Neron (Tom 1). Neron - Conn Iggulden

Kup ebooka

39.99 zł
31.19 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Świa­tło tego dnia nie­po­ko­iło odmien­no­ścią, bo słońce zawi­słe tuż nad hory­zon­tem uży­czyło mu barwy przy­bru­dzo­nego złota, jaką się widuje jedy­nie o świ­ta­niu. Czarne chmury nad wzgó­rzami obrzmiały, upodob­nia­jąc się do mon­stru­al­nej, łap­czy­wej dłoni wyraź­nie gotu­ją­cej się do prze­mocy. W ostat­nich chwi­lach poprze­dza­ją­cych jej atak mał­żon­ko­wie stali twa­rzami do sie­bie, w staj­niach.

Ośle­piony upior­nym słoń­cem Gne­jusz mru­żył oczy. Zna­lazł sobie zaję­cie przy trze­cim koniu, któ­rego wcze­śniej wypro­wa­dził ze stajni, by skom­ple­to­wać zaprzęg do jego wyści­go­wej kwa­drygi. Pierw­sze dwa par­skały i pry­chały, już umo­co­wane rze­mie­niami do dyszla. Całe oprzy­rzą­do­wa­nie ważyło nie wię­cej niż małe dziecko. Rydwan został poma­lo­wany na czarno i złoto, a przy jego budo­wa­niu rze­mieśl­nicy posta­rali się, by ująć cię­żaru każ­dej czę­ści. Nikt na całym świe­cie nie był w sta­nie go dogo­nić, gdy Gne­jusz, potrzą­sa­jąc z całej siły lej­cami, przy­mu­szał czwórkę koni do galopu.

Trzeci koń był pło­chliwy i usi­ło­wał sta­nąć dęba. Gne­jusz pac­nął go bru­tal­nie po chra­pach, nie miał czasu na te jego wygłupy. Konie to zwie­rzęta zaprzę­gowe. I durne. Ten się go bał - i nie dzi­wota, wszak mógł stra­cić pano­wa­nie nad sobą. Musiał go popro­wa­dzić po cia­snym okręgu, bo smyr­gał na boki i prze­bie­rał nogami, za nic nie chcąc sta­nąć spo­koj­nie w jed­nym rzę­dzie z pozo­sta­łymi końmi. Tamte dwa dobrze zgry­wały się z sobą i zresztą nazy­wały się Kastor i Pol­luks. Ofe­ro­wano mu for­tunę za samo uży­cze­nie ich do roz­płodu, ale Gne­jusz odrzu­cał te oferty. Sena­tor, któ­remu odmó­wił, wymru­czał pod nosem jakiś komen­tarz na temat jego rodziny i tydzień póź­niej Gne­jusz gościł w swym łożu mał­żonkę owego jego­mo­ścia. Uśmiech­nął się na to wspo­mnie­nie, choć nie bez gory­czy.

Upał spra­wił, że powie­trze zro­biło się wil­gotne i gęste. Zda­wało się przy­gnia­tać go, przez co gniew nara­stał w nim jak te chmury burzowe. Spoj­rzał na żonę i wie­dział, że go nie­na­wi­dzi. Choć oczy­wi­ście spo­dzie­wała się, że w razie czego sko­czy za nią w ogień.

- Zamie­rzasz tak mil­czeć? - natarła. - Niech sta­jenny zaj­mie się końmi. Wybie­rasz się do Rzymu czy nie? Jeśli uciek­niesz, Barbo, to zabi­jesz nas oboje.

Przy­ci­snęła dłoń do łona, które pozo­sta­wało jałowe przez dzie­więć dłu­gich lat mał­żeń­stwa. Myśleli, że go ni­gdy nie wypeł­nią, a jed­nak udało się. Spoj­rzał odru­chowo na to miej­sce. Potra­fiła go cza­sem owi­nąć sobie wokół palca.

- Nie nazy­waj mnie Barbo - burk­nął. - To wolno tylko przy­ja­cio­łom.

Wziął wodze od nie­wol­nika. Trzeci koń się uspo­koił i dał się wresz­cie zaprząc. Gne­jusz zacią­gnął mocno rze­mie­nie i trzy konie kiwały łbami, par­skały i rżały, gdy ze stajni wypro­wa­dzono czwar­tego. Chciały już ruszyć do biegu, podob­nie jak Gne­jusz.

Odpra­wił gestem nie­wol­nika, który przy­pro­wa­dził czwar­tego konia. Nie potrze­bo­wał pomoc­nika! Jeź­dził rydwa­nem codzien­nie, jak przy­stało czło­wie­kowi jego pro­we­nien­cji. A poza tym wie­dział, że dookoła są uszy przy­słu­chu­jące się każ­demu jego słowu. Jakby połowa mia­sta wie­działa o moich inte­re­sach, pomy­ślał z nie­za­do­wo­le­niem. Żad­nej pry­wat­no­ści. Kolejna rzecz, któ­rej Agry­pina nie rozu­miała.

- Powin­nam tytu­ło­wać cię "panem"? - spy­tała zwod­ni­czo przy­mil­nie. - Albo może mam mówić "Salve, magi­ster", jak do mojego men­tora? Byłam dziec­kiem, kiedy się pozna­li­śmy.

Aż się wzdry­gnęła, gdy na nią nasko­czył. Był czło­wie­kiem wiel­kiej siły fizycz­nej, ale poru­szał się z nie­zwy­kłą gra­cją. Spo­strzegł jej rumie­niec i stwier­dził, że prze­peł­nia­jący ją teraz lęk ani tro­chę nie ujmuje jej urody. Chwy­cił ją za nad­gar­stek tak mocno, że aż poczuł prze­miesz­cza­nie się kości w tym uści­sku. Był żoł­nie­rzem, ekwitą, czło­wie­kiem zamoż­nym. Wpraw­dzie miała już dwa­dzie­ścia dwa lata, ale bywały chwile, gdy na powrót sta­wała się tamtą trzy­na­sto­let­nią dziew­czynką, którą ofia­ro­wali mu jej krewni.

- Nie pro­si­łem o cie­bie, Agry­pino. To twoja matka tak umi­zgi­wała się do mojej rodziny, że aż mleko się zsia­dało, jak pamię­tam. Nie upra­wiaj więc ze mną gie­rek. Zwłasz­cza gdy się doma­gasz, bym szu­kał śmierci w twoim imie­niu. Bo możesz się prze­ko­nać, że prze­sa­dzi­łaś.

- Skoro nie chcesz zro­bić tego dla mnie, zrób to dla tego dziecka we mnie.

Ujęła go za rękę i przy­ci­snęła ją do swego obrzmia­łego łona, prze­sad­nie mocno. Ta kobieta ma w sobie sza­leń­stwo, pomy­ślał. Zasta­na­wiał się, czy dziecko w ogóle prze­żyje matkę. Kiedy poczuł kop­nię­cie w łonie, odsu­nął się odru­chowo.

- Wiesz, co się sta­nie, żono, jeśli wjadę via Appia do Rzymu? Wiesz, co zrobi Sejan?

- Wiem, co zrobi, jeśli uciek­niesz - odparła.

Była bar­dzo blada. Strasz­li­wie pra­gnął, by choć raz objęła go ramio­nami, by dała jakiś znak, że jesz­cze coś do niego czuje. Z pew­no­ścią byłoby wtedy łatwiej. Matka powie­działa mu, że z cza­sem Agry­pina nauczy się go kochać, ale to oka­zało się nie­prawdą. Nie tylko się go bała, ale też wciąż trak­to­wała z pogardą. Gne­jusz nie doświad­czał ani miło­ści, ani życz­li­wo­ści ze strony poło­wicy. I prze­peł­nia­jący go gniew nie dawał pocie­chy.

- Gne­ju­szu? - mówiła dalej. - Sejan jest w Rzy­mie gło­sem cesa­rza. Jeśli uciek­niesz, ogłosi, że jesteś wyjęty spod prawa. Zabie­rze ci wszystko: zie­mię, kopal­nie, ten dom. Mnie. Dziecko i ja nie będziemy mieli żad­nej ochrony. Jak długo się utrzy­mamy, skoro pre­fek­tem Rzymu jest nasz wróg?

Gne­jusz pręd­kimi ruchami umo­co­wał wodze do karku ostat­niego konia. Wszyst­kie cztery zadarły teraz łby; czuły, że może zdążą ruszyć do biegu, nim roz­pęta się burza. Miały w sobie tyle mocy, że aż serce zaczęło mu bić szyb­ciej. Był gotów do odjazdu, a jed­nak stał tam, patrząc na wykwi­ta­jącą bły­ska­wicę, i sły­szał huk pio­runa, tak potężny, że wypeł­nił cały świat. Pod­niósł wzrok, wdy­cha­jąc powie­trze, które jakby nabrało życia. Dął wicher i zro­biło się chłod­niej niż w ostat­nich tygo­dniach. Z całą pew­no­ścią nad­cią­gała burza, kata­klizm. Zie­mia dopo­mi­nała się tego.

- Wiesz, Agri, że jestem tylko naj­młod­szym synem. Ni­gdy nie mia­łem szans na ode­gra­nie jakiejś waż­nej roli. Jestem wnu­kiem Marka Anto­niu­sza i to wszystko. Biorę udział w wyści­gach rydwa­nów i doglą­dam swo­ich wło­ści, ale nie zagra­żam ludziom takim jak Sejan albo cesarz. Moja rodzina jest majętna, i ow­szem, chcieli połą­czyć nasz ród z boską krwią Augu­sta, ale nic ponadto! A potem Tybe­riusz odda­lił się na Capri i ten Sejan... - Zaci­snął lejce w gar­ści. - Sejan spoj­rzał na tych kilku jesz­cze zagra­dza­ją­cych mu drogę i jął się ich pozby­wać.

- Nie wiesz tego - zapro­te­sto­wała jego żona.

Gne­jusz spoj­rzał na nią z nie­do­wie­rza­niem. Wypo­wie­dział się i to powinno zamknąć roz­mowę. Inni mężo­wie nie musieli zno­sić takich imper­ty­nen­cji. A tym­cza­sem jego żona zawsze chciała mieć ostat­nie słowo. Przy­tknął czoło do koń­skiego barku. Skoń­czył trzy­dzie­ści dzie­więć lat. Z Agry­piną oże­nił się w wieku lat trzy­dzie­stu i dotąd zawsze widział w niej tamtą małą dziew­czynkę. I może już zawsze miał ją taką widzieć.

- Aż taka jesteś ślepa? - wybuchł znie­nacka. - Cesarz Tybe­riusz wie tyle tylko, ile Sejan pozwala mu wie­dzieć. Rozu­miesz choć to? Od śmierci syna ten pod­stępny stary pająk zako­pał się na swej wyspie, zdjęty żałobą wyco­fał się z życia. A w Rzy­mie panuje wielka cisza. I jego zaufany przy­ja­ciel, ten sam uko­chany "towa­rzysz w znoju", któ­rego zosta­wił na poste­runku, dostrzegł i wyko­rzy­stał szansę. Prze­cież to Sejan jest odpo­wie­dzialny za los twych braci, Agry­pino! To on znisz­czył Nerona oskar­że­niami. Czyż to nie dziwi, że taki zdrowy mło­dzie­niec ode­brał sobie życie? Bo niby odczu­wał taki straszny wstyd? Sama powiedz, Agry­pino. Osta­tecz­nie był twoim krew­nym. A wszak w waszej rodzi­nie nikt nie odczuwa wstydu. Mówię ci...

Urwał, nie bar­dzo wie­dząc, czy powi­nien mówić dalej, ale pogarda na jej twa­rzy kazała mu jed­nak to cią­gnąć. Pochy­lił się do niej, zni­ża­jąc głos. Nawet we wła­snym domu musiał zacho­wać ostroż­ność. Ponoć Sejan opła­cał armię agen­tów, któ­rzy zno­sili mu plotki i tajem­nice.

- Nerona oskar­żono, że jest jak kobieta dla innych męż­czyzn. Sądzisz, że Tybe­riu­sza coś takiego obcho­dzi? Prze­cież on się nurza w okru­cień­stwach... Agry­pino, mógł­bym opo­wie­dzieć ci rze­czy, od któ­rych dozna­ła­byś mdło­ści. Nie, jeśli Tybe­riusz pod­pi­sał roz­kaz wygna­nia, jeśli w ogóle go widział, to tylko na żąda­nie Sejana, który w ten spo­sób pozbył się rywala. Sły­sza­łem, że pozwo­lili twemu bratu pod­ciąć sobie gar­dło, ale on tu nie miał żad­nego wyboru, rozu­miesz?

- Nie waż się o nim mówić - odpa­ro­wała.

Cała się teraz trzę­sła, wyraź­nie jed­nak ze zgry­zoty. Gne­jusz nawykł prze­ra­żać ludzi ze swego oto­cze­nia zdol­no­ścią do sia­nia prze­mocy. Zawsze musiała się zma­gać z odru­chem oka­za­nia stra­chu w jego obec­no­ści.

Wzru­szył ramio­nami.

- Ja aku­rat nic twoim bra­ciom nie zro­bi­łem, Agry­pino. Ja tylko wzią­łem sobie za żonę kobietę, która trak­tuje mnie chłodno. To Sejan dostrzegł drogę do wła­dzy i zro­bił ze mnie jesz­cze jeden kamień, który mógłby odkop­nąć, aby nie zagra­dzał mu przej­ścia.

Zauwa­żył, że jego żona roz­gląda się dookoła, spraw­dza­jąc, czy ktoś go nie pod­słu­chuje. Zaśmiał się w głos, czu­jąc znie­nacka, jak bar­dzo mu to wszystko obrzy­dło.

- Och! Czyż­bym mówił zbyt gło­śno? - Pod­niósł głos jesz­cze bar­dziej: - Czyż­bym powie­dział, że Sejan zabił dwóch two­ich braci, jed­nego wła­sno­ręcz­nie, a dru­giego zmu­sza­jąc do śmierci gło­do­wej? Ten trzeci mógł być następny, gdyby gdzieś nie znik­nął... nie­wąt­pli­wie strze­gąc swej głowy. Jak on się zwie? A tak, Gajusz Juliusz Cezar. Podob­nie jak Neron Cezar i Dru­zus Cezar. Cie­kawe, czy two­jej matce przy­szło kie­dy­kol­wiek do głowy, że nadaje im takie imiona, by zostali zabici. A teraz to ja jestem oskar­żany! O zdradę z żoną jakie­goś sena­tora, jakby połowa Rzymu nie koła­tała co noc do cudzych drzwi. Sejan ata­kuje cię za moim pośred­nic­twem swo­imi oskar­że­niami. Zostanę osą­dzony i zesłany, pew­nie na jakąś wyspę, na Pon­cię, abym tam umarł z głodu, albo może na Capri, gdzie został­bym dziwką Tybe­riu­sza! Albo po pro­stu zamkną mnie w celi, dadzą nóż i każą mi zro­bić to samemu? On chce wła­śnie tego. Albo może woli, żebym uciekł. Sejan toruje sobie drogę do wła­dzy mor­der­stwami, Agry­pino. Ty pew­nie tego nie widzisz, ale ja ow­szem! O to wła­śnie mnie pro­sisz! Jeśli pojadę do Rzymu, to wjadę pro­sto w obję­cia wła­snej śmierci.

Tak długo okła­dał ją sło­wami, te ostat­nie wykrzy­ku­jąc, że w końcu odsu­nęła się i zamknęła oczy. Wicher zwia­stu­jący burzę także na nią napie­rał, roz­wie­wa­jąc jej włosy. Gne­jusz tak się czuł, jakby to on sam nie­malże wznie­cił ten wiatr. Oddy­chał ciężko, jak po wyczer­pu­ją­cym biegu.

Agry­pina pode­szła bli­żej, tak bli­sko, że mogły ją dosię­gnąć jego pię­ści, i teraz to ona ska­zała go na słowną chło­stę.

- Wiecz­nie mówisz o obo­wiązku, Gne­ju­szu, o tym, że pan domu jest odpo­wie­dzialny za wszyst­kich, któ­rzy w nim miesz­kają. No cóż, taka już twoja rola. Gdy­byś tylko nie poczy­nał sobie tak swo­bod­nie z żonami sena­to­rów i kon­su­lów, to może Sejan nie miałby gwoź­dzi, na któ­rych da się cie­bie powie­sić. Tak więc nie przy­chodź do mnie po wyba­cze­nie albo współ­czu­cie. Ty sam mi tego nie oka­zu­jesz.

- Ty suko o zim­nym sercu - wysy­czał. - Powi­ta­łaś mnie kie­dyś w swym łożu? Roz­ło­ży­łaś kie­dyś przede mną nogi z wła­snej woli, żebym nie musiał doma­gać się siłą mężow­skich praw? A i wtedy leżysz jak zde­chła ryba, dopóki nie skoń­czę! I potem wra­casz do swej kom­naty, jakby nic się nie zda­rzyło! Przez dzie­więć lat tylko tyle od cie­bie dosta­łem. Na bogów, że też nie prze­wi­dzia­łem, że będziesz taka wyna­tu­rzona. Czy ty w ogóle potra­fisz kochać? Twój ojciec został zamor­do­wany, matka zaś upo­ko­rzona na środku ulicy, pobita tak okrut­nie, że aż stra­ciła oko. A jed­nak jakoś nie widzia­łem, abyś ich opła­ki­wała, Agry­pino, ani rodzi­ców, ani braci. Jesteś jak kamień. Jeśli więc znaj­do­wa­łem odro­binę cie­pła u nor­mal­nych kobiet, o ape­ty­tach rów­nie wiel­kich jak mój...

Ude­rzyła go w twarz, nagle i bez ostrze­że­nia, jakby sama nie wie­działa, że to zrobi. Uchy­liłby się albo odpa­ro­wał cios, gdyby zadał mu go męż­czy­zna, ale ona wzięła go z zasko­cze­nia. Głowa nie­mal dotknęła mu ramie­nia. Odru­chowo uniósł pięść, niczym pałkę.

Wystra­szona, że mąż ją zabije, Agry­pina cof­nęła się chwiej­nie. Zacze­piła o coś stopą i runęła na bru­ko­wane pod­łoże, krzy­cząc z bólu. Gne­jusz spoj­rzał z góry na młodą kobietę, która nosiła jego dziecko, wciąż gotu­jąc się z gniewu. Ni­gdy wcze­śniej jej nie ude­rzył, ani razu przez całe dzie­się­cio­le­cie ich mał­żeń­stwa. Była o połowę odeń niż­sza i o połowę też lżej­sza, a poza tym on, żoł­nierz, zabi­jał ludzi w bitwach i gwał­tow­nych dys­pu­tach. Pew­nemu ekwi­cie, który się z nim zażar­cie spie­rał, wybił oko i ani tro­chę się tym nie prze­jął. Innego z kolei udu­sił gołymi dłońmi, bo tam­ten nie chciał uho­no­ro­wać zakładu. A jed­nak ni­gdy nie ude­rzył kobiety.

Agry­pina wstała powoli, nie­zdar­nie. Pobla­dła jesz­cze moc­niej i Gne­ju­sza znie­nacka zemdliło od tych jej krzy­wych min i jadu. Nad ich gło­wami roz­pę­ty­wała się burza, i zauwa­żył, że na zie­mię spa­dają już wiel­kie kro­ple, od połu­dnia nad­ciąga ciężka ulewa. Czuł to w powie­trzu. Zro­bił głę­boki wdech i wstą­pił na plat­formę rydwanu.

- Jeśli odje­dziesz - powtó­rzyła - Sejan zabije dziecko, które noszę. Twoje dziecko.

Spoj­rzał na nią, na jej pozę z tym pod­trzy­my­wa­niem dło­nią brzu­cha. Pod­czas dzie­wię­ciu lat mał­żeń­stwa ani razu nie przy­tu­liła go tak mocno jak sie­bie. Nawet wtedy nim mani­pu­lo­wała. Wie­działa, że Gne­jusz chlubi się odwagą, że jego zda­niem naj­gor­szym mia­nem dla męż­czy­zny jest tchórz. Nie mógł brać udziału w wyścigu, ale na bogów! Nie mógłby oddać życia za taką jak ona. Chciał żyć.

Gdy chwy­cił wodze, jego konie jęły gło­śno rżeć i prze­bie­rać nogami po mokrych kamie­niach. Na kopy­tach miały żela­zne tabliczki, umo­co­wane rze­mie­niami prze­cią­gnię­tymi przez nacię­cia, i dla­tego odgłos tego ich plą­sa­nia koja­rzył się ze szczę­kiem noży. Gne­jusz wyprę­żył się. Był gotów i czuł w sobie moc.

- Co zamie­rzasz zro­bić? - zawo­łała Agry­pina.

Potrzą­snął głową z odrazą, nie mogąc znieść nawet jej głosu. Gdyby oże­nił się z inną, to nie byłoby go tutaj, nie zostałby wezwany do Rzymu z powodu jakichś sfin­go­wa­nych zarzu­tów. Gdyby nie nosiła w sobie jego dziecka, mógłby się z nią roz­wieść, ale teraz byli z sobą zwią­zani na dobre. Dotarło do niego, że ma nadzieję, iż dziecko umrze i dzięki temu będzie mógł odzy­skać wol­ność.

Opę­tany gnie­wem, znie­sma­czony sobą, zawró­cił rydwan, nie­mal całą jego dłu­go­ścią, bez trudu nad nim panu­jąc. Wie­dział, że będzie go obser­wo­wała, żeby wie­dzieć, w którą stronę się kie­ruje, czy na pół­noc, więc w stronę mia­sta... a może ku połu­dniu, aby gdzieś tam żyć bez honoru, porzu­ciw­szy żonę i dziecko.

Gne­jusz nie obej­rzał się za sie­bie, gdy mijał bramę i wyjeż­dżał na drogę. Deszcz znie­nacka nabrał mocy, sie­kąc zie­mię i ludzi. Natych­miast był prze­mo­czony do nitki, jasne włosy przy­kle­iły się do czaszki.

Nie zauwa­żył czer­wo­nej kre­ski, która speł­zła w dół po wnę­trzu jej nogi, mie­sza­jąc się z desz­czem i różo­wie­jąc, two­rząc krwawą kałużę dookoła stóp. Coś się w niej roz­darło, gdy upa­dła, ból teraz nara­stał i już był straszny. A mimo to pozo­stała tam, odpro­wa­dza­jąc go spoj­rze­niem, wie­dząc, że musi. Gne­jusz trzy­mał jej los w swo­ich rękach - i los tego dziecka, które rosło w niej niczym tumor. Bo wbrew jego gnie­wowi i głu­po­cie była nie­mal pewna, dokąd się uda. Jed­nak ta odro­bina nie­pew­no­ści trzy­mała ją w miej­scu niczym gwóźdź wbity w serce.

Gne­jusz już na dro­dze potrzą­snął wodzami i zakrzyk­nął jak dzika bestia. Konie w jed­nym sze­regu pomknęły przed sie­bie jak cztery strzały, a maleńki rydwan sko­czył za nimi gwał­tow­nie, jakby on też został wystrze­lony z tego samego łuku. Żela­zne pod­kowy zaiskrzyły w mroku i po chwili syl­wetka Gne­jusza znik­nęła w oddali, tam gdzie było mia­sto.

Agry­pina padła wtedy na zie­mię, krzy­cząc gło­śno, gdy Gne­jusz już nie mógł jej usły­szeć, gdy nie mógł już wziąć jej na ręce i ofia­ro­wać swą tro­skę, od któ­rej mro­wiła ją skóra. Nie­wol­nicy zare­ago­wali za to na jej krzyk i nad­bie­gli od strony domu. Jedni osła­niali ją przed desz­czem roz­po­star­tymi kocami, inni poma­gali jej wejść do środka, a jesz­cze inni wezwali leka­rza.

- Spro­wadź­cie położną - syk­nęła do nich Agry­pina. - Dziecko jest już w dro­dze.

Czuła, że bie­rze ją w swój uścisk potężny dreszcz i była pewna, że dziecko posta­no­wiło przyjść na świat. Niebo raz po raz prze­ci­nały bły­ska­wice, a po nich dud­niły gromy tak gło­śne, że ludzie aż pod­ska­ki­wali od samej ich mocy. Agry­pina modliła się, by Gne­ju­szowi star­czyło siły do zro­bie­nia tego, co jak sam powie­dział, naka­zy­wał zro­bić mu honor. Bo sama nic już tu nie mogła wskó­rać. Została wnie­siona do środka i musiała się zmie­rzyć ze swoją ciężką próbą.

Kwa­dryga gnała drogą sma­ganą desz­czem, ści­ga­jąc się z burzą. W górze jedna za drugą wykwi­tały bły­ska­wice, pokry­wa­jąc niebo plą­ta­niną bia­łych żył. Gne­jusz zauwa­żył ze zgrozą, że czuje dotyk pio­runa na ciele.

Takie tempo było wysoce nie­bez­pieczne na kamie­niach. Wie­dział, że lepiej nie zawra­cać rydwanu, bo wtedy będzie wiel­kim szczę­ścia­rzem, jeśli prze­żyje. Dobrze cho­ciaż, że na dro­dze było pusto. Miał wra­że­nie, że jest jedy­nym czło­wie­kiem na świe­cie pogrą­żo­nym w tym rodzaju sza­leń­stwa, dzięki któ­remu dostrze­gał falo­wa­nie pędzą­cych koni i czuł świa­do­mie bicie swego serca.

Balan­so­wał na maleń­kiej plat­for­mie z malo­wa­nego drewna, gdy czwórka koni prze­dzie­rała się przez przed­wcze­sny zmierzch. Każdy zara­żał pozo­stałe swoim stra­chem, dla­tego bie­gły, jakby ści­gały je lwy, z wytrzesz­czo­nymi oczami, sie­jąc w krąg bry­zgi śliny niczym mor­ską pianę.

Mijał sku­lone rodziny na pobo­czu drogi, a oni gapili się na sza­leńca galo­pu­ją­cego wśród gro­mów i bły­ska­wic. Widział bły­ski w ich oczach, gdy się obra­cali w jego stronę, ale nie zwal­niał. Czuł się nie­śmier­telny. Czy kie­dy­kol­wiek zda­rzyło mu się uciec przed walką? Przed jakimś czło­wie­kiem? Bo dla kogoś, kto zdąża w stronę wła­snej śmierci, powie­trze pach­nie sło­dy­czą. Nie czuł bólu w tym momen­cie, nie doku­czał mu ani smu­tek, ani też sta­rze­jące się stawy. Wszyst­kie obawy i zmar­twie­nia zosta­wił za sobą i znowu był młody. Fru­nął jak strzała, nurza­jąc się w tej chwi­lo­wej rado­ści.

Skryte za ścianą ulewy mia­sto roz­po­znał dzięki świa­tłom. Murów jak zawsze, nie­za­leż­nie od pogody, strze­gli pre­to­ria­nie. Lampy olejne pło­nęły nad war­tow­niami i na całym zwień­cze­niu muru jak świe­tliki. Uśmiech­nął się na ten widok. Miał przed sobą mia­sto, które kochał, a w nim porzą­dek, któ­rego łak­nął.

I jesz­cze strach. Dziwny spo­kój, który go wcze­śniej prze­peł­niał, roz­wiał się niczym mgła. Świa­tła mia­sta ozna­czały siłę, prawo i pre­to­ria­nów sto­ją­cych na war­cie. I ozna­czały też kres jego jazdy.

Czło­wiek pokroju Gne­ju­sza mógł w Rzy­mie robić, co chciał, dopóki nie został o coś oskar­żony. Tyle tylko nie­kiedy to wyma­gało. Gne­jusz wie­dział, że kiedy go pojmą, to już ni­gdy nie będzie wolny. Zaczął mio­tać prze­kleń­stwa i wul­garne słowa, posy­ła­jąc do Hadesu na wieczną udrękę wszyst­kich co do jed­nego. Tym krzy­kiem prze­dzie­rał się przez resztki swego opa­no­wa­nia. Przez jakiś czas wył, a mia­sto stop­niowo przed nim rosło.

Roz­grzane od biegu konie paro­wały na desz­czu. Gne­jusz dostrzegł, że jeden z nich utyka, i aż się wściekł. Oku­lał na tym twar­dym grun­cie, to oczy­wi­ste. Jego wina, jego wina, zawsze jego. Potra­fił sobie wyobra­zić, co na to Agry­pina, gdyby się dowie­działa, że był taki bez­tro­ski. Wiecz­nie mu powta­rzała, że ma myśleć, jakby mógł w jakiś spo­sób prze­wi­dzieć, co dany dzień przy­nie­sie, zanim to coś zwali im się na głowę.

Gne­jusz nie był głupi, nie­za­leż­nie od tego, co mówiła jego żona. Na bogów, ależ mu się to życie wyko­śla­wiło! Ni­gdy prze­cież nie chciał się żenić. Bo niby po co, skoro kobiety witały go tak chęt­nie w swo­ich łożach? Na widok jego jasnych wło­sów i potęż­nych ramion szep­tały mu do ucha obiet­nice, od któ­rych satyr by się czer­wie­nił. Nawet mężatki.

Przy­po­mniało mu się, że to jego matka się uparła. Starka pra­gnęła mieć wnuka i dla­tego zaaran­żo­wała zwią­zek z córką z dobrego rodu. Z pra­wnuczką samego Augu­sta, jego dro­go­cenną Agry­piną.

Gne­jusz potrzą­snął głową, strą­ca­jąc kro­ple desz­czu z oczu. Spo­dzie­wał się, że ta potulna istotka uro­dzi mu ze dwóch synów i może jesz­cze córkę, która zaj­mie się nim, gdy już będzie star­cem. A tym­cza­sem wdarła się do jego życia niczym wście­kły skunks z pazu­rami.

Razu któ­re­goś, w dzie­ciń­stwie, pró­bo­wał wytre­so­wać lisie szcze­nię. Nie­wol­nicy z majątku wyko­pali jamę i zabili matkę. Gne­jusz zdą­żył schwy­tać jed­nego wyry­wa­ją­cego się malu­cha, zanim zdą­żyli prze­bić go szpa­dlem. Lisy są bar­dzo podobne do psów, dla­tego uznał, że poskromi małą lisiczkę karmą i dys­cy­pliną. Teraz aż się skrzy­wił na to wspo­mnie­nie. Tamta histo­ria kosz­to­wała go czu­bek palca i pozo­sta­wiła bli­znę bie­gnącą od łok­cia do nad­garstka.

Agry­pina przy­po­mi­nała mu wła­śnie takiego liska. Lśniąca i nie­bez­pieczna, piękna... ale kiedy te czarne oczy patrzyły na cie­bie, czło­wieka odru­chowo prze­cho­dził dreszcz. Gne­jusz ni­gdy nie wie­dział, co ona myśli.

Deszcz prze­szedł w mżawkę. Prze­rwy mię­dzy pio­ru­nami i bły­ska­wi­cami robiły się coraz dłuż­sze, prze­ja­śniało się. Był za to wdzięczny, zwłasz­cza że zoba­czył sze­reg doszczęt­nie prze­mo­czo­nych wędrow­ców ocze­ku­ją­cych, aż zostaną wpusz­czeni do mia­sta. Jakiś głu­piec zama­chał nawet na niego, krzy­kiem naka­zu­jąc mu zwol­nić. I zaraz usko­czył, by nie dać się stra­to­wać pod kołami Gne­ju­szo­wego rydwanu. Rzy­mia­nin wzy­wany na wła­sną śmierć nie musi uzna­wać jakichś mało waż­nych prze­pi­sów. Uśmiech­nął się odru­chowo na tę dziwną myśl. Nazywa się Gne­jusz Domi­cjusz Ahe­no­bar­bus! Albo po pro­stu Barbo, od wyści­gów rydwa­nów. Kie­dyś, dawno temu, skan­do­wali to jego imię.

Prze­je­chał dło­nią po wło­sach, wygła­dza­jąc je z tyłu głowy. Na drogę przed nim wybie­gło dziecko. Gne­jusz zdą­żył jesz­cze dostrzec podarte odzie­nie malca, a potem przed oczami prze­mknęła mu roz­krzy­czana kobieta z wycią­gnię­tymi rękami. Sko­ja­rzyła mu się z Agry­piną i wtedy doko­nał wyboru, powo­du­jąc końmi na sam śro­dek drogi.

Pod­kowy ude­rzyły w dziecko i zła­mały je, jesz­cze zanim koło rydwanu odrzu­ciło je jak tobo­łek z gał­gan­ków. Gne­jusz usły­szał prze­raź­liwy szloch wyry­wa­jący się z ust kobiety i zaci­snął szczęki, czu­jąc mdło­ści z bólu i doj­mu­ją­cego żalu, przez tych głu­pich ludzi, któ­rzy pozwa­lają swym dzie­ciom tak się nara­żać.

Zsiadł z rydwanu pod samą bramą mia­sta. Ekwita nie musi cze­kać razem z brud­nymi od gnoju chło­pami i posłań­cami. Gne­jusz ski­nął głową w stronę pre­to­ria­nina, a wtedy ów ode­rwał wzrok od kobiety opła­ku­ją­cej synka, wska­zu­jąc w jego kie­runku. Obaj popa­trzyli na sie­bie i Gne­jusz wzru­szył ramio­nami. Mało ważne zda­rze­nie.

- Przy­by­wam na wezwa­nie pre­fekta Sejana. Jestem Gne­jusz Domi­cjusz Ahe­no­bar­bus.

Wokół zwłok dziecka zgro­ma­dził się tłum. Coraz wię­cej ludzi wska­zy­wało pal­cami Gne­ju­sza.

- Wejdź lepiej do środka, panie. Zbiera im się na bunt. Oni wszy­scy są jak dzieci.

Gne­jusz par­sk­nął śmie­chem. Opa­no­wało go poczu­cie spo­koju i sensu. Mógł zmie­rzyć się ze swym losem z god­no­ścią. W końcu był w domu, wśród swo­ich.

2

Zaci­snąw­szy dło­nie na cien­kich żela­znych kra­tach zabez­pie­cza­ją­cych okno, Tybe­riusz wyglą­dał na mia­sto. Ota­czały go mosiężne kosze z pło­ną­cymi węglami, rzu­ca­jące świetlną łunę na podo­bi­zny Jowi­sza nama­lo­wane na skle­pie­niu. W świą­ty­niach cyta­deli na Ark­sie, pół­noc­nym wierz­chołku Wzgó­rza Kapi­to­liń­skiego, pano­wała cisza. Po burzy całe mia­sto zda­wało się uspo­ko­jone, acz kiedy Tybe­riusz spo­glą­dał w stronę forum, wie­dział, że to nie­prawda. Z tej wyso­ko­ści po pro­stu nie sły­szał ludz­kiego gwaru. A jed­nak jego pod­dani byli tu - pra­co­wali, spali, spół­ko­wali, posi­lali się i wza­jem­nie zabi­jali. Aż się uśmiech­nął do tej myśli. W prze­past­nym mroku kryło się zarówno dobro, jak i zło, ale on był ponad tym wszyst­kim, a obraz impe­rium dawał mu zado­wo­le­nie.

Tybe­riusz obej­rzał się na sku­tego męż­czy­znę klę­czą­cego na posadzce z pole­ro­wa­nego kamie­nia, z kor­nie pochy­loną głową.

- Wiesz, czemu nazy­wamy to wzgó­rze Kapi­to­lem, Seja­nie? - zapy­tał.

Odwró­cił się od okna. W dru­giej dłoni trzy­mał zwi­nięty jedwabny gał­ga­nek i teraz przy­ci­snął go do ust, wdy­cha­jąc mia­zmat olejku róża­nego połą­czo­nego z mirrą. Oddech mu skwa­śniał minio­nego roku, co było obja­wem sta­ro­ści albo może coś mu gniło w środku. Nie zno­sił smrodu roz­kładu i dla­tego oddy­chał przez jedwab, tak jak ktoś inny upi­jałby łyk wina. Zapach osia­dał na skó­rze cie­niutką war­stewką.

Klę­czący przed nim czło­wiek nie odpo­wie­dział od razu. Wciąż jesz­cze gorącz­kowo myślał, wciąż zacho­dził w głowę, czy może jed­nak jest spo­sób, dzięki któ­remu ujdzie z życiem. Swo­iście roz­koszny widok. Tybe­riusz czuł, że jego zmy­sły budzą się do życia, gdy przy­wo­ły­wał wspo­mnie­nia z Capri. Nadzieja to takie pło­che, pod­szyte roz­pa­czą stwo­rze­nie, które noszą w sobie i męż­czyźni, i kobiety, ludzie wolni i nie­wol­nicy. Do samego końca, nawet w ostat­niej chwili odwa­żają się mieć nadzieję, że się ura­tują, że on, Tybe­riusz, zmięk­nie. Zda­rzało mu się myśleć, że to jego naj­więk­sza przy­jem­ność - wskrze­szać tę nadzieję, patrzeć, jak ten wątły pło­myk nabiera życia za sprawą alu­zji i tar­gów, a potem go gasić, gdy skrę­cali się z bólu. Sta­rał się wtedy zaglą­dać im w oczy, dosta­wać się naj­bli­żej, jak się dało - żeby zoba­czyć, czy umie­rają z nadzieją, czy też się pod­dali, uwal­nia­jąc to skrzy­dlate stwo­rze­nie, które pobu­dził do życia. Na bogów, kochał ich, jacy by nie byli dzie­cinni. Nawet Sejana kochał...

- No dalej, Seja­nie, wciąż jesz­cze masz język. Czy naprawdę mię­dzy nami nie może zapa­no­wać pokój? Będziesz mnie zmu­szał, bym stał się twym sędzią?

Męż­czy­zna pod­niósł wzrok i Tybe­riusz poczuł, że jego stare serce gubi rytm z tego pod­nie­ce­nia. Nadzieja zro­dzona z roz­pa­czy już tu była, wbrew rozu­mowi i doświad­cze­niu. Wie­dział, że ten czło­wiek prze­mówi, jesz­cze zanim Sejan się poru­szył, zanim jego łań­cu­chy zaszczę­kały na mar­mu­ro­wej posadzce. Sytu­acji omal nie znisz­czył zbie­ra­jący się w piersi Tybe­riusza kaszel. Zdu­sił go i patrzył, jak Sejan robi wdech, ale nie, kaszel musiał powró­cić, ochry­pły i za gło­śny, psu­jący tę chwilę.

Gdy kaszel prze­szedł, Tybe­riusz otarł usta, zły na tę swoją sła­bość. Zauwa­żył posmak krwi. Czuł ten posmak, gdy krwa­wiły mu dzią­sła, ale to się zaczęło poja­wiać na porządku dzien­nym. Tego wie­czoru zresztą czuł także woń, mroczną i cuch­nącą. Czy krew zawsze tak śmier­dzi? Byłby to straszny obraz zepsu­cia, gdyby wszy­scy ludzie byli zawsze prze­peł­nieni takim stę­chłym pły­nem, i to w nad­mia­rze. Nie potra­fił znieść tej myśli...

Zamknął oczy z ulgą, gdy Sejan wresz­cie prze­mó­wił. Głos miał chra­pliwy, ale wciąż silny. Pod jego wpły­wem cesarz czuł, że prze­szywa go leciu­teńki dreszcz, jakby jego skórę poli­zał kot.

- Sły­sza­łem to imię - rzekł Sejan. - Kapi­to­li­nus był kon­su­lem... albo raczej try­bu­nem? Bro­nił mia­sta.

- W rze­czy samej, Seja­nie! Nie­zwy­kły z cie­bie czło­wiek, zawsze to powta­rzam. Ow­szem, dawno temu, gdy Rzym na­dal krwa­wił z samego środka. Zwra­cam ci uwagę, że ten czło­wiek otrzy­mał swe imię od wzgó­rza, wie­dzia­łeś o tym? Kapi­to­li­nus uro­dził się tu, w jakimś domu. Nato­miast pier­wotna nazwa wzięła się z cza­sów, gdy nasi przod­ko­wie kopali tu pierw­sze fun­da­menty i odkryli kamienną głowę. Cie­kawe, jakaż to zapo­mniana, sta­ro­żytna rasa ją tu pozo­sta­wiła. - Tybe­riusz uśmiech­nął się z zadumą. - Kapi­to­li­nus był boha­te­rem repu­bliki, kocha­nym przez ludzi, dla któ­rych był kimś wiel­kim. A jed­nak posu­nął się za daleko... Pod koniec jego dom został zbu­rzony, kamień za kamie­niem, Seja­nie. I na jego miej­scu wyro­sła świą­ty­nia Junony, nie­całe czter­dzie­ści kro­ków stąd. Nikt się tam teraz nie modli za niego i nie myśli o nim. Czy to nie dziwne? Że imię może być nie­śmier­telne, ale już nie wspo­mnie­nie o czło­wieku, bo ono roz­wiewa się jak pył na wie­trze.

Tybe­riusz sta­nął przed czło­wie­kiem, któ­rego jesz­cze nie tak dawno nazy­wał przy­ja­cie­lem. Ota­cza­jący go, skryci w cie­niach straż­nicy poru­szyli się, w tym rów­nież ten, któ­rego tu spro­wa­dził jako świadka. Wie­dzieli, że Sejan został prze­szu­kany, że na­dal jest skrę­po­wany łań­cu­chami. A jed­nak sta­rali się oka­zać goto­wość skrzy­pie­niem skóry i żelaza. Tybe­riusz uśmie­chał się, wstę­pu­jąc po stop­niach, po czym spoj­rzał z góry na więź­nia. Ludzie to takie nie­skom­pli­ko­wane istoty. Wie­dział o tym, bo otwarł dosta­tecz­nie wielu.

Wycią­gnął rękę, ujmu­jąc Sejana pod brodę, i obró­cił jego twarz w jedną i drugą stronę. Sejan został pobity albo po pro­stu poobi­jany pod­czas aresz­to­wa­nia. Jego pełne wargi były roz­cięte, przy oku miał wydat­nego guza. Tybe­riusz przyj­rzał mu się ze współ­czu­ciem. Jego gwar­dzi­ści byli skru­pu­latni.

- Twoi pre­to­ria­nie mają nowego pre­fekta, stary przy­ja­cielu. Mia­no­wa­łem Newiu­sza Makrona. - Zauwa­żył, że Sejan się krzywi, i uniósł dłoń, jakby oma­wiali wła­śnie jakąś try­wialną sprawę. - Wiem! Jemu bra­kuje wyobraźni, nie­praw­daż, Seja­nie? Dwa­dzie­ścia lat walk z poża­rami na czele wigi­lów... nie dziwi, że ten czło­wiek zdaje się cuch­nąć dymem i popio­łem. Ale jest też lojal­nym psem. To liczy się naj­bar­dziej.

- Nie zdra­dzi­łem cię... - prze­mó­wił Sejan.

Uniósł głowę i usi­ło­wał spoj­rzeć w oczy prze­ra­ża­ją­cego starca, który przy­glą­dał mu się z góry. Za dużo razem wie­dzieli. Tybe­riusz znowu zaka­słał i otarł usta, pozo­sta­wia­jąc na pod­bródku smugę z oliwy prze­mie­sza­nej z krwią.

- Nazy­wa­łem cię przy­ja­cie­lem, Seja­nie. A nie mam ich wielu. Prawdę rze­kł­szy, nie posia­dam wła­ści­wie żad­nych. Jedni pra­gną mojej przy­chyl­no­ści, inni nie patrzą mi w oczy z obawy, co mógł­bym zro­bić... albo im, albo ich żonom i dzie­ciom. Śmieją się, gdy od nich tego chcę, krzy­wią się, gdy ich prze­strze­gam przed przy­szło­ścią. Sam fałsz, żad­nej praw­dzi­wej przy­jaźni. Potra­fisz to zro­zu­mieć? Widzę, jak się śmieją w towa­rzy­stwie bli­skich, ale sam tego nie doświad­czam, a w każ­dym razie nie w taki spo­sób, nie z taką nie­win­no­ścią. Rozu­miesz?

Nachy­lił się i uca­ło­wał Sejana w jeden poli­czek, potem w drugi. Czuł, że ten czło­wiek dygo­cze, i serce zabiło mu moc­niej. Nic już nie jest ani dobre, ani praw­dziwe, Tybe­riusz wie­dział o tym. Oprócz zemsty. To mogło spaść na czło­wieka z całą pro­stą prawdą kamie­nia młyń­skiego.

- Nie zamie­rza­łem wra­cać, Seja­nie. Stary jestem i zżera mnie jakaś cho­roba, z każ­dym dniem coraz gor­sza. W każ­dym razie moim domem jest teraz Capri, nie to mia­sto. Żałuj, żeś nie widział tej wyspy. Widok z nabrzeż­nych skał jest nad­zwy­czajny, zwłasz­cza że niebo zmie­nia barwę każ­dego dnia. Ba! O każ­dej godzi­nie. I tam mia­łem wszystko, czego mi było trzeba. Także syna, który odzie­dzi­czyłby Rzym. Z mojej krwi.

Przez chwilę mru­gał, w jego oczach roz­błysł smu­tek. To też mogła być prawda, ten żar, który wyto­czył się z popio­łów.

- Miesz­kał­bym do ostat­nich swo­ich dni, gdyby mój syn był wśród żywych. Mój jedyny chło­piec. Miał w sobie tyle namięt­no­ści! Wal­czy­łeś z nim, nie­praw­daż, Seja­nie? Tyle razy się poróż­ni­li­ście, wie­dli­ście tyle spo­rów. - Mach­nął ręką, dostrze­gł­szy strach w oczach męż­czy­zny. - Och, nie byłem ani ślepy, ani głu­chy na mojej wyspie. Zatrud­nia­łem oczy, które się wam obu przy­glą­dały. Na­dal zresztą mi służą. Powia­dam ci, kiedy umarł, posła­łem moje myszki do każ­dego ciem­nego zaka­marka, żeby szu­kały i nasłu­chi­wały, spraw­dza­jąc, czy to tylko bogo­wie zabrali duszę i ojcow­ską miłość z tego świata... nic innego. Miał trzy­dzie­ści sie­dem lat, rozu­miesz to, Seja­nie? Był w kwie­cie wieku i zdro­wia. Można mnie winić za to, że się zasta­na­wiam? Ludzie mają takie mroczne dusze. A jed­nak w końcu... mojego uko­cha­nego chłopca w środku nocy zabrała gorączka.

Urwał, przy­pa­tru­jąc się każ­demu, nawet nie­znacz­nemu ruchowi, jaki wyko­ny­wał Sejan. Tylko Tybe­riusz wie­dział, jak skoń­czy się ten wie­czór. Spi­jał tego czło­wieka jak falerna z pucharu, spra­wia­jąc, że zmy­sły mu pły­wały.

- Smu­ci­łem się, jak przy­stało na ojca. Wyry­wa­łem sobie włosy, piłem i rzy­ga­łem, aż w końcu zro­bi­łem się zupeł­nie pusty. Mogłem wtedy umrzeć, nic się tym nie przej­mu­jąc, a wtedy bez mojego syna cesar­ska suk­ce­sja prze­szłaby na czy­jeś dzieci. Znasz ich imiona, nie­praw­daż, Seja­nie? Jestem pewien, że znasz. Neron? Zna­mie­nity młody kwe­stor, ale obwi­niają go, że parzy się z innymi męż­czy­znami. Zdaje się, wydano w jego wypadku roz­kaz rocz­nego wygna­nia, dobrze pamię­tam? To ty uzna­łeś, że należy przy­po­mnieć mło­demu ary­sto­kra­cie o jego obo­wiąz­kach. Zgo­dzi­łem się. Ple­be­ju­sze nie rozu­mieją takich rze­czy, Seja­nie! Nie tak jak my. Potra­fią sza­no­wać tego, który daje, ale nie tego, który przyj­muje, nie tego, który dał się prze­ro­bić na kobietę. Biedny Neron. Napi­sa­łem do niego, gdy prze­by­wał na wygna­niu, wie­dzia­łeś? Pra­gną­łem, by rozu­miał, że nie może wła­dać Rzy­mem i zara­zem klę­kać przed męż­czy­znami. Nie­szczę­sny mło­dzian. Jak się zdaje, nie umiał wygrać ze swymi wybo­rami. Tak bar­dzo się wsty­dził, że aż ode­brał sobie życie.

Mówiąc to wszystko, Tybe­riusz obser­wo­wał Sejana, który dla odmiany nie­zmien­nie patrzył mu w oczy. A jed­nak i to mogło być wyzna­niem. Nie­winny czło­wiek nie poła­pałby się, że go o coś podej­rze­wają. Zwie­siłby głowę albo zamru­gał. Tybe­riusz sklął sie­bie w duchu za to swoje nie­do­pa­trze­nie. A więc może jed­nak był ślepy i głu­chy.

- A ponadto, Seja­nie, jego brat też został oskar­żony! Dru­zus, który rzu­cił się na żonę sena­tora i wziął ją siłą w swych pry­wat­nych poko­jach. - Par­sk­nął śmie­chem. - Choć zasta­na­wia mnie, czy też doszło do owego "wzię­cia siłą" dopiero po tym, jak mąż usły­szał plotki, wiesz? Czy­ta­łeś te raporty, Seja­nie. Mówiła, iż jej się wydało, że to jej mąż w mroku, po pijac­kiej orgii. Sprytna opo­wiastka.

Tybe­riusz ujął obu­rącz głowę przy­ja­ciela, prze­krzy­wia­jąc ją jak do poca­łunku. Z jedwab­nego gał­ganka nasą­czo­nego per­fu­mami na poli­czek Sejana skap­nęła kro­pla oliwy.

- Oczy­wi­ście mogłem go ura­to­wać, ale donie­siono mi, że spi­skuje na rzecz mojego oba­le­nia! Miał dwa­dzie­ścia pięć lat i zapewne spieszno mu było zostać spad­ko­biercą. Ach, Seja­nie, jakże pobu­dliwi potra­fią być mło­dzi! Czy pamię­tasz sie­bie, jak mia­łeś dwa­dzie­ścia pięć lat?

- Bła­gam cię, panie... - pró­bo­wał Sejan.

Tybe­riusz puścił to mimo uszu i mówił dalej, zamy­ka­jąc mu usta. Nikt nie ośmiela się prze­ry­wać cesa­rzowi.

- Znaj­do­wa­łem się daleko od Rzymu, Seja­nie, zajęty moją sztuką i spor­tem. Żałuję teraz, że nie przy­wo­ła­łem tam cie­bie. Kazał­bym ci tań­czyć, kazał­bym ci śpie­wać, Seja­nie.

W gło­sie starca poja­wiała się wtedy nie­miła nuta. Tym razem prze­obra­ziła się w napad kaszlu, który trwał i trwał. Kiedy Tybe­riusz puścił jego głowę, Sejan odwró­cił wzrok, żeby nie patrzeć na sła­bość czło­wieka, który mógł zade­cy­do­wać o jego losie pod wpły­wem naj­zwy­klej­szego kaprysu.

Tybe­riusz zato­czył się, gdy w polu jego widze­nia roz­bły­sły białe świa­tła. Zauwa­żył, że jeden z cieni się poru­sza. Jego świa­dek. Cesarz wysta­wił dłoń, zatrzy­mu­jąc mło­dzieńca.

- Nic mi nie jest, drogi chłop­cze! To prze­mi­ja­jąca przy­pa­dłość. Już nie­ba­wem będę zdrów, bo zajmą się mną naj­lepsi leka­rze Rzymu.

Cisnął na bok jedwabny gał­ga­nek, który upadł na mar­mu­rową posadzkę z dono­śnym pla­śnię­ciem, i natych­miast pod­szedł doń nie­wol­nik, ofe­ru­jąc kolejny, już nasą­czony olej­kami o gry­zą­cej woni.

- Oso­bi­ście przy­ło­ży­łem swą pie­częć pod tym roz­ka­zem, Seja­nie. Dru­zus Juliusz Cezar miał być wię­ziony na Pala­ty­nie... o, tam... przez dwa lata. A jed­nak był tak ura­żony tym, jak go potrak­to­wano, tak upo­ko­rzony, że odmó­wił przyj­mo­wa­nia pokar­mów. Zagło­dził się na śmierć w swej celi.

Tybe­riusz nachy­lił się jesz­cze bli­żej; Sejan poczuł teraz smród prze­gni­łych zębów i cze­goś jesz­cze gor­szego w odde­chu cesa­rza.

- Prze­pro­wa­dzi­łem śledz­two, Seja­nie. Kaza­łem poj­mać i pod­dać tor­tu­rom jego gwar­dzi­stów. Wymie­nili cię z imie­nia? Jak myślisz?

- Nie mogli tego zro­bić, panie. Jestem lojalny.

- Ow­szem, nie wspo­mnieli o tobie. Ale poja­wił się szcze­gół, który mnie zanie­po­koił, który wżarł się we mnie niczym te wrzody w moich pachwi­nach, które nawet prze­kłute nie chcą się zaskle­piać. Mój lekarz zba­dał jego ciało, jakże chude, sama skóra i kości. I wiesz, co zna­lazł w brzu­chu owego mło­dziana?

Sejan potrzą­snął głową.

- Słomę, Seja­nie, słomę. Ubitą tam, jak w żołądku krowy. To był wła­śnie ten robak w owocu, który zawiódł mnie na pokład galery cze­ka­ją­cej zawsze w pogo­to­wiu na mój roz­kaz na wybrzeżu Capri. Mój syn mógł prze­ży­wać tra­ge­dię i być może Neron oddał swe życie z roz­pa­czy... ale czło­wiek, który stara się zagło­dzić prze­cież na śmierć, nie zjada wła­snego mate­raca.

Przez jakiś czas pano­wało mil­cze­nie. Tybe­riusz starł smugę oliwy z warg, stale obo­la­łych i lekko spuch­nię­tych.

- Podej­rze­nia, podej­rze­nia, podej­rze­nia... - wymru­czał i ten odgłos wyniósł się kosz­mar­nie ponad łopo­ta­nie pło­mieni. - Och, to obrzy­dli­wość, jak już raz wnik­nie do głowy. Naka­za­łem moim mysz­kom, żeby cię obser­wo­wały, Seja­nie, żeby się tobie przy­słu­chi­wały. Opo­wie­działy mi o posą­gach wzno­szo­nych na twoje podo­bień­stwo, o for­tu­nie zabra­nej z mego skarbca dla uczcze­nia twych uro­dzin. Uświet­niano cię jak cesa­rza, choć prze­cież byłeś jedy­nie moim gło­sem w Rzy­mie. Przy­znaj mi uczci­wie, czy tak się działo po pro­stu dla­tego, że wyje­cha­łem na wiele lat? Myśla­łeś, że się nie dowiem albo że mnie to nie obej­dzie?

- Uzna­jesz mnie za win­nego, choć nie jestem winny - odparł Sejan. - Czemu zatem miał­bym coś mówić?

Tybe­riusz par­sk­nął śmie­chem.

- Jesteś winny, Seja­nie, ale różne sprawy koń­czą się na różne spo­soby. Na przy­kład Man­liusz przy­pi­sał sobie zaszczyt bycia kró­lem i za to został strą­cony ze Skały Tar­pej­skiej. Czyli stąd. Spadł z tego urwi­stego zbo­cza i poła­mał się na kamie­niach zale­ga­ją­cych dno tej wiel­kiej prze­pa­ści. Mógł­bym zro­bić coś takiego albo kazać cię powie­sić, nabić na pal... Na bogów, jest tak wiele spo­so­bów. Albo mógł­bym też kazać cię udu­sić, abyś zmarł nie­na­ru­szony. Trwa­łoby to nieco dłu­żej, ale był­byś wtedy pocho­wany z hono­rem... a nie w kawał­kach.

Zare­ago­wał uśmie­chem na ten swój żart. Wskrze­sił wcze­śniej odro­binę nadziei i teraz ją zdu­sił. I to przy­no­siło mu radość - gdy widział rezy­gna­cję wykwi­ta­jącą w oczach tego, który mu uwie­rzył.

- Podejdź tu do mnie natych­miast, Gaju­szu! - zawo­łał Tybe­riusz, nie odwra­ca­jąc głowy. - Musisz to zoba­czyć.

Sły­chać było zbli­ża­jące się kroki, ale cesarz nie odry­wał spoj­rze­nia od klę­czą­cego pre­fekta, który z kolei odwa­żył się zer­k­nąć na nowo przy­by­łego. Bar­dzo szczu­pły, ciem­no­włosy mło­dzie­niec znik­nął z mia­sta dwa lata wcze­śniej. Sejan szu­kał wie­ści o nim, gdzie tylko mógł. Teraz zapadł się w sobie w łań­cu­chach, a Tybe­riusz aż kla­snął w ręce z zachwytu.

- Nie wie­dzia­łeś! Liczy­łem, że się nie dowiesz, ale oczy­wi­ście nie mogłem być pewien. Myśla­łem, że będziesz miał swoje uszy i oczy na Capri i że będą ci dono­sić o wszyst­kim. Bo widzisz, Seja­nie, mia­łem przy sobie swego trze­ciego syna i zapew­ni­łem mu bez­pie­czeń­stwo. Stał się moim fawo­ry­tem.

Sejan spoj­rzał w oczy mło­dzieńca i zady­go­tał na widok tego, co zoba­czył. Gajusz Cezar Ger­ma­nik trząsł się jak wychło­stany pies. Sejan zauwa­żył, że jest cały pokie­re­szo­wany. Jego twarz była ozna­ko­wana dzi­wacz­nymi zakrę­ta­sami i kre­skami, także dło­nie nazna­czyło ostrze. Tybe­riusz zacho­wał go przy życiu, zabie­ra­jąc na Capri, ale Gajusz nie wró­cił stam­tąd cały i zdrów. Wystar­czyło raz spoj­rzeć, żeby się o tym prze­ko­nać. Sejan ode­rwał wzrok, a Tybe­riusz skrzy­wił się, nie rozu­mie­jąc tej jego reak­cji.

- Ura­to­wa­łem go, Seja­nie! Kiedy mój rodzony syn odszedł z tego świata, kiedy inni umie­rali w zagad­ko­wych oko­licz­no­ściach, wywio­złem Gaju­sza i usy­no­wi­łem go. Dobry cesarz pla­nuje, nie­praw­daż? Patrzy w przy­szłość i nagina ją sto­sow­nie do swej woli. A w razie koniecz­no­ści wyrywa chwast rosnący w ogro­dzie, zanim zagłu­szy wszyst­kie kwiatki.

- A zatem nie dasz się prze­ko­nać, że jestem nie­winny? - ode­zwał się Sejan.

Tybe­riusz zaśmiał się i pokrę­cił głową.

- Był­bym dur­niem, gdy­bym uwie­rzył. Zbyt wielu zmarło, Seja­nie, kiedy ty wspi­na­łeś się coraz wyżej i zapo­mi­na­łeś, że to mnie jesteś winien wszystko, że wszystko może ci być zabrane. Powi­nie­nem był kazać cię pod­dać tor­tu­rom, doprawdy tak nale­żało uczy­nić, aby poznać każdy szcze­gół, te wszyst­kie nik­czemne spi­ski i gierki, jakich się dopu­ści­łeś. Ale wszak... Byli­śmy kie­dyś przy­ja­ciółmi. - Mówił to na rzecz swego towa­rzy­sza, wycią­gnąw­szy rękę i gła­dząc ramiona mło­dzieńca. - Widzisz to, Gaju­szu? Mógł­bym teraz uła­ska­wić Sejana przez wzgląd na to, co nas daw­niej łączyło.

Młody czło­wiek przy­tak­nął, a Sejan zapadł się w sobie, wbi­ja­jąc wzrok w posadzkę.

- Znasz grec­kie słowo kri­sis? - spy­tał łagod­nym gło­sem Tybe­riusz. - Są tacy w Rzy­mie, któ­rzy posłu­gują się nim, gdy mają na myśli klę­skę albo... kata­strofę. A ono wcale tego nie ozna­cza. Nie, ono ozna­cza decy­do­wa­nie, zma­ga­nie się z wybo­rem. Tak więc, Seja­nie, ofe­ruję ci szansę, abyś wyznał swoje prze­winy i dał się udu­sić, bo ina­czej wezwę moich ludzi od tor­tur, któ­rzy będą nad tobą pra­co­wali tak długo, aż mnie zado­wolą. Mamy teraz kri­sis, Seja­nie. Wybie­raj.

W tym momen­cie, tylko na krótką chwilę, w oczach męż­czy­zny w łań­cu­chach poja­wił się wyraz nie­malże buty. Tybe­riusz zauwa­żył to i z uśmie­chem na ustach nachy­lił się ku niemu bli­żej, aby usły­szeć, jakie to jado­wite stwier­dze­nie wypły­nie z jego warg. Ale zoba­czył tylko, że Sejan wzdy­cha i traci rezon. Zre­zy­gno­wany Tybe­riusz omal nie wyco­fał oferty.

- Pro­szę bar­dzo - rzekł cicho Sejan. - Oto wyznaję, jak każesz, panie. Ode­gra­łem swoją rolę w śmierci... - Zawa­hał się, ale jak czło­wiek już zej­dzie ze szczytu w prze­paść, to potem nie może zmie­nić zda­nia. On wła­snie spa­dał w tę prze­paść. - To z mojego roz­kazu Neron ode­brał sobie życie. W wię­zie­niu odmó­wi­łem pokarmu jego bratu. Marzy­łem o tym, że będę pierw­szy w Rzy­mie, tak, nagroda warta odro­binę krwi. Tyle i tylko tyle. Pro­szę bar­dzo, teraz już znasz całą prawdę.

- Pro­szę bar­dzo... - powtó­rzył po nim Tybe­riusz. Nachy­lił się i poca­ło­wał Sejana jesz­cze raz w policzki, jakby na poże­gna­nie. - Widzisz, Gaju­szu? Jaki to odważny czło­wiek, do samego końca. Zabierz go na Schody Gemoń­skie. Moi ludzie zro­bią, co trzeba.

- Teraz? - zapy­tał Sejan łamią­cym się gło­sem. - Liczy­łem, że będę miał szansę napi­sać listy, zoba­czyć się z żoną i dziećmi.

- Mam za sobą bar­dzo bar­dzo długą drogę - odparł Tybe­riusz. - Jestem zmę­czony po podróży i muszę się wyspać. Gajusz też musi wypo­cząć. No już, nie gry­maś. Mój oso­bi­sty straż­nik to czło­wiek o wiel­kiej sile. Zrobi to szybko.

Z cieni wyło­nili się legio­ni­ści i podźwi­gnęli Sejana z klę­czek. Pre­fekt chwiał się, sta­ra­jąc się przy tym zacho­wać męż­nie, ale i tak roz­glą­dał się dookoła w poszu­ki­wa­niu jakie­goś ratunku. Tybe­riusz ukrył uśmiech za uper­fu­mo­waną szmatką. Nadzieja. A jed­nak prze­trwała.

Żoł­nie­rze wypro­wa­dzili Sejana ze świą­tyni i prze­pro­wa­dzili go przez Wzgó­rze Kapi­to­liń­skie. Na Scho­dach Gemoń­skich od wie­ków zabi­jano zdraj­ców, po czym ich ciała strą­cano w dół, ku ucie­sze cze­ka­ją­cej tam tłusz­czy, by mogła je obi­jać kijami i siec nożami. Także tego dnia zawczasu zapa­lono tam pochod­nie i świa­tło przy­cią­gnęło motłoch, mimo iż był to śro­dek nocy. Tybe­riusz i Gajusz szli z tyłu spa­ce­ro­wym kro­kiem niczym para kochan­ków w świe­tle księ­życa.

Sejan obej­rzał się przez ramię, czu­jąc, że prze­peł­nia­jący go prze­raź­liwy strach nara­sta.

- Prze­cież nie musisz... bła­gam, Ceza­rze. Przy­jaź­ni­li­śmy się kie­dyś.

Tybe­riusz uniósł obie ręce, uda­jąc bez­rad­ność. Pochy­lił się i szep­nął coś do ucha mło­dzień­cowi u swego boku. Sejan zauwa­żył, że Gajusz się wzdryga, sły­sząc jego słowa.

- Okaż­cie litość, choć jeden z was! - zawo­łał Sejan. - To w waszej mocy. Poślij mnie na wygna­nie, Tybe­riu­szu! Bierz wszystko, co mam, ale pozwól mi żyć.

Straż­nicy powle­kli go grzbie­tem wzgó­rza do szczytu scho­dów. Lampy oświe­tlały te sta­ro­żytne stop­nie aż do kałuż mroku obok forum. Po tych samych kamie­niach szli nie­gdyś Bru­tus i Kasjusz, trzy­ma­jąc zakrwa­wione ręce w górze, aby poka­zać, co zro­bili.

Spra­gniona wido­wi­ska gawiedź spo­strze­gła w górze cesa­rza. Zaczęli coś do sie­bie wołać i także do samego Tybe­riu­sza, bło­go­sła­wiąc go za jego obec­ność w mie­ście. Inni wiwa­to­wali dopiero wtedy, gdy docie­rała do nich wieść. Tybe­riusz był w Rzy­mie. Impe­ra­tor był z nimi!

- Bła­gam... - nie usta­wał Sejan.

Sku­pił się na młod­szym męż­czyź­nie, bo Tybe­riu­sza nie miał o co pro­sić. A Gajusz miał zostać cesa­rzem któ­re­goś dnia - jeśli prze­żyje tego pomarsz­czo­nego sta­rego pająka wpi­tego w jego ramię.

- Zna­łem twego ojca, Gaju­szu. Czy nie zechciał­byś wypro­sić łaski dla mnie? Tybe­riusz da ci wszystko jako swemu następcy. Czy nie mógł­byś daro­wać mi życia?

Ku jego zdu­mie­niu mło­dzie­niec zaniósł się dzi­wacz­nym, piskli­wym śmie­chem. Śmie­chem, który brzmiał nie­malże jak łka­nie.

- Wymor­do­wa­łeś mi braci - odrzekł Gajusz. - Gdy­bym miał siłę, sam zmiaż­dżył­bym ci gar­dło.

- Cel­nie to ują­łeś, drogi chłop­cze - mruk­nął Tybe­riusz cie­płym tonem. - W spra­wie­dli­wo­ści jest jakaś czy­stość.

Ski­nął głową w stronę straż­nika i tam­ten wyszedł naprzód, po czym chwy­cił Sejana za gar­dło. Wię­zień wydał zwie­rzęcy sko­wyt paniki, który po chwili zato­nął w peł­nym pod­nie­ce­nia ryku zebra­nego tam tłumu. Oczy gapiów lśniły bla­skiem odbi­tym od pochodni. Nie­któ­rzy wspięli się na pierw­sze stop­nie z nożami w pogo­to­wiu, w ocze­ki­wa­niu na ciało.

Sejan, pierw­szy miecz gwar­dii pre­to­riań­skiej, był czło­wie­kiem sil­nym, wyspor­to­wa­nym i wciąż w kwie­cie wieku - długo to trwało, nim ostatni ślad życia został zeń wyrwany. Straż­nik ści­skał i ści­skał jego kark, aż w końcu poczuł, że coś tam pękło. Dopiero wtedy był zado­wo­lony ze swego dzieła. Obró­cił się w stronę Tybe­riu­sza, a ten mach­nął tylko ręką, zajęty odka­sły­wa­niem krwi w czer­wony gał­ga­nek.

Straż­nik kop­nia­kiem zepchnął ciało ze scho­dów, przy­glą­da­jąc się zafa­scy­no­wany, jak pod­ska­kuje i zsuwa się pro­sto w wycią­gnięte ręce roz­ocho­co­nej tłusz­czy, która rzu­ciła się na nie w jakimś dziw­nym szale, bijąc pię­ściami i dźga­jąc nożami, zle­wa­jąc się Seja­nową krwią.

Tybe­riusz pozo­sta­wił ich na jakiś czas z tymi roz­ryw­kami, po czym posłał swo­ich ludzi na dół, aby odzy­skali trupa jego nie­gdy­siej­szego przy­ja­ciela. Tłum roz­stę­po­wał się przed ponu­rymi, zaku­tymi w zbroje żoł­nie­rzami, two­rząc krąg i wiwa­tu­jąc na cześć powrotu cesa­rza.

Sto­jący u stóp Scho­dów Gemoń­skich Gne­jusz Domi­cjusz Ahe­no­bar­bus zadarł głowę ze zgrozą. Tybe­riusz powró­cił do Rzymu po kil­ku­na­stu latach nie­obec­no­ści. Gne­jusz roz­po­znał Sejana, a potem przy­glą­dał się, jak strą­cają go w prze­paść niczym wór psze­nicy. Naj­niż­sze stop­nie pokryły się bry­zgami krwi, a mimo to Gne­jusz czuł jedy­nie ogłu­pia­jącą radość. Z pew­no­ścią oskar­że­nia wyto­czone prze­ciwko niemu zmarły razem z Seja­nem. Jego wróg zetknął się z siłą więk­szą od niego i został przez nią zadła­wiony.

Chciało mu się zawyć z zachwytu, z triumfu, ale miał dość oleju w gło­wie. Tłum wciąż sza­lał, ludzie napie­rali we wszyst­kie strony i popy­chali się wza­jem, wyma­chu­jąc zakrwa­wio­nymi nożami. Gne­jusz wie­dział, że naj­le­piej postąpi, jak zwy­czaj­nie stąd odej­dzie, spo­koj­nie uda się do stajni, gdzie pozo­sta­wił rydwan zaprzę­żony w czwórkę koni. Musiał zresztą poszu­kać jesz­cze jed­nego konia, na wymianę za tego, który się ochwa­cił, ale wystar­czy zacze­kać do świtu.

Popa­trzył na schody, na Tybe­riu­sza i mło­dzieńca sto­ją­cego u jego boku. Poła­pał się, że zna tego chłopca. Gajusz Cezar, star­szy brat Agry­piny. A więc chło­pak prze­żył! Gne­jusz pamię­tał go jako chu­der­la­wego małego urwisa, odważ­nego i zadzior­nego, wiecz­nie uśmiech­nię­tego. Jacyś legio­nowi kowale zro­bili mal­cowi kom­pletną zbroję, łącz­nie z minia­tu­ro­wym mie­czem i cali­gae, san­da­łami noszo­nymi przez żoł­nie­rzy. Zachwy­cony chło­piec para­do­wał dum­nie wyprę­żony po obo­zie, jakby to była jego wła­sność. Gne­jusz przy­po­mniał sobie, że wła­śnie od tych san­da­łów nadali mu przy­do­mek "Kali­gula".

Wyswo­bo­dził się z tłumu, odda­la­jąc się od świa­tła. Musi o tym powie­dzieć Agry­pi­nie. Będzie wie­działa, co zro­bić. Zawsze wie­działa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki