ŻYCIE TO NIE FILM
Gdy bohaterowie zgromadzonych przeze mnie opowieści zaczynali swoją przygodę z negocjacjami, w Polsce o pracy negocjatorów policyjnych można było usłyszeć chyba tylko w amerykańskich filmach i serialach. Tam bohaterscy funkcjonariusze zawsze doprowadzali do zwycięstwa dobra nad złem, najczęściej z patetyczną muzyką w tle. Były też szybkie samochody i tętniące życiem komisariaty, gdzie czekali na telefony. Mieli komfortowe warunki pracy, własne gabinety, rozbudowane zespoły, a co najważniejsze - czas. Dużo czasu, by się szkolić, analizować akcje, myśleć o tym, co dalej, szukać sposobów, jak wejść w głąb ludzkiego umysłu. No i - jak to w amerykańskich filmach czy serialach - było też dużo kawy, pączków z dziurką, opcjonalnie mógł się też pojawić jakiś pies, wierny towarzysz w pełnieniu służbowych obowiązków. Tyle fikcja, wróćmy do rzeczywistości.
"Informację dostajemy od dyżurnego wojewódzkiego, który powiadamia koordynatora albo osobę przez niego upoważnioną, że trzeba wyznaczyć zespół do sytuacji kryzysowej - opowiada wieloletni negocjator. - Dojeżdżamy na miejsce zdarzenia i ustalamy, kto i co robi. Ja zawsze pytam, kto chce negocjować pierwszy, bo wejście z marszu w daną sytuację nie jest łatwe. Bywamy wzywani w różne miejsca, czasami bardzo niebezpieczne. Może na przykład chodzić o komin. Najwyższy, na jakim byłem, miał sześćdziesiąt dwa metry. Kosz strażacki tak wysoko nie sięga, dlatego musiałem tam wejść".
"Najważniejsze zawsze jest zapewnienie bezpieczeństwa dla negocjatorów. Dopóki sam nie będę bezpieczny, nie mogę podjąć negocjacji - opowiada policjant z południa kraju. - Czasami, jeśli rozmowy się przedłużają, spada odporność fizyczna i dowodzący akcją może podjąć decyzję o rozwiązaniu siłowym. Dowódca ma w jednej ręce młotek, a w drugiej kombinerki. Kombinerki to negocjatorzy, młot to pododdział antyterrorystyczny. Zaczynamy od kombinerek i próbujemy pokojowo, bez użycia siły, opanować sytuację. Dopiero potem w ruch idzie młotek. Koledzy z pododdziału są zabezpieczeniem".
"W drodze zbiera się informacje, szkicuje sytuację, analizuje i planuje różne warianty. Aż w końcu zespół dociera na miejsce. Jak zacząć negocjacje? Na początek najprościej byłoby powiedzieć "dzień dobry". Tylko czy dla człowieka balansującego na krawędzi dachu, gdzie przywiodła go jakaś tragedia, ten dzień naprawdę będzie dobry? Jest wiele słów i sformułowań, których podczas nawiązywania kontaktu lepiej unikać, i są takie, które mogą pomóc. Nie ma jednak sztywnych schematów i niczego nie można być pewnym. Z reguły unikamy zdań typu Dlaczego pan tu jest? Dlaczego pan to robi? Mogą wyzwolić agresję. Musimy pamiętać, że człowiekowi w kryzysie towarzyszą emocje, zazwyczaj bardzo silne. Doszedł do ściany, a to znaczy, że jest tak wyczerpany emocjonalnie, że sam nie jest już w stanie sobie poradzić. Każde słowo może odebrać jako atak na siebie - wyjaśnia jeden z dowódców zespołów negocjacyjnych i dodaje: - Wiele osób wychodzi z założenia, że łatwiej porozmawiać z policją, niż obarczać swoimi sprawami rodzinę. Wolą jak najdalej odsunąć kryzys od bliskich, nie chcą im robić problemu. Mamy tego świadomość jako negocjatorzy".
"Udane negocjacje to takie, w które angażujemy się na maksa, na sto procent", opowiada mi pewna policjantka, która doświadczeniem mogłaby obdzielić kilka osób. Pytana o swoje sposoby na udane negocjacje, tłumaczy: "Gdy jadę już na miejsce zdarzenia, to wszystko inne przestaje mieć znaczenie. I to pomaga. Nie można mieć z tyłu głowy, że w domu czeka dziecko, które nie ma opieki, a ja nie wiem, o której wrócę; że coś tam jest niezrobione".
Dlatego tak istotne jest wsparcie bliskich, praca negocjatorów i negocjatorek to wspólny wysiłek. Ich żony, mężowie, dzieci - wszyscy w pewnym sensie są zaangażowani. Muszą dbać o odpowiedni podział obowiązków, zajmować się domem, stworzyć miejsce, do którego chce się wracać po dniach pełnych niewyobrażalnych emocji. Gdy negocjator jedzie na akcję, w głowie może mieć tylko jedno - negocjacje.
"Jeśli ktoś źle się czuje fizycznie, to nie powinien jechać. Wtedy wszystko przeszkadza, rozprasza, myśli wędrują w różnych kierunkach. Nagle w głowie rozwija się lista: a to mam umówione spotkanie, a to trzeba coś załatwić, gdzieś iść, coś podpisać... Dla mnie to zasada numer jeden: starać się, żeby nic nie przeszkadzało", opowiada mi wspomniana policjantka.
Realizacja tych starań w praktyce bywa czasami wyzwaniem. Byli tacy negocjatorzy i takie negocjatorki, którzy przeszli przez sito weryfikacji, ale okazywało się, że nie potrafią odcinać się mentalnie od bieżących spraw. Myśli o bliskich, rodzinie i dzieciach nie pozwalały im się skupić. Byli też tacy, którzy wprawdzie mogli liczyć na wsparcie rodziny, ale jednocześnie na różne sposoby ich bliscy płacili za to zbyt wysoką cenę. Tylko niektórym udaje się łączyć z sukcesem życie zawodowe z prywatnym, są w stanie zbudować partnerskie relacje i wdrożyć w nich szereg zasad, które stają się wyznacznikami codzienności.
"Miałam w domu taki układ, że kto pierwszy odbierze telefon, ten jedzie, bo tak się składało, że mąż też jeździł na akcje, tylko z innego wydziału. Dla mnie to była zawsze taka adrenalina, że mogłabym codziennie brać w nich udział. No i właśnie tak robiłam, żebym to ja odbierała ten telefon pierwsza".
Policjantka, która o tym wspomina, dodaje, że gdy mąż już się połapał, że jej częstsze wyjazdy to nie przypadek, przyjął to ze zrozumieniem.
"Nie przeszkadzało mu to", twierdzi i dodaje, że dzięki temu udawało jej się jeździć na wezwania z czystą głową, miała psychiczny komfort, który wynikał z partnerskich relacji z mężem.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI