Rozdział 1
Najgorszy dzień z życia Waverly
Tego dnia w Nowym Jorku nie padało. Po raz pierwszy od wielu dni zza chmur wyjrzało słońce. Zupełnie jakby chciało przekonać Waverly Woods, że świat wcale nie jest taki zły, jak sądziła.
Nie uwierzyła.
Ten poranek był tak absurdalny, że do tej pory nie miała pojęcia, jak udało jej się dotrzeć do biura. Najpierw spaliła owsiankę wraz z rękawicą, którą pozostawiła w piecu - o mały włos nie puszczając przy tym z dymem rodzinnego domu. Potem zawiesiła na zbyt długo wzrok na przystojnym mężczyźnie z auta obok i umknęło jej zmieniające się światło. Problemu ze wzrokiem niestety nie miała policja, która kilka metrów dalej zatrzymała jej samochód. Waverly otrzymała mandat i pouczenie tak ostre, że nagle poczuła się jak najgorsza kryminalistka.
Konkretnie spóźniona, w wygniecionej koszulce z logo Guns N' Roses i z plamą na ramieniu, dotarła do biura, dysząc, jakby gonił ją seryjny morderca. Waverly, zwykle poukładana, tego dnia zmieniła się w swoje roztrzepane alter ego, które czasami przejmowało kontrolę, gdy dopadał ją cholerny stres. A dzisiaj dopadł ją nie tylko stres, ale także seria niefortunnych przypadków.
Przesunęła łokciem stos papierów, mając wrażenie, że nie rozwiązuje problemu, a tylko go spycha na coraz to bardziej piętrzącą się stertę spraw do załatwienia. Po raz kolejny przetarła zaspane oczy, przy okazji rozmazując po policzku tusz do rzęs. Jęknęła cicho, sięgając do szafki biurka po dwa waciki. Nasączyła je wodą z dna szklanki i upewniając się, że nikt nie patrzy, wytarła czarne szlaczki.
Chwyciła kubek z kawą i spojrzała na niego z nabożną czcią. Jakby kofeina była najlepszym, co ją w życiu spotkało. Przechyliła go i wlała gorący, czarny napar do ust.
Cholera jasna - zaklęła w duchu.
Kawa poparzyła ją w język, co sprawiło, że w końcu obudziła się z tego dziwnego letargu, w jaki wpadła tego ranka. Pierwszy łyk wypalił jej przełyk. Drugi upewnił ją, że to nie przypadek. Skrzywiła się, lecz mimo to ból nie przeszkodził Waverly w upiciu kolejnego łyka, a potem jeszcze jednego. Nim się zorientowała, jej ulubiony kubek był pusty. Ziewnęła sennie i spojrzała przez duże okno na panoramę Nowego Jorku. Odniosła wrażenie, że unosi się w powietrzu, a wieżowiec dosięga chmur. Nie była pewna, czy to efekt nadmiaru kofeiny, czy też jej wybujałej wyobraźni.
Firma Moore Lab, w której pracowała, zajmowała czternaście pięter biurowca One Vanderbilt, znajdującego się na rogu 42nd Street i Vanderbilt Avenue. Nie były to najwyższe piętra, a i tak widok z okien zapierał dech w piersi. Mający ponad czterysta metrów wysokości budynek uznawano za jeden z najwyższych wieżowców Wielkiego Jabłka1. Na ostatnim piętrze znajdowała się odwiedzana przez turystów panoramiczna platforma widokowa.
Waverly nie potrafiłaby zliczyć, ile razy widziała na Instagramie zdjęcia wykonane na szklanym tarasie budynku, który odwiedzała każdego dnia. Na niej samej już nie robił takiego wrażenia jak jeszcze dwa lata temu, kiedy zaczęła pracę dla Moore Lab.
Odgarnęła dłonią jasne włosy, które i tak bezwiednie opadły jej na oczy, poprawiła oprawki pudroworóżowych okularów, po czym wbiła wzrok w dwa duże ekrany przed sobą. Z trudem zmusiła się, by skupić całą uwagę na tym, co musiała zrobić. Tego ranka nic nie szło po jej myśli. Miała ochotę uderzyć pięścią w ten cholerny monitor i wyjść. Kochała swoją pracę, lecz ta dziś doprowadzała ją do szału. Zrobiła, co musiała - stworzyła backup danych na dysk zewnętrzny oraz do chmury, a potem jeszcze przetestowała przywracanie danych z kopii zapasowej. Dziś swój jakże bezcenny czas poświęcała systemowi kancelarii Stephena Rootha. Człowieka, którego nawet nie widziała na oczy.
Ziewając, powróciła wspomnieniami do poprzedniej nocy, kiedy to do trzeciej nad ranem pochylała się przy kuchennym stole nad dokumentacją od swojego prawnika, Christophera, przygotowując się do jutrzejszej rozprawy. Za każdym razem, gdy o niej pomyślała, czuła, jak panika wdziera się do jej umysłu, a palce nerwowo drgają.
Musiała wygrać.
Dla niego.
Była już tak blisko...
Nie mogła pozwolić sobie na niespodzianki. Tego dnia musiała skupić się na przygotowaniu do rozprawy, dlatego też zamiast zrobić skan podatności strony internetowej na atak hackerski, ponownie zerknęła na stos dokumentów. Sprawdziła, czy wszystko się zgadza, czy dane kontaktowe są aktualne i czy wszystkie źródła dochodu zostały wyszczególnione.
Były.
Westchnęła z ulgą. Podkreśliła kwoty brzoskwiniowym zakreślaczem, uśmiechając się lekko. Było elegancko, ale i czytelnie.
Z pewnością sędzia weźmie to pod uwagę.
Jednym słowem - panikowała. I to bardzo.
Nie mogła i nie chciała odpuścić, skoro na szali leżała przyszłość jej młodszego brata, Matthew.
Gdy ich rodzice zginęli w wypadku samochodowym trzy lata wcześniej, Waverly przysięgła przy ich grobie, że się nim zajmie. Matthew liczył na nią, a ona liczyła na to, że jeszcze w tym tygodniu będzie mogła zabrać chłopaka do ich wspólnego domu. Tak bardzo za nim tęskniła. Nie widzieli się od trzech tygodni. Był świetnym dzieciakiem i nie zasłużył, by mieszkać w domu dziecka. Nikt na to nie zasługiwał, lecz on w szczególności. Powinien od samego początku być z nią. Od miesięcy mieszkać tam, gdzie spędził całe swoje dotychczasowe życie. Z kimś, kto go kocha i kto o niego zadba.
Gdyby nie system, z którym Waverly nie miała szans, już dawno temu byliby razem.
Utknęła w gąszczu procedur prawnych. Musiała pozamykać rozgrzebane sprawy, jak ta spadkowa, i wyjaśnić z bankiem swoją sytuację finansową, bo ta zmieniła się diametralnie z dnia na dzień. Wraz ze śmiercią rodziców prócz domu Waverly odziedziczyła pokaźną hipotekę i dwa niespłacone kredyty, które zaciągnęli kilka miesięcy wcześniej.
I choć pragnęła zająć się bratem od razu, doskonale wiedziała, że nikt przy zdrowych zmysłach nie przyznałby jej nad nim opieki, a już tym bardziej żaden sąd. Jeszcze jakiś czas temu Waverly nie było na nic stać. Hipoteka, koszty życia, rata za sprzęt, a dodatkowo wydatki Matthew... Musiała udowodnić, że w ogóle posiada jakiekolwiek środki finansowe, dzięki którym mogła go utrzymać.
Na szczęście nadszedł dzień, gdy w końcu, po wielu miesiącach, po licznych wnioskach i planowaniu rozpraw, miała okazję wszystko naprawić. Wziąć na swoje barki opiekę nad rezolutnym siedemnastolatkiem, którego kochała całym sercem. I choć zdawała sobie sprawę, że będzie ciężko, pragnęła to zrobić. Z utęsknieniem, ale i pewnym stresem oczekiwała jutrzejszej rozprawy, na której sąd miał orzec, czy przekaże jej opiekę nad Matthew. Musiał to zrobić, bo Waverly nie wyobrażała sobie innej możliwości.
Westchnęła ciężko i powróciła wzrokiem do ekranu z przeskakującymi okienkami. Powieki jej drgały, a palce samowolnie błąkały się po klawiaturze, tworząc nowe, silniejsze hasła. Tego dnia nie myślała o tym, co robi. Pracowała jak na autopilocie, zajmowała się niemal tym samym co każdego dnia.
Jako inżynier do spraw bezpieczeństwa IT w Moore Lab odpowiadała za analizę zagrożeń. Sprawdzała zabezpieczenia dostępu, ochraniała stacje robocze i serwery, choć najwięcej czasu spędzała nad szyfrowaniem danych. Do jej obowiązków należało także przeprowadzanie testów penetracyjnych. I choć to właśnie tym powinna się teraz zajmować, jej myśli wędrowały wszędzie, tylko nie tam, gdzie były potrzebne.
Dwa kwadranse później westchnęła pokonana. Zesztywniały jej mięśnie, a głowa pulsowała boleśnie, zwiastując nadchodzącą migrenę.
Odepchnęła się od biurka i wstała z fotela, rozprostowując kości. Chwyciła w dłoń pusty kubek i ruszyła w kierunku niewielkiego pomieszczenia znajdującego się na końcu korytarza, w którym spotykali się wszyscy planujący choć na moment uchylić się od swoich obowiązków. Minęła grupkę roześmianych współpracowników, posyłając im coś na kształt półuśmiechu, a potem jej wzrok powędrował niżej, na brudną koszulkę. Czuła, że na nią patrzą, i wiedziała że myślą teraz o tym, jak niechlujnie tego ranka wygląda.
I co z tego?
Przewróciła ostentacyjnie oczami, ignorując wścibskie spojrzenia. Nikt z nich nie był dla niej na tyle ważny, by przejmowała się tym, co o niej sądzą.
Gwałtownie odwróciła się do zebranych plecami. Wypłukała kubek i chwyciła czysty, który podstawiła pod ekspres. Z bolesnym uczuciem rozczarowania własnym życiem nacisnęła przycisk na panelu dotykowym i zaciągnęła się wspaniałym aromatem świeżo zmielonej arabiki. Z wiszącej po prawej stronie szafki wyciągnęła paczkę ciastek Snickerdoodles, które podkradła w zeszłym tygodniu otyłej Karen z księgowości, i ułożyła dwa na małym porcelanowym talerzyku przed sobą. Kobieta nie powinna ich jeść. A ona oddała jej tylko przysługę, dbając o jej kruche zdrowie i figurę.
Postawiła na talerzyku kubek z kawą, po czym w towarzystwie dziwnych, niekoniecznie dyskretnych spojrzeń powróciła do swojego biurka.
Ponownie zerknęła na zegarek, a na usta cisnął się jej szereg pytań.
Dlaczego czas tak wolno płynie?
Dlaczego moje życie jest niekończącym się ciągiem komplikacji?
Dlaczego nie może być prościej?
Gdy w końcu wybiła tak bardzo wyczekiwana przez nią czwarta po południu, Waverly poderwała się z miejsca jak oparzona. Nie minęła nawet minuta, a ona stała już gotowa do wyjścia z plecakiem w dłoni. Zignorowała stojący na biurku brudny kubek oraz talerzyk z okruszkami ciastek, obiecując sobie, że posprząta jutro. Chociaż nie - pomyślała. Jutro miała przecież wolny dzień z uwagi na rozprawę Matthew. No nic. Wzięła naczynia i pobiegła do socjalnego, przy okazji o mało nie potknęła się o kończyny Landona Knoxa. Brunet w lnianej koszuli i czarnych garniturowych spodniach stał oparty o ścianę. Gdy się zatrzymała tuż przed nim, do jej nozdrzy dotarł ciężki, duszący zapach jego perfum wymieszany z wonią papierosów, które widocznie niedawno palił. Wzdrygnęła się, czując tę paskudną mieszankę.
Mężczyzna spojrzał na nią z ukosa, a potem zjechał wzrokiem na jej koszulkę oraz rozczochrane włosy i posłał jej pełen politowania uśmiech.
- Gdzie się tak spieszysz, Woods? - spytał lekko zachrypniętym głosem.
- A co? - prychnęła.
- Nie potrafisz odpowiedzieć na proste pytanie? - Uniósł brew.
- Od kiedy interesuje cię moje życie, Knox? - odburknęła.
- Odkąd prawie mnie staranowałaś, blondi - zakpił.
- Och. Wybacz, książę, ale się spieszę. Nie mam czasu na pogaduszki. A już w szczególności takie, które mnie nudzą - uprzedziła jego kolejne pytania. - Masz. Skoro ci się nudzi, to... włóż to do zmywarki. Ja muszę lecieć. - Wcisnęła w jego dłonie brudny kubek i talerz, po czym uciekła, zanim zdążył zaprotestować.
- Hej! Woods! Żarty sobie robisz? - wykrzyczał za nią. - Wracaj tu!
- Bądź tak dobry i przestań się drzeć, Knox - skarciła go Loren, dziewczyna pracująca w dziale analiz. Na co dzień odpowiadała za analizę złośliwego oprogramowania. Była małym rudym geniuszem potrafiącym rozłożyć każdego wirusa na części pierwsze. - Po prostu wstaw te brudne naczynia i przestań się awanturować.
- Baby.
- Jak masz jakiś problem...
- A żebyś wiedziała, że mam...
- No to słucham. Wyżal się. Śmiało... Chętnie posłucham.
Waverly nie dosłyszała dalszej rozmowy Loren i Landona, gdyż opuściła pokój socjalny, zanim zdążyli rozkręcić swoją cotygodniową kłótnię. Za każdym razem kończyła się identycznie - nie odzywali się do siebie przez kilka kolejnych dni tylko po to, by potem rozpocząć swoją odwieczną słowną przepychankę od początku.
Waverly wróciła do biurka i wyłączyła monitory. Pospiesznie chwyciła niewielki skórzany plecak i przerzuciła go przez ramię. Upewniła się tylko, że włożyła do niego kluczyki od auta i domu oraz telefon, po czym pognała w stronę korytarza.
Wbiegła do windy i zjechała na parter, a potem wypadła z budynku i skręciła w boczną uliczkę, gdzie tego dnia zaparkowała. Minęła słynny Roosevelt Hotel przy 45th East Street i przystanęła przed starym, wysłużonym autem. Wsunęła się na fotel Chryslera, przekręciła kluczyk w stacyjce i wyjechała z parkingu. Włączyła się do ruchu i popędziła w kierunku Queens, największej dzielnicy Nowego Jorku, gdzie mieszkała od urodzenia. Rodzice kupili tam dom, gdy Waverly miała zaledwie kilka miesięcy.
Zostawiła za sobą najwyższe drapacze chmur i wjechała na Most Queensboro, który łączył jej rodzinną dzielnicę z Manhattanem, gdzie pracowała.
Spojrzała na malowniczy krajobraz East River i westchnęła cicho, jakby z ulgą. Podkręciła lecącą w radiu piosenkę i nucąc, uśmiechnęła się do swojego odbicia w bocznym lusterku. Dzięki temu, że zjechała górnym poziomem wychodzącym wprost na 62nd Street, uniknęła tak zwanego korkowego za przejazd płatną strefą w godzinach szczytu, a potem skierowała się bezpośrednio do centrum Queens.
Kwadrans później parkowała już przy 82nd Street. Spojrzała zza szyby na wysłużony budynek z czerwonej cegły, a wspomnienia szczęśliwych chwil, które w nim spędziła, zalały jej umysł. Wspomnienia idealnych momentów. Jej dzieciństwa, wczesnej młodości i powrotu do domu po studiach.
Z plecakiem w dłoni zatrzasnęła poobijane drzwi starego Chryslera, którego zostawił po sobie jej ojciec. Mimo że lata świetności miał już dawno temu za sobą, Waverly nie potrafiła się go pozbyć. Stanowił dla niej wartość sentymentalną. Co chwilę naprawiała stary alternator, a i tak ani razu nie przeszła jej przez głowę myśl, by sprzedać wóz. Kochała tego szarego gruchota. Może dlatego, że czuła w nim obecność taty. Z Forda mamy, którym rodzice jechali tamtego dnia, nic nie zostało. Od razu został zezłomowany.
Waverly zjadła późny obiad, wykąpała się, a resztę wieczoru spędziła na kanapie, próbując odgonić od siebie stres. Robiła wszystko, by nie myśleć o tym, co czeka ją nazajutrz. Rozprawę sąd wyznaczył na dwunastą, zatem miała sporo czasu, by ponownie przejrzeć dokumentację i zadzwonić do prawnika.
Popijała gorącą herbatę, nucąc cicho. Christopher uspokoił ją nieco, mówiąc, że wygraną ma w garści. Sąd przychyli się do jej wniosku, bo nie było podstaw, by go odrzucić. Przynajmniej teoretycznie. Spełniała wszystkie niezbędne warunki. Posiadała dom, cieszyła się nieposzlakowaną opinią, miała dobre referencje i pracę, dzięki której zarabiała tyle, że starczało jej na opłacenie rachunków, hipoteki i zostawało jeszcze trochę na inne wydatki.
Do łóżka trafiła chwilę przed jedenastą. Nie było jej jednak dane pospać zbyt długo, gdyż raptem dwa kwadranse później obudził ją dzwonek telefonu. Odkopała w pościeli aparat, spojrzała na ekran i zamarła na kilka sekund.
Telefonował Brad Chabert, jej bezpośredni zwierzchnik.
Cholera.
To zdecydowanie nie wróżyło niczego dobrego.
- Waverly? - spytał, gdy odebrała.
- Tak.
- Śpisz?
- Próbowałam - odparła zgodnie z prawdą. - Brad, coś się stało?
- Masz pół godziny, by zjawić się w biurze - warknął do słuchawki.
- Co? Dlaczego? - Odchrząknęła.
- Czego nie zrozumiałaś? - wysyczał z irytacją.
- Ale...
- Nie interesuje mnie, jak to zrobisz, Woods - przerwał jej.
- Powiesz mi, po co mam przyjechać? Nie wiem, czy jesteś świadomy, ale jutro mam wolne... - nie dawała za wygraną.
- Dowiesz się na miejscu. To nie zabawa w przedszkole, a poważna firma. Dwa kwadranse i ani minuty więcej.
- Będę - wymamrotała pospiesznie, po czym wyskoczyła z łóżka.
Wsunęła na ciało koszulę i ciemne dżinsy. Uczesała i wymodelowała na końcówkach swoje krótkie blond włosy, a usta pociągnęła błyszczykiem. Łącznie zajęło jej to ze dwie minuty. Zanim wybiegła z domu, chwyciła leżące na starej dębowej komodzie kluczyki. Przez całą drogę zastanawiała się, co musiało się stać, że Brad zmuszony był wezwać ją do firmy o tak późnej porze, praktycznie w środku nocy. Podobna sytuacja jeszcze nigdy się nie zdarzyła, a przecież pracowała dla nich od dwóch lat.
Gdy odbiła swoją kartę dostępu i przekroczyła próg Moore Lab, dochodziła północ.
- Brad... - urwała, dostrzegając czekających mężczyzn. Spojrzeli na nią wymownie, lecz w żaden sposób nie skomentowali jej obecności. Skinęli jej tylko głowami i czekali na rozwój wydarzeń.
- Dajcie nam chwilę - poprosił Chabert.
Mężczyźni zniknęli w sali konferencyjnej.
Brad oparł się o blat jej biurka i przymknął na moment powieki. Starał się zebrać myśli i przekazać wszystko Waverly w jakiś cywilizowany sposób.
- Coś się stało? - spytała. - Wytłumacz mi...
- To chyba ty powinnaś się teraz tłumaczyć, nie ja - warknął. Zmierzwił ciemne włosy dłonią i zacisnął na nich palce. Denerwował się, co było do niego niepodobne. Waverly zdała sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie widziała go tak niespokojnego, a to tylko oznaczało kłopoty. Stres powoli zaczynał dopadać i ją.
- Nie rozumiem. - Zmarszczyła brwi, a jej ramiona opadły. Nie miała pojęcia, o co mu chodzi. I nie planowała bawić się w zgadywanki. Była na to zbyt zdenerwowana.
- Kwadrans po osiemnastej ktoś włamał się do bazy kancelarii Stephena Rootha - odparł, po czym westchnął. Przez cały ten czas obserwował jej reakcję.
Waverly miała wrażenie, że przestała oddychać. Brała coraz to płytsze wdechy, a jej błękitne oczy zaszły mgłą.
- Co...? - wyszeptała.
- Chyba nie muszę ci tłumaczyć, w jaki sposób działa atak hackerski.
- Nie - zaprzeczyła. - Wiem, jak działa.
- Skradziono dane aktualnie prowadzonych spraw oraz wymazano foldery z aktami z 2020 i 2022 roku.
- Jak to możliwe? Przecież dziś... - urwała, przełykając nerwowo ślinę. Przecież dziś sprawdziłam wszystko - miała już na końcu języka. Niestety słowa te nie przeszły jej przez gardło. Nie było sensu kłamać. Już i tak niewiele by to zmieniło.
- Jutro rano Rooth ma rozprawę, do której przygotowywał się miesiącami. Na dysku były wszystkie dowody gromadzone przez Stephena przez ostatnie trzy lata. To dość głośna sprawa. Resztę sama sobie dopowiedz. Jesteś inteligentna.
- Chryste... - Waverly potarła oczy dłońmi. - Ja...
- Wytłumacz mi coś, bo nie rozumiem...
Milczała, czując na sobie spojrzenie zwierzchnika.
- Jakim cudem ktoś to zrobił pod twoim nosem? - spytał. - Z tego, co się orientuję, to właśnie ty odpowiadasz za sprawdzenie zapór i wszystkich zabezpieczeń. Każdego pierdolonego dnia. Przychodzisz do pracy i wszystko sprawdzasz. Dbasz, by nasi klienci mogli spokojnie spać. A może się mylę?
- Nie. Nie mylisz się. - Waverly przymknęła powieki. Z jej piersi wyrwało się jedynie ciche sapnięcie.
- Sprawdziłaś to dziś? Wykonałaś skan podatności? Nie dostaliśmy raportu z testów, który powinnaś wysłać do szesnastej - kontynuował, nie czekając na jej wyjaśnienia.
- Bo... zrobiłam je tylko częściowo - odparła zgodnie z prawdą.
- Słucham? - Zmarszczył brwi. - Jak to, kurwa, "częściowo"?
- Ale przed wyjściem przetestowałam przywracanie danych z kopii zapasowej. Wszystko działało bez zarzutu. - Palce Waverly nerwowo błądziły po krawędzi paska torebki. Usta zadrżały jej lekko, ale starała się mówić spokojnie. Przecież nawet jeśli zrobiłaby ten skan w całości, atak i tak mógłby się udać. Jeśli ten, kto za nim stał, znał się na rzeczy...
- Jak widać, to nie wystarczyło - prychnął Brad. - Atak był celowany. Zależało im na konkretnych folderach. Część pozostała nietknięta. Zniknęły tylko te najważniejsze. Według raportu uruchomiłaś eksploity w trybie active.
Słucham?
Jakim cudem?
Przecież nie ma takiej możliwości...
- Kurwa.
- No kurwa. - Westchnął, łapiąc się za nasadę nosa. - Nie usunęłaś payloadu, dzięki czemu pozostała luka, z której chętnie skorzystał nasz hacker. Już zapomniałaś sprawę Equifax z 20172?
Waverly przełknęła z trudem. Doskonale wiedziała, o czym mężczyzna mówił. Była to najgłośniejsza ze spraw, o jakich słyszała. Mimo to nie pozwoliła sobie na łzy.
- I co teraz? - spytała, choć chyba wolałaby nie wiedzieć. Poczuła, jak jej dłonie drżą, a wargi mimowolnie się rozchylają. Miała problem, by zaczerpnąć powietrza.
- Twój błąd kosztował firmę pięć milionów dolarów. - Waverly przełknęła głośno ślinę. - Minimum. Masz szczęście, że nasze ubezpieczenie pokryje całkowicie tę kwotę - kontynuował Chabert. - Musimy zapłacić karę za niewywiązanie się z powierzonej nam ochrony. Firma poniesie konsekwencje prawne i finansowe. Czeka nas prawdopodobnie wypowiedzenie umowy świadczenia usług dla kancelarii Rootha. Wątpię, by chciał nas zatrudniać po czymś takim. Ja bym nie chciał. Błąd leży po naszej stronie, co bezsprzecznie wynika z raportu. Jednym słowem, spierdoliłaś, Waverly, i osobiście poniesiesz konsekwencje - skwitował.
- Przecież ja tylko... - urwała, widząc gromy w oczach Chaberta.
Zamilkła od razu.
- Szef strasznie się wkurwił. Już dawno nie widziałem go tak zirytowanego. Specjalnie tu przyjechał, by osobiście ratować sytuację. Stephen Rooth chce pozwać firmę. Będzie niezłe szambo. Jeśli ktoś się o tym dowie, nasze akcje polecą w dół. Jeśli sądziłaś, że ci się upiecze, to...
- Jakiego typu konsekwencje mnie czekają? - przerwała mu nagle. Domyśliła się, że Moore nie pozostawi tego bez odpowiedzi. Pytanie tylko, jak dotkliwą karę otrzyma ona.
Obetnie jej pensję?
Pozbawi awansu, o który się starała?
Tak... Z pewnością nie miała już co liczyć na wyższe stanowisko...
Cholera.
- Myślę, że już to wiesz - syknął Brad.
- Co wiem? - Waverly uniosła brew, przyglądając się mężczyźnie z niezrozumieniem. Nie mógł mówić wprost, zamiast bawić się w pieprzone domysły?
- To dla ciebie. - Chabert wyjął z kieszeni białą kopertę i podał ją jej.
Powoli wysunęła ze środka kartkę i niemal zakrztusiła się śliną. Zacisnęła palce na kawałku papieru i odchrząknęła. Poczuła, jak jej serce zaczyna walić. Przez moment patrzyła na rozmywające się litery. Dopiero gdy dotarło do niej znaczenie poszczególnych słów, wpadła w złość. Gniew, jaki zawrzał w jej żyłach, nie był dobrym doradcą. Ponownie spojrzała na kartkę i zmięła ją w pięści.
Wypowiedzenie umowy o pracę ze skutkiem natychmiastowym wraz z odpowiednim wpisem do akt.
Co takiego?
Ale...
Nie.
Nie.
Nie.
Nie może...
Kurwa.
Chryste.
Zwolnił mnie.
Tak po prostu...
I to dyscyplinarnie.
Jezu...
Nie wierzę.
I co ja teraz zrobię?
Potrzebuję tej pieprzonej pracy.
Bez niej jutro...
Waverly zagryzła mocno wargę i na moment oderwała wzrok od kartki, którą trzymała w dłoni.
- Jest teraz w firmie? - spytała, zrywając się z miejsca.
- Kto? - Chabert uniósł ciemną brew.
- Szef. Dexter Moore - doprecyzowała.
- Jest, ale...
Waverly nie słuchała go już. Ruszyła wprost do gabinetu prezesa. Wpisała kod na panelu windy i wjechała na siedemdziesiąte czwarte piętro. Minęła przeszklone biura i hol, a także pokoje Chloe i Gabriela, z którymi najczęściej współpracowała w ciągu minionego roku. Wstyd się przyznać, lecz Dextera Moore'a nigdy nie poznała. Nie miała pojęcia, jak mężczyzna wygląda. Wiedziała tylko, że znajdzie go w gabinecie. Słyszała już wcześniej plotki, że gdy przyjeżdżał do firmy, zaszywał się w nim na wiele godzin. Mogła się założyć, że był już stary i zmęczony pracą, dlatego tak często działał zdalnie z domu. Do tej pory niespecjalnie ją to interesowało. Wolała skupić się na pracy niż trwonić czas na analizowanie domysłów biurowych plotkar.
- Mogę? - spytała, mijając stanowisko Sary, asystentki prezesa. Na oko czterdziestoletnia kobieta siedziała wyprostowana jak struna przy biurku, stukając czarnymi szpilkami o marmurową posadzkę. Jej długie czerwone paznokcie sunęły po klawiaturze, wzrok miała wbity w monitor.
Waverly nie zdziwiło, że i ją ściągnięto do firmy o tak nieludzkiej porze. Dawało to jednak nadzieję, że szef jeszcze nie wyszedł. Był to zdecydowanie dobry znak.
Asystentka przechyliła głowę w stronę Waverly i spojrzała na nią, mrużąc miodowe oczy.
- Spytam - oznajmiła. Zarzuciła długie czarne włosy na ramię i podniosła się z fotela. - Waverly Woods. No tak... - przeczytała widoczne na jej plakietce dane i odwróciła się. Podeszła do drzwi gabinetu i zastukała w nie.
Waverly stała nieruchomo, opierając się lekko biodrem o biurko Sary. Miała wrażenie, że czas przestał płynąć. Przez moment słyszała tylko ciche pomruki, potem asystentka zamknęła drzwi biura i podeszła do niej wolnym krokiem. W ogóle się nie spieszyła. Jak widać, jako jedyna miała tej nocy czas. Waverly dostrzegła na jej twarzy ledwo widoczny grymas. Sara rozejrzała się dookoła, upewniając się, że nikt prócz Waverly jej nie słyszy, po czym powiedziała, ściszając głos:
- Pan Moore pani nie przyjmie.
- Słucham? - Waverly zamrugała niespokojnie. Dopiero po chwili dotarło do niej, co usłyszała.
- Prezes Moore stwierdził, że nie widzi sensu rozmowy z panią. Podjął nieodwołalną decyzję i powinna pani być wdzięczna, że nie ma czasu ani ochoty na włóczenie się po sądach. W przeciwnym razie otrzymałaby pani pozew na kwotę będącą równowartością kary, jaką firma musi zapłacić za tę... hmm... rażącą niekompetencję.
- Proszę mnie wpuścić. - Waverly nie odpuszczała. Zrobiła krok do przodu, lecz wtedy poczuła delikatny uścisk na ramieniu. Miał być dla niej ostrzeżeniem. - Muszę mu wszystko wyjaśnić! Przecież...
- Dla pani dobra radzę przestać krzyczeć i wrócić do domu. - Sara wyglądała na szczerą, gdy to mówiła. - Prezes jest w takim stanie, że nie ręczę za niego. Już dawno nie widziałam go tak wściekłego. Obawiam się, że spełniłby każdą z gróźb. Może lepiej będzie przyjąć to, co zaoferował. To i tak dobroduszne z jego strony...
- Jak mam się zgodzić na dyscyplinarkę z wpisem do akt?! - grzmiała. - Chyba jest chory psychicznie, jeśli sądzi, że...
- Waverly - przerwała jej Sara i uniosła palec. Musnęła nim jej wargi, na co Waverly zadrżała. - Wracaj do domu. Jeśli wejdziesz tam bez jego zgody, będę zmuszona wezwać ochronę. Naprawdę tego chcesz? Mało ci jeszcze kłopotów? Nie dokładaj sobie ich więcej. Nie pogarszaj tej niekomfortowej dla każdej ze stron sytuacji.
Waverly zrobiła krok w tył i przyjrzała się asystentce. Dopiero teraz zaczynało do niej docierać znaczenie słów Sary. Tyle tylko, że gdy odpuści, może pożegnać się z karierą na podobnym stanowisku. Wpis do akt od samego prezesa Moore Lab był jak pieprzony wyrok śmierci. Równie dobrze mogła zacząć składać CV do firm sprzątających biurowce. Z podobną historią zatrudnienia nie zaoferują jej niczego innego.
Jestem skończona.
Przecież to był tylko jeden dzień.
Jedno niedopatrzenie, a to nawet nie błąd.
Nie mogła uwierzyć w to, co się działo. Stała nieruchomo, a jej klatka piersiowa unosiła się i opadała. Połykała nerwowo powietrze i jeszcze przez dłuższy czas wpatrywała się w drzwi gabinetu Dextera Moore'a.
Nawet do niej nie wyszedł.
Nie miał jaj, by zmierzyć się z nią osobiście.
Jeszcze nikt nie potraktował Waverly Woods w ten sposób.
Jak rzecz, która się zepsuła i której nie warto naprawiać, lecz należy od razu wyrzucić do śmietnika.
Nie chciał jej wysłuchać, umożliwić przedstawienia drugiej wersji wydarzeń. Jej wersji. Wytłumaczyłaby mu przecież, dlaczego tak się stało. Powiedziałaby, że ona również ma dobre ubezpieczenie, które pokryje wszelkie straty, że sama poniesie konsekwencje finansowe i przeprosi, a także porozmawia z Roothem i przekona go, by od nich nie odchodził. Chciała wziąć na siebie wszystko i zrobiłaby to tylko po to, by zachować stanowisko. Mogłaby nawet zgodzić się na degradację, choć i tak zajmowała jedno z niższych stanowisk w firmie.
Potrzebowała tej pracy.
Tak bardzo jej teraz potrzebowała.
Bez niej wszystko legło w gruzach.
Szef jednak postawił na niej krzyżyk, już zanim dotarła do biura. I cokolwiek by nie powiedziała, nie miało to dla niego znaczenia.
Odwróciła się i odeszła. Zostawiła na biurku identyfikator. Do koperty, którą wcześniej wcisnął w jej dłoń Brad Chabert, wsunęła zapisaną odręcznie kartkę i zakleiła. Zaadresowała i rzuciła ją ze złością na blat.
Wyszła z biura z nadzieją, że notka nie wpadnie w niepowołane ręce i Dexter Moore otrzyma ją już wkrótce.
Wybiegła z wieżowca, nie oglądając się za siebie.
Do domu wróciła godzinę później, bo jeszcze przez długi czas krążyła po pustych ulicach Queens, próbując uspokoić skołatane nerwy. Wiedziała, że z konsekwencjami przyjdzie jej się zmierzyć kolejnego dnia.
1 Historia nazywania Nowego Jorku jako The Big Apple sięga początku XX wieku. W latach 20. zaczął ją stosować John J. Fitzgerald, dziennikarz sportowy "New York Morning Telegraph". Używał tego określenia jako metafory nagrody - najlepszego miejsca do wyścigów. Jabłko było symbolem kuszącego, atrakcyjnego, dużego i pełnego możliwości miasta, w którym spełniały się najskrytsze marzenia wielu muzyków, przedsiębiorców i artystów. Na cześć Fitzgeralda miasto Nowy Jork sfinansowało mu nowy nagrobek na cmentarzu w Queens z tabliczką, że to on jest twórcą słynnego określenia.
2 Equifax to jedna z największych firm zajmujących się oceną zdolności kredytowej (tuż obok TransUnion i Experian). W 2017 roku hackerzy wykorzystali eksploit w trybie aktywnym, po czym włamali się do systemu i ukradli dane osobowe, numery ubezpieczenia społecznego, daty urodzenia i adresy 147 milionów osób, co stanowiło połowę populacji USA. Przez 76 dni atakujący przebywali w sieci Equifax bez wykrycia. Konsekwencje finansowe opiewały na kwotę ponad 700 milionów dolarów.