Neverending Confusion - Lutana Borówka

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Autora

To już trzecia, a zarazem ostatnia część sagi o lu­dziach, pogrom­cach, wampirach i innych isto­tach, które nazwa­łam wysokoenergetycznymi. W książce poznacie nowe klany wampirów i innych istot, ich rangi i funk­cje, które pełnią w owych struk­turach. Dowiecie się trochę o ich życiu, obyczajach i uczuciowych rozter­kach. Podobnie jak ludzie bo­rykają się z wieloma problemami i nieobce są im życiowe zawi­rowania i inne turbulen­cje.

Tym razem akcja powieści przenosi się do Europy, kilku miast i miasteczek Francji i Hiszpanii, ale powraca też na chwilę na Antypody. Ta część podobnie jak poprzednie obfituje w wiele przygód i niespodziewanych zwrotów akcji. Książka jest wielowymiarowa i zawiera wiele wątków, które się ze sobą przeplatają. Właściwie nie ma w niej przypadkowych posta­ci, bo są one ze sobą w jakiś sposób powiązane.

Bohaterowie powieści zmieniają się w miarę upływu lat i dziesięcioleci, a walka Dobra ze Złem jak trwała tak na­dal trwa. Nie tylko ludzie mają swoje wady i słabości, doświadczają i uczą się na własnych błędach albo nie uczą.

Zamieszania jest co niemiara, bo te krainy pogrążone są w chaosie. Alternatywna rzeczywistość i ta realna, w której żyjemy, odbijają się w so­bie jak w lu­strze, ponieważ znajdują się na bliźniaczej linii czasu, tuż obok siebie.

Tylko, czy wszystkich ludzi na świecie wypełnia ta sama energia? A może całkiem inna? Skąd wiemy, czy na pewno nimi są? Czy świat, który znamy, to jedynie kropla w wielkim oceanie innych światów?

Skąd bierze się to całe zamieszanie i kto za to odpowiada? Gdzie leży granica pomiędzy możliwe a niemożliwe? A może to tylko iluzja? Może świat wygląda zupełnie inaczej, niż myślimy? Mam nadzieję, że po lekturze mojej książki znajdziecie odpowiedzi na te pytania, a przynajmniej spojrzycie na życie z nieco innej perspektywy.

Prolog

Głęboka noc spowijała cały Paryż aksamitnym, mlecznym woalem, lecz mia­sto wcale nie spało. Ogrom świateł i gwar panował tu większy niż za dnia. Restauracje i małe kawiarenki w centrum znów pękały w szwach. Dostęp do nowych źródeł energii sprawił, że wszyst­ko stało się wygodniej­sze i prostsze. A po kryzysie sprzed wielu lat już prawie całkiem zapomnia­no. Tylko we wschodniej części miasta na Cmentarzu P?re-Lachaise panowała głucha, posępna cisza, a starą nekropolię spo­wijała gęsta, szara mgła. Nikt z żywych nie śmiał się tu zapusz­czać w środku nocy.

Wśród okolicznych mieszkańców krążyły mrożące w żyłach opowieści o ży­wych trupach krążą­cych tu po zmroku. Wielu śmiałków, którzy odważyli się przyjść na cmentarz, przepadało bez wie­ści, choć przedtem przechwala­li się, że z łatwością obalą krążące o tym miejscu mity. Przyjmo­wali nawet zakłady, że tak się sta­nie. Żaden z nich jednak nigdy nie stawił się po odbiór nagrody. Nikt też o nich więcej nie słyszał. Legendy o nocnych zjawach, upiorach i ludziach przypominających zombi oraz wam­pirach prze­trwały, choć w obecnych czasach nikt już w nie nie wierzył, to dziwne, niewytłumaczal­ne zjawiska miały tu wciąż miejsce i żyły własnym życiem.

Cmentarz był dobrze pilnowany i zadbany. Jednak ci, którzy go doglądali, troszczyli się o niego, zawsze robili to za dnia. Zbyt dobrze znali stare opowieści i udzielał im się swoisty klimat tego miejsca, więc woleli nie kusić losu. Natomiast grabarze i inni pracow­nicy na­jemni robi­li to, co do nich należało, nie dając wiary żadnym pogłoskom.

Mgła unosząca się nad ne­kropolią gęstniała co­raz bardziej, spływając na pomniki, krypty i gro­bowce. Bezdomny, który po kilku bu­telkach taniego wina za nic miał strach i zwykł nocować w po­bliżu jednej z kryp, nagle ujrzał prze­suwające się w oparach mgły zjawy. Początkowo myślał, że to jeden z dronów, które w nocy krążyły bezszelestnie nad ne­kropolią, za­glądając w trudno dostępne miejsca, a z którymi spotkania wolał uniknąć, by nie narazić się tutej­szej policji, jednak to nie było to. Nagle zjawy zaczę­ły przybierać kształty dziw­nych, karykatural­nych postaci.

Przecierał oczy ze zdumienia, ale zjawy nie znikały. Zdawały się su­nąć ku niemu i ota­czać go ze wszystkich stron. Przerażony zerwał się, uciekając w popłochu. Zaburzona alkoholem koordynacja sprawiła, że poty­kał się o własne nogi, wpadając na płyty na­grobne. Kiedy tylko uniósł głowę, uj­rzał nad sobą ciemną po­stać o długich, szponiastych łapskach, wystających z ust kłach, po­dobnych jak u zwierzęcia. Nie zdążył nawet krzyknąć, gdy potwór zaci­snął ciężką łapę na jego gardle. Po czym wbił w niego ostre pazury. I zawlókł do wielkiego grobowca.

Duszne, ciężkie po­wietrze i siąpiący deszcz poniosły opary mgły poza ka­mienny płot, zabytko­wą, zdobną bramę niknąc gdzieś w małych ulicz­kach miasta.

Kiedy tylko pokazały się pierwsze promyki wschodzącego słońca na Cmentarz P?re-Lachaise po­wrócił spokój. To zabytkowe miejsce, często odwiedzane przez turystów było nazna­czone modli­twą, kontemplacją i licznymi wspomnieniami tych, co odeszli na drugą stronę. Oni to poznali ta­jemnicę życia i śmierci. Dama z kosą zabiera bogatych i biednych. Nikogo nie wyróżnia i na próżno się do niej modlić, błagać o łaskę. Niektórych jednak zabiera przedwcześnie. O wiele za szybko, gdy zło, które potęguje się, żądne jest coraz większej liczby ofiar i ich krwi. Żadna wojna nie zaspo­koi tej żarłoczności, bo zło nigdy nie śpi. Co najwyżej drzemie. A najgorzej, gdy tak bardzo upo­dabnia się do dobra, że nie sposób go od niego odróżnić.

Rozdział 3

Siąpił lekki deszcz. Hana ledwo zdążyła na kolejkę. Akurat wjeżdżała na stację me­tra. Po kilku minutach była na Montmartre.

Co za dzień. Co za komedia pomyłek... - wyrzucała sobie w myślach. Nie dość, że nie znalazłam Urie­la, to spotka­łam chłopa­ka, który wziął mnie za amatorkę szybkiego seksu. Czy oni o niczym in­nym nie myślą? Wszystko im musi się kojarzyć z łóżkiem?!

Była zła na siebie i rozżalona.

Uriel jej się podobał, intrygował ją. Uwielbiała zagadki i tajemnice. Sama przecież miała własną. Wiedziała, że nie może, o tym nikomu powiedzieć, ale ci zaintereso­wani, których miała na myśli, już pewnie wiedzieli o jej obecności w mieście. Musiała się więc mieć na baczności.

Odpoczywała na sofie, przerzucając bezmyślnie kanały tv, a w międzyczasie przegryzała to, co miała pod ręką i popijała słodką wodę z bąbelka­mi. Obrazy przelaty­wały na ekranie, nie wnosząc do jej percepcji niczego nowego. Głupia tania rozryw­ka dla zabicia czasu. Odłożyła na bok pilota.

Naraz do jej uszu dobiegł jakiś podejrzany szmer za drzwiami. Podniosła się z posłania. Na pod­łodze leżała jakaś koperta, jakby ktoś ją wsunął pod drzwi. Jednak kiedy je tyl­ko otwo­rzyła, na ze­wnątrz ujrzała jedynie pusty korytarz. Anonimowy posłaniec ulotnił się jak kamfo­ra. Za to wiado­mość w kopercie była od Uriela. Mieli się spotkać w Lasku Vincennes w Ogro­dzie Kwia­tów.

W środku nocy?? Dziwne - pomyślała. I to na obrzeżach miasta. Bardzo ryzykowne, ale z dru­giej strony mogłam się tego spodziewać. Nasze pierwsze spotkanie też było o dość późnej, wieczoro­wej porze. A jeśli już go więcej nie spotkam?...

Po krótkim namyśle zdecydo­wała, że poprosi o pomoc Alaina. On znał lepiej mia­sto. Dobrze się złożyło, bo miał akurat dyżur w recepcji. Od razu się ożywił na jej widok.

- To ty wsunąłeś mi kopertę pod drzwi?

- Nie wiem, o czym mówisz madamosielle.

- Mniejsza o to. Pójdziesz ze mną do Lasku Vincennes?

- Oczywiście. Bardzo chętnie. - Rozpromienił się jeszcze bardziej. - A gdzie konkretnie? Bo to dość rozległy te­ren.

- Do Ogrodu Kwiatów. O drugiej.

- Dobrze. Świetny pomysł. Wezmę coś na piknik. Przynajmniej się trochę opalisz.

- Ale po północy - dokończyła.

- Tak późno? A po co??

- Muszę się tam z kimś spotkać. To bardzo ważne.

- I bardzo głupie. Pardon. Chciałem powiedzieć, że to niebezpieczne.

- Wiem. Dlatego cię o to proszę. Zrobisz to dla mnie?

- No nie wiem. Monsieur Giaour... Nie ma dziś nikogo, kto by mnie zastąpił.

- Skoro tak... W takim razie pójdę tam sama.

- Nie mogę na to pozwolić - zaprotestował. - No, dobrze, pojadę tam z tobą. Ściągnę Karla. Ma u mnie dług.

Spacerowanie w nocy po Lasku Vincennes mogło się dla niej źle skończyć. Paryż był miastem ko­chanków, ale bardzo się zmienił na przestrzeni lat. I nie było tu już tak bezpiecznie, jak dawniej.

- Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć - odparła z szerokim uśmiechem.

- A dostanę coś za to? - Wskazał na swój policzek. - To taki paryski zwyczaj. Żartowałem.

Dziewczyna zrobiła nadąsaną minę, by po chwili cmoknąć go kordialnie w policzek.

- Drugi też.

W odpowiedzi pogroziła mu palcem.

...

Zajechali na miejsce. Hana poprosiła taksówkarza, by na nich zaczekał. Po czym ruszyli żwawo w głąb parku. Odeszli już spory kawałek...

- Dalej pójdę sama - zdecydowała.

- Ale jak to??

- Tak będzie lepiej.

- Nie zostawię cię samej w tym ciemnym lasku.

- Nic mi się nie stanie. Zaufaj mi.

- Ale... - Kręcił głową, widząc jej kategoryczny gest.

- W każdym razie będę w pobliżu.

Nie po to tu z nią przyjechałem, by ją narażać. Nie mógłbym spojrzeć sobie pro­sto w twarz, gdy­by coś jej się stało...

Odprowadził ją pochmurnym spojrzeniem, by po chwili ruszyć jej śladem...

Hana weszła w jedną z rozświetlonych latarniami alejek. Noc była ciepła i piękna, a nad jej gło­wą kiwał się księżyc. Mogła tak chodzić całymi godzinami i patrzeć w gwiazdy. Bez wyraźnego po­wodu. Uwielbiała noc.

Wtem usłyszała jakiś niepokojący szelest dobiegający zza krzaków. Coś czaiło się za drzewami. Zbyt dobrze znała to przejmujące uczucie. Wzdrygnęła się. Chwilę potem wypadł z nich przerażony zając. Uśmiechnęła się sama do siebie. Z całą pewnością nie było tu żadnych groźnych zwierząt. Co inne­go w lesie, ale nie w miejskim parku. Szła dalej wolnym krokiem...

Niespodziewanie coś runęło na nią z góry. Błyskawicznie odskoczyła na bok. Jakiś nienaturalny jazgot i pisk przeszyły powietrze. Nim zorientowała się, co ją napadło, to coś równie nagle znikło. Rap­tem też wszystko ucichło. Rozglądała się wokół, próbując zrozumieć, co się stało. Ale nie zna­lazła żadnego logicznego wyjaśnienia. W tym samym momencie zobaczyła nadbiegającego Alaina.

- Tu jesteś! - zawołał zdyszany.

- Coś się stało?

- Szedłem za tobą - przyznał trzęsącym się głosem. - Naraz z krzaków coś wyskoczyło, mignęło mi zaledwie, ale zauważyłem, jakie miało wielkie zęby. Wyglądało jak duży pies albo wilk.

- Nie wiedziałam, że są tu wilki.

- Skąd. Nie ma.

- A ja widziałam zająca - odparła.

- Zająca?? Nie żartuj.

- Naprawdę. A co nie ma tu zająców?

- Pewnie są. - Podrapał się po głowie. - Dziwne.

- W nocy wszystko wygląda zupełnie inaczej.

- Dlatego lepiej nie kusić losu i nie chodzić po ciemku. Najważniejsze, że nic ci się nie stało.

- Tobie też To nie był dobry pomysł, by tu przychodzić - dodała.

- Mówiłem, ale nie chciałaś słuchać.

- Dzięki Alain, że tu ze mną przyjechałeś.

Rozdział 16

Noc spowijała miasto długą peleryną, na której skrzyło się nieskończone roje gwiazd, konstela­cja za konstelacją. Lucien przysiadł na balkonie swojego domu w dzielni­cy willowej, oparty o metalo­wą barierkę i patrzył przed siebie, jakby na coś lub na kogoś czekał.

Nagle dało się słyszeć głośny huk. Na niebie pojawiły się fantazyjne pióropusze petard, mieniące całą paletą barw i odcieni. Po powrocie do pokoju zastał w nim jednego z ciemnych kapłanów.

- Miło cię widzieć w moich skromnych progach Behemusie.

Nie okazał większego zdziwienia, choć ta nagła wizyta nie była mu chyba w smak.

- Nie mogłem dłużej czekać.

- Czego się napijesz? Mam wysokiej jakości krew.

- Dziękuję. Nie jestem głodny.

- Czemu zawdzięczam twoją wizytę?

Nagle usłyszeli szelest dobiegający z drugiego pokoju.

- Chyba nie przeszkadzam?

- To tylko Cleo. Jedna z łowczyń. Nowy nabytek - odparł z uśmiechem. - Wiele potrafi.

- Łowczyni czy cordia, zawsze to dodatkowe oczy i uszy. Nie jest tu potrzebna.

Ta zbudziła się z drzemki, zaglądając ukradkiem do salonu. Dał jej znak, by im nie przeszkadza­ła. Odeszła płynnym, zmysłowym krokiem w stronę łazienki.

Dalej porozumiewali się za pomocą myśli. Behemus wolał być ostrożny.

"Umawialiśmy się inaczej. Myślałem, że na więcej cię stać".

"Niedługo będę go miał, Kapłanie".

"Chcesz go mieć dla siebie, a nie dla naszej wspólnej sprawy".

Czarny kapłan przyglądał mu się wnikliwie.

"Cenię ją wyżej niż pragnienie krwi. Póki, co przyda się nam obu".

"Wywołasz wojnę z Rodinem, a o to chodzi oświeconym. Wycisną was potem jak cytrynę. Zabiorą wam energię. Transfer musi być tajny. Najlepiej bę­dzie, jak przekażesz go mi".

"Jak tylko spotka się z Haną i połączy ich jedna energia, wart będzie dużo więcej. Za jednym ra­zem możemy pozbyć się ich obojga. I zapisać się w Księdze Czasu".

"Chyba nie wierzysz w tę przepowiednię o dziecku Nowego Eonu? To mit. Brednia wymyślona przez buddich. Ta dziewczyna nim nie jest" - prychnął, uderzając w dziki, niepohamowany śmiech.

"Ale też nie taka sobie zwyczajna z niej pogromczyni".

Lucien był śmiertelnie poważny.

"Wspomagają ją to wszystko. Chiron chce nas wszystkich trzymać w garści. Myśli, że staniemy się potulni jak baranki, podlegli jego woli. Robią z nami, co im się żywnie podoba".

"A Klan Dawida?!" - Nie wytrzymał.

"Wszystkich nas wprowadzili w błąd. Nigdy nas nie unice­stwią. Nie są w stanie tego zrobić. Po­trzebni im je­steśmy tak jak nam ludzie. Druqula i ja już daw­no przejrzeliśmy plan buddich".

"To bardzo interesujące"...

"Damian też o tym wie, ale woli to zatrzymać dla siebie".