1
Światło tego dnia niepokoiło odmiennością, bo słońce zawisłe tuż nad
horyzontem użyczyło mu barwy przybrudzonego złota, jaką się widuje
jedynie o świtaniu. Czarne chmury nad wzgórzami obrzmiały, upodobniając
się do monstrualnej, łapczywej dłoni wyraźnie gotującej się do przemocy.
W ostatnich chwilach poprzedzających jej atak małżonkowie stali twarzami
do siebie, w stajniach.
Oślepiony upiornym słońcem Gnejusz mrużył oczy. Znalazł sobie zajęcie
przy trzecim koniu, którego wcześniej wyprowadził ze stajni, by
skompletować zaprzęg do jego wyścigowej kwadrygi. Pierwsze dwa parskały
i prychały, już umocowane rzemieniami do dyszla. Całe oprzyrządowanie
ważyło nie więcej niż małe dziecko. Rydwan został pomalowany na czarno i złoto, a przy jego budowaniu rzemieślnicy postarali się, by ująć ciężaru
każdej części. Nikt na całym świecie nie był w stanie go dogonić, gdy
Gnejusz, potrząsając z całej siły lejcami, przymuszał czwórkę koni do
galopu.
Trzeci koń był płochliwy i usiłował stanąć dęba. Gnejusz pacnął go
brutalnie po chrapach, nie miał czasu na te jego wygłupy. Konie to
zwierzęta zaprzęgowe. I durne. Ten się go bał - i nie dziwota, wszak
mógł stracić panowanie nad sobą. Musiał go poprowadzić po ciasnym
okręgu, bo smyrgał na boki i przebierał nogami, za nic nie chcąc stanąć
spokojnie w jednym rzędzie z pozostałymi końmi. Tamte dwa dobrze
zgrywały się z sobą i zresztą nazywały się Kastor i Polluks. Oferowano
mu fortunę za samo użyczenie ich do rozpłodu, ale Gnejusz odrzucał te
oferty. Senator, któremu odmówił, wymruczał pod nosem jakiś komentarz na
temat jego rodziny i tydzień później Gnejusz gościł w swym łożu małżonkę
owego jegomościa. Uśmiechnął się na to wspomnienie, choć nie bez
goryczy.
Upał sprawił, że powietrze zrobiło się wilgotne i gęste. Zdawało się
przygniatać go, przez co gniew narastał w nim jak te chmury burzowe.
Spojrzał na żonę i wiedział, że go nienawidzi. Choć oczywiście
spodziewała się, że w razie czego skoczy za nią w ogień.
- Zamierzasz tak milczeć? - natarła. - Niech stajenny zajmie się końmi.
Wybierasz się do Rzymu czy nie? Jeśli uciekniesz, Barbo, to zabijesz nas
oboje.
Przycisnęła dłoń do łona, które pozostawało jałowe przez dziewięć
długich lat małżeństwa. Myśleli, że go nigdy nie wypełnią, a jednak
udało się. Spojrzał odruchowo na to miejsce. Potrafiła go czasem owinąć
sobie wokół palca.
- Nie nazywaj mnie Barbo - burknął. - To wolno tylko przyjaciołom.
Wziął wodze od niewolnika. Trzeci koń się uspokoił i dał się wreszcie
zaprząc. Gnejusz zaciągnął mocno rzemienie i trzy konie kiwały łbami,
parskały i rżały, gdy ze stajni wyprowadzono czwartego. Chciały już
ruszyć do biegu, podobnie jak Gnejusz.
Odprawił gestem niewolnika, który przyprowadził czwartego konia. Nie
potrzebował pomocnika! Jeździł rydwanem codziennie, jak przystało
człowiekowi jego proweniencji. A poza tym wiedział, że dookoła są uszy
przysłuchujące się każdemu jego słowu. Jakby połowa miasta wiedziała o moich interesach, pomyślał z niezadowoleniem. Żadnej prywatności.
Kolejna rzecz, której Agrypina nie rozumiała.
- Powinnam tytułować cię "panem"? - spytała zwodniczo przymilnie. - Albo
może mam mówić "Salve, magister", jak do mojego mentora? Byłam
dzieckiem, kiedy się poznaliśmy.
Aż się wzdrygnęła, gdy na nią naskoczył. Był człowiekiem wielkiej siły
fizycznej, ale poruszał się z niezwykłą gracją. Spostrzegł jej rumieniec
i stwierdził, że przepełniający ją teraz lęk ani trochę nie ujmuje jej
urody. Chwycił ją za nadgarstek tak mocno, że aż poczuł przemieszczanie
się kości w tym uścisku. Był żołnierzem, ekwitą, człowiekiem zamożnym.
Wprawdzie miała już dwadzieścia dwa lata, ale bywały chwile, gdy na
powrót stawała się tamtą trzynastoletnią dziewczynką, którą ofiarowali
mu jej krewni.
- Nie prosiłem o ciebie, Agrypino. To twoja matka tak umizgiwała się do
mojej rodziny, że aż mleko się zsiadało, jak pamiętam. Nie uprawiaj więc
ze mną gierek. Zwłaszcza gdy się domagasz, bym szukał śmierci w twoim
imieniu. Bo możesz się przekonać, że przesadziłaś.
- Skoro nie chcesz zrobić tego dla mnie, zrób to dla tego dziecka we
mnie.
Ujęła go za rękę i przycisnęła ją do swego obrzmiałego łona, przesadnie
mocno. Ta kobieta ma w sobie szaleństwo, pomyślał. Zastanawiał się, czy
dziecko w ogóle przeżyje matkę. Kiedy poczuł kopnięcie w łonie, odsunął
się odruchowo.
- Wiesz, co się stanie, żono, jeśli wjadę via Appia do Rzymu? Wiesz, co
zrobi Sejan?
- Wiem, co zrobi, jeśli uciekniesz - odparła.
Była bardzo blada. Straszliwie pragnął, by choć raz objęła go ramionami,
by dała jakiś znak, że jeszcze coś do niego czuje. Z pewnością byłoby
wtedy łatwiej. Matka powiedziała mu, że z czasem Agrypina nauczy się go
kochać, ale to okazało się nieprawdą. Nie tylko się go bała, ale też
wciąż traktowała z pogardą. Gnejusz nie doświadczał ani miłości, ani
życzliwości ze strony połowicy. I przepełniający go gniew nie dawał
pociechy.
- Gnejuszu? - mówiła dalej. - Sejan jest w Rzymie głosem cesarza. Jeśli
uciekniesz, ogłosi, że jesteś wyjęty spod prawa. Zabierze ci wszystko:
ziemię, kopalnie, ten dom. Mnie. Dziecko i ja nie będziemy mieli żadnej
ochrony. Jak długo się utrzymamy, skoro prefektem Rzymu jest nasz wróg?
Gnejusz prędkimi ruchami umocował wodze do karku ostatniego konia.
Wszystkie cztery zadarły teraz łby; czuły, że może zdążą ruszyć do
biegu, nim rozpęta się burza. Miały w sobie tyle mocy, że aż serce
zaczęło mu bić szybciej. Był gotów do odjazdu, a jednak stał tam,
patrząc na wykwitającą błyskawicę, i słyszał huk pioruna, tak potężny,
że wypełnił cały świat. Podniósł wzrok, wdychając powietrze, które jakby
nabrało życia. Dął wicher i zrobiło się chłodniej niż w ostatnich
tygodniach. Z całą pewnością nadciągała burza, kataklizm. Ziemia
dopominała się tego.
- Wiesz, Agri, że jestem tylko najmłodszym synem. Nigdy nie miałem szans
na odegranie jakiejś ważnej roli. Jestem wnukiem Marka Antoniusza i to
wszystko. Biorę udział w wyścigach rydwanów i doglądam swoich włości,
ale nie zagrażam ludziom takim jak Sejan albo cesarz. Moja rodzina jest
majętna, i owszem, chcieli połączyć nasz ród z boską krwią Augusta, ale
nic ponadto! A potem Tyberiusz oddalił się na Capri i ten Sejan... -
Zacisnął lejce w garści. - Sejan spojrzał na tych kilku jeszcze
zagradzających mu drogę i jął się ich pozbywać.
- Nie wiesz tego - zaprotestowała jego żona.
Gnejusz spojrzał na nią z niedowierzaniem. Wypowiedział się i to powinno
zamknąć rozmowę. Inni mężowie nie musieli znosić takich impertynencji. A tymczasem jego żona zawsze chciała mieć ostatnie słowo. Przytknął czoło
do końskiego barku. Skończył trzydzieści dziewięć lat. Z Agrypiną ożenił
się w wieku lat trzydziestu i dotąd zawsze widział w niej tamtą małą
dziewczynkę. I może już zawsze miał ją taką widzieć.
- Aż taka jesteś ślepa? - wybuchł znienacka. - Cesarz Tyberiusz wie tyle
tylko, ile Sejan pozwala mu wiedzieć. Rozumiesz choć to? Od śmierci syna
ten podstępny stary pająk zakopał się na swej wyspie, zdjęty żałobą
wycofał się z życia. A w Rzymie panuje wielka cisza. I jego zaufany
przyjaciel, ten sam ukochany "towarzysz w znoju", którego zostawił na
posterunku, dostrzegł i wykorzystał szansę. Przecież to Sejan jest
odpowiedzialny za los twych braci, Agrypino! To on zniszczył Nerona
oskarżeniami. Czyż to nie dziwi, że taki zdrowy młodzieniec odebrał
sobie życie? Bo niby odczuwał taki straszny wstyd? Sama powiedz,
Agrypino. Ostatecznie był twoim krewnym. A wszak w waszej rodzinie nikt
nie odczuwa wstydu. Mówię ci...
Urwał, nie bardzo wiedząc, czy powinien mówić dalej, ale pogarda na jej
twarzy kazała mu jednak to ciągnąć. Pochylił się do niej, zniżając głos.
Nawet we własnym domu musiał zachować ostrożność. Ponoć Sejan opłacał
armię agentów, którzy znosili mu plotki i tajemnice.
- Nerona oskarżono, że jest jak kobieta dla innych mężczyzn. Sądzisz, że
Tyberiusza coś takiego obchodzi? Przecież on się nurza w okrucieństwach...
Agrypino, mógłbym opowiedzieć ci rzeczy, od których doznałabyś mdłości.
Nie, jeśli Tyberiusz podpisał rozkaz wygnania, jeśli w ogóle go widział,
to tylko na żądanie Sejana, który w ten sposób pozbył się rywala.
Słyszałem, że pozwolili twemu bratu podciąć sobie gardło, ale on tu nie
miał żadnego wyboru, rozumiesz?
- Nie waż się o nim mówić - odparowała.
Cała się teraz trzęsła, wyraźnie jednak ze zgryzoty. Gnejusz nawykł
przerażać ludzi ze swego otoczenia zdolnością do siania przemocy. Zawsze
musiała się zmagać z odruchem okazania strachu w jego obecności.
Wzruszył ramionami.
- Ja akurat nic twoim braciom nie zrobiłem, Agrypino. Ja tylko wziąłem
sobie za żonę kobietę, która traktuje mnie chłodno. To Sejan dostrzegł
drogę do władzy i zrobił ze mnie jeszcze jeden kamień, który mógłby
odkopnąć, aby nie zagradzał mu przejścia.
Zauważył, że jego żona rozgląda się dookoła, sprawdzając, czy ktoś go
nie podsłuchuje. Zaśmiał się w głos, czując znienacka, jak bardzo mu to
wszystko obrzydło.
- Och! Czyżbym mówił zbyt głośno? - Podniósł głos jeszcze bardziej: -
Czyżbym powiedział, że Sejan zabił dwóch twoich braci, jednego
własnoręcznie, a drugiego zmuszając do śmierci głodowej? Ten trzeci mógł
być następny, gdyby gdzieś nie zniknął... niewątpliwie strzegąc swej
głowy. Jak on się zwie? A tak, Gajusz Juliusz Cezar. Podobnie jak Neron
Cezar i Druzus Cezar. Ciekawe, czy twojej matce przyszło kiedykolwiek do
głowy, że nadaje im takie imiona, by zostali zabici. A teraz to ja
jestem oskarżany! O zdradę z żoną jakiegoś senatora, jakby połowa Rzymu
nie kołatała co noc do cudzych drzwi. Sejan atakuje cię za moim
pośrednictwem swoimi oskarżeniami. Zostanę osądzony i zesłany, pewnie na
jakąś wyspę, na Poncię, abym tam umarł z głodu, albo może na Capri,
gdzie zostałbym dziwką Tyberiusza! Albo po prostu zamkną mnie w celi,
dadzą nóż i każą mi zrobić to samemu? On chce właśnie tego. Albo może
woli, żebym uciekł. Sejan toruje sobie drogę do władzy morderstwami,
Agrypino. Ty pewnie tego nie widzisz, ale ja owszem! O to właśnie mnie
prosisz! Jeśli pojadę do Rzymu, to wjadę prosto w objęcia własnej
śmierci.
Tak długo okładał ją słowami, te ostatnie wykrzykując, że w końcu
odsunęła się i zamknęła oczy. Wicher zwiastujący burzę także na nią
napierał, rozwiewając jej włosy. Gnejusz tak się czuł, jakby to on sam
niemalże wzniecił ten wiatr. Oddychał ciężko, jak po wyczerpującym
biegu.
Agrypina podeszła bliżej, tak blisko, że mogły ją dosięgnąć jego pięści,
i teraz to ona skazała go na słowną chłostę.
- Wiecznie mówisz o obowiązku, Gnejuszu, o tym, że pan domu jest
odpowiedzialny za wszystkich, którzy w nim mieszkają. No cóż, taka już
twoja rola. Gdybyś tylko nie poczynał sobie tak swobodnie z żonami
senatorów i konsulów, to może Sejan nie miałby gwoździ, na których da
się ciebie powiesić. Tak więc nie przychodź do mnie po wybaczenie albo
współczucie. Ty sam mi tego nie okazujesz.
- Ty suko o zimnym sercu - wysyczał. - Powitałaś mnie kiedyś w swym
łożu? Rozłożyłaś kiedyś przede mną nogi z własnej woli, żebym nie musiał
domagać się siłą mężowskich praw? A i wtedy leżysz jak zdechła ryba,
dopóki nie skończę! I potem wracasz do swej komnaty, jakby nic się nie
zdarzyło! Przez dziewięć lat tylko tyle od ciebie dostałem. Na bogów, że
też nie przewidziałem, że będziesz taka wynaturzona. Czy ty w ogóle
potrafisz kochać? Twój ojciec został zamordowany, matka zaś upokorzona
na środku ulicy, pobita tak okrutnie, że aż straciła oko. A jednak jakoś
nie widziałem, abyś ich opłakiwała, Agrypino, ani rodziców, ani braci.
Jesteś jak kamień. Jeśli więc znajdowałem odrobinę ciepła u normalnych
kobiet, o apetytach równie wielkich jak mój...
Uderzyła go w twarz, nagle i bez ostrzeżenia, jakby sama nie wiedziała,
że to zrobi. Uchyliłby się albo odparował cios, gdyby zadał mu go
mężczyzna, ale ona wzięła go z zaskoczenia. Głowa niemal dotknęła mu
ramienia. Odruchowo uniósł pięść, niczym pałkę.
Wystraszona, że mąż ją zabije, Agrypina cofnęła się chwiejnie. Zaczepiła
o coś stopą i runęła na brukowane podłoże, krzycząc z bólu. Gnejusz
spojrzał z góry na młodą kobietę, która nosiła jego dziecko, wciąż
gotując się z gniewu. Nigdy wcześniej jej nie uderzył, ani razu przez
całe dziesięciolecie ich małżeństwa. Była o połowę odeń niższa i o połowę też lżejsza, a poza tym on, żołnierz, zabijał ludzi w bitwach i gwałtownych dysputach. Pewnemu ekwicie, który się z nim zażarcie
spierał, wybił oko i ani trochę się tym nie przejął. Innego z kolei
udusił gołymi dłońmi, bo tamten nie chciał uhonorować zakładu. A jednak
nigdy nie uderzył kobiety.
Agrypina wstała powoli, niezdarnie. Pobladła jeszcze mocniej i Gnejusza
znienacka zemdliło od tych jej krzywych min i jadu. Nad ich głowami
rozpętywała się burza, i zauważył, że na ziemię spadają już wielkie
krople, od południa nadciąga ciężka ulewa. Czuł to w powietrzu. Zrobił
głęboki wdech i wstąpił na platformę rydwanu.
- Jeśli odjedziesz - powtórzyła - Sejan zabije dziecko, które noszę.
Twoje dziecko.
Spojrzał na nią, na jej pozę z tym podtrzymywaniem dłonią brzucha.
Podczas dziewięciu lat małżeństwa ani razu nie przytuliła go tak mocno
jak siebie. Nawet wtedy nim manipulowała. Wiedziała, że Gnejusz chlubi
się odwagą, że jego zdaniem najgorszym mianem dla mężczyzny jest tchórz.
Nie mógł brać udziału w wyścigu, ale na bogów! Nie mógłby oddać życia za
taką jak ona. Chciał żyć.
Gdy chwycił wodze, jego konie jęły głośno rżeć i przebierać nogami po
mokrych kamieniach. Na kopytach miały żelazne tabliczki, umocowane
rzemieniami przeciągniętymi przez nacięcia, i dlatego odgłos tego ich
pląsania kojarzył się ze szczękiem noży. Gnejusz wyprężył się. Był gotów
i czuł w sobie moc.
- Co zamierzasz zrobić? - zawołała Agrypina.
Potrząsnął głową z odrazą, nie mogąc znieść nawet jej głosu. Gdyby
ożenił się z inną, to nie byłoby go tutaj, nie zostałby wezwany do Rzymu
z powodu jakichś sfingowanych zarzutów. Gdyby nie nosiła w sobie jego
dziecka, mógłby się z nią rozwieść, ale teraz byli z sobą związani na
dobre. Dotarło do niego, że ma nadzieję, iż dziecko umrze i dzięki temu
będzie mógł odzyskać wolność.
Opętany gniewem, zniesmaczony sobą, zawrócił rydwan, niemal całą jego
długością, bez trudu nad nim panując. Wiedział, że będzie go
obserwowała, żeby wiedzieć, w którą stronę się kieruje, czy na północ,
więc w stronę miasta... a może ku południu, aby gdzieś tam żyć bez honoru,
porzuciwszy żonę i dziecko.
Gnejusz nie obejrzał się za siebie, gdy mijał bramę i wyjeżdżał na
drogę. Deszcz znienacka nabrał mocy, siekąc ziemię i ludzi. Natychmiast
był przemoczony do nitki, jasne włosy przykleiły się do czaszki.
Nie zauważył czerwonej kreski, która spełzła w dół po wnętrzu jej nogi,
mieszając się z deszczem i różowiejąc, tworząc krwawą kałużę dookoła
stóp. Coś się w niej rozdarło, gdy upadła, ból teraz narastał i już był
straszny. A mimo to pozostała tam, odprowadzając go spojrzeniem,
wiedząc, że musi. Gnejusz trzymał jej los w swoich rękach - i los tego
dziecka, które rosło w niej niczym tumor. Bo wbrew jego gniewowi i głupocie była niemal pewna, dokąd się uda. Jednak ta odrobina
niepewności trzymała ją w miejscu niczym gwóźdź wbity w serce.
Gnejusz już na drodze potrząsnął wodzami i zakrzyknął jak dzika bestia.
Konie w jednym szeregu pomknęły przed siebie jak cztery strzały, a maleńki rydwan skoczył za nimi gwałtownie, jakby on też został
wystrzelony z tego samego łuku. Żelazne podkowy zaiskrzyły w mroku i po
chwili sylwetka Gnejusza zniknęła w oddali, tam gdzie było miasto.
Agrypina padła wtedy na ziemię, krzycząc głośno, gdy Gnejusz już nie
mógł jej usłyszeć, gdy nie mógł już wziąć jej na ręce i ofiarować swą
troskę, od której mrowiła ją skóra. Niewolnicy zareagowali za to na jej
krzyk i nadbiegli od strony domu. Jedni osłaniali ją przed deszczem
rozpostartymi kocami, inni pomagali jej wejść do środka, a jeszcze inni
wezwali lekarza.
- Sprowadźcie położną - syknęła do nich Agrypina. - Dziecko jest już w drodze.
Czuła, że bierze ją w swój uścisk potężny dreszcz i była pewna, że
dziecko postanowiło przyjść na świat. Niebo raz po raz przecinały
błyskawice, a po nich dudniły gromy tak głośne, że ludzie aż
podskakiwali od samej ich mocy. Agrypina modliła się, by Gnejuszowi
starczyło siły do zrobienia tego, co jak sam powiedział, nakazywał
zrobić mu honor. Bo sama nic już tu nie mogła wskórać. Została wniesiona
do środka i musiała się zmierzyć ze swoją ciężką próbą.
Kwadryga gnała drogą smaganą deszczem, ścigając się z burzą. W górze
jedna za drugą wykwitały błyskawice, pokrywając niebo plątaniną białych
żył. Gnejusz zauważył ze zgrozą, że czuje dotyk pioruna na ciele.
Takie tempo było wysoce niebezpieczne na kamieniach. Wiedział, że lepiej
nie zawracać rydwanu, bo wtedy będzie wielkim szczęściarzem, jeśli
przeżyje. Dobrze chociaż, że na drodze było pusto. Miał wrażenie, że
jest jedynym człowiekiem na świecie pogrążonym w tym rodzaju szaleństwa,
dzięki któremu dostrzegał falowanie pędzących koni i czuł świadomie
bicie swego serca.
Balansował na maleńkiej platformie z malowanego drewna, gdy czwórka koni
przedzierała się przez przedwczesny zmierzch. Każdy zarażał pozostałe
swoim strachem, dlatego biegły, jakby ścigały je lwy, z wytrzeszczonymi
oczami, siejąc w krąg bryzgi śliny niczym morską pianę.
Mijał skulone rodziny na poboczu drogi, a oni gapili się na szaleńca
galopującego wśród gromów i błyskawic. Widział błyski w ich oczach, gdy
się obracali w jego stronę, ale nie zwalniał. Czuł się nieśmiertelny.
Czy kiedykolwiek zdarzyło mu się uciec przed walką? Przed jakimś
człowiekiem? Bo dla kogoś, kto zdąża w stronę własnej śmierci, powietrze
pachnie słodyczą. Nie czuł bólu w tym momencie, nie dokuczał mu ani
smutek, ani też starzejące się stawy. Wszystkie obawy i zmartwienia
zostawił za sobą i znowu był młody. Frunął jak strzała, nurzając się w tej chwilowej radości.
Skryte za ścianą ulewy miasto rozpoznał dzięki światłom. Murów jak
zawsze, niezależnie od pogody, strzegli pretorianie. Lampy olejne
płonęły nad wartowniami i na całym zwieńczeniu muru jak świetliki.
Uśmiechnął się na ten widok. Miał przed sobą miasto, które kochał, a w nim porządek, którego łaknął.
I jeszcze strach. Dziwny spokój, który go wcześniej przepełniał, rozwiał
się niczym mgła. Światła miasta oznaczały siłę, prawo i pretorianów
stojących na warcie. I oznaczały też kres jego jazdy.
Człowiek pokroju Gnejusza mógł w Rzymie robić, co chciał, dopóki nie
został o coś oskarżony. Tyle tylko niekiedy to wymagało. Gnejusz
wiedział, że kiedy go pojmą, to już nigdy nie będzie wolny. Zaczął
miotać przekleństwa i wulgarne słowa, posyłając do Hadesu na wieczną
udrękę wszystkich co do jednego. Tym krzykiem przedzierał się przez
resztki swego opanowania. Przez jakiś czas wył, a miasto stopniowo przed
nim rosło.
Rozgrzane od biegu konie parowały na deszczu. Gnejusz dostrzegł, że
jeden z nich utyka, i aż się wściekł. Okulał na tym twardym gruncie, to
oczywiste. Jego wina, jego wina, zawsze jego. Potrafił sobie wyobrazić,
co na to Agrypina, gdyby się dowiedziała, że był taki beztroski.
Wiecznie mu powtarzała, że ma myśleć, jakby mógł w jakiś sposób
przewidzieć, co dany dzień przyniesie, zanim to coś zwali im się na
głowę.
Gnejusz nie był głupi, niezależnie od tego, co mówiła jego żona. Na
bogów, ależ mu się to życie wykoślawiło! Nigdy przecież nie chciał się
żenić. Bo niby po co, skoro kobiety witały go tak chętnie w swoich
łożach? Na widok jego jasnych włosów i potężnych ramion szeptały mu do
ucha obietnice, od których satyr by się czerwienił. Nawet mężatki.
Przypomniało mu się, że to jego matka się uparła. Starka pragnęła mieć
wnuka i dlatego zaaranżowała związek z córką z dobrego rodu. Z prawnuczką samego Augusta, jego drogocenną Agrypiną.
Gnejusz potrząsnął głową, strącając krople deszczu z oczu. Spodziewał
się, że ta potulna istotka urodzi mu ze dwóch synów i może jeszcze
córkę, która zajmie się nim, gdy już będzie starcem. A tymczasem wdarła
się do jego życia niczym wściekły skunks z pazurami.
Razu któregoś, w dzieciństwie, próbował wytresować lisie szczenię.
Niewolnicy z majątku wykopali jamę i zabili matkę. Gnejusz zdążył
schwytać jednego wyrywającego się malucha, zanim zdążyli przebić go
szpadlem. Lisy są bardzo podobne do psów, dlatego uznał, że poskromi
małą lisiczkę karmą i dyscypliną. Teraz aż się skrzywił na to
wspomnienie. Tamta historia kosztowała go czubek palca i pozostawiła
bliznę biegnącą od łokcia do nadgarstka.
Agrypina przypominała mu właśnie takiego liska. Lśniąca i niebezpieczna,
piękna... ale kiedy te czarne oczy patrzyły na ciebie, człowieka odruchowo
przechodził dreszcz. Gnejusz nigdy nie wiedział, co ona myśli.
Deszcz przeszedł w mżawkę. Przerwy między piorunami i błyskawicami
robiły się coraz dłuższe, przejaśniało się. Był za to wdzięczny,
zwłaszcza że zobaczył szereg doszczętnie przemoczonych wędrowców
oczekujących, aż zostaną wpuszczeni do miasta. Jakiś głupiec zamachał
nawet na niego, krzykiem nakazując mu zwolnić. I zaraz uskoczył, by nie
dać się stratować pod kołami Gnejuszowego rydwanu. Rzymianin wzywany na
własną śmierć nie musi uznawać jakichś mało ważnych przepisów.
Uśmiechnął się odruchowo na tę dziwną myśl. Nazywa się Gnejusz Domicjusz
Ahenobarbus! Albo po prostu Barbo, od wyścigów rydwanów. Kiedyś, dawno
temu, skandowali to jego imię.
Przejechał dłonią po włosach, wygładzając je z tyłu głowy. Na drogę
przed nim wybiegło dziecko. Gnejusz zdążył jeszcze dostrzec podarte
odzienie malca, a potem przed oczami przemknęła mu rozkrzyczana kobieta
z wyciągniętymi rękami. Skojarzyła mu się z Agrypiną i wtedy dokonał
wyboru, powodując końmi na sam środek drogi.
Podkowy uderzyły w dziecko i złamały je, jeszcze zanim koło rydwanu
odrzuciło je jak tobołek z gałganków. Gnejusz usłyszał przeraźliwy
szloch wyrywający się z ust kobiety i zacisnął szczęki, czując mdłości z bólu i dojmującego żalu, przez tych głupich ludzi, którzy pozwalają swym
dzieciom tak się narażać.
Zsiadł z rydwanu pod samą bramą miasta. Ekwita nie musi czekać razem z brudnymi od gnoju chłopami i posłańcami. Gnejusz skinął głową w stronę
pretorianina, a wtedy ów oderwał wzrok od kobiety opłakującej synka,
wskazując w jego kierunku. Obaj popatrzyli na siebie i Gnejusz wzruszył
ramionami. Mało ważne zdarzenie.
- Przybywam na wezwanie prefekta Sejana. Jestem Gnejusz Domicjusz
Ahenobarbus.
Wokół zwłok dziecka zgromadził się tłum. Coraz więcej ludzi wskazywało
palcami Gnejusza.
- Wejdź lepiej do środka, panie. Zbiera im się na bunt. Oni wszyscy są
jak dzieci.
Gnejusz parsknął śmiechem. Opanowało go poczucie spokoju i sensu. Mógł
zmierzyć się ze swym losem z godnością. W końcu był w domu, wśród
swoich.
2
Zacisnąwszy dłonie na cienkich żelaznych kratach zabezpieczających okno,
Tyberiusz wyglądał na miasto. Otaczały go mosiężne kosze z płonącymi
węglami, rzucające świetlną łunę na podobizny Jowisza namalowane na
sklepieniu. W świątyniach cytadeli na Arksie, północnym wierzchołku
Wzgórza Kapitolińskiego, panowała cisza. Po burzy całe miasto zdawało
się uspokojone, acz kiedy Tyberiusz spoglądał w stronę forum, wiedział,
że to nieprawda. Z tej wysokości po prostu nie słyszał ludzkiego gwaru.
A jednak jego poddani byli tu - pracowali, spali, spółkowali, posilali
się i wzajemnie zabijali. Aż się uśmiechnął do tej myśli. W przepastnym
mroku kryło się zarówno dobro, jak i zło, ale on był ponad tym
wszystkim, a obraz imperium dawał mu zadowolenie.
Tyberiusz obejrzał się na skutego mężczyznę klęczącego na posadzce z polerowanego kamienia, z kornie pochyloną głową.
- Wiesz, czemu nazywamy to wzgórze Kapitolem, Sejanie? - zapytał.
Odwrócił się od okna. W drugiej dłoni trzymał zwinięty jedwabny gałganek
i teraz przycisnął go do ust, wdychając miazmat olejku różanego
połączonego z mirrą. Oddech mu skwaśniał minionego roku, co było objawem
starości albo może coś mu gniło w środku. Nie znosił smrodu rozkładu i dlatego oddychał przez jedwab, tak jak ktoś inny upijałby łyk wina.
Zapach osiadał na skórze cieniutką warstewką.
Klęczący przed nim człowiek nie odpowiedział od razu. Wciąż jeszcze
gorączkowo myślał, wciąż zachodził w głowę, czy może jednak jest sposób,
dzięki któremu ujdzie z życiem. Swoiście rozkoszny widok. Tyberiusz
czuł, że jego zmysły budzą się do życia, gdy przywoływał wspomnienia z Capri. Nadzieja to takie płoche, podszyte rozpaczą stworzenie, które
noszą w sobie i mężczyźni, i kobiety, ludzie wolni i niewolnicy. Do
samego końca, nawet w ostatniej chwili odważają się mieć nadzieję, że
się uratują, że on, Tyberiusz, zmięknie. Zdarzało mu się myśleć, że to
jego największa przyjemność - wskrzeszać tę nadzieję, patrzeć, jak ten
wątły płomyk nabiera życia za sprawą aluzji i targów, a potem go gasić,
gdy skręcali się z bólu. Starał się wtedy zaglądać im w oczy, dostawać
się najbliżej, jak się dało - żeby zobaczyć, czy umierają z nadzieją,
czy też się poddali, uwalniając to skrzydlate stworzenie, które pobudził
do życia. Na bogów, kochał ich, jacy by nie byli dziecinni. Nawet Sejana
kochał...
- No dalej, Sejanie, wciąż jeszcze masz język. Czy naprawdę między nami
nie może zapanować pokój? Będziesz mnie zmuszał, bym stał się twym
sędzią?
Mężczyzna podniósł wzrok i Tyberiusz poczuł, że jego stare serce gubi
rytm z tego podniecenia. Nadzieja zrodzona z rozpaczy już tu była, wbrew
rozumowi i doświadczeniu. Wiedział, że ten człowiek przemówi, jeszcze
zanim Sejan się poruszył, zanim jego łańcuchy zaszczękały na marmurowej
posadzce. Sytuacji omal nie zniszczył zbierający się w piersi Tyberiusza
kaszel. Zdusił go i patrzył, jak Sejan robi wdech, ale nie, kaszel
musiał powrócić, ochrypły i za głośny, psujący tę chwilę.
Gdy kaszel przeszedł, Tyberiusz otarł usta, zły na tę swoją słabość.
Zauważył posmak krwi. Czuł ten posmak, gdy krwawiły mu dziąsła, ale to
się zaczęło pojawiać na porządku dziennym. Tego wieczoru zresztą czuł
także woń, mroczną i cuchnącą. Czy krew zawsze tak śmierdzi? Byłby to
straszny obraz zepsucia, gdyby wszyscy ludzie byli zawsze przepełnieni
takim stęchłym płynem, i to w nadmiarze. Nie potrafił znieść tej myśli...
Zamknął oczy z ulgą, gdy Sejan wreszcie przemówił. Głos miał chrapliwy,
ale wciąż silny. Pod jego wpływem cesarz czuł, że przeszywa go
leciuteńki dreszcz, jakby jego skórę polizał kot.
- Słyszałem to imię - rzekł Sejan. - Kapitolinus był konsulem... albo
raczej trybunem? Bronił miasta.
- W rzeczy samej, Sejanie! Niezwykły z ciebie człowiek, zawsze to
powtarzam. Owszem, dawno temu, gdy Rzym nadal krwawił z samego środka.
Zwracam ci uwagę, że ten człowiek otrzymał swe imię od wzgórza,
wiedziałeś o tym? Kapitolinus urodził się tu, w jakimś domu. Natomiast
pierwotna nazwa wzięła się z czasów, gdy nasi przodkowie kopali tu
pierwsze fundamenty i odkryli kamienną głowę. Ciekawe, jakaż to
zapomniana, starożytna rasa ją tu pozostawiła. - Tyberiusz uśmiechnął
się z zadumą. - Kapitolinus był bohaterem republiki, kochanym przez
ludzi, dla których był kimś wielkim. A jednak posunął się za daleko... Pod
koniec jego dom został zburzony, kamień za kamieniem, Sejanie. I na jego
miejscu wyrosła świątynia Junony, niecałe czterdzieści kroków stąd. Nikt
się tam teraz nie modli za niego i nie myśli o nim. Czy to nie dziwne?
Że imię może być nieśmiertelne, ale już nie wspomnienie o człowieku, bo
ono rozwiewa się jak pył na wietrze.
Tyberiusz stanął przed człowiekiem, którego jeszcze nie tak dawno
nazywał przyjacielem. Otaczający go, skryci w cieniach strażnicy
poruszyli się, w tym również ten, którego tu sprowadził jako świadka.
Wiedzieli, że Sejan został przeszukany, że nadal jest skrępowany
łańcuchami. A jednak starali się okazać gotowość skrzypieniem skóry i żelaza. Tyberiusz uśmiechał się, wstępując po stopniach, po czym
spojrzał z góry na więźnia. Ludzie to takie nieskomplikowane istoty.
Wiedział o tym, bo otwarł dostatecznie wielu.
Wyciągnął rękę, ujmując Sejana pod brodę, i obrócił jego twarz w jedną i drugą stronę. Sejan został pobity albo po prostu poobijany podczas
aresztowania. Jego pełne wargi były rozcięte, przy oku miał wydatnego
guza. Tyberiusz przyjrzał mu się ze współczuciem. Jego gwardziści byli
skrupulatni.
- Twoi pretorianie mają nowego prefekta, stary przyjacielu. Mianowałem
Newiusza Makrona. - Zauważył, że Sejan się krzywi, i uniósł dłoń, jakby
omawiali właśnie jakąś trywialną sprawę. - Wiem! Jemu brakuje wyobraźni,
nieprawdaż, Sejanie? Dwadzieścia lat walk z pożarami na czele wigilów...
nie dziwi, że ten człowiek zdaje się cuchnąć dymem i popiołem. Ale jest
też lojalnym psem. To liczy się najbardziej.
- Nie zdradziłem cię... - przemówił Sejan.
Uniósł głowę i usiłował spojrzeć w oczy przerażającego starca, który
przyglądał mu się z góry. Za dużo razem wiedzieli. Tyberiusz znowu
zakasłał i otarł usta, pozostawiając na podbródku smugę z oliwy
przemieszanej z krwią.
- Nazywałem cię przyjacielem, Sejanie. A nie mam ich wielu. Prawdę
rzekłszy, nie posiadam właściwie żadnych. Jedni pragną mojej
przychylności, inni nie patrzą mi w oczy z obawy, co mógłbym zrobić...
albo im, albo ich żonom i dzieciom. Śmieją się, gdy od nich tego chcę,
krzywią się, gdy ich przestrzegam przed przyszłością. Sam fałsz, żadnej
prawdziwej przyjaźni. Potrafisz to zrozumieć? Widzę, jak się śmieją w towarzystwie bliskich, ale sam tego nie doświadczam, a w każdym razie
nie w taki sposób, nie z taką niewinnością. Rozumiesz?
Nachylił się i ucałował Sejana w jeden policzek, potem w drugi. Czuł, że
ten człowiek dygocze, i serce zabiło mu mocniej. Nic już nie jest ani
dobre, ani prawdziwe, Tyberiusz wiedział o tym. Oprócz zemsty. To mogło
spaść na człowieka z całą prostą prawdą kamienia młyńskiego.
- Nie zamierzałem wracać, Sejanie. Stary jestem i zżera mnie jakaś
choroba, z każdym dniem coraz gorsza. W każdym razie moim domem jest
teraz Capri, nie to miasto. Żałuj, żeś nie widział tej wyspy. Widok z nabrzeżnych skał jest nadzwyczajny, zwłaszcza że niebo zmienia barwę
każdego dnia. Ba! O każdej godzinie. I tam miałem wszystko, czego mi
było trzeba. Także syna, który odziedziczyłby Rzym. Z mojej krwi.
Przez chwilę mrugał, w jego oczach rozbłysł smutek. To też mogła być
prawda, ten żar, który wytoczył się z popiołów.
- Mieszkałbym do ostatnich swoich dni, gdyby mój syn był wśród żywych.
Mój jedyny chłopiec. Miał w sobie tyle namiętności! Walczyłeś z nim,
nieprawdaż, Sejanie? Tyle razy się poróżniliście, wiedliście tyle
sporów. - Machnął ręką, dostrzegłszy strach w oczach mężczyzny. - Och,
nie byłem ani ślepy, ani głuchy na mojej wyspie. Zatrudniałem oczy,
które się wam obu przyglądały. Nadal zresztą mi służą. Powiadam ci,
kiedy umarł, posłałem moje myszki do każdego ciemnego zakamarka, żeby
szukały i nasłuchiwały, sprawdzając, czy to tylko bogowie zabrali duszę
i ojcowską miłość z tego świata... nic innego. Miał trzydzieści siedem
lat, rozumiesz to, Sejanie? Był w kwiecie wieku i zdrowia. Można mnie
winić za to, że się zastanawiam? Ludzie mają takie mroczne dusze. A jednak w końcu... mojego ukochanego chłopca w środku nocy zabrała
gorączka.
Urwał, przypatrując się każdemu, nawet nieznacznemu ruchowi, jaki
wykonywał Sejan. Tylko Tyberiusz wiedział, jak skończy się ten wieczór.
Spijał tego człowieka jak falerna z pucharu, sprawiając, że zmysły mu
pływały.
- Smuciłem się, jak przystało na ojca. Wyrywałem sobie włosy, piłem i rzygałem, aż w końcu zrobiłem się zupełnie pusty. Mogłem wtedy umrzeć,
nic się tym nie przejmując, a wtedy bez mojego syna cesarska sukcesja
przeszłaby na czyjeś dzieci. Znasz ich imiona, nieprawdaż, Sejanie?
Jestem pewien, że znasz. Neron? Znamienity młody kwestor, ale obwiniają
go, że parzy się z innymi mężczyznami. Zdaje się, wydano w jego wypadku
rozkaz rocznego wygnania, dobrze pamiętam? To ty uznałeś, że należy
przypomnieć młodemu arystokracie o jego obowiązkach. Zgodziłem się.
Plebejusze nie rozumieją takich rzeczy, Sejanie! Nie tak jak my.
Potrafią szanować tego, który daje, ale nie tego, który przyjmuje, nie
tego, który dał się przerobić na kobietę. Biedny Neron. Napisałem do
niego, gdy przebywał na wygnaniu, wiedziałeś? Pragnąłem, by rozumiał, że
nie może władać Rzymem i zarazem klękać przed mężczyznami. Nieszczęsny
młodzian. Jak się zdaje, nie umiał wygrać ze swymi wyborami. Tak bardzo
się wstydził, że aż odebrał sobie życie.
Mówiąc to wszystko, Tyberiusz obserwował Sejana, który dla odmiany
niezmiennie patrzył mu w oczy. A jednak i to mogło być wyznaniem.
Niewinny człowiek nie połapałby się, że go o coś podejrzewają. Zwiesiłby
głowę albo zamrugał. Tyberiusz sklął siebie w duchu za to swoje
niedopatrzenie. A więc może jednak był ślepy i głuchy.
- A ponadto, Sejanie, jego brat też został oskarżony! Druzus, który
rzucił się na żonę senatora i wziął ją siłą w swych prywatnych pokojach.
- Parsknął śmiechem. - Choć zastanawia mnie, czy też doszło do owego
"wzięcia siłą" dopiero po tym, jak mąż usłyszał plotki, wiesz? Czytałeś
te raporty, Sejanie. Mówiła, iż jej się wydało, że to jej mąż w mroku,
po pijackiej orgii. Sprytna opowiastka.
Tyberiusz ujął oburącz głowę przyjaciela, przekrzywiając ją jak do
pocałunku. Z jedwabnego gałganka nasączonego perfumami na policzek
Sejana skapnęła kropla oliwy.
- Oczywiście mogłem go uratować, ale doniesiono mi, że spiskuje na rzecz
mojego obalenia! Miał dwadzieścia pięć lat i zapewne spieszno mu było
zostać spadkobiercą. Ach, Sejanie, jakże pobudliwi potrafią być młodzi!
Czy pamiętasz siebie, jak miałeś dwadzieścia pięć lat?
- Błagam cię, panie... - próbował Sejan.
Tyberiusz puścił to mimo uszu i mówił dalej, zamykając mu usta. Nikt nie
ośmiela się przerywać cesarzowi.
- Znajdowałem się daleko od Rzymu, Sejanie, zajęty moją sztuką i sportem. Żałuję teraz, że nie przywołałem tam ciebie. Kazałbym ci
tańczyć, kazałbym ci śpiewać, Sejanie.
W głosie starca pojawiała się wtedy niemiła nuta. Tym razem przeobraziła
się w napad kaszlu, który trwał i trwał. Kiedy Tyberiusz puścił jego
głowę, Sejan odwrócił wzrok, żeby nie patrzeć na słabość człowieka,
który mógł zadecydować o jego losie pod wpływem najzwyklejszego kaprysu.
Tyberiusz zatoczył się, gdy w polu jego widzenia rozbłysły białe
światła. Zauważył, że jeden z cieni się porusza. Jego świadek. Cesarz
wystawił dłoń, zatrzymując młodzieńca.
- Nic mi nie jest, drogi chłopcze! To przemijająca przypadłość. Już
niebawem będę zdrów, bo zajmą się mną najlepsi lekarze Rzymu.
Cisnął na bok jedwabny gałganek, który upadł na marmurową posadzkę z donośnym plaśnięciem, i natychmiast podszedł doń niewolnik, oferując
kolejny, już nasączony olejkami o gryzącej woni.
- Osobiście przyłożyłem swą pieczęć pod tym rozkazem, Sejanie. Druzus
Juliusz Cezar miał być więziony na Palatynie... o, tam... przez dwa lata. A jednak był tak urażony tym, jak go potraktowano, tak upokorzony, że
odmówił przyjmowania pokarmów. Zagłodził się na śmierć w swej celi.
Tyberiusz nachylił się jeszcze bliżej; Sejan poczuł teraz smród
przegniłych zębów i czegoś jeszcze gorszego w oddechu cesarza.
- Przeprowadziłem śledztwo, Sejanie. Kazałem pojmać i poddać torturom
jego gwardzistów. Wymienili cię z imienia? Jak myślisz?
- Nie mogli tego zrobić, panie. Jestem lojalny.
- Owszem, nie wspomnieli o tobie. Ale pojawił się szczegół, który mnie
zaniepokoił, który wżarł się we mnie niczym te wrzody w moich
pachwinach, które nawet przekłute nie chcą się zasklepiać. Mój lekarz
zbadał jego ciało, jakże chude, sama skóra i kości. I wiesz, co znalazł
w brzuchu owego młodziana?
Sejan potrząsnął głową.
- Słomę, Sejanie, słomę. Ubitą tam, jak w żołądku krowy. To był właśnie
ten robak w owocu, który zawiódł mnie na pokład galery czekającej zawsze
w pogotowiu na mój rozkaz na wybrzeżu Capri. Mój syn mógł przeżywać
tragedię i być może Neron oddał swe życie z rozpaczy... ale człowiek,
który stara się zagłodzić przecież na śmierć, nie zjada własnego
materaca.
Przez jakiś czas panowało milczenie. Tyberiusz starł smugę oliwy z warg,
stale obolałych i lekko spuchniętych.
- Podejrzenia, podejrzenia, podejrzenia... - wymruczał i ten odgłos
wyniósł się koszmarnie ponad łopotanie płomieni. - Och, to obrzydliwość,
jak już raz wniknie do głowy. Nakazałem moim myszkom, żeby cię
obserwowały, Sejanie, żeby się tobie przysłuchiwały. Opowiedziały mi o posągach wznoszonych na twoje podobieństwo, o fortunie zabranej z mego
skarbca dla uczczenia twych urodzin. Uświetniano cię jak cesarza, choć
przecież byłeś jedynie moim głosem w Rzymie. Przyznaj mi uczciwie, czy
tak się działo po prostu dlatego, że wyjechałem na wiele lat? Myślałeś,
że się nie dowiem albo że mnie to nie obejdzie?
- Uznajesz mnie za winnego, choć nie jestem winny - odparł Sejan. -
Czemu zatem miałbym coś mówić?
Tyberiusz parsknął śmiechem.
- Jesteś winny, Sejanie, ale różne sprawy kończą się na różne sposoby.
Na przykład Manliusz przypisał sobie zaszczyt bycia królem i za to
został strącony ze Skały Tarpejskiej. Czyli stąd. Spadł z tego urwistego
zbocza i połamał się na kamieniach zalegających dno tej wielkiej
przepaści. Mógłbym zrobić coś takiego albo kazać cię powiesić, nabić na
pal... Na bogów, jest tak wiele sposobów. Albo mógłbym też kazać cię
udusić, abyś zmarł nienaruszony. Trwałoby to nieco dłużej, ale byłbyś
wtedy pochowany z honorem... a nie w kawałkach.
Zareagował uśmiechem na ten swój żart. Wskrzesił wcześniej odrobinę
nadziei i teraz ją zdusił. I to przynosiło mu radość - gdy widział
rezygnację wykwitającą w oczach tego, który mu uwierzył.
- Podejdź tu do mnie natychmiast, Gajuszu! - zawołał Tyberiusz, nie
odwracając głowy. - Musisz to zobaczyć.
Słychać było zbliżające się kroki, ale cesarz nie odrywał spojrzenia od
klęczącego prefekta, który z kolei odważył się zerknąć na nowo
przybyłego. Bardzo szczupły, ciemnowłosy młodzieniec zniknął z miasta
dwa lata wcześniej. Sejan szukał wieści o nim, gdzie tylko mógł. Teraz
zapadł się w sobie w łańcuchach, a Tyberiusz aż klasnął w ręce z zachwytu.
- Nie wiedziałeś! Liczyłem, że się nie dowiesz, ale oczywiście nie
mogłem być pewien. Myślałem, że będziesz miał swoje uszy i oczy na Capri
i że będą ci donosić o wszystkim. Bo widzisz, Sejanie, miałem przy sobie
swego trzeciego syna i zapewniłem mu bezpieczeństwo. Stał się moim
faworytem.
Sejan spojrzał w oczy młodzieńca i zadygotał na widok tego, co zobaczył.
Gajusz Cezar Germanik trząsł się jak wychłostany pies. Sejan zauważył,
że jest cały pokiereszowany. Jego twarz była oznakowana dziwacznymi
zakrętasami i kreskami, także dłonie naznaczyło ostrze. Tyberiusz
zachował go przy życiu, zabierając na Capri, ale Gajusz nie wrócił
stamtąd cały i zdrów. Wystarczyło raz spojrzeć, żeby się o tym
przekonać. Sejan oderwał wzrok, a Tyberiusz skrzywił się, nie rozumiejąc
tej jego reakcji.
- Uratowałem go, Sejanie! Kiedy mój rodzony syn odszedł z tego świata,
kiedy inni umierali w zagadkowych okolicznościach, wywiozłem Gajusza i usynowiłem go. Dobry cesarz planuje, nieprawdaż? Patrzy w przyszłość i nagina ją stosownie do swej woli. A w razie konieczności wyrywa chwast
rosnący w ogrodzie, zanim zagłuszy wszystkie kwiatki.
- A zatem nie dasz się przekonać, że jestem niewinny? - odezwał się
Sejan.
Tyberiusz zaśmiał się i pokręcił głową.
- Byłbym durniem, gdybym uwierzył. Zbyt wielu zmarło, Sejanie, kiedy ty
wspinałeś się coraz wyżej i zapominałeś, że to mnie jesteś winien
wszystko, że wszystko może ci być zabrane. Powinienem był kazać cię
poddać torturom, doprawdy tak należało uczynić, aby poznać każdy
szczegół, te wszystkie nikczemne spiski i gierki, jakich się dopuściłeś.
Ale wszak... Byliśmy kiedyś przyjaciółmi. - Mówił to na rzecz swego
towarzysza, wyciągnąwszy rękę i gładząc ramiona młodzieńca. - Widzisz
to, Gajuszu? Mógłbym teraz ułaskawić Sejana przez wzgląd na to, co nas
dawniej łączyło.
Młody człowiek przytaknął, a Sejan zapadł się w sobie, wbijając wzrok w posadzkę.
- Znasz greckie słowo krisis? - spytał łagodnym głosem Tyberiusz. - Są
tacy w Rzymie, którzy posługują się nim, gdy mają na myśli klęskę albo...
katastrofę. A ono wcale tego nie oznacza. Nie, ono oznacza decydowanie,
zmaganie się z wyborem. Tak więc, Sejanie, oferuję ci szansę, abyś
wyznał swoje przewiny i dał się udusić, bo inaczej wezwę moich ludzi od
tortur, którzy będą nad tobą pracowali tak długo, aż mnie zadowolą. Mamy
teraz krisis, Sejanie. Wybieraj.
W tym momencie, tylko na krótką chwilę, w oczach mężczyzny w łańcuchach
pojawił się wyraz niemalże buty. Tyberiusz zauważył to i z uśmiechem na
ustach nachylił się ku niemu bliżej, aby usłyszeć, jakie to jadowite
stwierdzenie wypłynie z jego warg. Ale zobaczył tylko, że Sejan wzdycha
i traci rezon. Zrezygnowany Tyberiusz omal nie wycofał oferty.
- Proszę bardzo - rzekł cicho Sejan. - Oto wyznaję, jak każesz, panie.
Odegrałem swoją rolę w śmierci... - Zawahał się, ale jak człowiek już
zejdzie ze szczytu w przepaść, to potem nie może zmienić zdania. On
własnie spadał w tę przepaść. - To z mojego rozkazu Neron odebrał sobie
życie. W więzieniu odmówiłem pokarmu jego bratu. Marzyłem o tym, że będę
pierwszy w Rzymie, tak, nagroda warta odrobinę krwi. Tyle i tylko tyle.
Proszę bardzo, teraz już znasz całą prawdę.
- Proszę bardzo... - powtórzył po nim Tyberiusz. Nachylił się i pocałował
Sejana jeszcze raz w policzki, jakby na pożegnanie. - Widzisz, Gajuszu?
Jaki to odważny człowiek, do samego końca. Zabierz go na Schody
Gemońskie. Moi ludzie zrobią, co trzeba.
- Teraz? - zapytał Sejan łamiącym się głosem. - Liczyłem, że będę miał
szansę napisać listy, zobaczyć się z żoną i dziećmi.
- Mam za sobą bardzo bardzo długą drogę - odparł Tyberiusz. - Jestem
zmęczony po podróży i muszę się wyspać. Gajusz też musi wypocząć. No
już, nie grymaś. Mój osobisty strażnik to człowiek o wielkiej sile.
Zrobi to szybko.
Z cieni wyłonili się legioniści i podźwignęli Sejana z klęczek. Prefekt
chwiał się, starając się przy tym zachować mężnie, ale i tak rozglądał
się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś ratunku. Tyberiusz ukrył uśmiech za
uperfumowaną szmatką. Nadzieja. A jednak przetrwała.
Żołnierze wyprowadzili Sejana ze świątyni i przeprowadzili go przez
Wzgórze Kapitolińskie. Na Schodach Gemońskich od wieków zabijano
zdrajców, po czym ich ciała strącano w dół, ku uciesze czekającej tam
tłuszczy, by mogła je obijać kijami i siec nożami. Także tego dnia
zawczasu zapalono tam pochodnie i światło przyciągnęło motłoch, mimo iż
był to środek nocy. Tyberiusz i Gajusz szli z tyłu spacerowym krokiem
niczym para kochanków w świetle księżyca.
Sejan obejrzał się przez ramię, czując, że przepełniający go przeraźliwy
strach narasta.
- Przecież nie musisz... błagam, Cezarze. Przyjaźniliśmy się kiedyś.
Tyberiusz uniósł obie ręce, udając bezradność. Pochylił się i szepnął
coś do ucha młodzieńcowi u swego boku. Sejan zauważył, że Gajusz się
wzdryga, słysząc jego słowa.
- Okażcie litość, choć jeden z was! - zawołał Sejan. - To w waszej mocy.
Poślij mnie na wygnanie, Tyberiuszu! Bierz wszystko, co mam, ale pozwól
mi żyć.
Strażnicy powlekli go grzbietem wzgórza do szczytu schodów. Lampy
oświetlały te starożytne stopnie aż do kałuż mroku obok forum. Po tych
samych kamieniach szli niegdyś Brutus i Kasjusz, trzymając zakrwawione
ręce w górze, aby pokazać, co zrobili.
Spragniona widowiska gawiedź spostrzegła w górze cesarza. Zaczęli coś do
siebie wołać i także do samego Tyberiusza, błogosławiąc go za jego
obecność w mieście. Inni wiwatowali dopiero wtedy, gdy docierała do nich
wieść. Tyberiusz był w Rzymie. Imperator był z nimi!
- Błagam... - nie ustawał Sejan.
Skupił się na młodszym mężczyźnie, bo Tyberiusza nie miał o co prosić. A Gajusz miał zostać cesarzem któregoś dnia - jeśli przeżyje tego
pomarszczonego starego pająka wpitego w jego ramię.
- Znałem twego ojca, Gajuszu. Czy nie zechciałbyś wyprosić łaski dla
mnie? Tyberiusz da ci wszystko jako swemu następcy. Czy nie mógłbyś
darować mi życia?
Ku jego zdumieniu młodzieniec zaniósł się dziwacznym, piskliwym
śmiechem. Śmiechem, który brzmiał niemalże jak łkanie.
- Wymordowałeś mi braci - odrzekł Gajusz. - Gdybym miał siłę, sam
zmiażdżyłbym ci gardło.
- Celnie to ująłeś, drogi chłopcze - mruknął Tyberiusz ciepłym tonem. -
W sprawiedliwości jest jakaś czystość.
Skinął głową w stronę strażnika i tamten wyszedł naprzód, po czym
chwycił Sejana za gardło. Więzień wydał zwierzęcy skowyt paniki, który
po chwili zatonął w pełnym podniecenia ryku zebranego tam tłumu. Oczy
gapiów lśniły blaskiem odbitym od pochodni. Niektórzy wspięli się na
pierwsze stopnie z nożami w pogotowiu, w oczekiwaniu na ciało.
Sejan, pierwszy miecz gwardii pretoriańskiej, był człowiekiem silnym,
wysportowanym i wciąż w kwiecie wieku - długo to trwało, nim ostatni
ślad życia został zeń wyrwany. Strażnik ściskał i ściskał jego kark, aż
w końcu poczuł, że coś tam pękło. Dopiero wtedy był zadowolony ze swego
dzieła. Obrócił się w stronę Tyberiusza, a ten machnął tylko ręką,
zajęty odkasływaniem krwi w czerwony gałganek.
Strażnik kopniakiem zepchnął ciało ze schodów, przyglądając się
zafascynowany, jak podskakuje i zsuwa się prosto w wyciągnięte ręce
rozochoconej tłuszczy, która rzuciła się na nie w jakimś dziwnym szale,
bijąc pięściami i dźgając nożami, zlewając się Sejanową krwią.
Tyberiusz pozostawił ich na jakiś czas z tymi rozrywkami, po czym posłał
swoich ludzi na dół, aby odzyskali trupa jego niegdysiejszego
przyjaciela. Tłum rozstępował się przed ponurymi, zakutymi w zbroje
żołnierzami, tworząc krąg i wiwatując na cześć powrotu cesarza.
Stojący u stóp Schodów Gemońskich Gnejusz Domicjusz Ahenobarbus zadarł
głowę ze zgrozą. Tyberiusz powrócił do Rzymu po kilkunastu latach
nieobecności. Gnejusz rozpoznał Sejana, a potem przyglądał się, jak
strącają go w przepaść niczym wór pszenicy. Najniższe stopnie pokryły
się bryzgami krwi, a mimo to Gnejusz czuł jedynie ogłupiającą radość. Z pewnością oskarżenia wytoczone przeciwko niemu zmarły razem z Sejanem.
Jego wróg zetknął się z siłą większą od niego i został przez nią
zadławiony.
Chciało mu się zawyć z zachwytu, z triumfu, ale miał dość oleju w głowie. Tłum wciąż szalał, ludzie napierali we wszystkie strony i popychali się wzajem, wymachując zakrwawionymi nożami. Gnejusz wiedział,
że najlepiej postąpi, jak zwyczajnie stąd odejdzie, spokojnie uda się do
stajni, gdzie pozostawił rydwan zaprzężony w czwórkę koni. Musiał
zresztą poszukać jeszcze jednego konia, na wymianę za tego, który się
ochwacił, ale wystarczy zaczekać do świtu.
Popatrzył na schody, na Tyberiusza i młodzieńca stojącego u jego boku.
Połapał się, że zna tego chłopca. Gajusz Cezar, starszy brat Agrypiny. A więc chłopak przeżył! Gnejusz pamiętał go jako chuderlawego małego
urwisa, odważnego i zadziornego, wiecznie uśmiechniętego. Jacyś
legionowi kowale zrobili malcowi kompletną zbroję, łącznie z miniaturowym mieczem i caligae, sandałami noszonymi przez żołnierzy.
Zachwycony chłopiec paradował dumnie wyprężony po obozie, jakby to była
jego własność. Gnejusz przypomniał sobie, że właśnie od tych sandałów
nadali mu przydomek "Kaligula".
Wyswobodził się z tłumu, oddalając się od światła. Musi o tym powiedzieć
Agrypinie. Będzie wiedziała, co zrobić. Zawsze wiedziała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki