pano­ramy Down­town. Nie zna­czy to wcale, że Ame­ryka była wtedy kra­jem pozo­sta­ją­cym w zgo­dzie z samym sobą i z resztą świata. Choć Ame­rykanie ni­gdy nie musieli wal­czyć na swoim tere­nie, od z górą pół wieku nie prze­stali czuć, że są - a czę­sto i byli - w sta­nie wojny: naj­pierw z komu­ni­zmem, z Mao, z par­ty­zan­tami w Azji i rewo­lu­cjo­ni­stami w Ame­ryce Łaciń­skiej; potem z Sad­da­mem Husaj­nem, a teraz z Osamą bin Lade­nem i islam­skim fun­da­men­ta­li­zmem. Ni­gdy w sta­nie pokoju, zawsze gotowi do ataku. Bogaci i potężni, ale wciąż nie­spo­kojni i nie­za­do­wo­leni.

Któ­re­goś dnia, pod­czas lek­tury "New York Timesa", ude­rzyła mnie infor­ma­cja doty­cząca badań prze­pro­wa­dzo­nych przez Lon­don School of Eco­no­mics na temat szczę­ścia na świe­cie. Wyniki były zaska­ku­jące: naj­szczę­śliw­szy oka­zał się jeden z naj­bied­niej­szych kra­jów, Ban­gla­desz. Indie znaj­do­wały się na pią­tym miej­scu. Stany Zjed­no­czone na czter­dzie­stym szó­stym!

Cza­sami odno­si­łem wra­że­nie, że pięk­nem Nowego Jorku cie­szy się naprawdę nie­wielu. Poza mną, któ­rego jedy­nym zaję­ciem były prze­chadzki, i jaki­miś żebra­kami podej­mu­ją­cymi dys­ku­sję z wia­trem, wszy­scy, któ­rych widy­wa­łem, robili wra­że­nie, jakby ich wyłącz­nym celem było prze­ży­cie i nie­do­pusz­cze­nie, aby cokol­wiek ich przy­gnio­tło. Wciąż na polu walki, tocząc jakąś wojnę.

Kon­flik­tem, który mnie zadzi­wił, gdyż przez ponad dwa­dzie­ścia pięć lat miesz­ka­łem w Azji, oka­zała się wojna płci, zresztą jed­no­stronna: kobiet prze­ciwko męż­czy­znom. Sie­dząc pod wiel­kim drze­wem w Cen­tral Parku, obser­wo­wa­łem te kobiety: zdrowe, twarde, pewne sie­bie, przy­po­mi­na­jące roboty. Naj­pierw mijały mnie spo­cone pod­czas codzien­nego jog­gingu, w bar­dzo obci­słych, pro­wo­ka­cyj­nych stro­jach, z wło­sami zwią­za­nymi w koń­ski ogon; potem poja­wiały się w swo­ich biu­ro­wych mun­dur­kach - czar­nym kostiu­mie, czar­nych butach, z czarną torbą na lap­top - z roz­pusz­czo­nymi wło­sami, wil­got­nymi jesz­cze po prysz­nicu. Piękne i lodo­wate, rów­nież fizycz­nie aro­ganc­kie i pogar­dliwe. Wszystko to, co moje poko­le­nie uzna­wało za "kobiece", zni­kło, celowe wyparte przez tę nową, per­wer­syjną ideę eli­mi­no­wa­nia wszel­kich róż­nic, czy­nie­nia wszyst­kich jed­na­ko­wymi, nato­miast kobiet brzyd­kimi kopiami męż­czyzn.

Mój syn Folco, także wycho­wany w Azji, opo­wie­dział mi kie­dyś, że kilka dni po przy­by­ciu na stu­dia w New York Uni­ver­sity Film School, pró­bo­wał otwo­rzyć drzwi sali, żeby prze­pu­ścić kole­żankę, a ta zmro­ziła go sło­wami:

- Ej ty, myślisz, że nie jestem w sta­nie sama otwo­rzyć tych pie­przo­nych drzwi?

Myśla­łem, że to wyją­tek. Nie, oka­zało się, że reguła. A im bar­dziej kobiety roz­wi­jają mię­śnie i aro­gan­cję, tym bar­dziej męż­czyźni stają się wystra­szeni i nie­zde­cy­do­wani. Jeśli są konieczni do spło­dze­nia dziecka, zda­rza się, że wzywa się ich w potrze­bie, a potem, po uży­ciu, odsyła do domu. Efekt? Jak mi się zda­wało, doj­mu­jące poczu­cie nie­szczę­ścia, szcze­gól­nie jeśli to - co zda­rzało mi się obser­wo­wać w mil­cze­niu spod drzewa albo z okna - było dru­gim aktem tej samej histo­rii: bar­dzo wiele samot­nych kobiet, czter­dzie­sto-, pięć­dzie­się­cio­let­nich, czę­sto z papie­ro­sem w ustach, wypro­wa­dzało na spa­cer psa, który nosił być może imię jakie­goś męż­czy­zny z prze­szło­ści.

- Bill, chodź tu do mnie. Nie, Bill, nie prze­chodź sam przez ulicę. No, Bill, chodź już, wra­camy do domu.

Były to te same kobiety, które przed laty bie­gały, żeby wyrzeź­bić sobie piękne ciało, teraz już tro­chę pod­sta­rzałe; te same, któ­rych mło­dość minęła na marze­niach o rze­ko­mej wojow­ni­czej wol­no­ści, zakoń­czo­nej teraz samot­nie. Zostały im tylko drobne, ner­wowe tiki, zmarszczki i - przy­naj­mniej w odczu­ciu mnie jako obser­wa­tora - głę­boka melan­cho­lia.

Czę­sto przy­po­mi­na­łem sobie kobiety hin­du­skie, wciąż bar­dzo kobiece, pewne sie­bie w jakże odmienny spo­sób, zysku­jące jesz­cze na atrak­cyj­no­ści w wieku czter­dzie­stu czy pięć­dzie­się­ciu lat. Nie atle­tyczne, ale w natu­ralny spo­sób piękne. Naprawdę inna strona księ­życa. Poza tym - podob­nie jak kobiety euro­pej­skie z poko­le­nia mojej matki - zawsze sta­no­wiące część rodziny, grupy, ni­gdy nie­po­zo­sta­wione sobie samym.

Z okna mojego miesz­ka­nia czę­sto byłem świad­kiem praw­dzi­wej "prze­pro­wadzki". Widy­wa­łem dziew­czyny, które przy­by­wały do Nowego Jorku z dru­giego krańca Ame­ryki z całym życiem zamknię­tym w jed­nej tor­bie. Wyobra­ża­łem sobie każdą z nich, jak czyta ogło­sze­nia w pra­sie, znaj­duje pokój do wyna­ję­cia, salę gim­na­styczną, gdzie może upra­wiać aero­bik, i zaję­cie przed ekra­nem kom­pu­tera. Widzia­łem w myślach, jak w cza­sie prze­rwy obia­do­wej idzie do baru sałat­ko­wego, gdzie zjada na sto­jąco pla­sti­ko­wym widel­czy­kiem eko­lo­giczne warzywa na wagę nało­żone szczyp­czy­kami do pojem­nika z przy­krywką. A wie­czo­rem? Kurs jogi kun­da­lini, który obie­cuje roz­bu­dzić całą ener­gię sek­su­alną do tego poten­cjal­nie boskiego aktu, który dzi­siaj został spro­wa­dzony w naj­lep­szym razie do... punk­to­wa­nych osią­gnięć spor­to­wych: John bije Boba cztery do dwóch.

W końcu rów­nież ta dziew­czyna, zwa­biona niczym ćma świa­tłami Nowego Jorku, skoń­czy w wiel­kim ogni­sku ludz­ko­ści, która nie­ustan­nie doła­do­wuje swoją ener­gią życiową to jakże szcze­gólne mia­sto. Za dzie­sięć, dwa­dzie­ścia lat może się zda­rzyć, że będzie jedną z tych zasmu­co­nych, mil­czą­cych i wystra­szo­nych kobiet, bez żad­nego przy­ja­ciela czy krew­nego, które widy­wa­łem sie­dzące na fote­lach w MSKCC w ocze­ki­wa­niu na ope­ra­cję czy też wynik jakie­goś budzą­cego nie­po­kój bada­nia.

*

Być może, żyjąc w samot­no­ści, traci się poczu­cie miary. Ale w zamian, mil­cząc, sta­jemy się bar­dziej wraż­liwi na odbiór. Zda­rzało mi się więc pod­czas spa­ce­rów wychwy­ty­wać frag­menty dys­ku­sji, jakieś wypo­wie­dziane kwe­stie, które jesz­cze długo potem brzmiały mi w uszach. Odno­si­łem wra­że­nie, że ludzie mówią przede wszyst­kim o pie­nią­dzach, pro­ble­mach i kon­flik­tach. Więk­szość roz­mów zda­wała mi się kłót­niami, nato­miast słowa - nała­do­wane napię­ciem i agre­syw­no­ścią.

- Jest odra­ża­jący, po pro­stu odra­ża­jący. Jak dziecko - mówi jakaś kobieta.

Być może ma na myśli męża. W każ­dym razie nie wie­dzia­łem, że dzieci są odra­ża­jące. Pew­nego dnia wró­ci­łem do domu ze sło­wem "okrutny" w gło­wie: usły­sza­łem je w trzech róż­nych wypo­wie­dziach. Naj­przy­jem­niej­sza rzecz zda­rzyła się pew­nego ranka, kiedy usły­sza­łem słowa jed­nego z ogrod­ni­ków z Cen­tral Parku. Koń­cząc poga­wędkę z kimś, kogo nie widzia­łem, bo był scho­wany za żywo­pło­tem, powie­dział:

- ...i bar­dzo pro­szę opie­ko­wać się mal­cem.

"Malec", któ­rym tam­ten miał się zaj­mo­wać, oka­zał się trzy­ma­nym przez niego na smy­czy pie­skiem.

*

Na pierw­szy rzut oka jest w Ame­ry­ka­nach coś ujmu­ją­cego, cie­płego. Urzęd­nik imi­gra­cyjny, który kon­tro­lo­wał mój pasz­port i papiery wjaz­dowe na lot­ni­sku, zapy­tał, w jakim celu przy­je­cha­łem do Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

- Żeby się leczyć na raka - odpar­łem. Spoj­rzał na mnie z sym­pa­tią.

- Powo­dze­nia - powie­dział i uprzej­mie wbił mi zwy­kłą, trzy­mie­sięczną wizę, doda­jąc do niej współ­czu­jący uśmiech.

Szybko jed­nak zda­jemy sobie sprawę, że ta goto­wość, ten przy­ja­ciel­ski, nie­mal rodzinny spo­sób wcho­dze­nia w rela­cje to tylko tech­nika, rodzaj sztuczki, którą opa­no­wał każdy Ame­ry­ka­nin i któ­rej nikt już się nie dziwi. W rze­czy­wi­sto­ści każdy kon­takt mię­dzy­ludzki trak­tuje się podejrz­li­wie, a życie to nie­ustanna obrona przed kimś albo przed czymś. W wiel­kich skle­pach każda wysta­wiona na sprze­daż chu­s­teczka zaopa­trzona jest w elek­tro­niczny czuj­nik, który - jeśli nie zosta­nie odłą­czony przy kasie - uru­cha­mia sys­tem alar­mowy przy drzwiach wyj­ścio­wych. Księ­gar­nie, sklepy z pły­tami i z ubra­niami znaj­dują się pod nie­ustanną obser­wa­cją straż­ni­ków w cywil­nych stro­jach, któ­rzy krążą ze słu­chaw­kami w uszach, jakby byli taj­nymi agen­tami wyzna­czo­nymi do ochrony pre­zy­denta. Wszyst­kie trans­ak­cje pod­da­wane są szcze­gó­ło­wej kon­troli, ponie­waż ist­nieje podej­rze­nie, że każdy klient może być oszu­stem, a karta kre­dy­towa, którą płaci, została skra­dziona. Z nie­któ­rych skle­pów musia­łem natych­miast wyjść, pro­szono mnie bowiem, abym zosta­wił przy kasie moją skromną indyj­ską torbę z mate­riału. Naj­wy­raź­niej przy­pusz­czano, że zamie­rzam napeł­nić ją skra­dzio­nym towa­rem.

Spo­łe­czeń­stwo, któ­rego człon­ko­wie wyra­żają głę­boką, wza­jemną nie­uf­ność i w któ­rym nie ist­nieje świa­do­mość wspól­nych dla wszyst­kich war­to­ści - odczu­wa­nych, zanim jesz­cze staną się zapi­sa­nym sys­te­mem - wciąż musi się odwo­ły­wać do prawa i sędziów, żeby regu­lo­wać różne powsta­jące w jego łonie powią­za­nia. Taka jest Ame­ryka: wszyst­kie sto­sunki spo­łeczne, nawet te naj­bar­dziej intymne, obcią­żone są cią­głą obawą przed moż­liwą inge­ren­cją prawną. Zagro­że­nie jest trwałe, a adwo­kaci stali się stra­sza­kami każ­dego związku opar­tego na przy­jaźni, miło­ści, współ­pracy czy zaufa­niu. Nowym, typowo ame­ry­kań­skim spo­so­bem zara­bia­nia pie­nię­dzy, jest oskar­że­nie jakie­goś wiel­kiego przed­się­bior­stwa o dys­kry­mi­na­cję rasową, wła­snego szefa o mole­sto­wa­nie sek­su­alne, kochanka o gwałt, a leka­rza o zanie­dba­nie.

W szpi­talu przed każ­dym bada­niem musia­łem pod­pi­sy­wać papiery, które zwal­niały insty­tu­cję z wszel­kiej odpo­wie­dzial­no­ści w razie jakie­goś wypadku. Na przy­kład przed endo­sko­pią musia­łem obej­rzeć film, w któ­rym tłu­ma­czono mię­dzy innymi, jakie jest pro­cen­towe ryzyko, że nie obu­dzę się z nar­kozy.

- Zro­zu­miał pan, prawda? Pro­szę tu pod­pi­sać - mówiła, świa­doma absur­dal­no­ści tej sytu­acji, pie­lę­gniarka wło­skiego pocho­dze­nia. Potem, dla doda­nia otu­chy, śpie­wała mi Volare, pod­czas gdy pierw­sze kro­ple owej magicz­nej mie­szanki środ­ków usy­piały mnie, szczę­śli­wego, że leżę na ide­al­nie czy­stym łóżku, w oto­cze­niu facho­wych, sku­tecz­nych i zna­ko­mi­cie wyszko­lo­nych ludzi. Rów­nież oni byli wytwo­rem owego spo­łe­czeń­stwa, na które cza­sami w duchu tak bar­dzo się zło­ści­łem, a któ­remu teraz powie­rzy­łem się z ufno­ścią, aby prze­żyć.

*

Nie byłem jedy­nym, który przy­był do Ame­ryki w poszu­ki­wa­niu jakie­goś ratunku. Gdzie­kol­wiek się obró­ci­łem, znaj­do­wa­łem jakie­goś towa­rzy­sza tej drogi nadziei. Wszy­scy por­tie­rzy w mojej kamie­nicy byli imi­gran­tami: sta­rzy pocho­dzili z Haiti, naj­młod­szy z Kosowa. Kio­skarz na rogu był Paki­stań­czy­kiem, wła­ści­ciel sklepu z owo­cami Kore­ań­czy­kiem, chło­pak, sto­jący na zim­nie przed skle­pem i sprze­da­jący kwiaty, przy­je­chał z Ekwa­doru. Tak­sówki, któ­rymi jeź­dzi­łem do szpi­tala, kiedy moje ciało spóź­niało się na wyzna­czone wizyty albo kiedy lało jak z cebra, a ono nie mogło ryzy­ko­wać prze­zię­bie­nia pod­czas spa­ceru przez Cen­tral Park, nie­mal wszyst­kie bez wyjątku były pro­wa­dzone przez nowych imi­gran­tów. Wystar­czyło spoj­rzeć na tabliczkę ze zdję­ciem i nazwi­skiem, jaką każdy kie­rowca jest zobo­wią­zany umie­ścić wewnątrz samo­chodu. Wielu było Haitań­czy­kami - bar­dzo szczę­śli­wymi, jeśli się ich natych­miast roz­po­zna­wało i zwra­cało do nich po fran­cu­sku - inni pocho­dzili z Ban­gla­de­szu, nie­któ­rzy z Afryki - bar­dzo ważne, żeby nie brać ich za czar­no­skó­rych Ame­ry­ka­nów - jesz­cze inni oka­zy­wali się rosyj­skimi Żydami. Ci ostatni byli, przy­naj­mniej dla mnie, naj­bar­dziej inte­re­su­jący. W pewien spo­sób się do nich przy­wią­za­łem. Ich pobra­tym­ców pozna­łem w Azji Środ­ko­wej, kiedy impe­rium sowiec­kie roz­pa­dało się, poszcze­gólne repu­bliki uzy­ski­wały nie­pod­le­głość, a oni, trak­to­wani jak oby­wa­tele dru­giej kate­go­rii - zarówno przed­tem, jak i potem - mieli tylko jedno dąże­nie: wyemi­gro­wać do Izra­ela albo do Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

- Kiedy przy­je­chał pan z Rosji? - pytam jed­nego z nich.

- Nie z Rosji, tylko z byłego Związku Radziec­kiego... pocho­dzę z Moł­da­wii, jeste­śmy Euro­pej­czy­kami.

- Jak się pan tutaj czuje? Podoba się panu Ame­ryka? Patrzy na mnie w lusterku wstecz­nym, żeby się upew­nić, czy nie popełni gafy:

- Ame­ryka? Ame­ryka to gułag, obóz pracy z dobrym jedze­niem. Kiedy mówię to gło­śno, nie­któ­rzy się obra­żają, ale co mogę zro­bić: oni są Ame­rykanami, ale teraz ja też jestem Ame­rykaninem.

Pró­bo­wał wyemi­gro­wać już w 1979 roku, ale udało mu się wyje­chać dopiero w 1991. Mieszka w Bri­gh­ton Beach w Bro­okly­nie. Kie­dyś była to czarna dziel­nica, gdzie nawet McDo­nald's musiał zamknąć swój lokal; teraz to część mia­sta, która prze­żywa wielki roz­wój, zamiesz­kana nie­mal wyłącz­nie przez Żydów rosyj­skiego pocho­dze­nia, z ich skle­pami, restau­ra­cjami i syna­go­gami.

W daw­nym Związku Radziec­kim - jak upiera się nazy­wać kraj swo­jego pocho­dze­nia - był biz­nes­me­nem.

- Kupo­wa­łem meble za dwa­dzie­ścia tysięcy rubli i odsprze­da­wa­łem je za pięć­dzie­siąt, parę butów za osiem­dzie­siąt rubli sprze­da­wa­łem za sto dwa­dzie­ścia. I to wszystko bez podatku od sprze­daży i bez podatku docho­do­wego. Za naj­pięk­niej­sze w daw­nym Związku Radziec­kim uwa­żam brak podat­ków. To, co robi­łem, było nie­bez­pieczne, wciąż ryzy­ko­wa­łem wię­zie­niem, ale udało mi się go unik­nąć. Tam byłem wolny. Tutaj wma­wiają mi, że jestem wolny, ale nikt nie jest wolny w Ame­ryce, nawet pre­zy­dent. Mówią, że jestem wolny finan­sowo. To nie­prawda. Ta tak­sówka jest rze­komo moja, ale naprawdę należy do ban­ków. Wszy­scy jeste­śmy nie­wol­ni­kami jakichś mene­dże­rów, któ­rzy z kolei są nie­wol­ni­kami kogoś innego.

Kiedy w byłym Związku Radziec­kim kobieta rodziła dziecko - kon­ty­nu­ował - zosta­wała w domu na wiele mie­sięcy. Tutaj dwa tygo­dnie po poro­dzie moja żona została wezwana przez swo­jego szefa i musiała wró­cić do pracy: po dwóch tygo­dniach! Jestem wdzięczny Sta­nom Zjed­no­czo­nym za to, że dały mi oby­wa­tel­stwo. Dzięki temu unik­ną­łem wojny domo­wej w 1994 roku, śmierci i zabi­ja­nia, ale tutaj nie ma życia. Wczo­raj wysze­dłem z domu o szó­stej rano, wró­ci­łem o wpół do dzie­sią­tej wie­czo­rem, żeby znów wyjść dzi­siaj o szó­stej. Lepiej bym zro­bił, gdy­bym spał w samo­cho­dzie.

I nie doty­czy to tylko mnie - mówił dalej. - Tutaj wszy­scy tak żyją, także boga­cze, któ­rzy miesz­kają tam, gdzie pan, albo przy Park Ave­nue. Wiem, bo wożę ich do biur. Wzy­wają tak­sówkę, a kiedy wsia­dają, nie są nawet w sta­nie zatrza­snąć drzwi­czek, bo w jed­nej ręce trzy­mają papie­rowy kubek z kawą, a w dru­giej baj­gla lub kanapkę. Kiedy mówią, dokąd mam ich zawieźć, nie rozu­miem, bo mają pełne usta.

Kiedy wysia­dają, wciąż mają oby­dwie ręce zajęte i znów nie mogą zamknąć drzwi. W byłym Związku Radziec­kim mie­li­śmy czas dla rodziny, na dłu­gie spa­cery i roz­mowy z przy­ja­ciółmi. Tutaj jestem w sta­nie wziąć góra dzie­sięć dni urlopu rocz­nie, a i tak nie wypo­czy­wam, bo wiem, że kiedy mnie nie ma, skrzynka pocz­towa wciąż zapeł­nia się rachun­kami do zapła­ce­nia.

Po roz­pa­dzie Związku Radziec­kiego w 1991 roku ponad pół miliona Żydów przy­je­chało do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, bar­dzo wielu do Nowego Jorku. W dodatku są to osoby wykwa­li­fi­ko­wane. W tym wła­śnie kryje się sekret wiel­kiej wital­no­ści Ame­ryki, a szcze­gól­nie Nowego Jorku: wciąż nowe fale imi­gran­tów, goto­wych na naj­więk­sze poświę­ce­nia, żeby im się powio­dło. W latach trzy­dzie­stych i czter­dzie­stych przy­je­chali Żydzi z Nie­miec i innych kra­jów euro­pej­skich, potem Chiń­czycy, Kore­ań­czycy i Wiet­nam­czycy; teraz znowu Chiń­czycy i Hin­dusi, i jesz­cze Żydzi, tym razem z byłego Związku Radziec­kiego.

Dla ogrom­nego kraju, któ­rego pier­wotni miesz­kańcy - India­nie - zostali meto­dycz­nie ogra­bieni i wymor­do­wani, imi­gra­cja stała się przy­ro­dzoną koniecz­no­ścią, a wie­lo­et­nicz­ność jej oczy­wi­stą kon­se­kwen­cją. To cie­kawe, że te fakty, wyni­ka­jące czę­ściowo z praw­dzi­wego ludo­bój­stwa, są dzi­siaj przed­sta­wiane jako wzor­cowe, jako zaleta. W opar­ciu o to ich bar­dzo szcze­gólne doświad­cze­nie Stany Zjed­no­czone pro­pa­gują mit przy­szłego spo­łe­czeń­stwa: glo­bal­nego, wie­lo­ra­so­wego, wie­lo­kul­tu­ro­wego, przy­po­mi­na­ją­cego świa­towy potpo­urri, który - odna­wia­jąc się nie­ustan­nie - gwa­ran­to­wałby żywot­ność i roz­wój.

Prawda jest taka, że nie ma glo­bal­nych recept na pro­blemy wszyst­kich naro­dów, a naj­lep­sze są zawsze te, które liczą się z lokal­nymi uwa­run­ko­wa­niami. To, co spraw­dza się w Ame­ryce, nie­ko­niecz­nie zadziała gdzie indziej, a to, co jest szko­dliwe w jed­nym miej­scu, nie musi być takie samo w dru­gim.

Doty­czy to nawet medy­cyny. Jeśli miesz­ka­niec Nowego Jorku odży­wiałby się tak samo jak ktoś z Lada­khu, szybko zmarłby na zawał serca ze względu na typowe dla pół­noc­nych Indii ogromne ilo­ści masła oraz cał­ko­wity brak owo­ców i warzyw. A prze­cież cho­roby serca są tam pra­wie nie­znane, ponie­waż ludzie żyją na otwar­tym powie­trzu, jedzą pro­dukty eko­lo­giczne i nie potrze­bują siłowni, żeby zacho­wać formę. Miesz­kańcy Lada­khu dużo cho­dzą i pra­cują, nie wie­dzą, czym jest stres, i żyją w wiel­kim spo­koju ducha. Mają rów­nież swój spo­sób na zwal­cza­nie cho­rób! Na przy­kład kobie­cie cier­pią­cej na zapa­le­nie wątroby, amchi, lokalny lekarz-sza­man prze­pi­suje kura­cję pole­ga­jącą na "sil­nych i inten­syw­nych sto­sun­kach sek­su­al­nych". Rezul­tat zaska­kuje nawet angiel­ską antro­po­log Helenę Nor­berg Hodge, która przy­wo­łuje tę histo­rię w swo­jej pięk­nej książce Archa­iczna przy­szłość (Ancient Futu­res): "Po paru dniach stan zdro­wia kobiety znacz­nie się popra­wił".

*

Ni­gdzie bar­dziej niż w Ame­ryce nie czu­łem się Euro­pej­czy­kiem, uzbro­jo­nym w euro­pej­skie korze­nie i euro­pej­skie nadzieje. Przy­je­cha­łem tu, żeby zna­leźć reme­dium na moje pery­pe­tie zdro­wotne, ale czu­łem, że metody pro­po­no­wane przez ten kraj nie zawsze są wła­ściwe dla roz­wią­zy­wa­nia cudzych pro­ble­mów. Typo­wym przy­kła­dem wyda­wała mi się imi­gra­cja. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że będzie sta­no­wić jeden z pod­sta­wo­wych dyle­ma­tów przy­szło­ści zachod­niego świata, jed­nak Europa, ze swoją histo­rią i uwa­run­ko­wa­niami spo­łecz­nymi, cał­ko­wi­cie odmien­nymi od panu­ją­cych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, popeł­ni­łaby wielki błąd, przyj­mu­jąc ame­ry­kań­skie roz­wią­za­nia.

Pomy­śla­łem o sło­wach Luciana, sta­rego przy­ja­ciela, któ­rego flo­renc­kie korze­nie się­gają wielu wie­ków wstecz:

- Tro­chę Maro­kań­czy­ków, Sene­gal­czy­ków, Tune­zyj­czy­ków i Albań­czy­ków nie zaszko­dzi, ale w pew­nym momen­cie trzeba powie­dzieć "basta". Bo ina­czej jeśli pew­nego dnia będzie refe­ren­dum, mające zde­cy­do­wać, czy zbu­rzyć kate­drę i na jej miej­scu zbu­do­wać par­king, oni zagło­sują za zbu­rze­niem.

Rasizm to przede wszyst­kim kwe­stia liczb i taka reak­cja była typowa.

Mimo całej reto­ryki doty­czą­cej glo­bal­nego spo­łe­czeń­stwa w samej Ame­ryce pro­blem by­naj­mniej nie jest roz­wią­zany. Co się stało z czar­no­skó­rymi Ame­ry­ka­nami, któ­rzy w cza­sach mojego pierw­szego pobytu - z górą trzy­dzie­ści lat temu - jak się wyda­wało, zdo­łali się wyzwo­lić i zna­leźć wła­sną drogę włą­cze­nia się w nurt spo­łe­czeń­stwa? Są coraz bar­dziej spy­chani na mar­gi­nes, do wła­snych gett, coraz bar­dziej odu­rzeni nar­ko­ty­kami. Każda nowa fala emi­gra­cji potę­guje regres czar­no­skó­rej lud­no­ści.

Imi­granci są prze­peł­nieni nadzieją, gotowi do poświę­ceń i pracy. Ame­ryka spra­wia wra­że­nie, że może im się udać: jeśli nie w pierw­szym poko­le­niu, to w dru­gim albo w trze­cim. W przy­padku czar­no­skó­rych jest ina­czej. Prze­mi­nęły kolejne poko­le­nia i tak naprawdę nic się nie zmie­niło. Czują się ofia­rami. Nie mają już nadziei i jak cho­rzy, któ­rzy prze­stali wie­rzyć w moż­li­wość wyzdro­wie­nia, odpusz­czają. Są wykoń­czeni. W prze­ci­wień­stwie do imi­gran­tów chiń­skich, hin­du­skich czy rosyj­skich, któ­rzy mie­rzą się z dra­biną spo­łeczną i eko­no­miczną, mogąc liczyć na pomoc swo­jej solid­nej, tra­dy­cyj­nej rodziny, sto­ją­cej zawsze za swo­imi murem, Afro­ame­ry­ka­nie nie mają już nawet takiego wspar­cia. Dla nich rodzina prze­stała ist­nieć: sie­dem­dzie­siąt pięć pro­cent czar­no­skó­rych nowo­rod­ków jest owo­cem związ­ków poza­mał­żeń­skich.

Wystar­czyło rozej­rzeć się wokół, aby zdać sobie sprawę, że mimo wszyst­kich pre­ten­sji do demo­kra­cji ame­ry­kań­skie spo­łe­czeń­stwo jest jesz­cze bar­dzo podzie­lone i nie­równe. Nie­które obrazki przy­po­mi­nały mi czasy apar­the­idu w Johan­nes­burgu, gdzie miesz­ka­łem na początku lat sześć­dzie­sią­tych. W ciągu dnia całe mia­sto było białe: biali ludzie na uli­cach, biali w biu­rach i skle­pach. Dopiero wie­czo­rem, kiedy zamy­kano wszyst­kie insty­tu­cje i życie w cen­trum zamie­rało, jak spod ziemi wypły­wała rzeka rdzen­nych Afry­ka­nów, któ­rzy utrzy­my­wali cały ten sys­tem przy życiu, zamia­tali, czy­ścili i wsia­dali do swo­ich auto­bu­sów "tylko dla czar­nych", żeby wró­cić do town­ships. W Nowym Jorku było podob­nie: nie­które dziel­nice, całe odcinki i przy­stanki metra zda­wały się zare­zer­wo­wane dla tej czy innej rasy, nato­miast przez meta­lowe drzwi pro­wa­dzące do pod­ziemi restau­ra­cji i super­mar­ke­tów wycho­dzili tylko czarni i Laty­nosi, nio­sąc pojem­niki ze śmie­ciami. Nawet pej­zaż ludzki w moim uko­cha­nym Cen­tral Parku, cudow­nie utrzy­ma­nym przez pry­watne sto­wa­rzy­sze­nie zamoż­nych pań, które prze­jęły zarzą­dza­nie nad tym tere­nem, zmie­niał kolor w zależ­no­ści od pory dnia: ranek nale­żał nie­mal wyłącz­nie do bia­łych bie­ga­czy, rowe­rzy­stów, wła­ści­cieli psów, obser­wa­to­rów pta­ków i spa­ce­ro­wi­czów, po czym robiło się stop­niowo coraz ciem­niej wraz z poja­wie­niem się czar­no­skó­rych nia­niek, które po dzie­wią­tej wypro­wa­dzały na spa­cer dzieci bia­łych rodzi­ców, uwię­zio­nych już w swo­ich biu­rach.

Jedną z naj­wspa­nial­szych umie­jęt­no­ści Ame­ryki jest zdol­ność two­rze­nia swo­jego skraj­nie korzyst­nego wize­runku, wiary w ten obraz i powo­do­wa­nia, żeby rów­nież inni w niego uwie­rzyli. Zasad­ni­czą rolę w tym wzglę­dzie odgrywa prze­mysł fil­mowy. Zarówno dla Ame­ry­ka­nów, jak i dla dużej czę­ści opi­nii publicz­nej połowy świata zna­jo­mość ame­ry­kań­skiej histo­rii kształ­tują nie książki, ale filmy. Ame­ry­ka­nie to zawsze "nasi", któ­rzy przy­by­wają we wła­ści­wym momen­cie, aby prze­ciw­sta­wić się w słusz­nej spra­wie "dzi­kim czer­wo­no­skó­rym"; to zawsze ci "dobrzy" - w walce z nazi­stami, komu­ni­stami, par­ty­zan­tami, ter­ro­ry­stami czy "obcymi".

Hol­ly­wood nie ucieka przed kon­fron­ta­cją z licz­nymi pro­ble­mami ame­ry­kań­skiego spo­łe­czeń­stwa, ale ma sobie tylko wła­ściwy spo­sób przed­sta­wia­nia ich i roz­wią­zy­wa­nia za pomocą happy endu, który jest zarówno z ide­olo­gicz­nego, jak i komer­cyj­nego punktu widze­nia obo­wiąz­kowy dla każ­dej histo­rii. Demo­kra­cja, rów­ność, spra­wie­dli­wość to war­to­ści, które ewi­dent­nie prze­gry­wają w rze­czy­wi­sto­ści, nato­miast w jej przed­sta­wia­niu znaj­du­jemy nie­ustan­nie ich potwier­dze­nie. Fik­cja zaj­muje miej­sce infor­ma­cji, a pro­pa­ganda - prawdy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki