Neida i zemsta bogów - Leszek Machała

-
Proszę czekać

? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2018

? Copyright by Leszek Machała, 2018

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden fragment tekstu nie może być publikowany

ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy lub autora.

 

Projekt okładki i skład: Aleksandra Mikołajko, Wojciech Ławski

Redakcja: Monika Wójtowicz

Korekta: Iwona Huchla, Bożena Dembińska, Maria Zając

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad

 

 

 

Książka wydana

w Systemie Wydawniczym Fortunet?

www.fortunet.eu

 

 

 

ISBN: 978-83-7856-957-2

 

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

...dedykuję Sabince

NEIDA

Biegła co tchu na oślep, nie bacząc na ciernie dotkliwie raniące jej ciało. Jej smukła sylwetka chyżo przemknęła przez chruśniak, ale wnet zatrzymało ją gęstowie tarniny i głogu. Dziewczyna z niepokojem spojrzała na kolce krzaków, bo odziana była w kusą, choć grubą zamszową sukienkę. Na szczęście miała wzute wysokie pod kolana skórzane buty, które częściowo chroniły jej nogi. Dłonią otarła krople potu z twarzy, a jej długie słomkowej barwy włosy kleiły się do spoconych ramion. Łypnęła wzrokiem na prawo i lewo z nadzieją, że dojrzy jakiś prześwit, lecz na próżno! Dobiegające ją zza pleców odgłosy pościgu nie pozostawiały wyboru. Przedzierała się więc przez kolczaste chaszcze, wyrywając się pędom jeżyn, próbującym spętać jej nogi. Wreszcie z największym trudem, niemiłosiernie podrapana, przebrnęła przez gęstwinę i stanęła na skraju uroczyska. Las Wisielców zaciekle bronił swoich tajemnic i nikt o zdrowych zmysłach tam się nie zapuszczał. Grasujące w nim krwiożercze potwory i górujące nad okolicą dziwaczne drzewa z gałęziami w kształcie powykręcanych kościstych rąk i z sierpowatymi kolcami jak szpony skutecznie odstraszały intruzów. Teraz jednak nie było nic gorszego niż jej prześladowcy. Zewsząd słyszała nieludzkie odgłosy kreatur poganiających rżące z przerażenia konie, a co jakiś czas wyławiała głos, który zdecydowanie wyróżniał się spośród innych i powodował, że jej gardło ściskał mimowolny skurcz. Budzące grozę pomruki potężnych Gorenów odbierały jej nadzieję...

Dziewczę nie miało chwili do stracenia, więc lawirując między drzewami, wpierw biegła brzegiem stromego jaru, a później pomknęła co żywo pofałdowanym pagórkami terenem. Powietrze niosło nie tylko woń igliwia i żywicy, ale jeszcze czegoś nieokreślonego, aczkolwiek podświadomie budzącego najpierw strach, a potem grozę. Zwolniła. Z każdym krokiem słabł zapach lasu, nasilał się zaś jakiś mdlący odór, natarczywie wciskając się do nosa i gardła. Dziewczyna dłonią zakryła usta i na chwilę wstrzymała oddech, gdy nagle dotarła do niej prawda! To był fetor śmierci! W jednej chwili poczuła, jak na plecach wzdłuż kręgosłupa przebiega mrowie lodowatych ciarek.

Rozdygotana, ruszyła przed siebie, ale zdołała postawić zaledwie kilka kroków, gdy stanęła jakby rażona piorunem, bo nieopodal na rozcapierzonych konarach pokracznego drzewa, poruszane wiatrem, dyndały zwłoki wisielców. Kilku powieszonych za szyję, a inni, przywiązani za nogi, zwisali głowami w dół. Dziewczyna poczuła mdłości, a żołądek się skręcał i podchodził jej do gardła. Była bliska omdlenia. Stała sparaliżowana strachem, prawie nie oddychając, gdy wtem dostrzegła, jak poruszyły się palce u dłoni zwisającego nieszczęśnika. Miał straszliwe rany na piersi, widać cięte jakimiś potężnymi pazurami, ale jeszcze dychał. Nadludzkim wysiłkiem zebrał w sobie resztki sił i wybałuszając oczy, zniekształconym charczącym głosem wykrzyknął: "Uciekaj!!!". Po czym wyzionął ducha. Jego krzyk poderwał w powietrze tysiące much, żerujących na nieboszczykach. Momentalnie utworzyły zmiennokształtną chmurę, która zmierzała w stronę dziewczyny, i to ją otrzeźwiło! W sekundzie rzuciła się do ucieczki. Gnała co sił w nogach, a strach dodawał jej skrzydeł. Nawet nie wiedziała, jak długo biegła, i dopiero gdy zmęczenie odebrało jej oddech, zatrzymała się.

Dziewczyna przykucnęła, by złapać powietrze. W piersiach czuła ból powodujący, że oddychała z trudem. Rozejrzawszy się wkoło, dostrzegła przepotężne drzewo otoczone jakimiś zmutowanymi krzaczyskami. "To dobra kryjówka" – przebiegło jej przez myśl, więc przedarła się przez gęstowie i usiadła, opierając się o pień.

"Odpocznę tylko chwilkę" – pomyślała, odgarniając zmierzwione włosy, ale zatrzymała rękę wpół ruchu, bo pomiędzy drzewami zamajaczyła sylwetka jednego z jej prześladowców. Goren zbliżał się powoli, wypatrując pozostawionych przez nią śladów. Zatrzymał się na moment i lustrował otoczenie. Nastała cisza, która budziła jeszcze większy lęk i powodowała, że ciało dziewczyny, przed chwilą dygocące ze strachu i zmęczenia, teraz wyprężone przez każdy mięsień, zamarło w bezruchu. Makabryczny widok rozrywanych ciał współplemieńców, którzy próbowali nierównej walki z potężnymi Gorenami, błyskawicznie przemknął przed jej oczami.

A potem widok najstraszniejszy. Nigdy nie będzie mogła go zapomnieć...

– Już po mnie! – szepnęła, przylgnąwszy do pnia. Nie myślała teraz o tym koszmarnym miejscu i nie chciała pamiętać o mrożących krew w żyłach opowieściach związanych z Lasem Wisielców. Kora raniła jej twarz, ale ona się łudziła, że im mocniej przyciśnie się do drzewa, tym będzie mniej widoczna dla prześladowcy. Na szczęście potwór zawrócił, a słabnący odgłos trzaskających gałęzi upewnił ją, że Goren odszedł.

Nagle po okolicy przetoczył się potężny podmuch wiatru. Karykaturalne drzewa groźnie wymachiwały gałęziami uzbrojonymi w kolczaste pazury. Wydawało jej się, że drzewa zewsząd zaczęły ją otaczać. Były coraz bliżej i bliżej.

"To złudzenie!" – pomyślała. Była skrajnie zmęczona i zapewne stąd te przywidzenia, choć do końca nie była tego pewna, bo przecież ten las to miejsce przeklęte! Przylgnęła jeszcze mocniej do pnia i zamknęła oczy.

"To tylko złudzenie... to tylko wiatr" – powtarzała w duchu.

Po chwili wietrzysko zelżało, a potem ucichło na dobre. Odetchnęła z ulgą i powoli uniosła powieki. Splątane gałęzie złowrogo jeżyły kolce, jednak poprzez gęstwinę dostrzegła zbliżającego się jeźdźca. Ohydna, pomarszczona postać uważnie się rozglądała wkoło, a jej szkaradny wygląd wzbudzał strach i odrazę.

"Oby mnie nie zauważył!" – modliła się w myślach, próbując uspokoić oddech. Serce podeszło jej do gardła. Zdawała sobie sprawę, że teraz nie ma już wyboru i może jedynie czekać, wierząc w łaskawość losu. Gdyby spanikowała i rzuciła się do ucieczki, nie miałaby żadnych szans na przeżycie. Na szczęście jadąca na koniu kreatura zniknęła za drzewami. Na moment umilkły wszelkie odgłosy i w jej sercu pojawił się cień nadziei. Jednak infantylna wiara w uśmiech losu prysła w sekundzie, bo w zaroślach ponownie zamajaczyła sylwetka Gorena, który w skupieniu szukał jej śladów. Na szczęście twardy skalisty w tym rejonie grunt był sprzymierzeńcem dziewczyny. Sfrustrowany Goren odwrócił się i już odchodził, gdy nagle coś przykuło jego uwagę. Ryknął triumfalnie, a po chwili podobne głosy mu zawtórowały.

"Nie! On je tu woła!" – przebiegło jej przez myśl.

Istotnie, niebawem zjawiło się kilku rzezimieszków, ale pojedynczo dołączali następni. Goren podniósł z ziemi jakiś przedmiot. Dziewczę wytężyło wzrok.

– To niemożliwe! – szepnęła, prawie łkając. Odruchowo przyłożyła dłoń do szyi, tylko przez ułamek sekundy licząc na cud. Niestety dostrzegła, jak jej naszyjnik zadyndał, zwisając z palców oprycha. Hałastra wiwatowała. Teraz prześladowcy byli już pewni, że dziewczyna jest gdzieś w pobliżu, więc rozpierzchli się, zapamiętale szukając jej wśród drzew i krzewów.

Nagle zobaczyła bestię zaledwie kilka metrów od siebie! Gdyby nie to, że strach całkowicie ją sparaliżował, z pewnością krzyknęłaby z przerażenia, bo trudno sobie wyobrazić coś bardziej ohydnego niż postać, która przed nią stała. Poprzez galaretowate, oblepione śluzem ciało Gorena widziała ścięgna i płynącą w żyłach kobaltowej barwy ciecz. Tylko w wyłupiastych oczach żyłki miały intensywny bordowy kolor, co potęgowało jego koszmarny wygląd.

Goren próbował przebić wzrokiem gęstwinę, ale sterczące kolce drzewa wyraźnie mu w tym przeszkadzały.

Niedawno dziewczyna stała twarzą w twarz z takim potworem... Cudem uniknęła śmierci, lecz straciła wszystkich, których kochała. W jednej chwili jej strach zamienił się w taką wściekłość, że z trudem się powstrzymała, by nie rzucić się na zabójcę z kurczowo ściskanym w ręce sztyletem. Mając przed oczami twarze zamordowanych rodaków, byłaby zdolna zanurzyć ostrze sztyletu w trzewiach rzezimieszka, ale przypomniała sobie słowa Airona: "Jesteś ostatnią nadzieją Żyjących! Pamiętaj o tym!!!".

"Nie mogę ich zawieść!" – pomyślała. "Nie mogę dopuścić, by ich poświęcenie poszło na marne". Stopniowo rozsądek powracał, a widok ohydy na nowo wzbudził w niej niepohamowany strach.

Dziewczyna wstrzymała oddech, lecz jej serce szaleńczo pompowało krew i dudniło tak mocno, iż obawiała się, że bestia to usłyszy. Panikowała. Z trudem, ale wreszcie dotarło to do niej, więc starała się za wszelką cenę uspokoić. Pamiętała, że Goreny mają doskonały wzrok i potrafią dostrzec nawet najmniejszy ruch. Zamarła. Prześladowca sapał przerażająco i im bardziej wytężał wzrok, tym szybciej w jego ślepiach pulsowała bordowa ciecz. Oczy potwora systematycznie i bardzo powoli przeszukiwały gęstwinę. Dziewczyna dokładnie widziała zębiska, które sprawiały wrażenie odlanych z metalu. Skupiła wzrok właśnie na jego osobliwych zębach, wyglądających tak groźnie, że strach odebrał jej oddech. Nie mogła wykonać nawet najmniejszego ruchu, a jej nienaturalnie rozszerzone oczy nawet nie drgnęły.

Dziewczę miało wrażenie, że potwór patrzy wprost na nią! Jego upiorne ślepia próbowały przeniknąć kolczastą plątaninę i każda niemiłosiernie dłużąca się sekunda potęgowała zwątpienie i strach. Jednak niespodziewanie Goren się odwrócił i wodząc wzrokiem dokoła, odszedł.

Dopiero po chwili dziewczyna uświadomiła sobie, że przez ten czas w ogóle nie oddychała! Pozbawiony tlenu organizm szalał nienaturalnie szybkim pulsem. Łapczywie wciągała powietrze, gdy wtem wydała z siebie jakiś niekontrolowany, świszczący dźwięk. Goren zapewne to usłyszał, bo stanął w bezruchu i nasłuchiwał. Dopiero co kiełkująca w jej sercu nadzieja prysła niczym mydlana bańka. Dziewczyna dłonią zakryła usta i wstrzymała oddech, zrozumiawszy, że ten błąd może przepłacić życiem...

"Jednak zawiodłam... Zawiodłam wszystkich!" – kotłowało jej się w głowie. Czyżby tutaj miała się zakończyć jej ucieczka i w tym parszywym lesie miała umrzeć nadzieja dla wszystkich żyjących istot? W jej głowie zalęgły się czarne myśli i maltretowały ją koszmarnymi wizjami.

Na jej szczęście potwór doszedł do wniosku, że się przesłyszał, i odszedł przeszukiwać dalsze zarośla. Obserwowała go czujnie, oddychając płytko, by znów nie rozbrzmiał jakiś niekontrolowany dźwięk.

Odgłosy prześladowców powoli oddalały się i cichły.

Nareszcie odetchnęła pełną piersią. Kurczowo zaciśnięte na sztylecie palce zesztywniały tak, że z trudem mogła je rozprostować, a sparaliżowane ze strachu ciało pomału nabierało życia, choć z każdą chwilą dziewczę trzęsło się coraz bardziej. Nie dość, że zdana tylko na siebie uciekała przed zgrają plugawych potworów, to jeszcze traumatyczne przeżycia dręczyły ją koszmarnymi obrazami. Dziewczyna załkała i zaszkliły się jej oczy. Nie była w stanie nawet się podnieść, bo potworne zmęczenie pozbawiło ją sił. Poobdzierane kolana piekły niemiłosiernie, a w jej ramieniu tkwił pokaźnych rozmiarów kolec. Zamknęła oczy i syknąwszy przez zaciśnięte zęby, jednym szarpnięciem go wyciągnęła. Wyczerpanie mocno dawało się jej we znaki i zrozumiała, że musi odpocząć, gdyż w tym stanie nie uciekłaby swoim prześladowcom zbyt daleko.

Wiatr rozwiał ciszę, a szelest gałęzi starego drzewa koił jej skołatane serce i rozdartą duszę. Siedziała oparta o pień w jakimś nienaturalnym półśnie i poczuła, jak ogarnia ją błogie odprężenie. Gdzieś jakby z daleka docierał do niej tajemniczy szum wiatru, szepczący jej imię...

– Neida... Neida... – słyszała wyraźnie, ale się nie bała, bo subtelny głos brzmiał niczym kołysanka. Był kojący, melodyjny, usypiający...

Magiczny sen przyniósł dziewczynie obrazy z odległej przeszłości, kiedy to jako dziecię uganiała się za motylami po feerycznych łąkach. Czuła zapach kwiecia i dzikich ziół. Słyszała pobrzękiwanie pszczół i cykania świerszczy. Zostawiając świadomość gdzieś daleko, ochoczo zanurzyła się w sennym marzeniu.

 

Nie miała pojęcia, jak długo trwała w tym stanie. Zasnęła, choć zdawała sobie sprawę, że było to dość zagadkowe. Czyżby trafiła do maleńkiej ezoterycznej oazy otoczonej uroczyskiem zła? Czy gdzieś tutaj życzliwa jej istota roztacza czary, aby ją uratować? Pamiętała, jak była przerażona i rozdygotana... i nagle ten dziwny szum i te dziwne szepty...

Najważniejsze jednak, że czuła się teraz wypoczęta i wróciły jej siły.

"To było urocze" – pomyślała. Uśmiechnęła się i zamknęła oczy, by choć na moment przywołać kolorowe obrazy z krainy snu. Nagle się ocknęła. Starała się zebrać myśli i wszystko sobie przypomnieć. Zerwała się na równe nogi i rozejrzała, upewniając się, że nie ma jej prześladowców. Wkoło panowała zupełna cisza. Jeszcze przez jakiś czas nasłuchiwała, po czym odwróciła się i z wdzięcznością pogłaskała stare drzewo.

– Nieważne, czy jesteś zwykłym drzewem, czy nie – szepnęła. – Ale z pewnością zawdzięczam życie tobie albo jakiejś istocie, która tutaj gdzieś się ukrywa. – Wytężyła wzrok, ale nie zauważyła niczego niezwykłego.

Neida słyszała o dawnych dziejach, kiedy leśne duchy mieszkały w pniach drzew i czasem pomagały ludziom. Ale teraz? Czy to możliwe, że tu, w Lesie Wisielców, ktoś jej sprzyjał? Przecież w tym miejscu żyją straszliwe potwory i czają się złe moce! Rozejrzała się uważnie. Rosnące obok drzewa nie wyglądały tak majestatycznie jak to, pod którym się schroniła. Tamte były pokraczne, koszmarne i złowrogie.

Nagle coś przeraźliwie zaskrzypiało, a powietrze stawało się ciężkie i wkoło robiło się jakoś ciemniej. Neida zrozumiała, że musi stąd jak najszybciej uciekać.

– Kimkolwiek jesteś, jeszcze raz dziękuję! – szepnęła do swojego wybawcy i żwawo ruszyła przed siebie, starając się iść szybko, ale najciszej, jak to było możliwe.

Nie minął kwadrans, gdy do jej uszu począł docierać szum, który w sekundzie zwielokrotnił pragnienie w suchym na wiór gardle. Przystanęła, zamieniając się w słuch. Tak! To był szum spadającej wody! Z entuzjazmem rzuciła się przed siebie i biegła rączo, mijając drzewa, skupiska dziwacznych fioletowych paproci i obrośnięte rudym mchem kamienie, aż zatrzymała się przed skalistym wzniesieniem. Z góry spadała woda i rozbryzgując się na potężnych głazach, kaskadami spływała po stromiźnie. Niżej łagodniała, tworząc meandryczny strumień, który niczym srebrzysty wąż sunął w leśne ostępy. Dopadła wody. Zanurzyła dłonie w zimnym bystrzu, nachyliła się i piła łapczywie, nie zważając na włosy, które targał nurt, i dopiero brak tchu oderwał ją od potoku. Nie mogła uwierzyć, że zwykła woda może wywołać u człowieka taką euforię! Mimo że ugasiła pragnienie, to jakby na zapas zrobiła jeszcze kilka łyków, po czym ruszyła w dół brzegiem ruczaju, ostrożnie stawiając stopy na kamiennym rumowisku.

Z czasem las stawał się gęstszy i coraz bardziej dziwaczny. Tajemniczy półmrok potęgował wrażenie niesamowitych kształtów, a na domiar złego wkoło dało się słyszeć niepokojące szepty i trzaski. Coś przemknęło tuż obok i dziewczę, nasłuchując, stanęło na chwilkę. Nic, cisza... Ale zdążyła postawić zaledwie kilka kroków, gdy wszystko zaczęło się od nowa. Ktoś lub coś podążało za nią. Podświadomie czuła zbliżające się zło, a lodowaty oddech tajemniczej istoty tysiącami dreszczy przeszył jej ciało.

Stanęła ponownie i nasłuchiwała. Nic, tylko ta przerażająca cisza... Ruszyła żwawiej naprzód, choć nie miała żadnych wątpliwości, że jest obserwowana. Poczęła biec najszybciej, jak umiała. Gałęzie niemiłosiernie chłostały jej ciało, ale pomimo bólu gnała przed siebie, aż do utraty tchu. Z trudem łapała powietrze, więc zwolniła, ale mimo wszystko truchtała dalej do chwili, gdy pod żebrami poczuła przeszywającą kolkę. Stanęła i ciężko oddychając, uważnie się rozejrzała. Choć nikogo nie dostrzegła, to wiedziała, że nie zgubiła swojego prześladowcy.

Nie mogła już dalej uciekać i zrozumiała, że musi stanąć naprzeciw złu i z nim walczyć. Wyciągnęła sztylet i czekała. Coś straszliwego zataczało coraz ciaśniejsze kręgi, sukcesywnie się do niej zbliżając. Nie widziała dokładnie, co to jest, choć chwilami, poprzez gęstwinę, dostrzegała sylwetkę czegoś upiornego. Wytężyła wzrok, próbując za wszelką cenę dojrzeć swojego przeciwnika, lecz ten znów zniknął, jakby zapadł się pod ziemię. Zdawała sobie sprawę, że upiór się nią bawił i delektował się jej strachem. To ją zirytowało i pobudziło do działania. Postanowiła więc, że będzie walczyć do końca. Pomyślała, że jeśli zginie, to przynajmniej w walce. Zamarła w bezruchu, by maksymalnie wytężyć zmysły, ale jej serce dudniło jak oszalałe, a pulsująca krew rozsadzała skronie. Zacisnęła mocniej dłoń na sztylecie, próbując dodać sobie odwagi. Po chwili upiór ponownie zamajaczył w oddali. Nagle tuż za sobą dziewczyna usłyszała podejrzany szmer i nie zdążyła się nawet obejrzeć, gdy wtem coś błyskawicznie owinęło się wokół jej nogi. Runęła na ziemię, a oślizgła czarna macka ciągnęła ją jak zabawkę. W momencie dostrzegła na wpół wystające z moczarów cielsko, a rząd potężnych zębów nie pozostawiał wątpliwości. Z całych sił uderzała sztyletem, próbując uwolnić się z potwornego uścisku. Jedno uderzenie okazało się być skuteczne, bo rozległ się przeraźliwy ryk. Neida rzuciła się do ucieczki, ale zrobiła zaledwie kilka susów, gdy następna macka ścięła ją z nóg. Tym razem sztylet wypadł jej z dłoni, czyniąc ją bezbronną. Dziewczę rozpaczliwie chwytało się krzaków i wystających korzeni, lecz nie mogło wygrać z ogromną siłą przeciwnika. Potwór zaciskał mackę tak mocno, że dziewczyna z bólu traciła przytomność. Jak przez mgłę widziała zbliżającą się paszczę i haczykowate zębiska. Krzyknęła w trwodze i mimo że słabła z każdą sekundą, to zawzięcie walczyła, by wydostać się ze stalowego uścisku.

W jednej chwili sytuacja zmieniła się diametralnie. Rozległy się nieopisane, przeraźliwe odgłosy i Neida nagle została uwolniona. Dygotała na całym ciele i łapczywie chwytała powietrze. Po chwili zrozumiała, co się wydarzyło. To śledzący ją upiór, nie mogąc pogodzić się z utratą zdobyczy, rzucił się na moczarowego potwora. Splecione giganty zadawały sobie wzajemnie potężne ciosy, wydając przy tym mrożące krew w żyłach odgłosy. Dziewczyna z trudem się podniosła, ale spostrzegłszy szansę, szybko odzyskała siły i rzuciła się do ucieczki. Biegła na oślep, instynktownie omijając przeszkody, ale nagle się zatrzymała. Coś pozazmysłowo nią kierowało i zmusiło ją, by wróciła po sztylet. Na szczęście potwory jeszcze walczyły ze sobą, więc odnalazłszy broń, Neida pobiegła przed siebie, zostawiając w tyle słabnące odgłosy walczących.

Las stawał się coraz rzadszy, a przedzierające się poprzez korony drzew światło ujawniało sylwetki przedziwnych stworów, które skacząc z drzewa na drzewo, podążały za dziewczyną. Jednak widać było, że to istoty ze świata cieni, bo obiegały oświetlone miejsca, a Neida właśnie tam się kierowała. To ją uratowało. Zostały już tylko pojedyncze drzewa i krzaki. Tajemnicze istoty i potwory z Lasu Wisielców musiały pozostać w jego mroku. Dziewczyna dotarła wreszcie do Bagien Szkieletów, lecz nie czuła wielkiej ulgi. Wszyscy bowiem wiedzieli, że Las Wisielców jest niczym w porównaniu z tymi bagnami.

LABIRYNT GROZY

Kiedy Goreny i inne kreatury powróciły bez Neidy, najważniejszy z kapłanów Świątyni Czeluści z wściekłości cisnął kosturem w kształcie węża o podłogę, rzucając przy tym jakieś zaklęcia.

– Masz ją odnaleźć... i unieszkodliwić. Masz jej wstrzyknąć tyle jadu, aby straciła przytomność, ale jej nie zabić! Chcę ją mieć żywą! Zrozumiałeś?! Chyba że nie będzie już wyboru... Tylko w ostateczności, kiedy nie będzie szans, aby ją tutaj sprowadzić – zabij ją!

Leżący na posadzce przedmiot z każdą chwilą nabierał życia. Najpierw powoli pełznął w kierunku okna, a później, rozpostarłszy postrzępione skrzydła, zatoczył w świątyni koło, upewniając się, że nie ma więcej rozkazów. Skrzydlaty wąż z przeraźliwie żółto świecącymi oczami syknął jeszcze złowrogo i zniknął za oknem.

– Musimy ją odnaleźć – szepnął sam do siebie Nemasus, Pierwszy z kapłanów.

Był mężczyzną słusznego wzrostu, szczupłym i lekko przygarbionym, a jego fizjonomię kreśliły ostre rysy i bardziej niż wydatny, sępi nos. Był łysy jak kolano, lico pociągłe bez krzty zarostu. Ubrany, jak pozostali kapłani, w osobliwą togę ze spiczastą kapuzą, z tą różnicą, że jego była czarna, a ich ciemnomodre. Wiedzę na temat nieziemskiej mocy czerpał z Czarnej Księgi wydobytej po ponad sześciuset latach z Labiryntu Grozy. Ów labirynt rozciągał się niezliczonymi tunelami pod ciemniami świątyni. Księga przekazywała moc, która narodziła się w momencie powstawania życia we wszechświecie. Było to mroczne przeciwieństwo życia, antyżycie, moc pochłaniająca energię każdej jego formy. Ta moc zwała się Maraa i mamiła swoich Wyznawców perspektywą panowania nad światem, obiecując formę istnienia doskonałego i wiecznego. W rzeczywistości wysysała z nich życie, pozostawiając tylko powłoki, które już nie żyły, ale istniały, by Maraa mogła realizować swoje dzieło. Ciemna Moc nie była jeszcze istotą materialną, ale była świadomością. Żywiła się śmiercią każdej formy życia, nawet najmniejszej. Moc życia była osobliwym pokarmem dla Maraa, a w czasach gdy ludzie toczyli ze sobą wojny, urosła w siłę tak wielką, że zapragnęła opanować wszystko, co istniało. Wówczas to nauczyła się tworzyć Goreny. Kiedy pokonywała prabóstwa, nieziemska moc przekształcała je w te ohydne potwory. Już w dawnych czasach ludzie walczyli z Wyznawcami Maraa i ich pokonali, lecz wtedy pomagali im starzy bogowie, którzy teraz już prawie nie istnieli.

– Dlaczego jej nie widzę?! – zżymał się Nemasus, patrząc w Kryształ Przymierza umożliwiający mu podglądanie ludzi i innych Żyjących. – Coś potężnego ją chroni... Ale co?! – Chwilami po jego twarzy przebiegały drgawki, co świadczyło o ogarniającej go furii. – Czy ktoś się domyśla, co może ją chronić? – Powiódł oczami po ciżbie.

Nie było jednak chętnych.

Ponura świątynia zamarła na chwilę i tylko syczące pochodnie łamały ciszę, emitując drgające światło, które uplastyczniało diaboliczne rzeźby i infernalne motywy osobliwej budowli. Wiadomo było, że Pierwszemu z kapłanów lepiej się nie narażać, kiedy jest tak zirytowany. Wszyscy doskonale wiedzieli, że Nemasus jest nieobliczalny, mściwy, a przede wszystkim ma predylekcję do brutalności i okrucieństwa. Indywiduum o labilnej i psychopatycznej osobowości. Przy tym był cyniczny, szyderczy i podstępny.

– Dlaczego wszystko jest na mojej głowie?! – Pierwszy łypnął wzrokiem na struchlałych Wyznawców.

Teatralnie podszedł do wyciosanego w grafitowej skale ołtarza. Wykute w nim zagadkowe znaki rozpłynęły się, tworząc tajemniczą przestrzeń. Jakaś potężna energia wprawiła w ruch pokryte symbolami Maraa nieziemskie elementy. Znaki rozpadły się na drobiny, tworząc poruszające się gwiazdy i galaktyki, a przestrzeń za ołtarzem dawała wrażenie nieskończoności. Nemasus wszedł w tę przestrzeń, a Kryształ Przymierza uniósł się w powietrzu, odbierając moc spoza zaświatów.

Kapłan w krysztale mógł widzieć prawie wszystko. Prawie, bo moc starych bóstw była dostatecznie duża, by przeciwstawić się jego sile, a dzięki temu pozostałe przy życiu praduchy mogły się ukrywać. Także wyznawcy starej magii skutecznie się bronili przed wzrokiem Nemasusa. Ale przecież to była nastolatka, która nie znała magii ani nawet jakichś marnych czarów!

– Muszę mieć więcej mocy! Więcej mocy! Do mnie, wszyscy do mnie! – krzyczał jak opętany Nemasus.

Kapłani podeszli bliżej otwartej przestrzeni, jednak nikt oprócz Pierwszego nie odważyłby się w nią wejść. Zebrani wpatrywali się w Kryształ Przymierza i jak w amoku powtarzali:

– Maraa, Maraa...

Tłum falował, sławiąc imię Ciemnej Mocy.

– Maraa!

Kryształ ciemniał coraz bardziej, aż zaczęła się unosić brunatna mgła, która powoli otaczała ciżbę. Kapłani padli na kolana. Nieziemska moc najwyraźniej syciła Wyznawców jakąś narkotyzującą energią, bo ci wpadli w trans, krzycząc jeszcze głośniej:

– Maraa! Maraa!

Rytualne jednostajne ruchy i coraz szybsze uderzenia bębnów doprowadziły kapłanów do konwulsji, a ich nienaturalnie drgające oczy poczęły zachodzić bielą. Gdzieś z odległych przestrzeni wszechświata zło przekazywało moc swoim Wyznawcom, by ci mogli unicestwiać Żyjących. Kapłani przeciskali się na klęczkach, chcąc się zbliżyć do brązowawej mgły. Nemasus z oczami szaleńca wpatrywał się w Kryształ Przymierza, mając nadzieję, że ukaże się obraz Neidy – łączniczki pomiędzy Żyjącymi a praduchami. Lecz potężna moc, chociaż zabijała ludzi, zwierzęta i innych Żyjących, unicestwiała całe narody i cywilizacje, nie mogła poradzić sobie z czymś, co chroniło dziewczynę.

Powoli przestrzeń się zamykała, a Wyznawcy nasyceni mocą Maraa wracali na swoje miejsca.

– Co to jest? Co?! – wściekał się Nemasus. – Chyba nie chroni jej jakieś nędzne prabóstwo, bo przecież te najsilniejsze przeobraziliśmy w Goreny. No... z wyjątkiem Wolajudu, najpotężniejszego z nich, władcy ognia i Świata Cieni, ale akurat on nigdy nie pomagał ludziom! Wręcz przeciwnie! Nie znosi ludzi, zwierząt i żadnych Żyjących – wrzeszczał z pianą na ustach. – Więc kto?! Kto?!!! – Miotał się, rzucając jakieś niezrozumiałe słowa, które z pewnością nie były modlitwą.

– A może pomaga jej twój brat, panie – odezwał się nieśmiało jeden z młodszych kapłanów.

– Kto? Ten dureń Agnasus?! Ha! Wyznawca starej magii... To mi wielka moc. – Zaśmiał się diabolicznie. – Przecież on zginął, więc już nikogo nie ochroni. Nie mógł poradzić sobie z kilkoma Gorenami. Wielki czarownik!

– Jednakże mówiono, że posiadł największą moc wśród Żyjących. – Młody kapłan z każdym słowem zniżał głos, widząc, jak straszliwie rozszerzają się oczy Pierwszego. – Nie licząc oczywiście ciebie, panie! – dodał z pokorą.

Nemasus zignorował młodzieńca, choć widać było, że zapamięta jego niezbyt fortunne słowa.

– Myślałem, że był potężniejszy. Nie ma o czym mówić, on nam już nie zagraża – rzekł Pierwszy, choć jakby trochę bez przekonania. Głos mu zadrżał, zdradzając skrzętnie skrywaną obawę.

– Jak to się stało, że nie przeszedł na naszą stronę? – zagadnął inny z dostojników.

– Jak...? Jak...? Był uparty jak osioł... Proponowałem mu... Mógł być moim zastępcą, ale on zawsze był wierny, niezłomny! I co mu z tego przyszło? Został pożywką zwierzątek! He, he, he! – Zaśmiał się nieszczerze.

Gawiedź również zarechotała. Zebranym nie było raczej zbyt wesoło, ale teatralnie udawali, że ich to bawi.

– A może nie... – mruknął pod nosem Nemasus. – A jeśli on... – Zgrzytnął zębami.

– Szkoda, że nie udało się go złapać. Mógł się nam przydać. – Wyrwał go z chwilowej zadumy głos tęgiego kapłana.

– No właśnie, mógł się przydać – syknął Nemasus. – A kto dowodził tą akcją?

Kapłan głośno przełknął ślinę i zapadł się w sobie.

– No... – zaczął niepewnym głosem.

– No... No... – przedrzeźniał go Nemasus.

– No... ja, panie...

– No ty! – Pierwszy zmierzył nieszczęśnika lodowatym wzrokiem. – I już z pewnością nie będziesz więcej przywódcą! – dodał impertynencko.

– Ale przecież... – próbował tamten nieśmiało.

– Tak?

– Ale przecież... Zgładziliśmy go, panie!

– Zgładziliście? – zapytał sarkastycznie.

– No tak, przecież zginął...

– A pamiętasz, jakie były rozkazy?!

– Rozkazy? No... Mieliśmy go pojmać i przy... – przerwał wpół słowa, widząc wściekłość Nemasusa.

– Pojmać! Nie zgładzić! Pojmać!

Zwalisty kapłan dyskretnie przesunął się za plecy innych, nie chcąc narażać się na gniew Pierwszego. Ten jednak widocznie nie zamierzał tak tego zostawić, bo jednoznacznie spojrzał na tych, którzy zasłaniali nieszczęśnika, a oni jak na komendę pokornie się rozstąpili – Podejdź no tu, wielki wodzu! – dworował z kapłana Nemasus. – Podejdź tu, aby wszyscy zobaczyli wybitnego przywódcę!

Tamten z przerażeniem się rozglądał, szukając ratunku wśród swoich kompanów, lecz oni tylko wbijali wzrok w podłogę. Sfrustrowany, szybko zrozumiał, że nie znajdzie w nich wsparcia.

– Tyś, panie, największym z wodzów! – wyjąkał, wybałuszając przekrwione z emocji i zarażone strachem oczy.

– Nie! – ironizował Nemasus. – Któż mógłby się z tobą równać!

– Tyś, panie, największym z wodzów – powtarzał kapłan łamiącym się głosem.

– A to już mówiłeś, o ile dobrze pamiętam!

– Mówiłem i będę powtarzać przez wieki, panie!

– No, ta wieczność może przyjść szybciej, niż przypuszczasz. – Zaśmiał się sardonicznie.

– Ja... Ja, panie...

– Taak...? – zapytał przeciągle Nemasus.

– Ja, panie, to wszystko naprawię... Będę twoim najwierniejszym sługą! Najbardziej oddanym! Zrobię, co tylko rozkażesz!

– Zrobisz dla mnie wszystko?

– Tak, panie! Wszystko! Tylko wybacz mi tamto! Naprawdę się starałem... Otoczyliśmy go, nie dając mu szans na ucieczkę. Goreny zacieśniały krąg tak, że nie wydostałaby się stamtąd żadna, nawet najsprytniejsza istota, ale stary znał magię. Co chwilę znikał, otaczając się jakąś niezwykłą mgłą, lub też zmieniał się w potwora, unicestwiając wielu naszych. Pojawiał się nagle i kąsał jak dzikie zwierzę, po czym ponownie znikał. Ale wreszcie go dopadliśmy. – Kapłan trząsł się jak galareta, a jego głos drżał coraz bardziej. – Później, nie mając już żadnych szans, rzucił się w przepaść i zginął.

– A posłałeś kogoś, by przyniósł jego ciało? – spytał Nemasus, akcentując ostatnie słowo.

– No... nie... – Krople potu spływały mu po twarzy. – Nie uznałem, by było to istotne...

– Nie uznałeś tego za istotne... – cedził słowa Pierwszy.

– Tak, panie! Wiadomo, że grasują tam drapieżniki i najróżniejsze stwory. – Dłonią otarł pot z lica. – Zanim dotarlibyśmy na miejsce, nie zostałby z niego nawet strzępek.

– Ciekawe... Bardzo ciekawe... Nie zostałyby kawałek ubrania, kropelka krwi, nic! Po prostu według ciebie wyparowałby bez śladu!

– No... – żachnął się kapłan. – Może mogłem jednak...

– Tak...? – Pierwszy uśmiechał się dobrotliwie. Nagle jego twarz złagodniała. Sarkastyczny ton gdzieś uleciał, a wzrok zamiast ironii wyrażał zainteresowanie.

– Może mogłem jednak sprawdzić... Lecz zauważ, panie, że to dzięki mojemu manewrowi Agnasus, nie mając wyboru, skoczył z urwiska.

Widać było, że Nemasus bawi się w najlepsze, a jego wzburzenie zniknęło. Nieszczęśnik w tym właśnie widział swój ratunek.

– Twoje oddanie jest zaiste imponujące! Dlatego też... wybaczę ci tym razem – oznajmił wielkodusznie Pierwszy.

Kapłan chwilę oceniał, czy była to ironia, a Nemasus po prostu się nim bawił... Ale nie! Mówił to z powagą!

– Naprawdę, mistrzu? Nie kpisz ze mnie?

– Masz moje słowo! Wybaczam ci. – Uśmiechnął się nad wyraz słodko.

– Dziękuję ci, panie! Dziękuję! – wykrzyknął masywny kapłan i rzucił się na kolana, całując ręce Nemasusa.

– Wybaczam, ale powinieneś coś dla mnie zrobić...

– Co tylko rozkażesz, nasz władco! – wykrzyknął hożo.

Chytry uśmiech przemknął po twarzy Pierwszego.

– Wiesz, możesz być mi bardzo użyteczny. Jeśli oczywiście się zgodzisz... No, jeśli nie, to trudno. Wybiorę kogoś innego.

– Ależ nie, panie! Oczywiście, że się zgadzam... Co tylko każesz! A w jaki sposób mogę ci służyć?

– A to bardzo proste. Możesz stanąć tutaj, na środku? – Pierwszy czubkiem podbródka wskazał miejsce pośród zebranych.

– Tutaj, panie? – upewniał się tamten i stanął rozpromieniony.

– Tak, tutaj. – Nemasus znów się uśmiechał nad wyraz uprzejmie.

Kapłan nagle stracił pewność siebie. Ta przesadna uprzejmość Pierwszego wzbudziła w nim pewne podejrzenia.

– Nie zapominaj, panie, że dałeś słowo! Rzekłeś przecież, że mi wybaczasz!!!

– I... wybaczam ci z całego serca – syknął przeraźliwie Nemasus. – Ale chciałbym wypróbować swój najnowszy miotacz mocy – powiedział, sięgając ręką do zawieszonej u pasa sakwy.

W momencie jakaś przedziwna materia pokryła jego przedramię, a złowrogie niebieskawe ogniki przeskakiwały po niezwykłej formie półpłynnego metalu.

– Nie! Panie, nie!

Kapłan rzucił się do ucieczki, ale zrobił tylko dwa kroki, gdy uświadomił sobie, że w ten sposób się nie uratuje. W akcie desperacji błyskawicznie odwrócił się w stronę Pierwszego i zbierając w sobie całą siłę, wyrzucił w jego kierunku potężną kulę ognia. W ułamku sekundy Nemasus zareagował. Sycząca błyskawica przeszyła powietrze i nieziemska materia wypluła z siebie niebieskawo-srebrzysty ogień, który dosłownie rozniósł w pył kapłana, niszcząc po drodze ognistą kulę. Zrobiło to takie wrażenie, na jakie liczył Nemasus.

Wyznawcy padli na kolana, krzycząc:

– Maraa, Maraa ponad wszystko!

– Zapamiętajcie to! – Jego stentorowy głos echem odbił się od świątynnych murów. – Spotka to każdego, kto choć przez chwilę się zawaha! Kto nie będzie wierny bezgranicznie! Niesubordynacja karana będzie śmiercią!!! – Spojrzał wymownie na młodego kapłana, który wcześniej mu się naraził, a ten natychmiast z klęczek padł jak długi na twarz, krzycząc najgłośniej, jak tylko potrafił:

– Maraa, Maraa ponad wszystko!

Najwyraźniej jedna ofiara zadowoliła Pierwszego, bo tylko triumfalnie się uśmiechnął, ukazując tym samym swą nieograniczoną władzę i dowodząc, że istnienie Wyznawców jest zależne od jego woli. Chwilę później zmarszczył czoło i zaczął mówić jakby sam do siebie:

– Musimy za wszelką cenę złapać tę Neidę... Za wszelką cenę – powtórzył, zaciskając dłonie w pięści. – To jest teraz najważniejsze! – Rozejrzał się bacznie po ciżbie. – Wymagam od was, abyście złapali nastolatkę. Czy może żądam zbyt wiele? Czy wymagam zbyt wiele od kapłanów, którzy posiedli moc Maraa, mają do dyspozycji Goreny, zastępy Powłok, Xanary i tysiące Wyznawców?! – Wraz z każdym wypowiadanym słowem jego głos stawał się dobitniejszy i głośniejszy, a przenikliwy wzrok przewiercał ich ciała na wylot. Ukorzyli się czołobitnie.

– Trestonie! Do ciebie akurat mogę mieć zaufanie! – zwrócił się Nemasus do najstarszego z kapłanów.

– Nigdy cię nie zawiodłem, mój panie! – odpowiedział z pewnością siebie tamten, co stanowiło niezbity dowód na to, że jego pozycja była wyjątkowo mocna. Pomimo zaawansowanego wieku był krzepkim mężczyzną z resztkami siwych włosów na potylicy, krzaczastymi brwiami i wąskimi ustami na okrągłej twarzy.

– To prawda – odrzekł Pierwszy. – Dlatego tobie powierzam niezwykle ważne zadanie. Roześlij naszych najlepszych szpiegów. Niech będą wszędzie! Niech udają uciekinierów, kupców, zakonników i kogo tam chcesz, ale mają węszyć niczym psy gończe, i niech przyglądają się każdej dziewczynie w wieku tej Neidy.

– Myślę, że nie powinni obserwować wyłącznie dziewczyn.... – zauważył Treston.

Nemasus nieco się skrzywił.

Przez chwilę Pierwszy ważył słowa kapłana, lecz nagle jego twarz rozbłysnęła wyrazem zadowolenia.

– Trestonie, jesteś sprytniejszy, niż sądziłem. Przyznaję, że nie pomyślałem, iż może ukrywać się w przebraniu chłopca, a to tylko utwierdza mnie w przekonaniu co do trafności wyboru. Daję ci wolną rękę. Jestem pewien, że i tym razem nie zawiodę się na tobie! – Przyjacielsko poklepał go po ramieniu i wyszedł.

Żwawo przebył hol, minął przedsionek i krętymi schodami ruszył w dół do Labiryntu Grozy. Rozmowa z Trestonem trochę go zaniepokoiła.

"Ten stary kapłan jest zadziwiająco sprytny, i na dodatek ta jego pewność siebie! Czy inni nie odbiorą tego jako brak respektu przede mną, Pierwszym z wszystkich kapłanów, mającym nieograniczoną władzę? Teraz jeszcze jest mi potrzebny" – myślał. "Jednak przy najbliższej okazji muszę się go pozbyć".

Odgłosy kroków rozpierzchły się po niezliczonych zakamarkach labiryntu. Mijani strażnicy nisko kłaniali się Pierwszemu, ale ten przechodził, nie zwracając na nich uwagi. Nie byli to zwykli strażnicy. Powłoki najpotężniejszych stworów gotowe były spełnić każde życzenie Nemasusa. Nigdy nie opuszczały labiryntu. Strzegły jego tajemnic i największego skarbu, jakim był Kryształ Przymierza. Lecz w mrokach labiryntu czaiło się najpotężniejsze zło, które miało dopiero wyjść na świat i go spustoszyć.

Nemasus podszedł do komnaty strzeżonej przez potężną moc. Syczące ogniki ostrzegawczo błyskały, tworząc niemożliwą do pokonania zaporę, która blokowała wejście. Jednak kiedy tylko się do niej zbliżył, uniosła się i zwinęła. Nemasus wszedł do środka i ledwie dostrzegalnym ruchem dłoni osobliwą zaporą na powrót zamknął wejście. Musiał być pewien, że nikt nie dojrzy skrytki, w której przechowywał Kryształ Przymierza. Ściany komnaty pokrywały liczne znaki emitujące nieziemsko zimne światło. Kapłan wcisnął trzy z nich, a te rozbłysnąwszy, wystrzeliły oślepiającymi promieniami, rozświetlając fragment ściany pokryty metalicznymi demonami. Przyczajone, wyglądały tak, jakby tylko na moment do niej przywarły. Promienie ożywiły ślepia jednego z nich, a już po chwili ciało nieziemskiej istoty poruszyły drgawki, po czym rozległ się przeszywający na wskroś oddech potwora. Monstrum, oderwawszy się od ściany, podbiegło do Nemasusa z szeroko otwartą paszczą. Pierwszy z kapłanów Maraa wetknął kryształ w gardziel demona, a ten w mig z powrotem znalazł się na ścianie i znieruchomiał. Nemasus mógł być pewien, że oprócz niego nikt nie jest w stanie otworzyć tej niezwykłej skrytki. Roześmiał się szatańsko, bo wiedział, że gdyby ktoś wcisnął niewłaściwe znaki, potwory natychmiast by ożyły i rozszarpały śmiałka na strzępy.

Kryształ był nie tylko magicznym minerałem umożliwiającym Nemasusowi śledzenie swoich wrogów, ale przede wszystkim najsilniejszym przekaźnikiem mocy, bez której Wyznawcy Maraa rozsypaliby się w pył. Jednak Kryształ Przymierza nie zawsze służył niecnym celom. Wręcz przeciwnie! Przez długie lata jego pozytywna energia pomagała Żyjącym walczyć z Ciemną Mocą, aż do chwili, gdy Maraa omamiła jednego z kapłanów i przeciągnęła go na swoją stronę. Ów kapłan wykradł bezcenny minerał, a Maraa zaczęła go wykorzystywać do własnych celów.

Nemasus ruszył z powrotem. Począł wspinać się po stromych schodach, gdy wtem po labiryncie niczym huragan przetoczył się przepotężny ryk. Wokół wszystko zadrżało. Pierwszy zatrzymał się wpół kroku, a na jego ustach pojawił się szatański uśmiech.

– Rodzi się moje maleństwo... Taak... Już niedługo...

Nie mógł się powstrzymać, by chociaż nie spojrzeć na istotę, która już wkrótce miała być apokalipsą dla tego świata. Zawrócił. Sięgnął po skwierczącą pochodnię i ruszył w dół. Schodził teraz do najstarszej części labiryntu. Nikt nie miał pojęcia, kiedy ona powstała, ale widać było, że budowano ją w zamierzchłych czasach. Kruszejące kawałki skał walały się po kamiennej posadzce, utrudniając zejście poobijanymi schodami, a każdy krok Nemasusa zgniatał je, wywołując odgłosy powtarzane szalejącym po labiryncie echem. Podążał wąskimi ziejącymi stęchlizną korytarzami. Dłonią zgarnął przylepioną do czoła pajęczynę i zaklął siarczyście. Zbiegł kilkoma schodkami w dół i stanął w tak przepastnej jaskini, że blask pochodni ginął w jej mrokach, ukazawszy zaledwie zarys najbliższej dolomitowej ściany.

– Pokaż się, maleńki! Pokaż! – szeptał podekscytowany Pierwszy.

Uniósł pochodnię nad głowę. Gdzieś bardzo wysoko w górze jej blask odbił się w upiornych ślepiach i Nemasus dojrzał ledwie widoczny zarys czegoś wielkiego niczym potężna wieża Świątyni Czeluści. Wytężył wzrok i po chwili dostrzegł ruch. Pierwszy z kapłanów Maraa wprost promieniał ze szczęścia.

– Możesz się już poruszać! Cudownie! Mój maleńki... cudownie!

Pod wpływem pomruku bestii powietrze zadrgało, miejscami unosząc wielowiekowy kurz i pył.

– Spokojnie! Już niedługo... Niebawem wyjdziesz na świat. Wyjdziesz, by go zniszczyć i unicestwić wszystko, co żyje!

Złowrogi śmiech opętanego kapłana niósł się po korytarzach labiryntu, wzbudzając grozę nawet wśród hardych strażników.