Nędznicy - Wiktor Hugo

Kup ebooka

120.00 zł
99.60 zł (84,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział VII. Cravatte

Roz­dział VII

Cra­vatte

Teraz należy wspo­mnieć o fak­cie, któ­rego nie można pomi­nąć, bo należy on do tych, które naj­le­piej poka­zują, jakiego rodzaju czło­wie­kiem był biskup.

Histo­ria ta doty­czy bandy Gasparda Besa, która od pew­nego czasu siała postrach w wąwo­zie Ollio­ules, a którą teraz udało się roz­pro­szyć. Jeden z jej człon­ków zdo­łał wraz z kil­koma towa­rzy­szami schro­nić się w górach; następ­nie przez jakiś czas ukry­wał się w hrab­stwie Nicei, potem z kolei dostał się do Pie­montu i wresz­cie poja­wił się we Fran­cji od strony Bar­ce­lon­nette. Naj­pierw ujrzano go w Jau­siers, a potem w Tuiles. Ukrył się w jaski­niach Jong de l'Aigle i stam­tąd przez wąwozy Ubaye oraz Ubay­ette zapusz­czał się do oko­licz­nych wio­sek.

Udał się nawet do Embrun, wdarł się nocą do kate­dry i zra­bo­wał zakry­stię. Jego roz­boje pusto­szyły oko­lice, a żan­dar­me­ria nie mogła go zła­pać - prze­waż­nie umy­kał, ale zda­rzało się, że cza­sem sta­wiał też zbrojny opór, a trzeba przy­znać, że był śmia­łym łotrem. Do ogar­nię­tego stra­chem mia­sta przy­był aku­rat biskup Ludo­mił, który objeż­dżał wów­czas Cha­ste­lar. Mer przy­szedł do niego i nama­wiał do zanie­cha­nia dal­szej podróży, Cra­vatte gra­so­wał bowiem w górach i podróż dalej, nawet w towa­rzy­stwie eskorty, była bar­dzo nie­bez­pieczna. Na próżno tylko nara­żano by życie trzech czy czte­rech żan­dar­mów.

- Dla­tego też nie myślę brać eskorty - stwier­dził biskup.

- Wasza Wie­leb­ność myśli zro­bić to na serio?

- Tak daleko na serio, że sta­now­czo nie przyjmę żan­dar­mów, a za godzinę chcę wyje­chać.

- Wyje­chać?

- Wyje­chać - potwier­dził biskup.

- Sam?

- Sam.

- Wasza Wie­leb­ność nie zrobi tego.

- Jest tam w górach mała gmina, któ­rej nie widzia­łem od trzech lat. Są to moi dobrzy przy­ja­ciele, uczciwi i łagodni paste­rze. Na trzy­dzie­ści kóz, które pasą, na wła­sność posia­dają tylko jedną; robią też ładne, róż­no­ko­lo­rowe sznury z wełny i wygry­wają gór­skie melo­die na fle­tach o sze­ściu otwo­rach. Potrze­bują też jed­nak od czasu do czasu usły­szeć coś o Bogu. Cóżby powie­dzieli, gdy­bym nie przy­był?

- Ale, Wasza Wie­leb­ność, co z roz­bój­ni­kami?

- A, prawda - rzekł biskup - przy­szło mi to na myśl... Macie słusz­ność. Mogę i ich spo­tkać. Oni także potrze­bują, by im mówiono o Bogu.

- Wasza Wie­leb­ność! Prze­cież to banda! Stado wil­ków!

- Panie merze, może to wła­śnie mnie prze­zna­czył Chry­stus na paste­rza tego stada? Kto wie, jakie są drogi Opatrz­no­ści?

- Ogra­bią Waszą Wiel­moż­ność.

- Nic nie mam.

- Zabiją was.

- Sta­rego księ­dza, który prze­cho­dząc, mru­czy swoje pacie­rze? Ba! Po co?

- Ach, mój Boże! Jeżeli naprawę ich spo­tka­cie?

- Popro­szę o jał­mużnę dla moich ubo­gich.

- Nie jedź­cie, Wasza Wie­leb­ność. Na miłość boską, nara­ża­cie swe życie!

- Panie merze, czy rze­czy­wi­ście o to tylko cho­dzi? Nie tylko po to jestem na świe­cie, bym strzegł swego życia, lecz rów­nież dla­tego, bym pil­no­wał dusz.

Nie było rady, musiano mu ustą­pić. Poje­chał w towa­rzy­stwie dziecka, które ofia­ro­wało się być jego prze­wod­ni­kiem. Wieść o jego upo­rze szybko się roze­szła i wzbu­dziła wielki strach.

Myriel nie chciał ze sobą zabrać ani swej sio­stry, ani słu­żą­cej. Prze­je­chał góry na mule, nikogo nie spo­tkał i cały zdrów przy­był do swo­ich przy­ja­ciół paste­rzy. Zaba­wił tam dwa tygo­dnie, naucza­jąc, mora­li­zu­jąc i admi­ni­stru­jąc. Przed odjaz­dem posta­no­wił uro­czy­ście odśpie­wać Te Deum. Powie­dział o tym pro­bosz­czowi, oka­zało się jed­nak, że bra­kuje bisku­pich stro­jów. W ubo­giej, wiej­skiej zakry­stii znaj­do­wało się tylko kilka sta­rych, posi­wia­łych orna­tów z ada­maszku, zdo­bio­nych fał­szy­wymi galo­nami.

- Ba! - rzekł biskup - bądź co bądź, zapo­wiedzmy nasze Te Deum na nie­dziel­nym kaza­niu. Urzą­dzi się to jakoś, księże pro­bosz­czu.

Zor­ga­ni­zo­wano poszu­ki­wa­nia w oko­licz­nych kościo­łach. Wszyst­kie rze­czy zebrane z tych skrom­nych pro­bostw nie wystar­czy­łyby jed­nak nawet na odpo­wied­nie ubra­nie dla kan­tora kate­dral­nego.

Kiedy tak się zamar­twiano, nie­spo­dzie­wa­nie zja­wili się na pro­bo­stwie dwaj nie­zna­jomi jeźdźcy, zło­żyli tam jakąś wielką skrzy­nię dla księ­dza biskupa i natych­miast odje­chali. Po otwar­ciu skrzyni zna­le­ziono w niej kapę ze zło­to­gło­wiu, mitrę ozdo­bioną dia­men­tami, arcy­bi­skupi krzyż oraz piękny pasto­rał: wszyst­kie pon­ty­fi­kalne stroje, skra­dzione mie­siąc wcze­śniej ze skarbca kate­dry w Embrum. W skrzyni znaj­do­wała się kartka z nastę­pu­ją­cymi sło­wami: Cra­vatte - Jego Wie­leb­no­ści Ludo­mi­łowi.

- A mówi­łem, że się to jakoś urzą­dzi! - rzekł biskup. Potem dodał, uśmie­cha­jąc się - Kto się zado­wala komżą pro­bosz­cza, temu Bóg zsyła kapę arcy­bi­skupa.

- Bóg albo sza­tan, Wasza Wie­leb­ność - wyszep­tał pro­boszcz, kiwa­jąc głową z uśmie­chem.

Biskup popa­trzył ostro na pro­bosz­cza i odpo­wie­dział z powagą:

- Bóg!

W Cha­ste­lar, kiedy wró­cił, i przez całą drogę potem, przy­pa­try­wano mu się z cie­ka­wo­ścią. Na pro­bo­stwie zastał pannę Bap­ty­stę i panią Maglo­ire, które tu na niego ocze­ki­wały.

- A co? - rzekł do sio­stry - czy nie mia­łem racji? Biedny ksiądz udał się do bied­nych górali z pustymi rękami, a wraca od nich z peł­nymi. Poje­cha­łem, wio­ząc ze sobą tylko ufność w Boga, przy­wożę zaś skar­biec kate­dry.

Wie­czo­rem, zanim się poło­żył, powie­dział jesz­cze:

- Nie lękajmy się ni­gdy zło­dzie­jów i zabój­ców. Są to nie­bez­pie­czeń­stwa zewnę­trze, a więc nie­bez­pie­czeń­stwa małe. Prze­sądy, oto są zło­dzieje, występki, oto zabójcy. Wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwa są w nas. Mniej­sza o to, co zagraża gło­wie bądź kie­szeni. Myślmy tylko o tym, co grozi naszej duszy.

Następ­nie, zwra­ca­jąc się do sio­stry, dodał:

- Moja sio­stro, ze strony księ­dza nie powinno być ni­gdy żad­nej ostroż­no­ści wzglę­dem bliź­niego. Co bliźni robi, na to Bóg zezwala. Módlmy się tylko do Boga, kiedy nam się zdaje, że zagraża nam nie­bez­pie­czeń­stwo. Módlmy się nie za sie­bie, ale o to, by brat nasz nie popeł­nił grze­chu z naszego powodu.

Zresztą wypadki zda­rzały się rzadko w jego życiu. Opo­wia­damy, co wiemy, lecz zwy­kle przez cały czas robił jedno i to samo w tych samych godzi­nach. Każdy mie­siąc jego roku podobny był do każ­dej godziny jego dnia.

Co do tego, co się stało ze skarb­cem kate­dry d'Embrun, byli­by­śmy w kło­po­cie, gdyby ktoś nas o to zapy­tał. Były tam piękne rze­czy, bar­dzo kuszące i bar­dzo nada­jące się do kra­dzieży na korzyść nie­szczę­śli­wych. Ukra­dzione i tak już zresztą raz zostały. Połowa awan­tury była już fak­tem speł­nio­nym, pozo­sta­wało więc tylko zmie­nić kie­ru­nek kra­dzieży i kazać jej zmie­nić mały kawa­łek drogi w stronę bied­nych. Niczego w tym wzglę­dzie jed­nak nie stwier­dzamy. Jedy­nie w papie­rach biskupa zna­le­ziono dosyć nie­ja­sną notkę, która może się odno­sić do tej sprawy, a brzmi, jak nastę­puje: "pyta­nie leży w tym, czy to ma pro­wa­dzić do kate­dry, czy do szpi­tala".

Rozdział VIII. Filozofia po kieliszku

Roz­dział VIII

Filo­zo­fia po kie­liszku

Pewien sena­tor, o któ­rym wcze­śniej była już mowa, był czło­wie­kiem roz­trop­nym, który prze­był swą drogę bez zwra­ca­nia uwagi na te wszyst­kie prze­szkody, które nazy­wają sumie­niem, zaprzy­się­żoną wiarą, spra­wie­dli­wo­ścią i obo­wiąz­kiem: szedł pro­sto do celu, nie potknąw­szy się ani razu na dro­dze awansu i oso­bi­stego inte­resu. Był to dawny pro­ku­ra­tor, roz­czu­lony swym powo­dze­niem; wcale nie­zły czło­wiek, odda­jący wszel­kie moż­liwe przy­sługi swoim synom, zię­ciom, krew­nym, nawet przy­ja­cio­łom; mądrze korzy­sta­jący z dobrych stron życia, dobrych spo­sob­no­ści i dobrych zabaw. Reszta zda­wała mu się dość głu­pia. Był dow­cipny i wykształ­cony na tyle, by uwa­żać się za ucznia Epi­kura, choć w rze­czy­wi­sto­ści był tylko pło­dem Pigault-Lebruna. Żar­to­wał chęt­nie i z przy­jem­no­ścią z rze­czy nie­skoń­czo­nych i wie­ku­istych, i z "nie­do­rzecz­no­ści" tego sta­ro­winy biskupa. Żar­to­wał z nich nie­kiedy z uprzejmą wyż­szo­ścią, nawet w obec­no­ści samego Myriela, który tego słu­chał.

Kie­dyś z powodu jakiejś pół­ofi­cjal­nej cere­mo­nii, ów hra­bia i Myriel gościli razem na obie­dzie u pre­fekta. Przy dese­rze sena­tor, tro­chę pod­ocho­cony, choć zawsze pełen god­no­ści, zawo­łał:

- Do licha, panie bisku­pie, poroz­ma­wiajmy! - rzekł, a trzeba wie­dzieć, że sena­tor i biskup z trud­no­ścią patrzą na sie­bie bez zmru­że­nia oka. - Jeste­śmy jak dwaj augu­rzy. Uczy­nię wam wyzna­nie. Mam moją filo­zo­fię.

- I ma pan słusz­ność - odpo­wie­dział biskup. - Jaką ma się filo­zo­fię, tak się śpi. Pan spo­czywa na łożu z pur­pury, panie sena­to­rze.

Ośmie­lony sena­tor rzekł:

- Bądźmy dobro­duszni.

- Nawet lek­ko­myślni - odrzekł biskup.

- Oświad­czam - mówił dalej sena­tor - że mar­kiz d'Argens, Tho­mas Hob­bes i Jacques-André Naigeon nie są osłami. Mam w biblio­tece wszyst­kich moich filo­zo­fów, opra­wio­nych, ze zło­co­nymi brze­gami.

- Jak pan sam, panie sena­to­rze - wtrą­cił biskup.

Sena­tor pra­wił dalej:

- Nie­na­wi­dzę Dide­rota; to ide­olog, dekla­ma­tor i rewo­lu­cjo­ni­sta, w grun­cie rze­czy wie­rzący w Boga i będący więk­szym bigo­tem niż Wol­ter. Wol­ter drwił z Needhama; i nie miał racji, bo argu­menty Needhama dowo­dzą, że Bóg jest nie­po­trzebny. Kro­pla octu w łyżce cia­sta zastę­puje wyra­że­nie fiat lux. Wyobraźmy sobie więk­sze kro­ple i łyżkę, a będziemy mieli świat. Czło­wiek, to argu­ment. A więc po cóż Ojciec Wie­ku­isty? Panie bisku­pie, kon­cep­cja Jehowy męczy mnie. Zdolna jest ona jedy­nie wytwa­rzać ludzi chu­dych, któ­rzy głę­boko myślą. Precz to wiel­kie Wszystko, które mi prze­szka­dza! Wiwat Zero, które zosta­wia mnie w spo­koju! Tak mię­dzy nami, żeby się zwie­rzyć i żeby się wyspo­wia­dać przed moim paste­rzem tak jak należy: muszę wyznać, że mam zdrowy rozum. Nie prze­pa­dam za waszym Jezu­sem, który na każ­dym kroku głosi zapar­cie się i poświę­ce­nie. Rada skąpca i żebraka. Zapar­cie się: dla czego? Poświę­ce­nie się: na co? Nie widzę, żeby jeden wilk zamo­rzył się dla szczę­ścia dru­giego. Pozo­stańmy więc w natu­rze. Jeste­śmy u szczytu, miejmy więc wyż­szą filo­zo­fię. Na co zda się stać u góry, jeżeli nie widzi się wię­cej jak koniec nosa innych? Żyjmy wesoło! Życie to wszystko! A żeby czło­wiek miał inną przy­szłość, gdzie indziej, tam wysoko, nie wie­rzę ani tro­chę. Ach! Zale­cają mi zapar­cie i poświę­ce­nie, mam zwa­żać na wszystko, co tylko robię, mam sobie łamać głowę nad złem i dobrem, nad spra­wie­dli­wo­ścią i niespra­wie­dli­wo­ścią, nad fas et nefas. Dla­czego? Bo będę skła­dał rachu­nek ze swo­ich czy­nów. Kiedy? Po śmierci. Co za piękne marze­nie. Po mojej śmierci ten będzie mądry, kto mi co zrobi. Każże pan ręce cie­nia uchwy­cić garść popiołu! Powiedzmy prawdę, my, co jeste­śmy wta­jem­ni­czeni i co uchy­li­li­śmy zasłonę Izydy: nie ma dobra ani zła, jest wege­ta­cja. Szu­kajmy rze­czy­wi­sto­ści. Zgłę­biajmy wszystko. Idźmy do głębi, do dia­ska! Należy dążyć do prawdy, szu­kać pod zie­mią i zna­leźć ją. Wtedy daje ona wyszu­kane roz­ko­sze. Wtedy sta­jesz się moc­nym i możesz drwić. Masz silną pod­stawę. Panie bisku­pie, nie­śmier­tel­ność czło­wieka jest nasłu­chi­wa­niem, czy deszcz nie pada. Och, co za cudowna obiet­nica. Ufaj­cie jej. Jest się duszą, będzie się anio­łem, będzie się miało nie­bie­skie skrzy­dła przy łopat­kach. Pomóżże mi, pan: czy to nie Ter­tul­lien mówi, że bło­go­sła­wieni prze­cho­dzić będą z jed­nej gwiazdy na drugą? Zgoda. Będziemy sza­rań­czą gwiazd. A potem zoba­czymy Boga. Ta ta ta. Ten cały raj to bred­nie. Bóg jest olbrzy­mią dzie­ci­nadą. Nie powiem tego, do licha, w "Moni­to­rze", ale szep­czę to cicho mię­dzy przy­ja­ciółmi. Inter pocula. Poświę­cać zie­mię dla raju, to jak pusz­czać zdo­bycz dla jej cie­nia. Być igraszką nie­skoń­czo­no­ści! Nie jestem głupi. Jestem nico­ścią, nazy­wam się pan hra­bia Nicość, sena­tor. Czy ist­nia­łem przed uro­dze­niem się? Nie. Czymże jestem? Gar­ścią pro­chu uję­tego w orga­nizm. Co mam do zro­bie­nia na ziemi? Mam wybór; cier­pieć albo uży­wać. Dokąd mnie zapro­wa­dzi cier­pie­nie? Do nico­ści. Ale będę cier­piał. Dokąd mnie zapro­wa­dzi uży­wa­nie? Do nico­ści. Ale użyję. Wybór uczy­niony. Trzeba jeść albo być zje­dzo­nym. Więc jem. Lepiej jest być zębem niż trawą. Taka jest moja mądrość. Po czym, ruszaj, jak cię popchną­łem, gra­barz tam jest; Pan­teon dla nas, wszystko wpada do wiel­kiego dołu. Koniec. Likwi­da­cja zupełna. Jest to chwila uni­ce­stwie­nia. Śmierć umiera, wierz mi pan. Nie­chaj się znaj­dzie taki, co by w tym wzglę­dzie miał coś do powie­dze­nia; śmieję się na samą myśl o tym. Wymy­sły nia­niek. Grze­chotka dla dzieci, Jehowa dla ludzi. Nie, nasze jutro to noc. Poza gro­bem są tylko równe nico­ści. Byłeś Sar­da­na­pa­lem, byłeś Win­cen­tym a Paulo, jed­na­kowa nicość. Oto jest prawda. Więc żyjże ponad tym wszyst­kim. Korzy­staj z two­jego "ja", póki je masz. Doprawdy, powia­dam panu, panie bisku­pie, mam moją filo­zo­fię i mam moich filo­zo­fów. Nie daję się oba­ła­mu­cić bred­niami. Dalej, potrzeba cze­goś i dla tych, co na dole, dla bosych, ubo­gich, nędza­rzy. Daje się im do połknię­cia legendy, chi­mery, duszę, nie­śmier­tel­ność, raj, gwiazdy. Żują to. Kładą to na swój suchy chlub. Kto nic nie ma, ma dobrego Boga. To jest przy­naj­mniej. Nie prze­szka­dzam temu, ale dla sie­bie zacho­wuję pana Naigeon Dobry Bóg jest dobry dla ludu.

Biskup kla­snął w dło­nie.

- Oto, co się nazywa mówić! - zawo­łał - Wyborna i praw­dzi­wie cudowna rzecz ten mate­ria­lizm! Nie każdy ma go na zawo­ła­nie. Ach, gdy się go ma, nie jest się ofiarą, nie da się tak głu­pio wygnać jak Katon ani uka­mie­no­wać jak Ste­fan, ani spa­lić żyw­cem jak Joanna d'Arc. Ci, któ­rym udało się zdo­być ten cudowny mate­ria­lizm, mają tę roz­kosz, że się nie czują za nic odpo­wie­dzialni, że myślą, iż mogą pochło­nąć wszystko bez obawy: posady, syne­kury, god­no­ści, wła­dzę, uczci­wie lub nie zdo­bytą, mogą dowol­nie zmie­niać prze­ko­na­nia, zdra­dzać, kiedy się to opłaca, pozwa­lać na kapi­tu­la­cję sumie­nia, a i tak zejdą do grobu po skoń­czo­nym tra­wie­niu. Jakie to przy­jemne! Nie mówię tego do pana, panie sena­to­rze. Jest jed­nak dla mnie nie­po­do­bień­stwem nie pogra­tu­lo­wać panu. Wy, wielcy pano­wie, wy macie, jak mówi­cie, filo­zo­fię waszą, dla was wykwintną, wyra­fi­no­waną, dostępną jedy­nie boga­tym, dobrą we wszel­kich sosach, wyborną przy­prawę życio­wych roz­koszy. Filo­zo­fia ta wzięta jest z głę­bin i wygrze­bana przez spe­cjal­nych wyszu­ki­wa­czy. Jeste­ście jed­nak dobrymi ksią­żę­tami i nie macie za złe, ażeby wiara w dobrego Boga pozo­stała filo­zo­fią ludu, na tej mniej wię­cej zasa­dzie, jak gęś kasz­ta­nami nadziana jest indy­kiem z tru­flami ubo­giego.

Rozdział IX. Brat opisany przez siostrę

Roz­dział IX

Brat opi­sany przez sio­strę

Aby dać wyobra­że­nie o domo­wym życiu biskupa z Digne oraz o spo­so­bie, w jaki owe dwie święte nie­wia­sty pod­da­wały swe czyny, myśli, a nawet swój lękliwy, kobiecy instynkt i przy­zwy­cza­je­nia celom biskupa, tak że nie musiał nawet o nich uprze­dzać, nie można chyba postą­pić lepiej, jak przy­to­czyć tutaj jeden z listów Bap­ty­sty do pani wiceh­ra­biny de Boise­he­vron, jej przy­ja­ciółki jesz­cze z lat dzie­cin­nych. List ten jest w naszych rękach.

Digne, 16 grud­nia 18...

Moja dobra pani, ani jeden dzień nie minie, aby­śmy o tobie nie mówili. Jest to naszym zwy­cza­jem, zresztą mamy ku temu jesz­cze jedną przy­czynę. Wyobraź sobie pani, że myjąc i odku­rza­jąc sufity, pani Maglo­ire doko­nała odkry­cia: obec­nie nasze dwa obite bia­łym papie­rem pokoje, nie oszpe­ci­łyby nawet takiego jak wasz zamku. Kiedy pani Maglo­ire zdarła wszyst­kie papiery, uka­zały się pod nimi różne rze­czy. Mój salon, który nie ma mebli i któ­rego uży­wamy do susze­nia bie­li­zny po pra­niu, ma pięt­na­ście stóp wyso­ko­ści, osiem­na­ście sze­ro­ko­ści, sufit nie­gdyś malo­wany ze zło­ce­niami oraz belki takie jak u was. Wszystko było pokryte płót­nem za cza­sów szpi­tala, a także boaze­rią z cza­sów naszych pra­ba­bek. A co było w moim gabi­ne­cie, to trzeba zoba­czyć! Pod co naj­mniej dzie­się­cioma papie­rami, nakle­jo­nymi jeden na drugi, pani Maglo­ire odkryła malo­wi­dła, które nie będąc może dobrymi, są jed­nak zno­śne. Tele­mak przyj­mo­wany jako rycerz przez Minerwę, potem on w ogro­dach... zapo­mnia­łam nazwy. Także damy rzym­skie spa­ce­ru­jące pod­czas nocy. Cóż pani powiem? Mam Rzy­mian, mam Rzy­mianki (tutaj wyraz nie­czy­telny) i całą świtę. Pani Maglo­ire umyła to wszystko, tego lata naprawi też parę uszko­dzeń, odświeży wszystko i mój pokój będzie praw­dzi­wym muzeum. Zna­la­zła także na stry­chu dwie kon­sole dębowe w stylu sta­ro­żyt­nym. Żądano dwóch sze­ścio­fran­ko­wych duka­tów za ich ozło­ce­nie, lepiej jed­nak dać je ubo­gim: zresztą są bar­dzo brzyd­kie i wola­ła­bym okrą­gły stół maho­niowy.

Zawsze jestem bar­dzo szczę­śliwa. Mój brat jest taki dobry. Wszystko, co ma, daje potrze­bu­ją­cym i cho­rym. Jeste­śmy w bar­dzo przy­krym poło­że­niu, bo kli­mat jest tu ostry w cza­sie zimy, a trzeba prze­cież zro­bić coś dla tych, któ­rzy cier­pią nie­do­sta­tek. A nam star­cza pra­wie na świa­tło i opał. Prawda, że są to wiel­kie przy­jem­no­ści?

Mój brat ma zwy­czaje. Gdy roz­ma­wia, powiada, że biskup taki powi­nien być. Niech pani sobie wyobrazi, że drzwi naszego domu ni­gdy nie pozo­stają zamknięte. Wcho­dzi sobie, kto chce i zaraz jest u mojego brata. Nie lęka się on niczego, nawet w nocy. Jest to, jak mówi, jego odwaga.

Nie chce, żebym się o niego bała ani też żeby bała się pani Maglo­ire. Wysta­wia się na wszyst­kie nie­bez­pie­czeń­stwa i nie chce nawet, żeby­śmy dawały po sobie poznać, iż to zauwa­żamy. Trzeba umieć go zro­zu­mieć.

Wycho­dzi w deszcz, bro­dzi w wodzie, podró­żuje w zimie. Nie lęka się ani nocy, ani nie­bez­piecz­nych dróg, ani podej­rza­nych spo­tkań.

W poprzed­nim roku sam jeden udał się w oko­licę sły­nącą z napa­dów zło­dziei. Nie chciał nas ze sobą zabrać. Nie­obecny był przez pięt­na­ście dni. Miano już go za umar­łego, tym­cza­sem on wró­cił cały i zdrów i oznaj­mił: "Oto, jak mnie okra­dziono". I otwo­rzył paku­nek pełen klej­no­tów kate­dry Embrun - zło­dzieje oddali mu je.

Tym razem, kiedy wra­ca­li­śmy, nie mogłam się powstrzy­mać od poła­ja­nia go tro­chę, sta­ra­łem się jed­nak mówić tylko wtedy, kiedy huk powozu zagłu­szał moje słowa, tak żeby nikt obcy nie mógł ich usły­szeć.

Z początku mówi­łam sobie: nie ma nie­bez­pie­czeń­stwa, które mogłoby go zatrzy­mać. Prze­ra­żał mnie. Teraz już się przy­zwy­cza­iłam. Daję znaki pani Maglo­ire, żeby rów­nież mu się nie sprze­ci­wiała. Naraża się, jak chce. Ja wtedy zabie­ram panią Maglo­ire do swego pokoju, modlę się i zasy­piam. Jestem spo­kojna, bo dobrze wiem, że nie prze­ży­ła­bym, gdyby coś złego mu się stało. Poszła­bym do Boga z moim bra­tem i bisku­pem. Pani Maglo­ire trud­niej było przy­zwy­czaić się do tego, co nazywa nie­ostroż­no­ścią biskupa. Teraz się już jed­nak przy­zwy­czaja. Razem się modlimy, razem się boimy, razem wresz­cie usy­piamy. Nawet gdyby sam sza­tan wszedł do domu, nie zna­la­złby oporu. Zresztą, czego się mamy oba­wiać? Zawsze jest z nami ktoś, kto jest sil­niej­szy. Zły duch może przejść przez ten dom, Bóg tym­cza­sem mieszka w nim zawsze.

I to mi wystar­cza. Teraz już brat nie musi mi nic mówić. Rozu­miem go bez słów i razem zda­jemy się na Opatrz­ność.

Tak to trzeba postę­po­wać z czło­wie­kiem wiel­kiego ducha.

Wypy­ta­łam brata o rodzinę Faux, o któ­rej pra­gniesz się cze­goś dowie­dzieć. Wiesz, że ma dobrą pamięć i wie o wszyst­kim, bo zawsze jest dobrym roja­li­stą. Jest to bar­dzo stara, nor­mandzka rodzina. Pięć­set lat temu żyli Raul Faux, Jan Faux i Tomasz Faux, wszy­scy szlach­cice, a jeden z nich był panem Roche­fortu. Ostatni, Guy Ste­fan Alek­san­der, był dowódcą jazdy w Bre­ta­nii. Jego córka, Maria Ludwika, poślu­biła Adriana Karola Gram­monta, syna księ­cia Ludwika Gram­monta, para Fran­cji, puł­kow­nika gwar­dii fran­cu­skiej i gene­rała lejt­nanta wojsk. Pisze się to Faux, Fauq i Faoug.

Dobra pani, pole­camy się za twoim pośred­nic­twem modli­twom two­jego świą­to­bli­wego kuzyna kar­dy­nała. Co do dro­giej Syl­wii, uwa­żam, że bar­dzo dobrze zro­biła, że krót­kich chwil, jakie może przy tobie spę­dzić, nie traci na pisa­nie do mnie. Zdrowa jest, pra­cuje zgod­nie z two­imi życze­niami, a mnie zawsze kocha. Cze­góż wię­cej mogę chcieć? Star­czy mi to, że przez cie­bie prze­słała mi słówko pamięci. Jeśli cho­dzi o moje zdro­wie, jest nie­źle, tyle że coraz bar­dziej chudnę. Bądź zdrowa, papier już się koń­czy i muszę się poże­gnać. Załą­czam tysiąc życzeń.

Bap­ty­sta

PS Twój bra­ta­nek jest prze­śliczny. Wiesz, że wkrótce będzie już miał pięć lat? Wczo­raj, ujrzaw­szy konia, któ­remu nało­żono uprząż, wciąż pytał: co on ma na kola­nach? Milut­kie dziecko. Jego mały brat zaś cią­gnie mio­tłę po pokoju zamiast powozu i woła: hu!

Jak widać z tego listu, obie kobiety potra­fiły nagiąć się do uspo­so­bie­nia biskupa, z tym geniu­szem wła­ści­wym kobie­cie, która lepiej rozu­mie męż­czy­znę, niż on sam sie­bie poj­muje.

Biskup przy całej swo­jej pro­sto­cie i łagod­no­ści, które ni­gdy go nie opusz­czały, doko­ny­wał cza­sem rze­czy wiel­kich, śmia­łych i wznio­słych, doko­ny­wał ich zaś jak gdyby bez­wied­nie. One drżały, ale zosta­wiały go w spo­koju. Cza­sem tylko pani Maglo­ire pró­bo­wała zwró­cić mu jakoś uwagę jesz­cze przed doko­na­niem czynu, ale ni­gdy potem. Kiedy dzia­łał, nie prze­szka­dzały mu ani żad­nym sło­wem, ani żad­nym zna­kiem. W pew­nych chwi­lach czuły, że działa jako biskup i nie musiał im tego przy­po­mi­nać - może zresztą sam nie zda­wał sobie z tego sprawy - wów­czas kobiety zamie­niały się w dwa cie­nie prze­su­wa­jące się po domu. Usłu­gi­wały mu bier­nie i jeżeli posłu­szeń­stwem można nazwać usu­nię­cie się sprzed jego oczu, zni­kały. Instynk­tow­nie czuły, że w pew­nych przy­pad­kach tro­skli­wość może zawa­dzać. Toteż wów­czas, kiedy przy­pusz­czały, że jest w nie­bez­pie­czeń­stwie - rozu­mie­jąc może nie tyle jego myśli, ile naturę - czu­wały nad nim. Pole­cały go Bogu.

Zresztą, jak widzie­li­śmy w liście, Bap­ty­sta powta­rzała, że śmierć brata będzie i jej śmier­cią. Pani Maglo­ire nie mówiła tego, ale także o tym wie­działa.

Rozdział X. Biskup wobec nieznanego sobie światła

Roz­dział X

Biskup wobec nie­zna­nego sobie świa­tła

W cza­sie tro­chę póź­niej­szym od daty listu, który dopiero co został tu przy­to­czony, biskup odwa­żył się na, zda­niem wielu, rzecz jesz­cze bar­dziej nie­bez­pieczną od owej wyprawy w zajęte przez ban­dy­tów góry.

Otóż w pew­nej osa­dzie nie­opo­dal Digne żył samot­nie pewien czło­wiek. Osob­nik ten, dodajmy na mar­gi­ne­sie, był daw­nym człon­kiem Kon­wentu i nazy­wał się G.

W małym światku mia­steczka mówiono o nim z pew­nego rodzaju grozą. Czło­nek Kon­wentu, pro­szę sobie wyobra­zić! Było to za cza­sów, kiedy wszy­scy mówili do sie­bie na "ty" i wza­jem­nie mia­no­wali się oby­wa­te­lami. Czło­wiek ten był pra­wie potwo­rem. Nie gło­so­wał wpraw­dzie za śmier­cią króla, ale nie­wiele do tego bra­ko­wało. Był to pra­wie kró­lo­bójca, czło­wiek nie­gdyś straszny. Dla­czego wraz z powro­tem praw­nych posia­da­czy tronu, nie posta­wiono go przed sądem? Nie musiano by ciąć mu głowy, niech i tak będzie: zgoda, że pobłaż­li­wość jest potrzebna, ale można prze­cież go było wygnać na całe życie. Niech­że byłby jakiś przy­kład! Zresztą, jak wszy­scy podobni mu ludzie, był ate­uszem. Takie były wła­śnie plotki gąsek o sępie.

Czy w isto­cie był on jed­nak sępem? Tak - jeżeli wnio­sko­wać z samot­no­ści, w jakiej żył. Ponie­waż nie gło­so­wał za śmier­cią króla, nie umiesz­czono go na liście osób ska­za­nych na wygna­nie i mógł pozo­stać we Fran­cji.

Miesz­kał o trzy kwa­dranse drogi od mia­sta, z dala od wio­sek i dróg, w jakimś zapa­dłym, dzi­kim zakątku doliny. Miał tam, jak powia­dają, kawa­łek pola, a za miesz­ka­nie słu­żyła mu dziura, jaski­nia. Wokół ani sąsia­dów, ani prze­chod­niów. Od czasu, jak zamiesz­kał w tej jaskini, pro­wa­dząca do niej dróżka poro­sła trawą. O miej­scu tym mówiono jak o sie­dzi­bie kata.

Jed­nakże biskup myślał o nim i od czasu do czasu zwra­ca­jąc swój wzrok w stronę, gdzie kępka drzew wska­zy­wała dolinę sta­rego członka Kon­wentu, mówił sobie: "Jest tam dusza, co żyje samot­nie".

I w duchu doda­wał: "Powi­nie­nem go odwie­dzić".

Musimy jed­nak wyznać, że myśl ta, począt­kowo wyda­jąca się natu­ralną, po chwi­lo­wym namy­śle wyda­wała się nie tylko dziwna, ile nie­moż­liwa, a nawet wstrętna. W grun­cie rze­czy bowiem biskup, cho­ciaż nie zda­wał sobie z tego sprawy, w tej kwe­stii dzie­lił uspo­so­bie­nie ogółu i dawny czło­nek Kon­wentu budził w nim owo uczu­cie, które jest jak gdyby gra­nicą nie­na­wi­ści, a które tak dobrze przed­sta­wia słowo "odraza".

A jed­nak, czy pasterz ma uni­kać owieczki tylko dla­tego, że ta jest zara­żona? Nie. Tyle że jaka to owieczka!

Dobry biskup wahał się: cza­sami szedł w tamtą stronę, potem jed­nak wra­cał.

W końcu pew­nego dnia roze­szła się po mie­ście plotka, że pastu­szek, który usłu­gi­wał G. w jego jamie, powia­do­mił dok­tora, że stary zbrod­niarz umiera, że tknięty jest para­li­żem i że nie prze­żyje nocy.

- Dzięki Bogu! - pod­su­mo­wy­wali nie­któ­rzy.

Biskup nato­miast wziął swą laskę i sur­dut - ten ostatni po pierw­sze dla­tego, że miał poszar­paną sutannę, po wtóre zaś, ponie­waż lękał się wia­tru - i poszedł.

Słońce zni­żało się i doty­kało już pra­wie linii wid­no­kręgu, kiedy biskup doszedł do wyklę­tego miej­sca. Z biją­cym ser­cem stwier­dził, że znaj­duje się bli­sko jaskini. Prze­sko­czył rów, prze­sa­dził płot, roz­su­nął ogro­dze­nie z chwa­stów, wszedł na dzie­dzi­niec, śmiało zro­bił klika kro­ków naprzód i nagle, w głębi ugoru, za wyso­kim krza­kiem, ujrzał jaski­nię.

Była to niziutka cha­łupa, uboga, mała, ale czy­sta, ozdo­biona dzi­kim winem, które pięło się na fron­to­wej ścia­nie.

Przed drzwiami, w sta­rym krze­śle na kół­kach, słu­żą­cym za fotel u chło­pów, sie­dział czło­wiek o bia­łych wło­sach i uśmie­chał się do słońca.

Przed sta­rym stał młody chło­pak, mały pastu­szek. Poda­wał star­cowi miseczkę z mle­kiem.

Pod­czas gdy biskup patrzył, stary zabrał głos:

- Dzię­kuję. Nie potrze­buję niczego wię­cej.

I uśmiech jego zwró­cił się od słońca do dziecka.

Biskup posu­nął się naprzód. Na odgłos jego kro­ków, sie­dzący sta­rzec odwró­cił głowę i na jego twa­rzy odma­lo­wało się tyle zdzi­wie­nia, ile może go jesz­cze być w czło­wieku, który prze­żył dłu­gie lata.

- Odkąd tutaj żyję, pierw­szy raz ktoś do mnie przy­cho­dzi - ode­zwał się. - Kim jesteś, panie?

- Nazy­wam się Ludo­mił Myriel - odpo­wie­dział biskup.

- Ludo­mił Myriel! Sły­sza­łem już to imię. Czy to was tutej­szy lud nazywa Jego Wie­leb­no­ścią Ludo­miłem?

- Tak jest.

Sta­rzec odparł na to z lek­kim uśmie­chem:

- W takim razie jeste­ście moim bisku­pem?

- Tro­chę.

- Pro­szę wejść.

To mówiąc, wycią­gnął rękę do biskupa, ten jed­nak nie przy­jął jej i rzekł tylko:

- Z przy­jem­no­ścią widzę, że mylono się, utrzy­mu­jąc, że jest pan chory. Zdaje mi się, że tak wcale nie jest.

- Panie - odpo­wie­dział sta­rzec - wkrótce zupeł­nie wyzdro­wieję. - Po chwili zaś dodał:

- Za trzy godziny umrę. Jestem w pew­nym stop­niu dok­to­rem, wiem, w jaki spo­sób nad­cho­dzi ostat­nia godzina. Wczo­raj mia­łem tylko zimne nogi, dzi­siaj chłód posu­nął się do kolan; teraz czuję, jak pod­nosi się do pasa: kiedy doj­dzie do serca, umrę... Słońce jest piękne, prawda? Kaza­łem wyto­czyć krze­sło na dwór, by raz jesz­cze popa­trzeć na to wszystko. Może­cie mówić, nie męczy mnie to wcale. Dobrze zro­bi­li­ście, że przy­szli­ście popa­trzeć na czło­wieka, który ma umrzeć. Dobrze jest, kiedy ta chwila posiada świad­ków. Każdy czło­wiek ma jakiś kaprys: ja chciał­bym dożyć do rana. Wiem jed­nak, że pozo­stały mi zale­d­wie trzy godziny czasu. Będzie więc noc. Cho­ciaż, czy to nie wszystko jedno! Umrzeć to taka pro­sta rzecz. Nie potrzeba do tego rana. Niech i tak będzie: umrę przy świe­tle gwiazd.

Sta­rzec zwró­cił się teraz do pastuszka i rzekł:

- Ty idź się poło­żyć. Nie spa­łeś prze­cież w nocy. Jesteś zmę­czony.

Chło­piec wszedł do chaty; sta­rzec odpro­wa­dził go wzro­kiem i dodał, mówiąc jak gdyby do sie­bie:

- Kiedy on będzie spać, ja umrę. Oba sny mogą być w zgo­dzie obok sie­bie.

Biskup nie był wzru­szony tak, jak mogłoby się to wyda­wać. Zda­wało mu się, że nie czuje Boga w tym spo­so­bie umie­ra­nia. Jako że małe sprzecz­no­ści wiel­kich serc powinny być znane, tak jak i wszystko inne, dodać tu trzeba, że biskup, który przy byle oka­zji śmiał się tak chęt­nie z tytułu "Jego Wie­leb­no­ści", teraz czuł się nie­jako dotknięty tym, że tak go nie nazy­wają i ledwo opie­rał się poku­sie, by nie odpo­wie­dzieć: oby­wa­telu! Naszła go nawet ochota do owej rubasz­nej tro­chę poufa­ło­ści, dosyć zwy­czaj­nej u księży i dok­to­rów, ale któ­rej on sam ni­gdy nie uży­wał. Bo w końcu ten czło­wiek, ten czło­nek Kon­wentu, był kie­dyś jed­nym z tych potęż­nych tego świata: może po raz pierw­szy w życiu biskup czuł się więc nawet skłonny do suro­wo­ści.

Tym­cza­sem G. patrzył na niego ze skromną uprzej­mo­ścią; prze­bi­jało się w niej może i tro­chę pokory, która przy­stoi tym, któ­rzy są bli­scy aktu roz­sy­pa­nia się w proch.

Biskup, ze swej strony zazwy­czaj wystrze­ga­jący się cie­ka­wo­ści, która według niego była pokrewną obrazy, tym razem jed­nak nie mógł się przed nią powstrzy­mać i z wielką uwagą przy­pa­try­wał się umie­ra­ją­cemu: gdyby cho­dziło o innego czło­wieka, sumie­nie wyrzu­ca­łoby mu zapewne tę nie­de­li­kat­ność, któ­rej źró­dłem nie było prze­cież współ­czu­cie. Ten osob­nik wyda­wał mu się jed­nak czło­wie­kiem wyję­tym spod prawa, nawet spod prawa miło­ści.

Tym­cza­sem G., spo­kojny, trzy­ma­jący się pro­sto, z dźwięcz­nym gło­sem, był jed­nym z owych osiem­dzie­się­cio­let­nich star­ców, któ­rzy wpra­wiają w podziw fizjo­lo­gów. Rewo­lu­cja posia­dała wielu takich, przy­sto­so­wa­nych do swo­jej epoki ludzi. W starcu tym czuć było nie­złom­nego męża; cho­ciaż tak bli­ski śmierci, zacho­wy­wał wszyst­kie objawy zdro­wia. Sama śmierć mogła zmie­szać się przed tym jasnym spoj­rze­niem, pew­nym gło­sem i sil­nymi ruchami ramion. Azrael, maho­me­tań­ski anioł grobu, zawró­ciłby z drogi, sądząc, że zabłą­dził. G. zda­wał się umie­rać dla­tego, że tak chciał. W kona­niu jego była wolna wola. Nogi tylko miał nie­ru­chome i za nie wła­śnie kra­ina ciem­no­ści trzy­mała go w swo­jej mocy. Nogi były zimne i mar­twe, ale głowa żyła potęgą życia i uka­zy­wała się w peł­nym świe­tle. W tej waż­nej chwili G. podobny był do owego króla ze wschod­niej baśni, co w gór­nej czę­ści swego ciała był sobą, u dołu został nato­miast zamie­niony w mar­mur.

Biskup usiadł wresz­cie na leżą­cym obok kamie­niu, Wstęp był ex abrupto.

- Gra­tu­luję panu - rzekł tonem nagany. - Nie gło­so­wa­łeś przy­naj­mniej na śmierć króla.

Wyda­wało się, że G. nie zauwa­żył gorz­kiego zabar­wie­nia słowa "przy­naj­mniej", wszelki ślad uśmie­chu znik­nął jed­nak z jego twa­rzy.

- Niech mi pan za bar­dzo nie gra­tu­luje - odpo­wie­dział. - Gło­so­wa­łem za śmier­cią tego tyrana.

Był to głos poważny, w odpo­wie­dzi na głos surowy.

- Co pan chce przez to powie­dzieć? - spy­tał biskup.

- Chcę powie­dzieć, że czło­wiek ma jed­nego tyrana: ciem­notę. Gło­so­wa­łem za śmier­cią tego tyrana. Tyran ten zro­dził wła­dzę kró­lew­ską, która jest wła­dzą zawartą w fał­szu, pod­czas kiedy nauka jest wła­dzą zawartą w praw­dzie. Czło­wie­kiem powinna rzą­dzić tylko nauka.

- I sumie­nie - dodał biskup.

- To jest to samo. Sumie­nie jest wro­dzoną wie­dzą, którą mamy w sobie.

Biskup Ludo­mił z pew­nym zdzi­wie­niem słu­chał tych tak nowych dla niego słów.

Czło­nek Kon­wentu mówił zaś dalej:

- Co do Ludwika XVI, powie­dzia­łem "nie". Nie przy­znaję sobie prawa do zabi­ja­nia czło­wieka, ale poczu­wam się do obo­wiązku tępie­nia złego. Gło­so­wa­łem za oba­le­niem tyrana, to jest za koń­cem pro­sty­tu­cji dla kobiety, koń­cem nie­woli dla męż­czy­zny, koń­cem nocy dla dziecka. Gło­su­jąc za repu­bliką, gło­so­wa­łem za tym wszyst­kim. Gło­so­wa­łem za bra­ter­stwem, zgodą, jutrzenką! Poma­ga­łem w zno­sze­niu prze­są­dów i błę­dów, bo upa­dek prze­są­dów i błę­dów spro­wa­dza świa­tło. My, repu­bli­ka­nie, oba­li­li­śmy stary świat i świat ten stary, sie­dli­sko nędzy, zmie­nił się w sie­dzibę szczę­ścia.

- Szczę­ścia nie­peł­nego - popra­wił biskup.

- Wtedy mogli­śmy mówić: szczę­ścia zakłó­co­nego. Dzi­siaj jed­nak, po tym fatal­nym powro­cie prze­szło­ści, któ­rym nazwano rok 1814, i to nawet zni­kło. Nie­stety, dzieło było nie­kom­pletne, zga­dzam się z tym. Zbu­rzy­li­śmy stary porzą­dek w dzia­ła­niach, lecz nie zdo­ła­li­śmy usu­nąć go z myśli. Znieść nad­uży­cia, to jesz­cze nie wszystko. Trzeba zmie­nić oby­czaje. Nie wystar­cza usu­nąć skut­ków, trzeba usu­nąć przy­czynę.

- Zbu­rzy­li­ście. Zbu­rze­nie może być uży­teczne, lecz burze­nie, któ­remu towa­rzy­szy namięt­ność, budzi moją nie­uf­ność.

- Prawo ma swoją namięt­ność i namięt­ność prawa jest pier­wiast­kiem postępu. Mniej­sza o to, niech mówią, co chcą, rewo­lu­cja fran­cu­ska jest to naj­po­tęż­niej­szy krok, jaki ludz­kość zro­biła od czasu przyj­ścia Chry­stusa. Zga­dzam się, że nie była dosko­nała, ale była szczytna. Roz­wią­zała wszyst­kie spo­łeczne nie­wia­dome. Zła­go­dziła umy­sły; uspo­ko­iła, uci­szyła, oświe­ciła, zlała na zie­mię stru­mień cywi­li­za­cji. Była dobra. Rewo­lu­cja fran­cu­ska to chrzest ludz­ko­ści.

Biskup nie mógł powstrzy­mać się od wyszep­ta­nia:

- Tak? Dzie­więć­dzie­siąty trzeci!

Sta­rzec wypro­sto­wał się na krze­śle z uro­czy­stą, nie­mal gro­bową powagą, i o ile umie­ra­jący jest w sta­nie zawo­łać, zawo­łał:

- Ach! Otóż jesteś! 93. Cze­ka­łem na to słowo. Przez tysiąc pięć­set lat zbie­rała się chmura. Po pięt­na­stu wie­kach pękła. Potę­pia­cie ude­rze­nie pio­runu.

Biskup poczuł, cho­ciaż nie przy­zna­wał tego przed sobą, że został gdzieś ugo­dzony. Nie dał jed­nak tego po sobie poznać. Odpo­wie­dział:

- Sędzia mówi w imie­niu spra­wie­dli­wo­ści, kapłan mówi w imie­niu lito­ści, która jest tylko wznio­ślej­szą spra­wie­dli­wo­ścią. Ude­rze­nia pio­runa nie powinno się mylić.

I patrząc ostro na swego roz­mówcę, dodał:

- A Ludwik XVII?

Sta­rzec wycią­gnął rękę i chwy­cił ramię biskupa:

- Ludwik XVII! Pomówmy o tym. Nad kim pła­cze­cie? Czy nad nie­win­nym dziec­kiem? W takim razie zgoda, ja pła­czę razem z wami. Czy nad dziec­kiem kró­lew­skim? To wymaga namy­słu. Dla mnie brat Car­to­uche'a, dziecko nie­winne, powie­szone za pachy na placu Gr?re i pozo­sta­wione tam, dopóki nie umarło, jest rów­nie godne lito­ści jak wnuk Ludwika XV, dziecko nie­winne, męczone na wieży Tem­ple, dla tej jedy­nie zbrodni, że był wnu­kiem Ludwika XV.

- Nie lubię tego zesta­wie­nia imion - rzekł biskup.

- Car­to­uche? Ludwik XV? O któ­rego wam cho­dzi?

Nastała chwila mil­cze­nia. Choć biskup pra­wie żało­wał, że tu przy­szedł, czuł się jed­nak jakoś dziw­nie zachwiany.

Czło­nek Kon­wentu mówił tym­cza­sem dalej:

- Ach, mości księże, nie lubi­cie suro­wej prawdy. Chry­stus ją lubił. Brał w rękę rózgę i oczysz­czał świą­ty­nię. Jego laska, pełna bły­ska­wic, ostro wypo­wia­dała prawdę. Kiedy wołał Sinite pavu­los, nie robił róż­nicy mię­dzy dziećmi. Nic by go nie kosz­to­wało porów­nać del­fina Bara­ba­sza z del­fi­nem Heroda. Nie­win­ność sama dla sie­bie jest koroną, panie. Nie­win­ność nie potrze­buje tytu­łów. Czy to okryta łach­ma­nami, czy osy­pana kwia­tami lilii, zawsze jest dostoj­no­ścią.

- To prawda - cicho przy­znał biskup.

- Zatrzy­mam się jesz­cze na tym - pero­ro­wał dalej G. - Wymie­ni­li­ście Ludwika XVII. Ustalmy, czy pła­czemy nad wszyst­kimi nie­win­nymi, wszyst­kimi męczen­ni­kami, wszyst­kimi dziećmi, tak nad tymi u dołu, co i tymi u góry? W takim razie ja na to przy­staję. Ale, jak powie­dzia­łem, w takim razie trzeba cof­nąć się dalej jak do 93. roku i łzy zacząć wyle­wać wcze­śniej niż za Ludwika XVII. Ja będę z wami pła­kał nad dziećmi kró­lów, jeśli wy będzie­cie pła­kać ze mną nad dziećmi ludu.

- Ja pła­czę nad wszyst­kimi - rzekł biskup.

- Po równo! - zawo­łał G. - A jeśli już szala ma się prze­chy­lić, niech się prze­chyli na korzyść ludu: on dłu­żej cierpi.

Znowu nastało mil­cze­nie, które w końcu prze­rwał sta­rzec. Oparł się na łok­ciu, mię­dzy środ­kowy a wska­zu­jący palec ujął tro­chę swego policzka, jak to mecha­nicz­nie robią ci, któ­rzy pytają lub osą­dzają, i utkwiw­szy w biskupa wzrok, w któ­rym sku­piły się wszyst­kie siły ago­nii, ode­zwał się nagle. Był to pra­wie wybuch.

- Tak, panie, od dawna już lud cierpi. Ale nie o to tu cho­dzi, powiedź­cie mi pro­szę, dla­czego mnie tak wypy­tu­je­cie i roz­pra­wia­cie o Ludwiku XVII? Ja was prze­cież nie znam. Od czasu, kiedy jestem w tej oko­licy, żyję w tym zakątku samot­nie, ni­gdzie stąd nie wycho­dziłem i nie widy­wa­łem nikogo prócz tego dziecka, które mi pomaga. Imię wasze doszło wpraw­dzie do mnie i muszę wyznać, nie bar­dzo źle je wyma­wiano, ale to nic nie zna­czy: sprytni ludzie wiele mają spo­so­bów na zjed­ny­wa­nie sobie tego poczci­wego ludu. Ale, ale, nie sły­sza­łem huku waszego powozu, musie­li­ście go zosta­wić za drzwiami, tam gdzie drogi się roz­cho­dzą. Ja was nie znam, powta­rzam. Powie­dzie­li­ście mi, że jeste­ście bisku­pem, ale to jesz­cze nic nie mówi o waszej moral­nej isto­cie. Sło­wem, powta­rzam moje pyta­nie: kim jeste­ście? Jeste­ście bisku­pem, to zna­czy księ­ciem kościoła, jed­nym z ludzi zło­co­nych, her­bo­wych, pobie­ra­ją­cych dobrą płacę, mają­cych wiel­kie pre­bendy, biskup­stwo, pięt­na­ście tysięcy sta­łego dochodu, dzie­sięć tysięcy fran­ków dochodu przy­pad­ko­wego, razem dwa­dzie­ścia pięć tysięcy fran­ków; jed­nym z ludzi, któ­rzy mają kucha­rzy, dobry stół, któ­rzy w pią­tek jadają kurki wodne, któ­rzy para­dują w wytwor­nych koczy­kach, z jed­nym loka­jem z przodu, a dru­gim z tyłu, któ­rzy mają pałace i jeż­dżą powo­zami w imie­niu Chry­stusa, cho­ciaż ten cho­dził boso! Jeste­ście pra­ła­tem: pie­nią­dze, pałace, konie, lokaje, dobry stół i wszyst­kie zmy­słowe roz­ko­sze życia, wszystko to macie jak inni i jak inni uży­wa­cie tego. To mi mówi za wiele albo za mało: nie wyja­śnia mi jed­nak waszej wewnętrz­nej, a zatem istot­nej war­to­ści, a prze­cież przy­szli­ście tu zapewne z zamia­rem udzie­le­nia mi swej mądro­ści. Do kogoż mówię? Kim jeste­ście?

Biskup spu­ścił głowę i rzekł:

- Ver­mis sum.

- Robak w kare­cie - zamru­czał na to G.

Teraz z kolei dawny czło­nek Kon­wentu był dumny, a biskup pokorny. Ten ostatni odparł łagod­nie:

- Niech i tak będzie. Ale wytłu­macz­cie mi, pro­szę, czemu mój powóz, który tam o parę kro­ków dalej stoi za drzwiami, czemu mój dobry stół i kurki wodne, które jadam co pią­tek, czemu moje dwa­dzie­ścia pięć tysięcy fran­ków dochodu, czemu mój pałac i moi lokaje dowo­dzić mają, że litość nie jest cnotą, że łaska­wość nie jest obo­wiąz­kiem i że 93. nie był bez­li­to­sny.

G. prze­su­nął ręką po czole, jak gdyby dla odpę­dze­nia z niego chmury, i rzekł:

- Zanim odpo­wiem, pro­szę was o prze­ba­cze­nie. Popeł­ni­łem w tej chwili błąd. Jeste­ście u mnie, jeste­ście moim gościem, winien więc wam jestem uprzej­mość. Roz­trzą­sa­cie moje prze­ko­na­nia, powi­nie­nem więc zbi­jać jedy­nie wasze argu­menty. Wasze bogac­twa i wasze roz­ko­sze są bro­nią, którą mam w ręku prze­ciw wam w tym spo­rze, ale deli­kat­ność nie pozwala mi posłu­gi­wać się nią. Obie­cuję wam, że wię­cej jej uży­wać nie będę.

- Dzię­kuję - odparł biskup.

G. mówił zaś dalej:

- Wróćmy do wyja­śnie­nia, któ­rego żąda­li­ście. Na czym sta­nę­li­śmy? Co mi mówi­li­ście? Że 93. był bez­li­to­sny?

- Bez­li­to­sny, tak - potwier­dził biskup. - Co myśli­cie o Mara­cie, który kla­skał w ręce przed gilo­tyną?

- Co myśli­cie o Bos­su­ecie, który śpie­wał Te Deum nad dra­go­nami?

Odpo­wiedź była cierpka, szła do celu pro­sto jak ostrze stali. Biskup zadrżał i nie zna­lazł na to odpo­wie­dzi, dotknięty był jed­nak takim spo­so­bem mówie­nia o Bos­su­ecie. Naj­sil­niej­sze nawet umy­sły mają swoje fety­sze i cza­sami rani je bole­śnie brak sza­cunku, który napo­ty­kają w logice.

Jego opo­nent zaczął tym­cza­sem mieć pro­blemy z płu­cami, astma ago­nii, towa­rzy­sząca zwy­kle ostat­nim odde­chom, chwi­lami tamo­wała mu głos; w oczach jed­nak jaśniała przy­tom­ność umy­słu. Mówił dalej:

- Powiedzmy jesz­cze kilka słów o tym i owym. Poza obrę­bem rewo­lu­cji, która jako całość jest potęż­nym gło­sem ludz­kim, rok 93., jest, nie­stety, odpo­wie­dzią. Uwa­żasz ją za bez­li­to­sną, panie, ale czymże jest cała monar­chia? Car­rier jest ban­dytą, a jak nazwie­cie Mon­tre­vela? Fouqu­ier-Tainville jest nędz­ni­kiem, ale cóż powie­cie o Lamo­ignon-Bâville'u? Mail­lard jest okropny, lecz Saulx-Tavan­nes, jeżeli łaska? Ojciec Duch?ne jest okrutny, ale jakim przy­miot­ni­kiem okre­śli­cie ojca Letel­lier? Jour­dan-Coupe-T?te jest potwo­rem, ale mniej­szym od pana mar­kiza Louvois. Panie, żałuję Marii Anto­niny, arcy­księż­niczki i kró­lo­wej, ale boleję także nad biedną hugo­notką, którą w 1685 roku, za pano­wa­nia Ludwika Wiel­kiego, przy­wią­zano do słupa, obna­żyw­szy ją poprzed­nio do pasa, a dziecko jej, które kar­miła, umiesz­czono w pew­nym odda­le­niu; pierś jej napeł­niała się mle­kiem, a serce nie­po­ko­jem, dzie­cię, zgłod­niałe, blade, patrzyło na tę pierś, krzy­czało i konało, a kat mówił do kobiety, matki i kar­mi­cielki: "Wyrzec się two­jej wiary", dając jej do wyboru mię­dzy śmier­cią dziecka a śmier­cią sumie­nia. Co powie­cie o tej męczarni Tan­tala, zasto­so­wa­nej do matki? Panie, zapa­mię­taj to sobie dobrze: rewo­lu­cja fran­cu­ska miała swoje przy­czyny. Przy­szłość roz­grze­szy ją z namięt­no­ści. Lep­szy świat, oto jej rezul­tat. Z naj­strasz­liw­szych jej cio­sów powstaje piesz­czota dla rodzaju ludz­kiego... Skra­cam. Zatrzy­muję się. Zanadto łatwą mam grę. Zresztą umie­ram.

I prze­sta­jąc patrzeć na biskupa, G. dokoń­czył myśl swoją tymi sło­wami:

- Tak, bru­talne dzia­ła­nie postępu nazy­wamy rewo­lu­cją. Kiedy jedno i dru­gie skoń­czy się, widzimy, że rodzaj ludzki doznał szorst­kiego się z nim obej­ścia, ale jed­nak poszedł naprzód.

Czło­nek Kon­wentu nie domy­ślał się, że mówiąc to wszystko, zdo­by­wał po kolei wszyst­kie wewnętrzne szańce biskupa. Pozo­stał z nich jed­nak jesz­cze jeden i z tego to szańca, ostat­niego środka obrony Jego Wie­leb­no­ści Ludo­miła, wyszły słowa, w któ­rych na nowo odbiła się cała począt­kowa ostrość:

- Postęp powi­nien wie­rzyć w Boga. Dobro nie może mieć bez­boż­nego sługi, ate­usz jest złym prze­wod­ni­kiem dla rodzaju ludz­kiego.

Stary repre­zen­tant narodu nie odpo­wie­dział na to nic. Zadrżał tylko. Spoj­rzał w niebo i powoli oko jego zaszło łzą. Kiedy powieka napeł­niła się, a łza spły­nęła po sinym policzku, jąka­jąc się, cicho, z okiem toną­cym w oddali, męż­czy­zna prze­mó­wił:

- O ty, o ide­ale, ty jeden jesteś!

Biskup doznał wstrząsu, któ­rego nie­po­dobna opi­sać.

Po chwili mil­cze­nia sta­rzec pod­niósł palce do nieba i rzekł:

- Nie­skoń­czo­ność jest. Jest ona tam. Gdyby nie­skoń­czo­ność nie miała swo­jego "ja", ja byłoby gra­nicą jej, nie byłaby więc nie­skoń­czo­no­ścią, innymi słowy: nie ist­nia­łaby. Ale jest. A zatem ma swoje "ja". To "ja" nie­skoń­czo­no­ści jest Bogiem.

Umie­ra­jący wymó­wił te ostat­nie słowa gło­sem dono­śnym i z dresz­czem eks­tazy, jak gdyby kogoś widział. Kiedy skoń­czył mówić, jego oczy się zamknęły. Wysi­łek wyczer­pał go. Widocz­nie w jed­nej chwili prze­żył te kilka godzin, które mu pozo­sta­wały. To, co powie­dział, zbli­żyło go do tego, który jest w śmierci. Nad­cho­dziła ostat­nia chwila.

Biskup zro­zu­miał to i wie­dział, że nie ma czasu do stra­ce­nia. Przy­szedł tu jako kapłan, a jego nie­zwy­kła obo­jęt­ność zmie­niła się nagle w nie­zwy­kłe wzru­sze­nie: popa­trzył na te zamknięte oczy, ujął tę starą, pomarsz­czoną i zlo­do­wa­ciałą rękę, i pochy­la­jąc się ku umie­ra­ją­cemu, rzekł:

- Chwila ta, jest chwilą Boga. Jak sądzisz, czy nie byłoby żal, gdyby to nasze spo­tka­nie stało się daremne?

Sta­rzec otwo­rzył oczy. Na jego obli­czu malo­wała się powaga, jak gdyby przy­sło­nięta cie­niem.

- Księże bisku­pie - rzekł powoli, a powol­ność ta była może bar­dziej wyra­zem god­no­ści niż braku sił - spę­dzi­łem moje życie na roz­my­śla­niu, nauce i kon­tem­pla­cji. Mia­łem sześć­dzie­siąt lat, kiedy kraj mnie powo­łał i kazał wziąć udział w jego spra­wach. Usłu­cha­łem. Były nad­uży­cia, więc z nimi wal­czy­łem, były tyra­nie, więc je usu­ną­łem, były prawa i zasady, więc je wyzna­wa­łem i gło­si­łem innym. Naje­chano zie­mię, więc jej bro­ni­łem, Fran­cja była zagro­żona, więc ofia­ro­wa­łem moją pierś. Nie byłem bogaty, a teraz jestem ubogi. Byłem jed­nym z wład­ców pań­stwa, piw­nice banku tak były napeł­nione mone­tami, że trzeba było pode­przeć ściany, by cię­żar złota i sre­bra ich nie roz­sa­dził, a jada­łem na ulicy Arbre sec za dwa­dzie­ścia sous od osoby. Wspie­ra­łem uci­śnio­nych, dopo­ma­ga­łem cier­pią­cym. Podar­łem wpraw­dzie obrus ołta­rza, ale po to tylko, by opa­trzyć nim rany ojczy­zny. Zawsze towa­rzy­szy­łem rodza­jowi ludz­kiemu w jego pocho­dzie naprzód do świa­tła i cza­sami opie­ra­łem się postę­powi nie­zna­ją­cemu lito­ści. Przy spo­sob­no­ści bro­ni­łem nawet wła­snych swo­ich prze­ciw­ni­ków, was samych. We Flan­drii, w Pete­ghem, w tym miej­scu, gdzie kró­lo­wie mero­wing­scy posia­dali kie­dyś swój pałac, jest klasz­tor Urba­ni­stów, opac­two św. Klary w Beau­lieu, które ura­to­wa­łem w 1793 roku. Speł­nia­łem swój obo­wią­zek według moich sił i robi­łem dobrze, na ile tylko mogłem. Potem byłem wypę­dzony, ści­gany, prze­śla­do­wany, oczer­niany, wyszy­dzany, oplu­wany i prze­klęty. Już od wielu lat przy moich siwych wło­sach czuję, że wielu ludzi uważa, że ma prawo mną pogar­dzać, biedny, nie­świa­domy tłum widzi we mnie potę­pieńca. Nie czu­jąc do nikogo nie­na­wi­ści, zga­dzam się na odosob­nie­nie z nie­na­wi­ści pły­nące. Teraz mam osiem­dzie­siąt lat, umie­ram. Czego chce­cie ode mnie?

- Bło­go­sła­wień­stwa waszego - rzekł biskup. I ukląkł.

Kiedy pod­niósł głowę, na obli­czu starca malo­wał się wyraz maje­statu. Nie żył już.

Biskup wró­cił do sie­bie pogrą­żony w głę­bo­kiej zadu­mie. Całą noc spę­dził na modli­twie. Naza­jutrz kilku odważ­nych cie­kaw­skich pró­bo­wało mówić z nim o G., ale on wska­zał im tylko niebo.

Od tej chwili jego czu­łość i bra­ter­stwo wzglę­dem małych i nie­szczę­śli­wych jesz­cze się zwięk­szyły.

Na naj­mniej­szą wzmiankę o tym "sta­rym zbrod­nia­rzu G." wpa­dał w dziwne zamy­śle­nie. Nie można powie­dzieć, że przej­ście tego ducha przed jego duchem i odblask tego wiel­kiego sumie­nia na jego sumie­nie, nie miały wpływu na jego postęp w dro­dze ku dosko­na­ło­ści.

Te "paster­skie odwie­dziny" natu­ral­nie dały pre­tekst do szem­ra­nia miej­sco­wym kote­riom.

"Czyż łoże takiego umie­ra­ją­cego było dla biskupa sto­sow­nym miej­scem"? - pytano.

"Oczy­wi­ste prze­cież, że nie można było liczyć na jego nawró­ce­nie. Wszy­scy ci rewo­lu­cjo­ni­ści są zatwar­dziali. Więc po cóż było iść? Cóż tam było do zoba­cze­nia? Musiał być bar­dzo cie­kaw zoba­czyć, jak dia­beł duszę zabiera".

Pewna pani, z rodzaju imper­ty­nen­tek silą­cych się na dow­cip, zacze­piła go nawet takim żar­tem:

- Ludzie pytają, kiedy Wasza Wiel­kość będzie miał czer­woną czapkę?

- Ho, ho! To silny kolor - opo­wie­dział biskup. - Szczę­ście, że ci, któ­rzy pogar­dzają nim na czapce, sza­nują go na kape­lu­szu.

Rozdział XI. Restrykcja

Roz­dział XI

Restryk­cja

Myliłby się ten, kto by sądził, że Jego Wie­leb­ność Ludo­mił był "bisku­pem filo­zo­fem" lub też "pro­bosz­czem patriotą". Jego spo­tka­nie z daw­nym człon­kiem Kon­wentu pozo­sta­wiło w nim uczu­cie pew­nego zdzi­wie­nia, które uczy­niło go jesz­cze łagod­niej­szym. Oto i wszystko.

Cho­ciaż biskup Ludo­mił nie był wcale czło­wie­kiem zaan­ga­żo­wa­nym w poli­tykę, powinno się tu może krótko wspo­mnieć, jaka była jego postawa wobec ówcze­snych zda­rzeń, zakła­da­jąc, że biskup Ludo­mił w ogóle myślał o tym na tyle, by mieć jakąś postawę.

Cof­nijmy się zatem o parę lat wstecz.

Wkrótce po wynie­sie­niu Myriela na biskup­stwo, cesarz zro­bił go rów­nież - tak jak i paru innych bisku­pów - baro­nem cesar­stwa. Jak wia­domo, papieża zaaresz­to­wano w nocy z 5 na 6 lipca 1809 roku; przy tej oka­zji Myriel został wezwany przez Napo­le­ona na synod bisku­pów Fran­cji i Włoch, zwo­łany do Paryża. Synod ten odby­wał się w Notre-Dame i zgro­ma­dził się po raz pierw­szy 15 czerwca 1811 pod pre­zy­den­cją kar­dy­nała Fescha. Myriel zna­lazł się w gru­pie dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu bisku­pów, któ­rzy nale­żeli do synodu. Obecny był jed­nak tylko na pierw­szym spo­tka­niu i trzech lub czte­rech pry­wat­nych kon­fe­ren­cjach. Jako biskup die­ce­zji gór­skiej, żyjący tak bli­sko natury, w nie­do­statku i wiej­skiej pro­sto­cie, zda­wał się wno­sić mię­dzy te zna­ko­mite osoby takie myśli, które zmie­niały atmos­ferę zgro­ma­dze­nia. Bar­dzo szybko wró­cił do sie­bie. Kiedy wypy­ty­wano go o przy­czynę tak rychłego powrotu, odpo­wia­dał:

- Prze­szka­dza­łem im. Przeze mnie docho­dziło do nich powie­trze z zewnątrz. Spra­wia­łem na takich takie wra­że­nie, jak­bym był otwar­tymi drzwiami.

Innym razem rzekł:

- Cóż chce­cie? To są ksią­żęta. Ja zaś jestem tylko bied­nym bisku­pem chłop­skim.

Rze­czą pewną było, że im się nie podo­bał. Kie­dyś, kiedy pew­nego wie­czoru gościł u jed­nego ze swo­ich naj­zna­ko­mit­szych kole­gów, wymknęły mu się mię­dzy innymi takie słowa:

- Jakie piękne zegary! Jakie wspa­niałe dywany i jaka śliczna libe­ria! Musi to bar­dzo prze­szka­dzać. O, nie chciał­bym tego całego zbytku, który wciąż krzy­czałby mi nad uszami: są ludzie, któ­rym zimno, są ludzie ubo­dzy!

Zaznaczmy na mar­gi­ne­sie, że nie­na­wiść do zbytku nie byłaby rozumną nie­na­wi­ścią. Ta nie­na­wiść mie­ści­łaby bowiem w sobie także nie­na­wiść do sztuki. Jed­nakże u ludzi Kościoła zby­tek poza obrę­bem koniecz­nej repre­zen­ta­cji i obrząd­ków jest złem. Zdaje się on zdra­dzać przy­zwy­cza­je­nia, rze­czy­wi­ście nie­mo­gące iść w parze z miło­ścią bliź­niego. Bogaty ksiądz jest bez­sen­sem. Ksiądz musi stać bli­sko ubo­gich. A czyż podobna ocie­rać się wciąż, dzień i noc, o nędzę, nie­szczę­ścia oraz biedę i nie wziąć na sie­bie tro­chę tej nędzy jak pro­chu od pracy? Czyż można wyobra­zić sobie czło­wieka, który stoi przy piecu, a nie ma ani jed­nego spa­lo­nego wło­ska, ani jed­nego poczer­nia­łego paznok­cia, ani kro­pli potu, ani odro­biny popiołu na twa­rzy? Pierw­szym dowo­dem miło­ści u księ­dza, a nade wszystko u biskupa, jest ubó­stwo.

Tak zapewne myślał też biskup z Digne.

Nie trzeba z tego jed­nak wno­sić, że w pew­nych draż­li­wych kwe­stiach podzie­lał on to, co byśmy nazwali "ide­ami wieku". Mało mie­szał się do ówcze­snych teo­lo­gicz­nych kłótni i mil­czał w kwe­stiach spor­nych mię­dzy pań­stwem a Kościo­łem: gdyby go jed­nak przy­parto do muru, zdaje się, że prę­dzej zna­le­ziono by w nim mate­riał na ultra­mon­ta­nina niż gali­ka­nina. Ponie­waż przed­sta­wiamy go wier­nie i nie chcemy niczego ukry­wać, musimy dodać, że wzglę­dem upa­da­ją­cego Napo­le­ona zacho­wał się lodo­wato. Od 1813 roku albo oso­bi­ście brał udział we wszyst­kich nie­przy­ja­znych mu mani­fe­sta­cjach, albo im przy­kla­ski­wał. Odmó­wił spo­tka­nia z cesa­rzem, kiedy ten wró­cił z wyspy Elby, w swo­jej die­ce­zji ni­gdy też nie naka­zał publicz­nych modłów za cesa­rza pod­czas Stu Dni.

Oprócz sio­stry Bap­ty­sty, biskup miał rów­nież dwóch braci: jeden był gene­ra­łem, a drugi pre­fek­tem. Dosyć czę­sto do oby­dwu pisy­wał. Przez jakiś czas gnie­wał się jed­nak na pierw­szego za to, że będąc dowódcą w Pro­wan­sji, w cza­sie przy­by­cia do Can­nes na czele oddziału liczą­cego tysiąc pięć­set ludzi, ści­gał cesa­rza tak, jak się ściga, kiedy chce dać się umknąć ści­ga­nemu. Ser­decz­niej­szą kore­spon­den­cję pro­wa­dził z dru­gim bra­tem, pre­fek­tem, poczci­wym i zacnym czło­wie­kiem, który usu­nąw­szy się z publicz­nego obo­wiązku, żył w spo­koju w Paryżu, przy ulicy Cas­sette.

A zatem także i biskup Ludo­mił miał swoją chwilę stron­ni­czo­ści poli­tycz­nej, swoją chwilę gory­czy, swoją chmurę. Cień namięt­no­ści czasu prze­mknął rów­nież po tym łagod­nym i wiel­kim umy­śle, który zata­piał się w rze­czach wiecz­nych. Czło­wiek taki z pew­no­ścią zasłu­gi­wał na to, by opi­nie poli­tyczne pozo­stały dla niego zupeł­nie obo­jętne.

Dla lep­szego wyło­że­nia naszej myśli trzeba tu dodać, że nie mie­szamy tego, co powszech­nie nazywa się "opi­nią poli­tyczną", z wiel­kim pra­gnie­niem postępu, ze szczytną wiarą w patrio­tyzm, demo­kra­cję oraz ludz­kość, która to wiara powinna dziś być pod­stawą wszel­kiej szla­chet­nej inte­li­gen­cji. Nie zagłę­bia­jąc się w kwe­stie, które tylko pośred­nio doty­kają przed­miotu tej książki, powiemy po pro­stu, że byłoby pięk­nie, gdyby biskup Ludo­mił nie był roja­li­stą, gdyby jego wzrok nawet na chwilę nie odwró­cił się od owej pogod­nej kon­tem­pla­cji, w któ­rej ponad fik­cją i nie­na­wi­ścią tego świata, ponad burz­li­wym bie­giem rze­czy ludz­kich, wyraź­nie pro­mie­nieją trzy świa­tła: prawda, spra­wie­dli­wość i miłość.

Zga­dza­jąc się jed­nak na to, że Bóg stwo­rzył biskupa Ludo­miła nie dla żad­nej idei poli­tycz­nej, mogli­by­śmy nawet rozu­mieć i podzi­wiać jego pro­te­sta­cję w imie­niu prawa i wol­no­ści, dumną opo­zy­cję, nie­bez­pieczny i spra­wie­dliwy opór, jaki sta­wiał wszech­wład­nemu Napo­le­onowi. Ale o ile taka postawa podoba nam się wzglę­dem tych, co się wzno­szą, nie podoba nam się wzglę­dem tych, któ­rzy upa­dają. Walkę lubić można wów­czas tylko, kiedy jest w niej nie­bez­pie­czeń­stwo, a w każ­dym razie ci tylko, któ­rzy wal­czą w pierw­szej godzi­nie, mają jedy­nie prawo zagłady w godzi­nie ostat­niej. Kto nie był oskar­ży­cie­lem za cza­sów pomyśl­no­ści, powi­nien mil­czeć w chwili nie­po­wo­dze­nia. Tylko ten, kto przeciwsta­wiał się powo­dze­niu, ma prawo być sędzią w upadku. Co do nas, kiedy Opatrz­ność mie­sza się do tego i sama ude­rza, nie prze­szka­dzamy jej. Rok 1812 zaczął nas roz­bra­jać. W 1813 roku owe mil­czące ciało pra­wo­daw­cze, które - ośmie­lone kata­stro­fami - nik­czem­nie prze­rywa swoje mil­cze­nie, wzbu­dzić powinno tylko obu­rze­nie, nie zaś okla­ski; w 1814 zaś nale­żało jedy­nie odwró­cić głowę od owych mar­szał­ków senatu, któ­rzy zdra­dza­jąc, z jed­nej kałuży wpa­dali w drugą, znie­wa­ża­jąc to, co poprzed­nio tak ubó­stwiali i plu­jąc na swoje naj­więk­sze bożysz­cze. W 1815 roku, kiedy naj­więk­sze, osta­teczne już klę­ski wisiały w powie­trzu, kiedy ich ponure zbli­ża­nie się przej­mo­wało całą Fran­cję dresz­czem, kiedy można już było dostrzec zary­so­wu­jące się przed Napo­le­onem Water­loo, bole­sne, powszechne prze­chy­le­nie się armii na stronę ska­zańca losu nie miało w sobie nic śmiesz­nego - i pod tym wzglę­dem serce takiego czło­wieka jak biskup powinno było zrozu­mieć, jak wiel­kie i wzru­sza­jące było to ści­słe połą­cze­nie się na brzegu prze­pa­ści wiel­kiego narodu z wiel­kim czło­wie­kiem.

Wyjąw­szy tę jedną kwe­stię, był on we wszyst­kim spra­wie­dliwy, szczery, rozumny, pokorny, pełen god­no­ści, dobro­czynny i uprzejmy, co jest zresztą drugą dobro­czyn­no­ścią. Był to kapłan, mędrzec i czło­wiek. A nawet, trzeba to zazna­czyć, w kwe­stii poli­tycz­nej, co do któ­rej przed chwilą uczy­ni­li­śmy tu zarzut i którą gotowi jeste­śmy oce­nić surowo, był w pew­nym sen­sie pro­sto­li­nijny i wyro­zu­miały, bar­dziej może nawet od piszą­cego te słowa.

Otóż odźwierny ratu­sza dostał swą posadę od cesa­rza. Był to stary pod­ofi­cer sta­rej gwar­dii, legio­ni­sta spod Auster­litz, bona­par­ty­sta jak się patrzy. Bie­da­kowi temu wymy­kały się cza­sem słowa, które ówcze­sne prawo nazy­wało mową bun­tow­ni­czą. Od czasu, kiedy pro­fil cesa­rza znikł z legii hono­ro­wej, on prze­stał zakła­dać mun­dur dla­tego, żeby nie być zmu­szony do zło­że­nia swego krzyża. Sam zaś z namasz­cze­niem zdjął wize­ru­nek cesar­ski z krzyża, który Napo­leon mu dał, na jego miej­sce zaś nie chciał wło­żyć niczego innego, tak że na mun­durze pozo­stała dziura. Wolę umrzeć - powta­rzał - niż nosić na sercu trzy ropu­chy. Chęt­nie też gło­śno szy­dził z Ludwika XVIII. "Stary poda­gryk w angiel­skich kama­szach - powia­dał - niech sobie rusza do Prus ze swoją sal­se­fią". Szczę­śliwy był, że w jed­nym prze­kleń­stwie mógł połą­czyć dwie rze­czy, któ­rych naj­bar­dziej nie­na­wi­dził: Prusy i Anglię. Tak doka­zy­wał, że wresz­cie stra­cił posadę i został bez chluba na bruku, z żoną i z dziećmi. Biskup przy­wo­łał go do sie­bie, łagod­nie upo­mniał i mia­no­wał odźwier­nym kate­dry.

W dzie­więć lat biskup Ludo­mił, dzięki swym świę­tym uczyn­kom oraz słod­kiemu obej­ściu, zjed­nał sobie w całym mie­ście rodzaj tkli­wej, synow­skiej czci. Nawet jego postawa wzglę­dem Napo­le­ona nie zaszko­dziła mu w oczach ludu, który w mil­cze­niu mu to daro­wał. Dobra, poczciwa trzoda czciła swego cesa­rza, ale nie mniej kochała biskupa.

Rozdział XII. Samotność biskupa Ludomiła

Roz­dział XII

Samot­ność biskupa Ludo­miła

Pra­wie zawsze wokół każ­dego biskupa znaj­duje się rój księży, tak jak wokół gene­rała gro­ma­dzi się zwy­kle gro­mada mło­dych ofi­ce­rów. O nich to wła­śnie powiada gdzieś święty Fran­ci­szek Salezy, że są to "księża mło­kosy". W każ­dym zawo­dzie widzimy grupę ubie­ga­ją­cych się, któ­rzy skła­dają się na orszak tych, co już dobie­gli do mety. Nie ma wła­dzy, która by nie miała swo­ich sate­li­tów, nie ma for­tuny, która by nie miała swego dworu. Ci, co sta­rają zapew­nić sobie przy­szłość, krążą wokół świet­nej teraź­niej­szo­ści. Każda metro­po­lia ma swój sztab. Każdy biskup, choć tro­chę wpły­wowy, ma wokół sie­bie swój patrol che­ru­bi­nów: semi­na­rzy­stów, któ­rzy peł­nią służbę, utrzy­mują nale­żyty porzą­dek w pałacu bisku­pim i odby­wają straż przy uśmie­chu Jego Wie­leb­no­ści. Podo­bać się bisku­powi, to jak sta­nąć jedną nogą na stop­niu sub­dia­kona. Trzeba prze­cież jakoś żyć, a pro­bo­stwo nie pogar­dza kano­nią.

Tak jak gdzie indziej są wiel­kie figury, tak w kościele są wiel­kie infuły. Są to biskupi dobrze usta­wieni przy dwo­rze, bogaci, mający dochody, zręczni, przyj­mo­wani w świe­cie, zapewne umie­jący się modlić, ale też umie­jący pro­sić, bez skru­pu­łów ska­zu­jący w swo­jej oso­bie całą die­ce­zję na wycie­ra­nie przed­po­ko­jów. Grają oni rolę łącz­ni­ków mię­dzy zakry­stią a dyplo­ma­cją i są to bar­dziej księża niż kapłani, bar­dziej pra­łaci niż biskupi. Szczę­śliwy, kto się może do nich zbli­żyć! Tych, co nad­ska­kują i się przy­po­chle­biają, i całą tę mło­dzież, która umie się podo­bać, obdzie­lają oni, jako ludzie upo­waż­nieni, zyskow­nymi para­fiami, pre­ben­dami, archi­dia­ko­na­tami, posa­dami jał­muż­ni­ków i urzę­dami kate­dral­nymi, zanim nadej­dzie kolej na bisku­pie god­no­ści. Sami idąc naprzód, posu­wają rów­no­cze­śnie naprzód swo­ich sate­li­tów; jest to cały sys­tem sło­neczny w ruchu. Pro­mie­nie, które od nich padają, oświe­cają ich świtę. Okru­szyny ich wła­snego powo­dze­nia sypią się na innych. Im zyskow­niej­sze pro­bo­stwo ma patron, tym zyskow­niej­sze pro­bo­stwo dostaje się fawo­ry­towi. A w dodatku jest prze­cież jesz­cze Rzym. Biskup, który umie zostać arcy­bi­sku­pem, arcy­bi­skup, który umie zostać kar­dy­na­łem, bie­rze ze sobą kogoś jako kon­kla­wi­stę, ten ktoś wcho­dzi do roty, dostaje paliusz i oto już jest audy­to­rem, dalej zaś szam­be­la­nem, póź­niej mon­si­gno­rem, a od Jego Wyso­ko­ści do Emi­nen­cji już tylko jeden krok, Emi­nen­cję od Świą­to­bli­wo­ści dzieli zaś już tylko for­mal­ność gło­so­wa­nia. Każdy biret może więc marzyć o tia­rze. Ksiądz jest w naszych cza­sach jedy­nym czło­wie­kiem, który może zostać kró­lem, i to jesz­cze jakim kró­lem! Kró­lem naj­wyż­szym. Toteż semi­na­rium jest jak szkółka ochot­ni­ków! Ileż dzieci śpie­wa­ją­cych w chó­rze, ile mło­dych księży, któ­rzy na gło­wie mają dzban mleka Peretty! Któż wie, jak łatwo ambi­cja zyskuje miano powo­ła­nia? Może w dobrej wie­rze zwo­dzić i samą sie­bie, świę­toszka!

Biskup Ludo­mił, pokorny, ubogi, żyjący w odosob­nie­niu, nie zali­czał się do wiel­kich infuł. Zupełny brak mło­dych księży wokół niego dosta­tecz­nie to wska­zy­wał. Widzie­li­śmy też, że w Paryżu się "nie przy­jął". Ani jedno marze­nie o przy­szło­ści nie myślało przy­cze­pić się do tego samot­nego starca. Ani jedna mło­dziutka ambi­cja nie odwa­żyła się rosnąć pod jego cie­niem. Jego kano­nicy i wika­riu­sze byli poczci­wymi star­cami, trzy­ma­jący tro­chę tak jak on z ludem, jak on zamu­ro­wani w swo­jej die­ce­zji, która nie pro­wa­dziła do kar­dy­nal­stwa; byli oni podobni do swego biskupa, z tą tylko róż­nicą, że z nich już nic wię­cej być nie mogło, on zaś był czło­wie­kiem skoń­czo­nym. Tak dobrze zda­wano sobie sprawę z nie­moż­li­wo­ści wzra­sta­nia przy nim, że mło­dzi ludzie wyświę­ceni przez niego, zaraz po wyj­ściu z semi­na­rium sta­rali się o to, by ich pole­cono arcy­bi­sku­pom w Aix albo w Auch i prędko zmy­kali. Bo prze­cież, powtórzmy, każdy chce, by ktoś go posu­nął naprzód. Czło­wiek świą­to­bliwy, wyzna­jący zby­teczne zapar­cie się samego sie­bie, jest nie­bez­piecz­nym sąsiedz­twem; może zara­zić nie­ule­czal­nym ubó­stwem, bez­wład­no­ścią sta­wów potrzeb­nych do awansu, sło­wem: nauczyć się zrze­ka­nia samego sie­bie bar­dziej, niż byś chciał, toteż ludzie ucie­kają od tej zaraź­li­wej cnoty. Stąd też brało się osa­mot­nie­nie biskupa Ludo­miła. Żyjemy w smut­nym spo­łe­czeń­stwie. Powo­dze­nie jest to nauka, która kro­pla za kro­plą sączy zgor­sze­nie.

Nawia­sem mówiąc, powo­dze­nie jest rze­czą dosyć brzydką. Fał­szywe jego podo­bień­stwo do zasługi zwo­dzi ludzi. W oczach tłumu ma ono pra­wie te same rysy co wyż­szość. Powo­dze­nie, ten sobo­wtór zdol­no­ści, wypro­wa­dza w pole histo­rię. Jedy­nie Juwe­nal i Tacyt je gro­mią; za naszych cza­sów jed­nak filo­zo­fia, na wpół użyt­kowa, stała się słu­żącą powo­dze­nia, nosi jego libe­rię i pełni służbę w jego przed­po­koju. "Niech się wam wie­dzie" - oto jest cała teo­ria. Powo­dze­nie koja­rzy się ze zdol­no­ścią - wygraj więc na lote­rii, a ogło­szą cię zdol­nym czło­wie­kiem! Kto odnosi zwy­cię­stwo, ten zdo­bywa cześć. Ródź się zatem w czepku! Wszystko od tego zależy: niech ci się wie­dzie, reszta nic już nie zna­czy; miej szczę­ście, a będziesz wielki. Oprócz pię­ciu czy sze­ściu wyjąt­ków, które bla­skiem swym zdo­bią wiek współ­cze­sny, podziw jest dziś bar­dzo krót­ko­wzroczny. Pozłota jest zło­tem. Być pierw­szym lep­szym, nic to nie zna­czy, byleby dojść do celu. Pospól­stwo jest jak stary Nar­cyz, który kocha się sam w sobie i przy­kla­skuje tylko pospo­li­to­ści. Potężną zdol­ność, która two­rzy Moj­że­sza, Eschila, Dan­tego, Michała Anioła lub Napo­le­ona, tłum przy­znaje od razu, i to każ­demu, kto doj­dzie do jakie­go­kol­wiek celu. Niech się tylko nota­riusz zamieni w depu­to­wa­nego, niech fał­szywy Kor­ne­liusz napi­sze Tiri­data, niech eunuch zdo­bę­dzie harem, niech służ­bi­sta woj­skowy przy­pad­kiem wygra ważną bitwę epoki, niech apte­karz wynaj­dzie pode­szwy z kar­tonu dla armii Sam­bry i Mozy i z kar­tonu tego, sprze­da­wa­nego zamiast skóry, zrobi sobie czte­ry­sta tysięcy fran­ków dochodu, niech wędrowny kupiec zaślubi lichwę i zro­dzi sie­dem do ośmiu milio­nów, któ­rych on będzie ojcem a ona matką, niech kazno­dzieja zosta­nie bisku­pem dla­tego, że mówi przez nos; niech rządca dobrego domu będzie tak bogaty, koń­cząc służbę, by go zro­biono mini­strem finan­sów - ludzie wszystko to nazwą geniu­szem, tak jak twarz Mousqu­etona nazy­wają pięk­no­ścią, a kark Klau­diu­sza maje­sta­tem. Mie­szają gwiazdy przestwo­rzy z gwiaz­dami, które łapy kaczek wyci­skają na mięk­kim szla­mie kałuży.

Rozdział XIII. W co wierzył?

Roz­dział XIII

W co wie­rzył?

W kwe­stii pra­wo­wier­no­ści biskupa z Digne nie będziemy spraw­dzać - przed taką duszą czu­jemy się skłonni jedy­nie do sza­cunku. Sumie­niu spra­wie­dli­wego należy wie­rzyć na słowo. Zresztą przy całej róż­no­rod­no­ści ludz­kich natur jeste­śmy skłonni przy­pusz­czać, że wszyst­kie cnoty ludz­kie mogą roz­wi­jać się nie tylko w naszej reli­gii.

Co on sam myślał o dogma­tach i tajem­ni­cach reli­gii? To tajne sumie­nie zna chyba tylko grób, do któ­rego scho­dzą nagie dusze. Pewni jed­nak jeste­śmy, że ni­gdy trud­no­ści wiary nie przy­kry­wały się u niego płasz­czem hipo­kry­zji. Dia­ment nie pod­daje się żad­nej zgni­liź­nie. Wie­rzył, jak mógł naj­wię­cej. Credo in patrem - wołał czę­sto. Czer­pał zresztą z dobrych uczyn­ków, któ­rymi zaspo­kaja się sumie­nie, mówiąc z cicha: jestem z Bogiem!

Trzeba też tutaj nad­mie­nić, że - jeśli można się tak wyra­zić - poza obrę­bem jego wiary, biskup wyka­zy­wał też zbyt­nią miłość. To wła­śnie, quia mul­tum ama­vit, było jego słabą stroną, jak powia­dały poważne osoby, roz­sądni ludzie - ulu­bione wyra­że­nia naszego smut­nego świata, w któ­rym samo­lub­stwo odbiera hasło od pedan­ty­zmu. Czymże był ten jego zby­tek miło­ści? Była to pogodna uprzej­mość, obej­mu­jąca wszyst­kich ludzi, a cza­sami roz­cią­ga­jąca się nawet na zwie­rzęta. Nie znał uczu­cia pogardy i był pobłaż­liwy dla każ­dego bożego stwo­rze­nia. Każdy czło­wiek, nawet naj­lep­szy, wyka­zuje pewną nie­czu­łość, którą zacho­wuje dla zwie­rząt. Biskup nie posia­dał tej nie­czu­ło­ści, wła­ści­wiej prze­cież wielu księ­żom. Nie posu­wał się może tak daleko jak bra­min, ale zdaje się, że dobrze zasta­na­wiał się nad sło­wami Ekle­zja­sty: "Któż wie­dzieć może, gdzie idzie dusza zwie­rząt?". Zarówno szpetna powierz­chow­ność, jak i ułom­ność instynktu ani go nie dzi­wiły, ani tym bar­dziej nie obu­rzały. Wzru­szał się tylko i roz­czu­lał nad nimi. Wyda­wało się, że poza gra­ni­cami pozor­nego życia szu­kał ich przy­czyny, wyja­śnie­nia, jakie­goś uspra­wie­dli­wie­nia. Chwi­lami zda­wał się pro­sić Boga o zmniej­sze­nie kary. Bez gniewu, okiem filo­loga, który syla­bi­zuje palimp­sest, badał ten chaos, co się jesz­cze znaj­duje w przy­ro­dzie. Cza­sami, w zadu­mie swo­jej, dziwne mówił rze­czy. Pew­nego rana na przy­kład był w ogro­dzie. Nie widział sio­stry, która za nim szła i sądził, że jest sam. Nagle zatrzy­mał się i zaczął przy­glą­dać się cze­muś na ziemi: był to wielki, czarny, kosmaty, obrzy­dliwy pająk. Sio­stra usły­szała, jak mówił:

- Biedne zwie­rzę, prze­cież to nie jego wina.

Dla­czego mam nie wspo­mi­nać o tych dzie­cin­nych przy­mio­tach, malu­ją­cych pra­wie boską dobroć? Są to dzie­ciń­stwa, zgoda, ale dzie­ciń­stwa szczytne, które mieli rów­nież św. Fran­ci­szek z Asyżu i Marek Aure­liusz.

Innym razem biskup skrę­cił sobie nogę, nie chcąc zgnieść mrówki. Tak wła­śnie żył ten spra­wie­dliwy czło­wiek. Cza­sami usy­piał w ogro­dzie - był to widok wzbu­dza­jący naj­więk­szy sza­cu­nek.

Powia­dano, że biskup Ludo­mił w mło­do­ści swo­jej, a także i w wieku doj­rza­łym, był czło­wie­kiem poryw­czym, nawet gwał­tow­nym. Jego póź­niej­sza dobroć i łagod­ność wyni­kały więc nie tyle z tem­pe­ra­mentu, ile raczej z głę­bo­kiego prze­ko­na­nia, które powoli, myśl za myślą, wni­kało w jego życie - nawet w cha­rak­te­rze twar­dym jak skała, kro­ple wody mogą w końcu wyżło­bić dziurę. Wyżło­bie­nia takie są nie­za­tarte, a takie kształ­to­wa­nie - nie­znisz­czalne.

Jak to już zostało wspo­mniane, w 1815 roku biskup koń­czył sie­dem­dzie­siąt pięć lat, nie wyglą­dał jed­nak nawet na lat sześć­dzie­siąt. Był nie­wiel­kiego wzro­stu, tro­chę otyły, i z tego powodu lubił odby­wać dłu­gie, pie­sze prze­chadzki. Chód miał pewny i pra­wie wcale się nie gar­bił: jest to szcze­gół, z któ­rego nie zamie­rzamy jed­nak wycią­gać żad­nych wnio­sków: Grze­gorz XVI, mając lat osiem­dzie­siąt, rów­nież trzy­mał się pro­sto i się uśmie­chał, co jed­nak nie prze­szka­dzało mu być złym bisku­pem. Biskup Ludo­mił miał to, co nazy­wają piękną głową, tak jed­nak przy­jemną zara­zem, że zapo­mi­nano o jej pięk­no­ści.

Kiedy roz­ma­wiał z kimś z tą swoją dzie­cinną weso­ło­ścią, która była jed­nym z jego wdzię­ków i o któ­rej już tutaj mówi­li­śmy, zda­wało się, że z całej jego osoby pły­nie radość. Cera jego, świeża i zabar­wiona oraz białe zęby, które w cało­ści zacho­wał i które uka­zy­wał przy uśmie­chu, nada­wały jego twa­rzy wyraz otwar­to­ści i przy­stęp­no­ści. Jeżeli taką fizjo­no­mię spo­ty­kamy u doro­słego czło­wieka, mówimy: dobry jak dzie­cię, jeżeli u starca, powia­damy - poczci­wiec.

Wiemy już, że takie wła­śnie wra­że­nie biskup spra­wił na Napo­le­onie. Począt­kowo dla tego, kto widział go po raz pierw­szy, w isto­cie był to tylko poczci­wiec. Jeżeli jed­nak ktoś spę­dził z nim kilka godzin i widział, jak bywa zamy­ślony, poczci­wiec powoli prze­ista­czał się w kogoś, komu nale­żał się sza­cu­nek; czoło jego, sze­ro­kie i myślące, poważne przez swój biały włos, sta­wało się jesz­cze poważ­niej­sze przez myśle­nie. Z dobroci tej wypły­wał więc maje­stat, a mimo tego dobroć ta wciąć pro­mie­niała - było w tym coś wzru­sza­ją­cego, niby widok uśmiech­nię­tego anioła, który powoli roz­po­ściera swe skrzy­dła, nie prze­sta­jąc się przy tym uśmie­chać. Cześć, nie­wy­po­wie­dziana cześć stop­niowo przej­mo­wała na jego widok, ogar­nia­jąc serce, tak że czuło się, że ma się przed sobą jedną z tych sil­nych dusz, doświad­czo­nych i pobłaż­li­wych, w któ­rych myśl jest tak wielka, że może być już tylko łagodna.

Jak widzie­li­śmy, modli­twa, spra­wo­wa­nie obrzę­dów reli­gij­nych, jał­mużna, pocie­sza­nie stra­pio­nych, uprawa ziemi, bra­ter­stwo, skromne życie, gościn­ność, wyrze­cze­nia, ufność nauka i praca napeł­niały wszyst­kie dni jego życia. Tak, napeł­niały, to wła­ściwy wyraz, bo rze­czy­wi­ście, dzień biskupa aż po brzegi pełen był dobrych myśli, dobrych słów i dobrych czy­nów. Jed­nakże nie był on zupeł­nym, jeżeli zimno lub słota nie pozwo­liły mu wie­czo­rem, kiedy obie kobiety ode­szły już do sie­bie, zejść do ogrodu i spę­dzić w nim jedną lub dwie godziny przed uda­niem się na spo­czy­nek. Zda­wało się, że był to dla niego rodzaj obrządku, za pomocą któ­rego przy­go­to­wy­wał się do snu - przez roz­my­śla­nie wokół wiel­kich wido­ków noc­nego nieba. Cza­sami, nawet późno w nocy, jeżeli kobiety nie spały, sły­szały, jak powoli cho­dzi po ogro­dzie. Był tam sam z sobą, pogrą­żony w myślach, spo­kojny i wzru­szony widzial­nym bla­skiem gwiazd wśród ciem­no­ści i niewidzial­nym bla­skiem Boga; wiel­bił i porów­ny­wał pogodę serca swego z pogodą eteru, otwie­rał duszę swoją przed myślami, które pły­nęły z Nie­wia­do­mego. W chwi­lach tych, kiedy niósł swe serce w ofie­rze, tak jak kwiaty nocne niosą swoją woń, kiedy palił się jak lampa wśród nocy gwiaź­dzi­stej, kiedy nosił się w zachwy­cie wśród powszech­nego pro­mie­nio­wa­nia świata, wów­czas może sam nie potra­fiłby opi­sać, co się w nim działo: czuł tylko, że coś z niego ula­tuje, ale zara­zem i coś do niego spływa. Tajem­ni­cza zamiana otchłani duszy z otchła­niami świata!

Myślał o wiel­ko­ści i obec­no­ści Boga; o przy­szłej wiecz­no­ści, dziw­nej tajem­nicy; o wiecz­no­ści prze­szłej, tajem­nicy jesz­cze dziw­niej­szej; o nie­skoń­czo­no­ści, która w jego oczach roz­cho­dziła się na wszyst­kie strony, i nie sta­ra­jąc się zro­zu­mieć tego, co nie­zro­zu­miałe, patrzył tylko na nią. Nie badał Boga; napa­wał się tylko jego bla­skiem. Przy­pa­try­wał się wspa­nia­łym związ­kom ato­mów, które nadają kształt mate­rii, wyka­zują siły i im dowo­dzą, two­rzą osobne jed­no­ści, roz­miary, prze­strze­nie, nie­zli­czo­ność w nie­skoń­czo­no­ści, i przez świa­tło wywo­łują piękno. Atomy te łączą się ze sobą w grupy i roz­łą­czają nie­ustan­nie: stąd życie i śmierć.

Sia­dał na drew­nia­nej ławeczce, sto­ją­cej koło spróch­nia­łej dra­binki i patrzył na gwiazdy, miga­jące mię­dzy nędz­nymi, pokrzy­wio­nymi drze­wami ogrodu. Ten kawa­łek ziemi, tak ubogi w roślin­ność, tak oszpe­cony rude­rami i szo­pami, wystar­czał mu i był mu drogi.

Czego wię­cej mógł potrze­bo­wać ten sta­rzec, który wolny czas w swoim życiu - a tak mało tego wol­nego czasu miał - dzie­lił mię­dzy pracę w ogro­dzie w cza­sie dnia i roz­my­śla­nie w nocy? Czyż w tym małym zakątku, mają­cym za skle­pie­nie niebo zamiast sufitu, nie można było wiel­bić Boga w jego dzie­łach tak naj­pięk­niej­szych, jak i naj­szczyt­niej­szych? W isto­cie, czyż to nie dosyć? Czego żądać wię­cej? Mały ogró­dek do prze­chadzki i cały ogrom do myśle­nia. U nóg to, co można upra­wiać i zbie­rać, nad głową to, co można badać i nad czym można roz­my­ślać; tro­chę kwia­tów na ziemi i wszyst­kie gwiazdy na nie­bie.

Rozdział XIV. Co myślał

Roz­dział XIV

Co myślał

Jesz­cze słowo.

Rodzaj szcze­gó­łów, które poda­li­śmy, a mia­no­wi­cie te, o któ­rych wspo­mi­na­li­śmy przed chwilą, mógłby - jeżeli uży­jemy mod­nego ostat­nio wyra­że­nia - nadać bisku­powi pewną cechę pan­te­istyczną, można by rów­nież przy­pusz­czać - poj­mu­jąc to albo jako pochwałę, albo jako naganę - że wyzna­wał on jedną z owych oso­bi­stych filo­zo­fii, wła­ści­wych naszemu wie­kowi, filo­zo­fii, które powstają cza­sem w umy­słach samot­nych, osie­dlają się w nich i wzra­stają do takiego stop­nia, że zastę­pują miej­sce reli­gii. Mnie­ma­nie takie byłoby jed­nak zupeł­nym błę­dem i sta­now­czo musimy zapew­nić, że ci, co znali biskupa Ludo­miła, nie odwa­ży­liby się nawet coś podob­nego pomy­śleć. Mądrość jego pocho­dziła ze świa­tła, które pły­nie stam­tąd.

Żad­nych sys­te­mów, a wiele czy­nów. W zawi­łych rozu­mo­wa­niach tkwi zawrót głowy - nie mamy żad­nej wska­zówki na to, że jego umysł ucie­kał do rze­czy nie­zro­zu­mia­łych. Apo­stoł może być odważny, ale biskup powi­nien być nie­śmiały. Praw­do­po­dob­nie skru­puły nie pozwo­li­łyby mu zanadto zagłę­biać się w pewne zagad­nie­nia, które są nie­jako wła­sno­ścią wiel­kich, strasz­nych umy­słów. Przy przed­sionku zagadki czuwa wielki prze­strach: ciemne otchła­nie otwarte są przed tobą, ale coś ostrzega cię, prze­chod­niu życia, byś tam nie wcho­dził. Biada temu, który wej­dzie!

W nie­zmie­rzo­nych głę­biach abs­trak­cji i czy­stej spe­ku­la­cji, sto­ją­cych, że się tak wyra­zimy, ponad dogma­tami, geniu­sze podają Bogu swoje idee. Ich modli­twa zuchwale sta­wia dys­ku­sję, ich cześć zawiera pyta­nie: i to jest bez­po­śred­nia reli­gia, pełna nie­po­koju i odpo­wie­dzial­no­ści dla tych, któ­rzy odważą się na jej urwi­ste pochy­ło­ści.

Roz­my­śla­nie ludz­kie nie zna gra­nic. Na wła­sne ryzyko myśl bada i zgłę­bia to, co ją olśniewa. Można by nawet powie­dzieć, że wsku­tek pew­nej reak­cji, ona sama z kolei olśniewa naturę: tajem­ni­czy świat, który nas ota­cza, zwraca to, co sam odbiera, praw­do­po­dob­nie i bada­cze są badani. Bądź co bądź, są na ziemi ludzie - tylko czy są to ludzie? - któ­rzy w głębi wid­no­krę­gów myśli wyraź­nie spo­strze­gają szczyty abso­lutne i mie­wają straszne widze­nia nie­skoń­czo­nej wynio­sło­ści. Biskup Ludo­mił nie nale­żał do tych ludzi, biskup Ludo­mił nie był też geniu­szem. Byłby się oba­wiał tych wznio­sło­ści, skąd niektó­rzy, bar­dzo wielcy nawet, jak Swe­den­borg i Pas­cal, sto­czyli się w sza­leń­stwo. Zaiste, potężne te marze­nia mają swoją moralną uży­tecz­ność, stro­mymi tymi dro­gami czło­wiek zbliża się ku dosko­na­ło­ści. Ale on obie­rał sobie krót­szą drogę przez ewan­ge­lię.

Nie pró­bo­wał budo­wać swego ornatu w pewne fałdy, przy­po­mi­na­jące płaszcz Elia­sza; na ponure koły­sa­nie się zda­rzeń nie ciskał żad­nego pro­mie­nia przy­szło­ści, roz­pierz­chłych świa­te­łek nie usi­ło­wał sku­pić w jeden pło­mień: nie było w nich niczego ani z pro­roka, ani z maga. Pokorna ta dusza kochała; nic wię­cej.

Że modli­twę potę­go­wał do nad­ludz­kiej siły, jest to praw­do­po­dobne - ale nie można za wiele się modlić, tak jak nie można za wiele kochać, i jeżeli here­zją nazywa się modli­twa wycho­dząca poza zakres tek­stu, w takim razie zarówno święta Teresa, jak i święty Hie­ro­nim także byli here­ty­kami.

Skła­niał się ku temu, co jęczy i co poku­tuje. Świat wyda­wał mu się olbrzy­mią cho­robą: wszę­dzie czuł gorączkę, wszę­dzie doty­kał cier­pie­nia i nie szu­ka­jąc roz­wią­za­nia tej zagadki, sta­rał się tylko opa­try­wać rany. Straszny obraz życia stwo­rzo­nych istot budził w nim roz­czu­le­nie: myślał tylko o tym, by wyna­leźć naj­lep­szy spo­sób lito­wa­nia się i wspie­ra­nia, i by spo­sobu tego móc samemu uży­wać i skła­niać do niego innych. To, co ist­nieje, było dla tego dobrego i rzad­kiego kapłana nie­ustan­nym przed­mio­tem smutku, który jed­nak pra­gnie cie­szyć.

Są ludzie, któ­rzy pra­cują nad wydo­by­wa­niem złota, on pra­co­wał nad wydo­by­wa­niem lito­ści. Powszechna nędza była jego kopal­nią, a powszechna boleść - spo­sob­no­ścią do nie­usta­ją­cej dobroci. Kochaj­cie jedni dru­gich - biskup utrzy­my­wał, że w tych sło­wach zawiera się wszystko, niczego wię­cej nie pra­gnął, było to całą jego dok­tryną. Pew­nego dnia ów czło­wiek, który się miał za filo­zofa, ów wyżej wspo­mniany tutaj sena­tor, rzekł do biskupa:

- Spójrz­cie na to wido­wi­sko, jakim jest świat: wojna wszyst­kich ze wszyst­kimi. Ten, co naj­sil­niej­szy, ma naj­wię­cej rozumu. Wasze "kochaj­cie jedni dru­gich" jest głup­stwem.

- Niech i tak będzie - odrzekł biskup Ludo­mił, nie sprze­ci­wia­jąc się - jeżeli to głup­stwo, dusza powinna zamknąć się w nim jak perła w ostry­dze.

I sam się w niej zamy­kał, w niej żył, nią zado­wa­lał się zupeł­nie, pozo­sta­wia­jąc z boku wiel­kie zagad­nie­nia, które przy­cią­gają do sie­bie i zara­zem prze­stra­szają; nie­zgłę­bione per­spek­tywy abs­trak­cji, prze­pa­ście meta­fi­zyki, wszyst­kie te głę­bie pro­wa­dzące apo­stoła do Boga, a ate­usza do nico­ści: prze­zna­cze­nie, dobro i zło, walka stwo­rze­nia prze­ciw stwo­rze­niu, sumie­nie czło­wieka, instynkt zwie­rzę­cia, prze­obra­że­nie przez śmierć, powtó­rze­nie życia, które zawiera się w gro­bie, nie­po­jęte zaszcze­pie­nie kolej­nych żądz na trwa­łej jaźni, istota, sub­stan­cja, nicość i ist­ność, dusza, natura, wol­ność, koniecz­ność; zagad­nie­nia o pro­sto­pa­dłym cyplu, ponure gąsz­cze, do któ­rych mają pociąg olbrzy­mie archa­nioły ludz­kiego ducha; strasz­liwe prze­pa­ście, które Lukre­cjusz, Manu, święty Paweł i Dante zgłę­biają tym wzro­kiem pło­mie­ni­stym, wpa­tru­ją­cym się wytrwale w nie­skoń­czo­ność i zda­ją­cym się two­rzyć w niej gwiazdy. Biskup Ludo­mił po pro­stu był czło­wie­kiem, dostrze­ga­ją­cym tajem­ni­cze zagad­nie­nia, ale ich nie­ba­da­ją­cym, nie­po­ru­sza­ją­cym i nie­mą­cą­cym nimi swego ducha, czło­wie­kiem, który miał w duszy głę­boki sza­cu­nek dla tajem­nic.

Księga II: Upadek

KSIĘGA II: UPA­DEK

Rozdział I. Wieczór po całodziennej podróży

Roz­dział I

Wie­czór po cało­dzien­nej podróży

W pierw­szych dniach paź­dzier­nika 1815 roku, może na godzinę przed zacho­dem słońca, pewien podró­żu­jący pie­szo męż­czy­zna wszedł do mia­sta Digne. Miesz­kańcy, któ­rzy w tej chwili przy­pad­kowo stali przy oknach lub w pro­gach swych domów, spo­glą­dali na przy­by­sza z pew­nym nie­po­ko­jem. Trud­niej było bowiem spo­tkać prze­chod­nia, który by nędz­niej od niego wyglą­dał. Był to czło­wiek śred­niego wzro­stu, bar­czy­sty i krzepki, w sile wieku. Mógł mieć od czter­dzie­stu sze­ściu do czter­dzie­stu ośmiu lat. Czapka ze spusz­czo­nym skó­rza­nym dasz­kiem czę­ściowo zakry­wała jego opa­loną od słońca i spo­coną twarz. Spod koszuli z gru­bego, żół­tego płótna, zapię­tej u szyj małą srebrną kotwiczką, widać było owło­sioną pierś. Miał też skrę­cony w sznu­rek kra­wat, zno­szone i zsza­rzałe spodnie z nie­bie­skiego dre­li­chu: na jed­nym kola­nie wytarte, na dru­gim dziu­rawe; oraz starą, szarą bluzę, na jed­nym łok­ciu zała­taną kawał­kiem zie­lo­nego sukna przy­szy­tego ście­gami. Na ple­cach niósł żoł­nier­ski tor­ni­ster, mocno napa­ko­wany, nowy i dobrze zapięty. W ręce zaś trzy­mał ogromny, sękaty kij; nogi, bez poń­czoch, obute miał w pod­kute trze­wiki. Widoku dopeł­niała ogo­lona głowa i długa broda.

Pot, upał, pie­sza podróż i kurz - wszystko to nada­wało jego postaci jesz­cze więk­szy pozór nędzy i ruiny.

Jego włosy były obcięte tuż przy skó­rze, a mimo wszystko jeżyły się: odra­stały już bowiem tro­chę i zda­wało się, że od jakie­goś czasu nie były strzy­żone.

Nikt nie znał męż­czy­zny, był to więc widocz­nie tylko prze­cho­dzień. Skąd przy­by­wał? Z połu­dnia, naj­praw­do­po­dob­niej przy­by­wał od strony morza. Wcho­dził do Digne tą samą ulicą, która sześć mie­sięcy wcze­śniej widziała cesa­rza Napo­le­ona, uda­ją­cego się z Can­nes do Paryża. Czło­wiek ten zapewne szedł przez cały dzień; zda­wał się być bar­dzo zmę­czony. Kobiety ze sta­rego mia­sta widziały go, kiedy zatrzy­mał się pod drze­wami bul­waru Gas­sen­diego i pił wodę ze znaj­du­ją­cej się na końcu placu studni. Musiał być bar­dzo spra­gniony, bo dzieci, które za nim szły, widziały go, jak znowu sta­wał i pił, o jakieś dwie­ście kro­ków dalej, ze studni znaj­du­ją­cej się na rynku.

Doszedł­szy do ulicy Poiche­vert, zawró­cił na lewo i skie­ro­wał się w stronę mero­stwa. Wszedł tam, a w kwa­drans potem wyszedł. Przy drzwiach sie­dział wtedy żan­darm - na kamien­nej ławce, z któ­rej 4 marca gene­rał Dro­uot odczy­ty­wał zdzi­wio­nym miesz­kań­com Digne pro­kla­ma­cję z zatoki Juan1. Przy­bysz zdjął czapkę i pokor­nie ukło­nił się owemu żan­dar­mowi. Ten jed­nak nie odpo­wie­dział na ukłon; uważ­nie popa­trzył na podróż­nego, czas jakiś odpro­wa­dzał go jesz­cze wzro­kiem, a potem wszedł do ratu­sza.

Była wów­czas w Digne piękna obe­rża o nazwie "Krzyż Kol­basa". Gospo­da­rzem był w niej nie­jaki Jac­kin Labarre, czło­wiek mający duże zna­cze­nie w mie­ście, dzięki swemu pokre­wień­stwu z Labarre'em, który z kolei w Gre­no­ble posia­dał obe­rżę "Pod Trzema Del­fi­nami". Powia­dano, że gene­rał Ber­trand, prze­brany za fur­mana, czę­sto odwie­dzał ją w stycz­niu i roz­da­wał mnó­stwo krzy­żów żoł­nie­rzom, miesz­cza­nom zaś nie­mało napo­le­onów. Fak­tem jest, że cesarz, wszedł­szy do Gre­no­ble, nie chciał zamiesz­kać w domu pre­fek­tury; powie­dział merowi, że zatrzyma się u pew­nego przy­zwo­itego, zna­jo­mego czło­wieka, po czym udał się do "Trzech Del­fi­nów". Sława obe­rży roz­cho­dziła się więc w zasięgu dwu­dzie­stu mil i padała aż na Labarre'a z obe­rży "Krzyż Kol­basa". Powia­dano o nim w mie­ście: to kuzyn tego, co w Gre­no­ble.

Ku tej wła­śnie obe­rży, ucho­dzą­cej za naj­lep­szą w oko­licy, skie­ro­wał swe kroki podróżny. Wszedł do kuchni, do któ­rej wej­ście pro­wa­dziło wprost z ulicy. W pie­cach paliło się; wielki ogień wesoło trza­skał w komi­nie. Obe­rży­sta, który zara­zem był kucha­rzem, cho­dził od ogni­ska do ron­dli, i mocno zajęty, doglą­dał wybor­nego obiadu, prze­zna­czo­nego dla fur­ma­nów, któ­rzy śmiali się i gło­śno roz­ma­wiali w sąsied­niej sali. Kto tylko podró­żuje, wie, że nikt nie jada lepiej od fur­ma­nów, wożą­cych towary swymi bry­kami. Tłu­sty suseł, obok bia­łych kuro­patw i głusz­ców, obra­cał się na dłu­gim roż­nie przed ogniem. Obok goto­wały się dwa wiel­kie kar­pie z jeziora Lau­zet i pstrąg z jeziora Alloz.

Obe­rży­sta, sły­sząc, że otwo­rzyły się drzwi i wszedł nowy gość, rzekł, nie pod­no­sząc oczu:

- Czego pan sobie życzy?

- Jeść i spać - odrzekł podróżny.

- Nic łatwiej­szego - odpo­wie­dział gospo­darz. W tej samej chwili odwró­cił jed­nak głowę, jed­nym rzu­tem oka objął męż­czy­znę i dodał. - Za zapłatą.

Przy­bysz z kie­szeni swej bluzy wydo­był dużą, skó­rzaną sakiewkę i rzekł:

- Mam pie­nią­dze.

- W takim razie będzie­cie mieli, czego żąda­cie.

Podróżny scho­wał sakiewkę do kie­szeni, zdjął z ple­ców tor­ni­ster, następ­nie poło­żył go na ziemi i z kijem w ręku usiadł na niskim stołku przed ogniem. Digne leży prze­cież w górach, paź­dzier­ni­kowe wie­czory bywają tam chłodne.

Tym­cza­sem gospo­darz krę­cił się tu i ówdzie po kuchni, przy­pa­tru­jąc się gościowi.

- Czy obiad będzie szybko? - spy­tał ten ostatni.

- Zaraz - odparł gospo­darz.

Pod­czas kiedy przy­bysz grzał się, odwró­cony ple­cami, zacny obe­rży­sta Jacquin Labarre wyjął z kie­szeni ołó­wek, a następ­nie wyrwał kawa­łek kartki z małego dzien­nika, który walał się na małym sto­liczku pod oknem. Napi­sał na bia­łym brzegu parę lini­jek, zło­żył papier, nie pie­czę­tu­jąc go, i oddał dziecku, które - jak się zda­wało - słu­żyło za kuch­cika i lokaja zara­zem. Obe­rży­sta szep­nął coś kuch­ci­kowi i dziecko pobie­gło w stronę mero­stwa.

Podróżny nie zauwa­żył z tego nic. Spy­tał raz jesz­cze:

- Czy obiad będzie prędko?

- Zaraz - odpo­wie­dział gospo­darz.

Chło­piec tym­cza­sem wró­cił i oddał papier, który gospo­darz zaraz śpiesz­nie roz­ło­żył, jak ktoś cze­ka­jący na odpo­wiedź. Prze­czy­tał uważ­nie, potem poki­wał głową i zamy­ślił się na chwilę. Na koniec zbli­żył się do podróż­nego, który zda­wał się być zato­piony w nie­zbyt weso­łych myślach.

- Nie mogę pana przy­jąć - rzekł do niego.

Czło­wiek na wpół pod­niósł się z sie­dze­nia:

- Jak to? Oba­wia­cie się, że wam nie zapłacę? Czy chce­cie, żebym zapła­cił z góry? Mam pie­nią­dze, powia­dam wam.

- Nie o to cho­dzi.

- Więc o co?

- Macie pie­nią­dze...

- Tak - potwier­dził nie­zna­jomy.

- Ale ja - mówił dalej gospo­darz - nie mam pokoju.

Podróżny odpo­wie­dział spo­koj­nie:

- Pozwól­cie mi prze­spać się w stajni.

- Nie mogę.

- Dla­czego?

- Konie zaj­mują wszyst­kie miej­sca.

- No, to na stry­chu - stwier­dził czło­wiek - na wiązce słomy. Pomó­wimy o tym po obie­dzie.

- Nie mogę wam dać obiadu.

Słowa te, wypo­wie­dziane tonem spo­koj­nym, lecz pew­nym, ude­rzyły nie­zna­jo­mego. Powstał:

- Ale ja umie­ram z głodu. Od wschodu słońca wciąż sze­dłem. Zro­bi­łem dwa­na­ście mil. Płacę i chcę jeść.

- Nic nie mam - rzekł gospo­darz.

Czło­wiek par­sk­nął śmie­chem i obra­ca­jąc się w stronę komina oraz pieca, zawo­łał:

- Nie?! A to wszystko?

- To wszystko już zamó­wione.

- Przez kogo?

- Przez paru fur­ma­nów.

- Ilu ich jest?

- Dwu­na­stu.

- A jedze­nia jest na dwa­dzie­ścia osób.

- Wszystko zamó­wili i z góry za to zapła­cili.

Czło­wiek usiadł i nie pod­no­sząc głosu, rzekł:

- Jestem w obe­rży. Chcę jeść i zostaję.

Wów­czas gospo­darz nachy­lił mu się do ucha i rzekł gło­sem, od któ­rego tam­ten aż zadrżał:

- Idź precz.

Podróżny, który w tej chwili oku­tym koń­cem swego kija wpy­chał do ognia kawałki drewna, odwró­cił się żywo i już otwie­rał usta do odpo­wie­dzi, kiedy gospo­darz, wpa­trzyw­szy się w niego ostro, tak samo cichym gło­sem dodał:

- Dość tego gada­nia! Czy chce­cie, żebym wam powie­dział nazwi­sko wasze? Nazy­wa­cie się Jan Val­jean. A chce­cie, żebym wam powie­dział, kim jeste­ście? Zoba­czyw­szy was, domy­śli­łem się cze­goś, posła­łem więc do mero­stwa i oto, co mi odpo­wie­dziano. Umie­cie czy­tać?

Mówiąc to, podał przy­by­szowi roz­ło­żony papier, który przed chwilą odbył podróż z obe­rży do mero­stwa i z powro­tem.

Czło­wiek spoj­rzał na kartkę. Po chwili mil­cze­nia bar­man rzekł znowu:

- Mam w zwy­czaju być grzecz­nym ze wszyst­kimi. Idź­cie sobie.

Czło­wiek spu­ścił głowę, pod­niósł tor­ni­ster, który poło­żył na ziemi i wyszedł.

Podą­żył wielką ulicą. Szedł pro­sto przed sie­bie, bez namy­słu, tuż koło domów, jak czło­wiek smutny i upo­ko­rzony. Ani razu nie obró­cił się za sie­bie. Gdyby się odwró­cił, ujrzałby na progu obe­rży "Krzyż Kol­basa" sto­ją­cego obe­rżystę, wraz ze wszyst­kimi swymi gośćmi i przy­pad­ko­wymi prze­chod­niami ulicy; wszy­scy żywo ze sobą roz­ma­wiali i wska­zy­wali na niego pal­cami; z ich nie­uf­nych i prze­stra­szo­nych spoj­rzeń domy­śliłby się, że jego przy­by­cie zwróci uwagę całego mia­sta.

Nic z tego jed­nak nie widział. Ludzie przy­gnę­bieni nie oglą­dają się poza sie­bie. Aż nadto dobrze wie­dzą o tym, że zły los ich ściga.

Szedł tak więc przez jakiś czas, wcale się nie zatrzy­mu­jąc, błą­dząc bez żad­nego celu po uli­cach, któ­rych nie znał, zapo­mi­na­jąc - jak to się czę­sto zda­rza w smutku - nawet o zmę­cze­niu. Nagle poczuł jed­nak silny głód; w dodatku nad­cho­dziła noc. Rozej­rzał się dookoła, czy nie spo­strzeże jakie­goś schro­nie­nia.

Zamknął się przed nim piękny hotel, teraz wypa­try­wał więc jakiejś lichej karczmy, jakiejś nędz­nej dziury.

Wła­śnie w tej chwili na końcu ulicy zabły­sło świa­tełko; na bia­łym tle zmroku ryso­wała się gałąź sosny, wisząca na żela­znym drągu. Udał się w tamtą stronę.

W isto­cie była to karczma, karczma przy ulicy Chaf­faut. Podróżny zatrzy­mał się na chwilę i przez szybę zaj­rzał do wewnątrz: niską salę karczmy oświe­tlała mała lampa na stole i wielki ogień w komi­nie. Żela­zny kocio­łek, zawie­szony nad ogni­skiem na żela­znym haku, sycząc, goto­wał się.

Do karczmy tej, która jest także rodza­jem obe­rży, wcho­dziło się z dwóch stron. Jedne drzwi pro­wa­dziły na ulicę, dru­gie na mały, wypeł­niony nawo­zem dzie­dzi­niec.

Podróżny nie ośmie­lił się wejść drzwiami od ulicy. Wśli­znął się na dzie­dzi­niec - tam jesz­cze się zatrzy­mał, wresz­cie nie­śmiało ujął za klamkę i pchnął drzwi.

- Kto tam? - spy­tał gospo­darz.

- Ktoś, kto chciałby się prze­spać i coś zjeść.

- To dobrze. Tutaj można mieć i jedno, i dru­gie.

Kiedy wszedł, wszy­scy pijący się odwró­cili. Lampa oświe­cała go z jed­nej strony, a ogień z dru­giej. Przy­pa­try­wano mu się, pod­czas gdy on odwią­zy­wał swój tor­ni­ster.

Gospo­darz rzekł do niego:

- Oto ogień. Wie­cze­rza gotuje się w kociołku. Chodź się ogrzać, kolego.

Czło­wiek zbli­żył się i usiadł przy ogni­sku. Wycią­gnął przed ogniem znu­żone nogi; z kociołka wydo­by­wał się przy­jemny zapach. Twarz podróż­nego, o ile można ją było widzieć spod nasu­nię­tej czapki, przy­brała wyraz pew­nego zado­wo­le­nia, zmie­sza­nego jed­nak z innym bole­snym wyra­zem, który nadaje przy­zwy­cza­je­nie się do cier­pie­nia.

Był to zresztą pro­fil o rysach wyraź­nych, ener­giczny i smutny zara­zem. Fizjo­no­mia ta dziw­nie była zło­żona: przy pierw­szym wra­że­niu wyda­wała się być pokorna, a potem nagle surowa. Spod gęstych brwi - niczym ogień spod krza­ków - świe­ciło oko.

Tym­cza­sem mię­dzy ludźmi sie­dzą­cymi przy stole znaj­do­wał się jeden rybak, który - zanim udał się do karczmy przy ulicy Chaf­faut - zosta­wił swego konia w stajni u Labarre'a. Przy­pa­dek spra­wił, że tego rana spo­tkał owego podróż­nego o podej­rza­nej powierz­chow­no­ści, idą­cego drogą mię­dzy Bras'd Asse i... (zapo­mnia­łem nazwy. Zdaje się, że to Esco­ublou). Kiedy go spo­tkał, czło­wiek ów, który zda­wał się być już mocno zmę­czony, pro­sił rybaka, by mu pozwo­lił wsiąść z tyłu za sobą na konia, na co rybak odpo­wie­dział w ten spo­sób, że tylko przy­śpie­szył kroku. Przed pół godziną nale­żał on jesz­cze do gro­mady, która ota­czała Jana Labarre'a i sam opo­wia­dał ludziom z obe­rży "Krzyż Kol­basa" o swym poran­nym, nie­przy­jem­nym spo­tka­niu. Teraz ze swego miej­sca nie­znacz­nie kiw­nął na gospo­da­rza, który zaraz się do niego zbli­żył. Zamie­nili ze sobą kilka słów. Tym­cza­sem podróżny pogrą­żony był w myślach.

Karcz­marz wró­cił do komina, poło­żył rękę na ramie­niu przy­by­sza i rzekł do niego:

- Wyj­dziesz stąd.

Podróżny odwró­cił się i łagod­nie zapy­tał:

- A! Wie­cie już?

- Tak.

- Odpra­wiono mnie z tam­tej obe­rży.

- I z tej cię wyga­niają.

- Gdzie chce­cie, żebym poszedł?

- Gdzie indziej.

Czło­wiek wziął swój kij oraz swoją torbę i wyszedł. Kiedy wycho­dził, kil­koro dzieci, które szły za nim od pierw­szej obe­rży i zda­wały się na niego ocze­ki­wać, rzu­ciły w niego kamie­niami. Zawró­cił z gnie­wem i pogro­ził im swoim kijem. Dzieci roz­pierz­chły się jak stado pta­ków.

Kiedy mijał wię­zie­nie, u drzwi któ­rego wisiał żela­zny, przy­mo­co­wany do dzwonu łań­cuch, posta­no­wił zadzwo­nić. Zakra­to­wane okienko się otwo­rzyło:

- Panie stróżu - rzekł, z usza­no­wa­niem zdej­mu­jąc czapkę - czy nie zechce­cie otwo­rzyć mi i pozwo­lić tutaj prze­no­co­wać?

Głos odpo­wie­dział:

- Wię­zie­nie nie jest obe­rżą. Niech was zaaresz­tują, to otwo­rzę - i okienko się zamknęło.

Wszedł na uliczkę, gdzie było mnó­stwo ogro­dów. Nie­które z nich, oto­czone tylko pło­tami, upięk­szały i roz­we­se­lały ulicę. Mię­dzy tymi ogro­dami i pło­tami ujrzał mały, jed­no­pię­trowy domek, w któ­rego oknie się świe­ciło. Popa­trzył przez szybę, tak jak to zro­bił przed knajpą. Ujrzał wielki pokój, pobie­lony wap­nem, a w nim łóżko z firanką z per­kalu w kwiaty, koły­skę w kącie, kilka drew­nia­nych krze­seł i zawie­szoną na ścia­nie dubel­tówkę. Na środku pokoju stał nakryty stół. Mosiężna lampa oświe­cała biały obrus z gru­bego płótna, cynową konewkę, świe­cącą jak sre­bro oraz bru­natną, napeł­nioną winem wazę, z któ­rej wydo­by­wała się para. Przy stole sie­dział męż­czy­zna w wieku około czter­dzie­stu lat, z twa­rzą wesołą i otwartą; trzy­mał na kola­nach małe dziecko i pod­rzu­cał je w górę. Przy nim zupeł­nie jesz­cze młoda kobieta kar­miła dru­gie dziecko. Ojciec śmiał się, dziecko się śmiało, a matka się uśmie­chała.

Podróżny zamy­ślił się na chwilę, patrząc na ten widok słodki i uspo­ka­ja­jący. Co się w nim działo? Tylko on sam mógłby to powie­dzieć. Praw­do­po­dob­nie pomy­ślał sobie, że dom ten będzie gościnny, i że tam, gdzie widzi tyle szczę­ścia, znaj­dzie rów­nież może tro­chę lito­ści.

Lekko zastu­kał w szybę. Nie usły­szano go, zastu­kał więc po raz drugi. Teraz usły­szał, jak kobieta mówi:

- Mężu, zdaje mi się, że ktoś puka.

- Nie - odpo­wie­dział mąż.

Zastu­kał więc po raz trzeci. Tym razem męż­czy­zna wziął lampę i poszedł do drzwi, które otwo­rzył.

Był to czło­wiek wyso­kiego wzro­stu, na wpół chłop, na wpół rze­mieśl­nik. Miał na sobie sze­roki, skó­rzany far­tuch, który się­gał mu aż do lewego ramie­nia i spod któ­rego ster­czał mło­tek, czer­wona chustka, rożek na proch i jesz­cze inne przed­mioty, które pasek łań­cu­cha pod­trzy­my­wał niby w kie­szeni. Głowę miał odrzu­coną w tył; spod mocno wygię­tej koszuli i wyło­żo­nego koł­nie­rza wysta­wała biała i naga szyja, mocna jak u woła. Miał gęste brwi, ogromne czarne boko­brody, mocno wypu­kłe oczy, dół twa­rzy w kształ­cie pyska, a ponad tym wszyst­kim ów trudny do opi­sa­nia wyraz twa­rzy, świad­czący o tym, że wie, iż jest u sie­bie.

- Prze­pra­szam pana - rzekł podróżny. - Czy nie mogli­by­ście mi dać za pie­nią­dze tro­chę zupy i kącik do prze­spa­nia się, ot, w tej szo­pie, co stoi w ogro­dzie? Powiedz­cie, czy nie mogli­by­ście, za pie­nią­dze?

- Kim jeste­ście? - spy­tał gospo­darz domu.

Męż­czy­zna odpo­wie­dział:

- Przy­by­wam z Puy-Mois­son. Cały dzień byłem w dro­dze. Zro­bi­łem dwa­na­ście mil. Czy nie mogli­by­ście? Za pie­nią­dze?

- Nie odmó­wił­bym - rzekł chłop - przy­tułku komuś uczci­wemu, co by mógł zapła­cić. Ale dla­czego nie pój­dzie­cie do obe­rży?

- Nie ma miej­sca.

- Ba! Nie­moż­liwe! Nie jest to prze­cież dzień jar­marku. Byli­ście u Labarre'a?

- Tak.

- I cóż?

Podróżny odpo­wie­dział z zakło­po­ta­niem:

- Nie wiem, nie przy­jął mnie.

- A byli­ście u tego, co przy ulicy Chaf­faut?

Zakło­po­ta­nie podróż­nego się zwięk­szało. Wresz­cie wyją­kał:

- Nie przy­jął mnie rów­nież.

Twarz chłopa przy­brała wyraz nie­uf­no­ści; zmie­rzył wzro­kiem przy­by­sza od stóp do głów i nagle z drże­niem w gło­sie zawo­łał:

- Czyż­by­ście więc byli tym czło­wie­kiem?

Raz jesz­cze spoj­rzał na podróż­nego, zro­bił trzy kroki w tył, posta­wił lampę na stole i zdjął fuzję ze ściany.

Tym­cza­sem na słowa chłopa "czyż­by­ście więc byli tym czło­wie­kiem" kobieta pod­nio­sła się, chwy­ciła dzie­cię w swe ramiona i z obna­żoną pier­sią szybko ukryła się za mężem, patrząc na przy­by­sza prze­stra­szo­nym wzro­kiem i szep­cząc z cicha:

- Roz­bój­nik...

Wszystko to stało się prę­dzej, niż można sobie wyobra­zić. Gospo­darz spo­glą­dał przez parę chwil na podróż­nego niczym na jakąś gadzinę, wresz­cie wró­cił do drzwi i rzekł:

- Idź precz!

- Zli­tuj­cie się - rzekł czło­wiek - daj­cie cho­ciaż szklankę wody.

- Kulę z fuzji! - odparł na to chłop, i gwał­tow­nie zatrza­snął drzwi, jed­no­cze­śnie zasu­wa­jąc je na dwa grube rygle. W chwilę potem zamknęła się okien­nica u okna i na dwo­rze dał się sły­szeć stuk żela­znego drąga, który na nie zakła­dano.

Tym­cza­sem ciem­niało coraz bar­dziej, a od strony Alp dął zimny wiatr. Przy świe­tle zmroku w jed­nym z przy­ty­ka­ją­cych do ulicy ogro­dów, podróżny spo­strzegł rodzaj budki, zro­bio­nej, jak mu się zda­wało, z dar­niny. Śmiało prze­sa­dził drew­nianą barierę i zna­lazł się w ogro­dzie. Zbli­żył się do budki, podob­nej do owych lepia­nek, które nad­zorcy dróg budują dla sie­bie koło drogi; niziutki, wąski otwór zastę­po­wał w niej drzwi. Podróżny myślał zapewne, że w isto­cie było to miesz­ka­nie dozorcy; był zzię­bły i głodny: o zaspo­ko­je­niu głodu nie mógł już myśleć, ale mógł się przy­naj­mniej schro­nić przed zim­nem. Takie rodzaje miesz­kań są zwy­kle puste w nocy. Poło­żył się więc na brzu­chu i wśli­znął do środka. W budzie było cie­pło, zna­lazł w niej rów­nież dosyć dobre posła­nie ze słomy. Przez chwilę leżał na tym posła­niu nie­ru­chomo, tak bar­dzo był bowiem zmę­czony. Ale że gniótł go tor­ni­ster na ple­cach, a w dodatku dosko­nale mógł on słu­żyć za poduszkę, męż­czy­zna powoli zaczął odpi­nać jeden z rze­my­ków. Nagle dało się sły­szeć groźne wark­nię­cie. Pod­niósł oczy - głowa ogrom­nego bry­tana uka­zała się w otwo­rze budki.

Była to buda psa.

Podróżny był jed­nak silny: uzbroił się w kij, z tor­ni­stra zro­bił sobie puklerz i wylazł z budy jak mógł naj­ostroż­niej, nie na tyle jed­nak ostroż­nie, by nie podrzeć jesz­cze dodat­kowo swo­ich łach­ma­nów.

Wyco­fy­wał się teraz z ogrodu, rów­no­cze­śnie zasła­nia­jąc się przed bry­ta­nem kijem, któ­rym wyma­chi­wał mocno i zręcz­nie niczym szer­mierz.

Kiedy nie bez trud­no­ści dostał się na drugą stronę bariery i znowu zna­lazł na ulicy, sam, bez dachu, bez przy­tułku i schro­nie­nia, wypę­dzony nawet z tej nędz­nej budy i z tego posła­nia ze słomy, wów­czas już nie tyle siadł, co upadł ma kamień i podobno pewien prze­cho­dzień usły­szał, jak mówi:

- Nie jestem nawet psem!

Wkrótce powstał i znowu zaczął iść. Wyszedł z mia­sta, mając nadzieję, że w polu znaj­dzie jakieś drzewo lub stóg, pod któ­rym się schroni.

Szedł tak jakiś czas z wciąż spusz­czoną głową. Zna­la­zł­szy się wresz­cie z dala od pomiesz­czeń ludz­kich, pod­niósł oczy i rozej­rzał się dookoła. Był w polu: przed sobą miał jedno z owych niskich wzgórz, a na nim sko­szone tuż przy ziemi ścier­ni­sko, przy­po­mi­na­jące krótko ostrzy­żoną głowę.

Wid­no­krąg był zupeł­nie czarny: nie tylko przez samą ciem­ność nocy, lecz także z powodu chmur, które zda­wały się opie­rać o wzgó­rze i pię­trzyły się nad nim coraz wyżej, napeł­nia­jąc sobą całe niebo. Ponie­waż jed­nak księ­życ miał wzejść i nad zeni­tem uno­siły się jesz­cze ostat­nie bla­ski zmroku, chmury te two­rzyły u szczytu nieba rodzaj bia­ła­wego skle­pie­nia, z któ­rego spa­dało na zie­mię świa­tło.

Zie­mia była zatem oświe­tlona bar­dziej niż niebo, co zawsze spra­wie dziw­nie ponure wra­że­nie: na ciem­nym wid­no­kręgu blado i nie­wy­raź­nie odbi­jał się nędzny, słaby zarys wzgó­rza. Całość była szka­radna, ponura, zamknięta: tylko puste pola i wzgó­rza, a o kilka kro­ków od podróż­nego jedy­nie jedno, nie­kształtne, samot­nie sto­jące, trzę­sące się drzewo.

Podróżny nie znał chyba spe­cjal­nie owych deli­kat­nych nawy­ków inte­li­gen­cji i ducha, które czy­nią czło­wieka wraż­li­wym na tajem­ni­czy wygląd rze­czy; jed­nakże w tym nie­bie, w tym wzgó­rzu i w tym drze­wie było coś tak głę­boko smut­nego, że nie­ru­chomo postał tu około minuty, a potem w zamy­śle­niu zawró­cił. Są chwile, w któ­rych natura wydaje się nie­przy­ja­zna.

Wró­cił więc z powro­tem do mia­sta, lecz jego bramy były zamknięte. Digne, które kie­dyś, jesz­cze za cza­sów wojen reli­gij­nych, prze­żyło oblę­że­nie, w 1815 roku było jesz­cze opa­sane sta­rymi murami i miało po bokach czwo­ro­boczne wieże, które potem zbu­rzono. Przez wyłom w murze przy­bysz ponow­nie wszedł do mia­sta.

Mogło być około ósmej wie­czo­rem. Ponie­waż nie znał ulic, roz­po­czął przeto swą wędrówkę znowu na chy­bił tra­fił. Doszedł w ten spo­sób aż do pre­fek­tury, a następ­nie na semi­na­rium. Prze­cho­dząc przez plac kate­dralny, pogro­ził pię­ścią kościo­łowi.

Na rogu tego placu znaj­duje się dru­kar­nia, w któ­rej po raz pierw­szy dru­ko­wano pro­kla­ma­cje cesa­rza i gwar­dii cesar­skiej do armii, przy­wie­zione z wyspy Elby, a dyk­to­wane przez samego Napo­le­ona.

Przy­bysz, wycień­czony już znu­że­niem i bez nadziei, poło­żył się na kamien­nej ławce, sto­ją­cej przy drzwiach dru­karni.

Aku­rat w tej chwili jakaś stara kobieta wycho­dziła z kościoła. Spo­strze­gła leżą­cego w ciem­no­ściach czło­wieka.

- Co tu robisz, przy­ja­cielu? - spy­tała.

- Widzi­cie sama, dobra kobieto, że się kładę - odpo­wie­dział ostro i z gnie­wem.

Dobra kobieta, rze­czy­wi­ście godna tego okre­śle­nia, była mar­kizą de R.

- Na tej ławce? - spy­tała znowu.

- Przez dzie­więt­na­ście lat mia­łem drew­niany mate­rac - odrzekł czło­wiek - dzi­siaj mogę mieć kamienny.

- Słu­ży­li­ście w woj­sku?

- Tak, dobra kobieto, w woj­sku.

- Dla­czego nie pój­dzie­cie do obe­rży?

- Bo nie mam pie­nię­dzy.

- Nie­stety, mam przy sobie tylko cztery sous - stwier­dziła pani R.

Wziął cztery sous, a pani R. mówiła dalej:

- Z tak małą sumą nie może­cie zatrzy­mać się w obe­rży. Ale czy w ogóle pró­bo­wa­li­ście? Nie­po­dobna, byście tak mieli spę­dzić noc. Musi­cie być zzięb­nięci i zgłod­niali. Może ktoś by was przy­jął z miło­sier­dzia.

- Puka­łem do wszyst­kich drzwi.

- I cóż?

- Zewsząd mnie wyga­niano.

"Dobra kobieta" dotknęła ramie­nia podróż­nego i wska­zała mu mały, niski domek, sto­jący po dru­giej stro­nie placu, obok biskup­stwa.

- Puka­li­ście do wszyst­kich drzwi?

- Tak.

- I do tych także?

- Nie.

- Zapu­kaj­cie do nich.

Rozdział II. Przezorność doradzana mądrości

Roz­dział II

Prze­zor­ność dora­dzana mądro­ści

Tego wie­czoru biskup z Digne, wró­ciw­szy z prze­chadzki po mie­ście, dosyć długo sie­dział w swoim pokoju. Pra­co­wał nad wiel­kim dzie­łem o obo­wiąz­kach, które na nie­szczę­ście zostało nie­do­koń­czone. Sta­ran­nie zbie­rał wszystko, co ojco­wie i uczeni twier­dzili w tym waż­nym przed­mio­cie. Jego książka dzie­liła się na dwie czę­ści: w pierw­szej mie­ściły się obo­wiązki wszyst­kich, a w dru­giej obo­wiązki każ­dego, sto­sow­nie do klasy, do jakiej nale­żał. Obo­wiązki wszyst­kich są wiel­kimi obo­wiąz­kami: są ich cztery. Święty Mate­usz tak je wyli­cza: obo­wiązki wzglę­dem Boga (Mat. VI), obo­wiązki wzglę­dem sie­bie samego (Mat. V, 29, 30), obo­wiązki wzglę­dem bliź­niego (Mat. VII, 12), obo­wiązki wzglę­dem stwo­rzeń (Mat. VI, 20, 25).

Co do innych obo­wiąz­ków, to biskup zna­lazł je wymie­nione gdzie indziej. W Listach do Rzy­mian były obo­wiązki przy­pi­sane panu­ją­cym i pod­da­nym, urzęd­ni­kom, mał­żon­kom, mat­kom i mło­dym ludziom, a u św. Pio­tra: ojcom, mężom, dzie­ciom i słu­gom w Listach do Efe­zów; wier­nym, w Listach do Hebraj­czy­ków; dzie­wi­com, w Listach do Koryn­tian. Biskup ukła­dał wszyst­kie te prze­pisy w jedną har­mo­nijną całość, którą zamie­rzał przed­sta­wić wier­nym.

O godzi­nie ósmej pra­co­wał jesz­cze, pisząc w dość nie­wy­godny spo­sób na małych kart­kach papieru, z grubą książką roz­ło­żoną na kola­nach, kiedy weszła pani Maglo­ire, jak to miała w zwy­czaju, w celu zabra­nia sre­bra zło­żo­nego w sza­fie przy łóżku. W chwilę potem biskup, przy­pusz­cza­jąc, że stół jest już nakryty, zamknął książkę, wstał od stołu i prze­szedł do sali jadal­nej.

Sala jadalna, jak wia­domo, była podłuż­nym poko­jem z komin­kiem, z drzwiami wycho­dzą­cymi na ulicę i oknem na ogród.

Pani Maglo­ire rze­czy­wi­ście koń­czyła wła­śnie nakry­wać do stołu, rów­no­cze­śnie roz­ma­wia­jąc z panią Bap­ty­stą.

Na stole stała lampa, stół zaś stał przy kominku, w któ­rym palił się ogień.

Łatwo sobie wyobra­zić obie te kobiety: obie skoń­czyły już sześć­dzie­siąt lat. Pani Maglo­ire była mała, gruba i żywa, panna Bap­ty­sta - łagodna, szczu­pła, wątła, tro­chę wyż­sza od brata, ubrana w jedwabną suk­nię ciem­no­brą­zo­wego koloru, mod­nego w 1806 roku, którą to suk­nię kupiła wów­czas w Paryżu i która dotąd jesz­cze jej słu­żyła. Uży­wa­jąc wyra­że­nia gmin­nego, które ma tę jedną zaletę, że jed­nym sło­wem oddaje jakąś myśl, na okre­śle­nie któ­rej nor­mal­nie potrzeba by całej stro­nicy, powiemy, że pani Maglo­ire miała minę chłopki, a pani Bap­ty­sta - pani. Pani Maglo­ire nosiła biały, rur­ko­wany cze­pe­czek, na szyi złoty krzy­żyk, jedyny kobiecy klej­not w domu; bar­dzo białą chu­s­teczkę na czar­nej, weł­nia­nej sukni o sze­ro­kich i krót­kich ręka­wach. Następ­nie far­tu­szek z tka­niny baweł­nia­nej, w czer­woną i zie­loną kratkę, zwią­zany u pasa zie­loną wstążką, z takim samym napier­śni­kiem, któ­rego dwa górne rogi przy­pięte były dwiema szpil­kami; na nogach miała grube trze­wiki i żółte poń­czo­chy jak u kobiet w Mar­sy­lii.

Suk­nia pani Bap­ty­sty miała krój sukien z roku 1806: krótki sta­nik, wąska spód­nica, rękawy z ramiącz­kami z klap­kami i guzi­kami. Swoje siwe włosy przy­kry­wała fry­zo­waną peruką, zwaną a l'enfant.

Pani Maglo­ire miała w twa­rzy wyraz inte­li­gen­cji, żywo­ści i dobroci; kąciki ust nie­jed­no­staj­nie pod­nie­sione i wierzch­nia warga grub­sza od spodniej nada­wały jej wyglą­dowi coś szorst­kiego i naka­zu­ją­cego. Dopóki biskup mil­czał, mówiła do niego śmiało, na wpół z usza­no­wa­niem, na wpół ze swo­bodą, ale jak tylko biskup ode­zwał się, słu­chała go bier­nie, tak jak i panna Bap­ty­sta. Ta ostat­nia nie mówiła nawet, słu­chała tylko i sta­rała się przy­po­do­bać. Nawet za cza­sów swej mło­do­ści nie była ładna: miała duże, wypu­kłe nie­bie­skie oczy, długi i zagięty nos, ale cała jej twarz, cała ozdoba, jak już wspo­mi­na­li­śmy, oddy­chała nie­wy­sło­wioną dobro­cią. Zawsze była uoso­biona do dobroci, lecz wiara, miłość, nadzieja, te trzy cnoty, które łagod­nie ogrze­wają duszę, pod­nio­sły tę dobroć aż do świę­to­ści. Przy­roda zro­biła z niej tylko owieczkę, reli­gia zamie­niła ją w anioła. Biedna, święta dziew­czyno! Słod­kie, minione wspo­mnie­nie!

Pani Bap­ty­sta tyle razy opo­wia­dała potem, co zaszło tego wie­czoru w domu biskupa, że kilka osób, które żyją jesz­cze, pamię­tają naj­drob­niej­sze szcze­góły tego zda­rze­nia.

W chwili, kiedy biskup wszedł, pani Maglo­ire prze­ma­wiała z pewną żywo­ścią. Roz­pra­wiała o przed­mio­cie, który zawsze ją zaj­mo­wał i do któ­rego biskup był już przy­zwy­cza­jony: cho­dziło o klamkę u drzwi wej­ścio­wych. Wyszedł­szy bowiem do mia­sta w celu zaku­pie­nia nie­któ­rych rze­czy potrzeb­nych do wie­cze­rzy, pani Maglo­ire w kilku miej­scach sły­szała jakoby nie­po­ko­jące rze­czy. Mówiono o jakimś przy­błę­dzie o podej­rza­nym wyglą­dzie; powia­dano, że przy­był jakiś włó­częga, że musi być gdzieś w mie­ście, i że ci, któ­rzy się odważą wra­cać do sie­bie późno w nocy, mogą się nara­zić na nie­przy­jemne spo­tka­nie. Że poli­cja bar­dzo źle pełni swe obo­wiązki, a to dla­tego, że pan pre­fekt i pan mer nie lubili się wza­jem­nie i sta­rali się zaszko­dzić jeden dru­giemu, nie zapo­bie­ga­jąc moż­li­wym wypad­kom. A zatem, że ludzie roz­sądni powinni sami dla sie­bie zastą­pić poli­cję i dobrze się strzec, że mają jak należy zamknąć się, zary­glo­wać i zaba­ry­ka­do­wać swe domy i dobrze poza­my­kać drzwi.

Pani Maglo­ire poło­żyła nacisk na ostat­nie słowa; biskup jed­nak, który zmarzł tro­chę w swoim pokoju, usiadł przed komin­kiem i grzał się, myśląc o czymś innym. Nie pochwy­cił więc zna­czą­cych słów, które wyrze­kła pani Maglo­ire. Widząc to, powtó­rzyła je raz jesz­cze. Wów­czas Bap­ty­sta, chcąc dogo­dzić pani Maglo­ire, nie obra­ża­jąc przy tym brata, zapy­tała nie­śmiało:

- Czy sły­szysz, bra­cie, co mówi pani Maglo­ire?

- Sły­sza­łem coś, ale nie­wy­raź­nie - i zaraz potem na wpół obra­ca­jąc swe krze­sło i skła­da­jąc ręce na kola­nach, pod­niósł ku sta­rej słu­dze swą uprzejmą i skorą do weso­ło­ści twarz. Ogień kominka oświe­cał ją z dołu.

- No i cóż tam? - zapy­tał - Co się stało? Jeste­śmy w jakimś wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwie?

Pani Maglo­ire na nowo zaczęła opo­wia­da­nie, mimo woli tro­chę je upięk­sza­jąc. Podobno jakiś włó­częga, Cygan, rodzaj nie­bez­piecz­nego żebraka, był obec­nie w mie­ście. Chciał się zatrzy­mać u Jacqu­ina Labarre'a, ale ten nie przy­jął go. Widziano go, jak wcho­dził do mia­sta przez bul­war Gas­sen­diego, a potem o zmroku błą­kał się po uli­cach. Roz­bój­nik z okropną twa­rzą.

- Naprawdę? - rzekł biskup.

Pyta­nie to ośmie­liło słu­żącą; zda­wało się jej ono wska­zy­wać, że biskup jest bli­ski zatrwo­że­nia się, trium­fu­jąco mówiła zatem dalej:

- Tak, Wasza Wie­leb­ność, tak jest. Będzie tej nocy jakieś nie­szczę­ście w mie­ście. Wszy­scy to mówią. Tym bar­dziej że poli­cja tak źle jest zor­ga­ni­zo­wana, nie zaszko­dzi to powtó­rzyć. Żyć w kraju gór­skim i nie mieć w nocy na uli­cach nawet latarni! Trzeba wyjść, a tu ciemno jak w zaułku. I powia­dam Waszej Wie­leb­no­ści, i pani także mówi...

- Ja - prze­rwała jej Bap­ty­sta - nic nie mówię. Brat wie, co robi.

Pani Maglo­ire mówiła jed­nak dalej, jakby nie sły­szała tego pro­te­stu:

- Mówimy sobie, że dom ten wcale nie jest pewny i że jeżeli Wasza Wie­leb­ność pozwoli, pójdę zaraz do Pau­lina de Muse­bois, ślu­sa­rza, żeby przy­szedł przy­bić dawne rygle do drzwi: mam je pod ręką, to tylko chwila, a zapew­niam Waszą Wie­leb­ność, że rygle są potrzebne cho­ciażby tylko na tę jedną noc, bo powia­dam, że drzwi, które się otwie­rają z zewnątrz przez pierw­szego lep­szego prze­chod­nia, to jest coś strasz­nego; a przy tym Wasza Wie­leb­ność ma zwy­czaj zawsze pozwa­lać wcho­dzić, nawet w nocy, o mój Boże...! Nie ma potrzeby pro­sić o pozwo­le­nie...

W tej chwili dosyć gwał­tow­nie zapu­kano do drzwi.

- Pro­szę - rzekł biskup.

Rozdział III. Bohaterstwo biernego posłuszeństwa

Roz­dział III

Boha­ter­stwo bier­nego posłu­szeń­stwa

Drzwi się otwo­rzyły: prędko i na oścież, jak gdyby pchnięte ręką śmiałą i ener­giczną.

Wszedł czło­wiek, któ­rego już znamy. Był to ten sam, któ­rego widzie­li­śmy nie­dawno, jak szu­kał dla sie­bie schro­nie­nia.

Wszedł, zro­bił krok naprzód i sta­nął, zosta­wia­jąc za sobą otwarte drzwi. Na ple­cach miał swój tor­ni­ster, w ręku kij, a w oczach wyraz śmiały, ostry, zmę­czony i gwał­towny. W ogniu kominka, który go oświe­cał, przy­bysz wyglą­dał okrop­nie i zło­wrogo.

Pani Maglo­ire nie miała nawet siły, by krzyk­nąć. Zadrżała tylko i zatrzy­mała się z otwar­tymi ustami.

Bap­ty­sta odwró­ciła się, spo­strze­gła wcho­dzą­cego czło­wieka i zmie­szana, na wpół pod­nio­sła się z miej­sca; po chwili jed­nak, wolno zwra­ca­jąc głowę w stronę kominka, zaczęła patrzeć na brata i twarz jej zupeł­nie się wypo­go­dziła i roz­ja­śniła.

Biskup bowiem spo­koj­nie patrzył na przy­by­łego.

Otwie­rał już usta, chcąc go zapewne spy­tać, czego sobie życzy, kiedy czło­wiek, oparł­szy obie ręce na kiju, powiódł wzro­kiem po starcu i kobie­tach, i nie cze­ka­jąc, aż biskup prze­mówi, ode­zwał się dono­śnym gło­sem:

- Otóż tak: nazy­wam się Jan Val­jean. Jestem galer­ni­kiem. Dzie­więt­na­ście lat byłem na cięż­kich robo­tach. Od czte­rech dni jestem wolny i udaję się do Pon­tar­lier, które mi wyzna­czono na miej­sce pobytu. Od czte­rech dni jestem w dro­dze z Tulonu. Dzi­siaj zro­bi­łem dwa­na­ście mil pie­szo. Przy­szedł­szy tutaj dziś wie­czór, uda­łem się do obe­rży, ale wypra­wiono mnie stam­tąd z powodu mojego żół­tego pasz­portu, który poka­za­łem w mero­stwie. Tak trzeba było. Byłem w dru­giej obe­rży, w któ­rej także powie­dziano mi: idź precz! Wszę­dzie to samo, nikt nie chciał mnie przy­jąć. Posze­dłem do wię­zie­nia, lecz odźwierny mi nie otwo­rzył. Byłem w budzie psa - pies uką­sił mnie i wypę­dził, jak gdyby był czło­wie­kiem. Jak gdyby wie­dział, kim jestem. Posze­dłem w pole, chcąc prze­spać się pod gołym nie­bem, ale zda­wało mi się, że będzie padać deszcz. Pomy­śla­łem sobie, że nie ma Boga, który zatrzy­małby deszcz i wró­ci­łem do mia­sta, sądząc, że się schro­nię w jakiejś bra­mie. Tam, na placu, chcia­łem się poło­żyć na kamie­niu, kiedy nagle jakaś dobra kobieta wska­zała mi wasz dom i powie­działa: zapu­kaj tam. Zapu­ka­łem. Co tutaj jest, czy to obe­rża? Mam pie­nią­dze. Sto dzie­więć fran­ków i pięt­na­ście sous, które zaro­bi­łem, ciężko pra­cu­jąc przez dzie­więt­na­ście lat. Zapłacę. Cóż mi to szko­dzi? Mam pie­nią­dze. Dwa­na­ście mil pie­szo: jestem bar­dzo zmę­czony i głodny. Czy zga­dza­cie się, żebym został?

- Pani Maglo­ire - rzekł biskup - pro­szę dać jesz­cze jedno nakry­cie.

Czło­wiek zro­bił trzy kroki naprzód, zbli­żył się do lampy sto­ją­cej na stole i rzekł, jak gdyby nie­do­brze zro­zu­miał:

- Sły­sze­li­ście? Jestem galer­ni­kiem. Zło­czyńcą. Przy­by­wam z galer - tu wyjął z kie­szeni i roz­ło­żył wielki, żółty papier. - Oto mój pasz­port. Żółty, jak widzi­cie. Służy do tego, by mnie zewsząd wypę­dzano. Chce­cie prze­czy­tać? Ja umiem czy­tać. Nauczy­łem się na gale­rach. Jest tam szkoła dla tych, któ­rzy chcą się uczyć. Patrz­cie, co tu napi­sane w pasz­por­cie: "Jan Val­jean, uwol­niony zło­czyńca, uro­dził się...", to was nie obcho­dzi... "był na gale­rach dzie­więt­na­ście lat. Pięć lat za kra­dzież z wła­ma­niem. Czter­na­ście lat za to, że cztery razy pró­bo­wał ucie­kać. Czło­wiek ten jest bar­dzo nie­bez­pieczny". Tak. Wszy­scy mnie wypę­dzili od sie­bie. A wy chce­cie mnie przy­jąć? Czy to jest obe­rża? Czy dacie mi jeść i się prze­spać? Czy macie staj­nię?

- Pani Maglo­ire - rzekł biskup - daj­cie białe prze­ście­ra­dła do łóżka w alko­wie.

Mówi­li­śmy już, jakiego rodzaju było posłu­szeń­stwo obu kobiet. Pani Maglo­ire wyszła, by speł­nić roz­kazy.

Biskup tym­cza­sem zwró­cił się do czło­wieka i rzekł:

- Pro­szę pana, pro­szę usiąść i się ogrzać. Za chwilę będzie wie­cze­rza; zanim zje­cie, łóżko będzie posłane.

Teraz czło­wiek zro­zu­miał już zupeł­nie. Wyraz jego twa­rzy, dotych­czas surowy i ponury, zmie­nił się cał­ko­wi­cie: odma­lo­wały się na niej osłu­pie­nie, radość i nie­pew­ność, czy­niąc tę twarz jakąś dziwną. Zaczął jąkać się, jak czło­wiek cier­piący na pomie­sza­nie zmy­słów:

- Doprawdy? Jak to? Pozwa­la­cie mi zostać? Nie wyga­nia­cie mnie? Galer­nika? Nazy­wa­cie mnie panem? Nie mówi­cie do mnie: ty! Idź precz, psie! Każdy tak do mnie mówi. Sądzi­łem, że także i wy mnie wypę­dzi­cie. Dla­tego też zaraz powie­dzia­łem, kim jestem. Och, poczciwa kobieta, która mnie tutaj przy­słała! Będę jadł wie­cze­rzę! Łóżko z mate­ra­cami i z prze­ście­ra­dłami! Dzie­więt­na­ście lat już nie spa­łem w łóżku! Pozwa­la­cie mi zostać! Jeste­ście zacni ludzie! Zresztą, mam pie­nią­dze. Dobrze zapłacę. Prze­pra­szam, panie obe­rży­sto, jak się pan nazywa? Zapłacę, ile zechce­cie. Poczciwy z pana czło­wiek. Jest pan obe­rży­stą, prawda?

- Jestem księ­dzem, który tutaj mieszka - spro­sto­wał biskup.

- Ksiądz! - zawo­łał czło­wiek. - Och, poczciwy ksiądz! A zatem nie potrze­bu­je­cie moich pie­nię­dzy? Pro­boszcz, prawda? Pro­boszcz tego wiel­kiego kościoła? A prawda, jaki ja głupi! Nie zauwa­ży­łem waszej piu­ski.

Mówiąc to, zło­żył w kącie tor­ni­ster i posta­wił kij, scho­wał do kie­szeni pasz­port i usiadł. Bap­ty­sta spoj­rzała na niego łagod­nie, on zaś mówił dalej:

- Jeste­ście ludz­kim, księże pro­bosz­czu, nie czu­je­cie pogardy. Dobry ksiądz, to rzecz bar­dzo dobra. A więc nie potrze­bu­je­cie, żebym wam pła­cił?

- Nie - odpo­wie­dział biskup - zatrzy­maj­cie wasze pie­nią­dze. Ile ich macie? Mówi­li­ście, zdaje się, że sto dzie­więć fran­ków?

- I pięt­na­ście sous - dodał przy­bysz.

- Sto dzie­więć fran­ków i pięt­na­ście sous. Ile czasu potrze­bo­wa­li­ście, by zaro­bić te pie­nią­dze?

- Dzie­więt­na­ście lat.

- Dzie­więt­na­ście lat! - biskup gło­śno wes­tchnął.

Czło­wiek mówił dalej:

- Mam jesz­cze całą sumę. Przez cztery dni wyda­łem tylko dwa­dzie­ścia pięć sous, które zaro­bi­łem w Grasse, poma­ga­jąc przy zdję­ciu ładunku z wozów. Ponie­waż jeste­ście księ­dzem, powiem wam, że mie­li­śmy w gale­rach kape­lana. A raz nawet widzia­łem biskupa. Jego Wie­leb­ność, jak go nazy­wają. Był to biskup Majore z Mar­sy­lii. Jest to pro­boszcz nad pro­boszczami. Wie­cie, prze­pra­szam, że się tak wyrażę, ale dla mnie to tak daleko! Rozu­mie­cie, dla nas! Odpra­wił mszę na samych gale­rach, przy ołta­rzu, i miał na gło­wie coś spi­cza­stego ze złota, co w świe­tle dnia błysz­czało. My sta­li­śmy w sze­re­gach z trzech stron, a naprze­ciw nas były armaty z zapa­lo­nym lon­tem. Nie widzie­li­śmy dobrze. Mówił, ale zanadto był w głębi, tak że nie mogli­śmy go usły­szeć. I to się nazywa biskup.

Pod­czas kiedy czło­wiek opo­wia­dał, biskup poszedł zamknąć drzwi, które dotąd były otwarte na oścież. Wró­ciła też pani Maglo­ire, nio­sąc nakry­cie, które poło­żyła na stole.

- Pani Maglo­ire - rzekł biskup - połóż­cie to nakry­cie jak można naj­bli­żej ognia - i zwra­ca­jąc się do swego gościa, dodał:

- Wiatr nocny w Alpach jest ostry. Musi być panu zimno?

Za każ­dym razem, kiedy wyma­wiał swym łagod­nie poważ­nym, zna­mio­nu­ją­cym dobre towa­rzy­stwo wyraz "pan", twarz czło­wieka się roz­ja­śniała. "Pan" dla zło­czyńcy jest jak szklanka wody dla roz­bitka z fran­cu­skiego okrętu "Meduza", który w 1815 roku osiadł na mie­liź­nie. Cier­pie­nie łak­nie powa­ża­nia.

- Ta lampa jakoś bar­dzo źle świeci - prze­mó­wił znowu biskup.

Pani Maglo­ire zro­zu­miała, przy­nio­sła z sypial­nego pokoju biskupa dwa srebrne lich­ta­rze i zapa­liw­szy świece, posta­wiła je na stole.

- Księże pro­bosz­czu - ode­zwał się czło­wiek - jeste­ście dobrzy, nie pogar­dza­cie mną. Przyj­mu­je­cie mnie u sie­bie. Zapa­la­cie dla mnie swoje świece. A jed­nak nie ukry­wa­łem przed wami tego, skąd przy­by­łem i że jestem nie­szczę­śli­wym czło­wiekiem.

Biskup, który przy nim sie­dział, lekko dotknął jego ramie­nia i odpo­wie­dział:

- Mogli­ście nie mówić mi, kim jeste­ście. Nie jest to mój dom. Jest to dom Jezusa Chry­stusa. Drzwi te nie pytają się tego, kto tu wcho­dzi, czy ma jakieś imię, tylko czy ma jakąś boleść. Cier­pi­cie, jeste­ście głodni i spra­gnieni, a zatem witaj­cie. I nie dzię­kuj­cie mi, i nie mów­cie mi, że ja was przyj­muję u sie­bie. Nikt tu nie jest u sie­bie, z wyjąt­kiem tego, który potrze­buje schro­nie­nia. Mówię to tobie, który jesteś prze­chod­niem, jesteś tu więc u sie­bie bar­dziej niż ja sam. Wszystko, co tu jest, należy do was. Po co mi znać wasze nazwi­sko? Zresztą, zanim je powie­dzie­li­ście, zna­łem waszą jedną nazwę.

Czło­wiek ze zdzi­wie­nia wytrzesz­czył oczy:

- Doprawdy? Wie­dzie­li­ście, jak się nazy­wam?

- Tak - odpo­wie­dział biskup - nazy­wasz się moim bra­tem.

- Słu­chaj­cie, księże pro­bosz­czu! - zawo­łał czło­wiek - bar­dzo byłem głodny, kiedy tutaj wcho­dzi­łem, ale wy jeste­ście dla mnie tak dobrzy, że nie wiem już nawet, co mi jest; głód prze­szedł.

Biskup popa­trzył na niego i spy­tał:

- Wiele wycier­pie­li­ście?

- Och! Czer­wony kaftan, kula u nogi, deska do spa­nia, gorąco, zimno, praca, loch, kije, podwójny łań­cuch za byle drob­nostkę, kar­cer za jedno słowo, łań­cuch nawet w cho­ro­bie, w łóżku. Psy, psy są nawet szczę­śliw­sze! Dzie­więt­na­ście lat! Teraz mam ich czter­dzie­ści sześć i żółty pasz­port. Oto życie.

- Tak - rzekł biskup - wycho­dzi­cie z miej­sca nie­doli. Posłu­chaj­cie: wię­cej będzie rado­ści w nie­bie nad zalaną łzami twa­rzą grzesz­nika, ani­żeli nad białą suk­nią stu spra­wie­dli­wych. Jeżeli z tego miej­sca bole­ści wycho­dzi­cie z myślami nie­na­wi­ści i gniewu prze­ciw ludziom, w takim razie jeste­ście godni lito­ści; jeżeli jed­nak wycho­dzi­cie stam­tąd z myślami dobroci, łagod­no­ści i spo­koju, toście wię­cej warci od każ­dego z nas.

Pani Maglo­ire podała tym­cza­sem wie­cze­rzę: skła­dała się ona z zupy na wodzie, z oliwy, z chluba i z soli, z odro­biny sło­niny, z kawałka bara­niny, z fig, ze świe­żego sera i z dużego bochenka chluba. Pani Maglo­ire z wła­snej ini­cja­tywy do zwy­czaj­nego jedze­nia biskupa dodała butelkę sta­rego wina Mau­res.

Twarz biskupa przy­brała nagle wyraz weso­ło­ści wła­ści­wej gościn­nym natu­rom.

- Do stołu! - zawo­łał żywo, jak to zwy­kle robił, kiedy miał u sie­bie kogoś obcego na wie­cze­rzy. Posa­dził gościa po swo­jej pra­wej stro­nie. Bap­ty­sta, zupeł­nie spo­kojna i natu­ralna, zajęła miej­sce z lewej.

Biskup odmó­wił modli­twę i zgod­nie ze swym zwy­cza­jem, sam roz­lał zupę. Czło­wiek łap­czy­wie zaczął jeść. Nagle biskup rzekł:

- Ale, coś mi się zdaje, że na stole cze­goś bra­kuje.

Rze­czy­wi­ście, pani Maglo­ire poło­żyła tylko tyle sztuć­ców, ile ich potrzeba dla trzech osób. W zwy­czaju było nato­miast kłaść na obru­sie wszyst­kie sześć srebr­nych sztuć­ców, jeżeli biskup przyj­mo­wał kogoś obcego na wie­cze­rzy. Nie­winna ta zastawa, ten pozór zbytku, nie­mal dzie­cinny, miał nie­zrów­nany wdzięk w tym cichym i poważ­nym domu, gdzie ubó­stwo pod­no­szono aż do god­no­ści.

Pani Maglo­ire zro­zu­miała uwagę, i nie mówiąc ani słowa, wyszła; w chwilę potem trzy żądane nakry­cia błysz­czały na obru­sie, syme­trycz­nie roz­ło­żone przed każ­dym z trzech współ­bie­siad­ni­ków.

Rozdział IV. Szczegóły o fabrykach serów w Pontarlier

Roz­dział IV

Szcze­góły o fabry­kach serów w Pon­tar­lier

Teraz, żeby dać dokładne wyobra­że­nie o tym, co się działo przy tym stole, naj­le­piej zro­bimy, przy­ta­cza­jąc frag­ment z listu Bap­ty­sty do pani de Boische­vron, gdzie roz­mowa zło­czyńcy i biskupa została szcze­gó­łowo opi­sana:

"Czło­wiek ten na nikogo nie zwra­cał naj­mniej­szej uwagi, jadł z żar­łocz­no­ścią zgłod­nia­łego. Jed­nakże po wie­cze­rzy rzekł:

- Księże pro­bosz­czu pana Boga, wszystko to jest jesz­cze i tak zanadto dobre dla mnie, ale muszę wyznać, że fur­mani, któ­rzy nie chcieli zgo­dzić się na to, bym jadł z nimi, jadają lepiej niż wy.

Mię­dzy nami mówiąc, ta uwaga tro­chę mnie ura­ziła. Brat odpo­wie­dział na to:

- Wię­cej ode mnie mają pracy.

- Nie - odpo­wie­dział tam­ten - mają wię­cej pie­nię­dzy. Jeste­ście biedni, widzę to wyraź­nie. Może nawet nie jeste­ście pro­bosz­czem? Ach, ale to pewne, że powin­ni­ście być pro­bosz­czem, jeżeli Bóg jest spra­wie­dliwy.

- Bóg jest bar­dziej niż spra­wie­dliwy - odpo­wie­dział brat.

A w chwilę potem dodał:

- Panie Janie Val­jean, idzie­cie zatem do Pon­tar­lier?

- Tak jest, i to drogą, którą mi wyzna­czono.

Zdaje mi się, że tak wła­śnie wyra­ził się ów czło­wiek. Potem mówił dalej:

- Jutro o świ­cie muszę wyru­szyć w drogę. Ciężko jest podró­żo­wać. Noce są chłodne, a dni gorące.

- Idzie­cie w dobre strony - stwier­dził brat - w cza­sie rewo­lu­cji, kiedy moja rodzina została zruj­no­wana, schro­ni­łem się począt­kowo w Fran­che-Comté i żyłem tam przez jakiś czas z pracy swych rąk. Byłem chętny do pracy. Zna­la­złem zaję­cie, zajęć jest tam bowiem do wyboru: są papier­nie, gar­bar­nie, desty­lar­nie, ole­jar­nie, fabryki zega­rów, fabryki mie­dzi, przy­naj­mniej dwa­dzie­ścia hut żela­znych, z któ­rych cztery w Lods, w Châtillon, w Oudin­co­urt i w Beure są bar­dzo zna­czące...

Zdaje mi się, że wła­śnie te nazwy wymie­nił brat, potem prze­rwał i zwró­cił się do mnie:

- Kochana sio­stro, czy nie mamy jakichś krew­nych w tej oko­licy?

- Mie­li­śmy - odpo­wie­dzia­łam na to - mię­dzy innymi pana de Luce­net, który był kapi­ta­nem gar­ni­zonu w Pon­tar­lier za daw­nego rządu.

- Tak - odpo­wie­dział brat - ale w 93. nie było krew­nych, były tylko wła­sne ręce. Pra­co­wa­łem. W oko­licy Pon­tar­lier, gdzie się pan udaje, panie Val­jean, ist­nieje pewna gałąź prze­my­słu czy­sto patriar­chalna, a zara­zem bar­dzo ładna, moja sio­stro. Są to fabryki serów.

I tu mój brat, nie prze­sta­jąc ugasz­czać tego czło­wieka, szcze­gó­łowo mu obja­śnił, czym są owe fabryki serów w Pon­tar­lier; że są dwa ich rodzaje: pierw­szy to wiel­kie obory nale­żące do boga­tych, w któ­rych mie­ści się od czter­dzie­stu do pięć­dzie­się­ciu krów, dające od sied­miu do ośmiu tysięcy serów każ­dego lata. Dru­gim rodza­jem są fabryki sto­wa­rzy­sze­nia, nale­żące do ubo­gich: chło­pów śred­nich gór, któ­rzy razem trzy­mają swoje krowy, a potem dzielą się zyskiem. Wszy­scy razem opła­cają robot­nika, który wyra­bia sery; ten odbiera mleko od sto­wa­rzy­szo­nych trzy razy dzien­nie i zna­czy ode­brane ilo­ści na podwój­nych kar­bach. W fabry­kach tych praca zaczyna się pod koniec kwiet­nia; w poło­wie czerwca krowy pro­wa­dzi się w góry.

Czło­wiek tym­cza­sem oży­wiał się, jedząc. Brat czę­sto­wał go tym dobrym winem Mau­res, któ­rego sam nie pija, utrzy­mu­jąc, że to za dro­gie wino. Wszyst­kie te szcze­góły opo­wia­dał mu z wro­dzoną sobie weso­ło­ścią, którą sama znasz; czę­sto przy tym zwra­cał się też do mnie. Wiele mówił o dobrym sta­nie fabry­kanta serów, jak gdyby chcąc - bez wyraź­nego i szorst­kiego dora­dza­nia - dać przy­by­szowi do zro­zu­mie­nia, że byłoby to dla niego bar­dzo odpo­wied­nie zaję­cie. Jedna rzecz bar­dzo mnie też ude­rzyła. Powie­dzia­łam ci już, kim był ten czło­wiek. Otóż przez całą wie­cze­rzę i cały wie­czór potem, wyjąw­szy tych kilka słów o Jezu­sie, wypo­wie­dzia­nych zaraz po wej­ściu gościa, brat nie powie­dział potem ani jed­nego słowa, które mogłoby przy­po­mnieć przy­by­szowi, kim on jest, ani też wska­zać mu, kim jest mój brat. Pozor­nie była to prze­cież dobra oka­zja do małego kaza­nia: z pozy­cji swo­jej biskup mógł przy­tło­czyć tro­chę galer­nika, zosta­wić mu jakiś znak przej­ścia jego. Ktoś inny, mając tego nie­szczę­śliwca pod ręką, uznałby może za sto­sowne jed­no­cze­śnie z cia­łem nakar­mić i jego duszę, i wyrzu­cić mu prze­szłość, zapra­wia­jąc ten wyrzut radami i mora­łem albo też odro­biną poli­to­wa­nia wraz z prze­strogą, by się na przy­szłość lepiej pro­wa­dził. Mój brat tym­cza­sem nie zapy­tał go nawet, ani skąd on jest, ani jaka jest jego histo­ria. W histo­rii tej była bowiem jego wina i brat zda­wał się uni­kać wszyst­kiego, co by mu ją mogło przy­po­mnieć. Do tego stop­nia, że kiedy mówiąc o góra­lach w Pon­tar­lier, któ­rzy mają przy­jemną pracę bli­sko nieba, dodał, iż są szczę­śliwi, bo są nie­winni, nagle prze­rwał, lęka­jąc się, czy wyraz ten, który mu się wyrwał, nie ura­ził tego czło­wieka. Długo się nad tym zasta­na­wia­jąc, zdaje się, że w końcu zro­zu­mia­łam, co działo się w sercu brata. Myślał on zapewne, że czło­wiek ten, który nazywa się Jan Val­jean, pamięta aż za dobrze o swoim nie­szczę­ściu, że naj­le­piej będzie odwró­cić jego uwagę od tej myśli, i zacho­wu­jąc się wzglę­dem niego jak naj­zwy­czaj­niej, przy­naj­mniej przez jedną chwilę pozwo­lić mu pomy­śleć, że sam jest istotą zwy­czajną, podobną do innych.

Nie jest to fak­tycz­nie naj­le­piej pojęta litość? W deli­kat­no­ści tej, która wstrzy­muje się od kazań, mora­łów i alu­zji, czyż nie ma cze­goś praw­dzi­wie ewan­ge­licz­nego, i czyż nie naj­lep­sza to litość, nie doty­kać wcale miej­sca szcze­gól­nie bole­snego dla jakie­goś czło­wieka? Zda­wało mi się, że taka musiała być myśl mojego brata. W każ­dym razie to mogę powie­dzieć, że po sobie nie dał jej nikomu poznać, nawet mnie; od początku do końca był takim, jak każ­dego wie­czora i z tym Janem Val­je­anem spo­ży­wał wie­cze­rzę zupeł­nie tak samo, jak z panem Gedo­nem Prévost, albo z księ­dzem pro­bosz­czem para­fii.

Pod koniec, kiedy jedli­śmy już figi, zapu­kano do drzwi. Była to matka Ger­baud ze swym małym na ręku. Brat poca­ło­wał dzie­cię w czoło, i wziąw­szy ode mnie pięt­na­ście sous, które mia­łam przy sobie, poda­ro­wał je kobie­cie. Przez ten czas przy­bysz na to wszystko zwra­cał nie­wielką uwagę. Mil­czał i wyda­wał się bar­dzo zmę­czony. Po wyj­ściu bied­nej sta­rej Ger­baud brat odmó­wił modli­twę dzięk­czynną; potem, zwró­ciw­szy się do tego czło­wieka, rzekł:

- Musi­cie bar­dzo pra­gnąć spo­czynku.

Pani Maglo­ire szybko sprząt­nęła ze stołu. Domy­śli­łam się, że powin­ny­śmy odejść, by podróżny mógł się poło­żyć, obie więc uda­ły­śmy się do sie­bie. Po chwili kaza­łam jed­nak jesz­cze pani Maglo­ire zanieść na łóżko gościa skórę sarny z Czar­nego Lasu, którą mam w swoim pokoju. Noce są bar­dzo zimne, a to zatrzy­muje cie­pło. Szkoda, że ta skóra jest już stara: cała sierść z niej wyłazi. Brat kupił ją, jak był w Niem­czech, w Tot­tlin­gen, nie­da­leko źró­dła Dunaju. Tam też zaku­pił mały nóż, opra­wiony w skórę sło­niową, któ­rego uży­wam przy stole.

Pani Maglo­ire pra­wie natych­miast wró­ciła, pomo­dli­ły­śmy się w salo­nie, gdzie wie­sza się bie­li­znę, a potem, nic nie mówiąc, każda z nas poszła do swo­jego pokoju.

Rozdział V. Spokój

Roz­dział V

Spo­kój

Po odej­ściu sio­stry, biskup Ludo­mił wziął ze stołu jeden ze srebr­nych świecz­ni­ków, drugi podał swemu gościowi i rzekł:

- Zapro­wa­dzę pana do jego pokoju.

Czło­wiek poszedł za nim.

Z tego, co już tutaj mówi­li­śmy, czy­tel­nik pamięta, że chcąc się dostać do modli­tewni, w któ­rej znaj­do­wała się alkowa, lub też chcąc z niej wyjść, trzeba było przejść przez sypialny pokój biskupa. W chwili, kiedy biskup z podróż­nym prze­cho­dzili przez ten pokój, pani Maglo­ire wkła­dała sre­bro do - znaj­du­ją­cej się u wez­gło­wia łóżka - szafy, tak jak zresztą robiła to co wie­czór przed uda­niem się na spo­czy­nek.

Biskup tym­cza­sem umie­ścił swego gościa w alko­wie. Stało tam białe i świeżo zasłane łóżko. Przy­bysz posta­wił świecz­nik na małym sto­liku.

- A zatem - rzekł biskup - śpij­cie dobrze. Jutro rano, zanim wyj­dzie­cie, napi­je­cie się mleka od naszych krów, jesz­cze cie­płego.

- Dzię­kuję księ­dzu - rzekł czło­wiek.

Zale­d­wie wymó­wił te dwa pełne spo­koju słowa, kiedy zaszła w nim dziwna zmiana, która z pew­no­ścią prze­ję­łaby śmier­tel­nym stra­chem obie kobiety, gdyby tylko były jej świad­kami. Dzi­siaj nawet nie możemy zdać sobie sprawy z tego, co nim wów­czas kie­ro­wało. Chciał prze­strzec, czy pogro­zić? Nagle bowiem obró­cił się do starca, skrzy­żo­wał ręce, i patrząc na swego gospo­da­rza krzy­wym wzro­kiem, zawo­łał ochry­płym gło­sem:

- Jak to! Rze­czy­wi­ście! Zatrzy­mu­je­cie mnie tutaj, tak bli­sko sie­bie!

Tu prze­rwał i ze śmie­chem, w któ­rym było coś potwor­nego, dodał:

- Czy dobrze się nad tym zasta­no­wi­li­ście? Któż wam powie­dział, że nikogo nie zamor­do­wa­łem?

Biskup odpo­wie­dział na to:

- To już należy do Boga.

Potem, poważ­nie i rusza­jąc przy tym ustami, jak gdyby się modlił lub mówił do sie­bie, pod­niósł dwa palce pra­wej ręki i pobło­go­sła­wił czło­wieka, który nie uchy­lił na to głowy, i nie odwra­ca­jąc się, nie patrząc poza sie­bie, wró­cił do swo­jego pokoju.

Jeżeli ktoś aku­rat zamiesz­ki­wał alkowę, wów­czas wielka firanka z weł­nia­nej mate­rii zasła­niała w modli­tewni ołtarz. Biskup, prze­cho­dząc, ukląkł przed tą firanką i odmó­wił krótką modli­twę.

Chwilę póź­niej był już w swoim ogro­dzie, cho­dząc, marząc, roz­my­śla­jąc, cia­łem i duszą pogrą­żony w tych wiel­kich tajem­ni­czych rze­czach, które Bóg osła­nia nocą tym, co mają otwarte oczy.

Co do przy­by­sza, był on rze­czy­wi­ście tak zmę­czony, ze nie sko­rzy­stał nawet z porząd­nych bia­łych prze­ście­ra­deł. Zdmuch­nął świecę noz­drzami, na spo­sób galer­ni­ków, i w ubra­niu rzu­cił się na łóżko; zaraz póź­niej zaś zasnął głę­boko.

Wybiła pół­noc, kiedy biskup wra­cał z ogrodu do swego pokoju. W kilka chwil potem wszystko w małym domku spało".

Rozdział VI. Jan Valjean

Roz­dział VI

Jan Val­jean

Mniej wię­cej w środku nocy Jan Val­jean się obu­dził. Val­jean pocho­dził z bied­nej chłop­skiej rodziny, miesz­ka­ją­cej w Brie. Będąc dziec­kiem, nie nauczył się czy­tać. Kiedy dorósł, zajął się obci­na­niem nie­po­trzeb­nych gałęzi w Fave­rol­les. Matka jego nazy­wała się Joanna Mathieu, a ojciec Jan Val­jean lub Vla­jean; praw­do­po­dob­nie był to przy­do­mek powstały ze skró­ce­nia wyra­zów: voila Jean.

Jan Val­jean z natury nie był smutny, ale prze­waż­nie zamy­ślony, co jest cechą wła­ściwą czu­łym natu­rom. W ogóle jed­nak był on, przy­naj­mniej pozor­nie, osobą dosyć ospałą i mało zna­czącą. Kiedy był małym dziec­kiem, stra­cił i ojca, i matkę. Matka umarła wsku­tek źle leczo­nej, mlecz­nej gorączki, ojciec zaś - tak jak i syn zaj­mu­jący się obci­na­niem gałęzi - zabił się, spa­da­jąc z drzewa. Janowi pozo­stała tylko star­sza od niego sio­stra, wdowa z sied­mior­giem dzieci, chłop­cami i dziew­czę­tami. Sio­stra ta wycho­wy­wała Jana i dopóki jej mąż żył, kar­miła i utrzy­my­wała swego młod­szego brata. Mąż jed­nak umarł. Naj­star­sze z sied­miorga dzieci miało osiem lat, naj­młod­sze jeden rok. Jan skoń­czył dopiero dwa­dzie­ścia pięć lat, ale zastą­pił miej­sce ojca i on z kolei wspie­rał sio­strę, która wcze­śniej go wycho­wy­wała. Zro­bił się z tego po pro­stu obo­wią­zek, który Jan Val­jean speł­niał z pew­nego rodzaju dzi­wac­twem. I tak mło­dość jego zuży­wała się w cięż­kiej i źle opła­ca­nej pracy. Nikt w oko­licy nie sły­szał, by Jan kie­dy­kol­wiek miał jakąś "przy­ja­ciółkę" - nie miał czasu się kochać.

Wie­czo­rem wra­cał zmę­czony i jadł swoją kola­cję, nie mówiąc ani słowa. Pod­czas gdy on jadł, jego sio­stra, Joanna, czę­sto brała z jego miski to, co w niej naj­lep­szego - czy to kawa­łek mięsa, sło­niny, czy śro­dek kapu­sty - i odda­wała je któ­re­muś z dzieci. On, jedząc wciąż, pochy­lony nad sto­łem, z głową pra­wie uto­pioną w misie, z dłu­gimi wło­sami, które spa­dały mu dookoła i pra­wie zakry­wały oczy, zda­wał się nic nie widzieć i pozwa­lać na wszystko. Nie­opo­dal chaty Val­je­ana, po dru­giej stro­nie uliczki, miesz­kała fer­merka, nazy­wa­jąca się Maria Klau­dia. Dzieci, zwy­kle głodne, szły cza­sami do niej i w imie­niu matki poży­czały kwartę mleka, którą wypi­jały, ukryw­szy się za pło­tem lub w jakimś kącie sieni, wyry­wa­jąc sobie dzba­nuszki tak pośpiesz­nie, że małe dziew­czynki oble­wały przy tym swoje far­tuszki: gdyby matka wie­działa o tej kra­dzieży, wino­wajcy zosta­liby surowo uka­rani. Jan Val­jean, poryw­czy i zrzę­dliwy, nic nie mówił sio­strze, pła­cił Marii Klau­dii za mleko i dzieci w ten spo­sób nie były karane.

W porze obci­na­nia gałęzi zara­biał osiem­na­ście sous dzien­nie, potem naj­mo­wał się jako żni­wiarz, jako robot­nik, jako paro­bek lub posłu­gacz przy wołach. Robił, co mógł. Sio­stra także ze swej strony pra­co­wała, ale co począć z sied­mior­giem małych dzieci? Nędza powoli dosię­gała tę smutną gro­madkę, aż wresz­cie ści­snęła ją w swo­ich szpo­nach. Tra­fiła się jakaś ciężka zima. Jan nie dostał roboty, a rodzina nie miała chluba. Dosłow­nie bez chluba było też sied­mioro dzieci.

Pew­nej nie­dzieli wie­czo­rem, Mau­bert Isa­beau, pie­karz na placu kościel­nym w Fave­rol­les, zabie­rał się wła­śnie do spo­czynku, kiedy usły­szał gwał­towne ude­rze­nie w zakra­to­waną i szklaną wystawę sklepu. Przy­biegł natych­miast i spo­strzegł ramię, wyco­fu­jące się przez wybitą w kra­cie i szy­bie dziurę. Ręka ta chwy­ciła boche­nek chluba i cof­nęła się. Isa­beau szybko wyszedł na ulicę; zło­dziej ucie­kał co tchu. Isa­beau dogo­nił go i zatrzy­mał. Zło­dziej wyrzu­cił chlub, ale wciąż miał zakrwa­wioną rękę. Był to Jan Val­jean.

Działo się to w 1795 roku. Jan Val­jean został posta­wiony przed sądem za "kra­dzież z wła­ma­niem, w nocy, w domu zamiesz­ka­nym". Miał fuzję, z któ­rej strze­lał lepiej niż kto­kol­wiek inny; był też po czę­ści kłu­sow­ni­kiem, co mu jesz­cze zaszko­dziło. Prze­ciw kłu­sow­nic­twu ist­nieje słuszny prze­sąd: kłu­sow­nik, tak jak kon­tra­ban­dzi­sta, bar­dzo mu bli­sko do roz­bój­nika. Dodajmy jed­nak na mar­gi­ne­sie, że cała prze­paść dzieli tego rodzaju ludzi od hanieb­nych zbój­ców z miast. Kłu­sow­nik żyje w lesie, kon­tra­ban­dzi­sta żyje w górach lub na morzu. Mia­sta tym­cza­sem wyra­biają ludzi okrut­nych, zepsu­tych. Góry, lasy i morze two­rzą jedy­nie ludzi dzi­kich; roz­wi­jają w nich uczu­cie sro­go­ści, ale czę­sto nie nisz­czą ludz­kich odru­chów.

Jana Val­je­ana uznano win­nym. Prze­pisy kodeksu były sta­now­cze. W naszych cza­sach są godziny straszne; godziny, w któ­rych prawo karne ogła­sza wyrok, świad­czący o upadku. Jakże posępna jest chwila, w któ­rej spo­łe­czeń­stwo oddala się i nie­odwo­łal­nie opusz­cza istotę myślącą! Jan Val­jean został ska­zany na pięć lat galer.

Dnia 22 kwiet­nia 1796 roku ogło­szono w Paryżu zwy­cię­stwo pod Mon­te­notte, które odniósł głów­no­do­wo­dzący armią wło­ską, a któ­rego posła­niec dyrek­to­riatu do Rady Pię­ciu­set, z 2. Floréala roku IV, nazywa Buona-Parte; tego dnia utwo­rzono rów­nież w Bic?tre wielki łań­cuch. Jan Val­jean nale­żał do tego łań­cucha. Stary odźwierny wię­zie­nia, który teraz ma około dzie­więć­dzie­się­ciu lat, dosko­nale pamięta tego nie­szczę­śliwca, któ­rego przy­kuto na końcu czwar­tego sze­regu, w pół­noc­nym końcu dzie­dzińca. Tak jak wszy­scy inni, sie­dział on na ziemi. Poło­że­nie swoje zda­wał się rozu­mieć tylko na tyle, że wyda­wało mu się ono okropne. Praw­do­po­dob­nie także, jak to zwy­kle bywa mię­dzy nie­okre­ślo­nymi poję­ciami u zupeł­nie nie­świa­do­mego czło­wieka, błą­kała się w nim wyraź­niej myśl, że w jego poło­że­niu jest coś prze­cho­dzą­cego miarę. Pod­czas kiedy poza jego głową przy­bi­jano go cięż­kim mło­tem do obrę­czy, on pła­kał, łzy dusiły go, prze­szka­dzały mówić, tak że od czasu do czasu jedy­nie beł­ko­tał: "Byłem robot­ni­kiem w Fave­rol­les". Potem, łka­jąc, pod­no­sił prawą rękę, i spusz­czał ją stop­niowo sie­dem razy, jak gdyby kolejno doty­kał sied­miu nie­rów­nych głów: i z tego ruchu domy­ślić się nale­żało, że to, co zro­bił, zro­bił dla odzia­nia i wyży­wie­nia sied­miorga małych dzieci.

Wyje­chał do Tulonu. Po dwu­dzie­stu sied­miu dniach podróży sta­nął tam z łań­cu­chem u szyi. W Tulo­nie nało­żono na niego czer­wony kaftan. Z jego daw­nego życia wszystko zostało wyma­zane - nawet nazwi­sko: prze­stał być Janem Val­je­anem, został nume­rem 24 601. Co się stało z sio­strą? Co z sied­mior­giem dzieci? Któż się o nich trosz­czył? Co się staje z liśćmi mło­dego drzewa, które ścięto przy ziemi?

Jest to zawsze ta sama histo­ria. Biedne te istoty żyjące, te stwo­rze­nia boskie, pozo­sta­wione bez opieki, bez pomocy i bez schro­nie­nia, roz­pierz­chły się - kto wie, może nawet każde w inną stronę - i powoli zanu­rzyły się w tę zimną mgłę, która pochła­nia życie samot­nych jed­no­stek, w te ponure ciem­no­ści, gdzie tyle nie­szczę­śli­wych głów znika kolejno w smut­nym pocho­dzie rodu ludz­kiego. Opu­ścili rodzinne strony. Dzwon­nica ich daw­nej wio­ski zapo­mniała o nich, nie­gdyś nale­żące do nich pole zapo­mniało o nich, po kilku latach pobytu w gale­rach zapo­mniał o nich i sam Jan Val­jean. W jego sercu tam, gdzie była rana, zro­biła się teraz bli­zna. Ot i wszystko. Przez cały czas, który spę­dził w Tulo­nie, zale­d­wie raz jeden doszła do niego wieść o sio­strze. Było to, zdaje się, pod koniec czwar­tego roku jego nie­woli. Nie wiem już, jaką drogą wia­do­mość ta prze­do­stała się do niego. Ktoś, kto znał ich daw­niej, widział się z jego sio­strą, która była w Paryżu. Miesz­kała na bied­nej ulicy Gein­dre bli­sko świę­tego Sul­pi­cju­sza. Miała już przy sobie tylko jedno dziecko, ostat­niego chłop­czyka. Gdzie było sze­ścioro innych? Może sama tego nie wie­działa. Codzien­nie rano cho­dziła do dru­karni przy ulicy Sabot nr 3, gdzie skła­dała i zszy­wała arku­sze. Musiała być tam o godzi­nie szó­stej rano, w zimie jesz­cze dobrze przed świ­tem? W tym budynku, co dru­karnia, była też szkółka: do tej szkółki pro­wa­dziła swego sied­mio­let­niego chłop­czyka. Ponie­waż jed­nak do dru­karni wcho­dziła o szó­stej rano, a szkółka otwie­rała się dopiero o siód­mej, dziecko musiało więc cze­kać na dzie­dzińcu, zanim otwo­rzą szkołę; w zimie, jesz­cze w nocy, na otwar­tym powie­trzu, przez godzinę. Nie pozwa­lano dziecku wcho­dzić do dru­karni, bo twier­dzono, że zawa­dza. Prze­cho­dząc rano, robot­nicy widy­wali biedne, sie­dzące na bruku maleń­stwo, senne, a czę­sto nawet śpiące, skur­czone i pochy­lone nad koszy­kiem. Jeżeli padał deszcz, stara odźwierna lito­wała się nad nim i brała go do swo­jej izdebki, gdzie było tylko nędzne łóżko, koło­wro­tek i dwa drew­niane krze­sełka; mały usy­piał tam w kąciku, tuląc się do kota, żeby mu było cie­plej. O siód­mej szkółka otwie­rała się i dziecko do niej wcho­dziło. Oto, czego dowie­dział się Jan Val­jean. Sły­szał o nich tylko ten jeden raz, była to zresztą chwila, jedna bły­ska­wica, niby okno, co się nagle otwo­rzyło i ujrzał przez nie los istot, które kie­dyś kochał; potem wszystko się na nowo zamknęło. Nic o nich już do niego nie doszło; ni­gdy wię­cej ich nie widział, ni­gdy się z nimi nie spo­tkał, i w dal­szym ciągu tej smut­nej histo­rii nie spo­tkamy się z nimi rów­nież.

Pod koniec czwar­tego roku nade­szła kolej na ucieczkę Jana Val­je­ana. Kole­dzy pomo­gli mu, jak to zwy­kle się dzieje w tym smut­nym miej­scu. Uciekł. Przez dwa dni swo­bod­nie błą­dził po polu: jeżeli swo­bod­nym można nazwać tego, na kogo robią obławę, który co chwila odwraca głowę, drży za naj­mniej­szym szme­rem, lęka się wszyst­kiego: dachu, z któ­rego się dymi, czło­wieka, który prze­cho­dzi, psa, który szczeka, konia, który bie­gnie, godziny, która bije, dnia, bo wtedy widać, i nocy, bo nie widać; drogi, dróżki, krzaku, snu. Wie­czo­rem dru­giego dnia zła­pano go. Przez trzy­dzie­ści sześć godzin nie jadł i nie spał. Sąd mary­nar­ski ska­zał go za to prze­stęp­stwo na prze­dłu­że­nie kary jesz­cze o trzy lata, co razem dało lat osiem. Szó­stego roku znowu przy­szła jego kolej na ucieczkę; sko­rzy­stał z niej, ale nie udało mu się wyko­nać swego zamiaru. Kiedy nie zja­wił się na apelu, dano wystrzał z armaty i nocni war­tow­nicy zna­leźli go pod będą­cym w budo­wie okrę­tem. Sta­wił opór wię­zien­nym stró­żom, któ­rzy jed­nak zdo­łali go pochwy­cić. Ucieczka i bunt: czyn ten, szcze­gó­łowo prze­wi­dziany przez kodeks, uka­rano prze­dłu­że­niem kary o pięć lat, w tym dwóch w podwój­nym łań­cu­chu. Razem więc trzy­na­ście lat. Na koniec, było to może wła­śnie w trzy­na­stym roku, pró­bo­wał po raz ostatni i został zatrzy­many po czte­rech godzi­nach nie­obec­no­ści. Za te cztery godziny dostał cztery lata. W sumie dzie­więt­na­ście lat. W paź­dzier­niku 1815 roku został uwol­niony; poszedł na galery w 1796 roku za to, że stłukł szybę i wziął chlub.

Tutaj trzeba dodać kilka słów w nawia­sie. W stu­diach swych nad kwe­stiami kar­nymi i na ska­zy­wa­niem przez prawo, autor tej książki po raz drugi spo­tyka się z kra­dzieżą chluba, która to kra­dzież staje się przy­czyną nie­doli całego życia. Tak jak Klau­diusz Gueux, Jan Val­jean także ukradł chlub: angiel­ska sta­ty­styka wyka­zuje, że w Lon­dy­nie bez­po­śred­nią przy­czyną czte­rech na pięć kra­dzieży jest głód.

Jan Val­jean zaczy­nał cięż­kie roboty drżący i pła­czący, skoń­czył je obo­jętny. Wszedł zroz­pa­czony, wyszedł zaś ponury. Co zaszło w tej duszy?

Rozdział VII. Wewnętrzna strona rozpaczy

Roz­dział VII

Wewnętrzna strona roz­pa­czy

Spró­bujmy to opo­wie­dzieć. Spo­łe­czeń­stwo powinno prze­cież popa­trzeć na te rze­czy, bo samo jest ich przy­czyną.

Był to, jak już zazna­czy­li­śmy, nieuk; nie był jed­nak głup­cem. Wro­dzone świa­tło było w nim roz­nie­cone. Nie­szczę­ście, które także ma swoje świa­tło, powięk­szyło jesz­cze tę odro­binę jasno­ści, która była w jego umy­śle. Pod kijem i pod łań­cu­chem w wię­zie­niu, w znoju, pod palą­cym słoń­cem galer, na łożu z desek galer­nika, wcho­dził w głąb swego sumie­nia i roz­my­ślał. Sie­bie samego zro­bił try­bu­na­łem; zaczął też od tego, że osą­dził sie­bie.

Uznał, że nie był nie­win­nym, któ­rego nie­spra­wie­dli­wie uka­rano. Przy­znał, że popeł­nił czyn naganny i zby­teczny; że może nie odmó­wiono by mu chluba, gdyby o niego popro­sił; a w każ­dym razie, że lepiej było wycze­ki­wać go - czy to ze strony lito­ści, czy ze strony pracy. Że stwier­dze­nie, iż nie można cze­kać, kiecy chce się jeść, nie jest może zupeł­nie słuszne, że w końcu mało kto dosłow­nie umiera z głodu. Następ­nie stwier­dził, że na szczę­ście - lub też na nieszczę­ście - czło­wiek ma taką naturę, iż może cier­pieć długo i wiele, zarówno moral­nie, jak i fizycz­nie, zanim w końcu umrze; że trzeba było zatem cier­pli­wo­ści; że wyszłoby to na lep­sze nawet dla tych bied­nych dzieci; że był to czyn sza­lony, iż on, czło­wiek słaby, gwał­tow­nie chwy­cił za koł­nierz spo­łe­czeń­stwo i wyobra­żał sobie, że przez kra­dzież wyj­dzie z nędzy; że nie nale­żało wycho­dzić z nędzy drzwiami, przez które się wcho­dzi do hańby - sło­wem: że zawi­nił.

Potem zapy­tał sie­bie: Czy jed­nak tylko on sam pobłą­dził w tej nie­szczę­snej histo­rii? Czy nie była to rzecz ważna, że jemu, robot­ni­kowi, zabra­kło roboty, jemu, pra­co­wi­temu, zabra­kło chluba? Następ­nie zaś, kiedy błąd został speł­niony i wyznany, czy kara dla niego nie była zbyt sroga i zby­teczna? Czy ze strony prawa nie było więk­szego nad­uży­cia w karze, ani­żeli ze strony win­nego w prze­stęp­stwie? Czy nie było prze­wagi cię­żaru po jed­nej stro­nie szali, po stro­nie pokuty? Czy ta prze­waga kary nie zma­zała prze­stęp­stwa i czy nie dopro­wa­dzała do takiego rezul­tatu, że cał­ko­wi­cie zmie­niało się poło­że­nie, że błąd kary zabie­rał miej­sce błę­dowi wino­wajcy, że z win­nego robił ofiarę, a z dłuż­nika czy­nił wie­rzy­ciela, i że osta­tecz­nie kładł prawo po stro­nie tego, co je pogwał­cił? Czy ta kara, zwięk­szona jesz­cze kolej­nym prze­dłu­ża­niem jej za próby ucieczki, nie sta­wała się wresz­cie rodza­jem ter­roru sil­niej­szego nad słab­szym, zbrod­nią spo­łe­czeń­stwa doko­ny­waną na jed­no­stce, zbrod­nią, która pona­wiała się codzien­nie; zbrod­nią, która trwała dzie­więt­na­ście lat?

Pytał sam sie­bie, czy spo­łe­czeń­stwo ludz­kie może mieć prawo narzu­cać swym człon­kom zarówno nie­roz­sądną swą nie­prze­zor­ność, jak i bez­li­to­sną prze­zor­ność; czy może mieć prawo sądze­nia nie­szczę­śli­wego czło­wieka, posta­wio­nego mię­dzy bra­kiem a nad­mia­rem, dokład­nie zaś mię­dzy bra­kiem pracy a nad­mia­rem kary?

Czy nie było to naj­wyż­szą nie­spra­wie­dli­wo­ścią, że spo­łe­czeń­stwo w taki spo­sób obcho­dziło się ze swo­imi człon­kami, któ­rzy w podziale dóbr byli naj­go­rzej upo­sa­żeni jedy­nie przez przy­pa­dek i któ­rych zatem naj­bar­dziej nale­żało oszczę­dzać?

Posta­wiw­szy to pyta­nie i roz­wią­zaw­szy je, osą­dził spo­łe­czeń­stwo i sam je ska­zał. Ska­zał je na swoją zemstę. Uczy­nił je odpo­wie­dzial­nym za los, któ­rego dozna­wał, i powie­dział sobie, że kie­dyś może nie zawaha się zażą­dać za to rachunku. Zawy­ro­ko­wał, że nie było rów­no­wagi, mię­dzy szkodą, którą on wyrzą­dził, a szkodą, którą wyrzą­dzono jemu; zakoń­czył wresz­cie na tym, że kara jego nie była może nie­słuszna, ale z pew­no­ścią nie­spra­wie­dliwa.

Gniew może być sza­lony i nie­do­rzeczny; można się gnie­wać nie­słusz­nie; ale obu­rzać się możemy tylko wów­czas, jeżeli pod jakimś wzglę­dem mamy słusz­ność. Jan Val­jean czuł się obu­rzo­nym.

Zresztą spo­łe­czeń­stwo ludz­kie oprócz krzywdy nie dało mu nic, ni­gdy nie patrzył na nie ina­czej, jak z ową zagnie­waną twa­rzą, którą nazy­wał spra­wie­dli­wo­ścią swoją i którą uka­zy­wał tym, w któ­rych ude­rzał. Ludzie zaj­mo­wali się nim po to tylko, by go zra­nić. Wszel­kie zetknię­cie się z nimi było dla niego cio­sem. Ni­gdy, od cza­sów swego dzie­ciń­stwa, od śmierci matki, od roz­sta­nia się z sio­strą, ni­gdy nie spo­tkał się z przy­ja­znym uśmie­chem czy życz­li­wym spoj­rze­niem. Od cier­pie­nia do cier­pie­nia powoli doszedł do tego prze­ko­na­nia, że życie jest walką i że w tej walce on był tym zwy­cię­żo­nym. Nie miał innej broni oprócz zemsty. Posta­no­wił broń tę wyostrzyć w gale­rach i wycho­dząc stam­tąd, zabrać ją ze sobą.

Była w Tulo­nie szkoła dla więź­niów, utrzy­my­wana przez duchow­nych, gdzie ci, któ­rzy mieli ochotę, mogli wyuczyć się naj­po­trzeb­niej­szych dla sie­bie rze­czy. Val­jean nale­żał do tych, któ­rzy mieli ochotę. W czter­dzie­stym roku życia poszedł do szkoły i nauczył się czy­tać, pisać oraz racho­wać. Zro­zu­miał, że wzmac­nia­jąc swój umysł, wzmocni swą nie­na­wiść. W pew­nych przy­pad­kach nauka i świa­tło mogą słu­żyć do wzmoc­nie­nia zła.

Smutno to powie­dzieć, ale osą­dziw­szy spo­łe­czeń­stwo, które było sprawcą jego nie­szczę­ścia, osą­dził także opatrz­ność, która utwo­rzyła spo­łe­czeń­stwo - i ją rów­nież potę­pił.

I tak w cza­sie tych dzie­więt­na­stu lat męczarni i nie­woli, dusza ta pod­nio­sła się i upa­dła jed­no­cze­śnie. Z jed­nej strony weszło do niej świa­tło, z dru­giej - ciem­ność.

Jan Val­jean, jak widzimy, nie był z natury zły. Kiedy dostał się do cięż­kich robót, był jesz­cze dobry. Tam dopiero potę­pił spo­łe­czeń­stwo i poczuł, że staje się złym; potę­pił opatrz­ność i uznał, że staje się bez­boż­nym.

Tutaj trudno jest nie zasta­no­wić się przez chwilę.

Czy natura ludzka zmie­nia się tak do gruntu i cał­ko­wi­cie? Czy czło­wiek, stwo­rzony dobrym przez Boga, może stać się złym przez czło­wieka? Czy los może prze­ro­bić duszę i czy może ona stać się złą, jeżeli ten los jest zły? Czy serce pod naci­skiem nie­pro­por­cjo­nal­nego nie­szczę­ścia może się stać bez­kształtne i szpetne, nie­ule­czal­nie ułomne, tak jak kolumna pacie­rzowa pod zbyt niskim skle­pie­niem? Czy w każ­dej duszy, a w szcze­gól­no­ści w duszy Jana Val­je­ana, nie było owej pierw­szej iskierki, owego boskiego pier­wiastka, nie­ule­ga­ją­cego zepsu­ciu na tym świe­cie, nie­śmier­tel­nego na tam­tym, który pod wpły­wem dobra może się wspa­niale roz­sze­rzać, roz­pa­lać i błysz­czeć, nato­miast ni­gdy nie może zga­snąć pod wpły­wem zła?

Pyta­nia to ważne i zawiłe, na ostat­nie z nich każdy fizjo­log z pew­no­ścią bez waha­nia odpo­wie­działby, że nie, zwłasz­cza gdyby ujrzał w Tulo­nie Jana Val­je­ana w godzi­nach odpo­czynku, które były dla niego godzi­nami roz­my­śla­nia, a które spę­dzał, sie­dząc na drągu jakiejś windy ze skrzy­żo­wa­nymi rękami, z koń­cem łań­cu­cha wci­śnię­tym w kie­szeń, by ten się nie cią­gnął; gdyby ujrzał tego ponu­rego galer­nika, poważ­nego, mil­czą­cego i zamy­ślo­nego, który na czło­wieka patrzył z gnie­wem, tego potę­pieńca cywi­li­za­cji, który z suro­wo­ścią patrzył na niebo.

Zaiste, nie chcemy ukry­wać tego, że badacz fizjo­log zoba­czyłby tu stan, na który nie ma lekar­stwa; może tylko zli­to­wałby się nad tym cho­rym, któ­rego cho­roba wyni­kała z kodeksu prawa, ale nie pró­bo­wałby nawet leczyć go; odwró­ciłby wzrok od tych jaskiń, które by doj­rzał w tej duszy, i jak Dante spo­nad drzwi pie­kieł, byłby wykre­ślił z życia ska­zańca ów wyraz, który palec boży nakre­ślił jed­nak na czole każ­dego czło­wieka: nadzieja!

Czy jed­nak stan tej duszy, który pró­bo­wa­li­śmy tu zba­dać, był tak dosko­nale zro­zu­miały dla Jana Val­je­ana, jak go się sta­ra­li­śmy uczy­nić dla naszych czy­tel­ni­ków? Czy Jan widział wyraź­nie wszyst­kie pier­wiastki, skła­da­jące się na jego moralną nędzę, i czy dostrze­gał je stop­niowo, w miarę jak się ukła­dały, i potem, kiedy się już uło­żyły? Czy czło­wiek, tak jak on nie­okrze­sany i nie­wy­kształ­cony, mógł sobie dokład­nie zda­wać sprawę z sze­regu myśli, po któ­rych, sto­pień za stop­niem, wzniósł się i zstą­pił aż do ponu­rych poglą­dów, które od tylu już lat były wid­no­krę­giem jego umy­słu? Czy poj­mo­wał wszystko, co w nim zaszło i cią­gle zacho­dziło? Nie śmie­li­by­śmy tego stwier­dzić, nie wie­rzymy w to zresztą. Jan Val­jean był zanadto nie­świa­domy, by nawet po tylu nie­szczę­ściach nie pozo­stało w nim jesz­cze wiele rze­czy nie­okre­ślo­nych. Chwi­lami nie bar­dzo rozu­miał nawet to, czego sam doświad­czał. Jan Val­jean był w ciem­no­ściach i nie­na­wi­dził w ciem­no­ściach; można by stwier­dzić, że nie­na­wi­dził wszyst­kiego przed sobą. Zwy­kle żył w tej ciem­no­ści, maca­jąc po omacku jak ślepy i zamy­ślony. Tylko chwi­lami, gnana podmu­chem z zewnątrz, gwał­tow­nie pod­no­siła się w nim burza gniewu, nad­miar cier­pie­nia, blada i szybka bły­ska­wica, która oświe­cała całą jego duszą i uka­zy­wała mu wszę­dzie dookoła, z przodu i z tyłu, przy bły­skach strasz­li­wego świa­tła, szka­radne prze­pa­ści i ponure widoki jego prze­zna­cze­nia.

Bły­ska­wica prze­mknęła, znowu zapa­dła noc - i gdzie wtedy był? Sam już nie wie­dział.

Wła­ści­wo­ścią cier­pień tego rodzaju, w któ­rych góruje strona bez­li­to­sna, unik­czem­nia­jąca, jest to, że w sku­tek pew­nego rodzaju nie­świa­do­mego sie­bie prze­obra­że­nia, czło­wiek powoli zamie­nia się w dzi­kie zwie­rzę, a cza­sami nawet w zwie­rzę dra­pieżne. Próby ucieczki, które Jan Vel­jean upar­cie, jedna po dru­giej podej­mo­wał, dosta­tecz­nie uka­zują tę dziwną pracę, jaką prawo wyko­nuje nad ludzką duszą. Jan Val­jean pona­wiałby te próby, tak prze­cież bez­u­ży­teczne i sza­lone, ile razy nada­rzy­łaby się ku temu oka­zja, nie zasta­na­wia­jąc się ani przez chwilę nad ich skut­kami lub nad doświad­cze­niem już z nich wynie­sio­nym. Wymy­kał się gwał­tow­nie jak wilk, który znaj­duje otwartą klatkę. Instynkt mówił mu: ucie­kaj! Rozum powie­działby: zostań! Ale przed tak gwał­towną pokusą rozum zni­kał, pozo­sta­wał jedy­nie instynkt. Dzia­łało tylko zwie­rzę. A kiedy go poj­mano, nowe kary, któ­rym wów­czas pod­le­gał, wpra­wiały go tylko w jesz­cze więk­szy szał.

Musimy tu wspo­mnieć o jesz­cze jed­nym szcze­góle, mia­no­wi­cie o nad­zwy­czaj­nej sile fizycz­nej Jana Val­je­ana, sile, któ­rej żaden z miesz­kań­ców galer nie mógł dorów­nać. Jeżeli trzeba było popu­ścić linę, cią­gnąć windę lub wyko­nać jakąś inną męczącą pracę, Jan zna­czył tyle, co czte­rech ludzi. Pod­no­sił i pod­trzy­my­wał na grzbie­cie ogromne cię­żary i w razie potrzeby zastę­po­wał maszynę zwaną Cric, daw­niej zaś Orgu­eil, skąd, mówiąc na mar­gi­ne­sie, pocho­dzi nazwa ulicy Mon­tor­gu­eil przy hal­lach Paryża. Kole­dzy nazy­wali go nawet Jan-Cric.

Pew­nego razu, kiedy napra­wiano bal­kon ratu­sza w Tulo­nie, jedna ze wspa­nia­łych karia­tyd Pugeta, pod­trzy­mu­ją­cych bal­kon, ode­rwała się i już by spa­dła, gdyby Jan Val­jean, który aku­rat się tam znaj­do­wał, nie przy­trzy­mał jej, dopóki nie nad­bie­gli robot­nicy.

Gięt­kość jego prze­wyż­szała jesz­cze siłę. Nie­któ­rzy galer­nicy, wiecz­nie marzący o uciecz­kach, takiej w końcu naby­wają siły i zręcz­no­ści, że docho­dzi to do praw­dzi­wej sztuki: sztuki musku­łów. Wiecz­nie zazdrosz­cząc muchom i pta­kom, więź­nio­wie codzien­nie upra­wiają całą tajem­ni­czą sta­tykę. Wdra­pać się po linii pro­sto­pa­dłej i zna­leźć punkt opar­cia tam, gdzie zale­wie widać było jakąś wydat­ność, była to igraszka dla Jana Val­je­ana. Mając róg muru, siłę pręż­no­ści karku i ramion, pra­cu­jąc łok­ciami i pię­tami, które wci­skał w chro­po­wa­tość muru, jakby cudem dosta­wał się na trze­cie pię­tro. Cza­sami wdzie­rał się tak aż na dach wię­zien­nego gma­chu.

Mówił mało, a nie śmiał się wcale. Trzeba było nad­zwy­czaj­nego wzru­sze­nia, by raz lub dwa razy na rok wydo­być z jego ust ów ponury śmiech galer­nika, który jest jak gdyby echem śmie­chu sza­tana. Z wyrazu jego twa­rzy można było sądzić, że cią­gle zaj­muje się patrze­niem na coś okrop­nego.

W isto­cie wciąż był pogrą­żony w myślach.

Poprzez cho­ro­bliwe poję­cia wadli­wej natury i przy­tło­czo­nej inte­li­gen­cji, czuł on nie­wy­raź­nie, że ciąży nad nim coś potwor­nego. W tym posęp­nym, bla­dym pół­cie­niu, w któ­rym peł­zał, ile razy obró­cił szyję i usi­ło­wał pod­nieść wzrok, widział z prze­ra­że­niem - z któ­rym mie­szała się zaraz wście­kłość - jak wysoko ponad nim wzno­siły się i pię­trzyły, ukła­da­jąc niby w jakieś straszne stosy, rze­czy, prawa, prze­sądy, ludzie i fakty, któ­rych zary­sów nie mógł pochwy­cić, któ­rych masa prze­ra­żała go, a które nie były niczym wię­cej jak ową olbrzy­mią pira­midą, którą nazy­wamy cywi­li­za­cją. W tej bez­kształt­nej, roją­cej się cało­ści, odróż­niał tu i ówdzie, raz bli­sko sie­bie, a raz daleko, na nie­do­ści­głych wyży­nach, jakąś grupę, jakiś jaskra­wiej oświe­cony szcze­gół: tu dozorcę więź­niów i kij jego, tu żan­darma i jego sza­blę, tam arcy­bi­skupa w infule, a na samej górze, jak gdyby wśród pro­mieni słońca, cesa­rza w koro­nie i w rażą­cym bla­sku. Wszyst­kie te dale­kie jasno­ści nie tylko nie roz­pra­szały jego ciem­no­ści, ale nawet czy­niły je jesz­cze bar­dziej ponu­rymi i ciem­nymi. Wszystko to - prawa, prze­sądy, fakty, ludzie, rze­czy, prze­su­wało się po nim w tę i w tamtą stronę, sto­sow­nie do tajem­ni­czego i skom­pli­ko­wa­nego ruchu, który Bóg nadaje cywi­li­za­cji; cho­dziło po nim i dru­zgo­tało go z owym okrut­nym spo­ko­jem i nie­ubła­ganą obo­jęt­no­ścią. Dusze, które wpa­dły w osta­teczną nie­dolę, nie­szczę­śnicy, co prze­pa­dli na dnie owych otchłani, do któ­rych głębi nie sięga już żadne ludz­kie oko, ci, któ­rych uka­rało prawo, czują na swej gło­wie cały cię­żar tego spo­łe­czeń­stwa ludz­kiego, tak strasz­nego dla tych, co są poza nim, i tak okrop­nego dla tych, co są pod nim.

W takim wła­śnie poło­że­niu roz­my­ślał Jan Val­jean: jaki więc mógł być wynik tych roz­my­ślań? Jeżeli ziarnko prosa pod młyń­skim kamie­niem mogłoby myśleć, myśla­łoby zapewne to, co i Jan Val­jean.

Wszyst­kie te rze­czy, rze­czywistość pełna widm i fan­ta­sma­go­rie pełne rze­czywistości, utwo­rzyły w końcu rodzaj stanu wewnętrz­nego, któ­rego nie spo­sób nawet opi­sać.

Chwi­lami zatrzy­my­wał się w swo­jej pracy i zaczy­nał myśleć. Rozum jego, bar­dziej doj­rzały, lecz jed­no­cze­śnie moc­niej niż kie­dyś zmą­cony, bun­to­wał się. Wszystko, co mu się przy­tra­fiło, wyda­wało się nie­moż­li­wym. Mówił sobie: to sen. Patrzył na dozorcę, sto­ją­cego kilka kro­ków dalej i dozorca wyda­wał mu się wid­mem: nagle widmo ude­rzało go jed­nak kijem.

Widzialna przy­roda zale­d­wie dla niego ist­niała. Rzec można pra­wie, że dla Jana Val­je­ana nie było ani słońca, ani pięk­nych, let­nich dni, ani jasnego nieba, ani świe­żych kwiet­nio­wych poran­ków. Nie wia­domo, jakie mroczne świa­tełko oświe­tlało zwy­kle jego duszę.

Na zakoń­cze­nie, stresz­cza­jąc to, co tylko może być stresz­czone, i wypro­wa­dza­jąc z tego, co przed chwilą zostało powie­dziane, pewne wnio­ski, dodamy, że po dzie­więt­na­stu latach Jan Val­jean, nie­szko­dliwy dla nikogo robot­nik w Fave­rol­les, prze­mie­nił się w strasz­li­wego galer­nika w Tulo­nie, i dzięki spo­so­bowi, w jaki kształ­to­wały go galery, stał się zdolny do dwo­ja­kiego rodzaju złych czy­nów: po pierw­sze, do czynu popeł­nio­nego szybko, bez roz­wagi i bez zasta­no­wie­nia, instynk­tow­nie, w afek­cie i jakby w zemście za doznane zło. Po dru­gie zaś - do występku więk­szej wagi, wcze­śniej obmy­ślo­nego i doko­na­nego na bazie fał­szy­wych poglą­dów, które mogą zro­dzić się w takim nie­szczę­ściu. Jego namy­sły prze­cho­dziły przez trzy kolejne fazy, do któ­rych zdolne są tylko natury w pewien spo­sób zahar­to­wane: rozu­mo­wa­nie, wolę i upór. Jego siłą napę­dza­jącą było zwy­kłe u niego obu­rze­nie, gorycz duszy, głę­bo­kie uczu­cie dozna­nej nie­spra­wie­dli­wo­ści, nega­tywna reak­cja nawet prze­ciwko dobrym, nie­win­nym i spra­wie­dli­wym, jeżeli tacy ist­nieją. Tak punk­tem wyj­ścia, jak też i doj­ścia dla wszyst­kich jego myśli, była nie­na­wiść do ludz­kiego prawa: nie­na­wiść ta, jeżeli jej roz­woju nie powstrzyma jakiś opatrz­no­ściowy przy­pa­dek, staje się stop­niowo nie­na­wi­ścią do spo­łe­czeń­stwa, następ­nie zaś nie­na­wi­ścią do rodzaju ludz­kiego, w końcu zaś do wszel­kiego stwo­rze­nia i obja­wia się w nie­okre­ślo­nej, nie­ustan­nej i zwie­rzę­cej żądzy szko­dze­nia komu­kol­wiek, jakiej­kol­wiek żyją­cej isto­cie.

Jak widzimy, pasz­port Jana Val­je­ana nie bez słusz­no­ści nazy­wał go czło­wie­kiem bar­dzo nie­bez­piecz­nym.

Z roku na rok dusza ta sta­wała się coraz bar­dziej oschła, działo się to powoli, ale bez­u­stan­nie. Serce suche, oko suche. Kiedy opusz­czał galery, minęło dzie­więt­na­ście lat, odkąd wylał ostat­nią łzę.

Rozdział VIII. Fala i noc

Roz­dział VIII

Fala i noc

Czło­wiek w morzu!

Mniej­sza z tym, sta­tek się nie zatrzy­muje. Wiatr dmie, a ponury sta­tek ma przed sobą drogę, któ­rej prze­rwać nie może. Prze­pływa.

Czło­wiek tym­cza­sem to znika, to znów się poja­wia, zanu­rza się i wypływa na powierzch­nię. Woła i wyciąga ramiona, ale nikt go nie sły­szy; sta­tek, drżąc pod ude­rze­niami hura­ganu, zajęty jest jedy­nie wła­snym ruchem, majt­ko­wie i podróżni nie widzą nawet toną­cego czło­wieka, jego nie­szczę­śliwa głowa jest tylko małym punk­tem wśród ogromu fal.

Jego roz­pacz­liwe woła­nie ginie w głę­bi­nach morza. Jakież to widmo ten żagiel, który tam znika! On patrzy na niego, patrzy z wście­kło­ścią. Żagiel oddala się, bled­nie, zmniej­sza się. Przed chwilą on sam tam był i nale­żał do załogi, cho­dził wraz z innymi po pokła­dzie, tak jak oni oddy­chał i cie­szył się słoń­cem. Był istotą żyjącą. A teraz co się stało? Pośli­znął się, upadł, i wszystko się skoń­czyło.

Ota­cza go bez­miar wody. Pod jego nogami nie ma już niczego sta­łego, niczego prócz osu­wa­nia się i zagłady. Podarte, poszar­pane wia­trem fale ota­czają go dookoła, koły­sząca się bez­deń unosi go, wszyst­kie bał­wany wody poru­szają się nad jego głową, bez­ład­nie otwie­ra­jące się zapa­dliny na wpół go poże­rają; pluje na niego gawiedź fal. Ile razy się zagłę­bia, widzi pod sobą czarne prze­pa­ście; nie­znane, straszne rośliny chwy­tają go, wiążą mu nogi i cią­gną do sie­bie; czuje, że sam staje się otchła­nią, że zespala się z pianą; fale prze­rzu­cają go sobie jedna dru­giej; pije gorycz, pod­czas gdy roz­hu­kany ocean upar­cie pró­buje go zato­pić, a ogrom igra z jego ago­nią. Zdaje się, że cała ta woda tchnie nie­na­wi­ścią.

On jed­nak wal­czy.

Usi­łuje się bro­nić, pró­buje utrzy­mać się, pły­nąć. On, ta biedna siła tak szybko się wyczer­pu­jąca, wal­czy z tym, co nie­wy­czer­palne.

Gdzież jest sta­tek? Tam. Zale­d­wie go widać w bla­dym pół­mroku wid­no­kręgu.

Wiatr dmie, a fale go tło­czą. Pod­nosi oczy, ale widzi tylko sine chmury. Kona­jąc, jest świad­kiem strasz­nego morza. Sza­leń­stwo to jest dla niego męczar­nią. Sły­szy wrzawę, szum nie­znany czło­wie­kowi, a pocho­dzący jak gdyby spod ziemi, z jakie­goś okrop­nego sie­dli­ska.

W obło­kach są ptaki, tak jak są anio­ło­wie ponad ludzką nędzą, ale cóż one mogą dla niego zro­bić? Latają, śpie­wają i uno­szą się w powie­trzu, a on kona. Czuje się pochło­nięty przez dwie nie­skoń­czo­no­ści jed­no­cze­śnie: ocean i niebo. Pierw­szy jest gro­bem, a dru­gie cału­nem.

Noc zapada, on pły­nie już od tak dawna, że jego siły wyczer­pały się. Sta­tek, ten daleki przed­miot, na któ­rym są ludzie, znik­nął, on zaś został sam w tej groź­nej, mrocz­nej toni. Zanu­rza się, pręży i wije, woła, a pod sobą czuje potworne fale nie­wi­dzial­nego świata.

Nie ma już ludzi. Gdzie jest Bóg?

Woła: kto­kol­wiek, kto­kol­wiek! Wciąż woła.

Nie ma jed­nak nikogo na wid­no­kręgu, nie ma też nikogo na nie­bie.

Wzywa prze­strzeń, fale, porost mor­ski - wszystko to głu­che. Błaga więc burzę, ale nie­wzru­szona burza ulega jedy­nie nie­skoń­czo­no­ści.

Dookoła niego ciem­ność, mgła, samot­ność, burz­liwa wrzawa, nie­skoń­czone fał­do­wa­nie sro­gich wód. W nim samym prze­strach i znu­że­nie. Pod nim zagłada. Nie ma punktu opar­cia. Przy­po­mina sobie ponure przy­gody trupa wśród nie­skoń­czonej ciem­no­ści. Bez­gra­niczny chłód para­li­żuje go, ręce jego kur­czą się, zamy­kają i chwy­tają nicość. Wichry, chmury, wiry, wia­try, gwiazdy bez­u­ży­teczne! Co począć? Zroz­pa­czony, zdaje się wresz­cie na los; zmę­czony, zga­dza się umrzeć, prze­staje myśleć, prze­staje chcieć, prze­staje wal­czyć i sta­cza się w ponure głę­bie oce­anu.

O nie­ubła­gany pocho­dzie spo­łe­czeństw ludz­kich! Ileż ludzi i dusz ginie po dro­dze! Oce­anie, do któ­rego sta­cza się wszystko, co prawo odrzuci! Ponure znik­nię­cie pomocy! O śmierci moralna!

Morze to bez­li­to­sna noc spo­łeczna, w którą prawo karne wtrąca ska­zań­ców swo­ich. Morze to bez­gra­niczne nie­szczę­ście.

Dusza, rzu­cona na powierzch­nię tej otchłani, może stać się tru­pem. A wów­czas, któż ją wskrzesi?

Rozdział IX. Nowe żale

Roz­dział IX

Nowe żale

Kiedy nade­szła chwila wyj­ścia z galer, kiedy Jan Val­jean usły­szał to dziwne słowo "jesteś wolny", wydało mu się to rze­czą nie­sły­chaną, nie­praw­do­po­dobną; pro­mień żywego świa­tła, pro­mień praw­dzi­wego świa­tła żywych nagle prze­nik­nął go do głębi. Ale świa­tło to rychło pobla­dło. Myśl o wol­no­ści począt­kowo olśniła Jana Val­jeana, sądził, że roz­po­czyna nowe życie. Szybko jed­nak zro­zu­miał, że była to wol­ność, któ­rej za towa­rzy­sza dają żółty pasz­port.

A przy tym ile to jesz­cze gory­czy... Z jego rachunku wyni­kało, że suma, którą zaro­bił w gale­rach, wyno­sić będzie sto osiem­dzie­siąt jeden fran­ków. Ale w rachunku tym pomi­nął przy­mu­sowy odpo­czy­nek w cza­sie nie­dziel i świąt, co w ciągu dzie­więt­na­stu lat pocią­gnęło za sobą uby­tek w wyso­ko­ści pra­wie dwu­dzie­stu czte­rech fran­ków. Bądź co bądź, po odtrą­ce­niu tej sumy, jak też jesz­cze i paru innych miej­sco­wych kar i opłat, kapi­tał jego zmniej­szył się do stu dzie­wię­ciu fran­ków i pięt­na­stu sous, które wyli­czono mu przy jego wyj­ściu.

Nie zro­zu­miał z tego nic i uwa­żał się za pokrzyw­dzo­nego, a mówiąc wprost: okra­dzio­nego.

Naza­jutrz po swym uwol­nie­niu, w Grasse, przed desty­lar­nią olejku poma­rań­czo­wego, spo­strzegł ludzi zaję­tych zdej­mo­wa­niem pak. Ofia­ro­wał im swoje usługi. Robota była pilna, przy­jęto go więc. Wziął się do pracy. Był roz­tropny, silny i zręczny, sta­rał się pra­co­wać dobrze, a wła­ści­ciel zda­wał się być z niego zado­wo­lony. Pod­czas tej roboty prze­cho­dził obok żan­darm, zatrzy­mał się i zapy­tał go o papiery. Trzeba było poka­zać żółty pasz­port. Tro­chę wcze­śniej zapy­tał jed­nego z robot­ni­ków, jaką dosta­wali dzienną stawkę; odpo­wie­dziano mu, że trzy­dzie­ści sous. Ponie­waż naza­jutrz rano miał wyru­szyć w dal­szą drogę, wie­czo­rem udał się do wła­ści­ciela desty­larni i popro­sił o należną sobie zapłatę. Wła­ści­ciel nie wyrzekł ani słowa i wrę­czył mu pięt­na­ście sous. Val­jean dopo­mniał się o resztę. Odpo­wie­dziano mu, że dla niego to aż nadto dosyć. Kiedy zaś nale­gał, wła­ści­ciel ostro popa­trzył mu w oczy i rzekł:

- Strzeż się wię­zie­nia.

Tutaj znowu uwa­żał się zatem za okra­dzio­nego.

Spo­łe­czeń­stwo, pań­stwo, zmniej­sza­jąc sumę, którą sobie zapra­co­wał, popeł­niło na nim kra­dzież na wielką skalę. Teraz z kolei jed­nostka okra­dła go na małą skalę.

Uwol­nie­nie wcale nie jest oswo­bo­dze­niem. Można wyjść z galer, ale nie można uwol­nić się od potę­pia­ją­cego wyroku. Oto, co mu się przy­da­rzyło w Grasse. Jak przy­jęto go w Digne, sami widzie­li­śmy.

Rozdział X. Człowiek obudzony

Roz­dział X

Czło­wiek obu­dzony

W chwili, kiedy na zega­rze kate­dral­nym wybiła godzina druga po pół­nocy, Jan Val­jean się obu­dził. Zbu­dziło go zaś nic innego tylko to, że łóżko było za dobre. Pra­wie od dwu­dzie­stu lat nie spał w łóżku, a cho­ciaż teraz nie roze­brał się nawet, uczu­cie, jakiego doświad­czył, było za nadto nowe, by nie zakłó­ciło jego snu.

Spał więc góra cztery godziny, jego zmę­cze­nie jed­nak prze­szło. Przy­zwy­cza­jony był do tego, żeby nie­wiele czasu poświę­cać na odpo­czy­nek.

Otwo­rzył oczy i krótką chwilę patrzył w ciem­ność; potem zamknął je znowu, chcąc zasnąć ponow­nie.

Kto doznał wielu wra­żeń w ciągu dnia, kogo umysł zaprząt­nięty jest wie­loma rze­czami, ten zaśnie wpraw­dzie, ale nie zaśnie już powtór­nie, sen bowiem łatwiej przy­cho­dzi niż wraca. Tak też było z Janem Val­je­anem. Nie mógł zasnąć po raz drugi i zaczął roz­my­ślać.

Znaj­do­wał się w takim nastroju, w któ­rym wszyst­kie myśli nie­ja­sno i bez­ład­nie krążą po gło­wie. Dawne wspo­mnie­nia i świeżo doznane wra­że­nia tło­czyły się i plą­tały ze sobą, tra­cąc wła­ści­wie sobie kształty, ura­sta­jąc do ogrom­nych roz­mia­rów, potem zaś zni­ka­jąc jak w męt­nej i wzbu­rzo­nej wodzie. Wiele myśli do niego napły­wało, ale była mię­dzy nimi jedna, która wciąż wra­cała i wyga­niała wszyst­kie inne. Od razu wypo­wiemy tę myśl: zauwa­żył sześć srebr­nych sztuć­ców i wielką łyżkę, którą pani Maglo­ire poło­żyła na stole.

Te srebrne sztućce napa­sto­wały go bez­u­stan­nie. Były tam. O kilka kro­ków od niego. W chwili, kiedy prze­cho­dził przez sąsiedni pokój, idąc do tego, w któ­rym się teraz znaj­do­wał, stara sługa wkła­dała je do małej ścien­nej szafki, znaj­du­ją­cej się u wez­gło­wia łóżka. Dobrze zauwa­żył tę szafkę. Na prawo, wcho­dząc z sali jadal­nej. Sztućce były z masyw­nego, w dodatku sta­rego sre­bra. Za wielką łyżkę można by wziąć przy­naj­mniej dwie­ście fran­ków. Dwa razy tyle, co zaro­bił przez dzie­więt­na­ście lat. Prawda, że byłby zaro­bił wię­cej, ale "admi­ni­stra­cja" go "okra­dła".

Dobrą godzinę bił się z myślami, tocząc ze sobą wewnętrzną walkę. Wybiła trze­cia godzina. Otwo­rzył oczy; nagle pod­niósł się i poma­cał ple­cak, który rzu­cił w kąt alkowy, potem spu­ścił nogi, oparł je na ziemi i pra­wie sam nie wie­dząc, jakim spo­so­bem, usiadł na łóżku.

Przez jakiś czas dumał w tej posta­wie, która mogła się nawet wydać zło­wroga temu, kto by go ujrzał w tej ciem­no­ści, tak samot­nie czu­wa­ją­cego wśród wszyst­kich śpią­cych w domu. Nagle schy­lił się, zdjął trze­wiki i cicho posta­wił je na macie przy łóżku, po czym znowu się zamy­ślił, sie­dząc nie­ru­chomo.

Wśród tego hanieb­nego duma­nia myśli, które już wymie­ni­li­śmy, bez­u­stan­nie krą­żyły mu po gło­wie: wcho­dziły, wycho­dziły, wra­cały, cią­żyły nad nim nie­jako. Przy tym wszyst­kim, sam nie wie­dząc dla­czego, z pew­nym upo­rem myślał o pew­nym galer­niku zwa­nym Bre­vet, któ­rego poznał przy cięż­kich robo­tach, a któ­rego spodnie trzy­mały się zawsze na jed­nej tylko szelce, zro­bio­nej z bawełny. Deseń w kratkę tej szelki wciąż mu sta­wał w oczach.

Sie­dział tak nie­ru­chomo i może prze­sie­działby tak do świtu, gdyby nie ode­zwał się zegar, który wybił kwa­drans czy też wpół do. Ude­rze­nie to jak gdyby do niego prze­mó­wiło: dalejże!

Powstał, ale zawa­hał się i począł nasłu­chi­wać: w domu pano­wała zupełna cisza. Wów­czas małymi kro­kami skie­ro­wał się wprost ku oknu, przez które docho­dziło nie­wy­raźne świa­tło. Noc nie była ciemna, a księ­życ w pełni, po nim zaś prze­pły­wały wiel­kie, gnane przez wiatr obłoki. Stąd na dwo­rze na prze­mian nastę­po­wały po sobie świa­tło i ciem­ność, zaćmie­nia i oświe­tle­nia, wewnątrz zaś pano­wał rodzaj mroku. W mroku tym, który wciąż prze­ry­wały chmury, widać było jed­nak na tyle, że można było obrać kie­ru­nek; efekt był taki jak przy owym sinym świe­tle, wpa­da­ją­cym do piw­nicy przez okienko, przed któ­rym prze­su­wają się w tę i drugą stronę prze­chod­nie.

Dostaw­szy się do okna, Jan Val­jean przyj­rzał mu się uważ­nie. Nie miało ono kraty, wycho­dziło na ogród i wedle miej­sco­wego zwy­czaju, zamy­kało się tylko na zasuwkę. Otwo­rzył je, ale zaraz zamknął, bo zimne i ostre powie­trze nagle wpły­nęło do pokoju. Spoj­rzał na ogród swym uważ­nym okiem, które raczej bada niż patrzy. Ogród oto­czony był bia­łym, dość niskim i łatwym do prze­by­cia murem. W głębi, poza nim doj­rzał wierz­chołki drzew, sto­ją­cych w rów­nych odstę­pach, co wska­zy­wało, że mur ten oddzie­lał ogród od uliczki lub wysa­dza­nej drogi.

Zmie­rzyw­szy tak wszystko okiem, wyko­nał ruch cha­rak­te­ry­styczny dla czło­wieka, który się wresz­cie zde­cy­do­wał. Następ­nie poszedł do alkowy, wziął swój tor­ni­ster, otwo­rzył go, wyjął z niego jakiś przed­miot, który poło­żył na łóżku, wsu­nął trze­wiki do jed­nej kie­szeni, zamknął wszystko, zarzu­cił tor­ni­ster na plecy, wło­żył czapkę, któ­rej daszek spu­ścił na oczy, omac­kiem wyma­cał kij i zbli­żyw­szy się do okna, posta­wił go w kącie. Potem wró­cił do łóżka i sta­now­czo chwy­cił przed­miot, który wcze­śniej na nim poło­żył. Podobne to było do żela­znej sztaby, w jed­nym końcu zaostrzo­nej jak oszczep.

Trudno było roz­po­znać w ciem­no­ści, do jakiego celu miał słu­żyć ten kawał żelaza. Może był to drąg? A może maczuga?

Przy świe­tle poznano by łatwo, że było to nic innego jak świecz­nik gór­nika. Galer­ni­ków uży­wano wów­czas cza­sami do wydo­by­wa­nia skały z wyso­kich gór ota­cza­ją­cych Tulon, dla­tego też nie­raz mieli w swym ręku narzę­dzia gór­ni­cze. Świecz­niki gór­ni­ków wyko­nane są z masyw­nego żelaza, a dolny ich koniec jest mocno zaostrzony, by można je było wbi­jać w skałę.

Prawą ręką ujął świecz­nik, i powstrzy­mu­jąc oddech, stą­pa­jąc cicho i ostroż­nie, skie­ro­wał się ku drzwiom sąsied­niego pokoju, który, jak już wia­domo, był poko­jem biskupa. Drzwi zastał zale­d­wie przy­mknięte - biskup nie zamknął ich wcale.

Rozdział XI. Co robi

Roz­dział XI

Co robi

Jan Val­jean nasłu­chi­wał przez chwilę, ale nie docho­dził do niego żaden szmer. Pchnął drzwi. Pchnął je koń­cem palca, leciutko, jak skra­da­jący się kot, który chce wejść. Drzwi usu­nęły się cicho i nie­znacz­nie; szpara tro­chę się roz­sze­rzyła.

Drzwi znowu po cichu ustą­piły. Otwór stał się teraz na tyle sze­roki, że można było przejść. Ale koło drzwi stał maleńki sto­li­czek, który zagra­dzał przej­ście.

Jan Val­jean zro­zu­miał trud­ność - koniecz­nie trzeba było powięk­szyć jesz­cze otwór.

Zde­cy­do­wał się i pchnął drzwi po raz trzeci, ener­gicz­niej niż poprzed­nio. Tym razem zawiasy, źle posma­ro­wane, skrzyp­nęły nagle w ciem­no­ści ostro i prze­cią­gle.

Jan Val­jean drgnął całym cia­łem. Skrzy­pie­nie to odbiło się w jego uszach prze­raź­li­wie i okrop­nie, niczym trąba sądu osta­tecz­nego.

W pierw­szej chwili, kiedy to uro­je­nia rosną do olbrzy­mich roz­mia­rów, wyobra­żał sobie pra­wie, że w zawiasy te nagle wstą­piło jakieś straszne życie i że szcze­kało ono jak pies, aby ostrzec wszyst­kich i zbu­dzić śpią­cych ludzi.

Drżący, nie­przy­tomny, zatrzy­mał się: naj­pierw prze­miesz­czał się na pal­cach nóg, teraz opadł na pięty. Sły­szał, jak arte­rie biją mu w skro­niach niby dwa kowal­skie młoty, i zda­wało mu się, że oddech jego wydo­bywa się z piersi z szu­mem wia­tru wypa­da­ją­cego z jaskini. Nie­moż­liwe, by ten straszny wrzask zawia­sów nie poru­szył całego domu jak trzę­sie­nie ziemi; drzwi, pchnięte jego pię­ścią, ude­rzyły na trwogę i zawo­łały: za chwilę sta­rzec wsta­nie, kobiety zaczną krzy­czeć, ludzie zbie­gną się na pomoc. Nim minie kwa­drans, całe mia­sto będzie w ruchu, a żan­dar­me­ria na nogach. Przez chwilę sądził, że jest zgu­biony.

Stał w miej­scu, nie śmie­jąc zro­bić naj­mniej­szego ruchu, ska­mie­niały jak słup soli. Upły­nęło kilka minut. Drzwi były otwarte na oścież. Odwa­żył się wresz­cie zaj­rzeć do pokoju: nic się tam nie poru­szyło. Nad­sta­wił ucha, ale nic nie ruszało się także w domu. Skrzy­pie­nie zawia­sów nikogo nie zbu­dziło.

Pierw­sze nie­bez­pie­czeń­stwo minęło, ale w nim samym pozo­stał jesz­cze straszny zamęt. Nie cof­nął się jed­nak. Nie cof­nął się nawet wów­czas, gdy sądził, że jest zgu­biony. Myślał już tylko o tym, by prę­dzej skoń­czyć. Zro­bił krok naprzód i wszedł do pokoju.

W pokoju tym pano­wał zupełny spo­kój. Roz­róż­nić w nim można było pomie­szane i nie­pewne kształty roz­ma­itych przed­mio­tów: były to poroz­rzu­cane papiery, stosy ksią­żek na tabo­re­cie, odzie­nie na fotelu, klęcz­nik - teraz to wszystko przed­sta­wiało się albo jako bia­ławe plamy, albo jako ciemne miej­sca. Jan Val­jean posu­wał się ostroż­nie, by nie potrą­cić żad­nych mebli. Z głębi pokoju docho­dził go szmer rów­nego i spo­koj­nego odde­chu śpią­cego biskupa.

Nagle zatrzy­mał się, oto bowiem był już przy łóżku. Dostał się do niego szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał.

Przy­roda mie­sza nie­kiedy dzia­ła­nie swoje i swoje widoki z naszymi czy­nami, sto­su­jąc się przy tym do nich tak traf­nie i tak inte­li­gent­nie, jak gdyby chciała nas skło­nić do zasta­no­wie­nia się. Od pra­wie pól godziny wielka chmura zasła­niała niebo. W chwili, kiedy Jan Val­jean zatrzy­mał się naprze­ciw łóżka, chmura ta roz­darła się, jak gdyby umyśl­nie, i przez wyso­kie okno wpły­nął do pokoju pro­mień księ­życa, oświe­tla­jąc nagle bladą twarz biskupa. Spał on spo­koj­nie. Leżał w łóżku pra­wie ubrany, bo w Alpach noce są chłodne: na sobie miał kaftan z bia­łej wełny, któ­rego dłu­gie rękawy się­gały mu aż do kostek ręki. Głowa jego nie­dbale spo­czy­wała na poduszce, z łóżka zwie­szała się ręka ozdo­biona paster­skim pier­ście­niem, ręka, z któ­rej spły­nęło tyle dobro­dziejstw, tyle świę­tych czy­nów. Całe jego obli­cze jaśniało nie­okre­ślo­nym wyra­zem zado­wo­le­nia, nadziej i bło­go­ści. Było to coś wię­cej niż uśmiech: rzu­cało to nie­omal pro­mie­nie. Na czole jego widoczne było dziwne odbi­cie świa­tła, któ­rego źró­dła widać nie było. Dusze spra­wiedliwych oglą­dają we śnie tajem­ni­cze niebo. Odblask tego nieba był nad bisku­pem. Była to zara­zem świe­cąca prze­zro­czy­stość, bo niebo było w nim samym. Nie­bem tym było jego sumie­nie.

W chwili, kiedy pro­mień księ­życa padł, żeby się tak wyra­zić, na tę wewnętrzną jasność, uśpiony biskup uka­zał się jak gdyby w pro­mie­niach. Łagodne to jed­nak było świa­tło i niby na pół przy­sło­nięte. Ten księ­życ na nie­bie, ta natura uśpiona, ten ogród mil­czący i nie­ru­chomy, ten dom tak spo­kojny, pora, chwila, cichość - wszystko to nada­wało spo­czyn­kowi tego czło­wieka cechę nie­wy­sło­wio­nej uro­czy­sto­ści i ota­czało rodza­jem pogod­nej i maje­sta­tycz­nej aure­oli jego białe włosy i zamknięte oczy; tę twarz, w któ­rej wszystko oddy­chało nadzieją i ufno­ścią; tę głowę starca i ten sen dzie­cię­cia.

W czło­wieku tym, tak nie­świa­do­mie dostoj­nym, był wyraz bosko­ści.

Jan Val­jean stał w cie­niu z żela­znym świecz­ni­kiem w ręku, stał nie­ru­chomo, prze­stra­szony wido­kiem tego jaśnie­ją­cego starca. Ni­gdy jesz­cze nie widział nic podob­nego. Ufność ta prze­ra­żała go. W świe­cie moral­no­ści nie ma bar­dziej ude­rza­ją­cego widoku, nad widok nie­spo­koj­nego, zmą­co­nego sumie­nia, które stoi nad brze­giem złego czynu, a patrzy na sen spra­wie­dli­wego.

Czuł on nie­wy­raź­nie, cho­ciaż mocno, że sen ten, w takim odosob­nie­niu i z takim jak on sąsia­dem, miał w sobie coś szczyt­nego.

Nikt, nawet on sam, nie potra­fiłby powie­dzieć, co się z nim wów­czas działo. Jeżeli ktoś pró­bo­wałby zdać sobie z tego sprawę, musiałby wyobra­zić sobie to, co naj­bar­dziej gwał­towne, wobec tego, co naj­bar­dziej łagodne. Z twa­rzy jego na pewno nic jed­nak wyczy­tać by się nie dało.

Był w niej bowiem głów­nie rodzaj jakby dzi­kiego zdzi­wie­nia. Patrzył i nic wię­cej. Ale co myślał? Nie można tego odgad­nąć. Widocz­nie był tylko wzru­szony i wzbu­rzony. Lecz jakiego rodzaju było to wzru­sze­nie?

Oko jego nie scho­dziło ze starca. Jedno tylko malo­wało się w jego fizjo­no­mii i jego posta­wie: dziwne waha­nie się. Można by stwier­dzić, że wahał się mię­dzy dwiema prze­pa­ściami: tą, w któ­rej czło­wiek ginie, i tą, w któ­rej się ratuje. Zda­wał się być gotów albo zgru­cho­tać tę czaszkę, albo uca­ło­wać rękę.

Po kilku chwi­lach jego lewe ramię wolno pod­nio­sło się do czoła; zdjął czapkę. Potem ramię to wolno i równo opa­dło i Jan Val­jean znowu patrzył i myślał, z czapką w lewej ręce, z maczugą w pra­wej, z wło­sami naje­żo­nymi na swej okrop­nej gło­wie.

Biskup wciąż spo­koj­nie i głę­boko spał pod tym strasz­nym wzro­kiem.

Odblask księ­życa nie­wy­raź­nie oświe­cał zawie­szony nad komin­kiem kru­cy­fiks, który do nich oby­dwu zda­wał się wycią­gać ramiona: z bło­go­sła­wień­stwem dla jed­nego, a z prze­ba­cze­niem dla dru­giego.

Nagle Jan Val­jean znowu nasu­nął czapkę na czoło, szybko i nie patrząc na biskupa prze­szedł obok niego, kie­ru­jąc się w stronę szafki, którą widział u wez­gło­wia łóżka. Pod­niósł żela­zny świecz­nik, jak gdyby chcąc nim wybić zamek, lecz nagle spo­strzegł w szafce klucz. Otwo­rzył ją i jego oko od razu padło na koszyk ze sre­brem. Wziął go, wiel­kimi kro­kami prze­szedł przez pokój, nie zacho­wu­jąc przy tym żad­nej ostroż­no­ści i nie zwa­ża­jąc na hałas, który spra­wiał; wszedł do modli­tewni, otwo­rzył okno, chwy­cił swój kij, zesko­czył na zie­mię, wło­żył sre­bro do tor­ni­stra, rzu­cił koszyk, prze­biegł ogród, jak tygrys prze­sa­dził mur i uciekł.

Rozdział XII. Biskup pracuje

Roz­dział XII

Biskup pra­cuje

Naza­jutrz rano, o wscho­dzie słońca, biskup Ludo­mił prze­cha­dzał się w swoim ogro­dzie. Pani Maglo­ire, cała wzbu­rzona, przy­bie­gła do niego.

- Wasza Wie­leb­ność, Wasza Wie­leb­ność! - wołała - czy Wasza Wie­leb­ność nie wie, gdzie jest koszyk od sre­bra?

- Ow­szem - rzekł biskup.

- Chwała Bogu! - odpo­wie­działa - Nie wie­dzia­łam, co się z nim stało.

Biskup pod­niósł tym­cza­sem koszyk, leżący na jed­nej z kwia­to­wych grzą­dek. Podał go pani Maglo­ire.

- Jak to? - spy­tała. - W środku nic nie ma! A sre­bro?

- A! - rzekł biskup. - To o sre­bro wam cho­dzi. Nie wiem, gdzie ono jest.

- Wielki Boże! Skra­dziono je! Ten czło­wiek wczo­raj je ukradł!

W mgnie­niu oka pani Maglo­ire z całą swą żywo­ścią pobie­gła do modli­tewni, wpa­dła do alkowy i wró­ciła do biskupa. Biskup nachy­lał się wła­śnie i wzdy­cha­jąc, przy­pa­try­wał się sze­re­gowi warzu­chy, którą koszyk zła­mał, pada­jąc na nią. Na krzyk pani Maglo­ire się wypro­sto­wał.

- Wasza Wie­leb­ność! Czło­wiek znik­nął! Sre­bro skra­dzione!

Kiedy wyma­wiała te słowa, oczy jej padły na róg ogrodu, gdzie widoczne były ślady prze­cho­dze­nia przez mur. Kro­kiew była wyrwana.

- Pro­szę spoj­rzeć! Uciekł tam­tędy! Zesko­czył na ulicę Coche­fi­let. Ach, co za szka­rada! Skradł nam sre­bro!

Biskup mil­czał przez chwilę, potem poważ­nie spoj­rzał i łagod­nie rzekł do pani Maglo­ire:

- Przede wszyst­kim, czy to sre­bro nale­żało do nas?

Pani Maglo­ire mil­czała zdu­miona. Po chwili biskup mówił dalej:

- Pani Maglo­ire, od dawna już nie­słusz­nie zatrzy­my­wa­łem to sre­bro. Nale­żało ono do ubo­gich! A kim był ten czło­wiek jak nie ubo­gim?

- O Jezu! - odrze­kła na to pani Maglo­ire - nie cho­dzi tu ani o mnie, ani o panienkę. Dla nas to wszystko jedno. Cho­dzi o Waszą Wie­leb­ność. Czym Wasza Wie­leb­ność będzie teraz jadła?

Biskup spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem:

- Jak to? Czy nie mamy sztuć­ców cyno­wych?

Pani Maglo­ire wzru­szyła ramio­nami:

- Cyna ma zapach.

- No, to sztućce żela­zne.

Pani Maglo­ire skrzy­wiła się zna­cząco:

- Żelazo ma smak.

- A więc niech będą drew­niane.

W kilka minut póź­niej zasiadł do śnia­da­nia przy tym samym stole, przy któ­rym poprzed­niego dnia sie­dział Jan Val­jean. Jedząc, biskup Ludo­mił wesoło prze­ma­wiał do sio­stry, która mil­czała, i do pani Maglo­ire, która cicho mru­czała, że dla uma­cza­nia chluba w fili­żance mleka, nie trzeba wcale ani łyżki, ani widelca, choćby drew­nia­nych.

- Bo też co za myśl! - krzą­ta­jąc się, mówiła do sie­bie pani Maglo­ire - przyj­mo­wać takiego czło­wieka! I umie­ścić go koło sie­bie! Jakie to szczę­ście, że tylko okradł! Ach, mój Boże! Dreszcz przej­muje na samą myśl!

W chwili, kiedy brat i sio­stra mieli wsta­wać od stołu, zapu­kano do drzwi.

- Pro­szę - rzekł biskup.

Drzwi otwo­rzyły się i w progu uka­zała się dziwna grupa. Trzech ludzi trzy­mało czwar­tego za koł­nierz. Ci trzej ludzie byli żan­dar­mami, czwar­tym był Jan Val­jean.

Wach­mistrz żan­dar­mów, praw­do­po­dob­nie dowo­dzący tą grupą, stał w drzwiach. Wszedł do pokoju i zbli­żył się do biskupa, odda­jąc mu ukłon woj­skowy.

- Wasza Wie­leb­ność... - zaczął.

Na te słowa Jan Val­jean, który zda­wał się przy­gnę­biony i ponuro patrzył w zie­mię, nagle zdzi­wiony pod­niósł głowę.

- Wasza Wie­leb­ność... - szep­nął. - A więc to nie pro­boszcz...

- Mil­czeć! - prze­rwał mu żan­darm. - Jest to Jego Wie­leb­ność biskup.

Tym­cza­sem biskup Ludo­mił zbli­żył się do przy­by­łych tak szybko, na ile pozwa­lał mu na to wiek.

- Ach! To wy! - zawo­łał, patrząc na Jana Val­je­ana. - Rad jestem, że was widzę! Ale prze­cież poda­ro­wa­łem wam także świecz­niki; są one ze sre­bra tak sam jak tamto, i może­cie wziąć za nie ze dwie­ście fran­ków. Dla­czego nie wzię­li­ście ich razem ze sztuć­cami?

Jan Val­jean otwo­rzył sze­roko oczy i patrzył na biskupa z wyra­zem, któ­rego nie potra­fiłby opi­sać żaden ludzki język.

- Wasza Wie­leb­ność - ode­zwał się tym­cza­sem wach­mistrz żan­dar­mów - a więc to prawda, co mówił ten czło­wiek? Spo­tka­li­śmy go. Szedł, jak ktoś, kto ucieka. Zatrzy­ma­li­śmy go, żeby go obej­rzeć. Miał to sre­bro...

- I powie­dział wam - prze­rwał biskup, uśmie­cha­jąc się - że dał mu je stary, poczciwy księ­żyna, u któ­rego spę­dził noc. Domy­ślam się, jak to było. I odpro­wa­dzi­li­ście go tutaj. To pomyłka.

- A zatem, możemy go puścić? - spy­tał wach­mistrz.

- Natu­ral­nie - odpo­wie­dział biskup.

Żan­darmi puścili Jana Val­je­ana, a ten się cof­nął.

- Czy to prawda, że mnie wypusz­czają? - rzekł gło­sem pra­wie nie­zro­zu­mia­łym, jak gdyby przez sen.

- Tak, uwal­niają cię, czyż nie sły­szysz? - odpo­wie­dział żan­darm.

- Mój przy­ja­cielu - rzekł biskup - zanim odej­dziesz, weź pro­szę, swoje świecz­niki. Zabierz je.

To mówiąc, zbli­żył się do kominka, wziął oba srebrne świecz­niki i podał je Janowi Val­je­anowi. Kobiety patrzyły na to wszystko, nie prze­szka­dza­jąc bisku­powi ani jed­nym sło­wem, ani jed­nym ruchem i ani jed­nym spoj­rze­niem.

Jan Val­jean drżał na całym ciele. Z wyra­zem obłą­ka­nia, mecha­nicz­nie wziął świecz­niki.

- Teraz - rzekł biskup - idź w pokoju. Ale, ale, jeśli wró­cisz, nie musisz, mój przy­ja­cielu, prze­cho­dzić przez ogród. Możesz zawsze wcho­dzić i wycho­dzić drzwiami od ulicy. Dniem i nocą zamy­kają się one jedy­nie na klamkę.

Potem zaś, zwra­ca­jąc się do żan­dar­mów, dodał:

- Pano­wie może­cie już odejść.

Żan­darmi odda­lili się więc. Jan Val­jean był jak gdyby bli­ski omdle­nia. Biskup zbli­żył się do niego i cicho rzekł:

- Nie zapo­mi­naj, ni­gdy nie zapo­mi­naj, że obie­ca­łeś mi stać się uczci­wym czło­wie­kiem za pomocą tych pie­nię­dzy.

Jan Val­jean, który nie przy­po­mi­nał sobie, by cokol­wiek obie­cy­wał, mil­czał zdu­miony. Biskup jed­nak z naci­skiem wyma­wiał te słowa. Potem dodał uro­czy­ście:

- Janie Val­je­anie, bra­cie mój. Nie do występku nale­żysz już teraz, lecz do cnoty. Kupuję twą duszę, usu­wam ją spod wła­dzy czar­nych myśli oraz ducha zagłady i oddaję ją Bogu.

Rozdział XIII. Gerwazek

Roz­dział XIII

Ger­wa­zek

Jan Val­jean wyszedł z mia­sta tak, jak gdyby ucie­kał. Śpiesz­nie zaczął iść mię­dzy polami, nie zwra­ca­jąc żad­nej uwagi na drogi i dróżki, któ­rymi szedł, i nie spo­strze­ga­jąc nawet, że wciąż krąży w jed­nym miej­scu. Błą­dził tak przez całe rano, nic nie jedząc i nawet nie czu­jąc głodu. Natłok nowych wra­żeń przy­tła­czał go. Czuł w sobie rodzaj gniewu, ale sam nie wie­dział, na kogo. Nie umiałby powie­dzieć, czy był wzru­szony, czy upo­ko­rzony. Chwi­lami opa­no­wy­wało go dziwne wzru­sze­nie, z któ­rym wal­czył i któ­remu prze­ciw­sta­wił zatwar­dzia­łość swych ostat­nich dwu­dzie­stu lat. Stan ten męczył go. Z nie­po­ko­jem spo­strze­gał, że zachwiany w nim został ów rodzaj strasz­nego spo­koju, które wyro­biło poczu­cie nie­spra­wie­dli­wo­ści dozna­nego nie­szczę­ścia. Pytał sam sie­bie, co zaj­mie miej­sce tego spo­koju. Chwi­lami wolałby, by rze­czy ina­czej się poto­czyły, bo go osa­dzono w wię­zie­niu - to mniej by go poru­szyło. Cho­ciaż pora roku była na to zbyt późna, tu i ówdzie, mię­dzy pło­tami, uka­zy­wały się kwiatki, któ­rych zapach dola­ty­wał do niego i wzbu­dzał wspo­mnie­nia dzie­ciń­stwa. Wspo­mnie­nia te były dla niego pra­wie nie do znie­sie­nia.

Mnó­stwo nie­wy­po­wie­dzia­nych myśli nagro­ma­dziło się w nim przez cały dzień.

Kiedy słońce miało się już ku zacho­dowi, rzu­ca­jąc za naj­mniej­szym kamycz­kiem długi cień na zie­mię, Jan Val­jean sie­dział bli­sko krza­ków na wiel­kiej, zupeł­nie pustej prze­strzeni. Na wid­no­kręgu pię­trzyły się tylko Alpy. Nie było widać ani jed­nej dzwon­nicy cho­ciażby dale­kiej jakiejś wsi. Jan Val­jean mógł znaj­do­wać się jakieś trzy mile od Digne. Dróżka, prze­ci­na­jąca rów­ninę, prze­cho­dziła o kilka kro­ków od krzaku.

Wśród tego zamy­śle­nia, które jego łach­ma­nom mogło nadać jesz­cze strasz­niej­szy wygląd, usły­szał nagle wesoły głos.

Odwró­cił głowę i ujrzał na dróżce małego Sabaud­czyka, w wieku mniej wię­cej dzie­się­ciu lat, który szedł, śpie­wa­jąc, z kobzą pod pachą i z pudeł­kiem ze świnką mor­ską na ple­cach.

Wciąż śpie­wa­jąc, dziecko od czasu do czasu zatrzy­my­wało się i grało w kości, pod­rzu­ca­jąc w górę kilka sztuk pie­nię­dzy, które trzy­mało w ręku: był to zapewne cały jego mają­tek. Mię­dzy tymi pie­niędzmi znaj­do­wała się też moneta dwu­fran­kowa.

Nie spo­strze­ga­jąc Jana Val­je­ana, dziecko zatrzy­mało się koło krza­ków i wyrzu­ciło w górę garść pie­niąż­ków, które dotych­czas dosyć zręcz­nie chwy­tało na grzbiet ręki. Tym razem jed­nak dwu­fran­kowa moneta wymknęła się i poto­czyła pod krzak, aż do Jana.

Val­jean w tej samej chwili przy­krył ją nogą. Chłop­czyk jed­nak, który wzro­kiem śle­dził bieg swego pie­niążka, zauwa­żył to. Nie zdzi­wił się tym jed­nak wcale i pod­szedł do czło­wieka.

Było to miej­sce zupeł­nie odludne. Jak daleko się­gnąć wzro­kiem, nie widać było nikogo: ani na rów­ni­nie, ani na dróżce. Sły­chać było jedy­nie słaby krzyk chmary wędrow­nych pta­ków, które prze­su­wały się po nie­bie na znacz­nej wyso­ko­ści. Dziecko było odwró­cone ple­cami do słońca, które zło­ciło mu włosy, dziką twarz Jana Val­je­ana oble­wało zaś krwa­wym świa­tłem.

- Panie - rzekł mały Sabaud­czyk z tą dzie­cinną ufno­ścią, która składa się z nie­win­no­ści i nie­świa­do­mo­ści - a mój pie­niądz?

- Jak się nazy­wasz? - rzekł Jan Val­jean.

- Ger­wa­zek, panie.

- Idź sobie - rzekł Jan Val­jean.

- Panie - popro­sił chłop­czyk - oddaj mi mój pie­niądz.

Jan Val­jean spu­ścił głowę i nic nie odpo­wie­dział.

Chło­piec powtó­rzył znowu:

- Mój pie­niądz, panie.

Oko Jana Val­je­ana nie odry­wało się od ziemi.

- Mój pie­niądz! - krzy­czało już teraz dziecko. - Mój biały pie­niądz! Moje pie­niądze!

Wyda­wało się, że Jan Val­jean nie sły­szy wcale. Chło­piec zła­pał go za koniec bluzy i szarp­nął. Jed­no­cze­śnie pró­bo­wał usu­nąć wielki, pod­kuty trze­wik, posta­wiony na jego skar­bie.

- Chcę moich pie­nię­dzy! Moich dwóch fran­ków!

Dziecko pła­kało. Jan Val­jean pod­niósł głowę, ale wciąż sie­dział. Oczy jego były zamglone. Popa­trzył na dziecko z pew­nym zdzi­wie­niem, potem wycią­gnął rękę w stronę kija i strasz­nym gło­sem krzyk­nął:

- Kto tam?

- To ja, panie - odpo­wie­działo dzie­cię. - Ger­wa­zek! Ja! Ja! Pro­szę mi oddać moje dwa franki! Pro­szę usu­nąć nogę, panie!

Wresz­cie roz­gnie­wany, cho­ciaż tak mały, groź­nie zawo­łał:

- No! Czy usu­nie­cie swoją nogę? Usuń­cie, mówię wam!

- Ach! To jesz­cze ty! - rzekł Jan Val­jean, i nagle powstaw­szy, wciąż jed­nak trzy­ma­jąc nogę na pie­nią­dzu, dodał. - Pój­dziesz ty stąd wresz­cie!

Chło­piec, zmie­szany, popa­trzył na niego, zaczął drżeć od stóp do głów, wresz­cie puścił się jak strzała, ucie­ka­jąc z całych sił i nie śmie­jąc nawet ani odwró­cić głowy, ani krzyk­nąć.

W pew­nej odle­gło­ści zatrzy­mał się jed­nak zady­szany i Jan Val­jean, pomimo swego zamy­śle­nia, usły­szał jego łka­nie.

Po kilku chwi­lach dziecko zni­kło, a słońce zaszło. Dookoła Jana robiło się ciemno. Nic nie jadł przez cały dzień i praw­do­po­dob­nie miał gorączkę.

Od chwili, kiedy chłop­czyk uciekł, on nie zmie­nił swo­jej pozy­cji i wciąż stał. Pierś jego pod­no­siła się cięż­kim odde­chem w dłu­gich i nie­jed­no­staj­nych odstę­pach. Zda­wało się, że z wielką uwagą przy­pa­truje się sta­remu cze­re­powi z nie­bie­skiego fajansu, który leżał na tra­wie o jakieś dzie­sięć czy dwa­na­ście kro­ków od niego. Nagle zadrżał, uczuł bowiem chłód wie­czorny.

Nasu­nął czapkę na czoło, machi­nal­nie pró­bu­jąc przy tym okryć piersi i zapiąć bluzę, zro­bił krok naprzód i schy­lił się ku ziemi po kij.

W tej chwili spo­strzegł dwu­fran­kowy pie­niądz, nogą jego na wpół wbity w zie­mię i świe­cący mię­dzy kamy­kami. Było to jak gdyby gal­wa­niczne wstrzą­śnię­cie.

- Co to jest? - mruk­nął.

Cof­nął się o trzy kroki, potem zatrzy­mał się, nie mogąc ode­rwać wzroku od tego miej­sca, które jego noga przy­gnia­tała chwilę wcze­śniej, jak gdyby ten przed­miot, świe­cący tam w ciem­no­ści, był otwar­tym okiem, które na niego patrzyło.

Po kilku chwi­lach kon­wul­syj­nie rzu­cił się do srebr­nego pie­niążka, pochwy­cił go i wypro­sto­waw­szy się, zaczął patrzeć w dół, rzu­ca­jąc wzro­kiem na wszyst­kie strony wid­no­kręgu, drżący i pomie­szany jak dzi­kie zwie­rzę, które szuka schro­nie­nia.

Nie doj­rzał nic. Noc zapa­dła, rów­nina była zimna i jałowa, a wiel­kie kłęby fio­le­to­wej mgły pod­no­siły się wśród mroku.

- Ach! - wes­tchnął i zaczął zmie­rzać w pew­nym kie­runku, w stronę, gdzie zni­kło dziecko. Uszedł­szy trzy­dzie­ści kro­ków, zatrzy­mał się i popa­trzył, ale nie ujrzał nic. Krzyk­nął wów­czas z całych sił:

- Ger­wa­zek! Ger­wa­zek! - umilkł i cze­kał, ale nikt nie odpo­wie­dział. Pole było puste i ponure. Ota­czała go rów­nina. Dookoła niego była tylko ciem­ność, w któ­rej gubił się wzrok, oraz cisza, w któ­rej ginął jego głos.

Pół­nocny wiatr dął sil­nie i ota­cza­ją­cym go przed­mio­tom nada­wał jakieś życie. Krzaki z nie­sły­chaną gwał­tow­no­ścią potrzą­sały swo­imi swymi małymi, cien­kimi ramio­nami, jak gdyby gro­ziły komuś lub kogoś ści­gały.

Znów zaczął iść, potem znowu biegł, od czasu do czasu zatrzy­mu­jąc się i woła­jąc wśród tej samot­no­ści gło­sem strasz­li­wym, a zara­zem zroz­pa­czo­nym:

- Ger­wa­zek! Ger­wa­zek!

Nawet gdyby dziecko go usły­szało, prze­stra­szy­łoby się i z pew­no­ścią mu się nie poka­zało. Ale chłop­czyk i tak musiał być już bar­dzo daleko.

Jan spo­tkał jadą­cego konno księ­dza. Pod­szedł do niego i spy­tał:

- Księże pro­bosz­czu, czy nie spo­tka­li­ście dziecka? Nazywa się Ger­wa­zek.

- Nie widzia­łem nikogo.

Val­jean wyjął z worka dwa pię­cio­fran­kowe bank­noty i wrę­czył je księ­dzu.

- Księże pro­bosz­czu - rzekł - oto dla waszych ubo­gich. Księże pro­bosz­czu, ten malec ma około dzie­się­ciu lat, zdaje się, że nosi kobzę i świnkę mor­ską. Szedł pie­szo. To jeden z tych Sabaud­czy­ków, wie­cie?

- Nie spo­tka­łem go.

- Ger­wa­zek, nie koja­rzy­cie? Może on jest z któ­rejś z tutej­szych wsi?

- Jeżeli jest tak, jak mówi­cie, przy­ja­cielu, to musi być dziecko z dal­szych stron. Nie­raz tędy prze­cho­dzą. Nikt ich nie zna.

Jan Val­jean gwał­tow­nie wydo­był jesz­cze dwie pię­cio­fran­kowe monety i dał je księ­dzu.

- Dla waszych ubo­gich - rzekł ponow­nie.

Potem, z wyra­zem obłą­ka­nia, rzekł:

- Księże, każ­cie mnie zaaresz­to­wać. Jestem zło­dzie­jem.

Ksiądz ści­snął konia obiema ostro­gami i uciekł prze­stra­szony.

Jan Val­jean zaczął biec w kie­runku, któ­rego już poprzed­nio się trzy­mał. Takim spo­so­bem prze­był kawał drogi, woła­jąc i krzy­cząc, ale nie spo­tkał już nikogo wię­cej. Dwa lub trzy razy pod­bie­gał do jakie­goś przed­miotu, co z daleka wyda­wał mu się podobny do jakiejś sie­dzą­cej bądź leżą­cej istoty, za każ­dym razem były to jed­nak tylko krzaki lub skały, ster­czące tuż ponad zie­mią. Księ­życ był już na nie­bie. Val­jean zapu­ścił swój wzrok daleko i po raz ostatni zawo­łał:

- Ger­wa­zek! Ger­wa­zek!

Głos jego uto­nął we mgle, nie wywo­ław­szy nawet echa. Szep­nął jesz­cze: Ger­wa­zek, ale gło­sem sła­bym i pra­wie nie­zro­zu­mia­łym. Był to jego ostatni wysi­łek; nagle bowiem nogi ugięły się pod nim, jak gdyby jakaś nie­wi­dzialna potęga przy­gnia­tała go cię­ża­rem złego sumie­nia; wycień­czony padł na wielki kamień, pochy­la­jąc twarz do kolan i topiąc ręce we wło­sach.

- Jestem nędz­ni­kiem! - zawo­łał.

Serce mu się naresz­cie roz­darło i zaczął pła­kać. Pła­kał pierw­szy raz od dzie­więt­na­stu lat.

Kiedy Jan Val­jean wyszedł od biskupa, widzie­li­śmy, że jego myśli zawró­cone zostały ze zwy­kłego toru, któ­rym dotąd podą­żały. Nie mógł zda­wać sobie spawy z tego, co się w nim działo. Obu­rzał się na aniel­skie i łagodne słowa biskupa: "Obie­ca­łeś mi stać się uczci­wym czło­wie­kiem. Kupuję od cie­bie twoją duszę. Odbie­ram ją od ducha ciem­no­ści i oddaję ją Bogu". Cią­gle zaj­mo­wało to jego pamięć. Prze­ciw tej nie­biań­skiej pobłaż­li­wo­ści sta­wił swą dumę, która sta­nowi w nas jak gdyby for­tecę zła. Czuł on, cho­ciaż nie­wy­raź­nie, że prze­ba­cze­nie tego księ­dza było naj­więk­szym i naj­strasz­liw­szym sztur­mem, jaki na nią kie­dy­kol­wiek przy­pusz­czono; że zatwar­dzia­łość jego sta­nie się osta­teczna, jeżeli oprze się tej łasce. Jeżeli zaś by jej uległ, musiałby wyrzec się tej nie­na­wi­ści, którą czyny innych ludzi sączyły w jego duszę przez lata i która mu się podo­bała. Czuł też, że tym razem osta­tecz­nie ma zwy­cię­żyć albo zostać zwy­cię­żo­nym i że mię­dzy jego nie­go­dzi­wo­ścią a dobro­cią tego czło­wieka wsz­częła się ogromna, sta­now­cza walka.

Wobec tych wszyst­kich świa­teł szedł on jak czło­wiek pijany. A czy idąc tak z oczami obłą­ka­nymi, miał wyraźne poję­cie o tym, co mogło dla niego wynik­nąć z przy­gody w Digne? Czy sły­szał te tajem­ni­cze szmery, które w pew­nych chwi­lach ostrze­gają i napa­stują umysł. Czy jakiś głos mówił mu, że chwila, którą prze­szedł, była wła­śnie uro­czy­stą chwilą jego prze­zna­cze­nia, że nie było już dla niego środka, że jeżeli odtąd nie będzie naj­lep­szym czło­wiekiem, będzie naj­gor­szym? Że teraz musiał, jeżeli można się tak wyra­zić, wznieść się wyżej niż biskup, ale upaść niżej niż galer­nik; że jeżeli chciał być dobrym, musiał stać się anio­łem, zaś jeśli pozo­stać chciał złym, musiał stać się potwo­rem.

Tutaj znów trzeba powtó­rzyć pyta­nia, które zada­wa­li­śmy już poprzed­nio: czy pochwy­ty­wał on w swoim umy­śle cho­ciażby cień tego wszyst­kiego? Zapewne, jak już stwier­dzi­li­śmy, nie­szczę­ście wykształca inte­li­gen­cję, jed­nakże wąt­pliwe mimo wszystko pozo­staje, aby Jan Val­jean był w sta­nie roz­wi­kłać to wszystko, co tutaj kre­ślimy. Jeżeli nawet myśli te przy­cho­dziły mu do głowy, spo­strze­gał je tylko raczej, ani­żeli dokład­nie widział, i pogrą­żały go one w nie­wy­po­wie­dzia­nym i pra­wie bole­snym zamę­cie. Po wyj­ściu z tego ohyd­nego i czar­nego miej­sca, które nazywa się gale­rami, biskup raził jego duszę tak, jak zbyt jaskrawe świa­tło razi­łoby jego oczy po wyj­ściu z ciem­no­ści. Życie przy­szłe, czy­ste i jasne, które widział odtąd dla sie­bie moż­li­wym, napeł­niało go dresz­czem i nie­po­ko­jem. Sam nie wie­dział, gdzie jest. Jak sowa, przed którą nagle uka­zało się słońce, galer­nik był olśniony i ośle­piony cnotą.

Rze­czą pewną było, cho­ciaż on sam nie domy­ślał się jej wcale, że był już innym czło­wie­kiem, że wszystko się w nim zmie­niło i że nie w jego mocy było już, by biskup nie prze­mó­wił do niego i go nie wzru­szył.

W tym sta­nie umy­słu spo­tkał Ger­wazka i skradł mu dwa franki. Dla­czego? Z pew­no­ścią nie mógłby tego obja­śnić; był to jak gdyby ostatni sku­tek i zara­zem ostatni wysi­łek złych myśli, które wyniósł z galer, ostatni sku­tek siły rzutu, rezul­tat tego, co w sta­tyce nazywa się nabytą pręd­ko­ścią. Było to wła­śnie to, a może nawet mniej niż to. Powiedzmy po pro­stu, że to nie on skradł, nie czło­wiek, ale zwie­rzę, które z przy­zwy­cza­je­nia, instynk­tow­nie i bez­myśl­nie posta­wiło nogę na tym pie­nią­dzu, pod­czas gdy inte­li­gen­cja sza­mo­tała się wśród nowych, napa­stu­ją­cych ją wra­żeń. Kiedy inte­li­gen­cja zbu­dziła się i ujrzała ten czyn bydlę­cia, Jan Val­jean cof­nął się przed nim ze ści­śnię­tym ser­cem i wydał okrzyk prze­ra­że­nia. Dziw­nym bowiem zja­wi­skiem, które mogło nastą­pić jedy­nie w takim wsta­nie, w jakim znaj­do­wał się wtedy ten czło­wiek, krad­nąc pie­nią­dze dziecku, zro­bił on rzecz, do któ­rej nie był już zdolny.

Bądź co bądź, ten ostatni zły czyn wywarł na niego sta­now­czy wpływ: prze­bił się on nagle przez ten chaos, który był w jego umy­śle i roz­pro­szył go, na jedną stronę usu­wa­jąc grube ciem­no­ści, na dru­giej zosta­wia­jąc świa­tło; oddzia­łał na duszę, znaj­du­jącą się wów­czas w pomie­sza­nym sta­nie, jak nie­które sub­stan­cje che­miczne dzia­łają na mętną mie­sza­ninę, strą­ca­jąc osad jed­nego pier­wiastka, a oczysz­cza­jąc drugi.

Na samym wstę­pie, zanim jesz­cze zba­dał sie­bie i zasta­no­wił się, nie­przy­tomny i osza­lały jak ktoś, kto szuka dla sie­bie ratunku, usi­ło­wał odszu­kać dziecko, by oddać mu jego pie­niądz; potem, gdy się prze­ko­nał, że to rzecz nie­moż­liwa, zatrzy­mał się zroz­pa­czony. W chwili, kiedy zawo­łał "jestem nędz­ni­kiem!", ujrzał sie­bie takim, jakim był; do takiego stop­nia prze­stał już być sobą, że zda­wało mu się, że on sam jest tylko jakimś wid­mem i że ma przed sobą zło­żo­nego z ciała i kości ohyd­nego galer­nika Jana Val­je­ana, z kijem w ręku, w blu­zie na ramio­nach, z tor­ni­strem peł­nych skra­dzio­nych rze­czy, z twa­rzą ponurą i zde­ter­mi­no­waną, z myślą pełną naj­szka­rad­niej­szych zamia­rów.

Nad­miar nie­szczę­ścia, jak już zauwa­ży­li­śmy, uspo­so­bił go do pew­nego rodzaju wizji. Było to zatem coś na kształt widze­nia. Rze­czy­wi­ście ujrzał przed sobą tego Jana Val­je­ana, tę ponurą postać. Gotów był pra­wie zapy­tać, kim jest ten czło­wiek. I poczuł do niego odrazę.

Jego mózg znaj­do­wał się w jed­nej z tych burz­li­wych, a jed­no­cze­śnie strasz­nie spo­koj­nych chwil, kiedy to marze­nie jest tak głę­bo­kie, że pochła­nia rze­czy­wi­stość. Czło­wiek nie widzi wów­czas na zewnątrz przed­mio­tów, które ma przed sobą, tylko wyobra­że­nia, które ma w swoim umy­śle.

Patrzył więc tak na sie­bie, rzecz można, oko w oko, a jed­no­cze­śnie poza tym widze­niem, w jakiejś tajem­ni­czej głębi spo­strze­gał rodzaj świa­tła, które uka­zy­wało się przed jego sumie­niem; roz­po­znał w nim postać ludzką i w pochodni ujrzał biskupa.

Sumie­nie jego kolejno przy­pa­try­wało się tym dwóm ludziom, sto­ją­cym tak przed nim: bisku­powi i Janowi Val­je­anowi. Trzeba było siły pierw­szego, by zmięk­czyć dru­giego. Na sku­tek jed­nej z owych szcze­gól­nych wła­sno­ści tego rodzaju eks­taz, w miarę tego, jak widze­nie dłu­żej trwało, biskup rósł i coraz bar­dziej jaśniał w jego oczach, Jan Val­jean z kolei coraz bar­dziej się zmniej­szał i gasł, aż wresz­cie stał się tylko cie­niem. Cień ten nagle znik­nął i pozo­stał tylko sam biskup.

Napeł­niał on całą duszę tego nie­szczę­śli­wego wspa­nia­łym świa­tłem.

Jan Val­jean długo pła­kał. Pła­kał gorą­cymi łzami, łkał z więk­szą sła­bo­ścią niż kobieta, z więk­szą trwogą niż dziecko.

Pod­czas gdy tak pła­kał, w jego umy­śle robiło się coraz jaśniej: była to jasność nad­zwy­czajna, jasność zachwy­ca­jąca i straszna zara­zem. Życie jego prze­szłe, pierw­szy błąd, długa pokuta, zewnętrzne znik­czem­nie­nie, wewnętrzna zatwar­dzia­łość, uwol­nie­nie, któ­remu towa­rzy­szyło tyle przy­jem­nych pla­nów zemsty, to, co przy­tra­fiło mu się u biskupa, ostatni jego czyn, ta kra­dzież dwóch fran­ków dziecku, ten naj­ha­nieb­niej­szy wystę­pek, tym potwor­niej­szy, że dopu­ścił się go już po prze­ba­cze­niu biskupa; wszystko to przy­po­mniało mu się i uka­zało na nowo, jasno, z taką jasno­ścią, jakiej ni­gdy dotąd nie widział. Patrzył na swoje życie i wyda­wało mu się ono prze­ra­ża­jące, patrzył na duszę swą i wyda­wała mu się ona okropna. Jed­nakże duszę tę i to życie oble­wało jakieś łagodne świa­tło. Zda­wało mu się, że widzi sza­tana przy świe­tle raju.

Ile godzin tak pła­kał? Co robił potem? Gdzie się udał? Nikt ni­gdy się tego nie dowie­dział. Zdaje się tylko nie ule­gać wąt­pli­wo­ści, że tejże nocy fur­man, który zwy­kle o godzi­nie trze­ciej po pół­nocy wra­cał z Gre­no­ble do Digne, prze­jeż­dża­jąc w tym cza­sie przez ulicę biskup­stwa, widział jakie­goś czło­wieka, w posta­wie modlą­cej, klę­czą­cego na bruku, w ciem­no­ści, przed drzwiami biskupa.

Księga III: W roku 1817

KSIĘGA III: W ROKU 1817

Rozdział I. Rok 1817

Roz­dział I

Rok 1817

Był rok 1817, który Ludwik XVIII z kró­lew­ską pew­no­ścią sie­bie i nie­jaką dumą nazy­wał dwu­dzie­stym dru­gim rokiem swego pano­wa­nia. Był to rok, w któ­rym słynny był filo­log i pisarz Anto­ine Brugui?re de Sor­sum. Rok, w któ­rym wszyst­kie fry­zjer­skie sklepy, liczące na powrót "kró­lew­skiego ptaka" i pudru, poma­lo­wane były na nie­bie­sko i upstrzone kwia­tami lilii. Był to rów­nież naiwny czas, w któ­rym hra­bia Lynch, jako skarb­nik para­fii, zasia­dał na ławce prze­zna­czo­nej dla urzęd­ni­ków para­fii w Saint-Ger­main-des-Prés, w stroju para Fran­cji, z czer­woną wstęgą i z dłu­gim nosem, i z owym maje­sta­tycz­nym pro­fi­lem wła­ści­wym czło­wie­kowi, który doko­nał wiel­kiego czynu. Wiel­kim czy­nem pana Lyn­cha było to, że będąc merem w Bor­de­aux, tro­chę za wcze­śnie oddał mia­sto księ­ciu d' Angoul?me, bo już 12 marca 1814 roku. Stąd też wzięło się jego paro­stwo.

W 1817 roku moda naka­zy­wała ubie­rać małych chłop­czy­ków, w wieku od czte­rech do sze­ściu lat, w wiel­kie skó­rzane czapki z uszami, dosyć podobne do nakry­cia głowy Eski­mo­sów. Woj­sko fran­cu­skie ubie­rało się na biało, tak jak austriac­kie; pułki nazy­wały się legio­nami, a zamiast cyfr nosiły nazwy depar­ta­men­tów. Napo­leon prze­by­wał na Wyspie św. Heleny, a że Anglia odma­wiała mu zie­lo­nego sukna, kazał przez to nico­wać swoją starą odzież. W tym samym roku ze swego śpiewu znany był Pel­le­grini, a ze swo­jego tańca - panna Bigot­tini. Potier pano­wał, a Odry nie ist­niał jesz­cze. Pani Saqui nastę­po­wała po pani Forioso. We Fran­cji na­dal znaj­do­wali się też Pru­sacy.

Znaczną oso­bi­sto­ścią był pan Dela­lot. Utwier­dzał się legi­ty­mizm, odci­na­jąc rękę, a potem głowę Ple­ignie­rowi, Car­bon­neau, i Tol­le­ro­nowi. Książę Tal­ley­rand, wło­ski szam­be­lan, oraz ksiądz Ludwik, mini­ster finan­sów, patrzyli na sie­bie, śmie­jąc się śmie­chem augu­rów: 14 lipca 1790 roku razem odpra­wili mszę fede­ra­cji na Polu Mar­so­wym - pierw­szy jako biskup, a drugi jako dia­kon. W 1817 roku, tak na głów­nych, jak i na pobocz­nych uli­cach tego samego Pola Mar­so­wego, widziano grube, poma­lo­wane na nie­bie­sko walce z drewna, leżące na desz­czu, gni­jące w tra­wie, z pozo­sta­łymi jesz­cze na nich śla­dami orlich szpon i psz­czół, z któ­rych starła się pozłota. Były to kolumny, które dwa lata wcze­śniej pod­trzy­my­wały posta­wioną na Polu Mar­so­wym estradę cesa­rza. Tu i ówdzie były na nich czarne znaki, wypa­lone ogniami biwa­ków austriac­kich pod Gros-Cail­lou.

Dwie lub trzy z tych kolumn spło­nęły w owych biwa­kach i ogrzały wiel­kie ręce kaizer­li­ków. Pole Majowe tym się odzna­czyło, że miało miej­sce w czerwcu i na Polu Mar­so­wym.

W tym samym roku 1817 bar­dzo popu­larne były dwie rze­czy: Vol­ta­ire-Touquet oraz taba­kierka z tek­stem kon­sty­tu­cji. Naj­śwież­szym zda­rze­niem, które poru­szyło Pary­żan, była zbrod­nia popeł­niona przez nie­ja­kiego Dau­tuna, który wrzu­cił głowę swego brata do basenu Marché-aux-Fleurs.

W mini­ster­stwie mary­narki zaczy­nano nie­po­koić się bra­kiem wia­do­mo­ści o owej nie­szczę­snej fre­ga­cie Medu­zie, która Chau­ma­reix'a okryła hańbą, a Géricaulta sławą. Puł­kow­nik Selves wyje­chał do Egiptu, by zostać tam Soli­ma­nem-Paszą. Pałac Ther­mes przy ulicy La Harpe słu­żył w tym cza­sie za sklep bed­na­rzowi. Na plat­for­mie ośmio­kąt­nej wieży hotelu Cluny, widać jesz­cze było małą budkę z desek, która słu­żyła kie­dyś za obser­wa­to­rium Mes­sier'owi, astro­no­mowi mary­narki za Ludwika XVI. Księżna Duras w swoim obi­tym nie­bie­skim atła­sem budu­arze, czy­tała przed trzema czy czte­rema swo­imi przy­ja­ciółmi Ourikę, dotąd nie­dru­ko­waną. W Luw­rze tym­cza­sem wyskro­by­wano "N". Most Auster­lidzki pod­dał się i przy­jął nową nazwę Ogrodu Kró­lew­skiego - co było podwójną zagadką, pod którą jed­no­cze­śnie ukry­wał się most Auster­lidzki i Ogród Bota­niczny. Zafra­so­wany Ludwik XVIII zazna­czał paznok­ciem te miej­sca u Hora­cego, gdzie mowa była o boha­te­rach, któ­rzy zostają cesa­rzami, oraz o szew­cach, zmie­nia­ją­cych się w del­fi­nów; miał przy tym dwie tro­ski: Napo­le­ona i Mathu­rina Bru­neau. Aka­de­mia Fran­cu­ska wyzna­czyła nagrodę za pracę na temat "Szczę­ście, jakie daje nauka". Pan Bel­lart urzę­dowo był wymowny. Pod jego skrzy­dłem uka­zy­wał się już ów przy­szły pro­ku­ra­tor kró­lew­ski, mający stać się przed­mio­tem sar­ka­zmu Pawła Ludwika Couriera.

Dzia­łał też fał­szywy Cha­te­au­briand, zwany Mar­changy, zanim nie zja­wił się fał­szywy Mar­changy, zwany z kolei d'Arlin­co­urt. Cla­ire d'Albe i Malek-Adel nazy­wały się arcy­dzie­łami; a pani Cot­tin ucho­dziła za pierw­szego pisa­rza epoki. Insty­tut wykre­ślił ze swej aka­de­mic­kiej listy Napo­le­ona Bona­parte. Na mocy kró­lew­skiego posta­no­wie­nia Angoul?me zostało szkołą mary­narki - książę Angoul?me był świet­nym admi­ra­łem, oczy­wi­ste więc, że mia­sto Angoul?me musiało posia­dać wszyst­kie cechy mor­skiego portu. Gdyby było ina­czej, ucier­pia­łaby na tym zasada monar­chiczna. Rada mini­strów roz­pa­try­wała kwe­stię, czy należy pozwa­lać na winiety przed­sta­wia­jące skocz­ków na linie, któ­rymi Fran­coni ozda­biał swoje afi­sze i przed któ­rymi gro­mad­nie sku­piali się ulicz­nicy. Pan Paër, autor Agnieszki, poczci­wiec o kwa­dra­to­wej twa­rzy, mający na policzku bro­dawkę, kie­ro­wał małymi, domo­wymi kon­cer­tami mar­kizy de Sas­se­naye, przy ulicy Ville-l'Ev?que. Wszyst­kie młode dziew­częta śpie­wały l'Ermite de Saint-Avelle, ze sło­wami Edmunda Gérand. Żółty karzeł prze­mie­nił się na Zwier­cia­dło. Kawiar­nia Lem­blin trzy­mała stronę cesa­rza prze­ciw kawiarni Valois, trzy­ma­ją­cej stronę Bur­bo­nów.

Oże­niono wła­śnie z księż­niczką Sycy­lii księ­cia Berry, na któ­rego cza­to­wał już w cie­niu Louvel. Pani Stael od roku już nie żyła. Gwar­dzi­ści gwiz­dali na pannę Mars. Wiel­kie dzien­niki stały się malut­kimi. For­mat był zmniej­szony, ale wol­ność słowa była wielka. "Le Con­sti­tu­tio­nuel" był kon­sty­tu­cyjny. "La Mine­rve" nazy­wała Cha­te­au­brianda: Cha­te­au­briant. Owo "t" śmie­szyło wielu ludzi kosz­tem wiel­kiego pisa­rza. W sprze­daj­nych dzien­ni­kach sprze­dajni dzien­ni­ka­rze znie­wa­żali wyda­lo­nych z kraju w 1815. Dawid nie miał już talentu, Arnault rozumu, Car­not nie był już uczciwy, Soult nie wygrał żad­nej bitwy, a i Napo­leon nie miał już wcale geniu­szu. Każ­demu wia­domo, że rzadko kiedy wygnańcy otrzy­mują listy wysłane do nich pocztą: poli­cja skru­pu­lat­nie przej­muje je w dro­dze. Nie jest to wcale rze­czą nową, nawet wygnany Kar­te­zjusz skar­żył się na to. Otóż kiedy Dawid w jed­nym z dzien­ni­ków wyra­ził swoje nie­za­do­wo­le­nie z tego, że nie odbiera listów, które do niego pisują, dzien­ni­kom roja­li­stycz­nym wydało się to zabawną rze­czą, więc przy tej oka­zji jesz­cze szy­dziły ze ska­zańca. Powie­dzieć "kró­lo­bójcy" albo powie­dzieć "wotu­jący", powie­dzieć "nie­przy­ja­ciele" albo "sprzy­mie­rzeńcy", powie­dzieć "Napo­leon" albo "Bona­parte" - to jak prze­paść roz­działo dwóch ludzi. Wszy­scy ludzie o zdro­wym roz­sądku twier­dzili, że erę rewo­lu­cji na zawsze zamknął król Ludwik XVIII, zwany "Nie­śmier­tel­nym twórcą karty". U wylotu Nowego Mostu, wyrżnięto na pie­de­stale, gdzie miał sta­nąć pomnik Hen­ryka IV, wyraz "Redi­vi­vus".

Pan Piet przy ulicy Teresy nr 4 orga­ni­zo­wał tajne spo­tka­nia, mające utrwa­lić monar­chię. Kiedy cho­dziło o powzię­cie nowych wnio­sków, dowódcy pra­wicy stwier­dzali: "Trzeba napi­sać do Bacot'a". Canuel, O'Mahony i Chap­pe­de­la­ine, tro­chę popie­rani przez brata kró­lew­skiego, szki­co­wali to, co póź­niej miało się nazy­wać "Spi­skiem Nad­brzeż­nym". Także Sprzy­się­że­nie Czar­nej Szpilki spi­sko­wało ze swej strony. Dela­ver­de­rie widy­wał się z Tro­goff'em. Rzą­dził Deca­zes, który w pew­nej mie­rze miał umysł libe­ralny. Cha­te­au­briand, sto­jąc co rano przed swoim oknem pod nr. 27 ulicy Saint-Domi­ni­que, w spodniach z poń­czo­chami i pan­to­flach, z jedwabną chustką na siwych wło­sach, z oczami utkwio­nymi w lustrze i z całym zesta­wem przy­bo­rów den­ty­sty-chi­rurga przed sobą, czy­ścił swoje piękne zęby, jed­no­cze­śnie dyk­tu­jąc swo­jemu sekre­ta­rzowi, panu Pilorge, szkic Monar­chii kon­sty­tu­cyj­nej. Kry­tyka, decy­du­jąca o powa­ża­niu, przy­zna­wała pierw­szeń­stwo Lafo­nowi przed Talmą. Feletz pod­pi­sy­wał się A; Hof­f­man pod­pi­sy­wał się Z; Karol Nodier pisał Thérése Aubert. Roz­wód został znie­siony. Licea nazy­wały się kole­giami. Ucznio­wie nosili wyszyty zło­tem na koł­nie­rzu kwiat lilii i kłó­cili się z sobą o Rzym­skiego króla. Tajna poli­cja zam­kowa zawia­da­miała jej kró­le­wi­czow­ską mość Madame o wysta­wia­nym wszę­dzie por­tre­cie księ­cia orle­ań­skiego, który lepiej wyglą­dał w mun­du­rze naczel­nego wodza huza­rów, ani­żeli książę Berry w mun­du­rze naczel­nego wodza dra­go­nów, co było prze­cież poważ­nym uchy­bie­niem. Mia­sto Paryż kazało na swój koszt pozło­cić na nowo kopułę Inwa­li­dów. Poważni ludzie pytali sami sie­bie, co by zro­bił w takim a takim przy­padku pan de Tri­nqu­ela­gue; pan Clau­sel de Mon­tals róż­nił się w roz­ma­itych kwe­stiach z panem Clau­sel de Cous­ser­gues; pan de Sala­berry zaś w ogóle nie był zado­wo­lony. W Ode­onie, na fron­to­nie któ­rego, pomimo wytar­tych liter, wyraź­nie jesz­cze prze­czy­tać można było: "Teatr Cesa­rzo­wej", wysta­wiano Dwaj Fili­berci, autor­stwa kome­dio­pi­sa­rza Picarda, członka aka­de­mii, do któ­rej wstępu nie otrzy­mał kome­dio­pi­sarz Molier. Trzy­mano za Agne­tem Mon­tar­lok lub też prze­ciw niemu. Fabvier był bun­tow­ni­czy, Bavoux był rewo­lu­cjo­ni­stą. Księ­garz Pélicier ogła­szał edy­cję Wol­tera pod takim tytu­łem: "Dzieło Wol­tera z Aka­de­mii Fran­cu­skiej". "To spro­wa­dza kupu­ją­cych" - twier­dził ten naiwny sprze­dawca. Opi­nia powszechna utrzy­my­wała, że Karol Loy­son zosta­nie geniu­szem swego wieku; żądło zazdro­ści, zawsze towa­rzy­szące sła­wie, zaczęło już go kłuć. Pisano na niego takie wier­sze: "Nawet wów­czas, kiedy Loy­son lata, czuć, że ma łapy".

Ponie­waż kar­dy­nał Fesch nie chciał zło­żyć swego urzędu, pan de Pins, arcy­bi­skup Ama­zii, zarzą­dzał die­ce­zją lioń­ską. Spór o dolinę Dap­pes roz­po­czy­nał się mię­dzy Szwaj­ca­rią a Fran­cją memo­ria­łem kapi­tana Dufour, który póź­niej został gene­ra­łem. Saint-Simon, nikomu nie­znany, budo­wał swe wznio­słe marze­nia. W Aka­de­mii Nauk był dzia­łał pewien słynny Fourier, o któ­rym potom­ność jed­nak zapo­mniała, za to na jakimś stry­chu żył inny nie­znany Fourier, o któ­rym przy­szłość pamię­tać będzie. Zaczął się uka­zy­wać lord Byron; Mil­le­voye w nocie jed­nego ze swo­ich poema­tów oznaj­mia o nim Fran­cji tymi sło­wami: Nie­jaki lord Baron. Dawid d'Angers pró­buje nada­wać kształty mar­mu­rowi. W małym kółku semi­na­rzy­stów, przy śle­pej uliczce noszą­cej nazwę Feu­il­lan­ti­nes, ksiądz Caron z pochwałą mówi o nie­znanym księ­dzu, nazy­wa­ją­cym się Felicité Robert, który póź­niej zwał się Lamen­nais. Mię­dzy mostem Royal a mostem Ludwika XV, pod oknami Tuile­ries, prze­su­wał się tam i z powro­tem jakiś przed­miot, który dymił się i koły­sał się na Sekwa­nie jak pły­wa­jący pies; była to maszyna nie­wiele warta, rodzaj zabawki, uro­je­nie wyna­lazcy marzy­ciela, uto­pia: sta­rek parowy. Pary­ża­nie obo­jęt­nie patrzyli na tę nie­po­trzebną rzecz. Vau­blanc, refor­ma­tor insty­tutu przez zamach stanu, roz­po­rzą­dze­nia i mia­no­wa­nie, zna­ko­mity twórca kilku aka­de­mi­ków, robił aka­de­mi­kami innych, sam jed­nak nie mógł nim zostać. Przed­mie­ście Saint-Ger­main i pawi­lon Mar­san pra­gnęły, by pre­fek­tem poli­cji został pan Dale­veau, znany z poboż­no­ści. Dupuy­tren i Récamier kłó­cili się ze sobą w amfi­te­atrze szkoły medycz­nej i gro­zili sobie wza­jem­nie pię­ściami z powodu boskiego pocho­dze­nia Jezusa Chry­stusa. Cuvier, jed­nym okiem patrząc na Księgę Rodzaju, dru­gim zaś na przy­rodę, sta­rał się przy­po­do­bać naboż­nej reak­cji, godząc odkry­cia wyko­pa­li­skowe z tek­stami i naka­zu­jąc masto­don­tom, by doga­dzały Moj­że­szowi. Fran­ci­szek Neufchâteau, zacny czci­ciel pamięci Par­men­tiera, dokła­dał wszel­kich usi­ło­wań, by pomme de terre, czyli ziem­niak, wyma­wiano parmenti?r, i nie mógł tego osią­gnąć. Ksiądz Grégoire, dawny biskup i dawny czło­nek Kon­wentu oraz były sena­tor, spadł w pole­mice do rzędu "bezec­nego Grégoire". Wyra­że­nie to, któ­re­śmy dopiero co użyli, "spaść do rzędu", zostało wytknięte przez Royer-Col­lard'a jako neo­lo­gizm. Pod trze­cią arkadą mostu Jéna można jesz­cze było roz­po­znać nowy kamień, któ­rym dwa lata wcze­śniej zatkano otwór miny, pod­ło­żo­nej przez Blüchera w celu wysa­dze­nia mostu. Przed sądem sta­wiano czło­wieka, który widząc, wcho­dzą­cego do Notre-Dame, księ­cia d'Artois, powie­dział na głos: "Do dia­bła! Żałuję tych cza­sów, kiedy widzia­łem Bona­par­tego i Talmę wcho­dzą­cych razem, pod rękę, na Bal-Sau­vage". Uznano to za słowa bun­tow­ni­cze i ska­zano go na sześć mie­sięcy wię­zie­nia.

Zdrajcy poka­zy­wali się otwar­cie; ludzie, któ­rzy w przed­dzień bitwy prze­szli na stronę wroga, nie kryli się z otrzy­my­waną za to nagrodą i bez­czel­nie uka­zy­wali się światu w cyni­zmie bogactw i dosto­jeństw. Dezer­te­rzy spod Ligby i Quatre-Bras, bez­wstyd­nie obna­żyw­szy piersi, za które im zapła­cono, popi­sy­wali się swym nagim, monar­chicz­nym poświę­ce­niem. Zapo­mi­nali o napi­sie, który w Anglii znaj­duje się na wewnętrz­nej stro­nie publicz­nych ubi­ka­cji: "Ple­ase adjust your dress before leaving - Przed wyj­ściem pro­szę upo­rząd­ko­wać swe ubra­nie".

Oto, co bez­ład­nie i nie­wy­raź­nie pływa na powierzchni 1817 roku, zapo­mnia­nego już dzi­siaj. Histo­ria pomija wszyst­kie te szcze­góły i nie może zresztą zro­bić ina­czej: nie­skoń­czo­ność zala­łaby ją. Jed­nak te szcze­góły nie­słusz­nie nazywa się małymi, tak jak nie ma bowiem małych liści w świe­cie roślin, tak i nie ma małych fak­tów w dzie­jach ludz­ko­ści. Wszystko jest ważne i uży­teczne, obraz ten nadaje kształt wie­kom.

W tym więc roku 1817 czte­rech mło­dych Pary­żan urzą­dziło rów­nież "dobry figiel".

Rozdział II. Podwójny kwartet

Roz­dział II

Podwójny kwar­tet

Jeden ze wspo­mnia­nych Pary­żan był z Tuluzy, drugi z Limo­ges, trzeci z Cahors, a czwarty - z Mon­tau­ban. Wszy­scy byli stu­den­tami, a każdy, kto jest tu stu­den­tem zaraz jest i pary­ża­ni­nem, uczyć się bowiem w Paryżu to jak uro­dzić się w Paryżu.

Byli to czte­rej nic nie­zna­czący i niczym się nie­wy­róż­nia­jący mło­dzieńcy - podobne twa­rze spo­tyka się wszę­dzie. Cztery okazy naj­po­spo­lit­szych ludzi: ani dobrzy, ani źli, ani uczeni, ani nie­uki, ani geniu­sze, ani głupcy. Wszy­scy byli jed­nak piękni ową pięk­no­ścią wio­senną, która nazywa się pięk­no­ścią dwu­dzie­sto­let­nią. Było to czte­rech jakich­kol­wiek Oska­rów, bo w owych cza­sach nie było jesz­cze zbyt wielu Artu­rów. "Pal­cie dla niego kadzi­dła Ara­bii" - mówiły słowa pie­śni - "Oskar idzie, Oskar, ujrzę go!" W owym cza­sie wzo­rem poety był Ossian; jej wytwor­ność opie­rała się na rodzaju skan­dy­naw­skim i kale­doń­skim; czy­sty rodzaj angiel­ski miał zapa­no­wać dopiero póź­niej; także pierw­szy z Artu­rów, Wel­ling­ton, dopiero co wygrał bitwę pod Water­loo.

Jeden z tych Oska­rów, ten z Tuluzy, naprawdę nazy­wał się Feliks Tholomy?s, mło­dzie­niec z Cahors nazy­wał się Listo­lier, ten z Limo­ges nosił nazwi­sko Fameuil, ostatni zaś, ten z Mon­tau­ban - Bla­che­velle. Natu­ral­nie każdy z nich miał kochankę. Bla­che­velle kochał Favo­uritę, nazy­waną tak dla­tego, że wcze­śniej była w Anglii, Listo­lier uwiel­biał Dalię, która nazwę kwiatu wzięła sobie za swój przy­do­mek, Fameuil ubó­stwiał Zefinę - skrót imie­nia Jose­phine, Tholomy?s zaś darzył uczu­ciem Fan­tynę, ina­czej Jasno­włosą, zwaną tak dzięki pięk­nym wło­som koloru słońca.

Favo­urita, Dalia, Zefina i Fan­tyna były czte­rema zachwy­ca­ją­cymi stwo­rze­niami, pach­ną­cymi, roz­pro­mie­nio­nymi, jesz­cze tro­chę robot­ni­cami - bo nie zupeł­nie porzu­ciły igiełkę. Miłostki wpro­wa­dziły nie­ład w ich życie, ale na twa­rzy pozo­stały jesz­cze resztki owej pogody, jaką daje praca, w duszy zaś kwiat owej uczci­wo­ści, która u kobiety nie zatraca się prze­cież po pierw­szym upadku. Jedną z nich nazy­wano młodą, bo była naj­młod­sza, drugą zaś nazy­wano starą - i ta stara miała dwa­dzie­ścia trzy lata. Żeby niczego nie ukry­wać, dodajmy, że trzy pierw­sze były doświad­czone, bar­dziej lek­ko­myślne i dające się pory­wać wirowi życia, ani­żeli Fan­tyna Jasno­włosa, która wła­śnie prze­ży­wała swoje pierw­sze zako­cha­nie.

Dalia, Zephina, a przede wszyst­kim Favo­urita, nie mogły tego powie­dzieć o sobie. Nie­je­den już epi­zod w ich roman­sach był zale­d­wie roz­po­częty i kocha­nek, który w pierw­szym roz­dziale nazy­wał się Adolf, nosił imię Alfonsa w trze­cim. Nędza i kokie­te­ria są dwiema fatal­nymi dorad­czy­niami; jedna łaje, druga pochle­bia, a piękne dziew­częta z ludu zawsze mają je obie obok sie­bie, obie szepcą im na ucho, każda ze swej strony. Dusze te, źle strze­żone, słu­chają tych pod­szep­tów. Stąd ich upadki, stąd też kamie­nie, które póź­niej na nie ciskają, potę­pia­jąc je w imie­niu tego wszyst­kiego, co nie­po­ka­lane i nie­do­ści­głe. Nie­stety, gdyby Dzie­wica była głodna?

Favo­urita, która była kie­dyś w Anglii, wzbu­dzała podziw w Zefi­nie i Dalii. Wcze­śnie wyro­biła sobie nie­za­leż­ność. Ojcem jej był stary pro­fe­sor mate­ma­tyki, gru­bia­nin mówiący z gaskoń­skim akcen­tem: był nie­żo­naty i pomimo swego wieku cią­gle udzie­lał kore­pe­ty­cji. Pro­fe­sor ten, będąc jesz­cze mło­dym, był kie­dyś świad­kiem, jak suk­nia pew­nej słu­żą­cej panny zacze­piła się o kratę kominka - ten wypa­dek wzbu­dził jego miłość. Wsku­tek tej miło­ści na świat przy­szła Favo­urita. Od czasu do czasu spo­ty­kała swego ojca, który się z nią witał. Pew­nego razu weszła do niej jakaś stara kobieta z pochmurną miną i rze­kła:

- Pani mnie nie zna?

- Nie.

- Jestem twoją matką.

Potem stara otwo­rzyła bufet, jadła i piła, wresz­cie kazała przy­nieść mate­rac, który miała i zamiesz­kała przy córce. Matka ta, gde­ra­jąca i pobożna, ni­gdy nie roz­ma­wiała z Favo­uritą, całymi godzi­nami prze­sia­dy­wała w mil­cze­niu. Spo­ży­wała śnia­da­nia, obiady i kola­cje za czte­rech i scho­dziła na dół do odźwier­nego, by obga­dy­wać swą córkę.

Dalia z kolei miała nie­zwy­kle ładne różowe paznok­cie i to ją cią­gnęło do Listo­liera i innych, to ją także cią­gnęło do próż­niac­twa. Jak można bowiem pra­co­wać z takimi paznok­ciami? Ta, która chce pozo­stać cno­tliwą, nie może mieć lito­ści nad swymi rękami. Co do Zefiny, to pod­biła ona serce Fameu­ila swoim figlar­nym, a zara­zem piesz­czo­tli­wym spo­so­bem wyma­wia­nia słów: "Tak, panie".

Czte­rej stu­denci kole­go­wali się ze sobą, a cztery młode dziew­czyny były przy­ja­ciół­kami. Takim miłost­kom zwy­kle towa­rzy­szą podobne rela­cje.

Cnota i filo­zo­fia to dwa odmienne tematy; zastrze­gł­szy się skąd inąd do tych nie­for­mal­nych mał­żeństw, na dowód tego twier­dze­nia powiemy, że Favo­urita, Zefina i Dalia były dziew­czę­tami filo­zo­ficz­nymi, a Fan­tyna była dziew­czyną cno­tliwą.

Cno­tliwą? Zapy­ta­cie, co w takim razie z Tholomy?s'em? Salo­mon odpo­wie­działby, że miłość sta­nowi część skła­dową mądro­ści. My powiemy tylko, że miłość Fan­tyny była pierw­szą miło­ścią, miło­ścią jedyną, miło­ścią wierną. Do niej jeden tylko z czte­rech mówił "na ty".

Fan­tyna była jedną z tych istot, które roz­kwi­tają - rzec tak można - na dnie narodu. Wyszedł­szy z naj­grub­szych warstw ciem­no­ści spo­łecz­nych, nosiła ona na swym czole piętno istoty nie­zna­nej i bez­i­mien­nej. Uro­dziła się w Mon­treuil-sur-mer. Kim byli jej rodzice? Któż mógłby to wie­dzieć! Nikt nie znał ani jej ojca, ani jej matki. Nazy­wała się Fan­tyna? Dla­czego aku­rat Fan­tyna? Po pro­stu nie znano innego jej imie­nia. W tym cza­sie, kiedy się uro­dziła, ist­niał jesz­cze dyrek­to­riat. Nie miała rodzin­nego nazwi­ska, bo nie miała rodziny, nie miała chrzest­nego imie­nia, bo nie było kościoła. Nazy­wała się tak, jak się podo­bało nazwać ją pierw­szemu lep­szemu, co ją spo­tkał malutką, idącą boso po ulicy. Imię to spa­dło na nią tak, jak spada na czoło woda z chmur pod­czas desz­czu. Nazwano ją małą Fan­tyną. Nikt nic wię­cej nie wie­dział. Takim to spo­so­bem to ludz­kie stwo­rze­nie wstą­piło w życie. W wieku dzie­cię­ciu lat Fan­tyna opu­ściła mia­sto i poszła na służbę do oko­licz­nych fer­me­rów. W pięt­na­stym roku życia udała się do Paryża, "szu­ka­jąc szczę­ścia". Fan­tyna była piękna i pozo­stała "czy­sta", jak tylko mogła naj­dłu­żej. Była to ładna blon­dynka z pięk­nymi zębami. W posagu miała złoto i perły. Ale złoto jej było na gło­wie, a perły w ustach.

Pra­co­wała na życie, potem - rów­nież dla życia, bo i życie ma swój głód - poko­chała.

Poko­chała Tholomy?s'a. Dla niego była to miłostka, dla niej praw­dziwa namięt­ność. Ulice dziel­nicy łaciń­skiej, wypeł­nione rojem stu­den­tów i gry­ze­tek, ujrzały począ­tek tego snu. W owym labi­ryn­cie wzgó­rza Pan­te­onu, gdzie zawią­zuje i roz­wią­zuje się tyle intryg, Fan­tyna długo ucie­kała od Tholomy?s'a, ale tak, że zawsze go spo­ty­kała. Ist­nieje bowiem spo­sób uni­ka­nia bar­dzo zbli­żony do szu­ka­nia. Krótko mówiąc, miała tu miej­sce schadzka.

Bla­che­velle, Listo­lier i Fameuil two­rzyli rodzaj grupy, któ­rej prze­wo­dził wła­śnie Tholomy?s. On to miał rozum!.

Był on typem wiecz­nego stu­denta. Był bogaty, miał cztery tysiące fran­ków dochodu - wielki skan­dal na górze św. Geno­wefy. Był to trzy­dzie­sto­letni męż­czy­zna, który uży­wał życia i źle się przy tym kon­ser­wo­wał. Nie miał już zębów, nato­miast miał zmarszczki i łysinę, o któ­rej sam wesoło opo­wia­dał: Łysina w trzy­dzie­stu, kolano w czter­dzie­stu. Dosyć źle tra­wił, a jedno oko wciąż mu łza­wiło. W miarę tego jed­nak, jak gasła mło­dość, powięk­szała się jesz­cze jego weso­łość: zęby zastę­po­wał kon­cep­tami, włosy weso­ło­ścią, zdro­wie iro­nią, a oko, które pła­kało, tak naprawdę wciąż się śmiało. Był znisz­czony, ale cały w kwia­tach. Mło­dość jego, koń­cząc się przed cza­sem, cofała się w dobrym stylu, śmie­jąc się tak gło­śno, że nikt tego nie zauwa­żał. Napi­sał sztukę, którą jed­nak odrzu­cono w teatrze Vau­de­ville. Od czasu do czasu ukła­dał też wier­sze. Oprócz tego nie wie­rzył w zupeł­nie nic; co w oczach sła­bych umy­słów jest wielką siłą. A zatem, jako iro­niczny i łysy, został przy­wódcą. "Iron" jest wyra­zem angiel­skim, który ozna­cza "żelazo". Czyżby iro­nia od tego miała pocho­dzić?

Pew­nego dnia Tholomy?s odpro­wa­dził na stronę swo­ich kole­gów i z gestem wyroczni rzekł do nich:

- Już pra­wie od roku Fan­tyna, Dalia, Zefina i Favo­urita pro­szą, byśmy im zro­bili jakąś nie­spo­dziankę. Uro­czy­ście im ją obie­ca­li­śmy. Wciąż o niej przy­po­mi­nają, szcze­gól­nie mnie. Tak jak w Neapolu stare kobiety wołają do świę­tego Janu­arego "Fac­cia gia­lutta, fa o mira­colo", czyli "twa­rzy żółta, uczyń cud", tak nasze kochanki mówią mi bez­u­stan­nie: "Tholomy?s, kiedy będzie nie­spo­dzianka?". Jed­no­cze­śnie piszą do nas nasi rodzice. Z obu stron nale­gają. Zdaje mi się, że nade­szła pora. Pomówmy o tym.

Tu Tholomy?s zni­żył głos i tajem­ni­czo wyrzekł coś tak weso­łego, że wszy­scy czte­rej naraz wybu­chli gło­śnym, szy­der­czym śmie­chem, a Bla­che­velle zawo­łał:

- To dopiero pomysł!

Doszedł­szy do jakie­goś peł­nego dymu szynku, weszli do niego i koniec ich narady pozo­stał tajem­nicą.

Wsku­tek tej narady czte­rej mło­dzi ludzie zapro­sili cztery młode dziew­częta na świetną zabawę, która miała miej­sce następ­nej nie­dzieli.

Rozdział III. Czterej i cztery

Roz­dział III

Czte­rej i cztery

Czym czter­dzie­ści lat temu była wiej­ska zabawa stu­den­tów i gry­ze­tek - czyli mło­dych pra­cow­nic domów mody - dzi­siaj już trudno sobie nawet wyobra­zić. Oko­lice Paryża nie są już takie same: postać tego, co można było nazwać oto­cze­niem Paryża, zupeł­nie zmie­niła się przez te kil­ka­dzie­siąt lat. Tam gdzie kie­dyś był kryty wózek o dwóch kołach, teraz jest wagon; gdzie był mały sta­tek, teraz jest duży sta­tek parowy; dzi­siaj mówi się Fécamp, tak jak daw­niej mówiono Saint-Cloud. Paryż 1862 roku jest to mia­sto, któ­rego oko­lice sta­nowi cała Fran­cja.

Cztery pary sumien­nie zażyły wszyst­kich przy­jem­no­ści wiej­skich, jakie tylko były wów­czas moż­liwe. Był to aku­rat począ­tek waka­cji, cie­pły i jasny, letni dzień. Poprzed­niego dnia Favo­urita, która jako jedyna umiała pisać, napi­sała do Tholomy?s'a, w imie­niu wszyst­kich czte­rech, te słowa: "Ranna godzina naj­po­myśl­niej­sza jest do prze­chadzki". Dla­tego też wszy­scy wstali o godzi­nie pią­tej, następ­nie zaś wóz­kiem na dwóch kołach udali się do Saint-Cloud, popa­trzyli na suchą kaskadę i zawo­łali: "Musi to być bar­dzo piękne, kiedy jest woda!". Śnia­da­nie zje­dli pod T?te-Noire, w wysa­dza­nych drze­wami uli­cach wiel­kiego basenu zagrali w pier­ście­nie, weszli na latar­nię Dio­ge­nesa, na moście S?vres zagrali w ruletę na maka­ro­niki, w Pute­aux zbie­rali kwiaty, w Neu­illy kupili fujarki; wszę­dzie zaś jedli cia­steczka z jabł­kami i byli naj­zu­peł­niej szczę­śliwi.

Dziew­częta szcze­bio­tały i hała­so­wały jak ptaszki, które wymknęły się z klatki. Sza­lały. Od czasu do czasu ude­rzały lekko ręką mło­dych ludzi. O, wio­senne upo­je­nie życiem! Zachwy­ca­jące lata! Skrzy­dełka ważki drżą. O, kim­kol­wiek jesteś, czy­tel­niku, czy pamię­tasz? Czy prze­cha­dza­łeś się kie­dyś wśród krza­ków, usu­wa­jąc gałę­zie przed śliczną główką, która szła za tobą? Czy zda­rzyło ci się pośli­znąć, śmie­jąc się, na jakiejś pochy­ło­ści mokrej od desz­czu, idąc z uko­chaną kobietą, która cię pod­trzy­muje za ramię i woła: "Ach, moje nowiut­kie trze­wiki! Co się z nimi stało!".

Nawet ta zabawna nie­przy­jem­ność, jaką jest ulewa, nie spo­tkała naszej gro­madki, cho­ciaż przed wyjaz­dem Favo­urita mówiła tonem dok­try­nal­nym i zara­zem macie­rzyń­skim: "Śli­maki prze­cha­dzają się po dro­dze. Oznaka desz­czu, moje dzieci".

Wszyst­kie cztery dziew­czyny były sza­le­nie ładne. Dobry kla­syczny poeta, słynny wów­czas poczci­wiec, który miał swoją Ele­onorę, kawa­ler de Labouїsse, prze­cha­dza­jąc się tego dnia pod kasz­ta­nami Saint-Cloud, ujrzał je, jak prze­cho­dziły koło godziny dzie­sią­tej rano i wykrzyk­nął "Jedna za wiele!", mając na myśli gra­cje. Favo­urita, przy­ja­ciółka Bla­che­velle'a, stara, co to już miała dwa­dzie­ścia trzy lata, bie­gła na prze­dzie pod wiel­kimi zie­lo­nymi gałę­ziami, prze­ska­ki­wała rowy, prze­sa­dzała krzaki i prze­wo­dziła mło­demu towa­rzy­stwu z zapa­łem mło­dej, leśnej bogini. Zefina i Dalia, któ­rych pięk­ność była tego rodzaju, że będąc jedna obok dru­giej, wza­jem­nie się dopeł­niały i pod­no­siły swą war­tość, wie­dzione instynk­tem kokie­te­rii bar­dziej jesz­cze niż przez przy­jaźń wciąż były razem i wspie­ra­jąc się jedna na dru­giej, przy­bie­rały angiel­skie pozy. Poka­zały się wła­śnie pierw­sze "keep­saki", melan­cho­lia zaczy­nała sta­wać się modna wśród kobiet, tak jak póź­niej baj­ro­nizm wśród męż­czyzn, i włosy płci pięk­nej zaczy­nały pła­cząco się opusz­czać. Zefina i Dalia ucze­sane były w dłu­gie loki. Listo­lier i Fameuil pro­wa­dzili mię­dzy sobą dys­ku­sję o swo­ich pro­fe­so­rach i tłu­ma­czyli Fan­ty­nie, jaka róż­nica zacho­dzi mię­dzy panem Delvin­co­urt a panem Blon­deau.

Bla­che­velle zda­wał się zaś stwo­rzony do tego, by w nie­dzielę nosić na swym ramie­niu tani szal Fawo­urity.

Tholomy?s szedł na końcu, panu­jąc nad całym gro­nem. Był bar­dzo wesoły, ale dało się w nim wyczuć wła­dzę; w weso­ło­ści jego prze­bi­jała się dyk­ta­tura. Ubrany był w spodnie mod­nego kroju, w nan­kin, ze strze­miącz­kami z mosięż­nej ple­cionki, a w ręku miał potężną trzcinę indyj­ską, war­to­ści dwu­stu fran­ków. Ponie­waż pozwa­lał sobie na wszystko, w ustach trzy­mał dziwną rzecz zwaną cyga­rem. Nie było dla niego niczego świę­tego, palił więc.

- Ten Tholomy?s jest zadzi­wia­jący - mówili inni z posza­no­wa­niem. - Jakie spodnie, jaka ener­gia!

Jeśli cho­dzi o Fan­tynę, to była uoso­bie­niem weso­ło­ści. Piękne jej ząbki miały widocz­nie wyzna­czoną przez Boga czyn­ność: śmiech. Chęt­niej nio­sła w ręku niż na gło­wie swój mały, słom­kowy kape­lusz, ozdo­biony dłu­gimi, bia­łymi wstę­gami. Jej dłu­gie, jasne włosy, łatwo się roz­wie­wa­jące i roz­wią­zu­jące - przez co cią­gle je trzeba było przy­pi­nać - przy­po­mi­nały ucieczkę Gala­tei pod wierz­bami. Jej różowe usta szcze­bio­tały z nie­wy­po­wie­dzia­nym wdzię­kiem. Kąciki ust, pod­nie­sione roz­kosz­nie jak w sta­ro­żyt­nych gło­wach Ery­gony, zda­wały się zachę­cać do zuchwal­stwa, ale dłu­gie, peł­nie cie­nia rzęsy opusz­czały się skrom­nie ponad tą wrzawą dol­nej czę­ści twa­rzy, jak gdyby nawo­łu­jąc do porządku. W całym jej stroju było coś śpiew­nego i pro­mie­nie­ją­cego. Miała na sobie suk­nię lila, małe, bru­natno-czer­wone trze­wiki, od któ­rych wstą­żeczki krzy­żo­wały się w X na ażu­ro­wej, bia­łej poń­czoszce, i ów rodzaj spen­cerka z muślinu, wyna­lazku mar­syl­skiego, któ­rego nazwa, kanezu - pocho­dząca od wyrazu quinze ao?t, źle wyma­wia­nego - ozna­cza piękną pogodę, upał i połu­dnie. Towa­rzyszki jej, jak już wspo­mi­na­li­śmy, mniej nie­śmiałe, były zupeł­nie wygor­so­wane, co latem, przy kape­lu­szach okry­tych kwia­tami, dodaje wiele wdzięku i zalot­no­ści; ale obok tych śmia­łych stro­jów kanezu Fan­tiny, ze swą prze­zro­czy­sto­ścią, ze swoją tajem­ni­czo­ścią, a jed­no­cze­śnie spe­cy­ficzną gada­tli­wo­ścią, wyda­wało się być wyzy­wa­ją­cym pomy­słem przy­zwo­ito­ści. Słynny nie­gdyś try­bu­nał miło­ści, któ­remu prze­wod­ni­czyła hra­bina Cette, o oczach koloru morza, byłby może przy­znał nawet nagrodę kokie­te­rii owemu kanezu, które ubie­gało się prze­cież o nagrodę skrom­no­ści. To, co naj­bar­dziej naiwne, jest cza­sem naj­bar­dziej sku­teczne, zda­rza się tak.

Miała jasną twarz, deli­katny pro­fil, ciem­no­nie­bie­skie oczy, wiel­kie powieki, białą skórę, przez którą widoczne były nie­bie­skie żyłki, zgrabne nogi i ręce, świeże i deli­katne policzki, szyję mocną jak u Junony z Eginy, giętki i silny kark, jak gdyby wymo­de­lo­wany dło­nią Coustou, z roz­kosz­nym doł­kiem, który prze­glą­dał się spod muślinu. Prze­bi­jało z niej zarówno uspo­so­bie­nie do czę­stej zadumy jak i do weso­ło­ści; deli­katna i jak gdyby wyrzeź­biona, taka była Fan­tyna. Pod tymi wstę­gami i gał­gan­kami można było odgad­nąć posąg, a w tym posągu - duszę.

Fan­tyna była piękna, nie bar­dzo zda­jąc sobie z tego sprawę. Rzadcy myśli­ciele, tajem­ni­czy kapłani piękna, któ­rzy w mil­cze­niu porów­nują każdą rzecz z ide­ałem pięk­no­ści, dopa­trzy­liby się w tej małej robot­nicy, poza jej prze­zro­czy­sto­ścią pary­skiego wdzięku, sta­ro­żytną i natchnioną eufo­nię. W tej córce ciem­no­ści widać było rasę. Pięk­ność jej była dwo­ja­kiego rodzaju: był w niej zarówno styl, jak i rytm. Ten pierw­szy jest kształ­tem ide­ału, drugi - jego ruchem.

Mówi­li­śmy już, że Fan­tyna była uoso­bie­niem weso­ło­ści, trzeba jesz­cze dodać, że była także uoso­bie­niem wsty­dli­wo­ści.

Uważny badacz dostrzegłby w niej - prze­bi­ja­jący przez całe to upo­je­nie wie­kiem, porami roku i miłost­kami - nie­za­tarty wyraz skrom­no­ści i wsty­dli­wo­ści. Wyglą­dała na tro­chę zdzi­wioną. To zdzi­wie­nie jest odcie­niem nie­win­no­ści, który różni Psy­che od Wenus. Fan­tyna miała dłu­gie i cien­kie palce westalki, która złotą szpilką poru­sza żywioły świę­tego ognia. Cho­ciaż niczego nie odmó­wiła Tholomy?s'owi - o czym póź­niej aż za bar­dzo się prze­ko­namy - jej twarz w spo­czynku była zupeł­nie dzie­wi­cza; w pew­nych chwi­lach poja­wiał się na niej rodzaj poważ­nej, nie­mal suro­wej god­no­ści. Spra­wiało to dziwne, a zara­zem nie­po­ko­jące wra­że­nie: jej radość nagle zni­kała, a sku­piona myśl nastę­po­wała bez­po­śred­nio po weso­ło­ści. Nagła ta powaga, nace­cho­wana cza­sem suro­wo­ścią, przy­po­mi­nała pogardę bogini. Mię­dzy czo­łem, nosem a pod­bród­kiem pano­wała owa rów­no­waga linii, zupeł­nie różna od rów­no­wagi pro­por­cji i będąca źró­dłem har­mo­nii twa­rzy. W cha­rak­te­ry­stycz­nym odstę­pie, który oddziela pod­stawę nosa od wierzch­niej wargi, miało ona owo nie­do­strze­galne, a śliczne zagię­cie, tajem­ni­czy znak czy­sto­ści, który nie­gdyś wzbu­dził w Rudo­bro­dym miłość do Diany, wydo­by­tej w Iko­nium.

Miłość jest błę­dem - niech i tak będzie. Fan­tyna była więc nie­win­no­ścią pły­wa­jącą po powierzchni błędu.

Rozdział IV. Thlolomye's jest tak wesoły, że śpiewa hiszpańską piosenkę

Roz­dział IV

Thlo­lo­mye's jest tak wesoły, że śpiewa hisz­pań­ską pio­senkę

Dzień ten od początku do końca był pro­mienny jak zorza. Cała przy­roda zda­wała się śmiać i wese­lić. Ogrody Saint Cloud roz­le­wały swą woń; lekki powiew wia­tru znad Sekwany lekko poru­szał liśćmi i gałę­ziami, psz­czoły rabo­wały jaśminy, a motyle obsia­dały krwaw­niki, koni­czyny i dzi­kie owsy. Po wspa­nia­łym parku króla snuły się też tłumy oko­licz­nych włó­czę­gów, czyli ptaki.

Cztery wesołe pary jaśniały, zle­wa­jąc się z pro­mie­niami słońca, z polami, kwia­tami i drze­wami.

W tej wspól­no­ści raju, roz­ma­wia­jąc, śmie­jąc się, śpie­wa­jąc, bie­ga­jąc, tań­cząc, polu­jąc na motyle, zry­wa­jąc blusz­cze i mocząc ażu­rowe poń­czoszki w wyso­kiej tra­wie, świeże, pło­che i wcale nie surowe, wszyst­kie dziew­czyny dawały się tro­chę cało­wać, z wyjąt­kiem Fan­tyny, która jak zawsze zamy­kała się w swym nie­okre­ślo­nym opo­rze zamy­śle­nia i dzi­ko­ści, i która jako jedyna kochała.

- Ty - mówiła jej Favo­urita - jesteś zawsze jakaś taka inna.

To zawsze są roz­ko­sze. Prze­cho­dzące je szczę­śliwe pary sil­nie odwo­łują się do życia i przy­rody i zewsząd wydo­by­wają świa­tło oraz piesz­czotę. Była podobno raz pewna wróżka, która stwo­rzyła łąki i drzewa spe­cjal­nie dla zako­cha­nych. Stąd owe stu­denc­kie wałę­sa­nie się kochan­ków po krza­kach, które zawsze ist­nieje i ist­nieć będzie dopóty, dopóki będą stu­denci i krzaki. Stąd też popu­lar­ność wio­sny u myśli­cieli. Patry­cjusz i ślu­sarz, książę, par i urzęd­nik sądowy, ludzie dworu i ludzie mia­sta, jak ich kie­dyś nazy­wano - wszy­scy są słu­gami tej samej wróżki. Śmieją się, szu­kają, w powie­trzu czuć jasność apo­te­ozy. A jakże miłość prze­obraża! Depen­denci adwo­ka­tów zamie­niają się w bogów. A małe krzyki, goni­twy po tra­wie, kibić chwy­tana w locie, ów nie­zro­zu­miały język będący muzyką, owo ubó­stwia­nie, które się prze­ja­wia w spo­so­bie wymó­wie­nia jed­nej sylaby, owe wiśnie wyry­wane z ust do ust - wszystko to pali się pło­mie­niem i wznosi aż pod nie­biosa. Piękne dziew­częta trwo­nią same sie­bie, bo zdaje im się, że to się ni­gdy nie skoń­czy. Filo­zo­fo­wie, poeci i mala­rze patrzą na te sza­leń­stwa i nie wie­dzą, co z nimi począć, tak to ich olśniewa. "Wyjazd do Cytery!", woła Wat­teau; Lan­cret, malarz chłop­skiego stanu, przy­pa­truje się swym oby­wa­te­lom ula­tu­ją­cym w błę­kity, Dide­rot podaje rękę tym wszyst­kim miłost­kom, a Urfé mie­sza do nich dru­idów.

Po śnia­da­niu cztery pary udały się do tak zwa­nego kwia­to­wego ogrodu króla, aby obej­rzeć świeżo przy­byłą z Indii roślinę, któ­rej nazwy nie przy­po­mi­nam sobie w tej chwili, a która w tym cza­sie ścią­gała cały Paryż do Saint-Claude: był to dzi­waczny, śliczny krzew o wyso­kiej łody­dze, któ­rego nie­zli­czone, postrzę­pione, bez­listne gałązki pokryte były milio­nami małych, bia­łych róży­czek, co nada­wało krza­kowi pozór gęstej czu­pryny, prze­ty­ka­nej kwia­tami. Przed krze­wem usta­wiały się zawsze tłumy podzi­wia­ją­cych go osób.

Po obej­rze­niu krzewu Tholomy?s zawo­łał:

- Ja ofia­ruję osły!

I umó­wiw­szy się co do ceny z wła­ści­cie­lem osłów, wró­cili przez Vanvres i Issy. W Issy spo­tkała ich nie­spo­dzianka. Park, wła­sność naro­dowa, będąca wów­czas w posia­da­niu liwe­ranta Bour­guin, przy­pad­kiem był otwarty. Cztery pary weszły do ogrodu, zwie­dziły mane­kina ana­cho­rety w jego gro­cie, spró­bo­wały tajem­ni­czych skut­ków słyn­nego gabi­netu zwier­cia­deł, będą­cego zresztą niczym innym jak lubieżną samo­łówką, godną satyra, co stał się milio­ne­rem, lub też Tur­ca­reta, prze­obra­żo­nego w Priapa. Zaznali także przy­jem­no­ści, jaką daje huś­tawka siat­kowa, zawie­szona mię­dzy dwoma kasz­ta­nami, które opie­wał książę Ber­nis. Dziew­częta huś­tały się jedna po dru­giej, co było powo­dem ogól­nego śmie­chu z powodu wielu wypad­ków z zagiętą fałdą lub uno­szącą się sukienką. Malarz Jean-Bap­tise Greuze z pew­no­ścią pod­chwy­ciłby tę scenę: Tulu­zań­czyk Tholomy?s, po czę­ści Hisz­pan - Tuluza jest bowiem kuzynką Tolozy - śpie­wał na melan­cho­liczną nutę starą pięść galicką, któ­rej inspi­ra­cją zapewne była jakaś piękna dziew­czyna, z całych sił pod­rzu­cana w górę na sznu­rze mię­dzy dwoma drze­wami:

Soy de Bada­joz

Amor me Ilama

Toda mi alma

Es en mi ojos

Porque ense­nas

A tus pier­nas

Jedna tylko Fan­tyna nie chciała się huś­tać.

Po roz­sta­niu się z osłami, nastą­piła nowa radość: prze­pły­nięto Sekwanę na łodzi i z Passy pie­szo udano się do roga­tek Eto­ile. Mło­dzież nasz, jeżeli sobie przy­po­mi­namy, była na nogach od pią­tej rano, ale ba, "nie ma zmę­cze­nia w nie­dzielę", jak twier­dziła Favo­urita, w nie­dzielę zmę­cze­nie nie pra­cuje. Koło trze­ciej godziny cztery pary, upo­jone szczę­ściem, scho­dziły się z rosyj­skiej góry, szcze­gól­nej budowy, która zaj­mo­wała wów­czas wynio­sło­ści Beau­jon i któ­rej węży­ko­watą linię widać było ponad drze­wami Pól Eli­zej­skich.

Od czasu do czasu Favo­urita wołała:

- A nie­spo­dzianka? Chcę nie­spo­dzianki!

- Cier­pli­wo­ści - odpo­wia­dał Tholomy?s.

Rozdział V. Bombardy

Roz­dział V

Bom­bardy

Nasy­ciw­szy się rosyj­skimi górami, pomy­ślano o obie­dzie i cała roz­pro­mie­niona ósemka, tro­chę w końcu zmę­czona, zatrzy­mała się w szyn­kowni Bom­bardy, którą na Polach Eli­zej­skich zało­żył Bom­barda, wła­ści­ciel owej słyn­nej restau­ra­cji przy ulicy Rivoli, obok pasażu Delorme.

Knajpa z powodu nie­dzieli była prze­peł­niona i musiano zgo­dzić się na to pomiesz­cze­nie, które zostało. Był to wielki, ale brzydki pokój, z alkową i łóż­kiem w głębi, oraz dwoma oknami, z któ­rych mię­dzy wią­zami widać było bieg rzeki; wspa­niały pro­mień sierp­nio­wego słońca muskał szyby. Były tu także dwa stoły: na jed­nym z nich znaj­do­wała się trium­falna góra bukie­tów, pomie­sza­nych z dam­skimi i męskimi kape­lu­szami, przy dru­gim usia­dły cztery pary, dookoła przy­jem­nie wyglą­da­ją­cego stosu pół­mi­sków, tale­rzy, szkla­nek i bute­lek. Dzbany piwa mie­szały się tutaj z butel­kami wina - mało porządku na stole, tro­chę nie­po­rządku pod sto­łem, jak powiada Molier: Ils faisa­ient sous la table/ Un bruit, un tri­que-trac de pieds épouvantable.

W takim wła­śnie sta­nie o godzi­nie wpół do pią­tej wie­czo­rem znaj­do­wała się sie­lanka, roz­po­częta o pią­tej rano. Słońce miało się już ku zacho­dowi, ape­tyt przy­ga­sał.

Pola Eli­zej­skie, pełne słońca i kurzu, były tylko świa­tłem i kurzawą: dwoma rze­czami, z któ­rych składa się sława. Konie z Marly, owe rżące mar­mury, wspi­nały się wśród zło­tej chmury, a powozy prze­su­wały się w róż­nych kie­run­kach. Szwa­dron pięk­nych gwar­dzi­stów, z trąbką na czele, jechał aleją Neu­illy; na kopule Tuiler­jów powie­wała biała cho­rą­giew zaró­żo­wiona od zacho­dzą­cego słońca. Plac Zgody, wów­czas ponow­nie nazy­wany pla­cem Ludwika XVI, prze­peł­niony był weso­łymi spa­ce­ro­wi­czami. Wielu z nich miało srebrny kwiat lilii, zawie­szony na bia­łej moro­wej wstążce, która w 1817 roku nie­zu­peł­nie jesz­cze zni­kła z pętlic. Tu i ówdzie prze­chod­nie two­rzyli okrąg i przy­kla­ski­wali dziew­czyn­kom, które dono­śnie wyśpie­wy­wały słynną wów­czas pio­senkę bur­boń­ską, mającą na celu zdru­zgo­tać pamięć stu dni. Jej zwrotka miała takie słowa:

"Oddaj­cie nam naszego ojca z Gan­dawy, oddaj­cie nam naszego ojca".

Gro­mady wystro­jo­nych miesz­kań­ców przed­mieść - cza­sami nawet, tak jak i miesz­cza­nie, noszą­cych kwiat lilii - snuły się po wiel­kim ogro­dzie i placu Mari­gny, grały w pier­ścień i krę­cili się na drew­nia­nych koniach karu­zeli. Inni znowu pili, jak na przy­kład ter­mi­na­to­rzy dru­kar­scy, któ­rzy nosili na gło­wach czapki z papieru i gło­śno się śmiali. Wszyst­kie twa­rze były roz­pro­mie­nione. Był to nie­za­prze­cza­nie czas pokoju i głę­bo­kiej pew­no­ści roja­li­stycz­nej; była to epoka, w któ­rej pre­fekt poli­cji Angl?s, swój szcze­gó­łowy i tajny raport skie­ro­wany do króla, a doty­czący sytu­acji na przed­mie­ściach Paryża, zakoń­czył sło­wami: "Wszystko dobrze roz­wa­żyw­szy, mój Naj­ja­śniej­szy Panie, stwier­dzam, że nie ma się czego oba­wiać ze strony tych ludzi. Są nie­dbali i ospali jak koty. Na pro­win­cjach gmin jest ruchliwy, ale w Paryżu nie. Wszystko to nie­wielcy ludzie, Naj­ja­śniej­szy Panie, trzeba by dwóch ludzi, by poko­nać jed­nego gre­na­diera. Nie ma żad­nej obawy ze strony lud­no­ści sto­licy. Rze­czą godną uwagi jest, że liczba tej lud­no­ści zmniej­szyła się jesz­cze od lat pięć­dzie­się­ciu i lud przed­mieść Paryża jest teraz mniej liczny jak przed rewo­lu­cją. Nie jest on nie­bez­pieczny. Sło­wem: jest to dobry motłoch".

Żeby kot mógł się prze­mie­nić w lwa, pre­fek­towi poli­cji wyda­wało się rze­czą nie­moż­liwą - tak jed­nak jest i to jest cudowną stroną pary­skiego ludu. Zresztą, kot tak pogar­dzany przez hra­biego Angl?sa, był sza­no­wany w sta­ro­żyt­nych repu­bli­kach: w ich oczach był on wcie­le­niem wol­no­ści, i jak gdyby dla towa­rzy­stwa bez­skrzy­dłej Minerwy w Pireus na placu publicz­nym w Koryn­cie stał kolos z brązu, wyobra­ża­jący kota. Naiwna poli­cja okresu restau­ra­cji widziała lud Paryża w zbyt jasnych bar­wach. Nie był to wcale, jak jej się zda­wało, "dobry motłoch". Pary­ża­nin tak się ma do Fran­cuza, jak ateń­czyk do Greka: nikt lepiej nie śpi od niego, nikt nie jest bar­dziej pło­chy i leniwy, nikt lepiej zdaje się nie zapo­mi­nać. Nie należy jed­nak temu ufać - zdolny jest on do wszel­kiego rodzaju nie­dbal­stwa, ale jeżeli cho­dzi o sławę, staje się zadzi­wia­jący we wszel­kiego rodzaju unie­sie­niach. Daj­cie mu pikę, zrobi to, co 10 sierp­nia, daj­cie mu fuzję, będzie­cie mieli Auster­litz. Jest on punk­tem opar­cia dla Napo­le­ona, i źró­dłem siły dla Dan­tona. Cho­dzi o ojczy­znę? On zaciąga się do woj­ska. Cho­dzi o wol­ność? On roz­biera bruk. Ostroż­nie! Jego pełne gniewu włosy są boha­ter­skie, jego bluza układa się w fałdy sta­ro­żyt­nej szaty. Strzeż­cie się! Z pierw­szej lep­szej ulicy Grenétata zrobi widły kau­dyń­skie. Kiedy wybije godzina, ten przed­miesz­cza­nin zacznie rosnąć, ten nie­wielki czło­wiek powsta­nie i spoj­rzy strasz­nym wzro­kiem. Oddech jego zamieni się w burzę, a z wątłej piersi dobę­dzie się tyle siły, by poru­szyć załomy Alp. Dzięki przed­miesz­cza­ninowi Paryża, rewo­lu­cja, połą­czyw­szy się z woj­skiem, zdo­była Europę. On śpiewa, bo to jego przy­jem­ność. Zasto­suj­cie jego pio­senkę do jego natury, a zoba­czy­cie. Dopóki śpiewa tylko Car­ma­gnole, obala jedy­nie Ludwika XVI, daj­cie mu zaśpie­wać Mar­sy­liankę, a oswo­bo­dzi cały świat.

Napi­saw­szy tę notkę na mar­gi­ne­sie raportu Angles'a, wra­camy do naszych czte­rech par. Obiad, jak już mówi­li­śmy, miał się ku koń­cowi.

Rozdział VI. Rozdział, w którym się ubóstwiają

Roz­dział VI

Roz­dział, w któ­rym się ubó­stwiają

Gawęda przy stole i słowa miło­ści są bar­dzo podobne - jedno i dru­gie jest rów­nie nie­uchwytne: słowa miło­ści to mgły, gawęda przy stole to dymy.

Fameuil i Dalia nucili; Tholomy?s pił, Zefina śmiała się, a Fan­tyna tylko uśmie­chała. Listo­lier grał na drew­nia­nej trąbce kupio­nej w Saint-Cloud. Favo­urita czule patrzyła na Bla­che­velle'a i mówiła:

- Bla­che­velle, ubó­stwiam cię.

To zro­dziło pyta­nie Bla­che­velle'a:

- Co byś zro­biła, gdy­bym prze­stał cię kochać?

- Ach, nawet tak nie żar­tuj! - zawo­łała Favo­urita. - Gdy­byś prze­stał mnie kochać, rzu­ci­ła­bym się na cie­bie, podra­pa­ła­bym cię, poszar­pała i wrzu­ci­ła­bym do wody albo kaza­ła­bym cię aresz­to­wać.

Bla­che­velle uśmiech­nął się z roz­koszną zaro­zu­mia­ło­ścią czło­wieka, któ­rego miłość wła­sną połech­tano. Favo­urita mówiła tym­cza­sem dalej:

- Tak, wezwa­ła­bym wartę! Ach, nie myśl, że bym się wsty­dziła, łotrze!

Bla­che­velle, zachwy­cony, odrzu­cił się w tył na krze­śle i z dumną miną zamknął oczy.

Dalia, nie prze­sta­jąc jeść i korzy­sta­jąc z hałasu, cicho rze­kła do Favo­urity:

- Tak ty go kochasz, twego Bla­che­velle'a?

- Nie cier­pię go - pew­nie odpo­wie­działa Favo­urita, bio­rąc znowu wide­lec do ręki. - Jest skąpy. Kocham tego małego, co mieszka naprze­ciwko mnie. Ten młody czło­wiek ma bar­dzo przy­jemną powierz­chow­ność, znasz go może? Widać zaraz po nim, że ma ochotę na zawód aktora. A ja lubię akto­rów. Jak tylko wraca z mia­sta, matka jego powiada: "Ach, mój Boże! Już po moim spo­koju! Znowu będzie krzy­czał. Ależ, mój przy­ja­cielu, roze­rwiesz mi głowę". Krzy­czy tak dla­tego, że on idzie na strych, gdzie są szczury, chowa się do ciem­nych kątów, wcho­dzi, jak może naj­wy­żej i śpiewa tam albo dekla­muje - czy ja to wiem? Sły­chać go aż z dołu. Zara­bia już dwa­dzie­ścia sous dzien­nie, pisząc u adwo­kata jakieś pisma pro­ce­sowe. Jest synem daw­nego śpie­waka z Saint-Jacques w Haut-Pas. Ach, bar­dzo jest przy­jemny. A tak mnie ubó­stwia, że pew­nego razu, widząc mnie robiącą cia­sto na nale­śniki, powie­dział: "Panienko, zrób pączki z ręka­wi­czek two­ich, a zjem je". Tylko arty­ści potra­fią mówić takie rze­czy. Ach, bar­dzo jest miły! Czuję, że będę sza­lała za tym małym! Ale to nic, mówię Bla­che­velle'owi, że go kocham. Jak ja kła­mię! Hę? Jak ja kła­mię!

Favo­urita zatrzy­mała się na chwilę, a potem mówiła dalej:

- Wiesz, Dalio, smutno mi. Całe lato deszcz padał, a wiatr drażni mnie, wiatr nie roz­pę­dza zło­ści, Bla­che­velle jest strasz­nym sknerą, na rynku dostać można, co naj­wy­żej, zie­lo­nego groszku, nie wia­domo, co jeść. Mam splin, jak powia­dają Anglicy. I masło takie dro­gie! A przy tym widzisz, to coś okrop­nego: jemy obiad w pokoju, gdzie stoi łóżko! To mi obrzy­dza życie.

Rozdział VII. Mądrość Thlolomye's'a

Roz­dział VII

Mądrość Thlo­lo­mye's'a

Tym­cza­sem jedni śpie­wali, dru­dzy, prze­krzy­ku­jąc się, roz­ma­wiali; nie było sły­chać niczego oprócz wrzawy. Nagle głos zabrał Tholomy?s:

- Nie mówmy ani zbyt prędko, ani bez namy­słu. Zasta­nówmy się naj­pierw, jeżeli chcemy kogoś olśnić. Za dużo impro­wi­za­cji wyczer­puje umysł. Na miej­scu kamień obra­sta. Połączmy maje­stat z pija­tyką, jedzmy z namy­słem i ucztujmy powoli. Spójrz­cie na wio­snę: jeżeli się śpie­szy, prze­pada, bo mar­z­nie. Zby­tek gor­li­wo­ści gubi także drzewa brzo­skwi­niowe i more­lowe. Zby­tek gor­li­wo­ści zabija wdzięk i przy­jem­ność dobrych obia­dów. Bez gor­li­wo­ści, pano­wie! Gri­mod de la Reyni?re jest tegoż zda­nia co i Tal­ley­rand.

Głu­chy rokosz ode­zwał się w gro­nie:

- Tholomy?s, zostaw nas w spo­koju - rzekł Bla­che­velle.

- Precz z tyra­nem! - wtó­ro­wał mu Fameuil.

- Bom­barda, bie­siada i pija­tyka! - skan­do­wał Listo­lier.

- Nie­dziela ist­nieje - dodał Fameuil.

- Jeste­śmy wstrze­mięź­liwi - stwier­dził Listo­lier.

- Tholomy?s, popatrz na mój spo­kój (mon calme) - rzekł Bla­che­velle.

- Z tytu­łem mar­kiza - odpo­wie­dział Tholomy?s.

Ta nie­szcze­gólna gra słów wywarła sku­tek, jaki wywarłby kamień ciśnięty w kałużę. Mar­kiz de Mont­calm był słyn­nym wów­czas roja­li­stą. Wszyst­kie żaby więc teraz umil­kły.

- Przy­ja­ciele! - zawo­łał Tholomy?s gło­sem czło­wieka, który na nowo chwyta w swe ręce wła­dzę - uspo­kój­cie się. Nie trzeba ze zbyt wiel­kim zdu­mie­niem przyj­mo­wać tego kalam­buru spa­da­ją­cego z nieba. Wszystko, co spa­dło w taki spo­sób, nie­ko­niecz­nie zasłu­guje na zapał i sza­cu­nek. Kalam­bur jest jak eks­kre­menty lecą­cego dow­cipu. Kon­cept spada gdzie­kol­wiek bądź; a dow­cip, zro­dziw­szy głup­stwo, leci dalej i zagłę­bia się w błę­kity. Bia­ława plama, która osia­dła na skale, nie prze­szka­dza wcale bujać kon­do­rowi. Daleki jestem od tego, by znie­wa­żać kalam­bur! Sza­nuję go o tyle, o ile na to zasłu­guje, i nic wię­cej. Co tylko jest naj­do­stoj­niej­szego, naj­szczyt­niej­szego, i naj­pięk­niej­szego w ludz­ko­ści, a może nawet i poza ludz­ko­ścią, zaba­wiało się grą słów. Jezus Chry­stus zro­bił kalam­bur ze świę­tego Pio­tra, Moj­żesz z Iza­aka, Ajschy­los z Poly­nika, Kle­opa­tra z Okta­wiu­sza. A zważ­cie, pro­szę, że kalam­bur z Kle­opa­try wyprze­dził bitwę pod Actium, i że bez niego nikt by nie zapa­mię­tał mia­sta Toryne, nazwy grec­kiej, która ozna­cza warze­chę. Zgo­dziw­szy się na to, wra­cam do swo­jej prze­strogi. Moi bra­cia, powta­rzam raz jesz­cze: bez pośpie­chu, bez zbytku, nawet w dow­cipnych słów­kach, weso­ło­ści, rado­ści i grze słów. Słu­chaj­cie mnie, bo mam prze­zor­ność Amphia­rausa, a łysinę Cezara. Musi być gra­nica, nawet w rebu­sach. Est modus in rebus. Musi być gra­nica nawet w obia­dach. Lubi­cie cia­steczka z jabł­kiem, piękne panie, ale nie nad­uży­waj­cie ich. Nawet w kwe­stii cia­stek potrzeba zdro­wego roz­sądku i umie­jęt­no­ści. Żar­łocz­ność każe żar­łoka. Gula karze Gulaxa. Nie­straw­no­ści Bóg pole­cił mora­li­zo­wać żołądki. I zapa­mię­taj­cie to: każda z naszych namięt­no­ści, nawet miłość, ma żołą­dek, któ­rego nie trzeba zby­tecz­nie napeł­niać. W każ­dej rze­czy trzeba umieć w porę wymó­wić słowo finis. Trzeba umieć się powstrzy­mać, kiedy jest to konieczne, zasu­nąć rygiel przed ape­ty­tem, fan­ta­zję zamknąć do kozy i sie­bie samego oddać pod straż. Mądry jest ten, który w danej chwili potrafi sie­bie samego powścią­gnąć. Słu­cha­łem tro­chę prawa, jak o tym świad­czą moje egza­miny, wiem, jaka zacho­dzi róż­nica mię­dzy sprawą pod­nie­sioną a będącą w zawie­sze­niu. Bro­ni­łem po łaci­nie roz­prawy o spo­so­bie, w jaki zada­wano tor­tury w Rzy­mie za cza­sów, kiedy Muna­tius Demens był kwe­sto­rem Par­ri­ci­dii, mam też być dok­to­rem. Zdaje się, że z tego wszyst­kiego wcale nie wynika, że koniecz­nie jestem głup­cem. Zale­cam wam umiar­ko­wa­nie w żądzach waszych. Jak jestem Feliks Tholomy?s, mówię dobrze. Szczę­śliwy ten, który, kiedy wybije godzina, ma odwagę zde­cy­do­wać się i abdy­kuje, jak Sylla i Ori­ge­nes.

Favo­utita słu­chała tego wszyst­kiego z głę­boką uwagą:

- Feliks! - rze­kła teraz - co za śliczne imię! Lubię to imię! To po łaci­nie. To zna­czy "szczę­śliwy".

Tholomy?s mówił dalej:

- Moi przy­ja­ciele! Czy chce­cie nie czuć żad­nego żądła, obcho­dzić się bez mał­żeń­stwa i śmiało sta­wić czoła miło­ści? Nic łatwiej­szego. Oto recepta: limo­niada, nad­mierne ćwi­cze­nie ciała, przy­mu­sowa praca. Pij­cie sale­trowe napoje i napary z grzy­bie­nia, sma­kuj­cie w emul­sjach z maku i nie­po­ka­lanka pospo­li­tego, zapraw­cie to wszystko ści­słą dietą. Kiedy będzie­cie umie­rać z głodu, dołącz­cie do tego zimne kąpiele, opa­ski z ziół, przy­kła­da­nie oło­wiu, obmy­wa­nie się pły­nem Saturna i napary octowe.

- Ja wolę kobietę - rzekł Listo­lier.

- Kobietę! - odrzekł Tholomy?s - strzeż­cie się jej. Kobieta jest prze­wrotna i pod­stępna. Nie­na­wi­dzi węża przez zazdrość, że ten trudni się tym samym rze­mio­słem co i ona. Wąż to inny sklep naprze­ciwko.

- Tholomy?s! - zawo­łał Bla­che­velle - jesteś pijany!

- Spo­dzie­wam się - odparł Tholomy?s.

- To bądź wesoły - pole­cił Bla­che­velle.

- Zgoda - przy­stał na to Tholomy?s i napeł­niw­szy swą szklankę, powstał:

- Sława dobremu winu! Nunc te! Bac­che, canam! Prze­pra­szam, moje panie, to po hisz­pań­sku. A dowód na to taki: jaki naród, takie beczki. W Kasty­lii zawiera ona szes­na­ście litrów, w Ali­cante dwa­na­ście, na Wyspach Kana­ryj­skich dwa­dzie­ścia pięć, na Pół­wy­spie Ibe­ryj­kim dwa­dzie­ścia sześć, a beczka cara Pio­tra: trzy­dzie­ści! Piękne panie, mam dla was przy­ja­ciel­ską radę: może­cie się poza­mie­niać na sąsia­dów, przez pomyłkę, jeżeli się wam podoba. Błą­dze­nie jest prze­cież wła­ści­wo­ścią miło­ści. Miłostka nie na to jest, by miała nik­czem­nieć i peł­zać po ziemi, jak angiel­ska słu­żąca, która od szo­ro­wa­nia ma już odci­ski na kola­nach. Nie do tego ona stwo­rzona: słodka miłostka stwo­rzona jest po to, by wesoło się błą­kała. Powia­dają: błą­dzić jest rze­czą ludzką; ja zaś powia­dam - błą­dzić jest rze­czą miło­ści. Moje panie, kocham was wszyst­kie. O Zefino, o Jose­phino, twa­rzyczka twa bar­dziej niż milutka, byłaby prze­śliczna, gdyby nie była krzywa. Wyglą­dasz tak, jak gdyby na twej bla­dej twa­rzy ktoś siadł przez nie­uwagę. Co do Favo­urity: o nimfy i muzy! Pew­nego dnia, kiedy Bla­che­velle prze­ska­ki­wał rynsz­tok ulicy Guérin-Bois­seau, ujrzał piękną dziew­czynę, która mu poka­zy­wała swe nóżki w bia­łych, dobrze nacią­gnię­tych poń­czo­chach. Podo­bało mu się to i Bla­che­velle się zako­chał. Ta, którą poko­chał, nazy­wała się Favo­uritą. O Favo­urito, masz pań­skie usta. Był pewien malarz grecki, nazy­wa­jący się Eupho­rion, któ­rego nazwano mala­rzem ust. Ten tylko Grek byłby godzien odma­lo­wać twoje usta. Posłu­chaj! Przed tobą nie było istoty god­nej tego nazwi­ska! Jesteś stwo­rzona do tego, by otrzy­my­wać jabłko jak Wenus albo zja­dać je jak Ewa. Pięk­ność od cie­bie się zaczyna. Wspo­mnia­łem o Ewie, a to ty stwo­rzy­łaś ją. Ty zasłu­gu­jesz na patent stwo­rze­nia ład­nej kobiety. O Favo­urito, prze­staję mówić do was "ty", bo prze­cho­dzę z poezji do prozy. Przed chwilą mówi­łaś o moim imie­niu. Roz­czu­liło mnie to: ale mimo wszystko, nie ufajmy imio­nom. Mogą się mylić. Nazy­wam się Feliks, a nie jestem szczę­śliwy! Słowa kła­mią. Nie bierzmy na ślepo wska­zó­wek, które nam podają. Pomy­liłby się ten, kto chciałby wypi­sać dla sie­bie korki z Li?ge, choć li?ge zna­czy korek, albo ten, kto chciałby uzy­skać ręka­wiczki z Pau, choć peau ozna­cza skórę. Miss Dalia, na waszym miej­scu nazy­wał­bym się Różą. Tak jak trzeba, by kwiat miał przy­jemny zapach, tak trzeba, by kobieta miała dow­cip. Nic nie mówię o Fan­ty­nie: jest to marzy­cielka, zamy­ślona, sen­sy­tywna, jest to widmo mające postać nimfy, a skrom­ność zakon­nicy. Zabłą­kała się w życie gry­zetki, ale szuka ucieczki w złu­dze­niach. Śpiewa, modli się, patrzy w błę­kity, sama nie bar­dzo wie­dząc, co robi. Z oczami utkwio­nymi w niebo, błą­dzi po ogro­dzie, gdzie wię­cej jest pta­ków niż być ich może! O Fan­tyno, wiedz o tym: ja, Tholomy?s, jestem złu­dze­niem; ale ona mnie nie sły­szy nawet, jasno­włose dziew­czę uro­je­nia! Zresztą, wszystko w niej jest świe­żo­ścią, sło­dy­czą, mło­do­ścią, łagod­nym świa­tłem poran­nym. O Fan­tyno, zasłu­gu­jesz na to, by się nazy­wać Mar­ge­ritą lub Perłą, jesteś kobietą naj­pięk­niej­szego Wschodu! Druga rada dla was, panie: nie wychodź­cie za mąż, mał­żeń­stwo jest bowiem jak szcze­pie­nie: przyj­muje się dobrze lub źle. Nie nara­żaj­cie się na nie­bez­pie­czeń­stwo. Ale, ba! Po co ja to mówię! Szkoda moich słów. Dziew­częta są nie­po­prawne w kwe­stii mał­żeń­stwa, i choć­by­śmy nie wiem, co mówili, my, mędrcy, nie prze­szko­dzi to szwacz­kom i haftar­kom marzyć o obsy­pa­nych dia­men­tami mężach. Niech­że i tak będzie, ale moje piękne, zapa­mię­taj­cie to jedno: za wiele cukru jada­cie. Jedną tylko macie wadę, o kobiety: gry­zie­cie cukier. O płci gry­ząca, twoje małe ząbki zanadto lubią cukier. Otóż posłu­chaj­cie: cukier jest solą. Wszelka sól działa zaś wysu­sza­jąco. Cukier zaś jest ze wszyst­kich soli naj­bar­dziej wysu­sza­jący. Wyciąga z żył płynne czę­ści krwi, stąd skrze­pie­nie, a potem stward­nie­nie krwi. Stąd tuber­kuły w płu­cach, stąd w końcu śmierć. I dla­tego to cukrzyca gra­ni­czy z sucho­tami. A zatem nie gryź­cie cukru, a będzie­cie żyły! Teraz zwra­cam się do męż­czyzn: pano­wie, pod­bi­jaj­cie serca! Bez żad­nych wyrzu­tów sumie­nia okra­daj­cie jeden dru­giemu kochanki. Na prze­mian. W miło­ści nie ma przy­ja­ciół. Gdzie tylko jest ładna kobieta, tam wojna wypo­wie­dziana. Wojna do upa­dłego, bez miło­sier­dzia! Piękna kobieta to casus belli, piękna kobieta to gorący uczy­nek. Powo­dem wszyst­kich najaz­dów w histo­rii były spód­niczki. Kobieta jest pra­wem męż­czyzny. Romu­lus pory­wał Sabinki, Wil­helm pory­wał Sak­sonki, Cezar pory­wał Rzy­mianki. Czło­wiek, który nie jest kochany, krąży jak jastrząb nad kochan­kami innych. Jeśli o mnie cho­dzi, wszyst­kim tym nie­szczę­śli­wym, któ­rzy są wdow­cami, rzu­cam szczytne słowa pro­kla­ma­cji Bona­par­tego do armii wło­skiej: "Żoł­nie­rze, wam bra­kuje wszyst­kiego; nie­przy­ja­ciel ma wszystko".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Księga I: Fantyna

KSIĘGA I: FAN­TYNA

Rozdział I. Myriel

Roz­dział I

Myriel

W roku 1815 bisku­pem w Digne był Karol Fran­ci­szek Ludo­mił Myriel, sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­letni sta­rzec, który owo sta­no­wi­sko zaj­mo­wał od 1806 roku.

Cho­ciaż szcze­gół ten w zasa­dzie nie doty­czy tego, co zamie­rzam tu opo­wie­dzieć, należy się mimo wszystko - dla samej tylko dokład­no­ści - wspo­mnieć o pogło­skach i plot­kach, które krą­żyły o bisku­pie w chwili, kiedy ten przy­był do swo­jej die­ce­zji. To bowiem, co ludzie mówią o innych - nie­za­leż­nie od tego, czy jest prawdą, czy też fał­szem - czę­sto tyle samo zna­czy w ich życiu i taki sam ma wpływ na ich losy, jak ich czyny.

Myriel był synem radcy par­la­mentu w Aix, nale­żał zatem do szlachty urzęd­ni­czej. Powia­dano, że ojciec, który prze­zna­czył go na swego spad­ko­biercę, bar­dzo młodo go oże­nił, bowiem już w osiem­na­stym czy też dwu­dzie­stym roku życia, zgod­nie zresztą ze zwy­cza­jem upo­wszech­nio­nym mię­dzy rodzi­nami urzęd­ni­ków par­la­mentu. Pomimo tego mał­żeń­stwa wiele mówiono o Karolu Myrielu: choć nie­zbyt wysoki, pozo­sta­wał jed­nak przy­stojny, ubie­rał się wykwint­nie, a przy tym był dow­cipny i uprzejmy, całą zaś pierw­szą część swego życia poświę­cił światu i miłost­kom. Kiedy jed­nak nade­szła rewo­lu­cja i wypadki szybko po sobie nastę­po­wały, dzie­siąt­ko­wane i prze­śla­do­wane rodziny urzęd­ni­cze roz­pierz­chły się na wszyst­kie strony. Karol Myriel rów­nież wyemi­gro­wał w pierw­szych dniach rewo­lu­cji do Włoch. Tam na suchoty, na które cier­piała zresztą od dawna, umarła jego żona. Dzieci nie mieli, Myriel został więc sam. Jakie koleje losu prze­cho­dził? Skąd zro­dziło się w nim pra­gnie­nie samot­no­ści, izo­la­cji od świata? Czy jego powo­dem był upa­dek daw­nego spo­łe­czeń­stwa fran­cu­skiego, roz­pad wła­snej rodziny, czy też tra­giczne zda­rze­nia 93 roku, okrop­niej­sze jesz­cze może dla emi­gran­tów dla­tego, że oglą­dali je z daleka, przez zwięk­szone szkła stra­chu? Czy wśród tych roz­ry­wek i kon­tak­tów, które dotąd wypeł­niały jego życie, nagle został ugo­dzony jed­nym z tych tajem­ni­czych, strasz­nych cio­sów, które tra­fia­jąc w samo serce, oba­lają czło­wieka, nawet takiego, któ­rym nie zdo­ła­łyby wstrzą­snąć ani kata­strofy spo­łeczne, ani utrata majątku? Nikt nie potra­fiłby chyba na te pyta­nia odpo­wie­dzieć - jak­kol­wiek by jed­nak nie było, kiedy Myriel wró­cił z Włoch, był już księ­dzem.

W 1804 roku był już pro­bosz­czem w Bri­gno­les. Był stary i pro­wa­dził życie bar­dzo odosob­nione.

Pew­nego razu jakaś nie­znana bli­żej sprawa pro­bo­stwa spro­wa­dziła go do Paryża, gdzie aku­rat odby­wała się koro­na­cja. Oprócz innych zna­ko­mi­tych osób, do któ­rych uda­wał się z proś­bami od swych para­fian, Myriel gościł także u kar­dy­nała Fescha. Któ­re­goś dnia, kiedy cesarz odwie­dzał swego wuja, zastał w jego przed­po­koju zacnego pro­bosz­cza, ocze­ku­ją­cego tutaj na audien­cję. Napo­leon, widząc, że sta­rzec przy­gląda mu się z nie­ukry­waną cie­ka­wo­ścią, odwró­cił się i gwał­tow­nie spy­tał:

- Cóż to za poczci­wiec tak mi się przy­pa­truje?

- Naj­ja­śniej­szy panie - rzekł Myriel - wy patrzy­cie na poczciwca, ja zaś na boha­tera. Każdy z nas może na tym sko­rzy­stać.

Tego samego wie­czoru cesarz wypy­tał kar­dy­nała o nazwi­sko pro­bosz­cza i wkrótce potem Myriel - z wiel­kim zresztą zdzi­wie­niem - dowie­dział się, że mia­no­wano go bisku­pem w Digne.

Nie wia­domo, ile było prawdy w tym, co roz­po­wia­dano o pierw­szej poło­wie życia Myriela. Nikt nie mógł tym infor­ma­cjom zaprze­czyć lub ich potwier­dzić, ponie­waż mało osób znało jego rodzinę przed rewo­lu­cją.

Myriela spo­tkał więc taki los, jaki czeka każ­dego nowego przy­by­łego do mia­steczka, w któ­rym wiele jest ust do mówie­nia, nato­miast mało głów do myśle­nia. Nie unik­nął tego prze­zna­cze­nia pomimo faktu, że był bisku­pem - a może raczej dla­tego wła­śnie, że był bisku­pem. Inna sprawa, że plotki, z któ­rymi łączono jego imię, były tylko plot­kami, sło­wami, wyra­zami, a nawet mniej niż sło­wami, jak powiada ener­giczny język połu­dnia.

Bądź co bądź, po dzie­wię­ciu latach biskup­stwa i rezy­den­cji w Digne wszyst­kie te opo­wie­ści i tematy roz­mów, które począt­kowo zaj­mują małe mia­steczka i małych ludzi, poszły wresz­cie w głę­bo­kie zapo­mnie­nie. Nikt nie śmiałby już nie tylko o nich mówić, lecz nawet i o nich pamię­tać.

Myriel przy­był do Digne w towa­rzy­stwie swej młod­szej o dzie­sięć lat sio­stry Bap­ty­sty, pozo­sta­ją­cej starą panną. Oboje mieli tylko jedną słu­żącą, w tym samym wieku co i Bap­ty­sta. Pani Maglo­ire, która daw­niej słu­żyła tylko pro­bosz­czowi, teraz speł­niała więc podwójną funk­cję: słu­żą­cej panienki i gospo­dyni Jego Wie­leb­no­ści.

Bap­ty­sta była kobietą wysoką, bladą, szczu­płą, o łagod­nym uspo­so­bie­niu: sta­no­wiła ide­alny przy­kład tego, co rozu­miemy przez okre­śle­nie "godna sza­cunku". Okre­śle­nie czci­godna nie paso­wało do niej jedy­nie dla­tego, że aby zasłu­żyć na miano czci­god­nej, trzeba chyba koniecz­nie być matką.

Nie była ładna, ale całe jej życie - będące jed­nym cią­giem dobrych uczyn­ków - rzu­ciło na jej postać pewien blask, spe­cy­ficzną jasność, i sta­rze­jąc się, sta­wała się piękna pięk­no­ścią swo­jej dobroci. To, co w mło­do­ści nazy­wało się chu­do­ścią, teraz zamie­niło się w pew­nego rodzaju prze­zro­czy­stość, z któ­rej prze­glą­dał już tylko anioł. Istota jej zda­wała się stwo­rzona z cie­nia - tyle tylko zawie­rała ciała, by zazna­czyć w nim płeć; ot tro­chę mate­rii zawie­ra­ją­cej świa­tło. Wiel­kie jej oczy zawsze były spusz­czone, zapewne z tego powodu, by dusza pozo­stała na ziemi.

Pani Maglo­ire była nato­miast małą sta­ruszką, białą, tłu­stą i pulchną, zawsze zajętą i zawsze zdy­szaną - to ostat­nie zarówno przez jej bez­u­stanny ruch, jak i z powodu astmy, na którą od dawna cier­piała.

Kiedy Myriel wraz z nimi przy­był do mia­steczka, uro­czy­ście objął w posia­da­nie swój biskupi pałac, zewsząd zaś odda­wano mu honory, zgod­nie zresztą z cesar­skim dekre­tem, który wyzna­cza bisku­powi miej­sce bez­po­śred­nio po gene­rale. Mer i pre­zy­dent zło­żyli mu pierw­szą wizytę, on z kolei zło­żył swoją pierw­szą wizytę gene­ra­łowi i pre­fek­towi.

Po całej cere­mo­nii Myrie­lowi pozo­sta­wało jedy­nie dać się poznać miesz­kań­com ze swo­ich czy­nów.

Rozdział II. Myriel zostaje Jego Wielebnością Ludomiłem

Roz­dział II

Myriel zostaje Jego Wie­leb­no­ścią Ludo­mi­łem

Pałac biskupi był pięk­nym, obszer­nym gma­chem z kamie­nia, wznie­sio­nym na początku ostat­niego stu­le­cia przez Hen­ryka Pugeta, dok­tora teo­lo­gii fakul­tetu pary­skiego, księ­dza Simore, który był tutaj bisku­pem w 1712 roku. Pałac ten był praw­dzi­wym pała­cem pań­skim, wszystko w nim bowiem po pań­sku wyglą­dało: apar­ta­menty biskupa, salony, pokoje, główny, bar­dzo sze­roki dzie­dzi­niec z arka­dami, zapro­jek­to­wa­nymi według daw­nej mody flo­ren­tyń­skiej; ogrody, w któ­rych rosły piękne drzewa. Była tu także sala jadalna, długa i wspa­niała kom­nata, znaj­du­jąca się na dol­nym pię­trze i wycho­dząca na wspo­mniane ogrody. W niej to wła­śnie 29 lipca 1714 roku Hen­ryk Puget oso­bi­ście podej­mo­wał wielu zna­mie­ni­tych gości: Karola Br?lart de Gen­lis, księ­cia arcy­bi­skupa d'Embrun; Anto­niego de Mes­gri­gni, kapu­cyna, biskupa w Grasse; Filipa de Vendôme, wiel­kiego prze­ora Fran­cji, opata św. Hono­rego z Lérins; Fran­ciszka Ber­tona z Gril­lon, biskupa barona z Vence; Ceza­rego de Sabran de For­cal­gnier, biskupa pana na Gland?re i Jana Soanen, księ­dza ora­to­rium, zwy­kłego kazno­dzieję kró­lew­skiego, biskupa pana na Senez; por­trety tych sied­miu wie­leb­nych osób zdo­biły tę salę, a pamiętna data 29 lipca 1714 roku wyryta była zło­tymi lite­rami na stole z bia­łego mar­muru.

Do pałacu przy­le­gał szpi­tal: niski, cia­sny jed­no­pię­trowy domek z małym ogro­dem.

Do niego wła­śnie w trzy dni po swoim przy­by­ciu do mia­sta w zstą­pił biskup. Po skoń­czo­nych odwie­dzi­nach zapro­sił dyrek­tora do sie­bie:

- Panie dyrek­to­rze, ilu cho­rych ma pan teraz u sie­bie? - zapy­tał.

- Dwu­dzie­stu sze­ściu.

- Tak, wła­śnie tylu ich nali­czy­łem - potwier­dził Myriel.

- Jest cia­sno, dla­tego też łóżka stoją bar­dzo bli­sko sie­bie.

- To rów­nież zauwa­ży­łem - zgo­dził się biskup.

- W dodatku są to bar­dziej pokoje niż sale i trudno odświe­żać w nich powie­trze - wyja­śniał dalej dyrek­tor.

- To samo i ja sobie powta­rza­łem.

- Pod­czas zarazy nie wia­domo, co począć, kiedy mamy stu cho­rych naraz... Tym­cza­sem tego roku mie­li­śmy tu tyfus, a dwa lata temu febrę.

- To także przy­szło mi na myśl.

- Ale cóż począć, Wasza Wie­leb­ność? - reto­rycz­nie spy­tał dyrek­tor - trzeba robić, co się da.

Roz­mowa, która miała miej­sce w sali jadal­nej, została na moment zawie­szona. Po chwili jed­nak biskup prze­rwał mil­cze­nie i zwró­cił się do swego roz­mówcy:

- Jak pan myśli: ile łóżek zmie­ści­łoby się w tej tutaj tylko sali?

- W jadal­nej sali Waszej Wie­leb­no­ści!? - zawo­łał dyrek­tor w osłu­pie­niu. Biskup tym­cza­sem prze­bie­gał pomiesz­cze­nie wzro­kiem, zda­jąc się coś liczyć i mie­rzyć.

- Zmie­ści­łoby się dwa­dzie­ścia łóżek - rzekł jak gdyby do sie­bie, a potem, pod­no­sząc głos, dodał:

- Wie­cie, co wam powiem, panie dyrek­to­rze szpi­tala? Zaszła tu widoczna pomyłka: wy w licz­bie dwu­dzie­stu sze­ściu osób mie­ści­cie się tam w pię­ciu czy sze­ściu poko­jach, a nas troje tutaj miej­sca mamy tyle, że star­czy­łoby i dla sześć­dzie­się­ciu osób. Tak, zaszła tu pomyłka, powia­dam panu: pan ma moje miesz­ka­nie, a ja pana. Oddaj­cie mi mój dom, ten bowiem do was należy.

Naza­jutrz dwu­dzie­stu sze­ściu bied­nych cho­rych prze­nio­sło się do bisku­piego pałacu, a biskup zajął szpi­tal.

Myriel nie posia­dał wła­snego majątku, rodzina jego została bowiem zruj­no­wana przez rewo­lu­cję. Jego sio­stra pobie­rała doży­wot­nią pen­sję w wyso­ko­ści pię­ciu­set fran­ków, które wystar­czały jej na oso­bi­ste wydatki. Myrie­lowi zaś, z racji spra­wo­wa­nej funk­cji, przy­słu­gi­wało od pań­stwa pięt­na­ście tysięcy fran­ków. Tego dnia, kiedy prze­niósł się do szpi­tala, Myriel raz na zawsze prze­zna­czył tę sumę na nastę­pu­jący uży­tek. Przy­ta­czamy tutaj notatkę, skre­śloną jego wła­sną ręką:

Małe semi­na­rium: tysiąc pięć­set fran­ków

Kon­gre­ga­cja myśli: sto fran­ków

Na laza­ry­stów Mont­di­dier: sto fran­ków

Semi­na­rium misji zagra­nicz­nych w Paryżu: dwie­ście fran­ków

Kon­gre­ga­cja św. Ducha: sto pięć­dzie­siąt fran­ków

Duchowne zakłady w Ziemi Świę­tej: sto fran­ków

Sto­wa­rzy­sze­nie miło­ści macie­rzyń­skiej: trzy­sta fran­ków

Takież sto­wa­rzy­sze­nie w Arles: pięć­dzie­siąt fran­ków

Na sprawę polep­sze­nia warun­ków życia w wię­zie­niach: czte­ry­sta fran­ków

Na sprawę pomocy i oswo­bo­dze­nia więź­niów: pięć­set fran­ków

Na uwol­nie­nie ojców rodzin wię­zio­nych za długi: tysiąc fran­ków

Doda­tek do pen­sji nauczy­cieli szkó­łek w die­ce­zji: dwa tysiące fran­ków

Maga­zyny pań­stwowe w gór­nych Alpach: sto fran­ków

Kon­gre­ga­cja dam w D. w Mano­sque i Siste­ron dla bez­płat­nej nauki ubo­gich dziew­cząt: tysiąc pięć­set fran­ków

Na ubo­gich: sześć tysięcy fran­ków:

Mój oso­bi­sty wyda­tek: tysiąc fran­ków

W swym posta­no­wie­niu nie zmie­nił niczego przez cały czas spra­wo­wa­nia swego urzędu. Nazy­wał je ure­gu­lo­wa­niem wydat­ków domu swego.

Bap­ty­sta przy­jęła roz­po­rzą­dze­nie brata z naj­więk­szą ule­gło­ścią. Dla niej Myriel był zresztą nie tylko bra­tem, ale i bisku­pem; przy­ja­cie­lem przez zwią­zek krwi, lecz i zwierzch­ni­kiem przez Kościół. Kochała go i czciła zara­zem. Kiedy mówił, potwier­dzała jego słowa, kiedy dzia­łał, dopo­ma­gała mu w czy­nach. Jedy­nie słu­żąca, pani Maglo­ire, tro­chę szem­rała, że biskup prze­zna­czył dla sie­bie tylko tysiąc fran­ków, co razem z pen­sją Bap­ty­sty dawało zale­d­wie tysiąc pięć­set fran­ków. Z tej sumy musiały utrzy­mać się dwie stare kobiety i jeden sta­rzec. Dzięki mądrej admi­ni­stra­cji Bap­ty­sty i suro­wej oszczęd­no­ści słu­żą­cej biskup miał jed­nak w dodatku jesz­cze na tyle zapa­sów, że zawsze mógł ugo­ścić jakie­goś przy­by­łego do mia­sta, wiej­skiego pro­bosz­cza.

Pew­nego dnia, mniej wię­cej po trzech mie­sią­cach od przy­by­cia całej trójki do Digne, biskup oznaj­mił:

- Mimo wszystko, wiele mi bra­kuje!

- Spo­dzie­wam się! - zawo­łała pani Maglo­ire - Wasza Wie­leb­ność nie dopo­mi­nała się nawet o to, co się jej należy na koszt powozu w mie­ście i objaz­dów po die­ce­zji. Tym­cza­sem było to w zwy­czaju daw­nych bisku­pów.

- A prawda! - zgo­dził się biskup - Macie słusz­ność, pani Maglo­ire.

I rze­czy­wi­ście upo­mniał się o swoje pie­nią­dze.

W jakiś czas póź­niej rada główna, czy­niąc zadość tej proś­bie, zapi­sała sumę trzech tysięcy fran­ków pod nastę­pu­jącą rubryką: suma wyzna­czona na koszta powozu, koszta poczty i koszta objaz­dów po die­ce­zji.

Miej­scowa bur­żu­azja pod­nio­sła z tego powodu wielki krzyk, przy tej oka­zji pewien sena­tor cesar­stwa, dawny czło­nek Rady Pię­ciu­set, przy­chylny osiem­na­stemu Bru­ma­ire'owi i posia­da­jący nie­opo­dal mia­sta Digne wspa­niałą posia­dłość, napi­sał do odpo­wied­niego mini­stra, Bigot'a de Préameneu, poufny list, z któ­rego zacy­tu­jemy parę słów:

Koszta powo­zowe? Po co to w mie­ście, liczą­cym nie­spełna cztery tysiące miesz­kań­ców? Koszta objaz­dów? Po pierw­sze: po co te objazdy? I jakim spo­so­bem jeź­dzić wozem w tych górach? Nie ma dróg. Może doje­chać tylko konno. Nawet po moście na Durance pod Château-Arnoux zale­d­wie wózki zaprzę­gnięte wołami prze­cho­dzić mogą. Wszy­scy ci księża podobni są do sie­bie: chciwi i skąpi. Ten z początku uda­wał apo­stoła. Teraz jed­nak robi się jak inni, trzeba mu karety. Trzeba mu prze­py­chu, jak daw­nym bisku­pom! Och, wszy­scy ci popi! Panie hra­bio, dotąd nie będzie dobrze, dokąd cesarz nie uwolni nas od tych kle­chów. Precz z papie­żem! Co do mnie, jestem za samym ceza­rem, itd.

Pani Maglo­ire prze­ciw­nie, bar­dzo się z pomy­słu ucie­szyła:

- Dobrze - rze­kła do panny Bap­ty­sty - Jego Wie­leb­ność zaczął od innych, musiał zatem skoń­czyć na sobie. Wszyst­kie swe potrzeby pły­nące z miło­sier­dzia zaspo­koił. Te trzy tysiące fran­ków to już dla nas! Naresz­cie!

Tego samego wie­czoru biskup napi­sał nastę­pu­jący rachu­nek, po czym prze­ka­zał go sio­strze:

Na bulion mię­sny dla pacjen­tów szpi­tala: tysiąc pięć­set fran­ków

Na sto­wa­rzy­sze­nie macie­rzyń­skiej opieki w Aix: dwie­ście pięć­dzie­siąt fran­ków

Na pod­rzut­ków: pięć­set fran­ków

Na sie­roty: pięć­set fran­ków

Ogó­łem: trzy tysiące fran­ków

Takie były posta­no­wie­nia Myriela.

Jeśli cho­dzi o dodat­kowe dochody biskupa, te uzy­ski­wane z zapo­wie­dzi, dys­pens, chrztów, kazań, świę­ceń kościo­łów i kaplic oraz ślu­bów, biskup pobie­rał je od boga­tych z tak wiel­kim zapa­łem, z jakim póź­niej roz­da­wał je bied­nym.

W krót­kim cza­sie zaczęły napły­wać rów­nież pie­niężne ofiary. Ci, któ­rzy mieli, i ci, któ­rym bra­ko­wało, uda­wali się do Myriela: jedni z jał­mużną, inni po jał­mużnę. W nie­spełna rok biskup stał się skarb­ni­kiem wszyst­kich dobro­dziejstw i kasje­rem wszyst­kich nie­szczęść. Przez jego ręce prze­cho­dziły znaczne sumy, lecz on sam ni­gdy nie zmie­nił niczego w swoim spo­so­bie życia, ni­gdy nie spra­wił sobie żad­nej zby­tecz­nej rze­czy, jedy­nie te, które uwa­żał za konieczne.

Prze­ciw­nie nawet: ponie­waż zawsze wię­cej jest nędzy u dołu niż bra­ter­stwa u góry, wszystko było roz­dane - jeśli można się tak wyra­zić - zanim zostało otrzy­mane. Było to tro­chę jak lanie wody na suchą zie­mię: na próżno odbie­rał pie­nią­dze, bo i tak ni­gdy ich nie miał. Wów­czas obdzie­rał z nich sie­bie.

Ist­nieje zwy­czaj, że biskupi wymie­niają swoje chrzestne imię na czele swych roz­ka­zów lub listów paster­skich. Biedni miej­scowi ludzie, wie­dzieni instynk­tem i uczu­ciem, spo­śród imion biskupa wybrali te, które jako jedyne miało dla nich jakieś zna­cze­nie: nie nazy­wali go więc ina­czej, jak bisku­pem Ludo­mi­łem. My rów­nież tak będziemy go nazy­wać, tym bar­dziej że nazwa ta podo­bała się i jemu.

- Lubię to imię - powta­rzał - Ludo­mił łago­dzi Wie­leb­ność.

Nie utrzy­mu­jemy jed­nak, że por­tret, który tutaj nakre­śli­li­śmy, jest zupeł­nie zgodny z prawdą; na pewno jest jed­nak do niej zbli­żony.

Rozdział III. Dobremu biskupowi ciężkie jest biskupstwo

Roz­dział III

Dobremu bisku­powi cięż­kie jest biskup­stwo

Biskup wpraw­dzie prze­zna­czył powo­zowe pie­nią­dze na jał­mużnę dla bied­nych, nie­mniej i tak objeż­dżał swoje biskup­stwo. Tym­cza­sem objazd po die­ce­zji w tym mie­ście rze­czy­wi­ście bar­dzo był męczący: mało w nim płasz­czyzn, za to mnó­stwo gór, zaś wła­ści­wych dróg, jak widzie­li­śmy, nie ma pra­wie wcale. Zwie­dzić zaś trzeba było trzy­dzie­ści dwa pro­bo­stwa, czter­dzie­ści jeden wika­ria­tów i dwie­ście osiem­dzie­siąt filii. Biskup Ludo­mił dawał jed­nak temu wszyst­kiemu radę. Jeżeli miej­sco­wość znaj­do­wała się bli­sko, szedł pie­chotą, jeżeli cho­dziło o płasz­czyznę, jechał kariolką, jeśli zaś prze­być miał płasz­czyznę, uda­wał się tam spe­cjal­nym gór­skim powo­zem. Obie kobiety prze­waż­nie mu towa­rzy­szyły, w przy­padku jed­nak, kiedy podróż była zbyt uciąż­liwa, jechał sam.

Pew­nego dnia wje­chał na ośle do Senez, sta­ro­żyt­nego bisku­piego mia­sta. Finanse jego, zupeł­nie w tej chwili wyczer­pane, nie pozwa­lały mu na inny spo­sób podró­żo­wa­nia. Mer mia­sta wyszedł na jego spo­tka­nie i zgor­szo­nym wzro­kiem patrzył na biskupa zła­żą­cego z osła. Kilku miesz­kań­ców mia­sta śmiało się zaś, spo­glą­da­jąc na ten widok.

- Panie merze - rzekł tym­cza­sem biskup - widzę, że gor­szę tak was, jak i tych panów, wydaje się wam, że biedny ksiądz grze­szy wielką pychą, pozwa­la­jąc sobie na spo­sób jazdy, któ­rego uży­wał sam Chry­stus. Zapew­niam was jed­nak, że zro­bi­łem to z koniecz­no­ści, nie zaś przez żadną próż­ność.

Dla tych, któ­rych odwie­dzał, zawsze był zresztą łagodny i pobłaż­liwy, wię­cej mówił, niż nauczał, zaś w swo­ich wywo­dach posłu­gi­wał się naj­prost­szymi, zro­zu­mia­łymi dla wszyst­kich przy­kła­dami. Miesz­kań­com jed­nej oko­licy sta­wiał za wzór oko­licę sąsied­nią. Tam gdzie widział brak współ­czu­cia dla potrze­bu­ją­cych, powta­rzał na przy­kład:

- Spójrz­cie na miesz­kań­ców Brian­con. Ubo­gim, sie­ro­tom i wdo­wom pozwo­lili kosić łąki o trzy dni wcze­śniej niż innym. Odbu­do­wują rów­nież bez­płat­nie ich zruj­no­wane domy. Toteż Bóg im bło­go­sławi, od stu lat nie było tam ani jed­nego mor­dercy.

We wsiach, któ­rych miesz­kańcy byli chciwi na zysk i żniwo, mówił z kolei tak:

- Patrz­cie na Embrun. Tam jeśli pod­czas żniw jakiś ojciec rodziny ma swo­ich synów na służ­bie lub w woj­sku, sam zaś jest chory lub zatrud­niony u kogoś innego, wów­czas pro­boszcz poleca go para­fia­nom pod­czas kaza­nia: w nie­dzielę, po mszy, wszy­scy miesz­kańcy wio­ski, męż­czyźni, kobiety i dzieci udają się na pole owego bie­daka, koszą zboże i odwożą do jego sto­doły ziarno oraz słomę.

Do rodzin, żyją­cych ze sobą w nie­zgo­dzie, kłó­cą­cych się o pie­nią­dze oraz spadki, prze­ma­wiał tak:

- Patrz­cie na górali w Devolny... Kraj to dziki, nie usły­szysz tam sło­wika nawet raz na pięć­dzie­siąt lat. A gdy tam w jakiejś rodzi­nie umrze ojciec, chłopcy zaraz idą w świat za zarob­kiem, mają­tek swój pozo­sta­wia­jąc dziew­czę­tom, by te mogły zna­leźć sobie mężów.

W okrę­gach, któ­rych miesz­kańcy wyka­zy­wali upodo­ba­nie do pro­ce­sów, ruj­nu­jąc się tym samym przez coraz to nowe sprawy sądowe, biskup mówił:

- Patrz­cie na poczci­wych chłop­ców doliny Quey­ras. Jest ich tam trzy tysiące dusz! Mój Boże, to tak, jakby jakieś małe pań­stewko! Tym­cza­sem nie znają tam ani sędziego, ani woź­nego, wszystko bowiem zała­twia mer. On nakłada podatki, on każ­dego sumien­nie roz­li­cza, on też bez­płat­nie roz­są­dza kłót­nie, roz­dziela ojco­wi­zny, nie pobie­ra­jąc za to opłaty, wydaje wyroki - rów­nież bez żad­nych kosz­tów. Słu­chają go tam, ponie­waż jest czło­wie­kiem spra­wie­dli­wym, ludzie zaś są szcze­rzy i pro­ści.

Tam, gdzie nie znaj­do­wał nauczy­ciela szkółki, wska­zy­wał na miesz­kań­ców Quey­rasu:

- Wie­cie, jak oni robią? - pytał - Ponie­waż mała wio­ska nie może wyży­wić nauczy­ciela, mają więc nauczy­cieli, któ­rych opłaca cała dolina i któ­rzy obcho­dzą wio­ski, pozo­sta­jąc przez tydzień w jed­nej, a w dru­giej, na przy­kład, przez dzie­sięć dni. I uczą. Nauczy­ciele ci cho­dzą po jar­mar­kach, gdzie sam ich widzia­łem; można ich poznać po pió­rach do pisa­nia, które noszą przy kape­lu­szach. Ci, co uczą jedy­nie czy­tać, mają tylko jedno pióro, ci, co uczą jesz­cze licze­nia, mają dwa pióra, ci wresz­cie, któ­rzy uczą czy­ta­nia, licze­nia i łaciny, mają trzy pióra. I ci są już bar­dzo uczeni. A jaki to prze­cież wstyd nic nie umieć! Zrób­cie tak jak miesz­kańcy Quey­rasu.

Wszystko to mówił poważ­nie, po ojcow­sku, jako przy­kłady wybie­rał para­bole idące wprost do celu. Mało przy tym uży­wał pojęć, a wię­cej obra­zów, co przy­po­mi­nało naukę samego Chry­stusa, pły­nącą z głę­bo­kiego prze­ko­na­nia i tym samym prze­ko­nu­jącą.

Rozdział IV. Dzieła podobne do słów

Roz­dział IV

Dzieła podobne do słów

W roz­mo­wie biskup Ludo­mił był uprzejmy i wesoły. Dosto­so­wy­wał się do umy­słów dwóch sta­rych kobiet, które przy nim żyły: kiedy się śmiał, był to śmiech stu­denta.

Pani Maglo­ire chęt­nie nazy­wała go Jego Wiel­ko­ścią. Pew­nego dnia biskup wstał z fotela i udał się po znaj­du­jącą się w biblio­teczce książkę, która jed­nak leżała na jed­nej z gór­nych pó­łek i któ­rej nie mógł przez to dosię­gnąć.

- Pani Maglo­ire, podaj­cie mi krze­sło - popro­sił - Jego Wiel­kość nie sięga tej półki.

Innym razem biskup gościł swoją daleką krewną, hra­binę de Lô, która nie zanie­dby­wała żad­nej spo­sob­no­ści, by wyli­czać - jak je nazy­wała - nadzieje zwią­zane z trzema jej synami. Miała kilku bar­dzo sta­rych i sto­ją­cych już nad gro­bem krew­nych, któ­rych naj­bliż­szymi spad­ko­bier­cami byli wła­śnie jej syno­wie. Naj­młod­szy z nich miał po jed­nej z babć wziąć dobre sto tysięcy fran­ków, dru­giemu miał się dostać tytuł księ­cia po wuju, trzeci zaś był spad­ko­biercą paro­stwa po dziadku. Biskup zwy­kle słu­chał w mil­cze­niu tych nie­win­nych, macie­rzyń­skich prze­chwa­łek. Tego razu zda­wał się jed­nak bar­dziej niż zwy­kle zamy­ślony, pod­czas kiedy pani Lô szcze­gó­łowo wyli­czała wszyst­kie te poten­cjalne suk­cesy i nadzieje. Spo­strze­gł­szy to, prze­rwała i rze­kła z pewną nie­cier­pli­wo­ścią:

- Mój Boże, kuzy­nie, nad czym ty tak myślisz?

- Myślę - odparł biskup - o czymś szcze­gól­nym, a co, jak mi się wydaje, znaj­duje się u św. Augu­styna: "Nadzieje swoje pokła­daj­cie w tym, po któ­rym nie obej­mie­cie spadku".

Jesz­cze innym razem, otrzy­maw­szy zawia­do­mie­nie o śmierci pew­nego szlach­cica w oko­licy, przy któ­rym znaj­do­wała się nie tylko lista god­no­ści zmar­łego, ale także lista tytu­łów feu­dal­nych i szla­chec­kich wszyst­kich jego krew­nych, biskup Ludo­mił zawo­łał:

- Jaki mocny kark ma śmierć! Co za cię­żar tytu­łów potrafi udźwi­gnąć! Ileż to sprytu mają ludzie, że potra­fią tak zużyt­ko­wać grób na korzyść próż­no­ści!

Przy odpo­wied­niej spo­sob­no­ści zawsze potra­fił łagod­nie zażar­to­wać, zaś żart jego pra­wie za każ­dym razem niósł ze sobą jakieś głęb­sze zna­cze­nie. Kie­dyś, pod­czas postu, do mia­sta przy­był pewien młody wika­riusz i wygło­sił kaza­nie w kate­drze. Był przy tym dość wymowny. Przed­mio­tem jego mowy było miło­sier­dzie. Wzy­wał więc boga­tych, by wspie­rali ubo­gich w celu unik­nię­cia pie­kła, które przed­sta­wił, jak tylko umiał naj­strasz­li­wiej, i dla zasłu­że­nia na niebo, które odma­lo­wał jako miej­sce zachwy­ca­jące i przez wszyst­kich pożą­dane. Mię­dzy słu­cha­czami znaj­do­wał się także pewien dawny kupiec - a tro­chę także i lichwiarz - znany wszyst­kim Géborand, który na swoim han­dlu zaro­bił dwa miliony. Mimo to ni­gdy jesz­cze nie obda­rzył on jał­mużną żad­nego ubo­giego. Po tym kaza­niu zauwa­żono jed­nak, że co nie­dzielę dawał jed­nego sous sta­rym żebracz­kom, sie­dzą­cym przed kościo­łem. Sousem tym dzie­liło się ich sześć. Pew­nego dnia biskup spo­strzegł kupca dają­cego ową jał­mużnę i z uśmie­chem rzekł do sio­stry:

- Pan Géborand kupuje raj za sousa.

Jeżeli cho­dziło o miło­sier­dzie, biskup nie cofał się nawet przed odmową i potra­fił mówić wów­czas rze­czy, które dawały do myśle­nia. Pew­nego razu kwe­sto­wał na rzecz ubo­gich w jed­nym z salo­nów, w któ­rym znaj­do­wał się także mar­kiz Champ­ter­cier, stary, bogaty ską­piec, który miał być ultra­ro­ja­li­stą, a zatem wol­te­ria­ni­nem. Biskup pod­szedł do niego i dotknął jego ramie­nia:

- Panie mar­ki­zie, musi mi pan dać cokol­wiek.

Mar­kiz odwró­cił się i odpo­wie­dział sucho:

- Wasza Wie­leb­ność, ja mam wła­snych ubo­gich.

- Oddaj mi zatem ich - odparł biskup.

Kie­dyś znów wygło­sił takie kaza­nie w kate­drze:

"Moi dro­dzy bra­cia, moi dobrzy przy­ja­ciele: jest we Fran­cji trzy­sta dwa­dzie­ścia tysięcy domów chłop­skich, które mają tylko po trzy otwory, osiem­set sie­dem­na­ście tysięcy takich, które mają tylko po dwa otwory - drzwi i jedno okno - i na koniec trzy­sta czter­dzie­ści sześć tysięcy takich, które mają tylko jeden otwór, mia­no­wi­cie same drzwi. Przy­czyną tego jest rzecz zwana podat­kiem od drzwi i okien. Wyobraź­cie sobie wszyst­kich tych ludzi tam żyją­cych, stare kobiety i małe dzieci, a poj­mie­cie, ile to cho­rób, jakie gorączki! Nie­stety! Bóg daje ludziom powie­trze, ale prawo im je sprze­daje! Nie oskar­żam prawa, ale chwalę Boga. W depar­ta­men­cie Izery, Var, w Alpach, wyż­szych i niż­szych, chłopi nie posia­dają nawet taczek i na wła­snych grzbie­tach prze­wożą nawóz, nie mają świec i palą smolne łuczywa oraz kawałki sznu­rów, uma­czane w żywicy. Tak się dzieje w całym gór­nym Del­fi­na­cie. Chlub pieką raz na pół roku, za pomocą wysu­szo­nego kro­wieńca. W zimie ten chlub rąbią sie­kierą i przez całą dobę moczą, by uczy­nić go jadal­nym. Bra­cia moi, miej­cie litość i zauważ­cie, jak dookoła was cier­pią ludzie!".

Z pocho­dze­nia Pro­wan­sal­czyk, biskup Ludo­mił z łatwo­ścią wyuczył się wszyst­kich regio­na­li­zmów połu­dnio­wych i posłu­gi­wał się nimi przy każ­dej oka­zji. Bar­dzo podo­bało się to ludowi, a tym samym w dużym stop­niu uła­twiło mu dostęp do umy­słów wier­nych. W cha­cie i w górach czuł się jak u sie­bie, bo umiał mówić naj­szczyt­niej­sze rze­czy w naj­po­spo­lit­szym języku. Mówiąc wszyst­kimi narze­czami, wcho­dził do wszyst­kich dusz. W obej­ściu był zresztą taki sam dla ludzi wykształ­co­nych i świa­to­wych jak i dla pospól­stwa. Ni­gdy też nikogo pochop­nie nie potę­piał, zawsze brał pod uwagę oko­licz­no­ści, powta­rza­jąc przy tym:

- Zoba­czymy, jaką drogą poszedł błąd.

Będąc, jak sam powia­dał, eks­grzesz­ni­kiem, nie miał w sobie owej wiel­kiej suro­wo­ści dla innych i swoje prze­ko­na­nia w tej kwe­stii wypowia­dał gło­śno, cho­ciaż zło­śliwi okrut­nicy marsz­czyli na to brwi.

"Czło­wiek - powia­dał tym­cza­sem biskup Ludo­mił - ma na sobie ciało, które jest jego cię­ża­rem i zara­zem pokusą. Cią­gnie je za sobą i cza­sem mu ustę­puje. Musi czu­wać nad nim, powstrzy­my­wać je, hamo­wać i jedy­nie w osta­tecz­no­ści mu ule­gać. W tej ule­gło­ści też zresztą może być jesz­cze błąd, ale taki błąd jest już tylko małym błę­dem. Jest upad­kiem, ale upad­kiem na kolana, upad­kiem, który może zakoń­czyć się modli­twą.

Być świę­tym, to być wyjąt­kiem, być spra­wie­dli­wym - to już jed­nak zasada. Błądź­cie, upa­daj­cie, grzesz­cie, ale bądź­cie spra­wie­dliwi.

Sta­rać się jak naj­mniej grze­chów popeł­nić, powinno być pra­wem dla czło­wieka. Życie bez grze­chu żad­nego jest jed­nak marze­niem anioła. Wszystko, co bowiem jest ziem­skie, ulega grze­chowi. Grzech jest siłą cią­że­nia".

Jeżeli sły­szał, że ludzie bar­dzo krzy­czą i bar­dzo się na coś obu­rzają, mówił, uśmie­cha­jąc się przy tym:

- Ho! ho! Musi to być jakaś wielka zbrod­nia, któ­rej wszy­scy się dopusz­czają: prze­stra­szona hipo­kry­zja śpie­szy więc z gło­śnym pro­te­stem, chcąc sama ukryć się za nim.

Był pobłaż­liwy dla kobiet i ubo­gich, któ­rych jed­na­kowo mocno przy­gnia­tały spo­łeczne zasady. Twier­dził, że błędy kobiet, dzieci, sług, sła­bych, ubo­gich i nie­świa­do­mych są błę­dami mężów, ojców, panów, sil­nych, boga­tych i uczo­nych.

Powia­dał przy tym:

- Tych, któ­rym bra­kuje wie­dzy, uczcie, jak tylko może­cie naj­wię­cej, spo­łe­czeń­stwo popeł­nia błąd, nie ofe­ru­jąc nauki bez­płat­nej, ono samo odpo­wiada za ciem­notę, którą stwa­rza. W nie­uczo­nej duszy jest ciemno i grzech się rodzi. Win­nym jest nie ten, co popeł­nia grzech, ale ten, który spra­wie ciem­ność.

Jak widać, miał spe­cy­ficzny i wła­ściwy dla sie­bie spo­sób osą­dza­nia rze­czy, praw­do­po­dob­nie zaczerp­nął go z Ewan­ge­lii.

Pew­nego dnia roz­po­wia­dano w jed­nym salo­nie o kry­mi­nal­nym pro­ce­sie, który się wów­czas toczył, i o wyroku, jaki miał wkrótce zapaść. Sprawa doty­czyła nie­szczę­śnika, który pozba­wiony wszel­kich środ­ków do życia, a mający uko­chaną kobietę i dziecko na utrzy­ma­niu, zajął się fał­szo­wa­niem pie­nię­dzy. Fał­szer­stwo jesz­cze wtedy było karane śmier­cią. Zatrzy­mano rów­nież kobietę, która zmie­niała pierw­szą sztukę, wyko­naną przez męż­czy­znę. Tak się zło­żyło, że dowody świad­czyły jedy­nie prze­ciwko niej i tylko ona jedna mogła też obcią­żyć swo­jego kochanka i tym samym go zgu­bić. Pomimo tego, że bar­dzo na nią naci­skano, zaparła się jed­nak. Wów­czas pro­ku­ra­tor wpadł na pewien pomysł: za pomocą uryw­ków listów zręcz­nie pod­su­wa­nych oskar­żo­nej, wmó­wiono nie­szczę­śli­wej, że miała rywalkę i że uko­chany ją zdra­dzał. Unie­siona sza­łem zazdro­ści, wydała wów­czas męż­czy­znę, wszystko wyznała i wszyst­kiemu też dowio­dła. Fał­szerz był więc zgu­biony: wkrótce miał zostać ska­zany w Aix, razem zresztą ze swoją wspól­niczką. Teraz w salo­nie opo­wia­dano o tym zda­rze­niu, jed­no­cze­śnie chwa­ląc zręcz­ność urzęd­nika. Biskup słu­chał tej histo­rii w mil­cze­niu, a na koniec zapy­tał:

- Gdzie będą sądzić tych ludzi?

- W sądzie kry­mi­nal­nym - odpo­wie­dział mu ktoś.

- A gdzie sądzić będą pro­ku­ra­tora?

Innym razem zda­rzył się w mie­ście tra­giczny wypa­dek. Pewien czło­wiek został ska­zany na śmierć za zabój­stwo. Nie­zu­peł­nie uczony, ale też nie cał­ko­wity nieuk, był kugla­rzem na jar­mar­kach i jed­no­cze­śnie publicz­nym pisa­rzem. Jego pro­ces mocno wszyst­kich zaj­mo­wał. W wigi­lię dnia prze­zna­czo­nego na egze­ku­cję, wię­zień zacho­ro­wał. Ponie­waż potrzebny był ksiądz, który przy­go­to­wałby ska­za­nego na śmierć, wezwano do niego pro­bosz­cza. Ten jed­nak odmó­wił w takich sło­wach:

- To do mnie nie należy. Po co mi ta pańsz­czy­zna i ten kuglarz? Ja także jestem chory, a wię­zie­nie nie jest miej­scem dla mnie.

Biskup dowie­dział się o tym i rzekł:

- Ksiądz pro­boszcz ma słusz­ność. To nie miej­sce dla niego, tylko dla mnie.

Natych­miast też udał się do wię­zie­nia; zaszedł do izby kugla­rza, zwró­cił się do niego po imie­niu, wziął go za rękę i długo do niego prze­ma­wiał. Cały dzień tam spę­dził, zapo­mi­na­jąc o jedze­niu i odpo­czynku, modląc się do Boga za duszę ska­za­nego i modląc się do ska­za­nego za jego wła­sną duszę. Mówił mu naj­więk­sze prawdy, czyli te, które są zara­zem naj­prost­szymi praw­dami. Był dla niego ojcem, bra­tem i przy­ja­cie­lem, bisku­pem zaś tylko o tyle, by go pobło­go­sła­wić. Nauczył go wszyst­kiego, uspo­ka­ja­jąc i pocie­sza­jąc zara­zem. Gdyby nie on, kuglarz umarłby w roz­pa­czy, śmierć była bowiem dla niego prze­pa­ścią. Stał nad nią, drżąc cały i ze wstrę­tem się przed nią cofa­jąc. Był na tyle świa­domy swej sytu­acji, że nie mógł zacho­wać spo­koju. Wyrok śmierci wstrzą­snął nim do głębi i nie­jako roze­rwał tu i ówdzie ową zasłonę, która oddziela nas od tajem­nicy rze­czy, a którą nazy­wamy życiem. Przez te okropne szpary wciąż patrzył poza ten świat i widział tylko ciem­ność: biskup nato­miast uka­zał mu świa­tło.

Naza­jutrz, kiedy straż­nicy przy­szli po nie­szczę­śliwca, biskup też tam był. Wyszedł za nim i uka­zał się tłu­mowi w swoim fio­le­to­wym płasz­czyku, z krzy­żem bisku­pim na szyi, obok ska­zańca skrę­po­wa­nego wię­zami.

Wraz z nim wszedł na wózek, wraz z nim w zstą­pił rów­nież na rusz­to­wa­nie. Kuglarz, który poprzed­niego dnia tak bar­dzo był przy­bity i przy­gnę­biony, teraz miał twarz roz­pro­mie­nioną, czuł bowiem, że jego dusza pojed­nała się z nie­bem i spo­dzie­wał się ujrzeć Boga. Biskup poca­ło­wał go i w chwili, kiedy miało już paść ostrze, rzekł jesz­cze:

- Bóg wskrze­sza tego, kogo czło­wiek zabija, ten, kogo bra­cia zabi­jają, odnaj­duje Boga. Módl się, wierz i wstąp do życia! Bóg tam jest!

Kiedy zszedł z rusz­to­wa­nia, w spoj­rze­niu jego było coś takiego, co kazało tłu­mowi roz­stą­pić się przed nim. Nie wia­domo było, co bar­dziej podzi­wiać: jasność jego obli­cza czy też jego spo­kój. Wró­ciw­szy do swo­jego skrom­nego miesz­ka­nia, który z uśmie­chem nazy­wał swoim pała­cem, rzekł do sio­stry:

- Pon­ty­fi­kal­nie odpra­wi­łem nabo­żeń­stwo.

Ponie­waż rze­czy naj­szczyt­niej­sze są zawsze naj­mniej rozu­miane, zna­leźli się przeto ludzie, któ­rzy uwa­żali postę­pek biskupa za prze­sadę. Opi­nie takie krą­żyły jed­nak tylko po salo­nach - lud, który w świę­tych czy­nach nie doszu­kuje się niczego złego, pełen był wdzięcz­no­ści i podziwu.

Co do biskupa, to widok gilo­tyny stał się jed­nak dla niego cio­sem, po któ­rym długo nie mógł dojść do sie­bie.

Rze­czy­wi­ście, owa kon­struk­cja, która wznie­siona roz­ciąga się przed widzem, ma w sobie coś, co u każ­dego może wywo­łać halu­cy­na­cje. Można obo­jęt­nie pod­cho­dzić do kary śmierci, nie usto­sun­ko­wu­jąc się do niej, dopóki na wła­sne oczy nie ujrzy się gilo­tyny: jeśli zaś już raz się ją ujrzy, nastę­puje gwał­towny wstrząs i wtedy już trzeba na coś się zde­cy­do­wać - za albo prze­ciw. Jedni ją wychwa­lają, jak Joseph de Maistre, inni zaś potę­piają, jak Cezare Bec­ca­ria. Gilo­tyna, która jest uświę­ce­niem suro­wego prawa, sama z natury nie jest bierna i nie pozwala zacho­wać bier­no­ści wobec sie­bie. Kto ją zoba­czy, musi poczuć dresz­cze. Dookoła jej ostrza usta­wiły się wszyst­kie wąt­pli­wo­ści i nie­wia­dome, doty­ka­jące spo­łecz­nych zagad­nień. Rusz­to­wa­nie nie jest tylko budyn­kiem, nie jest tylko maszyną, zro­bioną z drzewa, żelaza i sznu­rów. Wydaje się, że jest to jakiś osobny gatu­nek istoty, wyka­zu­ją­cej jakąś ponurą ini­cja­tywę: można by powie­dzieć, że ta maszyna widzi, sły­szy i rozu­mie, że to drzewo, żelazo i sznury posia­dają wła­sną wolę. Na jej widok dusza wpada w straszną zadumę i gilo­tyna przed­sta­wia się wów­czas jako coś ohyd­nego, coś bio­rą­cego czynny udział w tym, co robi. Rusz­to­wa­nie jest rodza­jem potwora, który wycho­dzi z rąk sędziego i cie­śli; wid­mem, które zdaje się żyć strasz­nym rodza­jem życia, na który skła­dają się wszyst­kie zadane prze­zeń śmierci.

Toteż wra­że­nie było okropne i głę­bo­kie - naza­jutrz po egze­ku­cji i przez wiele następ­nych dni, biskup zda­wał się być przy­gnę­biony. Zni­kła pogoda, która w owej posęp­nej chwili jaśniała na jego twa­rzy: teraz widmo spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej zaczęło go prze­śla­do­wać. On, co zwy­kle po speł­nie­niu każ­dego swo­jego obo­wiązku wra­cał roz­pro­mie­niony, teraz wyglą­dał tak, jak gdyby czy­nił sobie jakieś wyrzuty. Chwi­lami roz­ma­wiał sam ze sobą, pół­gło­sem pro­wa­dząc jakieś ponure mono­logi. Oto, co pew­nego dnia usły­szała i zapa­mię­tała jego sio­stra:

- Nie przy­pusz­cza­łem, że to jest tak potworne. Źle jest zagłę­biać się w prawo boskie do takiego stop­nia, by nie spo­strze­gać prawa ludz­kiego. Śmierć tylko do Boga należy. Jakim pra­wem ludzie ośmie­lają się doty­kać tej rze­czy nie­zna­nej?

Z cza­sem jed­nak wra­że­nie osła­bło i powoli się zacie­rało. Zauwa­żono mimo wszystko, że biskup sta­rał się odtąd omi­jać plac egze­ku­cji.

O każ­dej godzi­nie można było nato­miast wzy­wać Myriela do łóżek cho­rych i umie­ra­ją­cych. Wie­dział on o tym, że jest to jego naj­waż­niej­szy obo­wią­zek i naj­po­trzeb­niej­sza praca. Rodziny wdów i sie­rot nie potrze­bo­wały go nawet wzy­wać, sam przy­cho­dził. Potra­fił całymi godzi­nami sie­dzieć w mil­cze­niu obok czło­wieka, który utra­cił uko­chaną żonę, czy też obok matki, która opła­ki­wała swe dzie­cię. Tak jak wie­dział, kiedy powi­nien mil­czeć, tak też wie­dział, kiedy zacząć mówić. Był nie­oce­nio­nym przy­ja­cie­lem, który nie tyle sta­rał się osła­biać boleść przez zapo­mnie­nie, ile usi­ło­wał nawet zwięk­szyć ją, dając jed­no­cze­śnie nadzieję. Powta­rzał zawsze:

- Miej­sce się na bacz­no­ści, byście w fał­szywy spo­sób nie zwra­cali się ku waszym umar­łym: nie myśl­cie o tym, co gnije. Patrz­cie wytrwale, a w głębi nieba ujrzy­cie świa­tełko bijące od waszego uko­cha­nego zmar­łego.

Biskup wie­dział, że taka wiara uzdra­wia. Sta­rał się uspo­koić czło­wieka zroz­pa­czo­nego, poka­zu­jąc mu pal­cem czło­wieka zre­zy­gno­wa­nego; tym samym prze­kształ­ca­jąc boleść, która patrzy w grób, w boleść, która patrzy w gwiazdy.

Rozdział V. Biskup Ludomił za długo nosił sutannę swoją

Roz­dział V

Biskup Ludo­mił za długo nosił sutannę swoją

W życiu pry­wat­nym Myriel kie­ro­wał się takimi samymi zasa­dami, co w życiu publicz­nym. Dobro­wolne ubó­stwo, w jakim żył, uka­za­łoby całą swoją powagę i wdzięk temu, kto mógłby przy­pa­try­wać mu się z bli­ska.

Jak wszy­scy sta­rzy ludzie i więk­sza część uczo­nych, biskup mało sypiał; krótki jego sen był za to głę­boki. Rano naj­pierw przez godzinę roz­my­ślał, potem zaś odpra­wiał mszę: albo w kate­drze, albo w swoim domu. Po mszy jadł śnia­da­nie, skła­da­jące się z żyt­niego chluba oraz mleka. Potem pra­co­wał.

Biskup tym­cza­sem ma wiele zajęć: codzien­nie przyj­muje sekre­ta­rza biskup­stwa, który zwy­kle jest kano­ni­kiem, pra­wie codzien­nie gości też swo­ich wika­rych. Musi rów­nież kon­tro­lo­wać kon­gre­ga­cje, roz­da­wać przy­wi­leje, prze­glą­dać całą biblio­tekę duchowną: książki do nabo­żeń­stwa, kate­chi­zmy die­ce­zjalne, cho­rały itd.; pisać roz­po­rzą­dze­nia, udzie­lać przy­zwo­leń na kaza­nia, godzić ze sobą pro­bosz­czów i merów. Poza tym odpo­wiada za całą kore­spon­den­cję duchowną i admi­ni­stra­cyjną - z jed­nej więc strony sto­lica apo­stol­ska, z dru­giej pań­stwo. Jed­nym sło­wem: tysiące spraw naraz.

Czas, jaki mu pozo­sta­wał, w pierw­szej kolej­no­ści poświę­cał potrze­bu­ją­cym, cho­rym i stra­pio­nym, a czas, który mu pozo­sta­wał po udzie­le­niu pomocy potrze­bu­ją­cym, cho­rym i stra­pio­nym, poświę­cał pracy. Cza­sem kopał w swoim ogro­dzie, cza­sem zaś czy­tał i pisał. Na wszyst­kie te zaję­cia miał tylko jedno okre­śle­nie: ogrod­nic­two, jak bowiem powta­rzał, umysł także jest ogro­dem.

Koło połu­dnia, jeżeli była ładna pogoda, wycho­dził z domu i pie­szo prze­cha­dzał się po mie­ście lub po wsiach, czę­sto zaglą­da­jąc do cha­łup. Szedł tak sam, głę­boko zamy­ślony, ze spusz­czo­nym wzro­kiem, opie­ra­jąc się na swej dłu­giej lasce. Zazwy­czaj ubrany był w swój fio­le­towy, cie­pły płaszcz, fio­le­towe poń­czo­chy i grube trze­wiki. Na gło­wie miał zaś pła­ski kape­lusz o trzech rogach, z któ­rego zwie­szały się trzy kutasy z bulio­nami.

Tam gdzie się poja­wił, natych­miast dało się sły­szeć wielką radość. Można powie­dzieć, że przej­ście jego miało w sobie coś ogrze­wa­ją­cego i oświe­ca­ją­cego. Dzieci i starcy sta­wali w swych drzwiach, wycho­dząc do biskupa jak do słońca. Albo on sam bło­go­sła­wił, albo bło­go­sła­wiono jego. Kto­kol­wiek i cze­go­kol­wiek potrze­bo­wał, zawsze wska­zy­wano bisku­powi jego dom.

Tu i ówdzie zatrzy­my­wał się, prze­ma­wiał do chłop­czy­ków i dziew­czy­nek, lub też uśmie­chał się do matek. Odwie­dzał ubo­gich, dopóki tylko miał pie­nią­dze, jak tylko mu ich zabra­kło, szedł do boga­tych.

Swoje sutanny nosił bar­dzo długo, a ponie­waż nie chciał, by to spo­strze­żono, nie wycho­dził z domu ina­czej, jak tylko w swej różo­wej pele­ry­nie. Nie­wy­godne było to zwłasz­cza latem.

Wró­ciw­szy ze spa­ceru, jadł obiad, skład­ni­kami swymi bar­dzo przy­po­mi­na­jący śnia­da­nie.

Wie­czo­rem, o wpół do dzie­wią­tej, zasia­dał do wie­cze­rzy z sio­strą - pani Maglo­ire stała za nimi i im usłu­gi­wała. Nic skrom­niej­szego od tej wie­cze­rzy nie mogło już być. Jeżeli jed­nak biskup przyj­mo­wał u sie­bie któ­re­goś z pro­bosz­czów, wów­czas pani Maglo­ire, korzy­sta­jąc z oka­zji, poda­wała na stół jakąś dosko­nałą rybę z jeziora lub deli­katną gór­ską zwie­rzynę. Każdy pro­boszcz słu­żył zatem za pre­tekst do dobrej wie­cze­rzy, biskup w takim przy­padku bowiem nie opo­no­wał. Nor­mal­nie codzienne jego jedze­nie skła­dało się jed­nak z goto­wa­nych na wodzie jarzyn i zupy na oli­wie. Dla­tego też w mie­ście powia­dano, że jeżeli biskup nie jada jak pro­boszcz, to jada jak tra­pi­sta.

Po wie­cze­rzy Myriel jakieś pół godziny roz­ma­wiał z panną Bap­ty­stą oraz z panią Maglo­ire, potem wra­cał do swego pokoju i znowu pisał: albo na luź­nych kart­kach, albo na mar­gi­ne­sie jakie­goś tek­stu. Był nie tylko uczo­nym, lecz po czę­ści i eru­dytą. Zosta­wił po sobie pięć czy sześć dość cie­ka­wych ręko­pi­sów, mię­dzy innymi roz­prawkę o wier­szu Genezy Na początku duch Boży uno­sił się ponad wodami. Kon­fron­tuje w niej ten wiersz z trzema innymi tek­stami: wier­szem arab­skim, który zawiera słowa "wiatr Boży dął", Fla­wiu­szem Józe­fem, który mówił, że "wiatr z góry pędzi na zie­mię", oraz z para­frazą chal­dej­ską Onke­losa, który powiada, "że wiatr pocho­dzący od Boga dął na powierzch­nię wód".

W innej z kolei roz­pra­wie roz­trzą­sał teo­lo­giczne dzieła Hugo, biskupa Pto­le­ma­idy, a zara­zem pra­dziada tego, który pisze tę książkę, i utrzy­muje jed­no­cze­śnie, że bisku­powi temu należy przy­pi­sać także roz­ma­ite dziełka, które wyszły w ostat­nim wieku pod pseu­do­ni­mem Bar­ley­co­urta.

Nie­kiedy pod­czas czy­ta­nia jakieś książki, Myriel nagle wpa­dał w głę­boką zadumę, która zwy­kle koń­czyła się tym, że na tejże książce zapi­sy­wał kilka lini­jek. Zapi­sane słowa czę­sto nie mają naj­mniej­szego związku z książką, w któ­rej się znaj­dują. Tak jest cho­ciażby z notatką, którą napi­sał na mar­gi­ne­sie książki, opa­trzo­nej takim tytu­łem: Kore­spon­den­cja lorda Ger­main'a z gene­ra­łami Clin­to­nem i Corn­wal­li­sem oraz admi­ra­łami sta­cjo­nu­ją­cymi na wybrze­żach Ame­ryki. W Wer­salu, u Poin­cot, księ­ga­rza, i w Paryżu, u Pis­sot, wybrzeże Augu­stia­nów.

Oto słowa tej notatki: "O Ty, który jesteś! Ekle­zja­sta nazywa Cię Wszech­po­tęgą. Macha­be­usze okre­ślają Cię Stwo­rzy­cie­lem, Epi­stoła do Efe­zjan nazywa Cię Wol­no­ścią, Baruch nazywa Cię Ogro­mem, a Psalmy Mądro­ścią i Prawdą. Jan nazywa Cię Świa­tłem, kró­lo­wie Panem, Księga Wyj­ścia nazywa Cię Opatrz­no­ścią, Lewi­tyk Świę­to­ścią, Ezdrasz Spra­wie­dli­wo­ścią, stwo­rze­nie nazywa Cię Bogiem, czło­wiek nazywa Cię Ojcem, ale Salo­mon nazywa Cię Miło­sier­dziem i to jest naj­pięk­niej­sze z imion Two­ich".

Zazwy­czaj koło godziny dzie­wią­tej obie kobiety szły do swo­ich poko­jów na pierw­szym pię­trze, zosta­wia­jąc Myriela samego na dole aż do następ­nego rana. Tutaj nastał czas na dokładny opis miesz­ka­nia biskupa.

Rozdział VI. Kto miał strzec domu jego?

Roz­dział VI

Kto miał strzec domu jego?

Dom, w któ­rym miesz­kał biskup, skła­dał się, jak już zazna­czy­li­śmy, z dol­nego i gór­nego pię­tra: trzy pokoje były na dole, trzy na pierw­szym pię­trze, do tego zaś strych. Za domem znaj­do­wał się ogród, obej­mu­jący pół morga ziemi. Obie kobiety zaj­mo­wały pierw­sze pię­tro, Myriel zaś miesz­kał na dole. Tutaj pierw­szy pokój, który wycho­dził na ulicę, słu­żył mu za jadal­nię, drugi za sypial­nię, a trzeci prze­zna­czony był na modli­twy. Z tego ostat­niego nie można było wyjść, nie prze­cho­dząc przez sypial­nię, z sypialni zaś było tylko jedno wyj­ście pro­wa­dzące do jadal­nego pokoju. W głębi modli­tewni znaj­do­wała się zamy­kana alkowa z łóż­kiem gościn­nym. Biskup ofia­ro­wy­wał to łóżko wiej­skim pro­bosz­czom, któ­rych potrzeby lub inte­resy para­fii spro­wa­dzały do jego mia­sta.

Do domu przy­le­gał mały budy­nek, który kie­dyś peł­nił funk­cję apteki szpi­tal­nej, teraz zaś zamie­niony został na kuch­nię i spi­żar­nię. Prócz tego w ogro­dzie znaj­do­wała się jesz­cze obora, przed zamianą słu­żąca za kuch­nię szpi­talną, teraz zaś miesz­cząca dwie krowy biskupa. Bez względu na ilość mleka, którą mu one dawały, biskup co rano połowę z tej ilo­ści odsy­łał do cho­rych w szpi­talu.

- Płacę moją dzie­się­cinę - powia­dał przy tym.

Jego pokój, cał­kiem spo­rych roz­mia­rów, w porze zimo­wej dość trudno było ogrzać. Ponie­waż drzewo było w tych stro­nach bar­dzo dro­gie, Myriel kazał urzą­dzić w obo­rze prze­grodę, zamkniętą prze­pie­rze­niem z desek. Tam wła­śnie spę­dzał wie­czory pod­czas naj­gor­szych chło­dów. Nazy­wał to swoim zimo­wym salo­nem.

W salo­nie tym, tak jak i w pokoju sypial­nym, nie było niczego poza kwa­dra­to­wym krze­słem z bia­łego drzewa oraz czte­rech wypla­ta­nych słomą krze­seł. Dodat­kowo w pokoju jadal­nym znaj­do­wał się jesz­cze stary kre­dens, poma­lo­wany farbą z kle­jem. Taki sam kre­dens, sto­sow­nie nakryty, ozdo­biony bia­łymi ser­wet­kami i sztucz­nymi koron­kami, słu­żył bisku­powi za ołtarz w jego modli­tewni.

Jego bogate peni­tentki i bogo­bojne nie­wia­sty z mia­sta nie­jed­no­krot­nie urzą­dzały mię­dzy sobą składkę na nowy, piękny ołtarz modli­tewny dla Jego Wie­leb­no­ści: ten zawsze brał od nich pie­nią­dze, po czym roz­da­wał je ubo­gim.

- Naj­pięk­niej­szym ołta­rzem - powia­dał - jest dusza nie­szczę­śli­wego, któ­remu udzie­lono wspar­cia i który dzię­kuje za to Bogu.

Myriel miał w swo­jej modli­tewni rów­nież dwa wypla­tane słomą klęcz­niki i jeden fotel z porę­czami - także wypla­tany słomą - znaj­du­jący się w jego sypialni. Jeżeli przy­pad­kiem zebrało się tutaj sie­dem lub osiem osób naraz, na przy­kład pre­fekt albo gene­rał, sztab pułku gar­ni­zo­no­wego, albo kilku uczniów z małego semi­na­rium, trzeba było przy­no­sić z obory krze­sła salonu zimo­wego, z modli­tewnika klęcz­niki, a z sypialni fotel - takim spo­so­bem zbie­rało się dla gości jede­na­ście krze­seł. Za każ­dym nowym przy­by­szem wyno­szono meble z jed­nego pokoju.

Cza­sem tra­fiało się jed­nak i dwa­na­ście osób. Wów­czas biskup dla ukry­cia swego kło­po­tli­wego poło­że­nia sta­wał przed komin­kiem, jeżeli była zima, lub też prze­cha­dzał się po ogro­dzie, jeżeli było lato.

W zamknię­tej alko­wie znaj­do­wało się jesz­cze jedno krze­sło, ale trzy­mało się tylko na trzech nogach, toteż nie można było go uży­wać ina­czej, jak tylko sta­wiać przy ścia­nie. Panna Bap­ty­sta rów­nież miała w swoim pokoju wielką ber­żerkę z drzewa nie­gdyś zło­co­nego, pokrytą mate­ria­łem zdo­bio­nym w kwiaty. Fotel ten jed­nak wnie­siono oknem na pierw­sze pię­tro, bo schody były na to za wąskie, teraz więc nie­moż­liwe było wyko­rzy­sta­nie ber­żerki w przy­padku licz­nych gości.

Marze­niem panny Bap­ty­sty było kupić do salonu maho­niowe meble pokryte żół­tym aksa­mi­tem. Kosz­to­wa­łoby to jed­nak co naj­mniej pięć­set fran­ków: spo­strze­gł­szy zatem, że w ciągu pię­ciu lat zdo­łała zaosz­czę­dzić na ten cel zale­d­wie czter­dzie­ści dwa franki i dzie­sięć sous, wyrze­kła się wresz­cie tego pra­gnie­nia. Zresztą, któż może osią­gnąć swój ideał?

Pokój sypialny biskupa był tak pro­sty, jak tylko można to sobie wyobra­zić. Okno wycho­dzące na ogród, naprze­ciw szpi­talne, żela­zne łóżko z zie­loną kotarą; w cie­niu łóżka, za firanką, znaj­do­wały się zaś przy­bory, zdra­dza­jące nawyk ele­gan­cji cha­rak­te­ry­styczny dla świa­to­wego czło­wieka. Przy komi­nie znaj­do­wały się drzwi pro­wa­dzące do modli­tewni, dru­gie zaś umiej­sco­wione były przy biblio­teczce - te z kolei pro­wa­dziły do sali jadal­nej. Biblio­teczka była nato­miast wielką, oszkloną szafą, w któ­rej znaj­do­wało się pełno ksią­żek. We wspo­mnia­nym komi­nie - wyko­na­nym z drewna, lecz poma­lo­wa­nym tak, że przy­po­mi­nało ono mar­mur - znaj­do­wała się para wil­ków żela­znych z wień­cami i ozdo­bami nie­gdyś posre­brza­nymi, co było przy­kła­dem bisku­piego zbytku. W komi­nie tym jed­nak zazwy­czaj bra­ko­wało ognia. Nad komi­nem, zawie­szony na czar­nym aksa­mi­cie, widoczny był kru­cy­fiks z posre­brza­nej mie­dzi. Przy fra­mu­dze okna stał wielki stół, na któ­rym leżał kała­marz, roz­ma­ite papiery oraz grube księgi; przed sto­łem zaś stał sło­miany fotel. Przed łóż­kiem leżał klęcz­nik poży­czony z modli­tewni.

Po obu stro­nach łóżka wisiały dwa por­trety w owal­nych ramach. Małe napisy zło­żone na pustym tle płótna obok wize­run­ków wska­zy­wały, że jeden z obra­zów przed­sta­wiał księ­dza Cha­liota, biskupa z Saint-Claude, a drugi księ­dza Tour­teau, gene­ral­nego wika­riu­sza z Agde. Biskup, kiedy zajął ten pokój po cho­rych szpi­tala, zna­lazł już por­trety, kazał je więc zosta­wić. Byli to prze­cież księża, w dodatku praw­do­po­dob­nie dona­to­rzy, a zatem podwój­nie zasłu­gi­wali na jego sym­pa­tię. Wie­dział jed­nak o nich tylko tyle, że obaj byli w tym samym dniu, mia­no­wi­cie 27 kwiet­nia 1785 roku, mia­no­wani przez króla - jeden na biskup­stwo, a drugi na swoje bene­fi­cjum. Myriel dowie­dział się o tym fak­cie wtedy, kiedy pani Maglo­ire zdjęła obrazy w celu oczysz­cze­nia ich z kurzu - zda­rze­nie to ktoś wypi­sał bia­ła­wym atra­men­tem na małym, pożół­kłym kawałku papieru, który przy­kle­jony był czte­rema opłat­kami do tyl­nej strony por­tretu księ­dza Grand­champs.

Biskup Ludo­mił miał też przy swoim oknie sta­ro­żytną firankę z gru­bej weł­nia­nej mate­rii, tak bar­dzo już sta­rej, że kie­dyś pani Maglo­ire, chcąc unik­nąć nowego wydatku, musiała zszyć ją na samym jej środku. Biskup czę­sto zwra­cał na to uwagę:

- Jak dobrze to wypa­dło! - chwa­lił za każ­dym razem.

Wszyst­kie pokoje - tak te na dole, jak i na górze - pobie­lone były wap­nem, jak to się zwy­kle robi w szpi­ta­lach bądź w kosza­rach.

Pew­nego razu pani Maglo­ire odkryła jed­nak, że pod bie­lo­nym papie­rem znaj­dują się malo­wi­dła, które zdo­biły kie­dyś obecny apar­ta­ment Bap­ty­sty. Dom ten, zanim został szpi­ta­lem, nale­żał do miesz­czan, stąd też owo obi­cie. Pokoje były wyło­żone czer­woną cegłą, którą co tydzień czysz­czono; przed wszyst­kimi łóż­kami znaj­do­wały się zaś ple­cionki ze słomy. Całe miesz­ka­nie było zresztą przez obie kobiety utrzy­my­wane w nie­zwy­kłej czy­sto­ści. Był to jedyny zby­tek, na który biskup pozwa­lał:

- To aku­rat nic nie ujmuje ubo­gim - twier­dził.

Z tego, co kie­dyś posia­dał, pozo­stało mu jed­nak jesz­cze sześć srebr­nych sztuć­ców oraz wazowa łyżka: błysz­czały one wspa­niale na gru­bym bia­łym obru­sie i pani Maglo­ire z wiel­kim zado­wo­le­niem codzien­nie na nie patrzyła. Ponie­waż przed­sta­wiamy tutaj pełną syl­wetkę biskupa, musimy też dodać, że nie­raz powta­rzał:

- Trudno byłoby mi zaprze­stać jadać na sre­brze.

Do tego trzeba jesz­cze dodać dwa wiel­kie lich­ta­rze z masyw­nego sre­bra, które Myriel dostał w spadku po babci. W lich­ta­rzach tych, które zwy­kle stały na kominku biskupa, znaj­do­wały się dwie woskowe świece. Jeżeli aku­rat gościli kogoś na obie­dzie, pani Maglo­ire zapa­lała owe świece i sta­wiała lich­ta­rze na stole.

Sztućce co wie­czór pani Maglo­ire zamy­kała w małej ścien­nej szafce, znaj­du­ją­cej się przy łóżku biskupa. Trzeba zazna­czyć, że ni­gdy jed­nak nie wyj­mo­wano z niej klu­cza.

Ogród, tro­chę oszpe­cony dość brzyd­kimi zabu­do­wa­niami, o któ­rych już wspo­mi­na­li­śmy, skła­dał się z czte­rech alei na krzyż, zbie­ga­ją­cych się koło małej sadzawki do ścieku wód; aleja prze­cho­dziła także dookoła ogrodu i wzdłuż ota­cza­ją­cego go bia­łego muru. Mię­dzy tymi dro­gami znaj­do­wały się cztery kwa­draty ozdo­bione buksz­pa­nem. Na trzech z tych pole­tek słu­żąca sadziła jarzyny, na czwar­tym zaś biskup pie­lę­gno­wał kwiaty, tu i ówdzie znaj­do­wało się też parę drzew owo­co­wych.

Pew­nego razu pani Maglo­ire rze­kła do biskupa z pew­nego rodzaju łagod­nym przy­ty­kiem:

- Wasza Wie­leb­ność ze wszyst­kiego pra­gnie wycią­gnąć korzyść, tym­cza­sem ta część ziemi nie przy­nosi prze­cież żad­nego pożytku. Lepiej byłoby tutaj mieć sałatę niż bukiety.

- Myli się pani, pani Maglo­ire - odparł na to biskup. - Piękno jest rów­nie uży­teczne, jak sama uży­tecz­ność. - Po chwili zaś dodał. - A może nawet bar­dziej.

Ten kwia­towy ogró­dek, skła­da­jący się z trzech czy czte­rech grzą­dek, tyle pra­wie zaj­mo­wał biskupa, co i jego książki. Chęt­nie spę­dzał tam po parę godzin, obci­na­jąc, pie­ląc, tu czy tam kopiąc zie­mię, sadząc lub zasie­wa­jąc. Nie był jed­nak takim wro­giem owa­dów, jakim powi­nien być ogrod­nik; nie miał zresztą żad­nej skłon­no­ści do bota­niki, nie znał się na gatun­kach i rodza­jach roślin, nie myślał doko­ny­wać wyboru mię­dzy metodą bota­nika Tour­ne­forta a metodą natu­ralną, nie trzy­mał ani strony komó­rek prze­ciw liściom, ani strony Jus­sieu'ego prze­ciwko Lin­ne­uszowi. On nie stu­dio­wał kwia­tów: po pro­stu je kochał. Bar­dzo sza­no­wał uczo­nych, ale jesz­cze bar­dziej sza­no­wał nieuczo­nych, i nic nie ujmu­jąc tym dwóm sza­cun­kom, co wie­czór pod­le­wał grządki swoją bla­szaną, poma­lo­waną na zie­lono konewką.

W domu biskupa nie było ani jed­nych drzwi, które zamy­kane byłyby na klucz. Drzwi od pokoju jadal­nego - które, jak wia­domo, wycho­dzą wprost na plac kate­dralny - były kie­dyś wypo­sa­żone w zamki i w rygle niczym bramy wię­zie­nia. Biskup kazał jed­nak zdjąć wszyst­kie te żelaza i od tej pory drzwi te dniem i nocą zamknięte były jedy­nie na klamkę. Pierw­szy lep­szy prze­cho­dzień, o któ­rej­kol­wiek godzi­nie, bez pro­blemu mógł je otwo­rzyć. Na początku obie kobiety mocno przej­mo­wały się tym fak­tem, biskup uspo­koił je jed­nak:

- Jeżeli chce­cie, może­cie kazać przy­bić rygiel do swo­ich poko­jów.

Skoń­czyło się na tym, że zaczęły chyba podzie­lać jego zaufa­nie, jeśli go zaś nie podzie­lały, przy­naj­mniej nie dawały tego po sobie poznać. Jedy­nie pani Maglo­ire od czasu do czasu ule­gała stra­chowi. Jeśli cho­dzi o Myriela, to wyja­śnił on swoje sta­no­wi­sko w tej kwe­stii w sło­wach, które napi­sał kie­dyś na mar­gi­ne­sie biblii: "Oto jest mała róż­nica: drzwi dok­tora nie powinny być ni­gdy zamknięte, drzwi księ­dza powinny być zawsze otwarte".

Na innej książce, noszą­cej tytuł Filo­zo­fia nauki medycz­nej, napi­sał inną z kolei notę: "Czyż ja nie jestem dok­to­rem jak oni? Ja także mam moich cho­rych: przede wszyst­kim mam tych, któ­rzy fak­tycz­nie do nich należą i któ­rych nazy­wają cho­rymi, a potem mam tych, któ­rych nazy­wam nie­szczę­śliw­cami".

Gdzie indziej napi­sał znowu: "Nie pytaj o imię tego, który cię prosi o przy­tu­łek. Ten wła­śnie, któ­remu imię zawa­dza, naj­bar­dziej potrze­buje schro­nie­nia".

Zda­rzyło się pew­nego razu, że pewien zacny pro­boszcz - nie pamię­tam już, czy to był pro­boszcz z Colo­ubroux, czy z Pom­pierre - praw­do­po­dob­nie za namową pani Maglo­ire, zapy­tał biskupa, czy nie jest do pew­nego stop­nia nie­ostroż­no­ścią zosta­wiać tak w dzień i w noc drzwi otwarte przed każ­dym, kto chciałby wejść, i czy nie oba­wia się jakie­goś nie­szczę­ścia w domu tak źle strze­żo­nym. Biskup dotknął jego ramie­nia z łagodną powagą i rzekł:

- Nisi domi­nus custo­die­rit domum, In vanum vigi­lont qui custo­diunt eam.

Potem zmie­nił temat roz­mowy.

Dosyć chęt­nie powta­rzał:

- Tak jak ist­nieje odwaga puł­kow­nika dra­go­nów, tak i ist­nieje odwaga księ­dza. Tyle że nasza odwaga powinna być spo­kojna.