Nera Polacca - Wincenty Łoś

Reflow text when sidebars are open.
Temu lat dziesięć spędziłem zimę we Florencji. W pierwszych dniach mego pobytu w tym eleganckim kosmopolityczne mieście, poznałem całą kolonię polską, składającą się wówczas z kilkunastu rodzin, które ze wszystkich stron mojej ojczyzny podciągały pod cudze włoskie niebo, na zimowe leże.
Sądziłem, że znam już wszystkich moich rodaków, gdy raz popołudniu idąc ulicą z przyjacielem moim, hrabią Emerykiem z Wołynia, uderzony zostałem nadzwyczajnie oryginalnym widokiem.
Przystanąwszy, skierowaliśmy oczy w kierunku zjawiska. Środkiem ulicy pędził ekwipaż, na którego drodze zatrzymywali się przechodnie w podziwie i zdumieniu nad jego ekscentrycznością.
Para karych i lśniących jak kruki, kuców, unosiła czarny, niski, kobiecy ekwipaż, w którym siedziała sama się powożąc, młoda kobieta, cała w czarni. Za nią na tylnym i podniesionym koźle stał młody Murzyn, w czarną liberię ubrany, z czerwonym fezem na głowie.
Ten ekwipaż doskonale sprzęgnięty, cały czarny z jedną śnieżnie białą plamą, którą tworzyła twarz ślicznej kobiety i z drugą czerwoną powstałą z fezu Murzyna, robił nieokreślone i wysoce intrygujące wrażenie.
We Florencji wprawdzie ekscentryczność jest na porządku dziennym, ale mimo to wszyscy się zatrzymywali, gdy ekwipaż nadbiegał.
Stałem jak wryty, pochłaniając oczami młodą niewiastę, w której się domyślałem jakiej słynnej damy z wielkiego półświatka, gdy mnie doleciał tuż obok przez różnych przechodniów kilkakrotnie wyrzucony epitet:
- Nera Polacca!...
- Nera Polacca! - powtarzał to ten, to ów, zatrzymując się i obejmując wzrokiem, mijający nas z szybkością błyskawicy, piekielny wehikuł.
- Czarna Polka? Cóż to? - zagadnąłem Emeryka.
- Jak to, nie wiesz?...
- Nic nie wiem!
- Nie wiesz, kto to czarna Polka?...
- Nie, nic nie wiem!
- Pierwszy raz widzisz ten oryginalny zaprząg?...
- Pierwszy w życiu.
- I te śliczną kobietę?...
- Także!
Hrabia się uśmiechnął.
- Nie do uwierzenia prawie - bąknął. - Siedzisz tu od miesiąca i nie znasz najekscentryczniejszej i najpiękniejszej rodaczki.
- Któż to?...
- Pani Irma Mazarani.
- Nazwisko niepolskie...
- Z domu hrabianka Korońska.
- A! Ta rodzina mi znaną... ale kto to, opowiadaj, bo nie pamiętam, bym kiedy był do tego stopnia zaciekawiony. Jestże to osoba ze świata?...
- Z najlepszego!
- Bywa w towarzystwie?...
- Wszędzie!
- Skądże ta ekscentryczność?...
- Bo jest oryginalną! A tak pięknej, jak ona, kobiecie, wybacza się pozory...
- Opowiadaj!
Emeryk przystanął.
- Cóż więc chcesz, bym ci opowiadał? - zapytał.
- No, o tej pani Mazarani.
- Wszystko, co wiem, powiedziałem ci.
- Jak to?...
Hrabia się zaśmiał.
- Jesteś diablo zaintrygowany i sądzę, że rozumiesz teraz, dlaczego niektóre piękne kobiety lubią pozorami zwracać naszą uwagę... Pani Mazarani, gdyby była przejechała sobie około ciebie w zwykłej florenckiej wiktorii, byłbyś jej może nie zauważył, choć tak jest piękna...
- Zapewne...
Hrabia tu wsunął swą rękę pod moje ramię i dalej uprowadzając mnie, nieco przyspieszonym krokiem, ciągnął.
- Wstąpimy do pierwszej cukierni i tam ci opowiem to co wiem o pięknej "czarnej Polce"...
- A więc wiesz coś? - podchwyciłem uradowany.
- Cokolwiek - odparł towarzysz - ze źródła nie bardzo wiarogodnego, bo z ust naszych pań, które dopiero tu piękną czarną Polkę pognały, a wieczór, jeśli zechcesz, zaprezentuję cię jej.
- Gdzie?
- Gdzie bądź, albo u niej w domu, w jej pysznej willi, albo na raucie u księżnej Galiera.
- Znasz ją?
- Poznałem ją przed kilku dniami i wiem, że dziś u księżnej będzie...
Przechodziliśmy około cukierni, do której wszedłem pierwszy. Tu zasiedliśmy na uboczu, kazali sobie podać lody i Emeryk zaczął opowiadanie, na które, pożerany ciekawością, czekałem. Ta pani Mazarani, zdawało mi się, nie mogła być zwykłą śmiertelniczką, przybyłą do Florencji dla łagodności klimatu. Ją musiała tu zapędzić, myślałem, jakaś życiowa zawierucha, czarna i gwałtowna, jak jej ekwipaż, który mi stał wciąż w oczach z kucami, ziejącymi ogniem z rozwartych nozdrzy, powiewającymi, ufryzowanymi i najeżonymi grzywami.
Emeryk mówił.
- Pani Mazarani wyszła temu lat trzy za mąż w Warszawie za poczciwego hreczkosieja, który, rzecz naturalna, nie mógł jej odpowiadać. Rozłączyła się też z nim i osiadła tutaj gdzie nabyła willę Tofano i urządziła ją z niewidzianym smakiem i zbytkiem poczucia sztuki. Uzyskała rozwód od kilku miesięcy dopiero za wpływem i protekcją kardynała Soglione. Liczy lat dwadzieścia i cztery, kocha się w sztuce, maluje, jak artystka, a bawi się, jak nie Polka. Wszystko u niej w domu jest takim, jak ten ekwipaż, oryginalnym pięknym, nieco ekscentrycznym, ale zawsze gustownym i zdradzającym wykwintne gusta. Nie jest bogatą, ale musi być zamożną... Zdaje mi się, iż poluje na jakiego milionowego lorda...
Emeryk urwał i zajadał lody, a ja długo czekałem na dalszy ciąg na próżno.
- No dalej! - zawołałem wreszcie.
- A! - podchwycił, jakby się budząc Emeryk - i ja chciałem, by w życiu pani Mazarani coś więcej było, ale niczego się dowiedzieć nie mogłem. Ci, co ją od początku, jak osiadła w Florencji, widują, nie znają... ani nie znali jej kochanka, ani też dziś w świecie... się go dopatrzyć nie można...
- Croyez y! - zaśmiałem się.
- Złe języki - dodał po chwili hrabia - szepcą o... młodym Włochu, księciu Torlioni...
- O tym przystojnym?...
- O nim!