Wstęp
Wstęp
Moi rodzice zaręczyli się na plebanii kościoła w Kisielinie, na piętrze,
w mieszkaniu księdza. Przez okna wpadały granaty, w uszach dudniły
strzały, płonęły drzwi i dach. Mama miała 18 lat, a ojciec 21. Ojciec
prosił mamę o rękę już kilka miesięcy wcześniej, ale powiedziała mu, że
jest za młoda i nie wie, co to miłość. Teraz jednak zaręczyli się, bo
nie wiedzieli, czy przeżyją.
Był 11 lipca 1943 r., Krwawa Niedziela na Wołyniu. W tym dniu
nacjonaliści z Ukraińskiej Powstańczej Armii wtargnęli do kościołów i domów w wołyńskich miastach i wsiach, by pozabijać Polaków zebranych na
sumach. Napadli też na kościół w Kisielinie, gdzie na mszę poszli moi
rodzice.
Ta niedziela była dniem rozpoczynającym masakrę. Wcześniej zdarzały się
mordy, ale od tej niedzieli zaczęła się rzeź. Upowcy zaatakowali 99
miejscowości. Napadali na domostwa, wywlekali rodziny, łapali
uciekających, podpalali ukrywających się. Strzelali, dźgali widłami,
tłukli w głowy siekierami, podrzynali gardła kosami. Mordowali dzieci,
ich rodziców, ciężarne kobiety i starców. Nikogo nie było im szkoda. W sumie zabili około 90 tys. Polaków. To była potężna akcja metodycznego
eliminowania ich z Wołynia. Wielka etniczna czystka, w której ginęli
także Czesi, Ormianie i inaczej myślący Ukraińcy. Wcześniej nacjonaliści
UPA pomagali Niemcom w Holocauście. Celem tego bezwzględnego ludobójstwa
było przygotowanie jednorodnego etnicznie terenu, by na Wołyniu była
Ukraina.
Tej niedzieli na mszę w Kisielinie przyszli Polacy z tego miasteczka i okolicznych wsi. Banderowcy otoczyli kościół i czekali, aż msza się
skończy i ludzie zaczną wychodzić prosto pod ich lufy i siekiery. Kiedy
jednak ludzie zobaczyli, co się dzieje przed kościołem, przerażeni
cofnęli się do środka. Próbowali się chować. Cztery osoby ukryły się pod
dachem. Kilkadziesiąt innych pobiegło na połączoną z kościołem plebanię,
schodami na piętro do mieszkania księdza. 80 osób zostało w kościele.
Banderowcy wywlekli ich na dziedziniec, zaprowadzili pod dzwonnicę,
zdarli z nich ubrania, by się nie podziurawiły od kul, i po kolei
rozstrzeliwali, przebijali bagnetami.
Moi rodzice przeżyli dzięki temu, że się nie poddali. Wraz z kilkunastoma innymi osobami zabarykadowali się na przylegającej do
kościoła plebanii, a ojciec, który był w konspiracji ZWZ, zorganizował
obronę. Przez 11 godzin odpierali atak. Odrzucali wpadające przez okna
granaty, gasili podpalone drzwi, odpychali drabiny, po których wbiegali
Ukraińcy z nożami, rzucali w nich cegłami. Cztery osoby zginęły, sześć
zostało rannych. W nocy Ukraińcy odeszli spod kościoła.
Ojca zranił wybuchający granat. Leżał na łóżku proboszcza z rozerwaną
nogą, a z tętnicy pod kolanem biła mu krew jak z fontanny. Matka robiła
mu opatrunki z podszewki oderwanej z płaszcza i zaciskała nogę paskiem.
Tamowała krwotok. Musiała jednak popuszczać ucisk, bo noga robiła się
sina. Wtedy jednak znowu lała się krew, więc mama nie mogła popuszczać
na długo. Nie było wody, więc zwilżała ojcu usta zsiadłym mlekiem, które
ksiądz nastawił poprzedniego dnia. Uratowała mu życie.
Kiedy po ucieczce z kościoła ponownie spotkała ojca, nie miał już nogi,
którą opatrywała. Ranę zaatakowała gangrena, jedynym ratunkiem była
amputacja przeprowadzona bez znieczulenia w niemieckim szpitalu we
Włodzimierzu Wołyńskim. Mama żałowała, że po zaręczynach nie mogła nigdy
z ojcem zatańczyć.
Moi rodzice zdołali uciec z pogromu dzięki pomocy ukraińskiej rodziny
Parfeniuków. Znaleźli bezpieczne miejsce z dala od Kisielina. Uratowali
się i dzięki temu jestem na świecie. Ukraińcy jednak porwali i zabili
mojego dziadka i babcię, rodziców ojca.
Mój ojciec miał genialną pamięć. To dar i przekleństwo jednocześnie, bo
z najdrobniejszymi szczegółami pamiętał okropne wydarzenia z przeszłości. Miał też talent malarski, więc dawał upust pamięci, malując
obrazy. Na ścianach w domu rodziców wisiały odmalowane z największą
szczegółowością panoramy i pejzaże Kisielina. Domy na obrazach stoją
dokładnie tak, jak tam stały, przed nimi te same ogródki, a w ogródkach
kwiaty, ten sam układ ulic. Odtwarzał drobiazgowo wszystkie istotne
obiekty i fakty.
Malował też sceny masakry w kościele i przed nim. Kule przebijające
ludziom plecy, ogień skaczący po dachach. Ojciec komponował również
utwory upamiętniające Wołyń -?symfoniczne i wokalno-instrumentalne.
Przed jego oczami wciąż przelatywał film z tamtymi wydarzeniami. Nie
uwolnił się od niego przez całe życie. Potrzeba malowania tamtego świata
była tym większa, że już go nie było. Z kościoła zostały ruiny, Kisielin
zwiądł i zmarniał, sąsiednie miejscowości przestały istnieć, po domach
Polaków zostały kawałki fundamentów i stare drzewa owocowe, teraz
zarośnięte przez las. Ojciec czuł, że na swój sposób ratuje to, co
przepadło, odtwarzał dawny świat, pozostawiając po nim w ten sposób
ślad.
Chociaż był pogodnym człowiekiem, można powiedzieć nawet, że niezwykłym
optymistą, to ludobójstwo, które przetrwał, zostało z nim na całe życie.
Żyliśmy tym w domu wszyscy, ja i moi bracia, bo rodzice opowiadali o swoich dobrych i złych doświadczeniach. Aż w końcu ojciec postanowił
napisać o tym książkę. Zapisać gruntownie Kisielin w ludzkiej pamięci.
Nosił się z tym pomysłem od wczesnej młodości. Długo jednak rozmyślał,
jak zabrać się do realizacji. Raz widział tę książkę jako powieść
historyczną, innym razem jako dramat obyczajowy, a czasami nawet jako
powieść humorystyczną w stylu Pereł i wieprzów Kornela Makuszyńskiego.
Z czasem malały w nim ambicje pisarskie, a rosły malarskie, aż pojechał
na swoją trzecią wyprawę na Wołyń. Wtedy dojrzał w nim zamiar pisania.
Stojąc w kisielińskim kościele, czyli nad mogiłą pomordowanych w nim
sąsiadów, uznał, że najlepszym pomnikiem dla nich będzie książka o tym,
co się z nimi i innymi stało. Postanowił napisać coś w rodzaju
monografii Kisielina. Kronikę miasteczka, jego mieszkańców. Niestety,
pokaźną częścią tej książki musiał być opis śmierci.
Zaczął zbierać dokumentację. Robił to, jak to on, skrupulatnie,
rzetelnie, dokładnie. Docierał do ludzi -?tych, którzy przeżyli, albo do
ich rodzin. Latami prowadził korespondencję z ocalałymi mieszkańcami.
Rozmawiał z nimi, pisał listy, prosił o relacje, zdjęcia, każde
najmniejsze choćby wspomnienie. Dokumentował nazwiska, rodziny i ich
los. Pamiętał, kto w której mieszkał zagrodzie, ile miał dzieci, i zapisywał wszystko. Moja mama pomagała mu w zbieraniu tych informacji.
To było dzieło jego życia, a też ich wspólna psychoterapia.
Ojciec pisze o Kisielinie i "kręgu kościoła kisielińskiego", bo taką
sobie wybrał metodę. Chodziło o miejscowości, z których ludzie przyszli
na mszę do kościoła 11 lipca. Stworzył z nich wspólnotę przelanej krwi.
Opisuje oblężenie kościoła i dalszą rzeź trwającą aż do września.
Jest szczegółowy jak archiwista. Nie tylko zebrał słowne relacje, ale
także odtworzył wszelkie informacje dotyczące miejscowości, o których
pisał. Statystyki demograficzne poszczególnych miejscowości, ich
topografię. Do każdego opisu dołączone są narysowana przez niego mapka
oraz rysunki domów i ulic. Są też rysunki i grafiki ilustrujące na
przykład, jak wyglądały stogi, sprzęty domowe itp. Opisał historię
najważniejszych rodów. Wymienił i opisał działające tam instytucje
rządowe i samorządowe, jak działały policja, administracja, poczta,
ważniejsze budynki. Opisał codzienne życie, zabawy, święta, jak żyły ze
sobą różne narodowości. Z czego utrzymywali się ludzie, gdzie były żyzne
ziemie, a gdzie byle jakie. Gdzie była dobra woda, a gdzie taka, która
"szybko zaczynała śmierdzieć", jaki kształt miały gonty na dachach,
płoty przed domami oraz studzienne żurawie. Udokumentował, jak
przebiegały melioracja, budowy dróg i ich wpływ na przyrodę. Zajmowały
go nawet takie szczegóły, jakie kto palił papierosy i kto kupił pierwszy
motocykl czy samochód. Jego pamięć do szczegółów znowu znalazła ujście w opisach takich drobiazgów, o których nie pamiętali sami bohaterowie tych
historii. Co najdziwniejsze, ojciec urodził się przecież we Lwowie, a zamieszkał wraz z rodziną w Kisielinie dopiero jako nastolatek. Uczył
się w gimnazjum i w liceum w Łucku, i u pijarów w Lubieszowie (tam gdzie
Tadeusz Kościuszko), tak więc w domu w Kisielinie bywał tylko w czasie
świąt i wakacji. Zapamiętał jednak w tak krótkim czasie zdumiewająco
dużo informacji.
W drugiej części książki odtworzył z zegarmistrzowską precyzją to, co
zostało unicestwione. Opisał chwila po chwili atak na kościół i jego
obronę, w której z mamą uczestniczył. Co ciekawe, nie pisze tam o mamie
"moja przyszła żona" -?jak wszystkich, także i ją przedstawia z imienia
i nazwiska, czyli Aniela Sławińska. O swoim bracie, który razem z nim
ratował życie swoje i innych przed hordą napastników, pisze: "ranny
Jerzy Dębski". O hordzie morderców pisze: "upowcy i Ukraińcy". Żadnych
emocji, czyste fakty. Opisuje, ile osób zginęło w poszczególnych wsiach
i w jaki sposób, w tabelach zamieszcza listę ich nazwisk. Prezentuje
relacje ludzi, którzy opowiadają bez niedomówień o tym, jak ginęli
dzieci i dorośli. Nie komentuje tego, po prostu cytuje. Okrucieństwo
komentuje się samo.
Myślę, że praca nad tą książką była potrzebna obojgu rodzicom. Pomogła
im przywrócić część ich historii. Nie chodzi tylko o ujawnienie zbrodni,
ale także o wskrzeszenie pamięci o unicestwionych miejscowościach i przypomnienie ich mieszkańców. Opuszczając swoje strony, uciekali
przecież przed śmiercią, ratowali się, nie brali żadnych rodzinnych
pamiątek, wszystko zostało w domach i przepadło wraz z nimi. Spłonęło,
zniszczało albo zostało rozkradzione przez sąsiadów. Książka pełni więc
też rolę skrzyni z rodzinnymi pamiątkami.
W końcu napisał swoje dzieło, 550 stron zatytułowanych Było sobie
miasteczko, opowieść wołyńska. Zbudował pomnik, przywrócił pamięć
swojej części tego regionu. To było jego zadanie, jego misja. Po jego
śmierci wydałem tę książkę. Teraz sam piszę swoją, bo też nie mogę
poczuć się spokojnie, dopóki rzeź na Wołyniu nie zostanie właściwie
nazwana. Wykorzystuję tu dzieło ojca, obszernie je cytuję, bo suche
fakty na temat następujących po sobie nieubłagalnie okrutnych śmierci
powinny być przytaczane, by budzić pamięć.
Kiedy ojciec pracował nad książką, atmosfera w domu była ciężka.
Przeżywał na nowo obrazy, których nie mógł zapomnieć. Był nerwowy,
dręczyły go skurcze mięśni i fantomowe bóle po amputowanej nodze.
Wszyscy przeżywaliśmy wtedy Wołyń na nowo.
Zebrał relacje 80 świadków z Kisielina i okolicznych wsi. Do świadków
zagłady kilku miejscowości nie dotarł, bo nikt nie przeżył, albo
przeżył, ale nie chciał mówić. Niektórzy starzy ludzie nie byli w stanie
wspominać, cierpieli na otępienie, chorowali. Inni nie chcieli wracać do
bolesnych wspomnień, było to dla nich za trudne. Pisał na przedwojennej,
wyprodukowanej w Polsce maszynie do pisania z ukraińskimi czcionkami.
Kiedy w 1991 r. Ukraina uzyskała niepodległość, posłał ją ukraińskiemu
MSZ jako dar.
Ojciec, pracując nad książką, zaznaczał, że nie kieruje się rewanżyzmem,
chęcią odwetu. Nie chodziło mu o to, żeby poczuć satysfakcję z obnażenia
zbrodniarzy. Chciał szczegółowo rozliczyć straty. Dlatego książka jest
do bólu sucha, czasami przypomina kronikę. A że opisuje niewyobrażalne
okrucieństwa, tym trudniej ją się czyta.
Krzesimir Dębski
Rozdział I. Ta niedziela
Rozdział I
Ta niedziela
Jedenastego lipca 1943 r. rano moja mama lepiła z siostrą pierogi na
niedzielne śniadanie. Zawsze w niedzielę jedli pierogi, taki mieli
rodzinny zwyczaj. Lepiły ruskie, jednak na Wołyniu pierogi z kartofli i sera nazywały się warszawskie.
Mama miała 18 lat, a jej siostra 15. Były młode, wesołe, miały dobre
humory, więc przy lepieniu śpiewały. Nie zdziwiły się, kiedy do kuchni
weszła stara Ukrainka, usiadła przy stole i przyglądała się, jak
dziewczyny pracują. Znały ją dobrze. Mieszkała w ziemiance, która ostała
się jeszcze z nędznych lat dwudziestych, kiedy w zniszczonym po I wojnie
Kisielinie domy były zburzone, a ludzie żyli w ubóstwie. Stara kobieta
nadal była biedna. Nie miała rodziny, nie miała gospodarstwa, zarabiała
na chleb, pracując u sąsiadów. Sprzątała domy, myła podłogi, a w piątki
chodziła do Żydów pomagać im w przygotowaniach do szabasu. Służyła też u rodziców mojej mamy, była więc z nimi zaprzyjaźniona. Idąc przez
miasteczko, zachodziła do nich nawet wtedy, gdy dziadek nie miał dla
niej nic do roboty. Jak przyszła w porze obiadu, to dostawała obiad. Jak
zaszła w porze śniadania, to śniadanie.
W niedzielę 11 lipca przyszła na śniadanie, bardzo lubiła pierogi.
Siedziała więc i patrzyła, jak dziewczyny lepią, i słuchała, jak
śpiewają. Aż w pewnym momencie przerwała im i kiwając głową,
powiedziała: "Dzieci! I wam się jeszcze chce śpiewać?". Według mojej
mamy patrzyła na nie, jak na przyszłe ofiary, na które jest już wydany
wyrok, tyle że one wtedy tego nie zauważyły. Nie ostrzegła ich, nie
powiedziała: "Nie idźcie do kościoła, bo was tam zatłuką". Tylko zjadła
pierogi i poszła do siebie. A moja mama i jej siostra poszły do
kościoła.
Tego dnia wydarzyła się jeszcze jedna symptomatyczna rzecz: nabożeństwo
w cerkwi zostało odwołane. Wygląda na to, że sporo osób wiedziało, co
się stanie w południe, ale nikt nie kiwnął palcem, żeby ostrzec przed
tym swoich sąsiadów.
Rodzice mojej mamy i rodzice mojego ojca zostali tego dnia w domu.
Aniela Sławińska i Włodzimierz Sławosz Dębski -?moi późniejsi rodzice -
byli na mszy. Nie byli jeszcze wtedy parą, znali się, lubili,
interesowali się sobą, ale dopiero tego dnia wieczorem postanowili
zostać małżeństwem.
Urodziłem się dziesięć lat później, jednak kolejne godziny 11 lipca 1943
r. znam, jakbym sam je przeżył. Bo ten dzień został w moich rodzicach
już na zawsze, pamiętali do końca życia każdy szczegół, wspominali i spisywali swoje relacje. Opowiadając o tej niedzieli, przytoczę je.
Niech to będzie ich własna opowieść. Cytuję spisane wspomnienia mamy i fragmenty książki ojca, w której opisuje szczegółowo to, co widział on
sam i inni, których poprosił o relacje. Opowiadają o tym dniu chłodno,
rzeczowo, bez nienawiści, jakby pisali kronikę. Może właśnie dlatego ich
opowieści są tak wstrząsające.
Mama:
Na tydzień przed napadem na kościół nie można było chodzić do lasu.
Upowcy rozstawili czujki, które pilnowały, by nikt nie zobaczył, co tam
się dzieje. Wszyscy zaczęli mówić, że w lesie szkoli się banda. Tuż
przed ową straszną niedzielą 11 lipca do Kisielina przyjechał z Woronczyna mój przyszły mąż. Uciekł z tej miejscowości, gdzie się
zajmował tworzeniem struktur konspiracyjnych. Jak zobaczył, że kilku
Ukraińców idzie w kierunku chałupy, w której mieszkał, wyskoczył przez
okno i ruszył w pole. Nie wiedział, kim są, ale słusznie przypuszczał,
że idą po niego. Nie pomylił się. Ci zaczęli za nim strzelać. Lekko go
ranili w nogę i dlatego przyjechał do domu, żeby się wyleczyć. Jego
ojciec był przecież lekarzem. Gdyby nie przyjechał i nie przyszedł do
kościoła, to Ukraińcy wymordowaliby wszystkich Polaków, którzy byli na
mszy świętej. To on rzucił hasło, że trzeba się bronić i nie dać się
Ukraińcom. O tym, że mord jest przygotowany, większość Ukraińców zapewne
wiedziała. Nikt z nich Polaków jednak nie ostrzegł, że ich ziomkowie
zamierzają dokonać mordów na swych sąsiadach.
10 lipca pojawiła się nowa grupa upowców w lesie kisielińskim. Widać
było, jak chodzili skrajem lasu. Czasem wybiegali na łąki, jak gdyby
były to ćwiczenia w natarciu.
W niedzielę rano 11 lipca wchodzili do wielu domów, aby się umyć i napić
czegoś ciepłego. Weszło też dwóch do Kraszewskich, tych naprzeciw
Kanełyka Kaliszuka. Po skorzystaniu z usług jeden z nich powiedział:
Czoho dywyteś na nas jak na banditiw? (Dlaczego patrzycie na nas jak
na bandytów?).
Dzień 11 lipca był bardzo pochmurny. Około godz. 11 zaczął padać deszcz.
Ludzie szybko wchodzili do kościoła. Nabożeństwo odbyło się bez
przeszkód, normalnie. Ja jak zwykle poszłam na chór, należałam bowiem do
kościelnego chóru, który zawsze śpiewał podczas nabożeństw. Na koniec
jak zwykle wykonaliśmy Żegnaj, Królowo.
Ojciec:
Ludzie, jak zwykle w niedzielę ciągnęli na sumę z okolicznych wiosek,
ale nieliczni. W czasie mszy ktoś się zorientował i szeptano, że coś się
dzieje, bo w pobliżu domów okalających kościół od zachodu i północy
kręcą się uzbrojeni Ukraińcy. Po nabożeństwie chór jak zwykle zaśpiewał
Żegnaj, Królowo. Ludzie zaczęli wychodzić. Wtedy ze wszystkich stron
nadbiegli upowcy.
Mama:
Po mszy św. jako jedna z pierwszych wyszłam z kościoła, razem z mężczyznami, którzy jak zwykle spieszyli się na papierosa. Stanęli w grupie przy kościelnym murku. Gdy stanęłam przed świątynią i spojrzałam
w stronę ogrodu księdza, zobaczyłam idącą tyralierę. Obróciłam się w drugą stronę, gdzie znajdował się park hrabiowski i tam też zobaczyłam
uzbrojonych Ukraińców. Gdy zobaczyłam, że idą w stronę kościoła, to nie
miałam żadnych wątpliwości, że przyszli nas wymordować. Krzyknęłam:
"Zobaczcie, co się dzieje!", a potem szybko ze wszystkimi cofnęłam się
do świątyni. Mój przyszły mąż, czyli Włodzimierz Sławosz Dębski, jako
członek konspiracji też wiedział, co się święci, i zaczął zamykać drzwi
w kościele. Ludzie byli przerażeni. Niektórzy stali nieruchomo pod
ścianami kościoła. Część pobiegła na chór, a nawet na strych.
Adela Prejs z domu Ziółkowska:
Wyszliśmy do kościoła: ja, siostra Antosia, brat Staś i ojciec. Na
zakończenie mszy ojciec zaintonował Anioł Pański, jakby przeczuwał, że
to odpowiednia modlitwa na ten dzień. Ja ze Staśkiem byliśmy na chórze.
On zszedł pierwszy, ja za nim, później. Na dole spotkałam się z siostrą.
W tym czasie przy drzwiach wejściowych powstał jakiś ruch. Zobaczyłam,
jak wystraszeni ludzie cofają się. Na końcu stał blady Sławek Dębski.
Kierował się pod główny ołtarz i w kierunku drzwi do zakrystii.
Usłyszałam krzyki:
-?Napadli Ukraińcy!... Kościół otoczony!...
Ojciec:
Bohdan Mazecki, Konstancja Kraszewska, Stefan Janaszek i Wacław
Laskownicki pobiegli schodami na chór i przez otwór w murze przedostali
się nad sklepienie nawy bocznej, gdzie przeczekali do rana. Większość
przeszła z kościoła do bocznej kaplicy i na korytarz plebanii. Po chwili
od drzwi głównych, które nie tylko były prowizoryczne, ale do tego
zamykane od zewnątrz, dobiegł rozkaz: Wychod'te po sztyroch
(Wychodźcie czwórkami).
Romana Jurkowska-Radziewicz:
Poszliśmy do kościoła: ja, siostra Regina i ojciec Józef. Po sumie,
około godziny trzynastej, wokół kościoła i przyległej plebanii ukazali
się uzbrojeni upowcy i kazali nam wychodzić czwórkami. Oczywiście nikt
nie wyszedł. Wtedy zaczęli strzelać w okna i drzwi.
Ojciec:
Przebiegłem przez kościół ostatni. Zamknąłem za sobą haki, drzwi
prowadzące z kaplicy do wnętrza kościoła i z kaplicy na dziedziniec
kościelny. Zauważyłem, że niektórzy ludzie stali pod drzwiami
nieruchomo. Inni pobiegli na piętro, część nawet na strych. Ja
próbowałem ucieczki przez okno na ogród, ale zauważyłem, że wszędzie
stali napastnicy z bronią wymierzoną w okna. Powróciłem więc na
korytarz, gdzie natknąłem się na Tadeusza Różańskiego. Był to dzielny
człowiek, ochotnik wojny z bolszewikami w 1920 roku. Stał nerwowo,
skręcając papierosa, i wołał w naszym kierunku: "Otwórzcie, oni tylko
kogoś szukają!".
Mama:
Po chwili rozległ się okrzyk: "Otwórzcie drzwi, oni tylko kogoś szukają.
Zabiorą go i pójdą sobie!". Mnie wtedy zmroziło. Okazało się, że
niektórzy Polacy, ratując swe życie, byli skłonni wydać na śmierć kogoś
ze swoich sąsiadów. Zaraz potem córka organisty Bronisława Janaszkówna
zwróciła się do swojej stryjecznej siostry: "Chodź, Tereska, otwórzmy".
I poszły obie otwierać. Część ludzi, w tym ja, na komendę mojego
przyszłego męża ruszyło przejściem z kościoła na piętro plebanii.
Ukraińcy już wtedy zaczęli do nas strzelać. Celowali w okna w przejściu.
Idący przede mną wysoki mężczyzna, którego zapamiętałam, bo bardzo
ładnie śpiewał, dostał kulę i padł ranny. Nie wiem, jak razem z siostrą
zdołałyśmy go podnieść i zawlec na górę.
Romana Jurkowska-Radziewicz:
Ojciec nas ponaglał, byśmy przeszły na plebanię do organisty Janaszka.
Tam już nikogo nie było, widocznie uciekli na piętro do księdza. Tu na
dole strzelali do drzwi wzdłuż korytarza. Wtedy u moich nóg upadła pani
Markowska, a po drugiej stronie kościelny. W tym czasie tłum nas
rozdzielił. Ja z siostrą zostałam za ścianą przy schodach na górę.
Dostrzegłam ojca uciekającego przez ogród księżowski. Strzelali do
niego.
Adela Prejs z domu Ziółkowska:
Bezwiednie pobiegłam do kaplicy, a potem na plebanię. Tam spotkałam
brata, ojca i siostrę. Padły pierwsze strzały. Na korytarzu, przy oknie
stały jakieś beczki. Wskoczyłam na nie i patrzyłam na plac kościelny.
Przy mnie był ojciec. Widziałam, jak moja ciotka, Stanisława Kołek,
przechodząc przez otwór w murze ogrodzeniowym, przewraca się i podbiega
do niej Ukrainiec. Widziałam, jak bije ją grubym kijem. Ojciec też to
widział. Ściągnął mnie z tych beczek. Ze strachu nic już nie widziałam.
Wbiegłam do kuchni na dole. Stały tam oparte o ścianę deski i za nie się
schowałam. Schowała się tam też nauczycielka z Twedryń i tam potem
została spalona. Ja wyskoczyłam stamtąd i pobiegłam do mieszkania
organisty Janaszka. Tam już siedziało kilka kobiet, między innymi ciotka
Tekla Adachowa. Poodsuwałam kwiaty i chciałam skakać przez okno do
ogrodu, ale tam zobaczyłam Ukraińców z karabinami. Ponownie wbiegłam do
kościoła.
Ojciec:
W tym momencie zobaczyłem leżącego pod drzwiami klatki schodowej
Ignacego Marka, gospodarza z Adamówki. Ten potężny mężczyzna ciężko
ranny krzyczał rozpaczliwie: "Dobijcie mnie!".
Nie zważając na niebezpieczeństwo, kilka osób pobiegło na piętro. Ja
podążyłem za nimi. Będąc już na miejscu, krzyknąłem, żeby ludzie szli za
mną na górę, ale nikt się nie odezwał. Nasłuchiwałem jeszcze przez
chwilę, a potem zamknąłem drzwi i zasunąłem sztabę. W tym czasie na
korytarzu piętra nikogo nie było. Pobiegłem więc po schodach wyżej na
strych. Tam, w najciaśniejszych kątach ludzie szukali kryjówek.
Zauważyłem, jak jakaś młodziutka dziewczyna usiłowała bezskutecznie
wejść do komina. Kilku mężczyzn chowało się na poddaszu księżej spiżarni
nad kaplicą. Stamtąd wołali do mnie: "To przez ciebie nas tu znajdą!".
Przerażony pobiegłem na korytarz pierwszego piętra. Dopiero tam
spostrzegłem, że trzymam w rękach cegły. W tym momencie przybiegł mój
brat Jerzy. Gotowi do obrony zaczęliśmy tarasować drzwi klatki schodowej
stojącymi obok kuframi i skrzyniami wyładowanymi wartościowymi
przedmiotami i odzieżą, złożoną tu przez zamożniejszych parafian na
przechowanie. Wkrótce dołączyli do nas inni.
Romana Jurkowska-Radziewicz:
Pod samymi drzwiami stał Wacław Sławiński, mój wujek, zięć Janaszków. Ci
na górze usłyszeli jego nawoływanie i otworzyli drzwi. Wszyscy tłoczący
się na schodach weszli na piętro. Wtedy powtórnie zamknięto drzwi i zaczęto je tarasować. W tym momencie dobijali się już banderowcy.
Adela Prejs z domu Ziółkowska:
W kaplicy dopadł mnie Jurek Dębski i zaciągnął na plebanię na piętro.
Nie widziałam już swoich bliskich. Drzwi były już zamknięte. Ale pod
drzwiami był Dziunek Chmielnicki. Zaczął wołać. Drzwi się otworzyły i jeszcze kilka osób wpuszczono.
Ojciec:
Ktoś znalazł i przyniósł siekierę. Inni znosili cegły, jeszcze inni
deski, które zostały na strychu po zakończonej odbudowie kościoła. W pewnym momencie stary Krupiński, trzymając w ręce siekierę, spojrzał na
mnie i z wyrzutem powiedział: "Jak łazić i zakładać organizację, to was
było pełno, broni jak potrzeba, to nie ma!". Stałem milczący jak
skarcony sztubak. Usprawiedliwiałem się w duchu naiwnie, że przecież nie
pełnię żadnej kierowniczej funkcji. W tym czasie banderowcy zaczęli
wyprowadzać tych, którzy się poddali. Wyszło na dziedziniec kościelny
drzwiami kaplicy kilkanaście osób. Ukraińcy prowadzili ich za dzwonnicę
tą samą drogą, którą wcześniej chodzili w procesji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki