Negocjator - Marek Stelar

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (38,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SIÓDMY KRĄG PIEKIEŁ

Wnętrze hali spowijał mrok. Panowała duchota. Przenikające się zapachy spoconych ciał, świeżo wypitego piwa i perfum unosiły się nad tłumem jak smog nad miastem. Mieszanka wybuchowa, wystarczyła jedna iskra. Przestępowali z nogi na nogę w atmosferze wyczekiwania, w niemal namacalnym napięciu, które przeżyć mógł wyłącznie ktoś, kto zrobił naprawdę wiele, żeby tu teraz być. Dać cztery stówy za najlepsze miejsce na płycie, dwie i pół za te w górnych rzędach. A przedtem przejechać nawet pięćset kilometrów, by dotrzeć do Szczecina.

Cisza była nienaturalna. W takich miejscach i przy takich okazjach cisza jest ostatnią rzeczą, jakiej ktokolwiek mógłby sobie życzyć, począwszy od organizatorów, na publiczności skończywszy. Takiej ciszy trzeba chcieć, każdy musi się jej podporządkować, co przy tej liczbie ludzi jest praktycznie niewykonalne. Jednak tu wszyscy szanowali ciszę, choć wyłącznie w tym jednym, magicznym momencie, bo wiedzieli, że zaraz zmiażdży ją hałas, po który tu tak naprawdę przyszli. Nagle w ciemności rozległ się ciężki oddech. Dobiegał z ukrytych w mroku głośników. Okrążał halę, a potem buchnął z nich czyjś głos. Niski, syczący, modulowany. Taki, jaki wszyscy tu zgromadzeni tak uwielbiali.

- Sorry za małe opóźnienie, ale za to damy czadu! Zabierzemy was do siódmego kręgu piekieeeł!

Cisza zginęła, zmiażdżona rykiem aplauzu, który wydobył się z ponad dwóch i pół tysiąca gardeł, wzniósł się pod dach hali i rozszedł echem razem z piskiem sprzężenia. Zabłysły światła, ale jeszcze nie wszystkie. Snopy czterech mocnych punktowych reflektorów skrzyżowały się i wymacały męską postać stojącą na scenie pośrodku hali. Wokół mężczyzny kładły się jej cztery cienie. Jeden z reflektorów był niżej od pozostałych i dlatego czwarty cień był dłuższy. Wszystkie razem tworzyły kształt łacińskiego krzyża widocznego na telebimach zawieszonych pod stropem hali. Krzyż był odwrócony.

- Czy Skinman kiedyś was zawiódł? - Ubrany w czarny, obcisły kostium i chudy jak ofiara głodu mężczyzna stojący w miejscu, gdzie belki krzyża się spotykały, odsunął mikrofon od ust, wyciągnął przed siebie rękę i powiódł nią od prawa do lewa. Drugą dłoń przyłożył do ucha, jak niedosłyszący staruszek.

- Nieee!

Mikrofon wrócił do ust. Wyglądał jak wielki, srebrny rewolwer: miał rękojeść, bębenek nabojowy, a na lufie tkwił tłumik, który był już właściwym urządzeniem.

- Czy Skinman kiedykolwiek dał ciała? - wrzasnął wokalista. - Może z wyjątkiem ołtarza Władcy Mroku?

- Nieee! - Odpowiedź publiczności przeszła w śmiech.

Mikrofon zniżył się powoli, w kierunku wypiętych bioder. Gdy był już przy genitaliach, mężczyzna podsunął zwisającą mu z ramienia gitarę i przejechał tłumikiem po strunach.

Z kolumn buchnęło kakofoniczne rzężenie, które wzbudziło na widowni szaleństwo. Widoczny na zawieszonym pod stropem telebimie wokalista z wyraźnym zadowoleniem wyszczerzył zęby, które błysnęły zza pomalowanych czarną, błyszczącą szminką ust. Spomiędzy nich wysunął się rozdwojony język: zatańczył na podbródku i zniknął. Realizator dał zbliżenie na oczy, które rozszerzyły się: żółte szkła kontaktowe z poziomymi kreskami źrenic przypominające kozie wyglądały upiornie. Nic nie pozostawiono przypadkowi, wszystko było przemyślane i skoordynowane co do sekundy. Frontman grał, ale jeszcze twarzą, a nie na gitarze. I umiał to robić.

- Jedziemy, sukinsyny i sukincóry! - wrzasnął do rewolweru i wyrzucił do góry ramię z zaciśniętą pięścią w tryumfalnym geście, którego nie powstydziłby się Freddie Mercury.

Zrobił to z pewnością siebie, jaką mają ludzie, którzy doskonale wiedzą, że potrafią zaczarować tłum. Tak jak Szczurołap z Hameln wyprowadził dzieci z miasta, tak on prowadził przez show wszystkich wokół siebie, chłonących każdy jego ruch i słowo.

W tej samej chwili z boków sceny trysnęły snopy iskier, a kolejne reflektory oświetliły pozostałych członków zespołu. Każdy z nich napawał się efektem, ekstaza tłumu była ich ekstazą.

- Niech Władca Much przemó... - Dźwięk urwał się nagle jak nożem uciął i zapadła cisza.

Wśród publiczności przeszedł pomruk, rozległy się pojedyncze, nieśmiałe jeszcze gwizdy i pokrzykiwania. Skinman właśnie dał ciała.

Wokalista ze zdziwieniem spojrzał na pozostałych członków kapeli. Półnagi i wytatuowany pałkarz wzruszył ramionami, a potem cała czwórka jak na komendę obejrzała się do tyłu, gdzie znajdowało się stanowisko obsługi scenicznej. Cisza trwała, przy stolikach techników zaczęło się nerwowe poszukiwanie przyczyny awarii. Frontman przystawił sobie mikrofon do głowy i udał, że oddaje z niego strzał, szarpiąc nią, uginając kolana i wykrzywiając twarz w teatralnym grymasie bólu.

Nagle błysnął kolejny reflektor i w jego świetle z boku sceny pojawił się inny mężczyzna, ubrany w czarny kombinezon. W ręku trzymał futerał w kształcie gitary, ale nie wyglądał na rockmana, choć wieko pudła zdobiło wielkie logo grupy Skinman. Był krępy, łysy i poruszał się ociężale, prowadzony snopem żółtego światła. Barczyści ochroniarze pod sceną, popatrując na siebie, zastanawiali się, czy zareagować. I jak.

Mężczyzna podszedł do frontmana, który stał jak wrośnięty w ziemię. Wyglądało na to, że wpadka wytrąciła go z równowagi, jakby coś, czego nie przewidywał scenariusz, sprawiło, że cała drobiazgowo zaplanowana i wykonana układanka runęła bez szans na odbudowanie. Bez słowa protestu dał sobie wyciągnąć z dłoni mikrofon. Łysy mężczyzna drugą ręką wciąż ściskał uchwyt futerału. Obejrzał z uznaniem atrapę rewolweru, przystawił go sobie do ust i dmuchnął, a kiedy dźwięk powietrza uderzającego o membranę zwielokrotniły wszystkie głośniki, uśmiechnął się z zadowoleniem.

- Mikrofon już działa, ale obawiam się, że koncert i tak jest odwołany - powiedział, oddał mikrofon frontmanowi, otworzył futerał i sięgnął do środka.

Nagle w jego dłoni pojawił się karabinek. Mężczyzna błyskawicznie odrzucił pudło, ujął karabin, wziął zamach i wbił kolbę w splot słoneczny lidera grupy Skinman. Tamten zgiął się wpół z przeraźliwym jękiem słyszalnym nawet bez mikrofonu, upadł na kolana z rękami przyciśniętymi do brzucha i charcząc, oparł się czołem o czarne płyty sceny. Mikrofon uderzył o nie sekundę wcześniej. Na telebimie wyglądało to, jakby frontman rzeczywiście przed chwilą postrzelił się w brzuch, wypuścił rewolwer z dłoni i teraz w absurdalny sposób próbował powstrzymać wypływające przez ranę życie.

W hali znów panowała cisza, taka sama jak dwie minuty wcześniej, kiedy jeszcze spowijał ją mrok, a wszyscy trwali w oczekiwaniu na rozpoczęcie koncertu, nastawieni na ostrą jazdę, do jakiej od kilku lat przyzwyczaiła swoich miłośników grupa Skinman. Większość fanów wciąż była przekonana, że to element scenicznego show, z jakich słynął zespół. Oryginalne, zaskakujące i niebanalne, często podszyte absurdalną zgrywą. Świeże i nowe. Coś, co wspomina się latami, a bilet na koncert traktuje się jak relikwię.

I wtedy lufa karabinka uniosła się, a ciszę rozdarła krótka seria wystrzałów. Iluzja prysła jak mydlana bańka. Cisza również, razem z ciemnością, którą zastąpił blask wszystkich reflektorów. Rozległy się krzyki, konsternacja zmieniła się w chaos.

Mężczyzna z karabinem schylił się, podniósł mikrofon i zbliżył go do ust.

- Zostać na miejscach, nie ruszać się! - wrzasnął. - Cisza!!! Powtarzam: ma być cisza! Od teraz jesteście zakładnikami. Wszyscy zostają na miejscach i wykonują nasze polecenia. Jakakolwiek próba oporu czy kombinowanie skończy się źle. Jesteśmy zdeterminowani i zdecydowani na wszystko, żeby osiągnąć nasz cel. Współpracujcie, a wtedy wasze szanse wzrosną i wszystko skończy się szybciej. Kiedy doliczę do trzech, każdy ma siedzieć na ziemi po turecku z dłońmi na głowie. Raz. Dwa...

Zastygły w bezruchu tłum na płycie i trybunach drgnął i zafalował. Wszyscy zaczęli siadać, gdzieś rozległ się płacz.

- Ty tam, łysy w skórze, mam ci pomóc usiąść? - zimny głos poniósł się echem po hali.

Wskazany rzucił się na parkiet, zakrywając głowę rękami, i przywarł do podłogi. Reszta siedziała już pochylona, obejmując sobie głowy i zerkając spod brwi dookoła w poszukiwaniu pomocy albo sensu tego wszystkiego. Niespełna dwie minuty później napastnik na scenie podszedł na jej skraj i znów przyłożył mikrofon do ust.

- Jeden z nas przejdzie się zaraz z workiem, do którego należy wrzucić telefony - obwieścił. - Wszystkie. To samo z nożami lub jakąkolwiek bronią, białą lub palną, jeśli ktoś ją przemycił na halę i ma taką przy sobie. Kto ukryje którąkolwiek z wymienionych rzeczy, zostanie zastrzelony na miejscu. Ktokolwiek spróbuje zaatakować jednego z nas, zostanie zastrzelony na miejscu. Ktoś się odezwie nawet słowem, to samo: zostanie zastrzelony na miejscu. I to nie jest żart, sukinsyny i sukincóry...

Tłum zaszumiał nerwowymi szeptami.

Młody, na oko trzydziestoletni, ostrzyżony niemal do gołej skóry mężczyzna wpatrywał się w napastników na trybunach. Jeden z nich sprowadzał na dół kilku ludzi w czarnych koszulkach z napisem "OCHRONA", którzy również trzymali dłonie splecione na głowach i dreptali po schodach, oglądając się nerwowo do tyłu. Siedział niemal pod samą sceną. Golden circle. Najlepsze miejsce, mimo że stojące, a przynajmniej jeszcze przed chwilą stojące. Miał na sobie dżinsową, spraną katanę, pewnie jeszcze po ojcu, upstrzoną znaczkami z nazwami zespołów nurtu metalowego, i to w bardzo szerokim spektrum, zarówno odmian, jak i czasów, w których były popularne. Jej plecy zdobiło logo Skinmana; wiszący do góry nogami szkielet z rozłożonymi ramionami, przypominający odwrócony krzyż. Biała koszulka miała na piersi nadruk przedstawiający naturalnej wielkości żebra, między którymi pięły się pędy cmentarnego bluszczu.

Siedział wyprostowany i wystawał spośród morza pochylonych głów i zgarbionych pleców. Kiedy zobaczył, że siedzący obok niego chłopak w postawionych na cukier włosach nerwowo grzebie w kieszeni ciasnych skórzanych spodni, przysunął się do niego i szepnął:

- Spokojnie, mam dwa telefony, oddam im jeden, a z drugiego w dogodnym momencie zadzwonię po pomoc.

Chłopak zastygł w bezruchu.

- Pojebało cię, człowieku? - syknął. - Jak go znajdą, to ci odstrzelą łeb.

- Nie znajdą.

- Ja cię w takim razie nie znam. - Odsunął się z wyraźnym przestrachem.

Mężczyzna spojrzał na niego z lekkim rozbawieniem.

- Przecież naprawdę mnie nie znasz - stwierdził.

- I niech tak zostanie. - Chłopak, kiwając się na pośladkach, odsunął się jeszcze dalej, mimo ciasnoty.

Widząc niedaleko jednego z napastników zbliżającego się do nich z workiem, mężczyzna wyciągnął z wewnętrznej kieszeni katany telefon i podniósł go, tak jak pozostali.

Jeszcze chyba nigdy tak się nie bał. A może bał się, ale wtedy nie było w nim tyle nadziei, co teraz.

NEGOCJATOR

Komisarz Kamil Russek leżał na łóżku i wbijał wzrok w sufit. Walczył. Walczył sam ze sobą. Mógł dalej leżeć i gapić się niewidzącym wzrokiem w przestrzeń sypialni albo wstać, pojechać do Żabki i kupić tę cholerną paczkę fajek, albo nawet dwie, i zrobić wreszcie to, na co miał ochotę.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga. Do Żabki miał niedaleko; nie było chyba miejsca w tym kraju, z którego odległość do najbliższego sklepu tej sieci można by określić jako dużą. Uznał w końcu, że szkoda tych prawie dwóch tygodni bez papierosa. Kryzys był silny. Ale Russek też. Poprawił się na łóżku, odetchnął głęboko i założył sobie ramiona za głowę. Zapadał zmrok. Za uchylonym oknem jazgotały jeszcze ptaki i sąsiedzi biesiadujący w ogrodzie przy grillu. Zapach dymu wciskającego się przez szparę w oknie nie pomagał Russkowi, kojarząc mu się z tym, z czym walczył. Poczuł głód, ale stwierdził, że nie będzie jadł kolacji. Było za późno, a zajadanie chęci na papierosa to podobno niezbyt dobry pomysł.

Zerknął w bok, na stojące na nocnej szafce zdjęcie żony i syna, żeby odciągnąć myśli od fajek. To był chyba jeszcze gorszy pomysł. Magda nie żyła od ponad roku, guz mózgu zabił ją dość szybko i chyba tylko to stanowiło jakieś pocieszenie. Nie męczyła się tak długo, jak jej matka zżerana nowotworem żołądka. Tyle dobrego w tym wszystkim, jeśli w ogóle można znaleźć w tym cokolwiek dobrego. Krzysztof był już dorosły, ale miał swoje kłopoty. Russek myślał czasem, że w tych najgorszych chwilach jego syn wolałby dołączyć do matki, ale trzymał się jakoś, póki co. I nie pozwalał ojcu wtrącać się w swoje sprawy, co zaowocowało potężnym konfliktem, o którym wiedzieli wszyscy. Konflikt ojca z synem. Teoretycznie dwie najbliższe sobie osoby, między którymi dało się jednak stworzyć dystans zdolny pomieścić kilkadziesiąt Żabek. Żadnych ustępstw. Żadnych negocjacji. Szewc bez butów chodzi...

Russek był sam jak palec, taka prawda. I tak się czuł. Leżąc teraz w sypialni pięknego poniemieckiego domu, oczka w głowie Magdy, cieszył się, że go sprzedał. Niech służy komuś, komu jest naprawdę potrzebny. Kupiec miał piątkę dzieci i ze względu na atrakcyjną cenę zgodził się na odbiór domu dopiero pierwszego lipca. Czerwiec kończył się za kilka dni, ale Russek nie przejmował się tym. Akurat tym nie musiał. I chuj: w końcu kto wie, co zdarzy się do lipca?

Ciszę przerwał dźwięk komórki leżącej na łóżku. Komisarz oderwał wzrok od zdjęcia, zerknął na wyświetlacz i zamknął oczy. Potem otworzył je i odebrał.

- Russek - rzucił do telefonu.

Wiedział, kto dzwoni, tak jak wiedział, że tamten wybierając połączenie, również doskonale wie, z kim chce rozmawiać. Po prostu odruch, z którym przestaje się po jakimś czasie walczyć, bo nie jest szkodliwy ani nawet denerwujący.

- Daleko jesteś? - W tonie zadającego pytanie słychać było zaniepokojenie.

- Daleko odkąd? - Russek czuł, w jakim kierunku potoczy się rozmowa, ale był spokojny.

Negocjatorzy to z zasady opanowani ludzie.

- Czy jesteś w mieście? - W głosie Sylwka Szczupaka, dyżurnego komendy wojewódzkiej, pojawiło się zniecierpliwienie.

- Jestem - odparł leniwie Russek.

Nie dodał: "a gdzie miałbym być" ani nic podobnego, bo nie lubił zbędnego pierdolenia. Konkrety. Lubił konkrety. Mniej znaczy więcej. Każdy ma granice w przyswajaniu informacji, a kiedy przypominają wartki potok, łatwo się w nich utopić. Szczególnie ludziom, z którymi Russek miewał do czynienia w pracy, w tych jej najbardziej krytycznych momentach.

- Zbieraj swoich i przyjeżdżajcie na Szafera, do Gryf Areny.

- Samobójca?

- Chciałbym, kurwa... I ty też byś chciał, uwierz mi. Sytuacja zakładnicza.

- Ilu? - zapytał Russek. - Mówię i o złych, i o dobrych.

Ton głosu Szczupaka, który w czasie wieloletniej służby jako dyżurny słyszał i widział już chyba wszystko, wskazywał na coś bardziej wyjątkowego niż jeden na jeden. Lokalizacja też. Szykowało się coś grubego.

- Sprawców na pewno kilku, ale na razie brak danych. A zakładników... To koncert, więc nie wiadomo jeszcze dokładnie, ale najprawdopodobniej parę tysięcy, uwierzyłbyś?

Russek niewielu nadzwyczajnym rzeczom się dziwił, bo podobnie jak Szczupak, widział ich wystarczająco dużo, żeby minęło mu jakiekolwiek zdziwienie.

- Wysyłać po ciebie wóz? - Pytanie dotarło do ucha Russka jak przez watę.

- Nie, bez sensu - mruknął. - Za piętnaście sekund będę w swoim, a za dwadzieścia minut na miejscu.

- Muchel już tam jest, gdybyś chciał go do zespołu. - Piotrek Muchel był kryminalnym, zwykle prowadził rozpoznania w nieoznakowanym radiowozie. - Był w pobliżu, po sygnale od prewencji od razu tam pojechał. Wyślę patrol, żeby podrzucił wam sprzęt.

To oszczędzało czasu, inaczej komisarz musiałby zahaczyć o komendę, żeby pobrać broń i kamizelkę kuloodporną.

- Dzięki.

- Powodzenia. - Szczupak westchnął. - Mam nadzieję, że jadłeś kolację. To będzie długa noc.

Russek rozłączył się i wstał z łóżka. W zasadzie był gotowy, wystarczyło zejść na dół, założyć buty, wziąć lekką kurtkę na wszelki wypadek i jechać. Po chwili wyszedł przed dom, otworzył pilotem bramę garażu, wsiadł do auta i odpalił silnik, a potem sięgnął do schowka pod deską rozdzielczą i wyciągnął z niego lampę sygnalizacyjno-ostrzegawczą. Do tej pory użył jej tylko dwa razy w wyjątkowych sytuacjach, kiedy nie mógł po niego przyjechać radiowóz, a pośpiech był wskazany. Wobec braku sygnału dźwiękowego lampa absolutnie nie sprawiała, że jego Jeep stawał się pojazdem uprzywilejowanym, ale oszczędziła mu wtedy kilku cennych minut. Russek opuścił szybę i wystawił koguta na zewnątrz, stawiając go na dachu. Głuche łupnięcie potwierdziło, że magnes przylgnął do karoserii, jednak gdy komisarz wcisnął przycisk, spodziewając się, że najbliższe otoczenie zaleje blask niebieskiego światła, zdziwił się. Zdjął koguta, przyjrzał mu się, stuknął podstawą o krawędź drzwi, ale to nie pomogło. Russek nie wierzył w fatum, pecha czy przeznaczenie, a jedynie w przypadek, ale ludzka natura zwyciężyła, bo poczuł lekkie ukłucie niepokoju. Nie zaczynało się dobrze. Odłożył koguta na siedzenie obok i ruszył w stronę Lipowej.

Po drodze miał wystarczająco dużo czasu, żeby zadzwonić do kilku osób.

Wbrew powszechnej opinii policyjni negocjatorzy nie działają sami, a przynajmniej nie w Polsce. Po tragicznym przypadku, gdy po kilkunastogodzinnych próbach przekonania stojącego na dachu człowieka, by nie skakał, zmęczony negocjator użył niefortunnych słów "no to, kurwa, skacz", zmieniono zasady pracy w sytuacjach wymagających użycia specjalistów od negocjacji. Tekst, który zakończył życie "skoczka" i karierę tamtego negocjatora, mieścił się co prawda w katalogu narzędzi wywarcia wpływu i kontroli, ale jak w przypadku każdego narzędzia, należało go użyć właściwie i w odpowiedniej chwili. Widać tamta chwila nie była odpowiednia. Nowe zasady wprowadzone zarządzeniem komendanta głównego policji miały w założeniu nie dopuścić do powtórzenia takiej sytuacji. I dlatego negocjatorzy działali teraz w zespołach, a komisarz Russek od trzynastu lat pełnił funkcję wojewódzkiego koordynatora do spraw negocjacji policyjnych.

Nie był etatowym negocjatorem. W polskich warunkach, z paroma wyjątkami w Centralnym Pododdziale Kontrterrorystycznym Policji "BOA", tacy jak on byli praktycznie hobbystami: zajmując określone stanowiska służbowe w różnych pionach policji, robili to wyłącznie dla satysfakcji, a nie ze względów merkantylnych. Sporadycznie przyznawane nagrody finansowe były miłym dodatkiem, ale koszt tego hobby bywał uciążliwy. Dyżury pod telefonem, nagłe zgłoszenia wyjazdu na akcję w środku nocy, przy kolacji wigilijnej czy podczas zabawy sylwestrowej miały oczywisty wpływ na życie osobiste i rodzinne.

Tylko że Russek już w zasadzie nie miał rodziny.

Ruszając spod domu, wybrał numer Rafała Belaka.

- Halo? - usłyszał jego zmęczony głos.

- Co porabiasz? - mruknął.

- Aktualnie nic.

Russek zorientował się, że Belak jest w nienajlepszym nastroju.

- A jak się czujesz? - zapytał. - Robota jest.

Chwila ciszy nie świadczyła o namyśle. Komisarz od razu wiedział, co mężczyzna odpowie, ale musiał zapytać.

- Szczerze mówiąc, chujowo, szefie - odparł niechętnie Belak. - Miałem niedawno ostrą spinę z Weroniką. O to, co zwykle. Pierdolnęła drzwiami i wyszła.

Russek prowadził spokojnie.

- Jasne, nie ma sprawy. - Rozejrzał się na skrzyżowaniu. - Trzymaj się jakoś.

- Dzięki. Następnym razem, dobra?

- Następnym - zgodził się Russek i anulował połączenie.

Nie miał najmniejszych pretensji do kolegi, a fakt, że Rafał przyznał się do złego samopoczucia, mógł być wręcz powodem do pochwały. Negocjator musiał jechać na akcję z czystym umysłem, spokojny i opanowany. Od trzynastu lat Russkowi nie zdarzyło się, żeby ktokolwiek z tych, których próbował przekonać do oddania się w jego ręce, wyjechał stamtąd w plastikowym worku.

Następny na liście był Michał Postrożny. Potwierdził gotowość, na miejscu miał być za dwadzieścia minut. Russek potrzebował jeszcze dwóch osób i uznał, że chciałby mieć przy sobie Karolinę Pogorzelską i Marcina Krajewskiego. Karolina pracowała z nim w sztabie policji w KWP, była drobiazgowa i zorganizowana do perfekcji. Czasem aż za bardzo, ale akurat tym razem to Russkowi nie przeszkadzało. Marcin sprawdził się wielokrotnie i komisarz brał go do zespołu zawsze, kiedy tylko był na miejscu.

Russek miał być "jedynką". Nie oznaczało to wprawdzie dowodzenia zespołem, bo tę funkcję zamierzał powierzyć Muchelowi, ale chciał bezpośrednio prowadzić negocjacje przy wsparciu Postrożnego, "dwójki". "Trójka" był łącznikiem między dowódcą a negocjatorami, i to miał robić Marcin, a na "czwórce", czyli Karolinie, spoczywała odpowiedzialność za tak zwane tablice sytuacyjne. Russek nie miał wątpliwości, że ze względu na skalę sytuacji zespół zostanie powiększony o konsultantów, być może ściągną kolejny zespół z BOA, a najpewniejszy był tego, że na miejscu panować będzie chaos.

Niewyobrażalny.

Biorąc pod uwagę liczbę zakładników, taka sytuacja nie miała wcześniej miejsca w tym kraju. Owszem, odbywały się ćwiczenia i symulacje, ale żadne z nich z przyczyn technicznych nie przyjęło takiej skali. Poza tym ćwiczenia mają to do siebie, że realizują ustalone wcześniej cele oparte na konkretnych założeniach, również stworzonych przez opracowujących ich scenariusz. A tu nie istniał scenariusz, a jeśli nawet, to pisali go na bieżąco nie specjaliści od zarządzania kryzysowego, tylko terroryści. To była istotna zmienna. Krytycznie istotna. Bo wtedy wkrada się chaos. Przepisy określają schematy działania i hierarchię dowodzenia, jednak nigdy nie są wystarczająco szczegółowe, by dało się je zastosować do każdej sytuacji, poza tym w grę wchodził czynnik ludzki. Zdaniem Russka ludzie są w stanie spieprzyć każdą ideę właśnie dlatego, że są ludźmi. Jedni chcą się wykazać, inni chcą sobie poradzić, choć nie zawsze mają do tego odpowiednie kompetencje, jeszcze inni chcą upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, ale w tym ostatnim przypadku chodzi o to, którą z tych rzeczy stawia się na pierwszym miejscu.

I właśnie ludzi Russek bał się najbardziej. Nie swoich, tylko obcych.

W okolice Osiedla Zawadzkiego dojechał w dziewiętnaście minut, jeszcze na Arkońskiej napisał Muchelowi, że zaraz będzie. Ulica Jarzyńskiego była zamknięta. U jej wlotu stał radiowóz z włączonymi sygnałami świetlnymi, tarasując przejazd. Russek zignorował policjanta drogówki nakazującego mu lizakiem jechać prosto, skręcił i zatrzymał się przed radiowozem. Kiedy drugi funkcjonariusz podszedł do jego auta, opuścił szybę, wystawił przedramię z odznaką i się przedstawił. Gliniarz tylko machnął ręką i odsunął się, więc Russek ruszył brukowaną ulicą w stronę hali widowiskowej.

Niebo miało kolory zmierzchu. Nad horyzontem widać było jeszcze pomarańczowy blask schowanego za nim słońca, który wyżej przechodził w sprany błękit, by nad nim zmienić się w granat nadchodzącej nocy.

Russek przejechał jakieś sto metrów i skręcił w lewo, na zatłoczony parking. Jadąc powoli wzdłuż rzędów ciasno zaparkowanych aut, przyglądał im się z namysłem. Przypomniał sobie nagle widziane kiedyś w internecie zdjęcie, również przedstawiające samochody na parkingu nieopodal stadionu drużyny futbolowej New York Giants. Było ich nieco mniej niż tutaj, należały do ludzi pracujących w nieodległym World Trade Center. Miały już nigdy nie zostać odebrane przez swoich właścicieli, którzy jedenastego września stracili życie w wieżowcach unicestwionych przez terrorystów w porwanych wcześniej samolotach.

Russek zastanawiał się, ile samochodów zostanie tutaj, kiedy to wszystko się skończy. Zaparkował na trawniku oddzielającym parking od wielkiego placu przed halą i wysiadł z auta. Słysząc odległy warkot, spojrzał w górę: na tle ciemniejącego nieba zobaczył maleńką sylwetkę policyjnego śmigłowca. Białe i czerwone błyski światełek znaczyły jego pozycję. Kiedy poczuł wibrację telefonu, sięgnął po niego i odebrał.

- Dobra, już cię widzę - usłyszał głos Muchela. - Idę do ciebie.

Russek rozłączył się i rozejrzał. Kilkanaście metrów przed sobą zobaczył podkomisarza Piotrka Muchela i zaraz ten stał już przed nim. Przywitali się krótko uściśnięciem rąk.

- Coś już wiesz? - zapytał Muchel.

Miał zaczerwienione policzki, między odrastającymi włosami błyszczały krople potu.

- Tyle, ile przekazał mi dyżurny - odparł Russek. - Niewiele.

- To tak jak my. Czekamy na kontakt, za kilka minut mają się odezwać. Zjeżdżają się wszyscy święci, jest już komendant, ludzie z zarządzania kryzysowego i prokurator. Czekamy na pododdział kontrterrorystyczny. Ściągani są ludzie z sąsiednich garnizonów do zabezpieczenia, wieść powoli się rozchodzi, zbierają się bliscy zakładników, trzeba to jakoś ogarnąć. Rano albo jeszcze w nocy rozstawią namiot, w którym zorganizuje się sztab kryzysowy, na razie będziemy się gnieździć w autobusach podstawionych przez miejskiego przewoźnika. - Muchel namyślał się przez chwilę i dodał: - Zakładając, że to tyle potrwa.

- A jak to się zaczęło? - zapytał Russek.

Piotrek zrobił nieokreśloną minę.

- Pięćdziesiąt minut temu na sto dwanaście wykonano telefon. Ktoś poinformował dyżurnego o sytuacji, kazał policji czekać na dyspozycje i nie podejmować prób wejścia do obiektu.

- Przedstawił się?

- Nie. Czekaj, puszczę ci nagranie...

Muchel przystanął i sięgnął do kieszeni po telefon, potem postukał w wyświetlacz i podniósł urządzenie na wysokość twarzy. Usłyszeli czyjś opanowany głos:

- Operator numeru alarmowego numer cztery, w czym mogę pomóc?

- Mamy zakładników w Gryf Arenie.

- Proszę pana, informuję, że blokowanie numeru alarmowego grozi mandatem w wysokości...

- Zamknij mordę i słuchaj: macie godzinę na ogarnięcie się. Wiem, że zaraz pod halą zacznie się sajgon, ale macie zakaz jakichkolwiek ruchów. Mamy sporo broni, wejścia na halę są zabezpieczone ładunkami wybuchowymi, które możemy odpalić zdalnie. Nie próbujcie wejść do środka, czekajcie na kontakt z naszej strony. Jakiekolwiek gierki skończą się źle, chcę, żeby to było jasne. Nie cofniemy się przed niczym. Skontaktujemy się za godzinę, załatw numer, pod który będziemy mogli dzwonić bezpośrednio do jakiejś szychy, która odpowiada za akcję.

- Chwileczkę, proszę... Halo? Halo!

Muchel opuścił telefon i schował go do kieszeni. Russek ruszył w kierunku hali.

- Ten głos był zmieniony elektronicznie - stwierdził.

- Fakt, słychać, że gada trochę jak Darth Vader. - Muchel przyspieszył, żeby nadążyć za Russkiem. - Wiedział, że będzie nagrywany.

- No, właśnie...

- Każdy to wie.

- Co z numerem, z którego dzwonił?

- Należy do niejakiego Mateusza Bejmo, mieszkańca Szczecina. Skontaktowaliśmy się z jego żoną, która twierdzi, że mąż poszedł na koncert. Czyli to nie on, bo gdyby był terrorystą, to nie dzwoniłby ze swojego, to chyba oczywiste? Użyli tylko jego telefonu.

- Ale aplikacja typu Voice Changer już nie jest oczywista - stwierdził Russek. - Musieli ją zainstalować przed wykonaniem połączenia, ale chodzi o to, że są przygotowani, rozumiesz? Niby drobiazg, ale o czymś świadczy.

- Chyba nie sądziłeś, że grupa karków naoglądała się filmów i stwierdziła, że zgarnie kilka tysięcy ludzi i zażąda okupu, licząc na to, że entuzjazmem i brutalnością pokryje brak planu?

Russek milczał, spoglądając przed siebie. Do widocznych przed halą autobusów mieli jakieś pięćdziesiąt metrów.

- Czemu wspomniałeś o brutalności? - zapytał.

Muchel zmarkotniał.

- Jestem tu praktycznie od początku. Kilka osób zdążyło uciec, zanim wszystko zaczęło się na dobre. Są w karetkach, ale nic im nie jest, są tylko trochę przestraszeni. Nie wiem, czy wiesz, ale ten cały Skinman słynie z wygłupów na scenie: fajerwerki i te sprawy. Ich lider ma taki mikrofon przypominający rewolwer...

- Słyszałem - mruknął Russek.

- Podobno na scenę wbiegł facet z karabinkiem, powalił tego artystę, walnął serię w powietrze i oznajmił, że wszyscy zostają zakładnikami. Kazał też oddać telefony. Tych paru, którzy uciekli, miało miejsca z tyłu, na trybunach, pewnie teraz dziękują Bogu, że nie dostali biletów na płycie. Dość szybko zorientowali się, że to nie element widowiska i wymknęli się w porę.

- Serię?

Muchel przez chwilę nie wiedział, o czym Russek mówi.

- Napastnicy mają broń automatyczną? - doprecyzował komisarz.

- Tak twierdzą ci farciarze. Z ich opisu wygląda, że to jakieś subkarabinki, ale ci goście nie są specjalistami, więc...

- To już chyba nie ma wątpliwości, że to nie karki po seansie "Szklanej pułapki"?

- Od początku ich nie miałem. - Muchel zapatrzył się w budynek hali. - Operator obiektu ma możliwość podglądu monitoringu zdalnie, ale oni musieli to wiedzieć i odcięli dostęp.

- Coraz lepiej...

- Zanim tamci wyłączyli sygnał, zdążyliśmy się podpiąć i mamy materiał z ostatnich chwil. Na razie jeden trup. Wygląda na to, że ukrył telefon, ale nie dość dobrze. Rozwalili go...

- To naprawdę są spece, Piotrek. - Russek pokręcił głową. - I nie liczą się ze stratami wśród zakładników nie tylko dlatego, że mają ich kilka tysięcy. Zabili go, żeby lepiej panować nad tym tłumem. - Przełknął ślinę, żałując, że nie zabrał ze sobą butelki wody, która starczyłaby mu chociaż na początek. - Zaraz przyjadą Michał, Karola i Marcin.

- To będzie chyba naprawdę długa noc, co?

Russek pokiwał tylko głową, choć nie do końca zgadzał się z Piotrkiem. Tego nigdy nie dało się przewidzieć, ale w zasadzie był pewien, że nie jest to kwestia tej jednej nocy.

MIEJSCE ZDARZENIA

Dwa przegubowe autobusy zaparkowane równolegle do siebie sprawiały wrażenie, jakby znalazły się tam przypadkowo i były nie na miejscu, samotne na skraju pustego placu. Stały blisko jeden obok drugiego, drzwi w drzwi, co umożliwiało szybkie i niemal niewidoczne z zewnątrz przesiadanie się między nimi. To właśnie w nich stworzono tymczasowe centrum operacyjne.

W autobusie od strony ulicy znajdowało się kilkanaście osób, wyłącznie mężczyzn. Niektórzy byli ubrani tak, jak gdyby właśnie wyszli z pracy w biurze, inni zaś wpadli prosto z wieczornego joggingu lub spaceru z psem. Jedni stali między siedzeniami, drudzy zajęli miejsca, siadając bokiem, żeby widzieć całą przestrzeń pojazdu. Paru z nich zerkało w telefony, a kilku rozmawiało z kimś przez nie. Otwartymi drzwiami i uchylonymi lufcikami do środka wpadały odgłosy z zewnątrz: przede wszystkim jęki syren pojazdów policji, straży pożarnej, nadzoru ruchu i karetek pogotowia kierowanych przez dyspozytorów w okolice Osiedla Zawadzkiego. Russkowi kojarzyły się w takim natężeniu z armagedonem. I niewykluczone, że taki właśnie się zbliżał, przynajmniej dla niektórych.

Russek z Muchelem weszli do środka i zatrzymali się od razu jeszcze przy drzwiach. Ze względu na zapadający zmrok i włączone w środku światła od szyb odbijało się wnętrze pojazdu, co sprawiało wrażenie, że jest w nim dużo więcej ludzi niż w rzeczywistości. Kiedy nagle na stopniach środkowych drzwi załomotały czyjeś buciory, wzrok wszystkich skupił się na wchodzących do autobusu dwóch funkcjonariuszach w czarnych kombinezonach i kamizelkach kuloodpornych. Krępemu, ogolonemu na łyso mężczyźnie towarzyszył drugi: wyższy z długimi włosami spiętymi na czubku głowy i z podgolonymi bokami. Obaj mieli przytroczone do ud kabury z krótką bronią. Stanęli w przejściu, niższy rozejrzał się po autobusie, szukając wzrokiem kogoś znajomego. Kiedy napotkał spojrzenie Russka, skinął mu głową, a potem skupił się na starszym policjancie w mundurze z dystynkcjami nadinspektora.

- Pan podinspektor Krzysztof Kosiński z SPKP. - W głosie funkcjonariusza pojawiło się coś w rodzaju ulgi. - Zapraszam pana, śmiało.

Kosiński nie wyglądał na skrępowanego. Złożył krótki meldunek komendantowi i obejrzał się na kolegę.

- Mój zastępca, komisarz Rafał Kowalski - przedstawił go krótko.

Obaj stanęli niedaleko Russka i Muchela. Nadinspektor rzucił kilka cichych słów do stojącego obok oficera policji i zawołał głośno:

- Proszę wszystkich o uwagę!

Rozmowy ucichły nagle w pół słowa, a wzrok obecnych powędrował w jego stronę.

- Dobrze, proszę panów, zaczynamy, szkoda czasu. Komendant wojewódzki policji w Szczecinie, nadinspektor Krasoń, kierujący działaniami antyterrorystycznymi. - Położył dłoń na klatce piersiowej i szarpnął głową w przód w krótkim, żołnierskim salucie wykonywanym bez nakrycia głowy. - Przedstawię teraz wszystkich obecnych. Na dowodzącego operacją policyjną wyznaczyłem pana inspektora Wojciecha Laudańskiego, mojego zastępcę do spraw prewencji. Podoperacją kontrterrorystyczną, czyli ewentualnymi działaniami bojowymi, dowodzić będzie pan podinspektor Kosiński. Pan dyrektor Mirosław Pieczykolan reprezentuje Wydział Zarządzania Kryzysowego Urzędu Miejskiego, a to pan prokurator Adam Wojtiuk z Prokuratury Okręgowej w Szczecinie. Czekamy na oficera ABW z racji wystąpienia zdarzenia o charakterze terrorystycznym, ściągamy także ludzi z jednostki zarządzającej obiektem hali. Pan komisarz Russek jest koordynatorem wojewódzkim do spraw negocjacji policyjnych, obok niego jeden z członków zespołu negocjacyjnego, rozmowy prowadził będzie bezpośrednio komisarz Russek. Pan z tyłu... - Komendant zawiesił głos i spojrzał na mężczyznę w cienkiej skórzanej kurtce siedzącego z tyłu i wyglądającego, jakby chciał się stać niewidzialnym. - Przypomni mi pan nazwisko?

- Wielicki - bąknął mężczyzna, czerwieniejąc.

- Pan jest pracownikiem agencji artystycznej...

- Właścicielem. - Wielicki podniósł rękę, jakby zgłaszał się do odpowiedzi, ale po chwili opuścił ją, widząc, jak spojrzenia wszystkich skupiają się na nim, i wyraźnie tego żałując. - Właścicielem agencji organizującej koncert.

- Rozumiem. Dostarczył pan dane dotyczące liczby osób, które wykupiły bilety na koncert.

- Zgadza się.

- Dwa tysiące sześćset siedemdziesiąt dwie osoby. W tym sto dziewięćdziesiąt kobiet. Przy wejściu nie zeskanowano dwudziestu ośmiu biletów, widać z jakichś powodów posiadające je osoby nie dotarły na to wydarzenie.

- Szczęściarze - rzucił ktoś smętnie.

Krasoń spojrzał na Wielickiego.

- Na razie poproszę, żeby poczekał pan na zewnątrz i nie oddalał się nigdzie. Wezwiemy pana, kiedy będzie nam pan potrzebny.

- A będę mógł chociaż zapalić? - jęknął Wielicki.

Wszyscy popatrzyli na niego jak na wariata, a Russek wessał wargi w nieopanowanym odruchu. Teraz trochę żałował, że nie ma w aucie zachomikowanej paczki fajek.

- To nie jest pożar, może pan. - Wojtiuk obrzucił Wielickiego rozbawionym spojrzeniem. - Tylko proszę nie odchodzić daleko, ma pan być pod ręką, jasne?

Wielicki skinął tylko głową i z widoczną ulgą opuścił tymczasowy sztab. Russek odprowadził go spojrzeniem, a potem przyjrzał się prokuratorowi. Ten nie zdawał sobie sprawy, że stał się obiektem zainteresowania komisarza. Sam rozglądał się dokoła jak lekko nadpobudliwe dziecko w nowym miejscu, zaciekawione i speszone równocześnie. Russek poczuł nagle, że ktoś dotyka jego ramienia. Obejrzał się i zobaczył Karolinę i Marcina. Weszli właśnie do środka, mijając się między pojazdami z Wielickim.

- Jesteśmy - szepnęła Russkowi Karolina.

Mrugnął do niej przyjaźnie. Krasoń odczekał, aż małe zamieszanie przy drzwiach minie, i znów rozejrzał się po wnętrzu autobusu.

- Krótki opis sytuacji, panowie - zaczął, zapominając albo nie zauważając, że w środku jest już też kobieta. - Nie wiemy, ilu jest napastników ani o co im chodzi, choć w najbliższym czasie spodziewamy się próby kontaktu, co jeden z nich zapowiedział operatorowi numeru alarmowego. Jesteśmy również na łączach z Urzędem Marszałkowskim oraz władzami jednostek samorządów terytorialnych sąsiednich powiatów celem zabezpieczenia miejsc w szpitalach znajdujących się w ich gestii. Nie muszę dodawać, że sytuacja jest wyjątkowa i że liczę na współpracę wszystkich zainteresowanych służb i podmiotów. - Komendant rozejrzał się znacząco po wnętrzu autobusu, nie skupiając jednak wzroku na nikim konkretnym. - Z relacji kilku osób, którym udało się uciec, o czym za chwilę, wynika, że drzwi w przejściach na płytę i trybuny zabezpieczone są prawdopodobnie urządzeniami wybuchowymi. Dlatego strefa bezpieczeństwa, w której nie ma prawa znajdować się nikt postronny, jest spora, choć nie zakładamy, że budynek został zaminowany i ewentualna eksplozja zmiecie go z powierzchni ziemi.

- A jeśli? - zapytał ktoś.

- To mocno wątpliwe, ale chodzi o to, że ewentualna ewakuacja mieszkańców Osiedla Zawadzkiego wprowadziłaby chaos i związała tą procedurą sporo sił, których potrzebujemy w bezpośrednim sąsiedztwie. Taką decyzję podjąłem. Zamknięte zostały ulice Jarzyńskiego i Zawadzkiego, wstrzymano ruch pieszy, samochodowy i pojazdów komunikacji miejskiej, ściągamy dodatkowe oddziały prewencji celem zabezpieczenia, bo gapiów przybywa, są już sygnały o przybyciu członków rodzin zakładników, co rodzić będzie dodatkowe emocje. No i media, niestety. W autobusie obok jest rzecznik prasowy KWP, komisarz Piotr Jaworski, który to, mam nadzieję, ogarnie. Jestem także w kontakcie z dowódcą dwunastej brygady zmechanizowanej, której koszary znajdują się obok: tam organizowane jest już miejsce, gdzie przeniesiemy sztab kryzysowy. - Krasoń zerknął na zegarek. - Jak wspomniałem, na razie czekamy na zapowiedziany ruch z ich strony. Być może przedstawią wtedy swoje żądania i będziemy mogli rozpocząć negocjacje. Komisarz Muchel jest dowódcą zespołu... - Piotrek podniósł rękę, jak przed chwilą Wielicki, ale jego twarz była niczym wykuta z kamienia - ...ale to komisarz Russek będzie bezpośrednio rozmawiał z napastnikami.

Wszyscy jak na komendę odwrócili głowy i wbili wzrok w Russka. Komisarz siedział niewzruszony, czekając na dalszy ciąg.

- Czego możemy się spodziewać, panie komisarzu? - Doczekał się, pytanie komendanta zawisło nad wszystkimi, ale wiadomo było, kto będzie dźwigał ciężar odpowiedzi.

Russek poczuł najpierw, jak znów wysycha mu w ustach, a potem presję niewspółmierną do odpowiedzialności. Odpowiadał wyłącznie za drobny, choć faktycznie jeden z najistotniejszych elementów działań, jednak charakter i pojemność pytania Krasonia sprawiły, że miał teraz wrażenie, jakby powodzenie całej operacji zależało wyłącznie od niego. Wbite w jego osobę spojrzenia zaczęły mu nagle przeszkadzać.

- Wszystkiego. - Chrząknął i wzruszył ramionami. - Możemy się spodziewać dosłownie wszystkiego. Z psychologicznego punktu widzenia rozwój sytuacji jest w tym momencie nie do przewidzenia. Jakiekolwiek próby prognozowania są teraz czystą spekulacją. Proponuję poczekać na pierwszą rozmowę, a od tego, ile z niej się dowiemy, zależy dalsze postępowanie. Jedyne, co mogę teraz powiedzieć, to to, że mamy najprawdopodobniej do czynienia ze sprawcami nastawionymi na osiągnięcie swojego celu za wszelką cenę i wszystkimi możliwymi środkami, jakikolwiek by ten cel nie był. Cała akcja sprawia wrażenie starannie przygotowanej i przemyślanej, o czym świadczą dotychczasowe zdarzenia, mam na myśli zabójstwo jednego z widzów, które nosi znamiona uzyskania psychologicznego wpływu nie tylko na nas, ale przede wszystkim na resztę zakładników. Tak samo ucieczka kilku osób, o której wspomniał pan komendant: nie ma chyba wątpliwości, że napastnicy pozwolili im uciec. Tych kilka osób mniej nie stanowi dla nich różnicy, a równocześnie dali nam jasny sygnał, na co ich stać, bo wiedzieli, że oni opowiedzą o tym, co widzieli, zanim uciekli. Na przykład o urządzeniach wybuchowych. Musieli je widzieć od zewnątrz, inaczej by się tam nie znaleźli. Musimy być świadomi jednego, proszę państwa; tam jest kilka tysięcy ludzi. To, ilu jest napastników: pięciu, dziesięciu czy dwudziestu, jest oczywiście istotne, ale niezależnie od ich liczby kontrolowanie takiej masy ludzi jest bardzo trudne...

- Niemożliwe? - wtrącił Wojtiuk.

- Wszystko jest możliwe, panie prokuratorze. - Russek spojrzał na niego ciężko. - Ale chodzi też o to, że ktoś z nich musi dowodzić resztą, czyli mieć kontrolę nie tylko nad zakładnikami, ale również nad swoimi ludźmi. To dodatkowe obciążenie. Obiekt jest duży, co też ma swoje minusy, jeśli chodzi o ten aspekt, ale równocześnie jego układ funkcjonalny daje terrorystom spore możliwości.

- Nad tym będziemy się jeszcze zastanawiać - wtrącił Laudański. - Ludzie z komórki zarządzającej obiektem powinni znać go jak własną kieszeń.

Szef kryzysówki przytaknął skinieniem głowy.

- Jasne. - Russek rozłożył ramiona. - Ale już teraz można powiedzieć, że i terroryści, i zakładnicy są jak w gnieździe. Duża przestrzeń pośrodku, dużo wejść do niej, ale ze względu na specyfikę wszystkie łatwo kontrolować. Poza nią jest sieć korytarzy, pomieszczeń technicznych i innych, ale to ich nie interesuje.

- Muszą się jakoś stamtąd wydostać, prawda? - zauważył Wojtiuk. - To działa w dwie strony.

- Oczywiście, ale nie można teraz stwierdzić, jak to zrobią. Najprawdopodobniej wykorzystają część zakładników jako żywe tarcze, być może wmieszają się pomiędzy nich, ale myślę, że to zostawmy specjalistom. To nie jest moja działka i dlatego chciałbym się jednak skupić na swojej, jeśli można. - Russek spojrzał wymownie na prokuratora.

Wojtiuk uniósł ręce w geście poddania i odchylił się lekko na siedzeniu.

- Wracając do meritum - komisarz znów chrząknął - utrzymanie kontroli nad tyloma ludźmi to dodatkowe napięcie, które i tak w takich przypadkach jest maksymalne. Każdy błąd może mieć fatalne skutki. Podkreślam: oni wiedzą, co robią. Podejrzewam, że zabicie zakładnika było brane pod uwagę od początku, co świadczy nie tyle o desperacji, bo ta jest zwykle wynikiem zaburzenia osądu sytuacji, a o wyrachowaniu i nastawieniu na sukces za wszelką ce...

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej