prolog
- Hakki, Hakki, stój!
Dziewczyna biegnąca ukwieconą łąką zatrzymała się. Ciemne, rozrzucone włosy zgarnęła z twarzy wdzięcznym, trochę dziecięcym gestem. Była lekko zdyszana, jej zielone oczy lśniły żywą radością, na twarz wybiły rumieńce. Biała, zwiewna sukienka oraz bose nogi, oblepione pyłkami i źdźbłami zebranymi z mokrej, porannej łąki, czyniły z niej jakieś cudowne, wiosenne zjawisko. Czekała na kobietę, która próbowała ją dogonić, choć w ciężkiej sukni ten bieg pod gorącym słońcem nie mógł należeć do łatwych ani do przyjemnych. Kobieta była też znacznie starsza, a jej surowa twarz nie zdradzała zachwytu.
- Hakki, prosiłam żebyś nie biegła. Nie po to tu jesteśmy.
- Wiem po co tu jesteśmy Trive, uczyłaś mnie o tym przez całe życie, a ja byłam uważną uczennicą. Zawsze mnie za to chwaliłaś. Teraz biorę swą nagrodę - chwila wolności, która, jak często przypominałaś, nie będzie moim przeznaczeniem.
- Pamiętaj, to krótka wolność.
- Pamiętam też, że złudna. Tu wokół pełno jest ludzi. Zostaw mnie jeszcze na chwilę. Wiem co do mnie należy.
Hakki już nie biegła, lecz spacerowała ze zmrużonymi oczami, sycąc wszystkie zmysły życiem młodego, odrodzonego po zimie świata. Rozsądna Trive, zawsze u jej boku by wyjaśniać lub powściągać, tym razem przyznała jej prawo do samotności. Stała tylko w zasięgu wzroku, nienaganna i dostojna. Tyle do niej należało, a nigdy nie uchybiała swym powinnościom. Inni też spełniali swoje obowiązki. Mężczyźni w pancerzach zdobnych emblematem smoka, czuwali wszędzie wokół, choć na tyle daleko oraz dyskretnie rozstawieni, że przez chwilę nie trzeba było na nich patrzeć. Lecz od jednego nie dało się uciec: nawet tu w Ajsle, samotni władców, ponad łąką i lasem, wzrok często padał na surowy, wyniosły kształt ukształtowanej jak maczuga skały, wybijający się w dali. Teraz latał nad nią jakiś wielki ptak; możnaby sądzić, że to jego dom. Lecz skała była domem kogoś potężniejszego, stanowiła twierdzę i pałac rodu Ersa; miała też swoje imię - Tutok.
Nauczono Hakki, najpierw bajkami oraz pieśniami, a później lekcjami rodowych dziejów, że dawno temu, właśnie tu, gdzie teraz stała, odpoczywał Ers, po walce ze smokiem. Z zielonego skłonu ujrzał ponad lasem wielką skałę i obrał na swoją siedzibę - stolicę przyszłego królestwa, które zdołał wywalczyć w wielu bitwach, bo miał siłę oraz śmiałość, a przede wszystkim dlatego, że spodobał się bogom. Wszyscy jego następcy przybywali potem do tego lasku, zwanego Ajsle, na czas odosobnienia i zadumy przed koronacją. Tradycja pozwalała im, lub może raczej kazała, szukać tu natchnienia do pomyślnych rządów. Jakie modlitwy szeptali na uroczysku ci wszyscy, którzy poprzedzili Hakki w starożytnym rytuale? Nikt nie mógł jej powiedzieć, bo nakazem zwyczaju zachowali je dla siebie. Ona także nie opowie nikomu o swej zadumie. To dobrze, pomyślała. Nie mam żadnej modlitwy, nie umiem złożyć myśli. Jestem wzruszona i niespokojna. To wszystko. Kocham mój lud, jestem dumna z rodu oraz dziedzictwa, które mi zostawił. Mam nadzieję, że przekażę tę spuściznę w takim stanie, w jakim ją zastałam.
Dziś był ostatni dzień, gdy przynależał jej wdzięczny tytuł kuelinty - księżniczki. Kiedy jutro się obudzi, zostanie spętana miriadą drogocennych ozdób oraz drobiazgowych powinności, choć w większości nadal ich nie znała. Nastanie czas kujnet - królowej. Tyle dowiedzą się wszyscy. Znacznie mniej liczni poznają też jej słodką twarz i oprawę szat, w które co dzień będzie przybierana. Stanie się widowiskiem wyzwalającym zachwyt, szacunek oraz lojalność. Widziała już jako dziecko ten wielki, wykuty w zimnej skale tron, stanowiący jej przeznaczenie. Zmierzony na największego wojownika dziejów, jej praszczura Ersa, był zabytkiem, który czciła, choć wolałaby nigdy na nim nie siadać. Ośmielała się na to dawniej, jako beztroskie maleństwo, "Kwiatuszek" swego dziada. Teraz bała się tego olbrzyma.
Padał nań blask ze Smoczej Paszczy, jak zwano okno wybite u zarania dynastii, naprzeciw tronu w sali królewskiej. Jutro ukaże się tam swoim poddanym, zgromadzonym hen, w dole, z zadartymi głowami. Ujrzą blask srebra, bijący od jej sukni, krzykną radośnie. Spróbują chwytać świeże kwiaty zrzucone z rozkazu mistrza ceremonii. Będą tak dalecy i mali, że ona nie ujrzy twarzy żadnego z nich, a oni nie usłyszą żadnego ze wspaniałych słów, które wyrecytuje. Niemniej, spłynie na nich świeżą strugą starożytne błogosławieństwo i przychylność bogów, z którymi młoda kujnet odnowi przymierze. Kapłani będą mruczeć ważkie, tajemne słowa, kiwając się miarowo; dumni, rośli strażnicy wypną opancerzone piersi, których przeznaczeniem jest zawsze ją osłaniać. Ministrowie, jak można się spodziewać, będą uważni, lecz nieodgadnieni. A ona? Czy wytrzyma nad przepaścią? Zawsze się jej bała... I czy spodoba się wszystkim? Jutro czekał ją długi, ciężki dzień pełen odpowiedzi. Pierwszy taki dzień, podobny do wszystkich kolejnych, przez resztę jej życia.
Wyparła na chwilę tę trudną świadomość, a wzrok skierowała ku czarownej kępie wiosennego kwiecia. Brodziła w trawie, bosymi, drobnymi stopami łamała kruche łodyżki i zbierała skórą ostatki rosy. Zapachy, barwy, delikatny szum i brzęczenie koiły ją. Wśród tej zmysłowej błogości, tradycja domu Ersa i wynikające z niej obowiązki, zdawały się dziewczynie szczególnie niemiłe - stanowiły matnię zniewalającą umysł. Tylko ciało jeszcze trochę pozostanie lekkie i jej własne. Przez krótki czas Hakki mogła je rozpieszczać.
Zdała sobie nagle sprawę, że to co w roztargnieniu wzięła za dziwny, omszały pień, jest człowiekiem. Wtulony między chaszcze mężczyzna, brudny, kudłaty, zlękniony, był tuż. Zrobił krótki, nerwowy gest ręką - Proszę, nie krzycz, Jasna Pani! - wyszeptał ochryple. - Wydasz mnie, zginę...
Zmarszczyła brew, nie tyle z gniewu, co z rozterki. Patrzyła na obcego bez lęku, trochę jak na zwierzę. Nie wiedziała, co myśleć. Ujęty, zostałby zgładzony, choćby za to, że ośmielił się zakłócić jej święte odosobnienie w Ajsle, gdzie ludziom broniono przystępu. Mogła krzyknąć. Wraz pojawiłaby się Trive oraz strażnicy. Piastunka stała na odległej krawędzi polany; mogła widzieć tylko kuelintę i zgadywać, że dziewczyna znieruchomiała w podziwie nad jakimś kwiatem. Lecz Hakki patrzyła na żałosnego nędzarza, odgadując swym niedoświadczonym umysłem co jej przystoi. Wreszcie zdecydowała:
- Nie wydam cię, choć naruszyłeś prawo tego miejsca. Zostań tu do wieczora. Wymkniesz się gdy odejdziemy.
Wtedy mężczyzna pocałował jej stopę. Zrobił to bez uniżonej gwałtowności, delikatnie, z pełnym szacunku namaszczeniem.
Nie potrafiła odpowiedzieć. Nikt spoza pałacu nie miał prawa nawet do niej przemówić, a oto ten obcy, brudny mężczyzna, w dodatku wyrzutek, dotknął jej nieskalaną skórę wargami. Odeszła.