Niania z piekła rodem - Karina Majsterek

Kup ebooka

47.99 zł
33.59 zł (35,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Najgorszy dzień z życia Waverly

Tego dnia w No­wym Jor­ku nie pa­da­ło. Po raz pierw­szy od wie­lu dni zza chmur wyj­rza­ło słoń­ce. Zu­peł­nie jak­by chcia­ło prze­ko­nać Wa­ver­ly Wo­ods, że świat wca­le nie jest taki zły, jak są­dzi­ła.

Nie uwie­rzy­ła.

Ten po­ra­nek był tak ab­sur­dal­ny, że do tej pory nie mia­ła po­ję­cia, jak uda­ło jej się do­trzeć do biu­ra. Naj­pierw spa­li­ła owsian­kę wraz z rę­ka­wi­cą, któ­rą po­zo­sta­wi­ła w pie­cu - o mały włos nie pusz­cza­jąc przy tym z dy­mem ro­dzin­ne­go domu. Po­tem za­wie­si­ła na zbyt dłu­go wzrok na przy­stoj­nym męż­czyź­nie z auta obok i umknę­ło jej zmie­nia­ją­ce się świa­tło. Pro­ble­mu ze wzro­kiem nie­ste­ty nie mia­ła po­li­cja, któ­ra kil­ka me­trów da­lej za­trzy­ma­ła jej sa­mo­chód. Wa­ver­ly otrzy­ma­ła man­dat i po­ucze­nie tak ostre, że na­gle po­czu­ła się jak naj­gor­sza kry­mi­na­list­ka.

Kon­kret­nie spóź­nio­na, w wy­gnie­cio­nej ko­szul­ce z logo Guns N' Ro­ses i z pla­mą na ra­mie­niu, do­tar­ła do biu­ra, dy­sząc, jak­by go­nił ją se­ryj­ny mor­der­ca. Wa­ver­ly, zwy­kle po­ukła­da­na, tego dnia zmie­ni­ła się w swo­je roz­trze­pa­ne al­ter ego, któ­re cza­sa­mi przej­mo­wa­ło kon­tro­lę, gdy do­pa­dał ją cho­ler­ny stres. A dzi­siaj do­padł ją nie tyl­ko stres, ale tak­że se­ria nie­for­tun­nych przy­pad­ków.

Prze­su­nę­ła łok­ciem stos pa­pie­rów, ma­jąc wra­że­nie, że nie roz­wią­zu­je pro­ble­mu, a tyl­ko go spy­cha na co­raz to bar­dziej pię­trzą­cą się ster­tę spraw do za­ła­twie­nia. Po raz ko­lej­ny prze­tar­ła za­spa­ne oczy, przy oka­zji roz­ma­zu­jąc po po­licz­ku tusz do rzęs. Jęk­nę­ła ci­cho, się­ga­jąc do szaf­ki biur­ka po dwa wa­ci­ki. Na­są­czy­ła je wodą z dna szklan­ki i upew­nia­jąc się, że nikt nie pa­trzy, wy­tar­ła czar­ne szlacz­ki.

Chwy­ci­ła ku­bek z kawą i spoj­rza­ła na nie­go z na­boż­ną czcią. Jak­by ko­fe­ina była naj­lep­szym, co ją w ży­ciu spo­tka­ło. Prze­chy­li­ła go i wla­ła go­rą­cy, czar­ny na­par do ust.

Cho­le­ra ja­sna - za­klę­ła w du­chu.

Kawa po­pa­rzy­ła ją w ję­zyk, co spra­wi­ło, że w koń­cu obu­dzi­ła się z tego dziw­ne­go le­tar­gu, w jaki wpa­dła tego ran­ka. Pierw­szy łyk wy­pa­lił jej prze­łyk. Dru­gi upew­nił ją, że to nie przy­pa­dek. Skrzy­wi­ła się, lecz mimo to ból nie prze­szko­dził Wa­ver­ly w upi­ciu ko­lej­ne­go łyka, a po­tem jesz­cze jed­ne­go. Nim się zo­rien­to­wa­ła, jej ulu­bio­ny ku­bek był pu­sty. Ziew­nę­ła sen­nie i spoj­rza­ła przez duże okno na pa­no­ra­mę No­we­go Jor­ku. Od­nio­sła wra­że­nie, że uno­si się w po­wie­trzu, a wie­żo­wiec do­się­ga chmur. Nie była pew­na, czy to efekt nad­mia­ru ko­fe­iny, czy też jej wy­bu­ja­łej wy­obraź­ni.

Fir­ma Mo­ore Lab, w któ­rej pra­co­wa­ła, zaj­mo­wa­ła czter­na­ście pię­ter biu­row­ca One Van­der­bilt, znaj­du­ją­ce­go się na rogu 42nd Stre­et i Van­der­bilt Ave­nue. Nie były to naj­wyż­sze pię­tra, a i tak wi­dok z okien za­pie­rał dech w pier­si. Ma­ją­cy po­nad czte­ry­sta me­trów wy­so­ko­ści bu­dy­nek uzna­wa­no za je­den z naj­wyż­szych wie­żow­ców Wiel­kie­go Jabł­ka1. Na ostat­nim pię­trze znaj­do­wa­ła się od­wie­dza­na przez tu­ry­stów pa­no­ra­micz­na plat­for­ma wi­do­ko­wa.

Wa­ver­ly nie po­tra­fi­ła­by zli­czyć, ile razy wi­dzia­ła na In­sta­gra­mie zdję­cia wy­ko­na­ne na szkla­nym ta­ra­sie bu­dyn­ku, któ­ry od­wie­dza­ła każ­de­go dnia. Na niej sa­mej już nie ro­bił ta­kie­go wra­że­nia jak jesz­cze dwa lata temu, kie­dy za­czę­ła pra­cę dla Mo­ore Lab.

Od­gar­nę­ła dło­nią ja­sne wło­sy, któ­re i tak bez­wied­nie opa­dły jej na oczy, po­pra­wi­ła opraw­ki pu­dro­wo­ró­żo­wych oku­la­rów, po czym wbi­ła wzrok w dwa duże ekra­ny przed sobą. Z tru­dem zmu­si­ła się, by sku­pić całą uwa­gę na tym, co mu­sia­ła zro­bić. Tego ran­ka nic nie szło po jej my­śli. Mia­ła ocho­tę ude­rzyć pię­ścią w ten cho­ler­ny mo­ni­tor i wyjść. Ko­cha­ła swo­ją pra­cę, lecz ta dziś do­pro­wa­dza­ła ją do sza­łu. Zro­bi­ła, co mu­sia­ła - stwo­rzy­ła bac­kup da­nych na dysk ze­wnętrz­ny oraz do chmu­ry, a po­tem jesz­cze prze­te­sto­wa­ła przy­wra­ca­nie da­nych z ko­pii za­pa­so­wej. Dziś swój jak­że bez­cen­ny czas po­świę­ca­ła sys­te­mo­wi kan­ce­la­rii Ste­phe­na Ro­otha. Czło­wie­ka, któ­re­go na­wet nie wi­dzia­ła na oczy.

Zie­wa­jąc, po­wró­ci­ła wspo­mnie­nia­mi do po­przed­niej nocy, kie­dy to do trze­ciej nad ra­nem po­chy­la­ła się przy ku­chen­nym sto­le nad do­ku­men­ta­cją od swo­je­go praw­ni­ka, Chri­sto­phe­ra, przy­go­to­wu­jąc się do ju­trzej­szej roz­pra­wy. Za każ­dym ra­zem, gdy o niej po­my­śla­ła, czu­ła, jak pa­ni­ka wdzie­ra się do jej umy­słu, a pal­ce ner­wo­wo drga­ją.

Mu­sia­ła wy­grać.

Dla nie­go.

Była już tak bli­sko...

Nie mo­gła po­zwo­lić so­bie na nie­spo­dzian­ki. Tego dnia mu­sia­ła sku­pić się na przy­go­to­wa­niu do roz­pra­wy, dla­te­go też za­miast zro­bić skan po­dat­no­ści stro­ny in­ter­ne­to­wej na atak hac­ker­ski, po­now­nie zer­k­nę­ła na stos do­ku­men­tów. Spraw­dzi­ła, czy wszyst­ko się zga­dza, czy dane kon­tak­to­we są ak­tu­al­ne i czy wszyst­kie źró­dła do­cho­du zo­sta­ły wy­szcze­gól­nio­ne.

Były.

Wes­tchnę­ła z ulgą. Pod­kre­śli­ła kwo­ty brzo­skwi­nio­wym za­kre­śla­czem, uśmie­cha­jąc się lek­ko. Było ele­ganc­ko, ale i czy­tel­nie.

Z pew­no­ścią sę­dzia weź­mie to pod uwa­gę.

Jed­nym sło­wem - pa­ni­ko­wa­ła. I to bar­dzo.

Nie mo­gła i nie chcia­ła od­pu­ścić, sko­ro na sza­li le­ża­ła przy­szłość jej młod­sze­go bra­ta, Mat­thew.

Gdy ich ro­dzi­ce zgi­nę­li w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym trzy lata wcze­śniej, Wa­ver­ly przy­się­gła przy ich gro­bie, że się nim zaj­mie. Mat­thew li­czył na nią, a ona li­czy­ła na to, że jesz­cze w tym ty­go­dniu bę­dzie mo­gła za­brać chło­pa­ka do ich wspól­ne­go domu. Tak bar­dzo za nim tę­sk­ni­ła. Nie wi­dzie­li się od trzech ty­go­dni. Był świet­nym dzie­cia­kiem i nie za­słu­żył, by miesz­kać w domu dziec­ka. Nikt na to nie za­słu­gi­wał, lecz on w szcze­gól­no­ści. Po­wi­nien od sa­me­go po­cząt­ku być z nią. Od mie­się­cy miesz­kać tam, gdzie spę­dził całe swo­je do­tych­cza­so­we ży­cie. Z kimś, kto go ko­cha i kto o nie­go za­dba.

Gdy­by nie sys­tem, z któ­rym Wa­ver­ly nie mia­ła szans, już daw­no temu by­li­by ra­zem.

Utknę­ła w gąsz­czu pro­ce­dur praw­nych. Mu­sia­ła po­za­my­kać roz­grze­ba­ne spra­wy, jak ta spad­ko­wa, i wy­ja­śnić z ban­kiem swo­ją sy­tu­ację fi­nan­so­wą, bo ta zmie­ni­ła się dia­me­tral­nie z dnia na dzień. Wraz ze śmier­cią ro­dzi­ców prócz domu Wa­ver­ly odzie­dzi­czy­ła po­kaź­ną hi­po­te­kę i dwa nie­spła­co­ne kre­dy­ty, któ­re za­cią­gnę­li kil­ka mie­się­cy wcze­śniej.

I choć pra­gnę­ła za­jąć się bra­tem od razu, do­sko­na­le wie­dzia­ła, że nikt przy zdro­wych zmy­słach nie przy­znał­by jej nad nim opie­ki, a już tym bar­dziej ża­den sąd. Jesz­cze ja­kiś czas temu Wa­ver­ly nie było na nic stać. Hi­po­te­ka, kosz­ty ży­cia, rata za sprzęt, a do­dat­ko­wo wy­dat­ki Mat­thew... Mu­sia­ła udo­wod­nić, że w ogó­le po­sia­da ja­kie­kol­wiek środ­ki fi­nan­so­we, dzię­ki któ­rym mo­gła go utrzy­mać.

Na szczę­ście nad­szedł dzień, gdy w koń­cu, po wie­lu mie­sią­cach, po licz­nych wnio­skach i pla­no­wa­niu roz­praw, mia­ła oka­zję wszyst­ko na­pra­wić. Wziąć na swo­je bar­ki opie­kę nad re­zo­lut­nym sie­dem­na­sto­lat­kiem, któ­re­go ko­cha­ła ca­łym ser­cem. I choć zda­wa­ła so­bie spra­wę, że bę­dzie cięż­ko, pra­gnę­ła to zro­bić. Z utę­sk­nie­niem, ale i pew­nym stre­sem ocze­ki­wa­ła ju­trzej­szej roz­pra­wy, na któ­rej sąd miał orzec, czy prze­ka­że jej opie­kę nad Mat­thew. Mu­siał to zro­bić, bo Wa­ver­ly nie wy­obra­ża­ła so­bie in­nej moż­li­wo­ści.

Wes­tchnę­ła cięż­ko i po­wró­ci­ła wzro­kiem do ekra­nu z prze­ska­ku­ją­cy­mi okien­ka­mi. Po­wie­ki jej drga­ły, a pal­ce sa­mo­wol­nie błą­ka­ły się po kla­wia­tu­rze, two­rząc nowe, sil­niej­sze ha­sła. Tego dnia nie my­śla­ła o tym, co robi. Pra­co­wa­ła jak na au­to­pi­lo­cie, zaj­mo­wa­ła się nie­mal tym sa­mym co każ­de­go dnia.

Jako in­ży­nier do spraw bez­pie­czeń­stwa IT w Mo­ore Lab od­po­wia­da­ła za ana­li­zę za­gro­żeń. Spraw­dza­ła za­bez­pie­cze­nia do­stę­pu, ochra­nia­ła sta­cje ro­bo­cze i ser­we­ry, choć naj­wię­cej cza­su spę­dza­ła nad szy­fro­wa­niem da­nych. Do jej obo­wiąz­ków na­le­ża­ło tak­że prze­pro­wa­dza­nie te­stów pe­ne­tra­cyj­nych. I choć to wła­śnie tym po­win­na się te­raz zaj­mo­wać, jej my­śli wę­dro­wa­ły wszę­dzie, tyl­ko nie tam, gdzie były po­trzeb­ne.

Dwa kwa­dran­se póź­niej wes­tchnę­ła po­ko­na­na. Ze­sztyw­nia­ły jej mię­śnie, a gło­wa pul­so­wa­ła bo­le­śnie, zwia­stu­jąc nad­cho­dzą­cą mi­gre­nę.

Ode­pchnę­ła się od biur­ka i wsta­ła z fo­te­la, roz­pro­sto­wu­jąc ko­ści. Chwy­ci­ła w dłoń pu­sty ku­bek i ru­szy­ła w kie­run­ku nie­wiel­kie­go po­miesz­cze­nia znaj­du­ją­ce­go się na koń­cu ko­ry­ta­rza, w któ­rym spo­ty­ka­li się wszy­scy pla­nu­ją­cy choć na mo­ment uchy­lić się od swo­ich obo­wiąz­ków. Mi­nę­ła grup­kę ro­ze­śmia­nych współ­pra­cow­ni­ków, po­sy­ła­jąc im coś na kształt pół­u­śmie­chu, a po­tem jej wzrok po­wę­dro­wał ni­żej, na brud­ną ko­szul­kę. Czu­ła, że na nią pa­trzą, i wie­dzia­ła że my­ślą te­raz o tym, jak nie­chluj­nie tego ran­ka wy­glą­da.

I co z tego?

Prze­wró­ci­ła osten­ta­cyj­nie ocza­mi, igno­ru­jąc wścib­skie spoj­rze­nia. Nikt z nich nie był dla niej na tyle waż­ny, by przej­mo­wa­ła się tym, co o niej są­dzą.

Gwał­tow­nie od­wró­ci­ła się do ze­bra­nych ple­ca­mi. Wy­płu­ka­ła ku­bek i chwy­ci­ła czy­sty, któ­ry pod­sta­wi­ła pod eks­pres. Z bo­le­snym uczu­ciem roz­cza­ro­wa­nia wła­snym ży­ciem na­ci­snę­ła przy­cisk na pa­ne­lu do­ty­ko­wym i za­cią­gnę­ła się wspa­nia­łym aro­ma­tem świe­żo zmie­lo­nej ara­bi­ki. Z wi­szą­cej po pra­wej stro­nie szaf­ki wy­cią­gnę­ła pacz­kę cia­stek Snic­ker­do­odles, któ­re pod­kra­dła w ze­szłym ty­go­dniu oty­łej Ka­ren z księ­go­wo­ści, i uło­ży­ła dwa na ma­łym por­ce­la­no­wym ta­le­rzy­ku przed sobą. Ko­bie­ta nie po­win­na ich jeść. A ona od­da­ła jej tyl­ko przy­słu­gę, dba­jąc o jej kru­che zdro­wie i fi­gu­rę.

Po­sta­wi­ła na ta­le­rzy­ku ku­bek z kawą, po czym w to­wa­rzy­stwie dziw­nych, nie­ko­niecz­nie dys­kret­nych spoj­rzeń po­wró­ci­ła do swo­je­go biur­ka.

Po­now­nie zer­k­nę­ła na ze­ga­rek, a na usta ci­snął się jej sze­reg py­tań.

Dla­cze­go czas tak wol­no pły­nie?

Dla­cze­go moje ży­cie jest nie­koń­czą­cym się cią­giem kom­pli­ka­cji?

Dla­cze­go nie może być pro­ściej?

Gdy w koń­cu wy­bi­ła tak bar­dzo wy­cze­ki­wa­na przez nią czwar­ta po po­łu­dniu, Wa­ver­ly po­de­rwa­ła się z miej­sca jak opa­rzo­na. Nie mi­nę­ła na­wet mi­nu­ta, a ona sta­ła już go­to­wa do wyj­ścia z ple­ca­kiem w dło­ni. Zi­gno­ro­wa­ła sto­ją­cy na biur­ku brud­ny ku­bek oraz ta­le­rzyk z okrusz­ka­mi cia­stek, obie­cu­jąc so­bie, że po­sprzą­ta ju­tro. Cho­ciaż nie - po­my­śla­ła. Ju­tro mia­ła prze­cież wol­ny dzień z uwa­gi na roz­pra­wę Mat­thew. No nic. Wzię­ła na­czy­nia i po­bie­gła do so­cjal­ne­go, przy oka­zji o mało nie po­tknę­ła się o koń­czy­ny Lan­do­na Kno­xa. Bru­net w lnia­nej ko­szu­li i czar­nych gar­ni­tu­ro­wych spodniach stał opar­ty o ścia­nę. Gdy się za­trzy­ma­ła tuż przed nim, do jej noz­drzy do­tarł cięż­ki, du­szą­cy za­pach jego per­fum wy­mie­sza­ny z wo­nią pa­pie­ro­sów, któ­re wi­docz­nie nie­daw­no pa­lił. Wzdry­gnę­ła się, czu­jąc tę pa­skud­ną mie­szan­kę.

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią z uko­sa, a po­tem zje­chał wzro­kiem na jej ko­szul­kę oraz roz­czo­chra­ne wło­sy i po­słał jej pe­łen po­li­to­wa­nia uśmiech.

- Gdzie się tak spie­szysz, Wo­ods? - spy­tał lek­ko za­chryp­nię­tym gło­sem.

- A co? - prych­nę­ła.

- Nie po­tra­fisz od­po­wie­dzieć na pro­ste py­ta­nie? - Uniósł brew.

- Od kie­dy in­te­re­su­je cię moje ży­cie, Knox? - od­burk­nę­ła.

- Od­kąd pra­wie mnie sta­ra­no­wa­łaś, blon­di - za­kpił.

- Och. Wy­bacz, ksią­żę, ale się spie­szę. Nie mam cza­su na po­ga­dusz­ki. A już w szcze­gól­no­ści ta­kie, któ­re mnie nu­dzą - uprze­dzi­ła jego ko­lej­ne py­ta­nia. - Masz. Sko­ro ci się nu­dzi, to... włóż to do zmy­war­ki. Ja mu­szę le­cieć. - Wci­snę­ła w jego dło­nie brud­ny ku­bek i ta­lerz, po czym ucie­kła, za­nim zdą­żył za­pro­te­sto­wać.

- Hej! Wo­ods! Żar­ty so­bie ro­bisz? - wy­krzy­czał za nią. - Wra­caj tu!

- Bądź tak do­bry i prze­stań się drzeć, Knox - skar­ci­ła go Lo­ren, dziew­czy­na pra­cu­ją­ca w dzia­le ana­liz. Na co dzień od­po­wia­da­ła za ana­li­zę zło­śli­we­go opro­gra­mo­wa­nia. Była ma­łym ru­dym ge­niu­szem po­tra­fią­cym roz­ło­żyć każ­de­go wi­ru­sa na czę­ści pierw­sze. - Po pro­stu wstaw te brud­ne na­czy­nia i prze­stań się awan­tu­ro­wać.

- Baby.

- Jak masz ja­kiś pro­blem...

- A że­byś wie­dzia­ła, że mam...

- No to słu­cham. Wy­żal się. Śmia­ło... Chęt­nie po­słu­cham.

Wa­ver­ly nie do­sły­sza­ła dal­szej roz­mo­wy Lo­ren i Lan­do­na, gdyż opu­ści­ła po­kój so­cjal­ny, za­nim zdą­ży­li roz­krę­cić swo­ją co­ty­go­dnio­wą kłót­nię. Za każ­dym ra­zem koń­czy­ła się iden­tycz­nie - nie od­zy­wa­li się do sie­bie przez kil­ka ko­lej­nych dni tyl­ko po to, by po­tem roz­po­cząć swo­ją od­wiecz­ną słow­ną prze­py­chan­kę od po­cząt­ku.

Wa­ver­ly wró­ci­ła do biur­ka i wy­łą­czy­ła mo­ni­to­ry. Po­spiesz­nie chwy­ci­ła nie­wiel­ki skó­rza­ny ple­cak i prze­rzu­ci­ła go przez ra­mię. Upew­ni­ła się tyl­ko, że wło­ży­ła do nie­go klu­czy­ki od auta i domu oraz te­le­fon, po czym po­gna­ła w stro­nę ko­ry­ta­rza.

Wbie­gła do win­dy i zje­cha­ła na par­ter, a po­tem wy­pa­dła z bu­dyn­ku i skrę­ci­ła w bocz­ną ulicz­kę, gdzie tego dnia za­par­ko­wa­ła. Mi­nę­ła słyn­ny Ro­ose­velt Ho­tel przy 45th East Stre­et i przy­sta­nę­ła przed sta­rym, wy­słu­żo­nym au­tem. Wsu­nę­ła się na fo­tel Chry­sle­ra, prze­krę­ci­ła klu­czyk w sta­cyj­ce i wy­je­cha­ła z par­kin­gu. Włą­czy­ła się do ru­chu i po­pę­dzi­ła w kie­run­ku Qu­eens, naj­więk­szej dziel­ni­cy No­we­go Jor­ku, gdzie miesz­ka­ła od uro­dze­nia. Ro­dzi­ce ku­pi­li tam dom, gdy Wa­ver­ly mia­ła za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy.

Zo­sta­wi­ła za sobą naj­wyż­sze dra­pa­cze chmur i wje­cha­ła na Most Qu­eens­bo­ro, któ­ry łą­czył jej ro­dzin­ną dziel­ni­cę z Man­hat­ta­nem, gdzie pra­co­wa­ła.

Spoj­rza­ła na ma­low­ni­czy kra­jo­braz East Ri­ver i wes­tchnę­ła ci­cho, jak­by z ulgą. Pod­krę­ci­ła le­cą­cą w ra­diu pio­sen­kę i nu­cąc, uśmiech­nę­ła się do swo­je­go od­bi­cia w bocz­nym lu­ster­ku. Dzię­ki temu, że zje­cha­ła gór­nym po­zio­mem wy­cho­dzą­cym wprost na 62nd Stre­et, unik­nę­ła tak zwa­ne­go kor­ko­we­go za prze­jazd płat­ną stre­fą w go­dzi­nach szczy­tu, a po­tem skie­ro­wa­ła się bez­po­śred­nio do cen­trum Qu­eens.

Kwa­drans póź­niej par­ko­wa­ła już przy 82nd Stre­et. Spoj­rza­ła zza szy­by na wy­słu­żo­ny bu­dy­nek z czer­wo­nej ce­gły, a wspo­mnie­nia szczę­śli­wych chwil, któ­re w nim spę­dzi­ła, za­la­ły jej umysł. Wspo­mnie­nia ide­al­nych mo­men­tów. Jej dzie­ciń­stwa, wcze­snej mło­do­ści i po­wro­tu do domu po stu­diach.

Z ple­ca­kiem w dło­ni za­trza­snę­ła po­obi­ja­ne drzwi sta­re­go Chry­sle­ra, któ­re­go zo­sta­wił po so­bie jej oj­ciec. Mimo że lata świet­no­ści miał już daw­no temu za sobą, Wa­ver­ly nie po­tra­fi­ła się go po­zbyć. Sta­no­wił dla niej war­tość sen­ty­men­tal­ną. Co chwi­lę na­pra­wia­ła sta­ry al­ter­na­tor, a i tak ani razu nie prze­szła jej przez gło­wę myśl, by sprze­dać wóz. Ko­cha­ła tego sza­re­go gru­cho­ta. Może dla­te­go, że czu­ła w nim obec­ność taty. Z For­da mamy, któ­rym ro­dzi­ce je­cha­li tam­te­go dnia, nic nie zo­sta­ło. Od razu zo­stał ze­zło­mo­wa­ny.

Wa­ver­ly zja­dła póź­ny obiad, wy­ką­pa­ła się, a resz­tę wie­czo­ru spę­dzi­ła na ka­na­pie, pró­bu­jąc od­go­nić od sie­bie stres. Ro­bi­ła wszyst­ko, by nie my­śleć o tym, co cze­ka ją na­za­jutrz. Roz­pra­wę sąd wy­zna­czył na dwu­na­stą, za­tem mia­ła spo­ro cza­su, by po­now­nie przej­rzeć do­ku­men­ta­cję i za­dzwo­nić do praw­ni­ka.

Po­pi­ja­ła go­rą­cą her­ba­tę, nu­cąc ci­cho. Chri­sto­pher uspo­ko­ił ją nie­co, mó­wiąc, że wy­gra­ną ma w gar­ści. Sąd przy­chy­li się do jej wnio­sku, bo nie było pod­staw, by go od­rzu­cić. Przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie. Speł­nia­ła wszyst­kie nie­zbęd­ne wa­run­ki. Po­sia­da­ła dom, cie­szy­ła się nie­po­szla­ko­wa­ną opi­nią, mia­ła do­bre re­fe­ren­cje i pra­cę, dzię­ki któ­rej za­ra­bia­ła tyle, że star­cza­ło jej na opła­ce­nie ra­chun­ków, hi­po­te­ki i zo­sta­wa­ło jesz­cze tro­chę na inne wy­dat­ki.

Do łóż­ka tra­fi­ła chwi­lę przed je­de­na­stą. Nie było jej jed­nak dane po­spać zbyt dłu­go, gdyż rap­tem dwa kwa­dran­se póź­niej obu­dził ją dzwo­nek te­le­fo­nu. Od­ko­pa­ła w po­ście­li apa­rat, spoj­rza­ła na ekran i za­mar­ła na kil­ka se­kund.

Te­le­fo­no­wał Brad Cha­bert, jej bez­po­śred­ni zwierzch­nik.

Cho­le­ra.

To zde­cy­do­wa­nie nie wró­ży­ło ni­cze­go do­bre­go.

- Wa­ver­ly? - spy­tał, gdy ode­bra­ła.

- Tak.

- Śpisz?

- Pró­bo­wa­łam - od­par­ła zgod­nie z praw­dą. - Brad, coś się sta­ło?

- Masz pół go­dzi­ny, by zja­wić się w biu­rze - wark­nął do słu­chaw­ki.

- Co? Dla­cze­go? - Od­chrząk­nę­ła.

- Cze­go nie zro­zu­mia­łaś? - wy­sy­czał z iry­ta­cją.

- Ale...

- Nie in­te­re­su­je mnie, jak to zro­bisz, Wo­ods - prze­rwał jej.

- Po­wiesz mi, po co mam przy­je­chać? Nie wiem, czy je­steś świa­do­my, ale ju­tro mam wol­ne... - nie da­wa­ła za wy­gra­ną.

- Do­wiesz się na miej­scu. To nie za­ba­wa w przed­szko­le, a po­waż­na fir­ma. Dwa kwa­dran­se i ani mi­nu­ty wię­cej.

- Będę - wy­mam­ro­ta­ła po­spiesz­nie, po czym wy­sko­czy­ła z łóż­ka.

Wsu­nę­ła na cia­ło ko­szu­lę i ciem­ne dżin­sy. Ucze­sa­ła i wy­mo­de­lo­wa­ła na koń­ców­kach swo­je krót­kie blond wło­sy, a usta po­cią­gnę­ła błysz­czy­kiem. Łącz­nie za­ję­ło jej to ze dwie mi­nu­ty. Za­nim wy­bie­gła z domu, chwy­ci­ła le­żą­ce na sta­rej dę­bo­wej ko­mo­dzie klu­czy­ki. Przez całą dro­gę za­sta­na­wia­ła się, co mu­sia­ło się stać, że Brad zmu­szo­ny był we­zwać ją do fir­my o tak póź­nej po­rze, prak­tycz­nie w środ­ku nocy. Po­dob­na sy­tu­acja jesz­cze ni­g­dy się nie zda­rzy­ła, a prze­cież pra­co­wa­ła dla nich od dwóch lat.

Gdy od­bi­ła swo­ją kar­tę do­stę­pu i prze­kro­czy­ła próg Mo­ore Lab, do­cho­dzi­ła pół­noc.

- Brad... - urwa­ła, do­strze­ga­jąc cze­ka­ją­cych męż­czyzn. Spoj­rze­li na nią wy­mow­nie, lecz w ża­den spo­sób nie sko­men­to­wa­li jej obec­no­ści. Ski­nę­li jej tyl­ko gło­wa­mi i cze­ka­li na roz­wój wy­da­rzeń.

- Daj­cie nam chwi­lę - po­pro­sił Cha­bert.

Męż­czyź­ni znik­nę­li w sali kon­fe­ren­cyj­nej.

Brad oparł się o blat jej biur­ka i przy­mknął na mo­ment po­wie­ki. Sta­rał się ze­brać my­śli i prze­ka­zać wszyst­ko Wa­ver­ly w ja­kiś cy­wi­li­zo­wa­ny spo­sób.

- Coś się sta­ło? - spy­ta­ła. - Wy­tłu­macz mi...

- To chy­ba ty po­win­naś się te­raz tłu­ma­czyć, nie ja - wark­nął. Zmierz­wił ciem­ne wło­sy dło­nią i za­ci­snął na nich pal­ce. De­ner­wo­wał się, co było do nie­go nie­po­dob­ne. Wa­ver­ly zda­ła so­bie spra­wę, że ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­ła go tak nie­spo­koj­ne­go, a to tyl­ko ozna­cza­ło kło­po­ty. Stres po­wo­li za­czy­nał do­pa­dać i ją.

- Nie ro­zu­miem. - Zmarsz­czy­ła brwi, a jej ra­mio­na opa­dły. Nie mia­ła po­ję­cia, o co mu cho­dzi. I nie pla­no­wa­ła ba­wić się w zga­dy­wan­ki. Była na to zbyt zde­ner­wo­wa­na.

- Kwa­drans po osiem­na­stej ktoś wła­mał się do bazy kan­ce­la­rii Ste­phe­na Ro­otha - od­parł, po czym wes­tchnął. Przez cały ten czas ob­ser­wo­wał jej re­ak­cję.

Wa­ver­ly mia­ła wra­że­nie, że prze­sta­ła od­dy­chać. Bra­ła co­raz to płyt­sze wde­chy, a jej błę­kit­ne oczy za­szły mgłą.

- Co...? - wy­szep­ta­ła.

- Chy­ba nie mu­szę ci tłu­ma­czyć, w jaki spo­sób dzia­ła atak hac­ker­ski.

- Nie - za­prze­czy­ła. - Wiem, jak dzia­ła.

- Skra­dzio­no dane ak­tu­al­nie pro­wa­dzo­nych spraw oraz wy­ma­za­no fol­de­ry z ak­ta­mi z 2020 i 2022 roku.

- Jak to moż­li­we? Prze­cież dziś... - urwa­ła, prze­ły­ka­jąc ner­wo­wo śli­nę. Prze­cież dziś spraw­dzi­łam wszyst­ko - mia­ła już na koń­cu ję­zy­ka. Nie­ste­ty sło­wa te nie prze­szły jej przez gar­dło. Nie było sen­su kła­mać. Już i tak nie­wie­le by to zmie­ni­ło.

- Ju­tro rano Ro­oth ma roz­pra­wę, do któ­rej przy­go­to­wy­wał się mie­sią­ca­mi. Na dys­ku były wszyst­kie do­wo­dy gro­ma­dzo­ne przez Ste­phe­na przez ostat­nie trzy lata. To dość gło­śna spra­wa. Resz­tę sama so­bie do­po­wiedz. Je­steś in­te­li­gent­na.

- Chry­ste... - Wa­ver­ly po­tar­ła oczy dłoń­mi. - Ja...

- Wy­tłu­macz mi coś, bo nie ro­zu­miem...

Mil­cza­ła, czu­jąc na so­bie spoj­rze­nie zwierzch­ni­ka.

- Ja­kim cu­dem ktoś to zro­bił pod two­im no­sem? - spy­tał. - Z tego, co się orien­tu­ję, to wła­śnie ty od­po­wia­dasz za spraw­dze­nie za­pór i wszyst­kich za­bez­pie­czeń. Każ­de­go pier­do­lo­ne­go dnia. Przy­cho­dzisz do pra­cy i wszyst­ko spraw­dzasz. Dbasz, by nasi klien­ci mo­gli spo­koj­nie spać. A może się mylę?

- Nie. Nie my­lisz się. - Wa­ver­ly przy­mknę­ła po­wie­ki. Z jej pier­si wy­rwa­ło się je­dy­nie ci­che sap­nię­cie.

- Spraw­dzi­łaś to dziś? Wy­ko­na­łaś skan po­dat­no­ści? Nie do­sta­li­śmy ra­por­tu z te­stów, któ­ry po­win­naś wy­słać do szes­na­stej - kon­ty­nu­ował, nie cze­ka­jąc na jej wy­ja­śnie­nia.

- Bo... zro­bi­łam je tyl­ko czę­ścio­wo - od­par­ła zgod­nie z praw­dą.

- Słu­cham? - Zmarsz­czył brwi. - Jak to, kur­wa, "czę­ścio­wo"?

- Ale przed wyj­ściem prze­te­sto­wa­łam przy­wra­ca­nie da­nych z ko­pii za­pa­so­wej. Wszyst­ko dzia­ła­ło bez za­rzu­tu. - Pal­ce Wa­ver­ly ner­wo­wo błą­dzi­ły po kra­wę­dzi pa­ska to­reb­ki. Usta za­drża­ły jej lek­ko, ale sta­ra­ła się mó­wić spo­koj­nie. Prze­cież na­wet je­śli zro­bi­ła­by ten skan w ca­ło­ści, atak i tak mógł­by się udać. Je­śli ten, kto za nim stał, znał się na rze­czy...

- Jak wi­dać, to nie wy­star­czy­ło - prych­nął Brad. - Atak był ce­lo­wa­ny. Za­le­ża­ło im na kon­kret­nych fol­de­rach. Część po­zo­sta­ła nie­tknię­ta. Znik­nę­ły tyl­ko te naj­waż­niej­sze. We­dług ra­por­tu uru­cho­mi­łaś eks­plo­ity w try­bie ac­ti­ve.

Słu­cham?

Ja­kim cu­dem?

Prze­cież nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści...

- Kur­wa.

- No kur­wa. - Wes­tchnął, ła­piąc się za na­sa­dę nosa. - Nie usu­nę­łaś pay­lo­adu, dzię­ki cze­mu po­zo­sta­ła luka, z któ­rej chęt­nie sko­rzy­stał nasz hac­ker. Już za­po­mnia­łaś spra­wę Equ­ifax z 20172?

Wa­ver­ly prze­łknę­ła z tru­dem. Do­sko­na­le wie­dzia­ła, o czym męż­czy­zna mó­wił. Była to naj­gło­śniej­sza ze spraw, o ja­kich sły­sza­ła. Mimo to nie po­zwo­li­ła so­bie na łzy.

- I co te­raz? - spy­ta­ła, choć chy­ba wo­la­ła­by nie wie­dzieć. Po­czu­ła, jak jej dło­nie drżą, a war­gi mi­mo­wol­nie się roz­chy­la­ją. Mia­ła pro­blem, by za­czerp­nąć po­wie­trza.

- Twój błąd kosz­to­wał fir­mę pięć mi­lio­nów do­la­rów. - Wa­ver­ly prze­łknę­ła gło­śno śli­nę. - Mi­ni­mum. Masz szczę­ście, że na­sze ubez­pie­cze­nie po­kry­je cał­ko­wi­cie tę kwo­tę - kon­ty­nu­ował Cha­bert. - Mu­si­my za­pła­cić karę za nie­wy­wią­za­nie się z po­wie­rzo­nej nam ochro­ny. Fir­ma po­nie­sie kon­se­kwen­cje praw­ne i fi­nan­so­we. Cze­ka nas praw­do­po­dob­nie wy­po­wie­dze­nie umo­wy świad­cze­nia usług dla kan­ce­la­rii Ro­otha. Wąt­pię, by chciał nas za­trud­niać po czymś ta­kim. Ja bym nie chciał. Błąd leży po na­szej stro­nie, co bez­sprzecz­nie wy­ni­ka z ra­por­tu. Jed­nym sło­wem, spier­do­li­łaś, Wa­ver­ly, i oso­bi­ście po­nie­siesz kon­se­kwen­cje - skwi­to­wał.

- Prze­cież ja tyl­ko... - urwa­ła, wi­dząc gro­my w oczach Cha­ber­ta.

Za­mil­kła od razu.

- Szef strasz­nie się wkur­wił. Już daw­no nie wi­dzia­łem go tak zi­ry­to­wa­ne­go. Spe­cjal­nie tu przy­je­chał, by oso­bi­ście ra­to­wać sy­tu­ację. Ste­phen Ro­oth chce po­zwać fir­mę. Bę­dzie nie­złe szam­bo. Je­śli ktoś się o tym do­wie, na­sze ak­cje po­le­cą w dół. Je­śli są­dzi­łaś, że ci się upie­cze, to...

- Ja­kie­go typu kon­se­kwen­cje mnie cze­ka­ją? - prze­rwa­ła mu na­gle. Do­my­śli­ła się, że Mo­ore nie po­zo­sta­wi tego bez od­po­wie­dzi. Py­ta­nie tyl­ko, jak do­tkli­wą karę otrzy­ma ona.

Obe­tnie jej pen­sję?

Po­zba­wi awan­su, o któ­ry się sta­ra­ła?

Tak... Z pew­no­ścią nie mia­ła już co li­czyć na wyż­sze sta­no­wi­sko...

Cho­le­ra.

- My­ślę, że już to wiesz - syk­nął Brad.

- Co wiem? - Wa­ver­ly unio­sła brew, przy­glą­da­jąc się męż­czyź­nie z nie­zro­zu­mie­niem. Nie mógł mó­wić wprost, za­miast ba­wić się w pie­przo­ne do­my­sły?

- To dla cie­bie. - Cha­bert wy­jął z kie­sze­ni bia­łą ko­per­tę i po­dał ją jej.

Po­wo­li wy­su­nę­ła ze środ­ka kart­kę i nie­mal za­krztu­si­ła się śli­ną. Za­ci­snę­ła pal­ce na ka­wał­ku pa­pie­ru i od­chrząk­nę­ła. Po­czu­ła, jak jej ser­ce za­czy­na wa­lić. Przez mo­ment pa­trzy­ła na roz­my­wa­ją­ce się li­te­ry. Do­pie­ro gdy do­tar­ło do niej zna­cze­nie po­szcze­gól­nych słów, wpa­dła w złość. Gniew, jaki za­wrzał w jej ży­łach, nie był do­brym do­rad­cą. Po­now­nie spoj­rza­ła na kart­kę i zmię­ła ją w pię­ści.

Wy­po­wie­dze­nie umo­wy o pra­cę ze skut­kiem na­tych­mia­sto­wym wraz z od­po­wied­nim wpi­sem do akt.

Co ta­kie­go?

Ale...

Nie.

Nie.

Nie.

Nie może...

Kur­wa.

Chry­ste.

Zwol­nił mnie.

Tak po pro­stu...

I to dys­cy­pli­nar­nie.

Jezu...

Nie wie­rzę.

I co ja te­raz zro­bię?

Po­trze­bu­ję tej pie­przo­nej pra­cy.

Bez niej ju­tro...

Wa­ver­ly za­gry­zła moc­no war­gę i na mo­ment ode­rwa­ła wzrok od kart­ki, któ­rą trzy­ma­ła w dło­ni.

- Jest te­raz w fir­mie? - spy­ta­ła, zry­wa­jąc się z miej­sca.

- Kto? - Cha­bert uniósł ciem­ną brew.

- Szef. De­xter Mo­ore - do­pre­cy­zo­wa­ła.

- Jest, ale...

Wa­ver­ly nie słu­cha­ła go już. Ru­szy­ła wprost do ga­bi­ne­tu pre­ze­sa. Wpi­sa­ła kod na pa­ne­lu win­dy i wje­cha­ła na sie­dem­dzie­sią­te czwar­te pię­tro. Mi­nę­ła prze­szklo­ne biu­ra i hol, a tak­że po­ko­je Chloe i Ga­brie­la, z któ­ry­mi naj­czę­ściej współ­pra­co­wa­ła w cią­gu mi­nio­ne­go roku. Wstyd się przy­znać, lecz De­xte­ra Mo­ore'a ni­g­dy nie po­zna­ła. Nie mia­ła po­ję­cia, jak męż­czy­zna wy­glą­da. Wie­dzia­ła tyl­ko, że znaj­dzie go w ga­bi­ne­cie. Sły­sza­ła już wcze­śniej plot­ki, że gdy przy­jeż­dżał do fir­my, za­szy­wał się w nim na wie­le go­dzin. Mo­gła się za­ło­żyć, że był już sta­ry i zmę­czo­ny pra­cą, dla­te­go tak czę­sto dzia­łał zdal­nie z domu. Do tej pory nie­spe­cjal­nie ją to in­te­re­so­wa­ło. Wo­la­ła sku­pić się na pra­cy niż trwo­nić czas na ana­li­zo­wa­nie do­my­słów biu­ro­wych plot­kar.

- Mogę? - spy­ta­ła, mi­ja­jąc sta­no­wi­sko Sary, asy­stent­ki pre­ze­sa. Na oko czter­dzie­sto­let­nia ko­bie­ta sie­dzia­ła wy­pro­sto­wa­na jak stru­na przy biur­ku, stu­ka­jąc czar­ny­mi szpil­ka­mi o mar­mu­ro­wą po­sadz­kę. Jej dłu­gie czer­wo­ne pa­znok­cie su­nę­ły po kla­wia­tu­rze, wzrok mia­ła wbi­ty w mo­ni­tor.

Wa­ver­ly nie zdzi­wi­ło, że i ją ścią­gnię­to do fir­my o tak nie­ludz­kiej po­rze. Da­wa­ło to jed­nak na­dzie­ję, że szef jesz­cze nie wy­szedł. Był to zde­cy­do­wa­nie do­bry znak.

Asy­stent­ka prze­chy­li­ła gło­wę w stro­nę Wa­ver­ly i spoj­rza­ła na nią, mru­żąc mio­do­we oczy.

- Spy­tam - oznaj­mi­ła. Za­rzu­ci­ła dłu­gie czar­ne wło­sy na ra­mię i pod­nio­sła się z fo­te­la. - Wa­ver­ly Wo­ods. No tak... - prze­czy­ta­ła wi­docz­ne na jej pla­kiet­ce dane i od­wró­ci­ła się. Po­de­szła do drzwi ga­bi­ne­tu i za­stu­ka­ła w nie.

Wa­ver­ly sta­ła nie­ru­cho­mo, opie­ra­jąc się lek­ko bio­drem o biur­ko Sary. Mia­ła wra­że­nie, że czas prze­stał pły­nąć. Przez mo­ment sły­sza­ła tyl­ko ci­che po­mru­ki, po­tem asy­stent­ka za­mknę­ła drzwi biu­ra i po­de­szła do niej wol­nym kro­kiem. W ogó­le się nie spie­szy­ła. Jak wi­dać, jako je­dy­na mia­ła tej nocy czas. Wa­ver­ly do­strze­gła na jej twa­rzy le­d­wo wi­docz­ny gry­mas. Sara ro­zej­rza­ła się do­oko­ła, upew­nia­jąc się, że nikt prócz Wa­ver­ly jej nie sły­szy, po czym po­wie­dzia­ła, ści­sza­jąc głos:

- Pan Mo­ore pani nie przyj­mie.

- Słu­cham? - Wa­ver­ly za­mru­ga­ła nie­spo­koj­nie. Do­pie­ro po chwi­li do­tar­ło do niej, co usły­sza­ła.

- Pre­zes Mo­ore stwier­dził, że nie wi­dzi sen­su roz­mo­wy z pa­nią. Pod­jął nie­odwo­łal­ną de­cy­zję i po­win­na pani być wdzięcz­na, że nie ma cza­su ani ocho­ty na włó­cze­nie się po są­dach. W prze­ciw­nym ra­zie otrzy­ma­ła­by pani po­zew na kwo­tę bę­dą­cą rów­no­war­to­ścią kary, jaką fir­ma musi za­pła­cić za tę... hmm... ra­żą­cą nie­kom­pe­ten­cję.

- Pro­szę mnie wpu­ścić. - Wa­ver­ly nie od­pusz­cza­ła. Zro­bi­ła krok do przo­du, lecz wte­dy po­czu­ła de­li­kat­ny uścisk na ra­mie­niu. Miał być dla niej ostrze­że­niem. - Mu­szę mu wszyst­ko wy­ja­śnić! Prze­cież...

- Dla pani do­bra ra­dzę prze­stać krzy­czeć i wró­cić do domu. - Sara wy­glą­da­ła na szcze­rą, gdy to mó­wi­ła. - Pre­zes jest w ta­kim sta­nie, że nie rę­czę za nie­go. Już daw­no nie wi­dzia­łam go tak wście­kłe­go. Oba­wiam się, że speł­nił­by każ­dą z gróźb. Może le­piej bę­dzie przy­jąć to, co za­ofe­ro­wał. To i tak do­bro­dusz­ne z jego stro­ny...

- Jak mam się zgo­dzić na dys­cy­pli­nar­kę z wpi­sem do akt?! - grzmia­ła. - Chy­ba jest cho­ry psy­chicz­nie, je­śli są­dzi, że...

- Wa­ver­ly - prze­rwa­ła jej Sara i unio­sła pa­lec. Mu­snę­ła nim jej war­gi, na co Wa­ver­ly za­drża­ła. - Wra­caj do domu. Je­śli wej­dziesz tam bez jego zgo­dy, będę zmu­szo­na we­zwać ochro­nę. Na­praw­dę tego chcesz? Mało ci jesz­cze kło­po­tów? Nie do­kła­daj so­bie ich wię­cej. Nie po­gar­szaj tej nie­kom­for­to­wej dla każ­dej ze stron sy­tu­acji.

Wa­ver­ly zro­bi­ła krok w tył i przyj­rza­ła się asy­stent­ce. Do­pie­ro te­raz za­czy­na­ło do niej do­cie­rać zna­cze­nie słów Sary. Tyle tyl­ko, że gdy od­pu­ści, może po­że­gnać się z ka­rie­rą na po­dob­nym sta­no­wi­sku. Wpis do akt od sa­me­go pre­ze­sa Mo­ore Lab był jak pie­przo­ny wy­rok śmier­ci. Rów­nie do­brze mo­gła za­cząć skła­dać CV do firm sprzą­ta­ją­cych biu­row­ce. Z po­dob­ną hi­sto­rią za­trud­nie­nia nie za­ofe­ru­ją jej ni­cze­go in­ne­go.

Je­stem skoń­czo­na.

Prze­cież to był tyl­ko je­den dzień.

Jed­no nie­do­pa­trze­nie, a to na­wet nie błąd.

Nie mo­gła uwie­rzyć w to, co się dzia­ło. Sta­ła nie­ru­cho­mo, a jej klat­ka pier­sio­wa uno­si­ła się i opa­da­ła. Po­ły­ka­ła ner­wo­wo po­wie­trze i jesz­cze przez dłuż­szy czas wpa­try­wa­ła się w drzwi ga­bi­ne­tu De­xte­ra Mo­ore'a.

Na­wet do niej nie wy­szedł.

Nie miał jaj, by zmie­rzyć się z nią oso­bi­ście.

Jesz­cze nikt nie po­trak­to­wał Wa­ver­ly Wo­ods w ten spo­sób.

Jak rzecz, któ­ra się ze­psu­ła i któ­rej nie war­to na­pra­wiać, lecz na­le­ży od razu wy­rzu­cić do śmiet­ni­ka.

Nie chciał jej wy­słu­chać, umoż­li­wić przed­sta­wie­nia dru­giej wer­sji wy­da­rzeń. Jej wer­sji. Wy­tłu­ma­czy­ła­by mu prze­cież, dla­cze­go tak się sta­ło. Po­wie­dzia­ła­by, że ona rów­nież ma do­bre ubez­pie­cze­nie, któ­re po­kry­je wszel­kie stra­ty, że sama po­nie­sie kon­se­kwen­cje fi­nan­so­we i prze­pro­si, a tak­że po­roz­ma­wia z Ro­othem i prze­ko­na go, by od nich nie od­cho­dził. Chcia­ła wziąć na sie­bie wszyst­ko i zro­bi­ła­by to tyl­ko po to, by za­cho­wać sta­no­wi­sko. Mo­gła­by na­wet zgo­dzić się na de­gra­da­cję, choć i tak zaj­mo­wa­ła jed­no z niż­szych sta­no­wisk w fir­mie.

Po­trze­bo­wa­ła tej pra­cy.

Tak bar­dzo jej te­raz po­trze­bo­wa­ła.

Bez niej wszyst­ko le­gło w gru­zach.

Szef jed­nak po­sta­wił na niej krzy­żyk, już za­nim do­tar­ła do biu­ra. I co­kol­wiek by nie po­wie­dzia­ła, nie mia­ło to dla nie­go zna­cze­nia.

Od­wró­ci­ła się i ode­szła. Zo­sta­wi­ła na biur­ku iden­ty­fi­ka­tor. Do ko­per­ty, któ­rą wcze­śniej wci­snął w jej dłoń Brad Cha­bert, wsu­nę­ła za­pi­sa­ną od­ręcz­nie kart­kę i za­kle­iła. Za­adre­so­wa­ła i rzu­ci­ła ją ze zło­ścią na blat.

Wy­szła z biu­ra z na­dzie­ją, że not­ka nie wpad­nie w nie­po­wo­ła­ne ręce i De­xter Mo­ore otrzy­ma ją już wkrót­ce.

Wy­bie­gła z wie­żow­ca, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Do domu wró­ci­ła go­dzi­nę póź­niej, bo jesz­cze przez dłu­gi czas krą­ży­ła po pu­stych uli­cach Qu­eens, pró­bu­jąc uspo­ko­ić sko­ła­ta­ne ner­wy. Wie­dzia­ła, że z kon­se­kwen­cja­mi przyj­dzie jej się zmie­rzyć ko­lej­ne­go dnia.

1 Hi­sto­ria na­zy­wa­nia No­we­go Jor­ku jako The Big Ap­ple się­ga po­cząt­ku XX wie­ku. W la­tach 20. za­czął ją sto­so­wać John J. Fit­zge­rald, dzien­ni­karz spor­to­wy "New York Mor­ning Te­le­graph". Uży­wał tego okre­śle­nia jako me­ta­fo­ry na­gro­dy - naj­lep­sze­go miej­sca do wy­ści­gów. Jabł­ko było sym­bo­lem ku­szą­ce­go, atrak­cyj­ne­go, du­że­go i peł­ne­go moż­li­wo­ści mia­sta, w któ­rym speł­nia­ły się naj­skryt­sze ma­rze­nia wie­lu mu­zy­ków, przed­się­bior­ców i ar­ty­stów. Na cześć Fit­zge­ral­da mia­sto Nowy Jork sfi­nan­so­wa­ło mu nowy na­gro­bek na cmen­ta­rzu w Qu­eens z ta­blicz­ką, że to on jest twór­cą słyn­ne­go okre­śle­nia.

2 Equ­ifax to jed­na z naj­więk­szych firm zaj­mu­ją­cych się oce­ną zdol­no­ści kre­dy­to­wej (tuż obok Trans­U­nion i Expe­rian). W 2017 roku hac­ke­rzy wy­ko­rzy­sta­li eks­plo­it w try­bie ak­tyw­nym, po czym wła­ma­li się do sys­te­mu i ukra­dli dane oso­bo­we, nu­me­ry ubez­pie­cze­nia spo­łecz­ne­go, daty uro­dze­nia i ad­re­sy 147 mi­lio­nów osób, co sta­no­wi­ło po­ło­wę po­pu­la­cji USA. Przez 76 dni ata­ku­ją­cy prze­by­wa­li w sie­ci Equ­ifax bez wy­kry­cia. Kon­se­kwen­cje fi­nan­so­we opie­wa­ły na kwo­tę po­nad 700 mi­lio­nów do­la­rów.

Rozdział 2

Pogrzeb

12 go­dzin wcze­śniej

Odzia­ny w czerń wy­so­ki męż­czy­zna po­chy­lił się po raz ostat­ni nad roz­ko­pa­nym gro­bem. Jego sto­py to­nę­ły w mo­rzu bia­łych kwia­tów. Spoj­rzał na drew­nia­ną ta­blicz­kę i po­słał w jej stro­nę krzy­wy uśmiech. Ile by dał, by jego oj­ciec był tu te­raz z nim. Nie­ste­ty nie po­tra­fił cof­nąć cza­su, a tym bar­dziej przy­wró­cić mu ży­cia. Był zdol­nym czło­wie­kiem, lecz wskrze­sza­nie aku­rat nie na­le­ża­ło do jego umie­jęt­no­ści.

De­xter po­pra­wił czar­ny kra­wat, któ­ry prze­krzy­wił się, gdy się po­chy­lał, i zro­bił krok w tył. Po­czuł obec­ność przy­ja­ciół, któ­ra do­da­wa­ła mu otu­chy tego po­nu­re­go dnia. I choć słoń­ce w koń­cu przedar­ło się przez war­stwę chmur, a ra­nek był pięk­ny, na­strój De­xte­ra po­zo­sta­wiał wie­le do ży­cze­nia.

Peł­nym smut­ku gło­sem po­dzię­ko­wał bli­skim za ich obec­ność i za­pro­sił na sty­pę. Po­dą­żał w ci­szy za zgro­ma­dzo­ny­mi go­ść­mi. Do­pie­ro przy au­cie do­strzegł Ric­car­da i Bru­na, któ­rzy wspie­ra­li go w tym przy­krym obo­wiąz­ku, ja­kim było po­cho­wa­nie ojca.

I choć nie łą­czy­ły ich wię­zy krwi, Mo­ore wie­dział, że męż­czyź­ni sko­czy­li­by za nim w ogień. Co zresz­tą udo­wad­nia­li mu każ­de­go dnia. A on od­wdzię­czał się tym sa­mym. Zro­bił­by dla nich wszyst­ko. Ochro­nił­by ich wła­sną pier­sią. Ric­car­do i Bru­no byli jak bra­cia, któ­rych ni­g­dy nie miał. Sta­li mu się bliż­si niż wła­sny oj­ciec, któ­ry pod ko­niec ży­cia nie chciał z nim zbyt­nio roz­ma­wiać. Od mie­się­cy mi­ja­li się i ża­den nie pla­no­wał do dru­gie­go na­wet za­dzwo­nić. O śmier­ci taty De­xter do­wie­dział się od zna­jo­me­go ko­mi­sa­rza, któ­ry za­te­le­fo­no­wał do nie­go tego dnia. Mil­ton Mo­ore zo­stał od­na­le­zio­ny w swo­jej no­wo­jor­skiej wil­li. Le­żał w łóż­ku do mo­men­tu, aż któ­re­goś ran­ka sprzą­tacz­ka od­na­la­zła jego zwło­ki. Wy­nik sek­cji wy­klu­czył udział osób trze­cich. Ra­port wy­ka­zał, że w mó­zgu Mil­to­na Mo­ore'a rósł tęt­niak, któ­ry w koń­cu pękł, gdy ten za­padł w sen. Roz­wi­jał się bez­ob­ja­wo­wo przez wie­le lat, aż w koń­cu stał się przy­czy­ną jego śmier­ci.

***

Gdy dzień chy­lił się ku koń­co­wi, zmę­czo­ny i roz­draż­nio­ny De­xter wpa­ko­wał się za kie­row­ni­cę swo­je­go czar­ne­go Do­dge'a Char­ge­ra, któ­ry przy­wo­dził na myśl słyn­ne fil­my ak­cji. Po­nie­kąd jego fa­scy­na­cja roz­po­czę­ła się wła­śnie od nich i Do­mi­ni­ca To­ret­to, któ­ry jeź­dził wer­sją z dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­te­go, nie­co bar­dziej zmo­dy­fi­ko­wa­ną, z cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi fel­ga­mi i spor­to­wym tu­ne­lem. Ale De­xter tego nie po­trze­bo­wał. Ku­pił od­po­wied­nik pro­sto z sa­lo­nu z im­po­nu­ją­cą mocą po­nad sied­miu­set koni me­cha­nicz­nych w wer­sji SRT Hel­l­cat.

Gdy od­pa­lił sil­nik, prócz przy­jem­ne­go dla uszu mru­cze­nia w au­cie roz­brzmia­ły tak­że nuty jego ulu­bio­nej skła­dan­ki. Nie­co mrocz­nej i kli­ma­tycz­nej, spo­koj­nej jak on sam. Pie­ści­ły jego zmy­sły, czę­ścio­wo od­ga­nia­jąc ból po stra­cie ojca.

- Jesz­cze tyl­ko chwi­la szop­ki i bę­dzie po wszyst­kim - po­wta­rzał so­bie, pusz­cza­jąc pio­sen­kę w za­pę­tle­niu.

Mu­siał po­ja­wić się na mo­ment na sty­pie, nim w koń­cu bę­dzie mógł za­koń­czyć ten trud­ny etap i wró­cić do swo­je­go pu­ste­go, ci­che­go domu.

***

Wie­dział, że nie po­wi­nien pić, a mimo to umo­czył usta w al­ko­ho­lu. Le­d­wo co, a jed­nak. Po­trze­bo­wał cho­ciaż ja­kiejś imi­ta­cji jego sma­ku. Oparł umię­śnio­ne przed­ra­mio­na o kon­tu­ar baru i zli­zał po­zo­sta­łość whi­sky z warg. Za­nim ko­go­kol­wiek usły­szał, po­czuł klep­nię­cie w ra­mię. Skrzy­wił się lek­ko i uniósł wzrok. Spoj­rzał w czar­ne jak wę­giel oczy, uśmie­cha­jąc się lek­ko.

- Jak się trzy­masz? - Ric­car­do przy­siadł na stoł­ku tuż obok nie­go.

Jego naj­lep­szy przy­ja­ciel był wy­so­ki i po­tęż­ny, pra­wie dzie­sięć cen­ty­me­trów wyż­szy od nie­go. Mie­rzył po­nad dwa me­try i gdzie­kol­wiek się nie po­ja­wiał, za­wsze roz­ta­czał do­oko­ła aurę ta­jem­ni­cy i cho­ler­ne­go nie­bez­pie­czeń­stwa. Lu­dzie drże­li na samą myśl o tym, że na nich spo­glą­da.

Ina­czej było z Vi­ta­lim, któ­ry prze­cze­sał dło­nią wło­sy w od­cie­niach ciem­ne­go blon­du i po­słał w jego stro­nę cie­pły, po­ro­zu­mie­waw­czy uśmiech. Przy­po­mi­nał ra­czej an­giel­skie­go lor­da, chłop­ca z wyż­szych sfer niż pra­wą rękę sze­fa no­wo­jor­skiej ma­fii. Roz­siadł się po jego le­wej stro­nie. W szy­tym na mia­rę gra­fi­to­wym gar­ni­tu­rze w prąż­ki wy­glą­dał tego wie­czo­ru jak żyw­cem wy­ję­ty z okład­ki mo­do­we­go ma­ga­zy­nu. Za­mó­wił wód­kę z lo­dem, a gdy bar­man po­dał mu szklan­kę, po­dzię­ko­wał ski­nie­niem gło­wy.

- Ja­koś - od­burk­nął Mo­ore. - Nie za cie­ka­wie, je­śli mam być szcze­ry. Nie prze­pa­da­łem za nim, ale mia­łem tyl­ko jego. Te­raz zo­sta­łem kom­plet­nie sam.

- To zro­zu­mia­łe. Stra­ci­łeś ojca. To ra­czej nie po­wód do ra­do­ści - za­uwa­żył Ric­car­do.

- Po­wiedz­my... Na­wet nie wiem, dla­cze­go jest mi przy­kro. Nie mie­li­śmy zbyt do­brych kon­tak­tów.

- Bo obaj ży­li­ście swo­imi fir­ma­mi - wtrą­cił Bru­no.

- Wszy­scy go lu­bi­li - przy­znał Mar­chet­ti. - Choć w su­mie to nie wiem dla­cze­go. Był z nie­go ka­wał chu­ja.

- Szko­da tyl­ko, że dzi­siaj tego nie oka­zu­ją. Nie ma tu żad­ne­go z jego przy­ja­ciół. Cie­ka­we dla­cze­go... - wy­sa­pał De­xter.

- W ta­kich sy­tu­acjach wi­dać, kto był praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem, a kto to­le­ro­wał go tyl­ko ze wzglę­du na jego pie­nią­dze. W tym przy­pad­ku jed­nak wy­gra­ło to dru­gie.

- Za­wsze tak jest - za­uwa­żył Bru­no. - Kasa przy­cią­ga przy­jaź­nie. Póź­niej się oka­zu­je, że to tyl­ko mrzon­ki. A w szcze­gól­no­ści przy­cią­ga la­ski. Dla­te­go ni­g­dy nie po­ka­zuj tego, ile masz kasy - po­le­cił, wbi­ja­jąc w ra­mię De­xte­ra pa­lec wska­zu­ją­cy. - Je­śli taka do­wie się, że je­steś mi­liar­de­rem, masz prze­je­ba­ne.

- Wi­dzia­łeś te bab­ki, któ­re na nas spo­glą­da­ją? Te w rogu? - mruk­nął Mar­chet­ti i skrzy­wił się lek­ko. Sta­le ko­goś ob­ser­wo­wał, we­szło mu to już w na­wyk.

- Taa. - De­xter po­słał mu pe­łen po­li­to­wa­nia uśmiech. - Szko­da ga­dać.

- Kto to? - spy­tał za­cie­ka­wio­ny jego re­ak­cją Bru­no.

- Ta ruda to ko­chan­ka ojca - stwier­dził bez­na­mięt­nym to­nem. - Ma­di­son Gre­en. A te obok to jej sio­stra i ku­zyn­ka. Nie wiem, dla­cze­go dziś tu przy­szły. To zwy­kła dziw­ka, z któ­rą kie­dyś oj­ciec zdra­dzał mat­kę. Pew­nie li­czy na spa­dek.

- Twój oj­ciec miał ko­chan­kę? - Ric­car­do był wy­raź­nie za­sko­czo­ny jego sło­wa­mi. - Ni­g­dy o niej nie wspo­mi­na­łeś.

- To ra­czej nie te­mat do dumy.

- Ale przy­naj­mniej cie­ka­wy - za­kpił Vi­ta­li.

- Cho­ciaż tyle.

- Za­sta­na­wiam się, ile jesz­cze cie­ka­wych smacz­ków z jego ży­cia wyj­dzie po la­tach.

- Pew­nie cał­kiem spo­ro.

- Nie zdzi­wił­bym się.

- Ta­kie ży­cie - mruk­nął Bru­no.

- Jego praw­nik już się od­zy­wał? - Ric­car­do upił łyk whi­sky, a po­tem po­wró­cił wzro­kiem do przy­ja­cie­la.

- Tak. W pią­tek od­czy­ta­nie te­sta­men­tu - jęk­nął Mo­ore. - Nie mam ocho­ty tam być. Na­wet nie wiem, po co zgo­dzi­łem się na tę szop­kę. I tak do­sta­nę wszyst­ko, co miał...

- Skąd wiesz?

- Se­rio? - Bru­no uniósł brew.

- Kil­ka mie­się­cy przed śmier­cią wspo­mniał o tym pod­czas krót­kiej roz­mo­wy. Je­śli nic się nie zmie­ni­ło, je­stem jego je­dy­nym spad­ko­bier­cą - wy­ja­śnił mar­kot­nym to­nem.

- To chy­ba do­bra in­for­ma­cja?

- Nie cie­szysz się? - spy­tał Vi­ta­li.

- Mam tyle swo­jej kasy, że nie zdo­łam jej wy­dać do śmier­ci. A te­raz jesz­cze będę mu­siał za­jąć się nie­ru­cho­mo­ścia­mi ojca i fir­mą. Same kło­po­ty. Nie chcę ich. Wolę to, na co sam za­pra­co­wa­łem. Nie po­trze­bu­ję jego ak­ty­wów.

- W ra­zie cze­go masz nas. Po­mo­że­my - stwier­dził Ric­car­do.

- Ja­sne. Jak coś, to za­wsze mogę za­opie­ko­wać się jed­ną z nie­ru­cho­mo­ści - za­żar­to­wał Vi­ta­li.

- Z pew­no­ścią.

- Nie po­wie­rzył­bym ci żad­nych nie­ru­cho­mo­ści - wtrą­cił Ric­car­do. - Każ­dą jed­ną do­pro­wa­dzisz do ru­iny.

- Bar­dzo, kur­wa, za­baw­ne.

De­xter mruk­nął coś i przy­mknął na mo­ment po­wie­ki. Uwiel­biał ich kon­wer­sa­cje i prze­ko­ma­rza­nia, lecz w tym mo­men­cie pra­gnął znik­nąć. Wsiąść do auta i wró­cić do swo­je­go domu w le­sie.

- Mam ocho­tę stąd iść - jęk­nął. - Czu­ję się jak mał­pa w zoo. Wszy­scy się na mnie ga­pią.

- Je­śli chcesz, mo­że­my się za­wi­nąć... Je­chać gdzieś, gdzie...

Wy­po­wiedź Bru­na prze­rwał gło­śny dźwięk te­le­fo­nu Mo­ore'a. Szyb­ko wy­su­nął apa­rat z kie­sze­ni i zer­k­nął na ekran. Igno­ru­jąc kar­cą­cy wzrok po­zo­sta­łych go­ści, ode­brał po­łą­cze­nie. Miał gdzieś to, co so­bie o nim po­my­ślą.

- Mamy pro­blem - usły­szał. Brad Cha­bert, szef dzia­łu cy­ber­bez­pie­czeń­stwa w jego fir­mie, brzmiał na zde­ner­wo­wa­ne­go.

- Nie mo­żesz po­cze­kać z tym do ju­tra? - Od­chrząk­nął. Nie za bar­dzo miał ocho­tę w ta­kiej chwi­li na dra­ma­ty zwią­za­ne z fir­mą. Prze­tarł dło­nią oczy, cze­ka­jąc na wy­ja­śnie­nia swo­je­go bez­po­śred­nie­go pod­wład­ne­go.

- No wła­śnie nie bar­dzo.

- Co tym ra­zem? - wark­nął, czu­jąc, jak gniew po­wo­li za­czy­na roz­py­chać jego żyły.

- Do­szło do ata­ku...

Nie mu­siał mó­wić nic wię­cej.

Brad pró­bo­wał mu w skró­cie wy­tłu­ma­czyć, co się sta­ło, lecz De­xter już go nie słu­chał. Wy­star­czy­ło, by wspo­mniał o kra­dzie­ży da­nych jed­nej z naj­więk­szych kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kich w No­wym Jor­ku.

- Będę za chwi­lę - prze­rwał De­xter męż­czyź­nie i po­de­rwał się z miej­sca.

Po­że­gnał przy­ja­ciół i wsiadł do auta, by kwa­drans póź­niej po­ja­wić się na rogu 42nd Stre­et i Van­der­bilt Ave­nue, przed prze­szklo­nym bu­dyn­kiem no­wo­jor­skiej sie­dzi­by Mo­ore Lab. Za­par­ko­wał na swo­im miej­scu, po­pra­wił poły czar­nej ma­ry­nar­ki i wszedł do bu­dyn­ku, ki­wa­jąc gło­wą w stro­nę ochro­ny.

Za­po­wia­dał się cięż­ki wie­czór.

De­xter miał tyl­ko na­dzie­ję, że uda mu się ogar­nąć ja­koś ten baj­zel.

***

- Nie mogę uwie­rzyć, że to spie­przy­li­ście. Pod­sta­wo­wą, kur­wa, tak dzie­cin­ną rzecz. Prze­cież to są je­ba­ne pod­sta­wy! Nic skom­pli­ko­wa­ne­go! Więc ja­kim... ja­kim cu­dem zo­sta­wi­li­ście furt­kę? No, kur­wa, ja­kim!? - grzmiał, za­ci­ska­jąc pal­ce na ra­por­cie, któ­ry przed sobą miał. Był tak bar­dzo zły, a jego smęt­ny na­strój do­dat­ko­wo tyl­ko po­głę­bił wy­buch zło­ści.

Brad mil­czał. Tak samo jak czte­rech po­zo­sta­łych sze­fów dzia­łów, któ­rych do sie­bie we­zwał. Sta­li i spo­glą­da­li na nie­go z pew­ną oba­wą o swo­je stoł­ki. I do­brze. Za­słu­ży­li, by ich wy­je­bał na bruk. I ten, kto do­pu­ścił się tak ra­żą­ce­go błę­du, z pew­no­ścią po­nie­sie kon­se­kwen­cje. De­xter był tego pe­wien. Sko­ro już Cha­bert ścią­gnął go tu z po­grze­bu ojca, za­mie­rzał te­raz zro­bić po­rzą­dek.

- Ste­phen Ro­oth pla­nu­je po­zwać Mo­ore Lab - po­in­for­mo­wał zgro­ma­dzo­nych.

- Co?

- Ale...

A czy to tak dziw­ne? - po­my­ślał. Na jego miej­scu z pew­no­ścią zro­bił­by tak samo.

- Prze­cież...

- A w ogó­le może? - spy­tał sto­ją­cy obok Cha­ber­ta bru­net.

- Oczy­wi­ście, że może. A w czym tu wi­dzisz pro­blem? - wark­nął Mo­ore, spo­glą­da­jąc z roz­cza­ro­wa­niem na Phi­lip­pa Crow­neya, sze­fa dzia­łu Bu­si­ness In­tel­li­gen­ce, zaj­mu­ją­ce­go się zbie­ra­niem i ana­li­zą da­nych. Był cho­ler­nie in­te­li­gent­ny, ale, jak wi­dać, ota­cza­ją­cej ich rze­czy­wi­sto­ści nie ogar­niał.

- Wyjdź­cie. Mu­szę za­dzwo­nić do Ro­otha i ogar­nąć ja­koś ten baj­zel - za­żą­dał.

Męż­czyź­ni nie dys­ku­to­wa­li. Od­da­li­li się po­spiesz­nie. Tyl­ko Cha­bert po­zwo­lił so­bie na to, by po­zo­stać w ga­bi­ne­cie De­xte­ra. Pod­szedł do jego biur­ka i oparł dło­nie o szkla­ny blat.

- Któ­ry z pra­cow­ni­ków był od­po­wie­dzial­ny za spra­wy bez­pie­czeń­stwa kan­ce­la­rii Ro­otha? - spy­tał z iry­ta­cją Mo­ore.

- Jed­na taka mło­da... Niby in­ży­nier do spraw bez­pie­czeń­stwa, a po­peł­nia pod­sta­wo­we błę­dy.

- Od jak daw­na tu pra­cu­je? - spy­tał, choć w su­mie nie­wie­le go to in­te­re­so­wa­ło. Już nie­ba­wem nie bę­dzie to jego spra­wą.

- Za­czę­ła od razu po stu­diach. Może ja­kieś dwa lata - od­parł Cha­bert. - Do tej pory nie było z nią pro­ble­mów.

- Na pew­no?

- Tak. Była moją bez­po­śred­nią pod­wład­ną. Mło­da, zdol­na, pra­co­wi­ta.

Mo­ore prze­wró­cił ocza­mi, wy­kli­na­jąc pra­cow­ni­cę pod no­sem, a po­tem wró­cił spoj­rze­niem do ra­por­tu. Czym były dwa lata pra­cy w po­rów­na­niu z kil­ku­na­sto­ma la­ta­mi jego do­świad­cze­nia? Sam ni­g­dy nie po­peł­nił­by tak dzie­cin­ne­go błę­du. Na­wet w środ­ku nocy, wy­bu­dzo­ny ze snu, po­tra­fił­by to ogar­nąć. Jak wi­dać, za­trud­nił ko­goś, kto temu nie spro­stał.

- I to wła­śnie jest ar­gu­ment za tym, by nie za­trud­niać tak mło­dych osób - stwier­dził.

Cha­bert w od­po­wie­dzi mruk­nął coś nie­skład­nie, lecz De­xter już włą­czył te­le­fon i zi­gno­ro­wał swo­je­go roz­mów­cę. Wy­stu­kał wia­do­mość do Vi­ta­lie­go, któ­ry po raz ko­lej­ny py­tał, czy wszyst­ko gra. Ra­zem z Ric­car­dem zmar­twi­li się, bo tak szyb­ko opu­ścił sty­pę. Do­my­śli­li się, że to, co wy­da­rzy­ło się w fir­mie, mu­sia­ło być waż­ne. Cho­ler­nie waż­ne. W prze­ciw­nym ra­zie zo­stał­by z nimi, by wspo­mi­nać ojca.

De­xter zmu­sił się, by po­now­nie spoj­rzeć w kie­run­ku miej­sca, gdzie na­dal stał Cha­bert.

- Wiem, że jest póź­no, ale po­proś Sarę, by za­dzwo­ni­ła do ko­goś z dzia­łu kadr i przy­go­to­wa­ła wy­po­wie­dze­nie - po­in­stru­ował męż­czy­znę.

- A mu­szę te­raz?

- Tak.

Cha­bert wy­wró­cił ocza­mi i mruk­nął znu­dzo­nym gło­sem:

- Stan­dar­do­we?

- Za to, co od­wa­li­ła? - za­kpił Mo­ore. - Dys­cy­pli­nar­kę z wpi­sem do akt.

- Se­rio? Ale...

- Nie po­zwo­lę, by inna fir­ma sta­ła się ofia­rą nie­kom­pe­ten­cji ja­kiejś gów­nia­ry - wtrą­cił De­xter ze zło­ścią.

Cha­bert prze­łknął gło­śno śli­nę.

Znał Wa­ver­ly i nie do koń­ca po­do­ba­ło mu się, jak za­koń­czy pra­cę w Mo­ore Lab. Na­wet je­śli spie­przy­ła ochro­nę ser­we­rów Ro­otha, wi­dział w niej po­ten­cjał.

- Ja­sne. Jesz­cze dziś je otrzy­ma - obie­cał wbrew so­bie.

- Wspa­nia­le. A te­raz zejdź mi z oczu, mu­szę na­pra­wić to, co spie­przy­ła ta ma­ło­la­ta.

Rozdział 3

Życie to nie bajka

Chwi­lę przed po­łu­dniem Wa­ver­ly za­par­ko­wa­ła Chry­sle­ra na nie­strze­żo­nym par­kin­gu tuż obok sta­cji me­tra Par­sons Bo­ule­vard - Ja­ma­ica Cen­ter. Wy­sia­dła i spa­ce­rem do­tar­ła do celu.

Kie­dy przy­sta­nę­ła na środ­ku chod­ni­ka i spoj­rza­ła w górę, na gmach sądu ro­dzin­ne­go w Qu­eens, po­czu­ła, jak po­je­dyn­cza łza spły­wa po jej bla­dym po­licz­ku. Za­ci­snę­ła moc­no pal­ce na czar­nej ak­tów­ce i wes­tchnę­ła lek­ko. Gra­na­to­wa su­kien­ka Wa­ver­ly po­wie­wa­ła na wie­trze, zaś ser­ce ko­bie­ty nie­bez­piecz­nie szyb­ko pom­po­wa­ło krew. W akom­pa­nia­men­cie stu­ko­tu szpi­lek po­pchnę­ła duże, ma­syw­ne drzwi i wkro­czy­ła do prze­stron­ne­go, wy­ło­żo­ne­go imi­ta­cją mar­mu­ru holu.

- Och... je­steś!

Na te sło­wa Wa­ver­ly się spię­ła. Chri­sto­pher Da­vis szedł szyb­ko w jej kie­run­ku.

- Go­to­wa? - spy­tał.

- Tak - przy­zna­ła nie­chęt­nie. - Chodź­my.

Po dro­dze na­kre­śli­ła mu sy­tu­ację, w ja­kiej wła­śnie się zna­la­zła. Gdy skoń­czy­ła mó­wić, męż­czy­zna za­klął pod no­sem.

- Nie ukry­wam, że bę­dzie cięż­ko. Od­pa­da nam głów­ny ar­gu­ment, na któ­rym ba­zo­wa­li­śmy, przy­go­to­wu­jąc się do roz­pra­wy. W ta­kiej sy­tu­acji sąd może za­de­cy­do­wać o od­ro­cze­niu lub od­rzu­ce­niu wnio­sku.

- Do­my­ślam się - przy­zna­ła. Po­pra­wi­ła su­kien­kę i we­szła za męż­czy­zną do środ­ka. - Nie­ste­ty nie mogę nic te­raz zdzia­łać.

Wa­ver­ly mia­ła na­dzie­ję na od­ro­cze­nie ter­mi­nu roz­pra­wy. Bła­ga­ła nie­mo Chri­sto­phe­ra, by zro­bił wszyst­ko i po­da­ro­wał jej tym sa­mym wię­cej cza­su. Po­przed­nią noc spę­dzi­ła na prze­glą­da­niu ofert pra­cy. Mu­sia­ła coś za­ła­pać, i to szyb­ko. Co­kol­wiek. Wy­sła­ła CV do kil­ku­na­stu firm i cze­ka­ła na od­po­wiedź.

***

- Z uwa­gi na brak ak­tu­al­ne­go źró­dła utrzy­ma­nia pan­ny Wa­ver­ly Wo­ods wnio­sek o usta­no­wie­nie jej opie­ku­nem praw­nym Mat­thew Wo­od­sa zo­sta­je od­da­lo­ny. Po­wód­ka nie do­łą­czy­ła do wnio­sku umo­wy o pra­cę, a tak­że oświad­cze­nia o do­cho­dach, w związ­ku z czym nie jest moż­li­we wy­ka­za­nie przez nią moż­li­wo­ści utrzy­ma­nia nie­let­nie­go Mat­thew Wo­od­sa. Wnio­sko­daw­ca nie za­pew­nia od­po­wied­nich wa­run­ków by­to­wych lub wy­cho­waw­czych, co za tym idzie nie speł­nia wa­run­ków o usta­no­wie­nie opie­ku­nem praw­nym chłop­ca. Dziec­ko po­zo­sta­nie w ośrod­ku opie­kuń­czym, w któ­rym prze­by­wa ak­tu­al­nie, z za­strze­że­niem, że może opu­ścić go do­pie­ro w dniu ukoń­cze­nia osiem­na­ste­go roku ży­cia, przy speł­nia­niu okre­ślo­nych kry­te­riów. Po­wód­ka ma pra­wo ubie­gać się o tak zwa­ne week­en­do­we od­wie­dzi­ny, co musi być uprzed­nio za­twier­dzo­ne od­po­wied­nim wnio­skiem do sądu ro­dzin­ne­go. Po­sie­dze­nie uzna­ję za za­mknię­te.

Sło­wa sę­dzie­go Pa­tric­ka Mey­era do­cie­ra­ły do Wa­ver­ly jak­by z od­da­li. Jej błę­kit­ne oczy za­wil­got­nia­ły, a klat­ka pier­sio­wa uno­si­ła się i opa­da­ła, gdy ła­pa­ła płyt­kie, ury­wa­ne wde­chy. Mia­ła wra­że­nie, że po­wie­trze, któ­re wni­ka do jej płuc, pod­tru­wa ją. Z każ­dym ko­lej­nym od­de­chem czu­ła się go­rzej. Tra­ci­ła siły i chę­ci do ży­cia. Cząst­ka niej sa­mej wła­śnie umie­ra­ła. Tak samo jak na­dzie­ja na to, że dzi­siaj za­bie­rze Mat­thew do ich ro­dzin­ne­go domu.

Otar­ła łzy i spoj­rza­ła na wy­cho­dzą­ce­go z sali są­do­wej Chri­sto­phe­ra.

- Przy­kro mi.

- Li­czy­łam się z tym - od­par­ła ci­cho.

- Za­wsze jed­nak była ja­kaś na­dzie­ja...

- Nie łu­dzi­łam się co do tego - od­par­ła Wa­ver­ly. - Gdy­by nie to wy­po­wie­dze­nie...

- Mo­że­my zło­żyć od­wo­ła­nie - za­uwa­żył. - Jak tyl­ko zmie­ni się two­ja sy­tu­acja fi­nan­so­wa, zło­ży­my je. Do­brze?

- Do­brze - przy­tak­nę­ła i ner­wo­wym ru­chem od­gar­nę­ła wło­sy z czo­ła.

- Daj znać, gdy będę mógł je przy­go­to­wać. Po­sta­ram się o wy­zna­cze­nie no­we­go ter­mi­nu roz­pra­wy - obie­cał.

- Dzię­ku­ję. Za wszyst­ko - od­par­ła ze smut­kiem w gło­sie.

- Nie ma za co, Wa­ver­ly. I tak nie­wie­le zro­bi­łem.

- Zro­bi­łeś dużo.

- To moja pra­ca.

- Wiem...

- Za go­dzi­nę mam ko­lej­ną roz­pra­wę, a po­tem mu­szę sko­czyć do kan­ce­la­rii - stwier­dził ad­wo­kat.

- Ja­sne... To... bę­dzie­my w kon­tak­cie - mruk­nę­ła.

- Tak. W kon­tak­cie - po­wtó­rzył Chri­sto­pher, od­pro­wa­dza­jąc ją wzro­kiem.

Wa­ver­ly od­wró­ci­ła się w stro­nę du­żych drzwi, po­pchnę­ła je i opu­ści­ła bu­dy­nek sądu.

Tego dnia od­wie­dzi­ła bra­ta w ośrod­ku opie­kuń­czym na Bro­okly­nie. Jak się słusz­nie oba­wia­ła, była to naj­trud­niej­sza roz­mo­wa w ca­łym jej do­tych­cza­so­wym ży­ciu. I zde­cy­do­wa­nie nie czu­ła się na nią go­to­wa. Mu­sia­ła wy­tłu­ma­czyć wszyst­ko Mat­thew i z po­ko­rą przy­jąć jego roz­cza­ro­wa­nie, wy­trzy­mać peł­ne bólu spoj­rze­nie i łzy. Sama też pła­ka­ła. Tak dłu­go, że na­wet nie wie­dzia­ła, kie­dy i jak do­tar­ła do domu.

***

De­xter spoj­rzał po raz ostat­ni na po­gnie­cio­ną kart­kę, a po­tem wsu­nął ją do kie­sze­ni spodni. Uśmiech­nął się kpią­co do swo­je­go od­bi­cia w ekra­nie kom­pu­te­ra, a po­tem uru­cho­mił stro­nę ban­ku. Prze­wró­cił ocza­mi na wspo­mnie­nie proś­by przy­ja­cie­la i mruk­nął pod no­sem ci­che prze­kleń­stwo. Ric­car­do po­pro­sił go, by zna­lazł wszyst­ko na te­mat ko­bie­ty, któ­ra za­la­zła mu za skó­rę. I choć nie wie­dział, jaki jest tego sens, zro­bił to, co chciał Mar­chet­ti.

Upił łyk zim­nej już kawy i za­po­bie­gli­wie od­sta­wił ku­bek jak naj­da­lej od dro­gie­go sprzę­tu. Pró­bo­wał po­now­nie sku­pić się na pra­cy, a i tak gu­bił w gło­wie my­śli. Cały czas miał przed ocza­mi na­ba­zgra­ne sło­wa pra­cow­ni­cy.

Módl się, byś ni­g­dy wię­cej nie spo­tkał mnie na swo­jej dro­dze.

Jaw­na groź­ba?

Być może.

Była jed­nak naj­bar­dziej za­baw­ną rze­czą, jaka go ostat­nio spo­tka­ła.

Na samą myśl o niej szcze­rzył się do sie­bie jak na­sto­la­tek, któ­ry coś przy­ćpał.

Je­dy­ne, cze­go ża­ło­wał, to że nie było mu dane uj­rzeć miny dziew­czy­ny w chwi­li, w któ­rej pi­sa­ła tę not­kę. Ile by dał, by zo­ba­czyć złość w jej oczach. Te mi­ga­ją­ce ogni­ki. Z pew­no­ścią ci­ska­ła­by w nie­go gro­ma­mi.

Za­śmiał się ci­cho i wrzu­cił zmię­tą kart­kę do szu­fla­dy biur­ka, tuż obok ko­pii wy­po­wie­dze­nia, któ­re wrę­czył zwol­nio­nej ko­bie­cie Brad Cha­bert. Po­pra­wił koł­nie­rzyk bia­łej ko­szu­li, wy­su­nął z man­kie­tów uwie­ra­ją­ce go spin­ki i pod­wi­nął rę­ka­wy. For­mal­ny strój był jed­ną z przy­czyn, dla któ­rych nie by­wał w fir­mie zbyt czę­sto. Zde­cy­do­wa­nie wo­lał swój sta­ry, zno­szo­ny T-shirt i wy­cią­gnię­te na ko­la­nach dre­so­we spodnie niż to, co miał dziś na so­bie.

Na­ci­snął przy­cisk na in­ter­ko­mie i we­zwał do sie­bie asy­stent­kę, Sarę. Ko­bie­ta po­ja­wi­ła się w jego ga­bi­ne­cie kil­ka se­kund póź­niej.

- Za­nieś to do dzia­łu kadr - oznaj­mił, gdy Hill za­trzy­ma­ła się przy jego biur­ku, po czym wy­cią­gnął ku niej wy­po­wie­dze­nie Wa­ver­ly Wo­ods.

- Oczy­wi­ście - od­par­ła, chwy­ta­jąc po­spiesz­nie do­ku­ment. - Coś jesz­cze, pa­nie Mo­ore?

- Słu­cham? - Uniósł roz­ko­ja­rzo­ny wzrok i na nią spoj­rzał.

- Czy coś jesz­cze mam za­ła­twić? - po­no­wi­ła py­ta­nie.

- Nie.

- A może...

- Zrób mi kawę. Moc­ną - mruk­nął i dał znak, by wy­szła. - A, i nie łącz z ni­kim. Pla­nu­ję to skoń­czyć, a po­tem wra­cam do domu. Przy­go­tuj mi dane fir­my mło­de­go Blac­kwo­oda, któ­rych będę po­trze­bo­wał na ju­trzej­szym spo­tka­niu. Cha­bert po­wi­nien już je mieć. Po­tem we­zwij do mnie Jo­han­so­na i przy­go­tuj ze­sta­wie­nie wpły­wów za ubie­gły kwar­tał.

- Nie ma pro­ble­mu.

Sara uśmiech­nę­ła się uprzej­mie, a in­ten­syw­ne spoj­rze­nie jej mio­do­wych oczu omio­tło syl­wet­kę De­xte­ra. On jed­nak przy­wdział ma­skę. Zi­gno­ro­wał na­tar­czy­wy wzrok ko­bie­ty i wró­cił do pra­cy. Jego ostre rysy twa­rzy ema­no­wa­ły siłą oraz de­ter­mi­na­cją, lecz tak­że sto­ic­kim spo­ko­jem. Sara jesz­cze przez mo­ment mu się przy­glą­da­ła, jak­by chcia­ła coś do­dać. Roz­chy­li­ła na­wet lek­ko po­ma­lo­wa­ne czer­wo­ną szmin­ką war­gi, ma­jąc na koń­cu ję­zy­ka pew­ne sło­wa. Osta­tecz­nie jed­nak od­wró­ci­ła się na pię­cie i opu­ści­ła ga­bi­net. Cza­sa­mi mu­sia­ła się po­ha­mo­wać, by nie po­wie­dzieć zbyt dużo.

Pra­co­wa­ła dla De­xte­ra Mo­ore'a od pię­ciu lat i za każ­dym ra­zem, gdy oznaj­miał, że ma za­miar znik­nąć w cze­lu­ściach swo­je­go du­że­go domu za mia­stem, na­cho­dzi­ła ją ocho­ta, by nim po­trzą­snąć. Nie­ste­ty nie po­tra­fi­ła do nie­go do­trzeć. Był in­tro­wer­ty­kiem, czło­wie­kiem za­mknię­tym w so­bie, pusz­cza­ją­cym mimo uszu wszel­kie ko­men­ta­rze i nie­podat­nym na pró­by ma­ni­pu­la­cji. Od lat ga­ze­ty roz­pi­sy­wa­ły się na te­mat jego osią­gnięć, po­mi­ja­jąc ży­cie pry­wat­ne. Nikt nie po­tra­fił do­ko­pać się do jego se­kre­tów, nie wie­dział, gdzie miesz­ka ani co robi w wol­nych chwi­lach. Po­zo­sta­wał wy­co­fa­ny i nie­uf­ny. Nie by­wał na ofi­cjal­nych przy­ję­ciach. Ro­bił to, co mu­siał, a po­tem zni­kał. W za­ci­szu domu prze­sta­wał być sta­ty­stą w swo­im wła­snym ży­ciu i za­czy­nał eg­zy­sto­wać na­praw­dę. Bez kłamstw i uda­wa­nia.

Rozdział 4

Odzyskam je

Gdy mi­nął naj­gor­szy dzień jej ży­cia, Wa­ver­ly po­sta­no­wi­ła prze­stać pła­kać i za­cząć dzia­łać.

Bo co in­ne­go jej po­zo­sta­ło?

Tego ran­ka kan­ce­la­ria Ste­phe­na Ro­otha była nie­mal pu­sta. Wa­ver­ly od kwa­dran­sa cze­ka­ła, aż męż­czy­zna ją przyj­mie, choć wca­le nie po­win­no jej tam być. Mo­gła­by dać so­bie spo­kój. Olać całą tę nie­do­rzecz­ną sy­tu­ację i wy­mik­so­wać się ze spraw Mo­ore Lab, tak samo jak wła­ści­ciel fir­my wy­mik­so­wał ją z gro­na pra­cow­ni­ków nie­speł­na dobę wcze­śniej.

A mimo to ja­kimś cu­dem sie­dzia­ła w wy­ło­żo­nej czar­nym mar­mu­rem po­cze­kal­ni, bo nie po­tra­fi­ła od­pu­ścić.

- Za­pra­szam. - Głos re­cep­cjo­nist­ki wy­rwał ją z roz­my­ślań na te­mat bez­na­dziej­no­ści sy­tu­acji, w ja­kiej się wła­śnie zna­la­zła. - Pan Ro­oth ma za­le­d­wie chwi­lę, więc pro­szę uwi­nąć się szyb­ko.

- Ja­sne. Zaj­mie mi to mo­ment.

- Po­dać pani może kawę? - spy­ta­ła ko­bie­ta cie­płym gło­sem.

- Nie. Dzię­ku­ję. - Wa­ver­ly po­krę­ci­ła gło­wą i po­dą­ży­ła za asy­stent­ką do ele­ganc­ko urzą­dzo­ne­go ga­bi­ne­tu.

Męż­czy­zna w sile wie­ku sie­dział w czar­nym skó­rza­nym fo­te­lu. Jego sze­ro­kie bar­ki opi­na­ła gra­fi­to­wa ma­ry­nar­ka za­rzu­co­na na śnież­no­bia­łą ko­szu­lę, zaś szy­ję zdo­bił ciem­ny kra­wat, pa­su­ją­cy do po­szet­ki wy­sta­ją­cej z ma­łej kie­szon­ki. Jego strój był ele­ganc­ki i ema­no­wał kla­są. To mu­siał być on - Ste­phen Ro­oth.

- Dzień do­bry - rzu­ci­ła Wa­ver­ly. Opa­dła mięk­ko na fo­tel i ro­zej­rza­ła się do­oko­ła. Do­pie­ro po chwi­li po­now­nie spoj­rza­ła na męż­czy­znę.

- W czym mogę pani po­móc? Pan­no Wo­ods? - spy­tał uprzej­mie, uzna­jąc ją z pew­no­ścią za ko­lej­ną klient­kę, któ­ra na­bi­je jego licz­nik nad­go­dzin. - Nie ukry­wam, że pani nie­za­po­wie­dzia­na wi­zy­ta tro­chę mnie za­sko­czy­ła. Za mo­ment będę mu­siał wyjść. Mam roz­pra­wę. Pro­szę na­kre­ślić głów­ny te­mat, a wszyst­ki­mi szcze­gó­ła­mi zaj­mie­my się na ko­lej­nym spo­tka­niu.

- Przy­szłam tu, bo chcę panu po­móc - wy­ja­śni­ła. Ob­ser­wo­wa­ła, jak Ro­oth mi­mo­wol­nie zmarsz­czył brwi.

- Mnie? - Ką­cik jego ust lek­ko drgnął, jak­by z roz­ba­wie­nia.

- Tak. - Ski­nę­ła gło­wą.

- A w czym chce mi pani po­móc? - Za­śmiał się ci­cho.

- W od­zy­ska­niu da­nych, któ­re stra­cił pan wczo­raj.

W ga­bi­ne­cie za­pa­no­wa­ła ci­sza. Męż­czy­zna za­ci­snął dło­nie na pod­ło­kiet­ni­kach fo­te­la i od­chy­lił gło­wę, by le­piej wi­dzieć Wa­ver­ly.

- Kto pa­nią na­słał? - za­grzmiał w koń­cu.

- Nikt.

- Kłam­stwo.

- Nie kła­mię - od­par­ła do­sad­niej.

- Wie o tym tyl­ko kil­ka osób. Nie przy­po­mi­nam so­bie, by była pani jed­ną z nich - za­uwa­żył. Wy­czu­wał kłam­stwo na ki­lo­metr.

Wa­ver­ly za­mil­kła na mo­ment, sta­ra­jąc się po­zbie­rać w gło­wie my­śli. Jak mia­ła prze­ko­nać Ro­otha? Po­sta­wi­ła na szcze­rość.

- To ja by­łam od­po­wie­dzial­na za pil­no­wa­nie za­bez­pie­czeń pań­skiej kan­ce­la­rii. Pra­co­wa­łam w Mo­ore Lab - zdra­dzi­ła w koń­cu.

- Już ro­zu­miem. - Po­ki­wał gło­wą. - De­xter Mo­ore pa­nią przy­słał. Je­śli tak, może mu pani po­wie­dzieć, że i tak zło­żę ten po­zew. Może so­bie wsa­dzić swo­je sztucz­ki w...

- Nie! - Wa­ver­ly po­de­rwa­ła się z miej­sca. - De­xter Mo­ore nie wie, że tu je­stem. Pro­szę mu o tym nie mó­wić!

Ro­oth spoj­rzał na nią zza gru­bych czar­nych opra­wek.

- Nie ro­zu­miem...

- To prze­ze mnie stra­cił pan te dane - jęk­nę­ła ci­cho.

- Przy­zna­je się pani?

- Tak. Przy­zna­ję się. By­łam roz­ko­ja­rzo­na i nie po­tra­fi­łam tego dnia sku­pić się na pra­cy - wy­ja­śni­ła. - Przy­go­to­wy­wa­łam się do roz­pra­wy o usta­le­nie opie­ki nad moim młod­szym bra­tem... Choć te­raz to już nie­istot­ne.

- I zże­ra­ją pa­nią wy­rzu­ty su­mie­nia - skwi­to­wał, gdy po­jął tok jej my­śli.

- Moż­na to tak na­zwać - mruk­nę­ła, pod­cho­dząc do okna.

- Nie po­trze­bu­ję po­mo­cy - za­prze­czył. - Ja­koś so­bie po­ra­dzę. Uda­ło się od­ro­czyć roz­pra­wę. Mam dwa ty­go­dnie, by przy­go­to­wać się do na­stęp­nej. Inna fir­ma już pra­cu­je nad od­zy­ska­niem da­nych.

Wa­ver­ly od­wró­ci­ła się gwał­tow­nie w jego stro­nę.

- Po­trze­bu­je pan mnie, a ja nie chcę nic w za­mian. Chcę tyl­ko po­móc - za­pew­ni­ła. - Na­praw­dę.

- Tyl­ko że to już nie...

- I tak nie mam nic do ro­bo­ty - wy­ja­wi­ła.

Spu­ści­ła wzrok na swo­je tramp­ki, czu­jąc na so­bie spoj­rze­nie Ro­otha.

- Ten ku­tas pa­nią zwol­nił. - Męż­czy­zna szyb­ko wy­snuł pra­wi­dło­we wnio­ski.

- Tak.

- I sama z wła­snej woli przy­szła mi pani po­móc, choć i tak nie zo­sta­nie przy­wró­co­na do pra­cy?

- Tak.

- A cho­ciaż zna się pani na tym? - Zmru­żył oczy, co uwy­dat­ni­ło zmarszcz­ki na jego czo­le.

- Je­stem naj­lep­sza.

Ro­oth spoj­rzał na nią. Wy­raź­nie bił się z my­śla­mi. Po chwi­li po­pro­sił ją o dane oso­bo­we. Mu­siał spraw­dzić, czy rze­czy­wi­ście pra­co­wa­ła dla Mo­ore'a. Gdy to po­twier­dził, uśmiech­nął się do niej nie­co sze­rzej. Po­pra­wił gu­zik gra­fi­to­wej ma­ry­nar­ki i po­now­nie usiadł w fo­te­lu.

- Cze­go pani po­trze­bu­je? - spy­tał po chwi­li ci­szy.

- Do­stę­pu do kom­pu­te­rów w kan­ce­la­rii - od­par­ła na­tych­miast. - Mu­szę pod­piąć się pod sieć. Po­trze­bu­ję też wszyst­kich ha­seł lo­go­wa­nia. Mo­gła­bym je zła­mać, ale i mnie, i panu za­le­ży na cza­sie...

- Do­brze - rzu­cił, za­ska­ku­jąc ją chę­cią współ­pra­cy, w od­po­wie­dzi na co Wa­ver­ly za­mru­ga­ła z nie­do­wie­rza­niem. - Jed­nak ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa nie zo­sta­wię tu pani sa­mej. Sama pani ro­zu­mie. Moje za­ufa­nie zo­sta­ło nad­szarp­nię­te. Je­den z mo­ich wspól­ni­ków bę­dzie miał pa­nią na oku, gdy ja będę poza kan­ce­la­rią. Ma­de­la­ine da pani wszyst­ko, cze­go tyl­ko bę­dzie pani po­trze­bo­wa­ła. I zro­bi kawę. Może pani spę­dzić w ga­bi­ne­cie tyle cza­su, ile bę­dzie trze­ba. Uprze­dzę ją o pani obec­no­ści. - Ostre rysy jego twa­rzy kon­tra­sto­wa­ły z mi­łym uspo­so­bie­niem oraz cie­płem w gło­sie.

- Dzię­ku­ję. Bar­dzo panu dzię­ku­ję. - Wa­ver­ly się roz­pro­mie­ni­ła. Po raz pierw­szy od wie­lu dni na jej ustach po­ja­wił się uśmiech.

- Za go­dzi­nę mam roz­pra­wę. Mu­szę wyjść. - Zgar­nął do­ku­men­ty do tecz­ki i prze­niósł na nią wzrok. - Za mo­ment przy­ślę tu ko­goś, by nad­zo­ro­wał pani po­czy­na­nia.

Kwa­drans póź­niej Wa­ver­ly roz­sia­dła się wy­god­nie w jego fo­te­lu, zer­ka­jąc na pa­ru­ją­cą czar­ną kawę, któ­rą przy­nio­sła jej przed chwi­lą Ma­de­la­ine. Ko­bie­ta wy­jąt­ko­wo cie­pło za­re­ago­wa­ła na wia­do­mość, że Wa­ver­ly spę­dzi w ga­bi­ne­cie Ro­otha kil­ka go­dzin. Obie­ca­ła, że za­mó­wi jej lunch, tak jak po­zo­sta­łym pra­cow­ni­kom, na co Wa­ver­ly po­dzię­ko­wa­ła uprzej­mym ski­nie­niem.

Spoj­rza­ła na sie­dzą­ce­go na fo­te­lu obok mło­de­go in­for­ma­ty­ka od Ro­otha i uśmiech­nę­ła się lek­ko. Męż­czy­zna pró­bo­wał na­dą­żyć wzro­kiem za tym, co się dzia­ło na mo­ni­to­rze, a mimo to i tak nie bar­dzo wie­dział, co ro­bi­ła, gdy prze­ska­ki­wa­ła mię­dzy okna­mi na du­żym ekra­nie i wpi­sy­wa­ła ko­men­dy. Bacz­nie się jej przy­glą­dał i wciąż ją pil­no­wał, tak jak zresz­tą obie­cał swo­je­mu sze­fo­wi. Co kil­ka mi­nut za­da­wał jej róż­ne py­ta­nia, a ona od­po­wia­da­ła na nie, wy­ja­śnia­jąc mu wszyst­ko dość szcze­gó­ło­wo. Ba­wi­ło ją to odro­bin­kę. To, że nie miał za du­że­go po­ję­cia o cy­ber­bez­pie­czeń­stwie, a i tak pró­bo­wał za nią na­dą­żyć.

Nie zo­rien­to­wa­ła się, gdy mi­nę­ła go­dzi­na. A po­tem dru­ga i trze­cia. Po lun­chu wró­ci­ła do od­zy­ski­wa­nia da­nych, bo w koń­cu uda­ło jej się na­mie­rzyć IP kom­pu­te­ra, na któ­ry zo­sta­ły po­bra­ne.

- To nie­moż­li­we - wy­mam­ro­ta­ła, gdy do­szła do tego, do kogo na­le­żał ten sprzęt. I kto praw­do­po­dob­nie zle­cił ce­lo­wa­ny atak na kan­ce­la­rię Ro­otha.

Nie wie­dzia­ła tyl­ko, czy atak był skie­ro­wa­ny na kan­ce­la­rię, czy na nią.

Je­śli jed­nak mia­ła ra­cję, ten, kto to zro­bił, na­dal pra­cu­je w Mo­ore Lab i sie­dzi te­raz za biur­kiem w tej brzyd­kiej lnia­nej ko­szu­li, cie­sząc się swo­im ma­łym suk­ce­sem.

Wście­kłość nie wez­bra­ła w jej ży­łach od razu.

Na po­cząt­ku była ci­sza.

Ra­nią­ca na­wet bar­dziej niż krzyk.

I chłód.

Ten cho­ler­ny chłód, któ­ry za­ata­ko­wał jej cia­ło.

Wy­star­czył je­den wie­czór, żeby ten tchórz wy­ciął ją z ży­cia za­wo­do­we­go. Znisz­czył jed­ną ak­cją coś, na co la­ta­mi pra­co­wa­ła...

Wie­dzia­ła, dla­cze­go to zro­bił.

Nie­trud­no było się do­my­ślić. Kon­ku­ro­wa­li o to samo sta­no­wi­sko. Na je­sie­ni mia­ła za­wal­czyć o awans i z pew­no­ścią by go otrzy­ma­ła.

- Coś się sta­ło? - spy­tał sie­dzą­cy obok męż­czy­zna.

Ona tyl­ko po­krę­ci­ła nie­znacz­nie gło­wą i się za­śmia­ła.

- Nie. Wszyst­ko w po­rząd­ku - za­prze­czy­ła szyb­ko. Zbyt szyb­ko.

***

- Mam prak­tycz­nie wszyst­ko - oznaj­mi­ła, gdy Ro­oth po­ja­wił się w pro­gu swo­je­go ga­bi­ne­tu chwi­lę przed dru­gą. - Zgra­łam na ze­wnętrz­ny dysk. Jest do­brze za­bez­pie­czo­ny.

- Mo­żesz już iść. - Ro­oth ski­nął na in­for­ma­ty­ka, a ten wes­tchnął jak­by z ulgą i bez słów opu­ścił ga­bi­net. Jak się z ła­two­ścią do­my­ślił, niań­cze­nie Wa­ver­ly nie było mu na rękę. - A więc... Uda­ło się? - spy­tał, gdy zo­sta­li już sami.

- Tak. Wszyst­kie dane są na dys­ku. Tro­chę mi to za­ję­ło, ale było war­to.

- Dzię­ku­ję.

- To ja dzię­ku­ję, że po­zwo­lił mi pan to na­pra­wić - wy­ja­wi­ła ci­cho.

- A te­raz po­wiedz... Ile je­stem ci wi­nien za two­ją pra­cę? - Szyb­kim ru­chem nad­garst­ka się­gnął po ksią­żecz­kę cze­ko­wą.

- Nie chcę pie­nię­dzy. Mó­wi­łam już - po­kre­śli­ła po­now­nie.

- A więc... cze­go chcesz? - Ro­oth spoj­rzał na nią.

- Ni­cze­go.

- Zbyt dłu­go w tym sie­dzę, by wie­dzieć, że nic nie jest bez­in­te­re­sow­ne...

Wa­ver­ly wes­tchnę­ła.

- Je­śli już pra­gnie pan coś dla mnie zro­bić, to... chcę tyl­ko, by wy­co­fał pan po­zew prze­ciw­ko Mo­ore Lab.

- Słu­cham?

- Pro­szę...

- Po­zwól, że to prze­my­ślę. Ni­cze­go nie obie­cu­ję.

- Oczy­wi­ście.

Męż­czy­zna ski­nął gło­wą, po­sy­ła­jąc jej lek­ki, za­cho­waw­czy uśmiech. Od­pro­wa­dził ją do win­dy, a po­tem od­szedł, gdy znik­nę­ła za me­ta­lo­wy­mi drzwia­mi.

***

Wa­ver­ly tego dnia wró­ci­ła do pu­ste­go domu, ale nie wy­pa­dła z gry.

O nie.

Cze­ka­ła cier­pli­wie na mo­ment, w któ­rym mistrz ma­ni­pu­la­cji, roz­sia­da­ją­cy się na miej­scu, któ­re za­jął jej kosz­tem, po­peł­ni błąd. Błąd nie­mal tak wiel­ki, jaki po­peł­nił De­xter Mo­ore, któ­ry wy­dał na nią wy­rok, choć na­wet nie zba­dał spra­wy Ro­otha. A je­śli ja­kimś cu­dem my­li­ła się i jed­nak do­szedł do tego, kto to zro­bił...

Tym bar­dziej był skre­ślo­ny w jej oczach.

Wa­ver­ly nie za­mie­rza­ła kon­fron­to­wać się z tym ob­łud­nym czło­wie­kiem. Na nic by się to zda­ło. Zna­jąc swo­je de­struk­cyj­ne za­pę­dy, mo­gła­by wy­rzą­dzić mu nie­ma­łą krzyw­dę, a do peł­ni szczę­ścia prócz bez­ro­bo­cia bra­ko­wa­ło jej tyl­ko wy­ro­ku za uszko­dze­nie cia­ła, gdyż na kul­tu­ral­nej roz­mo­wie by się nie skoń­czy­ło - co do tego mia­ła pew­ność.

Fak­tem było, że oczy­wi­ście mo­gła wy­słać te wszyst­kie dane do sie­dzi­by Mo­ore Lab i tym sa­mym udo­wod­nić temu sta­re­mu na­dę­te­mu pa­ja­co­wi, że zwol­nił ją bez­pod­staw­nie. Za­pew­ne przy­wró­cił­by ją do pra­cy, cof­nął wpis do akt, ale... mu­sia­ła­by wte­dy pra­co­wać dla czło­wie­ka, któ­re­go nie sza­nu­je. Pa­trzeć na nie­go i uda­wać, że nie czu­je obrzy­dze­nia z po­wo­du tego, co zro­bił. Nie mia­ła pew­no­ści, czy po czymś ta­kim w ogó­le po­tra­fi­ła­by wró­cić do biu­ra. Naj­pierw jed­nak cze­ka­ła­by ją wal­ka o od­zy­ska­nie po­sa­dy, a co naj­gor­sze - to i tak nie cof­nę­ło­by cza­su. Dla niej i Mat­thew było już za póź­no. Ter­min naj­bliż­szej roz­pra­wy o po­now­ne roz­pa­trze­nie wnio­sku o przy­zna­nie opie­ki był tak od­le­gły, że Wa­ver­ly oba­wia­ła się, iż Mat­thew szyb­ciej ukoń­czy osiem­na­ście lat i sam opu­ści dom dziec­ka.

***

Pół roku póź­niej

Do uszu Wa­ver­ly nie do­cie­ra­ły już żad­ne dźwię­ki. Wiel­ko­miej­ski zgiełk za­głu­sza­ły gło­śne my­śli. Zi­gno­ro­wa­ła trą­bią­ce gdzieś w od­da­li tak­sów­ki i da­lej wpa­try­wa­ła się w to, co trzy­ma­ła w dło­niach.

- Nie. Nie. Nie - wy­szep­ta­ła. Za­ci­snę­ła pal­ce na do­ku­men­cie o pięk­nym ty­tu­le win­dy­ka­cja nie­ru­cho­mo­ści, któ­ry do­star­czył jej tego po­ran­ka li­sto­nosz. Mia­ła wra­że­nie, że ktoś ukradł jej po­wie­trze, że nie po­tra­fi od­dy­chać.

Sta­ła na gan­ku, a łzy pły­nę­ły ciur­kiem po jej bla­dych po­licz­kach, mie­sza­jąc się z kro­pla­mi desz­czu. Wa­ver­ly jęk­nę­ła gło­śno, nie­mal bo­le­śnie, a po­tem za­ci­snę­ła po­wie­ki, jak­by mo­gło ją to po­wstrzy­mać przed uro­nie­niem ko­lej­nej łzy. Nie­ste­ty na próż­no.

Spoj­rza­ła na od­da­la­ją­ce­go się li­sto­no­sza, któ­ry scho­wał twarz za czar­nym pa­ra­so­lem, i z nie­do­wie­rza­niem po­krę­ci­ła gło­wą. Par­sk­nę­ła. Bo co in­ne­go jej po­zo­sta­ło?

Stra­ci­ła pra­cę, szan­sę na opie­kę nad Mat­thew, a te­raz jesz­cze ro­dzin­ny dom. Je­dy­ną rzecz, jaka zo­sta­ła im po ro­dzi­cach. Na samą myśl o tym żółć pod­cho­dzi­ła jej do gar­dła.

Wpa­dła do domu, zrzu­ci­ła z sie­bie mo­kre ubra­nie i wło­ży­ła je do pral­ki. Chwy­ci­ła le­żą­cą na wan­nie ko­szul­kę i wsu­nę­ła ją przez gło­wę. Wy­su­szy­ła wło­sy, a po­tem prze­szła do kuch­ni, gdzie na­la­ła so­bie ta­nie­go wina. Z kie­lisz­kiem prze­szła do sa­lo­nu. Usia­dła na ka­na­pie, na­kry­ła sto­py pu­szy­stym bu­tel­ko­wo­zie­lo­nym ko­cem i od­chy­li­ła gło­wę do tyłu. Po­zwo­li­ła, by łzy po­now­nie spły­nę­ły po jej po­licz­kach.

Dała upust temu, co czu­ła, co ku­mu­lo­wa­ło się w niej od wie­lu ty­go­dni. Od cza­su, kie­dy nie była w sta­nie zna­leźć za­trud­nie­nia w swo­im fa­chu. Całe do­tych­cza­so­we ży­cie po­świę­ci­ła bran­ży IT i chcia­ła to ro­bić jesz­cze przez wie­le lat. Już jako dzie­się­cio­lat­ka po­tra­fi­ła wła­mać się do bazy da­nych szko­ły i zmie­nić swo­je oce­ny w elek­tro­nicz­nym dzien­ni­ku. Po­tem tyl­ko roz­wi­ja­ła umie­jęt­no­ści, któ­re te­raz były już wię­cej niż im­po­nu­ją­ce. I choć w fir­mie Mo­ore'a do­pie­ro racz­ko­wa­ła, Wa­ver­ly zna­ła swo­ją war­tość. Nie było rze­czy, któ­rej nie po­tra­fi­ła­by wy­ko­nać, je­śli w grę wcho­dzi­ły kom­pu­te­ry. Była mło­da, ale i po­jęt­na, a przy tym bar­dzo pra­co­wi­ta. Gdy inni cho­dzi­li na im­pre­zy i rand­ki, ona two­rzy­ła kody i pro­jek­to­wa­ła opro­gra­mo­wa­nia. Zu­peł­nie się temu po­świę­ci­ła.

Tak to wy­glą­da­ło do dnia, w któ­rym je­den błąd prze­kre­ślił całą jej tak do­brze za­po­wia­da­ją­cą się ka­rie­rę. Stra­ci­ła wi­do­ki na świe­tla­ną przy­szłość, przy­sło­ni­ły je mrok, ból i bie­da, z któ­rą mu­sia­ła się te­raz zmie­rzyć cał­kiem sama. Małe zle­ce­nia, któ­re uda­ło się jej zła­pać, za­si­li­ły kon­to kwo­ta­mi, któ­re wy­star­czy­ły tyl­ko na za­kup je­dze­nia i drob­ne wy­dat­ki. Za­le­ga­ła z ra­ta­mi za dom i kil­ko­ma za sprzęt, a tak­że z bie­żą­cy­mi ra­chun­ka­mi. Nie była w sta­nie sa­mo­dziel­nie po­ra­dzić so­bie z fi­nan­sa­mi. Każ­de­go dnia drża­ła o to, czy nie odłą­czą jej gazu lub prą­du. I to nie tak, że nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, w jak fa­tal­nej sy­tu­acji się znaj­du­je. Wie­dzia­ła do­sko­na­le, a mimo to mia­ła na­dzie­ję, że to tyl­ko stan przej­ścio­wy. Li­czy­ła, że zdo­bę­dzie pra­cę i się od­ku­je, za­osz­czę­dzi tro­chę pie­nię­dzy, a może z cza­sem jej twarz po­now­nie przy­ozdo­bi uśmiech.

Stra­ci­ła na­dzie­ję tego desz­czo­we­go ran­ka, sto­jąc na gan­ku ro­dzin­ne­go domu w Qu­eens. Uświa­do­mi­ła so­bie, w ja­kim była błę­dzie. Ze skru­chą spoj­rza­ła praw­dzie w oczy.

Mia­ła za­le­d­wie sie­dem dni, by spa­ko­wać wszyst­ko, co po­sia­da­li wraz z Mat­thew, i się wy­pro­wa­dzić.

Za­le­d­wie sto sześć­dzie­siąt osiem go­dzin.

Już nie wi­dzia­ła swo­jej przy­szło­ści. Nie mia­ła po­ję­cia, do­kąd zmie­rza. Czu­ła się tak, jak­by los przy­sło­nił jej oczy ciem­ną prze­pa­ską i ka­zał iść. Nie­waż­ne gdzie. Na oślep.

Okry­ła się szczel­niej ko­cem i uło­ży­ła na so­fie. Już wie­dzia­ła, że gdy przy­mknie po­wie­ki, pro­ble­my nie znik­ną.

Tego dnia Wa­ver­ly Wo­ods zda­ła so­bie spra­wę, że tyl­ko jed­ne­go w ży­ciu jest pew­na.

Tego, jak bar­dzo nie­na­wi­dzi męż­czy­zny, przez któ­re­go stra­ci­ła wszyst­ko.

I Bóg jej świad­kiem, że gdy jesz­cze kie­dyś spo­tka go na swo­jej dro­dze, zro­bi wszyst­ko, by za­mie­nić jego ży­cie w pie­kło.

Tak jak on zro­bił to jej.

Może nie­świa­do­mie, ale jed­nak.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.