Druzylla i Feliks
Choć ona była królową, on zaś - nie tak dawno jeszcze - niewolnikiem,
zastanawiano się poważnie, które z nich więcej zyskuje na tym
małżeństwie.
Oto Druzylla: lat piętnaście, uroda olśniewająca, ród prawdziwie
królewski. Jest bowiem prawnuczką Heroda Wielkiego, króla Judei, siostrą
króla Agryppy II, od roku zaś żoną Azysa, króla Emesy. I to żoną
szczerze kochaną! Azys, aby móc ją poślubić, przeszedł na judaizm i poddał się wszystkim wymogom Zakonu.
Niespodziewanie Druzylla zrywa świetne małżeństwo - choć według prawa
żydowskiego czynić jej tego nie wolno, bo wszczynanie kroków rozwodowych
jest przywilejem wyłącznie mężczyzn. Porzuca Azysa i poślubia człowieka
znacznie od siebie starszego, dwukrotnie już żonatego, prześladowcę
Żydów, wyzwoleńca!
Cóż skłoniło Druzyllę do wzgardzenia królewskim diademem, godnością
starego rodu, powagą Zakonu?
Lubujący się w rzeczach niezwykłych i tajemniczych opowiadali, że Feliks
ujrzał Druzyllę po raz pierwszy w teatrze. Była już wówczas żoną Azysa.
Zachwycony jej urodą, zaczął natychmiast ubiegać się o rękę królowej.
Oczywiście nie było to łatwe. Pomógł mu jednak pewien astrolog z Cypru.
Może przekonał Druzyllę, że gwiazdy już od wieków przeznaczyły ją
Feliksowi? A może użył czarów i lubczyku, wzbudzając w dziewczynie
uczucie tak gwałtowne, że zapomniała o wszystkim i bezwolnie poszła za
głosem namiętności?
Ludzie trzeźwi i znający sprawy tego świata uśmiechali się pobłażliwie,
kiedy słuchali pięknej opowieści o cypryjskim magu, o gwiazdach i lubczyku, o wielkiej miłości od pierwszego wejrzenia. Nie zaprzeczali,
że Feliks mógł istotnie zobaczyć Druzyllę po raz pierwszy właśnie w teatrze. Było też wysoce prawdopodobne, że później posłużył się
pośrednictwem sławnego mistrza wiedzy tajemnej, bo ten miał łatwy dostęp
wszędzie, a niewiasty tak chętnie radzą się wróżbitów! Ale właśnie
ludzie trzeźwi skłonni byli uznać krok Druzylli, pozornie lekkomyślny,
za posunięcie nader roztropne. Choć i Feliks, ich zdaniem, dobrze
wybrał.
Powody, dla których rozważni chwalili związek obojga, godne są poznania.
Druzylla była królową Emesy? To brzmi dumnie. Czym jednak w istocie jest
owo wspaniałe władztwo? Mała mieścina w Syrii, nad górnym Orontesem.
Dolina jest wprawdzie uprawna, lecz zaraz na wschód od niej rozciąga się
pustynia niezmierzona i groźna, zamieszkana tylko przez arabskich
koczowników. Nie brak ich zresztą i w samej Emesie. Daleka stąd droga do
bogatych, tętniących życiem miast Syrii, Fenicji, Palestyny - do
Antiochii i Berytu, Cezarei i Jerozolimy! Król Emesy włada tylko z woli
Rzymian, którym po prostu nie opłaca się wprowadzać własnej
administracji i załóg wojskowych do krainy tak ubogiej i odległej. Niech
sam się martwi, jak utrzymać pokój na granicy i odpierać koczowników!
Dlatego król musi zabiegać o łaskę namiestników i dowódców rzymskich w Syrii i Judei. A więc, jeśli zetrzeć pozłótkę słów i tytułów, okazuje
się, że Druzylla była w istocie rzeczy nie królową, lecz żoną sługi sług
rzymskiego cesarza. Druzylla jest siostrą króla Agryppy? Jeszcze przed
kilkunastu miesiącami był to król tak samo potężny jak władca Emesy, bo
panował nad jednym tylko miasteczkiem syryjskim, Chalkis. Ostatnio,
dzięki cesarskiej łaskawości, otrzymał - niby to w zamian za Chalkis -
trzy krainy na pograniczu Syrii i Palestyny: Basan, Galaad, Trachon. Ma
również zwierzchność nad świątynią jerozolimską. Wszystko to z tej
przyczyny, że zna dobrze panującego obecnie cesarza Klaudiusza.
Jednakże łaski Rzymian nigdy nie można być pewnym. Co będzie, jeśli na
dworze cesarskim dojdzie do głosu wroga Agryppie koteria? Może wówczas
stracić wszystko. To zresztą dla Druzylli jest bez znaczenia, bo i tak w żadnej sytuacji nie wolno jej liczyć na życzliwość swego królewskiego
brata. Nie jest żadną tajemnicą, że ma u jego boku śmiertelnego wroga -
rodzoną siostrę swoją i Agryppy, Berenikę. Powód nienawiści jest czysto
kobiecy. Berenika jest o całe dziesięć lat starsza od Druzylli i chyba
mniej urodziwa; jest za to występna i pozbawiona wszelkich skrupułów.
Była już dwukrotnie zamężna, lecz naprawdę kocha tylko jednego
człowieka, i to miłością zdrożną - swego brata Agryppę. Trudno nawet
rzec, by się z tym kryła.
Tak więc Druzylla jest teraz żoną rzymskiego wyzwoleńca. To prawda.
Marek Antoniusz Feliks był niewolnikiem. Świadczy o tym właśnie jego
piękne imię i nazwisko - takie samo jak sławnego wodza i triumwira
sprzed dwóch pokoleń; tego, który był kochankiem Kleopatry i zginął,
pokonany, śmiercią samobójczą przed laty przeszło osiemdziesięciu. Otóż
Feliks - bo tak po prostu zwał się, będąc niewolnikiem - należał do
córki triumwira, Antonii. Ta pod koniec swego życia, a może dopiero w testamencie, obdarzyła wolnością zarówno Feliksa, jak i jego brata
Pallasa. Obu zaliczała do swych najbardziej zaufanych domowników. Było
rzymskim zwyczajem, że wyzwoleniec bierze imię i rodowe nazwisko pana,
dotychczasowe zaś imię własne pozostawia sobie jako przydomek; w ten
sposób okazuje, że jako człowiek wolny urodził się dopiero dzięki
dobrodziejstwu patrona i jest jakby członkiem jego rodziny. Ponieważ
Feliks i Pallas należeli do kobiety, po wyzwoleniu wzięli imię i nazwisko jej ojca. Taką to drogą obaj bracia stali się Markami
Antoniuszami. Antonia zmarła w maju roku 37, w okolicznościach bardzo
tajemniczych. Prawda, była już staruszką, miała lat siedemdziesiąt trzy,
można by więc sądzić, że to śmierć naturalna. Jednakże pewne fakty
przemawiały za czym innym.
W tym czasie, od trzech miesięcy, cesarzem był wnuk Antonii, Gajusz
Cezar, zwany Kaligulą. Całe Imperium powitało entuzjastycznie wstąpienie
na tron tego dwudziestopięcioletniego młodzieńca. Zdawał się być
zwiastunem jasnego dnia po koszmarnej nocy rządów Tyberiusza.
TYBERIUSZ
(cesarz w latach 14-37)
Trzeba przyznać, że z początku nowy władca wielce umiejętnie podtrzymywał i nawet umacniał ową przychylność szerokich mas. Rehabilitował ofiary
łamania praworządności za panowania Tyberiusza, żywych i zmarłych.
Publicznie spalił na Forum wszystkie protokoły i donosy, dotyczące spraw
i procesów z lat ubiegłych; złożył przy tym przysięgę, że nie zna treści
owych materiałów. Pokazało się później, że spalono tylko jakieś
szpargały, właściwe dokumenty Kaligula przechowywał starannie. Polecił
publikować rachunki państwowe, za Tyberiusza ściśle tajne. Nie
dopuszczał do siebie donosicieli. Zezwolił na posiadanie i czytanie tych
dzieł historycznych, które - ze względu na krytykę cesarzy i ustroju -
poprzednio usuwano z bibliotek i niszczono. Zapowiedział:
- Najbardziej zależy mi na tym, aby przekazać potomności całą prawdę!
Wśród ogólnej radości tylko Antonia zachowała powściągliwość, choć
cesarz okazywał swej babce cześć najwyższą. Na jego to przecież wniosek
senat przyznał dostojnej pani wielkie honory, wśród nich również i tytuł
"Augusta". Ale Antonia znała Kaligulę lepiej niż ktokolwiek; wnuk, po
tragicznej śmierci swego ojca, Germanika, a potem i matki, wychowywał
się przez wiele lat właśnie w jej domu. Przed czujnym okiem Antonii nie
ukryły się tkwiące w chłopcu zarodki zwyrodnialstwa. Ona jedna zdawała
sobie sprawę, ile jest chytrości, ale i błazeństwa, w pięknych gestach
liberalizmu nowego władcy. Co więcej, Antonia miała odwagę karcić
cesarza tak samo surowo i otwarcie jak niegdyś, kiedy był małym,
niegrzecznym chłopcem. Tego Kaligula nie mógł jej darować.
Różnie mówiono o bezpośrednich przyczynach śmierci Antonii. Jedni
utrzymywali, że zmarła skutkiem zgryzoty, brutalnie potraktowana przez
wnuka, inni, że popełniła samobójstwo, a jeszcze inni, że staruszkę
otruto. Faktem było, że cesarz nawet nie wziął udziału w pogrzebie
babki. Z okien jadalni pałacu spokojnie przyglądał się, jak gdzieś
daleko podnosi się dym stosu pogrzebowego.
Przez całe cztery lata rządów Kaliguli wyzwoleńcy Antonii musieli dbać
przede wszystkim o to, aby nie narazić się nikomu. Bo sielanka swobody i praworządności skończyła się rychło. W stolicy znowu zaroiło się od
donosicieli. Znowu na porządku dziennym były prowokacje, aresztowania,
procesy polityczne, konfiskaty majątków. Dawni domownicy Antonii
trzymali się blisko jedynego jeszcze żyjącego syna swej pani; był nim
stryj Kaliguli, Klaudiusz. Mieszkał on zresztą zawsze razem z matką,
dlatego jej ludzie zżyli się z nim serdecznie już od lat.
Co prawda, Klaudiusz nie mógł w tym czasie nieść pomocy nikomu. Sam
potrzebował opieki i poparcia. Kaligula znęcał się nad nim perfidnie.
Nie szczędził stryjowi upokorzeń, nieraz groził mu śmiercią. Pomysłów
cesarzowi nie brakło. Na przykład powołał Klaudiusza do kolegium
kapłańskiego, kazał mu jednak wpłacić za ten zaszczyt osiemdziesiąt
milionów sesterców do skarbu państwa. Nieszczęśnik nie mógł odmówić
przyjęcia godności, ale z drugiej strony nie miał tylu pieniędzy. Stał
się nędzarzem i dłużnikiem fiskusa.
Od śmierci ratowało Klaudiusza to tylko, że uchodził za dziwaka
niezaradnego i zupełnie nieszkodliwego. Interesował się historią. Pisał
o wojnach domowych i początkach cesarstwa, o Kartaginie i tajemniczym
ludzie Etrusków. Te naukowe prace były najlepszą osłoną dla
pięćdziesięcioletniego już mężczyzny. Prowadził spokojne, oddane studiom
życie na dworze targanym zbrodniczymi intrygami, zgoła nie przejmując
się tym, że jest pośmiewiskiem byle niewolnika.
Pod koniec stycznia roku 41 Kaligulę zamordowali oficerowie jego straży
przybocznej. Na Palatynie odbywały się wówczas coroczne widowiska dla
uczczenia pamięci cesarza Augusta. W ostatnim ich dniu, 24 stycznia,
Kaligula od rana przyglądał się przedstawieniom. Wyszedł z teatru około
godziny pierwszej, aby wykąpać się i posilić w pałacu. Przodem szedł
Klaudiusz wraz z dwoma dostojnymi senatorami: Waleriuszem Azjatykiem i Markiem Winicjuszem. Ta trójka skierowała się z dziedzińca pałacowego
wprost do głównego gmachu, cesarz natomiast w towarzystwie jednego tylko
senatora niespodziewanie zboczył ku krytemu przejściu. Stała tam grupa
chłopców przybyłych aż z Azji; mieli oni wystąpić później w teatrze.
Kaligula wdał się w rozmowę z nimi. W tym momencie trybun pretorianów
Cherea zadał mu z tyłu cios mieczem. Rana nie była śmiertelna, bo ostrze
ześliznęło się z obojczyka. Kaligula jęknął i przebiegł kilkanaście
kroków. Drogę zastąpił mu trybun Sabinus, wbijając miecz prosto w pierś.
Na leżącego cesarza rzuciło się kilkudziesięciu spiskowców. Zadano mu
około trzydziestu ran.
Gdyby Klaudiusz nie wszedł do pałacu, podzieliłby los bratanka. Było
bowiem zamiarem spiskowców wymordować całą rodzinę panującego. Ówczesną
żonę Kaliguli schwytano w chwilę potem, rozpaczającą nad skrwawionym
trupem. Jeden z oficerów wbił jej miecz w szyję, maleńką zaś córeczkę
rozbił o ścianę.
Lecz większość pretorianów zgoła nie pragnęła powrotu republiki, do
czego zdawali się zmierzać niektórzy ich oficerowie oraz senatorowie.
Żołnierze, pozbawieni dowódców i niewiedzący, co czynić, krążyli po
całym pałacu. Nagle jeden z nich - a było już ciemno - zauważył czyjeś
nogi, wystające zza kotary werandy. Rozchylił zasłonę i ujrzał
Klaudiusza. Krzyknął:
- Witaj, cesarzu!
Dziewięciu tysiącom pretorianów nikt w stolicy nie ośmielił się
sprzeciwić. Klaudiusz, historyk i dziwak, został cesarzem.
Przez wszystkie lata swego panowania był przedmiotem licznych szyderstw.
Istotnie, pewne cechy zewnętrzne - lekko trzęsąca się głowa, utykanie na
jedną nogę, wymowa niezbyt wyraźna - nie dodawały Klaudiuszowi powagi.
Wyśmiewano też różne jego słabostki. Jeść lubił dobrze, często i obficie; opowiadano, że kiedy pewnego razu, prezydując posiedzeniu sądu,
poczuł zapach potraw przygotowywanych gdzieś w pobliżu, natychmiast
opuścił trybunał i nieproszony udał się na ową ucztę. Biesiadował zwykle
w licznym gronie i chciał, aby wszyscy czuli się swobodnie, jak u siebie
w domu; dlatego też - powiadali złośliwcy - zamierzał specjalnym edyktem
zezwolić swym gościom na puszczanie wiatrów według woli, bo dowiedział
się, że ktoś rozchorował się, trwożnie je wstrzymując. Grą w kości
pasjonował się do tego stopnia, że uprawiał ją nawet niesiony w lektyce;
poświęcił też temu przedmiotowi uczone dziełko.
Stawiano Klaudiuszowi, jako władcy i człowiekowi, również i poważniejsze
zarzuty. Kto jednak bezstronnie obserwował bieg zasadniczych spraw
państwowych, musiał przyznać, że od czasów Augusta Imperium nigdy
jeszcze nie było zarządzane tak sprawnie i rozumnie jak właśnie za
Klaudiusza, który miał duże talenty organizatorskie, a swoje obowiązki
traktował poważnie. Znajomość zaś historii okazała się teraz wielce
przydatna - jak jest przydatna każdemu, kto ma zamiar poświęcić się
działalności politycznej i społecznej.
Klaudiusz był przywiązany do pamięci swej matki Antonii. Cenił ludzi, z którymi zżył się w jej domu w czasach, kiedy był człowiekiem małym i ledwie tolerowanym. Tymi ludźmi byli wyzwoleńcy. Dźwignął ich wszystkich
wysoko w górę.
Mieli stały i łatwy dostęp do cesarza, bo przecież byli domownikami,
członkami Klaudiuszowej "familii". Nie piastowali wprawdzie normalnych,
honorowych urzędów państwowych, sprawowali jednak rzeczywistą kontrolę
nad wszystkimi nićmi zarządu państwem, bo te zbiegały się w cesarskim
pałacu. Władca nie mógł osobiście nadzorować całości spraw ogromnego
Imperium. Dawał tylko ogólne dyrektywy. Materiały przedkładali mu
wyzwoleńcy, oni też przekazywali zarządzenia w dół. Cesarz wciągał ich
do współpracy z całą świadomością, bo wyzwoleńcy byli lojalniejsi i bardziej od niego zależni niż wielcy arystokraci, senatorowie,
dostojnicy. Pracowali też wydajniej i rzetelniej niż owi wielcy panowie,
którzy i tak zepchnęliby całą robotę na swoich z kolei wyzwoleńców lub
nawet niewolników.
Było kilkunastu najzaufańszych domowników Klaudiusza: Polibiusz i Narcyz, Pozydes i Kallist, Harpokras, Pallas i Feliks. Ci podzielili się
agendami administracji. W ich ręku znalazło się kierownictwo kancelarii
(a ileż to wpływało do niej co dzień sprawozdań, petycji, wniosków, ile
wychodziło odpowiedzi i zarządzeń!), kontrola rachunkowości dworu i państwa, nadzór nad wymiarem sprawiedliwości.
Rzecz prosta, owe "rządy" wyzwoleńców miano cesarzowi bardzo za złe, bo
wprawdzie i poprzedni władcy korzystali z usług swej domowej służby w sprawach państwowych, ale nie w tak szerokim zakresie i nie tak
konsekwentnie. Obecne biadania arystokratów, że niedawni niewolnicy
decydują o najważniejszych kwestiach, były zrozumiałe, nie to jednak
stanowiło prawdziwą groźbę. Niepokoić mogło co innego: rywalizacja
wyzwoleńców między sobą o wpływy i bogactwa. Był to poniekąd rodzaj
wzajemnej kontroli, jakimże jednak kosztem! Intrygi wciąż wstrząsały
dworem i splątywały się z prawie każdą poważniejszą sprawą państwową.
Feliks wykorzystał jedną z takich rozgrywek, aby - jako jedyny spośród
wszystkich wyzwoleńców - uzyskać ważny urząd państwowy; urząd, który
miał mu też przynieść rękę pięknej Druzylli - choć tego, oczywiście, nie
mógł wówczas przewidzieć.
Był to rok 52, a więc jedenasty już rok panowania Klaudiusza. Przed
obliczem cesarza postawiono kilkunastu dostojników żydowskich, zakutych
w kajdany. Znajdowali się wśród nich zarówno obecny arcykapłan Ananiasz,
jak i poprzedni, Jonatan. Więźniów przysłał do Rzymu namiestnik
sąsiedniej prowincji, Syrii, Ummidiusz Kwadratus. Jako wyższy rangą
sprawował on nadzór i nad Judeą, choć w zasadzie tą krainą zarządzał
osobny urzędnik, noszący tytuł prokuratora. Jednakże ówczesny prokurator
Judei, Kumanus, nie umiał poradzić sobie z groźnymi zaburzeniami, które
wybuchły z winy Żydów lub Samarytan - rozstrzygnąć tego nie było
sposobu. Na prośbę Samarytan Ummidiusz Kwadratus podjął się rozpatrzenia
sprawy. Przyjechał do Judei, badał rzecz na miejscu, dwukrotnie wydał
wyrok - za każdym razem inny. Tymczasem zaczęły mnożyć się doniesienia,
że Żydzi przygotowują powstanie. Kwadratus udał się do Jerozolimy.
Stwierdził, że bezpośredniego niebezpieczeństwa nie ma, wolał jednak już
nie mieszać się do spraw Judei. Obawiał się, że ostateczny wyrok może
okazać się iskrą, która wywoła pożar. Lepiej zrzucić z siebie wszelką
odpowiedzialność! Niech decyduje cesarz! Uwięził dostojników żydowskich
i wysłał ich do Rzymu wraz z Kumanusem oraz Celerem, dowódcą wojsk
stacjonujących w Judei; kazał też wyjechać do stolicy Imperium delegacji
Samarytan.
Stojąc przed cesarskim majestatem, Żydzi przedstawiali przebieg wydarzeń
następująco:
Samarytanie zdradziecko napadli na spokojnych pielgrzymów galilejskich,
udających się na święta do Jerozolimy. Zginęło kilku Galilejczyków.
Zwróciliśmy się do prokuratora Kumanusa z prośbą o ukaranie winnych. Ale
on dał się przekupić Samarytanom i odprawił naszą delegację z niczym.
Wiadomość o tym wywołała ogromne wzburzenie wśród tłumów zgromadzonych w Jerozolimie dla obchodu świąt. Tysiące młodych, pałając żądzą pomsty,
natychmiast ruszyło na północ, do Samarii. Na nic się zdały nasze prośby
i rozkazy! Zjawili się w Samarii również i fanatycy, których my nazywamy
Żarliwymi. Jest to rodzaj tajnej sekty religijnej, nad którą my nie mamy
żadnej władzy; co więcej, jest nam ona wroga. Przywódcy Żarliwych,
Eleazar i Aleksander, dotąd ukrywali się w górach Galilei. Teraz razem z młodzieżą spalili kilka wiosek samarytańskich i wymordowali ich
mieszkańców. To prawda, działy się tam rzeczy straszne. Ale Kumanus przy
pomocy Celera szybko przywiódł do Samarii rzymskie kohorty. Wielu Żydów
zginęło, wielu poszło do niewoli. Tak więc rachunek krwi został z obu
stron wyrównany. Zdołaliśmy wówczas wpłynąć na młodzież, aby złożyła
broń i nie ściągała jeszcze większych nieszczęść na cały kraj. Temu, co
się już stało, winien jest przede wszystkim Kumanus. Gdyby bowiem od
razu rozpatrzył jak należy sprawę owej zbójeckiej napaści na
pielgrzymów, nasi na pewno nie dopuściliby się samowolnej pomsty.
Zresztą i poprzednio prokurator krzywdził nas wielce. Kiedy pewnego razu
na dziedzińcach świątyni zebrały się ogromne masy wiernych, aby w spokoju obchodzić święto, jeden z rzymskich żołnierzy rozebrał się i obrócił tyłem. Wywołało to powszechne oburzenie. Kumanus jednak i Celer,
zamiast ukarać winnego, ściągnęli do twierdzy koło świątyni nowe
oddziały wojska. Na widok zbrojnych wielotysięczne tłumy rzuciły się do
ucieczki, wszyscy bowiem byli przekonani, że zaraz dojdzie do masakry.
Iluż to wówczas ludzi zginęło, wzajem się tratując w ciasnych
przejściach i uliczkach!
Mimo tych wywodów sprawa Żydów przed sądem cesarskim wyglądała źle.
Spodziewano się powszechnie, że uwięzieni dostojnicy zapłacą życiem za
owe rozruchy. Bo przecież sami musieli przyznać, że w ich kraju doszło
do gorszącego występku: lud ośmielił się podnieść rękę na rzymską
władzę! Kto był głównym winowajcą, nie interesowało tu nikogo.
Rzeczywistego przebiegu wypadków i tak nie da się odtworzyć. Obowiązkiem
poddanych jest cierpieć w pokorze i spokojnie czekać na sprawiedliwość.
Obciążał Żydów i ten oczywisty fakt, że to właśnie oni, a nie
Samarytanie i nie Kumanus, byli w kajdanach. A więc namiestnik Syrii,
który pierwszy rozpatrywał sprawę i najlepiej znał sytuację w Judei,
opowiedział się przeciwko Żydom. I wreszcie: było publiczną tajemnicą,
że wielu wyzwoleńców cesarza sprzyja właśnie Kumanusowi i Samarytanom.
Wobec takich przewidywań cesarski wyrok był prawdziwym zaskoczeniem.
Klaudiusz orzekał:
Istotnymi sprawcami ostatnich zaburzeń w Judei są Samarytanie. Dlatego
obecnych w Rzymie członków ich delegacji należy natychmiast aresztować.
Winni oni ponieść karę śmierci.
Prokurator Kumanus zawiódł zaufanie. Ponosi częściową odpowiedzialność
za wypadki w Samarii. Będzie zesłany na wygnanie. Dowódca Celer dopuścił
się poważnych wykroczeń. Winien jest śmierci wielu tysięcy ludzi.
Dlatego ma być przykładnie ukarany: będzie włóczony po ulicach
Jerozolimy, a następnie ścięty.
Wkrótce po tym wyroku ogłoszono oficjalnie:
Nowym prokuratorem Judei mianuje się Marka Antoniusza Feliksa. Ze
względu na wyjątkową sytuację w tym kraju pod jego rozkazy oddaje się
również wszystkie jednostki wojsk rzymskich stacjonujące w Judei, choć
prokuratorzy z zasady mają tylko władzę cywilną.
Cesarz nie mógł przewidzieć, że w rok po objęciu urzędowania Feliks
otrzyma jeszcze coś więcej, co również nigdy nie trafiało się cesarskim
prokuratorom: rękę pięknej królowej, Druzylli. Ona natomiast,
poślubiając prokuratora-wyzwoleńca, wiedziała, że bierze za męża
prawdziwego władcę Judei. Cóż teraz znaczy Berenika i jej małostkowa
nienawiść?
Pallas
W winiarniach i łaźniach Rzymu, pod arkadami cyrków i u balwierzy -
słowem wszędzie, gdzie rozprawiano o polityce i najnowszych plotkach,
sprawa sądu nad Żydami wywoływała przez pewien czas wiele ożywionych
sporów. Skąd ów niespodziewany obrót rzeczy? Ci, których stawiono w kajdanach, są teraz wolni i triumfują. Ci, co mieli tylko świadczyć,
odeszli do cel śmierci. A jak surowe kary dotknęły prokuratora i dowódcę! Któż to wywarł tak silny wpływ na decyzje cesarza?
Na jedno zgadzali się wszyscy: jakąś rolę w tym musiał odegrać król
Agryppa. Właśnie bawi w Rzymie, a wiadomo, że w potrzebie chętnie pomaga
swym współwyznawcom; bo choć myśli po grecku, więzów religijnych z żydostwem nie zrywa. Jego słowo wiele znaczy u Klaudiusza. Jednakże król
Chalkis nie zdołałby przeciwważyć zdania cesarskich wyzwoleńców, gdyby
ci działali zgodnie. A więc z pewnością nastąpił wśród nich jakiś
rozłam. To zresztą nic dziwnego, bo wyzwoleńcy bez przerwy toczą wzajem
prawdziwe wojny podjazdowe. Ciekawe jest tylko, jak przedstawia się
aktualny układ sił, kto walczy przeciw komu. Kluczem do rozwiązania
zagadki stała się nominacja Feliksa.
Z tą chwilą tajemnica wyroku była już jasna. Jeśli zyskuje Feliks, to za
tym wszystkim stoi również jego brat Pallas. Jeśli zaś Pallas, to i ktoś
jeszcze możniejszy w ostatnich latach - żona cesarza. Nie uchodzi ona za
życzliwą Żydom, to prawda. Dlaczego więc uwolniono ich od winy? Z pewnością po prostu w tym celu, aby uspokoić ludność Judei i ułatwić
rządy nowemu prokuratorowi.
Czy słuszny był pogląd, że Pallas i żona cesarza współdziałają tak
ściśle? Dla ludzi dobrze znających dwór nie ulegało to żadnej
wątpliwości. Ich zdaniem swoje znaczenie wyzwoleniec zawdzięczał nie
tylko oficjalnie piastowanemu stanowisku. Co prawda, i ono było bardzo
ważne, a nade wszystko ogromnie intratne, Pallas bowiem był u boku
cesarza a rationibus - "od rachunkowości". Tytuł skromny, w praktyce
jednak dawał wyzwoleńcowi kontrolę finansów zarówno całego Imperium, jak
i prywatnego majątku władcy. To wszakże samo przez się jeszcze by nie
stanowiło wystarczającej podstawy potęgi Pallasa, jeszcze by nie
usprawiedliwiało jego pychy, nad którą zdumiewali się ludzie nawet
wiele, wiele lat później. Dowodów tej pychy złożył za życia dużo, a postarał się też, aby blask swojej wielkości ukazać przyszłym
pokoleniom.
W jakieś pół wieku po opisanych wypadkach natknął się na pomnik
Pallasowej zarozumiałości sławny wówczas arystokrata i polityk, a zarazem dobry pisarz, Pliniusz Młodszy.
Pewnego razu niesiono go w lektyce - tak podróżowali wszyscy znamienici
- drogą wiodącą z Rzymu do pobliskiego miasteczka Tibur. W tej pięknej
miejscowości podgórskiej Pliniusz posiadał wspaniałą willę, jedną z wielu. Poczynając od granicy Rzymu, po obu stronach drogi wznosiły się
rzędem wspaniałe grobowce. Tak samo zresztą było przy wszystkich innych
drogach wychodzących z miasta, bo w owych czasach nie zakładano osobnych
cmentarzy. Ci, którzy odbyli już wędrówkę życia, towarzyszyli spieszącym
gdzieś podróżnym. Grobowce były okazałe, kamienne i marmurowe, zdobione
rzeźbami i malowidłami, niekiedy otoczone ogródkami. Napisy na płytach
dokładnie informowały, kto spoczywa wewnątrz i czego za życia dokonał;
wyczytać tam też można było wyrazy bólu rodziny, moralne przestrogi niby
to z ust zmarłego, a nawet żarty. O miejsce swego wiecznego spoczynku
każdy Rzymianin dbał zawczasu i bardzo pilnie. Jeśli nie miał grobowca
rodzinnego, budował go jeszcze za swego życia lub zlecał to w testamencie spadkobiercom. Ludzie ubodzy, zwłaszcza niewolnicy, których
nie stać było na własny grób, zapisywali się do specjalnych
stowarzyszeń, kolegiów; drobne składki zapewniały członkom pogrzeb i pomieszczenie we wspólnym grobowcu. Natomiast nowobogaccy, a zwłaszcza
wyzwoleńcy, wysilali się, aby wspaniałością swych grobowych budowli
zaimponować potomnym. To parweniuszowskie pysznienie się majątkiem nawet
po śmierci było przedmiotem częstych szyderstw ze strony ówczesnych
satyryków. Pliniusz, spoglądając na świetne pomniki zgasłych wielkości,
musiał przypominać sobie pewną scenę z dowcipnej powieści sprzed pół
wieku, a więc z czasów Pallasa. Autorem powieści był Petroniusz. Otóż
jedna z występujących tam postaci, wyzwoleniec-milioner Trymalchion, tak
mówi do swego przyjaciela:
"Cóż tam, najdroższy przyjacielu, czy budujesz mój pomnik, jak ci to
poleciłem? Bardzo cię proszę, byś u stóp mego posągu umieścił suczkę i wieńce, i łagiewki z maściami, i wszystkie walki [gladiatora]
Petraitesa, bym dzięki tobie mógł żyć po śmierci; nadto, niech ma
długości sto stóp, a głębokości stóp dwieście, bo chcę mieć wkoło
popiołów swoich wszelkiego rodzaju owoce i obszerną winnicę. Jest to
bowiem opacznie, dbać o zdobność domu, póki się żyje, a nie dbać o ten
dom, gdzie dłużej mieszkać się będzie. I przeto pragnę przede wszystkim,
by zaznaczono: "Pomnik ten nie przechodzi na spadkobiercę". Zresztą nie
omieszkam zawarować sobie testamentem, by mnie po śmierci nie
krzywdzono. Przeznaczę bowiem jednego ze swych wyzwoleńców do strzeżenia
mego grobu, by lud nie załatwiał potrzeby na moim pomniku. Proszę cię
też, byś przedstawił na pomniku statki płynące pełnymi żaglami i mnie
siedzącego na trybunie w białej todze z purpurowym brzegiem, z pięcioma
złotymi pierścieniami, sypiącego pieniędzmi z woreczka; bo wiesz, że
wydałem zabawę publiczną, dwa denary na głowę. Można umieścić też, jeśli
uznasz, stoły z jadłem i cały lud, jak sobie dogadza. Po mojej prawicy
ustaw posąg mej Fortunaty z gołębicą w ręce, i niech prowadzi suczkę
uwiązaną do przepaski, i mego chłopaczka, i duże amfory zatkane gipsem,
by wino nie wyciekło. I możesz wyrzeźbić jedną urnę rozbitą i płaczącego
nad nią niewolnika. We środku zegar słoneczny, by każdy, kto spojrzy na
godzinę, musiał chcąc nie chcąc przeczytać tam me imię. Co do napisu, to
rozważ dokładnie, czy dostatecznym wyda ci się następujący: "Gajusz
Pompejusz Trymalchion Mecenatianus tu leży. Przyznano mu sewirat w jego
nieobecności; mógł mieć dostęp do wszystkich dekuryj rzymskich, ale nie
chciał. Był oddany, dzielny i wierny. Wyrósł z małego. Zostawił
trzydzieści milionów sesterców, nigdy nie słuchał filozofów. Bądź zdrów.
- I ty także""1.
Czy Petroniusz, wyszydzając nowobogacką pychę Trymalchiona, godził w Pallasa, którego znał osobiście, jako współczesny mu i bliski dworowi?
To bardzo możliwe. A w każdym razie napis na grobie cesarskiego
wyzwoleńca był co najmniej równie pompatyczny i ociekający
zarozumiałością, jak ten, który zaprojektował dla siebie Trymalchion.
Odkrył ów napis Pliniusz, kiedy w drodze do Tibur z nudów zajął się
oglądaniem grobów. Niespodziewanie, jeszcze przed pierwszym kamieniem
milowym, kazał swoim ludziom przystanąć. Dokładnie odczytał, a nawet
polecił przepisać tablicę, która głosiła, że tu spoczywają prochy Marka
Antoniusza Pallasa, a rationibus cesarza Klaudiusza, oraz wyliczała
jego zasługi i godności. Takie prezentowanie zmarłego było regułą na
napisach grobowych, nie to więc zastanowiło Pliniusza. Zdumiało go
zdanie końcowe, godne Trymalchionowej próżności:
"Senat przyznał mu, z powodu wierności i oddania dla patronów,
odznaczenia pretorskie i pięć milionów sesterców; on jednak zadowolił
się samym zaszczytem".
Wzmianka o tej dziwnej uchwale senatu mocno zaintrygowała Pliniusza.
Zadał sobie trud jej odszukania w archiwum państwowym. A kiedy tylko
zapoznał się z pełną treścią dokumentu, zawrzał oburzeniem. Wystarczy
przytoczyć urywki z listu, który zaraz po tym napisał do jednego ze
swych przyjaciół:
"Uchwała jest tak pełna pochlebstw i wręcz wylewna, że ów pyszny napis
grobowy wydaje się skromny i pokorny. Mam uważać jej autorów za ludzi
dowcipnych, czy też nieszczęsnych? Nazwałbym ich żartownisiami, gdyby
dowcipkowanie godziło się z powagą senatu. Uznałbym za godnych litości -
któż jednak jest aż tak nieszczęsny, by dał się tak poniżyć? Cóż to więc
było? Żądza kariery? Lecz cóż to za szaleniec, który pragnie robić
karierę, hańbiąc siebie i społeczność! I to w takim państwie, w którym
ten był pożytek z najświetniejszej godności: można było pierwszemu
chwalić Pallasa.
Pomijam już to, że niewolnikowi Pallasowi przyznaje się odznaczenia
pretorskie, bo przyznają je niewolnicy. Pomijam i to, że autorzy uchwały
postanawiają: należy Pallasa nie tylko zachęcić, ale nawet zmusić do
noszenia złotego pierścienia senatorskiego, godziłoby bowiem w majestat
senatu, gdyby ktoś w stopniu pretora używał pierścienia żelaznego.
Wszystko to rzeczy drobne i można przejść nad nimi do porządku. Warto
natomiast zapamiętać co innego: oto w imieniu Pallasa senat czynił
dzięki cesarzowi, bo zaszczytnie wspomniał on o swym wyzwoleńcu i dał
też senatowi możność okazania życzliwości ku niemu. Cóż bowiem
piękniejszego dla senatu, niż wydać się miłym Pallasowi?
Czytamy dalej, że senat chciał wypłacić Pallasowi ze skarbu państwa pięć
milionów sesterców. I czym bardziej Pallas wzdragał się przyjąć te
pieniądze, tym usilniej senat prosił ojca nas wszystkich, cesarza, aby
zmusił go do ustępstwa. Tego jeszcze brakowało! Prowadzić oficjalne
rozmowy z Pallasem i błagać go, aby raczył wziąć dar senatu! Sam cesarz
ma patronować i adwokatować tej pysznej skromności wyzwoleńca! Pallas
wzgardził pieniędzmi. Bardziej arogancko nie mógł postąpić. Senat i to
chwali - udając, że się skarży - tymi słowy: ponieważ władca najlepszy i ojciec nas wszystkich uznał za właściwe anulować na prośbę Pallasa tę
część uchwały, która przyznawała Pallasowi pięć milionów sesterców,
senat oświadcza, że i w tym wypadku poszedł za wolą cesarza... Wyobraź
sobie tę scenę! Pallas stawia veto przeciw uchwale senatu, sam ogranicza
swoje honory, odmawia przyjęcia pięciu milionów, że to niby zbyt wiele,
przyjmuje jednak odznaczenia pretorskie, jakby to było mniej"2.
Tyle Pliniusz. A jakaż to była szczególna zasługa Pallasa, dla której
senat powziął ową pamiętną uchwałę? Oto wyzwoleniec przedstawił projekt
nowego prawa:
Kobieta wolna, która wiąże się z niewolnikiem, popełnia przestępstwo i musi ponieść karę. Jeśli uczyniła to bez zgody pana owego niewolnika,
sama staje się niewolnicą, jeśli zaś za wiedzą, ma być traktowana jak
wyzwolenica. To samo dotyczy dzieci z takiego związku.
Projekt Pallasa senat przyjął z aplauzem; nabrał on mocy prawnej jako
specjalna uchwała, bardzo szczegółowa i przewidująca różne wypadki,
jakie mogą zdarzyć się w praktyce. A więc na przykład: córka człowieka
wolnego żyje z niewolnikiem za zgodą swego ojca, ale wbrew woli pana
niewolnika - lub też odwrotnie: bez zgody ojca, a za wiedzą pana;
kobieta wiąże się z niewolnikiem swego syna; niewolnik, z którym żyje
kobieta wolna, ma kilku panów.
Oczywiście bez porównania częściej spotykało się sytuację odwrotną:
wolny mężczyzna współżył z niewolnicą. To jednak uchodziło za rzecz
najzupełniej normalną i w niczym nie narażało na szwank pozycji
społecznej i prawnej owego mężczyzny. Co więcej, uważano powszechnie, że
lepiej wziąć sobie niewolnicę, niż uwodzić panny i mężatki lub krępować
się małżeństwem. W najgorszym wypadku pan niewolnicy mógł oskarżyć jej
kochanka o naruszenie własności prywatnej; mógł też rościć pretensje do
dziecka z tego związku.
Nie należy uważać postanowień, których inicjatorem był Pallas, za dowód
pogorszenia się sytuacji niewolników. Wprost przeciwnie. Właśnie w tym
okresie prawo zaczynało stawać w ich obronie. Miało to swoje konkretne
przyczyny. Nie prowadzono już wielkich wojen zdobywczych, a więc dopływ
niewolników się skurczył, ich ceny poszły w górę. W roku 19 wydano
ustawę, która nieco ograniczała swobodę dysponowania życiem niewolników;
odtąd pan mógł wyznaczać ich do walki z dzikimi zwierzętami na arenie
cyrku tylko za zgodą odpowiedniego urzędu. Ustawa z roku 20 zastrzegła,
że niewolnicy podejrzani o popełnienie przestępstwa mają być poddawani
takiej samej procedurze sądowej, jak i ludzie wolni. Te ustawy ukazały
się jeszcze za rządów Tyberiusza, natomiast sam Klaudiusz zarządził, że
chory lub kaleki niewolnik porzucony przez swego pana uzyskuje wolność;
a jeśliby pan zabił takiego niewolnika, będzie pociągnięty do
odpowiedzialności jako morderca.
Ci niewolnicy, którzy przebywali w miastach, cieszyli się wówczas
znaczną swobodą. Nadmiaru wolnych mężczyzn w Italii nie było, bo od
kraju odrywały ich, i to nieraz na długie lata, służba wojskowa,
interesy handlowe w prowincjach, kariera urzędnicza. W tych warunkach
łatwo było niewolnikom znajdować sobie kobiety wolne, zwłaszcza z warstw
uboższych. Stało się to zjawiskiem na tyle powszechnym i powodowało tak
wiele rozmaitych komplikacji życiowych, że władze uznały za konieczne
położyć mu tamę. Stąd właśnie owa uchwała, która odtąd obowiązywała
przez pięć wieków. Wielu ojców, rzucających gromy na bezczelność
niewolników i bezwstydną swobodę kobiet, powitało Pallasowy projekt z prawdziwą radością. Owe honory, którymi obsypano wnioskodawcę, miały
pewne uzasadnienie w opinii publicznej. Pallas wiedział, że taka będzie
reakcja w senacie i społeczeństwie i właśnie dlatego podjął się
referowania sprawy. Miało to jednak pewną stronę paradoksalną, niemal
zabawną: oto autor uchwały był niedawno niewolnikiem, jego zaś brat
Feliks, również w przeszłości niewolnik, już był żonaty z księżniczką
mauretańską, a dwa lata po wejściu uchwały w życie miał poślubić królową
z Judei. Oczywiście uchwała formalnie nie dotyczyła wyzwoleńców, lecz
bez kąśliwych uwag i tak się nie obeszło.
Łatwo było Pliniuszowi rozdzierać szaty nad upadkiem senatu. Łatwo mu
było wołać:
- Jakżeż się cieszę, że nie żyłem w tamtych czasach!
Gdyby jednak uczestniczył w posiedzeniu, które dziękowało Pallasowi za
zbawczy projekt i obmyślało dlań zaszczyty, głosowałby zapewne jak
wszyscy. I niechybnie znalazłby później usprawiedliwienie dla każdego
swego słowa.
Uchwała przyznająca Pallasowi odznaczenia pretorskie i owe miliony, z których łaskawie zrezygnował, zapadła 23 stycznia roku 52. A więc
był to ten sam rok, w którym odbył się sąd cesarski nad Żydami; ten sam,
w którym Feliks otrzymał zarząd Judei. Dobry to był rok dla obu braci
wyzwoleńców; jeden został prokuratorem z nadzwyczajnymi uprawnieniami,
drugi członkiem senatu w randze pretora.
Te łaski i zaszczyty spływały na nich nie bez głębszej przyczyny. To, że
Pallas był wówczas tak butny i wielce wpływowy, zawdzięczał dobremu
poprowadzeniu trudnej gry jeszcze przed czterema laty.
Wtedy to, jesienią roku 48, rozegrała się na dworze Klaudiusza ponura
tragedia. Wyzwoleniec Narcyz otworzył cesarzowi oczy: żona, Waleria
Messalina, zdradza go od lat; ostatnio jawnie święciła gody weselne z Gajuszem Syliuszem. Porażony bólem i strachem władca wrócił natychmiast
z Ostii do Rzymu. Stanął w koszarach pretorianów. Tam ściągnięto
wszystkich kochanków wiarołomnej i bezzwłocznie ścięto. Messalina
jeszcze próbowała dotrzeć do męża i przebłagać go. Ale Narcyz czuwał.
Nie dopuścił ani jej, ani też najstarszej westalki, która pragnęła
uprosić cesarza, by przynajmniej wysłuchał żonę. Mimo to sam Klaudiusz
wieczorem tegoż dnia polecił, aby "nieszczęsna" - użył tego właśnie
określenia - stawiła się nazajutrz dla przedstawienia swej sprawy. Choć
niektórzy uważali to za dowód wyjątkowej słabości cesarza, postępował on
rozsądnie. Sprawa cudzołóstw Messaliny miała swój aspekt polityczny;
istniały uzasadnione obawy, że przygotowywano zamach stanu w celu
osadzenia na tronie właśnie jej "męża" Syliusza. Teraz, po rozgromieniu
spisku i uśmierceniu winnych, pozostała tylko prywatna uraza bezczelnie
zdradzanego męża. Tutaj jednak Klaudiusz mógł pozwolić sobie na
wielkoduszność. Przecież Messalina była matką jego dwojga dzieci:
siedmioletniego Brytannika i tylko nieco starszej Oktawii. Mimo
wszelkich win i szaleństw Messaliny trudno byłoby zabierać ją dzieciom.
Narcyz przewidywał, jakie są zamiary Klaudiusza. Natychmiast po
usłyszeniu tych słów wybiegł do oficera pełniącego służbę i krzyknął:
- Wykonać bezzwłocznie wyrok na Messalinie!
Dla wszelkiej pewności razem z żołnierzami pchnął jednego ze swych
wyzwoleńców.
Cesarzową zastali w jej wspaniałych ogrodach, niegdyś należących do
Lukullusa. Leżała na ziemi, to płacząc i rozpaczając, to czepiając się
zwodnych nadziei, a nawet wybuchając gniewem. Była przy niej tylko jej
matka, Domicja Lepida. Nie żyła z córką w zgodzie. Teraz jednak
przyszła. Mówiła:
- Nie czekaj na kata! Twoje życie już minęło. Jedyne, co jeszcze możesz
zrobić dla siebie, to godnie umrzeć!
Żołnierze wywalili bramę siłą. Trybun stanął, milcząc. Za to wyzwoleniec
nie szczędził ohydnych wyzwisk. Messalina wreszcie zrozumiała, że to już
koniec. Wzięła do ręki sztylet, drżącą ręką usiłowała wbić go to w pierś, to w szyję. Oficer, zniecierpliwiony, pchnął ostrze mocniej.
Trysnęła krew.
Wiadomość o śmierci żony Klaudiusz przyjął pozornie z całkowitą
obojętnością. To zachowanie jednych dziwiło, innych oburzało. A przecież
w obliczu tej tragedii udany spokój był jedyną maską godną cesarza. W głębi serca Klaudiusz nie mógł się pogodzić z myślą, że Messalina już
nie żyje - kobieta piękna, ukochana i znienawidzona, matka jego dzieci.
Raz tylko, i to na króciutki moment, rozdarła się zasłona kryjąca jego
najgłębszą tajemnicę - wciąż żywą pamięć Messaliny. W jakiś czas po jej
śmierci, kiedy podawano do stołu, nagle zwrócił się do służby:
- Czemu pani nie przychodzi?
Może właśnie dlatego, że Messalina była wciąż obecna w jego sercu i myślach, Klaudiusz postanowił znowu się ożenić. Co prawda, czyniąc to,
łamał uroczyste przyrzeczenie, które złożył swoim pretorianom zaraz po
wykryciu zdrady Messaliny:
- Ponieważ moje dotychczasowe małżeństwa nie były dobre, będę żył w celibacie. Jeśli nie dotrzymam tego postanowienia, zgadzam się, abyście
mnie zabili!
To jednak powiedział w afekcie. Małżeństwa istotnie nie były udane. Dwa
pierwsze zakończyły się rozwodami: z Plaucją Urgulanillą z powodu jej
zbyt swawolnego trybu życia i podejrzenia o współudział w jakiejś
zbrodni; z Elią Petyną z przyczyny drobnych, ale uciążliwych
nieporozumień. Trzecią żoną była Messalina.
Której z pięknych pań Rzymu przypadnie teraz zaszczyt wejścia do
palatyńskiego domu?
Rzecz była wielkiej wagi, zwłaszcza dla wyzwoleńców. Klaudiusz miał już
lat prawie sześćdziesiąt. Dobrym zdrowiem nie cieszył się nigdy.
Należało myśleć o przyszłości; było jasne, że nowa cesarzowa przeżyje
męża i będzie miała wiele do powiedzenia, kiedy przyjdzie obsadzać tron.
W całej sprawie Messaliny Pallas zachowywał się z pełną rezerwą. Nie
zwalczał Narcyza, bo Messalina była wroga wszystkim wyzwoleńcom, ale i nie popierał, bo rywalizowali od dawna. Obecnie jednak nie miał zamiaru
pozostać na uboczu.
Każdy z wyzwoleńców popierał inną kandydaturę.
Narcyz, któremu sprawne przeprowadzenie akcji przeciwko Messalinie dało
wielki autorytet na dworze, w tej sprawie popełnił pewien błąd - może
zresztą z nadmiaru ostrożności. Wpadł na pomysł, aby Klaudiusz pojął
Elię Petynę, która przecież już raz była jego żoną! Narcyz argumentował
tak:
Elia jest już dobrze znana cesarzowi; wiadomo, jak się zachowa i czego
się po niej spodziewać. Co najważniejsze, Klaudiusz ma z nią córkę
Antonię, najstarsze ze swych żyjących dzieci; czemuż by Elia nie miała
otoczyć opieką i sierot po Messalinie?
Jednakże powtórny ożenek z tą samą kobietą wydał się czymś nader
dziwacznym. Niefortunny plan rychło upadł i Narcyz patrzył ze zgryzotą,
że prawdziwe szanse mają tylko kandydatki jego dwóch rywali, Kallista i Pallasa.
Kallist opowiadał się za Lollią Pauliną. Pochodziła ze świetnego rodu.
Jej dziad należał do doradców cesarza Augusta. Co więcej, Lollia była
już - choć bardzo krótko - cesarzową, poślubiła bowiem Kaligulę,
poprzednika Klaudiusza na tronie. Prawdę mówiąc, to małżeństwo było
zawarte w sposób co najmniej niezwykły. Ktoś wyraził się w obecności
Kaliguli, że babka Lollii była swego czasu najpiękniejszą kobietą w Rzymie. Sama Lollia była wówczas żoną Memmiusza Regulusa, namiestnika
prowincji bałkańskich, i tam z nim przebywała. Cesarz rozkazał obojgu
natychmiast stawić się w Rzymie i wziąć rozwód, a potem sam ożenił się z Lollią. W czasie uroczystości ślubnych nieżyjącego ojca Lollii
zastępował jej niedawny mąż. Małżeństwo było krótkotrwałe. Porzucając
Lollię, cesarz specjalnym edyktem zabronił jej nowego zamążpójścia;
kobieta, która była żoną cesarza, nie powinna już dzielić łoża z nikim.
Lollia miała jeszcze jedną zaletę: bajeczny majątek. Jeden ze
współczesnych pisze:
"Widziałem raz Lollię Paulinę, żonę Kaliguli; nie była to jakaś wielka
uroczystość, lecz tylko skromne przyjęcie zaręczynowe. Otóż Lollia była
cała okryta szmaragdami i perłami. Błyszczały one, ułożone na przemian,
na całej głowie i we włosach, w uszach, na szyi, na palcach. Łączną ich
wartość szacowano na czterdzieści milionów. A nie był to dar władcy,
lecz majątek po dziadku, zdobyty grabieżą prowincji"3.
Za Lollią wreszcie, zdaniem Kallista, przemawiało i to, że była
bezdzietna; wolno więc było spodziewać się, że obdarzy sieroty uczuciem
szczerym i niepodzielnym.
Gdybyż to Lollia mogła przewidzieć, jak drogo zapłaci za ambicję
poślubienia drugiego władcy Rzymu!
A kogo popierał Pallas?
Agryppina
Swoją kandydatkę Pallas przedstawiał tak:
Ta piękna kobieta w sile wieku (ma lat trzydzieści dwa), pełna
temperamentu i energii, godnie reprezentuje dostojeństwo wielkich
tradycji. Jest prawnuczką cesarza Augusta, rodzoną siostrą poprzedniego
cesarza, Kaliguli, była żoną jednego z najświetniejszych arystokratów,
Gnejusza Domicjusza. Prawda, że jest bratanicą samego Klaudiusza; dla
celów matrymonialnych to pokrewieństwo może wydać się zbyt bliskie. Ale
chodzi właśnie o to, aby kobieta z panującej rodziny nie wniosła jej
blasku do zwykłego domu. Jest to wskazane tym bardziej, że z małżeństwa
z Domicjuszem Agryppina ma syna; jest on spadkobiercą rodu, który
świetnością niewiele ustępuje cesarskiemu. Czy nie byłoby celowe jeszcze
silniej związać go z dynastią?
Pallas miał całkowitą słuszność, wskazując na wielkość rodu Domicjuszów
Ahenobarbów. Przed wiekiem Lucjusz Domicjusz należał do najzaciętszych
przeciwników Juliusza Cezara, kiedy ten walczył z Pompejuszem; zginął w bitwie pod Farsalos. Jego syn Gnejusz przyłączył się do zabójców Cezara
i był śmiertelnym wrogiem Oktawiana, późniejszego cesarza Augusta.
Natomiast syn Gnejusza, noszący imię dziadka - Lucjusz, pogodził się z nowym ustrojem. W nagrodę otrzymał najwyższe godności oraz rękę córki
Antoniusza, a zarazem siostrzenicy samego Augusta. Ów Lucjusz wsławił
się trzema rzeczami: świetną umiejętnością powożenia końmi; wyprawieniem
igrzysk gladiatorskich tak okrutnych i krwawych, że August rozkazał je
przerwać; poprowadzeniem wypraw wojskowych w głąb Germanii, za Dunaj i Ren. Był pyszny, bezlitosny, lubował się w przepychu.
Zgodnie z tradycją Domicjuszów syn Lucjusza znowu otrzymał imię Gnejusz.
Pod względem charakteru bardzo przypominał ojca. Pewnego razu na wąskiej
drodze Appijskiej (Via Appia) umyślnie tak pognał konie, że stratowały
idącego skrajem chłopca. Postępował nieobliczalnie: w pobliżu swego domu
przy drodze Świętej (Via Sacra) wystawił wspaniałe łaźnie dla ludu, ale
nie wiedzieć z jakiej przyczyny odmówił wypłacenia zwyczajowych nagród
zwycięzcom w wyścigach rydwanów, choć te wyścigi sam urządzał. Bogactwa
i znaczenie rodu zapewniały mu świetną karierę. Osiągnął najwyższe
urzędy, a w roku 28, za zgodą panującego wówczas Tyberiusza, otrzymał
rękę Agryppiny, przez co skoligacił się z domem cesarskim, bo Agryppina
była wnuczką Tyberiuszowego brata.
Wychodząc za mąż, dziewczyna miała zaledwie dwanaście lat. Jedyne
dziecko z tego małżeństwa urodziło się dopiero po latach dziewięciu, w połowie grudnia roku 37. Poród był ciężki, bo płód, źle ułożony w łonie
matki, wychodził nie główką, lecz nogami. Był to chłopiec. Przyszedł na
świat w Antium, miasteczku nadmorskim, położonym trzydzieści pięć mil na
południe od Rzymu. Lubiano tę miejscowość wypoczynkową, bo dawała
możność rozkoszowania się morską kąpielą i zdrowym powietrzem, a nie
odrywała tak od bieżących spraw i wydarzeń w stolicy, jak widokowo
piękniejsza, ale też znacznie odleglejsza Zatoka Neapolitańska. Wśród
wspaniałych budynków, otaczających wieńcem zatokę Antium, był zarówno
pałacyk cesarski, jak i willa Domicjuszów; Agryppina przebywała tu
chętnie i często.
Syn Gnejusza Domicjusza otrzymał, rzecz prosta, imię Lucjusz. Jego
ojciec nie był pozbawiony poczucia humoru, a zalety swoje i żony znał
widać nieźle. Bo kiedy gratulowano mu potomka, powiedział:
- Ze mnie i z Agryppiny nie mogło się zrodzić nic dobrego!
Wydawać by się mogło, że chłopiec rozpoczyna życie pod szczęśliwą
gwiazdą. Oto na tronie cesarskim zasiadał wówczas, już od ośmiu
miesięcy, brat jego matki, Kaligula; a więc maleńki Lucjusz Domicjusz
był siostrzeńcem władcy Imperium. Co więcej, Kaligula odnosił się do
swych trzech sióstr z niezwykłą czułością.
Najstarszą z nich była właśnie Agryppina; młodsza o rok zwała się
Druzylla; najmłodsza zaś Liwilla.
Jednym z pierwszych swych dekretów cesarz zarządził, że formuła
wszystkich oficjalnych przysiąg ma kończyć się słowami: "nie będą mi
droższe ani moje dzieci, ani ja sam niż Gajusz i jego siostry", formuła
zaś urzędowych sprawozdań i rozporządzeń: "co oby było pomyślne, dobre i szczęsne dla Gajusza Cezara i jego sióstr".
Rychło jednak stało się oczywiste, że Kaligula jest człowiekiem umysłowo
chorym (jego babka Antonia podejrzewała to od dawna). Swoje siostry,
zwłaszcza Druzyllę, darzył czymś więcej niż braterskim uczuciem. Zabrał
ją mężowi i kazał poślubić swemu przyjacielowi, Emiliuszowi Lepidusowi,
ale naprawdę traktował jako własną żonę. Kiedy Druzylla zmarła w roku
38, Kaligula załamał się. Stronił od ludzi, nie wziął nawet udziału w pogrzebie. Siedział zamknięty w willi nad Jeziorem Albańskim i całymi
dniami grał w kości. Raz wyrwał się nocą i kazał nieść spiesznymi
marszami aż do Syrakuz na Sycylii; wrócił szybko, zarośnięty i zmizerowany. Nakazał publiczną żałobę: zawieszono sądy, zakazano
wszelkich uroczystości, nie wolno było śmiać się, kąpać, ucztować -
nawet w gronie rodzinnym - pod karą śmierci.
Uchwałą senatu zmarła otrzymała tytuł "Augusta". Jeden jej złoty posąg
stanął w sali posiedzeń, drugi zaś w świątyni bogini Wenus, gdzie
urządzono osobny ołtarz. Powstało kolegium kapłańskie złożone z kobiet i mężczyzn dla odprawiania nabożeństw ku czci Boskiej. Kobiety, składając
zeznania, miały odtąd przysięgać na jej imię. Jako bóstwo nosiła
przydomek "Pantea" - Wszechbogini.
Senator Geminus oświadczył pod przysięgą:
- Widziałem na własne oczy, jak Boska Druzylla Augusta Pantea wstępowała
do nieba i rozmawiała z innymi bóstwami. Jeśli mówię nieprawdę, niech
zguba spadnie na mnie i na moje dzieci!
W nagrodę za prawdomówność i odwagę cywilną otrzymał milion sesterców.
Wówczas to właśnie w dalekiej Palestynie, w królewskim rodzie Heroda,
przyszła na świat dziewczynka. Dla uczczenia pamięci boskiej siostry
Kaliguli dano jej imię Druzylla; ona to za lat piętnaście miała zostać
żoną Feliksa wyzwoleńca.
Żałoba wreszcie minęła i szaleniec na cesarskim tronie nieco pocieszył
się, poślubiając Lollię Paulinę. O Druzylli jednak nie zapomniał. W roku
39 święcił rocznicę jej urodzin wspaniałymi igrzyskami. W pierwszym dniu
odbyły się wyścigi rydwanów i walki zwierząt oraz ludzi ze zwierzętami.
Legło na arenie pięćset najdzikszych bestii, sprowadzonych z pustyń
Afryki i puszcz Europy. Tyleż samo zabito w dniu drugim. Ludność
otrzymała poczęstunek, senatorowie zaś i ich żony bogate dary.
Agryppina i Liwilla nigdy nie cieszyły się takimi względami brata jak
zmarła siostra. Dwór jednak był przekonany, że Kaligula utrzymuje i z nimi kazirodcze stosunki. Temu właśnie przypisywano, że w tymże roku 39
darował im życie, kiedy wykryto spisek, w który ponoć obie były
zamieszane. Celem spisku było zamordowanie cesarza i wyniesienie na tron
Emiliusza Lepidusa, oficjalnego męża zmarłej Druzylli, najwierniejszego
dotąd przyjaciela Kaliguli. A więc zdradzali panującego jego najbliżsi.
Wobec postępów choroby umysłowej Kaligula stawał się niebezpieczny dla
wszystkich, zwłaszcza zaś dla swego otoczenia.
KALIGULA
(cesarz w latach 37-41)
Wykrycie sprzysiężenia miało miejsce w czasie pobytu cesarza i dworu w Galii Zaalpejskiej. Lepidusa uśmiercono natychmiast. Agryppinę i Liwillę
obwiniono o współudział w jego zamiarach i utrzymywanie ze zdrajcą
miłosnych stosunków. Najbardziej obciążona była Agryppina, toteż
spotkała ją kara upokarzająca: musiała odwieźć do Rzymu urnę z prochami
Lepidusa, trzymając ją cały czas na kolanach.
W oficjalnym orędziu do senatu cesarz oskarżył siostry, że dopuściły się
czynów bezbożnych i rozpustnych. Kazał złożyć w świątyni Marsa Mściciela
trzy miecze, symbole ukaranej wrogości trzech osób: Lepidusa i swych
sióstr.
Agryppina i Liwilla poszły na wygnanie. Osadzono je na Wyspach
Pontyjskich. Są to małe, prawie bezludne wysepki wulkanicznego
pochodzenia, położone u zachodnich wybrzeży Italii, na wysokości
Neapolu. Cesarskie siostry żyły tam w biedzie i opuszczeniu. Mogły
jednak i tak uważać, że potraktowano je wyjątkowo łaskawie. Kaligula
powiedział im bez osłonek:
- Mam nie tylko wyspy, ale i miecze!
Dwuletni Lucjusz został pozbawiony opieki matki, a w kilka miesięcy
później stracił też ojca. Zmarł on śmiercią naturalną, skutkiem choroby
zwanej wówczas puchliną wodną. Trzeba przyznać, że usiłował uratować dla
syna przynajmniej trochę z fortuny domu, tak bardzo zagrożonego upadkiem
Agryppiny. Właśnie dlatego w testamencie wyznaczył syna spadkobiercą
tylko w jednej trzeciej, resztę zaś zapisał cesarzowi. Miał nadzieję, że
ugłaszcze to zachłannego władcę i pozostawi on sierocie ową trzecią
część rodzinnego majątku, co zresztą, biorąc pod uwagę ogrom bogactwa
Domicjuszów, było i tak wielką fortuną.
Jednakże ojciec mylił się. Kaligula, jak przystało na szaleńca,
marnotrawił miliony. Był wciąż w tarapatach finansowych i bez żadnych
skrupułów zagarniał prywatne dobra pod byle pozorem. Nie oszczędził też
przypadającej na Lucjusza części spadku. Wziął po prostu wszystko.
Chłopiec pozostał bez rodziców i bez majątku. Zabrała go do siebie
siostra ojca, Domicja Lepida. Jak wszyscy Domicjusze miała usposobienie
gwałtowne i nieokiełzane. Opieki nad bratankiem nie traktowała zbyt
poważnie. Maleńki Lucjusz pętał się po domu zaniedbany i nikomu
niepotrzebny. Jako "pedagogów" ciotka wyznaczyła mu dwóch niewolników;
jeden z nich był fryzjerem, drugi zaś tancerzem.
Domicję Lepidę odwiedzała czasem jej córka z drugiego małżeństwa,
Waleria Messalina. Była ona już żoną Klaudiusza od kilku lat, co jednak
trudno było uważać za najlepszą partię dla tej młodej, pięknej
dziewczyny o gorących zmysłach. Mąż był znacznie starszy, stale grzebał
w starych księgach, z dóbr tego świata najwyżej cenił dobre jedzenie i wino. Był pośmiewiskiem dworu, ostatnio zaś, w wyniku owej nominacji na
członka kolegium kapłańskiego, stracił cały majątek. Do tego wszystkiego
Messalina była w ciąży po raz drugi. Tak więc młoda kobieta miała zbyt
wiele własnych kłopotów, aby darzyć szczególną uwagą swego małego brata
ciotecznego Lucjusza, uganiającego gdzieś po dziedzińcach. Gdybyż to
mogła przewidzieć, jak tragicznie splotą się losy jej dzieci z losami
tego opuszczonego przez wszystkich chłopca! Na razie Lucjusz i Oktawia,
córeczka Klaudiusza i Messaliny, bawili się zgodnie; byli przecież w jednym wieku.
Wydarzenia stycznia roku 41 - śmierć Kaliguli i wstąpienie na tron
Klaudiusza - od razu zmieniły sytuację całej rodziny.
Messalina została cesarzową, Agryppina i Liwilla powróciły z Wysp
Pontyjskich. Zagarnięty przez Kaligulę majątek zwrócono wdowie po
Domicjuszu i jego synowi.
Natychmiast po przybyciu do Rzymu ambitna Agryppina rozwinęła ożywioną
działalność. Pragnęła powetować sobie dwa lata trwogi i upokorzeń.
Przede wszystkim chciała zdobyć męża, oczywiście bogatego i znakomitego,
godnego bratanicy cesarza. Za najlepszego kandydata uznała Sulpicjusza
Galbę. Pochodził z dobrego rodu, był zamożny, w sile wieku, wsławił się
już jako wódz i namiestnik. Co prawda był żonaty, ale Agryppina nie
widziała w tym żadnej istotnej przeszkody. Kokietowała Galbę w sposób
jawny i wyuzdany. Spotkała ją jednak przykra niespodzianka. Galba okazał
się całkowicie nieczuły, a jego teściowa na jakimś przyjęciu towarzyskim
publicznie zwymyślała rywalkę córki. Ponoć doszło do rękoczynów między
dostojnymi matronami.
Powiodło się natomiast Agryppinie rozwieść Pasjena Kryspusa. Był to
dwukrotny konsul, ceniony mówca, częsty gość na dworach kolejnych
cesarzy. Dla Agryppiny najważniejszy był jego ogromny majątek, oceniony
na dwieście milionów sesterców. Dodatkowym smaczkiem rozwodu było to, że
dotychczasową żoną Pasjena była Domicja, siostra zmarłego męża Agryppiny
Gnejusza oraz Domicji Lepidy. Owa Domicja była zawrotnie bogata i można
by zapytać, czemu to mały Lucjusz nie wychowywał się w czasie wygnania
matki właśnie u tej swojej ciotki. Przyczyna była prosta: ojciec
Lucjusza i Domicja, choć rodzeństwo, nie znosili się. Prowadzili ze sobą
pieniacki proces o jakieś pieniądze, jakkolwiek obojgu nie zbywało na
niczym. Niechęć do swego brata Domicja, jak się zdaje, przelała na jego
synka. Jakimże więc ciosem musiało być dla niej, że męża odbiera jej
właśnie wdowa po bracie! Tego upokorzenia nie zapomniała nigdy.
Dlaczego Pasjenus poślubił Agryppinę? Na pewno powodowany ambicją.
Pochlebiało mu, że jego żoną jest bratanica cesarza. Bo łaski władców
zawsze cenił sobie wysoko. Aby okazać swój szacunek poprzedniemu
cesarzowi, Kaliguli, pieszo towarzyszył jego lektyce w czasie podróży -
jak zwykły niewolnik. A kiedy ów szaleniec zapytał go kiedyś, czy
utrzymuje, jak on sam, stosunki z siostrą, odpowiedział pokornie, aby
nie urazić majestatu, a zarazem nie minąć się z prawdą:
- Jeszcze nie!
Z tym wszystkim był to człowiek sympatyczny. Jego największą rozkoszą
było odwiedzanie bukowego lasku na wzgórzu koło Tuskulum. Rosło tam
drzewo rozłożyste, prastare. Pasjenus kochał je jak człowieka, ponoć
obejmował czule i gładził. Bo też drzewo dawało mu najsłodsze chwile
życia. Leżąc w cieniu gałęzi i wsłuchując się w cichy szmer listowia,
Pasjenus spędzał tam długie godziny; popijał przy tym zimne wino. Śmiano
się, że od czasu do czasu odlewa swemu przyjacielowi-drzewu nieco
boskiego nektaru.
Małżeństwo Agryppiny i Pasjena było bezdzietne. A ponieważ nie miał on
potomstwa i z Domicją, swymi dziedzicami uczynił po kilku latach żonę i pasierba. Był na tyle nieostrożny, że powiadomił Agryppinę o treści
testamentu. To przypieczętowało los miłośnika drzew. Przezorna małżonka
i zapobiegliwa matka, lękając się, aby zapis nie uległ zmianom, otruła
męża. Tak przynajmniej, jednogłośnie i zdecydowanie, twierdził cały
Rzym.
Właśnie z powodu sukcesu, jakim było małżeństwo z Pasjenem, Agryppina
przez długie lata po powrocie musiała zachowywać się bardzo ostrożnie.
Stale, każdej chwili, groziło jej i synowi śmiertelne niebezpieczeństwo
ze strony Messaliny.
W dwadzieścia dni po objęciu władzy przez Klaudiusza, a więc w lutym
roku 41, Messalina urodziła syna. To bardzo wzmocniło jej pozycję oraz
wpływ na męża, i bez tego ogromny. Przezornie i bezwzględnie odsuwała od
niego wszystkie ewentualne rywalki. Prześladowała każdego, kto miał
nieszczęście narazić się jej choćby nieświadomie. Nieposkromiona
ambicja, podejrzliwość, zawiść, zwyrodniały głód seksualny czyniły z tej
pięknej skądinąd kobiety złowieszczego potwora.
Cesarz, całkowicie pochłonięty nadludzką pracą uzdrawiania Imperium po
czteroletnich rządach szaleńca, nie miał ani czasu, ani możności badania
prawdziwości wszystkich wysuwanych przez nią oskarżeń. Widział w swoim
życiu wiele spisków przeciwko panującym. Pamiętał, w jaki sposób
zgładzono Tyberiusza. Był niemal świadkiem zamordowania Kaliguli; sam
tylko przypadkowo uniknął wówczas śmierci. Żył w stałej obawie, że i przeciwko niemu knuje się sprzysiężenie. Był w ogóle strachliwy. Na
każdym przyjęciu w pałacu stali uzbrojeni pretorianie. Kiedy odwiedzał
chorych dostojników, nawet przyjaciół, wpierw przetrząsano pokój, łóżko,
materac. Kto stawiał się na audiencję, był dokładnie przeszukiwany - bez
względu na zajmowane stanowisko, wiek i płeć. Sekretarzom wchodzących
dostojników odbierano nawet rylce i kałamarze. Tak więc przed Messaliną
otwierało się piękne pole działania. Czemuż by cesarz nie miał ufać
własnej żonie, kiedy ostrzegała go przed pewnymi osobami, nawet
najbliższymi? Niedawna przeszłość pouczała, że najgroźniejsi są właśnie
krewni i wysocy dostojnicy.
Jedynie wyzwoleńcy mogliby sparaliżować poczynania Messaliny. Byli
jednak skłóceni. Niektórzy zresztą początkowo sprzyjali żonie władcy.
Inni woleli zachować neutralność. Był to początek rządów Klaudiusza,
nowi ludzie jeszcze nie umocnili się na swych stanowiskach, jeszcze nie
zdawali sobie sprawy, jak wiele znaczą.
Agryppina miała poważne powody, aby czuć się zagrożoną. Oto jedną z pierwszych ofiar Messaliny stała się Liwilla. Wróciła wraz z Agryppiną z wygnania, była jednak bardzo nieostrożna: często odwiedzała cesarza,
swego stryja, a wobec jego żony zachowywała się z dumną wyniosłością.
Ciążyła na Liwilli również wina wielkiej urody.
Donosiciele i szpiedzy rychło dostarczyli Messalinie dobrego materiału:
Liwillę łączą podejrzanie bliskie stosunki z Lucjuszem Anneuszem Seneką.
Seneka
Miał wówczas lat czterdzieści pięć. Pochodził z bogatej rodziny osiadłej
w Hiszpanii, w Kordobie. Jego ojciec słynął jako doskonały znawca
retoryki i dobry historyk. Sam Lucjusz Seneka wychowywał się w Rzymie.
Karierę zawdzięczał przede wszystkim siostrze matki. Toteż pisał później
z wdzięcznością:
"To przecież ona na swych rękach zaniosła mnie do miasta, dzięki jej
czułej i macierzyńskiej opiece po długiej chorobie powróciłem do
zdrowia. Ona dla zdobycia dla mnie urzędu kwestora szeroko użyła swych
wpływów i choć nigdy nie chciała się zdobyć na śmiałość nawiązania
rozmowy lub przyjęcie wyrazów szczególnego uszanowania, to jednak dla
mojej sprawy jej czuła miłość przezwyciężyła wstydliwość. Nie
przeszkodził jej w niczym odosobniony rodzaj życia, w niczym jej wiejska
skromność zachowana wśród takiej okropnej bezczelności niewiast, w niczym ciche usposobienie, w niczym spokojne i do ustronia dostosowane
obyczaje, aby gorliwie zabiegać o zdobycie dla mnie
godności"4.
Swoje wpływy ciotka Seneki zawdzięczała temu, że za panowania Tyberiusza
jej mąż przez szesnaście lat był prefektem Egiptu; zmarł w drodze
powrotnej do Italii. Urząd kwestora otworzył przed Seneką perspektywy
dalszej kariery, bo dał mu prawo zasiadania w senacie. Zaszczyt to był
wielki, ale ileż to niósł ze sobą trudnych do przewidzenia
niebezpieczeństw! Zdarzyło się raz za rządów Kaliguli, że Senece wypadło
zabrać głos w senacie w obecności samego władcy. Mówił wspaniale. Tym
właśnie wzbudził gniew i zawiść cesarza, który pragnął uchodzić za
najświetniejszego krasomówcę swoich czasów. Nad Seneką zawisła groźba
wyroku śmierci. Uratowało zbyt zdolnego senatora tylko wstawiennictwo
jednej z bliskich cesarzowi kobiet. Zdołała ona przekonać Kaligulę, że
Seneka cierpi na suchoty i umrze naturalną śmiercią lada dzień. Po cóż
więc zajmować się tym bredzącym w gorączce Hiszpanem?
Brzmiało to wysoce prawdopodobnie. Seneka był drobny, szczupły,
wymizerowany; wyglądał, jakby gonił ostatkiem sił. W młodości
rzeczywiście dużo chorował. Sam tak o tym pisał do przyjaciela:
"Smuci mnie, że trapią cię częste katary i ataki gorączki; te ostatnie
są następstwem przewlekłych, chronicznych katarów. Smuci mnie to tym
bardziej, że sam tego doświadczyłem. Zlekceważyłem początki choroby, bo
wiek jeszcze młodzieńczy mógł ścierpieć przykrości i z pogardą traktować
słabowanie. Później uległem. Doszło do tego, że katar wyniszczył mnie
całkowicie. Byłem wychudzony do ostateczności. Nieraz wówczas
zamierzałem skończyć z życiem. Powstrzymywał mnie tylko wzgląd na
starość arcydobrego ojca. Myślałem bowiem nie o tym, jak dzielnie ja
mogę umrzeć, lecz o tym, że mój ojciec nie mógłby tak dzielnie mnie
opłakiwać.
Powiem, co wtedy było mi pociechą. Wprzód jednak muszę stwierdzić, że
właśnie to, czemu wierzyłem, miało siłę leku. Uczciwa pociecha jest
środkiem uzdrowienia. A cokolwiek podnosi na duchu, pomaga też ciału.
Otóż mnie uratowały moje zainteresowania. Jestem winien filozofii, że
wstałem z łoża, że wyzdrowiałem. Jej zawdzięczam życie. Wiele też
pomogli mi przyjaciele, którzy krzepili mnie pociechą, czuwaniem,
rozmową.
Z tych to leków i ty korzystaj. Lekarz poradzi ci, jakie powinny być
spacery, ile gimnastyki; zabroni pogrążyć się w gnuśności, ku której
skłania się osłabiony chorobą; każe czytać na głos i w ten sposób
ćwiczyć oddech, którego drogi są zagrożone; uprawiać wioślarstwo i łagodnymi wstrząsami rozruszać wnętrzności; poleci, jakiej masz diety
przestrzegać, kiedy używać wina dla zachowania sił, kiedy zaś odsuwać
ten napój, aby nie drażnił i nie wywoływał kaszlu. Ja natomiast to ci
przepiszę, co będzie środkiem leczniczym nie tylko tej choroby, lecz i na cały czas życia: gardź śmiercią!"5.
Cóż to była za filozofia, która wywarła tak zbawienny wpływ na młodego
człowieka, jego umysł i zdrowie? Seneka zetknął się z pewnym kierunkiem
filozofii stoickiej. Kierunek ten nie zajmował się teorią poznania,
logiką, metafizyką. Interesował się wyłącznie etyką, i to pojętą bardzo
praktycznie, ze starorzymską surowością. Nawoływał do bezwzględnej
prawości w postępowaniu, do kształcenia siły woli i uniezależnienia się
od świata zewnętrznego. Nagrodą za ten wysiłek miało być zdobycie cnoty
doskonałej, która jest jedynym i wystarczającym warunkiem pełnego
szczęścia. Tylko mędrzec jest prawdziwym królem!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki