Rozdział 1 Brat
Osiem lat trucizny, morderstwa i gówna.
Osiem lat krwi, potu i śmierci.
Upadła tak daleko z młodszym bratem w ramionach, z palcami nadal lepkimi i czerwonymi. Światło trzech słońc w górze oślepiało i paliło. Wody areny zalanej w dole były szkarłatne od krwi. Tłum wył zdumiony i oburzony śmiercią wielkiego kardynała i ukochanego konsula, w dodatku zadaną przez ich uwielbianego czempiona. Największe igrzyska w historii Bożogrobia zakończyły się najbardziej zuchwałym mordem w historii Republiki. Na arenie rozpętał się chaos. Jednakże mimo wrzasków, ryków i wściekłości Mia Corvere odczuwała tylko triumf.
Po ośmiu latach.
Po ośmiu pieprzonych latach.
Matko. Ojcze.
Zrobiłam to.
Zabiłam ich dla was.
Zderzenie z powierzchnią wody było przykre. Widoki i dźwięki dobiegające z areny Bożogrobia zostały pochłonięte, gdy Mia zniknęła pod powierzchnią. Oczy piekły ją od soli. Oddech palił jej płuca. W uszach nadal miałą ryk tłumów. Jej młodszy braciszek, Jonnen, szarpał się, uderzał, wiercił się w jej ramionach jak wyciągnięta z wody ryba. Wyczuwała wężowe cienie sztormowych smoków płynących ku niej przez mrok. Wyszczerzone w uśmiechu zęby ostre jak brzytwa i martwe ślepia.
Arcyblask był taki jasny, nawet tu, pod powierzchnią wody. Jednakże mimo tych trzech okropnych słońc na niebie, mimo całej wściekłości Wszechwidzącego lejącej się z góry, towarzyszyły jej własne cienie. Ciemne teraz za czworo. Mia sięgnęła ku odpływowi z areny, szerokiemu strumieniowi, jakim uchodziły sól i woda, i
zrobiła Krok
w
cienie wewnątrz.
To ją przyprawiło o mdłości i zawroty głowy - nadal czuła oślepiające światło słoneczne na niebie. Padła jak kłoda w zbroi, obciążona czarnym żelazem i przemoczonymi sokolimi skrzydłami. Pociągając za sobą Jonnena, uderzyła ze stłumionym brzękiem o dno wylotowej rury. Miała tylko kilka chwil, tylko tyle powietrza, ile zabrała ze sobą. I nie planowała, że będzie uciekać z dzieckiem miotającym się w jej objęciach.
Powlekła się z chłopcem przez rurę, znalazła pęcherz powietrza przy zaworze ciśnieniowym, tak jak obiecała jej Ashlinn. Wypłynęła, łapiąc gwałtownie powietrze, i wyciągnęła na powierzchnię brata. Chłopak parskał w jej ramionach, wył i walczył, okładając ją po twarzy.
- Puść mnie, dziewko! - wrzasnął.
- Przestań! - wydyszała Mia.
- Puść mnie!
- Jonnen, proszę, przestań!
Objęła chłopaka tak, żeby przyszpilić mu ręce, więc nie mógł jej dalej okładać. Jego wrzaski niosły się echem po rurze nad ich głowami. Szamocząc się ze sprzączkami i paskami jedną wolną ręką, zdołała kawałek po kawałku zdjąć zbroję. Zrzucając skórę gladiatii, zabójczyni i dziecka zemsty, zrzuciła z własnych kości owe osiem lat. Warto było. To wszystko było tego warte. Duomo nie żyje. Scaeva nie żyje. A Jonnen, jej krew - dziecko, o którym od dawna myślała, że leży w grobie...
Mój młodszy brat żyje, pomyślała.
Chłopiec kopał, szarpał się i gryzł. Nie tyle opłakiwał zamordowanego tatę, ile po prostu wpadł w dziką, rozpaloną do białości furię. Mia myślała, że chłopiec zmarł wiele lat temu, połknięty przez Kamień Filozoficzny razem z jego matką i resztkami jej nadziei. Jeśli jednak Mii pozostały jakieś wątpliwości co do tego, czy mały ma krew Corvere, czy może być synem swojej matki, to jego niepohamowana wściekłość zabiła je wszystkie.
- Jonnen, posłuchaj mnie!
- Nazywam się Lucius! - wrzasnął, a jego głos odbił się echem od żelaza.
- W takim razie posłuchaj mnie, Lucius!
- Nie będę słuchać! - krzyknął. - Z-zabiłaś mojego ojca! Zabiłaś go!
Ogarnęła ją litość, ale Mia zacisnęła zęby i zamknęła serce.
- Przykro mi, Jonnen, ale twój ojciec... - Pokręciła głową, wzięła głębszy wdech. - Posłuchaj, musimy wyjść z tej rury, nim zaczną spuszczać wodę z areny. Sztormowe smoki nadpłyną tędy, rozumiesz?[2]
Ach, cóż. Macie już pewne pojęcie.
- To niech nadpłyną. Mam nadzieję, że cię pożrą!
- ...ON MI SIĘ PODOBA...
- ...dlaczego to mnie nie dziwi...
Chłopiec odwrócił się ku ciemnym cieniom gęstniejącym na ścianie obok nich. Otaczające ich powietrze stało się chłodniejsze. Kot stworzony z cieni i taki sam wilk wpatrywali się w niego nie-oczami. Ogon Pana Życzliwego drgał na boki, kiedy nie-kot przyglądał się dziecku. Eklipsa po prostu przekrzywiła łeb i leciutko dygotała. Jonnen umilkł na chwilę, wpatrując się szeroko otwartymi ciemnymi oczami najpierw w pasażerów Mii, a potem w dziewczynę, która go trzymała.
- Ty też ich słyszysz... - szepnął.
- Jestem taka jak ty. - Mia skinęła głową. - Jesteśmy tacy sami.
Chłopiec wpatrywał się w nią, być może odczuwając te same mdłości, ten sam głód i tęsknotę, co ona. Mia przyjrzała mu się ze łzami wzbierającymi w oczach. Tak wiele mil, tak wiele lat...
- Nie pamiętasz mnie - szepnęła drżącym głosem. - Byłeś malutkim dzieckiem, kiedy z-zabrali cię od nas. Ale ja ciebie pamiętam.
Na chwilę wzruszenie prawie ją sparaliżowało. Łzy na rzęsach i szloch wzbierający w gardle. Przypominała sobie malutkiego chłopczyka w powijakach na łóżku jej matki owego zwrotu, kiedy zginął jej ojciec. Maluch wpatrywał się w nią wielkimi, ciemnymi oczami. Zazdrościła mu, że jest za mały, żeby zrozumieć, że ich ojciec odszedł, a wraz z nim odszedł cały ich dotychczasowy świat.
Tyle że on wcale nie był ojcem Jonnena, prawda?
Mia pokręciła głową i zamrugała, żeby pozbyć się nienawistnych łez.
Och, matko, jak mogłaś...
Patrząc teraz na chłopca, ledwie była w stanie mówić. Ledwie mogła zmusić szczęki do ruchu, płuca do oddechu, usta do sformułowania słów płonących jej w piersi. Miał takie same czarne jak krzemień oczy jak ona, takie same czarne jak atrament włosy. Tak wyraźnie dostrzegała w nim ich matkę, że czuła się, jakby patrzyła w zwierciadło. Jednakże poza rysami matki było coś w kształcie noska Jonnena, w linii jego krągłych od dziecięcego tłuszczyku policzkach, co...
Tak, Mia go dostrzegła.
Scaevę.
- Nazywam się Mia - wykrztusiła wreszcie. - Jestem twoją siostrą.
- Nie mam siostry - warknął chłopak.
- Jonn... - Mia ugryzła się w język. Oblizała usta i poczuła sól. - Lucius, musimy iść. Obiecuję, że wszystko ci wyjaśnię, ale tu nie jest bezpiecznie.
- ...WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE, DZIECKO...
- ...oddychaj spokojnie ...
Mia patrzyła, jak jej demony wchodzą w cień chłopca i wyjadają jego strach, jak to zawsze robiły dla niej. Chociaż panika w jego oczach zmalała, gniew tylko wezbrał, napięte mięśnie w drobnych rękach nagle naparły na jej objęcia. Wił się i znowu zaczął wierzgać, udało mu się uwolnić jedną rękę i rzucił się z pazurami do jej twarzy.
- Puść mnie! - krzyknął.
Mia syknęła, gdy trafił kciukiem w jej oko, i obróciła raptownie głowę.
- Przestań - warknęła, tracąc cierpliwość.
- Puść mnie!
- Jeśli nie przestaniesz się wiercić, to cię unieruchomię!
Pchnęła chłopca mocno na ścianę rury i przygwoździła go, chociaż kopał i pluł. Rozumiała jego gniew, ale prawdę mówiąc, nie miała czasu, żeby zajmować się teraz jego zranionymi uczuciami. Rozpinając pozostałe sprzączki od zbroi wolną ręką, zsunęła długi skórzany pasek, który przytrzymywał jej napierśnik i naramienniki i zrzuciła zbroję na dno rury przy zaworze. Zostawiła sobie ciężkie buty, spódniczkę z nabijanej ćwiekami skóry i poprzecieraną, poplamioną krwią tunikę pod spodem. Wykorzystała paski, żeby związać bratu nadgarstki i kostki, jakby był wieprzkiem przygotowanym na rzeź.
- Wypuść m... hfhm-ggm!
Protesty Jonnena przycichły, kiedy Mia zawiązała mu kolejny rzemień na ustach. Wzięła chłopaka na ręce i trzymając go mocno, spojrzała mu w oczy.
- Będziemy musieli płynąć - powiedziała. - Na twoim miejscu nie marnowałabym powietrza na krzyki.
Spojrzał jej w twarz, a jego oczy pałały nienawiścią. Okazał się jednak dostatecznie rozsądny, żeby się podporządkować, i wreszcie wziął głęboki wdech.
Mia pociągnęła ich w dół i popłynęła najszybciej, jak zdołała.
* * *
Pół godziny później wynurzyli się z szafirowych wód przy akompaniamencie bijących dzwonów.
Trzymając Jonnena, Mia przepłynęła przez rozległe zbiorniki pod areną, przez rozbrzmiewające echem rury mekanicznego systemu odpływu, nabierając powietrza, gdy tylko nadarzyła się okazja, aż wreszcie przedostała się do morza kilkaset stóp na północ od zatoki przy Prawicy. Brat cały czas piorunował ją wzrokiem mimo związanych rąk i nóg i zakneblowanych ust.
Mia była niepocieszona, że musiała związać własnego brata jak jagnię na wiosenną rzeź, ale nie miała pojęcia, co innego z nim zrobić. Nie mogła go zostawić na cokole dla zwycięzcy obok tężejących trupów jego taty i Duomo. Nie mogłaby go porzucić. Jednakże w planach, które pracowicie snuła z Ashlinn i Mercurio, nigdy nie wzięła pod uwagę tego, że przyjdzie jej się mocować z dziewięciolatkiem po tym, jak zamordowała mu ojca, i to na jego oczach.
Jego ojca.
Ta myśl pływała za jej oczami, zbyt mroczna i ciężka, żeby dłużej na nią patrzeć. Mia odepchnęła ją na bok, skupiając się na tym, żeby wydostać ich na płytsze wody. Ash i Mercurio będą czekali na pokładzie szybkiej galery o nazwie Syrenia Pieśń zacumowanej przy Prawicy. Im szybciej wyniosą się z Bożogrobia, tym lepiej. Wieść o zamordowaniu Scaevy szybko rozejdzie się po metropolii, o ile już się nie rozeszła, i wkrótce Czerwony Kościół dowie się, że ich najbogatszy i najpotężniejszy klient nie żyje. Grad noży i gówna posypie się na głowę Mii.
Kiedy płynęła do portu przy Prawicy, zobaczyła, że na ulicach metropolii zapanował chaos. W całym Mieście Mostów i Kości katedry biły podzwonne. Ludzie wychodzili z karczm i kamienic zdumieni, oburzeni i przerażeni, gdy wieść o śmierci Scaevy rozlała się po mieście jak smugi krwi w wodzie. Wszędzie było widać legionistów, ich zbroje błyszczały w potwornym słonecznym świetle.
Przy całym tym zamieszaniu bardzo niewielu ludzi zauważyło przemoczoną i krwawiącą niewolnicę, która płynęła powoli do brzegu z chłopcem przerzuconym przez ramię. Płynąc ostrożnie między gondolami i małymi jachtami kołyszącymi się przy molach Prawicy, Mia dotarła do cieni pod długim drewnianym pomostem.
- Ukryję nas na chwilę - mruknęła do brata. - Przez jakiś czas nic nie będziesz widzieć, ale musisz być dzielny.
Chłopak tylko piorunował ją wzrokiem. Ciemne pukle opadały mu na oczy. Mia wyciągnęła palce i spowiła siebie i Jonnena opończą z cieni. Kosztowało ją to sporo wysiłku przy płonącym nad nią arcyblasku, gdy światło słoneczne wszystko rozświetlało i wypalało. Jednakże nawet teraz, gdy pasażerowie towarzyszyli jej bratu, jej własny cień nadal był dwa razy ciemniejszy niż przed śmiercią Furiana. Jej panowanie nad ciemnością się wzmocniło. Trzymała ją pewniej. Bliżej.
Przypomniała sobie wizję, jaką ujrzała, gdy zabiła Niezwyciężonego na oczach zachwyconego tłumu. Niebo nie było jasne i oślepiające, tylko czarne jak smoła i zasypane gwiazdami. A nad jej głową błyszczała wysoko blada, idealna kula.
Jak słońce, ale... nie do końca.
"WIELU BYŁO JEDNYM. I ZNOWU SIĘ NIM STANĄ".
A przynajmniej tak powiedział głos, który usłyszała. Powtarzając jak echo wiadomość od Zziębłej zjawy z ostrzami z grobowej kości, która ocaliła jej skórę na nekropoli w Galante.
Mia nie wiedziała, co to znaczy. Nigdy nie miała nauczyciela, który wyjaśniłby jej, co to znaczy być pomroczem. Nigdy nie poznała odpowiedzi na pytanie, czym jest. Nie wiedziała. Nie mogła wiedzieć. Ale jedno pojęła z taką samą pewnością, z jaką znała własne imię - odkąd Furian zginął z jej ręki, nowa siła wypełniła jej żyły.
Jakimś cudem stała się... czymś więcej.
Świat zniknął w mętnej czerni, kiedy naciągnęła na siebie i brata pelerynę z cienia i oboje stali się bladymi smugami na akwareli świata. Jonnen przymrużył powieki i przyglądał się podejrzliwie Mii w mroku pod opończą, ale przynajmniej przestał się opierać. Mia kierowała się szeptanymi wskazówkami Pana Życzliwego i Eklipsy, powoli wspinając się po porośniętej pąklami drabinie na molo z Jonnenem pod pachą. I tam w cieniu płaskodennego trawlera skuliła się, żeby poczekać. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami, ociekała wodą i obejmowała brata.
Pan Życzliwy zmaterializował się w cieniu u stóp Jonnena, oblizując półprzeźroczystą łapę. Eklipsa wynurzyła się z cienia chłopca, rysując się czernią na tle kadłuba trawlera.
- ...POWRÓCĘ... - warknęła nie-wilczyca.
- ...będziemy tęsknić... - Nie-kot ziewnął.
- ...A ZATĘSKNISZ ZA WŁASNYM OZOREM, JAK CI GO WYRWĘ Z PYSKA...?
- Dość już, wy oboje - syknęła Mia. - Śpiesz się, Eklipso.
- ...SKORO TEGO SOBIE ŻYCZYSZ...
Wilk z cieni zadygotał i zniknął, przemykając wśród szpar między deskami molo i dalej, wzdłuż falochronu.
- ...nienawidzę tej suki... - westchnął Pan Życzliwy.
- Wspominałeś - mruknęła Mia. - Będzie już z tysiąc razy.
- ...doprawdy, tylko tyle...?
Mimo zmęczenia usta Mii wygięły się w uśmiechu.
Pan Życzliwy kontynuował pozbawione sensu ablucje, a Mia siedziała, kołysząc brata. Mięśnie ją bolały, słona woda drażniła rany, a nad jej głową płonęły słońca. Była zmęczona, poobijana, krwawiła z kilkunastu ran po zmaganiach na arenie. Adrenalina zwycięstwa zaczynała słabnąć, pozostawiając po sobie przenikające do szpiku kości zmęczenie. Walczyła w dwóch wielkich bitwach wcześniej tego zwrotu, pomogła gladiatii - swoim towarzyszom z Kolegium Remusa - uciec z niewoli, zabiła dziesiątki ludzi, w tym Duomo i Scaevę, wygrała w największych zawodach w historii Republiki i zrealizowała wszystkie swoje plany.
Pustka zaczęła powoli zastępować euforię. Wyczerpanie, od którego trzęsły się jej ręce. Marzyła o miękkim łóżku, cygaretce i o tym, żeby rozkoszować się smakiem złotniaka Albari na ustach Ashlinn. Poczuć, jak ich kości się zderzają, a potem spać przez tysiąc lat. Jednak nade wszystko, poza tęsknotą, zmęczeniem i bólem, patrząc na brata, zdała sobie sprawę, że czuje...
Głód.
Podobnie czuła się w obecności lorda Cassiusa. I Furiana. Poczuła to, kiedy pierwszy raz zobaczyła chłopca na ramionach ojca na platformie zwycięzcy. Poczuła to, kiedy zerknęła teraz na dzieciaka - tęsknotę układanki, która szuka fragmentu siebie.
Co to znaczy? - zastanawiała się.
Czy Jonnen czuje to samo?
- ...mam złe przeczucia, mia...
Szept Pana Życzliwego sprawił, że oderwała wzrok od głowy brata. Kot z cieni przestał udawać, że myję łapę, i wpatrywał się w Miasto Mostów i Kości z cienia Jonnena.
- Czego się teraz obawiać? - mruknęła. - Stało się. I biorąc wszystko pod uwagę, nie poszło nam najgorzej, nic nie obróciło się cyckami do góry.
- ...a co to za różnica, w jakim kierunku obrócone są piersi...?
- Mówisz jak ktoś, kto nigdy ich nie miał.
Pan Życzliwy zerknął na chłopca, któremu towarzyszył.
- ...wygląda na to, że mamy nieoczekiwany bagaż...
Jonnen wymamrotał coś niezrozumiale przez knebel. Mia nie miała wątpliwości, że jego uwagi są mniej niż życzliwe, ale nie odrywała oczu od kota z cieni.
- Za bardzo się zamartwiasz - powiedziała mu.
- ...a ty nie dość...
- I czyja to wina? Przecież to ty zjadasz mój strach.
Demon przechylił łepek, ale nie odpowiedział. Mia czekała w milczeniu, wpatrując się w miasto spod zasłony cienia. Dźwięki dochodzące ze stolicy były stłumione przez pelerynę, z kolorów zostały tylko przygaszone odcienie bieli i sepii. Wciąż jednak słyszała bicie dzwonów, tupot stóp, spanikowane krzyki w oddali.
- Konsul i kardynał zabici!
- Morderca! - rozległ się krzyk. - Morderca!
Mia zerknęła na Jonnena i zobaczyła, że wpatruje się w nią z nieskrywaną wrogością. Zrozumiała wtedy jego myśli równie dobrze, jakby je wypowiedział.
Zabiłaś mojego ojca.
- On uwięził naszą matkę - powiedziała mu Mia. - Zostawił ją, żeby umarła w cierpieniu w Kamieniu Filozoficznym. Zabił mojego ojca i setki innych ludzi. Zapomniałeś, jak ten nędznik rzucił tobą we mnie na cokole zwycięzcy, żeby ratować własną skórę? - Pokręciła głową i westchnęła. - Przykro mi. Wiem, że to trudno zrozumieć, ale Julius Scaeva był potworem.
Chłopiec szarpnął się nagle, uderzając ją czołem w podbródek. Mia przygryzła sobie język, zaklęła, złapała brata i ścisnęła go mocno, kiedy znowu zaczął się miotać. Szarpał się w przemoczonych więzach, narobił sobie siniaków, próbując się uwolnić. Niestety, przy całej swojej wściekłości był tylko dziewięciolatkiem. Mia musiała tylko przytrzymać go, aż opadnie z sił, aż jego stłumione krzyki zgasną, i w końcu dzieciak osunął się zmęczony i zaszlochał cicho.
Przełknęła krew w ustach i go objęła.
- Pewnego zwrotu zrozumiesz - mruknęła. - Kocham cię, Jonnen.
Szarpnął się raz jeszcze i znieruchomiał. Zapadła wtedy niezręczna cisza, a Mii przeszedł po plecach zimny dreszcz. Miała na ciele gęsią skórkę, a jej cień stał się ciemniejszy, gdy usłyszała niskie warczenie, dobiegające jakby spod desek pod jej stopami.
- ...NIE MA ICH TUTAJ... - poinformowała ją Eklipsa.
Mia zamrugała zdumiona, a żołądek szarpnął jej się nieco na lewo. Zmrużyła oczy z powodu blasku i spojrzała na ciemną rozmazaną plamę Syreniej Pieśni, kołyszącej się na cumie kilka pomostów dalej.
- Jesteś pewna?
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
2 Z trzech odmian smoków, na jakie można natrafić na itreyańskich wodach - białych, szablastych i sztormowych - te ostatnie są zdecydowanie najgłupsze. Potrafią zeżreć dosłownie wszystko, co się zmieści w ich paszczy, łącznie z innymi sztormowymi smokami i własnymi młodymi. Kompletna lista osobliwości, jakie znaleziono w brzuchach sztormowych smoków, znajduje się w zoologicznych archiwach Kolegium Żelaznego i zawiera między innymi (kolejność przypadkowa):
- zbroję pełną płytową
- skórzany szezlong
- piłę do drewna długą na sześć stóp
- całą rodzinę (prawdopodobnie rozsierdzonych) jeżozwierzy.
Z racji tego nawyku zjadania wszystkiego, co wyda im się względnie interesujące, zyskały sobie przezwisko "rynsztoku morza" wśród itreyańskich rybaków, bo po złapaniu ich i otwarciu im brzuchów można znaleźć wszelkiej maści przedziwne...