Nefilim - Marta Tarka

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nota od autora

Skąd ty bierzesz te wszystkie pomysły?

Nie raz i nie dwa słyszałam to pytanie z ust wielu ludzi. Nigdy jednak nie umiałam odpowiedzieć na nie w sposób jasny i klarowny. Mimo to teraz spróbuję.

Skąd biorę pomysły? Znikąd. To nie ja wymyślam historię które opisuje. Nie moim dziełem są postacie i świat w którym przyszło mi żyć.

Zapytacie zapewne jak to jest możliwe?

Otóż jest i kropka.

Oczyma wyobraźni widzę wasze zaskoczone miny i odbite w lśniących oczach pytanie. Chcecie wiedzieć więcej, pragniecie bym wyjaśniła to, co przed chwilą przeczytaliście. Nie sądzę by moje wyjaśnienia cokolwiek wam rozjaśniły nie mniej postaram się opowiedzieć o tym jak najbardziej jasno i klarownie.

Pisząc opisuje czyjeś życie. Prawdziwe, istniejące życie. Dla was postacie, o których czytacie są jedynie literacką fikcją a ja wam powiem, że oni żyją tak samo jak Ja czy Wy. Nie są z krwi i kości, lecz z atramentu i papieru, co jednak nie znaczy, że nie są rzeczywiści.

Gdy postać przychodzi do mnie by opowiedzieć mi swoją historię czekam i słucham. Wchodzę w role kronikarza, który jedynie zapisuje to, co widzi i słyszy. Nie raz i nie dwa wyobrażałam sobie daną scenę w jakiś określony sposób, jednak w trakcie pisania okazywało się, że wygląda ona zupełnie inaczej. Lub wcale się nie wydarzyła. Dla nich tych papierowych bytów nie jest istotne, co ja wymyślę, oni żyją swoim życiem i oczekują jedynie spisania ich losów. Nie zawsze słuchają moich sugestii, a nawet, jeśli to i tak potem robią, co chcą.

Max jest z nich wszystkich najgorszy. Ile to ja się naprosiłam, nawściekałam, spłakałam czy wyszłam nieomal z siebie. Jednak na niego nic nie działa. Robi to, co sam uważa za słuszne i słychać jedynie siebie.

Pamiętam chwilę, w którym się poznaliśmy. Wydawał się zagubiony, lecz w tych jego czarnych jak smoła oczach widziałam blask. Założył ramiona na piersi i zażądał wręcz bym opisała to, co i opowie. Cóż... zgodziłam się.

Teraz właśnie trzymacie w dłoniach pierwsza część tej historii - Na więcej na razie mi nie pozwolił. - żywię nadzieję, że spodoba wam się to, co przeczytacie na kartach tej książki.

Będzie trochę strasznie, trochę smutno, ale też nieco radośnie i spokojnie.

Więc: Skąd biorę te wszystkie pomysły?

Cóż... Myślę że to najlepsza odpowiedź, na jaką mnie stać

Prolog

Miasto po horyzont jarzyło się blaskiem świateł i neonów, odcinając czarne nocne niebo nieregularną migotliwą kreską. Błękit, zieleń, czerwień i fiolet mieszały się ze sobą, tworząc kotłowaninę jaskrawych, rozedrganych plam na tle czarnych, monstrualnych wieżowców. Po oświetlonych pomarańczową łuną ulicach wciąż pruły, rozdzierając cisze swym rykiem, samochody. Słychać było jazgot motocykli, które raz po raz z piskiem opon ruszały spod majaczących w oddali świateł. Muzyka z pobliskich pubów wwiercała się w odgłosy miasta, tworząc z nim harmonijną całość, której z niczym nie dało się pomylić. Od czasu do czasu snop zimnego niebieskiego światła z policyjnego helikoptera przeszukiwał okolice w poszukiwaniu przestępczości, którą prawie za każdym razem znajdował. Wówczas to w ten nocny gwar z impetem wdzierał się jęk syren policyjnych oraz ryk pędzących na miejsce oznaczonych samochodów. Tylko wzgórza Hollywood wydawały się oderwane od tego spójnego krajobrazu. Oświetlone jasnym białym światłem, oddalone od wielkomiejskiego jazgotu trwały, jakby za niewidzialną szklaną szybą dodając uroku i w jakiś dziwny sposób pogłębiając harmonijność LA. Nie pasowały tutaj, mimo iż były nieodłącznym elementem miasta, bez którego Los Angeles nie było by już takie, jak być powinno.

Ludzie tutaj nie interesowali się sobą nawzajem, nie mówiąc już o zwracaniu uwagi na siedzącego kilkadziesiąt metrów wyżej nastolatka, którego długie, smukłe nogi o bosych stopach kołysały się w przód i w tył poza rantem parapetu. Młodzieniec spoglądał w dół bez zainteresowania. W tym mieście był jedną z tysięcy anonimowych kropek, które nikogo nie obchodzą. Jego twarz oświetlał gorący pomarańcz rozpalonego papierosa, którego dym osnuwał oblicze chłopca, gdy tak siedział, obserwując mrowisko pod swoimi stopami. Delikatny letni wiatr poruszał krótkimi, czarnymi jak heban włosami i wciskał papierosowy dym w obsydianowe oczy. Wychylał się coraz mocniej, aż w końcu zaledwie centymetry dzieliły go od upadku. Nie przejmował się tym, wiedząc doskonale, że nie grozi mu nic poważnego. Nawet jeśli spadnie z murowanego gzymsu, szybciej poleciałby w górę niż w dół. Siadywał tak, co noc od wielu już lat i patrzył przed siebie na otaczający go świat. Błądził chmurnymi oczyma po sylwetkach pobliskich budynków, analizował kolory neonów i śledził ruch wypluwających z siebie warkot pojazdów. Nikt nigdy nie zwracał na niego uwagi, ponieważ jedyna osoba, którą zainteresowałyby jego wyczyny spała spokojnie za ścianą. Drobna o dużych zielonych oczach i związanych w niedbały kok brązowych włosach kobieta była jego matką. Na świecie oprócz niej nie miał nikogo. Była jego ostoją i wsparciem. Kimś, na kim od zawsze mógł polegać. To jej wylewał swe żale i zwierzał się z lęków, o ile takie miał. Ojca nie widział od kilku miesięcy, nie mówiąc już o jakiejkolwiek rozmowie z nim. Gdy widział te przepastne, czarne jak smoła oczy i zmrużone w permanentnym niezadowoleniu brwi, odechciewało mu się odzywać. Nie pamiętał dnia, w którym ten wysoki, silny i niebezpieczny mężczyzna, powiedziałby mu jakieś miłe słowo nawet przez pomyłkę. Zawsze oschły, wymagający, pełen pretensji, odstręczał, zamiast przyciągać. Matka była inna. Ciepła, kochająca pocieszycielka. Robiła, co tylko mogła, by jej jedyny syn żył w dostatku. Choć ciężko pracowała, zawsze znajdowała czas by z nim porozmawiać lub po prostu pomilczeć, wspólnie oglądając telewizję. Czasami opierał głowę o jej ramię, a matka zaczynała delikatnie gładzić go po ciemnych włosach, przytulając swój policzek do jego czoła. Dawno już przerósł ją tak, że teraz musiała zadzierać głowę, by na niego spojrzeć lub wspinać się na palce, chcąc obdarzyć jego policzek matczynym pocałunkiem, jednak nadal był jej synem, jej dzieckiem.

Powoli wstał, przytrzymując się ramy okna. Spojrzał w bezgwiezdne niebo, mając ochotę poszybować daleko poza horyzont. Nie zrobi tego z dwóch powodów. Miał być człowiekiem a po drugie, nie zostawi matki samej. Położył dłonie płasko wzdłuż ciała i odchylił się do tyłu, wpadając przez otwarte okno do pokoju. Jego plecy uderzyły o miękki materac łóżka. Odetchnął głęboko, uśmiechając się do siebie. Co noc robił to samo i niezmiennie odczuwał ulgę po całym dniu. Zaciągnął się, pachnącym proszkiem do prania, powietrzem i przeczesał włosy palcami. Klęknął na posłaniu i sięgnął po telefon oraz słuchawki osrebrzonymi blaskiem księżyca długimi smukłymi palcami. Ułożył się wygodnie, naciągając kołdrę na ramię, założył sprzęt na uszy i włączył odtwarzacz, kładąc smartfona pod poduszkę. Zamknął oczy, starając się przygotować na kolejny marny dzień w szkole. Musiał tam chodzić, mimo iż więcej uczył się sam w domu. Oprócz niego były może trzy osoby, znające więcej niż jeden język w całej placówce. On porozumiewał się płynnie po włosku, starą greką oraz w łacinie. To ojciec wymuszał na nim naukę języków od najmłodszych lat. Na początku to go męczyło, aż do chwili, kiedy zdał sobie sprawę, że ma naturalny talent do przyswajania obcych słów, wówczas przestała, to być nauka, a zaczęła się zabawa. Dzięki temu był zwolniony z lekcji włoskiego, a czas na tym zaoszczędzony wykorzystywał na inne sprawy takie, jak czytanie czy jazda na deskorolce. Uwielbiał te chwile, gdy pędził przez miasto na swojej desce, a ludzie pierzchali przed nim na boki. Muzyka ze słuchawek huczała mu w uszach, a czarna koszulka powiewała wokół jego szczupłego ciała. Dawno już przestał chodzić do skateparku, ponieważ był lepszy od wszystkich dzieciaków z okolicy, a poza tym oni go nie lubili. Nazywali go dziwakiem, odmieńcem. Ci bardziej odważni, jak Jack Newton i Tobby Dawthon przechrzcili go nawet Aniołem śmierci. Uśmiechał się pod nosem, gdy to słyszał. Biedni naiwniacy nie mieli bowiem pojęcia, jak blisko byli prawdy. Z Aniołem Śmierci, co prawda nie miał wiele wspólnego, ponieważ był kimś o wiele gorszym. Nikt w jego otoczeniu prócz matki nie wiedział i nie miał prawa się dowiedzieć, kim tak naprawdę jest jego ojciec, a był to jeden z najgroźniejszych aniołów, o jakich słyszał. Tak, był synem anioła i to nie byle jakiego, a Niszczyciela Światów, Tańczącego na zgliszczach, samego wielkiego Abaddona. Jego samego niewiele interesowało, kim był ojciec. On tylko chciał go mieć, lecz z roku na rok pragnął tego coraz mniej. Wiedział, że cokolwiek zrobi mężczyzna, nie zwróci na niego uwagi. To nie tak, że wcale się nim nie zajmował, po prostu ograniczał ich kontakty do niezbędnego minimum. Trzymał syna na dystans, nigdy nie okazując mu żadnych rodzicielskich uczuć. Nie zadał nawet prostego pytania: Jak w szkole? Jeśli pytał to o to, dlaczego czegoś nie zrobił. Ojciec nie rozmawiał, tylko rozkazywał i biada, jeśli zignorowało się jego polecenie. Tylko raz widział ojca wyprowadzonego z równowagi i przestraszył się do tego stopnia, tych płonących czerwienią oczu, dymiących zaciśniętych pięści oraz nastroszonych czarnych skrzydeł, że przez kilka następnych miesięcy, nie odważył się do niego zbliżyć bodaj na krok. Teraz było inaczej. Zdawał sobie sprawę z tego, że Abaddon jest niebezpieczny i przez nieuwagę jest w stanie zgnieść go jak robaka, jednak już się nie bał. Ojciec prędzej wyładowałby swoją złość na najbliższej planecie niż na nim. Nigdy go nie uderzył, nie potrząsnął nim, ale też ani razu w całym jego piętnastoletnim życiu go nie przytulił. Zawsze nazywał go pełnym imieniem, choć matka mówiła na niego po prostu Max. Pewnie, gdyby miał przyjaciół oni też tak, by na niego wołali, ale nie ojciec, dla niego zawsze już będzie Maximilianem Hugo.