Jako tłumaczka i literaturoznawczyni bardzo się cieszę, że Wydawnictwo Poznańskie umożliwiło mi napisanie kilku słów wprowadzenia do tego przekładu. Razem z redaktorką prowadzącą Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich, Weroniką Jacak, długo zastanawiałyśmy się, czy i w jaki sposób dać polskim osobom czytającym klucz do czytania powieści, rozważałyśmy nawet konieczność umieszczenia w książce tzw. trigger warningu, czyli ostrzeżenia o treściach potencjalnie traumatyzujących. Niniejszego wstępu nie należy jednak traktować jako czytelniczej "instrukcji obsługi" tekstu, lecz raczej jako próbę jego historycznoliterackiej kontekstualizacji i sugestię, na co można zwrócić uwagę i w których miejscach zachować ostrożność.
Polskie wydanie kanonicznej powieści Torborg Nedreaas zbiega się w czasie z dwoma wydarzeniami w Norwegii: premierą nowej edycji norweskiego oryginału (wydanego pierwotnie w 1947 roku), a także z wprowadzeniem w życie (1 czerwca 2025) nowej ustawy regulującej przerywanie ciąży, znoszącej poprzednią ustawę, uchwaloną w 1975 roku. Nowe prawo umożliwia dokonanie aborcji bez uzasadnienia medycznego do końca 18. tygodnia ciąży (wcześniej obowiązywała granica 12. tygodnia). Te dwa norweskie wydarzenia nie pozostają bez związku - nowa ustawa wieńczy bowiem dzieło rozpoczęte przez Nedreaas w latach 40. ubiegłego wieku.
Obecnie pracuję na uczelni w Trondheim i gdy wraz z moimi koleżankami i kolegami omawiamy Nic nie rośnie w blasku księżyca na kursie analizy literackiej, staramy się przedstawić tę książkę jako interesujący przyczynek do analizy narratologicznej: powieść ma bardzo ciekawą ramę - bezimienny mężczyzna spotyka na ulicy bezimienną kobietę. Ta w ciągu jednej nocy opowiada mu historię swojego życia. Jej opowieść jest chaotyczna, zapętla się, powtarza, zaprzecza samej sobie, wydaje się poszatkowana. Bohaterka przerywa ją kolejnymi kieliszkami wina, papierosami, nerwowymi pauzami, podczas których bohater próbuje zrozumieć, co się dzieje i jak narracja na niego wpływa. Z dzisiejszej perspektywy to może nic nowego - podobna rama wydaje się już ograna, możemy ją znaleźć w wielu powieściach czy filmach - na przykład w Nimfomance Larsa von Triera - lecz z perspektywy epoki, w której Nedreaas pisała, zabieg należy uznać za nowatorski.
Nie mniej istotny pozostaje również wydźwięk społeczny powieści. Nic nie rośnie w blasku księżyca to książka z - jak wspomniałam - 1947 roku i bardzo ważne jest to, by wszystkie osoby czytające polski przekład miały tę datę w pamięci jako punkt odniesienia. Przed ukazaniem się powieści Nedreaas aborcja nie była w Norwegii tematem literackim - po prostu się o niej nie pisało, uznawało się ją za tabu, przestępstwo (liberalizacja prawa regulującego przerywanie ciąży rozpoczęła się w Norwegii w latach 50.), którego oczywiście dokonywało się u przekupnych lekarzy albo w domu, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nic nie rośnie w blasku księżyca obnaża więc to, o czym się nie mówiło, a o czym wiedzieli wszyscy. Powieść rzuca odważne wyzwanie hipokryzji norweskiej moralności i zwraca, w sposób bardzo brutalny, uwagę na istotny problem społeczny.
Przerywanie ciąży jest u Nedreaas częścią większego dyskursu, objawem większej choroby - chorobą tą zaś jest ustrój ekonomiczny prowadzący do wyzysku człowieka przez drugiego człowieka i przez ostracyzm stosowany wobec osób, które nie wpisują się w obowiązujące normy moralne i społeczne. W Nic nie rośnie w blasku księżyca mamy więc społeczność zbudowaną wokół kopalni, opisaną wedle najlepszych, dziewiętnastowiecznych naturalistycznych wzorców (skojarzenie z Germinalem Emila Zoli będzie jak najbardziej uzasadnione), górników zaharowujących się na śmierć, a mimo to niezdolnych zarobić tyle, by utrzymać coraz to powiększające się rodziny. Mamy również ich żony, desperacko obawiające się kolejnych ciąż i usuwające płody metodami chałupniczymi, ryzykując przy tym życie i zdrowie. Są także miejscowości z typową małomiasteczkową moralnością: kobiecie, której zdarzy się urodzić nieślubne dziecko, nie wypada tego dziecka publicznie pokazywać. Pozostaje jej albo wyjść za mąż za byle kogo, albo żyć w nędzy, na marginesie społeczeństwa.
Dyskurs powieści Nedreaas zadaje więc jednoznaczy cios kapitalistycznemu wyzyskowi i obłudnej moralności. Postuluje nowe zasady społeczne, wedle których uczciwa praca zapewnia dość środków na utrzymanie dużej rodziny, zaś niezamężne kobiety mogą rodzić dzieci, nie obawiając się ubóstwa, utraty pracy czy ostracyzmu sąsiadów. Aby jednak te nowe zasady wprowadzić, należy zburzyć stary ład - stąd pobrzmiewające wyraźnie w powieści nuty marksistowskie i rewolucyjne, a jeśli uważniej przypatrzyć się opisowi wizji, której bohaterka doznaje w kościele, dojrzeć tam można Chrystusa niosącego czerwony sztandar.
I to jest jedno oblicze przekazu Nic nie rośnie w blasku księżyca. Drugie, dużo bardziej moim zdaniem problematyczne z perspektywy współczesnej, należy jeszcze świadomiej oglądać - przez pryzmat epoki powstania powieści. Mamy więc u Nedreaas kobiety, które chcą mieć dzieci, ale nie mogą - powstrzymuje je ucisk kapitalizmu bądź opresyjna moralność. Jednocześnie narracja wielokrotnie zaznacza, że kobieta została stworzona, by rodzić, że jej ciało w ciąży kwitnie i pięknieje. Poruszające są sceny, w których bohaterka operuje takimi właśnie kryteriami wobec samej siebie - w ciąży jest piękna i kwitnąca, po dokonaniu aborcji - brzydka i wychudzona. Narracja u Nedreaas nie dopuszcza w ogóle refleksji o tym, że są kobiety, które zwyczajnie dzieci mieć nie chcą. Że aborcja nie jest koniecznym złem, potrzebnym do obalenia kapitalizmu i małomiasteczkowej moralności, ale zabiegiem medycznym - który powinien być legalny, bezpieczny i powszechnie dostępny. Że bycie matką nie jest jedynym i naturalnym, danym przez Boga i naturę losem kobiety.
Zanim jednak zaczniemy oskarżać powieść o propagowanie reprodukcyjnego normatywizmu, przypomnijmy sobie, że wydano ją ponad dwadzieścia lat przed rewolucją roku 1968, odwróceniem społecznego paradygmatu, drugą falą feminizmu i tabletką antykoncepcyjną, która wyzwoliła seksualność od prokreacji. Nic nie rośnie w blasku księżyca jest tekstem nowatorskim na miarę swojej epoki, mostem między starym a nowym, pierwszym głosem w długiej dyskusji, bez takich tekstów jak powieść Nedreaas w ogóle niemożliwej. Bardziej pogresywna być nie może, bo powstała w świecie, w którym nie ma nawet aparatu pojęciowego pozwalającego na więcej.
Spójrzmy chociażby na główną bohaterkę, która zdaje się nie dostrzegać korelacji pomiędzy seksualnością a ciążą (a o zaniku menstruacji przypomina sobie po upływie kilku miesięcy) - jej brak wiedzy nie wynika z intelektualnego organiczenia, lecz zwyczajnie z faktu, że żyje w świecie, w którym tej wiedzy zdobyć nie mogła. Wszyscy zresztą bohaterowie Nedreaas, niezależnie od płci, wykazują niepojętą jak na dzisiejsze czasy lekkomyślność w zachowaniach seksualnych - o temacie antykoncepcji nie ma mowy, a jedyną osobą, podejmującą jakiekolwiek działanie związane z higieną seksualną, jest (dość poniekąd odrażający) kupiec Mohn, który po odbyciu stosunku z główną bohaterką biegnie do umywalki, gdzie robi coś, czego dziewczyna nawet nie rozumie (najprawdopodobniej chodzi tu o jakiś zabieg mający zapobiec zakażeniu infekcją przenoszoną drogą płciową - Mohn wychodzi z założenia, że skoro bohaterka poszła z nim do łóżka, to jest zapewne kobietą lekkich obyczajów). Zanim więc zaczniemy się irytować naiwnością głównej bohaterki, wróćmy jeszcze raz do daty powstania powieści.
Nic nie rośnie w blasku księżyca wpisuje się w estetykę naturalizmu - należy się więc spodziewać krwi (zarówno tej wykasływanej przez górników cierpiących na pylicę, jak i tej wypływającej z organów rodnych), śluzu, brzydoty i śmierci. Chciałabym jednak zwrócić uwagę na jedną ze scen - pod koniec książki - która może okazać się szczególnie trudna, przykra czy nawet traumatyzująca dla niektórych osób czytających. Chodzi o fragment, w którym bohaterka przeprowadza na sobie zabieg aborcji, wykorzystując do tego celu drut do robótek. Scena ta jest osławiona wśród kilku pokoleń czytelników norweskich i chyba nigdy - w całej mojej ponad piętnastoletniej karierze tłumaczki literackiej - nie zdarzyło mi się tłumaczyć niczego, co wywarłoby na mnie tak piorunujące wrażenie. Chodzi o scenę rozpoczynającą się od słów: "Zrobiłam to dopiero kilka dni później. Wcześniej nie miałam odwagi". Jeśli pośród osób czytających tę książkę jest ktoś, kto chciałby sobie tego opisu oszczędzić, polecam przeskoczyć kilka akapitów i wrócić do lektury od fragmentu: "Burza mięła. Byłam kompletnie zobojętniała wobec wszystkiego i zasnęłam tak, jak się położyłam". Decyzję, czy skonfrontować się z tą partią tekstu, każdy może podjąć indywidualnie, zwróćmy jednak uwagę na to, co bohaterka mówi dalej, widząc najprawdopodobniej przerażenie malujące się na twarzy swojego rozmówcy: "I dobrze, nie będziesz spał. To właśnie chcę ci powiedzieć. Ludzie muszą się wkrótce obudzić i rozejrzeć dookoła. Tego właśnie od ciebie chcę".
Powieść Nedreaas ma w założeniu szokować, wyrwać nas z letargu, obudzić złość, skłonić do działania. W najlepszym marksistowskim duchu - jest to książka, której celem jest realna zmiana rzeczywistości. Rzeczywistości - powtórzę to raz jeszcze - roku 1947. Wielokrotnie w trakcie pracy nad tym przekładem zastanawiałam się nad paradoksem wielu podobieństw norweskich realiów Nic nie rośnie w blasku księżyca do tych polskich, tyle że obecnych 78 lat później. Polskie tłumaczenie nie wzbudzi zapewne wśród osób czytających takiej sensacji, jak niegdyś norweski oryginał. Mam jednak nadzieję, że stanie się kroplą w rzece, która w końcu przerwie tamę i poniesie nas swoim nurtem ku współczesności.
Trondheim, czerwiec 2025
KAROLINA DROZDOWSKA