Rozdział 7
Chevrolet bez problemu radzi sobie z kamienistym podjazdem. Solidny
używany samochód, który daje się dobrze prowadzić nawet nerwowemu
kierowcy, ma niezaprzeczalne zalety. W tym momencie mikroskopijny
batalion strzela z armat prosto w moje organy wewnętrzne. Częściowo
dlatego, że to ryzykowne przedsięwzięcie, a częściowo dlatego, że nie
dają mi spokoju wiadomości od Dericka. Wciąż nie mogę zmusić się do
napisania odpowiedzi.
Zdobyłem się na odwagę i postanowiłem zapukać do drzwi Alice Kelly. Po
koszmarnym pierwszym weekendzie w kinie muszę przynieść Earlowi dobre
wiadomości. Zamierzam za wszelką cenę zmienić ten porażkowóz w pociąg do
sukcesu.
To moja jedyna szansa na dotarcie do Alice. Jej adres jest powszechnie
znany. Jeśli każe mi odejść, odejdę. Nie zamierzam wylądować w areszcie
za wtargnięcie na teren prywatny. Mam jednak nadzieję, że reżyserka
dostrzeże we mnie dobro i pozwoli mi zostać.
Choć jest środek dnia, im dalej się zapuszczam, tym bardziej niepokojące
staje się otoczenie. Mijam puste pastwiska, porąbane płoty i porzucone
traktory, poprzewracane, ale jakimś cudem z nadal kręcącymi się kołami.
Na zakręcie samotne widły niewytłumaczalnie wystają z trawy.
To idealna sceneria do współczesnego horroru. Samotna rozwódka wścieka
się, zwabia do domu młodego chłopaka, trzyma go w piwnicy i torturuje na
przeróżne sposoby za pomocą sprzętów kuchennych. Tak tylko zakładam. Nie
trawię horrorów poza Hitchcockiem i del Toro, a w zasięgu wzroku nie ma
ptactwa ani ziemnowodnych humanoidów, co dobrze wróży.
Liczba tabliczek "uwaga, zły pies!" po drodze trochę mnie jednak martwi.
Naliczyłem siedem wciąż stojących i jedną leżącą na ziemi, ale teraz nie
ma już odwrotu. Brakuje miejsca, żebym zawrócił. A poza tym przybyłem z misją. Włożyłem na tę okazję spodnie od garnituru.
W oddali podupadły wiejski dom odcina się od nieba białym spadzistym
dachem i sidingiem, który aż się prosi o myjkę ciśnieniową. Układ
frontowych okien przywodzi na myśl przerażającą twarz. Przechodzi mnie
dreszcz.
Przerośnięta trawa i niebezpiecznie porozrzucane gałęzie sprawiają, że
trudno mi wybrać miejsce do parkowania. Przy schodach stoi ciężarówka,
której na pewno nikt w ostatnich latach nie używał, wnioskując po
zastałych śladach opon i kołach poprzerastanych zielskiem. Zatrzymuję
się za nią, wciskam się między wiatrowskaz, który musiał spaść z dachu,
a coś, co chyba jest rozmontowanym motocyklem.
Przystaję przed schodkami prowadzącymi na ganek. Składają się z poluzowanych desek, więc pokonuję je jednym długim krokiem, od którego
prawie pęka mi szew w kroku. Przy drzwiach nie widać dzwonka, dlatego
zbieram się na odwagę i pukam tuż poniżej dziewiątej tabliczki z napisem
"UWAGA: PSY STRÓŻUJĄCE".
Nikt nie odpowiada. Nikt nie szczeka. Dziwne.
Pukam jeszcze raz, tym razem mocniej.
Nadal nic.
Ostrożnie przechodzę na drugą stronę ganku, gdzie stoi krzesło na
biegunach w stanie całkowitego rozkładu. Wszystkie okna są zasłonięte,
więc nie mogę zajrzeć do środka. Modlę się, żeby gdzieś za drzwiami te
psy z tabliczek nie ucztowały właśnie na gnijących zwłokach Alice.
Już mam zajrzeć za róg budynku, gdy wiatr wprawia krzesło w skrzypiący
ruch.
- Bu! - Wiedźmi głos miesza się z moim wysokim wrzaskiem.
Podskakuję pod daszek, bo dostrzegam stojącą za ekranem z siatki starszą
kobietę z burzą siwych strąków. Twarz wykrzywia jej przekorny uśmiech.
Kobieta ma na sobie zbyt duży rozpinany sweter i okulary teleskopowe w okrągłych oprawkach.
- Kurde, przestraszyła mnie pani - sapię.
- Uważaj na słowa, chłopcze! Bo zaraz ci wyszoruję buzię mydłem. Ze
wzrokiem u mnie coraz gorzej, ale słuch mam jak nietoperz.
Ma głos palaczki. Pewnie wpadła w nałóg, gdy papierosy kojarzyły się
jeszcze z hollywoodzkim sznytem. Gdy odsuwa ekran, mogę dokładnie się
przyjrzeć jej długim, powykręcanym paznokciom. Może rzeczywiście jest
wiedźmą i znajdujemy się w nowej wersji znanej baśni, a nie w horrorze.
Zupełnie nie przypomina wypielęgnowanej kobiety z idealnymi kośćmi
policzkowymi, którą znam ze zdjęcia promocyjnego z lat
siedemdziesiątych, ale i tak ją rozpoznaję.
- Przepraszam, pani Kelly.
Po chwili milczenia kobieta podejmuje:
- Wszyscy agenci nieruchomości są tacy sami. Banda niewychowanych
tchórzy.
- S...słucham? - jąkam się.
Ukradkiem rzucam okiem na swój strój i zdaję sobie sprawę, że
rzeczywiście wyglądam trochę jak agent nieruchomości: koszula z kołnierzykiem, marynarka, chociaż mamy czerwiec i jestem cały spocony, a do tego jedyna muszka, jaką posiadam, z żółtym popcornowym motywem.
Biorąc pod uwagę jej okulary, na pewno nie jest w stanie dostrzec
wszystkich szczegółów.
- Przyszedłeś wycenić nieruchomość, tak? - pyta, wchodząc z powrotem do
domu i zapraszając mnie gestem do środka.
Waham się tylko przez moment. Czuję się nie w porządku, wykorzystując
starszą kobietę z zaburzeniami pamięci, ale to moja szansa. Przecież jej
nie wyzyskuję, prawda? Tylko wrabiam ją w coś, na czym skorzysta.
Psikus, który prowadzi do cukierka. A cukierkiem będzie jej powrót do
filmowego światka! Wejdę tylko do środka, dam jej chwilę, by mnie
poznała, potem się do wszystkiego przyznam i zrobię, co w mojej mocy,
żeby ją do siebie przekonać. Nic trudnego.
Tak czy inaczej, tego domu do wyceny nie zostało zbyt wiele. Wszystko
jest w ruinie. Każdy kolejny krok stawiam z lękiem, że załamie się pode
mną podłoga.
Posłusznie drepczę za Alice. Nie zamyka drzwi ani na zamek, ani klamką,
a napomykanie o tym wydaje mi się niegrzeczne, więc ostrożnie dociskam
skrzydło, gdy kobieta sunie w głąb budynku. W którymś z pokoi w telewizji leci powtórka The Mary Tyler Moore Show. Rozpoznaję serial
po nosowym głosie Rhondy i charakterystycznym śmiechu publiczności.
W wejściu do kuchni prawie obijam sobie głowę o poluzowaną listwę.
Linoleum na podłodze jest całe porysowane, a szafki wcale nie mają się
lepiej. Alice, której najwyraźniej to nie przeszkadza, otwiera drzwiczki
bez klamki i trzy razy przekręca kurek kuchenki, zanim zapala się
fajerka. Nie wiem, czy mam stać, czy usiąść, więc w końcu opieram się o blat.
- Ma pani uroczy...
- Nie kłam, chłopcze. Pochlebstwa są dla głupców - ucina.
Myślę o przemówieniu, które sobie przygotowałem. Składa się prawie
wyłącznie z komplementów na temat tego, jak bardzo wyprzedziła swój
czas. Ta kobieta najprawdopodobniej naplułaby mi w twarz, gdybym
powiedział jej coś z tych rzeczy.
- Siadaj. Stresujesz mnie.
Robię, co mi każe. Stół jest dziełem innej epoki: srebrne obramowanie i jasnoróżowy blat. To jedyny przedmiot, który sprawia wrażenie aż za
dobrze utrzymanego. Na środku leży stosik podkładek pod szklanki, a serwetki znajdują się w dekoracyjnym serwetniku. Alice stawia dwa
ukruszone spodki i kruche filiżanki jak z domku dla lalek.
- Mam nadzieję, że lubisz bezkofeinową, bo nic innego nie mam.
- Bezkofeinowa jest w porządku. Dziękuję bardzo.
Torebka zajmuje pół filiżanki, nie pozostawiając wiele miejsca na
wrzątek. Widać, że Alice nie jest przyzwyczajona do przyjmowania gości.
- Muszę tylko powiedzieć, że tak naprawdę nie jestem...
Gwizdek czajnika zagłusza moje wyznanie.
W pomieszczeniu czuć silny zapach psiej karmy, ale, co ciekawe, nie
widać ani jednej miski. Właścicielom zwierząt zwykle towarzyszy
nieustanne dzwonienie adresówek o obroże i tupot małych łapek. Gdyby nie
gotująca się woda, byłoby tu cicho jak makiem zasiał.
- Oprowadziłabym cię, ale chyba sam widzisz, jak to wygląda. - Ogarnia
gestem ruderę. - Możesz się sam rozejrzeć, jak skończymy rozmowę.
Domyślam się, że zajrzałeś do profilu nieruchomości. Niewiele sobą
przedstawia, ale należy do mnie, a ja chcę się jej pozbyć. I to będzie
twoje zadanie. - Nie mam pojęcia, jak teraz wybrnąć. - Myślisz, że uda
ci się ją sprzedać?
Próbuję dobrać odpowiednie słowo, ale potrafię wydusić tylko to
najbardziej niewłaściwe.
- Nie.
- Nie? To co tu robisz?
- Nie, przepraszam. Nie o to mi chodziło.
- To o co ci chodziło? - pyta Alice, powoli tracąc cierpliwość.
Ta kobieta się nie patyczkuje. Zsuwam marynarkę z ramion, żeby odsłonić
szyję. Oczywiście nie ma tu klimatyzacji (jak ona wytrzymuje w tym
swetrze?), a ze stresu robi mi się jeszcze goręcej. Nigdy nie radziłem
sobie pod presją.
- O to, że nie jestem agentem nieruchomości.
Jak dobrze to wreszcie powiedzieć. Żaden ze mnie aktor. Nawet gdybym
chciał, nie udałoby mi się tu zagrać oscarowej roli.
- To znaczy nie jesteś licencjonowanym agentem?
- Nie, w ogóle nie jestem agentem.
Jej oczy zwężają się powoli jak zasuwane żaluzje.
- To czemu jesteś tak ubrany?
- Chciałem ładnie wyglądać - przyznaję.
- Dla kogo?
- Dla pani.
- Dla mnie?! - wykrzykuje Alice. - Doceniam starania, ale jesteś dla
mnie ździebko za młody.
- Słucham? - Zajmuje mi chwilę, zanim się orientuję, że to żart. - O nie, nie to miałem na myśli. Przepraszam. Możemy zacząć od początku?
Chyba nie do końca nam wyszło.
Wstaję i wyciągam do niej rękę, ale ona z impetem uderza dłonią w blat i odskakuje.
W trzech susach dopada zlewu, cieknącego nieprzerwanie, od kiedy
napełniała czajnik. "Kap, kap" kranu przyspiesza w tym samym rytmie, co
mój puls.
- Czyli myślisz, że jestem idiotką, tak? Myślałeś, że zamydlisz mi oczy?
- Jej głos przeszedł w donośne grzmienie.
- Nie, pani Kelly. Strasznie przepraszam.
- Myślałeś, że możesz żerować na małej, biednej staruszce?
Alice sięga na górną półkę. To ten moment filmu, kiedy wyciąga pistolet
z sekretnej kryjówki i zmienia się w Clinta Eastwooda: "won z mojego
trawnika!". Broni swojej własności. Wiedziałem, że to zły pomysł. Mam
nadzieję, że będzie na tyle miła, żeby wypalić strzał ostrzegawczy.
Chociaż z takimi oczami może nie wycelować.
- Nie chciałem sprawić kłopotu.
Jej ruchy stają się gorączkowe.
Wstaję.
- Już mnie tu nie ma.
Na blat opada z hukiem pudełko. Alice otwiera je, ale nie mogę dostrzec
zawartości. Robi się gorąco, więc zaczynam się szybko wycofywać. Z tak
odizolowanego od świata miejsca nikt nie usłyszy wołania o pomoc.
- Jeszcze raz przepraszam!
Pssyt. Trzask. Chrup.
Że co?
Odwraca się, a ja widzę, że przegryza sobie migdałowe biscotto oblane
gorzką czekoladą. Okruszki spadają na kołnierz jej swetra, wpadając w oczka ciemnozielonej dzianiny. Nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać.
Na Boga, naoglądałem się za dużo filmów.
Napięcie opada, a po uśmiechu samozadowolenia na jej cienkich, bladych
wargach orientuję się, że przez cały czas stroiła sobie ze mnie żarty.
Kobieta może i wyjdzie z Hollywood, ale najwyraźniej holywoodzki
dramatyzm nigdy nie wyjdzie z kobiety.
- Poczęstowałabym cię, ale jakoś nagle przeszła mi gościnność. - Podczas
artykulacji spółgłosek szczelinowych sowicie opluwa mnie okruchami
ciastka i śliną.
Serce wciąż mi wali. Nawet nie jestem w stanie na nią spojrzeć.
- Mam nadzieję, że pani nie rozzłościłem.
- Nie pochlebiaj sobie. To ten dom, to miasteczko mnie wkurza. A ty?
Nawet cię nie znam. Jakim cudem mógłbyś mnie rozzłościć? - Wraca do
stołu.
- Wciąż mogę sobie iść, jeśli...
- Nie. Siadaj.
Z powrotem opadam na krzesło.
- Jestem bardzo ciekawa, czego ode mnie chcesz, skoro już się
pofatygowałeś i nakłamałeś, żebym wpuściła cię do środka. - Nie
przerywając kontaktu wzrokowego, pociąga łyk herbaty. Ja parzę się w język. - Kim jesteś i o co ci chodzi? Jeśli przyszedłeś, żeby mnie
okraść, nie mam nic wartościowego, a jeśli masz zamiar mnie zabić, no
cóż, nie będę się szczególnie bronić, więc pewnie odbierze ci to trochę
frajdy.
- O nie! Ani jedno, ani drugie. Nie przyszedłem tu z takimi zamiarami. -
Prostuję się jak Earl, kiedy rozmawia z innymi ludźmi z branży. - Ja,
hm, przepraszam. Nazywam się Wren Roland. Jestem asystentem menedżera...
Właściwie jestem już prawdziwym menedżerem w Kinie Samochodowym Wileya i przyszedłem prosić o pozwolenie na zorganizowanie premiery pani filmu
Naostrzone zęby, która miała się odbyć w 1978 roku.
Odpowiada mi nie tyle śmiech, ile raczej wilcze wycie.
- Nie przepadam za żartami, ale ty jesteś naprawdę pocieszny.
- Och, ale to nie żart. Mówię poważnie.
Wstrząsa nią ostatni wybuch śmiechu, aż w końcu się uspokaja.
- Hm, no dobrze, skoro tak... Nie.
Wstaje i ze spodkiem w dłoni kieruje się do wyjścia z pomieszczenia.
Nawet nie zamierza mnie wysłuchać? Naprawdę zostawi obcego siedzącego w jej własnej kuchni? Nie poddam się tak łatwo. Idę za nią, ale bez
deptania po piętach. Nie chcę, żeby czuła się zagrożona.
- Czemu kochała pani filmy? - pytam z nadzieją na dotarcie do jakiejś
drzemiącej w niej fanatyczki.
Zwalnia, ale się nie odwraca.
- Dlaczego ludzie kochają filmy? Ucieczka, fantazja, emocje, katharsis.
Bez wątpienia nie przyszedłeś tu wypytywać mnie o dawno miniony okres
mojego życia. Chcesz pozwolenia? Nie ma mowy.
- Nie jest pani ani trochę otwarta na ten pomysł?
Krople deszczu zaczynają uderzać o okna za nią, niewielkie i ciche.
Chmury, z których spadają, powodują, że wnętrze domu staje się jeszcze
bardziej szare.
- Ani trochę. Nawet nie pamiętam tamtej dziewczyny o jasnym spojrzeniu,
która zrobiła film. Nie wiem, co sobie wtedy myślałam.
Przez jej twarz przetacza się fala nostalgii, przeistaczając policzki w zatopione doliny. Alice odpływa do salonu, skąd dobiega hałas
telewizora.
- Nigdy nie była pani u Wileya? - pytam.
Jak wampir nie odważam się przekroczyć progu bez zaproszenia, co
oznacza, że mogę czekać i do jutra. Dla bezpieczeństwa pozostaję w korytarzu.
- Oczywiście, że byłam. To sława Willow Valley. Mieszkam tu
wystarczająco długo, żebym zdążyła wpaść tam raz czy dwieście.
- A co, jeśli pani powiem, że tej sławie grozi śmierć? Chcę wskrzesić
pani dzieło, żeby ściągnąć na kino uwagę i pomóc je ratować.
Jej wąskie nozdrza rozszerzają się.
- Wskrzesić? Skąd takie słowo?
- Przeczytałem je w wywiadzie, którego udzieliła pani dla "Magazynu
Kinomana". Tak opisała pani swój film: wskrzeszenie starej rany ujętej w postać zombie. Napisałem na jego temat pracę dyplomową. Nie jestem
jakimś dzieciakiem proszącym o przysługę. Naprawdę interesuje mnie
stworzenie na nowo małego fragmentu historii kina, żeby miasteczko
zachowało jedno ze swoich najcenniejszych miejsc. Wycofała pani film z dystrybucji i odwołała premierę w Willow Valley, pierwszą, której
mieszkańcy mogliby być świadkami. Jeśli uda mi się do tego doprowadzić,
to...
- Starczy tego! - rozkazuje Alice.
Pułapka zastawiona.
Jej kapcie skrzypią na drewnianej podłodze, gdy idzie w stronę kominka.
Zdejmuje z niego pudełko i odwraca się do mnie z przepraszającą miną.
To, co trzyma, wygląda jak dekoracyjna szkatułka na biżuterię, jednak w środku znajdują się pieczołowicie zachowane i podpisane wycinki z gazet.
Alice wręcza mi egzemplarz "Magazynu Kinomana".
- Od wieków o tym nie myślałam - wyznaje.
W kącikach ciemnych oczu pojawiają się łzy. To pierwsza oznaka kruchości
pod tą szorstką fasadą. Cienie pod oczami opowiadają historię walki, o której chciałbym usłyszeć więcej.
Mylnie uznaję jej gest za ofertę i wyciągam dłonie po pudełko. Alice
zamyka je tak szybko, że niemal przytrzaskuje mi palce.
- Chcesz dostać te materiały i mój film? Będziesz musiał sobie na to
zapracować. Od lat próbuję sprzedać ten piekielny dom. Nie mogę uprawiać
ziemi. Nikt nie chce wykonywać brudnej roboty. Każdy prawdziwy agent
nieruchomości mówi, że to miejsce to studnia bez dna. Nie żebym miała im
to za złe. - Obejmuje szkatułkę, trzymając ją przy piersi. - Jeśli
wpadniesz tu kilka razy w tygodniu i odnowisz dom, żebym mogła go
sprzedać, poważnie się zastanowię nad udzieleniem ci pozwolenia na
wyświetlenie filmu.
- O, wow. Hmm, nie znam się za bardzo na renowacji wnętrz.
Czy oglądanie powtórek Pokochaj lub sprzedaj z mamą i Claire liczy się
jako doświadczenie?
Obrzuca mnie spojrzeniem.
- Zdążyłam się domyślić, ale ufam, że jesteś wystarczająco młody, żeby
się nauczyć. Czy tak?
- Tak - potwierdzam bez wahania.
Zbyt wiele mam do stracenia. Nie mogę ryzykować, że przez moją
ślamazarność i niezdecydowanie zrezygnuje z poważnego zastanowienia się.
Nie zamierzam pozwolić nerwom na zepsucie mi tej możliwości. Następnym
razem przyjdę w kombinezonie i obuwiu ochronnym, jeśli Alice sobie tego
życzy.
- Tak, pomogę, jak tylko mogę. Tak.
Mój uśmiech nie robi na niej wrażenia.
- Ale ja nie mówię "tak". Słyszysz? Mówię "może". "Może", które zależy
od tego, jak się sprawisz.
Optymizm bąbelkuje we mnie jak cola. "Może" jest lepsze niż kategoryczne
"nie". To więcej niż to, na co mogłem liczyć tydzień temu. Alice
wyprowadza mnie tą samą drogą, którą wszedłem. Ekscytacja nie pozwala mi
zamilknąć.
- Dziękuję, pani Kelly. Dziękuję. Nie pożałuje pani.
Uśmiecha się cynicznie.
- Ja może nie. - Rechocze krótko. - Ale ty możesz.
Drzwi zatrzaskują mi się przed nosem.
Rozdział 8
Kasa biletowa Wileya stoi między dwoma pasami ruchu. Sznur oślepiających
świateł rozciąga się aż na ulicę. Zdejmuję bluzę, wieszam ją na haczyku
przy moim stanowisku i podwijam krótkie rękawy do ramion.
Jestem zdeterminowany, żeby drugi weekend w roli menedżera uczynić
lepszym niż tamten okropny pierwszy dzień.
Kiedy przyszedłem wieczorem do pracy, wszyscy jeszcze się ze mnie
podśmiewali. Plotki na temat piątkowych wydarzeń w składziku rozwijają
się w nieokiełznany sposób, a oliwy do ognia dolała przesadna reakcja
Mateo. Ludzie nawet nie mają pojęcia, że wciąż jestem niepocałowaną
ludzką tragedią. Tragedią odmawiającą poddania się urokom Dericka.
Znowu.
Postanawiam bardziej się postarać. Nie ma innej opcji. Szczególnie
teraz, gdy potencjalnie mam Alice po swojej stronie.
- Miłego wieczoru - życzę czteroosobowej rodzinie, która przyjechała aż
z New Jersey tylko po to, żeby doświadczyć magii naszego kina. Dzieciaki
na tylnym siedzeniu piszczą z podniecenia, bo to ich pierwszy raz.
Zamykam kasę i idę zobaczyć, jak radzi sobie Mateo po drugiej stronie
budki.
Po jego przegiętej postawie widzę, że tylko stwarza pozory radzenia
sobie ze wszystkim, co mu pokazałem. Spod okienka odjeżdża samochód.
Mateo wypuszcza z rąk plik gotówki, kąpiąc nas obu w deszczu
jednodolarówek, zupełnie jakbyśmy byli najmarniejszymi Chippendalesami.
Gdy upewniam się, że zebraliśmy wszystkie banknoty, z mojej strony
podjeżdża kolejny samochód. Od razu go rozpoznaję, bo widzę szpanerskie
opony z czarnymi felgami, i stwierdzam, że nie wykręcę się od
nieuchronnej interakcji.
- Co ty robisz tam w środku? - pyta Derick.
Na czerwonym skórzanym siedzeniu wygląda jak wcielenie zuchwałości.
Włosy ma ułożone na piankę, a do tego założył kolejny klasyczny biały
T-shirt. Chyba nie ma problemów z organizacją szafy.
- Mam nadzieję, że się przede mną nie chowasz. - Trafia tym półżartem
jak kulą w płot.
Moje wygięte w uśmiechu usta natychmiast się prostują.
- Nie musisz się zatrzymywać, bo nie płacisz. A tak na przyszłość, jeśli
skręcisz w drugą w lewo zamiast w pierwszą, dojedziesz prosto na parking
dla personelu. - Robię przerwę dla efektu. - Tylko bądź na czas.
Wiem, że nie zasłużył na pocisk, ale nie mogę się powstrzymać. Ponosi
część winy za incydent w składziku. Gdyby nie upierał się, żebyśmy
rozprawili się z przeszłością w samym środku pracy, w zatłoczonej budce
z przekąskami, może nie popadłbym w niełaskę u Earla. Jeszcze tamtego
samego dnia szef postawił krzyżyk na mojej karcie pracownika -
przestarzały, sprawiedliwy sposób na trzymanie załogi w ryzach.
Earl przestrzega żelaznej zasady trzech krzyżyków. Jeśli popełnię
jeszcze dwa wykroczenia, będę mógł się pożegnać z nowym identyfikatorem
i stanowiskiem. Zwalenie części winy na Dericka jest łatwiejsze niż
przyznanie, że może jednak chciałem przegadać z nim sprawę.
- Jasne. Po prostu straciłem poczucie czasu - wyjaśnia Derick.
- Masz tu program i spis przekąsek, jeśli jesteś zainteresowany.
Wrzucam mu złożoną kartkę przez otwarte okno samochodu, z nerwów trochę
za mocno.
Derick łapie papier w locie, ale zaraz się wzdryga.
- A niech to. Zaciąłem się.
Na jego palcu wskazującym zbiera się kropelka krwi, lśniąca w świetle
tablicy rozdzielczej.
Z przepraszającym wyrazem twarzy - w końcu nie zamierzałem go skaleczyć
- wygrzebuję spod lady apteczkę. Gdy ją otwieram, okazuje się wypełniona
pakowanymi pojedynczo kapsułkami ibuprofenu i maścią antybakteryjną, ale
nieszczęśliwie pozbawiona plastrów.
- Więc... Hmm, nie mam nic do zatamowania krwi. W biurze na pewno coś
jest. Zaraz polecę, jeśli Mateo mnie zastąpi.
Sztuczna pewność siebie Mateo przeszła w absolutne przerażenie. Tak drżą
mu ręce, że nie jest w stanie nawet wrzucać monet do odpowiednich
przegródek. Pewnie dlatego rodzice nigdy nie dali mu wziąć na siebie
żadnej większej odpowiedzialności w ich restauracji. Czy istnieje coś
takiego jak zakulisowa trema? Mateo najwyraźniej załamuje się pod
presją, pozbawiony ochronnego proscenium.
Staram się być cierpliwy, jednak zdaję sobie sprawę, że jakość jego
pracy wiele mówi o mojej.
Próbuję wzrokiem dodać mu otuchy, ale wydaje z siebie ciche skamlenie,
które kojarzy mi się ze spotami Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Nie
ma mowy, żebym zostawił go samego.
Odwracam się i widzę Dericka ssącego zraniony palec tak samo jak wtedy,
gdy ukłuł się cierniem podczas integracyjnego kempingu w lesie w ramach
zajęć z zarządzania.
- Jest okej. - Unosi palec, jakbym potrzebował dowodu. Zawsze potrafił
się przystosować. - Ale chyba powinniśmy przejść na wersję
elektroniczną. Papierowa stanowi nie tylko marnowanie papieru, ale i zagrożenie.
Nie podoba mi się ta rzucona mimochodem ocena. Digitalizacja? Budowanie
marki? Wiley nie jest jakimś trendy fenomenem jednego sezonu. To lokalna
instytucja z osiemdziesięciosześcioletnią tradycją. Jedno z najstarszych
kin samochodowych w kraju.
- Ludzie uwielbiają papierowe programy - prycham.
- Myślę, że uwielbialiby je tak samo, gdyby nie zalegały im na dywanie
przez kolejne dwa tygodnie. - Rzuca mi uśmiech, jakbym wcale nie unikał
jego wiadomości od wielu dni. Nie obchodzi go to? Czy w ogóle się
zorientował? Czy też (optymistyczne założenie) nadal próbuje wyciągnąć
rękę na zgodę? - Możemy umieścić link na naszych profilach. I zrobić
tak, żeby dało się je wydrukować. Wilk syty i owca cała.
Derick milknie. Waha się, jakby uważnie dobierał kolejne słowa.
Przygotowuję się na cios.
- Ignorujesz moje wiadomości - mówi w końcu, a nad jego stwierdzeniem
unosi się aura rozczarowania.
Już mam gotowe kłamstwo w odpowiedzi.
- Byłem zajęty.
- Zajęty słuchaniem naszej wspólnej playlisty na Spotify - odcina się. -
Wiesz, że wciąż mam cię w znajomych, prawda? Może odciąłeś mnie od
pozostałych mediów społecznościowych, ale wciąż pokazuje mi się, czego
słuchasz.
Na twarzy wykwitają mi czerwone plamy. Zawsze zapominam włączyć sesję
prywatną. Teraz Derick wie, że od kiedy o tym wspomniał, na nowo
poznawałem poprzednie wersje siebie, które przetrwały między dźwiękami
tamtych piosenek - dobrą, złą i po nastoletniemu brzydką.
Wtedy to do mnie dociera. Playlista leci z jego supernowoczesnych
samochodowych głośników, cicho, ale gdy wytężę słuch, mogę ją dosłyszeć.
To Barbra Streisand. Jeden z moich kawałków. Jej cover jazzowego klasyka
z Casablanki.
- Nie wyrzuciłem cię ze znajomych. Usunąłem aplikacje. Nie siedzę już w mediach społecznościowych.
Na czole Dericka pojawia się samotna zmarszczka zamyślenia.
- Hmm. Zniknąłeś? Jakim cudem to przegapiłem?
- Nie żebyś jakoś szczególnie się interesował przez ostatnie lata. -
Zadziorny ton wkurza mnie samego, ale Derick uruchamia we mnie
mechanizmy obronne. - Albo w ogóle się interesował, jeśli o to chodzi.
- Wrenji - mówi z przeklętą szczerością. - Próbuję...
Rozlega się trąbienie. Mężczyzna w samochodzie za nim napiera na
klakson, niecierpliwie czekając na posunięcie się kolejki.
- Jezu, jakby wszechświat za wszelką cenę chciał nam przeszkodzić.
- Możesz przejechać? Mam gości do obsłużenia - proszę.
Zaciska szczęki.
- Dopiero jeśli zgodzisz się ze mną pogadać. Żebyśmy mogli dokończyć
rozmowę z poprzedniego weekendu.
- To nie jest właściwy...
Trąbienie staje się coraz wścieklejsze. Patrzę na Dericka błagalnie, ale
on nie daje za wygraną. Ja się nie zadowalam, a on - nie poddaje.
- Dziś wieczorem, po drugim seansie - naciska.
Wzbiera we mnie rozdrażnienie.
- Będzie za późno.
- Okej. Mogę tu siedzieć przez całą noc. Żaden problem. - Zakłada ręce
za głowę i odchyla się na siedzeniu.
Trąbienie przeradza się w równe, nieprzerwane wycie, które doprowadza
mnie do białej gorączki.
- Dobrze! Tylko krótko. Gdzieś, gdzie będziemy mieć spokój. - Słowa
przeciskają mi się przez zaciśnięte zęby.
Mężczyzna gwałtownie wykręca i przeskakuje pod budkę Mateo. Nawet nie
czekam, aż ten ucieknie w panice. Polecam mu natychmiast zamienić się ze
mną na miejsca. Jeszcze nie jest gotowy na konfrontację z awanturującym
się klientem. Jak tak dalej pójdzie, może nigdy nie będzie.
- Znajdę cię po pracy - woła Derick, po czym zamyka okno i odjeżdża.
Zajmuję się zdenerwowanym przysadzistym mężczyzną i jego ciężarną żoną.
Na przeprosiny daję im darmowy kupon na kolejną wizytę, co chyba ich
zadowala. Kolejka stopniowo się zmniejsza, a na ekranie pojawia się
wideo z tańczącym kubełkiem popcornu. W tle gra stara znajoma piosenka
"Let's all go to the lobby!".
Mateo wzdycha głęboko i dramatycznie, a następnie osuwa się na ścianę.
- To było cholernie stresujące.
- Przyzwyczaisz się - zapewniam go.
Będziemy musieli chwilę zaczekać, zanim przejdziemy do budki z przekąskami, bo zawsze zjawia się kilku maruderów, którym trzeba pomóc.
Potrzebuję też chwili na złapanie oddechu.
- Wygląda na to, że ktoś tu ma przed sobą gorącą randkę.
- To nie randka. Nawet nie posiadówka. To tylko krótka rozmowa, po
której wrócę do domu, zawinę się w kołdrę i zasnę na wieki.
W tym momencie podejmuję decyzję o ustawieniu alarmu w telefonie. Jeśli
nie uda nam się dojść do porozumienia w ciągu pierwszych trzydziestu
minut, zwiewam do domu i nie oglądam się za siebie.
- W urodziny mówiłeś, że chciałbyś poznać kogoś w kinie. Nie wydaje ci
się, że los maczał w tym palce?
- No właśnie, poznać. Chciałem poznać kogoś nowego. A nie przypomnieć
sobie kogoś starego, kto mnie skrzywdził.
Aua. Głośne wyznanie na nowo otwiera ranę. Żeby przytępić ból i zająć
myśli czymś innym, liczę ozdobne papierowe bilety, które ludzie kochają
zabierać na pamiątkę. Dałem je wcześniej Mateo, a teraz wciąż jest ich
zaskakująco wiele.
- Mateo, nie rozdawałeś ich?
Przecież mieliśmy dzisiaj spory ruch. Jeśli Mateo zapominał je wręczać,
ale brał pieniądze, nic się nie stało. Zawsze mogę się przejść po
terenie i sprawdzić, czy jakieś rodziny zostały poszkodowane.
- Rozdawałem. Jeden na samochód. Tak jak mówiłeś. - Częściowo do mnie
mówi, a częściowo pozuje do snapa dla Brandona. Ostatnio są
nierozłączni. Bardziej bym się cieszył ich szczęściem, gdyby nie
przeszkadzało Mateo w pracy.
- Mateo, miał być jeden na osobę. Nie na samochód. Każdy musi mieć
bilet.
- Nie... przypominam sobie, żebyś tak mówił. - Unosi głos.
- Mateo! - krzyczę. - Mieliśmy tutaj SUV-y po sześć osób. Czy chcesz mi
powiedzieć, że wpuszczałeś całe grupy za 10 dolców?
- Może się przesłyszałem? Nie wiem, słońce. Trudno było mi się skupić,
gdy zaledwie centymetry ode mnie dochodziło do połączenia dwóch serc!
- To nie było połączenie serc! I, wrrr, nie mamy promocji "sześć biletów
w cenie jednego"!
Potrzebujemy tych pieniędzy. Nawet jeśli to z przekąsek mamy najwięcej
zysków, Earl musiał podnieść ceny biletów tuż przed tym, jak zacząłem tu
pracować, żeby zrównoważyć astronomiczne koszty związane z całkowitym
przejściem na cyfrowe odtwarzanie.
Porywam plik biletów i wychodzę. Nie wiem, jak powinno się postępować
przy błędach tego typu, ale kasa nie może być tak lekka, gdy będę
przeliczał zyski i raportował Earlowi. Pomyśli, że dopuściłem się
malwersacji czy coś.
- Mam z tobą iść? - nieśmiało woła za mną Mateo.
Kręcę tylko głową i zaczynam pochód pod znakiem "mogę pana prosić o małą
dopłatę"?
* * *
Jakieś pół godziny po zamknięciu słyszę lekkie pukanie o framugę
otwartych drzwi biura. Po całym wieczorze chodzenia od samochodu do
samochodu, dopraszania się o nieuiszczone opłaty oraz pocieszania Mateo
po tej niezamierzonej (choć niepokojącej) pomyłce jestem zagrzebany po
łokcie w raporcie zdarzenia i robię szybkie notatki czerwonym
długopisem.
Jako menedżer już mam o wiele więcej pracy, niż się spodziewałem.
- Prawie skończyłem, Earl. Przepraszam! - wołam przez ramię.
Biuro jest ukryte na tyłach projektorni w budce z przekąskami. Tu
właśnie, w cieniu maszynerii do tworzenia magii kina i sprzętu
radiowego, chowa się Earl. W pomieszczeniu jest trochę ciemno i posępnie, bo jedyne okno to malutki kwadracik, przez który film rzucany
jest na ekran.
- Ekhm, to nie Earl. - Derick wsuwa głowę do środka. Wyskakuję zza
antycznego biurka w kształcie litery L. - Czekałem przy samochodzie, ale
się nie pojawiłeś. Avery powiedziała, że tu jesteś.
W pośpiechu odkładam papiery.
- Przepraszam. Totalnie zapomniałem. Wciąż się przyzwyczajam do nowego
stanowiska, trochę nie ogarniam, a Mateo przyjął za mało kasy od
wszystkich samochodów w kolejce.
- Ha - śmieje się Derick. - To by wyjaśniało ten komentarz.
Pod jednym ze zdjęć, które wrzucił na nasz profil, ktoś o nicku
420BlazinBoii napisał:
Czy to juz wieczor cen z lat 60.? Tanie bilety nie byly jedynym uklonem
w strone tamtej dekady. ;) Jaranko u Wileya!
Oczywiście musiałem ich pominąć przy liczeniu. Pewnie siedzieli w samochodzie z zamkniętymi oknami, uprawiając hotboxing gdzieś na tyłach.
Chociaż, jak tak teraz pomyślę, przypominam sobie naklejkę "graj w zielone" na jednym z aut. Mogła promować marihuanę, a nie recykling.
Wydaję z siebie jęk frustracji.
- Możemy się tego pozbyć?
- Już usunąłem. Ale zrobiłem zrzut ekranu. Rozbawiło mnie.
- Wyślij wiadomość prywatną i zaoferuj kupon, żeby wynagrodzić
skasowanie komentarza. Przeproś raz jeszcze za błędną cenę i może
wspomnij, że zażywanie narkotyków jest... zabronione na terenie kina? -
Kupony powinny nam starczyć do końca sezonu i być wykorzystywane dopiero
w ostateczności. Zabieram klucze, bluzę i torbę. - A, i nie mów Earlowi.
Im mniej będzie wiedział przed przeczytaniem raportu, tym lepiej.
- Jakiego raportu? - pyta Earl, znienacka stając w drzwiach. Bawi się
imponującym pękiem kluczy, blokując nam wyjście. Zamierzam powiedzieć mu
prawdę, ale Derick przejmuje dowodzenie i wszystko wyjaśnia, biorąc na
siebie całą odpowiedzialność za wstrzymywanie kolejki, a mnie chwaląc za
uratowanie sytuacji. Dorzuca nawet instagramową komedię w ramach puenty,
żeby wnieść trochę humoru.
Earl wygląda na tak samo rozzłoszczonego jak wtedy, kiedy nakrył nas na
flirtowaniu w składziku, ale nagle zanosi się głośnym, serdecznym
śmiechem, nietypowym dla niego i zaraźliwym. Mój własny śmiech przynosi
mi ulgę; stres związany z pracą staje się mniej wyczerpujący.
- Tego jeszcze nie grali. - Earl każe mi przenieść Mateo do budki z przekąskami, gdzie Avery będzie mogła trzymać go mocno w garści.
Kciukiem wskazuje nam drzwi, żebyśmy opuścili biuro i pozwolili mu je
zamknąć.
Derick już wyszedł, ale dłoń Earla zatrzymuje mnie w pół kroku.
- Chociaż to wszystko jest zabawne, dostajesz drugi krzyżyk. Tylko nie
zgarnij trzeciego, młody. Jako menedżer odpowiadasz za błędy
pracowników. Nie spraw, że pożałuję przyznania ci większej
odpowiedzialności. Mogę na ciebie liczyć, prawda?
Jego słowa są jak smagnięcie bicza.
- Możesz - chrypię.
- Nie pozwól, żeby De... dekoncentracja przeszkodziła ci w porządnej
pracy. - Wiem, że chciał powiedzieć "Derick". Nie jestem pewien, co o tym myśleć.
Earl uśmiecha się smutno.
- Idź, odpocznij trochę.
Na świeżym powietrzu, w drodze na parking, robię porządny wydech, ale
dopada mnie wyczerpanie. Kiełkuje w okolicach skroni i dociera aż do
palców u stóp. Wlokę się, ciągnąc przywiązany do kostek niewidzialny
balast.
- Wyglądasz na zmęczonego. Na pewno nie chcesz iść do domu?
Chociaż ponad wszystko pragnę rzucić się na łóżko i wyłonić się
wypoczęty jutro około południa, wiem, że nie dam rady zasnąć, zanim nie
wykreślę z mentalnego kalendarza tej przeklętej rozmowy. Gdy już sobie
wszystko wyjaśnimy, będziemy mogli zawrzeć rozejm i każdy spędzi lato po
swojemu. Spełnię prośbę Earla i nie dam się więcej rozpraszać Derickowi.
- Nie, nie. Jest okej. Naprawdę. Wypiłem dziś niejedno mountain dew.
Będę na chodzie jeszcze przez jakiś czas. - Rozciągam szyję. - Dzięki,
że przyznałeś się przed Earlem.
Derick przystaje i na mnie spogląda. Jego twarz spowija cień nocy. Przez
ułamek sekundy jesteśmy młodsi o cztery lata, a on bierze na siebie
odpowiedzialność przed trenerką Clarke za jedno z naszych niezłożonych
zaliczeń z zarządzania. Udało mu się załatwić przedłużenie terminu.
- W zeszłym tygodniu chciałem powiedzieć coś na temat klapy ze
schowkiem, ale nie było dobrego momentu. A dziś podczas pracy
zrozumiałem, że wstrzymywanie kolejki było z mojej strony do dupy.
Naprawdę nie chcę cię wpakować w większe kłopoty, ale zależy mi na
oczyszczeniu atmosfery.
Jego szczerość stanowi miłe, odświeżające zaskoczenie. Chociaż wyrzuty
Earla zapadają mi coraz głębiej w podświadomość, odkręcę to. Bez dwóch
zdań. Nie po to ciężko pracowałem, żeby tak wcześnie odpaść z gry.
Mimo wszystko jestem wdzięczny, że Derick tu dzisiaj był.
- Nie ma sprawy. - Wciąż zamyślony, wyciągam z torby klucze. - Naprawdę
nie ma sprawy.
Derick się rozpromienia.
- Umieram z głodu. Nie chcesz przypadkiem złapać jakiejś szamki? Znam
miejscówkę z zajebistymi skrzydełkami.
Zgadzam się, chociaż wiem, że jutro przyjdę do pracy wykończony.
Rozdział 9
Nad naszymi głowami błyska pomarańczowy neon:
Samotna Kowbojka.
Alkohol. Bilard. Dziewczyny. Zabawa.
To ostatnie miejsce, w jakim spodziewałem się dziś znaleźć, i zupełne
przeciwieństwo tego, co wyobraziłem sobie, kiedy Derick zaproponował
spokojne miejsce na rozmowę. W jego oczach dostrzegam konspiracyjny
błysk. Już mi się to nie podoba.
Samotna Kowbojka to słynna szemrana knajpa w Willow Valley, znana ze
skąpo ubranych kelnerek, nieokrzesanej klienteli i bójek w tylnej alejce
- o dziewczyny, o rachunki albo o jedno i drugie.
Derick nonszalancko pokazuje dokumenty bramkarzowi z posiwiałą brodą,
która sięga mu aż do gołych, otłuszczonych kolan.
- To żart, prawda? - Moja niepewność gwałtownie wzrasta, gdy zostajemy
wpuszczeni do środka.
- Nigdy nie żartuję ze skrzydełek - mówi beznamiętnie.
Osłupiały, ukradkiem włączam alarm w telefonie. Daję mu trzydzieści
minut.
Spodziewam się, że wnętrze będzie mroczne, zadymione i ogłuszająco
hałaśliwe, ale muzyka trzeszczy w tle, a w powietrzu panuje przyjemna
świeżość. Bar jest okrągły, szeroki, zrobiony z jasnego drewna. Kelnerki
w skąpych dżinsowych szortach i flanelowych koszulach zawiązanych tuż
pod biustem przechadzają się po swoich sekcjach, przyjmując zamówienia
przy akompaniamencie Luke'a Bryana.
Miejsce łączy urok przaśnej knajpy country i miejską nonszalancję. Coś w stylu Hooters plus skórzane czapsy i ostrogi. Ściany pokrywają drewniane
panele obwieszone kołami od wozu i biczami.
Podchodzi do nas biały, korpulentny, ostrzyżony na jeża mężczyzna. Po
jego minie widać, że rozpoznał Dericka.
- Derick, chłopie, nie spodziewałem się tu ciebie zobaczyć, dopóki nie
zatrudnimy do kelnerowania facetów - mówi, ale lekko obraźliwy żart nie
wywołuje reakcji, na którą liczył.
- Nie zaszkodziłoby wprowadzić trochę różnorodności - odpowiada mu
Derick.
Spod świeżego aromatu daje się wyczuć wszechobecny smrodek
patriarchalnego gówna. Cierpnie mi skóra.
- Już i tak brakuje nam pracowników. Bierzemy każdego jak leci. Któryś z was szuka roboty? Chyba mam kilka par szortów w waszych rozmiarach. -
Teraz chyba mówi poważnie.
Nawet nie mam dobrej pupy do paradowania w szortach. Mój tyłek stanowi
przedłużenie pleców. Przydałoby mi się zrobić przysiad albo dwa, ale to
za dużo wysiłku przy tak napiętym grafiku.
- Dzięki, obaj jesteśmy szczęśliwie zatrudnieni - mówi Derick.
- Nadal pracujesz u taty? Wiem, że dobrze mu idzie rozbudowa sieci
autobusów.
- Eee... nie, nie do końca. - Derick wydaje się trochę speszony. - Pomagam
w kinie Wileya. Wren jest tam menedżerem. Dlatego wyszliśmy tak późno.
Przyszliśmy na skrzydełka.
Mężczyzna kiwa głową, jakby i on niezwykle poważnie traktował
drobiowo-meczowe przekąski.
- Chcecie wysokie krzesła czy posadzić was w głębi sali?
- Poprosimy w głębi - decyduję, zdając sobie sprawę z ciekawskich
spojrzeń pozostałych gości. Wolałbym, żeby takie typy nie dosłyszały
naszej rozmowy.
Mężczyzna prowadzi nas do wydzielonej sekcji przy kuchennych drzwiach.
Mijamy niechlujnych mężczyzn i kobiety, wyjadających mieszankę orzeszków
z drewnianych miseczek. Najwyraźniej ktoś zapomniał mnie poinformować,
że w lokalu panuje dress code: wszyscy, włączając kelnerki, mają na
nogach skórzane kowbojskie botki do pół łydki z oryginalnymi
przeszyciami.
- Dwa razy sucha marynata - zamawia Derick, gdy już usiedliśmy. - I tyle
selera, ile uda ci się znaleźć.
- Coś do picia?
- Czy dostanę coca-colę? - Moja koncentracja po mountain dew zaczyna
opadać, chociaż Avery poiła mnie jak przez kroplówkę. Jeśli nie
zadziałam na czas, czeka mnie mocny kofeinowy zjazd.
- Może być pepsi?
Krzywię się wewnętrznie, ale na zewnątrz odpowiadam:
- Woda jest okej. Dziękuję. - Już wolę zjazd od tego syropu szatana.
Derick też bierze wodę.
- Dzięki, wujku.
Gdy mężczyzna znika za wahadłowymi drzwiami obok naszego stolika,
upewniam się:
- "Wujku"?
- Leon to starszy brat mamy. Ten, na którego ślubie urodził się Damien.
- Jak to się stało, że w szkole nigdy o nim nie wspomniałeś?
Wzrusza ramionami.
- Myślisz, że tata zbrukałby obraz naszej rodziny, chwaląc się związkami
z lokalem tego pokroju? To on tak naprawdę jest tu właścicielem. Wujek
tylko zarządza knajpą. - Derick kręci głową na myśl o władzy, jaką ma w miasteczku jego ojciec. - No i nie wpuszczają tu poniżej osiemnastki.
- Ale najwyraźniej obsługują też bez koszuli i na bosaka. - Brodą
wskazuję rudą kelnerkę, która akurat robi sobie przerwę przy barze.
Wciąż ma na sobie mundurek, ale botki zrzuciła pod siedzenie. Facet w koszulce z Led Zeppelin wciągnął ją w rozmowę o swoim przydomowym
ogródku.
Leniwy uśmiech znika z twarzy Dericka.
- Jeśli czujesz się tu niezręcznie, możemy wziąć skrzydełka na wynos.
- Nie, jest w porządku. Serio.
Z zaskoczeniem znajduję ziarno prawdy we własnych słowach. Ogólnie
miejsce wydaje się spoko, nie do końca godne swojej złej reputacji.
- Okej, okej. Kiedy byłem mały, wiedziałem, że wujek prowadzi biznes,
ale rodzice zawsze mówili "jadłodajnia dla dorosłych". Naturalnie przy
każdym wyjściu na obiad błagałem ich, żebyśmy tu przyszli, by udowodnić,
jaki jestem dorosły. Myślałem po prostu, że "jadłodajnia dla dorosłych"
oznacza miejsce, gdzie serwują dania typu sałatki, brukselka i inne
rzeczy, których dzieciaki nie cierpią. Bycie środkowym dzieckiem niesie
ze sobą tyle cierpień. - Przewraca oczami z fantastyczną przesadą. - Na
osiemnaste urodziny starsi bracia, David i Dale, zabrali mnie tu po raz
pierwszy, żebym pogapił się na kelnerki i dowiedział się nieznanych
jeszcze szczegółów na temat rodzinnej działalności. - Waha się, po czym
dodaje: - Rzecz jasna to jeszcze było wtedy, kiedy dawałem ludziom
myśleć, że jestem hetero.
- Znam to uczucie. Zawsze w defensywie. Wydaje ci się, że łatwiej
pozwolić innym, żeby coś sobie na twój temat zakładali, niż samemu
składać przedwczesne deklaracje.
Nawet nie wiem, skąd mi się wzięły te słowa. Może wypłynęły z mojej
własnej niepewności w kwestii tożsamości seksualnej, ale energiczne
potaknięcie Dericka świadczy o tym, że on doskonale wie, co mam na
myśli.
Dostajemy skrzydełka w parujących, wyłożonych papierem koszykach. Leon
kładzie na stole sztućce, dzbanek wody i mokre chusteczki do wytarcia
rąk po zjedzeniu. Na koniec stawia przed nami drewnianą tacę z największą łodygą selera, jaką kiedykolwiek widziałem, i czymś, co
wygląda na świeżo naostrzony nóż rzeźniczy.
- Wsuwajcie, chłopaki. - Puszcza do nas oko i odchodzi.
Jestem pewien, że szczęka opadła mi do podłogi, ale nie mogę namierzyć
zawiasów, żeby ją z powrotem przymknąć. Derick wyciągnął telefon i robi
zdjęcie. Nie przestając chichotać, wrzuca je na grupową konwersację z braćmi. W odpowiedzi od razu sypią się głupawe GIF-y.
- Typowy wujek Leon - mamrocze Derick, po czym niemal obscenicznie
zanurza ręce w koszyku. Wybiera najdorodniejsze skrzydełko. Jak
drapieżnik całkowicie obdziera je z mięsa w czterech kęsach.
Głód przejmuje nade mną kontrolę, więc nabijam kawałek kurczaka na
widelec, chwytam leżący obok nóż i zaczynam kroić.
Derick kładzie mi dłoń na ręce.
- Co ty robisz?
- Nie lubię jeść rękami niektórych potraw. Za dużo bałaganu. - Te słowa
pięknie ilustruje sok ze skrzydełek ściekający mu z palców i ust.
Zupełnie jakby usłyszał moje myśli, Derick przebiega językiem po
wydatnym, różowym łuku kupidyna.
- A, racja. Zapomniałem, że tak masz. - Zastanawia się przez chwilę. - A co z pizzą?
Unoszę sztućce w odpowiedzi.
- Tacos?
Robię jazzowe ręce, a nóż i widelec lśnią w czerwonawym świetle jak kule
dyskotekowe.
Derick kręci głową, łapie kolejne skrzydełko i rozprawia się z nim tym
razem w trzech kęsach. Nowy rekord. Skupiam się na przeżuwaniu, próbując
uniknąć nieuchronnego. Jesteśmy tu z jakiegoś powodu, wokół którego
zataczamy kręgi jak śliczna barmanka, pilnująca, żeby szklanki w jej
sekcji zawsze były pełne. Ocieram wargi szorstką serwetką i biorę
głęboki wdech.
- Chciałeś ze mną porozmawiać - mówię, sprowadzając nas z powrotem na
wygodniejszy temat. Byliśmy dotąd tak bardzo na luzie, że czuję się
prawie jak w ostatniej klasie liceum. Nie chcę się tam przenosić.
- Najpierw zrób bramkę z palców.
Zaskoczony robię to, o co mnie prosi, i stykam ze sobą czubki obu
kciuków. Derick zamyka oko, przymierza się i pstryknięciem posyła
papierową piłkę między moje palce. Ostry róg uderza mnie w brodę,
wywołując lekki ból.
- Ups! Sorry. - Jego policzki przybierają kolor czerwonej landrynki. -
Widzisz? Mówiłem ci, że papier jest niebezpieczny.
Rzucam mu nieprzyjazne spojrzenie. Derick łapie, o co mi chodzi, i odpowiada miękkim, niemal uroczym tonem:
- Okej.
Gdy czekam na jego kolejne słowa, czuję w brzuchu szarpanie, jakby
ścierały się w nim dwa koty.
- Zjebałem. To planowanie maratonu filmowego pod hasłem "Kochamy Leo",
kiedy mieliśmy obejrzeć Incepcję dla mnie, Romea i Julię dla ciebie
i Titanica dla nas, to było... za dużo.
- Za dużo? Nie ty próbowałeś znaleźć Incepcję na kasecie wideo, żeby
pasowała do klimatu vintage. To był jeden z ostatnich filmów, które w ogóle zostały wypuszczone w tym formacie, w dodatku tylko w Korei
Południowej. Ta kaseta jest praktycznie przedmiotem kolekcjonerskim.
Zdziwiłem się, że mój komputer nie został zainfekowany żadnym wirusem,
biorąc pod uwagę, przez ile dziwnych stron musiałem się przekopać, żeby
znaleźć ten film.
- Czekaj, mieliśmy oglądać po koreańsku? Żaden z nas nie zna
koreańskiego.
- No i co z tego? Widziałeś ten film jakieś sześćset razy. Pewnie znasz
dialogi na pamięć. Z grubsza byśmy zrozumieli.
Zresztą determinacja, żeby konsekwentnie utrzymać estetykę seansów, była
ważniejsza od logistyki. Jak dla mnie moglibyśmy po prostu udawać, że
oglądamy zagraniczny film bez napisów. Chciałem tylko spędzić z nim
jedną perfekcyjnie zaplanowaną noc.
A potem wszystko się posypało.
- Dobra - podejmuje Derick, przeciągając "o" zdecydowanie za długo. -
Powiem inaczej. Emocjonalnie było to dla mnie za dużo. Nie logistycznie.
Jeśli to ma sens.
Jak już pomyślę, to nie ma to sensu w tym samym stopniu, co oglądanie
Incepcji po koreańsku. Czego się nie robi dla sekretnego obiektu
westchnień...
- Wiedziałem, że ci się podobam.
Czuję ucisk w piersi.
- Co? Wiedziałeś, że mi się podobasz? - Czyli jednak nie był taki
sekretny.
Derick kiwa głową z namysłem.
- Taaa, miałem dość mocne przeczucie - mówi łagodnie.
Tak to jest z queerową tęsknotą. W liceum wydaje ci się, że świetnie ją
ukrywasz, po czym wychodzisz z szafy i wszyscy mówią, że widzieli, jak
się miotasz, ale uważali, że nie jest ich rolą podjęcie tematu. Gdyby
Derick odrzucił mnie wtedy w delikatny sposób, może nie byłbym taki
skryty.
- I wystawienie mnie do wiatru było twoim sposobem na przekazanie, że
tego nie odwzajemniasz? - pytam z niedowierzaniem.
- Nie do końca. Nie byłem wyoutowany. Ty też nie. Miałem mętlik w głowie. Wiedziałem tylko, że nasze plany wyglądają jak randka. Randka,
na którą nie jestem gotowy. Całowałem się z chłopakiem po raz pierwszy
dosłownie kilka tygodni wcześniej i jeszcze się nie pozbierałem. -
Trzyma łokcie szeroko rozstawione na stole, a palce splecione jak do
modlitwy. - Wiesz, jaka jest moja rodzina. - Opiera czoło o kłykcie.
Powiedział "rodzina", ale założę się, że miał na myśli tatę. Powraca do
mnie znękany szept z restauracji. Nakaz, żeby Derick wrócił na swoje
miejsce. Nie chodziło o to, że jest na rodzinnym obiedzie, więc odejście
od stołu bez wyjaśnienia byłoby niegrzeczne. Chodziło o to, że przyszedł
porozmawiać ze mną.
- Nienawidzę siebie za to, ale unikanie ciebie było łatwiejsze od
rozprawienia się z tymi uczuciami. - Wzdycha, a nasze spojrzenia znów
się spotykają. - Jeden pocałunek może sprawić całą masę kłopotów.
Rozumiesz?
- Właściwie nie. Nikt mnie nigdy nie pocałował. - Wyznanie wyrywa mi się
z ust, zanim zdążam je połknąć.
Wiem, że nie powinienem czuć się opóźniony. Każdy dojrzewa we własnym
tempie. Niektórzy nigdy nikogo nie całują, bo nie chcą, i to normalne.
Więc dlaczego, ach, dlaczego, czuję się jak ostatni i najnędzniejszy?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
Na każdy idealny pierwszy pocałunek składają się trzy kluczowe elementy.
odpowiednie miejsce - bal maturalny, wieża zamku jak z bajki Disneya,
skrzynia pick-upa w piękną gwiaździstą noc;
odpowiedni moment - gdy fajerwerki z okazji Dnia Niepodległości
osiągają punkt kulminacyjny, podczas wolnego tańca przy świetle
księżyca, tuż po pierwszym pełnym emocji "kocham cię";
odpowiednia osoba - młody Leonardo DiCaprio (żadnych wyjątków).
Jeśli masz szczęście, dostaniesz wszystkie trzy. Ale jeśli jesteś mną,
czeka cię obskurny klub gejowski, praktycznie wibrujący do dźwięków
Let's Hear It for the Boy Deniece Williams, i drag primadonna o pseudonimie Goldie Prawn.
- To co? Mam zaserwować temu przystojniakowi urodzinowego buziaka? -
zwraca się Goldie do rozochoconej publiczności zebranej dookoła małej,
podniszczonej sceny.
Zebrani w odpowiedzi unoszą szklanki. Próbuję siłą umysłu zepchnąć je
wszystkie w dół. To byłby wyśmienity moment na nagłe objawienie się
moich telekinetycznych supermocy.
Goldie odwraca się w moją stronę z wyraźnym zamiarem. Jej wielka kręcona
peruka grozi zsunięciem się na pucołowatą, idealnie zrobioną twarz.
Gdybym był szukającym poklasku pranksterem, może skorzystałbym z okazji,
strącił blond konstrukcję i rozbawił publiczność, udając, że to
wyreżyserowana scenka - byle tylko wykręcić się od buziaka.
Niestety żaden ze mnie prankster. Gorzej: jestem przerażonym, świeżo
upieczonym dwudziestodwulatkiem, który we własne urodziny stoi na scenie
przed tłumkiem obcych ludzi, przerażony na myśl o przeżyciu parodii
pierwszego pocałunku.
Nie tak miało być.
- Gorzko, gorzko! - woła tłuszcza, zupełnie jakby pocałunki nie były
niczym więcej niż darmowymi próbkami rozdawanymi w supermarkecie.
Pocałunki, przynajmniej dla mnie, są święte. Mają swoją wagę. Coś
znaczą.
Ogarnia mnie panika. Nie chcę wszystkich zawieść ani zepsuć im zabawy.
Może po prostu udam, że ten raz się nie liczy? Wykreślę go potem z rejestru.
Wciąż nie mogę się zdecydować. Presja otoczenia, żebym wreszcie miał
pierwszy pocałunek za sobą, jest w tym momencie większa niż kiedykolwiek
przedtem. Czuję się taki malutki.
Skandowanie się wzmaga.
I gdy już prawie dopuszczam do spotkania umalowanych, ściągniętych w ciup warg z moimi...
...nagłym ruchem odwracam głowę. Usta panny Prawn lądują na moim policzku,
a podniecony tłum queerów buczy z rozżaleniem.
Czerwienię się, jeszcze bardziej się kurczę i próbuję ochłonąć.
Moc teleportacji? Nie? Okej, niech będzie. Życie zwykłego śmiertelnika
czasami mocno ssie.
- Och, kochanie. Myślałeś, że pocałunkiem zmienię cię w ropuchę? - pyta
Goldie. - Tak bywa z księżniczkami. Ja jestem królową.
Z głośników dobiega głos Królowej Kier z Alicji w Krainie Czarów
wrzeszczącej "Skrócić o głowę!", zupełnie jakby to wszystko było
zaplanowane.
- Doprawdy, Paul w didżejce robi dziś wyśmienitą robotę!
- Dla ciebie wszystko, Goldie - huczy w odpowiedzi bezcielesny głos
Paula.
Goldie wykonuje mały popis, po czym z powrotem odkręca się w moją
stronę.
- A co do ciebie, ponieważ uroczy z ciebie cukiereczek, no i masz
urodziny, tym razem ci odpuszczę. - Rzuca mi mordercze spojrzenie, a następnie całą uwagę kieruje znów na publiczność. - No dobrze, moi
drodzy, jak w piosence: "let's hear it for the boy"!
Parkiet przemienia się w ocean wijących się i podrygujących w półmroku
ciał, puszczają wszelkie zahamowania. Moi najlepsi przyjaciele, Avery i Mateo, sprowadzają mnie ze sceny i zaciągają do pobliskiej toalety. To
ich wina, że w ogóle znalazłem się w świetle reflektorów. Ich oraz
własnoręcznie przez nich wykonanej szarfy z napisem "Urodzinowe Ciacho",
którą narzuciłem na obcisłą, imprezowo-sportową koszulkę bez rękawów.
- OCB?! Czemu jej nie pocałowałeś? - pyta Avery. Jej brokatowy makijaż w stylu "Euforii" mieni się w mrugającym świetle żarówki nad zafajdanym
zlewem.
- Zamknij się, Aves. Dobrze wiesz czemu - mówi Mateo. - Powód jest
głupi, ale głupie powody to też powody.
- Nie jest głupi - protestuję - tylko romantyczny. A to różnica.
- Romans i głupota to synonimy - wtrąca się łysy mężczyzna w skórzanej
uprzęży z ćwiekami, który właśnie odlewa się do pisuaru. Nagle atakuje
nas donośny plusk i nieprzyjemny zapach równego strumienia postpiwnego
moczu.
- Dzięki za wkład w dyskusję - mówię.
- Ale wszystkiego najlepszego - dodaje Uprząż z Ćwiekami.
Mateo się śmieje.
- Masz już dwadzieścia dwa lata, słońce. Nie wydaje ci się, że najwyższy
czas porzucić tęsknotę za Idealnym Pocałunkiem Przed Końcowymi Napisami
i zadowolić się czymś mniejszym?
- W moim słowniku nie istnieje coś takiego jak "zadowolenie się czymś
mniejszym".
Nie zadowoliłem się college'em drugiego wyboru. Nie zadowoliłem się
posadą asystenta menedżera w Kinie Samochodowym Wileya, mojej (już od
siedmiu lat) cudownej, wypełnionej filmami pracy. Nie zadowalam się
nawet pepsi, kiedy proszę o coca-colę. Porzucenie marzeń o idealnym
pocałunku zwyczajnie nie wchodzi w grę.
- Wren, niektórzy z nas przełknęli tę żabę, zadowolili się mniej
perfekcyjną opcją i jakoś przetrwali - mówi Avery. - Pamiętasz, jak to
było z moim pierwszym pocałunkiem z Calebem?
- Jakbym kiedykolwiek mógł zapomnieć szczegółowy opis oddechu twojego
byłego po meksykańskim żarciu. Nie każda rozmowa to zadanie z twórczego
pisania, okej?
Avery daje mi kuksańca w ramię, po czym wtula się we mnie. W tych swoich
szpilkach z paseczkami jest dokładnie na tyle wysoka, żeby wsunąć głowę
w zagłębienie mojej szyi. Grzywa ciemnych kręconych włosów ląduje mi na
twarzy i częściowo w otwartych, niczego niespodziewających się ustach.
Ble.
- Mówię tylko, że nie nad wszystkim sprawujesz kontrolę - wzdycha Avery.
- No i że masz dziwną obsesję na punkcie pierwszych pocałunków jak na
kogoś, kto jeszcze nigdy tego nie doświadczył.
- Myślę, że to już wykracza poza obsesję. - Mateo wyjął z kieszeni
marker i właśnie zajmuje się uwiecznianiem własnego imienia i numeru
telefonu na łazienkowym lustrze, któremu bliżej do książki
telefonicznej.
Mateo wierzy w kosmiczne połączenie. Pozwala zadziałać magii
wszechświata, która ma zesłać mu kochanka miesiąca. Aplikacje przestały
mu wystarczać. Chciałbym też umieć tak lekkomyślnie traktować
przeznaczenie.
- Mam wizję swojego pierwszego pocałunku, okej? Co z tym jest nie tak?
Ludzie tworzą tablice inspiracji przed weselami. Jaka to różnica? -
pytam nadąsany, z rękoma skrzyżowanymi na piersi.
- Różnica polega na tym, że do pójścia w ślinę nie potrzebujesz złotej
obrączki i siedmiopiętrowego tortu - odcina się Mateo. - Jezu, po prostu
daj życiu robić swoje.
- To niesamowicie głębokie - komentuje Uprząż z Ćwiekami.
Wzdrygam się. Zapomniałem, że nie jesteśmy sami.
- Chwileczkę. Co ty tu jeszcze robisz?
- Tak jakby blokujesz umywalkę...
- Och - odsuwam się. - Przepraszam.
Odblaskowa podłoga i neonowozielone ściany zaczęły mnie przyprawiać o ból głowy. Chyba że to zasługa całego mnóstwa drinków, które wypiłem
tego wieczoru dla uczczenia dwudziestych drugich urodzin z taką pompą,
jakby nikt nie patrzył. I to był błąd. Zawsze ktoś patrzy. Moi
przyjaciele zawsze się we wszystko wtrącają.
Pewnie nie powinienem się tak boczyć z powodu nieszkodliwych interwencji
w moje życie uczuciowe, ale Mateo i Avery muszą spojrzeć prawdzie w oczy: w okolicy nie ma żadnego odpowiedniego, dostępnego kandydata. A w każdym razie żadnego, z którym chciałbym - jak to zgrabnie ujął Mateo -
pójść w ślinę.
Mówię, że jestem zmęczony i chcę zadzwonić po kierowcę. Mateo zamienia
wszystkie kropki nad "i" w swoim nazwisku na gwiazdki, po czym wypadamy
z łazienki. Unikam kontaktu wzrokowego z brylującą przy barze Goldie. Na
scenie co prawda okazała mi łaskę, ale nie zna piekło straszliwszej
furii nad wściekłość wzgardzonej drag queen.
Przy wyjściu na żądanie Avery wyciągamy dłonie po pieczątki.
- Wrócicie jeszcze dzisiaj? - pyta uwodzicielsko bramkarka Stacia.
Stacia to butch jak z obrazka, w czarnej katanie ze sztucznej skóry,
całej pokrytej napami, zarzuconej na spłowiałą rozpinaną koszulę.
Przytrzymując prawą rękę Avery, przyciska pieczątkę do poduszki z niebieskim atramentem. Dziś na drewnianym sztyfcie ma wygrawerowanego
skrzydlatego hipopotama z szyją żyrafy i tygrysim ogonem.
Avery cały czas (cały czas) się zastanawia, skąd Stacia bierze
pieczątki. To, oczywiście, jej sposób na okazanie, że jest kimś
zauroczona - rozwodzi się nad jednym mikroskopijnym szczegółem, aż Mateo
i ja w końcu każemy jej się zamknąć. Bardzo czule, rzecz jasna.
Zaskakuje ją pytanie Stacii, ale daje radę wydusić z siebie:
- Eee, pewnie nie. Jest późno. Czemu pytasz?
- Pytam... - Stacia przerywa, żeby lekko dmuchnąć na grzbiet dłoni Avery
i uchronić tusz przed rozmazaniem. - ...bo za każdym razem, kiedy tu
jesteś, wpadasz po pieczątkę, po czym odchodzisz w noc i tyle cię
widzieli. - Bezceremonialnie przyciąga ją lekko do siebie. - Jeśli
szukasz wymówki, żeby ze mną pogadać, następnym razem po prostu przyjdź
się przywitać. Bywam samotna, bo wszystkie fajne rzeczy dzieją się na
parkiecie.
Avery zaczyna się jąkać, chyba intensywność flirtu trochę ją przerosła,
więc Mateo rzuca się na ratunek.
- Dopilnuję, żeby koleżanka zapamiętała. A teraz dobranoc.
I wyprowadza oniemiałą przyjaciółkę na ulicę, zanim ta zdąży zrobić z siebie idiotkę, a ja podążam za nimi. W świetle latarni dostrzegam, że
policzki Avery wciąż płoną żywym ogniem.
Zazdrość, jak nieproszona pierwszoklasistka na imprezie maturzystów,
głośno oznajmia swoją obecność. Już od tak dawna nie czułem
niesłabnącego gorąca zalotnych przekomarzanek, niekończącego się
kontaktu wzrokowego i dotyków, które trwają o ułamek sekundy zbyt długo.
Cieszę się szczęściem Avery, naprawdę. Ale, cholera, tęsknię za tym.
Fakt, że wciąż jeszcze się nie całowałem, wcale nie oznacza, że nie
chciałbym... no... tego wszystkiego.
Za kilka minut podjeżdża czarny sedan. Rashan, jeden z naszych
ulubionych mieszkańców miasteczka, zarabia na życie jako kierowca, i zawsze wysyłamy mu wiadomość przed skorzystaniem z aplikacji. Skoro już
wspieramy nieszczególnie etyczną korporację, chcemy chociaż zostawić
Rashanowi szczodry napiwek w uznaniu dla świetnych playlist i masy
ładowarek podłączonych do jego centralnej konsoli.
Rashan przekrzykuje najnowszą Arianę Grande:
- Wszystkiego najlepszego, Wren! Jakie to uczucie mieć dwadzieścia dwa
lata? Pamiętam tamte dni... - Melancholijnie zawiesza głos i podkręca
ogrzewanie.
Noc jest chłodna, a w tym momencie mamy na sobie więcej błyszczącego
konfetti niż ubrań, więc doceniamy ciepły nawiew.
- A ty przypadkiem nie masz dopiero dwudziestu sześciu lat? - pyta
Mateo.
- Moja młodość odpłynęła w dal już całe wieki temu - odpowiada Rashan.
Za oknem surowe ulice miejskiej Pensylwanii przechodzą w dzielnicę
domków jednorodzinnych, a potem w kampus college'u Rosevale. W ciemności
słychać tykanie kierunkowskazu.
- To co, będzie dzisiaj jakaś akcja? - rzuca Rashan.
Wiem, że jego słowa są skierowane do mnie, solenizanta, który powinien
skakać pod sufit na myśl o urodzinowym seksie, ale nagromadzenie śliny w gardle nie pozwala mi się odezwać. Tym lepiej, bo i tak nigdy nie wiem,
jak odpowiedzieć na to pytanie.
- Dla Wrena akcja byłaby wtedy, gdyby się dowiedział o nowym
kolekcjonerskim wydaniu wszystkich filmów Barbry Streisand - burczy
Avery, jakby sama nie uwielbiała pijackich gier z Yentl w roli
głównej. Zna cały tekst do Papa, Can You Hear Me?, i to wcale nie
dlatego, że ma za ojca reformowanego rabina. - Wren robi za grupowego
dziadka.
- Taaa, stary malutki, któremu się nie spieszy. Tak bardzo mu się nie
spieszy, że nawet nigdy się nie całował - dorzuca Mateo. Po kilku
głębszych wyostrza mu się język.
- Jeśli chcesz coś z tym zrobić, ja mam wargi, ty masz wargi, możemy je
sprasować - oferuje Rashan.
Z tego, co wiem, Rashan wylosował okrągłe zero na skali Kinseya i,
szczerze mówiąc, przydałoby mu się zainwestować część napiwków w kolekcję balsamów do ust. Dziękuję, postoję.
- Jestem zaszczycony - mówię. - Naprawdę. Ale zachowuję siebie na
szczególną okazję.
- Zdajesz sobie sprawę, jak smutno to brzmi, prawda? - pyta Mateo.
- No, sto procent zgody - zgadza się Avery.
- Nie wiem. Moim zdaniem to całkiem urocze - oponuje Rashan.
Jakby na dowód wsparcia hamuje przed naszym blokiem tak gwałtownie, że
głowy moich przyjaciół uderzają o podgłówki przednich siedzeń.
- Aua! - krzyczą jednogłośnie.
- Przepraszam, mam ciężką stopę - mówi Rashan, choć wcale nie brzmi to
jak przeprosiny.
Ja też odpalam tryb "sorry not sorry". Poprawiam urodzinową szarfę i z godnością odpinam pas bezpieczeństwa, który w dziadkowym stylu
przezornie zapiąłem przed jazdą.
- Macie za swoje - rzucam z uśmiechem samozadowolenia, po czym leniwym
krokiem idę na zasłużony odpoczynek.
Rozdział 2
Litera w srebrnym "3B" na niebieskich drzwiach naszego mieszkania trzyma
się zaledwie na jednym cienkim gwoździu. Teraz czuję się właśnie jak to
"B": Bardzo Zajebista Sucz na chwilę przed rzuceniem się w wir przygody.
Co popchnie mnie do działania?
Ciągle sobie powtarzamy, że naprawimy literę, ale nigdy nie umiemy się
do tego zabrać. No cóż. To dopiero sześć miesięcy. Myślę, że
przekrzywione "B" przydaje charakteru typowemu studenckiemu budynkowi z mieszkaniami jak spod jednej sztancy. Trudno znaleźć zakwaterowanie poza
kampusem, a jeszcze trudniej utrzymać je w dobrym stanie. A tak poza tym
z szyldu zrodziła się nazwa naszego grupowego czatu "3Bee Gees", trafna
przede wszystkim dlatego, że nasza ulubiona piosenka pod shoty z tequili
to Stayin' Alive.
"Ah, ha, ha, haaa, stayin' alive!"
Drzwi się otwierają, a ja wtaczam do ciemnego mieszkania. Avery napotyka
trudności z wyciągnięciem klucza z zamka. Nikt z nas nie ma ochoty na
stawienie czoła ostrym świetlówkom, na bank zainstalowanym jeszcze w latach siedemdziesiątych - po powrocie z klubu zawsze wyglądamy jak
zmokłe kury. Jako pierwszy opadam na koszmarną, pozostawioną przez
poprzednich lokatorów, fioletowo-zieloną kanapę. Muszę dać odpocząć
oczom, stopom i całej reszcie.
Prawie odpływam w poimprezową drzemkę, ale przerywa mi śpiew.
"Happy Birthday..."
Mateo i Avery wnoszą do pokoju talerz oblanych czekoladą cannoli z mojej
ulubionej piekarni. W krem wetknęli kilka zapalonych świeczek. Blask
płomieni oświetla dolną połowę twarzy obojga, przez co wyglądają jak
duchy niespełnionej przeszłości - nie żebym wciąż to wszystko
rozpamiętywał czy coś. (Tak, totalnie rozpamiętuję).
Nie wiem, dlaczego tak mnie to dziś dręczy. Nigdy nie przejmowałem się
byciem w tyle za wszystkimi, szczególnie że większość moich kolegów z liceum była hetero, a ludzie hetero zaczynają wchodzić w związki dużo
wcześniej niż osoby LGBTQ. Czy to nie powinno pozwolić mi na trochę
luzu?
Chociaż tak szczerze mówiąc, w tych wszystkich docinkach może być źdźbło
prawdy. To pierwsza noc od bardzo dawna, kiedy zaczynam się zastanawiać,
czy przypadkiem nie nadszedł już właściwy moment, żeby jakoś zaradzić
mojej bezpocałunkowości. Ukłucie niepokoju przypomina mi, że nie jestem
coraz młodszy. Dwadzieścia dwa lata to połowa czterdziestu czterech, a czterdzieści cztery to połowa osiemdziesięciu ośmiu. Skoro pokonałem
jedną czwartą drogi do prawie dziewięćdziesiątki, to może powinienem
poddać wargi próbie. Użyć ich tak, jak Bóg nakazał. Nawet jeśli
niektórzy wierzą, że Bóg dał nam usta do użytku tylko w monogamicznym,
heteroseksualnym małżeństwie.
Gdy mrużę oczy, płomyczki urodzinowych świeczek przypominają mi żarówki
dookoła wielkiego afisza nad wejściem do kina. Afisza z tekstem:
Wren w poszukiwaniu homopocałunku przed końcowymi napisami
W roli głównej: Wren Roland
Reżyseria: Wren Roland,
Scenariusz: Wren Roland,
Producent: Wren Roland...
Do obejrzenia w wersji CinemaScope!
Muszę przyznać - brzmi nieźle. A jeśli wszechświat nie chce mi
zorganizować pierwszego pocałunku marzeń, to może powinienem sam wpisać
go do historii.
Pozbędę się przyjaciół marudzących mi nad uchem oraz wykreślę pierwszy
pocałunek z listy kamieni milowych dorosłości. Na własnych warunkach.
Wilk syty i owca cała.
Tak więc po zaśpiewanej z miłością (choć nieczysto) piosence, życzę
sobie, żeby nadchodzące lato było momentem, gdy wreszcie przestanę stać
na zapleczu technicznym własnego życia i zacznę dla odmiany zachowywać
się jak jego główny bohater.
Główny bohater po zniesieniu Kodeksu Haysa1, ma się rozumieć.
Mateo rozdziela cannoli, a Avery pyta:
- Czego sobie życzyłeś?
- Założę się, że więcej fallicznych deserów - żartuje Mateo.
- Mógłbyś mi oszczędzić freudowskiej psychoanalizy przy spożywaniu
ciastek? Zresztą nie mogę wam powiedzieć, czego sobie życzyłem, bo się
nie spełni.
Pochłaniam pierwszy kęs kremowo-chrupiącej włoskiej cudowności.
Falliczne czy nie, są zbyt pyszne, żeby je marnować.
- Daj spokój, nie możesz być taki przesądny. A co, jeśli pomożemy ci
spełnić to życzenie? Co jeśli wszechświat posłał nas, totalnie
zajebistych najlepszych przyjaciół, żebyśmy stali się twoimi SŻ? - Avery
uwielbia posługiwać się żartobliwymi akronimami i właśnie przeszła do
swojej mądro-doradczej fazy zjazdu, którą kocham, chociaż nigdy się do
tego nie przyznam.
- Niech zgadnę, sentymentalnymi żabnicami? - podsuwam, również
żartobliwie.
- Raczej spełniaczami życzeń, głuptasie!
- Bycie spełniaczem życzeń brzmi strasznie męcząco - jęczy Mateo. - Nie
mogę po prostu dać ci buzi i tyle?
Serce mi przyspiesza, ale tylko na moment.
- Nie, dzięki. Nie trzeba.
Sięgam po szklankę wody, którą przyniosła mi Avery, bo muszę przełknąć
okruchy cannoli oraz własną dumę. Na pierwszym roku myślałem o pocałowaniu Mateo. Dużo. To było, zanim wyszedłem z szafy, ale już po
tym, jak zostaliśmy przydzieleni do tego samego mieszkania i bardzo się
zaprzyjaźniliśmy.
Teraz nasza przyjaźń zbyt się scementowała, a on za dużo wie. Czar
prysł. I dobrze. Mówię serio. Tyle że wciąż przechowuję szkic maila do
niego w specjalnym folderze na koncie Google. To mój folder z prawie-pocałunkami sprzed coming outu (sprytnie zatytułowany "Nie
wchodzić! Pornosy z mackami!").
Tam właśnie przelałem wszystkie źle ulokowane uczucia, zanim
zorientowałem się, że jestem queerem. Zanim zatrzymałem się, padłem i wyturlałem z szafy jako gej. Chociaż sam nie wiem, czy wciąż się tak
identyfikuję.
W folderze są w sumie cztery niewysłane wiadomości. Nie myślałem o nich
przez ostatnie pół roku.
- Nie ma nikogo z naszego liceum, kogo chciałbyś pocałować? - pyta
Avery, bez celu scrollując media społecznościowe, z okruszkami cannolo
wciąż rozsypanymi na piersi.
Na afiszu sprzed kilku minut wyświetlam w myślach dwa nazwiska, ale je
ignoruję. A raczej próbuję je zignorować. Mimo olbrzymich starań jedno z nich rośnie jednak i jaśnieje tym bardziej, im bardziej usiłuję wyłączyć
ekran.
- Moment! - wykrzykuje Avery, jakby też widziała podświetlone litery. -
A co z Derickiem? Wiem, że jesteś starym prykiem, który już nie bywa na
portalach społecznościowych, ale widziałam, że wyoutował się na drugim
roku. W szkole miałeś obsesję na jego punkcie. Myślisz, że wróci do domu
na lato?
Derick Haverford. Jego maturalne zdjęcie w purpurowo-czarnym birecie i todze pojawia się na parodii pin-upowego plakatu pod wielkim afiszem. To
samo zdjęcie, w które po skończeniu szkoły wpatrywałem się pod kołdrą,
przyświecając sobie telefonem. Zdjęcie, wokół którego czerwonym
długopisem rysowałem kształtne serduszka przed fatalnym wieczorem
spalonego prawie-pocałunku. "Chory z miłości" nawet w połowie nie oddaje
stanu, w jakim się znajdowałem.
Nie mam wątpliwości, że przyjedzie do domu na lato, bo jego ojciec jest
inwestorem i współwłaścicielem firmy przewozowej Any Weather
Transportation, która obsługuje linie autobusowe między Filadelfią i Nowym Jorkiem. Jeśli korzystasz z transportu publicznego, żeby dojechać
do pracy lub w celach rozrywkowych, z pewnością kojarzysz firmę
przewozową Any Weather i twarz lekko posiwiałego mężczyzny z lokalnych
kampanii reklamowych.
Jestem ciekaw, czy Derick będzie tak wyglądał jako poważny dorosły
człowiek.
Jestem ciekaw, czy on też czasem o mnie myśli.
- Zghostował mnie, nie pamiętasz?
Czy to się nadal zalicza jako ghosting, kiedy jest się tylko parą
przyjaciół, którzy raz prawie się pocałowali? Może to ghoulowanie,
zombiakowanie albo poltergeistowanie? Ta z opcji, która najbardziej
przeraża i najrzadziej krzyczy "łuu!".
- Och - Avery bawi się pasemkiem włosów, unikając mojego wzroku. -
Racja.
- Za ghosting powinna grozić kara śmierci - mówi Mateo, z prędkością
światła pisząc coś na telefonie. Podnosi wzrok i zauważa nasze
zatroskane miny. - Co? Ech, no dobrze. To chociaż publiczne wybatożenie.
- Publiczne wybatożenie? Chciałbyś - droczy się z nim Avery. Mateo to
dumny kinkster, za co go kochamy.
Chociaż bardzo bym chciał ukarać Dericka za rzucenie w kąt cudownej
rocznej przyjaźni na rzecz zmienianych jak rękawiczki chłopaków z bractwa studenckiego i pozwolenie na to, żeby nasza więź przekształciła
się w emocjonalne uzależnienie, nie mogę wiele zrobić. Jest jak jest. Na
zawsze pozostanę jego "może". On na zawsze pozostanie moim "prawie".
- Derick należy do przeszłości - wzdycham, nie pozostawiając żadnych
wątpliwości. - Może spotkam kogoś w pracy. W sumie zawsze miałem taką
fantazję. Poczuć chemię z kinomanem, który ma taki sam gust jak ja.
Serio, to miejsce jest moją jedyną nadzieją. Przez całe lato będę
przykuty do Wileya. Robię wszystko, żeby uchronić kino przed
zamknięciem.
Mój szef Earl nigdy nie przyznałby, że kino ma problemy finansowe, ale
jak mogłoby ich nie mieć, skoro co sekundę pojawia się kolejna platforma
streamingowa?
- Chcę mieć pewne zatrudnienie. Studenckie kredyty same się nie spłacą -
dodaję.
- Wiem, że dopiero awansowałeś, ale chyba nie myślisz o pozostaniu tam
dłużej niż do końca lata? Będziemy już dorośli i powinniśmy mieć, no
wiesz, poważną robotę.
- Co za wnikliwość - przewracam oczami w kierunku Avery. - A niby w jaki
sposób Wiley nie jest, no wiesz, poważną robotą?
Wzrusza ramionami, jeszcze głębiej zapadając się w poduszki leżące na
kanapie.
- To znaczy, oczywiście nie chcę, żeby kino się zamknęło czy coś.
Pracujemy tam razem od liceum. To nasze szczególne miejsce. Zrobię
wszystko, żeby ten sezon był świetny, ale zamierzam jak najszybciej
szukać pracy na pełen etat. Earl za dobrze nie płaci.
- Nie płaci? - wtrąca Mateo. - Jak to się stało, że dałem wam się
namówić na tę robotę?
- Bo niby twoja gaża w teatrze letnim Rosevale byłaby dużo wyższa? -
odcina się Avery.
Mateo, po koszmarnym zamieszaniu z castingiem, w wyniku którego nie
dostał roli Bobby'ego w musicalu Company, musiał się zmierzyć z prawdziwym wyborem Zofii między obsługą stolików u rodziców, w filipińskiej restauracji fusion na Brooklynie, a dołączeniem do nas w krainie sezonowego kina i zarobieniem trochę grosza.
- Tam przynajmniej płaciliby mi brawami.
Avery posyła w jego stronę okruszek.
Nawet nie zamierzam rozważyć jej sugestii. Myśl o pozostawieniu Wileya
wywołuje u mnie wysypkę. Mam tę robotę zakodowaną w genach. To z jej
powodu studiuję filmoznawstwo. Większość ludzi składa się w sześćdziesięciu procentach z wody, ale przysięgam, że ja składam się już
w sześćdziesięciu procentach z coli z nalewaka.
- Czas na mnie - mówię. Nie mogę dłużej tak siedzieć, mierząc się z niepewnymi uczuciami. - Dobranoc, kochani.
- Już do łóżka? - pyta Avery, wzdychając teatralnie. Wie, że udaję
zmęczenie.
Mateo podrywa się, kurczowo trzymając telefon w pomalowanych na bursztyn
szponach.
- Wygląda na to, że moja noc dopiero się rozpoczyna.
Odwraca ekran w naszą stronę. Klubowa toaleta najwyraźniej zrobiła
swoje. Przystojny czarnoskóry chłopak o okrągłej twarzy i z ogoloną
głową, którego kojarzę jako studenta pierwszego roku w instytucie gender
studies, wysłał na numer Mateo selfie z załączoną wiadomością:
Nwm kim jesteś, ale zrobiłeś sobie bdb reklamę
Może to nie sonet Szekspira, ale nie mam wątpliwości, że Mateo jest
zachwycony. Odpisuje w zawrotnym tempie.
- Widzę się z nim w ogrodach biblioteki za dziesięć minut.
Biblioteczne ogrody stanowią jedyne miejsce na kampusie, którego
regularnie nie patroluje ochrona. Jeśli stanie się we właściwym miejscu,
można uniknąć wzroku kamer. W każdą noc weekendu da się napotkać między
różanymi krzewami i pergolami co najmniej osiem par na różnych etapach
gry wstępnej.
Jeśli to jeszcze nie jest boleśnie oczywiste, nigdy tam nie byłem. I nigdy nie pójdę. Tak naprawdę nigdy nie miałem ochoty.
- Uwierzysz, że lustro podziałało? Przecież nigdy nie działa - rozpływa
się Mateo.
- Magia WDL - stwierdza Avery, wymownie stukając mnie w pierś. -
Wychodzenia. Do. Ludzi.
- TBH nie miałbym nic przeciwko WDL z ładnym chłopcem, ale ZTCP jak na
razie z miłością idzie mi raczej kiepsko - odburkuję, wygrywając z Avery
w jej ulubioną grę.
- To zrób jak celebryci w aplikacji do notatek i ZN. - Po aversku:
"zmień narrację".
- Jeszcze rozchodniaczek - mówi Mateo, zdejmując butlę waniliowej wódki
z honorowego miejsca na szczycie pożółkłej lodówki.
Wciąż jestem podpity po żurawinowych drinkach z klubu, ale biorę
kieliszek w osiołki, który przywiozłem z wycieczki do Dublina. Mateo
leje szczodrze, ale zawsze rozlewa. Dostanę maksymalnie trzy czwarte
shota. Nie będzie źle.
- Wszystkiego najlepszego, słonko. Niech dwadzieścia dwa szczęście ci
da!
- Sam to wymyśliłeś? - pyta osłupiała Avery.
- Nie jesteś tu jedyną poetką i dobrze o tym wiesz! - Mateo wysuwa
biodro, przyjmując pozę supermodela.
Stukamy się kieliszkami. Chórem recytujemy nasz rubaszny irlandzki
toast:
- Pijmy za was, pijmy za mnie, nasza przyjaźń niech nie słabnie, gdy
niezgoda nas dopadnie, chuj wam w dupę, pijmy za mnie!
Łyk alkoholowej rozkoszy ostro pali mnie w przełyku. Zaczęło mi
dźwięczeć w uszach, jakby dzwony obwieszczały nowy początek. Ale
początek czego?
- Papatki! - Mateo łapie klucze, kurtkę i legitymację studencką. Drzwi
zamykają się za nim z głośnym trzaskiem.
Avery znów scrolluje, więc wymykam się, jeszcze bardziej pijany, do
sypialni. Dekoracyjne lampki wciąż świecą, oświetlając kolekcję
filmowych plakatów od Casablanki po Czarnoksiężnika z Oz. Mam nawet
trochę nowszych, na przykład Lady Bird i Moonlight. Zwykle w otoczeniu filmowych gadżetów czuję się swojsko, ale z jakiegoś powodu
dzisiaj, po drugiej stronie dwudziestki dwójki, nagle jestem zagubiony.
To chyba ta cała dyskusja na temat mojego niedorozwiniętego życia
uczuciowego i niejasne, ledwo zarysowane postanowienie. Już na samą myśl
rzucam się do laptopa, żeby odblokować folder z mackowym porno. Chwilę
później rozczulam się już nad każdym słowem i zdaniem zapisanej na
elektronicznym papierze ckliwej prozy, upamiętniającej pierwsze
pocałunki, które nigdy nie nastąpiły.
"Drogi Dericku..."
"Drogi Mateo..."
"Drogi Cole'u..."
"Drogi Alfie..."
"Czy pamiętasz tę noc, gdy..."
"Gdyby tylko tata przyszedł pięć minut później..."
"Wiem już od Halloween..."
Im dłużej czytam, tym cięższe robią się moje powieki i tym bardziej
wyrazy zlewają się na ekranie. Mimo że niebieskie światło podobno działa
jak stymulant, nie mogę pokonać zamglenia umysłu i opadającej głowy. I właśnie wtedy pijacki pomysł pojawia się jak dymek w komiksie: "Wyślij
je. Wyzywam cię!".
To zły pomysł z wielu różnych powodów, ale główny bohater, który wybiera
się na pocałunkową misję, potrzebuje ekranowego partnera, no nie? Mój
mózg nie rejestruje tego, co robią palce. Po jakiejś godzinie, zatopiony
w powodzi uczuć, ściągam okulary w podrabianych oprawkach, kładę głowę
na blacie i tracę świadomość przy akompaniamencie łagodnie świszczących
sygnałów wysyłania wiadomości.
Rozdział 3
Poranne słońce wyrywa mnie ze snu. Pośród chaosu i cannoli nie
zasłoniłem okna. Gdy otwieram oczy, zdaję sobie sprawę, że nawet nie
dotarłem do łóżka. Na lewej stronie twarzy mam odciśnięte kwadratowe
ślady od klawiatury laptopa.
Pociągam wodę z butelki z symbolami college'u Rosevale, jakbym był
zagubionym na pustyni wędrowcem. Wciąż jednak odnoszę wrażenie, że mam
usta pełne waty, przypomina to stan po usunięciu dwóch ósemek. Tyle
tylko, że tym razem nie jestem naćpany gazem rozweselającym.
Podnoszę się, a w głowie wciąż mi łupie. Gdyby dało się zamówić śmierć
przez aplikację, zrobiłbym to natychmiast: duża porcja wiecznego snu,
poproszę bez nudności.
Przynajmniej jest sobota. Powinienem uczyć się do egzaminów, pisać prace
i planować prezentacje grupowe, ale... Nie muszę nigdzie iść.
Moje mięśnie rozluźniają się na samą myśl o całym dniu na zajęcie się
sobą przed sesyjnym triathlonem. Wyciągam staromodną kasetę VHS z imponującej kolekcji i pozwalam Norze Ephron przywrócić mnie do życia.
Zwijam się w kłębek na pojedynczym łóżku i jęczę, kładąc pilota na
materacu. Nie ma nic lepszego na kaca niż słuchanie kwiecistych przemów
Toma Hanksa na temat bukietów z ołówków. Film odbija mi się po
wewnętrznej stronie powiek. Widziałem go tyle razy, że znam na pamięć
każde ujęcie. Bez wysiłku przywołuję jesienną kolorystykę.
W anielski śpiew The Cranberries towarzyszący cudownemu montażowi
nowojorskiej Upper West Side wdziera się dźwięk powiadomienia. Może to
doktor Tanson chce się ze mną umówić na spotkanie na koniec semestru.
Jest moją promotorką na filmoznawstwie i kierowniczką instytutu. Jeśli
nie odpiszę jej w ciągu dziesięciu minut od otrzymania maila, odpowiedź
na pewno zagubi się w czeluściach jej wiecznie przepełnionej skrzynki
odbiorczej. Wlokę się do laptopa obklejonego winylowymi naklejkami z Gretą Gerwig i Noah Baumbachem, żeby zobaczyć, o co chodzi.
Na górze ekranu widzę pasek przychodzącej wiadomości, a gdy w niego
klikam, moim zdumionym oczom ukazuje się od dawna niewidziany adres.
OD: Derick.Haverford.Photo@gmail.com
DO: RolandOnTheRiver14@gmail.com
TEMAT: Re: Ostatni wieczór w kinie Wileya
Hej, nieznajomy,
Dawno nie gadaliśmy.
Wow... Nie spodziewałem się takiego rozpoczęcia dnia.
Nie.
Nienienienienienienie.
Wspomnienia poprzedniej nocy przykuwają mnie do krzesła. Szczęki mi się
zaciskają, a puls przyspiesza. Modlę się, żeby podróż w czasie wciąż
wchodziła w grę jako moja sekretna supermoc.
W panice otwieram Google i próbuję się dowiedzieć, jak anulować
wysyłanie maila. Już otrzymanego maila. Już przeczytanego maila. Maila,
na którego już się dostało odpowiedź.
Tak to się kończy, kiedy ktoś przegina z wódką. Tak to się kończy, gdy
najlepsi przyjaciele wypominają komuś bycie głupim romantykiem. Tak to
się kończy, gdy ktoś wypije o jednego shota za dużo pomimo bolącego
serca, w desperacji, żeby dogonić rówieśników.
Chyba zwymiotuję. Z trzaskiem zamykam laptop i rzucam się w stronę
wspólnej łazienki, przebiegając obok siedzącej w pokoju dziennym Avery.
Zasnęła na kanapie, tuląc się do naszej ulubionej poduszki z napisem
"Twinki i wydry, i miśki, och jej!". Na szczęście Mateo nie widać na
horyzoncie.
Pochylam się nad żółtym sedesem. Mam odruchy wymiotne, ale moje ciało
nie chce niczego z siebie wyrzucić - ani alkoholu, ani przedimprezowych
przekąsek, ani napęczniałej kuli emocji. Osuwam się na zimne białe
płytki, odblokowuję telefon i czytam dalej:
Podejrzewam, że mogłeś mi to wysłać niechcący. Nie ma sprawy, jeśli tak
było. Bez stresu.
Bez stresu? Składam się w 100% ze stresu, angstu i głupoty. Nie
podnosząc się z podłogi, sięgam i wymacuję na zabałaganionym blacie
malutki papierowy kubeczek. Odkręcam kran i pozwalam zimnej wodzie
ściekać na grzbiet dłoni. To pierwsze miłe uczucie tego ranka.
Ledwo upijam pierwszy uspokajający łyk, gdy od strony głównego wejścia
dobiega głośne powitanie.
- Kochaaani, wróciiiłem!
Mateo brzmi jak Ricky Rickardo z Kocham Lucy, ale śmiech publiczności
nie stanowi nagrody za efektowne wejście. To szyderczy śmiech ze mnie,
chłopaka wpychającego sobie do buzi czekoladki, podczas gdy taśmociąg
jego życia uczuciowego gwałtownie przyspiesza, wymykając się spod
kontroli.
Teatralnie wypluwam wodę do sedesu, bo przypominam sobie, że Mateo
dostał jeden z maili.
Powinienem był usunąć wiadomość, gdy wprowadziliśmy się do 3B z Mateo i Avery na początku pierwszego roku. Uczucia zdążyły już ostygnąć. Nasz
prawie-pocałunek na hawajskiej imprezie w Pride House, na której
zjawiliśmy się w identycznych koszulach hawajskich i kwiatowych
wieńcach, należał do przeszłości. Drzwi do czegoś więcej zostały
zamknięte na kłódkę.
Teraz czołgam się do prawdziwych drzwi, zatrzaskuję je i przekręcam
zamek. Wiem, że nie mogę się tu ukrywać do końca świata. Żeby zachować
pozory normalności, odkręcam prysznic, ale pod niego nie wchodzę.
Kiełkuje we mnie podejrzenie, że bez względu na to, ile lawendowego
peelingu zużyję, już nigdy nie zaznam spokoju.
- Wren? - Z drugiej strony drzwi dobiega zaspany głos Avery. - Czy znowu
unikasz nas, udając, że bierzesz prysznic?
- Mnie na pewno unika. Patrz na to - mówi Mateo czymś, co wydaje mu się
normalnym szeptem, ale tak naprawdę jest to szept teatralny, idealnie
słyszalny przez cienką płytę.
Zbieram wszystkie siły, szybko otwieram drzwi i wyszarpuję mu telefon.
Żadne z przyjaciół nie ma czasu zareagować. Biegnę do pokoju dziennego i rzucam się na kanapę, desperacko szukając przycisków, za których pomocą
da się usunąć dowody mojego emocjonalnego upadku.
Wystarczy jedno kliknięcie, żeby mail uległ samozniszczeniu. Uff. Mogę
odetchnąć.
Mateo i Avery stoją w przejściu do przedpokoju z zagubionymi, ale po
rodzicielsku zatroskanymi minami. W powietrzu unosi się rozczarowanie.
Oddaję im telefon, ale wciąż nie potrafię zaznać spokoju umysłu.
- Czy już skończyłeś zachowywać się jak jeden z tych agresywnych psów ze
schroniska, które potrzebują cierpliwego właściciela i mnóstwa
przysmaków, żeby na nowo nauczyć się kochać? - pyta Avery, podpierając
się pod boki.
Mateo odblokowuje telefon.
- Myślisz, że mnie ugryzie, jak mu powiem, że Gmail przechowuje usunięte
wiadomości przez trzydzieści dni? - Na te słowa wydaję bardzo głośny
jęk. - A tak poza tym, niby nie zrobiłbym zrzutów ekranu? - Mateo patrzy
na mnie spode łba.
Kładę się, pokonany, z rękami skrzyżowanymi na piersi dla ochrony przed
atakiem. Muszę wyglądać jak zwłoki chłopaka, który kiedyś z nadzieją
patrzył w przyszłość, ale dzisiaj skończył z niczym. Tu leży Wren
Roland, ukochany syn, znośny brat, lojalny przyjaciel i beznadziejny
romantyk (z naciskiem na "beznadziejny").
Mateo i Avery klękają przy stoliku zastawionym naszą kolekcją
kaktusowych milusińskich. Zażenowanie jeszcze we mnie iskrzy, zwiastując
śmierć systemu.
- Ja tak tylko pytam, ale czy to ma jakiś związek z rozwlekłym,
częściowo dezorientującym, mocno żenującym, ale półsłodkim mailem na
temat naszego prawie-pocałunku, który otrzymałem wczoraj, kiedy
całowałem się z Brandonem? - pyta Mateo. Nie muszę na niego patrzeć,
żeby wiedzieć, że jego brwi wykonują właśnie prowokacyjny taniec.
- Uch. Kompletnie zapomniałam, że prawie się pocałowaliście - mówi z rozbawieniem Avery. - Zabiłabym za wypad do równoległego wszechświata, w którym do tego doszło. Założę się, że chodziliście ze sobą przez, no nie
wiem, może trzy miesiące, po czym rozstaliście się z jakiegoś głupiego
powodu, na przykład kłótni o to, który album Lady Gagi jest najlepszy...
- Born This Way.
- Ścieżka dźwiękowa z Narodzin gwiazdy.
Mateo się zapowietrza.
- Bez wątpienia przechodzisz kryzys, więc udam, że tego nie słyszałem. -
Każda sylaba ocieka pogardą.
- Zrozumiemy, jeśli jeszcze nie chcesz o tym rozmawiać - zapewnia mnie
Avery.
Jestem pewny, że nigdy nie będę w stanie rozmawiać o tym, jak w pijackiej rozpaczy wysłałem do czterech chłopaków cztery wiadomości,
których nigdy nie mieli otrzymać. Myślałem, że wyjście z szafy będzie
najważniejszym życiowym wydarzeniem, jakie dam radę przetrwać tego roku,
ale jakimś cudem to zamieszanie jest jeszcze gorsze. Będzie mnie
prześladować do końca życia. Mateo nie da mi o tym zapomnieć. Kto wie,
co jeszcze Derick napisał w odpowiedzi... I mogę tylko żywić gorącą
nadzieję, że pozostałe maile się nie wysłały.
- Daj spokój. Przestań się ociągać, gadaj - żąda Mateo.
Mój umysł to jedna wielka ruina. Wstrząsy wtórne wciąż przetaczają mi
się przez mostek. Nie mam pojęcia, co te maile oznaczają ani dlaczego je
wysłałem. Jasne, byłem smutny, pijany i wkurzająco ogarnięty tęsknotą,
ale to nie wyjaśnia, czemu od razu nie napisałem kolejnych wiadomości o treści: "Przepraszam! Zhackowali mi konto! LOL LMAO hahahahahahahaha.
Prześlij bitcoiny".
Moment. Czy już za późno, żeby tak zrobić?
- To stary mail - mamroczę, bawiąc się kawałkiem nitki wystającej z podłokietnika.
Decyduję się nie wspominać o pozostałych. W każdym razie nie teraz.
- No co ty nie powiesz. Tego się domyśliłem. Ale dlaczego teraz? Czemu
wysłałeś go teraz? - pyta Mateo.
- Nie chciałem...
To brzmi żałośnie. Mogę wymyślić miliard wymówek, ale to nie zmienia
faktu, że jakaś część mojej podświadomości jak najbardziej chciała je
wysłać. Może po prostu potrzebowałem uwagi, szansy. Nie wiem.
A może wydawało mi się, że to będzie pierwszy krok pocałunkowej misji.
Zebrać do kupy "prawie" i zmienić je w rzeczywistość. Jest w tym jakaś
pokręcona logika.
- Nie chciałeś czy pożałowałeś już po fakcie?
- Uch. - Uciskam sobie oczodoły dolną częścią dłoni.
- Słońce - mówi Mateo, wyciągając rękę ponad stolikiem i kładąc mi ją na
ramieniu. - Nie oceniam cię. Próbuję się dowiedzieć, czemu tak
dziwacznie się zachowujesz.
Zachowuję się tak dziwacznie, bo wyoutowałem się przed rodziną jako gej
mniej więcej pięć miesięcy temu, ale wciąż coś mi zgrzyta. Lepiej się
czuję ze słowem "queer". Mam wrażenie, że ono lepiej oddaje moje
wnętrze, ale nie jestem pewien, czy chcę je wypowiedzieć na głos ani co
to wszystko oznacza. Nie mogę tak po prostu zrobić kolejnego coming
outu. Jeśli dodamy do tego mailową porażkę i czekające nas ukończenie
studiów, dziwaczne zachowanie jest chyba uzasadnione. A nawet zasłużone.
- Wszystko okej? - pyta Avery po dłuższej ciszy.
Świetne pytanie. Na które nie mogę odpowiedzieć, zanim nie ugaszę
pożaru. Dlatego wstaję i zdejmuję smycz z legitymacją z haka przy
drzwiach. Na nogi wkładam sportowe buty, a na grzbiet - dżinsową kurtkę,
której jeszcze nie nosiłem tej wiosny. Chociaż nie biorę książek ani
laptopa, mówię, że muszę iść się uczyć, zaczerpnąć świeżego powietrza,
pobyć sam. Jak przystało na wspierających przyjaciół, bez oporów dają mi
przestrzeń.
Zatrzaskuję drzwi z hukiem, ale mnie to nie rusza. Jestem zbyt przejęty
misją odzyskania godności.
* * *
Gdy chcę być sam, udaję się do biblioteki, na poziom B. Wszechobecne
stłumione głosy i stukanie paznokci o klawiaturę zlewają się, tworząc
żywe nagranie ASMR, specjalnie dla mnie wykonane w wersji
wielokanałowej.
Tutaj czuję się bezpieczny i spokojny. W niczym nie przypomina to
głuchej ciszy poziomu C, gdzie Avery rzuca gniewne spojrzenie nawet
najciszej kaszlącym studentom. Nie jest tu też tak hałaśliwie jak na
poziomie A, na którym Mateo i jego koledzy ze studiów teatralnych głośno
czytają sztuki Tennessee Williamsa z kiepskim południowym akcentem.
Mój mały, przytulny kącik na poziomie B jest odcięty od świata i, co
ważniejsze, od współlokatorów. Mailowy powrót do przeszłości to coś,
czym muszę zająć się sam. Przynajmniej na razie. Przyjaciele nie
potrafiliby zrozumieć ogromnego żalu, który zagnieździł mi się w klatce
piersiowej. Dlatego siedzę tutaj, zalogowany do jednego z uniwersyteckich komputerów, konfrontując się z odpowiedzią Dericka.
Wstrzymuję oddech i otwieram wiadomość.
OD: Derick.Haverford.Photo@gmail.com
DO: RolandOnTheRiver14@gmail.com
TEMAT: Re: Ostatni wieczór w kinie Wileya
Hej, nieznajomy,
Dawno nie gadaliśmy.
Wow... Nie spodziewałem się takiego rozpoczęcia dnia.
Podejrzewam, że mogłeś mi to wysłać niechcący. Nie ma sprawy, jeśli tak
było. Bez stresu.
Wypuszczam powietrze. Okej, czyli oczy mnie nie zmyliły. Nie jest to
rządek sparklących serduszek i oświadczyny, ale też nie koniec świata,
prawda? Czuje się mile połechtany. Zdziwiony. Może zawstydzony. On
jednak nie ma problemu z tym, że obnażam przed nim duszę bez żadnego
filtra. Nie wysyła zrzutów ekranu do wszystkich znajomych i nie śmieje
się ze mnie za plecami.
Mam nadzieję.
Pamiętam tę noc. Większość. Ciebie i wszystkich naszych przyjaciół.
Kiedy zaczął się film, ze skrzyni pick-upa mogliśmy dojrzeć tyle gwiazd.
Poduszki, koce, światełka. Było naprawdę pięknie.
Pięknie. Pamięć zmysłowa wywołuje lekki dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
Chodzi o lato sprzed college'u. Pozbawione wszelkich ograniczeń.
Pożyczyłem samochód od taty, Earl dał mi wolny wieczór i całą grupą
skrzyknęliśmy się, żeby obejrzeć najnowszą premierę.
Chociaż film nie był jakiś wybitny, nie przeszkadzało mi to. Spędziłem
seans wtulony w Dericka pod wspólnym kocem (wykradzionym z pokoju
siostry), z darmowym wiaderkiem popcornu ze stoiska z przekąskami.
Ponieważ cała nasza dziewiątka nie mogłaby wjechać na teren kina w pick-upie taty, niektórzy musieli wziąć własne samochody i zaparkować je
na parkingu technicznym tyłem do ekranu. Gdy do nas dołączyli, śmialiśmy
się, jedliśmy i robiliśmy selfie, a przyszłość zdawała się odległa. Do
załatwienia jutro.
Jednak z biegiem wieczoru znajomi zaczęli stopniowo rozchodzić się do
domów.
To było nasze ostatnie spotkanie w tej grupie przed pójściem do
college'u. Czy mi się tylko wydaje, czy było trochę słodko-gorzkie?
Z mojej perspektywy słodycz przeważała nad goryczą.
W końcu zostaliśmy z Derickiem sami. Tak jakby. Avery przysnęła
niedaleko na stosie poduszek. Skończył nam się popcorn, a podczas
drugiego filmu (jakimś cudem jeszcze nudniejszego od pierwszego) miałem
wrażenie, że pod kocem czuję dotyk ręki Dericka na dłoni.
Nasze spojrzenia spotkały się jak w romantycznej scenie z pobocznego
wątku. Pick-up stał w jednym z ostatnich rzędów częściowo pustego
parkingu, więc wiedziałem, że nikt nas nie zobaczy. Gdybym miał jaja,
mógłbym się do Dericka zbliżyć. Serce waliło mi w piersi i byłem
przekonany, że on nachyla się ku mnie. I już kiedy wyglądało na to, że
hormonalne przyciąganie zwycięży, Avery obudziła się gwałtownie,
zmuszając nas do natychmiastowego powrotu na poziom platoniczny.
- Co mnie ominęło? - spytała, sięgając po żelki leżące nam na kolanach.
Chwila została całkowicie zrujnowana. Po powrocie do domu płakałem,
pisząc do niego wiadomość.
Nie złość się, ale nie do końca pamiętam akurat ten moment. A w każdym
razie nie tak samo. Dużo się działo. Było późno. I mam nadzieję, że Cię
nie zranię, ale szczerze mówiąc, nie myślałem o Tobie w ten sposób.
Wow. Trochę za późno z tą nadzieją. Moje uczucia zostały zmasakrowane.
I, cholera, rozpłakałem się w bibliotece. Nie żeby zdarzyło się to po
raz pierwszy, ale nigdy nie byłem aż tak zdruzgotany.
Tak naprawdę o nikim nie myślałem w ten sposób. Nie pozwalałem sobie na
to. To skomplikowane. Miałem sporo... problemów z określeniem własnej
seksualności. Nie bierz tego do siebie.
"Nie bierz tego do siebie"? Jakby nie wystarczyło, że mnie zghostował.
Teraz jeszcze oficjalnie mnie odrzucił. Na piśmie. Ślad, który
pozostanie już na zawsze, brukając pamięć naszego idealnego
prawie-pocałunku. Właśnie dlatego powinienem się nauczyć, że historie
miłosne to domena filmów.
Dziewczyna z o dwa lata młodszego rocznika, z francuskim warkoczem i w koszulce z Taylor Swift, spogląda na mnie ze współczuciem z drugiego
końca rzędu komputerów i łagodnie pociesza:
- To tylko sesja. Dasz radę.
Gdyby tylko powodem moich łez było coś tak głupiego i trywialnego jak
oceny. Biorę się w garść na tyle, żeby jej podziękować, i zmuszam się do
dokończenia nieszczęsnej odpowiedzi Dericka.
Podpisał wiadomość:
Do zobaczenia niedługo,
Derick (ale to już wiedziałeś)
Do zobaczenia niedługo? Co może mieć na myśli?
PS Spóźnione wszystkiego najlepszego, Wrenji.
Wrenji.
Tylko on mnie tak nazywał. Pierwszego dnia czwartej klasy podstawówki w Willow Valley nauczyciel przyrody posadził go obok mnie. Ja byłem cichy
i nieśmiały (do jakiegoś stopnia nadal jestem), więc kiedy mu się
przedstawiłem, usłyszał "Ben" zamiast "Wren".
- Czy ktoś mówi na ciebie Benji? - spytał.
- Jeśli masz na myśli Wrenji, to tak - zażartowałem.
Spojrzał na mnie zdezorientowany.
- Okej. Miło cię poznać, Wrenji.
Byłem zbyt zdenerwowany, żeby go poprawić. W końcu przezwisko stało się
naszą małą tradycją, co mi nie przeszkadzało. Teraz jednak wolałbym,
żeby nie zostało użyte w roli broni masowego rażenia emocjonalnego.
Zanim w ogóle zabiorę się do odpisywania, rozpraszam się, klikając link
do strony Dericka w stopce maila. Najwyraźniej zaczął robić zdjęcia
zawodowo. Kiedyś pełnił funkcję nadzwyczajnego fotografa szkolnych
albumów Willow Valley. Żadna fotka nie mogła pojawić się w albumie bez
jego wyraźnej zgody. Miał wybitny talent do uwieczniania chwil.
Wygląda na to, że teraz zaczął zajmować się portretami - zdjęciami
aktorów do portfolio i profesjonalnymi profilówkami na LinkedIn. Layout
strony jest minimalistyczny, z szaroniebieskim tłem. Portfolio
prezentuje się imponująco. Obsłużył nawet kilka sporych imprez, słodkich
szesnastek i bar micw.
Jego zdjęcia potrafią przenieść oglądającego w cudze wspomnienia. Rzecz
jasna, nie znam mężczyzny w średnim wieku, który na fotografii zapala
świeczkę w towarzystwie córki ubranej w fioletową suknię balową i diadem, ale mam wrażenie, że jednak znam. To właśnie tak urzeka w pracach Dericka.
Gdy wchodzę w oddzielny folder, widzę, że wrzucił na stronę nawet
niektóre zdjęcia z liceum. Scrolluję fotki z meczów lacrosse i balu
maturalnego.
Podczas przeglądania kolekcji dostrzegam znajomą twarz. Wielkie oczy za
okrągłymi okularami. Niesforna czupryna ujarzmiona za pomocą masy
kosmetyków.
To ja w granatowym fraku. Stoję uśmiechnięty razem z Avery w bogato
udekorowanej hotelowej sali balowej. Avery śmieje się z mojego żartu, a ja trzymam ją za odsłonięte ramię, pomagając jej zachować pion na zbyt
wysokich obcasach. Rzuciła je w kąt tuż po zrobieniu zdjęcia i zamieniła
na wyciągnięte z kopertówki różowe skarpetki.
Złość wypełza ze swojej mrocznej kryjówki i brutalnie rozprawia się ze
smutkiem.
Dlaczego to opublikował? Jeśli tak mało dla niego znaczyłem na pierwszym
roku studiów, kiedy podczas ferii zimowych przestał się do mnie odzywać,
dlaczego zachował tę małą pamiątkę po naszej relacji? Przestał
przychodzić na grupowe spotkania, zaczął spędzać więcej czasu z braćmi,
którzy namawiali go do ubiegania się o miejsce w sekcji bractwa Delta
Tau Delta w jego college'u. Wszyscy mężczyźni z jego rodziny należeli do
bractwa i bardzo im zależało, żeby podtrzymał tradycję. To był ważny
czynnik przy wyborze szkoły.
Coś w nim wtedy stwardniało. Opuścił licealny czat, a prywatne
wiadomości zostawiał bez odpowiedzi. A teraz...
Mam mu odpisać? Czy on w ogóle na to zasługuje? Czy teraz moja kolej na
zerwanie kontaktu?
Te pytania smakują jak wspomnienie przesłodzonych lasek cukrowych, które
rozdawaliśmy jako elfy-wolontariusze podczas strażackich mikołajek
organizowanych przez Komendę Straży Pożarnej Willow Valley. Zaliczaliśmy
w ten sposób zajęcia z zarządzania. Ja zapisałem się pierwszy, a Derick
dołączył.
Gdy dotarliśmy na stację, komendant w czerwonym stroju, wypchanym
poduszką, wręczył nam dwa wieszaki i spytał, czy nie jesteśmy
przypadkiem zbyt duzi na zabawę w elfy.
Okazało się, że jesteśmy. Kostiumy miały dziecięcy rozmiar XL, a widok
Dericka w obowiązkowych legginsach w paski, które na nim wyglądały jak
bardzo obcisłe rybaczki, wywołał u mnie wybuch śmiechu. Ale on zachował
zimną krew i w grudniowej aurze przechadzał się ulicami Willow Valley,
jakby nigdy w życiu nie było mu wygodniej.
A ja? Ciągnąłem się za nim i próbowałem wtopić w otoczenie, naciągając
czapkę na twarz, żeby nikt mnie nie rozpoznał.
Żeby mnie rozluźnić, Derick poprosił kierowcę ciężarówki o puszczenie na
cały regulator mojej ukochanej świątecznej piosenki, White Christmas.
- Śpiewaj ze mną, Wrenji! - przekrzykiwał muzykę.
Chwilę później radośnie śpiewała już cała ulica. Derick objął mnie
silnym ramieniem, przyciągnął do siebie, i maszerowaliśmy w podskokach
jak prawdziwe elfy na dwudziestego szóstego grudnia.
Kiedy wróciliśmy na komendę i zostaliśmy sami w gabinecie, wciąż
trząsłem się jak osika. Zima w Pensylwanii to nie przelewki. Właśnie
miałem się przebrać w oversize'owy wełniany sweter, gdy Derick zauważył,
że cały drżę, i poczęstował mnie ostatnim kubkiem gorącego kakao.
Podziękowałem mu i uniosłem kubek do ust. Zanim upiłem pierwszy łyk,
dotknął mojego nadgarstka, szepcząc:
- Ostrożnie. Nie poparz się.
Dmuchnął z drugiej strony naczynia. Poczułem na wargach jego oddech.
Nagle zacząłem trząść się jeszcze bardziej. A gdy podczas picia
zorientowałem się, że moje usta znajdują się tam, gdzie przed chwilą
były jego, zakrztusiłem się.
- Wszystko w porządku? - spytał. Pokiwałem głową, kaszląc jak szalony. -
Już, już. - Wziął ode mnie kubek i poklepał po plecach.
Gdy się uspokoiłem, przytulił mnie mocno.
- Żebyś się rozgrzał - oznajmił.
- Taaa - odparłem, roztapiając się jak pianki w kakao. - Żebym się
rozgrzał.
Wiedziałem jednak - czy raczej wydawało mi się - że chodzi o dużo
więcej.
Naprawdę szczerze myślałem, że my też moglibyśmy stać się czymś więcej.
A jednak od samego początku się myliłem - Derick nie tylko do niczego
mnie w życiu nie potrzebował, ale też w ogóle mnie nie chciał.
Jednym ruchem ściągam różowe okulary nostalgii, strzelam kłykciami i zmuszam się do odpowiedzi:
Masz rację. To było niechcący. Byłem pijany. Proszę, zapomnij, że to się
wydarzyło.
Pozdrawiam,
Wren
Tuż przed wysłaniem wiadomości dodaję jeszcze:
PS Dzięki. Miło, że pamiętałeś.
Klik. Bam. Poszło.
Pocałunkowa misja została oficjalnie odwołana.
Wylogowuję się, wyrzucam latte ze smętną, roztopioną warstewką bitej
czekolady, i wychodzę na majowe słońce. Ciepło owiewa moją twarz, a ja
zdejmuję dżinsową kurtkę i przewiązuję ją sobie w pasie.
W połowie drogi do mieszkania myślę z ulgą: "Jeśli pozostali też
odpiszą, dam sobie radę. Przynajmniej najgorsze mam już za sobą".
Rozdział 4
A jednak najgorsze jeszcze przede mną.
Derick
Będzie mi trudno tak po prostu zapomnieć o twoim mailu, skoro mamy razem
pracować przez całe lato.
No i klops. Jedna jedyna wiadomość wystarczyła, żeby zrujnować coś, co
miało być doniosłą okazją.
Ceremonia ukończenia studiów college'u Rosevale odbywa się na olbrzymim
boisku do futbolu amerykańskiego. Wysuwam stopy z czarnych mokasynów.
Przystrzyżona trawa łaskocze mnie w palce. Dzień jest nieprzyzwoicie
gorący, słońce praży na całkowicie bezchmurnym niebie. Trybuny po obu
stronach roją się od rodziców, krewnych, znajomych i wykładowców. Na
jednej z wyższych ławek dostrzegam tatę, mamę i moją młodszą siostrę,
Claire, wachlujących się usztywnianymi programami uroczystości.
Jednym zdaniem: wielka pompa i hektolitry potu.
Po czterech latach cierpień spodziewałem się czegoś więcej niż teczka z ekoskóry z zapisaną po łacinie kartką. Nie spodziewałem się tylko, że to
więcej zmaterializuje się w formie sensacyjnego SMS-a od Dericka.
Derick nie odzywał się przez cały tydzień, aż znienacka w samym środku
ceremonii zdecydował się wykopać przeklęty topór wojenny. Następnym
razem nie zostawię nikomu mapy miejsca, w którym go zakopałem.
Przebiegam wzrokiem przez to jedno zdanie tyle razy, że w końcu litery
składają się w coś w miarę sensownego. O co mu chodzi? Earl wysłał mi
listę nowych pracowników na ten sezon. Jedynym imieniem, które przykuło
moją uwagę, był Mateo. Czy coś przeoczyłem?
Gdy tak obsesyjnie wpatruję się w telefon, dziewczyna obok, Gemma
Rolling, rzuca mi zniesmaczone spojrzenie typu "może trochę kultury?".
Sprawa jest jednak zbyt pilna, żeby ją odkładać. Zresztą dopiero
wyczytują nazwiska na "W", więc mamy jeszcze trochę czasu, zanim
wstaniemy i podrzucimy w powietrze ozdobne birety, pozując do
pamiątkowego zdjęcia. Takiego, jakie Derick z pewnością wykonałby
olśniewająco nawet z zamkniętymi oczami.
Ja zostawiłem swój czarny biret w stanie czystym. Żadnych inspirujących
cytatów czy uczelnianych maskotek. Chciałbym móc powiedzieć, że to wyraz
niechęci do mediów społecznościowych (zresztą robótki ręczne nigdy nie
były moją mocną stroną, ku rozczarowaniu mamy), ale tak naprawdę nie mam
pojęcia, co mnie dalej czeka. Poza letnią pracą w kinie zupełnie nie
wiem, co przyniesie przyszłość, i nie istnieje tekst piosenki ani
fragment przemowy Michelle Obamy, który mógłby oddać ten zoomerski
niepokój.
Odpisuję:
Jak to: będziemy razem pracować?
Nawet nie odkładam telefonu. Kompulsywnie otwieram i zamykam różne
aplikacje, żeby dać coś do roboty niespokojnym palcom, nie zwracając
uwagi innych. Gdy otrzymuję powiadomienie, moje serce na moment
dosłownie zamiera.
Derick
Jestem nowym praktykantem od mediów społecznościowych.
Earl nic nie mówił?
To. Się. Nie. Dzieje.
Earl często zapomina mi przekazać ważne informacje, ale tym razem
naprawdę przegiął. Nie żeby wiedział o naszej wspólnej historii. A nawet
gdyby wiedział, nie przejąłby się. Chciałbym tylko, żeby choć raz
przekazał mi istotną decyzję i potraktował jak dorosłego, a nie jak
piętnastolatka z aparatem na zębach, którego zatrudnił kilka lat temu.
Jestem już menedżerem. Dostałem awans, mam na to papier! Zasługuję na
informacje!
Panika chwyta mnie za gardło. Jeśli Earl decyduje się na tak drastyczną
zmianę jak zatrudnienie na lato praktykanta od mediów społecznościowych,
to musi to oznaczać, że kino radzi sobie gorzej niż w zeszłym roku.
Wiley nie może upaść. Nie teraz, gdy wreszcie otrzymałem szansę, na
którą tak długo pracowałem. Lęk jest wystarczająco silny, żeby chwilowo
przyćmić wstyd.
Jesteś pewny? To nie brzmi jak coś w stylu Earla.
Jemu się wydaje, że Twitter to ptaszek z kreskówki, a "TikTok" robią
zegary.
Kino Wileya stanowi w moim życiu ostatni bastion normalności. Po
zakończeniu ceremonii uwolnię się ze szponów akademii, ale równocześnie
zostanę pozbawiony jedynej rutyny, jaką do tej pory znałem. Szkoła przez
dziewięć miesięcy w roku, kino przez pozostałe trzy. To jedyna
matematyka, jaką ogarnia mój umysł.
Derick
Jestem absolutnie pewny. Nie widziałeś konta na Instagramie, które już
założyłem?
Nie widziałem. Przestałem śledzić media społecznościowe po pierwszym
roku college'u. To jeden z powodów, dla których przyjaciele wytykają mi,
że jestem niepostępowym dziadkiem.
Nie lubię selfików. Nie robię dzióbków. Nie fotografuję się bez
koszulki. Nie używam ringlightów. Może i jestem staroświecki, ale z całej siły walczę z potrzebą dzielenia się życiem online, bo żenuje mnie
idea czerpania codziennej dawki serotoniny z lajków i komentarzy.
I okej, mała część mnie nie mogła znieść dręczącej obecności Dericka w każdej możliwej apce. Smartfon stawał się narzędziem tortur za każdym
razem, kiedy włączałem go, żeby śledzić życie Dericka, opowiadane za
pomocą idealnych zdjęć i memów, postępujące beze mnie. To było dołujące.
Kolejna wiadomość zawiera zrzut ekranu oficjalnej oferty pracy
skierowanej do Dericka. Niewielka pensja, minimalna liczba godzin, ale
szeroki zakres obowiązków związanych z "budowaniem marki osobistej".
(Jestem pewien, że nie Earl ujął to w ten sposób. W jego wewnętrznym
świecie markami wciąż płacą Niemcy i Finowie).
Pod spodem Derick załączył jeszcze jedno zdjęcie. Selfie.
Jest wyższy (naturalnie), przystojniejszy (nieprawdopodobnie) i w kinie
Wileya (niestety).
Stoi przed niską, różowiastą budką z przekąskami, pozdrawiając fotografa
kciukami w górę. Jego gęste włosy dosłownie lśnią w blasku słońca
chylącego się ku zachodowi. To moja ulubiona pora w kinie, tuż przed
rozpoczęciem wieczornej gorączki. Aż dziwnie pomyśleć, że kiedyś Derick
był moją ulubioną osobą, może nawet wygrywał z Avery, ale ta epoka już
dawno przeminęła. Teraz to tylko facet, który "nie myślał o mnie w ten
sposób".
W końcu przegapiam podrzucanie biretów, zaaferowany obmyślaniem
odpowiedniej odpowiedzi. Dookoła mnie wybuchają gromkie, ekstatyczne
okrzyki, ale jakoś nie potrafię się tym przejąć.
* * *
- Odchodzę z Wileya - informuję Avery, gdy tylko siadamy.
Nasi rodzice fundują nam uroczysty obiad w koszernej restauracji ze
śliwkowymi obiciami i złotymi dekoracjami. Prawdziwi dorośli zebrali się
po drugiej stronie długiego prostokątnego stołu i, pochłonięci rozmową
na temat naszych wybitnych osiągnięć, nie są w stanie dosłyszeć mojego
stanowczego obwieszczenia.
Mateo siedzi z głową w telefonie i pisze do Brandona. Twierdzi, że nawet
nie uprawiali seksu tamtej nocy. Wzięli na spółkę kubełek kurczaka z całodobowego food trucka zaparkowanego przed Studenckim Centrum Kultury
i omawiali dorobek Ryana Murphy'ego, żartując przy tym na temat
najlepszych ról Sary Paulson.
Dobrze wykarmiona zazdrość wciąż wraca po więcej.
- Co? Straszne głupoty. Nie mów tak. - Avery odrywa kawałek świeżego
chleba i macza go w stojącej przed nami miseczce oliwy z przyprawami.
- Mówię poważnie. Nie mogę tam wrócić.
Avery przestaje przeżuwać i spogląda na mnie zmrużonymi oczami.
- Bo powiedziałam, że to nie jest poważna praca? Nie miałam na myśli
tego, że tak na teraz. Chodziło mi o przyszłość - wyjaśnia, bawiąc się
kolczykiem z turkusowych koralików.
Kelnerka zaczyna przyjmować zamówienia na napoje. Proszę o kieliszek
musującego rosé, chociaż na myśl o alkoholu robi mi się niewyraźnie.
Byłem trzeźwy przez całą sesję, żeby zachować chłodną głowę i zdolność
koncentracji. Zakończyć w dobrym stylu i tak dalej. Ale tak naprawdę
alkohol przyczynił się do całego obecnego bałaganu. Chociaż przyczynił
się też do tego, że otrzymałem ostrzeżenie o inwazji Dericka na miejsce
najbliższe mojemu sercu. Czyli chyba... dzięki za pomoc, alkoholu?
- Nie, po prostu Derick zaczął tam pracować...
Mateo podnosi głowę na chwilę.
- Ten z polaroidów w akademiku?
Derick widnieje na dobrych paru zdjęciach spośród tych, które zawiesiłem
na sznurku nad łóżkiem. Posępnie kiwam głową.
- Ten Derick, który cię zghostował? Ten Derick, na którego lecisz od
niepamiętnych czasów? - Dalej niechętnie przytakuję. - Ten Derick -
ciągnie Mateo - który gapi się na nas z drugiego końca sali?
Odwracam głowę tak szybko, że prawie stacza mi się z ramion jak kula do
kręgli. Dwa stoliki dalej para oczu koloru morskiej mgły przeszywa mnie
na wylot. Derick lekko unosi duże dłonie, trzymając w gotowości
nieproporcjonalnie małe sztućce. Rękawy kasztanowej marynarki ma
podciągnięte i pomarszczone, a krawat w kwiatowe wzory zwisa smętnie z odpiętego kołnierzyka. W rodzinie notesów Moleskine Derrick jest
pomazanym zeszytem w linie.
W powietrzu powstaje wir wspomnień, który wciąga mnie do środka.
Gdy nie pracowałem, obracaliśmy się w liceum w tym samym towarzystwie.
Moje zmiany w kinie zwykle przypadały na domówkowe wieczory, ale wypady
na wybrzeże i popołudnia w centrum handlowym Willow Valley zwykle
obejmowały dziewięcioosobową ekipę: Derick grał główną rolę, a mnie
dostała się partia cichego podpieracza ścian.
Tak się jakoś złożyło, że zawsze szliśmy na tyłach grupy, wymieniając
się prywatnymi żartami i ukradkiem uczestnicząc w konkursach typu "kto
znajdzie najdziwniejszy przedmiot". Torebka w kształcie banana.
Pokrowiec na telefon z napisem "babcia wciąż ma branie" nad przerobionym
zdjęciem Betty White w bikini. Raz nawet wydałem prawie dwa dolary na
grę, w której nagrodą był pluszowy mops o rozmiarach plażowego parasola.
Wygrałem. Ochrzciliśmy pluszaka mianem Mega Mopsa, wcisnęliśmy go do
bagażnika nowiutkiego dwuosobowego samochodu Dericka i sporządziliśmy
umowę o wspólnym sprawowaniu władzy rodzicielskiej.
Wracam na ziemię, bo Mateo przesuwa mi rękę tuż przed twarzą.
- Tak, to ten sam - wyznaję, nękany serią sercowych wstrząsów, podobnie
silnych jak te, które dopadły mnie, gdy po raz pierwszy ujrzałem
nazwisko Dericka wśród otrzymanych maili.
Bez zastanowienia do niego macham. To mały, żałosny ruch. Derick zaczyna
się podnosić z krzesła, ale jego ojciec szacuje trajektorię płomiennego
kontaktu wzrokowego i szepcze synowi do ucha coś jadowitego, coś, co
zmusza go do pozostania na miejscu. Zmieszanie. Spojrzenie, które Derick
mi rzuca, ma w sobie ładunek do połowy ukształtowanych przeprosin.
Sfrustrowany, zgniatam w kulkę rąbek białego lnianego obrusa, prawie
ściągając na siebie nienapoczęte napoje.
Może to właśnie moja supermoc: elektromagnetyzm. Tyle że zamiast
turbodoładowanych przedmiotów z metalu na każdym kroku przyciągam
turbodoładowane przykrymi emocjami sytuacje.
- Do niego też wysłałem wiadomość z wyznaniem - pozwalam tym słowom
zawisnąć w powietrzu.
- Tych maili było więcej? - pyta nieco zbyt głośno Avery.
Rodzice odwracają się w naszą stronę. Uśmiechamy się niewinnie, idealnie
imitując młodzieńczą naiwność, więc wracają do rozmowy na temat zwrotów
podatku, grzejników, najlepszej marki kombuchy czy czegoś w tym guście.
- W sumie cztery. Wspomnienia prawie-pocałunków. Po jednej wiadomości do
każdego chłopaka, z którym prawie przeżyłem pierwszy pocałunek, ale w końcu nic z tego nie wyszło. - Pociągam łyk wina dla odwagi. - Mateo i Derick, do tego Cole, przewodniczący klubu filmowego, kiedy byłem w pierwszej klasie liceum, i Alfie, w którym podkochiwałem się na obozie
po ósmej klasie. Mail do Cole'a się nie wysłał, ten do Alfiego utknął
gdzieś po drodze, no a resztę już wiecie.
Moja smętna historia wydaje się nierzeczywista. Odczuwam ulgę, dzieląc
się tym ciężarem; sam nie dałbym rady go nieść.
- Cole? Serio? Był strasznym chujem - mówi Avery.
- Dla mnie był miły.
- Bo się przed nim płaszczyłeś.
Avery bierze kolejny kawałek chleba. Chciałbym móc zaprzeczyć, ale ma
rację. Wrenowi-pierwszoklasiście imponowała jego wiedza na temat
filmowych klasyków oraz niszowy gust. Cole był wybitnym deskorolkarzem w czapce-menelce. Nic dziwnego, że bez mrugnięcia okiem rezerwowałem sale,
organizowałem seanse i robiłem notatki ze wszystkich spotkań.
- Nie rzucaj kamieniem, słonko. Kto z nas nigdy się fatalnie nie
zauroczył w ślicznym fuckboyu? - Mateo rzuca Avery ostre, znaczące
spojrzenie, po czym odwraca się do mnie. - No dobra, to co ci Derick
odpisał?
Streszczam im całą historię, na koniec dodając:
- Myślałem, że nasza przyjaźń wtedy opierała się częściowo na
obustronnej wiedzy, że ten drugi jest...
- Ochrzczony w łaźni homoseksualności? - podsuwa Mateo.
- Skąd ty bierzesz te teksty? - Avery marszczy nos.
- Lubię myśleć, że to boże natchnienie. - Żegna się i skłania głowę, jak
przystało na byłego ministranta o twarzy aniołka.
Parskam śmiechem. Na szczęście jego teatralny szept nie dociera na drugi
koniec stołu. Zagłusza go brzęk widelców towarzyszący pojawieniu się
wielkiego talerza smażonych kalmarów. To nie jest dobry moment na owoce
morza. Odrzucenie i upokorzenie budują sobie w moim brzuchu domek z ogrodem; dwójka stałych lokatorów-imprezowiczów, których z całego serca
chciałbym wyrzucić na bruk.
Avery przewraca oczami, upijając z miedzianego kubka solidny łyk moscow
mule'a. Idę za jej przykładem i pozwalam bąbelkom musującego rosé
napełnić mnie fałszywą lekkością.
Naprzeciwko nas pan Haverford podnosi się i idzie w kierunku toalet.
Derick kieruje w stronę naszego stołu serię ukradkowych spojrzeń.
Pozostali członkowie rodziny dookoła niego rozmawiają ze sobą, ale on
nie odzywa się ani słowem.
Zignoruj go.
- Może zatrudnię się na lato w Rosevale. Instytut filmoznawstwa ciągle
szuka ludzi do digitalizacji archiwów - próbuję zmienić temat.
- Chyba sobie żartujesz - mówi Mateo.
Pod jego pogardliwym wzrokiem uginam się jak wierzba płacząca.
- To co mam teraz zrobić?
Milknie na moment, umysł mu pracuje.
- Przyznaj się. Powiedz mu, że jest dupkiem, bo cię olał. Zobacz, co się
stanie. Daj życiu robić swoje - powtarza złotą myśl z klubowego kibla.
Powinienem dać mu na święta kieliszek z tym cytatem. - Kto wie, co dalej
będzie? W końcu najlepsze przeprosiny czasami kończą się pocałunkiem.
Ma rację, ale przeprosiny to nie jest DeLorean z Powrotu do
przyszłości, jak mu się chyba wydaje. Nie pomogą nam przenieść się w czasie, żeby naprawić utracone zaufanie. Zresztą czy chciałbym to
zrobić? Przecież Derick napisał w wiadomości, że nigdy nie myślał o mnie
w ten sposób.
Chociaż zanim pojawiły się uczucia i flirt, była między nami przyjaźń.
Prawdziwa i mocna. Jeśli mam z nim pracować przez całe lato, potrzebuję
choć częściowego domknięcia sprawy.
Ojca Dericka nie widać na horyzoncie, więc, wiedziony impulsem, wysyłam
wiadomość:
Spotkajmy się w altanie obok werandy
Wstaję niepewnie i mówię, że zaraz wrócę. Powietrze na zewnątrz jest już
chłodniejsze, lekki wietrzyk marszczy srebrzystą powierzchnię
pobliskiego stawu. Nierówną kamienistą ścieżką idę do pustej altany.
Siadam na ławce z widokiem na staw i uspokajam się, przywołując z pamięci znajomą ścieżkę dźwiękową z filmu. Delikatny utwór z podzwaniającą partią fortepianu. Może to Danny Elfman.
Melodia właśnie ma osiągnąć szczyt, gdy słyszę:
- Hej.
Derick stoi nade mną, przeczesując palcami rozwichrzone włosy. Spokojna
muzyka zmienia się w namiętny utwór z głębokim basem. Cholera by wzięła
tego podstępnego wyimaginowanego grajka.
- Cześć. - Podnoszę się i wyciągam do niego rękę, jakby właśnie
przyszedł do mojego biura na spotkanie biznesowe. Spogląda z wahaniem na
moją dłoń, więc natychmiast ją wycofuję. - Przepraszam, że przerwałem ci
obiad.
- Przepraszam, że się na ciebie gapiłem. Po prostu, no wiesz, nie
spodziewałem się tu ciebie zobaczyć.
- To ja nie spodziewałem się zobaczyć ciebie. Nie powinieneś przypadkiem
być teraz gdzieś w Berkshire i przygotowywać się do ceremonii ukończenia
college'u?
Przed jego wyjazdem do szkoły cztery lata temu porównywaliśmy kalendarze
akademickie i obiecywaliśmy sobie, że będziemy spotykać się w przerwach,
żeby pogadać, co u nas. Coś razem zrobić. Porządnie spędzić ze sobą
czas.
To nigdy nie nastąpiło.
- Uroczystość miałem w zeszły weekend. Wróciłem do domu. Moi bracia
wzięli wolne i wszyscy przyjechali lub przylecieli, żeby oblać mój
powrót. I dlatego tu jesteśmy - wyjaśnia. - Oblewamy.
- My też. Dzisiaj skończyłem szkołę. Wybrałem tę knajpę, bo byliśmy tu
raz na randce - czerwienię się na własną niezręczność. - To znaczy na
spotkaniu integracyjnym.
Spotkania integracyjne odbywały się w ramach zajęć z zarządzania. Jako
współzarządzający projektami na rzecz lokalnej społeczności mieliśmy
spędzać razem czas poza lekcjami i zaliczeniami. Pewnego wieczoru Derick
zaproponował, żeby przyjść tutaj na szybką kolację i chociaż mnie ledwo
było stać na przystawkę, to przegadaliśmy trzy dania, za które zapłacił
burżujską kartą kredytową ojca. "Nawet się nie zorientuje" - powiedział
wtedy. - "To ten typ bogaczy".
Derick nie uśmiecha się, gdy popełniam gafę. Na jego twarzy malują się
wyłącznie szczerość i powaga.
- Jeśli chodzi o tę wiadomość... Wrenji, serio, przepraszam...
Nie wiem, czy zamierza powiedzieć "przepraszam, że zniknąłem z twojego
życia", czy "przepraszam, że nie odwzajemniłem twoich uczuć", ale
dociera do mnie, że nie chcę wiedzieć. Usłyszenie tego na głos byłoby
gorsze niż cokolwiek, co mogę sobie wyobrazić. Instynkt samozachowawczy
budzi się, żeby uchronić mnie przed nieprzyjemnymi uczuciami.
- Co? - Śmieję się sztucznie. - Nie chodzi o wiadomość. Nie, zupełnie
mnie to nie obchodzi. - Strasznie mnie to obchodzi. - Ja też już tego
nie czuję. - Nie mam pojęcia, jak się czuję. - To nic nie znaczy. -
Kiedyś Derick znaczył dla mnie wszystko.
Ściąga brwi.
- To nie wyglądało jak nic nieznacząca rzecz.
Naprawdę nie zniosę w tej chwili uprzejmego odrzucenia, więc zmieniam
strategię.
- Nie, serio. Ale wiesz, skoro chcesz o czymś pogadać, to może powiesz
mi, dlaczego mnie olałeś na pierwszym roku?
"Jakbym nie był twoim przyjacielem. Jakbym w ogóle się nie liczył" -
dopowiadam w myślach. Jakimś cudem moje nogi są jeszcze bardziej
niepewne, gdy wstaję, żeby przejść na drugą stronę altany. Słońce chowa
się za chmurami, a świetlne girlandy włączają się spontanicznie,
rzucając romantyczny blask na tę koszmarnie nieromantyczną scenę.
Derick wzdycha i przeciera ręką oczy.
- Wrenji. - Ta stara ksywka ma w sobie niepojęty ciężar, którego sam do
końca nie rozumiem.
Tamtego roku przed feriami zimowymi, kiedy wiadomości od Dericka zaczęły
przychodzić rzadziej, myślałem sobie: "jest zajęty". Gdy przed naszym
spotkaniem zaczął odpisywać półsłówkami, myślałem: "zawsze był zwięzły".
A potem w wieczór, kiedy mieliśmy zobaczyć się po raz pierwszy od
rozpoczęcia college'u, nie pojawił się bez zapowiedzi. Zarazem pragnę i boję się usłyszeć, jak mógł z taką łatwością wślizgnąć mi się w życie i z niego wyślizgnąć, jakbym był nikim, ale nagle...
- Derick? - Odwracamy się i widzimy Damiena, brata Dericka, byłego
kapitana licealnej drużyny baseballowej, a potem zawodnika w rozgrywkach
międzyuczelnianych, z kozią bródką i długimi włosami. - Tiramisu się
prawie rozciapciało i tata zaczyna się niecierpliwić. Poziom irytacji:
grozi, że wyjdzie stąd bez ciebie. Chodźmy.
Cieszę się, że stoi kawałek dalej, bo właśnie w tym momencie moje serce
daje za wygraną, co wyciska mi z oczu łzy. Odwracam głowę, żeby Derick
nie zobaczył, i nonszalancko macham ręką.
- Okej, pa. Do zobaczenia.
Derick waha się, ale już nic nie mówi. Wkrótce słyszę tylko jego kroki
oddalające się w kierunku restauracji.
Daję sobie pięć minut na uspokojenie, po czym wracam do stołu, z całej
siły starając się sprawiać wrażenie, że wszystko jest w porządku. Avery
i Mateo patrzą na mnie z identycznym wyrazem wyczekiwania na twarzach,
ale ignoruję ich. Ignoruję Dericka i jego rodzinę po drugiej stronie
zatłoczonej restauracji, nawet gdy Derick próbuje złapać mój wzrok,
kiedy w końcu zaczynają się zbierać. Nasz stół zostaje zastawiony
przystawkami i dodatkami, a tata nalega na toast - wariację na temat
przemów, które zazwyczaj wygłasza podczas dorocznej imprezy sylwestrowej
dla zarządzanej przez siebie ekipy pracowników zakładów komunalnych.
Unoszę kieliszek, wypełniony chyba cementem, biorąc pod uwagę, jak
ciężki mi się wydaje.
Docierają do mnie tylko ostatnie słowa toastu:
- Za nowy początek!
Doceniam ironię sytuacji.
Wszyscy równocześnie trącają się kieliszkami.
Brzdęk, brzdęk. Moje serce ściska strach.
Rozdział 5
Doktor Tanson ma spotkanie.
W każdym razie tak wynika z kartki na drzwiach jej gabinetu.
Ze mną też umawiała się na spotkanie, na 10:32, bo z jakiegoś powodu nie
wierzy w zwyczajne harmonogramy. ("Kto dał władzę wielokrotnościom
piątek?!", wykrzyknęła kiedyś na zajęciach z filmu queer, jakbyśmy to my
obarczyli ją pojęciem czasu). W punktualność też nie wierzy, więc o 10:40 postanawiam zadzwonić do Earla i dopytać o Dericka.
Wspomniany przez Dericka instagramowy profil Kina Samochodowego Wileya
wyskoczył Avery wśród sugerowanych postów tuż po obiedzie, który rozdarł
moje już i tak delikatne serce. Konto kina zapełniają bumerangi i rolki
przedstawiające popcorn wysypujący się z maszyny i informacje o nadchodzących rozdaniach. Jest też strona firmowa na Facebooku,
polubiona przez kilkadziesiąt osób, a nawet profil na TikToku. Derick
już grzeje silnik odrzutowy, żeby wystartować z rebrandingiem.
Miło, że ktoś wykazuje inicjatywę, ale trudno mi przełknąć, że to
właśnie on jest tą osobą.
Bez kitu. Kurde. W liceum inaczej myśleliśmy o sobie nawzajem. Nie wiem,
jakie uczucia wzbudza we mnie świadomość, jak łatwo byłoby myśleć o nim
w ten sposób teraz, gdybym tylko sobie na to pozwolił.
Earl odbiera tuż przed sygnałem poczty głosowej.
- Jak się masz, młody? Mam nadzieję, że za bardzo nie balujesz. - Jego
szorstki bas dociera do mnie stłumiony przez filtr przerośniętych wąsów.
Trzaski po drugiej stronie to nie efekt problemów z połączeniem, tylko
szorowania o mikrofon rzadkiego zarostu Earla.
Daruję sobie uprzejmości.
- Czemu nie powiedziałeś mi o Dericku Haverfordzie?
Wstaję, pozostawiając na krześle pod drzwiami płócienną torbę z nadrukiem TCM, w której trzymam laptop i notes. W atrium budynku
Wydziału Mediów i Komunikacji panuje cisza, otaczają mnie marmurowe
posadzki i greckie kolumny. Poważnie i kulturalnie. Akademicko na
wszelkie wyświechtane sposoby.
Studenci niższych lat wynieśli się pod koniec sesji, a wszyscy
dyplomanci powinni się do dzisiaj wyprowadzić z akademików, ale my
akurat mamy szczęście, bo właściciel budynku pozwala nam zostać do końca
lata. Z przyjaciółmi u boku wakacje nie będą aż takie tragiczne. Będę
mógł trochę dłużej uniknąć powrotu do dziecięcego pokoju i w międzyczasie zastanowić się, co dalej.
- Może i jesteś menedżerem, ale to wciąż moje kino, młody. - Nie
cierpię, kiedy Earl przyjmuje taki ojcowski ton.
Wzdycham.
- Wiem, wiem. Po prostu nie jestem pewny, czy obecność w mediach
społecznościowych to dobry sposób na ożywienie biznesu. Ludziom podoba
się staroświecki urok Wileya. Nie potrzebują do szczęścia tych
wszystkich bajerów.
Pójście za daleko w stronę nowoczesności może sprawić, że kino straci
swój przaśny klimat. Klimat, na który ciężko pracowali poprzednicy
Earla. Gdy zaczynałem tam pracować, Earl przeszedł na cyfrowe
odtwarzanie - nie wiem, jak sfinansował taką olbrzymią inwestycję - i atmosfera się zmieniła. Spostrzegłem to już jako piętnastolatek. Choć
muszę przyznać, że niewielu innych to zauważyło. Te wszystkie argumenty
przeciwko postępowi mogą być bardziej związane z moimi osobistymi
odczuciami niż z pragnieniem ratowania kina i zachowania tego, co czyni
je wyjątkowym. Samolubne, wiem.
Następuje długa cisza, po której Earl wyjaśnia:
- Słuchaj, młody, zyski nie są teraz największe, utrzymanie kosztuje
coraz więcej i nie możemy konkurować z wygodą czyjejś ulubionej kanapy.
Jesteśmy reliktem przeszłości, pogódź się z tym. - Śmieje się krótko. -
Psiakrew, ja sam jestem reliktem przeszłości. Ale nie zamierzam się
poddawać. Mamy za dużo do zaoferowania. Dlatego zgodziłem się wziąć
Dericka na praktyki, żeby przyciągnął większą publiczność.
Jego wywód ma sens. Chciałbym powiedzieć, że znam lepsze rozwiązanie,
ale nie znam.
- Okej. Jeśli wiesz, co robisz...
- Zarządzam kinem, od kiedy przejąłem je po ojcu. Mam prawie
sześćdziesiąt osiem lat. Tak, na tym etapie raczej już wiem, co robię.
Opieram się o jedną z białych kolumn, żeby trochę się uspokoić. Kino
musi się przystosować, powoli, ale to konieczne. Jednak zmiany czasem
bywają wymuszone. Tak jak wymuszony został powrót Dericka do mojego
życia przez tę nową pracę.
- No dobra. - Zdaję sobie sprawę, że marnuję czas na wojnę, której nie
powinienem prowadzić.
- Mam też inne pomysły. Przywrócimy pokazy fajerwerków z okazji Dnia
Niepodległości. Może zorganizujemy jakieś seanse retro z cenami biletów
jak za dawnych czasów. Niedługo spotkanie organizacyjne. Pomyśl nad
propozycjami, młody.
- Okej.
Właśnie się żegnamy, kiedy doktor Tanson otwiera drzwi gabinetu. Ma na
sobie bluzkę w głębokim odcieniu podkreślającym ciemny brąz jej skóry i dopasowany do stroju naszyjnik złożony z grubych błyszczących ogniw.
Obok niej stoi Oscar Villanueva, dumny posiadacz tytułu doktora honoris
causa College'u Rosevale. Zaledwie parę dni temu wygłosił fenomenalne
przemówienie dla świeżo upieczonych absolwentów.
Staram się nie okazać, jak wielkie wrażenie wywiera na mnie jego
obecność. W filmowym światku Villanueva to ważna osobistość.
Jest ubrany w granatowe spodnie od garnituru i fioletową koszulę, ma
równo przyciętą brodę. Przy jego dumnej postaci muszę wyglądać jak
strach na wróble. Gdybym wiedział, że dziś spotkam mojego idola,
założyłbym pasek, przeczesał włosy i sprawdził, czy nie mam plam pod
pachami.
- Przepraszam cię, Wren. Zatopiłam się w rozmowie z panem Villanuevą i zapomniałam spojrzeć na zegarek - wita mnie doktor Tanson, a następnie
zwraca się do drugiego gościa. - Wren to jeden z naszych najbardziej
zaawansowanych studentów filmoznawstwa. Napisał pracę dyplomową o Willow
Valley, skąd pochodzi, i więzach miasteczka ze srebrnym ekranem. Czy
słyszał pan o Alice Kelly?
Widzę, jak w oczach Oscara pojawia się błysk zrozumienia.
- Oczywiście. To zapomniana sława. Od wieków szukam informacji na temat
jej reżyserskiego debiutu z 1978 roku, Naostrzonych zębów, ale
wszystkie prośby o dostęp do filmu zostały zignorowane lub potraktowane
odmownie.
Przepustką do sławy Oscara były gorąco przyjęta książka oraz podcast
Nie waż się zapomnieć o..., poświęcony zaginionym i zapomnianym filmom.
Ten człowiek to mój Ira Glass. Jakaś część mnie zastanawia się, czy
doktor Tanson celowo zaplanowała nasze spotkania jedno po drugim,
żebyśmy na siebie wpadli. Temat moich badań to konik Villanuevy, a doktor zawsze szuka okazji, żeby jej studenci zostali dostrzeżeni.
- Nie dziwi mnie to. Alice Kelly żyje praktycznie jak pustelniczka -
mówię.
Ja też bym tak żył, gdyby mój upadek nastąpił równie błyskawicznie i z równie wysoka. Alice Kelly ze zwyciężczyni w kategorii "przyszła
gwiazda" wśród maturzystów rocznika 1965 liceum Willow Valley wyrosła na
współtwórczynię nominowanego do Oscara filmu dokumentalnego w wieku
zaledwie dwudziestu sześciu lat.
- Domyśliłem się. Jak to jest, że wszyscy wielcy zostają ekscentrykami?
- pyta ze śmiechem Villanueva.
- Film Alice stanowił jeden z głównych tematów pracy Wrena. Napisał
imponujący tekst, skupiając się przede wszystkim na konstrukcji jednej
nocy i queerowym zabarwieniu dzieła. Niewiarygodne, jak wiele udało mu
się osiągnąć, mimo że nie miał możliwości obejrzenia filmu. Chętnie
wyślę panu fragmenty, jeśli Wren nie ma nic przeciwko temu. - Ton doktor
Tanson sugeruje, że nie mam w tej kwestii żadnego wyboru. Spotkanie
zaplanowane jako pożegnanie z promotorką oficjalnie przeszło w tryb
networkingu.
- Eee... Hmm... Tak, jasne, z przyjemnością się podzielę. - Język zawiązał
mi się na supeł.
- Czy w ogóle kontaktowałeś się z Alice Kelly podczas badań? - pyta
Oscar.
Kręcę głową, a moje usta wreszcie przypominają sobie, jak działa
mówienie.
- Chciałbym. Naprawdę przydałoby mi się bezpośrednie źródło informacji.
Ale jak mówiłem, to samotniczka. Nawet na zakupy nie wychodzi, więc nie
mogłem zaplanować zasadzki. Zabarykadowała się w gospodarstwie po
wiejskiej stronie Willow Valley. Tam się nie wpada ot tak, przejazdem.
- Wielka szkoda. Można by z tego zrobić świetny odcinek podcastu.
Prześledzić jej ścieżkę od studentki przez kamerzystkę po reżyserkę,
zahaczając o małżeństwo z Peterem Borellio i praktyki z Betty Palmer. -
Plan odcinka, który zaczął szkicować, praktycznie materializuje się
ponad jego głową. - Moi słuchacze byliby zachwyceni.
Mimo że napisałem biblię jej twórczości na zaliczenie studiów, sam
umieram z ciekawości, co on miałby do powiedzenia w tego typu podcaście.
Wywołałby niezły szum na filmowym Twitterze.
- Jeśli uda ci się zobaczyć choć kilka ujęć Naostrzonych zębów albo
zdobyć odrobinę informacji na temat jej procesu twórczego lub stanu
ducha, w jakim pracowała, będę zachwycony, mogąc cię gościć w programie.
Moje serce zaczyna bić w wyścigowym tempie. Ja? W podcaście znanym w całym kraju? Obok słynnego autora Zapomnianych filmów: niedocenianych
hollywoodzkich klejnotów? Takie wystąpienie pomogłoby mi zbudować
wiarygodność i zdobyć bonusowe punkty na malutkim rynku pracy.
Ale bądźmy szczerzy. Nie jestem elokwentnym ekspertem jak Oscar.
Licencjat z filmoznawstwa i żarliwa pasja to wszystko, czym mogę się
pochwalić. Poza tym próbowałem się skontaktować z Alice i odbiłem się od
ściany. Nie mogę się spodziewać, że tym razem mi się poszczęści.
Jednak z tyłu głowy mam uwagi Avery na temat poważnej pracy. Wtedy nie
chciałem tego przyznać, ale miała trochę racji. Nie mogę do końca życia
pracować w Wileyu. A w każdym razie nie może to być moje jedyne źródło
utrzymania. Ledwo starcza mi na czynsz do końca lata, a rodzice nie chcą
mi się dołożyć, bo szkoła już się skończyła. Ich zdaniem powinienem
podnająć komuś pokój i spędzić wakacje u nich w domu, jakby to nie była
absolutna tragedia. Jak to, co kiedyś spotkało Alice, tylko że o wiele
mniej poważne.
- W Kinie Samochodowym Wileya, gdzie pracuję, miała się odbyć premiera
jej filmu dla mieszkańców miasteczka, po seansach w Nowym Jorku i Los
Angeles. Nigdy do niej nie doszło przez bojkot i negatywne recenzje.
Jestem pewny, że Villanueva już to wszystko wie, ale Alice ukryła się
przed światem po serii mizoginistycznych artykułów w najpoczytniejszych
gazetach i czasopismach. Większość wspominała o żenującym makijażu
zombie i melodramatycznej fabule. Niektórzy krytycy posunęli się nawet
do publicznego rozprawiania nad seksualnością Alice. Nie zrobiliby
takiego świństwa żadnemu z jej męskich kolegów po fachu.
- Myślę, że widzowie są gotowi na ponowną ocenę jej pracy. Bardzo bym
chciał doprowadzić do tej premiery - mówię.
Tak naprawdę to jedno z moich marzeń, od kiedy po raz pierwszy
usłyszałem o Alice Kelly. Szansa na naprawienie historii i zorganizowanie premiery, która nigdy się nie odbyła... Coś takiego mogłoby
przyciągnąć do kina dużą kasę. Gdyby tylko istniał sposób, żeby film
dostał się w moje ręce...
Oscar unosi z zaciekawieniem wypielęgnowane brwi.
- Nic mi o tym nie mówiłeś - wypomina mi doktor Tanson.
- No nie, bo nie wiem, czy to ma w ogóle szanse...
Oscar wchodzi mi w słowo, mylnie biorąc melancholijne marzenia za
poważne plany.
- Jak myślisz, kiedy to może nastąpić? Sierpień, na przykład? To może
być olbrzymia sprawa. Mój podcast ląduje tuż poniżej top setki na
wszystkich dużych platformach, a tak gorący odcinek mógłby mnie
przepchnąć na drugą stronę. To świeży temat, na czasie. - Drapie się po
brodzie, snując entuzjastyczne wizje. - Nie wykluczyłbym nawet
zainteresowania biografią Alice Kelly.
- Którą pan by napisał?
- Nie - oznajmia, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. - Ty.
Nie pozwolę sobie na marzenie o przyszłości, w której mógłbym
wykorzystać dyplom z filmoznawstwa do napisania książki. Książki, która
pójdzie w świat z moim nazwiskiem na okładce i obwolutą z moim zdjęciem.
To byłby największy sukces.
Mimo ogromnych starań nie mogę powstrzymać wyobraźni.
W profesjonalnym studiu Derick trzyma w rękach aparat, a ja pozuję mu do
zdjęć promocyjnych. "Przechyl głowę odrobinę w lewo" - poleca mi
życzliwie.
Gdy nie udaje mi się za drugim podejściem, podchodzi i opuszkami palców
przesuwa moją brodę. Niechcący zahacza kciukiem o dolną wargę, a nasze
spojrzenia się spotykają.
Do licha, za późno. Już sobie to wyobraziłem. I chcę tego. Tak strasznie
tego chcę.
To znaczy tego z książką. Nie tego z Derickiem. To z Derickiem nie
wchodzi w grę. Już kilka razy dał mi jasno do zrozumienia, że więź
między nami została przerwana (o ile w ogóle istniała), a wszystko, o czym w sekrecie marzyłem, jest poza moim zasięgiem.
Ale to... Mam wrażenie, że wszechświat zsyła mi dokładnie to, czego
potrzebowałem. Nieważna misja pocałunkowa - teraz mam zawodową.
Rozemocjonowany obiecuję:
- Zrobię to.
To śmiałe słowa, których nie mogę ani niczym poprzeć, ani cofnąć. Avery
ma rację. Muszę jak najwcześniej zapewnić sobie wejście w dorosłość. Z książką czy bez, dobre stosunki z Oscarem mogą mi zagwarantować karierę
związaną z filmem sięgającą poza Wileya. Otwierają się przede mną nowe
możliwości.
- Fantastycznie. Miło było cię poznać. - Villanueva zerka na swojego
apple watcha. - Czeka na mnie kierowca, ale dziękuję raz jeszcze, doktor
Tanson, za zorganizowanie wszystkiego. Jestem zachwycony pobytem na
waszym kampusie.
Otwiera drogo wyglądający portfel z brązowej skóry z wytłoczonym
symbolem lilii i wyjmuje z niego wizytówkę. Nie wiedziałem, że ludzie
wciąż ich używają. Jest błyszcząca, kanciasta i profesjonalna.
- Odezwij się, jeśli dowiesz się czegoś nowego, i prześlij mi swoją
pracę. Z wielką chęcią ją przeczytam.
Stoję oszołomiony. Czy to miał na myśli Mateo, mówiąc o pozwalaniu, żeby
życie robiło swoje?
Doktor Tanson z chytrym uśmieszkiem zaprasza mnie do schludnego,
kolorowego gabinetu. Rozmawiamy przez kolejną godzinę na temat jej
przebiegłych metod, jej wiary we mnie i tego, jak bardzo będę tęsknić za
jej sarkastycznymi, ale jednocześnie zachęcającymi komentarzami na
marginesach prac z podwójną interlinią. Może nie będzie mi żal stresów
akademickiego życia, ale odczuję brak cudownych ludzi, których poznałem
w jego trakcie.
W drodze do mieszkania wkładam słuchawki do uszu. Mimo nagłego powrotu
Dericka do mojego życia zamierzam spędzić cudowne lato. A nawet więcej,
zamierzam zrealizować marzenie. Duże wydarzenie, takie jak premiera
filmu Alice, ma szansę wywołać szum i przyciągnąć zyski. Może być dla
mnie początkiem czegoś naprawdę wielkiego - ważniejszego niż historia
nieodwzajemnionej miłości.
Prawie-pocałunek wtedy niemal mnie zabił, ale teraz jestem silniejszy.
Przynajmniej tak mi się wydaje.
Nie mam wyjścia.
Rozdział 6
- Ktoś umarł? - pyta Mateo, gdy jedziemy na spotkanie organizacyjne w kinie.
- Nie.
- To czemu słuchamy żałobnych lamentów?
Z głośników w moim samochodzie pulsują najwybitniejsze
postminimalistyczne utwory Maxa Richtera. Ścieżki dźwiękowe z filmów
pomagają mi zachować równowagę. Potrzebuję jej, zanim znów wpadnę na
Dericka i zanim będę musiał się zmierzyć z nowym stanowiskiem i podwójną
odpowiedzialnością. Problemy tego lata już piętrzą się jak stos brudnych
naczyń na krawędzi zlewu, niebezpiecznie blisko utraty pionu.
Olewam komentarz Mateo i podkręcam głośność.
Wszyscy mamy na sobie jaskrawożółte koszulki z kieszonkami na piersi
opatrzonymi różowym logo Wileya. Na plecach wielkie, tłuste litery
układają się w napis "OBSŁUGA". Uniformy są koszmarne i nikt ich nie
lubi.
- Mogę chociaż przyciąć dół? - poprosił przed wyjściem Mateo.
Schowaliśmy z Avery wszystkie nożyczki.
Kiedy wychodzę z samochodu na trawiasty teren, otacza mnie znajomy
zapach domu: aromat świeżo skoszonej łąki i charakterystyczna woń krów
dolatująca z olbrzymiej fabryki nabiału. Nie jest to woń zapachowej
świeczki, ale da się przyzwyczaić. Willow Valley stanowi urocze
połączenie terenów uprawnych, nieźle dofinansowanych szkół publicznych i zabytkowej głównej ulicy. Miasteczko leży mniej więcej dwadzieścia minut
drogi od college'u Rosevale, który wybrałem ze względu na najlepszy
program filmoznawstwa w regionie.
Gdy podchodzę do budki z jedzeniem i napojami, ozdobionej na zewnątrz
kreskówkowymi personifikacjami przekąsek, dziękuję sobie w duchu, że nie
zapomniałem włożyć moich butów do pracy - zabłoconych, rozklapanych
nike'ów. Jedyny ekran znajduje się na samym końcu posesji, a z pozostałych stron teren otacza ogrodzenie i rzędy cienkich, wysokich
drzew, co pomaga stworzyć wrażenie prywatności. Linia drzew załamuje się
jedynie przy wejściach i w jednym z rogów, gdzie przez prześwit można
dostrzec piętrowy dom jednorodzinny z jasnymi okiennicami.
To mój dom rodzinny. Gdy mówię, że spędziłem dzieciństwo u Wileya,
rozumiem to dosłownie. Z sypialni na piętrze mogłem zaglądać do kina. W bezsenne noce przez okno oglądałem bezdźwięczny drugi seans, śledziłem
gwiazdy filmowe uciekające przed potworami z bagien, ścigające się
samochodami albo śpiewające w deszczu. Dla mnie to była prawdziwa magia,
prawdziwe piękno.
Oczywiście czasami, kiedy puszczano filmy familijne i była ładna pogoda,
moi rodzice wystawiali krzesła ogrodowe, a ja i Claire pędziliśmy pod
płot z popcornem z mikrofalówki i przenośnym odbiornikiem, żeby chłonąć
najnowszy hit kinowy.
Gdy byłem starszy, ogródek już mi nie wystarczał. Zabierałem przyjaciół,
w tym Avery, do pożyczonego od rodziców samochodu. Zwykle był to
kobaltowoniebieski pick-up z napędem na cztery koła, bo miał
wystarczająco dużą skrzynię, żebyśmy się na niej pomieścili.
Wjeżdżaliśmy do środka wyposażeni w drobniaki do przepuszczenia na
orzechowe m&m'sy i kolorowe napoje.
Chciałbym powiedzieć, że wybrałem życie na krawędzi (ekranu), ale to
życie na krawędzi wybrało mnie. Czy też, dokładniej, wybrał mnie Earl
Wiley. Kiedy skończyłem piętnaście lat, zażądał, żeby rodzice pozwolili
mu mnie zatrudnić. Od tamtej pory spędzałem w kinie każdy weekend. To
była logiczna kolej rzeczy, a poza tym chciałem tę pracę. Tak więc
przepchnąłem się na szczyt i teraz melduję się na posterunku jako nowy
menedżer.
Avery i Mateo zostawiają mnie i dołączają do pęczniejącego tłumu
rozgadanych, nieco zdenerwowanych współpracowników. Zaraz zostaną
zindoktrynowani i nauczeni słów hymnu "czy życzy pani sobie zestaw za
jedyne 50 centów więcej?".
Earl stoi na wzgórku na szeroko rozstawionych nogach i czeka, aż
podejdę. W dłoni trzyma nowiutki identyfikator.
- Czuję się jak przed pasowaniem na rycerza - rzucam, gdy jestem w zasięgu jego słuchu.
- Tylko nie oczekuj brytyjskiego akcentu, młody. To się źle skończy dla
nas obu - mówi, przypinając mi do piersi różowy kawałek plastiku.
Nieuchronne pojawienie się Dericka na chwilę staje się nieistotne.
Wszelkie uczuciowe katastrofy mogą sobie poczekać. Tu chodzi o kolejny
poziom prawdziwego życia, który wreszcie, wreszcie odblokowałem.
Z kieszeni spłowiałych wranglerów Earl wyjmuje złożoną kopertę i wsuwa
mi ją do ręki. Nie jest sentymentalnym typem, a ja wiem, że w środku nie
znajduje się wypłata. Byłbym głupi, myśląc, że urocze staroświeckie kino
samochodowe ma budżet na bonusy urodzinowe i dodatki za ukończenie
studiów.
Nie stać nas nawet na utrzymanie się do końca sezonu, ale możliwe, że
dzięki Oscarowi Villanuevie znalazłem rozwiązanie tego problemu.
W kopercie jest najtańsza kartka z kiosku, z motywem balonów na froncie
i czystą stroną w środku. Trzęsącą się dłonią Earl napisał:
Wszystkiego najlepszego z okazji uro-kończenia studiów. Mam dla Ciebie
kartkę i identyfikator.
Pod spodem narysował wielką koślawą strzałkę wiodącą do malusieńkiego
postscriptum:
W lodówce z napojami stoi sześciopak cydru z Twoim imieniem, ale to nie
ode mnie. Jestem Twoim szefem. To byłoby nieprofesjonalne.
- Dzięki, Earl.
Żaden z nas nie lubi przytulasków, więc zadowalamy się mocnym uściskiem
dłoni. Waham się przez chwilę. Chcę skorzystać z chwili szczodrości i wspomnieć o moich potencjalnych planach.
- Hej, czy miałbyś moment, żeby pogadać na temat zorganizowania w sierpniu specjalnego wydarzenia?
Krzaczaste brwi podjeżdżają aż pod cofniętą linię włosów.
- Co masz na myśli?
- Pamiętasz, jak kazałeś mi pomyśleć nad propozycjami? - pytam, a on
kiwa głową. - Co powiesz na premierę Naostrzonych zębów Alice Kelly?
Brwi Earla wędrują na tył głowy, robią zwrot o sto osiemdziesiąt stopni
i wracają na swoje miejsce.
- Że niby świnie zaczęły latać? Młody, skąd pomysł, że dasz radę to
zorganizować?
Próbuję pobudzić jego zmysł przedsiębiorcy. Może i ukrywa kompetencje
pod nieporządnym wyglądem, ale to człowiek z branży, który ma znakomite
kwalifikacje i olbrzymie doświadczenie. Kino należało do jego rodziny od
samego początku, gdy było zaledwie pustym polem za zabytkowym hotelem,
wyposażonym w prześcieradło przywiązane do dwóch drągów i rozklekotany
projektor. Earl nigdy się nie ożenił ani nie ma dzieci, więc stanowi
ostatnie ogniwo łańcucha. To jednak nie znaczy, że firma ma odejść razem
z nim.
Teraz mój szef przybiera zamyśloną wyraz twarzy, wodzi palcem
wskazującym po zarośniętym podbródku.
- Miałeś problem ze skontaktowaniem się z Alice przy okazji tej twojej
dużej pracy na uczelnię. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?
- Znalazłem dojście.
Niemal zaczynam pluć od żrącego kwasu kłamstw. Nie mam w zwyczaju
uciekać się do półprawd, ale małe białe kłamstewka od czasu do czasu
wydają się w miarę niewinne. Jeśli plan się powiedzie, wszystko zostanie
mi wybaczone. Earl nie musi wiedzieć, że działam na czuja.
Kiwa głową, wyraźnie pod wrażeniem.
- Niech ci będzie, młody. Pomyślę nad tym. Raczej nie mamy funduszy na
wielkie wydarzenie, ale wróć do mnie z oficjalnym pozwoleniem i zobaczę,
co da się zrobić.
- Dziękuję. Naprawdę. - Wtykam sobie kartkę za gumkę szortów. - Nie
pożałujesz tego.
Rzuca mi krzywy uśmiech. Wyszczerzam się w odpowiedzi.
Napędzany świeżym uczuciem niecierpliwego wyczekiwania, podkradam się od
tyłu do Avery. Wystarczy jedno klepnięcie, żeby wrzasnęła przeszywająco.
- Okej, KC, ale ile razy mam ci powtarzać, żebyś mnie tak nie straszył?
- Przyciska dłonie do piersi tuż nad sercem.
- Pamiętasz, jak dwa lata temu robiliśmy specjalny seans Piątku
trzynastego i skombinowaliśmy maski Jasona tylko po to, żeby
przestraszyć ją na śmierć? - pyta Youssef, który od paru sezonów zajmuje
się kabiną projekcyjną.
Dopadliśmy ją akurat w momencie, kiedy w wolnej chwili nalewała sobie
napój. Gdy wyskoczyliśmy z chłodni, ścisnęła kubeczek tak mocno, że
sprite wystrzelił jej w twarz. Potem godzinami wypuszczała nosem bańki.
- Hłe hłe. Wam się totalnie wydaje, że jesteście jak Okrutni Jajcarze.
Praca w kinie samochodowym bardzo przypomina letnie kolonie, tyle że
zamiast konieczności płacenia za kajaki i strzelanie z łuku, to nam
płacą, żebyśmy za darmo oglądali filmy i wygłupiali się w pomieszczeniu
służbowym na tyłach budki z przekąskami. Czasami sprawdzamy, kto potrafi
złapać ustami najwięcej skittlesów albo budujemy na czas wieże z papierowych kubków średniego rozmiaru.
Chociaż pewnie teraz, skoro jestem menedżerem, nie będę mógł brać
udziału w sześćdziesięciosekundowych wyzwaniach, których przegrany musi
zebrać śmieci z posesji - z użyciem specjalnego chwytaka i w ogóle. Będę
musiał wszystkiego pilnować, wypełniać formularze, układać harmonogram
pracy. Mam nadzieję, że awans nie zepsuje mi całej wakacyjnej zabawy.
Avery najwyraźniej dojrzała na mojej twarzy to nagłe objawienie.
- Nie będziesz jednym z tych menedżerów, co mają kij w dupie, prawda?
Nie wyrobię z kolejnym Hankiem. Śmierdzący oddech, śmierdzące pachy i śmierdzące podejście do życia...
- Wren cierpi tylko na jedną z tych przypadłości - docina mi Mateo.
Pracownicy chichoczą. Mateo już robi dobre wrażenie, co jest super.
Wolałbym tylko, żeby przy okazji nie podważał mojego autorytetu. Nawet w żartach. Podchodzi, żeby pstryknąć mnie w identyfikator, ale niechcący
trafia w sutek. Mam ochotę go trochę sponiewierać, jak podczas bójek na
niby, w które bawimy się w domu. Chcę jednak dać dobry przykład nowym,
więc udaję, że nic się nie stało. Na razie.
Trzask. Earl włącza megafon i przytyka go sobie do ust.
- Podejdźcie tu wszyscy. Witam na spotkaniu organizacyjnym
rozpoczynającym kolejny sezon w Kinie Samochodowym Wileya. Znacie
powiedzenie "latem na plaży słońce praży"? Świetnie. My na to mówimy:
"noce upalne, na film idealne"! - Nie odpowiada mu ani jeden śmiech czy
okrzyk. Earl nigdy nie traci pokerowej twarzy. Chyba nie chce pokazać
ludziom, że pod znoszoną koszulką skrywa wielkie, czułe serce. - Ekhm...
No więc... Przyszliśmy tu, żeby pracować. Tak na poważnie. Przyszliśmy,
żeby podarować naszej społeczności kolejny rok filmów i wspomnień. Jeśli
to was nie kręci, możecie stąd zmiatać.
Nikt nie rusza nawet palcem, a ja bezgłośnie wypowiadam kolejne słowa
powitalnej przemowy. Znam ją na pamięć co najmniej od trzech lat. Earl
nigdy nie wprowadza zmian, pewnie dlatego, że jego też stresują występy
publiczne. Woli rozmowy przez telefon z dystrybutorami filmów i lokalnymi sprzedawcami, w czasie których może imponować biznesową
przenikliwością i miłością do kina, pozostając niewidzialnym. Pod tym
względem jesteśmy obaj jak skrojeni z tej samej tkaniny - może na
przykład jakiegoś skromnego, wytrzymałego dżinsu? Jak para spodni, które
miało się na sobie tyle razy, że nie ma się z nimi ochoty rozstawać,
choć dawno przestały pasować.
- To może zaprosimy teraz naszych menedżerów, niech się przedstawią -
sugeruje Earl.
Podchodzę razem z Veronicą, o kilka lat starszą ode mnie dziewczyną z sympatycznym uśmiechem i afrykańskimi warkoczykami o różowych
końcówkach. Dobrze się dogadujemy, a w tym sezonie będziemy się dzielić
obowiązkami. Dużo się od niej nauczyłem przez lata pracy.
Gdy staję przed grupą, zalęga się we mnie dziwaczne uczucie. Zazwyczaj
jestem tylko jedną z tych wielu uśmiechniętych twarzy. Widok z góry mnie
przeraża. Występowanie przed większą liczbą osób zawsze mnie niepokoiło.
Chcę być liderem, ale nie jestem pewien, czy wiem, jak to się robi.
Earl właśnie podaje mi megafon, a moje emocje sięgają zenitu, gdy na
parking wjeżdża z hukiem lśniący luksusowy samochód ciągnący za sobą
chmurę pyłu.
Dostaję znak, żebym kontynuował, ale zanoszę się żenująco mokrym kaszlem
na widok wysiadającego z auta, opromienionego słonecznym blaskiem
Dericka Haveforda.
Derick ma na sobie designerskie okulary przeciwsłoneczne, wąskie
bawełniane spodnie i klasyczny biały T-shirt, oczywiście tylko częściowo
założony za pasek. Wygląda jak Marlon Brando z czasów Tramwaju zwanego
pożądaniem, gdyby tamten ubierał się u Calvina Kleina i poznał Fab
Five. Na kształtnym ramieniu zawiesił pokrowiec z lustrzanką, który
kołysze się w kontrapunkcie do jego kroków. Odchylam się na piętach, ale
moje serce wyrywa się do niego.
W restauracji był przebrany zgodnie z życzeniami rodziny, ale gdy widzę
go teraz w tym starym, opatentowanym stroju, przypominają mi się szkolne
korytarze. Trzask zamykanych szafek. Zsuwanie pomazanych ławek przed
projektami z zarządzania. Jego bliskość zawsze wywoływała u mnie gęsią
skórkę.
Mamroczę swoje imię do megafonu i podaję go Veronice. I tyle z momentu
chwały.
W mailu mogłem być bezwstydny, bezpiecznie ukryty za ekranem komputera i z ledwo zipiącą wątrobą przesłaniającą mi uczucia, ale teraz, od
spotkania w restauracji, czuję się fizycznie kruchy. Derick widział moją
twarz. Usłyszał zraniony ton. Najwyraźniej ma to gdzieś. To boli
bardziej niż przegapienie najlepszego maratonu filmowego.
Earl zaczyna dzielić personel na grupki. Zamierza wysłać po jednym
doświadczonym pracowniku do każdej stacji, żeby nowi mogli przechodzić
między nimi w mniejszych składach i zapoznać się z całym bałaganem.
Już mam się zgłosić do stoiska z przekąskami, gdzie króluje Avery - jak
przystało na żądną akcji masochistkę - ale (to jakiś okrutny żart!) Earl
prosi, żebym został na chwilę, podczas gdy reszta załogi wyrusza na
rozległy teren kina.
- Panie Haverford, pańskie przybycie zrobiło spore wrażenie. Cieszę się,
że mógł pan się zjawić. Nie chciałem, żeby ominęła pana cała zabawa.
Earl pokazuje za siebie, gdzie grupa złożona głównie z nastolatków
skupia się z całej siły na zasadach uprzejmej obsługi kasy i technikach
zarządzania ruchem. Nie jest to szczególnie ekscytujące.
- Dziękuję, że mnie pan zaprosił - mówi Derick.
Zdejmuje okulary i zahacza je zausznikiem o dekolt, tak że zwisają mu z szyi jak medalion. Zastanawiam się, co zrobił ze złotym krzyżykiem, z którym kiedyś się nie rozstawał i którym bawił się zawsze, kiedy nad
czymś rozmyślał, na przykład biorąc łańcuszek do ust przy rozwiązywaniu
trudnego pytania na teście.
Earl zwraca się w moją stronę.
- Ponieważ wy dwaj już się dobrze znacie, pomyślałem, że możesz go
oprowadzić. Pokaż mu, jak wszystko działa.
Wolałbym pokazać mu drzwi. Przechadzanie się we dwóch po miejscu, które
stało się świadkiem niespełnionych oczekiwań, wydaje mi się dziwnie
intymne i koszmarnie jednostronne, ale Derick przygląda mi się tymi
swoimi szaroniebieskimi oczami, więc jestem w impasie. Co wygra:
entuzjazm czy żal?
- Derick musi się rozeznać w sytuacji, żeby zacząć działać. Uznał, że
nasza obecność w mediach społecznościowych wymaga poprawy.
- Raczej: nieobecność - poprawia go Derick.
- Wszystko jedno - burczy Earl. - Hej, Wren, może będzie mógł ci pomóc z tym projektem, o którym mi nawijałeś. Dogadajcie się jakoś.
Po drugiej stronie parkingu dwóch chłopaków rzuca się do walki
podświetlanymi lizakami do kierowania ruchem, jakby to były miecze
świetlne.
- Ej! Stop! Nie lekceważcie potęgi mocy! - Earl odbiega w ich kierunku.
- Chodźmy - mówię krótko.
- Co to było?
Derick przybliża się na tyle, że czuję jego
cedrowo-pomarańczowo-imbirowe perfumy. Przez chwilę znów jesteśmy
maturzystami, a ja stoję przed Starą Xięgarnyą w Halloween - tamtego
chłodnego wieczoru w pełni zdałem sobie sprawę z moich uczuć do niego.
Tuż przed rozpoczęciem historycznego spaceru z duchami zobaczył, że jak
zwykle trzęsę się z zimna, rozsupłał szalik marki Burberry (jego
przebranie Kena i tak było aż za dobre) i podał mi go z ciepłym
uśmiechem. Naćpany zapachem jego perfum, ledwo słyszałem słowa drobnej,
śniadej dziewczyny, której ochrypły głos niósł się osobliwie po
zabytkowym cmentarzu.
Wciąż trzymam ten szalik w specjalnym sekretnym schowku w szafie pod 3B.
W duchu przysięgam sobie oczyścić się z tych wspomnień, zacząć
oprowadzanie i prawdopodobnie wywalić szalik.
Prawdopodobnie.
Wciskam dłonie do kieszeni, żeby Derick nie zobaczył, jak drżą. On
wyciąga aparat z pokrowca. Długi obiektyw nikona łapie promienie słońca,
prawie mnie oślepiając. Derick trzyma go z godnym podziwu
profesjonalizmem, a ja precyzyjnym gestem wskazuję główny ekran. Im
szybciej się z tym uporam, tym wcześniej będziemy mogli się rozejść.
- Przepraszam, że ostatnio nie dali nam dokończyć - niemal szepcze
Derick, gdy milknę na moment. Wiem, że on też czuje niezręczne napięcie
między nami, gdy razem okrążamy szopę. Jednak te połowiczne przeprosiny
wcale nie pomagają. - Damien słynie z kiepskiego wyczucia czasu. Urodził
się o trzy tygodnie za wcześnie, podczas wesela wujka Leona. Totalnie w samym środku przysięgi małżeńskiej. Prawdziwie wzruszający moment
zepsuty przez wody płodowe i krzyki bólu. Miałem tylko trzy lata, ale
pamiętam, że przerwali ceremonię, ciotka zemdlała, a... Wow, sorry. Kurde,
wychodzi na to, że ostatnio ciągle cię za coś przepraszam.
Prycham. Wcale nie miałem zamiaru prychnąć, po prostu mi się wyrwało. Za
dużo ironii jest w tym, że przeprasza mnie za wszystko poza najbardziej
oczywistą rzeczą. Żeby ukryć irytację, odwracam się powoli, celowo
mówiąc lekkim tonem, jakby nic z tego - włączając Dericka - nie miało
dla mnie znaczenia.
- Dobra... No to ten, przejdźmy dalej.
- Nie rób tego, proszę.
Sfrustrowany Derick wypuszcza z rąk aparat, pozwalając mu odbić się od
twardych mięśni brzucha.
Odwracam się do niego z powrotem.
- Niby czego? Niczego nie robię.
Oczywiście zachowuję się jak dzieciak, ale czy nie mam prawa? Może i go
olewam, ale tylko dlatego, że on olał mnie pierwszy.
- Wrenji - wzdycha.
I, cholera, po raz drugi nie mogę się oprzeć tej ksywce. Rozpaczliwy
sposób, w jaki wylatuje ona z jego ust i wpada mi do uszu, rozkłada mnie
na łopatki. Przenosi mnie do dzieciństwa, do drużyn kickballa i tego,
jak dzięki niemu nigdy nie byłem na szarym końcu. Spuszczam z tonu, bo
nawet teraz nie mam sumienia go ranić. Mimo że to nie działa w dwie
strony.
- Chciałem ci powiedzieć...
Nagle znowu ogarnia mnie panika i nie chcę usłyszeć jego kolejnych słów.
Boję się, że za bardzo mnie zabolą.
- Ja wykonuję swoje obowiązki - przerywam mu. - Ty wykonujesz swoje.
Musimy pracować blisko siebie. Nie dokładajmy sobie problemów.
Potem, zanim powie coś więcej, oddalam się szybkim krokiem. Zaraz mnie
dogania, wołając po imieniu - zdeterminowany, by dokończyć rozmowę -
więc kieruję nas prosto w stronę stoiska z przekąskami. Tam będzie zbyt
wielu ciekawskich, żebyśmy mogli pogadać.
Pod nadzorem Avery nowi chodzą jak w zegarku. Dwójka okupuje stołek i napełnia maszynę do lodów, sypiąc mix z olbrzymiej torby. Inna para
czyści maszynę do popcornu. Avery stoi oparta o ladę i podjada orzechowe
drażetki.
- Cześć, Derick. Miło cię widzieć - wita go chłodno.
Nie przebierała w słowach na jego temat, kiedy streściłem jej zdarzenia
z restauracji. Derick wydaje się nie zauważać jej tonu i odpowiada na
pozdrowienie z przyjaznym uśmiechem. Odchylamy fragment ukruszonego
niebieskiego blatu i przechodzimy na drugą stronę. Mateo zatacza się,
wlokąc dwie butle koncentratu do napojów. To dopiero pierwszy dzień, a on już narzeka na ból stóp.
Derick odkręca się, żeby cyknąć fotkę bałaganu. Z bólem przyznaję, że
pewnie będzie się świetnie prezentować na naszym Instagramie. Co nie
oznacza, że już jestem na sto procent przekonany do tego pomysłu.
Kilka dni temu przerwałem bojkot mediów społecznościowych tylko po to,
żeby spojrzeć na jego pracę. Profil przyciąga więcej polubień i wyświetleń, niż się spodziewałem, a nawet jeszcze nie rozpoczęliśmy
sezonu.
W trybie błyskawicznym pokazuję mu puste pomieszczenie służbowe z kartami do odbijania, zegarem kontrolnym, olbrzymim kalendarzem ściennym
pozaklejanym samoprzylepnymi karteczkami oraz pudłem zapełnionym
nieskończoną liczbą zrolowanych starych plakatów filmowych. Zachowujemy
je na wypadek ponownych seansów. Większość w końcu trafia do mnie, a ja
wieszam je w pokoju. Nawet jeśli są pogniecione i mają porwane
krawędzie. Nieważne. I tak je kocham.
- I to już wszystko. Powiedz Earlowi, że poszedłem zrobić inwentarz
szopy - oznajmiam, chcąc jak najskuteczniej wymiksować się z tej
sytuacji.
Derick powstrzymuje mnie, gdy próbuję się wyślizgnąć, i mówi stłumionym
głosem, choć nikogo innego nie ma w pomieszczeniu:
- Naprawdę myślę, że powinniśmy porozmawiać. - Patrzę na niego w milczeniu, z uparcie zaciśniętymi ustami, więc dodaje: - Okej. W takim
razie zrobimy to po staremu. Dwie prawdy i kłamstwo. Czy nie w taki
sposób nakłaniałeś dzieciaki do otworzenia się podczas naszych sesji
mentoringowych? Uwielbiałeś ćwiczenia integracyjne.
- Właśnie skończyliśmy studia. Dni integracji mamy już za sobą. - Mój
śmiech brzmi fałszywie.
- Ja zaczynam. - Derick nie zwraca na mnie uwagi. - Jeden: mam trzech
starszych braci. Dwa: posiadam pokaźną kolekcję butów sportowych, które
zmieniam w ciągu dnia zależnie od nastroju. Trzy: Wren Roland wysłał mi
uroczego maila, którym kompletnie mnie zaskoczył...
Nie daję mu dokończyć zdania. Wyprowadzam go z pomieszczenia służbowego
i zaciągam do pobliskiego składziku pełnego wiader popcornu i posypki do
churrosów, żeby uniknąć potencjalnych świadków. Nie pozwolę Derickowi
zszargać mojego autorytetu, tak jak zrobił to Mateo, a już szczególnie
nie poprzez ujawnienie tragicznej miłosnej pomyłki.
Mimo iż właśnie powiedział, że mail był uroczy. Obsesję na temat tej
rewelacji zostawiam sobie na później.
Nie dociera tu do nas warkot maszyny do napojów ani odgłos radosnych
pogaduszek. Samotna wiekowa żarówka trzeszczy ponad naszymi głowami.
- Czy możemy nie mówić o elektronicznym słoniu w pokoju?
- Czyli jednak w pokoju jest jakiś słoń? Ostatnio twierdziłeś, że nie. -
Derick wyzywająco krzyżuje ręce na piersi. Nie mogę nie zauważyć, jaki
jest szeroki. Praktycznie ociera się ramionami o półki po obu stronach
składziku. - Którą z opcji wybierasz?
- Powiedziałem, żebyś to zostawił.
- Chodzi mi o kłamstwo. Która z opcji to kłamstwo? - pyta miękko i żartobliwie, przeciągając wszystkie samogłoski.
- Ta z bratem. Damien jest od ciebie młodszy, rzecz jasna. Przed chwilą
opowiedziałeś całą historię - stwierdzam. Derick przytakuje. - Wygrałem?
Już skończyliśmy? Mogę stąd wyjść?
- Nie, dopóki sam nie zagrasz. Takie były zasady, prawda? - Odważnie
robi krok w moją stronę. Kręcą go wyzwania.
Zbity z tropu, wyrzucam z siebie trzy pierwsze rzeczy, jakie przychodzą
mi do głowy, żeby mieć za sobą tę żałosną zabawę.
- Jeden: jestem bliźniakiem, chociaż nie wiem, czy wierzę w astrologię.
Dwa: gdy w radiu leci Proud Mary, całą rodziną zamiast "rollin' on the
river" śpiewamy "Roland on the river". Nikt się nigdy nie śmieje, ale to
lubimy. Trzy: w ferie zimowe na pierwszym roku zostałem zghostowany i wystawiony do wiatru przez kogoś, kogo uważałem za jednego z najlepszych
przyjaciół. I nie jestem pewny, czy chcę mu to wybaczyć.
Mojej drugiej prawdzie towarzyszy krzyk Mateo dobiegający z drugiego
końca korytarza:
- Zaraz będę!
Słyszymy pospieszny tupot, Mateo przebiega obok składziku, a drzwi,
które celowo zostawiłem uchylone, zatrzaskują się. Dociera do mnie, że
zapomniałem użyć stopera. A zawiasy są kapryśne.
- Cholera. Przepraszam.
Odwracam się, żeby złapać za klamkę, ale żarówka mruga przez chwilę, po
czym wysiada i otacza nas ciemność. Wyostrzają mi się zmysły. Czuję na
skórze ciepły oddech Dericka, co wywołuje we mnie wiele bliżej
nieokreślonych uczuć. Takie są właśnie konsekwencje zwlekania z drobnymi
naprawami. I, najwyraźniej, z ważnymi rozmowami.
- Chwileczkę.
Sięgamy jednocześnie. Moja ręka ląduje na śliskiej klamce; jego ręka
ląduje na mojej. Jego dłoń jest wielka i lekko wilgotna. Iskrzenie
między nami natychmiast przechodzi w całkowite zwarcie. Szorstkie włosy
na moich przedramionach stają na baczność. Doznanie jest epickie i elektryzujące w zupełnie niespodziewany sposób.
- Sorry - mamrocze Derick, wycofując się.
- Nie ma sprawy. - Otrząsam się. - Miałeś rację. Rzeczywiście ostatnio
ciągle mnie za coś przepraszasz.
Wciąż mam mu za złe, że nadal nie usłyszałem tych najważniejszych
przeprosin, chociaż mała cząstka mnie szepcze, że jestem niesprawiedliwy
- w końcu staram się nie dopuścić, żeby powiedział więcej, z obawy przed
własną reakcją.
Przekręcam gałkę, ale drzwi się nie otwierają. Coś ciężkiego musi
blokować je od zewnątrz. Przypominam sobie, że Mateo nosił pudła z koncentratem coli i, oczywiście, musiał je zostawić w najbardziej
niewłaściwym miejscu. Jedno takie pudło waży ponad dziesięć kilo, a opór
wskazuje na to, że jest ich cały stos.
Walę, przekręcam i pcham. Nic nie pomaga. Ktoś wpadł na świetny pomysł i włączył radio. Nikt nas nie słyszy przez radosny, taneczny popowy
kawałek huczący na zewnątrz z niepokojącą głośnością.
- Hmm... Chyba utknęliśmy.
- Utknęliśmy? E tam. Daj, spróbuję.
Z całą brawurą, którą odziedziczył po braciach, Derick sam mierzy się z klamką. Moje oczy wciąż się przyzwyczajają do ciemności, więc widzę
tylko zarys jego sylwetki. Naciera ramieniem na drewno, jakby użycie
masywnego ciała w roli tarana nie groziło kontuzją. Po trzech próbach
się poddaje.
- Och. Chyba rzeczywiście utknęliśmy - przyznaje.
- Zdążyłem to zauważyć. - Nic nie drażni mnie tak jak maczyzm.
Przełączam mózg z powrotem w tryb menedżerski i na chłodno oceniam
sytuację. - Niedługo ktoś się zorientuje, że tu jesteśmy, i nas wypuści.
- Ale że znam Mateo, to rewiduję poglądy. Może być teraz gdziekolwiek i robić cokolwiek, jeśli Avery pilnie go nie nadzoruje. - Mam nadzieję.
Mam szczerą nadzieję. Ale nie panikujmy.
- Nie panikuję.
O, racja. To tylko ja. Z nerwów na czole zaczyna mi się perlić pot i im dłużej jesteśmy zamknięci, tym więcej go przybywa. Czyżby składzik
się kurczył czy tylko mi się wydaje?
- Wszystko w porządku? - pyta Derick.
Mój oddech stopniowo robi się coraz głośniejszy, akompaniując piosence
sączącej się przez pęknięcia we framudze.
Chowam twarz w dłoniach.
- To najgorsze, co mogło mi się przytrafić pierwszego dnia w roli
menedżera. Jestem najmłodszym pracownikiem, którego Earl zatrudnił na
tym stanowisku, i nie mogę nawalić. A poza tym ciasne przestrzenie...
Z drugiej strony składziku dobiega chrząknięcie zrozumienia.
- Mój pierwszy dzień też nie przebiega idealnie.
- Dlaczego w ogóle wziąłeś tę pracę? - pytam.
Czy Derick nie powinien już znaleźć sobie jakiejś dobrej fuchy? Jego
uczelnia jest wystarczająco droga i nadęta, żeby mieć klub absolwentów i centrum karier, już nie wspominając o znajomościach jego ojca.
- Nie miałem szczególnego wyboru. - Szarawa sylwetka dramatycznie osuwa
się na podłogę.
Przewracam oczami, chociaż tego nie zobaczy.
- Przykro mi, że będziesz musiał tu z nami biedować przez całe lato.
- To nie miało tak zabrzmieć - mówi sfrustrowany, a ja nie chcę drążyć.
Sam nie jestem najlepszy w mówieniu o uczuciach. - Usiądź sobie wygodnie
- poleca. - Możemy tu spędzić trochę czasu.
Panika znów się wzmaga.
- Nawet tak nie m...
- Nie jesteś bliźniakiem. Jesteś bykiem - wpada mi w słowo.
- Co? - Powoli opuszczam się na podłogę, tylko raz wpadając na jego
kolana. Krótkie zderzenie i jeszcze krótsze otarcie. Staram się
zignorować potężny wyrzut adrenaliny, jaki to we mnie wywołuje.
- Znalazłem kłamstwo. Jesteś bykiem. - Ach, próbuje mnie rozproszyć.
Pozwalam mu na to. - Pracowity, współczujący, ale przez te rogi... Uparty
jak diabli.
Chociaż to pocisk, wybucham śmiechem, zdając sobie sprawę z idiotyzmu
sytuacji. Po takim czasie skończyliśmy zamknięci we dwóch w ciemnym
składziku.
- Niech ci będzie.
- Posłuchaj, Wrenji. - Poważnieje, jego słowa są wyważone. - Chociaż
mogę brzmieć jak zdarta płyta, bardzo cię przepraszam za to, co zdarzyło
się...
Przerywa mu Mateo, który w końcu odsunął pudła i gwałtownie otworzył
drzwi. Przyłapuje nas, praktycznie siedzących sobie na kolanach w otoczeniu kartonów z papierowymi słomkami, i parska śmiechem,
przechodząc od zaskoczenia do rozbawienia.
- Earl cię szuka. - Śpiewny ton zwiastuje kłopoty.
Zrywam się na nogi, ale jest za późno. Earl stoi za Mateo i sprawia
wrażenie wkurzonego tą sytuacją. Wiem, nie wygląda to najlepiej.
- Wren, co się dzieje? Prosiłem cię, żebyś go oprowadził, a nie siedział
z nim w ciemnym składziku i... Jesteś potrzebny przy kasie biletowej.
- Przepraszam, utknęliśmy.
Earl podnosi pokrytą odciskami dłoń.
- Żadnych wymówek, młody. Ruszaj się. Nie mamy całego dnia.
Zganiony, z czerwoną twarzą, wydostaję się ze składziku i przemykam obok
chmary nowicjuszy, którzy zebrali się, żeby podsłuchiwać.
Mam wrażenie, że głowę wypełniają mi nieuprażone ziarna kukurydzy
przesypujące się z jednego jej końca w drugi. Nie powinienem był tracić
czujności.
Wychodząc z budki z przekąskami, wyrzucam sobie głupi pomysł, że
moglibyśmy się dogadać z Derickiem jako współpracownicy. Nie
potrafiliśmy nawet ogarnąć przyjaźni po maturze. On w ogóle nie chce tu
być.
Prawie-pocałunek. Prawie-przeprosiny. Mam już dość tych "prawie" z Derickiem Haverfordem.
Powinienem się skupić na prawdziwej pracy, bo naprawdę ją stracę.