Nekroskop tom 4 Mowa umarłych - Brian Lumley

Kup ebooka

39.90 zł
27.74 zł (27,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Nota Redakcyjna

PROLOG - STRESZCZENIE I CHRONOLOGIA

NEKROSKOP I

WAMPIRY

ŹRÓDŁO

ROZDZIAŁ PIERWSZY ZAMEK FERENCZYEGO

ROZDZIAŁ DRUGI POSZUKIWACZE

ROZDZIAŁ TRZECI ODKRYCIE

ROZDZIAŁ CZWARTY LAZARIDES

ROZDZIAŁ PIĄTY HARRY KEOGH, DAWNIEJ NEKROSKOP

ROZDZIAŁ SZÓSTY SANDRA

ROZDZIAŁ SIÓDMY MOWA UMARŁYCH

ROZDZIAŁ ÓSMY NIEMARTWI

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY KOT I MYSZ

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY SYN

ROZDZIAŁ JEDENASTY PRZYJACIELE HARRY'EGO I INNI

ROZDZIAŁ DWUNASTY PIERWSZA I DRUGA KREW

ROZDZIAŁ TRZYNASTY PIERWSZY KONTAKT - WYZWANIE NIEWOLNICY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY DRUGI KONTAKT - HORROR NA HALKI - ŁADUNEK NEGATYWNY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY TRAKOWIE - MORZE ŚRÓDZIEMNE - CYGANIE

ROZDZIAŁ SZESNASTY MĘŻCZYZNA Z MĘŻCZYZNĄ, TWARZĄ W TWARZ

EPILOG

PROLOG - STRESZCZENIE I CHRONOLOGIA

NEKROSKOP I

Ochrzczony jako Harry Snaith w Edynburgu w roku 1957 jest synem kobiety o nadwrażliwej psychice Mary Keogh (która jest z kolei córką specjalnie "obdarzonej" rosyjskiej emigrantki) oraz Geralda Snaitha, bankiera. Ojciec Harry'ego wkrótce umiera na wylew krwi do mózgu. Późną jesienią roku 1960 Mary wychodzi powtórnie za mąż, tym razem za Rosjanina o nazwisku Wiktor Szukszin. Szukszin opuścił ZSRR z etykietką "dysydenta", to przypuszczalnie tłumaczy początkowe zauroczenie jego osobą ze strony matki Harry'ego, jednak nie zapobiega temu, iż niebawem ich związek sta­je się wzorcowym wręcz przykładem małżeńskiego niedopa­sowania.

Zima 1963. Szukszin morduje swoją żonę w Bonnyrigg nie opodal Edynburga, wpychając ją pod lód zamarzającej rzeki. Następnie utrzymuje, że lód załamał się podczas jazdy na łyż­wach; że nie można było w żaden sposób jej uratować; że omal nie postradał zmysłów w wyniku tego wypadku. Ciała Mary Keogh nigdy nie odnaleziono. Szukszin otrzymuje w spadku jej dom w Bonnyrigg, stojący z dala od innych zabudowań, oraz wcale nie małą sumkę pieniędzy, pozostawioną przez pierwszego męża.

Pół roku później mały Harry (teraz Harry Keogh) przepro­wadza się do swojego wuja do Harden na południowo-wschodnie wybrzeże Anglii. Rozpoczyna edukację. Dorasta pośród nieokrzesanych dzieciaków w górniczej wiosce. Jest zamknię­tym w sobie marzycielem, samotnikiem. Zawiera mało przyjaźni (z kolegami ze szkoły, w każdym razie) i szybko staje się ofiarą rówieśniczej niechęci i przemocy. Jako nastolatek popada w konflikt z nauczycielami wywołany przez jego introspekcyjne usposobienie i psychiczne właściwości. Ale nie brakuje mu charakteru. Wręcz przeciwnie.

Problem Harry'ego polega na tym, iż odziedziczył po matce talenty mediumistyczne, które następnie rozwinął (i wciąż roz­wija) w niesłychanym stopniu. Nie nawiązuje nowych znajo­mości czy przyjaźni, dotychczasowe bowiem kontakty w zu­pełności mu wystarczają. Kim są jego przyjaciele? To zmarli spoczywający w grobach.

Jednego ze szczególnie uprzykrzonych szkolnych kolegów Keogh pokonuje dzięki telepatycznej współpracy z umarłym instruktorem szkolenia fizycznego, specjalistą w kwestiach sa­moobrony.

Trudne zadania z matematyki chłopiec rozwiązuje z pomocą byłego dyrektora szkoły, omal się przy tym nie zdradzając. Ta­jemnica paranormalnych związków Harry'ego prawie wycho­dzi na jaw. Nauczyciel jest bowiem synem tego matematyczne­go opiekuna, "wypoczywającego" na cmentarzu w Harden, i spostrzega, iż charakter pisma w pracy Harry'ego dziwnie przypomina mu pismo ojca.

W 1969 roku Keogh zdaje wstępny egzamin do Technical College w West Hartlepool i w ciągu następnych pięciu lat, uwieńczonych zakończeniem jego formalnej (i ortodoksyjnej) edukacji, stara się stonować stosowanie swoich niezwykłych talentów i możliwości, aby udowodnić samemu sobie, iż jest "normalnym, przeciętnym uczniem"... za wyjątkiem jednej dziedziny.

Wiedząc, że wkrótce będzie musiał się sam utrzymywać, za­biera się do pisania. Do czasu zakończenia szkoły publikuje kil­ka krótkich opowiadań. Jego mentorem jest podówczas czło­wiek, który zyskał pewien rozgłos jako autor błyskotliwych krótkich form, nieżyjący od 1947 roku. Ale to tylko początki. Przed ukończeniem dziewiętnastu lat Harry publikuje pod pseu­donimem swoją pierwszą dużą powieść: Pamiętnik rozpustnika z XVII wieku. Książka nie staje się wprawdzie bestsellerem, ale wciąż ma się dobrze. Niezwykła jest w niej nie tyle fabuła, ile nieprawdopodobna wierność faktom autentycznym... dopóki rzecz jasna nie weźmie się pod uwagę współautora książki, prawdziwego barokowego hulaki, zastrzelonego przez pewne­go znieważanego męża w roku 1672.

Lato roku 1976. Keogh zajmuje skromne mieszkanie na ostatnim piętrze trzykondygnacyjnego budynku przy biegnącej wzdłuż wybrzeża szosie, za Hartlepool w kierunku Sunderland. Nie ma zapewne nic niezwykłego w fakcie, iż ten stary dom stoi na wprost jednego z najstarszych miejskich cmenta­rzy. Harry'emu nigdy nie brakuje przyjaciół do rozmowy. Co więcej, tutaj jego talent nekroskopa rozwinął się w całej pełni. Może teraz prowadzić ożywione rozmowy z nieżyjącymi, na­wet na dalekie dystanse. Wystarczy, że raz porozmawia z da­nym umarłym, lub też jest mu przedstawionym, by przy nastę­pnej okazji móc się z nim połączyć bez trudu. Zazwyczaj oso­biście odwiedza groby swoich przyjaciół. Uważa bowiem, że rozmówców należy darzyć szacunkiem, a w kontaktach za­chować dyskrecję.

Zmarli z kolei, odwzajemniając przyjaźń, kochają Harry'ego. Nazywają go swoim farosem, jedynym światełkiem w ich wiecznej ciemności. Przynosi nadzieję tam, gdzie dotąd nie znano takiego słowa. Jest ich jedynym oknem, jedynym miej­scem, z którego mogą patrzeć na świat. W przeciwieństwie do tego, co sądzą żyjący, śmierć nie jest końcem, ale przejściem do bezcielesności, bezruchu. Ciało może być słabe i podlega­jące rozkładowi, ale umysł, siła psychiczna, wola trwają. Wiel­cy artyści, kiedy umierają, w dalszym ciągu wizualizują wspa­niałe obrazy, których nie zdążyli namalować; architekci planu­ją fantastyczne, rozciągające się na całe kontynenty miasta, które nigdy nie powstaną; naukowcy kontynuują badania, któ­re rozpoczęli jako ludzie żywi, a których nigdy nie mieli czasu dokończyć. Ponadto teraz, dzięki nekroskopowi, mogą konta­ktować się z sobą oraz (co jest może ważniejsze) zyskiwać wie­dzę o świecie cielesnym. A zarazem, choć nie chcieliby rozmy­ślnie przysparzać mu kłopotów, to jednak wszystkie cierpienia niezliczonych, nieżywych przyjaciół są jego troskami, i na od­wrót.

W swoim mieszkaniu w Hartlepool Keogh, w chwilach wol­nych od pracy, podejmuje swoją miłość z czasów dzieciństwa, Brendę. Dziewczyna niebawem zachodzi w ciążę i zostaje jego żoną. Skoro tylko jego ziemskie zainteresowania poszerzają się, natychmiast ponury cień przeszłości urasta do rozmiarów obsesji. Obraz biednej, zamordowanej matki towarzyszy jego nocnym i dziennym zwidom. W najczarniejszych koszmarach sennych Harry powraca nad zamarzniętą rzekę, gdzie dopełniła żywota. Ostatecznie decyduje się zemścić na Wiktorze Szukszinie, swoim ojczymie.

W tej sprawie, jak we wszystkich innych, ma błogosławień­stwo umarłych. Morderstwo jest przestępstwem, którego żadną miarą nie tolerują: znają mrok śmierci, więc ktoś, kto rozmyśl­nie zabiera życie komuś innemu, wzbudza w nich odrazę.

Zimą 1976 Harry jedzie do Szukszina i przedstawia mu do­wody jego winy. Podejrzewa, że ojczym będzie próbował się go pozbyć. Stwarza więc mu do tego dogodną sposobność. Ślizgają się razem na łyżwach po zamarzniętej rzece. Kiedy Szukszin zbliża się do Harry'ego, by go zabić, ten jest przygo­towany. Jednak obydwaj wpadają pod lód. Rosjanin ma siłę szaleńca i z pewnością utopi swojego przybranego syna... lecz nie, matka Keogha wstaje ze swego podwodnego grobu i ścią­ga Szukszina w dół.

A nekroskop odkrywa swój nowy talent, lub raczej dopiero teraz uświadamia sobie, jak daleko umarli zdolni są posunąć się, aby go ochronić - wie, że mogą nawet powstać z grobu.

Zdolności Harry'ego nie pozostają niezauważalne. Zarów­no tajna brytyjska służba wywiadowcza INTESP, jak i jej so­wiecka odpowiedniczka Wydział E są świadome jego mocy. Jednak jej szef zostaje zamordowany przez Borysa Dragosaniego, rumuńskiego szpiega i nekromantę. Dragosani rozrywa ciała zmarłych i wykrada sekrety życia i śmierci z krwi i wnę­trzności. Ćwiartując szefa INTESP, zyskuje dostęp do wszy­stkich tajemnic wywiadu.

Keogh obiecuje ścigać i ostatecznie pokonać Dragosaniego, a zmarli oferują mu wsparcie. Oczywiście dlatego, iż nawet oni obawiają się człowieka, który bezcześci zwłoki. Jednak ani ne­kroskop, ani przyjaciele z tamtego świata nie wiedzą, że Dra­gosani jest zainteresowany wampiryzmem; nosi w sobie wam­pirze jajo Tibora Ferenczyego, rosnące, stopniowo zmieniające jego naturę i przejmujące nad nim kontrolę. Co więcej, Drago­sani zamordował swego kolegę, Maksa Batu, Mongoła, aby ukraść tajemnicę jego Złego Oka. Teraz może mordować spoj­rzeniem. Nekroskop jedzie za nekromantą do ZSRR, do kwatery głównej sowieckiego Wydziału E, mieszczącej się w Zamku Bronnicy. Zastanawia się jak unicestwić wampira. Brytyjski wróżbita (agent posiadający zdolność wychwytywania pew­nych niejasnych szczegółów przyszłości) przepowiada, iż Harry będzie miał do czynienia z tajemniczym problemem konti­nuum Möbiusa.

W Lipsku Harry odwiedza grób Möbiusa. Znajduje zgasłego w 1868 roku matematyka i astronoma przy pracy nad równa­niami z zakresu czasu i przestrzeni. Tu nikt mu nie przeszkadza, i może w spokoju kontynuować pracę, którą rozpoczął za ży­cia. W ciągu stu lat sprowadził cały fizyczny wszechświat do zestawu matematycznych symboli. Wie, jak zagiąć czasoprze­strzeń i wyruszyć na swej wstędze Möbiusa do gwiazd. Teleportacja: prosty sposób, żeby dostać się do Zamku Bronnicy lub w jakiekolwiek inne miejsce na kuli ziemskiej.

Całymi dniami Möbius instruuje Keogha, który jest coraz bliżej właściwej odpowiedzi. Teraz potrzebuje jedynie dostate­cznie silnego bodźca, impulsu...

Wschodnioniemiecka GREPO (Grenz Polizei) podejrzewa Harry'ego. Na rozkaz Dragosaniego usiłują go aresztować w Lipskim grobowcu - i to jest właśnie ten impuls. W jednej chwili równania uczonego przestają być dla niego nic niezna­czącymi cyframi i symbolami: stają się wrotami do niezwykłe­go, niematerialnego świata kontinuum Möbiusa. Harry, niczym mag, wyczarowuje metafizyczne drzwi i w ten sposób wymyka się GREPO. Metodą prób i błędów uczy się, jak korzystać z tego tajemniczego i dotąd jedynie hipotetycznie dla niego ist­niejącego paralelnego wszechświata.

Przeciwko zbrojnym mocom Zamku Bronnicy zadanie Keogha wydaje się niewykonalne. Potrzebuje sprzymierzeń­ców. I znajduje ich. Ziemie, na których został zbudowany za­mek, są podmokłe, torfowe. A pod powierzchnią przechowy­wane od czterech wieków szczątki Tatarów Krymskich zaczy­nają powstawać z martwych.

Z armią żywych trupów Harry wkracza do zamku i niszczy moce obronne, znajduje i unicestwia Dragosaniego i jego wampiryczne nasienie. W walce także i on zostaje zabity - ciało umiera. W ostatniej chwili umysł, jego wola, przenosi się w metafizyczną przestrzeń.

Posuwając się po wstędze Möbiusa w przyszłość, id Harry'ego zostaje wchłonięte przez nieuformowaną jeszcze mental­ność dziecka... jego własnego syna.

WAMPIRY

Sierpień roku 1977. Przyciągana do wszystko absorbującego umysłu Harry'ego juniora jak opiłek żelaza do magnesu tożsa­mość Harry'ego Keogha jest narażona na zupełne zatarcie. Gdy zmysły dziecka rozwiną się, jak wiele pozostanie z id jego ojca? Czy w ogóle cokolwiek pozostanie z nekroskopa?

Jedna z alei wolności Harry'ego leży w kontinuum Möbiusa. Może ciągle używać go do woli - ale tylko wtedy, kiedy jego mały synek śpi i tylko jako istota bezcielesna. To, że nie posiada ciała, stanowi dla niego wielki problem. Ponadto badając nieskończoność czasowego strumienia przyszłości, natknął się, pomiędzy miriadami niebieskich nitek życia rodza­ju ludzkiego, na szkarłatną nitkę istnienia wampira. Co gorsza, ta nić przecina się z linią Harry'ego już w najbliższej przyszłości.

Keogh, bezcielesny jak wszyscy umarli, może się wciąż z nimi porozumieć i oni ciągle mu wiele zawdzięczają. We wrześniu 1977 rozmawia na krzyżowych wzgórzach z duchem Tibora Ferenczyego bezpowrotnie należącego do świata nieży­wych. Odwiedza także Faethora Ferenczyego. Nawet nieżywe wampiry są krętaczami i niewyobrażalnymi wręcz kłamcami: kuszą, wyszydzają i terroryzują, jeśli tylko mogą. Lecz Harry nie ma nic do stracenia, a Tibor - dużo do zyskania. Keogh jest dla niego ostatnim kontaktem ze światem. Poza jednym wyjąt­kiem.

W 1959 roku jako wampir Tibor zainfekował ciężarną ko­bietę. Używając całej tajemnej sztuki, dotknął i napiętnował męski płód, wyrażając wolę, aby pewnego dnia ten, jeszcze wówczas nie narodzony, powrócił na wzgórza w kształcie krzyża w poszukiwaniu swego "prawdziwego" ojca.

I oto nastał rok 1977. Julian Bodescu, niemający jeszcze osiemnastu lat, jest dziwnym, przedwcześnie dojrzałym i... na­wet przerażającym młodzieńcem. Znać go zbyt dobrze to znać strach i odrazę. Piętno Ferenczyego przejęło nad nim pełną wła­dzę. Jego krew i dusza są zepsute, staje się wampirem.

Matka Juliana jest Angielką; ojciec, Rumun, nie żyje. Matka z synem mieszkają razem w Harkley House w Devon. Jego życie jest nieustanną szamotaniną między stanami lubieżnej żądzy i frustracji, ona zaś żyje w ciągłym strachu. Wie, że jej syn jest diabłem zdolnym do czynienia zła, ale zbyt się go boi, by wystąpić z publicznym oskarżeniem. Wciąż jednak ma na­dzieję, że Julian z biegiem czasu zmieni się. I rzeczywiście, zmienia się błyskawicznie - ale nie na lepsze.

Bodescu na wpół zgaduje, a na wpół wie, kim jest. Nieustan­nie śni o drzewach pogrążonych w bezruchu, czarnych wzgó­rzach w kształcie krzyża, grobowcu na cichej polanie na zbo­czu pagórka... i o stworze spoczywającym w ziemi. Szkarłatna nić wampira, którym był najpierw Tibor, a teraz jest Julian, przyciąga go, skłaniając do odwiedzenia "ojca". A jest to ta sama linia, która przecina się z czystą błękitną nitką życia małego Harry'ego i którą nekroskop zobaczył, penetrując stru­mień przyszłości w kontinuum Möbiusa.

Wywiadowcy z brytyjskiego INTESP namierzają Harkley House w Devon. Wyposażeni w zdolności telepatyczne czeka­ją na jedno słowo Harry'ego, żeby natychmiast zniszczyć Ju­liana i wszystkie inne zainteresowane osoby, jakie tam znajdą. Zrobią to, ponieważ wiedzą doskonale, że jeśli taka istota wy­mknie się, wówczas istnieje olbrzymia groźba, że wampiryzm rozleje się wzdłuż i wszerz całego kraju, a nawet opanuje świat.

Także w Rumunii Alec Kyle i Feliks Krakowicz, aktualni szefowie szpiegowskich organizacji ESP, łączą siły, aby znisz­czyć wszystko, co pozostało po Tiborze Ferenczym w czarnej ziemi krzyżowych wzgórz. Udaje im się spalić upiorne szcząt­ki, ale przedtem wampir przesyła Julianowi ostrzeżenie. Tibor miał nadzieję, iż Bodescu stanie się jego ziemskim okrętem, na którym zjawi się i na powrót wieść będzie wampirzą egzysten­cję. Ale teraz, kiedy jego ostatnie szczątki spłonęły...

Tibor odszedł na zawsze, jak wszyscy z nieprzebranego tłu­mu umarłych. Jednak podobnie jak w ich wypadku jego du­sza pozostaje. Wykorzystując sen, opowiada wszystko Julianowi i winą za swe nieodwracalne zniszczenie obciąża INTESP, i nade wszystko Harry'ego Keogha. Tylko Keogh się liczy, ponieważ tylko on stanowi realne zagrożenie. Wystarczy go zniszczyć... i Bodescu będzie mógł wyłapać całą resztę jednego po drugim, w dogodnym dla niego czasie. I przysięga tak zrobić. Co do zni­szczenia Keogha: powinna być to najprostsza sprawa. Nekroskop jest bezcielesnym id, szóstym zmysłem własnego dzie­cka. Trzeba tylko usunąć syna, i ojciec podąży za nim.

Tymczasem Harry studiuje historię wampiryzmu. Dowiadu­je się o sposobach unicestwienia wampirów, o zabytkowych miejscach, które trzeba oczyścić z zamieszkałego tam zła. Wreszcie inicjuje atak na Harkley House.

Jednakowoż w ZSRR zostaje zamordowany Feliks Krakowicz. Alec Kyle, szef INTESP, staje się ofiarą fałszywego oskarżenia o popełnienie tego zabójstwa. Szpiedzy rosyjscy zabierają Kyle'a do Zamku Bronnicy, gdzie stosując kombina­cję zaawansowanej technologii i ESP, drenują całą jego wiedzę.

Po przejściu najbardziej surowych form prania mózgu i wy­sysania inteligencji, staje się umysłowym trupem, cielesną po­włoką pozbawioną kierującej nią psychiki. A kiedy to ciało um­rze, zostanie porzucone w Berlinie bez żadnych śladów uszko­dzenia. Taki jest przynajmniej plan.

Julian także nie próżnuje. Od dłuższego już czasu hoduje tajemnicze monstrum w piwnicach domostwa. Jego owczarek alzacki jest czymś więcej niż tylko psem. Bodescu przemienia w wampiry odwiedzających go krewnych, a nawet własną mat­kę. INTESP przypuszcza wreszcie atak, ale dom okazuje się siedliskiem zamętu, szaleństwa i koszmaru.

Bodescu ratuje się jednak, wychodzi cało z oczyszczających płomieni. Z zamiarem zabicia małego Keogha kieruje się na północ, do Hartlepool. Dziecko budzi się; w jego umyśle ukry­wa się istnienie nekroskopa. Potwór staje nad nim, wyciąga zbrodnicze ręce... Nekroskop nic nie może zrobić. Złapany w wir id własnego dziecka wie, że zaraz obydwaj umrą. Lecz nagle...

"Idź - mówi do niego mały Harry - nauczyłem się dzięki tobie wszystkiego, co ważne. Nie jesteś mi potrzebny jako nauczy­ciel. Ale potrzebuję cię jako ojca. Idź więc, uciekaj, ratuj się".

Mentalne przyciąganie, które wiąże nekroskopa z umysłem jego syna, traci na znaczeniu. Może on teraz uciec w czaso­przestrzeń Möbiusa, ale... nie potrafi.

"Jesteś moim synem - powiedział - więc jakże mógłbym pójść i zostawić cię tutaj... z tym!".

Jednak mały Harry wcale nie zamierzał tam zostawać. Po­siadł całą wiedzę swojego ojca. Jest dojrzałym umysłem w cie­le dziecka, brakuje mu jedynie doświadczenia. Obydwaj prze­noszą się do kontinuum Möbiusa.

Chłopiec zwielokrotnił odziedziczony talent w niesłycha­nym stopniu. Harry staje się nekroskopem o potężnej mocy. Umarli ze starego cmentarza odpowiadają na jego wezwanie. Wychodzą z grobów. Zataczając się, padając, pełzając, docie­rają do domu Brendy Keogh i wspinają się po schodach. Bode­scu próbuje uciekać, ale dopadają go i niszczą przy pomocy wszystkich starych, wypróbowanych metod: kołka, dekapitacji, oczyszczającego ognia.

Harry Keogh jest wolny, ale czy do końca? Kontinuum Möbiusa w końcu wchłonie jego bezcielesną istotę bez reszty... lub może wyrzuci na jakieś kosmiczne bezdroża. Choć niema­terialny, jest przecież ciągle obcym ciałem w tajemniczej pust­ce matematycznej mgławicy.

Ale oto... pojawia się tajemnicza siła przyciągania: próżnia wydrążonego umysłu Aleca Kyle'a. Harry nie może oprzeć się energii, jaką ona wytwarza i która nakazuje mu ożywić ciało o umarłym umyśle.

Wrzesień roku 1977. Harry Keogh, nekroskop i badacz metafizycznego kontinuum Möbiusa, zamieszkuje na stałe w ciele innego człowieka. Pozostaje nadal naturalnym ojcem naj­bardziej nienaturalnego dziecka, dziecka o wzbudzającej grozę mocy.

Przy pomocy ładunków wybuchowych o wielkiej sile Harry wysadza Zamek Bronnicy, a następnie, wykorzystując wstęgę Möbiusa, jedzie do domu w poszukiwaniu żony i syna... Oka­zuje się jednak, że jego bliscy zniknęli.

ŹRÓDŁO

W roku 1983 na Uralu ma miejsce "incydent perchorski". Wypadek przemysłowy, jak mówią Rosjanie, ale ten "wypa­dek" ma swoją wymowę. W istocie, Rosjanie, szukając odpo­wiedzi na amerykańską inicjatywę gwiezdnych wojen, skonstruowali i poddali próbie broń laserową, która miała osłaniać ich przed wrogimi rakietami. Eksperyment kończy się niepowodzeniem. Wielkiemu spustoszeniu w ogromnej części masywu Uralu towarzyszy wyrwa w samej strukturze czasoprzestrzeni. Służby wywiadowcze całego świata, w tym INTESP, pragną dowiedzieć się, co Moskwa ukrywa pod śnie­giem, lodem, górami, czym dokładnie Projekt Perchorsk jest lub był.

Następnego roku radary Nowej Ziemi wychwytują tajemni­czy obiekt (może UFO?), który omija od zachodu Ziemię Fran­ciszka Józefa i zmierza prosto w kierunku Wyspy Ellesmere'a. Z bazy w Kirowsku, na południe od Murmańska, startują my­śliwce typu Mig. Tajemniczy obiekt niszczy jednak wojskowe maszyny. Szczątki samolotów spadają na śnieg i lód. Amery­kański system wczesnego ostrzegania AWACS melduje, że migi zniknęły z ekranów, zapewne strącone, ale Moskwa, za­pytana przez gorącą linię, odpowiada ostrożnie i niejasno: "Ja­kie migi? Jaki intruz?".

Amerykanie denerwują się: "Ta rzecz leci z waszej strony; jeżeli utrzyma swój kurs, zostanie przechwycona i zmuszona do lądowania. Jeżeli nie usłucha wezwania lub zachowa się wrogo, może nawet zostać zestrzelona".

"Dobrze - brzmi nieoczekiwana odpowiedź - to nie jest nasz obiekt. Róbcie z nim, co chcecie".

Dwa amerykańskie myśliwce wystartowały z Port Fairfield w stanie Maine. Samoloty AWACS prowadzą je na cel. Z pręd­kością prawie dwóch machów przecinają Zatokę Hudsona od strony Wysp Belchera w kierunku punktu położonego dwa ty­siące mil na północ od Churchilla. Samoloty AWACS zostały trochę z tyłu, lecz cel jest już tylko dziesięć tysięcy stóp przed myśliwcami. Namierzają go i... niszczą, nie czekając na roz­kaz. Wyposażonym w eksperymentalne rakiety powietrze-powietrze typu Firedevils myśliwcom amerykańskim udaje się to, za co migi zapłaciły najwyższą cenę. Tajemniczy obiekt płonie, wybucha nad Zatoką Hudsona, wreszcie spada na ziemię. AWACS rejestruje wszystko na taśmie.

Wkrótce eksperci brytyjskiego INTESP zostają zaproszeni na pokaz filmowy, z prośbą o wyrażenie swych przypusz­czeń... a w rzeczywistości cokolwiek powiedzą, będzie doce­nione.

Jednak biegli prawdziwą opinię zatrzymują dla siebie, a to ze względu na "zdrowie" psychiczne świata. Dlaczego? Rzecz z Perchorska w oczywisty sposób przypomina, bardzo przypo­mina, monstrum, które Julian Bodescu hodował w swych piw­nicach, a także szczątki Tibora Ferenczyego spopielone na wzgórzach w kształcie krzyża w dalekiej Rumunii. Tyle tylko że tamte poczwary były malutkie, ta zaś gigantyczna i... opan­cerzona. Pod skorupą zaś znajdowały się wampiryczne zawiąz­ki. INTESP zaczął podejrzewać, iż wszystko to jest dziełem Rosjan z Perchorska. Niesamowity biologiczny eksperyment, który prawdopodobnie wyrwał się spod kontroli.

To w każdym razie jest jedna teoria. Ale nie jedyna.

INTESP zręcznie umieszcza w Perchorsku łącznika, który jest zarazem szpiegiem i telepatycznym przekaźnikiem. Zanim zostanie odkryty, Brytyjczycy dowiedzą się dostatecznie dużo, by nabrać przekonania o śmiertelnym niebezpieczeństwie płynącym z tego miejsca. Sprawa okazuje się na tyle poważna, iż decydują się odnowić kontakt z Harrym Keoghiem.

Jest rok 1985. Osiem lat po śmierci Juliana Bodescu i wysa­dzeniu w powietrze Zamku Bronnicy, osiem lat po tym, jak na wpół obłąkana żona Harry'ego oraz jego nekroskopiczne dziecko uciekli, jak się wydaje, z tego świata. Przez ten cały czas Keogh próbuje ich odnaleźć. Nie są umarli, gdyż w takim razie wiedziałaby o tym społeczność nieżywych, a tym samym nekroskop. Nie wie jednak, gdzie ich szukać. Sprawdził już wszystkie możliwe kryjówki.

Darcy Clarke, teraźniejszy szef INTESP, jedzie do Harry'ego do Edynburga. Zaczyna opowiadać o Perchorsku, ale ne­kroskop nie wykazuje zainteresowania. Kiedy jednak Clarke przechodzi do szczegółów, Harry ożywia się. Jego starzy prze­ciwnicy, sowieccy szpiedzy, skonstruowali w Perchorsku spe­cjalną celę, zabezpieczoną nawet przed metafizycznymi sposo­bami zbierania informacji. Z całą pewnością ukrywali tam coś wielkiego i nad wyraz niesympatycznego. W górach stacjono­wał oddział wojska wyposażony w wielką siłę rażenia. Przeciw czemu? Któż miałby atakować Ural? Kogo chcieli Rosjanie trzymać z dala? Co znajduje się w środku?

"Sądzimy, że zajmują się tam genetyką - mówi Clarke - że hodują tam wampiry bojowe!".

Nawet to przekonuje Harry'ego tylko w połowie; ostatecz­nie jednak Darcy triumfuje.

Brytyjski szpieg Michael J. Simmons znika w Perchorsku. Najlepsi wywiadowcy INTESP nie mogą go znaleźć. Uważają, że żyje, gdyby bowiem został "skasowany", ich telepaci wie­dzieliby o tym. To przypomina problem nekroskopa. Być mo­że jakimś niezwykłym zrządzeniem losu Harry junior, Brenda Keogh i szpieg znajdują się wszyscy w tym samym miejscu. Aby się upewnić, że INTESP nie chce go użyć dla własnych celów, Harry łączy się z umysłami przyjaciół. Pyta, czy ich nie­przebrane szeregi nie wzbogaciły się ostatnio o Michaela J. Simmonsa. Odpowiedź jest przecząca. Simmons nie jest nie­żywy, ale po prostu nie ma go tutaj.

Harry angażuje się w badania i odkrywa, iż "incydent perchorski" wytworzył w czasoprzestrzeni tak zwaną "szarą dziu­rę" prowadzącą do innego świata. Okazuje się, iż ten świat po drugiej stronie jest prawdziwą wylęgarnią wampirów, istnym źródłem wszystkich wampirycznych mitów i legend.

Nekroskop rozmawia ponownie z od dawien dawna nieży­wym Augustem Ferdynandem Möbiusem, ze zwodniczym umysłem zgasłego Faethora Ferenczyego i z niektórymi ze swych umarłych przyjaciół. Odkrywa wreszcie alternatywny szlak do świata wampirów. A cóż to za potworny świat.

Słoneczna Kraina jest gorącą, rozpaloną pustynią. Gwiezd­ną Krainę zajmuje królestwo wampirów z zamczyskami wyso­kimi na kilometr, bliskimi wierzchołkom gór, które dzielą tam­ten krajobraz. Po stronie słonecznej Wędrowcy, prawdziwi Cyganie, przemieszczają się grupami i plemionami przez zie­lone podgórze centralnego łańcucha. Aktywni za dnia, krótkie, pełne strachu noce spędzają zagrzebani w norach. Gdyż skoro tylko zajdzie słońce nad Słoneczną Krainą, lordowie wampi­ry wychodzą na łów.

Wędrowcy i Trogowie (prymitywna rasa aborygenów) są dla wampirów tym czym orzechy kokosowe dla mieszkańców wysp tropikalnych na Ziemi. Stanowią część diety, dostarczają niewolników, robotników, kobiet. Ich szczątki są pożywką dla bestii wojennych oraz wojowników, skądinąd zresztą modelo­wanych z przeobrażonych Trogów i Wędrowców. Groteskowo odmienione, skamieniałe ciała, dekorują zawrotnie wysokie, ponure zamczyska lordów, a nawet służą do wyrobu mebli i zewnętrznych osłon chroniących dobytek ich wampirzych pa­nów przed niszczącym działaniem żywiołów.

Plemię wampirze zawsze, skore do bitki, zazdrosne o swe ziemie i stan posiadania, perfidne w działaniu, pała bezprzyk­ładną nienawiścią do Rezydenta Ogrodu na Zachodzie.

Po serii koszmarnych przygód grupa Wędrowców, a wśród nich Jazz Simmons i piękna telepatka Zek Foener, docierającą do Rezydenta. Jeszcze przed przybyciem Harry'ego Keogha plemię wampirze odkłada na bok kłótnie i spory, by połączyć siły w przygotowaniu napaści na Ogród, siedzibę ich wspólne­go wroga.

Lady Karen, niegdyś przecudna Słoneczna, której wampirze zawiązki nie dojrzały jeszcze w pełni, ucieka do Rezydenta i ostrzega go przed nadchodzącą wojną.

Zaczyna się bitwa. Lordowie: Szaitis, Menor, Belath, Volse Pinescu, Lesk i wielu innych, wraz z ich hybrydycznymi wo­jownikami i Trogami - pachołkami, stają przeciw Rezydentowi i małej grupce ludzi.

Nekroskop nawiązuje współpracę z Rezydentem, którym jest... Harry junior. Na skutek czasowego poślizgu Harry nie jest już tym chłopcem, jakiego oczekiwał spotkać jego ojciec, lecz dorosłym człowiekiem w złotej masce, który przyniósł do tego właśnie świata swą biedną, szaloną matkę, by zapewnić jej bezpieczeństwo i spokój ducha. W pojedynkę żaden z lordów nie mógł się mierzyć z nim i jego "nauką". Jednak teraz są zjed­noczeni... Nekroskop przybywa w samą porę.

Używając z wielką zręcznością kontinuum Möbiusa i połą­czonych nekroskopicznych mocy ojca i syna, pokonują Szaitisa i jego wampirzą armię, niszczą wszystkie wrogie siedliska, za wyjątkiem zamczyska należącego do Lady Karen. Keogh odwiedza ją. Stara się uwolnić Lady od wampira w niej miesz­kającego, nie tylko zresztą ze względu na nią samą, ile ze względu na własnego syna. Rezydent bowiem został zarażony wampiryzmem. Harry użyje Karen, by sprawdzić teorię, która może dostarczyć lekarstwa. Wydostaje z jej ciała wampirzy za­rodek i niszczy go. Niestety jest to zabójcze dla niej. Nasiąkła bowiem złą mocą, a teraz stała się pustą skorupą. Jeżeli ktoś raz zazna tej niezwykłej ekstazy wolności, czystej żądzy i potęgi, już nigdy nie będzie potrafił bez tego żyć. Dlatego Lady Karen rzuca się z wysmukłej baszty swego zamczyska.

Rezydent jednak nadal nosi w sobie wampirzy pierwiastek. Odbudowuje swoją rezydencję, podnosi dom z ruin. Bardziej niż kiedykolwiek czuje na sobie baczne spojrzenie ojca...

ROZDZIAŁ PIERWSZY ZAMEK FERENCZYEGO

Transylwania, pierwszy tydzień września 1981.

Nie minęło jeszcze południe, gdy dwie wieśniaczki z wioski Halmagiu zmierzały do domu dobrze wydeptanym leśnym szlakiem.

Ich kosze wypełnione były pierwszymi tego lata jagodami i małymi, niedojrzałymi i dzikimi śliwkami... tym lepiej zresztą dla mocnej wódki, aromatycznej śliwowicy. Kobiety, odziane na czarno, w szerokich chustach, plotkowały radośnie, parskając śmiechem przy szczególnie pikantnych historyjkach.

Nie opodal spiralne dymy wznosiły się w niebo z kominów Halmagiu i rozpływały się w delikatną mgiełkę ponad szumiącym baldachimem wczesnojesiennego lasu. Bliżej, pomiędzy drzewa­mi, płonęły ogniska. Kuchenne zapachy mocno przyprawionego mięsa i zup ziołowych wisiały w nieruchomym powietrzu. Dźwięczały małe srebrne dzwoneczki, trzeszczała gałąź, na której rozczochrany ciemnooki dzieciak zawiesił prowizoryczną huśtawkę.

Wozy cygańskie tworzyły barwny krąg. W pobliżu uwięzione konie szczypały trawę, a jaskrawe kolory sukien migotały pomię­dzy drzewami. Dziewczęta zbierały chrust na ognisko. Z czarnych żelaznych garów poddawanych pieszczocie płomieni wydobywa­ły się smakowite opary. Mężczyźni wpatrywali się w ogień, ćmiąc długie, cienkie fajki. Podróżnicy, Wędrowcy, Cyganie powrócili w rejon Halmagiu.

Chłopiec kołyszący się na linie dostrzegł dwie wiejskie ko­biety i zagwizdał przenikliwie. Cała krzątanina cygańskiego obo­zu momentalnie urwała się, wszystkie czarne oczy zwróciły się w stronę nadchodzących wieśniaczek. Mężczyźni z obozu ubrani w skórzane kurty wyglądali groźnie, ale w ich wzroku nie było wro­gości. Mieli swoje własne zasady i wiedzieli, jakie wiatry są dla nich przychylne. Od pięciuset lat mieszkańcy Halmagiu postępowali z wędrowcami uczciwie, kupowali od nich ozdoby i świe­cidełka i zostawiali ich w spokoju. Cyganie więc nigdy nie wy­rządziliby im rozmyślnie krzywdy.

- Dzień dobry paniom! - Król Cyganów powstał ze schodów swojego wozu i skłonił głowę. - Powiedzcie, proszę, waszym przyjaciołom z wioski, że zastukamy do ich drzwi. Garnki i patel­nie najwyższej jakości, karty do wróżenia i bystre oczy, które śle­dzą los w zakamarkach ludzkiej dłoni. Przygotujcie tępe noże i siekiery z ułamanymi trzonkami. Wszystko będzie doprowadzone do porządku. Mamy też z sobą konika czy dwa, które mogą zastą­pić szkapiny przy waszych wózkach. Nie pozostaniemy tu długo, więc zróbcie z naszej wizyty najlepszy użytek, zanim wyruszymy dalej.

- Witajcie! - odpowiedziała natychmiast starsza z kobiet, jakby bez tchu w piersiach. - Powtórzę wszystko w wiosce. - Spojrzała na swoją towarzyszkę. - Trzymaj się blisko mnie i nic nie mów - szepnęła na stronie.

Przechodziły właśnie obok jednego z wozów. Starsza kobieta wyjęła mały słoiczek orzechów laskowych oraz garść śliwek i po­łożyła to w prezencie na stopniach cygańskiego wozu. Nikt z pa­trzących nie odezwał się. Wieśniaczki oddaliły się, a obóz powró­cił do stanu niespiesznej krzątaniny.

Młodsza z kobiet od niedawna mieszkała w Halmagiu.

- Dlaczego podarowałaś im te owoce i orzechy - zapytała. - Słyszałam, że Cyganie nigdy niczego nie dadzą za darmo, nigdy niczego nie robią bezinteresownie, za to często coś biorą. Czy nie za bardzo ich rozzuchwalasz?

- Na pewno nie zaszkodzi dobrze żyć z nawiedzonymi - zabrzmiała odpowiedź. - Kiedy pomieszkasz tutaj tak długo jak ja, zrozumiesz, o co mi chodzi. Zresztą oni nie przybyli, żeby kraść i wchodzić nam w drogę - kobieta wzruszyła ramionami - już ja dobrze wiem, dlaczego zjawili się tutaj.

- Tak? - powiedziała młodsza z zaciekawieniem.

- Tak, wiem. To ta faza księżyca, zew, który słyszeli, ofiara, którą złożą. Zjednują sobie ziemię, użyźniają glebę, błagają o łas­kę... swoich bogów - odrzekła starsza wieśniaczka.

- Swoich bogów? To poganie?... Jakich bogów?

- Nazywaj to Naturą, jeśli chcesz - w głosie Rumunki dała się słyszeć irytacja - ale nie pytaj o nic więcej. Jestem prostą kobietą i niczego nie chcę wiedzieć. I ty także nie powinnaś być zbyt cie­kawa. Babka mojej babki pamiętała czas, kiedy Cyganie przyszli. Upływa piętnaście miesięcy czy osiemnaście, ale nigdy więcej niż dwadzieścia jeden. Potem znowu wracają. Wiosna, lato, jesień - tylko oni znają porę, miesiąc, czas. Ale kiedy usłyszą zew, gdy księżyc jest na właściwym miejscu, a samotny wilk wyje wysoko w górach, wówczas wracają. Odchodząc zostawiają zawsze ofia­rę.

- Jaką ofiarę? - Ciekawość młodszej sięgała zenitu, lecz starsza nie chciała nic mówić, tylko gwałtownie kręciła głową.

- Nie pytaj, nie pytaj.

Jednak młodsza dobrze wiedziała, iż jej rozmówczyni umiera wprost z pragnienia, by podzielić się tajemnicą. Postanowiła dać jej czas i niczego na razie nie dociekać. Po chwili przyszło jej do głowy, że chyba zanadto oddaliły się od najprostszego szlaku od wioski.

- Czy nie idziemy złą drogą? - odezwała się.

- Cicho - syknęła starsza - patrz!

W prześwicie lasu, przed nimi, wyrastało posępne zwałowisko szarej skały wulkanicznej. Łyse i kopulaste, z kilkoma pomniejszy­mi garbami, wysokie niemal na dwadzieścia metrów. Za nim wid­niał pas leśny, a później naga, prostopadła ściana pnąca się aż do pokrytego jodłami płaskowyżu prowadzącego w stronę zamglo­nego, srogiego, niedostępnego masywu Zarundului. Drzewa wo­kół podstawy zwałowiska zostały ścięte, usunięto też krzewy i po­szycie. Na jego szczycie mały kopczyk ułożony z ciężkich kamie­ni sterczał niczym wieżyczka albo komin.

Tam zaś, na nagiej skale, obrabiając nożem trzymaną na podołku kamienną skorupę, siedział młody mężczyzna. Był całkiem pochłonięty swoją pracą. Patrzył w dół, wydawało się, że wprost przed siebie. Kobiety, które znajdowały się nie dalej niż czterdzie­ści metrów od niego, musiały być w zasięgu jego wzroku, ale na­wet jeśli je widział, nie zareagował. Pracował w skupieniu.

- Co on tam robi? - dopytywała się młodsza zachrypniętym gło­sem. - Jest bardzo przystojny... jakiś dziwny. A poza tym czy to miejsce nie jest zakazane? Mój Hzak mówił mi, że ten wielki ka­mień z kopca to specjalny kamień i że...

- Szsz! - towarzyszka znów ostrzegła ją, kładąc palec na jej wargach. - Nie przeszkadzaj mu. Oni nie lubią być podglądani. Nie żeby ten tutaj nas usłyszał... ale lepiej uważać.

- Powiedziałaś, że nas nie usłyszy? To dlaczego rozmawiamy szeptem? Nie, ja wiem, dlaczego szeptem: to jest szczególne miej­sce, jak kaplica. Prawie święte.

- Nieświęte! - poprawiła ją tamta. - A co do tego, że tamten nas nie dostrzeże... popatrz po prostu na niego! Jego skóra nie jest ciemna, lecz szara jak skała, chora, umierająca. Oczy, głęboko zapadnięte, płoną. Pochłonięty jest kamieniem, który rzeźbi. Sły­szy zew, nie widzisz? Jest opętany, zahipnotyzowany, zgubiony!

Skoro tylko powiedziała ostatnie słowo, mężczyzna powstał i ustawił mocno swój kamień na obrzeżu kopczyka, między dzie­siątkami innych, niczym cegłę wieńczącą mur. Dla każdego przy­padkowego świadka rytuału rzeźbienia musiało być jasne, że każ­dy głaz został zaznaczony w jakiś symboliczny sposób. Młodsza kobieta otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale jej starsza przy­jaciółka raz jeszcze uprzedziła pytanie:

- Jego imię - odezwała się. - Wydrążył w kamieniu swoje imię i daty, o ile je zna. Tak jak wszystkie inne imiona i daty wyrzeźbione tutaj. Jak wszyscy, którzy przed nim odeszli. Ten surowy głaz jest mu nagrobkiem, a kopiec - grobowcem.

Młody Cygan wyprężył się i spojrzał w stronę górskich szczy­tów. Zastygł w tej pozycji na dłuższą chwilę, jakby czegoś ocze­kiwał. A wysoko na błękitno-szarym niebie niewielki ciemny strzęp chmury przesłonił oblicze słońca. Na ten widok starsza ko­bieta gwałtownie otrzeźwiała. Nieomal uległa hipnozie, stojąc tak nieruchomo. Chwyciła łokieć towarzyszki i odwróciła jej twarz.

- Chodź - wyszeptała bez tchu - chodźmy stąd. Nasi mężowie będą się martwić, tym bardziej, gdy dowiedzą się, że Cyganie wrócili.

Spiesznie przemknęły w cieniu drzew, odnalazły szlak i wkrótce zobaczyły skraj lasu i pierwsze drewniane zabudowania Halmagiu. Wyszły na zakurzoną wiejską drogę i łomotanie w sercach zaczęło ustawać, usłyszały dźwięk, który dochodził gdzieś z dale­ka.

Zbliżało się południe. Słońce wyszło zza wystrzępionego obło­ku. Do pierwszych dni prawdziwej zimy brakowało jeszcze sie­dem czy osiem tygodni, ale każda dusza, która słyszała ten odgłos brała go za zapowiedź zimy. Niektórzy brali go nawet za coś wię­cej.

Rozległ się żałobny skowyt wilka, powracający echem ze skal­nych ścian, przyzywający, tak jak wilki przyzywają się od tysięcy lat. Kobiety przystanęły, ścisnęły mocniej kosze, zatrzymały od­dech i słuchały.

- Nie ma odpowiedzi - rzekła wreszcie młodsza. - Jest sam, ten stary wilk.

- Teraz tak - kiwnęła głową druga - tak, sam... ale słyszano go dobrze, bądź pewna. I doczeka się odpowiedzi niebawem... a wraz z nią... - Starsza potrząsnęła głową i ruszyła naprzód.

- A wraz z nią? - Młodsza zrównała się z tamtą i nie dawała za wygraną.

Starsza popatrzyła zimno, zmarszczyła brwi.

- Musisz nauczyć się słuchać. Anno. Są rzeczy, o których tutaj zbyt wiele się nie rozmawia. Jeśli więc chcesz się dowiedzieć, musisz słuchać uważnie.

- Przecież słucham - odparła młodsza - ale po prostu nie rozu­miem, to wszystko. Powiedziałaś, że stary wilk doczeka się odpo­wiedzi niebawem. I... wtedy?

- Tak, i wtedy... - wymruczała stara, skręcając w kierunku drzwi swojego domu, gdzie strąki czosnku zwisały z nadproża. - A wtedy, następnego poranka, nie będzie już Cyganów. Nie bę­dzie po nich śladu, prócz może, popiołów po ogniskach czy odcis­ków kół ciężkich wozów na szlaku, którym odjadą. Ich liczba zmniejszy się o jednego, który odpowiedział na prastary zew i pozostał.

Młodsza kobieta otworzyła usta ze zdziwienia i przerażenia.

- Tak - pokiwała starsza głową - właśnie to widziałaś. Dorzucał swoją duszę do innych nieszczęsnych dusz zapisanych w kaplicz­ce na skale.

Tej nocy w obozie Cyganów.

Dziewczęta w szalonym tańcu ścigały się ze skrzypcami, po­dążały za pierwotnym dudnieniem i brzękiem tamburynów. Dłu­gi stół uginał się od jedzenia: wiązadła królicze i całe jeże, cienko pokrojone w plastry kiełbasy dziczyzny, sery, zakupio­ne lub wymienione w wiosce, owoce i orzechy, cebula duszona w sosie mięsnym, cygańskie wina i ostra, zatykająca dech śli­wowica.

Panowała atmosfera festynu. Płomienie głównego ogniska, rozochocone muzyką, strzelały wysoko, rzucając blask na rozwi­browane, zmysłowe tancerki. Płynęły potoki alkoholu. Niektórzy z młodszych Cyganów pili z nadziei, inni z lęku przed niepewną przyszłością. Szczęście bowiem może następnym razem opuścić tych, którzy teraz zostali oszczędzeni.

Ale taka była kolej rzeczy: należeli do Niego do końca Ziemi, do Jego władzy i mocy. Ich pakt ze Starym został zawarty ponad czterysta lat temu. To za Jego przyczyną wiodło im się dobrze poprzez wieki, wiedzie im się dobrze teraz i będą szczęśliwie żyć w przyszłości. On niósł im ulgę w ciężkich czasach. W czasach łatwiejszych odczuwali Jego ciężar, lecz zawsze osiągał równo­wagę. Jego krew była w nich, a ich w Nim. A krew to życie.

Dwoje spośród Cyganów siedziało w smutku. Nawet teraz, po­między roztańczonymi dziewczętami, w atmosferze pijaństwa i świętowania, byli samotni. Cały ten hałas i rozgardiasz dookoła wydawał się wymuszoną wesołością, w której oni nie mogli żadną miarą uczestniczyć.

Młody człowiek siedział na stopniach bogato ozdobionego wo­zu. Z osełką i nożem w rękach odbijał ostrzem srebrne błyski pło­nącego opodal ogniska. Z tyłu za nim, w otwartych drzwiach wo­zu, oświetlona żółtym blaskiem lampy, stała jego matka. Pojęku­jąc, załamując ręce, zaklinała na wszystko Tego, który był wręcz czymś przeciwnym, aby oszczędził jej syna tej nocy. Modliła się na próżno.

Jedna z melodii skończyła się i jaskrawe spódnice zatrzepotały, po czym opadły, skrywając na powrót brązowe połyskujące nogi. Wąsaci mężczyźni sączyli swoją wódkę. Krąg księżyca ukazał się nad górami, uwydatniając zamglone kontury szczytów. A gdy wszyscy, z szeroko otwartymi ustami, zwrócili się w stronę wschodzącej tarczy, żałosne wycie wilka spłynęło do nich z nie­widocznych siedzisk skalnych.

Wszystko zastygło... lecz zaraz ciemne oczy zwróciły się w stronę młodego mężczyzny na stopniach wozu. Wstał, popatrzył na księżyc i szczyty i westchnął. Schował nóż do pochwy. Skie­rował się w stronę leśnego gąszczu, zmierzając ku ciemności po­za kręgiem wozów.

Jego matka przerwała ciszę. Krzyk największego bólu brzmiał niczym zwiastun śmierci. Rzuciła się naprzód, łomocząc o drew­niane schody swego domu-wozu. Zataczając się, z wyciągnięty­mi rękami, biegła za synem. Ale nie dotarła do niego. Padła na kolana. W spazmatycznych ruchach ramion stłumiła całe swe pra­gnienie.

Dowodzący plemieniem król zstąpił, by uściskać młodego człowieka. Objął go, pocałował w obydwa policzki. Wybraniec, bez zbytecznych scen, opuścił krąg ognia, wszedł między wozy i został połknięty przez ciemność.

- Dumitru - załkała matka. Rzuciła się za nim i wpadła prosto w ramiona króla.

- Spokojnie, kobieto - rzekł burkliwie, choć jego głos drżał nie­spokojnie. - Wiedzieliśmy o tym od miesiąca, patrzyliśmy, jak się zmienia. Stary dał zew, a Dumitru odpowiedział. Wiedzieliśmy, co się stanie. Zawsze tak jest.

- Ale to mój syn, mój syn - jęczała umęczona kobieta na jego piersi.

- Tak - odpowiedział i nagle łzy popłynęły głębokimi bruzdami jego policzków - mój także... mój także.

Poprowadził ją, potykającą się, szlochającą, do wozu, a muzy­ka zabrzmiała znowu.

Dumitru Zirra wspinał się na obwałowania Zarundului. Księżyc oświetlał mu drogę, ale nawet bez tej srebrzystej poświaty, wiedziałby, jak iść. Coś, co tkwiło w nim samym, prowadziło go. Głos w jego głowie, który nie do niego należał, mówił mu, gdzie stawiać kroki, czego się chwytać. Prowadziły tam ścieżki, o ile się je znalazło, lecz między tymi splątanymi szlakami biegły zawrot­ne skróty.

- Dumiitruuu! - zadzwonił mroczny głos, kreśląc jego imię ni­czym obraz męki. - O oddany mi mój synu moich synów. Postaw stopę tu, i tam, i tu, Dumiitruuu. I tu, gdzie przeszedł wilk, widzisz jego znak na skale? Ojciec twoich ojców oczekuje cię, Dumii­truuu. Księżyc już wzeszedł i godzina się zbliża. Spiesz się, mój synu, gdyż jestem stary, wysuszony, bliski śmierci - prawdziwej śmierci! Ale ty mnie uratujesz, Dumiitruuu. A wówczas twoja mło­dość i siła będą moiiimiii!

A młodość, ciężko dysząc, z rękami pokrwawionymi od wspi­naczki, mozolnie wspinała się do linii drzew, do najczarniejszej z turni, gdzie mroczne ruiny wyrastały z ostatniego urwiska. Z jed­nej strony gardziel tak czarna i stroma, iż mogłaby prowadzić do piekła. Z drugiej ostatnie z wysokich jodeł, porastające pozosta­łości jakiejś niegdysiejszej siedziby, wzniesionej w cieniu piono­wych skalnych ścian. Dumitru zobaczył to miejsce i przystanął na moment. Dostrzegł wilka o płonącym spojrzeniu, stojącego w zwalonej bramie rumowiska i nie wahał się dłużej. Ruszył na­przód, a dzikie zwierzę znaczyło mu drogę.

- Witaj w moim domu, Dumiitruuu! - Lepki głos osiadał niczym muł na jego umyśle. - Jesteś moim gościem, moim synem... przy­chodzisz z własnej, nieprzymuszonej woli.

Dumitru Zirra bezprzytomnie wspiął się na pierwsze potrza­skane kamienie. Zagubiony, zdezorientowany, czuł się obco w tym przytłaczającym miejscu. Ujrzał zamek, tego był pewien. W dawnych czasach mieszkał tutaj bojar, jeden z Ferenczych - Janosz Ferenczy. To było bezsprzeczne, jako że od wieków, od cza­su Grigora Zirry, pierwszego króla Cyganów, Zirrowie przysięga­li wierność baronowi Ferenczyemu i nosili jego znak: nietoperza zrywającego się do lotu z rozpostartymi skrzydłami, na których rysowały się trzy delikatne żebra. Oczy nietoperza, czerwone, podobnie jak żebra na skrzydłach, przechodziły w szkarłat, naczynie zaś, z którego startował, miało kształt nagrobnej urny.

Tak i teraz młode, głęboko zapadnięte oczy ujrzały podobny wzór wyżłobiony na potrzaskanej płycie wielkiego kamiennego nadproża. Wiedział więc dobrze, że stoi na ziemi wielkich prasta­rych patronów Zirrów i ich współziomków. Był to ten sam znak, który do teraz zdobił obydwie strony wozu cygańskiego Vasila Zirry, przemyślnie ukryty w zawiłych ornamentach barwnych wo­zów. Stary Vasil, ojciec Dumitru, nosił miniaturę tego herbu na pierścieniu, który przekazywano z ojca na syna od niepamiętnych czasów. Następnym jego posiadaczem byłby Dumitru, gdyby pewnego dnia nie usłyszał wezwania...

Podążający nieco z przodu wilk zawarczał głucho, ponaglając Dumitru. Ten jednak przystanął, niepewny, pośród ogromnych kamiennych bloków. Przedni skraj ruin wyglądał tak, jakby został wysadzony przez przepotężną eksplozję gdzieś w wnętrzności te­go miejsca poza krawędź gardzieli. Rumowisko kamiennych blo­ków i odłamków ginęło w mroku. Młodzieniec pomyślał, że wiel­ka część wylądowała w gardzieli.

- Wahasz się, mój synu - dobiegł go potworny wewnętrzny głos, rozpełzający i wymazujący wszystkie pytania, domysły, pra­gnienia. Ten głos całkowicie przytłoczył go i przejął nad nim wszel­ką kontrolę, podczas ostatnich czterech czy pięciu tygodni, czyniąc go swym zombim.

- Widzę, że jest, jak podejrzewałem, Dumiitruuu... masz silną wolę. To dobrze! Bardzo dobrze! Siła duszy jest siłą ciała, siła ciała jest siłą krwi. Twoja krew jest mocna, synu, tak jak w całej twojej rasie.

Wielki wilk znów zawył i Dumitru ruszył dalej za nim.

Młodość szeptała mu, że winien uciec z tego miejsca jak naj­szybciej. Lecz był bezsilny wobec tego prastarego diabelskiego głosu. Wydawało mu się, że kiedyś złożył obietnicę i żadną miarą nie mógł jej złamać, lub też że wypełniał wolę jakiegoś dawno nieżyjącego, szacownego przodka, wolę, której nie wolno się sprzeniewierzać. Teraz, prowadzony głosem rozlegającym się w jego głowie, potykał się o pochyłe głazy kultowe, to znów szedł na czworakach, rozrzucając świeżo opadłe liście, zdzierające wil­gotne, szarawe porosty. Odnalazł wreszcie wąską płytę z żela­znym kołem, którą uniósł z łatwością. Fala smrodliwego powie­trza wyszła mu na spotkanie, napełniała płuca, przyprawiła o je­szcze mocniejszy zawrót głowy. Skulony pochylił się nad czarną, dymiącą otchłanią i... pogrążył się w koszmarnej czeluści.

- Tutaj, tutaj, mój synu... nisza w ścianie... pochodnie i zapałki owinięte w skórę... tak, za mojej młodości było tylko krzesiwo... zapal jedną pochodnię i weź jeszcze dwie... na pewno będziesz ich potrzebował, Dumiitruuu...

Schody wykute w tej kamiennej studni miały kształt spiralny. Dumitru schodził powoli, zmuszony do ekwilibrystycznych wy­czynów tam, gdzie stopnie przegrały walkę z czasem. Dotarł do ozdobnej podłogi pokrytej szczątkami sczerniałej od ognia zapra­wy murarskiej. Posuwał się wśród dalekich odgłosów z wnętrza ziemi. W dół, ciągle w dół, do złowieszczych piekielnych katakumb.

- Dobra robota, Dumiitruuu - mroczny głos pochwalił go. Głos, który brzmiał przerażająco, a którego właściciel radował się. I raptem... Dumitru mógłby zerwać się i wyzwolić. Na ułamek sekundy znowu był sobą - wiedział, że stoi na progu piekieł.

Lecz wtedy obca siła ścisnęła jego mózg niczym imadło. Pro­ces, który rozpoczął się pięć tygodni temu, nieuchronnie zmierzał w kierunku swego logicznego rozwiązania, siła jego woli nikła niczym płomień wytopionej świecy.

- Rozejrzyj się. Dumiitruuu. Patrz i ucz się, jakie są dokonania i tajemnice twojego mistrza, synu.

Za plecami Dumitru, na kamiennych schodach, stał wielki wilk o płonących oczach. A przed nim...

O takich rzeczach krążyły między Cyganami legendy, ale ani Dumitru, ani nikt inny, który mógłby oglądać tę scenę, nie potrze­bował żadnej specjalnej wiedzy czy wyjaśnienia poza własną wyobraźnią i instynktem. Trzymając wysoko pochodnię, z szero­ko otwartymi oczami i rozdziawioną buzią, młodzieniec postępo­wał naprzód pośród uporządkowanych pozostałości i reliktów chaosu i szaleństwa.

Nie był to jednak ten sam, czysto fizyczny, rodzaj chaosu, co w wyższych partiach budowli, gdyż te tajemnice krypty nieznacz­nie tylko ucierpiały. Kataklizm dotknął powierzchni. Podziemia przetrwały nienaruszone, pokryte sieciami pajęczyn i od pół wie­ku nawarstwiającym się kurzem. Nie, ten zamęt miał charakter mentalny: świadomość, że dokonał tego człowiek - czy też, w ma­nierze podań i mitów, że dokonały wszystkiego istoty podające się za ludzi.

Krypty wyróżniały się prastarym kamieniarskim kunsztem. Na ścianach, pokrytych żółtymi żyłkami saletry, wilgoć nie zostawiła śladów. Gdzieniegdzie znać było wypiętrzenia okapników. Cien­kie laski stalaktytów zwisały z wysoko sklepionych sufitów. Przy ścianach, gdzie podłoga została mniej wydeptana, gładkie, kopu­laste stalagmity tworzyły guzy i uwypuklenia na szorstkich pły­tach. Dumitru nie był archeologiem, ale na podstawie prymityw­nego szlifu kamieni i złego stanu zaprawy murarskiej nawet on mógł oszacować wiek zamku, a w każdym razie jego tajemniczej części, na jakieś osiemset lat. Tak w każdym razie musiało być w wypadku owych sodowych osadów, chyba że roztwór sączący się z góry został ponad miarę nasycony solą krystaliczną.

Znajdowały się tam liczne wrota, szerokie na półtora metra i wysokie prawie na trzy, wszystkie zwieńczone masywnymi ka­miennymi klinami, które w kilku wypadkach, jak się wydawało, osiadły nieco pod niewyobrażalnym ciężarem. Sufity zawieszone pięć metrów nad posadzką sklepiały się w rodzaj gwiezdnego wzoru. W kilku miejscach wielkie bloki spadły, bez wątpienia na skutek wybuchu, który nawiedził to miejsce, pozostawiając po­trzaskane płyty niczym gliniane tabliczki używane w dawnych czasach przez uczniów.

Za wrotami uderzyły chłodem wielkie pokoje, a z nich prowa­dziły dalsze korytarze. Dumitru pogrążył się w labiryncie pradaw­nych pokoi, w których mieszkaniec tego mrocznego miejsca upra­wiał swe tajemne sztuki. Co zaś do natury tych sztuk... Młodzie­niec dotychczas unikał domysłów i spekulacji. Ale dłużej nie było to już możliwe. Ściany pokryte freskami, które choć wyblakłe, opowiadały całą historię. Wiele komnat zawierało niezaprzeczalne dowody czegoś nie tylko bardziej konkretnego, ale bardziej przerażającego. Także głos w jego głowie, okrutny i pełen za­chwytu, nie kontentował się już jego ignorancją. Przeciwnie, wyraźnie pragnął, aby Dumitru wszystkiego się dowiedział,

- Nekromancja, pomyślałeś, Dumitru, kiedy płomień pochodni wyparł stąd mrok - deklamował głos. - Powołanie na powrót do życia soli i popiołu, aby dać świadectwo. Historia świata, by tak rzec, wysnuta z kształtu końskiego pyska. Ujawnienie sekretów pokrytych kurzem czasu, a może nawet przepowiadanie mglistej, odległej przyszłości. Tak, jasnowidzenie za pomocą zmarłych!... Oto, co pomyślałeś. - Po krótkiej pauzie głos jakby wzruszył ramionami: - No i jak dotąd miałeś rację. Ale nie przeszedłeś dostate­cznie daleko. Nie chciałeś patrzeć... i nawet teraz nie chcesz. Czy jesteś aby moim synem, Dumitru, czy płaczliwą babą? Sądziłem, że to będzie mocne wino, a okazuje się, że Cyganie pędzili wodę przez te lata! Cha, cha, cha! Ale nie... żartuję... nie złość się, mój synu... To jest złość, nieprawdaż, Dumitru? Nie? Może strach? Boisz się o życie? - Głos przeszedł w szept, drążący podstępnie niczym krople słabego kwasu. - Lecz przecież zachowasz życie, mój synu - we mnie. Krew jest życiem, Dumiitruuu, i tak będzie zawsze... Ale teraz! - Głos ożywił się, zadźwięczał wesołością. - Dlaczego posmutnieliśmy, tak nie wolno! Będziemy jednością i przeżyjemy życie razem. Słyszysz mnie, Dumiitruuu?...

- Ja... ja cię słyszę - odparł młodzieniec.

- A wierzysz mi? Powiedz to, powiedz, że we mnie wierzysz, tak jak wierzyli we mnie ojcowie twoich ojców.

Młodzieniec nie był pewien, czy rzeczywiście wierzy, ale po­siadacz głosu ścisnął jego umysł.

- Tak... tak, wierzę, jak wierzyli moi ojcowie.

- Świetnie - rzekł głos, jakby uspokojony. - Nie bądź więc taki nieśmiały, Dumiitruuu. Nie cofaj się, nie odwracaj oczu od moich dzieł. Te obrazy malowane i żłobione w ścianach, te liczne amfory na specjalnych stelażach, sól i prochy zawarte w tych prastarych naczyniach.

Dumitru podążył śladem światła pochodni. Wszędzie stały czarne dębowe stelaże, a na nich, na ich półkach, niezliczone słoje, urny: amfory, jak nazywał je głos. We wszystkich pokojach tej podziemnej kryjówki musiało ich znajdować się tysiące, ciasno zamkniętych, z wyblakłymi, pokrytymi patyną wieków tabliczka­mi, umieszczonymi tam, gdzie uchwyty stykały się z szyjami. Je­den ze stelaży był uszkodzony, prawdopodobnie przez kamienny blok, który oderwał się od sufitu. Amfory pospadały, a niektóre z nich popękały. Prochy wydostały się na zewnątrz, tworząc nie­wielkie stożki, pokryte kurzem dziesięcioleci. Cygan popatrzył na te szczątki...

- Popatrz, jakie są wspaniałe, sole życia - szeptał głos w jego głowie, wyraźnie w tej chwili zaciekawiony, tak jakby sam jego właściciel czuł respekt wobec tego upiornego zbioru. - Pochyl się, weź je w ręce, Dumiitruuu.

Młodzieniec nie mógł nie usłuchać. Wdychał zapach prochów, miękkich jak talk, ruchomych niczym rtęć. Przesypywały mu się przez palce, nie pozostawiając żadnych śladów na dłoniach. A kiedy tak przestawał z prochami, to coś w jego głowie jakby wą­chało, smakowało samą naturę spopielonych istot.

- Ach... to był Grek, ten tutaj - poinformował głos. - Poznaję go, rozmawialiśmy kilkakrotnie. Kapłan z ziemi greckiej, który znał podania o Vrykoulakasie. Mówił, że z nimi walczył, że prze­ciwko nim wyprawiał się przez morze do Mołdawii, Wołoszy, a nawet w te góry. Wybudował wielki kościół w Alba Julia, który pewnie stoi tam aż do dziś. Z niego wyruszał pomiędzy wioski i miasteczka w poszukiwaniu straszliwego Vrykoulakasa.

Ludzie z miast donosili na swych wrogów, często wiedząc o ich niewinności. W zależności od władzy czy pozycji oskarżyciela Czcigodny Arakli Aenos, jak go nazywano, potwierdzał lub odrzu­cał zasadność oskarżeń. Na przykład jeżeli jakiś znany bojar utrzymywał, że taka a taka osoba jest wysysającym krew demo­nem, można było być pewnym, że Grek uzna zasadność skargi. Lecz jeśliby tylko jakiś biedak wzniósł taką skargę, jakkolwiek do­brze uzasadnioną, zostałby zignorowany, ba, ukarany za kłam­stwo. Oszust i poszukiwacz wiedźm, stary Aenos, kiedyś oskarżył nawet mnie! Musiałem czmychnąć z Wyszehradu, gdzie chcieli mnie dostać. O, mówię ci, to była naprawdę poważna sprawa.

Lecz... czas wielu wystawia rachunek. Popioły do popiołów, pył do pyłu. Kiedy umarł, pochowano starego oszusta w oło­wianej skrzyni w Alba Julia, obok kościoła, który zbudował. Co za dobrodziejstwo! Zgodnie z przeznaczeniem nieprzenikalny ołów jego trumny wystarczał w zupełności, aby utrzymać z da­leka robaki i wszelkie maści gryzące aż do czasu, gdy jakieś sto lat później, ja go wykopałem. O tak, rozmawialiśmy kilkakrot­nie. Lecz ostatecznie czego się dowiedział? Niczego! Oszust, szalbierz!

A więc wyrównałem rachunki. Ta kupa pyłu, którą właśnie wąchałeś: Arakli Aenos we własnej osobie i... Ojej, jak krzyyyczaaał, kiedy dałem mu z powrotem ciało i przypiekłem tego psa gorącym żelazzzem! Cha, cha, cha!

Dumitru syknął z przerażenia i gwałtownie wyciągnął palce z rozsypanych "soli". Łopotał dłońmi, jakby one także były przy­pieczone gorącym żelazem, uderzał o siebie, drżąc wycierał o swe szorstkie spodnie. Zerwał się i odskoczył od potłuczonych urn, po to tylko, by wleźć na następny stelaż, stojący za nim. Wyciągnął się jak długi w kurzu, prochu i pyle. Dzięki temu zamieszaniu na moment przejaśniło się w jego skołowanej głowie. Posiadacz gło­su od razu się zorientował i wzmocnił uścisk.

- Powoli, synu, powoli! Ach, rozumiem: myślisz, że dręczę cię bez przyczyny. Sądzisz, że znajduję przyjemność w takich instru­kcjach. Ach nie, uważam jedynie, że musisz znać wagę służby, któ­rą przyjmujesz. Składasz mi znaczącą ofertę: odsieczy, środków egzystencji, odnowienia zapasów. Dlatego więc odpłacam ci wie­dzą... na jakkolwiek krótki okres czasu. Teraz wstań, słuchaj uważnie moich słów i podążaj za nimi.

Ściana, podejdź do ściany, Dumitru. Dobrze! Teraz śledź freski oczami i rękami, mój synu. Teraz patrz i ucz się. Oto jest człowiek. Rodzi się, żyje, umiera. Książę czy wieśniak, grzesz­nik czy święty, wszyscy idą tą samą drogą. Widzisz ich wszy­stkich na obrazkach: błogosławieni i szubrawcy zarówno, mkną chyżo od kolebki do grobu, od słodkiego, ciepłego mo­mentu poczęcia do zimnej, pustej otchłani rozkładu. Oto dola wszystkich ludzi, wydawałoby się: zjednoczyć się z ziemią, a wszystkie lekcje ich życia stają się bezużyteczne, a wszystkie ich tajemnice na zawsze pozostają ich własnością...

Lecz bywają i tacy, których szczątki na skutek okoliczności, w jakich ich chowano - jak ten grecki ksiądz być może - pozostają nietknięte. I inni, poddani kremacji i pochowani w dzbanie, któ­rych spopielone prochy są czyste, nie spotykają bowiem się z zie­mią. Leżą tak, potrzaskana kość czy dwie, garść pyłu, a w tym cała wiedza ich czasu czuwania, wszystkie tajemnice ich życia, a bywa i śmierci, a nawet niekiedy moment przejścia pomiędzy tymi sta­nami. Wszystkie stracone.

Lecz ty spytasz: co z wiedzą zaklętą w księgach czy tą przeka­zywaną z ust do ust albo na wieczność utrwaloną w kamieniu? Wszak człek uczony, jeśli tego pragnie, może pozostawić całą swo­ją wiedzę tym, którzy przyjdą po nim?

Co? Kamienne tablice? Ba! Nawet szczyty górskie wietrzeją, a epoki im współczesne ulatują niczym kurz. Wiedza ustna? Opo­wiedz człowiekowi jakąś historię, a skoro tylko ją powtórzy, już temat jest zmieniony tak, że po dwudziestu razach możesz jej z goła nie rozpoznać. Książki? Ledwie wiek przeminie, a wysychają na pieprz, po dwóch stuleciach kruszą się pod palcami, po trzech rozpadają się w nicość. Nie, nie mów mi o książkach. Nie ma nic bardziej nietrwałego. Oto była w Aleksandrii najcudowniejsza biblioteka świata... i cóż teraz dzieje się z wszystkimi książkami? Odeszły, Dumitru. Odeszły, jak ludzie lat wczorajszych. Lecz w przeciwieństwie do książek ludzie nie zostają zapomnieni. W każ­dym razie niekoniecznie.

I znów: co się dzieje, gdy dany człowiek nie pragnie pozostawić po sobie swoich sekretów?

Ale dość o tym teraz. Popatrz, freski się zmieniają. I oto inny człowiek... w każdym razie będziemy nazywać go człowiekiem. Gdyż, co dziwne, nie tylko kobieta i mężczyzna poczęli go. Popatrz tam... oto jego rodzic... ale co to jest? Wąż? Kret? I oto ten stwór wypuszcza jajo, które ten człowiek bierze w siebie. I teraz ta naj­szczęśliwsza osoba nie jest już człowiekiem, ale... czymś jeszcze. Ach, i spójrz, ona nie umiera, lecz wciąż idzie naprzód. Zawsze! Być może na zawsze.

Czy rozumiesz, Dumitru? Czy rozumiesz przesłanie tych malo­wideł? Tak, o ile tylko ta niezwykła istota nie zostanie uśmiercona przez jakiegoś brutalnego człowieka, który posiadł wiedzę. Lub nie umrze, co niekiedy się zdarza. Czemuż nie miałaby żyć wiecz­nie? Oprócz... ta istota jednakowoż czegoś potrzebuje. Nie może odżywiać się, jak zwykły człowiek lub raczej zna lepsze źródło po­żywienia. Krew jest życiem... Czy znasz imię tej istoty, synu?

- Ja... ja wiem, jak nazywa się takich ludzi - odrzekł Dumitru, choć jakiemuś przypadkowemu obserwatorowi musiałoby się wy­dawać, że słowa te wypowiedziane są w pustą przestrzeń piwni­czną. - Grecy nazywają ich "Vrykoulakas", jak wspomniałeś. Ro­sjanie - "Wieszczy", a my podróżnicy, Cyganie, my nazywamy ich "Moroi".

- Jest jeszcze inna nazwa - rzekł głos - z dalekiego lądu, poza czasem i przestrzenią. To nazwa, jakiej sami wobec siebie używa­ją: wampiry.

Tu na chwilę, być może z abominacji, głos zamilkł.

- Powiedz mi teraz, Dumiitruuu: czy wiesz kim jestem? Och, wiem, jestem głosem, który słyszysz w swej głowie, ale jeżeli tylko nie jesteś szaleńcem, to głos musi przecież mieć swoje źródło. Czy odgadłeś moją tożsamość, Dumiitruuu? A może zawsze ją znałeś, co?

- To ty jesteś Starym Stworem! - Dumitru przełknął ślinę. W gardle czuł suchość. - Nieumarłym i nieumierającym patronem plemienia Zirrów. Nazywasz się Janosz, baron Ferenczy!

- Tak, możesz być wieśniakiem, ale nie jesteś głupcem - odpo­wiedział głos. - Zaprawdę jestem nim. A ty pozostajesz w mojej władzy. Ale najpierw pytanie: Czy żyje w grupie cygańskiej two­jego ojca, Vasila Zirry, ktoś, kto ma trzy palce u rąk? Dziecko, chłopczyk urodzony niedawno, już po tym, jak byliście tutaj uprze­dnio? Lub może jakiś obcy, którego widzieliście na trasie wędrów­ki, kto chciał się do was przyłączyć?

Dziwne pytanie, można by pomyśleć, ale nie dla Dumitru. To była część legendy. Pewnego dnia przyjdzie człowiek z trzema palcami. Trzy szerokie, mocne palce i kciuk przy każdej dłoni. Urodzony w sposób naturalny, bez żadnej interwencji chirurgicz­nej. Niesprawiający swoim kalectwem groteskowego wrażenia.

- Nie - odrzekł natychmiast - nie nadszedł.

Nieomal dało się słyszeć niecierpliwe duchowe chrząknięcie. Cygan prawie widział gwałtowne wzruszenie szerokich potęż­nych ramion.

- Nie nadszedł - głos Ferenczyego powtórzył jego słowa. - Jesz­cze nie nadszedł.

Lecz nastrój tej niewidocznej obecności był niestały: zmienił się w mgnieniu oka. Rozczarowanie przeszło w rezygnację.

- I tak właśnie czekam latami. Ale czymże jest czas dla wampi­ra, co?

Dumitru nie odpowiedział. Przypatrując się wyblakłym fre­skom, doszedł do tej ich części, która przedstawiała szczególnie zatrważające sceny. Rysunki, niczym gobeliny, opowiadały histo­rię w obrazach, ale te obrazy pochodziły wprost z sennego kosz­maru. Na pierwszym czterech ludzi trzymało jakiegoś mężczy­znę, każdy za jedną kończynę. Piąty oprawca w tureckich spod­niach stał obok ze wzniesionym wysoko zakrzywionym mieczem. Szósty klęczał obok, z drewnianym młotkiem i ostrym drewnia­nym kołkiem. Na następnym rysunku ofiara była już bez głowy, a kołek przyszpilił tułów do ziemi. Wielki oślizgły robak, ni­czym ślimak bez skorupy albo wąż, wychynął z otwartej szyi, tak że ludzie dokoła odskoczyli w tył przerażeni. Na trzecim obrazie ludzie otoczyli rzecz kręgiem pochodni i palili ją. Obok, na stosie, płonęła głowa i ciało jej uprzedniego gospodarza. Przedostatnia scena okazywała księdza, jedną ręką kołyszącego kadzielnicę, drugą wsypującego popioły do urny. Przypuszczalnie był to rytuał egzorcyzmu, oczyszczenia. Lecz jeśli tak, to zupełnie nieskutecz­ny. Gdyż na obrazie ostatnim z tej samej urny ulatywał czarny nietoperz niczym Feniks z popiołów. Zaprawdę, to przecież znak Ferenczych.

- Tak - rzekł mrocznym głosem Janosz w głowie Dumitru. - Kiedy nadejdzie trzypalcy człowiek, prawdziwy syn moich synów, będę mógł uciec z jednego kielicha do następnego. Gdyż kielich kielichowi nierówny, Dumiitruuu, a niektóre z nich są kamienne...

W głowie młodzieńca zaczęło się znowu rozjaśniać. Kierowa­ny swą wolą spostrzegł, że jego pochodnia dopala się na kamiennym trzymadle na ścianie, gdzie ją umieścił. Odpalił następną, falując nią przez chwilę, by wzmóc ogień. Zwilżając językiem su­che wargi, prześlizgiwał wzrokiem po miriadach urn, zastanawia­jąc się, w której znajdują się prochy jego prześladowcy. Jakże łat­wo byłoby ją potrzaskać, rozrzucić pył, wsadzić pochodnię w sam środek tych wrażliwych szczątków i sprawdzić, czy spłoną po raz drugi.

Janosz momentalnie zarejestrował powrót woli Cygana do ży­cia i odczytał groźbę w umyśle, którym władał.

- Nie tutaj Dumiitruuu, nie tutaj! Co? Chcesz, abym leżał wraz z tą całą hołotą? I czy możliwe, że słyszę u ciebie takie zdradziec­kie myśli? Ale wszak inaczej nie byłbyś z tej krwi, nieprawdaż? Słusznie zrobiłeś, odpalając drugą pochodnię: lepiej nie pozwalaj płomieniowi zgasnąć, gdyż trafiłeś w niezwykle mroczne miejsce. Ponadto istnieje jeszcze rzecz czy dwie, które chcę ci pokazać, i będziemy do tego potrzebować światła. Patrz, na prawo masz po­kój, mój synu. Wejdź w to sklepione przejście, jeśli łaska, i tam odnajdziesz mą prawdziwą kryjówkę.

Dumitru mógłby próbować walczyć z sobą... ale na próżno. Wampir władał jego umysłem z większą niż dotąd skutecznością. Zrobił, jak mu polecono. Wszedł sklepionym przejściem do po­koju, który zupełnie przypominałby pozostałe, gdyby nie jego wyposażenie. Nie dostrzegł tu półek z amforami ani fresków na ścianie. To miejsce miało raczej charakter mieszkania niż maga­zynu. Na ścianie wisiały ozdobne tkaniny, a podłogę tworzyły zielone kafle łączone zaprawą. Na środku mozaika mniejszych kafli układała się w profetyczny herb Ferenczyego. Obok masyw­nego kominka stał prastary stół z ciężkiego czarnego dębu.

Warstwa kurzu nie była tu cieńsza niż gdzie indziej, ale coś jednak wyróżniało to pomieszczenie. Na stole znajdowały się papiery, książki, koperty, rozmaite pieczęcie, pióra, kałamarze: nowoczesne rzeczy w porównaniu ze wszystkim, co Dumitru dotychczas tu widział. Rzeczy Ferenczych? Zakładał, że Stary jest martwy lub niemartwy, lecz wszystko wydawało się wska­zywać inaczej.

- Nie - lepki wewnętrzny głos barona zaprzeczył - nie moje, lecz... powiedzmy mojego studenta. On studiował moje dzieła i nawet mógłby był odważyć się studiować mnie samego. Och, znał wystarczająco dobre słowa, jakimi się mnie wzywa, lecz nie wie­dział, gdzie mnie szukać, ani nawet że w ogóle tutaj jestem! Lecz niestety już go nie ma. Najprawdopodobniej jego kości zdobią gdzieś ruiny na górze. Będę zachwycony, gdy odnajdę je któregoś dnia.

Podczas gdy głos Ferenczyego snuł te mroczne i niejasne wspo­mnienia, Dumitru Zirra zbliżył się do stołu. Leżały tam kopie li­stów, napisane w nieznanym mu języku. Mógł jednak odczytać daty sprzed pięćdziesięciu lat i coś niecoś z adresów i adresatów zamieszkujących odległe miasta. Był więc tam jakiś M. Raynaud z Paryża, niejaki Josef Nader z Pragi, pewien Colin Grieve z Edynburga, a także Joseph Curwen z Providence i jeszcze kilku innych z rozmaitych stron. Wszystkie te nazwiska i adresy, jak dowodził charakter pisma pokrywający zbrązowiałe kartki, zano­tował jeden i ten sam człowiek: niejaki Hutchinson czy "Edw. H.".

Co zaś do książek to nic one Dumitru nie mówiły. Był wieś­niakiem, i choć w czasie licznych podróży stykał się z rozmaity­mi językami i dialektami, tytuły takie jak "Turba Philosophorum" Bacona "Thesaurus Chemikus" czy Trithemiusa "De Lapide Philosophico" nic dla niego nie znaczyły.

Ale w jednej z ksiąg, pomimo grubej pokrywy kurzu na jej stro­nicach, młodzieniec zobaczył rysunki, które jednak coś dla niego znaczyły, i to coś strasznego. Tam bowiem w najdrobniejszych i najdrażliwszych detalach ukazano tortury tak brutalne i okrutne, że nawet on - na wpół przecież zahipnotyzowany - przeraził się i cofnął. Wówczas jego wzrok przyciągnęły pozostałe re­kwizyty: wielkie kajdany przytwierdzone do ścian ciężkimi łań­cuchami, jakieś mocno skorodowane ostre narzędzia i kilka żelaz­nych koszy na ogień, wciąż jeszcze zawierających dawno wygasłe popioły.

- Dumiitruuu - śpiewał radośnie gulgoczący głos w jego głowie - powiedz mi teraz: czy byłeś kiedyś spragniony? Czy kiedykolwiek wędrowałeś po pustym, bez kropli wody, i czułeś, jak twoje gardło zamienia się w pulsujący wrzód, poprzez który ledwie możesz wciągnąć powietrze? No, może kiedyś zdarzyło się tak, że czułeś się suchy jak sól, co mogłoby pomóc ci zrozumieć choć odrobinę moją sytuację. Ach, gdybym tylko mógł opisać moje pragnienie, synu!

Ale dosyć. Jestem pewien, że dotarto do ciebie coś z mojej sztu­ki, mojego przestania, mocy i przeznaczenia oraz że wymagania kogoś takiego jak ja są nieskończenie ważniejsze niż jakiekolwiek kwestie normalnego życia i żywotów. I oto nadszedł czas, by za­poznać cię z końcową tajemnicą, poprzez którą obaj doznamy naj­bardziej wyszukanej ekstazy. Wielki komin. Dumiitruuu. Naprzód!

Cygan ujrzał masywnie zbudowany tunel, sczerniały od ognia, sklepiony łukowato i wykończony wielkim głazem na szczycie. Nie musiał się mocno pochylać, by wejść do środka. Zanim to zrobił, zapalił następną pochodnię, co Janosz Ferenczy potrakto­wał jako kolejną oznakę zawahania.

- Szybko, teraz, Dumitru - nalegał okropny głos - moje pragnie­nie nie może czekać. Jest tak wielkie, że dłużej już tego nie zniosę.

Młodzieniec wszedł do kominka, podniósł pochodnię. Ponad nim wznosił się szeroki okopcony przewód kominowy, który ła­godnie skręcał w stronę ściany. Oddalając na chwilę płomień, Cy­gan patrzył za jakimś światłem u góry, lecz panowała tam tylko ciemność. Pomyślał, że tunel musiał kilkakrotnie zakręcać i oczy­wiście mógł być przysypany ruinami.

Przybliżając na powrót żagiew, Dumitru dostrzegł żelazne szczeble na pochyłej tylnej ścianie. W dniach swej świetności komin z pewnością wymagał czyszczenia od czasu do czasu. A jednak... nie było tu takiego nagromadzenia sadzy, jakiego można by oczekiwać. Gdyby nie lekkie okopcenie, trudno by sądzić, że komin w ogóle był używany.

- Och, był używany, mój synu. - Wewnętrzny głos Janosza zacmokał lubieżnie. - Zobaczysz, zobaczysz. Ale najpierw usuń się troszeczkę. Zanim ty wstąpisz, inni muszą zstąpić. Moi mali ulubieńcy, mali przyjaciele...

Dumitru wcisnął się w boczną ścianę. Doszedł go łopot skrzy­deł, gwałtownie potężniejący w grzmot. I oto nagle kolonia ma­łych nietoperzy, których rozpędzone ciała przypominały pociski, wypadła z przewodu kominowego i rozproszyła się po podzie­mnych korytarzach. Wylatywały przez dłuższą chwilę, aż wresz­cie na powrót zapadła cisza.

- Teraz do góry - powiedział Ferenczy, znowu zaciskając ucisk na umyśle swego niewolnika.

Szczeble były szerokie i płytkie, oddalone jeden od drugiego o kilkanaście centymetrów, mocno osadzone w zaprawie łączącej kamienie. Cygan zorientował się, iż trzymając pochodnię jedną ręką, może bez wielkiego wysiłku wspinać się. Po dziesięciu szczeblach komin zwężał się znacznie, a po następnej dziesiątce nachylił się jakieś czterdzieści pięć stopni, przechodząc tym sa­mym w rodzaj ukośnego, pnącego się ku górze szybu. Na prze­strzeni nie większej niż następnych kilka metrów szczeble znika­ły, a na ich miejsce pojawiły się płytkie schody. Następnie "pod­łoga" wyprostowała się zupełnie, a "sufit" schodził stopniowo do wysokości mniej więcej trzech metrów.

Dumitru znalazł się w wąskim, surowym, kamiennym i nie­skończenie długim pasażu. Czuł narastające przerażenie, które w końcu sprawiło, że zatrzymał się. Dygocąc, zlany zimnym potem, z sercem łopoczącym w pułapce piersi jak schwytany ptak, z ubra­niem klejącym się do ciała, młodzieniec skierował żagiew przed siebie. W cieniu, poza granicą pełnej jasności, błyszczała para żół­tych, trójkątnych oczu - oczu zdziczałego wilka - zawieszonych nad ziemią i odbijających niespokojne światło pochodni. Spojrze­nie wwiercało się w Dumitru.

- Mój stary przyjaciel, Dumiitruuu. - Głos Ferenczyego roz­pełzł się po jego umyśle. - Podobnie jak Cyganie on i jego pobratymcy strzegą mnie od wielu lat. Każdy ciekawski wieś­niak mógłby tu zawędrować, gdyby nie te moje wilki. Czy prze­straszyły cię? Sądziłeś, że jest gdzieś pod lub za tobą, a on po­kazuje się z przodu? Ale czyż nie widzisz, że tu jest moja kry­jówka? I to jaka kryjówka, proszę, z jakim wejściem i wyjściem? Nie, jeśli pójdziesz tym pasażem wystarczająco dłu­go, dotrzesz do dziury wychodzącej wprost na urwistą skałę. Tylko że... nikt nie będzie wymagał, abyś szedł tak daleko.

Głos nawet nie starał się już maskować groźby. Ferenczyemu nie można było odmówić konsekwencji. Jego uścisk na umyśle i woli spotężniał niczym lodowe okowy.

- Naprzód! - zimno rozkazał.

Wielki wilk obrócił się i dał susa w zupełną ciemność. Dumitru ruszył za nim niepewnym krokiem, a serce waliło mu tak, iż nie­mal mógł słyszeć krew grającą w uszach jak ocean w zwojach konchy. I nie był jednym, który mógł to słyszeć.

- Ach mój synu, mój synu. - Głos był jednym wielkim woła­niem niepohamowanej żądzy. - Twoje serce skacze jak jeleń na uwięzi. Jaka siła, jaka młodość! Czuję to! Ale cokolwiek wywołuje w tobie taką panikę, bądź pewien, że zbliża się do kresu, Dumiitruuu...

Pasaż poszerzył się. Po prawej stronie pojawiło się zagłębie­nie, rodzaj rowu wyciętego w solidnym podłożu skalnym, który pogłębiał się z każdym krokiem. Dumitru wystawił pochodnię poza krawędź i spojrzał w dół. A tam, w najgłębszej partii wy­kopu, ujrzał... brzeg i cienką szyjkę czarnej urny, na wpół za­sypanej w ciemnej glebie. Brzeg urny - jak mroczna, pogardli­wie wydęta buzia, z ustami, które w migoczącym świetle wy­dawały się to wysuwać, to ściągać odrażająco - znajdował się jakieś półtora metra poniżej poziomu ścieżki. Z drugiej strony czary podłoże wykopu podnosiło się. Wycięte w kształcie litery V jak śluza, opadało łagodnie w kierunku wyżłobienia prze­chodzącego w wąską rynienkę, która prowadziła wprost do otwartego pyska urny. Z drugiej strony litera V wznosiła się ku górze i ginęła w cieniu. Wyżłobienia i rynienka nad urną musiały dla każdego wyglądać jak kanał ściekowy. Zaciągnięte były zastygłą czarną warstwą płynu, który musiał tu przepły­wać.

Przez kilka długich chwil Dumitru stał, dygocąc, głęboko wciągając powietrze. Nie całkiem rozumiał, ale czuł każdą czą­stką swojego jestestwa, że jest to ucieleśnienie zła. Oblepiał go zimny, oślizgły pot, a ciałem wstrząsały dreszcze przerażenia. Tymczasem słowa prześladowcy pojawiły się znowu w jego zbłąkanym umyśle.

- Naprzód, mój synu - naglił straszny głos. - Jeszcze krok czy dwa, Dumiitruuu, i wszystko stanie się jasne. Ale ostrożnie, ostrożnie - nie wolno ci omdlewać ani spaść ze ścieżki, cokolwiek byś robił!

Jeszcze dwa kroki i przerażony młodzieniec ujrzał miejsce, gdzie wykop się kończył: czarny prostokąt niczym otwarty grób. A kiedy blask padł do środka, objawiła cię cała makabryczna za­wartość. Ostre kły zardzewiałego żelaza wypełniały tę końcową lukę od boku do boku, od końca do końca. Co najmniej trzy tuzi­ny. W jednej chwili Dumitru pojął ich przeznaczenie i okropny plan Ferenczyego.

- Och? Cha, cha, cha! - zatrważający śmiech wypełnił umysł Dumitru. - A więc ostatecznie jest to bitwa woli, nieprawdaż, mój synu?

Wola Dumitru stwardniała. Walczył o władzę nad własnym umysłem, nad swymi młodymi, silnymi mięśniami.

- Ja... nie... zabiję się dla ciebie... Stary Diable! - wydyszał.

- Oczywiście, że nie, Dumiitruuu. Nawet ja nie mogę cię do tego zmusić, nie wbrew twej woli. Widzisz, czarnoksięstwo też ma swoje granice. Nie, nie zabijesz się, mój synu. Ja to zrobię. A pra­wdę powiedziawszy... już to zrobiłem.

Młodzieniec poczuł nagle przypływ siły, jego umysł uwolnił się wreszcie z jarzma. Zwilżył wargi, a oczy, wyzwolone, gorą­czkowo patrzyły to w tę, to w tamtą stronę. Chciał uciekać. Z przodu czekał jednak wilk. A z tyłu...

A z tyłu nadeszła fala powietrza jak wiatr poruszony miriadami skrzydeł. Nadleciały nietoperze.

Miażdżące poczucie klaustrofobii spadło na Dumitru. Nawet bez nietoperzy, których powrót wydawał się nieunikniony, i tak wiedział, że nigdy nie znalazłby w sobie tyle odwagi, by po­wrócić fałszywym przewodem kominowym, podążać śladem własnych stóp przez podziemia zamku z ich cmentarnym łu­pem, a następnie wspinać się kamieniami, zwielokrotniając każdy dźwięk klatką schodową. Nie, była tylko jedna droga: naprzód, cokolwiek go tam czekało. Dumitru rzucił się wzdłuż kamiennego występu, który od razu ugiął się pod jego cięża­rem.

- Ahaaa - rozległ się potworny, triumfujący głos w jego gło­wie. - Nawet wielki wilk waży mniej niż dorosły mężczyzna, Dumitru.

Naprzeciw nabitego ćwiekami grobowca, występ skalny i ścia­na, na której się opierał uchylił się o dziewięćdziesiąt stopni, rzu­cając Cygana na sterczące pręty. Przeraźliwy krzyk nagłego roz­błysku świadomości i śmiertelnego lęku urwał się raptownie, sko­ro tylko zardzewiałe żelazo wraziło się w czaszkę, kręgosłup, ale nie w serce. Ono zaś ciągle drżało, nie przestawało pompować krwi, a właściwie wypompowywać jej przez rozliczne rozdarcia podziurawionego, skręconego ciała.

- Czy nie mówiłem, że to będzie ekstaza, Dumiitruuu? Czy nie mówiłem, że cię zabiję? - Napawający się zwycięstwem głos po­twora towarzyszył agonii młodzieńca. Była to już ostatnia mę­czarnia zadana przez Ferenczyego, ostatnie jego naigrawanie się, gdyż Dumitru już nie mógł go słyszeć.

Ale Janosz nie czuł się rozczarowany. To, co teraz miało nastą­pić, było dalece ważniejsze - zaspokojenie, jakże długiego, doku­czliwego pragnienia. Przynajmniej do następnego razu.

Krew spływała w dół kanału, tryskała z rynienki, z pluskiem wpadała w paszczę urny i nawilgacała to, co znajdowało się we­wnątrz. Prastare popioły, sole, chemiczne składniki jakiegoś czło­wieka, potwora - wchłaniały ją, musowały, pulsowały, tliły się i dymiły. Wydobywały się z lubieżnego pyska urny.

Po chwili pojawił się stary wilk. Pogardliwie przeszedł pod szemrzącym, falującym sufitem nietoperzy, ostrożnie stawiał no­gi na zapadni, która wróciła już na swoje miejsce.

Wreszcie przystanął i dłuższy moment spoglądał na ucichła już czarę.

Zaskowytał nisko z głębi gardła do dołu, na wyżłobioną płytę. Następnie, prześlizgnąwszy się pomiędzy kolcami, dotarł do pu­stego miejsca na początku wykopu. Wówczas obrócił się i zaczął uwalniać ciało Dumitru z kolców, podciągając po kawałeczku za­krwawione szczątki.

Kiedy skończył, wyskoczył z dołu, który nie był tutaj głęboki, i wyciągnął ciało. Zwlókł je do Miejsca Wielu Kości, gdzie mógł najeść się do syta. Dopełniał wielowiekowego rytuału. Robił to już przy kilku poprzednich okazjach.

A podobnie przed nim jego ojciec. I jego...