PROLOG - STRESZCZENIE I CHRONOLOGIA
NEKROSKOP I
Ochrzczony jako Harry Snaith w Edynburgu w roku 1957 jest synem kobiety o nadwrażliwej psychice Mary Keogh (która jest z kolei córką specjalnie "obdarzonej" rosyjskiej emigrantki) oraz Geralda Snaitha, bankiera. Ojciec Harry'ego wkrótce umiera na wylew krwi do mózgu. Późną jesienią roku 1960 Mary wychodzi powtórnie za mąż, tym razem za Rosjanina o nazwisku Wiktor Szukszin. Szukszin opuścił ZSRR z etykietką "dysydenta", to przypuszczalnie tłumaczy początkowe zauroczenie jego osobą ze strony matki Harry'ego, jednak nie zapobiega temu, iż niebawem ich związek staje się wzorcowym wręcz przykładem małżeńskiego niedopasowania.
Zima 1963. Szukszin morduje swoją żonę w Bonnyrigg nie opodal Edynburga, wpychając ją pod lód zamarzającej rzeki. Następnie utrzymuje, że lód załamał się podczas jazdy na łyżwach; że nie można było w żaden sposób jej uratować; że omal nie postradał zmysłów w wyniku tego wypadku. Ciała Mary Keogh nigdy nie odnaleziono. Szukszin otrzymuje w spadku jej dom w Bonnyrigg, stojący z dala od innych zabudowań, oraz wcale nie małą sumkę pieniędzy, pozostawioną przez pierwszego męża.
Pół roku później mały Harry (teraz Harry Keogh) przeprowadza się do swojego wuja do Harden na południowo-wschodnie wybrzeże Anglii. Rozpoczyna edukację. Dorasta pośród nieokrzesanych dzieciaków w górniczej wiosce. Jest zamkniętym w sobie marzycielem, samotnikiem. Zawiera mało przyjaźni (z kolegami ze szkoły, w każdym razie) i szybko staje się ofiarą rówieśniczej niechęci i przemocy. Jako nastolatek popada w konflikt z nauczycielami wywołany przez jego introspekcyjne usposobienie i psychiczne właściwości. Ale nie brakuje mu charakteru. Wręcz przeciwnie.
Problem Harry'ego polega na tym, iż odziedziczył po matce talenty mediumistyczne, które następnie rozwinął (i wciąż rozwija) w niesłychanym stopniu. Nie nawiązuje nowych znajomości czy przyjaźni, dotychczasowe bowiem kontakty w zupełności mu wystarczają. Kim są jego przyjaciele? To zmarli spoczywający w grobach.
Jednego ze szczególnie uprzykrzonych szkolnych kolegów Keogh pokonuje dzięki telepatycznej współpracy z umarłym instruktorem szkolenia fizycznego, specjalistą w kwestiach samoobrony.
Trudne zadania z matematyki chłopiec rozwiązuje z pomocą byłego dyrektora szkoły, omal się przy tym nie zdradzając. Tajemnica paranormalnych związków Harry'ego prawie wychodzi na jaw. Nauczyciel jest bowiem synem tego matematycznego opiekuna, "wypoczywającego" na cmentarzu w Harden, i spostrzega, iż charakter pisma w pracy Harry'ego dziwnie przypomina mu pismo ojca.
W 1969 roku Keogh zdaje wstępny egzamin do Technical College w West Hartlepool i w ciągu następnych pięciu lat, uwieńczonych zakończeniem jego formalnej (i ortodoksyjnej) edukacji, stara się stonować stosowanie swoich niezwykłych talentów i możliwości, aby udowodnić samemu sobie, iż jest "normalnym, przeciętnym uczniem"... za wyjątkiem jednej dziedziny.
Wiedząc, że wkrótce będzie musiał się sam utrzymywać, zabiera się do pisania. Do czasu zakończenia szkoły publikuje kilka krótkich opowiadań. Jego mentorem jest podówczas człowiek, który zyskał pewien rozgłos jako autor błyskotliwych krótkich form, nieżyjący od 1947 roku. Ale to tylko początki. Przed ukończeniem dziewiętnastu lat Harry publikuje pod pseudonimem swoją pierwszą dużą powieść: Pamiętnik rozpustnika z XVII wieku. Książka nie staje się wprawdzie bestsellerem, ale wciąż ma się dobrze. Niezwykła jest w niej nie tyle fabuła, ile nieprawdopodobna wierność faktom autentycznym... dopóki rzecz jasna nie weźmie się pod uwagę współautora książki, prawdziwego barokowego hulaki, zastrzelonego przez pewnego znieważanego męża w roku 1672.
Lato roku 1976. Keogh zajmuje skromne mieszkanie na ostatnim piętrze trzykondygnacyjnego budynku przy biegnącej wzdłuż wybrzeża szosie, za Hartlepool w kierunku Sunderland. Nie ma zapewne nic niezwykłego w fakcie, iż ten stary dom stoi na wprost jednego z najstarszych miejskich cmentarzy. Harry'emu nigdy nie brakuje przyjaciół do rozmowy. Co więcej, tutaj jego talent nekroskopa rozwinął się w całej pełni. Może teraz prowadzić ożywione rozmowy z nieżyjącymi, nawet na dalekie dystanse. Wystarczy, że raz porozmawia z danym umarłym, lub też jest mu przedstawionym, by przy następnej okazji móc się z nim połączyć bez trudu. Zazwyczaj osobiście odwiedza groby swoich przyjaciół. Uważa bowiem, że rozmówców należy darzyć szacunkiem, a w kontaktach zachować dyskrecję.
Zmarli z kolei, odwzajemniając przyjaźń, kochają Harry'ego. Nazywają go swoim farosem, jedynym światełkiem w ich wiecznej ciemności. Przynosi nadzieję tam, gdzie dotąd nie znano takiego słowa. Jest ich jedynym oknem, jedynym miejscem, z którego mogą patrzeć na świat. W przeciwieństwie do tego, co sądzą żyjący, śmierć nie jest końcem, ale przejściem do bezcielesności, bezruchu. Ciało może być słabe i podlegające rozkładowi, ale umysł, siła psychiczna, wola trwają. Wielcy artyści, kiedy umierają, w dalszym ciągu wizualizują wspaniałe obrazy, których nie zdążyli namalować; architekci planują fantastyczne, rozciągające się na całe kontynenty miasta, które nigdy nie powstaną; naukowcy kontynuują badania, które rozpoczęli jako ludzie żywi, a których nigdy nie mieli czasu dokończyć. Ponadto teraz, dzięki nekroskopowi, mogą kontaktować się z sobą oraz (co jest może ważniejsze) zyskiwać wiedzę o świecie cielesnym. A zarazem, choć nie chcieliby rozmyślnie przysparzać mu kłopotów, to jednak wszystkie cierpienia niezliczonych, nieżywych przyjaciół są jego troskami, i na odwrót.
W swoim mieszkaniu w Hartlepool Keogh, w chwilach wolnych od pracy, podejmuje swoją miłość z czasów dzieciństwa, Brendę. Dziewczyna niebawem zachodzi w ciążę i zostaje jego żoną. Skoro tylko jego ziemskie zainteresowania poszerzają się, natychmiast ponury cień przeszłości urasta do rozmiarów obsesji. Obraz biednej, zamordowanej matki towarzyszy jego nocnym i dziennym zwidom. W najczarniejszych koszmarach sennych Harry powraca nad zamarzniętą rzekę, gdzie dopełniła żywota. Ostatecznie decyduje się zemścić na Wiktorze Szukszinie, swoim ojczymie.
W tej sprawie, jak we wszystkich innych, ma błogosławieństwo umarłych. Morderstwo jest przestępstwem, którego żadną miarą nie tolerują: znają mrok śmierci, więc ktoś, kto rozmyślnie zabiera życie komuś innemu, wzbudza w nich odrazę.
Zimą 1976 Harry jedzie do Szukszina i przedstawia mu dowody jego winy. Podejrzewa, że ojczym będzie próbował się go pozbyć. Stwarza więc mu do tego dogodną sposobność. Ślizgają się razem na łyżwach po zamarzniętej rzece. Kiedy Szukszin zbliża się do Harry'ego, by go zabić, ten jest przygotowany. Jednak obydwaj wpadają pod lód. Rosjanin ma siłę szaleńca i z pewnością utopi swojego przybranego syna... lecz nie, matka Keogha wstaje ze swego podwodnego grobu i ściąga Szukszina w dół.
A nekroskop odkrywa swój nowy talent, lub raczej dopiero teraz uświadamia sobie, jak daleko umarli zdolni są posunąć się, aby go ochronić - wie, że mogą nawet powstać z grobu.
Zdolności Harry'ego nie pozostają niezauważalne. Zarówno tajna brytyjska służba wywiadowcza INTESP, jak i jej sowiecka odpowiedniczka Wydział E są świadome jego mocy. Jednak jej szef zostaje zamordowany przez Borysa Dragosaniego, rumuńskiego szpiega i nekromantę. Dragosani rozrywa ciała zmarłych i wykrada sekrety życia i śmierci z krwi i wnętrzności. Ćwiartując szefa INTESP, zyskuje dostęp do wszystkich tajemnic wywiadu.
Keogh obiecuje ścigać i ostatecznie pokonać Dragosaniego, a zmarli oferują mu wsparcie. Oczywiście dlatego, iż nawet oni obawiają się człowieka, który bezcześci zwłoki. Jednak ani nekroskop, ani przyjaciele z tamtego świata nie wiedzą, że Dragosani jest zainteresowany wampiryzmem; nosi w sobie wampirze jajo Tibora Ferenczyego, rosnące, stopniowo zmieniające jego naturę i przejmujące nad nim kontrolę. Co więcej, Dragosani zamordował swego kolegę, Maksa Batu, Mongoła, aby ukraść tajemnicę jego Złego Oka. Teraz może mordować spojrzeniem. Nekroskop jedzie za nekromantą do ZSRR, do kwatery głównej sowieckiego Wydziału E, mieszczącej się w Zamku Bronnicy. Zastanawia się jak unicestwić wampira. Brytyjski wróżbita (agent posiadający zdolność wychwytywania pewnych niejasnych szczegółów przyszłości) przepowiada, iż Harry będzie miał do czynienia z tajemniczym problemem kontinuum Möbiusa.
W Lipsku Harry odwiedza grób Möbiusa. Znajduje zgasłego w 1868 roku matematyka i astronoma przy pracy nad równaniami z zakresu czasu i przestrzeni. Tu nikt mu nie przeszkadza, i może w spokoju kontynuować pracę, którą rozpoczął za życia. W ciągu stu lat sprowadził cały fizyczny wszechświat do zestawu matematycznych symboli. Wie, jak zagiąć czasoprzestrzeń i wyruszyć na swej wstędze Möbiusa do gwiazd. Teleportacja: prosty sposób, żeby dostać się do Zamku Bronnicy lub w jakiekolwiek inne miejsce na kuli ziemskiej.
Całymi dniami Möbius instruuje Keogha, który jest coraz bliżej właściwej odpowiedzi. Teraz potrzebuje jedynie dostatecznie silnego bodźca, impulsu...
Wschodnioniemiecka GREPO (Grenz Polizei) podejrzewa Harry'ego. Na rozkaz Dragosaniego usiłują go aresztować w Lipskim grobowcu - i to jest właśnie ten impuls. W jednej chwili równania uczonego przestają być dla niego nic nieznaczącymi cyframi i symbolami: stają się wrotami do niezwykłego, niematerialnego świata kontinuum Möbiusa. Harry, niczym mag, wyczarowuje metafizyczne drzwi i w ten sposób wymyka się GREPO. Metodą prób i błędów uczy się, jak korzystać z tego tajemniczego i dotąd jedynie hipotetycznie dla niego istniejącego paralelnego wszechświata.
Przeciwko zbrojnym mocom Zamku Bronnicy zadanie Keogha wydaje się niewykonalne. Potrzebuje sprzymierzeńców. I znajduje ich. Ziemie, na których został zbudowany zamek, są podmokłe, torfowe. A pod powierzchnią przechowywane od czterech wieków szczątki Tatarów Krymskich zaczynają powstawać z martwych.
Z armią żywych trupów Harry wkracza do zamku i niszczy moce obronne, znajduje i unicestwia Dragosaniego i jego wampiryczne nasienie. W walce także i on zostaje zabity - ciało umiera. W ostatniej chwili umysł, jego wola, przenosi się w metafizyczną przestrzeń.
Posuwając się po wstędze Möbiusa w przyszłość, id Harry'ego zostaje wchłonięte przez nieuformowaną jeszcze mentalność dziecka... jego własnego syna.
WAMPIRY
Sierpień roku 1977. Przyciągana do wszystko absorbującego umysłu Harry'ego juniora jak opiłek żelaza do magnesu tożsamość Harry'ego Keogha jest narażona na zupełne zatarcie. Gdy zmysły dziecka rozwiną się, jak wiele pozostanie z id jego ojca? Czy w ogóle cokolwiek pozostanie z nekroskopa?
Jedna z alei wolności Harry'ego leży w kontinuum Möbiusa. Może ciągle używać go do woli - ale tylko wtedy, kiedy jego mały synek śpi i tylko jako istota bezcielesna. To, że nie posiada ciała, stanowi dla niego wielki problem. Ponadto badając nieskończoność czasowego strumienia przyszłości, natknął się, pomiędzy miriadami niebieskich nitek życia rodzaju ludzkiego, na szkarłatną nitkę istnienia wampira. Co gorsza, ta nić przecina się z linią Harry'ego już w najbliższej przyszłości.
Keogh, bezcielesny jak wszyscy umarli, może się wciąż z nimi porozumieć i oni ciągle mu wiele zawdzięczają. We wrześniu 1977 rozmawia na krzyżowych wzgórzach z duchem Tibora Ferenczyego bezpowrotnie należącego do świata nieżywych. Odwiedza także Faethora Ferenczyego. Nawet nieżywe wampiry są krętaczami i niewyobrażalnymi wręcz kłamcami: kuszą, wyszydzają i terroryzują, jeśli tylko mogą. Lecz Harry nie ma nic do stracenia, a Tibor - dużo do zyskania. Keogh jest dla niego ostatnim kontaktem ze światem. Poza jednym wyjątkiem.
W 1959 roku jako wampir Tibor zainfekował ciężarną kobietę. Używając całej tajemnej sztuki, dotknął i napiętnował męski płód, wyrażając wolę, aby pewnego dnia ten, jeszcze wówczas nie narodzony, powrócił na wzgórza w kształcie krzyża w poszukiwaniu swego "prawdziwego" ojca.
I oto nastał rok 1977. Julian Bodescu, niemający jeszcze osiemnastu lat, jest dziwnym, przedwcześnie dojrzałym i... nawet przerażającym młodzieńcem. Znać go zbyt dobrze to znać strach i odrazę. Piętno Ferenczyego przejęło nad nim pełną władzę. Jego krew i dusza są zepsute, staje się wampirem.
Matka Juliana jest Angielką; ojciec, Rumun, nie żyje. Matka z synem mieszkają razem w Harkley House w Devon. Jego życie jest nieustanną szamotaniną między stanami lubieżnej żądzy i frustracji, ona zaś żyje w ciągłym strachu. Wie, że jej syn jest diabłem zdolnym do czynienia zła, ale zbyt się go boi, by wystąpić z publicznym oskarżeniem. Wciąż jednak ma nadzieję, że Julian z biegiem czasu zmieni się. I rzeczywiście, zmienia się błyskawicznie - ale nie na lepsze.
Bodescu na wpół zgaduje, a na wpół wie, kim jest. Nieustannie śni o drzewach pogrążonych w bezruchu, czarnych wzgórzach w kształcie krzyża, grobowcu na cichej polanie na zboczu pagórka... i o stworze spoczywającym w ziemi. Szkarłatna nić wampira, którym był najpierw Tibor, a teraz jest Julian, przyciąga go, skłaniając do odwiedzenia "ojca". A jest to ta sama linia, która przecina się z czystą błękitną nitką życia małego Harry'ego i którą nekroskop zobaczył, penetrując strumień przyszłości w kontinuum Möbiusa.
Wywiadowcy z brytyjskiego INTESP namierzają Harkley House w Devon. Wyposażeni w zdolności telepatyczne czekają na jedno słowo Harry'ego, żeby natychmiast zniszczyć Juliana i wszystkie inne zainteresowane osoby, jakie tam znajdą. Zrobią to, ponieważ wiedzą doskonale, że jeśli taka istota wymknie się, wówczas istnieje olbrzymia groźba, że wampiryzm rozleje się wzdłuż i wszerz całego kraju, a nawet opanuje świat.
Także w Rumunii Alec Kyle i Feliks Krakowicz, aktualni szefowie szpiegowskich organizacji ESP, łączą siły, aby zniszczyć wszystko, co pozostało po Tiborze Ferenczym w czarnej ziemi krzyżowych wzgórz. Udaje im się spalić upiorne szczątki, ale przedtem wampir przesyła Julianowi ostrzeżenie. Tibor miał nadzieję, iż Bodescu stanie się jego ziemskim okrętem, na którym zjawi się i na powrót wieść będzie wampirzą egzystencję. Ale teraz, kiedy jego ostatnie szczątki spłonęły...
Tibor odszedł na zawsze, jak wszyscy z nieprzebranego tłumu umarłych. Jednak podobnie jak w ich wypadku jego dusza pozostaje. Wykorzystując sen, opowiada wszystko Julianowi i winą za swe nieodwracalne zniszczenie obciąża INTESP, i nade wszystko Harry'ego Keogha. Tylko Keogh się liczy, ponieważ tylko on stanowi realne zagrożenie. Wystarczy go zniszczyć... i Bodescu będzie mógł wyłapać całą resztę jednego po drugim, w dogodnym dla niego czasie. I przysięga tak zrobić. Co do zniszczenia Keogha: powinna być to najprostsza sprawa. Nekroskop jest bezcielesnym id, szóstym zmysłem własnego dziecka. Trzeba tylko usunąć syna, i ojciec podąży za nim.
Tymczasem Harry studiuje historię wampiryzmu. Dowiaduje się o sposobach unicestwienia wampirów, o zabytkowych miejscach, które trzeba oczyścić z zamieszkałego tam zła. Wreszcie inicjuje atak na Harkley House.
Jednakowoż w ZSRR zostaje zamordowany Feliks Krakowicz. Alec Kyle, szef INTESP, staje się ofiarą fałszywego oskarżenia o popełnienie tego zabójstwa. Szpiedzy rosyjscy zabierają Kyle'a do Zamku Bronnicy, gdzie stosując kombinację zaawansowanej technologii i ESP, drenują całą jego wiedzę.
Po przejściu najbardziej surowych form prania mózgu i wysysania inteligencji, staje się umysłowym trupem, cielesną powłoką pozbawioną kierującej nią psychiki. A kiedy to ciało umrze, zostanie porzucone w Berlinie bez żadnych śladów uszkodzenia. Taki jest przynajmniej plan.
Julian także nie próżnuje. Od dłuższego już czasu hoduje tajemnicze monstrum w piwnicach domostwa. Jego owczarek alzacki jest czymś więcej niż tylko psem. Bodescu przemienia w wampiry odwiedzających go krewnych, a nawet własną matkę. INTESP przypuszcza wreszcie atak, ale dom okazuje się siedliskiem zamętu, szaleństwa i koszmaru.
Bodescu ratuje się jednak, wychodzi cało z oczyszczających płomieni. Z zamiarem zabicia małego Keogha kieruje się na północ, do Hartlepool. Dziecko budzi się; w jego umyśle ukrywa się istnienie nekroskopa. Potwór staje nad nim, wyciąga zbrodnicze ręce... Nekroskop nic nie może zrobić. Złapany w wir id własnego dziecka wie, że zaraz obydwaj umrą. Lecz nagle...
"Idź - mówi do niego mały Harry - nauczyłem się dzięki tobie wszystkiego, co ważne. Nie jesteś mi potrzebny jako nauczyciel. Ale potrzebuję cię jako ojca. Idź więc, uciekaj, ratuj się".
Mentalne przyciąganie, które wiąże nekroskopa z umysłem jego syna, traci na znaczeniu. Może on teraz uciec w czasoprzestrzeń Möbiusa, ale... nie potrafi.
"Jesteś moim synem - powiedział - więc jakże mógłbym pójść i zostawić cię tutaj... z tym!".
Jednak mały Harry wcale nie zamierzał tam zostawać. Posiadł całą wiedzę swojego ojca. Jest dojrzałym umysłem w ciele dziecka, brakuje mu jedynie doświadczenia. Obydwaj przenoszą się do kontinuum Möbiusa.
Chłopiec zwielokrotnił odziedziczony talent w niesłychanym stopniu. Harry staje się nekroskopem o potężnej mocy. Umarli ze starego cmentarza odpowiadają na jego wezwanie. Wychodzą z grobów. Zataczając się, padając, pełzając, docierają do domu Brendy Keogh i wspinają się po schodach. Bodescu próbuje uciekać, ale dopadają go i niszczą przy pomocy wszystkich starych, wypróbowanych metod: kołka, dekapitacji, oczyszczającego ognia.
Harry Keogh jest wolny, ale czy do końca? Kontinuum Möbiusa w końcu wchłonie jego bezcielesną istotę bez reszty... lub może wyrzuci na jakieś kosmiczne bezdroża. Choć niematerialny, jest przecież ciągle obcym ciałem w tajemniczej pustce matematycznej mgławicy.
Ale oto... pojawia się tajemnicza siła przyciągania: próżnia wydrążonego umysłu Aleca Kyle'a. Harry nie może oprzeć się energii, jaką ona wytwarza i która nakazuje mu ożywić ciało o umarłym umyśle.
Wrzesień roku 1977. Harry Keogh, nekroskop i badacz metafizycznego kontinuum Möbiusa, zamieszkuje na stałe w ciele innego człowieka. Pozostaje nadal naturalnym ojcem najbardziej nienaturalnego dziecka, dziecka o wzbudzającej grozę mocy.
Przy pomocy ładunków wybuchowych o wielkiej sile Harry wysadza Zamek Bronnicy, a następnie, wykorzystując wstęgę Möbiusa, jedzie do domu w poszukiwaniu żony i syna... Okazuje się jednak, że jego bliscy zniknęli.
ŹRÓDŁO
W roku 1983 na Uralu ma miejsce "incydent perchorski". Wypadek przemysłowy, jak mówią Rosjanie, ale ten "wypadek" ma swoją wymowę. W istocie, Rosjanie, szukając odpowiedzi na amerykańską inicjatywę gwiezdnych wojen, skonstruowali i poddali próbie broń laserową, która miała osłaniać ich przed wrogimi rakietami. Eksperyment kończy się niepowodzeniem. Wielkiemu spustoszeniu w ogromnej części masywu Uralu towarzyszy wyrwa w samej strukturze czasoprzestrzeni. Służby wywiadowcze całego świata, w tym INTESP, pragną dowiedzieć się, co Moskwa ukrywa pod śniegiem, lodem, górami, czym dokładnie Projekt Perchorsk jest lub był.
Następnego roku radary Nowej Ziemi wychwytują tajemniczy obiekt (może UFO?), który omija od zachodu Ziemię Franciszka Józefa i zmierza prosto w kierunku Wyspy Ellesmere'a. Z bazy w Kirowsku, na południe od Murmańska, startują myśliwce typu Mig. Tajemniczy obiekt niszczy jednak wojskowe maszyny. Szczątki samolotów spadają na śnieg i lód. Amerykański system wczesnego ostrzegania AWACS melduje, że migi zniknęły z ekranów, zapewne strącone, ale Moskwa, zapytana przez gorącą linię, odpowiada ostrożnie i niejasno: "Jakie migi? Jaki intruz?".
Amerykanie denerwują się: "Ta rzecz leci z waszej strony; jeżeli utrzyma swój kurs, zostanie przechwycona i zmuszona do lądowania. Jeżeli nie usłucha wezwania lub zachowa się wrogo, może nawet zostać zestrzelona".
"Dobrze - brzmi nieoczekiwana odpowiedź - to nie jest nasz obiekt. Róbcie z nim, co chcecie".
Dwa amerykańskie myśliwce wystartowały z Port Fairfield w stanie Maine. Samoloty AWACS prowadzą je na cel. Z prędkością prawie dwóch machów przecinają Zatokę Hudsona od strony Wysp Belchera w kierunku punktu położonego dwa tysiące mil na północ od Churchilla. Samoloty AWACS zostały trochę z tyłu, lecz cel jest już tylko dziesięć tysięcy stóp przed myśliwcami. Namierzają go i... niszczą, nie czekając na rozkaz. Wyposażonym w eksperymentalne rakiety powietrze-powietrze typu Firedevils myśliwcom amerykańskim udaje się to, za co migi zapłaciły najwyższą cenę. Tajemniczy obiekt płonie, wybucha nad Zatoką Hudsona, wreszcie spada na ziemię. AWACS rejestruje wszystko na taśmie.
Wkrótce eksperci brytyjskiego INTESP zostają zaproszeni na pokaz filmowy, z prośbą o wyrażenie swych przypuszczeń... a w rzeczywistości cokolwiek powiedzą, będzie docenione.
Jednak biegli prawdziwą opinię zatrzymują dla siebie, a to ze względu na "zdrowie" psychiczne świata. Dlaczego? Rzecz z Perchorska w oczywisty sposób przypomina, bardzo przypomina, monstrum, które Julian Bodescu hodował w swych piwnicach, a także szczątki Tibora Ferenczyego spopielone na wzgórzach w kształcie krzyża w dalekiej Rumunii. Tyle tylko że tamte poczwary były malutkie, ta zaś gigantyczna i... opancerzona. Pod skorupą zaś znajdowały się wampiryczne zawiązki. INTESP zaczął podejrzewać, iż wszystko to jest dziełem Rosjan z Perchorska. Niesamowity biologiczny eksperyment, który prawdopodobnie wyrwał się spod kontroli.
To w każdym razie jest jedna teoria. Ale nie jedyna.
INTESP zręcznie umieszcza w Perchorsku łącznika, który jest zarazem szpiegiem i telepatycznym przekaźnikiem. Zanim zostanie odkryty, Brytyjczycy dowiedzą się dostatecznie dużo, by nabrać przekonania o śmiertelnym niebezpieczeństwie płynącym z tego miejsca. Sprawa okazuje się na tyle poważna, iż decydują się odnowić kontakt z Harrym Keoghiem.
Jest rok 1985. Osiem lat po śmierci Juliana Bodescu i wysadzeniu w powietrze Zamku Bronnicy, osiem lat po tym, jak na wpół obłąkana żona Harry'ego oraz jego nekroskopiczne dziecko uciekli, jak się wydaje, z tego świata. Przez ten cały czas Keogh próbuje ich odnaleźć. Nie są umarli, gdyż w takim razie wiedziałaby o tym społeczność nieżywych, a tym samym nekroskop. Nie wie jednak, gdzie ich szukać. Sprawdził już wszystkie możliwe kryjówki.
Darcy Clarke, teraźniejszy szef INTESP, jedzie do Harry'ego do Edynburga. Zaczyna opowiadać o Perchorsku, ale nekroskop nie wykazuje zainteresowania. Kiedy jednak Clarke przechodzi do szczegółów, Harry ożywia się. Jego starzy przeciwnicy, sowieccy szpiedzy, skonstruowali w Perchorsku specjalną celę, zabezpieczoną nawet przed metafizycznymi sposobami zbierania informacji. Z całą pewnością ukrywali tam coś wielkiego i nad wyraz niesympatycznego. W górach stacjonował oddział wojska wyposażony w wielką siłę rażenia. Przeciw czemu? Któż miałby atakować Ural? Kogo chcieli Rosjanie trzymać z dala? Co znajduje się w środku?
"Sądzimy, że zajmują się tam genetyką - mówi Clarke - że hodują tam wampiry bojowe!".
Nawet to przekonuje Harry'ego tylko w połowie; ostatecznie jednak Darcy triumfuje.
Brytyjski szpieg Michael J. Simmons znika w Perchorsku. Najlepsi wywiadowcy INTESP nie mogą go znaleźć. Uważają, że żyje, gdyby bowiem został "skasowany", ich telepaci wiedzieliby o tym. To przypomina problem nekroskopa. Być może jakimś niezwykłym zrządzeniem losu Harry junior, Brenda Keogh i szpieg znajdują się wszyscy w tym samym miejscu. Aby się upewnić, że INTESP nie chce go użyć dla własnych celów, Harry łączy się z umysłami przyjaciół. Pyta, czy ich nieprzebrane szeregi nie wzbogaciły się ostatnio o Michaela J. Simmonsa. Odpowiedź jest przecząca. Simmons nie jest nieżywy, ale po prostu nie ma go tutaj.
Harry angażuje się w badania i odkrywa, iż "incydent perchorski" wytworzył w czasoprzestrzeni tak zwaną "szarą dziurę" prowadzącą do innego świata. Okazuje się, iż ten świat po drugiej stronie jest prawdziwą wylęgarnią wampirów, istnym źródłem wszystkich wampirycznych mitów i legend.
Nekroskop rozmawia ponownie z od dawien dawna nieżywym Augustem Ferdynandem Möbiusem, ze zwodniczym umysłem zgasłego Faethora Ferenczyego i z niektórymi ze swych umarłych przyjaciół. Odkrywa wreszcie alternatywny szlak do świata wampirów. A cóż to za potworny świat.
Słoneczna Kraina jest gorącą, rozpaloną pustynią. Gwiezdną Krainę zajmuje królestwo wampirów z zamczyskami wysokimi na kilometr, bliskimi wierzchołkom gór, które dzielą tamten krajobraz. Po stronie słonecznej Wędrowcy, prawdziwi Cyganie, przemieszczają się grupami i plemionami przez zielone podgórze centralnego łańcucha. Aktywni za dnia, krótkie, pełne strachu noce spędzają zagrzebani w norach. Gdyż skoro tylko zajdzie słońce nad Słoneczną Krainą, lordowie wampiry wychodzą na łów.
Wędrowcy i Trogowie (prymitywna rasa aborygenów) są dla wampirów tym czym orzechy kokosowe dla mieszkańców wysp tropikalnych na Ziemi. Stanowią część diety, dostarczają niewolników, robotników, kobiet. Ich szczątki są pożywką dla bestii wojennych oraz wojowników, skądinąd zresztą modelowanych z przeobrażonych Trogów i Wędrowców. Groteskowo odmienione, skamieniałe ciała, dekorują zawrotnie wysokie, ponure zamczyska lordów, a nawet służą do wyrobu mebli i zewnętrznych osłon chroniących dobytek ich wampirzych panów przed niszczącym działaniem żywiołów.
Plemię wampirze zawsze, skore do bitki, zazdrosne o swe ziemie i stan posiadania, perfidne w działaniu, pała bezprzykładną nienawiścią do Rezydenta Ogrodu na Zachodzie.
Po serii koszmarnych przygód grupa Wędrowców, a wśród nich Jazz Simmons i piękna telepatka Zek Foener, docierającą do Rezydenta. Jeszcze przed przybyciem Harry'ego Keogha plemię wampirze odkłada na bok kłótnie i spory, by połączyć siły w przygotowaniu napaści na Ogród, siedzibę ich wspólnego wroga.
Lady Karen, niegdyś przecudna Słoneczna, której wampirze zawiązki nie dojrzały jeszcze w pełni, ucieka do Rezydenta i ostrzega go przed nadchodzącą wojną.
Zaczyna się bitwa. Lordowie: Szaitis, Menor, Belath, Volse Pinescu, Lesk i wielu innych, wraz z ich hybrydycznymi wojownikami i Trogami - pachołkami, stają przeciw Rezydentowi i małej grupce ludzi.
Nekroskop nawiązuje współpracę z Rezydentem, którym jest... Harry junior. Na skutek czasowego poślizgu Harry nie jest już tym chłopcem, jakiego oczekiwał spotkać jego ojciec, lecz dorosłym człowiekiem w złotej masce, który przyniósł do tego właśnie świata swą biedną, szaloną matkę, by zapewnić jej bezpieczeństwo i spokój ducha. W pojedynkę żaden z lordów nie mógł się mierzyć z nim i jego "nauką". Jednak teraz są zjednoczeni... Nekroskop przybywa w samą porę.
Używając z wielką zręcznością kontinuum Möbiusa i połączonych nekroskopicznych mocy ojca i syna, pokonują Szaitisa i jego wampirzą armię, niszczą wszystkie wrogie siedliska, za wyjątkiem zamczyska należącego do Lady Karen. Keogh odwiedza ją. Stara się uwolnić Lady od wampira w niej mieszkającego, nie tylko zresztą ze względu na nią samą, ile ze względu na własnego syna. Rezydent bowiem został zarażony wampiryzmem. Harry użyje Karen, by sprawdzić teorię, która może dostarczyć lekarstwa. Wydostaje z jej ciała wampirzy zarodek i niszczy go. Niestety jest to zabójcze dla niej. Nasiąkła bowiem złą mocą, a teraz stała się pustą skorupą. Jeżeli ktoś raz zazna tej niezwykłej ekstazy wolności, czystej żądzy i potęgi, już nigdy nie będzie potrafił bez tego żyć. Dlatego Lady Karen rzuca się z wysmukłej baszty swego zamczyska.
Rezydent jednak nadal nosi w sobie wampirzy pierwiastek. Odbudowuje swoją rezydencję, podnosi dom z ruin. Bardziej niż kiedykolwiek czuje na sobie baczne spojrzenie ojca...
ROZDZIAŁ PIERWSZY ZAMEK FERENCZYEGO
Transylwania, pierwszy tydzień września 1981.
Nie minęło jeszcze południe, gdy dwie wieśniaczki z wioski Halmagiu zmierzały do domu dobrze wydeptanym leśnym szlakiem.
Ich kosze wypełnione były pierwszymi tego lata jagodami i małymi, niedojrzałymi i dzikimi śliwkami... tym lepiej zresztą dla mocnej wódki, aromatycznej śliwowicy. Kobiety, odziane na czarno, w szerokich chustach, plotkowały radośnie, parskając śmiechem przy szczególnie pikantnych historyjkach.
Nie opodal spiralne dymy wznosiły się w niebo z kominów Halmagiu i rozpływały się w delikatną mgiełkę ponad szumiącym baldachimem wczesnojesiennego lasu. Bliżej, pomiędzy drzewami, płonęły ogniska. Kuchenne zapachy mocno przyprawionego mięsa i zup ziołowych wisiały w nieruchomym powietrzu. Dźwięczały małe srebrne dzwoneczki, trzeszczała gałąź, na której rozczochrany ciemnooki dzieciak zawiesił prowizoryczną huśtawkę.
Wozy cygańskie tworzyły barwny krąg. W pobliżu uwięzione konie szczypały trawę, a jaskrawe kolory sukien migotały pomiędzy drzewami. Dziewczęta zbierały chrust na ognisko. Z czarnych żelaznych garów poddawanych pieszczocie płomieni wydobywały się smakowite opary. Mężczyźni wpatrywali się w ogień, ćmiąc długie, cienkie fajki. Podróżnicy, Wędrowcy, Cyganie powrócili w rejon Halmagiu.
Chłopiec kołyszący się na linie dostrzegł dwie wiejskie kobiety i zagwizdał przenikliwie. Cała krzątanina cygańskiego obozu momentalnie urwała się, wszystkie czarne oczy zwróciły się w stronę nadchodzących wieśniaczek. Mężczyźni z obozu ubrani w skórzane kurty wyglądali groźnie, ale w ich wzroku nie było wrogości. Mieli swoje własne zasady i wiedzieli, jakie wiatry są dla nich przychylne. Od pięciuset lat mieszkańcy Halmagiu postępowali z wędrowcami uczciwie, kupowali od nich ozdoby i świecidełka i zostawiali ich w spokoju. Cyganie więc nigdy nie wyrządziliby im rozmyślnie krzywdy.
- Dzień dobry paniom! - Król Cyganów powstał ze schodów swojego wozu i skłonił głowę. - Powiedzcie, proszę, waszym przyjaciołom z wioski, że zastukamy do ich drzwi. Garnki i patelnie najwyższej jakości, karty do wróżenia i bystre oczy, które śledzą los w zakamarkach ludzkiej dłoni. Przygotujcie tępe noże i siekiery z ułamanymi trzonkami. Wszystko będzie doprowadzone do porządku. Mamy też z sobą konika czy dwa, które mogą zastąpić szkapiny przy waszych wózkach. Nie pozostaniemy tu długo, więc zróbcie z naszej wizyty najlepszy użytek, zanim wyruszymy dalej.
- Witajcie! - odpowiedziała natychmiast starsza z kobiet, jakby bez tchu w piersiach. - Powtórzę wszystko w wiosce. - Spojrzała na swoją towarzyszkę. - Trzymaj się blisko mnie i nic nie mów - szepnęła na stronie.
Przechodziły właśnie obok jednego z wozów. Starsza kobieta wyjęła mały słoiczek orzechów laskowych oraz garść śliwek i położyła to w prezencie na stopniach cygańskiego wozu. Nikt z patrzących nie odezwał się. Wieśniaczki oddaliły się, a obóz powrócił do stanu niespiesznej krzątaniny.
Młodsza z kobiet od niedawna mieszkała w Halmagiu.
- Dlaczego podarowałaś im te owoce i orzechy - zapytała. - Słyszałam, że Cyganie nigdy niczego nie dadzą za darmo, nigdy niczego nie robią bezinteresownie, za to często coś biorą. Czy nie za bardzo ich rozzuchwalasz?
- Na pewno nie zaszkodzi dobrze żyć z nawiedzonymi - zabrzmiała odpowiedź. - Kiedy pomieszkasz tutaj tak długo jak ja, zrozumiesz, o co mi chodzi. Zresztą oni nie przybyli, żeby kraść i wchodzić nam w drogę - kobieta wzruszyła ramionami - już ja dobrze wiem, dlaczego zjawili się tutaj.
- Tak? - powiedziała młodsza z zaciekawieniem.
- Tak, wiem. To ta faza księżyca, zew, który słyszeli, ofiara, którą złożą. Zjednują sobie ziemię, użyźniają glebę, błagają o łaskę... swoich bogów - odrzekła starsza wieśniaczka.
- Swoich bogów? To poganie?... Jakich bogów?
- Nazywaj to Naturą, jeśli chcesz - w głosie Rumunki dała się słyszeć irytacja - ale nie pytaj o nic więcej. Jestem prostą kobietą i niczego nie chcę wiedzieć. I ty także nie powinnaś być zbyt ciekawa. Babka mojej babki pamiętała czas, kiedy Cyganie przyszli. Upływa piętnaście miesięcy czy osiemnaście, ale nigdy więcej niż dwadzieścia jeden. Potem znowu wracają. Wiosna, lato, jesień - tylko oni znają porę, miesiąc, czas. Ale kiedy usłyszą zew, gdy księżyc jest na właściwym miejscu, a samotny wilk wyje wysoko w górach, wówczas wracają. Odchodząc zostawiają zawsze ofiarę.
- Jaką ofiarę? - Ciekawość młodszej sięgała zenitu, lecz starsza nie chciała nic mówić, tylko gwałtownie kręciła głową.
- Nie pytaj, nie pytaj.
Jednak młodsza dobrze wiedziała, iż jej rozmówczyni umiera wprost z pragnienia, by podzielić się tajemnicą. Postanowiła dać jej czas i niczego na razie nie dociekać. Po chwili przyszło jej do głowy, że chyba zanadto oddaliły się od najprostszego szlaku od wioski.
- Czy nie idziemy złą drogą? - odezwała się.
- Cicho - syknęła starsza - patrz!
W prześwicie lasu, przed nimi, wyrastało posępne zwałowisko szarej skały wulkanicznej. Łyse i kopulaste, z kilkoma pomniejszymi garbami, wysokie niemal na dwadzieścia metrów. Za nim widniał pas leśny, a później naga, prostopadła ściana pnąca się aż do pokrytego jodłami płaskowyżu prowadzącego w stronę zamglonego, srogiego, niedostępnego masywu Zarundului. Drzewa wokół podstawy zwałowiska zostały ścięte, usunięto też krzewy i poszycie. Na jego szczycie mały kopczyk ułożony z ciężkich kamieni sterczał niczym wieżyczka albo komin.
Tam zaś, na nagiej skale, obrabiając nożem trzymaną na podołku kamienną skorupę, siedział młody mężczyzna. Był całkiem pochłonięty swoją pracą. Patrzył w dół, wydawało się, że wprost przed siebie. Kobiety, które znajdowały się nie dalej niż czterdzieści metrów od niego, musiały być w zasięgu jego wzroku, ale nawet jeśli je widział, nie zareagował. Pracował w skupieniu.
- Co on tam robi? - dopytywała się młodsza zachrypniętym głosem. - Jest bardzo przystojny... jakiś dziwny. A poza tym czy to miejsce nie jest zakazane? Mój Hzak mówił mi, że ten wielki kamień z kopca to specjalny kamień i że...
- Szsz! - towarzyszka znów ostrzegła ją, kładąc palec na jej wargach. - Nie przeszkadzaj mu. Oni nie lubią być podglądani. Nie żeby ten tutaj nas usłyszał... ale lepiej uważać.
- Powiedziałaś, że nas nie usłyszy? To dlaczego rozmawiamy szeptem? Nie, ja wiem, dlaczego szeptem: to jest szczególne miejsce, jak kaplica. Prawie święte.
- Nieświęte! - poprawiła ją tamta. - A co do tego, że tamten nas nie dostrzeże... popatrz po prostu na niego! Jego skóra nie jest ciemna, lecz szara jak skała, chora, umierająca. Oczy, głęboko zapadnięte, płoną. Pochłonięty jest kamieniem, który rzeźbi. Słyszy zew, nie widzisz? Jest opętany, zahipnotyzowany, zgubiony!
Skoro tylko powiedziała ostatnie słowo, mężczyzna powstał i ustawił mocno swój kamień na obrzeżu kopczyka, między dziesiątkami innych, niczym cegłę wieńczącą mur. Dla każdego przypadkowego świadka rytuału rzeźbienia musiało być jasne, że każdy głaz został zaznaczony w jakiś symboliczny sposób. Młodsza kobieta otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale jej starsza przyjaciółka raz jeszcze uprzedziła pytanie:
- Jego imię - odezwała się. - Wydrążył w kamieniu swoje imię i daty, o ile je zna. Tak jak wszystkie inne imiona i daty wyrzeźbione tutaj. Jak wszyscy, którzy przed nim odeszli. Ten surowy głaz jest mu nagrobkiem, a kopiec - grobowcem.
Młody Cygan wyprężył się i spojrzał w stronę górskich szczytów. Zastygł w tej pozycji na dłuższą chwilę, jakby czegoś oczekiwał. A wysoko na błękitno-szarym niebie niewielki ciemny strzęp chmury przesłonił oblicze słońca. Na ten widok starsza kobieta gwałtownie otrzeźwiała. Nieomal uległa hipnozie, stojąc tak nieruchomo. Chwyciła łokieć towarzyszki i odwróciła jej twarz.
- Chodź - wyszeptała bez tchu - chodźmy stąd. Nasi mężowie będą się martwić, tym bardziej, gdy dowiedzą się, że Cyganie wrócili.
Spiesznie przemknęły w cieniu drzew, odnalazły szlak i wkrótce zobaczyły skraj lasu i pierwsze drewniane zabudowania Halmagiu. Wyszły na zakurzoną wiejską drogę i łomotanie w sercach zaczęło ustawać, usłyszały dźwięk, który dochodził gdzieś z daleka.
Zbliżało się południe. Słońce wyszło zza wystrzępionego obłoku. Do pierwszych dni prawdziwej zimy brakowało jeszcze siedem czy osiem tygodni, ale każda dusza, która słyszała ten odgłos brała go za zapowiedź zimy. Niektórzy brali go nawet za coś więcej.
Rozległ się żałobny skowyt wilka, powracający echem ze skalnych ścian, przyzywający, tak jak wilki przyzywają się od tysięcy lat. Kobiety przystanęły, ścisnęły mocniej kosze, zatrzymały oddech i słuchały.
- Nie ma odpowiedzi - rzekła wreszcie młodsza. - Jest sam, ten stary wilk.
- Teraz tak - kiwnęła głową druga - tak, sam... ale słyszano go dobrze, bądź pewna. I doczeka się odpowiedzi niebawem... a wraz z nią... - Starsza potrząsnęła głową i ruszyła naprzód.
- A wraz z nią? - Młodsza zrównała się z tamtą i nie dawała za wygraną.
Starsza popatrzyła zimno, zmarszczyła brwi.
- Musisz nauczyć się słuchać. Anno. Są rzeczy, o których tutaj zbyt wiele się nie rozmawia. Jeśli więc chcesz się dowiedzieć, musisz słuchać uważnie.
- Przecież słucham - odparła młodsza - ale po prostu nie rozumiem, to wszystko. Powiedziałaś, że stary wilk doczeka się odpowiedzi niebawem. I... wtedy?
- Tak, i wtedy... - wymruczała stara, skręcając w kierunku drzwi swojego domu, gdzie strąki czosnku zwisały z nadproża. - A wtedy, następnego poranka, nie będzie już Cyganów. Nie będzie po nich śladu, prócz może, popiołów po ogniskach czy odcisków kół ciężkich wozów na szlaku, którym odjadą. Ich liczba zmniejszy się o jednego, który odpowiedział na prastary zew i pozostał.
Młodsza kobieta otworzyła usta ze zdziwienia i przerażenia.
- Tak - pokiwała starsza głową - właśnie to widziałaś. Dorzucał swoją duszę do innych nieszczęsnych dusz zapisanych w kapliczce na skale.
Tej nocy w obozie Cyganów.
Dziewczęta w szalonym tańcu ścigały się ze skrzypcami, podążały za pierwotnym dudnieniem i brzękiem tamburynów. Długi stół uginał się od jedzenia: wiązadła królicze i całe jeże, cienko pokrojone w plastry kiełbasy dziczyzny, sery, zakupione lub wymienione w wiosce, owoce i orzechy, cebula duszona w sosie mięsnym, cygańskie wina i ostra, zatykająca dech śliwowica.
Panowała atmosfera festynu. Płomienie głównego ogniska, rozochocone muzyką, strzelały wysoko, rzucając blask na rozwibrowane, zmysłowe tancerki. Płynęły potoki alkoholu. Niektórzy z młodszych Cyganów pili z nadziei, inni z lęku przed niepewną przyszłością. Szczęście bowiem może następnym razem opuścić tych, którzy teraz zostali oszczędzeni.
Ale taka była kolej rzeczy: należeli do Niego do końca Ziemi, do Jego władzy i mocy. Ich pakt ze Starym został zawarty ponad czterysta lat temu. To za Jego przyczyną wiodło im się dobrze poprzez wieki, wiedzie im się dobrze teraz i będą szczęśliwie żyć w przyszłości. On niósł im ulgę w ciężkich czasach. W czasach łatwiejszych odczuwali Jego ciężar, lecz zawsze osiągał równowagę. Jego krew była w nich, a ich w Nim. A krew to życie.
Dwoje spośród Cyganów siedziało w smutku. Nawet teraz, pomiędzy roztańczonymi dziewczętami, w atmosferze pijaństwa i świętowania, byli samotni. Cały ten hałas i rozgardiasz dookoła wydawał się wymuszoną wesołością, w której oni nie mogli żadną miarą uczestniczyć.
Młody człowiek siedział na stopniach bogato ozdobionego wozu. Z osełką i nożem w rękach odbijał ostrzem srebrne błyski płonącego opodal ogniska. Z tyłu za nim, w otwartych drzwiach wozu, oświetlona żółtym blaskiem lampy, stała jego matka. Pojękując, załamując ręce, zaklinała na wszystko Tego, który był wręcz czymś przeciwnym, aby oszczędził jej syna tej nocy. Modliła się na próżno.
Jedna z melodii skończyła się i jaskrawe spódnice zatrzepotały, po czym opadły, skrywając na powrót brązowe połyskujące nogi. Wąsaci mężczyźni sączyli swoją wódkę. Krąg księżyca ukazał się nad górami, uwydatniając zamglone kontury szczytów. A gdy wszyscy, z szeroko otwartymi ustami, zwrócili się w stronę wschodzącej tarczy, żałosne wycie wilka spłynęło do nich z niewidocznych siedzisk skalnych.
Wszystko zastygło... lecz zaraz ciemne oczy zwróciły się w stronę młodego mężczyzny na stopniach wozu. Wstał, popatrzył na księżyc i szczyty i westchnął. Schował nóż do pochwy. Skierował się w stronę leśnego gąszczu, zmierzając ku ciemności poza kręgiem wozów.
Jego matka przerwała ciszę. Krzyk największego bólu brzmiał niczym zwiastun śmierci. Rzuciła się naprzód, łomocząc o drewniane schody swego domu-wozu. Zataczając się, z wyciągniętymi rękami, biegła za synem. Ale nie dotarła do niego. Padła na kolana. W spazmatycznych ruchach ramion stłumiła całe swe pragnienie.
Dowodzący plemieniem król zstąpił, by uściskać młodego człowieka. Objął go, pocałował w obydwa policzki. Wybraniec, bez zbytecznych scen, opuścił krąg ognia, wszedł między wozy i został połknięty przez ciemność.
- Dumitru - załkała matka. Rzuciła się za nim i wpadła prosto w ramiona króla.
- Spokojnie, kobieto - rzekł burkliwie, choć jego głos drżał niespokojnie. - Wiedzieliśmy o tym od miesiąca, patrzyliśmy, jak się zmienia. Stary dał zew, a Dumitru odpowiedział. Wiedzieliśmy, co się stanie. Zawsze tak jest.
- Ale to mój syn, mój syn - jęczała umęczona kobieta na jego piersi.
- Tak - odpowiedział i nagle łzy popłynęły głębokimi bruzdami jego policzków - mój także... mój także.
Poprowadził ją, potykającą się, szlochającą, do wozu, a muzyka zabrzmiała znowu.
Dumitru Zirra wspinał się na obwałowania Zarundului. Księżyc oświetlał mu drogę, ale nawet bez tej srebrzystej poświaty, wiedziałby, jak iść. Coś, co tkwiło w nim samym, prowadziło go. Głos w jego głowie, który nie do niego należał, mówił mu, gdzie stawiać kroki, czego się chwytać. Prowadziły tam ścieżki, o ile się je znalazło, lecz między tymi splątanymi szlakami biegły zawrotne skróty.
- Dumiitruuu! - zadzwonił mroczny głos, kreśląc jego imię niczym obraz męki. - O oddany mi mój synu moich synów. Postaw stopę tu, i tam, i tu, Dumiitruuu. I tu, gdzie przeszedł wilk, widzisz jego znak na skale? Ojciec twoich ojców oczekuje cię, Dumiitruuu. Księżyc już wzeszedł i godzina się zbliża. Spiesz się, mój synu, gdyż jestem stary, wysuszony, bliski śmierci - prawdziwej śmierci! Ale ty mnie uratujesz, Dumiitruuu. A wówczas twoja młodość i siła będą moiiimiii!
A młodość, ciężko dysząc, z rękami pokrwawionymi od wspinaczki, mozolnie wspinała się do linii drzew, do najczarniejszej z turni, gdzie mroczne ruiny wyrastały z ostatniego urwiska. Z jednej strony gardziel tak czarna i stroma, iż mogłaby prowadzić do piekła. Z drugiej ostatnie z wysokich jodeł, porastające pozostałości jakiejś niegdysiejszej siedziby, wzniesionej w cieniu pionowych skalnych ścian. Dumitru zobaczył to miejsce i przystanął na moment. Dostrzegł wilka o płonącym spojrzeniu, stojącego w zwalonej bramie rumowiska i nie wahał się dłużej. Ruszył naprzód, a dzikie zwierzę znaczyło mu drogę.
- Witaj w moim domu, Dumiitruuu! - Lepki głos osiadał niczym muł na jego umyśle. - Jesteś moim gościem, moim synem... przychodzisz z własnej, nieprzymuszonej woli.
Dumitru Zirra bezprzytomnie wspiął się na pierwsze potrzaskane kamienie. Zagubiony, zdezorientowany, czuł się obco w tym przytłaczającym miejscu. Ujrzał zamek, tego był pewien. W dawnych czasach mieszkał tutaj bojar, jeden z Ferenczych - Janosz Ferenczy. To było bezsprzeczne, jako że od wieków, od czasu Grigora Zirry, pierwszego króla Cyganów, Zirrowie przysięgali wierność baronowi Ferenczyemu i nosili jego znak: nietoperza zrywającego się do lotu z rozpostartymi skrzydłami, na których rysowały się trzy delikatne żebra. Oczy nietoperza, czerwone, podobnie jak żebra na skrzydłach, przechodziły w szkarłat, naczynie zaś, z którego startował, miało kształt nagrobnej urny.
Tak i teraz młode, głęboko zapadnięte oczy ujrzały podobny wzór wyżłobiony na potrzaskanej płycie wielkiego kamiennego nadproża. Wiedział więc dobrze, że stoi na ziemi wielkich prastarych patronów Zirrów i ich współziomków. Był to ten sam znak, który do teraz zdobił obydwie strony wozu cygańskiego Vasila Zirry, przemyślnie ukryty w zawiłych ornamentach barwnych wozów. Stary Vasil, ojciec Dumitru, nosił miniaturę tego herbu na pierścieniu, który przekazywano z ojca na syna od niepamiętnych czasów. Następnym jego posiadaczem byłby Dumitru, gdyby pewnego dnia nie usłyszał wezwania...
Podążający nieco z przodu wilk zawarczał głucho, ponaglając Dumitru. Ten jednak przystanął, niepewny, pośród ogromnych kamiennych bloków. Przedni skraj ruin wyglądał tak, jakby został wysadzony przez przepotężną eksplozję gdzieś w wnętrzności tego miejsca poza krawędź gardzieli. Rumowisko kamiennych bloków i odłamków ginęło w mroku. Młodzieniec pomyślał, że wielka część wylądowała w gardzieli.
- Wahasz się, mój synu - dobiegł go potworny wewnętrzny głos, rozpełzający i wymazujący wszystkie pytania, domysły, pragnienia. Ten głos całkowicie przytłoczył go i przejął nad nim wszelką kontrolę, podczas ostatnich czterech czy pięciu tygodni, czyniąc go swym zombim.
- Widzę, że jest, jak podejrzewałem, Dumiitruuu... masz silną wolę. To dobrze! Bardzo dobrze! Siła duszy jest siłą ciała, siła ciała jest siłą krwi. Twoja krew jest mocna, synu, tak jak w całej twojej rasie.
Wielki wilk znów zawył i Dumitru ruszył dalej za nim.
Młodość szeptała mu, że winien uciec z tego miejsca jak najszybciej. Lecz był bezsilny wobec tego prastarego diabelskiego głosu. Wydawało mu się, że kiedyś złożył obietnicę i żadną miarą nie mógł jej złamać, lub też że wypełniał wolę jakiegoś dawno nieżyjącego, szacownego przodka, wolę, której nie wolno się sprzeniewierzać. Teraz, prowadzony głosem rozlegającym się w jego głowie, potykał się o pochyłe głazy kultowe, to znów szedł na czworakach, rozrzucając świeżo opadłe liście, zdzierające wilgotne, szarawe porosty. Odnalazł wreszcie wąską płytę z żelaznym kołem, którą uniósł z łatwością. Fala smrodliwego powietrza wyszła mu na spotkanie, napełniała płuca, przyprawiła o jeszcze mocniejszy zawrót głowy. Skulony pochylił się nad czarną, dymiącą otchłanią i... pogrążył się w koszmarnej czeluści.
- Tutaj, tutaj, mój synu... nisza w ścianie... pochodnie i zapałki owinięte w skórę... tak, za mojej młodości było tylko krzesiwo... zapal jedną pochodnię i weź jeszcze dwie... na pewno będziesz ich potrzebował, Dumiitruuu...
Schody wykute w tej kamiennej studni miały kształt spiralny. Dumitru schodził powoli, zmuszony do ekwilibrystycznych wyczynów tam, gdzie stopnie przegrały walkę z czasem. Dotarł do ozdobnej podłogi pokrytej szczątkami sczerniałej od ognia zaprawy murarskiej. Posuwał się wśród dalekich odgłosów z wnętrza ziemi. W dół, ciągle w dół, do złowieszczych piekielnych katakumb.
- Dobra robota, Dumiitruuu - mroczny głos pochwalił go. Głos, który brzmiał przerażająco, a którego właściciel radował się. I raptem... Dumitru mógłby zerwać się i wyzwolić. Na ułamek sekundy znowu był sobą - wiedział, że stoi na progu piekieł.
Lecz wtedy obca siła ścisnęła jego mózg niczym imadło. Proces, który rozpoczął się pięć tygodni temu, nieuchronnie zmierzał w kierunku swego logicznego rozwiązania, siła jego woli nikła niczym płomień wytopionej świecy.
- Rozejrzyj się. Dumiitruuu. Patrz i ucz się, jakie są dokonania i tajemnice twojego mistrza, synu.
Za plecami Dumitru, na kamiennych schodach, stał wielki wilk o płonących oczach. A przed nim...
O takich rzeczach krążyły między Cyganami legendy, ale ani Dumitru, ani nikt inny, który mógłby oglądać tę scenę, nie potrzebował żadnej specjalnej wiedzy czy wyjaśnienia poza własną wyobraźnią i instynktem. Trzymając wysoko pochodnię, z szeroko otwartymi oczami i rozdziawioną buzią, młodzieniec postępował naprzód pośród uporządkowanych pozostałości i reliktów chaosu i szaleństwa.
Nie był to jednak ten sam, czysto fizyczny, rodzaj chaosu, co w wyższych partiach budowli, gdyż te tajemnice krypty nieznacznie tylko ucierpiały. Kataklizm dotknął powierzchni. Podziemia przetrwały nienaruszone, pokryte sieciami pajęczyn i od pół wieku nawarstwiającym się kurzem. Nie, ten zamęt miał charakter mentalny: świadomość, że dokonał tego człowiek - czy też, w manierze podań i mitów, że dokonały wszystkiego istoty podające się za ludzi.
Krypty wyróżniały się prastarym kamieniarskim kunsztem. Na ścianach, pokrytych żółtymi żyłkami saletry, wilgoć nie zostawiła śladów. Gdzieniegdzie znać było wypiętrzenia okapników. Cienkie laski stalaktytów zwisały z wysoko sklepionych sufitów. Przy ścianach, gdzie podłoga została mniej wydeptana, gładkie, kopulaste stalagmity tworzyły guzy i uwypuklenia na szorstkich płytach. Dumitru nie był archeologiem, ale na podstawie prymitywnego szlifu kamieni i złego stanu zaprawy murarskiej nawet on mógł oszacować wiek zamku, a w każdym razie jego tajemniczej części, na jakieś osiemset lat. Tak w każdym razie musiało być w wypadku owych sodowych osadów, chyba że roztwór sączący się z góry został ponad miarę nasycony solą krystaliczną.
Znajdowały się tam liczne wrota, szerokie na półtora metra i wysokie prawie na trzy, wszystkie zwieńczone masywnymi kamiennymi klinami, które w kilku wypadkach, jak się wydawało, osiadły nieco pod niewyobrażalnym ciężarem. Sufity zawieszone pięć metrów nad posadzką sklepiały się w rodzaj gwiezdnego wzoru. W kilku miejscach wielkie bloki spadły, bez wątpienia na skutek wybuchu, który nawiedził to miejsce, pozostawiając potrzaskane płyty niczym gliniane tabliczki używane w dawnych czasach przez uczniów.
Za wrotami uderzyły chłodem wielkie pokoje, a z nich prowadziły dalsze korytarze. Dumitru pogrążył się w labiryncie pradawnych pokoi, w których mieszkaniec tego mrocznego miejsca uprawiał swe tajemne sztuki. Co zaś do natury tych sztuk... Młodzieniec dotychczas unikał domysłów i spekulacji. Ale dłużej nie było to już możliwe. Ściany pokryte freskami, które choć wyblakłe, opowiadały całą historię. Wiele komnat zawierało niezaprzeczalne dowody czegoś nie tylko bardziej konkretnego, ale bardziej przerażającego. Także głos w jego głowie, okrutny i pełen zachwytu, nie kontentował się już jego ignorancją. Przeciwnie, wyraźnie pragnął, aby Dumitru wszystkiego się dowiedział,
- Nekromancja, pomyślałeś, Dumitru, kiedy płomień pochodni wyparł stąd mrok - deklamował głos. - Powołanie na powrót do życia soli i popiołu, aby dać świadectwo. Historia świata, by tak rzec, wysnuta z kształtu końskiego pyska. Ujawnienie sekretów pokrytych kurzem czasu, a może nawet przepowiadanie mglistej, odległej przyszłości. Tak, jasnowidzenie za pomocą zmarłych!... Oto, co pomyślałeś. - Po krótkiej pauzie głos jakby wzruszył ramionami: - No i jak dotąd miałeś rację. Ale nie przeszedłeś dostatecznie daleko. Nie chciałeś patrzeć... i nawet teraz nie chcesz. Czy jesteś aby moim synem, Dumitru, czy płaczliwą babą? Sądziłem, że to będzie mocne wino, a okazuje się, że Cyganie pędzili wodę przez te lata! Cha, cha, cha! Ale nie... żartuję... nie złość się, mój synu... To jest złość, nieprawdaż, Dumitru? Nie? Może strach? Boisz się o życie? - Głos przeszedł w szept, drążący podstępnie niczym krople słabego kwasu. - Lecz przecież zachowasz życie, mój synu - we mnie. Krew jest życiem, Dumiitruuu, i tak będzie zawsze... Ale teraz! - Głos ożywił się, zadźwięczał wesołością. - Dlaczego posmutnieliśmy, tak nie wolno! Będziemy jednością i przeżyjemy życie razem. Słyszysz mnie, Dumiitruuu?...
- Ja... ja cię słyszę - odparł młodzieniec.
- A wierzysz mi? Powiedz to, powiedz, że we mnie wierzysz, tak jak wierzyli we mnie ojcowie twoich ojców.
Młodzieniec nie był pewien, czy rzeczywiście wierzy, ale posiadacz głosu ścisnął jego umysł.
- Tak... tak, wierzę, jak wierzyli moi ojcowie.
- Świetnie - rzekł głos, jakby uspokojony. - Nie bądź więc taki nieśmiały, Dumiitruuu. Nie cofaj się, nie odwracaj oczu od moich dzieł. Te obrazy malowane i żłobione w ścianach, te liczne amfory na specjalnych stelażach, sól i prochy zawarte w tych prastarych naczyniach.
Dumitru podążył śladem światła pochodni. Wszędzie stały czarne dębowe stelaże, a na nich, na ich półkach, niezliczone słoje, urny: amfory, jak nazywał je głos. We wszystkich pokojach tej podziemnej kryjówki musiało ich znajdować się tysiące, ciasno zamkniętych, z wyblakłymi, pokrytymi patyną wieków tabliczkami, umieszczonymi tam, gdzie uchwyty stykały się z szyjami. Jeden ze stelaży był uszkodzony, prawdopodobnie przez kamienny blok, który oderwał się od sufitu. Amfory pospadały, a niektóre z nich popękały. Prochy wydostały się na zewnątrz, tworząc niewielkie stożki, pokryte kurzem dziesięcioleci. Cygan popatrzył na te szczątki...
- Popatrz, jakie są wspaniałe, sole życia - szeptał głos w jego głowie, wyraźnie w tej chwili zaciekawiony, tak jakby sam jego właściciel czuł respekt wobec tego upiornego zbioru. - Pochyl się, weź je w ręce, Dumiitruuu.
Młodzieniec nie mógł nie usłuchać. Wdychał zapach prochów, miękkich jak talk, ruchomych niczym rtęć. Przesypywały mu się przez palce, nie pozostawiając żadnych śladów na dłoniach. A kiedy tak przestawał z prochami, to coś w jego głowie jakby wąchało, smakowało samą naturę spopielonych istot.
- Ach... to był Grek, ten tutaj - poinformował głos. - Poznaję go, rozmawialiśmy kilkakrotnie. Kapłan z ziemi greckiej, który znał podania o Vrykoulakasie. Mówił, że z nimi walczył, że przeciwko nim wyprawiał się przez morze do Mołdawii, Wołoszy, a nawet w te góry. Wybudował wielki kościół w Alba Julia, który pewnie stoi tam aż do dziś. Z niego wyruszał pomiędzy wioski i miasteczka w poszukiwaniu straszliwego Vrykoulakasa.
Ludzie z miast donosili na swych wrogów, często wiedząc o ich niewinności. W zależności od władzy czy pozycji oskarżyciela Czcigodny Arakli Aenos, jak go nazywano, potwierdzał lub odrzucał zasadność oskarżeń. Na przykład jeżeli jakiś znany bojar utrzymywał, że taka a taka osoba jest wysysającym krew demonem, można było być pewnym, że Grek uzna zasadność skargi. Lecz jeśliby tylko jakiś biedak wzniósł taką skargę, jakkolwiek dobrze uzasadnioną, zostałby zignorowany, ba, ukarany za kłamstwo. Oszust i poszukiwacz wiedźm, stary Aenos, kiedyś oskarżył nawet mnie! Musiałem czmychnąć z Wyszehradu, gdzie chcieli mnie dostać. O, mówię ci, to była naprawdę poważna sprawa.
Lecz... czas wielu wystawia rachunek. Popioły do popiołów, pył do pyłu. Kiedy umarł, pochowano starego oszusta w ołowianej skrzyni w Alba Julia, obok kościoła, który zbudował. Co za dobrodziejstwo! Zgodnie z przeznaczeniem nieprzenikalny ołów jego trumny wystarczał w zupełności, aby utrzymać z daleka robaki i wszelkie maści gryzące aż do czasu, gdy jakieś sto lat później, ja go wykopałem. O tak, rozmawialiśmy kilkakrotnie. Lecz ostatecznie czego się dowiedział? Niczego! Oszust, szalbierz!
A więc wyrównałem rachunki. Ta kupa pyłu, którą właśnie wąchałeś: Arakli Aenos we własnej osobie i... Ojej, jak krzyyyczaaał, kiedy dałem mu z powrotem ciało i przypiekłem tego psa gorącym żelazzzem! Cha, cha, cha!
Dumitru syknął z przerażenia i gwałtownie wyciągnął palce z rozsypanych "soli". Łopotał dłońmi, jakby one także były przypieczone gorącym żelazem, uderzał o siebie, drżąc wycierał o swe szorstkie spodnie. Zerwał się i odskoczył od potłuczonych urn, po to tylko, by wleźć na następny stelaż, stojący za nim. Wyciągnął się jak długi w kurzu, prochu i pyle. Dzięki temu zamieszaniu na moment przejaśniło się w jego skołowanej głowie. Posiadacz głosu od razu się zorientował i wzmocnił uścisk.
- Powoli, synu, powoli! Ach, rozumiem: myślisz, że dręczę cię bez przyczyny. Sądzisz, że znajduję przyjemność w takich instrukcjach. Ach nie, uważam jedynie, że musisz znać wagę służby, którą przyjmujesz. Składasz mi znaczącą ofertę: odsieczy, środków egzystencji, odnowienia zapasów. Dlatego więc odpłacam ci wiedzą... na jakkolwiek krótki okres czasu. Teraz wstań, słuchaj uważnie moich słów i podążaj za nimi.
Ściana, podejdź do ściany, Dumitru. Dobrze! Teraz śledź freski oczami i rękami, mój synu. Teraz patrz i ucz się. Oto jest człowiek. Rodzi się, żyje, umiera. Książę czy wieśniak, grzesznik czy święty, wszyscy idą tą samą drogą. Widzisz ich wszystkich na obrazkach: błogosławieni i szubrawcy zarówno, mkną chyżo od kolebki do grobu, od słodkiego, ciepłego momentu poczęcia do zimnej, pustej otchłani rozkładu. Oto dola wszystkich ludzi, wydawałoby się: zjednoczyć się z ziemią, a wszystkie lekcje ich życia stają się bezużyteczne, a wszystkie ich tajemnice na zawsze pozostają ich własnością...
Lecz bywają i tacy, których szczątki na skutek okoliczności, w jakich ich chowano - jak ten grecki ksiądz być może - pozostają nietknięte. I inni, poddani kremacji i pochowani w dzbanie, których spopielone prochy są czyste, nie spotykają bowiem się z ziemią. Leżą tak, potrzaskana kość czy dwie, garść pyłu, a w tym cała wiedza ich czasu czuwania, wszystkie tajemnice ich życia, a bywa i śmierci, a nawet niekiedy moment przejścia pomiędzy tymi stanami. Wszystkie stracone.
Lecz ty spytasz: co z wiedzą zaklętą w księgach czy tą przekazywaną z ust do ust albo na wieczność utrwaloną w kamieniu? Wszak człek uczony, jeśli tego pragnie, może pozostawić całą swoją wiedzę tym, którzy przyjdą po nim?
Co? Kamienne tablice? Ba! Nawet szczyty górskie wietrzeją, a epoki im współczesne ulatują niczym kurz. Wiedza ustna? Opowiedz człowiekowi jakąś historię, a skoro tylko ją powtórzy, już temat jest zmieniony tak, że po dwudziestu razach możesz jej z goła nie rozpoznać. Książki? Ledwie wiek przeminie, a wysychają na pieprz, po dwóch stuleciach kruszą się pod palcami, po trzech rozpadają się w nicość. Nie, nie mów mi o książkach. Nie ma nic bardziej nietrwałego. Oto była w Aleksandrii najcudowniejsza biblioteka świata... i cóż teraz dzieje się z wszystkimi książkami? Odeszły, Dumitru. Odeszły, jak ludzie lat wczorajszych. Lecz w przeciwieństwie do książek ludzie nie zostają zapomnieni. W każdym razie niekoniecznie.
I znów: co się dzieje, gdy dany człowiek nie pragnie pozostawić po sobie swoich sekretów?
Ale dość o tym teraz. Popatrz, freski się zmieniają. I oto inny człowiek... w każdym razie będziemy nazywać go człowiekiem. Gdyż, co dziwne, nie tylko kobieta i mężczyzna poczęli go. Popatrz tam... oto jego rodzic... ale co to jest? Wąż? Kret? I oto ten stwór wypuszcza jajo, które ten człowiek bierze w siebie. I teraz ta najszczęśliwsza osoba nie jest już człowiekiem, ale... czymś jeszcze. Ach, i spójrz, ona nie umiera, lecz wciąż idzie naprzód. Zawsze! Być może na zawsze.
Czy rozumiesz, Dumitru? Czy rozumiesz przesłanie tych malowideł? Tak, o ile tylko ta niezwykła istota nie zostanie uśmiercona przez jakiegoś brutalnego człowieka, który posiadł wiedzę. Lub nie umrze, co niekiedy się zdarza. Czemuż nie miałaby żyć wiecznie? Oprócz... ta istota jednakowoż czegoś potrzebuje. Nie może odżywiać się, jak zwykły człowiek lub raczej zna lepsze źródło pożywienia. Krew jest życiem... Czy znasz imię tej istoty, synu?
- Ja... ja wiem, jak nazywa się takich ludzi - odrzekł Dumitru, choć jakiemuś przypadkowemu obserwatorowi musiałoby się wydawać, że słowa te wypowiedziane są w pustą przestrzeń piwniczną. - Grecy nazywają ich "Vrykoulakas", jak wspomniałeś. Rosjanie - "Wieszczy", a my podróżnicy, Cyganie, my nazywamy ich "Moroi".
- Jest jeszcze inna nazwa - rzekł głos - z dalekiego lądu, poza czasem i przestrzenią. To nazwa, jakiej sami wobec siebie używają: wampiry.
Tu na chwilę, być może z abominacji, głos zamilkł.
- Powiedz mi teraz, Dumiitruuu: czy wiesz kim jestem? Och, wiem, jestem głosem, który słyszysz w swej głowie, ale jeżeli tylko nie jesteś szaleńcem, to głos musi przecież mieć swoje źródło. Czy odgadłeś moją tożsamość, Dumiitruuu? A może zawsze ją znałeś, co?
- To ty jesteś Starym Stworem! - Dumitru przełknął ślinę. W gardle czuł suchość. - Nieumarłym i nieumierającym patronem plemienia Zirrów. Nazywasz się Janosz, baron Ferenczy!
- Tak, możesz być wieśniakiem, ale nie jesteś głupcem - odpowiedział głos. - Zaprawdę jestem nim. A ty pozostajesz w mojej władzy. Ale najpierw pytanie: Czy żyje w grupie cygańskiej twojego ojca, Vasila Zirry, ktoś, kto ma trzy palce u rąk? Dziecko, chłopczyk urodzony niedawno, już po tym, jak byliście tutaj uprzednio? Lub może jakiś obcy, którego widzieliście na trasie wędrówki, kto chciał się do was przyłączyć?
Dziwne pytanie, można by pomyśleć, ale nie dla Dumitru. To była część legendy. Pewnego dnia przyjdzie człowiek z trzema palcami. Trzy szerokie, mocne palce i kciuk przy każdej dłoni. Urodzony w sposób naturalny, bez żadnej interwencji chirurgicznej. Niesprawiający swoim kalectwem groteskowego wrażenia.
- Nie - odrzekł natychmiast - nie nadszedł.
Nieomal dało się słyszeć niecierpliwe duchowe chrząknięcie. Cygan prawie widział gwałtowne wzruszenie szerokich potężnych ramion.
- Nie nadszedł - głos Ferenczyego powtórzył jego słowa. - Jeszcze nie nadszedł.
Lecz nastrój tej niewidocznej obecności był niestały: zmienił się w mgnieniu oka. Rozczarowanie przeszło w rezygnację.
- I tak właśnie czekam latami. Ale czymże jest czas dla wampira, co?
Dumitru nie odpowiedział. Przypatrując się wyblakłym freskom, doszedł do tej ich części, która przedstawiała szczególnie zatrważające sceny. Rysunki, niczym gobeliny, opowiadały historię w obrazach, ale te obrazy pochodziły wprost z sennego koszmaru. Na pierwszym czterech ludzi trzymało jakiegoś mężczyznę, każdy za jedną kończynę. Piąty oprawca w tureckich spodniach stał obok ze wzniesionym wysoko zakrzywionym mieczem. Szósty klęczał obok, z drewnianym młotkiem i ostrym drewnianym kołkiem. Na następnym rysunku ofiara była już bez głowy, a kołek przyszpilił tułów do ziemi. Wielki oślizgły robak, niczym ślimak bez skorupy albo wąż, wychynął z otwartej szyi, tak że ludzie dokoła odskoczyli w tył przerażeni. Na trzecim obrazie ludzie otoczyli rzecz kręgiem pochodni i palili ją. Obok, na stosie, płonęła głowa i ciało jej uprzedniego gospodarza. Przedostatnia scena okazywała księdza, jedną ręką kołyszącego kadzielnicę, drugą wsypującego popioły do urny. Przypuszczalnie był to rytuał egzorcyzmu, oczyszczenia. Lecz jeśli tak, to zupełnie nieskuteczny. Gdyż na obrazie ostatnim z tej samej urny ulatywał czarny nietoperz niczym Feniks z popiołów. Zaprawdę, to przecież znak Ferenczych.
- Tak - rzekł mrocznym głosem Janosz w głowie Dumitru. - Kiedy nadejdzie trzypalcy człowiek, prawdziwy syn moich synów, będę mógł uciec z jednego kielicha do następnego. Gdyż kielich kielichowi nierówny, Dumiitruuu, a niektóre z nich są kamienne...
W głowie młodzieńca zaczęło się znowu rozjaśniać. Kierowany swą wolą spostrzegł, że jego pochodnia dopala się na kamiennym trzymadle na ścianie, gdzie ją umieścił. Odpalił następną, falując nią przez chwilę, by wzmóc ogień. Zwilżając językiem suche wargi, prześlizgiwał wzrokiem po miriadach urn, zastanawiając się, w której znajdują się prochy jego prześladowcy. Jakże łatwo byłoby ją potrzaskać, rozrzucić pył, wsadzić pochodnię w sam środek tych wrażliwych szczątków i sprawdzić, czy spłoną po raz drugi.
Janosz momentalnie zarejestrował powrót woli Cygana do życia i odczytał groźbę w umyśle, którym władał.
- Nie tutaj Dumiitruuu, nie tutaj! Co? Chcesz, abym leżał wraz z tą całą hołotą? I czy możliwe, że słyszę u ciebie takie zdradzieckie myśli? Ale wszak inaczej nie byłbyś z tej krwi, nieprawdaż? Słusznie zrobiłeś, odpalając drugą pochodnię: lepiej nie pozwalaj płomieniowi zgasnąć, gdyż trafiłeś w niezwykle mroczne miejsce. Ponadto istnieje jeszcze rzecz czy dwie, które chcę ci pokazać, i będziemy do tego potrzebować światła. Patrz, na prawo masz pokój, mój synu. Wejdź w to sklepione przejście, jeśli łaska, i tam odnajdziesz mą prawdziwą kryjówkę.
Dumitru mógłby próbować walczyć z sobą... ale na próżno. Wampir władał jego umysłem z większą niż dotąd skutecznością. Zrobił, jak mu polecono. Wszedł sklepionym przejściem do pokoju, który zupełnie przypominałby pozostałe, gdyby nie jego wyposażenie. Nie dostrzegł tu półek z amforami ani fresków na ścianie. To miejsce miało raczej charakter mieszkania niż magazynu. Na ścianie wisiały ozdobne tkaniny, a podłogę tworzyły zielone kafle łączone zaprawą. Na środku mozaika mniejszych kafli układała się w profetyczny herb Ferenczyego. Obok masywnego kominka stał prastary stół z ciężkiego czarnego dębu.
Warstwa kurzu nie była tu cieńsza niż gdzie indziej, ale coś jednak wyróżniało to pomieszczenie. Na stole znajdowały się papiery, książki, koperty, rozmaite pieczęcie, pióra, kałamarze: nowoczesne rzeczy w porównaniu ze wszystkim, co Dumitru dotychczas tu widział. Rzeczy Ferenczych? Zakładał, że Stary jest martwy lub niemartwy, lecz wszystko wydawało się wskazywać inaczej.
- Nie - lepki wewnętrzny głos barona zaprzeczył - nie moje, lecz... powiedzmy mojego studenta. On studiował moje dzieła i nawet mógłby był odważyć się studiować mnie samego. Och, znał wystarczająco dobre słowa, jakimi się mnie wzywa, lecz nie wiedział, gdzie mnie szukać, ani nawet że w ogóle tutaj jestem! Lecz niestety już go nie ma. Najprawdopodobniej jego kości zdobią gdzieś ruiny na górze. Będę zachwycony, gdy odnajdę je któregoś dnia.
Podczas gdy głos Ferenczyego snuł te mroczne i niejasne wspomnienia, Dumitru Zirra zbliżył się do stołu. Leżały tam kopie listów, napisane w nieznanym mu języku. Mógł jednak odczytać daty sprzed pięćdziesięciu lat i coś niecoś z adresów i adresatów zamieszkujących odległe miasta. Był więc tam jakiś M. Raynaud z Paryża, niejaki Josef Nader z Pragi, pewien Colin Grieve z Edynburga, a także Joseph Curwen z Providence i jeszcze kilku innych z rozmaitych stron. Wszystkie te nazwiska i adresy, jak dowodził charakter pisma pokrywający zbrązowiałe kartki, zanotował jeden i ten sam człowiek: niejaki Hutchinson czy "Edw. H.".
Co zaś do książek to nic one Dumitru nie mówiły. Był wieśniakiem, i choć w czasie licznych podróży stykał się z rozmaitymi językami i dialektami, tytuły takie jak "Turba Philosophorum" Bacona "Thesaurus Chemikus" czy Trithemiusa "De Lapide Philosophico" nic dla niego nie znaczyły.
Ale w jednej z ksiąg, pomimo grubej pokrywy kurzu na jej stronicach, młodzieniec zobaczył rysunki, które jednak coś dla niego znaczyły, i to coś strasznego. Tam bowiem w najdrobniejszych i najdrażliwszych detalach ukazano tortury tak brutalne i okrutne, że nawet on - na wpół przecież zahipnotyzowany - przeraził się i cofnął. Wówczas jego wzrok przyciągnęły pozostałe rekwizyty: wielkie kajdany przytwierdzone do ścian ciężkimi łańcuchami, jakieś mocno skorodowane ostre narzędzia i kilka żelaznych koszy na ogień, wciąż jeszcze zawierających dawno wygasłe popioły.
- Dumiitruuu - śpiewał radośnie gulgoczący głos w jego głowie - powiedz mi teraz: czy byłeś kiedyś spragniony? Czy kiedykolwiek wędrowałeś po pustym, bez kropli wody, i czułeś, jak twoje gardło zamienia się w pulsujący wrzód, poprzez który ledwie możesz wciągnąć powietrze? No, może kiedyś zdarzyło się tak, że czułeś się suchy jak sól, co mogłoby pomóc ci zrozumieć choć odrobinę moją sytuację. Ach, gdybym tylko mógł opisać moje pragnienie, synu!
Ale dosyć. Jestem pewien, że dotarto do ciebie coś z mojej sztuki, mojego przestania, mocy i przeznaczenia oraz że wymagania kogoś takiego jak ja są nieskończenie ważniejsze niż jakiekolwiek kwestie normalnego życia i żywotów. I oto nadszedł czas, by zapoznać cię z końcową tajemnicą, poprzez którą obaj doznamy najbardziej wyszukanej ekstazy. Wielki komin. Dumiitruuu. Naprzód!
Cygan ujrzał masywnie zbudowany tunel, sczerniały od ognia, sklepiony łukowato i wykończony wielkim głazem na szczycie. Nie musiał się mocno pochylać, by wejść do środka. Zanim to zrobił, zapalił następną pochodnię, co Janosz Ferenczy potraktował jako kolejną oznakę zawahania.
- Szybko, teraz, Dumitru - nalegał okropny głos - moje pragnienie nie może czekać. Jest tak wielkie, że dłużej już tego nie zniosę.
Młodzieniec wszedł do kominka, podniósł pochodnię. Ponad nim wznosił się szeroki okopcony przewód kominowy, który łagodnie skręcał w stronę ściany. Oddalając na chwilę płomień, Cygan patrzył za jakimś światłem u góry, lecz panowała tam tylko ciemność. Pomyślał, że tunel musiał kilkakrotnie zakręcać i oczywiście mógł być przysypany ruinami.
Przybliżając na powrót żagiew, Dumitru dostrzegł żelazne szczeble na pochyłej tylnej ścianie. W dniach swej świetności komin z pewnością wymagał czyszczenia od czasu do czasu. A jednak... nie było tu takiego nagromadzenia sadzy, jakiego można by oczekiwać. Gdyby nie lekkie okopcenie, trudno by sądzić, że komin w ogóle był używany.
- Och, był używany, mój synu. - Wewnętrzny głos Janosza zacmokał lubieżnie. - Zobaczysz, zobaczysz. Ale najpierw usuń się troszeczkę. Zanim ty wstąpisz, inni muszą zstąpić. Moi mali ulubieńcy, mali przyjaciele...
Dumitru wcisnął się w boczną ścianę. Doszedł go łopot skrzydeł, gwałtownie potężniejący w grzmot. I oto nagle kolonia małych nietoperzy, których rozpędzone ciała przypominały pociski, wypadła z przewodu kominowego i rozproszyła się po podziemnych korytarzach. Wylatywały przez dłuższą chwilę, aż wreszcie na powrót zapadła cisza.
- Teraz do góry - powiedział Ferenczy, znowu zaciskając ucisk na umyśle swego niewolnika.
Szczeble były szerokie i płytkie, oddalone jeden od drugiego o kilkanaście centymetrów, mocno osadzone w zaprawie łączącej kamienie. Cygan zorientował się, iż trzymając pochodnię jedną ręką, może bez wielkiego wysiłku wspinać się. Po dziesięciu szczeblach komin zwężał się znacznie, a po następnej dziesiątce nachylił się jakieś czterdzieści pięć stopni, przechodząc tym samym w rodzaj ukośnego, pnącego się ku górze szybu. Na przestrzeni nie większej niż następnych kilka metrów szczeble znikały, a na ich miejsce pojawiły się płytkie schody. Następnie "podłoga" wyprostowała się zupełnie, a "sufit" schodził stopniowo do wysokości mniej więcej trzech metrów.
Dumitru znalazł się w wąskim, surowym, kamiennym i nieskończenie długim pasażu. Czuł narastające przerażenie, które w końcu sprawiło, że zatrzymał się. Dygocąc, zlany zimnym potem, z sercem łopoczącym w pułapce piersi jak schwytany ptak, z ubraniem klejącym się do ciała, młodzieniec skierował żagiew przed siebie. W cieniu, poza granicą pełnej jasności, błyszczała para żółtych, trójkątnych oczu - oczu zdziczałego wilka - zawieszonych nad ziemią i odbijających niespokojne światło pochodni. Spojrzenie wwiercało się w Dumitru.
- Mój stary przyjaciel, Dumiitruuu. - Głos Ferenczyego rozpełzł się po jego umyśle. - Podobnie jak Cyganie on i jego pobratymcy strzegą mnie od wielu lat. Każdy ciekawski wieśniak mógłby tu zawędrować, gdyby nie te moje wilki. Czy przestraszyły cię? Sądziłeś, że jest gdzieś pod lub za tobą, a on pokazuje się z przodu? Ale czyż nie widzisz, że tu jest moja kryjówka? I to jaka kryjówka, proszę, z jakim wejściem i wyjściem? Nie, jeśli pójdziesz tym pasażem wystarczająco długo, dotrzesz do dziury wychodzącej wprost na urwistą skałę. Tylko że... nikt nie będzie wymagał, abyś szedł tak daleko.
Głos nawet nie starał się już maskować groźby. Ferenczyemu nie można było odmówić konsekwencji. Jego uścisk na umyśle i woli spotężniał niczym lodowe okowy.
- Naprzód! - zimno rozkazał.
Wielki wilk obrócił się i dał susa w zupełną ciemność. Dumitru ruszył za nim niepewnym krokiem, a serce waliło mu tak, iż niemal mógł słyszeć krew grającą w uszach jak ocean w zwojach konchy. I nie był jednym, który mógł to słyszeć.
- Ach mój synu, mój synu. - Głos był jednym wielkim wołaniem niepohamowanej żądzy. - Twoje serce skacze jak jeleń na uwięzi. Jaka siła, jaka młodość! Czuję to! Ale cokolwiek wywołuje w tobie taką panikę, bądź pewien, że zbliża się do kresu, Dumiitruuu...
Pasaż poszerzył się. Po prawej stronie pojawiło się zagłębienie, rodzaj rowu wyciętego w solidnym podłożu skalnym, który pogłębiał się z każdym krokiem. Dumitru wystawił pochodnię poza krawędź i spojrzał w dół. A tam, w najgłębszej partii wykopu, ujrzał... brzeg i cienką szyjkę czarnej urny, na wpół zasypanej w ciemnej glebie. Brzeg urny - jak mroczna, pogardliwie wydęta buzia, z ustami, które w migoczącym świetle wydawały się to wysuwać, to ściągać odrażająco - znajdował się jakieś półtora metra poniżej poziomu ścieżki. Z drugiej strony czary podłoże wykopu podnosiło się. Wycięte w kształcie litery V jak śluza, opadało łagodnie w kierunku wyżłobienia przechodzącego w wąską rynienkę, która prowadziła wprost do otwartego pyska urny. Z drugiej strony litera V wznosiła się ku górze i ginęła w cieniu. Wyżłobienia i rynienka nad urną musiały dla każdego wyglądać jak kanał ściekowy. Zaciągnięte były zastygłą czarną warstwą płynu, który musiał tu przepływać.
Przez kilka długich chwil Dumitru stał, dygocąc, głęboko wciągając powietrze. Nie całkiem rozumiał, ale czuł każdą cząstką swojego jestestwa, że jest to ucieleśnienie zła. Oblepiał go zimny, oślizgły pot, a ciałem wstrząsały dreszcze przerażenia. Tymczasem słowa prześladowcy pojawiły się znowu w jego zbłąkanym umyśle.
- Naprzód, mój synu - naglił straszny głos. - Jeszcze krok czy dwa, Dumiitruuu, i wszystko stanie się jasne. Ale ostrożnie, ostrożnie - nie wolno ci omdlewać ani spaść ze ścieżki, cokolwiek byś robił!
Jeszcze dwa kroki i przerażony młodzieniec ujrzał miejsce, gdzie wykop się kończył: czarny prostokąt niczym otwarty grób. A kiedy blask padł do środka, objawiła cię cała makabryczna zawartość. Ostre kły zardzewiałego żelaza wypełniały tę końcową lukę od boku do boku, od końca do końca. Co najmniej trzy tuziny. W jednej chwili Dumitru pojął ich przeznaczenie i okropny plan Ferenczyego.
- Och? Cha, cha, cha! - zatrważający śmiech wypełnił umysł Dumitru. - A więc ostatecznie jest to bitwa woli, nieprawdaż, mój synu?
Wola Dumitru stwardniała. Walczył o władzę nad własnym umysłem, nad swymi młodymi, silnymi mięśniami.
- Ja... nie... zabiję się dla ciebie... Stary Diable! - wydyszał.
- Oczywiście, że nie, Dumiitruuu. Nawet ja nie mogę cię do tego zmusić, nie wbrew twej woli. Widzisz, czarnoksięstwo też ma swoje granice. Nie, nie zabijesz się, mój synu. Ja to zrobię. A prawdę powiedziawszy... już to zrobiłem.
Młodzieniec poczuł nagle przypływ siły, jego umysł uwolnił się wreszcie z jarzma. Zwilżył wargi, a oczy, wyzwolone, gorączkowo patrzyły to w tę, to w tamtą stronę. Chciał uciekać. Z przodu czekał jednak wilk. A z tyłu...
A z tyłu nadeszła fala powietrza jak wiatr poruszony miriadami skrzydeł. Nadleciały nietoperze.
Miażdżące poczucie klaustrofobii spadło na Dumitru. Nawet bez nietoperzy, których powrót wydawał się nieunikniony, i tak wiedział, że nigdy nie znalazłby w sobie tyle odwagi, by powrócić fałszywym przewodem kominowym, podążać śladem własnych stóp przez podziemia zamku z ich cmentarnym łupem, a następnie wspinać się kamieniami, zwielokrotniając każdy dźwięk klatką schodową. Nie, była tylko jedna droga: naprzód, cokolwiek go tam czekało. Dumitru rzucił się wzdłuż kamiennego występu, który od razu ugiął się pod jego ciężarem.
- Ahaaa - rozległ się potworny, triumfujący głos w jego głowie. - Nawet wielki wilk waży mniej niż dorosły mężczyzna, Dumitru.
Naprzeciw nabitego ćwiekami grobowca, występ skalny i ściana, na której się opierał uchylił się o dziewięćdziesiąt stopni, rzucając Cygana na sterczące pręty. Przeraźliwy krzyk nagłego rozbłysku świadomości i śmiertelnego lęku urwał się raptownie, skoro tylko zardzewiałe żelazo wraziło się w czaszkę, kręgosłup, ale nie w serce. Ono zaś ciągle drżało, nie przestawało pompować krwi, a właściwie wypompowywać jej przez rozliczne rozdarcia podziurawionego, skręconego ciała.
- Czy nie mówiłem, że to będzie ekstaza, Dumiitruuu? Czy nie mówiłem, że cię zabiję? - Napawający się zwycięstwem głos potwora towarzyszył agonii młodzieńca. Była to już ostatnia męczarnia zadana przez Ferenczyego, ostatnie jego naigrawanie się, gdyż Dumitru już nie mógł go słyszeć.
Ale Janosz nie czuł się rozczarowany. To, co teraz miało nastąpić, było dalece ważniejsze - zaspokojenie, jakże długiego, dokuczliwego pragnienia. Przynajmniej do następnego razu.
Krew spływała w dół kanału, tryskała z rynienki, z pluskiem wpadała w paszczę urny i nawilgacała to, co znajdowało się wewnątrz. Prastare popioły, sole, chemiczne składniki jakiegoś człowieka, potwora - wchłaniały ją, musowały, pulsowały, tliły się i dymiły. Wydobywały się z lubieżnego pyska urny.
Po chwili pojawił się stary wilk. Pogardliwie przeszedł pod szemrzącym, falującym sufitem nietoperzy, ostrożnie stawiał nogi na zapadni, która wróciła już na swoje miejsce.
Wreszcie przystanął i dłuższy moment spoglądał na ucichła już czarę.
Zaskowytał nisko z głębi gardła do dołu, na wyżłobioną płytę. Następnie, prześlizgnąwszy się pomiędzy kolcami, dotarł do pustego miejsca na początku wykopu. Wówczas obrócił się i zaczął uwalniać ciało Dumitru z kolców, podciągając po kawałeczku zakrwawione szczątki.
Kiedy skończył, wyskoczył z dołu, który nie był tutaj głęboki, i wyciągnął ciało. Zwlókł je do Miejsca Wielu Kości, gdzie mógł najeść się do syta. Dopełniał wielowiekowego rytuału. Robił to już przy kilku poprzednich okazjach.
A podobnie przed nim jego ojciec. I jego...