1.
Powoli otwieram oczy. Ból głowy rozsadza czaszkę. W perspektywie kolejnych zdarzeń to zwykła błahostka. Choć jeszcze tego nie wiem, lada moment życie, które znam, zmieni się. Nieodwracalnie.
W pomieszczeniu panuje absolutna ciemność. Pod czaszką kłębi się mnóstwo myśli. Skroń pulsuje z niebywałą intensywnością. Z sekundy na sekundę ból staje się coraz bardziej nieznośny.
Przykładam opuszki palców do czoła. Pocieram. Chcę zmniejszyć ból.
Bezskutecznie.
Przeklinam w duchu. Która właściwie jest godzina? Jak długo spałem? Godzinę? Trzy? Przespałem większą część dnia? Co robiłem wcześniej? I dlaczego, u licha, leżę na tej przeklętej kanapie?!
Niechętnie przewracam się na lewy bok. Bierne leżenie i gapienie się w ciemność w niczym nie pomoże. Przecież z sufitu nie wyczytam odpowiedzi. Kto niby miałby je tam zapisać?
Wzrok niemal od razu pada na żaluzje. Zasłonięte. To wyjaśnia, dlaczego do salonu nie wpada nawet odrobina światła. Do wnętrza pomieszczenia nie przebijają się nawet niewielkie strużki promieni słonecznych. Automatycznie stwierdzam, że albo jest środek nocy, albo bardzo pochmurny dzień.
Dźwigam się na łokcie. Zamierzam wstać, lecz gdy tylko wyżej unoszę głowę, pomieszczenie okropnie wiruje. Opadam ponownie na plecy. Niechętnie dochodzę do wniosku, że to nie najlepszy pomysł. Organizm nie jest jeszcze gotowy do opuszczenia kanapy bez ryzyka natychmiastowego upadku. Prawdopodobnie potrzebuję jeszcze co najmniej pięciu minut. Jak widać, po skończeniu trzydziestki nie ma żartów.
Wzdycham. Ewidentnie zbyt szybko się starzeję.
Przeciągam się, by rozruszać mięśnie. Ruchem dłoni instynktownie szukam telefonu. Skoro już muszę tkwić w takiej pozycji, żeby nabrać sił do podniesienia czterech liter, mogę przynajmniej spróbować rozwiać chociaż niewielką część wątpliwości. A zwłaszcza tych, których wyjaśnienie skrywa się w niewielkim urządzeniu. Tym samym, bez którego w obecnych czasach trudno byłoby funkcjonować.
Niewątpliwie telefon komórkowy przestał spełniać wyłącznie podstawowe funkcje, do których pierwotnie go wynaleziono. Dla większości ludzi stał się niemal przedłużeniem ręki. Sam czuję się zdecydowanie pewniej, kiedy smartfon znajduje się gdzieś w zasięgu wzroku, i nie uważam, by było w tym coś dziwnego. A że czasami czuję większe przywiązanie do urządzenia elektronicznego niż do żony? Myślę, że najlepiej będzie to po prostu przemilczeć.
Gdy wyczuwam telefon pod dłonią, bez zastanowienia jednym kliknięciem rozjaśniam ekran urządzenia. Światło wydobywające się z wyświetlacza razi mnie w oczy.
- Cholera - przeklinam pod nosem. Machinalnie mrużę powieki. Dopiero po chwili, gdy oczy przyzwyczajają się do światła, odczytuję godzinę widniejącą na ekranie.
Czwarta czterdzieści siedem.
Momentalnie zamieram. Zatrzymuję wzrok na dacie widocznej pod czterema cyframi. Marszczę brwi. Nie dowierzam w to, co widzę. Może coś źle odczytałem? Niemniej fakty zdają się mówić same za siebie.
Piątek, szósty października.
- Co jest, kurwa? - wyrywa się z moich ust.
Siadam gwałtownie, jakby miało mi to w jakiś sposób pomóc uporać się z wątpliwościami rozrywającymi czaszkę. Natychmiast żałuję tego kroku, gdy przed oczami pojawia mi się coraz więcej czarnych kropek. Ból głowy w ułamku sekundy staje się silniejszy.
Czuję się, jakby przejechał mnie tramwaj. Chociaż nie, to złe porównanie. Gdyby faktycznie tak było, prawdopodobnie zamiast na kanapie leżałbym teraz w kostnicy, a ta perspektywa brzmi jak wybawienie.
Mrugam kilkukrotnie powiekami. Próbuję przypomnieć sobie jakiekolwiek wydarzenia z poprzedniego dnia. Umysł nie współpracuje. Nie jestem w stanie doszukać się w zakamarkach pamięci żadnych, choćby najmniejszych skrawków wspomnień.
W głowie mam kompletną pustkę.
Nie potrafię logicznie tego wytłumaczyć, ale jestem niemal pewien, że dzisiaj powinien być czwartek. Nie rozumiem, dlaczego nic nie pamiętam. Jakby wczorajszy dzień wcale nie istniał... A może zwyczajnie przespałem całą dobę? Zdaję sobie jednak sprawę, że żadna z tych opcji nie wchodzi w grę.
To po prostu niemożliwe.
Ada z pewnością nie dopuściłaby do takiej sytuacji. Najpewniej zafundowałaby mi pobudkę w najbardziej odpowiednim (oczywiście według niej) momencie.
No właśnie. Gdzie właściwie jest Ada? To pytanie niespodziewanie przecina umysł. W tej samej chwili niespodziewanie uderzają we mnie strzępki bardzo silnych wspomnień.
Ja i Ada w salonie.
Mój krzyk.
Jej cichy szloch.
Trzaśnięcie drzwiami.
Marszczę brwi, jakbym w ten sposób mógł przywołać wszystkie wspomnienia, które gdzieś po drodze zdołały mi umknąć.
Niestety bez rezultatów.
Choć staram się intensywnie myśleć, próbuję przypomnieć sobie, o co mogło chodzić, nie jestem w stanie tego zrobić. Jestem jednak przekonany, że i tym razem pokłóciliśmy się - nie pierwszy i najpewniej nie ostatni raz. Nie mam pojęcia, czy znów chodziło o błahostkę, czy może o coś znacznie poważniejszego.
Ponownie wzdycham. Czy to jest na tyle istotne, bym zadręczał się rozmyślaniem na ten temat?
Nienawidzę, kiedy Ada płacze. Tym bardziej, jeśli wina leży po mojej stronie. Niestety nic nie mogę na to poradzić. Od kiedy tylko pamiętam, Ada ma w zwyczaju nadmiernie okazywać emocje, nawet z najbardziej błahych powodów, a ja nigdy nie potrafiłem tego zmienić.
W ostatnich miesiącach nasze małżeństwo przeszło ogromną próbę. Kłóciliśmy się niemal każdego dnia. Niekiedy zdarzały się wyjątki, lecz jeżeli dzień kończył się dla odmiany ciszą i spokojem, oznaczało to tylko jedno. Spędzaliśmy go osobno.
Chociaż właściwie - czy powinno mnie to dziwić? Wprawdzie nikt nigdy nie przyznał tego wprost (przecież nie ma się czym chwalić), ale może właśnie to jest standard? Skromny dodatek. Taka niepisana, ale zarazem nieodłączna zasada małżeństw z długoletnim stażem.
W końcu po pewnym czasie w związek zaczyna się wżerać rutyna, a początkową miłość zastępuje przywiązanie. Nic dziwnego, że po ośmiu latach wspólnego życia zdarza się między nami coraz więcej zgrzytów, a więź stopniowo się kruszy. Taka jest kolej rzeczy, a ja tylko tracę czas. Rozmyślanie nad tym to czysty nonsens.
Odkładam telefon, który do tej pory ściskałem w dłoni. Ekran już dawno się wygasił. Wzrok ponownie przyzwyczaił się do ciemności, dlatego nie ryzykuję ponownego sprawdzenia godziny. Doskonale wiem, jak to się skończy.
Przez głowę przemyka mi myśl, że powinienem się jeszcze położyć. Zupełnie jednak nie odczuwam zmęczenia. Chociaż właściwie nie powinno mnie to dziwić, jeżeli faktycznie przespałem całą dobę.
Zresztą, nawet gdybym był zmęczony, nie potrafiłbym spokojnie zasnąć. Pytania zbyt namolnie dręczą moją głowę. Wystarczająco zdołały mnie rozbudzić.
Rozglądam się po otoczeniu. Staram się nie pominąć żadnych istotnych szczegółów. Nie jestem pewien, co zamierzam osiągnąć. Targa mną silne wrażenie, że wnętrze niewielkiego salonu, oddzielonego od kuchni jedynie masywną wyspą, skrywa podpowiedzi. Być może dzięki nim przypomnę sobie fakty, które usunąłem z pamięci.
W skupieniu lustruję wzrokiem pomieszczenie. Bardzo uważnie przyglądam się zarysom mebli. Zatrzymuję spojrzenie na stoliku kawowym, stojącym tuż obok kanapy. Na szklanym blacie stoją pusta szklanka oraz butelka. Dostrzegam odrobinę cieczy na samym dnie naczynia. Nie muszę nawet brać go do ręki. Rozpoznaję alkohol po samym kształcie butelki.
Dwudziestopięcioletnia Hankey Bannister.
Jej doskonały i perfekcyjnie zrównoważony smak przez cały czas uparcie tkwi we wspomnieniach. Sięgałem po nią wiele razy. Bez wahania potrafię opisać każdą nutę. Przypominam sobie orzeźwiający smak cytrusów i jabłek, idealnie połączonych z toffi, miodem, wanilią i kokosem.
Prawdziwa symfonia i uczta dla zmysłów.
Wypuszczam ze świstem powietrze. Faktycznie, prawdopodobnie całkiem sporo wypiłem. Nie przypominam sobie jednak, w którym dokładnie momencie otworzyłem butelkę. Niewątpliwie whisky została wypita w ciągu ostatnich dwóch dni. W końcu pamiętam dokładnie każdy alkohol znajdujący się w barku i wiem, że w środę butelka była w stanie nienaruszonym.
To by wyjaśniało okropny ból głowy. Ból, który z każdą kolejną sekundą zdaje się przybierać na sile. Zwłaszcza w momentach intensywnego skupienia uwagi. Dlatego za wszelką cenę staram się o nim nie myśleć.
Nagle ogarnia mnie dziwne, pesymistyczne przeczucie. Mam wrażenie, że wydarzyło się coś złego, o czym powinienem wiedzieć. Choć to uczucie jest niesamowicie silne, szybko je odpycham. W końcu jestem na gigantycznym kacu. Chyba nic gorszego nie mogło się stać.
Gwałtownie, trochę zbyt szybko podnoszę się z kanapy. Pokonuję zaledwie dwa kroki i już stoję przy blacie aneksu kuchennego. Po omacku odnajduję przycisk, za pomocą którego włączam światła ledowe zamontowane wewnątrz kuchennej zabudowy. Nie decyduję się na zapalenie górnego oświetlenia w pomieszczeniu. Choć zapewne wzrok zdołałby się w miarę szybko przyzwyczaić, jakoś nie czuję się wystarczająco gotowy, żeby zostać całkowicie oślepionym przez światło.
Z każdą kolejną chwilą czuję, że w ustach mam coraz większą Saharę. Czym prędzej staram się więc zlokalizować jakikolwiek napój, by ugasić pragnienie. Wzrok zatrzymuje się na butelce z wodą. Kiedy w końcu zaczynam pić, zwyczajnie nie jestem w stanie przestać. Ciecz przyjemnie wypełnia gardło, powoli przechodzi przez przełyk, by ostatecznie wpłynąć do żołądka.
Chociaż doskonale zdaję sobie sprawę, że wypicie zbyt dużej ilości płynu niesie za sobą więcej szkody niż pożytku - w tym momencie mam to gdzieś. Pragnienie połączone ze świadomością ilości spożytego alkoholu jest zbyt silne, bym szczególnie przejmował się ewentualnymi konsekwencjami tej decyzji.
Odkładam butelkę, dopiero gdy całkowicie ją opróżniam. Czuję się zdecydowanie lepiej niż wcześniej. Nie mam pomysłu, co mógłbym robić o tej godzinie, dlatego ponownie rozsiadam się na kanapie. Usiłuję ruszyć głową i przypomnieć sobie jakiekolwiek szczegóły z poprzedniego dnia. Niestety w dalszym ciągu odnoszę wrażenie, że ktoś wyrwał mi z wnętrza głowy fragment pamięci.
Przymykam powieki. Staram się choć odrobinę wyciszyć uczucie niepokoju. Niestety z każdą minutą staje się coraz silniejsze, a ja zwyczajnie nie potrafię dłużej go tłumić.
Oddycham głęboko. Świadomość, że obudziłem się na kanapie, właściwie w środku nocy, pozbawiony jakichkolwiek wspomnień, nie daje mi spokoju. Chociaż dotąd kłóciliśmy się z Adą często (za często), nigdy nie kończyłem wieczora w taki sposób, w jaki prawdopodobnie zakończył się wczorajszy.
Nie będę zaprzeczać faktom. Przyznaję, niejednokrotnie whisky towarzyszyła mi podczas samotnie spędzanych wieczorów. Pomagała ugasić smutek, żal, ukoić emocje. Jednak nigdy nie wypiłem więcej niż dwie szklanki, a potem szedłem prosto do łóżka.
Możliwe, że za bardzo wyolbrzymiam sytuację. W końcu tylko ten jeden, jedyny raz w życiu wyszedłem poza schemat. Jak nigdy upiłem się do nieprzytomności, najpewniej przez Adę. Skończony ze mnie idiota. Siedzę w salonie, rozmyślam, tworzę dziwne wizje, a tymczasem żona smacznie śpi w sypialni. Gdy za kilka godzin wstanie, wciąż oburzona moim zachowaniem, jak zwykle w ramach przeprosin zrobię jej ulubioną jajecznicę i przynajmniej do wieczora zapanuje między nami zgoda.
Choć bardzo mocno trzymam się tych myśli, z jakiegoś powodu nie potrafię w nie uwierzyć. Niewytłumaczalne przeświadczenie, że coś jest nie tak, nie chce opuścić mnie nawet na chwilę. Podświadomość przez cały czas podpowiada, że powinienem jak najszybciej sprawdzić, czy Ada faktycznie leży w łóżku.
Zwariowałem. To, co roi mi się w głowie, jest po prostu pojebane. Wymysły szaleńca. A jednak. Nie potrafię usiedzieć spokojnie w miejscu, gdy każdy milimetr ciała wypełnia druzgoczące uczucie niepokoju.
Raptownie podnoszę się z kanapy. Bez zastanowienia idę pod drzwi sypialni. Gdy staję w progu, a moje spojrzenie zatrzymuje się na łóżku, czuję ukłucie w sercu.
Nie ma jej.
Przełykam ślinę. O tej porze łóżko na pewno nie powinno wyglądać tak, jakby nikt się w nim nie kładł. Ten widok niemal automatycznie pociąga za sobą kolejne pytania, na które standardowo nie znajduję odpowiedzi.
Gdzie, do cholery, jest Adrianna? Dlaczego nawet nie położyła się do łóżka?
Nie pojmuję. Skoro Ady nie ma w sypialni, musiała wyjść z mieszkania.
Dokąd?
Szperam w zakamarkach pamięci. Czy mogliśmy się pokłócić aż tak mocno? Ada wyszła, a ja z rozpaczy wlałem w siebie całą butelkę whisky? Choć brzmi to nieprawdopodobnie, nie mogę wykluczyć takiego przebiegu zdarzeń.
Odwracam się z westchnieniem. Niespodziewanie moją uwagę przykuwa strużka światła wydobywająca się spod drzwi łazienki. Wcześniej nie zwróciłem na nią uwagi.
Bez zastanowienia przykładam ucho do drewnianej powierzchni. Przez kolejne sekundy w ogromnym skupieniu nasłuchuję, co dzieje się w środku. Niestety z pomieszczenia nie dobiegają żadne odgłosy.
- Ada? - odzywam się po chwili niepewnie. Delikatnie pukam w drewno. - Kochanie, jesteś w środku?
Odpowiada mi cisza.
Zapalone światło o niczym nie świadczy. Zapewne Ada zapomniała je zgasić. Wychodziła w pośpiechu, a ja idiotycznie doszukuję się drugiego dna. Muszę myśleć racjonalnie. Zawzięcie staram się uspokoić samego siebie.
Wewnętrzny niepokój jednak uporczywie narasta.
Automatycznie przenoszę wzrok na drzwi wyjściowe. Zauważam buty żony, leżące w nieładzie, i długi, brązowy płaszcz zawieszony na wieszaku. Teraz jestem pewien. Ada nie wyszła. Niemniej nie rozumiem, dlaczego uparcie milczy.
Ponownie pukam do łazienki. Tym razem jednak nieco głośniej i zdecydowanie bardziej nerwowo.
- Adunia, proszę, odezwij się.
W tonie głosu wybrzmiewa błaganie. Z sekundy na sekundę ogarniają mnie coraz mroczniejsze myśli.
- Możesz wyjść? Proszę, porozmawiajmy.
Po raz kolejny odpowiada mi cisza. Biorę głęboki oddech, lecz w niczym to nie pomaga. Nie zniosę dłużej bezczynności. Wiem, że jest w środku. Obrażona księżniczka, bezczelnie się chowa, nie chce wydusić jednego głupiego słowa.
Narasta we mnie irytacja. Nie umiem opanować emocji. Bez zastanowienia naciskam klamkę. Gdy tylko przekroczę próg pomieszczenia, rozpęta się między nami kolejna kłótnia.
Z impetem otwieram drzwi. Ciężko oddycham. Zatrzymuję wzrok na wannie.
Wszystkie uczucia, jakie do tej pory mi towarzyszyły, momentalnie się ulatniają.