Rozdział 1
Nie wiedziałam, co obudziło mnie tak wcześnie. Być może to kogut, który zawsze piał o tej porze, albo promyk słońca łaskoczący mi policzek po tym, jak prześlizgnął się pomiędzy deszczułkami. Otworzyłam okiennice, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Na dziedzińcu wciąż panował spokój, lecz już wkrótce rozpocznie się codzienna krzątanina.
Nie byłam już Nellie Aubert, młodą dziewczyną mieszkającą w Deux-Rives, uroczym małym miasteczku. Z dnia na dzień stałam się hrabiną Nellie d'Auber-ville, de Courneuve i de Novellis, arystokratką, która dorastała w mieście nazywającym się Mont-Réal.
Pojawiłam się w tym miejscu przez przypadek pewnego burzowego wieczoru. Mój młodszy brat Milo często opowiadał mi o teoriach dotyczących czasoprzestrzeni. Gdybym wiedziała, że mnie samej będą dotyczyły podróże tego typu, słuchałabym go z dużo większą uwagą.
Wracałam wtedy z imprezy, która zakończyła się przedwcześnie z powodu deszczu. Rozpętała się burza, a ja, chcąc wrócić do domu na skróty, przypadkiem dotknęłam metalowego ogrodzenia wokół domu sąsiadów. To wtedy worteks uniósł mnie w powietrze. Myślałam, że umieram, że już nigdy nie zobaczę mojej rodziny ani moich przyjaciół, kiedy nagle spadłam, cała i zdrowa, tyle że znacznie dalej, niż sądziłam.
Wylądowałam w jakimś lesie, blisko krzyża na Mont Royal, ale nie byłam już w moim świecie. Ten, do którego się przedostałam, rozwinął się równolegle do naszego, w innej odnodze czasoprzestrzeni. Nic o tym nie wiedząc, przeszłam przez membranę, cieniutką, elastyczną barierę dzielącą te dwa światy.
W tej rzeczywistości wydarzenia potoczyły się w zupełnie innym kierunku. Tutaj władzę dzierżył król, a jego pałac rozciągał się na całym zboczu góry. Musiałam szybko przystosować się do okoliczności i znaleźć sposób na przetrwanie.
I tak oto stałam się udawaną hrabiną, żeby mieć prawo mieszkać na tej wyspie zarezerwowanej dla arystokratów. Ludzie, którzy przyjęli mnie do siebie, także zostali tutaj przeniesieni. Mieszkaliśmy w budynku U-402, w komórce K-10.
Tutejsze społeczeństwo bardzo różniło się od tego, które znałam wcześniej. Ludzie za główne wartości uznawali przyrodę i ekologię, powszechnie wykorzystywali energię odnawialną, i ta zmiana była całkiem przyjemna. Niestety, ci sami ludzie stworzyli granice pomiędzy klasami społecznymi. Z jednej strony była arystokracja, a z drugiej - pracujące dla niej masy, często żyjące w trudnych warunkach.
Podczas pobytu w więzieniu dowiedziałam się, że wielu obywateli chciało zdetronizować króla i ustanowić republikę kierowaną przez prezydenta.
Kilka tygodni temu musiałam opuścić miasto i schronić się w obozie zwolenników tej nowej partii. I tak ja, która właściwie nigdy nie interesowała się polityką ani różnymi typami rządów, musiałam teraz podjąć próbę zrozumienia, jak funkcjonował tutejszy system polityczny.
Król tropił wszelakich przeciwników tego ustroju i kategorycznie odmawiał wprowadzenia jakiejkolwiek zmiany. Członkowie opozycji musieli się ukrywać i zakładali obozy przypominające duże gospodarstwa rolne, gdzie przyjmowali po około sto osób. Przyłączyłam się do jednej z takich grup, aby umknąć przed gniewem monarchy, który zdawał się brać mnie za szpiega albo przywódczynię rebelii, chociaż ja zupełnie nic z tego nie rozumiałam.
Mieliśmy w obozie zwierzęta hodowlane i warzywa, dzięki którym byliśmy samowystarczalni. Gospodarne zarządzanie tym, co wytwarzaliśmy, zapewniało nam przetrwanie. Wszystko to za sprawą naszego przywódcy, Henriego.
Moje myśli popłynęły w kierunku Armanda, mojego ukochanego - brata bliźniaka Henriego. Byli do siebie podobni fizycznie, lecz emanowała z nich diametralnie różna energia. Armand reprezentował radość, śmiech i emocje, podczas gdy Henri uosabiał siłę, stanowczość i surowość. Obaj byli książętami tego ogromnego kraju.
Armand urodził się kilka minut przed swoim bratem i automatycznie otrzymał tytuł dziedzica królestwa.
Choć mój ukochany miał być przyszłym królem, a Henri przewodził jednej z frakcji ruchu oporu prag-nącego znieść monarchię, szanowali się i pomagali sobie nawzajem. To właśnie do obozu Henriego przyprowadził mnie Armand, kiedy potrzebowałam schronienia.
Poczułam smutek, myśląc o tym, że jeden z braci będzie musiał przegrać w tej walce. Kochałam pierwszego, ale skłaniałam się ku przekonaniom drugiego.
Na własne oczy widziałam cierpiących ludzi i ogromną przepaść dzielącą zwykły świat od tego arystokratycznego. Było dla mnie jasne, że system polityczny musi się zmienić.
Czy Armand jako król będzie potrafił tego dokonać, czy raczej będzie musiał ustąpić miejsca Henriemu, który stworzy nowe społeczeństwo?
Pewnego dnia rozwścieczony lud zażąda zmian i doprowadzi do wybuchu.
- Arystokraci uciekli ze swojej ojczyzny po Wielkiej Rewolucji Francuskiej i przenieśli tutaj swój system władzy. Nasi przodkowie powinni byli im w tym przeszkodzić - skarżyli się moi towarzysze.
- Czy oni zdają sobie sprawę z tego, że przenieśli tutaj niesprawiedliwość panującą w ich kraju? Teraz mamy tu te same warunki, które doprowadziły do rewolucji we Francji - opowiadała mi Ang?le, którą poprosiłam o wyjaśnienie mi sytuacji.
Obecna wersja mojego kraju przeszła inną ewolucję niż ta, z której pochodziłam. Francuzi wygrali bitwę na Równinie Abrahama, co pognębiło i zrujnowało Anglików. Ci ostatni całkowicie się wycofali, pozostawiając to miejsce w naszych rękach.
Co mogło zdarzyć się w moim wymiarze od chwili, kiedy zjawiłam się w tym świecie? Nie wiem. Czy kiedykolwiek spotkam ponownie moich bliskich? Na to pytanie również nie znałam odpowiedzi.
Czasem miałam wrażenie, że straciłam panowanie nad swoim losem; że jakiś szalony żeglarz uchwycił jego stery, a ja musiałam próbować to przetrwać pomimo trudów.
W tym obozie, który nazywał się Mishkumi, co w języku Inuitów oznacza "lód", czułam się dobrze. Byłam przydatna, zajęta i nie miałam zbyt wiele czasu na rozmyślania. Życie tu było prostsze, a układy pomiędzy ludźmi mniej skomplikowane, co pozwalało mi być sobą.
Jaki spokój panował tego ranka na dziedzińcu! A przecież za kilka minut wszyscy rozpoczną swoje prace. Da się słyszeć śmiech, śpiew i kłótnie. Za chwilę ponad tymi zapracowanymi głowami popłyną rozkazy.
Na razie jednak rozkoszowałam się tą chwilą szczęścia. Była ładna pogoda, światło słoneczne zalewało dziedziniec, ćwierkały ptaki, a świerszcze zapowiadały upał. Ta sielskość niemalże sprawiła, że zapomniałam o moim pochodzeniu, przeszłości i całej tej dziwnej przygodzie.
W tym miejscu było wszystko, co potrzebne do prowadzenia spokojnej i miłej egzystencji. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że mieszkaliśmy w bogatym gospodarstwie rolnym z dziewiętnastego wieku; mieliśmy jednak do dyspozycji zupełnie współczesne wygody.
Do oświetlenia wykorzystywaliśmy energię słoneczną i wiatrową, a ta ostatnia napędzała także młyn. Było tu jednocześnie jak za dawnych czasów, ale i ultranowocześnie. Mieliśmy bieżącą wodę. Deszczówka gromadziła się w zbiornikach i w sposób naturalny się ogrzewała, dzięki czemu mogliśmy wziąć prysznic.
Ktoś wyszedł z sąsiedniego budynku. Natychmiast rozpoznałam tego młodego mężczyznę z długimi czarnymi włosami.
- Urielu, Urielu! - zawołałam. - Co tam robisz?
Chłopak szybko odwrócił się w moim kierunku.
- Idę rozpalić pod kuchnią - odpowiedział.
- Już biegnę! Zaczekaj na mnie.
Mieliśmy z Urielem taką zabawę: trzeba było stawić się jako pierwszy w kuchni i rozpocząć przygotowanie śniadania dla wszystkich.
Byłam zadowolona z tego, że mam takiego przyjaciela. Zawsze miał dla mnie niewyczerpaną cierpliwość. Nauczył mnie doić krowy, a także uspokajać kury, żeby móc wyjąć spod nich jajka.
Mieszkałam w tym obozie zaledwie od miesiąca, ale dzięki Urielowi czułam się już prawie jak u siebie.