Nędznicy - Wiktor Hugo
120.00 zł
99.60 zł
(84,00 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział VII
Cravatte
Teraz należy wspomnieć o fakcie, którego nie można pominąć, bo należy on do tych, które najlepiej pokazują, jakiego rodzaju człowiekiem był biskup.
Historia ta dotyczy bandy Gasparda Besa, która od pewnego czasu siała postrach w wąwozie Ollioules, a którą teraz udało się rozproszyć. Jeden z jej członków zdołał wraz z kilkoma towarzyszami schronić się w górach; następnie przez jakiś czas ukrywał się w hrabstwie Nicei, potem z kolei dostał się do Piemontu i wreszcie pojawił się we Francji od strony Barcelonnette. Najpierw ujrzano go w Jausiers, a potem w Tuiles. Ukrył się w jaskiniach Jong de l'Aigle i stamtąd przez wąwozy Ubaye oraz Ubayette zapuszczał się do okolicznych wiosek.
Udał się nawet do Embrun, wdarł się nocą do katedry i zrabował zakrystię. Jego rozboje pustoszyły okolice, a żandarmeria nie mogła go złapać - przeważnie umykał, ale zdarzało się, że czasem stawiał też zbrojny opór, a trzeba przyznać, że był śmiałym łotrem. Do ogarniętego strachem miasta przybył akurat biskup Ludomił, który objeżdżał wówczas Chastelar. Mer przyszedł do niego i namawiał do zaniechania dalszej podróży, Cravatte grasował bowiem w górach i podróż dalej, nawet w towarzystwie eskorty, była bardzo niebezpieczna. Na próżno tylko narażano by życie trzech czy czterech żandarmów.
- Dlatego też nie myślę brać eskorty - stwierdził biskup.
- Wasza Wielebność myśli zrobić to na serio?
- Tak daleko na serio, że stanowczo nie przyjmę żandarmów, a za godzinę chcę wyjechać.
- Wyjechać?
- Wyjechać - potwierdził biskup.
- Sam?
- Sam.
- Wasza Wielebność nie zrobi tego.
- Jest tam w górach mała gmina, której nie widziałem od trzech lat. Są to moi dobrzy przyjaciele, uczciwi i łagodni pasterze. Na trzydzieści kóz, które pasą, na własność posiadają tylko jedną; robią też ładne, różnokolorowe sznury z wełny i wygrywają górskie melodie na fletach o sześciu otworach. Potrzebują też jednak od czasu do czasu usłyszeć coś o Bogu. Cóżby powiedzieli, gdybym nie przybył?
- Ale, Wasza Wielebność, co z rozbójnikami?
- A, prawda - rzekł biskup - przyszło mi to na myśl... Macie słuszność. Mogę i ich spotkać. Oni także potrzebują, by im mówiono o Bogu.
- Wasza Wielebność! Przecież to banda! Stado wilków!
- Panie merze, może to właśnie mnie przeznaczył Chrystus na pasterza tego stada? Kto wie, jakie są drogi Opatrzności?
- Ograbią Waszą Wielmożność.
- Nic nie mam.
- Zabiją was.
- Starego księdza, który przechodząc, mruczy swoje pacierze? Ba! Po co?
- Ach, mój Boże! Jeżeli naprawę ich spotkacie?
- Poproszę o jałmużnę dla moich ubogich.
- Nie jedźcie, Wasza Wielebność. Na miłość boską, narażacie swe życie!
- Panie merze, czy rzeczywiście o to tylko chodzi? Nie tylko po to jestem na świecie, bym strzegł swego życia, lecz również dlatego, bym pilnował dusz.
Nie było rady, musiano mu ustąpić. Pojechał w towarzystwie dziecka, które ofiarowało się być jego przewodnikiem. Wieść o jego uporze szybko się rozeszła i wzbudziła wielki strach.
Myriel nie chciał ze sobą zabrać ani swej siostry, ani służącej. Przejechał góry na mule, nikogo nie spotkał i cały zdrów przybył do swoich przyjaciół pasterzy. Zabawił tam dwa tygodnie, nauczając, moralizując i administrując. Przed odjazdem postanowił uroczyście odśpiewać Te Deum. Powiedział o tym proboszczowi, okazało się jednak, że brakuje biskupich strojów. W ubogiej, wiejskiej zakrystii znajdowało się tylko kilka starych, posiwiałych ornatów z adamaszku, zdobionych fałszywymi galonami.
- Ba! - rzekł biskup - bądź co bądź, zapowiedzmy nasze Te Deum na niedzielnym kazaniu. Urządzi się to jakoś, księże proboszczu.
Zorganizowano poszukiwania w okolicznych kościołach. Wszystkie rzeczy zebrane z tych skromnych probostw nie wystarczyłyby jednak nawet na odpowiednie ubranie dla kantora katedralnego.
Kiedy tak się zamartwiano, niespodziewanie zjawili się na probostwie dwaj nieznajomi jeźdźcy, złożyli tam jakąś wielką skrzynię dla księdza biskupa i natychmiast odjechali. Po otwarciu skrzyni znaleziono w niej kapę ze złotogłowiu, mitrę ozdobioną diamentami, arcybiskupi krzyż oraz piękny pastorał: wszystkie pontyfikalne stroje, skradzione miesiąc wcześniej ze skarbca katedry w Embrum. W skrzyni znajdowała się kartka z następującymi słowami: Cravatte - Jego Wielebności Ludomiłowi.
- A mówiłem, że się to jakoś urządzi! - rzekł biskup. Potem dodał, uśmiechając się - Kto się zadowala komżą proboszcza, temu Bóg zsyła kapę arcybiskupa.
- Bóg albo szatan, Wasza Wielebność - wyszeptał proboszcz, kiwając głową z uśmiechem.
Biskup popatrzył ostro na proboszcza i odpowiedział z powagą:
- Bóg!
W Chastelar, kiedy wrócił, i przez całą drogę potem, przypatrywano mu się z ciekawością. Na probostwie zastał pannę Baptystę i panią Magloire, które tu na niego oczekiwały.
- A co? - rzekł do siostry - czy nie miałem racji? Biedny ksiądz udał się do biednych górali z pustymi rękami, a wraca od nich z pełnymi. Pojechałem, wioząc ze sobą tylko ufność w Boga, przywożę zaś skarbiec katedry.
Wieczorem, zanim się położył, powiedział jeszcze:
- Nie lękajmy się nigdy złodziejów i zabójców. Są to niebezpieczeństwa zewnętrze, a więc niebezpieczeństwa małe. Przesądy, oto są złodzieje, występki, oto zabójcy. Wielkie niebezpieczeństwa są w nas. Mniejsza o to, co zagraża głowie bądź kieszeni. Myślmy tylko o tym, co grozi naszej duszy.
Następnie, zwracając się do siostry, dodał:
- Moja siostro, ze strony księdza nie powinno być nigdy żadnej ostrożności względem bliźniego. Co bliźni robi, na to Bóg zezwala. Módlmy się tylko do Boga, kiedy nam się zdaje, że zagraża nam niebezpieczeństwo. Módlmy się nie za siebie, ale o to, by brat nasz nie popełnił grzechu z naszego powodu.
Zresztą wypadki zdarzały się rzadko w jego życiu. Opowiadamy, co wiemy, lecz zwykle przez cały czas robił jedno i to samo w tych samych godzinach. Każdy miesiąc jego roku podobny był do każdej godziny jego dnia.
Co do tego, co się stało ze skarbcem katedry d'Embrun, bylibyśmy w kłopocie, gdyby ktoś nas o to zapytał. Były tam piękne rzeczy, bardzo kuszące i bardzo nadające się do kradzieży na korzyść nieszczęśliwych. Ukradzione i tak już zresztą raz zostały. Połowa awantury była już faktem spełnionym, pozostawało więc tylko zmienić kierunek kradzieży i kazać jej zmienić mały kawałek drogi w stronę biednych. Niczego w tym względzie jednak nie stwierdzamy. Jedynie w papierach biskupa znaleziono dosyć niejasną notkę, która może się odnosić do tej sprawy, a brzmi, jak następuje: "pytanie leży w tym, czy to ma prowadzić do katedry, czy do szpitala".
Rozdział VIII
Filozofia po kieliszku
Pewien senator, o którym wcześniej była już mowa, był człowiekiem roztropnym, który przebył swą drogę bez zwracania uwagi na te wszystkie przeszkody, które nazywają sumieniem, zaprzysiężoną wiarą, sprawiedliwością i obowiązkiem: szedł prosto do celu, nie potknąwszy się ani razu na drodze awansu i osobistego interesu. Był to dawny prokurator, rozczulony swym powodzeniem; wcale niezły człowiek, oddający wszelkie możliwe przysługi swoim synom, zięciom, krewnym, nawet przyjaciołom; mądrze korzystający z dobrych stron życia, dobrych sposobności i dobrych zabaw. Reszta zdawała mu się dość głupia. Był dowcipny i wykształcony na tyle, by uważać się za ucznia Epikura, choć w rzeczywistości był tylko płodem Pigault-Lebruna. Żartował chętnie i z przyjemnością z rzeczy nieskończonych i wiekuistych, i z "niedorzeczności" tego starowiny biskupa. Żartował z nich niekiedy z uprzejmą wyższością, nawet w obecności samego Myriela, który tego słuchał.
Kiedyś z powodu jakiejś półoficjalnej ceremonii, ów hrabia i Myriel gościli razem na obiedzie u prefekta. Przy deserze senator, trochę podochocony, choć zawsze pełen godności, zawołał:
- Do licha, panie biskupie, porozmawiajmy! - rzekł, a trzeba wiedzieć, że senator i biskup z trudnością patrzą na siebie bez zmrużenia oka. - Jesteśmy jak dwaj augurzy. Uczynię wam wyznanie. Mam moją filozofię.
- I ma pan słuszność - odpowiedział biskup. - Jaką ma się filozofię, tak się śpi. Pan spoczywa na łożu z purpury, panie senatorze.
Ośmielony senator rzekł:
- Bądźmy dobroduszni.
- Nawet lekkomyślni - odrzekł biskup.
- Oświadczam - mówił dalej senator - że markiz d'Argens, Thomas Hobbes i Jacques-André Naigeon nie są osłami. Mam w bibliotece wszystkich moich filozofów, oprawionych, ze złoconymi brzegami.
- Jak pan sam, panie senatorze - wtrącił biskup.
Senator prawił dalej:
- Nienawidzę Diderota; to ideolog, deklamator i rewolucjonista, w gruncie rzeczy wierzący w Boga i będący większym bigotem niż Wolter. Wolter drwił z Needhama; i nie miał racji, bo argumenty Needhama dowodzą, że Bóg jest niepotrzebny. Kropla octu w łyżce ciasta zastępuje wyrażenie fiat lux. Wyobraźmy sobie większe krople i łyżkę, a będziemy mieli świat. Człowiek, to argument. A więc po cóż Ojciec Wiekuisty? Panie biskupie, koncepcja Jehowy męczy mnie. Zdolna jest ona jedynie wytwarzać ludzi chudych, którzy głęboko myślą. Precz to wielkie Wszystko, które mi przeszkadza! Wiwat Zero, które zostawia mnie w spokoju! Tak między nami, żeby się zwierzyć i żeby się wyspowiadać przed moim pasterzem tak jak należy: muszę wyznać, że mam zdrowy rozum. Nie przepadam za waszym Jezusem, który na każdym kroku głosi zaparcie się i poświęcenie. Rada skąpca i żebraka. Zaparcie się: dla czego? Poświęcenie się: na co? Nie widzę, żeby jeden wilk zamorzył się dla szczęścia drugiego. Pozostańmy więc w naturze. Jesteśmy u szczytu, miejmy więc wyższą filozofię. Na co zda się stać u góry, jeżeli nie widzi się więcej jak koniec nosa innych? Żyjmy wesoło! Życie to wszystko! A żeby człowiek miał inną przyszłość, gdzie indziej, tam wysoko, nie wierzę ani trochę. Ach! Zalecają mi zaparcie i poświęcenie, mam zważać na wszystko, co tylko robię, mam sobie łamać głowę nad złem i dobrem, nad sprawiedliwością i niesprawiedliwością, nad fas et nefas. Dlaczego? Bo będę składał rachunek ze swoich czynów. Kiedy? Po śmierci. Co za piękne marzenie. Po mojej śmierci ten będzie mądry, kto mi co zrobi. Każże pan ręce cienia uchwycić garść popiołu! Powiedzmy prawdę, my, co jesteśmy wtajemniczeni i co uchyliliśmy zasłonę Izydy: nie ma dobra ani zła, jest wegetacja. Szukajmy rzeczywistości. Zgłębiajmy wszystko. Idźmy do głębi, do diaska! Należy dążyć do prawdy, szukać pod ziemią i znaleźć ją. Wtedy daje ona wyszukane rozkosze. Wtedy stajesz się mocnym i możesz drwić. Masz silną podstawę. Panie biskupie, nieśmiertelność człowieka jest nasłuchiwaniem, czy deszcz nie pada. Och, co za cudowna obietnica. Ufajcie jej. Jest się duszą, będzie się aniołem, będzie się miało niebieskie skrzydła przy łopatkach. Pomóżże mi, pan: czy to nie Tertullien mówi, że błogosławieni przechodzić będą z jednej gwiazdy na drugą? Zgoda. Będziemy szarańczą gwiazd. A potem zobaczymy Boga. Ta ta ta. Ten cały raj to brednie. Bóg jest olbrzymią dziecinadą. Nie powiem tego, do licha, w "Monitorze", ale szepczę to cicho między przyjaciółmi. Inter pocula. Poświęcać ziemię dla raju, to jak puszczać zdobycz dla jej cienia. Być igraszką nieskończoności! Nie jestem głupi. Jestem nicością, nazywam się pan hrabia Nicość, senator. Czy istniałem przed urodzeniem się? Nie. Czymże jestem? Garścią prochu ujętego w organizm. Co mam do zrobienia na ziemi? Mam wybór; cierpieć albo używać. Dokąd mnie zaprowadzi cierpienie? Do nicości. Ale będę cierpiał. Dokąd mnie zaprowadzi używanie? Do nicości. Ale użyję. Wybór uczyniony. Trzeba jeść albo być zjedzonym. Więc jem. Lepiej jest być zębem niż trawą. Taka jest moja mądrość. Po czym, ruszaj, jak cię popchnąłem, grabarz tam jest; Panteon dla nas, wszystko wpada do wielkiego dołu. Koniec. Likwidacja zupełna. Jest to chwila unicestwienia. Śmierć umiera, wierz mi pan. Niechaj się znajdzie taki, co by w tym względzie miał coś do powiedzenia; śmieję się na samą myśl o tym. Wymysły nianiek. Grzechotka dla dzieci, Jehowa dla ludzi. Nie, nasze jutro to noc. Poza grobem są tylko równe nicości. Byłeś Sardanapalem, byłeś Wincentym a Paulo, jednakowa nicość. Oto jest prawda. Więc żyjże ponad tym wszystkim. Korzystaj z twojego "ja", póki je masz. Doprawdy, powiadam panu, panie biskupie, mam moją filozofię i mam moich filozofów. Nie daję się obałamucić bredniami. Dalej, potrzeba czegoś i dla tych, co na dole, dla bosych, ubogich, nędzarzy. Daje się im do połknięcia legendy, chimery, duszę, nieśmiertelność, raj, gwiazdy. Żują to. Kładą to na swój suchy chlub. Kto nic nie ma, ma dobrego Boga. To jest przynajmniej. Nie przeszkadzam temu, ale dla siebie zachowuję pana Naigeon Dobry Bóg jest dobry dla ludu.
Biskup klasnął w dłonie.
- Oto, co się nazywa mówić! - zawołał - Wyborna i prawdziwie cudowna rzecz ten materializm! Nie każdy ma go na zawołanie. Ach, gdy się go ma, nie jest się ofiarą, nie da się tak głupio wygnać jak Katon ani ukamienować jak Stefan, ani spalić żywcem jak Joanna d'Arc. Ci, którym udało się zdobyć ten cudowny materializm, mają tę rozkosz, że się nie czują za nic odpowiedzialni, że myślą, iż mogą pochłonąć wszystko bez obawy: posady, synekury, godności, władzę, uczciwie lub nie zdobytą, mogą dowolnie zmieniać przekonania, zdradzać, kiedy się to opłaca, pozwalać na kapitulację sumienia, a i tak zejdą do grobu po skończonym trawieniu. Jakie to przyjemne! Nie mówię tego do pana, panie senatorze. Jest jednak dla mnie niepodobieństwem nie pogratulować panu. Wy, wielcy panowie, wy macie, jak mówicie, filozofię waszą, dla was wykwintną, wyrafinowaną, dostępną jedynie bogatym, dobrą we wszelkich sosach, wyborną przyprawę życiowych rozkoszy. Filozofia ta wzięta jest z głębin i wygrzebana przez specjalnych wyszukiwaczy. Jesteście jednak dobrymi książętami i nie macie za złe, ażeby wiara w dobrego Boga pozostała filozofią ludu, na tej mniej więcej zasadzie, jak gęś kasztanami nadziana jest indykiem z truflami ubogiego.
Rozdział IX
Brat opisany przez siostrę
Aby dać wyobrażenie o domowym życiu biskupa z Digne oraz o sposobie, w jaki owe dwie święte niewiasty poddawały swe czyny, myśli, a nawet swój lękliwy, kobiecy instynkt i przyzwyczajenia celom biskupa, tak że nie musiał nawet o nich uprzedzać, nie można chyba postąpić lepiej, jak przytoczyć tutaj jeden z listów Baptysty do pani wicehrabiny de Boisehevron, jej przyjaciółki jeszcze z lat dziecinnych. List ten jest w naszych rękach.
Digne, 16 grudnia 18...
Moja dobra pani, ani jeden dzień nie minie, abyśmy o tobie nie mówili. Jest to naszym zwyczajem, zresztą mamy ku temu jeszcze jedną przyczynę. Wyobraź sobie pani, że myjąc i odkurzając sufity, pani Magloire dokonała odkrycia: obecnie nasze dwa obite białym papierem pokoje, nie oszpeciłyby nawet takiego jak wasz zamku. Kiedy pani Magloire zdarła wszystkie papiery, ukazały się pod nimi różne rzeczy. Mój salon, który nie ma mebli i którego używamy do suszenia bielizny po praniu, ma piętnaście stóp wysokości, osiemnaście szerokości, sufit niegdyś malowany ze złoceniami oraz belki takie jak u was. Wszystko było pokryte płótnem za czasów szpitala, a także boazerią z czasów naszych prababek. A co było w moim gabinecie, to trzeba zobaczyć! Pod co najmniej dziesięcioma papierami, naklejonymi jeden na drugi, pani Magloire odkryła malowidła, które nie będąc może dobrymi, są jednak znośne. Telemak przyjmowany jako rycerz przez Minerwę, potem on w ogrodach... zapomniałam nazwy. Także damy rzymskie spacerujące podczas nocy. Cóż pani powiem? Mam Rzymian, mam Rzymianki (tutaj wyraz nieczytelny) i całą świtę. Pani Magloire umyła to wszystko, tego lata naprawi też parę uszkodzeń, odświeży wszystko i mój pokój będzie prawdziwym muzeum. Znalazła także na strychu dwie konsole dębowe w stylu starożytnym. Żądano dwóch sześciofrankowych dukatów za ich ozłocenie, lepiej jednak dać je ubogim: zresztą są bardzo brzydkie i wolałabym okrągły stół mahoniowy.
Zawsze jestem bardzo szczęśliwa. Mój brat jest taki dobry. Wszystko, co ma, daje potrzebującym i chorym. Jesteśmy w bardzo przykrym położeniu, bo klimat jest tu ostry w czasie zimy, a trzeba przecież zrobić coś dla tych, którzy cierpią niedostatek. A nam starcza prawie na światło i opał. Prawda, że są to wielkie przyjemności?
Mój brat ma zwyczaje. Gdy rozmawia, powiada, że biskup taki powinien być. Niech pani sobie wyobrazi, że drzwi naszego domu nigdy nie pozostają zamknięte. Wchodzi sobie, kto chce i zaraz jest u mojego brata. Nie lęka się on niczego, nawet w nocy. Jest to, jak mówi, jego odwaga.
Nie chce, żebym się o niego bała ani też żeby bała się pani Magloire. Wystawia się na wszystkie niebezpieczeństwa i nie chce nawet, żebyśmy dawały po sobie poznać, iż to zauważamy. Trzeba umieć go zrozumieć.
Wychodzi w deszcz, brodzi w wodzie, podróżuje w zimie. Nie lęka się ani nocy, ani niebezpiecznych dróg, ani podejrzanych spotkań.
W poprzednim roku sam jeden udał się w okolicę słynącą z napadów złodziei. Nie chciał nas ze sobą zabrać. Nieobecny był przez piętnaście dni. Miano już go za umarłego, tymczasem on wrócił cały i zdrów i oznajmił: "Oto, jak mnie okradziono". I otworzył pakunek pełen klejnotów katedry Embrun - złodzieje oddali mu je.
Tym razem, kiedy wracaliśmy, nie mogłam się powstrzymać od połajania go trochę, starałem się jednak mówić tylko wtedy, kiedy huk powozu zagłuszał moje słowa, tak żeby nikt obcy nie mógł ich usłyszeć.
Z początku mówiłam sobie: nie ma niebezpieczeństwa, które mogłoby go zatrzymać. Przerażał mnie. Teraz już się przyzwyczaiłam. Daję znaki pani Magloire, żeby również mu się nie sprzeciwiała. Naraża się, jak chce. Ja wtedy zabieram panią Magloire do swego pokoju, modlę się i zasypiam. Jestem spokojna, bo dobrze wiem, że nie przeżyłabym, gdyby coś złego mu się stało. Poszłabym do Boga z moim bratem i biskupem. Pani Magloire trudniej było przyzwyczaić się do tego, co nazywa nieostrożnością biskupa. Teraz się już jednak przyzwyczaja. Razem się modlimy, razem się boimy, razem wreszcie usypiamy. Nawet gdyby sam szatan wszedł do domu, nie znalazłby oporu. Zresztą, czego się mamy obawiać? Zawsze jest z nami ktoś, kto jest silniejszy. Zły duch może przejść przez ten dom, Bóg tymczasem mieszka w nim zawsze.
I to mi wystarcza. Teraz już brat nie musi mi nic mówić. Rozumiem go bez słów i razem zdajemy się na Opatrzność.
Tak to trzeba postępować z człowiekiem wielkiego ducha.
Wypytałam brata o rodzinę Faux, o której pragniesz się czegoś dowiedzieć. Wiesz, że ma dobrą pamięć i wie o wszystkim, bo zawsze jest dobrym rojalistą. Jest to bardzo stara, normandzka rodzina. Pięćset lat temu żyli Raul Faux, Jan Faux i Tomasz Faux, wszyscy szlachcice, a jeden z nich był panem Rochefortu. Ostatni, Guy Stefan Aleksander, był dowódcą jazdy w Bretanii. Jego córka, Maria Ludwika, poślubiła Adriana Karola Grammonta, syna księcia Ludwika Grammonta, para Francji, pułkownika gwardii francuskiej i generała lejtnanta wojsk. Pisze się to Faux, Fauq i Faoug.
Dobra pani, polecamy się za twoim pośrednictwem modlitwom twojego świątobliwego kuzyna kardynała. Co do drogiej Sylwii, uważam, że bardzo dobrze zrobiła, że krótkich chwil, jakie może przy tobie spędzić, nie traci na pisanie do mnie. Zdrowa jest, pracuje zgodnie z twoimi życzeniami, a mnie zawsze kocha. Czegóż więcej mogę chcieć? Starczy mi to, że przez ciebie przesłała mi słówko pamięci. Jeśli chodzi o moje zdrowie, jest nieźle, tyle że coraz bardziej chudnę. Bądź zdrowa, papier już się kończy i muszę się pożegnać. Załączam tysiąc życzeń.
Baptysta
PS Twój bratanek jest prześliczny. Wiesz, że wkrótce będzie już miał pięć lat? Wczoraj, ujrzawszy konia, któremu nałożono uprząż, wciąż pytał: co on ma na kolanach? Milutkie dziecko. Jego mały brat zaś ciągnie miotłę po pokoju zamiast powozu i woła: hu!
Jak widać z tego listu, obie kobiety potrafiły nagiąć się do usposobienia biskupa, z tym geniuszem właściwym kobiecie, która lepiej rozumie mężczyznę, niż on sam siebie pojmuje.
Biskup przy całej swojej prostocie i łagodności, które nigdy go nie opuszczały, dokonywał czasem rzeczy wielkich, śmiałych i wzniosłych, dokonywał ich zaś jak gdyby bezwiednie. One drżały, ale zostawiały go w spokoju. Czasem tylko pani Magloire próbowała zwrócić mu jakoś uwagę jeszcze przed dokonaniem czynu, ale nigdy potem. Kiedy działał, nie przeszkadzały mu ani żadnym słowem, ani żadnym znakiem. W pewnych chwilach czuły, że działa jako biskup i nie musiał im tego przypominać - może zresztą sam nie zdawał sobie z tego sprawy - wówczas kobiety zamieniały się w dwa cienie przesuwające się po domu. Usługiwały mu biernie i jeżeli posłuszeństwem można nazwać usunięcie się sprzed jego oczu, znikały. Instynktownie czuły, że w pewnych przypadkach troskliwość może zawadzać. Toteż wówczas, kiedy przypuszczały, że jest w niebezpieczeństwie - rozumiejąc może nie tyle jego myśli, ile naturę - czuwały nad nim. Polecały go Bogu.
Zresztą, jak widzieliśmy w liście, Baptysta powtarzała, że śmierć brata będzie i jej śmiercią. Pani Magloire nie mówiła tego, ale także o tym wiedziała.
Rozdział X
Biskup wobec nieznanego sobie światła
W czasie trochę późniejszym od daty listu, który dopiero co został tu przytoczony, biskup odważył się na, zdaniem wielu, rzecz jeszcze bardziej niebezpieczną od owej wyprawy w zajęte przez bandytów góry.
Otóż w pewnej osadzie nieopodal Digne żył samotnie pewien człowiek. Osobnik ten, dodajmy na marginesie, był dawnym członkiem Konwentu i nazywał się G.
W małym światku miasteczka mówiono o nim z pewnego rodzaju grozą. Członek Konwentu, proszę sobie wyobrazić! Było to za czasów, kiedy wszyscy mówili do siebie na "ty" i wzajemnie mianowali się obywatelami. Człowiek ten był prawie potworem. Nie głosował wprawdzie za śmiercią króla, ale niewiele do tego brakowało. Był to prawie królobójca, człowiek niegdyś straszny. Dlaczego wraz z powrotem prawnych posiadaczy tronu, nie postawiono go przed sądem? Nie musiano by ciąć mu głowy, niech i tak będzie: zgoda, że pobłażliwość jest potrzebna, ale można przecież go było wygnać na całe życie. Niechże byłby jakiś przykład! Zresztą, jak wszyscy podobni mu ludzie, był ateuszem. Takie były właśnie plotki gąsek o sępie.
Czy w istocie był on jednak sępem? Tak - jeżeli wnioskować z samotności, w jakiej żył. Ponieważ nie głosował za śmiercią króla, nie umieszczono go na liście osób skazanych na wygnanie i mógł pozostać we Francji.
Mieszkał o trzy kwadranse drogi od miasta, z dala od wiosek i dróg, w jakimś zapadłym, dzikim zakątku doliny. Miał tam, jak powiadają, kawałek pola, a za mieszkanie służyła mu dziura, jaskinia. Wokół ani sąsiadów, ani przechodniów. Od czasu, jak zamieszkał w tej jaskini, prowadząca do niej dróżka porosła trawą. O miejscu tym mówiono jak o siedzibie kata.
Jednakże biskup myślał o nim i od czasu do czasu zwracając swój wzrok w stronę, gdzie kępka drzew wskazywała dolinę starego członka Konwentu, mówił sobie: "Jest tam dusza, co żyje samotnie".
I w duchu dodawał: "Powinienem go odwiedzić".
Musimy jednak wyznać, że myśl ta, początkowo wydająca się naturalną, po chwilowym namyśle wydawała się nie tylko dziwna, ile niemożliwa, a nawet wstrętna. W gruncie rzeczy bowiem biskup, chociaż nie zdawał sobie z tego sprawy, w tej kwestii dzielił usposobienie ogółu i dawny członek Konwentu budził w nim owo uczucie, które jest jak gdyby granicą nienawiści, a które tak dobrze przedstawia słowo "odraza".
A jednak, czy pasterz ma unikać owieczki tylko dlatego, że ta jest zarażona? Nie. Tyle że jaka to owieczka!
Dobry biskup wahał się: czasami szedł w tamtą stronę, potem jednak wracał.
W końcu pewnego dnia rozeszła się po mieście plotka, że pastuszek, który usługiwał G. w jego jamie, powiadomił doktora, że stary zbrodniarz umiera, że tknięty jest paraliżem i że nie przeżyje nocy.
- Dzięki Bogu! - podsumowywali niektórzy.
Biskup natomiast wziął swą laskę i surdut - ten ostatni po pierwsze dlatego, że miał poszarpaną sutannę, po wtóre zaś, ponieważ lękał się wiatru - i poszedł.
Słońce zniżało się i dotykało już prawie linii widnokręgu, kiedy biskup doszedł do wyklętego miejsca. Z bijącym sercem stwierdził, że znajduje się blisko jaskini. Przeskoczył rów, przesadził płot, rozsunął ogrodzenie z chwastów, wszedł na dziedziniec, śmiało zrobił klika kroków naprzód i nagle, w głębi ugoru, za wysokim krzakiem, ujrzał jaskinię.
Była to niziutka chałupa, uboga, mała, ale czysta, ozdobiona dzikim winem, które pięło się na frontowej ścianie.
Przed drzwiami, w starym krześle na kółkach, służącym za fotel u chłopów, siedział człowiek o białych włosach i uśmiechał się do słońca.
Przed starym stał młody chłopak, mały pastuszek. Podawał starcowi miseczkę z mlekiem.
Podczas gdy biskup patrzył, stary zabrał głos:
- Dziękuję. Nie potrzebuję niczego więcej.
I uśmiech jego zwrócił się od słońca do dziecka.
Biskup posunął się naprzód. Na odgłos jego kroków, siedzący starzec odwrócił głowę i na jego twarzy odmalowało się tyle zdziwienia, ile może go jeszcze być w człowieku, który przeżył długie lata.
- Odkąd tutaj żyję, pierwszy raz ktoś do mnie przychodzi - odezwał się. - Kim jesteś, panie?
- Nazywam się Ludomił Myriel - odpowiedział biskup.
- Ludomił Myriel! Słyszałem już to imię. Czy to was tutejszy lud nazywa Jego Wielebnością Ludomiłem?
- Tak jest.
Starzec odparł na to z lekkim uśmiechem:
- W takim razie jesteście moim biskupem?
- Trochę.
- Proszę wejść.
To mówiąc, wyciągnął rękę do biskupa, ten jednak nie przyjął jej i rzekł tylko:
- Z przyjemnością widzę, że mylono się, utrzymując, że jest pan chory. Zdaje mi się, że tak wcale nie jest.
- Panie - odpowiedział starzec - wkrótce zupełnie wyzdrowieję. - Po chwili zaś dodał:
- Za trzy godziny umrę. Jestem w pewnym stopniu doktorem, wiem, w jaki sposób nadchodzi ostatnia godzina. Wczoraj miałem tylko zimne nogi, dzisiaj chłód posunął się do kolan; teraz czuję, jak podnosi się do pasa: kiedy dojdzie do serca, umrę... Słońce jest piękne, prawda? Kazałem wytoczyć krzesło na dwór, by raz jeszcze popatrzeć na to wszystko. Możecie mówić, nie męczy mnie to wcale. Dobrze zrobiliście, że przyszliście popatrzeć na człowieka, który ma umrzeć. Dobrze jest, kiedy ta chwila posiada świadków. Każdy człowiek ma jakiś kaprys: ja chciałbym dożyć do rana. Wiem jednak, że pozostały mi zaledwie trzy godziny czasu. Będzie więc noc. Chociaż, czy to nie wszystko jedno! Umrzeć to taka prosta rzecz. Nie potrzeba do tego rana. Niech i tak będzie: umrę przy świetle gwiazd.
Starzec zwrócił się teraz do pastuszka i rzekł:
- Ty idź się położyć. Nie spałeś przecież w nocy. Jesteś zmęczony.
Chłopiec wszedł do chaty; starzec odprowadził go wzrokiem i dodał, mówiąc jak gdyby do siebie:
- Kiedy on będzie spać, ja umrę. Oba sny mogą być w zgodzie obok siebie.
Biskup nie był wzruszony tak, jak mogłoby się to wydawać. Zdawało mu się, że nie czuje Boga w tym sposobie umierania. Jako że małe sprzeczności wielkich serc powinny być znane, tak jak i wszystko inne, dodać tu trzeba, że biskup, który przy byle okazji śmiał się tak chętnie z tytułu "Jego Wielebności", teraz czuł się niejako dotknięty tym, że tak go nie nazywają i ledwo opierał się pokusie, by nie odpowiedzieć: obywatelu! Naszła go nawet ochota do owej rubasznej trochę poufałości, dosyć zwyczajnej u księży i doktorów, ale której on sam nigdy nie używał. Bo w końcu ten człowiek, ten członek Konwentu, był kiedyś jednym z tych potężnych tego świata: może po raz pierwszy w życiu biskup czuł się więc nawet skłonny do surowości.
Tymczasem G. patrzył na niego ze skromną uprzejmością; przebijało się w niej może i trochę pokory, która przystoi tym, którzy są bliscy aktu rozsypania się w proch.
Biskup, ze swej strony zazwyczaj wystrzegający się ciekawości, która według niego była pokrewną obrazy, tym razem jednak nie mógł się przed nią powstrzymać i z wielką uwagą przypatrywał się umierającemu: gdyby chodziło o innego człowieka, sumienie wyrzucałoby mu zapewne tę niedelikatność, której źródłem nie było przecież współczucie. Ten osobnik wydawał mu się jednak człowiekiem wyjętym spod prawa, nawet spod prawa miłości.
Tymczasem G., spokojny, trzymający się prosto, z dźwięcznym głosem, był jednym z owych osiemdziesięcioletnich starców, którzy wprawiają w podziw fizjologów. Rewolucja posiadała wielu takich, przystosowanych do swojej epoki ludzi. W starcu tym czuć było niezłomnego męża; chociaż tak bliski śmierci, zachowywał wszystkie objawy zdrowia. Sama śmierć mogła zmieszać się przed tym jasnym spojrzeniem, pewnym głosem i silnymi ruchami ramion. Azrael, mahometański anioł grobu, zawróciłby z drogi, sądząc, że zabłądził. G. zdawał się umierać dlatego, że tak chciał. W konaniu jego była wolna wola. Nogi tylko miał nieruchome i za nie właśnie kraina ciemności trzymała go w swojej mocy. Nogi były zimne i martwe, ale głowa żyła potęgą życia i ukazywała się w pełnym świetle. W tej ważnej chwili G. podobny był do owego króla ze wschodniej baśni, co w górnej części swego ciała był sobą, u dołu został natomiast zamieniony w marmur.
Biskup usiadł wreszcie na leżącym obok kamieniu, Wstęp był ex abrupto.
- Gratuluję panu - rzekł tonem nagany. - Nie głosowałeś przynajmniej na śmierć króla.
Wydawało się, że G. nie zauważył gorzkiego zabarwienia słowa "przynajmniej", wszelki ślad uśmiechu zniknął jednak z jego twarzy.
- Niech mi pan za bardzo nie gratuluje - odpowiedział. - Głosowałem za śmiercią tego tyrana.
Był to głos poważny, w odpowiedzi na głos surowy.
- Co pan chce przez to powiedzieć? - spytał biskup.
- Chcę powiedzieć, że człowiek ma jednego tyrana: ciemnotę. Głosowałem za śmiercią tego tyrana. Tyran ten zrodził władzę królewską, która jest władzą zawartą w fałszu, podczas kiedy nauka jest władzą zawartą w prawdzie. Człowiekiem powinna rządzić tylko nauka.
- I sumienie - dodał biskup.
- To jest to samo. Sumienie jest wrodzoną wiedzą, którą mamy w sobie.
Biskup Ludomił z pewnym zdziwieniem słuchał tych tak nowych dla niego słów.
Członek Konwentu mówił zaś dalej:
- Co do Ludwika XVI, powiedziałem "nie". Nie przyznaję sobie prawa do zabijania człowieka, ale poczuwam się do obowiązku tępienia złego. Głosowałem za obaleniem tyrana, to jest za końcem prostytucji dla kobiety, końcem niewoli dla mężczyzny, końcem nocy dla dziecka. Głosując za republiką, głosowałem za tym wszystkim. Głosowałem za braterstwem, zgodą, jutrzenką! Pomagałem w znoszeniu przesądów i błędów, bo upadek przesądów i błędów sprowadza światło. My, republikanie, obaliliśmy stary świat i świat ten stary, siedlisko nędzy, zmienił się w siedzibę szczęścia.
- Szczęścia niepełnego - poprawił biskup.
- Wtedy mogliśmy mówić: szczęścia zakłóconego. Dzisiaj jednak, po tym fatalnym powrocie przeszłości, którym nazwano rok 1814, i to nawet znikło. Niestety, dzieło było niekompletne, zgadzam się z tym. Zburzyliśmy stary porządek w działaniach, lecz nie zdołaliśmy usunąć go z myśli. Znieść nadużycia, to jeszcze nie wszystko. Trzeba zmienić obyczaje. Nie wystarcza usunąć skutków, trzeba usunąć przyczynę.
- Zburzyliście. Zburzenie może być użyteczne, lecz burzenie, któremu towarzyszy namiętność, budzi moją nieufność.
- Prawo ma swoją namiętność i namiętność prawa jest pierwiastkiem postępu. Mniejsza o to, niech mówią, co chcą, rewolucja francuska jest to najpotężniejszy krok, jaki ludzkość zrobiła od czasu przyjścia Chrystusa. Zgadzam się, że nie była doskonała, ale była szczytna. Rozwiązała wszystkie społeczne niewiadome. Złagodziła umysły; uspokoiła, uciszyła, oświeciła, zlała na ziemię strumień cywilizacji. Była dobra. Rewolucja francuska to chrzest ludzkości.
Biskup nie mógł powstrzymać się od wyszeptania:
- Tak? Dziewięćdziesiąty trzeci!
Starzec wyprostował się na krześle z uroczystą, niemal grobową powagą, i o ile umierający jest w stanie zawołać, zawołał:
- Ach! Otóż jesteś! 93. Czekałem na to słowo. Przez tysiąc pięćset lat zbierała się chmura. Po piętnastu wiekach pękła. Potępiacie uderzenie piorunu.
Biskup poczuł, chociaż nie przyznawał tego przed sobą, że został gdzieś ugodzony. Nie dał jednak tego po sobie poznać. Odpowiedział:
- Sędzia mówi w imieniu sprawiedliwości, kapłan mówi w imieniu litości, która jest tylko wznioślejszą sprawiedliwością. Uderzenia pioruna nie powinno się mylić.
I patrząc ostro na swego rozmówcę, dodał:
- A Ludwik XVII?
Starzec wyciągnął rękę i chwycił ramię biskupa:
- Ludwik XVII! Pomówmy o tym. Nad kim płaczecie? Czy nad niewinnym dzieckiem? W takim razie zgoda, ja płaczę razem z wami. Czy nad dzieckiem królewskim? To wymaga namysłu. Dla mnie brat Cartouche'a, dziecko niewinne, powieszone za pachy na placu Gr?re i pozostawione tam, dopóki nie umarło, jest równie godne litości jak wnuk Ludwika XV, dziecko niewinne, męczone na wieży Temple, dla tej jedynie zbrodni, że był wnukiem Ludwika XV.
- Nie lubię tego zestawienia imion - rzekł biskup.
- Cartouche? Ludwik XV? O którego wam chodzi?
Nastała chwila milczenia. Choć biskup prawie żałował, że tu przyszedł, czuł się jednak jakoś dziwnie zachwiany.
Członek Konwentu mówił tymczasem dalej:
- Ach, mości księże, nie lubicie surowej prawdy. Chrystus ją lubił. Brał w rękę rózgę i oczyszczał świątynię. Jego laska, pełna błyskawic, ostro wypowiadała prawdę. Kiedy wołał Sinite pavulos, nie robił różnicy między dziećmi. Nic by go nie kosztowało porównać delfina Barabasza z delfinem Heroda. Niewinność sama dla siebie jest koroną, panie. Niewinność nie potrzebuje tytułów. Czy to okryta łachmanami, czy osypana kwiatami lilii, zawsze jest dostojnością.
- To prawda - cicho przyznał biskup.
- Zatrzymam się jeszcze na tym - perorował dalej G. - Wymieniliście Ludwika XVII. Ustalmy, czy płaczemy nad wszystkimi niewinnymi, wszystkimi męczennikami, wszystkimi dziećmi, tak nad tymi u dołu, co i tymi u góry? W takim razie ja na to przystaję. Ale, jak powiedziałem, w takim razie trzeba cofnąć się dalej jak do 93. roku i łzy zacząć wylewać wcześniej niż za Ludwika XVII. Ja będę z wami płakał nad dziećmi królów, jeśli wy będziecie płakać ze mną nad dziećmi ludu.
- Ja płaczę nad wszystkimi - rzekł biskup.
- Po równo! - zawołał G. - A jeśli już szala ma się przechylić, niech się przechyli na korzyść ludu: on dłużej cierpi.
Znowu nastało milczenie, które w końcu przerwał starzec. Oparł się na łokciu, między środkowy a wskazujący palec ujął trochę swego policzka, jak to mechanicznie robią ci, którzy pytają lub osądzają, i utkwiwszy w biskupa wzrok, w którym skupiły się wszystkie siły agonii, odezwał się nagle. Był to prawie wybuch.
- Tak, panie, od dawna już lud cierpi. Ale nie o to tu chodzi, powiedźcie mi proszę, dlaczego mnie tak wypytujecie i rozprawiacie o Ludwiku XVII? Ja was przecież nie znam. Od czasu, kiedy jestem w tej okolicy, żyję w tym zakątku samotnie, nigdzie stąd nie wychodziłem i nie widywałem nikogo prócz tego dziecka, które mi pomaga. Imię wasze doszło wprawdzie do mnie i muszę wyznać, nie bardzo źle je wymawiano, ale to nic nie znaczy: sprytni ludzie wiele mają sposobów na zjednywanie sobie tego poczciwego ludu. Ale, ale, nie słyszałem huku waszego powozu, musieliście go zostawić za drzwiami, tam gdzie drogi się rozchodzą. Ja was nie znam, powtarzam. Powiedzieliście mi, że jesteście biskupem, ale to jeszcze nic nie mówi o waszej moralnej istocie. Słowem, powtarzam moje pytanie: kim jesteście? Jesteście biskupem, to znaczy księciem kościoła, jednym z ludzi złoconych, herbowych, pobierających dobrą płacę, mających wielkie prebendy, biskupstwo, piętnaście tysięcy stałego dochodu, dziesięć tysięcy franków dochodu przypadkowego, razem dwadzieścia pięć tysięcy franków; jednym z ludzi, którzy mają kucharzy, dobry stół, którzy w piątek jadają kurki wodne, którzy paradują w wytwornych koczykach, z jednym lokajem z przodu, a drugim z tyłu, którzy mają pałace i jeżdżą powozami w imieniu Chrystusa, chociaż ten chodził boso! Jesteście prałatem: pieniądze, pałace, konie, lokaje, dobry stół i wszystkie zmysłowe rozkosze życia, wszystko to macie jak inni i jak inni używacie tego. To mi mówi za wiele albo za mało: nie wyjaśnia mi jednak waszej wewnętrznej, a zatem istotnej wartości, a przecież przyszliście tu zapewne z zamiarem udzielenia mi swej mądrości. Do kogoż mówię? Kim jesteście?
Biskup spuścił głowę i rzekł:
- Vermis sum.
- Robak w karecie - zamruczał na to G.
Teraz z kolei dawny członek Konwentu był dumny, a biskup pokorny. Ten ostatni odparł łagodnie:
- Niech i tak będzie. Ale wytłumaczcie mi, proszę, czemu mój powóz, który tam o parę kroków dalej stoi za drzwiami, czemu mój dobry stół i kurki wodne, które jadam co piątek, czemu moje dwadzieścia pięć tysięcy franków dochodu, czemu mój pałac i moi lokaje dowodzić mają, że litość nie jest cnotą, że łaskawość nie jest obowiązkiem i że 93. nie był bezlitosny.
G. przesunął ręką po czole, jak gdyby dla odpędzenia z niego chmury, i rzekł:
- Zanim odpowiem, proszę was o przebaczenie. Popełniłem w tej chwili błąd. Jesteście u mnie, jesteście moim gościem, winien więc wam jestem uprzejmość. Roztrząsacie moje przekonania, powinienem więc zbijać jedynie wasze argumenty. Wasze bogactwa i wasze rozkosze są bronią, którą mam w ręku przeciw wam w tym sporze, ale delikatność nie pozwala mi posługiwać się nią. Obiecuję wam, że więcej jej używać nie będę.
- Dziękuję - odparł biskup.
G. mówił zaś dalej:
- Wróćmy do wyjaśnienia, którego żądaliście. Na czym stanęliśmy? Co mi mówiliście? Że 93. był bezlitosny?
- Bezlitosny, tak - potwierdził biskup. - Co myślicie o Maracie, który klaskał w ręce przed gilotyną?
- Co myślicie o Bossuecie, który śpiewał Te Deum nad dragonami?
Odpowiedź była cierpka, szła do celu prosto jak ostrze stali. Biskup zadrżał i nie znalazł na to odpowiedzi, dotknięty był jednak takim sposobem mówienia o Bossuecie. Najsilniejsze nawet umysły mają swoje fetysze i czasami rani je boleśnie brak szacunku, który napotykają w logice.
Jego oponent zaczął tymczasem mieć problemy z płucami, astma agonii, towarzysząca zwykle ostatnim oddechom, chwilami tamowała mu głos; w oczach jednak jaśniała przytomność umysłu. Mówił dalej:
- Powiedzmy jeszcze kilka słów o tym i owym. Poza obrębem rewolucji, która jako całość jest potężnym głosem ludzkim, rok 93., jest, niestety, odpowiedzią. Uważasz ją za bezlitosną, panie, ale czymże jest cała monarchia? Carrier jest bandytą, a jak nazwiecie Montrevela? Fouquier-Tainville jest nędznikiem, ale cóż powiecie o Lamoignon-Bâville'u? Maillard jest okropny, lecz Saulx-Tavannes, jeżeli łaska? Ojciec Duch?ne jest okrutny, ale jakim przymiotnikiem określicie ojca Letellier? Jourdan-Coupe-T?te jest potworem, ale mniejszym od pana markiza Louvois. Panie, żałuję Marii Antoniny, arcyksiężniczki i królowej, ale boleję także nad biedną hugonotką, którą w 1685 roku, za panowania Ludwika Wielkiego, przywiązano do słupa, obnażywszy ją poprzednio do pasa, a dziecko jej, które karmiła, umieszczono w pewnym oddaleniu; pierś jej napełniała się mlekiem, a serce niepokojem, dziecię, zgłodniałe, blade, patrzyło na tę pierś, krzyczało i konało, a kat mówił do kobiety, matki i karmicielki: "Wyrzec się twojej wiary", dając jej do wyboru między śmiercią dziecka a śmiercią sumienia. Co powiecie o tej męczarni Tantala, zastosowanej do matki? Panie, zapamiętaj to sobie dobrze: rewolucja francuska miała swoje przyczyny. Przyszłość rozgrzeszy ją z namiętności. Lepszy świat, oto jej rezultat. Z najstraszliwszych jej ciosów powstaje pieszczota dla rodzaju ludzkiego... Skracam. Zatrzymuję się. Zanadto łatwą mam grę. Zresztą umieram.
I przestając patrzeć na biskupa, G. dokończył myśl swoją tymi słowami:
- Tak, brutalne działanie postępu nazywamy rewolucją. Kiedy jedno i drugie skończy się, widzimy, że rodzaj ludzki doznał szorstkiego się z nim obejścia, ale jednak poszedł naprzód.
Członek Konwentu nie domyślał się, że mówiąc to wszystko, zdobywał po kolei wszystkie wewnętrzne szańce biskupa. Pozostał z nich jednak jeszcze jeden i z tego to szańca, ostatniego środka obrony Jego Wielebności Ludomiła, wyszły słowa, w których na nowo odbiła się cała początkowa ostrość:
- Postęp powinien wierzyć w Boga. Dobro nie może mieć bezbożnego sługi, ateusz jest złym przewodnikiem dla rodzaju ludzkiego.
Stary reprezentant narodu nie odpowiedział na to nic. Zadrżał tylko. Spojrzał w niebo i powoli oko jego zaszło łzą. Kiedy powieka napełniła się, a łza spłynęła po sinym policzku, jąkając się, cicho, z okiem tonącym w oddali, mężczyzna przemówił:
- O ty, o ideale, ty jeden jesteś!
Biskup doznał wstrząsu, którego niepodobna opisać.
Po chwili milczenia starzec podniósł palce do nieba i rzekł:
- Nieskończoność jest. Jest ona tam. Gdyby nieskończoność nie miała swojego "ja", ja byłoby granicą jej, nie byłaby więc nieskończonością, innymi słowy: nie istniałaby. Ale jest. A zatem ma swoje "ja". To "ja" nieskończoności jest Bogiem.
Umierający wymówił te ostatnie słowa głosem donośnym i z dreszczem ekstazy, jak gdyby kogoś widział. Kiedy skończył mówić, jego oczy się zamknęły. Wysiłek wyczerpał go. Widocznie w jednej chwili przeżył te kilka godzin, które mu pozostawały. To, co powiedział, zbliżyło go do tego, który jest w śmierci. Nadchodziła ostatnia chwila.
Biskup zrozumiał to i wiedział, że nie ma czasu do stracenia. Przyszedł tu jako kapłan, a jego niezwykła obojętność zmieniła się nagle w niezwykłe wzruszenie: popatrzył na te zamknięte oczy, ujął tę starą, pomarszczoną i zlodowaciałą rękę, i pochylając się ku umierającemu, rzekł:
- Chwila ta, jest chwilą Boga. Jak sądzisz, czy nie byłoby żal, gdyby to nasze spotkanie stało się daremne?
Starzec otworzył oczy. Na jego obliczu malowała się powaga, jak gdyby przysłonięta cieniem.
- Księże biskupie - rzekł powoli, a powolność ta była może bardziej wyrazem godności niż braku sił - spędziłem moje życie na rozmyślaniu, nauce i kontemplacji. Miałem sześćdziesiąt lat, kiedy kraj mnie powołał i kazał wziąć udział w jego sprawach. Usłuchałem. Były nadużycia, więc z nimi walczyłem, były tyranie, więc je usunąłem, były prawa i zasady, więc je wyznawałem i głosiłem innym. Najechano ziemię, więc jej broniłem, Francja była zagrożona, więc ofiarowałem moją pierś. Nie byłem bogaty, a teraz jestem ubogi. Byłem jednym z władców państwa, piwnice banku tak były napełnione monetami, że trzeba było podeprzeć ściany, by ciężar złota i srebra ich nie rozsadził, a jadałem na ulicy Arbre sec za dwadzieścia sous od osoby. Wspierałem uciśnionych, dopomagałem cierpiącym. Podarłem wprawdzie obrus ołtarza, ale po to tylko, by opatrzyć nim rany ojczyzny. Zawsze towarzyszyłem rodzajowi ludzkiemu w jego pochodzie naprzód do światła i czasami opierałem się postępowi nieznającemu litości. Przy sposobności broniłem nawet własnych swoich przeciwników, was samych. We Flandrii, w Peteghem, w tym miejscu, gdzie królowie merowingscy posiadali kiedyś swój pałac, jest klasztor Urbanistów, opactwo św. Klary w Beaulieu, które uratowałem w 1793 roku. Spełniałem swój obowiązek według moich sił i robiłem dobrze, na ile tylko mogłem. Potem byłem wypędzony, ścigany, prześladowany, oczerniany, wyszydzany, opluwany i przeklęty. Już od wielu lat przy moich siwych włosach czuję, że wielu ludzi uważa, że ma prawo mną pogardzać, biedny, nieświadomy tłum widzi we mnie potępieńca. Nie czując do nikogo nienawiści, zgadzam się na odosobnienie z nienawiści płynące. Teraz mam osiemdziesiąt lat, umieram. Czego chcecie ode mnie?
- Błogosławieństwa waszego - rzekł biskup. I ukląkł.
Kiedy podniósł głowę, na obliczu starca malował się wyraz majestatu. Nie żył już.
Biskup wrócił do siebie pogrążony w głębokiej zadumie. Całą noc spędził na modlitwie. Nazajutrz kilku odważnych ciekawskich próbowało mówić z nim o G., ale on wskazał im tylko niebo.
Od tej chwili jego czułość i braterstwo względem małych i nieszczęśliwych jeszcze się zwiększyły.
Na najmniejszą wzmiankę o tym "starym zbrodniarzu G." wpadał w dziwne zamyślenie. Nie można powiedzieć, że przejście tego ducha przed jego duchem i odblask tego wielkiego sumienia na jego sumienie, nie miały wpływu na jego postęp w drodze ku doskonałości.
Te "pasterskie odwiedziny" naturalnie dały pretekst do szemrania miejscowym koteriom.
"Czyż łoże takiego umierającego było dla biskupa stosownym miejscem"? - pytano.
"Oczywiste przecież, że nie można było liczyć na jego nawrócenie. Wszyscy ci rewolucjoniści są zatwardziali. Więc po cóż było iść? Cóż tam było do zobaczenia? Musiał być bardzo ciekaw zobaczyć, jak diabeł duszę zabiera".
Pewna pani, z rodzaju impertynentek silących się na dowcip, zaczepiła go nawet takim żartem:
- Ludzie pytają, kiedy Wasza Wielkość będzie miał czerwoną czapkę?
- Ho, ho! To silny kolor - opowiedział biskup. - Szczęście, że ci, którzy pogardzają nim na czapce, szanują go na kapeluszu.
Rozdział XI
Restrykcja
Myliłby się ten, kto by sądził, że Jego Wielebność Ludomił był "biskupem filozofem" lub też "proboszczem patriotą". Jego spotkanie z dawnym członkiem Konwentu pozostawiło w nim uczucie pewnego zdziwienia, które uczyniło go jeszcze łagodniejszym. Oto i wszystko.
Chociaż biskup Ludomił nie był wcale człowiekiem zaangażowanym w politykę, powinno się tu może krótko wspomnieć, jaka była jego postawa wobec ówczesnych zdarzeń, zakładając, że biskup Ludomił w ogóle myślał o tym na tyle, by mieć jakąś postawę.
Cofnijmy się zatem o parę lat wstecz.
Wkrótce po wyniesieniu Myriela na biskupstwo, cesarz zrobił go również - tak jak i paru innych biskupów - baronem cesarstwa. Jak wiadomo, papieża zaaresztowano w nocy z 5 na 6 lipca 1809 roku; przy tej okazji Myriel został wezwany przez Napoleona na synod biskupów Francji i Włoch, zwołany do Paryża. Synod ten odbywał się w Notre-Dame i zgromadził się po raz pierwszy 15 czerwca 1811 pod prezydencją kardynała Fescha. Myriel znalazł się w grupie dziewięćdziesięciu pięciu biskupów, którzy należeli do synodu. Obecny był jednak tylko na pierwszym spotkaniu i trzech lub czterech prywatnych konferencjach. Jako biskup diecezji górskiej, żyjący tak blisko natury, w niedostatku i wiejskiej prostocie, zdawał się wnosić między te znakomite osoby takie myśli, które zmieniały atmosferę zgromadzenia. Bardzo szybko wrócił do siebie. Kiedy wypytywano go o przyczynę tak rychłego powrotu, odpowiadał:
- Przeszkadzałem im. Przeze mnie dochodziło do nich powietrze z zewnątrz. Sprawiałem na takich takie wrażenie, jakbym był otwartymi drzwiami.
Innym razem rzekł:
- Cóż chcecie? To są książęta. Ja zaś jestem tylko biednym biskupem chłopskim.
Rzeczą pewną było, że im się nie podobał. Kiedyś, kiedy pewnego wieczoru gościł u jednego ze swoich najznakomitszych kolegów, wymknęły mu się między innymi takie słowa:
- Jakie piękne zegary! Jakie wspaniałe dywany i jaka śliczna liberia! Musi to bardzo przeszkadzać. O, nie chciałbym tego całego zbytku, który wciąż krzyczałby mi nad uszami: są ludzie, którym zimno, są ludzie ubodzy!
Zaznaczmy na marginesie, że nienawiść do zbytku nie byłaby rozumną nienawiścią. Ta nienawiść mieściłaby bowiem w sobie także nienawiść do sztuki. Jednakże u ludzi Kościoła zbytek poza obrębem koniecznej reprezentacji i obrządków jest złem. Zdaje się on zdradzać przyzwyczajenia, rzeczywiście niemogące iść w parze z miłością bliźniego. Bogaty ksiądz jest bezsensem. Ksiądz musi stać blisko ubogich. A czyż podobna ocierać się wciąż, dzień i noc, o nędzę, nieszczęścia oraz biedę i nie wziąć na siebie trochę tej nędzy jak prochu od pracy? Czyż można wyobrazić sobie człowieka, który stoi przy piecu, a nie ma ani jednego spalonego włoska, ani jednego poczerniałego paznokcia, ani kropli potu, ani odrobiny popiołu na twarzy? Pierwszym dowodem miłości u księdza, a nade wszystko u biskupa, jest ubóstwo.
Tak zapewne myślał też biskup z Digne.
Nie trzeba z tego jednak wnosić, że w pewnych drażliwych kwestiach podzielał on to, co byśmy nazwali "ideami wieku". Mało mieszał się do ówczesnych teologicznych kłótni i milczał w kwestiach spornych między państwem a Kościołem: gdyby go jednak przyparto do muru, zdaje się, że prędzej znaleziono by w nim materiał na ultramontanina niż galikanina. Ponieważ przedstawiamy go wiernie i nie chcemy niczego ukrywać, musimy dodać, że względem upadającego Napoleona zachował się lodowato. Od 1813 roku albo osobiście brał udział we wszystkich nieprzyjaznych mu manifestacjach, albo im przyklaskiwał. Odmówił spotkania z cesarzem, kiedy ten wrócił z wyspy Elby, w swojej diecezji nigdy też nie nakazał publicznych modłów za cesarza podczas Stu Dni.
Oprócz siostry Baptysty, biskup miał również dwóch braci: jeden był generałem, a drugi prefektem. Dosyć często do obydwu pisywał. Przez jakiś czas gniewał się jednak na pierwszego za to, że będąc dowódcą w Prowansji, w czasie przybycia do Cannes na czele oddziału liczącego tysiąc pięćset ludzi, ścigał cesarza tak, jak się ściga, kiedy chce dać się umknąć ściganemu. Serdeczniejszą korespondencję prowadził z drugim bratem, prefektem, poczciwym i zacnym człowiekiem, który usunąwszy się z publicznego obowiązku, żył w spokoju w Paryżu, przy ulicy Cassette.
A zatem także i biskup Ludomił miał swoją chwilę stronniczości politycznej, swoją chwilę goryczy, swoją chmurę. Cień namiętności czasu przemknął również po tym łagodnym i wielkim umyśle, który zatapiał się w rzeczach wiecznych. Człowiek taki z pewnością zasługiwał na to, by opinie polityczne pozostały dla niego zupełnie obojętne.
Dla lepszego wyłożenia naszej myśli trzeba tu dodać, że nie mieszamy tego, co powszechnie nazywa się "opinią polityczną", z wielkim pragnieniem postępu, ze szczytną wiarą w patriotyzm, demokrację oraz ludzkość, która to wiara powinna dziś być podstawą wszelkiej szlachetnej inteligencji. Nie zagłębiając się w kwestie, które tylko pośrednio dotykają przedmiotu tej książki, powiemy po prostu, że byłoby pięknie, gdyby biskup Ludomił nie był rojalistą, gdyby jego wzrok nawet na chwilę nie odwrócił się od owej pogodnej kontemplacji, w której ponad fikcją i nienawiścią tego świata, ponad burzliwym biegiem rzeczy ludzkich, wyraźnie promienieją trzy światła: prawda, sprawiedliwość i miłość.
Zgadzając się jednak na to, że Bóg stworzył biskupa Ludomiła nie dla żadnej idei politycznej, moglibyśmy nawet rozumieć i podziwiać jego protestację w imieniu prawa i wolności, dumną opozycję, niebezpieczny i sprawiedliwy opór, jaki stawiał wszechwładnemu Napoleonowi. Ale o ile taka postawa podoba nam się względem tych, co się wznoszą, nie podoba nam się względem tych, którzy upadają. Walkę lubić można wówczas tylko, kiedy jest w niej niebezpieczeństwo, a w każdym razie ci tylko, którzy walczą w pierwszej godzinie, mają jedynie prawo zagłady w godzinie ostatniej. Kto nie był oskarżycielem za czasów pomyślności, powinien milczeć w chwili niepowodzenia. Tylko ten, kto przeciwstawiał się powodzeniu, ma prawo być sędzią w upadku. Co do nas, kiedy Opatrzność miesza się do tego i sama uderza, nie przeszkadzamy jej. Rok 1812 zaczął nas rozbrajać. W 1813 roku owe milczące ciało prawodawcze, które - ośmielone katastrofami - nikczemnie przerywa swoje milczenie, wzbudzić powinno tylko oburzenie, nie zaś oklaski; w 1814 zaś należało jedynie odwrócić głowę od owych marszałków senatu, którzy zdradzając, z jednej kałuży wpadali w drugą, znieważając to, co poprzednio tak ubóstwiali i plując na swoje największe bożyszcze. W 1815 roku, kiedy największe, ostateczne już klęski wisiały w powietrzu, kiedy ich ponure zbliżanie się przejmowało całą Francję dreszczem, kiedy można już było dostrzec zarysowujące się przed Napoleonem Waterloo, bolesne, powszechne przechylenie się armii na stronę skazańca losu nie miało w sobie nic śmiesznego - i pod tym względem serce takiego człowieka jak biskup powinno było zrozumieć, jak wielkie i wzruszające było to ścisłe połączenie się na brzegu przepaści wielkiego narodu z wielkim człowiekiem.
Wyjąwszy tę jedną kwestię, był on we wszystkim sprawiedliwy, szczery, rozumny, pokorny, pełen godności, dobroczynny i uprzejmy, co jest zresztą drugą dobroczynnością. Był to kapłan, mędrzec i człowiek. A nawet, trzeba to zaznaczyć, w kwestii politycznej, co do której przed chwilą uczyniliśmy tu zarzut i którą gotowi jesteśmy ocenić surowo, był w pewnym sensie prostolinijny i wyrozumiały, bardziej może nawet od piszącego te słowa.
Otóż odźwierny ratusza dostał swą posadę od cesarza. Był to stary podoficer starej gwardii, legionista spod Austerlitz, bonapartysta jak się patrzy. Biedakowi temu wymykały się czasem słowa, które ówczesne prawo nazywało mową buntowniczą. Od czasu, kiedy profil cesarza znikł z legii honorowej, on przestał zakładać mundur dlatego, żeby nie być zmuszony do złożenia swego krzyża. Sam zaś z namaszczeniem zdjął wizerunek cesarski z krzyża, który Napoleon mu dał, na jego miejsce zaś nie chciał włożyć niczego innego, tak że na mundurze pozostała dziura. Wolę umrzeć - powtarzał - niż nosić na sercu trzy ropuchy. Chętnie też głośno szydził z Ludwika XVIII. "Stary podagryk w angielskich kamaszach - powiadał - niech sobie rusza do Prus ze swoją salsefią". Szczęśliwy był, że w jednym przekleństwie mógł połączyć dwie rzeczy, których najbardziej nienawidził: Prusy i Anglię. Tak dokazywał, że wreszcie stracił posadę i został bez chluba na bruku, z żoną i z dziećmi. Biskup przywołał go do siebie, łagodnie upomniał i mianował odźwiernym katedry.
W dziewięć lat biskup Ludomił, dzięki swym świętym uczynkom oraz słodkiemu obejściu, zjednał sobie w całym mieście rodzaj tkliwej, synowskiej czci. Nawet jego postawa względem Napoleona nie zaszkodziła mu w oczach ludu, który w milczeniu mu to darował. Dobra, poczciwa trzoda czciła swego cesarza, ale nie mniej kochała biskupa.
Rozdział XII
Samotność biskupa Ludomiła
Prawie zawsze wokół każdego biskupa znajduje się rój księży, tak jak wokół generała gromadzi się zwykle gromada młodych oficerów. O nich to właśnie powiada gdzieś święty Franciszek Salezy, że są to "księża młokosy". W każdym zawodzie widzimy grupę ubiegających się, którzy składają się na orszak tych, co już dobiegli do mety. Nie ma władzy, która by nie miała swoich satelitów, nie ma fortuny, która by nie miała swego dworu. Ci, co starają zapewnić sobie przyszłość, krążą wokół świetnej teraźniejszości. Każda metropolia ma swój sztab. Każdy biskup, choć trochę wpływowy, ma wokół siebie swój patrol cherubinów: seminarzystów, którzy pełnią służbę, utrzymują należyty porządek w pałacu biskupim i odbywają straż przy uśmiechu Jego Wielebności. Podobać się biskupowi, to jak stanąć jedną nogą na stopniu subdiakona. Trzeba przecież jakoś żyć, a probostwo nie pogardza kanonią.
Tak jak gdzie indziej są wielkie figury, tak w kościele są wielkie infuły. Są to biskupi dobrze ustawieni przy dworze, bogaci, mający dochody, zręczni, przyjmowani w świecie, zapewne umiejący się modlić, ale też umiejący prosić, bez skrupułów skazujący w swojej osobie całą diecezję na wycieranie przedpokojów. Grają oni rolę łączników między zakrystią a dyplomacją i są to bardziej księża niż kapłani, bardziej prałaci niż biskupi. Szczęśliwy, kto się może do nich zbliżyć! Tych, co nadskakują i się przypochlebiają, i całą tę młodzież, która umie się podobać, obdzielają oni, jako ludzie upoważnieni, zyskownymi parafiami, prebendami, archidiakonatami, posadami jałmużników i urzędami katedralnymi, zanim nadejdzie kolej na biskupie godności. Sami idąc naprzód, posuwają równocześnie naprzód swoich satelitów; jest to cały system słoneczny w ruchu. Promienie, które od nich padają, oświecają ich świtę. Okruszyny ich własnego powodzenia sypią się na innych. Im zyskowniejsze probostwo ma patron, tym zyskowniejsze probostwo dostaje się faworytowi. A w dodatku jest przecież jeszcze Rzym. Biskup, który umie zostać arcybiskupem, arcybiskup, który umie zostać kardynałem, bierze ze sobą kogoś jako konklawistę, ten ktoś wchodzi do roty, dostaje paliusz i oto już jest audytorem, dalej zaś szambelanem, później monsignorem, a od Jego Wysokości do Eminencji już tylko jeden krok, Eminencję od Świątobliwości dzieli zaś już tylko formalność głosowania. Każdy biret może więc marzyć o tiarze. Ksiądz jest w naszych czasach jedynym człowiekiem, który może zostać królem, i to jeszcze jakim królem! Królem najwyższym. Toteż seminarium jest jak szkółka ochotników! Ileż dzieci śpiewających w chórze, ile młodych księży, którzy na głowie mają dzban mleka Peretty! Któż wie, jak łatwo ambicja zyskuje miano powołania? Może w dobrej wierze zwodzić i samą siebie, świętoszka!
Biskup Ludomił, pokorny, ubogi, żyjący w odosobnieniu, nie zaliczał się do wielkich infuł. Zupełny brak młodych księży wokół niego dostatecznie to wskazywał. Widzieliśmy też, że w Paryżu się "nie przyjął". Ani jedno marzenie o przyszłości nie myślało przyczepić się do tego samotnego starca. Ani jedna młodziutka ambicja nie odważyła się rosnąć pod jego cieniem. Jego kanonicy i wikariusze byli poczciwymi starcami, trzymający trochę tak jak on z ludem, jak on zamurowani w swojej diecezji, która nie prowadziła do kardynalstwa; byli oni podobni do swego biskupa, z tą tylko różnicą, że z nich już nic więcej być nie mogło, on zaś był człowiekiem skończonym. Tak dobrze zdawano sobie sprawę z niemożliwości wzrastania przy nim, że młodzi ludzie wyświęceni przez niego, zaraz po wyjściu z seminarium starali się o to, by ich polecono arcybiskupom w Aix albo w Auch i prędko zmykali. Bo przecież, powtórzmy, każdy chce, by ktoś go posunął naprzód. Człowiek świątobliwy, wyznający zbyteczne zaparcie się samego siebie, jest niebezpiecznym sąsiedztwem; może zarazić nieuleczalnym ubóstwem, bezwładnością stawów potrzebnych do awansu, słowem: nauczyć się zrzekania samego siebie bardziej, niż byś chciał, toteż ludzie uciekają od tej zaraźliwej cnoty. Stąd też brało się osamotnienie biskupa Ludomiła. Żyjemy w smutnym społeczeństwie. Powodzenie jest to nauka, która kropla za kroplą sączy zgorszenie.
Nawiasem mówiąc, powodzenie jest rzeczą dosyć brzydką. Fałszywe jego podobieństwo do zasługi zwodzi ludzi. W oczach tłumu ma ono prawie te same rysy co wyższość. Powodzenie, ten sobowtór zdolności, wyprowadza w pole historię. Jedynie Juwenal i Tacyt je gromią; za naszych czasów jednak filozofia, na wpół użytkowa, stała się służącą powodzenia, nosi jego liberię i pełni służbę w jego przedpokoju. "Niech się wam wiedzie" - oto jest cała teoria. Powodzenie kojarzy się ze zdolnością - wygraj więc na loterii, a ogłoszą cię zdolnym człowiekiem! Kto odnosi zwycięstwo, ten zdobywa cześć. Ródź się zatem w czepku! Wszystko od tego zależy: niech ci się wiedzie, reszta nic już nie znaczy; miej szczęście, a będziesz wielki. Oprócz pięciu czy sześciu wyjątków, które blaskiem swym zdobią wiek współczesny, podziw jest dziś bardzo krótkowzroczny. Pozłota jest złotem. Być pierwszym lepszym, nic to nie znaczy, byleby dojść do celu. Pospólstwo jest jak stary Narcyz, który kocha się sam w sobie i przyklaskuje tylko pospolitości. Potężną zdolność, która tworzy Mojżesza, Eschila, Dantego, Michała Anioła lub Napoleona, tłum przyznaje od razu, i to każdemu, kto dojdzie do jakiegokolwiek celu. Niech się tylko notariusz zamieni w deputowanego, niech fałszywy Korneliusz napisze Tiridata, niech eunuch zdobędzie harem, niech służbista wojskowy przypadkiem wygra ważną bitwę epoki, niech aptekarz wynajdzie podeszwy z kartonu dla armii Sambry i Mozy i z kartonu tego, sprzedawanego zamiast skóry, zrobi sobie czterysta tysięcy franków dochodu, niech wędrowny kupiec zaślubi lichwę i zrodzi siedem do ośmiu milionów, których on będzie ojcem a ona matką, niech kaznodzieja zostanie biskupem dlatego, że mówi przez nos; niech rządca dobrego domu będzie tak bogaty, kończąc służbę, by go zrobiono ministrem finansów - ludzie wszystko to nazwą geniuszem, tak jak twarz Mousquetona nazywają pięknością, a kark Klaudiusza majestatem. Mieszają gwiazdy przestworzy z gwiazdami, które łapy kaczek wyciskają na miękkim szlamie kałuży.
Rozdział XIII
W co wierzył?
W kwestii prawowierności biskupa z Digne nie będziemy sprawdzać - przed taką duszą czujemy się skłonni jedynie do szacunku. Sumieniu sprawiedliwego należy wierzyć na słowo. Zresztą przy całej różnorodności ludzkich natur jesteśmy skłonni przypuszczać, że wszystkie cnoty ludzkie mogą rozwijać się nie tylko w naszej religii.
Co on sam myślał o dogmatach i tajemnicach religii? To tajne sumienie zna chyba tylko grób, do którego schodzą nagie dusze. Pewni jednak jesteśmy, że nigdy trudności wiary nie przykrywały się u niego płaszczem hipokryzji. Diament nie poddaje się żadnej zgniliźnie. Wierzył, jak mógł najwięcej. Credo in patrem - wołał często. Czerpał zresztą z dobrych uczynków, którymi zaspokaja się sumienie, mówiąc z cicha: jestem z Bogiem!
Trzeba też tutaj nadmienić, że - jeśli można się tak wyrazić - poza obrębem jego wiary, biskup wykazywał też zbytnią miłość. To właśnie, quia multum amavit, było jego słabą stroną, jak powiadały poważne osoby, rozsądni ludzie - ulubione wyrażenia naszego smutnego świata, w którym samolubstwo odbiera hasło od pedantyzmu. Czymże był ten jego zbytek miłości? Była to pogodna uprzejmość, obejmująca wszystkich ludzi, a czasami rozciągająca się nawet na zwierzęta. Nie znał uczucia pogardy i był pobłażliwy dla każdego bożego stworzenia. Każdy człowiek, nawet najlepszy, wykazuje pewną nieczułość, którą zachowuje dla zwierząt. Biskup nie posiadał tej nieczułości, właściwiej przecież wielu księżom. Nie posuwał się może tak daleko jak bramin, ale zdaje się, że dobrze zastanawiał się nad słowami Eklezjasty: "Któż wiedzieć może, gdzie idzie dusza zwierząt?". Zarówno szpetna powierzchowność, jak i ułomność instynktu ani go nie dziwiły, ani tym bardziej nie oburzały. Wzruszał się tylko i rozczulał nad nimi. Wydawało się, że poza granicami pozornego życia szukał ich przyczyny, wyjaśnienia, jakiegoś usprawiedliwienia. Chwilami zdawał się prosić Boga o zmniejszenie kary. Bez gniewu, okiem filologa, który sylabizuje palimpsest, badał ten chaos, co się jeszcze znajduje w przyrodzie. Czasami, w zadumie swojej, dziwne mówił rzeczy. Pewnego rana na przykład był w ogrodzie. Nie widział siostry, która za nim szła i sądził, że jest sam. Nagle zatrzymał się i zaczął przyglądać się czemuś na ziemi: był to wielki, czarny, kosmaty, obrzydliwy pająk. Siostra usłyszała, jak mówił:
- Biedne zwierzę, przecież to nie jego wina.
Dlaczego mam nie wspominać o tych dziecinnych przymiotach, malujących prawie boską dobroć? Są to dzieciństwa, zgoda, ale dzieciństwa szczytne, które mieli również św. Franciszek z Asyżu i Marek Aureliusz.
Innym razem biskup skręcił sobie nogę, nie chcąc zgnieść mrówki. Tak właśnie żył ten sprawiedliwy człowiek. Czasami usypiał w ogrodzie - był to widok wzbudzający największy szacunek.
Powiadano, że biskup Ludomił w młodości swojej, a także i w wieku dojrzałym, był człowiekiem porywczym, nawet gwałtownym. Jego późniejsza dobroć i łagodność wynikały więc nie tyle z temperamentu, ile raczej z głębokiego przekonania, które powoli, myśl za myślą, wnikało w jego życie - nawet w charakterze twardym jak skała, krople wody mogą w końcu wyżłobić dziurę. Wyżłobienia takie są niezatarte, a takie kształtowanie - niezniszczalne.
Jak to już zostało wspomniane, w 1815 roku biskup kończył siedemdziesiąt pięć lat, nie wyglądał jednak nawet na lat sześćdziesiąt. Był niewielkiego wzrostu, trochę otyły, i z tego powodu lubił odbywać długie, piesze przechadzki. Chód miał pewny i prawie wcale się nie garbił: jest to szczegół, z którego nie zamierzamy jednak wyciągać żadnych wniosków: Grzegorz XVI, mając lat osiemdziesiąt, również trzymał się prosto i się uśmiechał, co jednak nie przeszkadzało mu być złym biskupem. Biskup Ludomił miał to, co nazywają piękną głową, tak jednak przyjemną zarazem, że zapominano o jej piękności.
Kiedy rozmawiał z kimś z tą swoją dziecinną wesołością, która była jednym z jego wdzięków i o której już tutaj mówiliśmy, zdawało się, że z całej jego osoby płynie radość. Cera jego, świeża i zabarwiona oraz białe zęby, które w całości zachował i które ukazywał przy uśmiechu, nadawały jego twarzy wyraz otwartości i przystępności. Jeżeli taką fizjonomię spotykamy u dorosłego człowieka, mówimy: dobry jak dziecię, jeżeli u starca, powiadamy - poczciwiec.
Wiemy już, że takie właśnie wrażenie biskup sprawił na Napoleonie. Początkowo dla tego, kto widział go po raz pierwszy, w istocie był to tylko poczciwiec. Jeżeli jednak ktoś spędził z nim kilka godzin i widział, jak bywa zamyślony, poczciwiec powoli przeistaczał się w kogoś, komu należał się szacunek; czoło jego, szerokie i myślące, poważne przez swój biały włos, stawało się jeszcze poważniejsze przez myślenie. Z dobroci tej wypływał więc majestat, a mimo tego dobroć ta wciąć promieniała - było w tym coś wzruszającego, niby widok uśmiechniętego anioła, który powoli rozpościera swe skrzydła, nie przestając się przy tym uśmiechać. Cześć, niewypowiedziana cześć stopniowo przejmowała na jego widok, ogarniając serce, tak że czuło się, że ma się przed sobą jedną z tych silnych dusz, doświadczonych i pobłażliwych, w których myśl jest tak wielka, że może być już tylko łagodna.
Jak widzieliśmy, modlitwa, sprawowanie obrzędów religijnych, jałmużna, pocieszanie strapionych, uprawa ziemi, braterstwo, skromne życie, gościnność, wyrzeczenia, ufność nauka i praca napełniały wszystkie dni jego życia. Tak, napełniały, to właściwy wyraz, bo rzeczywiście, dzień biskupa aż po brzegi pełen był dobrych myśli, dobrych słów i dobrych czynów. Jednakże nie był on zupełnym, jeżeli zimno lub słota nie pozwoliły mu wieczorem, kiedy obie kobiety odeszły już do siebie, zejść do ogrodu i spędzić w nim jedną lub dwie godziny przed udaniem się na spoczynek. Zdawało się, że był to dla niego rodzaj obrządku, za pomocą którego przygotowywał się do snu - przez rozmyślanie wokół wielkich widoków nocnego nieba. Czasami, nawet późno w nocy, jeżeli kobiety nie spały, słyszały, jak powoli chodzi po ogrodzie. Był tam sam z sobą, pogrążony w myślach, spokojny i wzruszony widzialnym blaskiem gwiazd wśród ciemności i niewidzialnym blaskiem Boga; wielbił i porównywał pogodę serca swego z pogodą eteru, otwierał duszę swoją przed myślami, które płynęły z Niewiadomego. W chwilach tych, kiedy niósł swe serce w ofierze, tak jak kwiaty nocne niosą swoją woń, kiedy palił się jak lampa wśród nocy gwiaździstej, kiedy nosił się w zachwycie wśród powszechnego promieniowania świata, wówczas może sam nie potrafiłby opisać, co się w nim działo: czuł tylko, że coś z niego ulatuje, ale zarazem i coś do niego spływa. Tajemnicza zamiana otchłani duszy z otchłaniami świata!
Myślał o wielkości i obecności Boga; o przyszłej wieczności, dziwnej tajemnicy; o wieczności przeszłej, tajemnicy jeszcze dziwniejszej; o nieskończoności, która w jego oczach rozchodziła się na wszystkie strony, i nie starając się zrozumieć tego, co niezrozumiałe, patrzył tylko na nią. Nie badał Boga; napawał się tylko jego blaskiem. Przypatrywał się wspaniałym związkom atomów, które nadają kształt materii, wykazują siły i im dowodzą, tworzą osobne jedności, rozmiary, przestrzenie, niezliczoność w nieskończoności, i przez światło wywołują piękno. Atomy te łączą się ze sobą w grupy i rozłączają nieustannie: stąd życie i śmierć.
Siadał na drewnianej ławeczce, stojącej koło spróchniałej drabinki i patrzył na gwiazdy, migające między nędznymi, pokrzywionymi drzewami ogrodu. Ten kawałek ziemi, tak ubogi w roślinność, tak oszpecony ruderami i szopami, wystarczał mu i był mu drogi.
Czego więcej mógł potrzebować ten starzec, który wolny czas w swoim życiu - a tak mało tego wolnego czasu miał - dzielił między pracę w ogrodzie w czasie dnia i rozmyślanie w nocy? Czyż w tym małym zakątku, mającym za sklepienie niebo zamiast sufitu, nie można było wielbić Boga w jego dziełach tak najpiękniejszych, jak i najszczytniejszych? W istocie, czyż to nie dosyć? Czego żądać więcej? Mały ogródek do przechadzki i cały ogrom do myślenia. U nóg to, co można uprawiać i zbierać, nad głową to, co można badać i nad czym można rozmyślać; trochę kwiatów na ziemi i wszystkie gwiazdy na niebie.
Rozdział XIV
Co myślał
Jeszcze słowo.
Rodzaj szczegółów, które podaliśmy, a mianowicie te, o których wspominaliśmy przed chwilą, mógłby - jeżeli użyjemy modnego ostatnio wyrażenia - nadać biskupowi pewną cechę panteistyczną, można by również przypuszczać - pojmując to albo jako pochwałę, albo jako naganę - że wyznawał on jedną z owych osobistych filozofii, właściwych naszemu wiekowi, filozofii, które powstają czasem w umysłach samotnych, osiedlają się w nich i wzrastają do takiego stopnia, że zastępują miejsce religii. Mniemanie takie byłoby jednak zupełnym błędem i stanowczo musimy zapewnić, że ci, co znali biskupa Ludomiła, nie odważyliby się nawet coś podobnego pomyśleć. Mądrość jego pochodziła ze światła, które płynie stamtąd.
Żadnych systemów, a wiele czynów. W zawiłych rozumowaniach tkwi zawrót głowy - nie mamy żadnej wskazówki na to, że jego umysł uciekał do rzeczy niezrozumiałych. Apostoł może być odważny, ale biskup powinien być nieśmiały. Prawdopodobnie skrupuły nie pozwoliłyby mu zanadto zagłębiać się w pewne zagadnienia, które są niejako własnością wielkich, strasznych umysłów. Przy przedsionku zagadki czuwa wielki przestrach: ciemne otchłanie otwarte są przed tobą, ale coś ostrzega cię, przechodniu życia, byś tam nie wchodził. Biada temu, który wejdzie!
W niezmierzonych głębiach abstrakcji i czystej spekulacji, stojących, że się tak wyrazimy, ponad dogmatami, geniusze podają Bogu swoje idee. Ich modlitwa zuchwale stawia dyskusję, ich cześć zawiera pytanie: i to jest bezpośrednia religia, pełna niepokoju i odpowiedzialności dla tych, którzy odważą się na jej urwiste pochyłości.
Rozmyślanie ludzkie nie zna granic. Na własne ryzyko myśl bada i zgłębia to, co ją olśniewa. Można by nawet powiedzieć, że wskutek pewnej reakcji, ona sama z kolei olśniewa naturę: tajemniczy świat, który nas otacza, zwraca to, co sam odbiera, prawdopodobnie i badacze są badani. Bądź co bądź, są na ziemi ludzie - tylko czy są to ludzie? - którzy w głębi widnokręgów myśli wyraźnie spostrzegają szczyty absolutne i miewają straszne widzenia nieskończonej wyniosłości. Biskup Ludomił nie należał do tych ludzi, biskup Ludomił nie był też geniuszem. Byłby się obawiał tych wzniosłości, skąd niektórzy, bardzo wielcy nawet, jak Swedenborg i Pascal, stoczyli się w szaleństwo. Zaiste, potężne te marzenia mają swoją moralną użyteczność, stromymi tymi drogami człowiek zbliża się ku doskonałości. Ale on obierał sobie krótszą drogę przez ewangelię.
Nie próbował budować swego ornatu w pewne fałdy, przypominające płaszcz Eliasza; na ponure kołysanie się zdarzeń nie ciskał żadnego promienia przyszłości, rozpierzchłych światełek nie usiłował skupić w jeden płomień: nie było w nich niczego ani z proroka, ani z maga. Pokorna ta dusza kochała; nic więcej.
Że modlitwę potęgował do nadludzkiej siły, jest to prawdopodobne - ale nie można za wiele się modlić, tak jak nie można za wiele kochać, i jeżeli herezją nazywa się modlitwa wychodząca poza zakres tekstu, w takim razie zarówno święta Teresa, jak i święty Hieronim także byli heretykami.
Skłaniał się ku temu, co jęczy i co pokutuje. Świat wydawał mu się olbrzymią chorobą: wszędzie czuł gorączkę, wszędzie dotykał cierpienia i nie szukając rozwiązania tej zagadki, starał się tylko opatrywać rany. Straszny obraz życia stworzonych istot budził w nim rozczulenie: myślał tylko o tym, by wynaleźć najlepszy sposób litowania się i wspierania, i by sposobu tego móc samemu używać i skłaniać do niego innych. To, co istnieje, było dla tego dobrego i rzadkiego kapłana nieustannym przedmiotem smutku, który jednak pragnie cieszyć.
Są ludzie, którzy pracują nad wydobywaniem złota, on pracował nad wydobywaniem litości. Powszechna nędza była jego kopalnią, a powszechna boleść - sposobnością do nieustającej dobroci. Kochajcie jedni drugich - biskup utrzymywał, że w tych słowach zawiera się wszystko, niczego więcej nie pragnął, było to całą jego doktryną. Pewnego dnia ów człowiek, który się miał za filozofa, ów wyżej wspomniany tutaj senator, rzekł do biskupa:
- Spójrzcie na to widowisko, jakim jest świat: wojna wszystkich ze wszystkimi. Ten, co najsilniejszy, ma najwięcej rozumu. Wasze "kochajcie jedni drugich" jest głupstwem.
- Niech i tak będzie - odrzekł biskup Ludomił, nie sprzeciwiając się - jeżeli to głupstwo, dusza powinna zamknąć się w nim jak perła w ostrydze.
I sam się w niej zamykał, w niej żył, nią zadowalał się zupełnie, pozostawiając z boku wielkie zagadnienia, które przyciągają do siebie i zarazem przestraszają; niezgłębione perspektywy abstrakcji, przepaście metafizyki, wszystkie te głębie prowadzące apostoła do Boga, a ateusza do nicości: przeznaczenie, dobro i zło, walka stworzenia przeciw stworzeniu, sumienie człowieka, instynkt zwierzęcia, przeobrażenie przez śmierć, powtórzenie życia, które zawiera się w grobie, niepojęte zaszczepienie kolejnych żądz na trwałej jaźni, istota, substancja, nicość i istność, dusza, natura, wolność, konieczność; zagadnienia o prostopadłym cyplu, ponure gąszcze, do których mają pociąg olbrzymie archanioły ludzkiego ducha; straszliwe przepaście, które Lukrecjusz, Manu, święty Paweł i Dante zgłębiają tym wzrokiem płomienistym, wpatrującym się wytrwale w nieskończoność i zdającym się tworzyć w niej gwiazdy. Biskup Ludomił po prostu był człowiekiem, dostrzegającym tajemnicze zagadnienia, ale ich niebadającym, nieporuszającym i niemącącym nimi swego ducha, człowiekiem, który miał w duszy głęboki szacunek dla tajemnic.
KSIĘGA II: UPADEK
Rozdział I
Wieczór po całodziennej podróży
W pierwszych dniach października 1815 roku, może na godzinę przed zachodem słońca, pewien podróżujący pieszo mężczyzna wszedł do miasta Digne. Mieszkańcy, którzy w tej chwili przypadkowo stali przy oknach lub w progach swych domów, spoglądali na przybysza z pewnym niepokojem. Trudniej było bowiem spotkać przechodnia, który by nędzniej od niego wyglądał. Był to człowiek średniego wzrostu, barczysty i krzepki, w sile wieku. Mógł mieć od czterdziestu sześciu do czterdziestu ośmiu lat. Czapka ze spuszczonym skórzanym daszkiem częściowo zakrywała jego opaloną od słońca i spoconą twarz. Spod koszuli z grubego, żółtego płótna, zapiętej u szyj małą srebrną kotwiczką, widać było owłosioną pierś. Miał też skręcony w sznurek krawat, znoszone i zszarzałe spodnie z niebieskiego drelichu: na jednym kolanie wytarte, na drugim dziurawe; oraz starą, szarą bluzę, na jednym łokciu załataną kawałkiem zielonego sukna przyszytego ściegami. Na plecach niósł żołnierski tornister, mocno napakowany, nowy i dobrze zapięty. W ręce zaś trzymał ogromny, sękaty kij; nogi, bez pończoch, obute miał w podkute trzewiki. Widoku dopełniała ogolona głowa i długa broda.
Pot, upał, piesza podróż i kurz - wszystko to nadawało jego postaci jeszcze większy pozór nędzy i ruiny.
Jego włosy były obcięte tuż przy skórze, a mimo wszystko jeżyły się: odrastały już bowiem trochę i zdawało się, że od jakiegoś czasu nie były strzyżone.
Nikt nie znał mężczyzny, był to więc widocznie tylko przechodzień. Skąd przybywał? Z południa, najprawdopodobniej przybywał od strony morza. Wchodził do Digne tą samą ulicą, która sześć miesięcy wcześniej widziała cesarza Napoleona, udającego się z Cannes do Paryża. Człowiek ten zapewne szedł przez cały dzień; zdawał się być bardzo zmęczony. Kobiety ze starego miasta widziały go, kiedy zatrzymał się pod drzewami bulwaru Gassendiego i pił wodę ze znajdującej się na końcu placu studni. Musiał być bardzo spragniony, bo dzieci, które za nim szły, widziały go, jak znowu stawał i pił, o jakieś dwieście kroków dalej, ze studni znajdującej się na rynku.
Doszedłszy do ulicy Poichevert, zawrócił na lewo i skierował się w stronę merostwa. Wszedł tam, a w kwadrans potem wyszedł. Przy drzwiach siedział wtedy żandarm - na kamiennej ławce, z której 4 marca generał Drouot odczytywał zdziwionym mieszkańcom Digne proklamację z zatoki Juan1. Przybysz zdjął czapkę i pokornie ukłonił się owemu żandarmowi. Ten jednak nie odpowiedział na ukłon; uważnie popatrzył na podróżnego, czas jakiś odprowadzał go jeszcze wzrokiem, a potem wszedł do ratusza.
Była wówczas w Digne piękna oberża o nazwie "Krzyż Kolbasa". Gospodarzem był w niej niejaki Jackin Labarre, człowiek mający duże znaczenie w mieście, dzięki swemu pokrewieństwu z Labarre'em, który z kolei w Grenoble posiadał oberżę "Pod Trzema Delfinami". Powiadano, że generał Bertrand, przebrany za furmana, często odwiedzał ją w styczniu i rozdawał mnóstwo krzyżów żołnierzom, mieszczanom zaś niemało napoleonów. Faktem jest, że cesarz, wszedłszy do Grenoble, nie chciał zamieszkać w domu prefektury; powiedział merowi, że zatrzyma się u pewnego przyzwoitego, znajomego człowieka, po czym udał się do "Trzech Delfinów". Sława oberży rozchodziła się więc w zasięgu dwudziestu mil i padała aż na Labarre'a z oberży "Krzyż Kolbasa". Powiadano o nim w mieście: to kuzyn tego, co w Grenoble.
Ku tej właśnie oberży, uchodzącej za najlepszą w okolicy, skierował swe kroki podróżny. Wszedł do kuchni, do której wejście prowadziło wprost z ulicy. W piecach paliło się; wielki ogień wesoło trzaskał w kominie. Oberżysta, który zarazem był kucharzem, chodził od ogniska do rondli, i mocno zajęty, doglądał wybornego obiadu, przeznaczonego dla furmanów, którzy śmiali się i głośno rozmawiali w sąsiedniej sali. Kto tylko podróżuje, wie, że nikt nie jada lepiej od furmanów, wożących towary swymi brykami. Tłusty suseł, obok białych kuropatw i głuszców, obracał się na długim rożnie przed ogniem. Obok gotowały się dwa wielkie karpie z jeziora Lauzet i pstrąg z jeziora Alloz.
Oberżysta, słysząc, że otworzyły się drzwi i wszedł nowy gość, rzekł, nie podnosząc oczu:
- Czego pan sobie życzy?
- Jeść i spać - odrzekł podróżny.
- Nic łatwiejszego - odpowiedział gospodarz. W tej samej chwili odwrócił jednak głowę, jednym rzutem oka objął mężczyznę i dodał. - Za zapłatą.
Przybysz z kieszeni swej bluzy wydobył dużą, skórzaną sakiewkę i rzekł:
- Mam pieniądze.
- W takim razie będziecie mieli, czego żądacie.
Podróżny schował sakiewkę do kieszeni, zdjął z pleców tornister, następnie położył go na ziemi i z kijem w ręku usiadł na niskim stołku przed ogniem. Digne leży przecież w górach, październikowe wieczory bywają tam chłodne.
Tymczasem gospodarz kręcił się tu i ówdzie po kuchni, przypatrując się gościowi.
- Czy obiad będzie szybko? - spytał ten ostatni.
- Zaraz - odparł gospodarz.
Podczas kiedy przybysz grzał się, odwrócony plecami, zacny oberżysta Jacquin Labarre wyjął z kieszeni ołówek, a następnie wyrwał kawałek kartki z małego dziennika, który walał się na małym stoliczku pod oknem. Napisał na białym brzegu parę linijek, złożył papier, nie pieczętując go, i oddał dziecku, które - jak się zdawało - służyło za kuchcika i lokaja zarazem. Oberżysta szepnął coś kuchcikowi i dziecko pobiegło w stronę merostwa.
Podróżny nie zauważył z tego nic. Spytał raz jeszcze:
- Czy obiad będzie prędko?
- Zaraz - odpowiedział gospodarz.
Chłopiec tymczasem wrócił i oddał papier, który gospodarz zaraz śpiesznie rozłożył, jak ktoś czekający na odpowiedź. Przeczytał uważnie, potem pokiwał głową i zamyślił się na chwilę. Na koniec zbliżył się do podróżnego, który zdawał się być zatopiony w niezbyt wesołych myślach.
- Nie mogę pana przyjąć - rzekł do niego.
Człowiek na wpół podniósł się z siedzenia:
- Jak to? Obawiacie się, że wam nie zapłacę? Czy chcecie, żebym zapłacił z góry? Mam pieniądze, powiadam wam.
- Nie o to chodzi.
- Więc o co?
- Macie pieniądze...
- Tak - potwierdził nieznajomy.
- Ale ja - mówił dalej gospodarz - nie mam pokoju.
Podróżny odpowiedział spokojnie:
- Pozwólcie mi przespać się w stajni.
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- Konie zajmują wszystkie miejsca.
- No, to na strychu - stwierdził człowiek - na wiązce słomy. Pomówimy o tym po obiedzie.
- Nie mogę wam dać obiadu.
Słowa te, wypowiedziane tonem spokojnym, lecz pewnym, uderzyły nieznajomego. Powstał:
- Ale ja umieram z głodu. Od wschodu słońca wciąż szedłem. Zrobiłem dwanaście mil. Płacę i chcę jeść.
- Nic nie mam - rzekł gospodarz.
Człowiek parsknął śmiechem i obracając się w stronę komina oraz pieca, zawołał:
- Nie?! A to wszystko?
- To wszystko już zamówione.
- Przez kogo?
- Przez paru furmanów.
- Ilu ich jest?
- Dwunastu.
- A jedzenia jest na dwadzieścia osób.
- Wszystko zamówili i z góry za to zapłacili.
Człowiek usiadł i nie podnosząc głosu, rzekł:
- Jestem w oberży. Chcę jeść i zostaję.
Wówczas gospodarz nachylił mu się do ucha i rzekł głosem, od którego tamten aż zadrżał:
- Idź precz.
Podróżny, który w tej chwili okutym końcem swego kija wpychał do ognia kawałki drewna, odwrócił się żywo i już otwierał usta do odpowiedzi, kiedy gospodarz, wpatrzywszy się w niego ostro, tak samo cichym głosem dodał:
- Dość tego gadania! Czy chcecie, żebym wam powiedział nazwisko wasze? Nazywacie się Jan Valjean. A chcecie, żebym wam powiedział, kim jesteście? Zobaczywszy was, domyśliłem się czegoś, posłałem więc do merostwa i oto, co mi odpowiedziano. Umiecie czytać?
Mówiąc to, podał przybyszowi rozłożony papier, który przed chwilą odbył podróż z oberży do merostwa i z powrotem.
Człowiek spojrzał na kartkę. Po chwili milczenia barman rzekł znowu:
- Mam w zwyczaju być grzecznym ze wszystkimi. Idźcie sobie.
Człowiek spuścił głowę, podniósł tornister, który położył na ziemi i wyszedł.
Podążył wielką ulicą. Szedł prosto przed siebie, bez namysłu, tuż koło domów, jak człowiek smutny i upokorzony. Ani razu nie obrócił się za siebie. Gdyby się odwrócił, ujrzałby na progu oberży "Krzyż Kolbasa" stojącego oberżystę, wraz ze wszystkimi swymi gośćmi i przypadkowymi przechodniami ulicy; wszyscy żywo ze sobą rozmawiali i wskazywali na niego palcami; z ich nieufnych i przestraszonych spojrzeń domyśliłby się, że jego przybycie zwróci uwagę całego miasta.
Nic z tego jednak nie widział. Ludzie przygnębieni nie oglądają się poza siebie. Aż nadto dobrze wiedzą o tym, że zły los ich ściga.
Szedł tak więc przez jakiś czas, wcale się nie zatrzymując, błądząc bez żadnego celu po ulicach, których nie znał, zapominając - jak to się często zdarza w smutku - nawet o zmęczeniu. Nagle poczuł jednak silny głód; w dodatku nadchodziła noc. Rozejrzał się dookoła, czy nie spostrzeże jakiegoś schronienia.
Zamknął się przed nim piękny hotel, teraz wypatrywał więc jakiejś lichej karczmy, jakiejś nędznej dziury.
Właśnie w tej chwili na końcu ulicy zabłysło światełko; na białym tle zmroku rysowała się gałąź sosny, wisząca na żelaznym drągu. Udał się w tamtą stronę.
W istocie była to karczma, karczma przy ulicy Chaffaut. Podróżny zatrzymał się na chwilę i przez szybę zajrzał do wewnątrz: niską salę karczmy oświetlała mała lampa na stole i wielki ogień w kominie. Żelazny kociołek, zawieszony nad ogniskiem na żelaznym haku, sycząc, gotował się.
Do karczmy tej, która jest także rodzajem oberży, wchodziło się z dwóch stron. Jedne drzwi prowadziły na ulicę, drugie na mały, wypełniony nawozem dziedziniec.
Podróżny nie ośmielił się wejść drzwiami od ulicy. Wśliznął się na dziedziniec - tam jeszcze się zatrzymał, wreszcie nieśmiało ujął za klamkę i pchnął drzwi.
- Kto tam? - spytał gospodarz.
- Ktoś, kto chciałby się przespać i coś zjeść.
- To dobrze. Tutaj można mieć i jedno, i drugie.
Kiedy wszedł, wszyscy pijący się odwrócili. Lampa oświecała go z jednej strony, a ogień z drugiej. Przypatrywano mu się, podczas gdy on odwiązywał swój tornister.
Gospodarz rzekł do niego:
- Oto ogień. Wieczerza gotuje się w kociołku. Chodź się ogrzać, kolego.
Człowiek zbliżył się i usiadł przy ognisku. Wyciągnął przed ogniem znużone nogi; z kociołka wydobywał się przyjemny zapach. Twarz podróżnego, o ile można ją było widzieć spod nasuniętej czapki, przybrała wyraz pewnego zadowolenia, zmieszanego jednak z innym bolesnym wyrazem, który nadaje przyzwyczajenie się do cierpienia.
Był to zresztą profil o rysach wyraźnych, energiczny i smutny zarazem. Fizjonomia ta dziwnie była złożona: przy pierwszym wrażeniu wydawała się być pokorna, a potem nagle surowa. Spod gęstych brwi - niczym ogień spod krzaków - świeciło oko.
Tymczasem między ludźmi siedzącymi przy stole znajdował się jeden rybak, który - zanim udał się do karczmy przy ulicy Chaffaut - zostawił swego konia w stajni u Labarre'a. Przypadek sprawił, że tego rana spotkał owego podróżnego o podejrzanej powierzchowności, idącego drogą między Bras'd Asse i... (zapomniałem nazwy. Zdaje się, że to Escoublou). Kiedy go spotkał, człowiek ów, który zdawał się być już mocno zmęczony, prosił rybaka, by mu pozwolił wsiąść z tyłu za sobą na konia, na co rybak odpowiedział w ten sposób, że tylko przyśpieszył kroku. Przed pół godziną należał on jeszcze do gromady, która otaczała Jana Labarre'a i sam opowiadał ludziom z oberży "Krzyż Kolbasa" o swym porannym, nieprzyjemnym spotkaniu. Teraz ze swego miejsca nieznacznie kiwnął na gospodarza, który zaraz się do niego zbliżył. Zamienili ze sobą kilka słów. Tymczasem podróżny pogrążony był w myślach.
Karczmarz wrócił do komina, położył rękę na ramieniu przybysza i rzekł do niego:
- Wyjdziesz stąd.
Podróżny odwrócił się i łagodnie zapytał:
- A! Wiecie już?
- Tak.
- Odprawiono mnie z tamtej oberży.
- I z tej cię wyganiają.
- Gdzie chcecie, żebym poszedł?
- Gdzie indziej.
Człowiek wziął swój kij oraz swoją torbę i wyszedł. Kiedy wychodził, kilkoro dzieci, które szły za nim od pierwszej oberży i zdawały się na niego oczekiwać, rzuciły w niego kamieniami. Zawrócił z gniewem i pogroził im swoim kijem. Dzieci rozpierzchły się jak stado ptaków.
Kiedy mijał więzienie, u drzwi którego wisiał żelazny, przymocowany do dzwonu łańcuch, postanowił zadzwonić. Zakratowane okienko się otworzyło:
- Panie stróżu - rzekł, z uszanowaniem zdejmując czapkę - czy nie zechcecie otworzyć mi i pozwolić tutaj przenocować?
Głos odpowiedział:
- Więzienie nie jest oberżą. Niech was zaaresztują, to otworzę - i okienko się zamknęło.
Wszedł na uliczkę, gdzie było mnóstwo ogrodów. Niektóre z nich, otoczone tylko płotami, upiększały i rozweselały ulicę. Między tymi ogrodami i płotami ujrzał mały, jednopiętrowy domek, w którego oknie się świeciło. Popatrzył przez szybę, tak jak to zrobił przed knajpą. Ujrzał wielki pokój, pobielony wapnem, a w nim łóżko z firanką z perkalu w kwiaty, kołyskę w kącie, kilka drewnianych krzeseł i zawieszoną na ścianie dubeltówkę. Na środku pokoju stał nakryty stół. Mosiężna lampa oświecała biały obrus z grubego płótna, cynową konewkę, świecącą jak srebro oraz brunatną, napełnioną winem wazę, z której wydobywała się para. Przy stole siedział mężczyzna w wieku około czterdziestu lat, z twarzą wesołą i otwartą; trzymał na kolanach małe dziecko i podrzucał je w górę. Przy nim zupełnie jeszcze młoda kobieta karmiła drugie dziecko. Ojciec śmiał się, dziecko się śmiało, a matka się uśmiechała.
Podróżny zamyślił się na chwilę, patrząc na ten widok słodki i uspokajający. Co się w nim działo? Tylko on sam mógłby to powiedzieć. Prawdopodobnie pomyślał sobie, że dom ten będzie gościnny, i że tam, gdzie widzi tyle szczęścia, znajdzie również może trochę litości.
Lekko zastukał w szybę. Nie usłyszano go, zastukał więc po raz drugi. Teraz usłyszał, jak kobieta mówi:
- Mężu, zdaje mi się, że ktoś puka.
- Nie - odpowiedział mąż.
Zastukał więc po raz trzeci. Tym razem mężczyzna wziął lampę i poszedł do drzwi, które otworzył.
Był to człowiek wysokiego wzrostu, na wpół chłop, na wpół rzemieślnik. Miał na sobie szeroki, skórzany fartuch, który sięgał mu aż do lewego ramienia i spod którego sterczał młotek, czerwona chustka, rożek na proch i jeszcze inne przedmioty, które pasek łańcucha podtrzymywał niby w kieszeni. Głowę miał odrzuconą w tył; spod mocno wygiętej koszuli i wyłożonego kołnierza wystawała biała i naga szyja, mocna jak u woła. Miał gęste brwi, ogromne czarne bokobrody, mocno wypukłe oczy, dół twarzy w kształcie pyska, a ponad tym wszystkim ów trudny do opisania wyraz twarzy, świadczący o tym, że wie, iż jest u siebie.
- Przepraszam pana - rzekł podróżny. - Czy nie moglibyście mi dać za pieniądze trochę zupy i kącik do przespania się, ot, w tej szopie, co stoi w ogrodzie? Powiedzcie, czy nie moglibyście, za pieniądze?
- Kim jesteście? - spytał gospodarz domu.
Mężczyzna odpowiedział:
- Przybywam z Puy-Moisson. Cały dzień byłem w drodze. Zrobiłem dwanaście mil. Czy nie moglibyście? Za pieniądze?
- Nie odmówiłbym - rzekł chłop - przytułku komuś uczciwemu, co by mógł zapłacić. Ale dlaczego nie pójdziecie do oberży?
- Nie ma miejsca.
- Ba! Niemożliwe! Nie jest to przecież dzień jarmarku. Byliście u Labarre'a?
- Tak.
- I cóż?
Podróżny odpowiedział z zakłopotaniem:
- Nie wiem, nie przyjął mnie.
- A byliście u tego, co przy ulicy Chaffaut?
Zakłopotanie podróżnego się zwiększało. Wreszcie wyjąkał:
- Nie przyjął mnie również.
Twarz chłopa przybrała wyraz nieufności; zmierzył wzrokiem przybysza od stóp do głów i nagle z drżeniem w głosie zawołał:
- Czyżbyście więc byli tym człowiekiem?
Raz jeszcze spojrzał na podróżnego, zrobił trzy kroki w tył, postawił lampę na stole i zdjął fuzję ze ściany.
Tymczasem na słowa chłopa "czyżbyście więc byli tym człowiekiem" kobieta podniosła się, chwyciła dziecię w swe ramiona i z obnażoną piersią szybko ukryła się za mężem, patrząc na przybysza przestraszonym wzrokiem i szepcząc z cicha:
- Rozbójnik...
Wszystko to stało się prędzej, niż można sobie wyobrazić. Gospodarz spoglądał przez parę chwil na podróżnego niczym na jakąś gadzinę, wreszcie wrócił do drzwi i rzekł:
- Idź precz!
- Zlitujcie się - rzekł człowiek - dajcie chociaż szklankę wody.
- Kulę z fuzji! - odparł na to chłop, i gwałtownie zatrzasnął drzwi, jednocześnie zasuwając je na dwa grube rygle. W chwilę potem zamknęła się okiennica u okna i na dworze dał się słyszeć stuk żelaznego drąga, który na nie zakładano.
Tymczasem ciemniało coraz bardziej, a od strony Alp dął zimny wiatr. Przy świetle zmroku w jednym z przytykających do ulicy ogrodów, podróżny spostrzegł rodzaj budki, zrobionej, jak mu się zdawało, z darniny. Śmiało przesadził drewnianą barierę i znalazł się w ogrodzie. Zbliżył się do budki, podobnej do owych lepianek, które nadzorcy dróg budują dla siebie koło drogi; niziutki, wąski otwór zastępował w niej drzwi. Podróżny myślał zapewne, że w istocie było to mieszkanie dozorcy; był zziębły i głodny: o zaspokojeniu głodu nie mógł już myśleć, ale mógł się przynajmniej schronić przed zimnem. Takie rodzaje mieszkań są zwykle puste w nocy. Położył się więc na brzuchu i wśliznął do środka. W budzie było ciepło, znalazł w niej również dosyć dobre posłanie ze słomy. Przez chwilę leżał na tym posłaniu nieruchomo, tak bardzo był bowiem zmęczony. Ale że gniótł go tornister na plecach, a w dodatku doskonale mógł on służyć za poduszkę, mężczyzna powoli zaczął odpinać jeden z rzemyków. Nagle dało się słyszeć groźne warknięcie. Podniósł oczy - głowa ogromnego brytana ukazała się w otworze budki.
Była to buda psa.
Podróżny był jednak silny: uzbroił się w kij, z tornistra zrobił sobie puklerz i wylazł z budy jak mógł najostrożniej, nie na tyle jednak ostrożnie, by nie podrzeć jeszcze dodatkowo swoich łachmanów.
Wycofywał się teraz z ogrodu, równocześnie zasłaniając się przed brytanem kijem, którym wymachiwał mocno i zręcznie niczym szermierz.
Kiedy nie bez trudności dostał się na drugą stronę bariery i znowu znalazł na ulicy, sam, bez dachu, bez przytułku i schronienia, wypędzony nawet z tej nędznej budy i z tego posłania ze słomy, wówczas już nie tyle siadł, co upadł ma kamień i podobno pewien przechodzień usłyszał, jak mówi:
- Nie jestem nawet psem!
Wkrótce powstał i znowu zaczął iść. Wyszedł z miasta, mając nadzieję, że w polu znajdzie jakieś drzewo lub stóg, pod którym się schroni.
Szedł tak jakiś czas z wciąż spuszczoną głową. Znalazłszy się wreszcie z dala od pomieszczeń ludzkich, podniósł oczy i rozejrzał się dookoła. Był w polu: przed sobą miał jedno z owych niskich wzgórz, a na nim skoszone tuż przy ziemi ściernisko, przypominające krótko ostrzyżoną głowę.
Widnokrąg był zupełnie czarny: nie tylko przez samą ciemność nocy, lecz także z powodu chmur, które zdawały się opierać o wzgórze i piętrzyły się nad nim coraz wyżej, napełniając sobą całe niebo. Ponieważ jednak księżyc miał wzejść i nad zenitem unosiły się jeszcze ostatnie blaski zmroku, chmury te tworzyły u szczytu nieba rodzaj białawego sklepienia, z którego spadało na ziemię światło.
Ziemia była zatem oświetlona bardziej niż niebo, co zawsze sprawie dziwnie ponure wrażenie: na ciemnym widnokręgu blado i niewyraźnie odbijał się nędzny, słaby zarys wzgórza. Całość była szkaradna, ponura, zamknięta: tylko puste pola i wzgórza, a o kilka kroków od podróżnego jedynie jedno, niekształtne, samotnie stojące, trzęsące się drzewo.
Podróżny nie znał chyba specjalnie owych delikatnych nawyków inteligencji i ducha, które czynią człowieka wrażliwym na tajemniczy wygląd rzeczy; jednakże w tym niebie, w tym wzgórzu i w tym drzewie było coś tak głęboko smutnego, że nieruchomo postał tu około minuty, a potem w zamyśleniu zawrócił. Są chwile, w których natura wydaje się nieprzyjazna.
Wrócił więc z powrotem do miasta, lecz jego bramy były zamknięte. Digne, które kiedyś, jeszcze za czasów wojen religijnych, przeżyło oblężenie, w 1815 roku było jeszcze opasane starymi murami i miało po bokach czworoboczne wieże, które potem zburzono. Przez wyłom w murze przybysz ponownie wszedł do miasta.
Mogło być około ósmej wieczorem. Ponieważ nie znał ulic, rozpoczął przeto swą wędrówkę znowu na chybił trafił. Doszedł w ten sposób aż do prefektury, a następnie na seminarium. Przechodząc przez plac katedralny, pogroził pięścią kościołowi.
Na rogu tego placu znajduje się drukarnia, w której po raz pierwszy drukowano proklamacje cesarza i gwardii cesarskiej do armii, przywiezione z wyspy Elby, a dyktowane przez samego Napoleona.
Przybysz, wycieńczony już znużeniem i bez nadziei, położył się na kamiennej ławce, stojącej przy drzwiach drukarni.
Akurat w tej chwili jakaś stara kobieta wychodziła z kościoła. Spostrzegła leżącego w ciemnościach człowieka.
- Co tu robisz, przyjacielu? - spytała.
- Widzicie sama, dobra kobieto, że się kładę - odpowiedział ostro i z gniewem.
Dobra kobieta, rzeczywiście godna tego określenia, była markizą de R.
- Na tej ławce? - spytała znowu.
- Przez dziewiętnaście lat miałem drewniany materac - odrzekł człowiek - dzisiaj mogę mieć kamienny.
- Służyliście w wojsku?
- Tak, dobra kobieto, w wojsku.
- Dlaczego nie pójdziecie do oberży?
- Bo nie mam pieniędzy.
- Niestety, mam przy sobie tylko cztery sous - stwierdziła pani R.
Wziął cztery sous, a pani R. mówiła dalej:
- Z tak małą sumą nie możecie zatrzymać się w oberży. Ale czy w ogóle próbowaliście? Niepodobna, byście tak mieli spędzić noc. Musicie być zziębnięci i zgłodniali. Może ktoś by was przyjął z miłosierdzia.
- Pukałem do wszystkich drzwi.
- I cóż?
- Zewsząd mnie wyganiano.
"Dobra kobieta" dotknęła ramienia podróżnego i wskazała mu mały, niski domek, stojący po drugiej stronie placu, obok biskupstwa.
- Pukaliście do wszystkich drzwi?
- Tak.
- I do tych także?
- Nie.
- Zapukajcie do nich.
Rozdział II
Przezorność doradzana mądrości
Tego wieczoru biskup z Digne, wróciwszy z przechadzki po mieście, dosyć długo siedział w swoim pokoju. Pracował nad wielkim dziełem o obowiązkach, które na nieszczęście zostało niedokończone. Starannie zbierał wszystko, co ojcowie i uczeni twierdzili w tym ważnym przedmiocie. Jego książka dzieliła się na dwie części: w pierwszej mieściły się obowiązki wszystkich, a w drugiej obowiązki każdego, stosownie do klasy, do jakiej należał. Obowiązki wszystkich są wielkimi obowiązkami: są ich cztery. Święty Mateusz tak je wylicza: obowiązki względem Boga (Mat. VI), obowiązki względem siebie samego (Mat. V, 29, 30), obowiązki względem bliźniego (Mat. VII, 12), obowiązki względem stworzeń (Mat. VI, 20, 25).
Co do innych obowiązków, to biskup znalazł je wymienione gdzie indziej. W Listach do Rzymian były obowiązki przypisane panującym i poddanym, urzędnikom, małżonkom, matkom i młodym ludziom, a u św. Piotra: ojcom, mężom, dzieciom i sługom w Listach do Efezów; wiernym, w Listach do Hebrajczyków; dziewicom, w Listach do Koryntian. Biskup układał wszystkie te przepisy w jedną harmonijną całość, którą zamierzał przedstawić wiernym.
O godzinie ósmej pracował jeszcze, pisząc w dość niewygodny sposób na małych kartkach papieru, z grubą książką rozłożoną na kolanach, kiedy weszła pani Magloire, jak to miała w zwyczaju, w celu zabrania srebra złożonego w szafie przy łóżku. W chwilę potem biskup, przypuszczając, że stół jest już nakryty, zamknął książkę, wstał od stołu i przeszedł do sali jadalnej.
Sala jadalna, jak wiadomo, była podłużnym pokojem z kominkiem, z drzwiami wychodzącymi na ulicę i oknem na ogród.
Pani Magloire rzeczywiście kończyła właśnie nakrywać do stołu, równocześnie rozmawiając z panią Baptystą.
Na stole stała lampa, stół zaś stał przy kominku, w którym palił się ogień.
Łatwo sobie wyobrazić obie te kobiety: obie skończyły już sześćdziesiąt lat. Pani Magloire była mała, gruba i żywa, panna Baptysta - łagodna, szczupła, wątła, trochę wyższa od brata, ubrana w jedwabną suknię ciemnobrązowego koloru, modnego w 1806 roku, którą to suknię kupiła wówczas w Paryżu i która dotąd jeszcze jej służyła. Używając wyrażenia gminnego, które ma tę jedną zaletę, że jednym słowem oddaje jakąś myśl, na określenie której normalnie potrzeba by całej stronicy, powiemy, że pani Magloire miała minę chłopki, a pani Baptysta - pani. Pani Magloire nosiła biały, rurkowany czepeczek, na szyi złoty krzyżyk, jedyny kobiecy klejnot w domu; bardzo białą chusteczkę na czarnej, wełnianej sukni o szerokich i krótkich rękawach. Następnie fartuszek z tkaniny bawełnianej, w czerwoną i zieloną kratkę, związany u pasa zieloną wstążką, z takim samym napierśnikiem, którego dwa górne rogi przypięte były dwiema szpilkami; na nogach miała grube trzewiki i żółte pończochy jak u kobiet w Marsylii.
Suknia pani Baptysty miała krój sukien z roku 1806: krótki stanik, wąska spódnica, rękawy z ramiączkami z klapkami i guzikami. Swoje siwe włosy przykrywała fryzowaną peruką, zwaną a l'enfant.
Pani Magloire miała w twarzy wyraz inteligencji, żywości i dobroci; kąciki ust niejednostajnie podniesione i wierzchnia warga grubsza od spodniej nadawały jej wyglądowi coś szorstkiego i nakazującego. Dopóki biskup milczał, mówiła do niego śmiało, na wpół z uszanowaniem, na wpół ze swobodą, ale jak tylko biskup odezwał się, słuchała go biernie, tak jak i panna Baptysta. Ta ostatnia nie mówiła nawet, słuchała tylko i starała się przypodobać. Nawet za czasów swej młodości nie była ładna: miała duże, wypukłe niebieskie oczy, długi i zagięty nos, ale cała jej twarz, cała ozdoba, jak już wspominaliśmy, oddychała niewysłowioną dobrocią. Zawsze była uosobiona do dobroci, lecz wiara, miłość, nadzieja, te trzy cnoty, które łagodnie ogrzewają duszę, podniosły tę dobroć aż do świętości. Przyroda zrobiła z niej tylko owieczkę, religia zamieniła ją w anioła. Biedna, święta dziewczyno! Słodkie, minione wspomnienie!
Pani Baptysta tyle razy opowiadała potem, co zaszło tego wieczoru w domu biskupa, że kilka osób, które żyją jeszcze, pamiętają najdrobniejsze szczegóły tego zdarzenia.
W chwili, kiedy biskup wszedł, pani Magloire przemawiała z pewną żywością. Rozprawiała o przedmiocie, który zawsze ją zajmował i do którego biskup był już przyzwyczajony: chodziło o klamkę u drzwi wejściowych. Wyszedłszy bowiem do miasta w celu zakupienia niektórych rzeczy potrzebnych do wieczerzy, pani Magloire w kilku miejscach słyszała jakoby niepokojące rzeczy. Mówiono o jakimś przybłędzie o podejrzanym wyglądzie; powiadano, że przybył jakiś włóczęga, że musi być gdzieś w mieście, i że ci, którzy się odważą wracać do siebie późno w nocy, mogą się narazić na nieprzyjemne spotkanie. Że policja bardzo źle pełni swe obowiązki, a to dlatego, że pan prefekt i pan mer nie lubili się wzajemnie i starali się zaszkodzić jeden drugiemu, nie zapobiegając możliwym wypadkom. A zatem, że ludzie rozsądni powinni sami dla siebie zastąpić policję i dobrze się strzec, że mają jak należy zamknąć się, zaryglować i zabarykadować swe domy i dobrze pozamykać drzwi.
Pani Magloire położyła nacisk na ostatnie słowa; biskup jednak, który zmarzł trochę w swoim pokoju, usiadł przed kominkiem i grzał się, myśląc o czymś innym. Nie pochwycił więc znaczących słów, które wyrzekła pani Magloire. Widząc to, powtórzyła je raz jeszcze. Wówczas Baptysta, chcąc dogodzić pani Magloire, nie obrażając przy tym brata, zapytała nieśmiało:
- Czy słyszysz, bracie, co mówi pani Magloire?
- Słyszałem coś, ale niewyraźnie - i zaraz potem na wpół obracając swe krzesło i składając ręce na kolanach, podniósł ku starej słudze swą uprzejmą i skorą do wesołości twarz. Ogień kominka oświecał ją z dołu.
- No i cóż tam? - zapytał - Co się stało? Jesteśmy w jakimś wielkim niebezpieczeństwie?
Pani Magloire na nowo zaczęła opowiadanie, mimo woli trochę je upiększając. Podobno jakiś włóczęga, Cygan, rodzaj niebezpiecznego żebraka, był obecnie w mieście. Chciał się zatrzymać u Jacquina Labarre'a, ale ten nie przyjął go. Widziano go, jak wchodził do miasta przez bulwar Gassendiego, a potem o zmroku błąkał się po ulicach. Rozbójnik z okropną twarzą.
- Naprawdę? - rzekł biskup.
Pytanie to ośmieliło służącą; zdawało się jej ono wskazywać, że biskup jest bliski zatrwożenia się, triumfująco mówiła zatem dalej:
- Tak, Wasza Wielebność, tak jest. Będzie tej nocy jakieś nieszczęście w mieście. Wszyscy to mówią. Tym bardziej że policja tak źle jest zorganizowana, nie zaszkodzi to powtórzyć. Żyć w kraju górskim i nie mieć w nocy na ulicach nawet latarni! Trzeba wyjść, a tu ciemno jak w zaułku. I powiadam Waszej Wielebności, i pani także mówi...
- Ja - przerwała jej Baptysta - nic nie mówię. Brat wie, co robi.
Pani Magloire mówiła jednak dalej, jakby nie słyszała tego protestu:
- Mówimy sobie, że dom ten wcale nie jest pewny i że jeżeli Wasza Wielebność pozwoli, pójdę zaraz do Paulina de Musebois, ślusarza, żeby przyszedł przybić dawne rygle do drzwi: mam je pod ręką, to tylko chwila, a zapewniam Waszą Wielebność, że rygle są potrzebne chociażby tylko na tę jedną noc, bo powiadam, że drzwi, które się otwierają z zewnątrz przez pierwszego lepszego przechodnia, to jest coś strasznego; a przy tym Wasza Wielebność ma zwyczaj zawsze pozwalać wchodzić, nawet w nocy, o mój Boże...! Nie ma potrzeby prosić o pozwolenie...
W tej chwili dosyć gwałtownie zapukano do drzwi.
- Proszę - rzekł biskup.
Rozdział III
Bohaterstwo biernego posłuszeństwa
Drzwi się otworzyły: prędko i na oścież, jak gdyby pchnięte ręką śmiałą i energiczną.
Wszedł człowiek, którego już znamy. Był to ten sam, którego widzieliśmy niedawno, jak szukał dla siebie schronienia.
Wszedł, zrobił krok naprzód i stanął, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Na plecach miał swój tornister, w ręku kij, a w oczach wyraz śmiały, ostry, zmęczony i gwałtowny. W ogniu kominka, który go oświecał, przybysz wyglądał okropnie i złowrogo.
Pani Magloire nie miała nawet siły, by krzyknąć. Zadrżała tylko i zatrzymała się z otwartymi ustami.
Baptysta odwróciła się, spostrzegła wchodzącego człowieka i zmieszana, na wpół podniosła się z miejsca; po chwili jednak, wolno zwracając głowę w stronę kominka, zaczęła patrzeć na brata i twarz jej zupełnie się wypogodziła i rozjaśniła.
Biskup bowiem spokojnie patrzył na przybyłego.
Otwierał już usta, chcąc go zapewne spytać, czego sobie życzy, kiedy człowiek, oparłszy obie ręce na kiju, powiódł wzrokiem po starcu i kobietach, i nie czekając, aż biskup przemówi, odezwał się donośnym głosem:
- Otóż tak: nazywam się Jan Valjean. Jestem galernikiem. Dziewiętnaście lat byłem na ciężkich robotach. Od czterech dni jestem wolny i udaję się do Pontarlier, które mi wyznaczono na miejsce pobytu. Od czterech dni jestem w drodze z Tulonu. Dzisiaj zrobiłem dwanaście mil pieszo. Przyszedłszy tutaj dziś wieczór, udałem się do oberży, ale wyprawiono mnie stamtąd z powodu mojego żółtego paszportu, który pokazałem w merostwie. Tak trzeba było. Byłem w drugiej oberży, w której także powiedziano mi: idź precz! Wszędzie to samo, nikt nie chciał mnie przyjąć. Poszedłem do więzienia, lecz odźwierny mi nie otworzył. Byłem w budzie psa - pies ukąsił mnie i wypędził, jak gdyby był człowiekiem. Jak gdyby wiedział, kim jestem. Poszedłem w pole, chcąc przespać się pod gołym niebem, ale zdawało mi się, że będzie padać deszcz. Pomyślałem sobie, że nie ma Boga, który zatrzymałby deszcz i wróciłem do miasta, sądząc, że się schronię w jakiejś bramie. Tam, na placu, chciałem się położyć na kamieniu, kiedy nagle jakaś dobra kobieta wskazała mi wasz dom i powiedziała: zapukaj tam. Zapukałem. Co tutaj jest, czy to oberża? Mam pieniądze. Sto dziewięć franków i piętnaście sous, które zarobiłem, ciężko pracując przez dziewiętnaście lat. Zapłacę. Cóż mi to szkodzi? Mam pieniądze. Dwanaście mil pieszo: jestem bardzo zmęczony i głodny. Czy zgadzacie się, żebym został?
- Pani Magloire - rzekł biskup - proszę dać jeszcze jedno nakrycie.
Człowiek zrobił trzy kroki naprzód, zbliżył się do lampy stojącej na stole i rzekł, jak gdyby niedobrze zrozumiał:
- Słyszeliście? Jestem galernikiem. Złoczyńcą. Przybywam z galer - tu wyjął z kieszeni i rozłożył wielki, żółty papier. - Oto mój paszport. Żółty, jak widzicie. Służy do tego, by mnie zewsząd wypędzano. Chcecie przeczytać? Ja umiem czytać. Nauczyłem się na galerach. Jest tam szkoła dla tych, którzy chcą się uczyć. Patrzcie, co tu napisane w paszporcie: "Jan Valjean, uwolniony złoczyńca, urodził się...", to was nie obchodzi... "był na galerach dziewiętnaście lat. Pięć lat za kradzież z włamaniem. Czternaście lat za to, że cztery razy próbował uciekać. Człowiek ten jest bardzo niebezpieczny". Tak. Wszyscy mnie wypędzili od siebie. A wy chcecie mnie przyjąć? Czy to jest oberża? Czy dacie mi jeść i się przespać? Czy macie stajnię?
- Pani Magloire - rzekł biskup - dajcie białe prześcieradła do łóżka w alkowie.
Mówiliśmy już, jakiego rodzaju było posłuszeństwo obu kobiet. Pani Magloire wyszła, by spełnić rozkazy.
Biskup tymczasem zwrócił się do człowieka i rzekł:
- Proszę pana, proszę usiąść i się ogrzać. Za chwilę będzie wieczerza; zanim zjecie, łóżko będzie posłane.
Teraz człowiek zrozumiał już zupełnie. Wyraz jego twarzy, dotychczas surowy i ponury, zmienił się całkowicie: odmalowały się na niej osłupienie, radość i niepewność, czyniąc tę twarz jakąś dziwną. Zaczął jąkać się, jak człowiek cierpiący na pomieszanie zmysłów:
- Doprawdy? Jak to? Pozwalacie mi zostać? Nie wyganiacie mnie? Galernika? Nazywacie mnie panem? Nie mówicie do mnie: ty! Idź precz, psie! Każdy tak do mnie mówi. Sądziłem, że także i wy mnie wypędzicie. Dlatego też zaraz powiedziałem, kim jestem. Och, poczciwa kobieta, która mnie tutaj przysłała! Będę jadł wieczerzę! Łóżko z materacami i z prześcieradłami! Dziewiętnaście lat już nie spałem w łóżku! Pozwalacie mi zostać! Jesteście zacni ludzie! Zresztą, mam pieniądze. Dobrze zapłacę. Przepraszam, panie oberżysto, jak się pan nazywa? Zapłacę, ile zechcecie. Poczciwy z pana człowiek. Jest pan oberżystą, prawda?
- Jestem księdzem, który tutaj mieszka - sprostował biskup.
- Ksiądz! - zawołał człowiek. - Och, poczciwy ksiądz! A zatem nie potrzebujecie moich pieniędzy? Proboszcz, prawda? Proboszcz tego wielkiego kościoła? A prawda, jaki ja głupi! Nie zauważyłem waszej piuski.
Mówiąc to, złożył w kącie tornister i postawił kij, schował do kieszeni paszport i usiadł. Baptysta spojrzała na niego łagodnie, on zaś mówił dalej:
- Jesteście ludzkim, księże proboszczu, nie czujecie pogardy. Dobry ksiądz, to rzecz bardzo dobra. A więc nie potrzebujecie, żebym wam płacił?
- Nie - odpowiedział biskup - zatrzymajcie wasze pieniądze. Ile ich macie? Mówiliście, zdaje się, że sto dziewięć franków?
- I piętnaście sous - dodał przybysz.
- Sto dziewięć franków i piętnaście sous. Ile czasu potrzebowaliście, by zarobić te pieniądze?
- Dziewiętnaście lat.
- Dziewiętnaście lat! - biskup głośno westchnął.
Człowiek mówił dalej:
- Mam jeszcze całą sumę. Przez cztery dni wydałem tylko dwadzieścia pięć sous, które zarobiłem w Grasse, pomagając przy zdjęciu ładunku z wozów. Ponieważ jesteście księdzem, powiem wam, że mieliśmy w galerach kapelana. A raz nawet widziałem biskupa. Jego Wielebność, jak go nazywają. Był to biskup Majore z Marsylii. Jest to proboszcz nad proboszczami. Wiecie, przepraszam, że się tak wyrażę, ale dla mnie to tak daleko! Rozumiecie, dla nas! Odprawił mszę na samych galerach, przy ołtarzu, i miał na głowie coś spiczastego ze złota, co w świetle dnia błyszczało. My staliśmy w szeregach z trzech stron, a naprzeciw nas były armaty z zapalonym lontem. Nie widzieliśmy dobrze. Mówił, ale zanadto był w głębi, tak że nie mogliśmy go usłyszeć. I to się nazywa biskup.
Podczas kiedy człowiek opowiadał, biskup poszedł zamknąć drzwi, które dotąd były otwarte na oścież. Wróciła też pani Magloire, niosąc nakrycie, które położyła na stole.
- Pani Magloire - rzekł biskup - połóżcie to nakrycie jak można najbliżej ognia - i zwracając się do swego gościa, dodał:
- Wiatr nocny w Alpach jest ostry. Musi być panu zimno?
Za każdym razem, kiedy wymawiał swym łagodnie poważnym, znamionującym dobre towarzystwo wyraz "pan", twarz człowieka się rozjaśniała. "Pan" dla złoczyńcy jest jak szklanka wody dla rozbitka z francuskiego okrętu "Meduza", który w 1815 roku osiadł na mieliźnie. Cierpienie łaknie poważania.
- Ta lampa jakoś bardzo źle świeci - przemówił znowu biskup.
Pani Magloire zrozumiała, przyniosła z sypialnego pokoju biskupa dwa srebrne lichtarze i zapaliwszy świece, postawiła je na stole.
- Księże proboszczu - odezwał się człowiek - jesteście dobrzy, nie pogardzacie mną. Przyjmujecie mnie u siebie. Zapalacie dla mnie swoje świece. A jednak nie ukrywałem przed wami tego, skąd przybyłem i że jestem nieszczęśliwym człowiekiem.
Biskup, który przy nim siedział, lekko dotknął jego ramienia i odpowiedział:
- Mogliście nie mówić mi, kim jesteście. Nie jest to mój dom. Jest to dom Jezusa Chrystusa. Drzwi te nie pytają się tego, kto tu wchodzi, czy ma jakieś imię, tylko czy ma jakąś boleść. Cierpicie, jesteście głodni i spragnieni, a zatem witajcie. I nie dziękujcie mi, i nie mówcie mi, że ja was przyjmuję u siebie. Nikt tu nie jest u siebie, z wyjątkiem tego, który potrzebuje schronienia. Mówię to tobie, który jesteś przechodniem, jesteś tu więc u siebie bardziej niż ja sam. Wszystko, co tu jest, należy do was. Po co mi znać wasze nazwisko? Zresztą, zanim je powiedzieliście, znałem waszą jedną nazwę.
Człowiek ze zdziwienia wytrzeszczył oczy:
- Doprawdy? Wiedzieliście, jak się nazywam?
- Tak - odpowiedział biskup - nazywasz się moim bratem.
- Słuchajcie, księże proboszczu! - zawołał człowiek - bardzo byłem głodny, kiedy tutaj wchodziłem, ale wy jesteście dla mnie tak dobrzy, że nie wiem już nawet, co mi jest; głód przeszedł.
Biskup popatrzył na niego i spytał:
- Wiele wycierpieliście?
- Och! Czerwony kaftan, kula u nogi, deska do spania, gorąco, zimno, praca, loch, kije, podwójny łańcuch za byle drobnostkę, karcer za jedno słowo, łańcuch nawet w chorobie, w łóżku. Psy, psy są nawet szczęśliwsze! Dziewiętnaście lat! Teraz mam ich czterdzieści sześć i żółty paszport. Oto życie.
- Tak - rzekł biskup - wychodzicie z miejsca niedoli. Posłuchajcie: więcej będzie radości w niebie nad zalaną łzami twarzą grzesznika, aniżeli nad białą suknią stu sprawiedliwych. Jeżeli z tego miejsca boleści wychodzicie z myślami nienawiści i gniewu przeciw ludziom, w takim razie jesteście godni litości; jeżeli jednak wychodzicie stamtąd z myślami dobroci, łagodności i spokoju, toście więcej warci od każdego z nas.
Pani Magloire podała tymczasem wieczerzę: składała się ona z zupy na wodzie, z oliwy, z chluba i z soli, z odrobiny słoniny, z kawałka baraniny, z fig, ze świeżego sera i z dużego bochenka chluba. Pani Magloire z własnej inicjatywy do zwyczajnego jedzenia biskupa dodała butelkę starego wina Maures.
Twarz biskupa przybrała nagle wyraz wesołości właściwej gościnnym naturom.
- Do stołu! - zawołał żywo, jak to zwykle robił, kiedy miał u siebie kogoś obcego na wieczerzy. Posadził gościa po swojej prawej stronie. Baptysta, zupełnie spokojna i naturalna, zajęła miejsce z lewej.
Biskup odmówił modlitwę i zgodnie ze swym zwyczajem, sam rozlał zupę. Człowiek łapczywie zaczął jeść. Nagle biskup rzekł:
- Ale, coś mi się zdaje, że na stole czegoś brakuje.
Rzeczywiście, pani Magloire położyła tylko tyle sztućców, ile ich potrzeba dla trzech osób. W zwyczaju było natomiast kłaść na obrusie wszystkie sześć srebrnych sztućców, jeżeli biskup przyjmował kogoś obcego na wieczerzy. Niewinna ta zastawa, ten pozór zbytku, niemal dziecinny, miał niezrównany wdzięk w tym cichym i poważnym domu, gdzie ubóstwo podnoszono aż do godności.
Pani Magloire zrozumiała uwagę, i nie mówiąc ani słowa, wyszła; w chwilę potem trzy żądane nakrycia błyszczały na obrusie, symetrycznie rozłożone przed każdym z trzech współbiesiadników.
Rozdział IV
Szczegóły o fabrykach serów w Pontarlier
Teraz, żeby dać dokładne wyobrażenie o tym, co się działo przy tym stole, najlepiej zrobimy, przytaczając fragment z listu Baptysty do pani de Boischevron, gdzie rozmowa złoczyńcy i biskupa została szczegółowo opisana:
"Człowiek ten na nikogo nie zwracał najmniejszej uwagi, jadł z żarłocznością zgłodniałego. Jednakże po wieczerzy rzekł:
- Księże proboszczu pana Boga, wszystko to jest jeszcze i tak zanadto dobre dla mnie, ale muszę wyznać, że furmani, którzy nie chcieli zgodzić się na to, bym jadł z nimi, jadają lepiej niż wy.
Między nami mówiąc, ta uwaga trochę mnie uraziła. Brat odpowiedział na to:
- Więcej ode mnie mają pracy.
- Nie - odpowiedział tamten - mają więcej pieniędzy. Jesteście biedni, widzę to wyraźnie. Może nawet nie jesteście proboszczem? Ach, ale to pewne, że powinniście być proboszczem, jeżeli Bóg jest sprawiedliwy.
- Bóg jest bardziej niż sprawiedliwy - odpowiedział brat.
A w chwilę potem dodał:
- Panie Janie Valjean, idziecie zatem do Pontarlier?
- Tak jest, i to drogą, którą mi wyznaczono.
Zdaje mi się, że tak właśnie wyraził się ów człowiek. Potem mówił dalej:
- Jutro o świcie muszę wyruszyć w drogę. Ciężko jest podróżować. Noce są chłodne, a dni gorące.
- Idziecie w dobre strony - stwierdził brat - w czasie rewolucji, kiedy moja rodzina została zrujnowana, schroniłem się początkowo w Franche-Comté i żyłem tam przez jakiś czas z pracy swych rąk. Byłem chętny do pracy. Znalazłem zajęcie, zajęć jest tam bowiem do wyboru: są papiernie, garbarnie, destylarnie, olejarnie, fabryki zegarów, fabryki miedzi, przynajmniej dwadzieścia hut żelaznych, z których cztery w Lods, w Châtillon, w Oudincourt i w Beure są bardzo znaczące...
Zdaje mi się, że właśnie te nazwy wymienił brat, potem przerwał i zwrócił się do mnie:
- Kochana siostro, czy nie mamy jakichś krewnych w tej okolicy?
- Mieliśmy - odpowiedziałam na to - między innymi pana de Lucenet, który był kapitanem garnizonu w Pontarlier za dawnego rządu.
- Tak - odpowiedział brat - ale w 93. nie było krewnych, były tylko własne ręce. Pracowałem. W okolicy Pontarlier, gdzie się pan udaje, panie Valjean, istnieje pewna gałąź przemysłu czysto patriarchalna, a zarazem bardzo ładna, moja siostro. Są to fabryki serów.
I tu mój brat, nie przestając ugaszczać tego człowieka, szczegółowo mu objaśnił, czym są owe fabryki serów w Pontarlier; że są dwa ich rodzaje: pierwszy to wielkie obory należące do bogatych, w których mieści się od czterdziestu do pięćdziesięciu krów, dające od siedmiu do ośmiu tysięcy serów każdego lata. Drugim rodzajem są fabryki stowarzyszenia, należące do ubogich: chłopów średnich gór, którzy razem trzymają swoje krowy, a potem dzielą się zyskiem. Wszyscy razem opłacają robotnika, który wyrabia sery; ten odbiera mleko od stowarzyszonych trzy razy dziennie i znaczy odebrane ilości na podwójnych karbach. W fabrykach tych praca zaczyna się pod koniec kwietnia; w połowie czerwca krowy prowadzi się w góry.
Człowiek tymczasem ożywiał się, jedząc. Brat częstował go tym dobrym winem Maures, którego sam nie pija, utrzymując, że to za drogie wino. Wszystkie te szczegóły opowiadał mu z wrodzoną sobie wesołością, którą sama znasz; często przy tym zwracał się też do mnie. Wiele mówił o dobrym stanie fabrykanta serów, jak gdyby chcąc - bez wyraźnego i szorstkiego doradzania - dać przybyszowi do zrozumienia, że byłoby to dla niego bardzo odpowiednie zajęcie. Jedna rzecz bardzo mnie też uderzyła. Powiedziałam ci już, kim był ten człowiek. Otóż przez całą wieczerzę i cały wieczór potem, wyjąwszy tych kilka słów o Jezusie, wypowiedzianych zaraz po wejściu gościa, brat nie powiedział potem ani jednego słowa, które mogłoby przypomnieć przybyszowi, kim on jest, ani też wskazać mu, kim jest mój brat. Pozornie była to przecież dobra okazja do małego kazania: z pozycji swojej biskup mógł przytłoczyć trochę galernika, zostawić mu jakiś znak przejścia jego. Ktoś inny, mając tego nieszczęśliwca pod ręką, uznałby może za stosowne jednocześnie z ciałem nakarmić i jego duszę, i wyrzucić mu przeszłość, zaprawiając ten wyrzut radami i morałem albo też odrobiną politowania wraz z przestrogą, by się na przyszłość lepiej prowadził. Mój brat tymczasem nie zapytał go nawet, ani skąd on jest, ani jaka jest jego historia. W historii tej była bowiem jego wina i brat zdawał się unikać wszystkiego, co by mu ją mogło przypomnieć. Do tego stopnia, że kiedy mówiąc o góralach w Pontarlier, którzy mają przyjemną pracę blisko nieba, dodał, iż są szczęśliwi, bo są niewinni, nagle przerwał, lękając się, czy wyraz ten, który mu się wyrwał, nie uraził tego człowieka. Długo się nad tym zastanawiając, zdaje się, że w końcu zrozumiałam, co działo się w sercu brata. Myślał on zapewne, że człowiek ten, który nazywa się Jan Valjean, pamięta aż za dobrze o swoim nieszczęściu, że najlepiej będzie odwrócić jego uwagę od tej myśli, i zachowując się względem niego jak najzwyczajniej, przynajmniej przez jedną chwilę pozwolić mu pomyśleć, że sam jest istotą zwyczajną, podobną do innych.
Nie jest to faktycznie najlepiej pojęta litość? W delikatności tej, która wstrzymuje się od kazań, morałów i aluzji, czyż nie ma czegoś prawdziwie ewangelicznego, i czyż nie najlepsza to litość, nie dotykać wcale miejsca szczególnie bolesnego dla jakiegoś człowieka? Zdawało mi się, że taka musiała być myśl mojego brata. W każdym razie to mogę powiedzieć, że po sobie nie dał jej nikomu poznać, nawet mnie; od początku do końca był takim, jak każdego wieczora i z tym Janem Valjeanem spożywał wieczerzę zupełnie tak samo, jak z panem Gedonem Prévost, albo z księdzem proboszczem parafii.
Pod koniec, kiedy jedliśmy już figi, zapukano do drzwi. Była to matka Gerbaud ze swym małym na ręku. Brat pocałował dziecię w czoło, i wziąwszy ode mnie piętnaście sous, które miałam przy sobie, podarował je kobiecie. Przez ten czas przybysz na to wszystko zwracał niewielką uwagę. Milczał i wydawał się bardzo zmęczony. Po wyjściu biednej starej Gerbaud brat odmówił modlitwę dziękczynną; potem, zwróciwszy się do tego człowieka, rzekł:
- Musicie bardzo pragnąć spoczynku.
Pani Magloire szybko sprzątnęła ze stołu. Domyśliłam się, że powinnyśmy odejść, by podróżny mógł się położyć, obie więc udałyśmy się do siebie. Po chwili kazałam jednak jeszcze pani Magloire zanieść na łóżko gościa skórę sarny z Czarnego Lasu, którą mam w swoim pokoju. Noce są bardzo zimne, a to zatrzymuje ciepło. Szkoda, że ta skóra jest już stara: cała sierść z niej wyłazi. Brat kupił ją, jak był w Niemczech, w Tottlingen, niedaleko źródła Dunaju. Tam też zakupił mały nóż, oprawiony w skórę słoniową, którego używam przy stole.
Pani Magloire prawie natychmiast wróciła, pomodliłyśmy się w salonie, gdzie wiesza się bieliznę, a potem, nic nie mówiąc, każda z nas poszła do swojego pokoju.
Rozdział V
Spokój
Po odejściu siostry, biskup Ludomił wziął ze stołu jeden ze srebrnych świeczników, drugi podał swemu gościowi i rzekł:
- Zaprowadzę pana do jego pokoju.
Człowiek poszedł za nim.
Z tego, co już tutaj mówiliśmy, czytelnik pamięta, że chcąc się dostać do modlitewni, w której znajdowała się alkowa, lub też chcąc z niej wyjść, trzeba było przejść przez sypialny pokój biskupa. W chwili, kiedy biskup z podróżnym przechodzili przez ten pokój, pani Magloire wkładała srebro do - znajdującej się u wezgłowia łóżka - szafy, tak jak zresztą robiła to co wieczór przed udaniem się na spoczynek.
Biskup tymczasem umieścił swego gościa w alkowie. Stało tam białe i świeżo zasłane łóżko. Przybysz postawił świecznik na małym stoliku.
- A zatem - rzekł biskup - śpijcie dobrze. Jutro rano, zanim wyjdziecie, napijecie się mleka od naszych krów, jeszcze ciepłego.
- Dziękuję księdzu - rzekł człowiek.
Zaledwie wymówił te dwa pełne spokoju słowa, kiedy zaszła w nim dziwna zmiana, która z pewnością przejęłaby śmiertelnym strachem obie kobiety, gdyby tylko były jej świadkami. Dzisiaj nawet nie możemy zdać sobie sprawy z tego, co nim wówczas kierowało. Chciał przestrzec, czy pogrozić? Nagle bowiem obrócił się do starca, skrzyżował ręce, i patrząc na swego gospodarza krzywym wzrokiem, zawołał ochrypłym głosem:
- Jak to! Rzeczywiście! Zatrzymujecie mnie tutaj, tak blisko siebie!
Tu przerwał i ze śmiechem, w którym było coś potwornego, dodał:
- Czy dobrze się nad tym zastanowiliście? Któż wam powiedział, że nikogo nie zamordowałem?
Biskup odpowiedział na to:
- To już należy do Boga.
Potem, poważnie i ruszając przy tym ustami, jak gdyby się modlił lub mówił do siebie, podniósł dwa palce prawej ręki i pobłogosławił człowieka, który nie uchylił na to głowy, i nie odwracając się, nie patrząc poza siebie, wrócił do swojego pokoju.
Jeżeli ktoś akurat zamieszkiwał alkowę, wówczas wielka firanka z wełnianej materii zasłaniała w modlitewni ołtarz. Biskup, przechodząc, ukląkł przed tą firanką i odmówił krótką modlitwę.
Chwilę później był już w swoim ogrodzie, chodząc, marząc, rozmyślając, ciałem i duszą pogrążony w tych wielkich tajemniczych rzeczach, które Bóg osłania nocą tym, co mają otwarte oczy.
Co do przybysza, był on rzeczywiście tak zmęczony, ze nie skorzystał nawet z porządnych białych prześcieradeł. Zdmuchnął świecę nozdrzami, na sposób galerników, i w ubraniu rzucił się na łóżko; zaraz później zaś zasnął głęboko.
Wybiła północ, kiedy biskup wracał z ogrodu do swego pokoju. W kilka chwil potem wszystko w małym domku spało".
Rozdział VI
Jan Valjean
Mniej więcej w środku nocy Jan Valjean się obudził. Valjean pochodził z biednej chłopskiej rodziny, mieszkającej w Brie. Będąc dzieckiem, nie nauczył się czytać. Kiedy dorósł, zajął się obcinaniem niepotrzebnych gałęzi w Faverolles. Matka jego nazywała się Joanna Mathieu, a ojciec Jan Valjean lub Vlajean; prawdopodobnie był to przydomek powstały ze skrócenia wyrazów: voila Jean.
Jan Valjean z natury nie był smutny, ale przeważnie zamyślony, co jest cechą właściwą czułym naturom. W ogóle jednak był on, przynajmniej pozornie, osobą dosyć ospałą i mało znaczącą. Kiedy był małym dzieckiem, stracił i ojca, i matkę. Matka umarła wskutek źle leczonej, mlecznej gorączki, ojciec zaś - tak jak i syn zajmujący się obcinaniem gałęzi - zabił się, spadając z drzewa. Janowi pozostała tylko starsza od niego siostra, wdowa z siedmiorgiem dzieci, chłopcami i dziewczętami. Siostra ta wychowywała Jana i dopóki jej mąż żył, karmiła i utrzymywała swego młodszego brata. Mąż jednak umarł. Najstarsze z siedmiorga dzieci miało osiem lat, najmłodsze jeden rok. Jan skończył dopiero dwadzieścia pięć lat, ale zastąpił miejsce ojca i on z kolei wspierał siostrę, która wcześniej go wychowywała. Zrobił się z tego po prostu obowiązek, który Jan Valjean spełniał z pewnego rodzaju dziwactwem. I tak młodość jego zużywała się w ciężkiej i źle opłacanej pracy. Nikt w okolicy nie słyszał, by Jan kiedykolwiek miał jakąś "przyjaciółkę" - nie miał czasu się kochać.
Wieczorem wracał zmęczony i jadł swoją kolację, nie mówiąc ani słowa. Podczas gdy on jadł, jego siostra, Joanna, często brała z jego miski to, co w niej najlepszego - czy to kawałek mięsa, słoniny, czy środek kapusty - i oddawała je któremuś z dzieci. On, jedząc wciąż, pochylony nad stołem, z głową prawie utopioną w misie, z długimi włosami, które spadały mu dookoła i prawie zakrywały oczy, zdawał się nic nie widzieć i pozwalać na wszystko. Nieopodal chaty Valjeana, po drugiej stronie uliczki, mieszkała fermerka, nazywająca się Maria Klaudia. Dzieci, zwykle głodne, szły czasami do niej i w imieniu matki pożyczały kwartę mleka, którą wypijały, ukrywszy się za płotem lub w jakimś kącie sieni, wyrywając sobie dzbanuszki tak pośpiesznie, że małe dziewczynki oblewały przy tym swoje fartuszki: gdyby matka wiedziała o tej kradzieży, winowajcy zostaliby surowo ukarani. Jan Valjean, porywczy i zrzędliwy, nic nie mówił siostrze, płacił Marii Klaudii za mleko i dzieci w ten sposób nie były karane.
W porze obcinania gałęzi zarabiał osiemnaście sous dziennie, potem najmował się jako żniwiarz, jako robotnik, jako parobek lub posługacz przy wołach. Robił, co mógł. Siostra także ze swej strony pracowała, ale co począć z siedmiorgiem małych dzieci? Nędza powoli dosięgała tę smutną gromadkę, aż wreszcie ścisnęła ją w swoich szponach. Trafiła się jakaś ciężka zima. Jan nie dostał roboty, a rodzina nie miała chluba. Dosłownie bez chluba było też siedmioro dzieci.
Pewnej niedzieli wieczorem, Maubert Isabeau, piekarz na placu kościelnym w Faverolles, zabierał się właśnie do spoczynku, kiedy usłyszał gwałtowne uderzenie w zakratowaną i szklaną wystawę sklepu. Przybiegł natychmiast i spostrzegł ramię, wycofujące się przez wybitą w kracie i szybie dziurę. Ręka ta chwyciła bochenek chluba i cofnęła się. Isabeau szybko wyszedł na ulicę; złodziej uciekał co tchu. Isabeau dogonił go i zatrzymał. Złodziej wyrzucił chlub, ale wciąż miał zakrwawioną rękę. Był to Jan Valjean.
Działo się to w 1795 roku. Jan Valjean został postawiony przed sądem za "kradzież z włamaniem, w nocy, w domu zamieszkanym". Miał fuzję, z której strzelał lepiej niż ktokolwiek inny; był też po części kłusownikiem, co mu jeszcze zaszkodziło. Przeciw kłusownictwu istnieje słuszny przesąd: kłusownik, tak jak kontrabandzista, bardzo mu blisko do rozbójnika. Dodajmy jednak na marginesie, że cała przepaść dzieli tego rodzaju ludzi od haniebnych zbójców z miast. Kłusownik żyje w lesie, kontrabandzista żyje w górach lub na morzu. Miasta tymczasem wyrabiają ludzi okrutnych, zepsutych. Góry, lasy i morze tworzą jedynie ludzi dzikich; rozwijają w nich uczucie srogości, ale często nie niszczą ludzkich odruchów.
Jana Valjeana uznano winnym. Przepisy kodeksu były stanowcze. W naszych czasach są godziny straszne; godziny, w których prawo karne ogłasza wyrok, świadczący o upadku. Jakże posępna jest chwila, w której społeczeństwo oddala się i nieodwołalnie opuszcza istotę myślącą! Jan Valjean został skazany na pięć lat galer.
Dnia 22 kwietnia 1796 roku ogłoszono w Paryżu zwycięstwo pod Montenotte, które odniósł głównodowodzący armią włoską, a którego posłaniec dyrektoriatu do Rady Pięciuset, z 2. Floréala roku IV, nazywa Buona-Parte; tego dnia utworzono również w Bic?tre wielki łańcuch. Jan Valjean należał do tego łańcucha. Stary odźwierny więzienia, który teraz ma około dziewięćdziesięciu lat, doskonale pamięta tego nieszczęśliwca, którego przykuto na końcu czwartego szeregu, w północnym końcu dziedzińca. Tak jak wszyscy inni, siedział on na ziemi. Położenie swoje zdawał się rozumieć tylko na tyle, że wydawało mu się ono okropne. Prawdopodobnie także, jak to zwykle bywa między nieokreślonymi pojęciami u zupełnie nieświadomego człowieka, błąkała się w nim wyraźniej myśl, że w jego położeniu jest coś przechodzącego miarę. Podczas kiedy poza jego głową przybijano go ciężkim młotem do obręczy, on płakał, łzy dusiły go, przeszkadzały mówić, tak że od czasu do czasu jedynie bełkotał: "Byłem robotnikiem w Faverolles". Potem, łkając, podnosił prawą rękę, i spuszczał ją stopniowo siedem razy, jak gdyby kolejno dotykał siedmiu nierównych głów: i z tego ruchu domyślić się należało, że to, co zrobił, zrobił dla odziania i wyżywienia siedmiorga małych dzieci.
Wyjechał do Tulonu. Po dwudziestu siedmiu dniach podróży stanął tam z łańcuchem u szyi. W Tulonie nałożono na niego czerwony kaftan. Z jego dawnego życia wszystko zostało wymazane - nawet nazwisko: przestał być Janem Valjeanem, został numerem 24 601. Co się stało z siostrą? Co z siedmiorgiem dzieci? Któż się o nich troszczył? Co się staje z liśćmi młodego drzewa, które ścięto przy ziemi?
Jest to zawsze ta sama historia. Biedne te istoty żyjące, te stworzenia boskie, pozostawione bez opieki, bez pomocy i bez schronienia, rozpierzchły się - kto wie, może nawet każde w inną stronę - i powoli zanurzyły się w tę zimną mgłę, która pochłania życie samotnych jednostek, w te ponure ciemności, gdzie tyle nieszczęśliwych głów znika kolejno w smutnym pochodzie rodu ludzkiego. Opuścili rodzinne strony. Dzwonnica ich dawnej wioski zapomniała o nich, niegdyś należące do nich pole zapomniało o nich, po kilku latach pobytu w galerach zapomniał o nich i sam Jan Valjean. W jego sercu tam, gdzie była rana, zrobiła się teraz blizna. Ot i wszystko. Przez cały czas, który spędził w Tulonie, zaledwie raz jeden doszła do niego wieść o siostrze. Było to, zdaje się, pod koniec czwartego roku jego niewoli. Nie wiem już, jaką drogą wiadomość ta przedostała się do niego. Ktoś, kto znał ich dawniej, widział się z jego siostrą, która była w Paryżu. Mieszkała na biednej ulicy Geindre blisko świętego Sulpicjusza. Miała już przy sobie tylko jedno dziecko, ostatniego chłopczyka. Gdzie było sześcioro innych? Może sama tego nie wiedziała. Codziennie rano chodziła do drukarni przy ulicy Sabot nr 3, gdzie składała i zszywała arkusze. Musiała być tam o godzinie szóstej rano, w zimie jeszcze dobrze przed świtem? W tym budynku, co drukarnia, była też szkółka: do tej szkółki prowadziła swego siedmioletniego chłopczyka. Ponieważ jednak do drukarni wchodziła o szóstej rano, a szkółka otwierała się dopiero o siódmej, dziecko musiało więc czekać na dziedzińcu, zanim otworzą szkołę; w zimie, jeszcze w nocy, na otwartym powietrzu, przez godzinę. Nie pozwalano dziecku wchodzić do drukarni, bo twierdzono, że zawadza. Przechodząc rano, robotnicy widywali biedne, siedzące na bruku maleństwo, senne, a często nawet śpiące, skurczone i pochylone nad koszykiem. Jeżeli padał deszcz, stara odźwierna litowała się nad nim i brała go do swojej izdebki, gdzie było tylko nędzne łóżko, kołowrotek i dwa drewniane krzesełka; mały usypiał tam w kąciku, tuląc się do kota, żeby mu było cieplej. O siódmej szkółka otwierała się i dziecko do niej wchodziło. Oto, czego dowiedział się Jan Valjean. Słyszał o nich tylko ten jeden raz, była to zresztą chwila, jedna błyskawica, niby okno, co się nagle otworzyło i ujrzał przez nie los istot, które kiedyś kochał; potem wszystko się na nowo zamknęło. Nic o nich już do niego nie doszło; nigdy więcej ich nie widział, nigdy się z nimi nie spotkał, i w dalszym ciągu tej smutnej historii nie spotkamy się z nimi również.
Pod koniec czwartego roku nadeszła kolej na ucieczkę Jana Valjeana. Koledzy pomogli mu, jak to zwykle się dzieje w tym smutnym miejscu. Uciekł. Przez dwa dni swobodnie błądził po polu: jeżeli swobodnym można nazwać tego, na kogo robią obławę, który co chwila odwraca głowę, drży za najmniejszym szmerem, lęka się wszystkiego: dachu, z którego się dymi, człowieka, który przechodzi, psa, który szczeka, konia, który biegnie, godziny, która bije, dnia, bo wtedy widać, i nocy, bo nie widać; drogi, dróżki, krzaku, snu. Wieczorem drugiego dnia złapano go. Przez trzydzieści sześć godzin nie jadł i nie spał. Sąd marynarski skazał go za to przestępstwo na przedłużenie kary jeszcze o trzy lata, co razem dało lat osiem. Szóstego roku znowu przyszła jego kolej na ucieczkę; skorzystał z niej, ale nie udało mu się wykonać swego zamiaru. Kiedy nie zjawił się na apelu, dano wystrzał z armaty i nocni wartownicy znaleźli go pod będącym w budowie okrętem. Stawił opór więziennym stróżom, którzy jednak zdołali go pochwycić. Ucieczka i bunt: czyn ten, szczegółowo przewidziany przez kodeks, ukarano przedłużeniem kary o pięć lat, w tym dwóch w podwójnym łańcuchu. Razem więc trzynaście lat. Na koniec, było to może właśnie w trzynastym roku, próbował po raz ostatni i został zatrzymany po czterech godzinach nieobecności. Za te cztery godziny dostał cztery lata. W sumie dziewiętnaście lat. W październiku 1815 roku został uwolniony; poszedł na galery w 1796 roku za to, że stłukł szybę i wziął chlub.
Tutaj trzeba dodać kilka słów w nawiasie. W studiach swych nad kwestiami karnymi i na skazywaniem przez prawo, autor tej książki po raz drugi spotyka się z kradzieżą chluba, która to kradzież staje się przyczyną niedoli całego życia. Tak jak Klaudiusz Gueux, Jan Valjean także ukradł chlub: angielska statystyka wykazuje, że w Londynie bezpośrednią przyczyną czterech na pięć kradzieży jest głód.
Jan Valjean zaczynał ciężkie roboty drżący i płaczący, skończył je obojętny. Wszedł zrozpaczony, wyszedł zaś ponury. Co zaszło w tej duszy?
Rozdział VII
Wewnętrzna strona rozpaczy
Spróbujmy to opowiedzieć. Społeczeństwo powinno przecież popatrzeć na te rzeczy, bo samo jest ich przyczyną.
Był to, jak już zaznaczyliśmy, nieuk; nie był jednak głupcem. Wrodzone światło było w nim rozniecone. Nieszczęście, które także ma swoje światło, powiększyło jeszcze tę odrobinę jasności, która była w jego umyśle. Pod kijem i pod łańcuchem w więzieniu, w znoju, pod palącym słońcem galer, na łożu z desek galernika, wchodził w głąb swego sumienia i rozmyślał. Siebie samego zrobił trybunałem; zaczął też od tego, że osądził siebie.
Uznał, że nie był niewinnym, którego niesprawiedliwie ukarano. Przyznał, że popełnił czyn naganny i zbyteczny; że może nie odmówiono by mu chluba, gdyby o niego poprosił; a w każdym razie, że lepiej było wyczekiwać go - czy to ze strony litości, czy ze strony pracy. Że stwierdzenie, iż nie można czekać, kiecy chce się jeść, nie jest może zupełnie słuszne, że w końcu mało kto dosłownie umiera z głodu. Następnie stwierdził, że na szczęście - lub też na nieszczęście - człowiek ma taką naturę, iż może cierpieć długo i wiele, zarówno moralnie, jak i fizycznie, zanim w końcu umrze; że trzeba było zatem cierpliwości; że wyszłoby to na lepsze nawet dla tych biednych dzieci; że był to czyn szalony, iż on, człowiek słaby, gwałtownie chwycił za kołnierz społeczeństwo i wyobrażał sobie, że przez kradzież wyjdzie z nędzy; że nie należało wychodzić z nędzy drzwiami, przez które się wchodzi do hańby - słowem: że zawinił.
Potem zapytał siebie: Czy jednak tylko on sam pobłądził w tej nieszczęsnej historii? Czy nie była to rzecz ważna, że jemu, robotnikowi, zabrakło roboty, jemu, pracowitemu, zabrakło chluba? Następnie zaś, kiedy błąd został spełniony i wyznany, czy kara dla niego nie była zbyt sroga i zbyteczna? Czy ze strony prawa nie było większego nadużycia w karze, aniżeli ze strony winnego w przestępstwie? Czy nie było przewagi ciężaru po jednej stronie szali, po stronie pokuty? Czy ta przewaga kary nie zmazała przestępstwa i czy nie doprowadzała do takiego rezultatu, że całkowicie zmieniało się położenie, że błąd kary zabierał miejsce błędowi winowajcy, że z winnego robił ofiarę, a z dłużnika czynił wierzyciela, i że ostatecznie kładł prawo po stronie tego, co je pogwałcił? Czy ta kara, zwiększona jeszcze kolejnym przedłużaniem jej za próby ucieczki, nie stawała się wreszcie rodzajem terroru silniejszego nad słabszym, zbrodnią społeczeństwa dokonywaną na jednostce, zbrodnią, która ponawiała się codziennie; zbrodnią, która trwała dziewiętnaście lat?
Pytał sam siebie, czy społeczeństwo ludzkie może mieć prawo narzucać swym członkom zarówno nierozsądną swą nieprzezorność, jak i bezlitosną przezorność; czy może mieć prawo sądzenia nieszczęśliwego człowieka, postawionego między brakiem a nadmiarem, dokładnie zaś między brakiem pracy a nadmiarem kary?
Czy nie było to najwyższą niesprawiedliwością, że społeczeństwo w taki sposób obchodziło się ze swoimi członkami, którzy w podziale dóbr byli najgorzej uposażeni jedynie przez przypadek i których zatem najbardziej należało oszczędzać?
Postawiwszy to pytanie i rozwiązawszy je, osądził społeczeństwo i sam je skazał. Skazał je na swoją zemstę. Uczynił je odpowiedzialnym za los, którego doznawał, i powiedział sobie, że kiedyś może nie zawaha się zażądać za to rachunku. Zawyrokował, że nie było równowagi, między szkodą, którą on wyrządził, a szkodą, którą wyrządzono jemu; zakończył wreszcie na tym, że kara jego nie była może niesłuszna, ale z pewnością niesprawiedliwa.
Gniew może być szalony i niedorzeczny; można się gniewać niesłusznie; ale oburzać się możemy tylko wówczas, jeżeli pod jakimś względem mamy słuszność. Jan Valjean czuł się oburzonym.
Zresztą społeczeństwo ludzkie oprócz krzywdy nie dało mu nic, nigdy nie patrzył na nie inaczej, jak z ową zagniewaną twarzą, którą nazywał sprawiedliwością swoją i którą ukazywał tym, w których uderzał. Ludzie zajmowali się nim po to tylko, by go zranić. Wszelkie zetknięcie się z nimi było dla niego ciosem. Nigdy, od czasów swego dzieciństwa, od śmierci matki, od rozstania się z siostrą, nigdy nie spotkał się z przyjaznym uśmiechem czy życzliwym spojrzeniem. Od cierpienia do cierpienia powoli doszedł do tego przekonania, że życie jest walką i że w tej walce on był tym zwyciężonym. Nie miał innej broni oprócz zemsty. Postanowił broń tę wyostrzyć w galerach i wychodząc stamtąd, zabrać ją ze sobą.
Była w Tulonie szkoła dla więźniów, utrzymywana przez duchownych, gdzie ci, którzy mieli ochotę, mogli wyuczyć się najpotrzebniejszych dla siebie rzeczy. Valjean należał do tych, którzy mieli ochotę. W czterdziestym roku życia poszedł do szkoły i nauczył się czytać, pisać oraz rachować. Zrozumiał, że wzmacniając swój umysł, wzmocni swą nienawiść. W pewnych przypadkach nauka i światło mogą służyć do wzmocnienia zła.
Smutno to powiedzieć, ale osądziwszy społeczeństwo, które było sprawcą jego nieszczęścia, osądził także opatrzność, która utworzyła społeczeństwo - i ją również potępił.
I tak w czasie tych dziewiętnastu lat męczarni i niewoli, dusza ta podniosła się i upadła jednocześnie. Z jednej strony weszło do niej światło, z drugiej - ciemność.
Jan Valjean, jak widzimy, nie był z natury zły. Kiedy dostał się do ciężkich robót, był jeszcze dobry. Tam dopiero potępił społeczeństwo i poczuł, że staje się złym; potępił opatrzność i uznał, że staje się bezbożnym.
Tutaj trudno jest nie zastanowić się przez chwilę.
Czy natura ludzka zmienia się tak do gruntu i całkowicie? Czy człowiek, stworzony dobrym przez Boga, może stać się złym przez człowieka? Czy los może przerobić duszę i czy może ona stać się złą, jeżeli ten los jest zły? Czy serce pod naciskiem nieproporcjonalnego nieszczęścia może się stać bezkształtne i szpetne, nieuleczalnie ułomne, tak jak kolumna pacierzowa pod zbyt niskim sklepieniem? Czy w każdej duszy, a w szczególności w duszy Jana Valjeana, nie było owej pierwszej iskierki, owego boskiego pierwiastka, nieulegającego zepsuciu na tym świecie, nieśmiertelnego na tamtym, który pod wpływem dobra może się wspaniale rozszerzać, rozpalać i błyszczeć, natomiast nigdy nie może zgasnąć pod wpływem zła?
Pytania to ważne i zawiłe, na ostatnie z nich każdy fizjolog z pewnością bez wahania odpowiedziałby, że nie, zwłaszcza gdyby ujrzał w Tulonie Jana Valjeana w godzinach odpoczynku, które były dla niego godzinami rozmyślania, a które spędzał, siedząc na drągu jakiejś windy ze skrzyżowanymi rękami, z końcem łańcucha wciśniętym w kieszeń, by ten się nie ciągnął; gdyby ujrzał tego ponurego galernika, poważnego, milczącego i zamyślonego, który na człowieka patrzył z gniewem, tego potępieńca cywilizacji, który z surowością patrzył na niebo.
Zaiste, nie chcemy ukrywać tego, że badacz fizjolog zobaczyłby tu stan, na który nie ma lekarstwa; może tylko zlitowałby się nad tym chorym, którego choroba wynikała z kodeksu prawa, ale nie próbowałby nawet leczyć go; odwróciłby wzrok od tych jaskiń, które by dojrzał w tej duszy, i jak Dante sponad drzwi piekieł, byłby wykreślił z życia skazańca ów wyraz, który palec boży nakreślił jednak na czole każdego człowieka: nadzieja!
Czy jednak stan tej duszy, który próbowaliśmy tu zbadać, był tak doskonale zrozumiały dla Jana Valjeana, jak go się staraliśmy uczynić dla naszych czytelników? Czy Jan widział wyraźnie wszystkie pierwiastki, składające się na jego moralną nędzę, i czy dostrzegał je stopniowo, w miarę jak się układały, i potem, kiedy się już ułożyły? Czy człowiek, tak jak on nieokrzesany i niewykształcony, mógł sobie dokładnie zdawać sprawę z szeregu myśli, po których, stopień za stopniem, wzniósł się i zstąpił aż do ponurych poglądów, które od tylu już lat były widnokręgiem jego umysłu? Czy pojmował wszystko, co w nim zaszło i ciągle zachodziło? Nie śmielibyśmy tego stwierdzić, nie wierzymy w to zresztą. Jan Valjean był zanadto nieświadomy, by nawet po tylu nieszczęściach nie pozostało w nim jeszcze wiele rzeczy nieokreślonych. Chwilami nie bardzo rozumiał nawet to, czego sam doświadczał. Jan Valjean był w ciemnościach i nienawidził w ciemnościach; można by stwierdzić, że nienawidził wszystkiego przed sobą. Zwykle żył w tej ciemności, macając po omacku jak ślepy i zamyślony. Tylko chwilami, gnana podmuchem z zewnątrz, gwałtownie podnosiła się w nim burza gniewu, nadmiar cierpienia, blada i szybka błyskawica, która oświecała całą jego duszą i ukazywała mu wszędzie dookoła, z przodu i z tyłu, przy błyskach straszliwego światła, szkaradne przepaści i ponure widoki jego przeznaczenia.
Błyskawica przemknęła, znowu zapadła noc - i gdzie wtedy był? Sam już nie wiedział.
Właściwością cierpień tego rodzaju, w których góruje strona bezlitosna, unikczemniająca, jest to, że w skutek pewnego rodzaju nieświadomego siebie przeobrażenia, człowiek powoli zamienia się w dzikie zwierzę, a czasami nawet w zwierzę drapieżne. Próby ucieczki, które Jan Veljean uparcie, jedna po drugiej podejmował, dostatecznie ukazują tę dziwną pracę, jaką prawo wykonuje nad ludzką duszą. Jan Valjean ponawiałby te próby, tak przecież bezużyteczne i szalone, ile razy nadarzyłaby się ku temu okazja, nie zastanawiając się ani przez chwilę nad ich skutkami lub nad doświadczeniem już z nich wyniesionym. Wymykał się gwałtownie jak wilk, który znajduje otwartą klatkę. Instynkt mówił mu: uciekaj! Rozum powiedziałby: zostań! Ale przed tak gwałtowną pokusą rozum znikał, pozostawał jedynie instynkt. Działało tylko zwierzę. A kiedy go pojmano, nowe kary, którym wówczas podlegał, wprawiały go tylko w jeszcze większy szał.
Musimy tu wspomnieć o jeszcze jednym szczególe, mianowicie o nadzwyczajnej sile fizycznej Jana Valjeana, sile, której żaden z mieszkańców galer nie mógł dorównać. Jeżeli trzeba było popuścić linę, ciągnąć windę lub wykonać jakąś inną męczącą pracę, Jan znaczył tyle, co czterech ludzi. Podnosił i podtrzymywał na grzbiecie ogromne ciężary i w razie potrzeby zastępował maszynę zwaną Cric, dawniej zaś Orgueil, skąd, mówiąc na marginesie, pochodzi nazwa ulicy Montorgueil przy hallach Paryża. Koledzy nazywali go nawet Jan-Cric.
Pewnego razu, kiedy naprawiano balkon ratusza w Tulonie, jedna ze wspaniałych kariatyd Pugeta, podtrzymujących balkon, oderwała się i już by spadła, gdyby Jan Valjean, który akurat się tam znajdował, nie przytrzymał jej, dopóki nie nadbiegli robotnicy.
Giętkość jego przewyższała jeszcze siłę. Niektórzy galernicy, wiecznie marzący o ucieczkach, takiej w końcu nabywają siły i zręczności, że dochodzi to do prawdziwej sztuki: sztuki muskułów. Wiecznie zazdroszcząc muchom i ptakom, więźniowie codziennie uprawiają całą tajemniczą statykę. Wdrapać się po linii prostopadłej i znaleźć punkt oparcia tam, gdzie zalewie widać było jakąś wydatność, była to igraszka dla Jana Valjeana. Mając róg muru, siłę prężności karku i ramion, pracując łokciami i piętami, które wciskał w chropowatość muru, jakby cudem dostawał się na trzecie piętro. Czasami wdzierał się tak aż na dach więziennego gmachu.
Mówił mało, a nie śmiał się wcale. Trzeba było nadzwyczajnego wzruszenia, by raz lub dwa razy na rok wydobyć z jego ust ów ponury śmiech galernika, który jest jak gdyby echem śmiechu szatana. Z wyrazu jego twarzy można było sądzić, że ciągle zajmuje się patrzeniem na coś okropnego.
W istocie wciąż był pogrążony w myślach.
Poprzez chorobliwe pojęcia wadliwej natury i przytłoczonej inteligencji, czuł on niewyraźnie, że ciąży nad nim coś potwornego. W tym posępnym, bladym półcieniu, w którym pełzał, ile razy obrócił szyję i usiłował podnieść wzrok, widział z przerażeniem - z którym mieszała się zaraz wściekłość - jak wysoko ponad nim wznosiły się i piętrzyły, układając niby w jakieś straszne stosy, rzeczy, prawa, przesądy, ludzie i fakty, których zarysów nie mógł pochwycić, których masa przerażała go, a które nie były niczym więcej jak ową olbrzymią piramidą, którą nazywamy cywilizacją. W tej bezkształtnej, rojącej się całości, odróżniał tu i ówdzie, raz blisko siebie, a raz daleko, na niedościgłych wyżynach, jakąś grupę, jakiś jaskrawiej oświecony szczegół: tu dozorcę więźniów i kij jego, tu żandarma i jego szablę, tam arcybiskupa w infule, a na samej górze, jak gdyby wśród promieni słońca, cesarza w koronie i w rażącym blasku. Wszystkie te dalekie jasności nie tylko nie rozpraszały jego ciemności, ale nawet czyniły je jeszcze bardziej ponurymi i ciemnymi. Wszystko to - prawa, przesądy, fakty, ludzie, rzeczy, przesuwało się po nim w tę i w tamtą stronę, stosownie do tajemniczego i skomplikowanego ruchu, który Bóg nadaje cywilizacji; chodziło po nim i druzgotało go z owym okrutnym spokojem i nieubłaganą obojętnością. Dusze, które wpadły w ostateczną niedolę, nieszczęśnicy, co przepadli na dnie owych otchłani, do których głębi nie sięga już żadne ludzkie oko, ci, których ukarało prawo, czują na swej głowie cały ciężar tego społeczeństwa ludzkiego, tak strasznego dla tych, co są poza nim, i tak okropnego dla tych, co są pod nim.
W takim właśnie położeniu rozmyślał Jan Valjean: jaki więc mógł być wynik tych rozmyślań? Jeżeli ziarnko prosa pod młyńskim kamieniem mogłoby myśleć, myślałoby zapewne to, co i Jan Valjean.
Wszystkie te rzeczy, rzeczywistość pełna widm i fantasmagorie pełne rzeczywistości, utworzyły w końcu rodzaj stanu wewnętrznego, którego nie sposób nawet opisać.
Chwilami zatrzymywał się w swojej pracy i zaczynał myśleć. Rozum jego, bardziej dojrzały, lecz jednocześnie mocniej niż kiedyś zmącony, buntował się. Wszystko, co mu się przytrafiło, wydawało się niemożliwym. Mówił sobie: to sen. Patrzył na dozorcę, stojącego kilka kroków dalej i dozorca wydawał mu się widmem: nagle widmo uderzało go jednak kijem.
Widzialna przyroda zaledwie dla niego istniała. Rzec można prawie, że dla Jana Valjeana nie było ani słońca, ani pięknych, letnich dni, ani jasnego nieba, ani świeżych kwietniowych poranków. Nie wiadomo, jakie mroczne światełko oświetlało zwykle jego duszę.
Na zakończenie, streszczając to, co tylko może być streszczone, i wyprowadzając z tego, co przed chwilą zostało powiedziane, pewne wnioski, dodamy, że po dziewiętnastu latach Jan Valjean, nieszkodliwy dla nikogo robotnik w Faverolles, przemienił się w straszliwego galernika w Tulonie, i dzięki sposobowi, w jaki kształtowały go galery, stał się zdolny do dwojakiego rodzaju złych czynów: po pierwsze, do czynu popełnionego szybko, bez rozwagi i bez zastanowienia, instynktownie, w afekcie i jakby w zemście za doznane zło. Po drugie zaś - do występku większej wagi, wcześniej obmyślonego i dokonanego na bazie fałszywych poglądów, które mogą zrodzić się w takim nieszczęściu. Jego namysły przechodziły przez trzy kolejne fazy, do których zdolne są tylko natury w pewien sposób zahartowane: rozumowanie, wolę i upór. Jego siłą napędzającą było zwykłe u niego oburzenie, gorycz duszy, głębokie uczucie doznanej niesprawiedliwości, negatywna reakcja nawet przeciwko dobrym, niewinnym i sprawiedliwym, jeżeli tacy istnieją. Tak punktem wyjścia, jak też i dojścia dla wszystkich jego myśli, była nienawiść do ludzkiego prawa: nienawiść ta, jeżeli jej rozwoju nie powstrzyma jakiś opatrznościowy przypadek, staje się stopniowo nienawiścią do społeczeństwa, następnie zaś nienawiścią do rodzaju ludzkiego, w końcu zaś do wszelkiego stworzenia i objawia się w nieokreślonej, nieustannej i zwierzęcej żądzy szkodzenia komukolwiek, jakiejkolwiek żyjącej istocie.
Jak widzimy, paszport Jana Valjeana nie bez słuszności nazywał go człowiekiem bardzo niebezpiecznym.
Z roku na rok dusza ta stawała się coraz bardziej oschła, działo się to powoli, ale bezustannie. Serce suche, oko suche. Kiedy opuszczał galery, minęło dziewiętnaście lat, odkąd wylał ostatnią łzę.
Rozdział VIII
Fala i noc
Człowiek w morzu!
Mniejsza z tym, statek się nie zatrzymuje. Wiatr dmie, a ponury statek ma przed sobą drogę, której przerwać nie może. Przepływa.
Człowiek tymczasem to znika, to znów się pojawia, zanurza się i wypływa na powierzchnię. Woła i wyciąga ramiona, ale nikt go nie słyszy; statek, drżąc pod uderzeniami huraganu, zajęty jest jedynie własnym ruchem, majtkowie i podróżni nie widzą nawet tonącego człowieka, jego nieszczęśliwa głowa jest tylko małym punktem wśród ogromu fal.
Jego rozpaczliwe wołanie ginie w głębinach morza. Jakież to widmo ten żagiel, który tam znika! On patrzy na niego, patrzy z wściekłością. Żagiel oddala się, blednie, zmniejsza się. Przed chwilą on sam tam był i należał do załogi, chodził wraz z innymi po pokładzie, tak jak oni oddychał i cieszył się słońcem. Był istotą żyjącą. A teraz co się stało? Pośliznął się, upadł, i wszystko się skończyło.
Otacza go bezmiar wody. Pod jego nogami nie ma już niczego stałego, niczego prócz osuwania się i zagłady. Podarte, poszarpane wiatrem fale otaczają go dookoła, kołysząca się bezdeń unosi go, wszystkie bałwany wody poruszają się nad jego głową, bezładnie otwierające się zapadliny na wpół go pożerają; pluje na niego gawiedź fal. Ile razy się zagłębia, widzi pod sobą czarne przepaście; nieznane, straszne rośliny chwytają go, wiążą mu nogi i ciągną do siebie; czuje, że sam staje się otchłanią, że zespala się z pianą; fale przerzucają go sobie jedna drugiej; pije gorycz, podczas gdy rozhukany ocean uparcie próbuje go zatopić, a ogrom igra z jego agonią. Zdaje się, że cała ta woda tchnie nienawiścią.
On jednak walczy.
Usiłuje się bronić, próbuje utrzymać się, płynąć. On, ta biedna siła tak szybko się wyczerpująca, walczy z tym, co niewyczerpalne.
Gdzież jest statek? Tam. Zaledwie go widać w bladym półmroku widnokręgu.
Wiatr dmie, a fale go tłoczą. Podnosi oczy, ale widzi tylko sine chmury. Konając, jest świadkiem strasznego morza. Szaleństwo to jest dla niego męczarnią. Słyszy wrzawę, szum nieznany człowiekowi, a pochodzący jak gdyby spod ziemi, z jakiegoś okropnego siedliska.
W obłokach są ptaki, tak jak są aniołowie ponad ludzką nędzą, ale cóż one mogą dla niego zrobić? Latają, śpiewają i unoszą się w powietrzu, a on kona. Czuje się pochłonięty przez dwie nieskończoności jednocześnie: ocean i niebo. Pierwszy jest grobem, a drugie całunem.
Noc zapada, on płynie już od tak dawna, że jego siły wyczerpały się. Statek, ten daleki przedmiot, na którym są ludzie, zniknął, on zaś został sam w tej groźnej, mrocznej toni. Zanurza się, pręży i wije, woła, a pod sobą czuje potworne fale niewidzialnego świata.
Nie ma już ludzi. Gdzie jest Bóg?
Woła: ktokolwiek, ktokolwiek! Wciąż woła.
Nie ma jednak nikogo na widnokręgu, nie ma też nikogo na niebie.
Wzywa przestrzeń, fale, porost morski - wszystko to głuche. Błaga więc burzę, ale niewzruszona burza ulega jedynie nieskończoności.
Dookoła niego ciemność, mgła, samotność, burzliwa wrzawa, nieskończone fałdowanie srogich wód. W nim samym przestrach i znużenie. Pod nim zagłada. Nie ma punktu oparcia. Przypomina sobie ponure przygody trupa wśród nieskończonej ciemności. Bezgraniczny chłód paraliżuje go, ręce jego kurczą się, zamykają i chwytają nicość. Wichry, chmury, wiry, wiatry, gwiazdy bezużyteczne! Co począć? Zrozpaczony, zdaje się wreszcie na los; zmęczony, zgadza się umrzeć, przestaje myśleć, przestaje chcieć, przestaje walczyć i stacza się w ponure głębie oceanu.
O nieubłagany pochodzie społeczeństw ludzkich! Ileż ludzi i dusz ginie po drodze! Oceanie, do którego stacza się wszystko, co prawo odrzuci! Ponure zniknięcie pomocy! O śmierci moralna!
Morze to bezlitosna noc społeczna, w którą prawo karne wtrąca skazańców swoich. Morze to bezgraniczne nieszczęście.
Dusza, rzucona na powierzchnię tej otchłani, może stać się trupem. A wówczas, któż ją wskrzesi?
Rozdział IX
Nowe żale
Kiedy nadeszła chwila wyjścia z galer, kiedy Jan Valjean usłyszał to dziwne słowo "jesteś wolny", wydało mu się to rzeczą niesłychaną, nieprawdopodobną; promień żywego światła, promień prawdziwego światła żywych nagle przeniknął go do głębi. Ale światło to rychło pobladło. Myśl o wolności początkowo olśniła Jana Valjeana, sądził, że rozpoczyna nowe życie. Szybko jednak zrozumiał, że była to wolność, której za towarzysza dają żółty paszport.
A przy tym ile to jeszcze goryczy... Z jego rachunku wynikało, że suma, którą zarobił w galerach, wynosić będzie sto osiemdziesiąt jeden franków. Ale w rachunku tym pominął przymusowy odpoczynek w czasie niedziel i świąt, co w ciągu dziewiętnastu lat pociągnęło za sobą ubytek w wysokości prawie dwudziestu czterech franków. Bądź co bądź, po odtrąceniu tej sumy, jak też jeszcze i paru innych miejscowych kar i opłat, kapitał jego zmniejszył się do stu dziewięciu franków i piętnastu sous, które wyliczono mu przy jego wyjściu.
Nie zrozumiał z tego nic i uważał się za pokrzywdzonego, a mówiąc wprost: okradzionego.
Nazajutrz po swym uwolnieniu, w Grasse, przed destylarnią olejku pomarańczowego, spostrzegł ludzi zajętych zdejmowaniem pak. Ofiarował im swoje usługi. Robota była pilna, przyjęto go więc. Wziął się do pracy. Był roztropny, silny i zręczny, starał się pracować dobrze, a właściciel zdawał się być z niego zadowolony. Podczas tej roboty przechodził obok żandarm, zatrzymał się i zapytał go o papiery. Trzeba było pokazać żółty paszport. Trochę wcześniej zapytał jednego z robotników, jaką dostawali dzienną stawkę; odpowiedziano mu, że trzydzieści sous. Ponieważ nazajutrz rano miał wyruszyć w dalszą drogę, wieczorem udał się do właściciela destylarni i poprosił o należną sobie zapłatę. Właściciel nie wyrzekł ani słowa i wręczył mu piętnaście sous. Valjean dopomniał się o resztę. Odpowiedziano mu, że dla niego to aż nadto dosyć. Kiedy zaś nalegał, właściciel ostro popatrzył mu w oczy i rzekł:
- Strzeż się więzienia.
Tutaj znowu uważał się zatem za okradzionego.
Społeczeństwo, państwo, zmniejszając sumę, którą sobie zapracował, popełniło na nim kradzież na wielką skalę. Teraz z kolei jednostka okradła go na małą skalę.
Uwolnienie wcale nie jest oswobodzeniem. Można wyjść z galer, ale nie można uwolnić się od potępiającego wyroku. Oto, co mu się przydarzyło w Grasse. Jak przyjęto go w Digne, sami widzieliśmy.
Rozdział X
Człowiek obudzony
W chwili, kiedy na zegarze katedralnym wybiła godzina druga po północy, Jan Valjean się obudził. Zbudziło go zaś nic innego tylko to, że łóżko było za dobre. Prawie od dwudziestu lat nie spał w łóżku, a chociaż teraz nie rozebrał się nawet, uczucie, jakiego doświadczył, było za nadto nowe, by nie zakłóciło jego snu.
Spał więc góra cztery godziny, jego zmęczenie jednak przeszło. Przyzwyczajony był do tego, żeby niewiele czasu poświęcać na odpoczynek.
Otworzył oczy i krótką chwilę patrzył w ciemność; potem zamknął je znowu, chcąc zasnąć ponownie.
Kto doznał wielu wrażeń w ciągu dnia, kogo umysł zaprzątnięty jest wieloma rzeczami, ten zaśnie wprawdzie, ale nie zaśnie już powtórnie, sen bowiem łatwiej przychodzi niż wraca. Tak też było z Janem Valjeanem. Nie mógł zasnąć po raz drugi i zaczął rozmyślać.
Znajdował się w takim nastroju, w którym wszystkie myśli niejasno i bezładnie krążą po głowie. Dawne wspomnienia i świeżo doznane wrażenia tłoczyły się i plątały ze sobą, tracąc właściwie sobie kształty, urastając do ogromnych rozmiarów, potem zaś znikając jak w mętnej i wzburzonej wodzie. Wiele myśli do niego napływało, ale była między nimi jedna, która wciąż wracała i wyganiała wszystkie inne. Od razu wypowiemy tę myśl: zauważył sześć srebrnych sztućców i wielką łyżkę, którą pani Magloire położyła na stole.
Te srebrne sztućce napastowały go bezustannie. Były tam. O kilka kroków od niego. W chwili, kiedy przechodził przez sąsiedni pokój, idąc do tego, w którym się teraz znajdował, stara sługa wkładała je do małej ściennej szafki, znajdującej się u wezgłowia łóżka. Dobrze zauważył tę szafkę. Na prawo, wchodząc z sali jadalnej. Sztućce były z masywnego, w dodatku starego srebra. Za wielką łyżkę można by wziąć przynajmniej dwieście franków. Dwa razy tyle, co zarobił przez dziewiętnaście lat. Prawda, że byłby zarobił więcej, ale "administracja" go "okradła".
Dobrą godzinę bił się z myślami, tocząc ze sobą wewnętrzną walkę. Wybiła trzecia godzina. Otworzył oczy; nagle podniósł się i pomacał plecak, który rzucił w kąt alkowy, potem spuścił nogi, oparł je na ziemi i prawie sam nie wiedząc, jakim sposobem, usiadł na łóżku.
Przez jakiś czas dumał w tej postawie, która mogła się nawet wydać złowroga temu, kto by go ujrzał w tej ciemności, tak samotnie czuwającego wśród wszystkich śpiących w domu. Nagle schylił się, zdjął trzewiki i cicho postawił je na macie przy łóżku, po czym znowu się zamyślił, siedząc nieruchomo.
Wśród tego haniebnego dumania myśli, które już wymieniliśmy, bezustannie krążyły mu po głowie: wchodziły, wychodziły, wracały, ciążyły nad nim niejako. Przy tym wszystkim, sam nie wiedząc dlaczego, z pewnym uporem myślał o pewnym galerniku zwanym Brevet, którego poznał przy ciężkich robotach, a którego spodnie trzymały się zawsze na jednej tylko szelce, zrobionej z bawełny. Deseń w kratkę tej szelki wciąż mu stawał w oczach.
Siedział tak nieruchomo i może przesiedziałby tak do świtu, gdyby nie odezwał się zegar, który wybił kwadrans czy też wpół do. Uderzenie to jak gdyby do niego przemówiło: dalejże!
Powstał, ale zawahał się i począł nasłuchiwać: w domu panowała zupełna cisza. Wówczas małymi krokami skierował się wprost ku oknu, przez które dochodziło niewyraźne światło. Noc nie była ciemna, a księżyc w pełni, po nim zaś przepływały wielkie, gnane przez wiatr obłoki. Stąd na dworze na przemian następowały po sobie światło i ciemność, zaćmienia i oświetlenia, wewnątrz zaś panował rodzaj mroku. W mroku tym, który wciąż przerywały chmury, widać było jednak na tyle, że można było obrać kierunek; efekt był taki jak przy owym sinym świetle, wpadającym do piwnicy przez okienko, przed którym przesuwają się w tę i drugą stronę przechodnie.
Dostawszy się do okna, Jan Valjean przyjrzał mu się uważnie. Nie miało ono kraty, wychodziło na ogród i wedle miejscowego zwyczaju, zamykało się tylko na zasuwkę. Otworzył je, ale zaraz zamknął, bo zimne i ostre powietrze nagle wpłynęło do pokoju. Spojrzał na ogród swym uważnym okiem, które raczej bada niż patrzy. Ogród otoczony był białym, dość niskim i łatwym do przebycia murem. W głębi, poza nim dojrzał wierzchołki drzew, stojących w równych odstępach, co wskazywało, że mur ten oddzielał ogród od uliczki lub wysadzanej drogi.
Zmierzywszy tak wszystko okiem, wykonał ruch charakterystyczny dla człowieka, który się wreszcie zdecydował. Następnie poszedł do alkowy, wziął swój tornister, otworzył go, wyjął z niego jakiś przedmiot, który położył na łóżku, wsunął trzewiki do jednej kieszeni, zamknął wszystko, zarzucił tornister na plecy, włożył czapkę, której daszek spuścił na oczy, omackiem wymacał kij i zbliżywszy się do okna, postawił go w kącie. Potem wrócił do łóżka i stanowczo chwycił przedmiot, który wcześniej na nim położył. Podobne to było do żelaznej sztaby, w jednym końcu zaostrzonej jak oszczep.
Trudno było rozpoznać w ciemności, do jakiego celu miał służyć ten kawał żelaza. Może był to drąg? A może maczuga?
Przy świetle poznano by łatwo, że było to nic innego jak świecznik górnika. Galerników używano wówczas czasami do wydobywania skały z wysokich gór otaczających Tulon, dlatego też nieraz mieli w swym ręku narzędzia górnicze. Świeczniki górników wykonane są z masywnego żelaza, a dolny ich koniec jest mocno zaostrzony, by można je było wbijać w skałę.
Prawą ręką ujął świecznik, i powstrzymując oddech, stąpając cicho i ostrożnie, skierował się ku drzwiom sąsiedniego pokoju, który, jak już wiadomo, był pokojem biskupa. Drzwi zastał zaledwie przymknięte - biskup nie zamknął ich wcale.
Rozdział XI
Co robi
Jan Valjean nasłuchiwał przez chwilę, ale nie dochodził do niego żaden szmer. Pchnął drzwi. Pchnął je końcem palca, leciutko, jak skradający się kot, który chce wejść. Drzwi usunęły się cicho i nieznacznie; szpara trochę się rozszerzyła.
Drzwi znowu po cichu ustąpiły. Otwór stał się teraz na tyle szeroki, że można było przejść. Ale koło drzwi stał maleńki stoliczek, który zagradzał przejście.
Jan Valjean zrozumiał trudność - koniecznie trzeba było powiększyć jeszcze otwór.
Zdecydował się i pchnął drzwi po raz trzeci, energiczniej niż poprzednio. Tym razem zawiasy, źle posmarowane, skrzypnęły nagle w ciemności ostro i przeciągle.
Jan Valjean drgnął całym ciałem. Skrzypienie to odbiło się w jego uszach przeraźliwie i okropnie, niczym trąba sądu ostatecznego.
W pierwszej chwili, kiedy to urojenia rosną do olbrzymich rozmiarów, wyobrażał sobie prawie, że w zawiasy te nagle wstąpiło jakieś straszne życie i że szczekało ono jak pies, aby ostrzec wszystkich i zbudzić śpiących ludzi.
Drżący, nieprzytomny, zatrzymał się: najpierw przemieszczał się na palcach nóg, teraz opadł na pięty. Słyszał, jak arterie biją mu w skroniach niby dwa kowalskie młoty, i zdawało mu się, że oddech jego wydobywa się z piersi z szumem wiatru wypadającego z jaskini. Niemożliwe, by ten straszny wrzask zawiasów nie poruszył całego domu jak trzęsienie ziemi; drzwi, pchnięte jego pięścią, uderzyły na trwogę i zawołały: za chwilę starzec wstanie, kobiety zaczną krzyczeć, ludzie zbiegną się na pomoc. Nim minie kwadrans, całe miasto będzie w ruchu, a żandarmeria na nogach. Przez chwilę sądził, że jest zgubiony.
Stał w miejscu, nie śmiejąc zrobić najmniejszego ruchu, skamieniały jak słup soli. Upłynęło kilka minut. Drzwi były otwarte na oścież. Odważył się wreszcie zajrzeć do pokoju: nic się tam nie poruszyło. Nadstawił ucha, ale nic nie ruszało się także w domu. Skrzypienie zawiasów nikogo nie zbudziło.
Pierwsze niebezpieczeństwo minęło, ale w nim samym pozostał jeszcze straszny zamęt. Nie cofnął się jednak. Nie cofnął się nawet wówczas, gdy sądził, że jest zgubiony. Myślał już tylko o tym, by prędzej skończyć. Zrobił krok naprzód i wszedł do pokoju.
W pokoju tym panował zupełny spokój. Rozróżnić w nim można było pomieszane i niepewne kształty rozmaitych przedmiotów: były to porozrzucane papiery, stosy książek na taborecie, odzienie na fotelu, klęcznik - teraz to wszystko przedstawiało się albo jako białawe plamy, albo jako ciemne miejsca. Jan Valjean posuwał się ostrożnie, by nie potrącić żadnych mebli. Z głębi pokoju dochodził go szmer równego i spokojnego oddechu śpiącego biskupa.
Nagle zatrzymał się, oto bowiem był już przy łóżku. Dostał się do niego szybciej, niż się spodziewał.
Przyroda miesza niekiedy działanie swoje i swoje widoki z naszymi czynami, stosując się przy tym do nich tak trafnie i tak inteligentnie, jak gdyby chciała nas skłonić do zastanowienia się. Od prawie pól godziny wielka chmura zasłaniała niebo. W chwili, kiedy Jan Valjean zatrzymał się naprzeciw łóżka, chmura ta rozdarła się, jak gdyby umyślnie, i przez wysokie okno wpłynął do pokoju promień księżyca, oświetlając nagle bladą twarz biskupa. Spał on spokojnie. Leżał w łóżku prawie ubrany, bo w Alpach noce są chłodne: na sobie miał kaftan z białej wełny, którego długie rękawy sięgały mu aż do kostek ręki. Głowa jego niedbale spoczywała na poduszce, z łóżka zwieszała się ręka ozdobiona pasterskim pierścieniem, ręka, z której spłynęło tyle dobrodziejstw, tyle świętych czynów. Całe jego oblicze jaśniało nieokreślonym wyrazem zadowolenia, nadziej i błogości. Było to coś więcej niż uśmiech: rzucało to nieomal promienie. Na czole jego widoczne było dziwne odbicie światła, którego źródła widać nie było. Dusze sprawiedliwych oglądają we śnie tajemnicze niebo. Odblask tego nieba był nad biskupem. Była to zarazem świecąca przezroczystość, bo niebo było w nim samym. Niebem tym było jego sumienie.
W chwili, kiedy promień księżyca padł, żeby się tak wyrazić, na tę wewnętrzną jasność, uśpiony biskup ukazał się jak gdyby w promieniach. Łagodne to jednak było światło i niby na pół przysłonięte. Ten księżyc na niebie, ta natura uśpiona, ten ogród milczący i nieruchomy, ten dom tak spokojny, pora, chwila, cichość - wszystko to nadawało spoczynkowi tego człowieka cechę niewysłowionej uroczystości i otaczało rodzajem pogodnej i majestatycznej aureoli jego białe włosy i zamknięte oczy; tę twarz, w której wszystko oddychało nadzieją i ufnością; tę głowę starca i ten sen dziecięcia.
W człowieku tym, tak nieświadomie dostojnym, był wyraz boskości.
Jan Valjean stał w cieniu z żelaznym świecznikiem w ręku, stał nieruchomo, przestraszony widokiem tego jaśniejącego starca. Nigdy jeszcze nie widział nic podobnego. Ufność ta przerażała go. W świecie moralności nie ma bardziej uderzającego widoku, nad widok niespokojnego, zmąconego sumienia, które stoi nad brzegiem złego czynu, a patrzy na sen sprawiedliwego.
Czuł on niewyraźnie, chociaż mocno, że sen ten, w takim odosobnieniu i z takim jak on sąsiadem, miał w sobie coś szczytnego.
Nikt, nawet on sam, nie potrafiłby powiedzieć, co się z nim wówczas działo. Jeżeli ktoś próbowałby zdać sobie z tego sprawę, musiałby wyobrazić sobie to, co najbardziej gwałtowne, wobec tego, co najbardziej łagodne. Z twarzy jego na pewno nic jednak wyczytać by się nie dało.
Był w niej bowiem głównie rodzaj jakby dzikiego zdziwienia. Patrzył i nic więcej. Ale co myślał? Nie można tego odgadnąć. Widocznie był tylko wzruszony i wzburzony. Lecz jakiego rodzaju było to wzruszenie?
Oko jego nie schodziło ze starca. Jedno tylko malowało się w jego fizjonomii i jego postawie: dziwne wahanie się. Można by stwierdzić, że wahał się między dwiema przepaściami: tą, w której człowiek ginie, i tą, w której się ratuje. Zdawał się być gotów albo zgruchotać tę czaszkę, albo ucałować rękę.
Po kilku chwilach jego lewe ramię wolno podniosło się do czoła; zdjął czapkę. Potem ramię to wolno i równo opadło i Jan Valjean znowu patrzył i myślał, z czapką w lewej ręce, z maczugą w prawej, z włosami najeżonymi na swej okropnej głowie.
Biskup wciąż spokojnie i głęboko spał pod tym strasznym wzrokiem.
Odblask księżyca niewyraźnie oświecał zawieszony nad kominkiem krucyfiks, który do nich obydwu zdawał się wyciągać ramiona: z błogosławieństwem dla jednego, a z przebaczeniem dla drugiego.
Nagle Jan Valjean znowu nasunął czapkę na czoło, szybko i nie patrząc na biskupa przeszedł obok niego, kierując się w stronę szafki, którą widział u wezgłowia łóżka. Podniósł żelazny świecznik, jak gdyby chcąc nim wybić zamek, lecz nagle spostrzegł w szafce klucz. Otworzył ją i jego oko od razu padło na koszyk ze srebrem. Wziął go, wielkimi krokami przeszedł przez pokój, nie zachowując przy tym żadnej ostrożności i nie zważając na hałas, który sprawiał; wszedł do modlitewni, otworzył okno, chwycił swój kij, zeskoczył na ziemię, włożył srebro do tornistra, rzucił koszyk, przebiegł ogród, jak tygrys przesadził mur i uciekł.
Rozdział XII
Biskup pracuje
Nazajutrz rano, o wschodzie słońca, biskup Ludomił przechadzał się w swoim ogrodzie. Pani Magloire, cała wzburzona, przybiegła do niego.
- Wasza Wielebność, Wasza Wielebność! - wołała - czy Wasza Wielebność nie wie, gdzie jest koszyk od srebra?
- Owszem - rzekł biskup.
- Chwała Bogu! - odpowiedziała - Nie wiedziałam, co się z nim stało.
Biskup podniósł tymczasem koszyk, leżący na jednej z kwiatowych grządek. Podał go pani Magloire.
- Jak to? - spytała. - W środku nic nie ma! A srebro?
- A! - rzekł biskup. - To o srebro wam chodzi. Nie wiem, gdzie ono jest.
- Wielki Boże! Skradziono je! Ten człowiek wczoraj je ukradł!
W mgnieniu oka pani Magloire z całą swą żywością pobiegła do modlitewni, wpadła do alkowy i wróciła do biskupa. Biskup nachylał się właśnie i wzdychając, przypatrywał się szeregowi warzuchy, którą koszyk złamał, padając na nią. Na krzyk pani Magloire się wyprostował.
- Wasza Wielebność! Człowiek zniknął! Srebro skradzione!
Kiedy wymawiała te słowa, oczy jej padły na róg ogrodu, gdzie widoczne były ślady przechodzenia przez mur. Krokiew była wyrwana.
- Proszę spojrzeć! Uciekł tamtędy! Zeskoczył na ulicę Cochefilet. Ach, co za szkarada! Skradł nam srebro!
Biskup milczał przez chwilę, potem poważnie spojrzał i łagodnie rzekł do pani Magloire:
- Przede wszystkim, czy to srebro należało do nas?
Pani Magloire milczała zdumiona. Po chwili biskup mówił dalej:
- Pani Magloire, od dawna już niesłusznie zatrzymywałem to srebro. Należało ono do ubogich! A kim był ten człowiek jak nie ubogim?
- O Jezu! - odrzekła na to pani Magloire - nie chodzi tu ani o mnie, ani o panienkę. Dla nas to wszystko jedno. Chodzi o Waszą Wielebność. Czym Wasza Wielebność będzie teraz jadła?
Biskup spojrzał na nią ze zdziwieniem:
- Jak to? Czy nie mamy sztućców cynowych?
Pani Magloire wzruszyła ramionami:
- Cyna ma zapach.
- No, to sztućce żelazne.
Pani Magloire skrzywiła się znacząco:
- Żelazo ma smak.
- A więc niech będą drewniane.
W kilka minut później zasiadł do śniadania przy tym samym stole, przy którym poprzedniego dnia siedział Jan Valjean. Jedząc, biskup Ludomił wesoło przemawiał do siostry, która milczała, i do pani Magloire, która cicho mruczała, że dla umaczania chluba w filiżance mleka, nie trzeba wcale ani łyżki, ani widelca, choćby drewnianych.
- Bo też co za myśl! - krzątając się, mówiła do siebie pani Magloire - przyjmować takiego człowieka! I umieścić go koło siebie! Jakie to szczęście, że tylko okradł! Ach, mój Boże! Dreszcz przejmuje na samą myśl!
W chwili, kiedy brat i siostra mieli wstawać od stołu, zapukano do drzwi.
- Proszę - rzekł biskup.
Drzwi otworzyły się i w progu ukazała się dziwna grupa. Trzech ludzi trzymało czwartego za kołnierz. Ci trzej ludzie byli żandarmami, czwartym był Jan Valjean.
Wachmistrz żandarmów, prawdopodobnie dowodzący tą grupą, stał w drzwiach. Wszedł do pokoju i zbliżył się do biskupa, oddając mu ukłon wojskowy.
- Wasza Wielebność... - zaczął.
Na te słowa Jan Valjean, który zdawał się przygnębiony i ponuro patrzył w ziemię, nagle zdziwiony podniósł głowę.
- Wasza Wielebność... - szepnął. - A więc to nie proboszcz...
- Milczeć! - przerwał mu żandarm. - Jest to Jego Wielebność biskup.
Tymczasem biskup Ludomił zbliżył się do przybyłych tak szybko, na ile pozwalał mu na to wiek.
- Ach! To wy! - zawołał, patrząc na Jana Valjeana. - Rad jestem, że was widzę! Ale przecież podarowałem wam także świeczniki; są one ze srebra tak sam jak tamto, i możecie wziąć za nie ze dwieście franków. Dlaczego nie wzięliście ich razem ze sztućcami?
Jan Valjean otworzył szeroko oczy i patrzył na biskupa z wyrazem, którego nie potrafiłby opisać żaden ludzki język.
- Wasza Wielebność - odezwał się tymczasem wachmistrz żandarmów - a więc to prawda, co mówił ten człowiek? Spotkaliśmy go. Szedł, jak ktoś, kto ucieka. Zatrzymaliśmy go, żeby go obejrzeć. Miał to srebro...
- I powiedział wam - przerwał biskup, uśmiechając się - że dał mu je stary, poczciwy księżyna, u którego spędził noc. Domyślam się, jak to było. I odprowadziliście go tutaj. To pomyłka.
- A zatem, możemy go puścić? - spytał wachmistrz.
- Naturalnie - odpowiedział biskup.
Żandarmi puścili Jana Valjeana, a ten się cofnął.
- Czy to prawda, że mnie wypuszczają? - rzekł głosem prawie niezrozumiałym, jak gdyby przez sen.
- Tak, uwalniają cię, czyż nie słyszysz? - odpowiedział żandarm.
- Mój przyjacielu - rzekł biskup - zanim odejdziesz, weź proszę, swoje świeczniki. Zabierz je.
To mówiąc, zbliżył się do kominka, wziął oba srebrne świeczniki i podał je Janowi Valjeanowi. Kobiety patrzyły na to wszystko, nie przeszkadzając biskupowi ani jednym słowem, ani jednym ruchem i ani jednym spojrzeniem.
Jan Valjean drżał na całym ciele. Z wyrazem obłąkania, mechanicznie wziął świeczniki.
- Teraz - rzekł biskup - idź w pokoju. Ale, ale, jeśli wrócisz, nie musisz, mój przyjacielu, przechodzić przez ogród. Możesz zawsze wchodzić i wychodzić drzwiami od ulicy. Dniem i nocą zamykają się one jedynie na klamkę.
Potem zaś, zwracając się do żandarmów, dodał:
- Panowie możecie już odejść.
Żandarmi oddalili się więc. Jan Valjean był jak gdyby bliski omdlenia. Biskup zbliżył się do niego i cicho rzekł:
- Nie zapominaj, nigdy nie zapominaj, że obiecałeś mi stać się uczciwym człowiekiem za pomocą tych pieniędzy.
Jan Valjean, który nie przypominał sobie, by cokolwiek obiecywał, milczał zdumiony. Biskup jednak z naciskiem wymawiał te słowa. Potem dodał uroczyście:
- Janie Valjeanie, bracie mój. Nie do występku należysz już teraz, lecz do cnoty. Kupuję twą duszę, usuwam ją spod władzy czarnych myśli oraz ducha zagłady i oddaję ją Bogu.
Rozdział XIII
Gerwazek
Jan Valjean wyszedł z miasta tak, jak gdyby uciekał. Śpiesznie zaczął iść między polami, nie zwracając żadnej uwagi na drogi i dróżki, którymi szedł, i nie spostrzegając nawet, że wciąż krąży w jednym miejscu. Błądził tak przez całe rano, nic nie jedząc i nawet nie czując głodu. Natłok nowych wrażeń przytłaczał go. Czuł w sobie rodzaj gniewu, ale sam nie wiedział, na kogo. Nie umiałby powiedzieć, czy był wzruszony, czy upokorzony. Chwilami opanowywało go dziwne wzruszenie, z którym walczył i któremu przeciwstawił zatwardziałość swych ostatnich dwudziestu lat. Stan ten męczył go. Z niepokojem spostrzegał, że zachwiany w nim został ów rodzaj strasznego spokoju, które wyrobiło poczucie niesprawiedliwości doznanego nieszczęścia. Pytał sam siebie, co zajmie miejsce tego spokoju. Chwilami wolałby, by rzeczy inaczej się potoczyły, bo go osadzono w więzieniu - to mniej by go poruszyło. Chociaż pora roku była na to zbyt późna, tu i ówdzie, między płotami, ukazywały się kwiatki, których zapach dolatywał do niego i wzbudzał wspomnienia dzieciństwa. Wspomnienia te były dla niego prawie nie do zniesienia.
Mnóstwo niewypowiedzianych myśli nagromadziło się w nim przez cały dzień.
Kiedy słońce miało się już ku zachodowi, rzucając za najmniejszym kamyczkiem długi cień na ziemię, Jan Valjean siedział blisko krzaków na wielkiej, zupełnie pustej przestrzeni. Na widnokręgu piętrzyły się tylko Alpy. Nie było widać ani jednej dzwonnicy chociażby dalekiej jakiejś wsi. Jan Valjean mógł znajdować się jakieś trzy mile od Digne. Dróżka, przecinająca równinę, przechodziła o kilka kroków od krzaku.
Wśród tego zamyślenia, które jego łachmanom mogło nadać jeszcze straszniejszy wygląd, usłyszał nagle wesoły głos.
Odwrócił głowę i ujrzał na dróżce małego Sabaudczyka, w wieku mniej więcej dziesięciu lat, który szedł, śpiewając, z kobzą pod pachą i z pudełkiem ze świnką morską na plecach.
Wciąż śpiewając, dziecko od czasu do czasu zatrzymywało się i grało w kości, podrzucając w górę kilka sztuk pieniędzy, które trzymało w ręku: był to zapewne cały jego majątek. Między tymi pieniędzmi znajdowała się też moneta dwufrankowa.
Nie spostrzegając Jana Valjeana, dziecko zatrzymało się koło krzaków i wyrzuciło w górę garść pieniążków, które dotychczas dosyć zręcznie chwytało na grzbiet ręki. Tym razem jednak dwufrankowa moneta wymknęła się i potoczyła pod krzak, aż do Jana.
Valjean w tej samej chwili przykrył ją nogą. Chłopczyk jednak, który wzrokiem śledził bieg swego pieniążka, zauważył to. Nie zdziwił się tym jednak wcale i podszedł do człowieka.
Było to miejsce zupełnie odludne. Jak daleko sięgnąć wzrokiem, nie widać było nikogo: ani na równinie, ani na dróżce. Słychać było jedynie słaby krzyk chmary wędrownych ptaków, które przesuwały się po niebie na znacznej wysokości. Dziecko było odwrócone plecami do słońca, które złociło mu włosy, dziką twarz Jana Valjeana oblewało zaś krwawym światłem.
- Panie - rzekł mały Sabaudczyk z tą dziecinną ufnością, która składa się z niewinności i nieświadomości - a mój pieniądz?
- Jak się nazywasz? - rzekł Jan Valjean.
- Gerwazek, panie.
- Idź sobie - rzekł Jan Valjean.
- Panie - poprosił chłopczyk - oddaj mi mój pieniądz.
Jan Valjean spuścił głowę i nic nie odpowiedział.
Chłopiec powtórzył znowu:
- Mój pieniądz, panie.
Oko Jana Valjeana nie odrywało się od ziemi.
- Mój pieniądz! - krzyczało już teraz dziecko. - Mój biały pieniądz! Moje pieniądze!
Wydawało się, że Jan Valjean nie słyszy wcale. Chłopiec złapał go za koniec bluzy i szarpnął. Jednocześnie próbował usunąć wielki, podkuty trzewik, postawiony na jego skarbie.
- Chcę moich pieniędzy! Moich dwóch franków!
Dziecko płakało. Jan Valjean podniósł głowę, ale wciąż siedział. Oczy jego były zamglone. Popatrzył na dziecko z pewnym zdziwieniem, potem wyciągnął rękę w stronę kija i strasznym głosem krzyknął:
- Kto tam?
- To ja, panie - odpowiedziało dziecię. - Gerwazek! Ja! Ja! Proszę mi oddać moje dwa franki! Proszę usunąć nogę, panie!
Wreszcie rozgniewany, chociaż tak mały, groźnie zawołał:
- No! Czy usuniecie swoją nogę? Usuńcie, mówię wam!
- Ach! To jeszcze ty! - rzekł Jan Valjean, i nagle powstawszy, wciąż jednak trzymając nogę na pieniądzu, dodał. - Pójdziesz ty stąd wreszcie!
Chłopiec, zmieszany, popatrzył na niego, zaczął drżeć od stóp do głów, wreszcie puścił się jak strzała, uciekając z całych sił i nie śmiejąc nawet ani odwrócić głowy, ani krzyknąć.
W pewnej odległości zatrzymał się jednak zadyszany i Jan Valjean, pomimo swego zamyślenia, usłyszał jego łkanie.
Po kilku chwilach dziecko znikło, a słońce zaszło. Dookoła Jana robiło się ciemno. Nic nie jadł przez cały dzień i prawdopodobnie miał gorączkę.
Od chwili, kiedy chłopczyk uciekł, on nie zmienił swojej pozycji i wciąż stał. Pierś jego podnosiła się ciężkim oddechem w długich i niejednostajnych odstępach. Zdawało się, że z wielką uwagą przypatruje się staremu czerepowi z niebieskiego fajansu, który leżał na trawie o jakieś dziesięć czy dwanaście kroków od niego. Nagle zadrżał, uczuł bowiem chłód wieczorny.
Nasunął czapkę na czoło, machinalnie próbując przy tym okryć piersi i zapiąć bluzę, zrobił krok naprzód i schylił się ku ziemi po kij.
W tej chwili spostrzegł dwufrankowy pieniądz, nogą jego na wpół wbity w ziemię i świecący między kamykami. Było to jak gdyby galwaniczne wstrząśnięcie.
- Co to jest? - mruknął.
Cofnął się o trzy kroki, potem zatrzymał się, nie mogąc oderwać wzroku od tego miejsca, które jego noga przygniatała chwilę wcześniej, jak gdyby ten przedmiot, świecący tam w ciemności, był otwartym okiem, które na niego patrzyło.
Po kilku chwilach konwulsyjnie rzucił się do srebrnego pieniążka, pochwycił go i wyprostowawszy się, zaczął patrzeć w dół, rzucając wzrokiem na wszystkie strony widnokręgu, drżący i pomieszany jak dzikie zwierzę, które szuka schronienia.
Nie dojrzał nic. Noc zapadła, równina była zimna i jałowa, a wielkie kłęby fioletowej mgły podnosiły się wśród mroku.
- Ach! - westchnął i zaczął zmierzać w pewnym kierunku, w stronę, gdzie znikło dziecko. Uszedłszy trzydzieści kroków, zatrzymał się i popatrzył, ale nie ujrzał nic. Krzyknął wówczas z całych sił:
- Gerwazek! Gerwazek! - umilkł i czekał, ale nikt nie odpowiedział. Pole było puste i ponure. Otaczała go równina. Dookoła niego była tylko ciemność, w której gubił się wzrok, oraz cisza, w której ginął jego głos.
Północny wiatr dął silnie i otaczającym go przedmiotom nadawał jakieś życie. Krzaki z niesłychaną gwałtownością potrząsały swoimi swymi małymi, cienkimi ramionami, jak gdyby groziły komuś lub kogoś ścigały.
Znów zaczął iść, potem znowu biegł, od czasu do czasu zatrzymując się i wołając wśród tej samotności głosem straszliwym, a zarazem zrozpaczonym:
- Gerwazek! Gerwazek!
Nawet gdyby dziecko go usłyszało, przestraszyłoby się i z pewnością mu się nie pokazało. Ale chłopczyk i tak musiał być już bardzo daleko.
Jan spotkał jadącego konno księdza. Podszedł do niego i spytał:
- Księże proboszczu, czy nie spotkaliście dziecka? Nazywa się Gerwazek.
- Nie widziałem nikogo.
Valjean wyjął z worka dwa pięciofrankowe banknoty i wręczył je księdzu.
- Księże proboszczu - rzekł - oto dla waszych ubogich. Księże proboszczu, ten malec ma około dziesięciu lat, zdaje się, że nosi kobzę i świnkę morską. Szedł pieszo. To jeden z tych Sabaudczyków, wiecie?
- Nie spotkałem go.
- Gerwazek, nie kojarzycie? Może on jest z którejś z tutejszych wsi?
- Jeżeli jest tak, jak mówicie, przyjacielu, to musi być dziecko z dalszych stron. Nieraz tędy przechodzą. Nikt ich nie zna.
Jan Valjean gwałtownie wydobył jeszcze dwie pięciofrankowe monety i dał je księdzu.
- Dla waszych ubogich - rzekł ponownie.
Potem, z wyrazem obłąkania, rzekł:
- Księże, każcie mnie zaaresztować. Jestem złodziejem.
Ksiądz ścisnął konia obiema ostrogami i uciekł przestraszony.
Jan Valjean zaczął biec w kierunku, którego już poprzednio się trzymał. Takim sposobem przebył kawał drogi, wołając i krzycząc, ale nie spotkał już nikogo więcej. Dwa lub trzy razy podbiegał do jakiegoś przedmiotu, co z daleka wydawał mu się podobny do jakiejś siedzącej bądź leżącej istoty, za każdym razem były to jednak tylko krzaki lub skały, sterczące tuż ponad ziemią. Księżyc był już na niebie. Valjean zapuścił swój wzrok daleko i po raz ostatni zawołał:
- Gerwazek! Gerwazek!
Głos jego utonął we mgle, nie wywoławszy nawet echa. Szepnął jeszcze: Gerwazek, ale głosem słabym i prawie niezrozumiałym. Był to jego ostatni wysiłek; nagle bowiem nogi ugięły się pod nim, jak gdyby jakaś niewidzialna potęga przygniatała go ciężarem złego sumienia; wycieńczony padł na wielki kamień, pochylając twarz do kolan i topiąc ręce we włosach.
- Jestem nędznikiem! - zawołał.
Serce mu się nareszcie rozdarło i zaczął płakać. Płakał pierwszy raz od dziewiętnastu lat.
Kiedy Jan Valjean wyszedł od biskupa, widzieliśmy, że jego myśli zawrócone zostały ze zwykłego toru, którym dotąd podążały. Nie mógł zdawać sobie spawy z tego, co się w nim działo. Oburzał się na anielskie i łagodne słowa biskupa: "Obiecałeś mi stać się uczciwym człowiekiem. Kupuję od ciebie twoją duszę. Odbieram ją od ducha ciemności i oddaję ją Bogu". Ciągle zajmowało to jego pamięć. Przeciw tej niebiańskiej pobłażliwości stawił swą dumę, która stanowi w nas jak gdyby fortecę zła. Czuł on, chociaż niewyraźnie, że przebaczenie tego księdza było największym i najstraszliwszym szturmem, jaki na nią kiedykolwiek przypuszczono; że zatwardziałość jego stanie się ostateczna, jeżeli oprze się tej łasce. Jeżeli zaś by jej uległ, musiałby wyrzec się tej nienawiści, którą czyny innych ludzi sączyły w jego duszę przez lata i która mu się podobała. Czuł też, że tym razem ostatecznie ma zwyciężyć albo zostać zwyciężonym i że między jego niegodziwością a dobrocią tego człowieka wszczęła się ogromna, stanowcza walka.
Wobec tych wszystkich świateł szedł on jak człowiek pijany. A czy idąc tak z oczami obłąkanymi, miał wyraźne pojęcie o tym, co mogło dla niego wyniknąć z przygody w Digne? Czy słyszał te tajemnicze szmery, które w pewnych chwilach ostrzegają i napastują umysł. Czy jakiś głos mówił mu, że chwila, którą przeszedł, była właśnie uroczystą chwilą jego przeznaczenia, że nie było już dla niego środka, że jeżeli odtąd nie będzie najlepszym człowiekiem, będzie najgorszym? Że teraz musiał, jeżeli można się tak wyrazić, wznieść się wyżej niż biskup, ale upaść niżej niż galernik; że jeżeli chciał być dobrym, musiał stać się aniołem, zaś jeśli pozostać chciał złym, musiał stać się potworem.
Tutaj znów trzeba powtórzyć pytania, które zadawaliśmy już poprzednio: czy pochwytywał on w swoim umyśle chociażby cień tego wszystkiego? Zapewne, jak już stwierdziliśmy, nieszczęście wykształca inteligencję, jednakże wątpliwe mimo wszystko pozostaje, aby Jan Valjean był w stanie rozwikłać to wszystko, co tutaj kreślimy. Jeżeli nawet myśli te przychodziły mu do głowy, spostrzegał je tylko raczej, aniżeli dokładnie widział, i pogrążały go one w niewypowiedzianym i prawie bolesnym zamęcie. Po wyjściu z tego ohydnego i czarnego miejsca, które nazywa się galerami, biskup raził jego duszę tak, jak zbyt jaskrawe światło raziłoby jego oczy po wyjściu z ciemności. Życie przyszłe, czyste i jasne, które widział odtąd dla siebie możliwym, napełniało go dreszczem i niepokojem. Sam nie wiedział, gdzie jest. Jak sowa, przed którą nagle ukazało się słońce, galernik był olśniony i oślepiony cnotą.
Rzeczą pewną było, chociaż on sam nie domyślał się jej wcale, że był już innym człowiekiem, że wszystko się w nim zmieniło i że nie w jego mocy było już, by biskup nie przemówił do niego i go nie wzruszył.
W tym stanie umysłu spotkał Gerwazka i skradł mu dwa franki. Dlaczego? Z pewnością nie mógłby tego objaśnić; był to jak gdyby ostatni skutek i zarazem ostatni wysiłek złych myśli, które wyniósł z galer, ostatni skutek siły rzutu, rezultat tego, co w statyce nazywa się nabytą prędkością. Było to właśnie to, a może nawet mniej niż to. Powiedzmy po prostu, że to nie on skradł, nie człowiek, ale zwierzę, które z przyzwyczajenia, instynktownie i bezmyślnie postawiło nogę na tym pieniądzu, podczas gdy inteligencja szamotała się wśród nowych, napastujących ją wrażeń. Kiedy inteligencja zbudziła się i ujrzała ten czyn bydlęcia, Jan Valjean cofnął się przed nim ze ściśniętym sercem i wydał okrzyk przerażenia. Dziwnym bowiem zjawiskiem, które mogło nastąpić jedynie w takim wstanie, w jakim znajdował się wtedy ten człowiek, kradnąc pieniądze dziecku, zrobił on rzecz, do której nie był już zdolny.
Bądź co bądź, ten ostatni zły czyn wywarł na niego stanowczy wpływ: przebił się on nagle przez ten chaos, który był w jego umyśle i rozproszył go, na jedną stronę usuwając grube ciemności, na drugiej zostawiając światło; oddziałał na duszę, znajdującą się wówczas w pomieszanym stanie, jak niektóre substancje chemiczne działają na mętną mieszaninę, strącając osad jednego pierwiastka, a oczyszczając drugi.
Na samym wstępie, zanim jeszcze zbadał siebie i zastanowił się, nieprzytomny i oszalały jak ktoś, kto szuka dla siebie ratunku, usiłował odszukać dziecko, by oddać mu jego pieniądz; potem, gdy się przekonał, że to rzecz niemożliwa, zatrzymał się zrozpaczony. W chwili, kiedy zawołał "jestem nędznikiem!", ujrzał siebie takim, jakim był; do takiego stopnia przestał już być sobą, że zdawało mu się, że on sam jest tylko jakimś widmem i że ma przed sobą złożonego z ciała i kości ohydnego galernika Jana Valjeana, z kijem w ręku, w bluzie na ramionach, z tornistrem pełnych skradzionych rzeczy, z twarzą ponurą i zdeterminowaną, z myślą pełną najszkaradniejszych zamiarów.
Nadmiar nieszczęścia, jak już zauważyliśmy, usposobił go do pewnego rodzaju wizji. Było to zatem coś na kształt widzenia. Rzeczywiście ujrzał przed sobą tego Jana Valjeana, tę ponurą postać. Gotów był prawie zapytać, kim jest ten człowiek. I poczuł do niego odrazę.
Jego mózg znajdował się w jednej z tych burzliwych, a jednocześnie strasznie spokojnych chwil, kiedy to marzenie jest tak głębokie, że pochłania rzeczywistość. Człowiek nie widzi wówczas na zewnątrz przedmiotów, które ma przed sobą, tylko wyobrażenia, które ma w swoim umyśle.
Patrzył więc tak na siebie, rzecz można, oko w oko, a jednocześnie poza tym widzeniem, w jakiejś tajemniczej głębi spostrzegał rodzaj światła, które ukazywało się przed jego sumieniem; rozpoznał w nim postać ludzką i w pochodni ujrzał biskupa.
Sumienie jego kolejno przypatrywało się tym dwóm ludziom, stojącym tak przed nim: biskupowi i Janowi Valjeanowi. Trzeba było siły pierwszego, by zmiękczyć drugiego. Na skutek jednej z owych szczególnych własności tego rodzaju ekstaz, w miarę tego, jak widzenie dłużej trwało, biskup rósł i coraz bardziej jaśniał w jego oczach, Jan Valjean z kolei coraz bardziej się zmniejszał i gasł, aż wreszcie stał się tylko cieniem. Cień ten nagle zniknął i pozostał tylko sam biskup.
Napełniał on całą duszę tego nieszczęśliwego wspaniałym światłem.
Jan Valjean długo płakał. Płakał gorącymi łzami, łkał z większą słabością niż kobieta, z większą trwogą niż dziecko.
Podczas gdy tak płakał, w jego umyśle robiło się coraz jaśniej: była to jasność nadzwyczajna, jasność zachwycająca i straszna zarazem. Życie jego przeszłe, pierwszy błąd, długa pokuta, zewnętrzne znikczemnienie, wewnętrzna zatwardziałość, uwolnienie, któremu towarzyszyło tyle przyjemnych planów zemsty, to, co przytrafiło mu się u biskupa, ostatni jego czyn, ta kradzież dwóch franków dziecku, ten najhaniebniejszy występek, tym potworniejszy, że dopuścił się go już po przebaczeniu biskupa; wszystko to przypomniało mu się i ukazało na nowo, jasno, z taką jasnością, jakiej nigdy dotąd nie widział. Patrzył na swoje życie i wydawało mu się ono przerażające, patrzył na duszę swą i wydawała mu się ona okropna. Jednakże duszę tę i to życie oblewało jakieś łagodne światło. Zdawało mu się, że widzi szatana przy świetle raju.
Ile godzin tak płakał? Co robił potem? Gdzie się udał? Nikt nigdy się tego nie dowiedział. Zdaje się tylko nie ulegać wątpliwości, że tejże nocy furman, który zwykle o godzinie trzeciej po północy wracał z Grenoble do Digne, przejeżdżając w tym czasie przez ulicę biskupstwa, widział jakiegoś człowieka, w postawie modlącej, klęczącego na bruku, w ciemności, przed drzwiami biskupa.
KSIĘGA III: W ROKU 1817
Rozdział I
Rok 1817
Był rok 1817, który Ludwik XVIII z królewską pewnością siebie i niejaką dumą nazywał dwudziestym drugim rokiem swego panowania. Był to rok, w którym słynny był filolog i pisarz Antoine Brugui?re de Sorsum. Rok, w którym wszystkie fryzjerskie sklepy, liczące na powrót "królewskiego ptaka" i pudru, pomalowane były na niebiesko i upstrzone kwiatami lilii. Był to również naiwny czas, w którym hrabia Lynch, jako skarbnik parafii, zasiadał na ławce przeznaczonej dla urzędników parafii w Saint-Germain-des-Prés, w stroju para Francji, z czerwoną wstęgą i z długim nosem, i z owym majestatycznym profilem właściwym człowiekowi, który dokonał wielkiego czynu. Wielkim czynem pana Lyncha było to, że będąc merem w Bordeaux, trochę za wcześnie oddał miasto księciu d' Angoul?me, bo już 12 marca 1814 roku. Stąd też wzięło się jego parostwo.
W 1817 roku moda nakazywała ubierać małych chłopczyków, w wieku od czterech do sześciu lat, w wielkie skórzane czapki z uszami, dosyć podobne do nakrycia głowy Eskimosów. Wojsko francuskie ubierało się na biało, tak jak austriackie; pułki nazywały się legionami, a zamiast cyfr nosiły nazwy departamentów. Napoleon przebywał na Wyspie św. Heleny, a że Anglia odmawiała mu zielonego sukna, kazał przez to nicować swoją starą odzież. W tym samym roku ze swego śpiewu znany był Pellegrini, a ze swojego tańca - panna Bigottini. Potier panował, a Odry nie istniał jeszcze. Pani Saqui następowała po pani Forioso. We Francji nadal znajdowali się też Prusacy.
Znaczną osobistością był pan Delalot. Utwierdzał się legitymizm, odcinając rękę, a potem głowę Pleignierowi, Carbonneau, i Tolleronowi. Książę Talleyrand, włoski szambelan, oraz ksiądz Ludwik, minister finansów, patrzyli na siebie, śmiejąc się śmiechem augurów: 14 lipca 1790 roku razem odprawili mszę federacji na Polu Marsowym - pierwszy jako biskup, a drugi jako diakon. W 1817 roku, tak na głównych, jak i na pobocznych ulicach tego samego Pola Marsowego, widziano grube, pomalowane na niebiesko walce z drewna, leżące na deszczu, gnijące w trawie, z pozostałymi jeszcze na nich śladami orlich szpon i pszczół, z których starła się pozłota. Były to kolumny, które dwa lata wcześniej podtrzymywały postawioną na Polu Marsowym estradę cesarza. Tu i ówdzie były na nich czarne znaki, wypalone ogniami biwaków austriackich pod Gros-Caillou.
Dwie lub trzy z tych kolumn spłonęły w owych biwakach i ogrzały wielkie ręce kaizerlików. Pole Majowe tym się odznaczyło, że miało miejsce w czerwcu i na Polu Marsowym.
W tym samym roku 1817 bardzo popularne były dwie rzeczy: Voltaire-Touquet oraz tabakierka z tekstem konstytucji. Najświeższym zdarzeniem, które poruszyło Paryżan, była zbrodnia popełniona przez niejakiego Dautuna, który wrzucił głowę swego brata do basenu Marché-aux-Fleurs.
W ministerstwie marynarki zaczynano niepokoić się brakiem wiadomości o owej nieszczęsnej fregacie Meduzie, która Chaumareix'a okryła hańbą, a Géricaulta sławą. Pułkownik Selves wyjechał do Egiptu, by zostać tam Solimanem-Paszą. Pałac Thermes przy ulicy La Harpe służył w tym czasie za sklep bednarzowi. Na platformie ośmiokątnej wieży hotelu Cluny, widać jeszcze było małą budkę z desek, która służyła kiedyś za obserwatorium Messier'owi, astronomowi marynarki za Ludwika XVI. Księżna Duras w swoim obitym niebieskim atłasem buduarze, czytała przed trzema czy czterema swoimi przyjaciółmi Ourikę, dotąd niedrukowaną. W Luwrze tymczasem wyskrobywano "N". Most Austerlidzki poddał się i przyjął nową nazwę Ogrodu Królewskiego - co było podwójną zagadką, pod którą jednocześnie ukrywał się most Austerlidzki i Ogród Botaniczny. Zafrasowany Ludwik XVIII zaznaczał paznokciem te miejsca u Horacego, gdzie mowa była o bohaterach, którzy zostają cesarzami, oraz o szewcach, zmieniających się w delfinów; miał przy tym dwie troski: Napoleona i Mathurina Bruneau. Akademia Francuska wyznaczyła nagrodę za pracę na temat "Szczęście, jakie daje nauka". Pan Bellart urzędowo był wymowny. Pod jego skrzydłem ukazywał się już ów przyszły prokurator królewski, mający stać się przedmiotem sarkazmu Pawła Ludwika Couriera.
Działał też fałszywy Chateaubriand, zwany Marchangy, zanim nie zjawił się fałszywy Marchangy, zwany z kolei d'Arlincourt. Claire d'Albe i Malek-Adel nazywały się arcydziełami; a pani Cottin uchodziła za pierwszego pisarza epoki. Instytut wykreślił ze swej akademickiej listy Napoleona Bonaparte. Na mocy królewskiego postanowienia Angoul?me zostało szkołą marynarki - książę Angoul?me był świetnym admirałem, oczywiste więc, że miasto Angoul?me musiało posiadać wszystkie cechy morskiego portu. Gdyby było inaczej, ucierpiałaby na tym zasada monarchiczna. Rada ministrów rozpatrywała kwestię, czy należy pozwalać na winiety przedstawiające skoczków na linie, którymi Franconi ozdabiał swoje afisze i przed którymi gromadnie skupiali się ulicznicy. Pan Paër, autor Agnieszki, poczciwiec o kwadratowej twarzy, mający na policzku brodawkę, kierował małymi, domowymi koncertami markizy de Sassenaye, przy ulicy Ville-l'Ev?que. Wszystkie młode dziewczęta śpiewały l'Ermite de Saint-Avelle, ze słowami Edmunda Gérand. Żółty karzeł przemienił się na Zwierciadło. Kawiarnia Lemblin trzymała stronę cesarza przeciw kawiarni Valois, trzymającej stronę Burbonów.
Ożeniono właśnie z księżniczką Sycylii księcia Berry, na którego czatował już w cieniu Louvel. Pani Stael od roku już nie żyła. Gwardziści gwizdali na pannę Mars. Wielkie dzienniki stały się malutkimi. Format był zmniejszony, ale wolność słowa była wielka. "Le Constitutionuel" był konstytucyjny. "La Minerve" nazywała Chateaubrianda: Chateaubriant. Owo "t" śmieszyło wielu ludzi kosztem wielkiego pisarza. W sprzedajnych dziennikach sprzedajni dziennikarze znieważali wydalonych z kraju w 1815. Dawid nie miał już talentu, Arnault rozumu, Carnot nie był już uczciwy, Soult nie wygrał żadnej bitwy, a i Napoleon nie miał już wcale geniuszu. Każdemu wiadomo, że rzadko kiedy wygnańcy otrzymują listy wysłane do nich pocztą: policja skrupulatnie przejmuje je w drodze. Nie jest to wcale rzeczą nową, nawet wygnany Kartezjusz skarżył się na to. Otóż kiedy Dawid w jednym z dzienników wyraził swoje niezadowolenie z tego, że nie odbiera listów, które do niego pisują, dziennikom rojalistycznym wydało się to zabawną rzeczą, więc przy tej okazji jeszcze szydziły ze skazańca. Powiedzieć "królobójcy" albo powiedzieć "wotujący", powiedzieć "nieprzyjaciele" albo "sprzymierzeńcy", powiedzieć "Napoleon" albo "Bonaparte" - to jak przepaść rozdziało dwóch ludzi. Wszyscy ludzie o zdrowym rozsądku twierdzili, że erę rewolucji na zawsze zamknął król Ludwik XVIII, zwany "Nieśmiertelnym twórcą karty". U wylotu Nowego Mostu, wyrżnięto na piedestale, gdzie miał stanąć pomnik Henryka IV, wyraz "Redivivus".
Pan Piet przy ulicy Teresy nr 4 organizował tajne spotkania, mające utrwalić monarchię. Kiedy chodziło o powzięcie nowych wniosków, dowódcy prawicy stwierdzali: "Trzeba napisać do Bacot'a". Canuel, O'Mahony i Chappedelaine, trochę popierani przez brata królewskiego, szkicowali to, co później miało się nazywać "Spiskiem Nadbrzeżnym". Także Sprzysiężenie Czarnej Szpilki spiskowało ze swej strony. Delaverderie widywał się z Trogoff'em. Rządził Decazes, który w pewnej mierze miał umysł liberalny. Chateaubriand, stojąc co rano przed swoim oknem pod nr. 27 ulicy Saint-Dominique, w spodniach z pończochami i pantoflach, z jedwabną chustką na siwych włosach, z oczami utkwionymi w lustrze i z całym zestawem przyborów dentysty-chirurga przed sobą, czyścił swoje piękne zęby, jednocześnie dyktując swojemu sekretarzowi, panu Pilorge, szkic Monarchii konstytucyjnej. Krytyka, decydująca o poważaniu, przyznawała pierwszeństwo Lafonowi przed Talmą. Feletz podpisywał się A; Hoffman podpisywał się Z; Karol Nodier pisał Thérése Aubert. Rozwód został zniesiony. Licea nazywały się kolegiami. Uczniowie nosili wyszyty złotem na kołnierzu kwiat lilii i kłócili się z sobą o Rzymskiego króla. Tajna policja zamkowa zawiadamiała jej królewiczowską mość Madame o wystawianym wszędzie portrecie księcia orleańskiego, który lepiej wyglądał w mundurze naczelnego wodza huzarów, aniżeli książę Berry w mundurze naczelnego wodza dragonów, co było przecież poważnym uchybieniem. Miasto Paryż kazało na swój koszt pozłocić na nowo kopułę Inwalidów. Poważni ludzie pytali sami siebie, co by zrobił w takim a takim przypadku pan de Trinquelague; pan Clausel de Montals różnił się w rozmaitych kwestiach z panem Clausel de Coussergues; pan de Salaberry zaś w ogóle nie był zadowolony. W Odeonie, na frontonie którego, pomimo wytartych liter, wyraźnie jeszcze przeczytać można było: "Teatr Cesarzowej", wystawiano Dwaj Filiberci, autorstwa komediopisarza Picarda, członka akademii, do której wstępu nie otrzymał komediopisarz Molier. Trzymano za Agnetem Montarlok lub też przeciw niemu. Fabvier był buntowniczy, Bavoux był rewolucjonistą. Księgarz Pélicier ogłaszał edycję Woltera pod takim tytułem: "Dzieło Woltera z Akademii Francuskiej". "To sprowadza kupujących" - twierdził ten naiwny sprzedawca. Opinia powszechna utrzymywała, że Karol Loyson zostanie geniuszem swego wieku; żądło zazdrości, zawsze towarzyszące sławie, zaczęło już go kłuć. Pisano na niego takie wiersze: "Nawet wówczas, kiedy Loyson lata, czuć, że ma łapy".
Ponieważ kardynał Fesch nie chciał złożyć swego urzędu, pan de Pins, arcybiskup Amazii, zarządzał diecezją liońską. Spór o dolinę Dappes rozpoczynał się między Szwajcarią a Francją memoriałem kapitana Dufour, który później został generałem. Saint-Simon, nikomu nieznany, budował swe wzniosłe marzenia. W Akademii Nauk był działał pewien słynny Fourier, o którym potomność jednak zapomniała, za to na jakimś strychu żył inny nieznany Fourier, o którym przyszłość pamiętać będzie. Zaczął się ukazywać lord Byron; Millevoye w nocie jednego ze swoich poematów oznajmia o nim Francji tymi słowami: Niejaki lord Baron. Dawid d'Angers próbuje nadawać kształty marmurowi. W małym kółku seminarzystów, przy ślepej uliczce noszącej nazwę Feuillantines, ksiądz Caron z pochwałą mówi o nieznanym księdzu, nazywającym się Felicité Robert, który później zwał się Lamennais. Między mostem Royal a mostem Ludwika XV, pod oknami Tuileries, przesuwał się tam i z powrotem jakiś przedmiot, który dymił się i kołysał się na Sekwanie jak pływający pies; była to maszyna niewiele warta, rodzaj zabawki, urojenie wynalazcy marzyciela, utopia: starek parowy. Paryżanie obojętnie patrzyli na tę niepotrzebną rzecz. Vaublanc, reformator instytutu przez zamach stanu, rozporządzenia i mianowanie, znakomity twórca kilku akademików, robił akademikami innych, sam jednak nie mógł nim zostać. Przedmieście Saint-Germain i pawilon Marsan pragnęły, by prefektem policji został pan Daleveau, znany z pobożności. Dupuytren i Récamier kłócili się ze sobą w amfiteatrze szkoły medycznej i grozili sobie wzajemnie pięściami z powodu boskiego pochodzenia Jezusa Chrystusa. Cuvier, jednym okiem patrząc na Księgę Rodzaju, drugim zaś na przyrodę, starał się przypodobać nabożnej reakcji, godząc odkrycia wykopaliskowe z tekstami i nakazując mastodontom, by dogadzały Mojżeszowi. Franciszek Neufchâteau, zacny czciciel pamięci Parmentiera, dokładał wszelkich usiłowań, by pomme de terre, czyli ziemniak, wymawiano parmenti?r, i nie mógł tego osiągnąć. Ksiądz Grégoire, dawny biskup i dawny członek Konwentu oraz były senator, spadł w polemice do rzędu "bezecnego Grégoire". Wyrażenie to, któreśmy dopiero co użyli, "spaść do rzędu", zostało wytknięte przez Royer-Collard'a jako neologizm. Pod trzecią arkadą mostu Jéna można jeszcze było rozpoznać nowy kamień, którym dwa lata wcześniej zatkano otwór miny, podłożonej przez Blüchera w celu wysadzenia mostu. Przed sądem stawiano człowieka, który widząc, wchodzącego do Notre-Dame, księcia d'Artois, powiedział na głos: "Do diabła! Żałuję tych czasów, kiedy widziałem Bonapartego i Talmę wchodzących razem, pod rękę, na Bal-Sauvage". Uznano to za słowa buntownicze i skazano go na sześć miesięcy więzienia.
Zdrajcy pokazywali się otwarcie; ludzie, którzy w przeddzień bitwy przeszli na stronę wroga, nie kryli się z otrzymywaną za to nagrodą i bezczelnie ukazywali się światu w cynizmie bogactw i dostojeństw. Dezerterzy spod Ligby i Quatre-Bras, bezwstydnie obnażywszy piersi, za które im zapłacono, popisywali się swym nagim, monarchicznym poświęceniem. Zapominali o napisie, który w Anglii znajduje się na wewnętrznej stronie publicznych ubikacji: "Please adjust your dress before leaving - Przed wyjściem proszę uporządkować swe ubranie".
Oto, co bezładnie i niewyraźnie pływa na powierzchni 1817 roku, zapomnianego już dzisiaj. Historia pomija wszystkie te szczegóły i nie może zresztą zrobić inaczej: nieskończoność zalałaby ją. Jednak te szczegóły niesłusznie nazywa się małymi, tak jak nie ma bowiem małych liści w świecie roślin, tak i nie ma małych faktów w dziejach ludzkości. Wszystko jest ważne i użyteczne, obraz ten nadaje kształt wiekom.
W tym więc roku 1817 czterech młodych Paryżan urządziło również "dobry figiel".
Rozdział II
Podwójny kwartet
Jeden ze wspomnianych Paryżan był z Tuluzy, drugi z Limoges, trzeci z Cahors, a czwarty - z Montauban. Wszyscy byli studentami, a każdy, kto jest tu studentem zaraz jest i paryżaninem, uczyć się bowiem w Paryżu to jak urodzić się w Paryżu.
Byli to czterej nic nieznaczący i niczym się niewyróżniający młodzieńcy - podobne twarze spotyka się wszędzie. Cztery okazy najpospolitszych ludzi: ani dobrzy, ani źli, ani uczeni, ani nieuki, ani geniusze, ani głupcy. Wszyscy byli jednak piękni ową pięknością wiosenną, która nazywa się pięknością dwudziestoletnią. Było to czterech jakichkolwiek Oskarów, bo w owych czasach nie było jeszcze zbyt wielu Arturów. "Palcie dla niego kadzidła Arabii" - mówiły słowa pieśni - "Oskar idzie, Oskar, ujrzę go!" W owym czasie wzorem poety był Ossian; jej wytworność opierała się na rodzaju skandynawskim i kaledońskim; czysty rodzaj angielski miał zapanować dopiero później; także pierwszy z Arturów, Wellington, dopiero co wygrał bitwę pod Waterloo.
Jeden z tych Oskarów, ten z Tuluzy, naprawdę nazywał się Feliks Tholomy?s, młodzieniec z Cahors nazywał się Listolier, ten z Limoges nosił nazwisko Fameuil, ostatni zaś, ten z Montauban - Blachevelle. Naturalnie każdy z nich miał kochankę. Blachevelle kochał Favouritę, nazywaną tak dlatego, że wcześniej była w Anglii, Listolier uwielbiał Dalię, która nazwę kwiatu wzięła sobie za swój przydomek, Fameuil ubóstwiał Zefinę - skrót imienia Josephine, Tholomy?s zaś darzył uczuciem Fantynę, inaczej Jasnowłosą, zwaną tak dzięki pięknym włosom koloru słońca.
Favourita, Dalia, Zefina i Fantyna były czterema zachwycającymi stworzeniami, pachnącymi, rozpromienionymi, jeszcze trochę robotnicami - bo nie zupełnie porzuciły igiełkę. Miłostki wprowadziły nieład w ich życie, ale na twarzy pozostały jeszcze resztki owej pogody, jaką daje praca, w duszy zaś kwiat owej uczciwości, która u kobiety nie zatraca się przecież po pierwszym upadku. Jedną z nich nazywano młodą, bo była najmłodsza, drugą zaś nazywano starą - i ta stara miała dwadzieścia trzy lata. Żeby niczego nie ukrywać, dodajmy, że trzy pierwsze były doświadczone, bardziej lekkomyślne i dające się porywać wirowi życia, aniżeli Fantyna Jasnowłosa, która właśnie przeżywała swoje pierwsze zakochanie.
Dalia, Zephina, a przede wszystkim Favourita, nie mogły tego powiedzieć o sobie. Niejeden już epizod w ich romansach był zaledwie rozpoczęty i kochanek, który w pierwszym rozdziale nazywał się Adolf, nosił imię Alfonsa w trzecim. Nędza i kokieteria są dwiema fatalnymi doradczyniami; jedna łaje, druga pochlebia, a piękne dziewczęta z ludu zawsze mają je obie obok siebie, obie szepcą im na ucho, każda ze swej strony. Dusze te, źle strzeżone, słuchają tych podszeptów. Stąd ich upadki, stąd też kamienie, które później na nie ciskają, potępiając je w imieniu tego wszystkiego, co niepokalane i niedościgłe. Niestety, gdyby Dziewica była głodna?
Favourita, która była kiedyś w Anglii, wzbudzała podziw w Zefinie i Dalii. Wcześnie wyrobiła sobie niezależność. Ojcem jej był stary profesor matematyki, grubianin mówiący z gaskońskim akcentem: był nieżonaty i pomimo swego wieku ciągle udzielał korepetycji. Profesor ten, będąc jeszcze młodym, był kiedyś świadkiem, jak suknia pewnej służącej panny zaczepiła się o kratę kominka - ten wypadek wzbudził jego miłość. Wskutek tej miłości na świat przyszła Favourita. Od czasu do czasu spotykała swego ojca, który się z nią witał. Pewnego razu weszła do niej jakaś stara kobieta z pochmurną miną i rzekła:
- Pani mnie nie zna?
- Nie.
- Jestem twoją matką.
Potem stara otworzyła bufet, jadła i piła, wreszcie kazała przynieść materac, który miała i zamieszkała przy córce. Matka ta, gderająca i pobożna, nigdy nie rozmawiała z Favouritą, całymi godzinami przesiadywała w milczeniu. Spożywała śniadania, obiady i kolacje za czterech i schodziła na dół do odźwiernego, by obgadywać swą córkę.
Dalia z kolei miała niezwykle ładne różowe paznokcie i to ją ciągnęło do Listoliera i innych, to ją także ciągnęło do próżniactwa. Jak można bowiem pracować z takimi paznokciami? Ta, która chce pozostać cnotliwą, nie może mieć litości nad swymi rękami. Co do Zefiny, to podbiła ona serce Fameuila swoim figlarnym, a zarazem pieszczotliwym sposobem wymawiania słów: "Tak, panie".
Czterej studenci kolegowali się ze sobą, a cztery młode dziewczyny były przyjaciółkami. Takim miłostkom zwykle towarzyszą podobne relacje.
Cnota i filozofia to dwa odmienne tematy; zastrzegłszy się skąd inąd do tych nieformalnych małżeństw, na dowód tego twierdzenia powiemy, że Favourita, Zefina i Dalia były dziewczętami filozoficznymi, a Fantyna była dziewczyną cnotliwą.
Cnotliwą? Zapytacie, co w takim razie z Tholomy?s'em? Salomon odpowiedziałby, że miłość stanowi część składową mądrości. My powiemy tylko, że miłość Fantyny była pierwszą miłością, miłością jedyną, miłością wierną. Do niej jeden tylko z czterech mówił "na ty".
Fantyna była jedną z tych istot, które rozkwitają - rzec tak można - na dnie narodu. Wyszedłszy z najgrubszych warstw ciemności społecznych, nosiła ona na swym czole piętno istoty nieznanej i bezimiennej. Urodziła się w Montreuil-sur-mer. Kim byli jej rodzice? Któż mógłby to wiedzieć! Nikt nie znał ani jej ojca, ani jej matki. Nazywała się Fantyna? Dlaczego akurat Fantyna? Po prostu nie znano innego jej imienia. W tym czasie, kiedy się urodziła, istniał jeszcze dyrektoriat. Nie miała rodzinnego nazwiska, bo nie miała rodziny, nie miała chrzestnego imienia, bo nie było kościoła. Nazywała się tak, jak się podobało nazwać ją pierwszemu lepszemu, co ją spotkał malutką, idącą boso po ulicy. Imię to spadło na nią tak, jak spada na czoło woda z chmur podczas deszczu. Nazwano ją małą Fantyną. Nikt nic więcej nie wiedział. Takim to sposobem to ludzkie stworzenie wstąpiło w życie. W wieku dziecięciu lat Fantyna opuściła miasto i poszła na służbę do okolicznych fermerów. W piętnastym roku życia udała się do Paryża, "szukając szczęścia". Fantyna była piękna i pozostała "czysta", jak tylko mogła najdłużej. Była to ładna blondynka z pięknymi zębami. W posagu miała złoto i perły. Ale złoto jej było na głowie, a perły w ustach.
Pracowała na życie, potem - również dla życia, bo i życie ma swój głód - pokochała.
Pokochała Tholomy?s'a. Dla niego była to miłostka, dla niej prawdziwa namiętność. Ulice dzielnicy łacińskiej, wypełnione rojem studentów i gryzetek, ujrzały początek tego snu. W owym labiryncie wzgórza Panteonu, gdzie zawiązuje i rozwiązuje się tyle intryg, Fantyna długo uciekała od Tholomy?s'a, ale tak, że zawsze go spotykała. Istnieje bowiem sposób unikania bardzo zbliżony do szukania. Krótko mówiąc, miała tu miejsce schadzka.
Blachevelle, Listolier i Fameuil tworzyli rodzaj grupy, której przewodził właśnie Tholomy?s. On to miał rozum!.
Był on typem wiecznego studenta. Był bogaty, miał cztery tysiące franków dochodu - wielki skandal na górze św. Genowefy. Był to trzydziestoletni mężczyzna, który używał życia i źle się przy tym konserwował. Nie miał już zębów, natomiast miał zmarszczki i łysinę, o której sam wesoło opowiadał: Łysina w trzydziestu, kolano w czterdziestu. Dosyć źle trawił, a jedno oko wciąż mu łzawiło. W miarę tego jednak, jak gasła młodość, powiększała się jeszcze jego wesołość: zęby zastępował konceptami, włosy wesołością, zdrowie ironią, a oko, które płakało, tak naprawdę wciąż się śmiało. Był zniszczony, ale cały w kwiatach. Młodość jego, kończąc się przed czasem, cofała się w dobrym stylu, śmiejąc się tak głośno, że nikt tego nie zauważał. Napisał sztukę, którą jednak odrzucono w teatrze Vaudeville. Od czasu do czasu układał też wiersze. Oprócz tego nie wierzył w zupełnie nic; co w oczach słabych umysłów jest wielką siłą. A zatem, jako ironiczny i łysy, został przywódcą. "Iron" jest wyrazem angielskim, który oznacza "żelazo". Czyżby ironia od tego miała pochodzić?
Pewnego dnia Tholomy?s odprowadził na stronę swoich kolegów i z gestem wyroczni rzekł do nich:
- Już prawie od roku Fantyna, Dalia, Zefina i Favourita proszą, byśmy im zrobili jakąś niespodziankę. Uroczyście im ją obiecaliśmy. Wciąż o niej przypominają, szczególnie mnie. Tak jak w Neapolu stare kobiety wołają do świętego Januarego "Faccia gialutta, fa o miracolo", czyli "twarzy żółta, uczyń cud", tak nasze kochanki mówią mi bezustannie: "Tholomy?s, kiedy będzie niespodzianka?". Jednocześnie piszą do nas nasi rodzice. Z obu stron nalegają. Zdaje mi się, że nadeszła pora. Pomówmy o tym.
Tu Tholomy?s zniżył głos i tajemniczo wyrzekł coś tak wesołego, że wszyscy czterej naraz wybuchli głośnym, szyderczym śmiechem, a Blachevelle zawołał:
- To dopiero pomysł!
Doszedłszy do jakiegoś pełnego dymu szynku, weszli do niego i koniec ich narady pozostał tajemnicą.
Wskutek tej narady czterej młodzi ludzie zaprosili cztery młode dziewczęta na świetną zabawę, która miała miejsce następnej niedzieli.
Rozdział III
Czterej i cztery
Czym czterdzieści lat temu była wiejska zabawa studentów i gryzetek - czyli młodych pracownic domów mody - dzisiaj już trudno sobie nawet wyobrazić. Okolice Paryża nie są już takie same: postać tego, co można było nazwać otoczeniem Paryża, zupełnie zmieniła się przez te kilkadziesiąt lat. Tam gdzie kiedyś był kryty wózek o dwóch kołach, teraz jest wagon; gdzie był mały statek, teraz jest duży statek parowy; dzisiaj mówi się Fécamp, tak jak dawniej mówiono Saint-Cloud. Paryż 1862 roku jest to miasto, którego okolice stanowi cała Francja.
Cztery pary sumiennie zażyły wszystkich przyjemności wiejskich, jakie tylko były wówczas możliwe. Był to akurat początek wakacji, ciepły i jasny, letni dzień. Poprzedniego dnia Favourita, która jako jedyna umiała pisać, napisała do Tholomy?s'a, w imieniu wszystkich czterech, te słowa: "Ranna godzina najpomyślniejsza jest do przechadzki". Dlatego też wszyscy wstali o godzinie piątej, następnie zaś wózkiem na dwóch kołach udali się do Saint-Cloud, popatrzyli na suchą kaskadę i zawołali: "Musi to być bardzo piękne, kiedy jest woda!". Śniadanie zjedli pod T?te-Noire, w wysadzanych drzewami ulicach wielkiego basenu zagrali w pierścienie, weszli na latarnię Diogenesa, na moście S?vres zagrali w ruletę na makaroniki, w Puteaux zbierali kwiaty, w Neuilly kupili fujarki; wszędzie zaś jedli ciasteczka z jabłkami i byli najzupełniej szczęśliwi.
Dziewczęta szczebiotały i hałasowały jak ptaszki, które wymknęły się z klatki. Szalały. Od czasu do czasu uderzały lekko ręką młodych ludzi. O, wiosenne upojenie życiem! Zachwycające lata! Skrzydełka ważki drżą. O, kimkolwiek jesteś, czytelniku, czy pamiętasz? Czy przechadzałeś się kiedyś wśród krzaków, usuwając gałęzie przed śliczną główką, która szła za tobą? Czy zdarzyło ci się pośliznąć, śmiejąc się, na jakiejś pochyłości mokrej od deszczu, idąc z ukochaną kobietą, która cię podtrzymuje za ramię i woła: "Ach, moje nowiutkie trzewiki! Co się z nimi stało!".
Nawet ta zabawna nieprzyjemność, jaką jest ulewa, nie spotkała naszej gromadki, chociaż przed wyjazdem Favourita mówiła tonem doktrynalnym i zarazem macierzyńskim: "Ślimaki przechadzają się po drodze. Oznaka deszczu, moje dzieci".
Wszystkie cztery dziewczyny były szalenie ładne. Dobry klasyczny poeta, słynny wówczas poczciwiec, który miał swoją Eleonorę, kawaler de Labouїsse, przechadzając się tego dnia pod kasztanami Saint-Cloud, ujrzał je, jak przechodziły koło godziny dziesiątej rano i wykrzyknął "Jedna za wiele!", mając na myśli gracje. Favourita, przyjaciółka Blachevelle'a, stara, co to już miała dwadzieścia trzy lata, biegła na przedzie pod wielkimi zielonymi gałęziami, przeskakiwała rowy, przesadzała krzaki i przewodziła młodemu towarzystwu z zapałem młodej, leśnej bogini. Zefina i Dalia, których piękność była tego rodzaju, że będąc jedna obok drugiej, wzajemnie się dopełniały i podnosiły swą wartość, wiedzione instynktem kokieterii bardziej jeszcze niż przez przyjaźń wciąż były razem i wspierając się jedna na drugiej, przybierały angielskie pozy. Pokazały się właśnie pierwsze "keepsaki", melancholia zaczynała stawać się modna wśród kobiet, tak jak później bajronizm wśród mężczyzn, i włosy płci pięknej zaczynały płacząco się opuszczać. Zefina i Dalia uczesane były w długie loki. Listolier i Fameuil prowadzili między sobą dyskusję o swoich profesorach i tłumaczyli Fantynie, jaka różnica zachodzi między panem Delvincourt a panem Blondeau.
Blachevelle zdawał się zaś stworzony do tego, by w niedzielę nosić na swym ramieniu tani szal Fawourity.
Tholomy?s szedł na końcu, panując nad całym gronem. Był bardzo wesoły, ale dało się w nim wyczuć władzę; w wesołości jego przebijała się dyktatura. Ubrany był w spodnie modnego kroju, w nankin, ze strzemiączkami z mosiężnej plecionki, a w ręku miał potężną trzcinę indyjską, wartości dwustu franków. Ponieważ pozwalał sobie na wszystko, w ustach trzymał dziwną rzecz zwaną cygarem. Nie było dla niego niczego świętego, palił więc.
- Ten Tholomy?s jest zadziwiający - mówili inni z poszanowaniem. - Jakie spodnie, jaka energia!
Jeśli chodzi o Fantynę, to była uosobieniem wesołości. Piękne jej ząbki miały widocznie wyznaczoną przez Boga czynność: śmiech. Chętniej niosła w ręku niż na głowie swój mały, słomkowy kapelusz, ozdobiony długimi, białymi wstęgami. Jej długie, jasne włosy, łatwo się rozwiewające i rozwiązujące - przez co ciągle je trzeba było przypinać - przypominały ucieczkę Galatei pod wierzbami. Jej różowe usta szczebiotały z niewypowiedzianym wdziękiem. Kąciki ust, podniesione rozkosznie jak w starożytnych głowach Erygony, zdawały się zachęcać do zuchwalstwa, ale długie, pełnie cienia rzęsy opuszczały się skromnie ponad tą wrzawą dolnej części twarzy, jak gdyby nawołując do porządku. W całym jej stroju było coś śpiewnego i promieniejącego. Miała na sobie suknię lila, małe, brunatno-czerwone trzewiki, od których wstążeczki krzyżowały się w X na ażurowej, białej pończoszce, i ów rodzaj spencerka z muślinu, wynalazku marsylskiego, którego nazwa, kanezu - pochodząca od wyrazu quinze ao?t, źle wymawianego - oznacza piękną pogodę, upał i południe. Towarzyszki jej, jak już wspominaliśmy, mniej nieśmiałe, były zupełnie wygorsowane, co latem, przy kapeluszach okrytych kwiatami, dodaje wiele wdzięku i zalotności; ale obok tych śmiałych strojów kanezu Fantiny, ze swą przezroczystością, ze swoją tajemniczością, a jednocześnie specyficzną gadatliwością, wydawało się być wyzywającym pomysłem przyzwoitości. Słynny niegdyś trybunał miłości, któremu przewodniczyła hrabina Cette, o oczach koloru morza, byłby może przyznał nawet nagrodę kokieterii owemu kanezu, które ubiegało się przecież o nagrodę skromności. To, co najbardziej naiwne, jest czasem najbardziej skuteczne, zdarza się tak.
Miała jasną twarz, delikatny profil, ciemnoniebieskie oczy, wielkie powieki, białą skórę, przez którą widoczne były niebieskie żyłki, zgrabne nogi i ręce, świeże i delikatne policzki, szyję mocną jak u Junony z Eginy, giętki i silny kark, jak gdyby wymodelowany dłonią Coustou, z rozkosznym dołkiem, który przeglądał się spod muślinu. Przebijało z niej zarówno usposobienie do częstej zadumy jak i do wesołości; delikatna i jak gdyby wyrzeźbiona, taka była Fantyna. Pod tymi wstęgami i gałgankami można było odgadnąć posąg, a w tym posągu - duszę.
Fantyna była piękna, nie bardzo zdając sobie z tego sprawę. Rzadcy myśliciele, tajemniczy kapłani piękna, którzy w milczeniu porównują każdą rzecz z ideałem piękności, dopatrzyliby się w tej małej robotnicy, poza jej przezroczystością paryskiego wdzięku, starożytną i natchnioną eufonię. W tej córce ciemności widać było rasę. Piękność jej była dwojakiego rodzaju: był w niej zarówno styl, jak i rytm. Ten pierwszy jest kształtem ideału, drugi - jego ruchem.
Mówiliśmy już, że Fantyna była uosobieniem wesołości, trzeba jeszcze dodać, że była także uosobieniem wstydliwości.
Uważny badacz dostrzegłby w niej - przebijający przez całe to upojenie wiekiem, porami roku i miłostkami - niezatarty wyraz skromności i wstydliwości. Wyglądała na trochę zdziwioną. To zdziwienie jest odcieniem niewinności, który różni Psyche od Wenus. Fantyna miała długie i cienkie palce westalki, która złotą szpilką porusza żywioły świętego ognia. Chociaż niczego nie odmówiła Tholomy?s'owi - o czym później aż za bardzo się przekonamy - jej twarz w spoczynku była zupełnie dziewicza; w pewnych chwilach pojawiał się na niej rodzaj poważnej, niemal surowej godności. Sprawiało to dziwne, a zarazem niepokojące wrażenie: jej radość nagle znikała, a skupiona myśl następowała bezpośrednio po wesołości. Nagła ta powaga, nacechowana czasem surowością, przypominała pogardę bogini. Między czołem, nosem a podbródkiem panowała owa równowaga linii, zupełnie różna od równowagi proporcji i będąca źródłem harmonii twarzy. W charakterystycznym odstępie, który oddziela podstawę nosa od wierzchniej wargi, miało ona owo niedostrzegalne, a śliczne zagięcie, tajemniczy znak czystości, który niegdyś wzbudził w Rudobrodym miłość do Diany, wydobytej w Ikonium.
Miłość jest błędem - niech i tak będzie. Fantyna była więc niewinnością pływającą po powierzchni błędu.
Rozdział IV
Thlolomye's jest tak wesoły, że śpiewa hiszpańską piosenkę
Dzień ten od początku do końca był promienny jak zorza. Cała przyroda zdawała się śmiać i weselić. Ogrody Saint Cloud rozlewały swą woń; lekki powiew wiatru znad Sekwany lekko poruszał liśćmi i gałęziami, pszczoły rabowały jaśminy, a motyle obsiadały krwawniki, koniczyny i dzikie owsy. Po wspaniałym parku króla snuły się też tłumy okolicznych włóczęgów, czyli ptaki.
Cztery wesołe pary jaśniały, zlewając się z promieniami słońca, z polami, kwiatami i drzewami.
W tej wspólności raju, rozmawiając, śmiejąc się, śpiewając, biegając, tańcząc, polując na motyle, zrywając bluszcze i mocząc ażurowe pończoszki w wysokiej trawie, świeże, płoche i wcale nie surowe, wszystkie dziewczyny dawały się trochę całować, z wyjątkiem Fantyny, która jak zawsze zamykała się w swym nieokreślonym oporze zamyślenia i dzikości, i która jako jedyna kochała.
- Ty - mówiła jej Favourita - jesteś zawsze jakaś taka inna.
To zawsze są rozkosze. Przechodzące je szczęśliwe pary silnie odwołują się do życia i przyrody i zewsząd wydobywają światło oraz pieszczotę. Była podobno raz pewna wróżka, która stworzyła łąki i drzewa specjalnie dla zakochanych. Stąd owe studenckie wałęsanie się kochanków po krzakach, które zawsze istnieje i istnieć będzie dopóty, dopóki będą studenci i krzaki. Stąd też popularność wiosny u myślicieli. Patrycjusz i ślusarz, książę, par i urzędnik sądowy, ludzie dworu i ludzie miasta, jak ich kiedyś nazywano - wszyscy są sługami tej samej wróżki. Śmieją się, szukają, w powietrzu czuć jasność apoteozy. A jakże miłość przeobraża! Dependenci adwokatów zamieniają się w bogów. A małe krzyki, gonitwy po trawie, kibić chwytana w locie, ów niezrozumiały język będący muzyką, owo ubóstwianie, które się przejawia w sposobie wymówienia jednej sylaby, owe wiśnie wyrywane z ust do ust - wszystko to pali się płomieniem i wznosi aż pod niebiosa. Piękne dziewczęta trwonią same siebie, bo zdaje im się, że to się nigdy nie skończy. Filozofowie, poeci i malarze patrzą na te szaleństwa i nie wiedzą, co z nimi począć, tak to ich olśniewa. "Wyjazd do Cytery!", woła Watteau; Lancret, malarz chłopskiego stanu, przypatruje się swym obywatelom ulatującym w błękity, Diderot podaje rękę tym wszystkim miłostkom, a Urfé miesza do nich druidów.
Po śniadaniu cztery pary udały się do tak zwanego kwiatowego ogrodu króla, aby obejrzeć świeżo przybyłą z Indii roślinę, której nazwy nie przypominam sobie w tej chwili, a która w tym czasie ściągała cały Paryż do Saint-Claude: był to dziwaczny, śliczny krzew o wysokiej łodydze, którego niezliczone, postrzępione, bezlistne gałązki pokryte były milionami małych, białych różyczek, co nadawało krzakowi pozór gęstej czupryny, przetykanej kwiatami. Przed krzewem ustawiały się zawsze tłumy podziwiających go osób.
Po obejrzeniu krzewu Tholomy?s zawołał:
- Ja ofiaruję osły!
I umówiwszy się co do ceny z właścicielem osłów, wrócili przez Vanvres i Issy. W Issy spotkała ich niespodzianka. Park, własność narodowa, będąca wówczas w posiadaniu liweranta Bourguin, przypadkiem był otwarty. Cztery pary weszły do ogrodu, zwiedziły manekina anachorety w jego grocie, spróbowały tajemniczych skutków słynnego gabinetu zwierciadeł, będącego zresztą niczym innym jak lubieżną samołówką, godną satyra, co stał się milionerem, lub też Turcareta, przeobrażonego w Priapa. Zaznali także przyjemności, jaką daje huśtawka siatkowa, zawieszona między dwoma kasztanami, które opiewał książę Bernis. Dziewczęta huśtały się jedna po drugiej, co było powodem ogólnego śmiechu z powodu wielu wypadków z zagiętą fałdą lub unoszącą się sukienką. Malarz Jean-Baptise Greuze z pewnością podchwyciłby tę scenę: Tuluzańczyk Tholomy?s, po części Hiszpan - Tuluza jest bowiem kuzynką Tolozy - śpiewał na melancholiczną nutę starą pięść galicką, której inspiracją zapewne była jakaś piękna dziewczyna, z całych sił podrzucana w górę na sznurze między dwoma drzewami:
Soy de Badajoz
Amor me Ilama
Toda mi alma
Es en mi ojos
Porque ensenas
A tus piernas
Jedna tylko Fantyna nie chciała się huśtać.
Po rozstaniu się z osłami, nastąpiła nowa radość: przepłynięto Sekwanę na łodzi i z Passy pieszo udano się do rogatek Etoile. Młodzież nasz, jeżeli sobie przypominamy, była na nogach od piątej rano, ale ba, "nie ma zmęczenia w niedzielę", jak twierdziła Favourita, w niedzielę zmęczenie nie pracuje. Koło trzeciej godziny cztery pary, upojone szczęściem, schodziły się z rosyjskiej góry, szczególnej budowy, która zajmowała wówczas wyniosłości Beaujon i której wężykowatą linię widać było ponad drzewami Pól Elizejskich.
Od czasu do czasu Favourita wołała:
- A niespodzianka? Chcę niespodzianki!
- Cierpliwości - odpowiadał Tholomy?s.
Rozdział V
Bombardy
Nasyciwszy się rosyjskimi górami, pomyślano o obiedzie i cała rozpromieniona ósemka, trochę w końcu zmęczona, zatrzymała się w szynkowni Bombardy, którą na Polach Elizejskich założył Bombarda, właściciel owej słynnej restauracji przy ulicy Rivoli, obok pasażu Delorme.
Knajpa z powodu niedzieli była przepełniona i musiano zgodzić się na to pomieszczenie, które zostało. Był to wielki, ale brzydki pokój, z alkową i łóżkiem w głębi, oraz dwoma oknami, z których między wiązami widać było bieg rzeki; wspaniały promień sierpniowego słońca muskał szyby. Były tu także dwa stoły: na jednym z nich znajdowała się triumfalna góra bukietów, pomieszanych z damskimi i męskimi kapeluszami, przy drugim usiadły cztery pary, dookoła przyjemnie wyglądającego stosu półmisków, talerzy, szklanek i butelek. Dzbany piwa mieszały się tutaj z butelkami wina - mało porządku na stole, trochę nieporządku pod stołem, jak powiada Molier: Ils faisaient sous la table/ Un bruit, un trique-trac de pieds épouvantable.
W takim właśnie stanie o godzinie wpół do piątej wieczorem znajdowała się sielanka, rozpoczęta o piątej rano. Słońce miało się już ku zachodowi, apetyt przygasał.
Pola Elizejskie, pełne słońca i kurzu, były tylko światłem i kurzawą: dwoma rzeczami, z których składa się sława. Konie z Marly, owe rżące marmury, wspinały się wśród złotej chmury, a powozy przesuwały się w różnych kierunkach. Szwadron pięknych gwardzistów, z trąbką na czele, jechał aleją Neuilly; na kopule Tuilerjów powiewała biała chorągiew zaróżowiona od zachodzącego słońca. Plac Zgody, wówczas ponownie nazywany placem Ludwika XVI, przepełniony był wesołymi spacerowiczami. Wielu z nich miało srebrny kwiat lilii, zawieszony na białej morowej wstążce, która w 1817 roku niezupełnie jeszcze znikła z pętlic. Tu i ówdzie przechodnie tworzyli okrąg i przyklaskiwali dziewczynkom, które donośnie wyśpiewywały słynną wówczas piosenkę burbońską, mającą na celu zdruzgotać pamięć stu dni. Jej zwrotka miała takie słowa:
"Oddajcie nam naszego ojca z Gandawy, oddajcie nam naszego ojca".
Gromady wystrojonych mieszkańców przedmieść - czasami nawet, tak jak i mieszczanie, noszących kwiat lilii - snuły się po wielkim ogrodzie i placu Marigny, grały w pierścień i kręcili się na drewnianych koniach karuzeli. Inni znowu pili, jak na przykład terminatorzy drukarscy, którzy nosili na głowach czapki z papieru i głośno się śmiali. Wszystkie twarze były rozpromienione. Był to niezaprzeczanie czas pokoju i głębokiej pewności rojalistycznej; była to epoka, w której prefekt policji Angl?s, swój szczegółowy i tajny raport skierowany do króla, a dotyczący sytuacji na przedmieściach Paryża, zakończył słowami: "Wszystko dobrze rozważywszy, mój Najjaśniejszy Panie, stwierdzam, że nie ma się czego obawiać ze strony tych ludzi. Są niedbali i ospali jak koty. Na prowincjach gmin jest ruchliwy, ale w Paryżu nie. Wszystko to niewielcy ludzie, Najjaśniejszy Panie, trzeba by dwóch ludzi, by pokonać jednego grenadiera. Nie ma żadnej obawy ze strony ludności stolicy. Rzeczą godną uwagi jest, że liczba tej ludności zmniejszyła się jeszcze od lat pięćdziesięciu i lud przedmieść Paryża jest teraz mniej liczny jak przed rewolucją. Nie jest on niebezpieczny. Słowem: jest to dobry motłoch".
Żeby kot mógł się przemienić w lwa, prefektowi policji wydawało się rzeczą niemożliwą - tak jednak jest i to jest cudowną stroną paryskiego ludu. Zresztą, kot tak pogardzany przez hrabiego Angl?sa, był szanowany w starożytnych republikach: w ich oczach był on wcieleniem wolności, i jak gdyby dla towarzystwa bezskrzydłej Minerwy w Pireus na placu publicznym w Koryncie stał kolos z brązu, wyobrażający kota. Naiwna policja okresu restauracji widziała lud Paryża w zbyt jasnych barwach. Nie był to wcale, jak jej się zdawało, "dobry motłoch". Paryżanin tak się ma do Francuza, jak ateńczyk do Greka: nikt lepiej nie śpi od niego, nikt nie jest bardziej płochy i leniwy, nikt lepiej zdaje się nie zapominać. Nie należy jednak temu ufać - zdolny jest on do wszelkiego rodzaju niedbalstwa, ale jeżeli chodzi o sławę, staje się zadziwiający we wszelkiego rodzaju uniesieniach. Dajcie mu pikę, zrobi to, co 10 sierpnia, dajcie mu fuzję, będziecie mieli Austerlitz. Jest on punktem oparcia dla Napoleona, i źródłem siły dla Dantona. Chodzi o ojczyznę? On zaciąga się do wojska. Chodzi o wolność? On rozbiera bruk. Ostrożnie! Jego pełne gniewu włosy są bohaterskie, jego bluza układa się w fałdy starożytnej szaty. Strzeżcie się! Z pierwszej lepszej ulicy Grenétata zrobi widły kaudyńskie. Kiedy wybije godzina, ten przedmieszczanin zacznie rosnąć, ten niewielki człowiek powstanie i spojrzy strasznym wzrokiem. Oddech jego zamieni się w burzę, a z wątłej piersi dobędzie się tyle siły, by poruszyć załomy Alp. Dzięki przedmieszczaninowi Paryża, rewolucja, połączywszy się z wojskiem, zdobyła Europę. On śpiewa, bo to jego przyjemność. Zastosujcie jego piosenkę do jego natury, a zobaczycie. Dopóki śpiewa tylko Carmagnole, obala jedynie Ludwika XVI, dajcie mu zaśpiewać Marsyliankę, a oswobodzi cały świat.
Napisawszy tę notkę na marginesie raportu Angles'a, wracamy do naszych czterech par. Obiad, jak już mówiliśmy, miał się ku końcowi.
Rozdział VI
Rozdział, w którym się ubóstwiają
Gawęda przy stole i słowa miłości są bardzo podobne - jedno i drugie jest równie nieuchwytne: słowa miłości to mgły, gawęda przy stole to dymy.
Fameuil i Dalia nucili; Tholomy?s pił, Zefina śmiała się, a Fantyna tylko uśmiechała. Listolier grał na drewnianej trąbce kupionej w Saint-Cloud. Favourita czule patrzyła na Blachevelle'a i mówiła:
- Blachevelle, ubóstwiam cię.
To zrodziło pytanie Blachevelle'a:
- Co byś zrobiła, gdybym przestał cię kochać?
- Ach, nawet tak nie żartuj! - zawołała Favourita. - Gdybyś przestał mnie kochać, rzuciłabym się na ciebie, podrapałabym cię, poszarpała i wrzuciłabym do wody albo kazałabym cię aresztować.
Blachevelle uśmiechnął się z rozkoszną zarozumiałością człowieka, którego miłość własną połechtano. Favourita mówiła tymczasem dalej:
- Tak, wezwałabym wartę! Ach, nie myśl, że bym się wstydziła, łotrze!
Blachevelle, zachwycony, odrzucił się w tył na krześle i z dumną miną zamknął oczy.
Dalia, nie przestając jeść i korzystając z hałasu, cicho rzekła do Favourity:
- Tak ty go kochasz, twego Blachevelle'a?
- Nie cierpię go - pewnie odpowiedziała Favourita, biorąc znowu widelec do ręki. - Jest skąpy. Kocham tego małego, co mieszka naprzeciwko mnie. Ten młody człowiek ma bardzo przyjemną powierzchowność, znasz go może? Widać zaraz po nim, że ma ochotę na zawód aktora. A ja lubię aktorów. Jak tylko wraca z miasta, matka jego powiada: "Ach, mój Boże! Już po moim spokoju! Znowu będzie krzyczał. Ależ, mój przyjacielu, rozerwiesz mi głowę". Krzyczy tak dlatego, że on idzie na strych, gdzie są szczury, chowa się do ciemnych kątów, wchodzi, jak może najwyżej i śpiewa tam albo deklamuje - czy ja to wiem? Słychać go aż z dołu. Zarabia już dwadzieścia sous dziennie, pisząc u adwokata jakieś pisma procesowe. Jest synem dawnego śpiewaka z Saint-Jacques w Haut-Pas. Ach, bardzo jest przyjemny. A tak mnie ubóstwia, że pewnego razu, widząc mnie robiącą ciasto na naleśniki, powiedział: "Panienko, zrób pączki z rękawiczek twoich, a zjem je". Tylko artyści potrafią mówić takie rzeczy. Ach, bardzo jest miły! Czuję, że będę szalała za tym małym! Ale to nic, mówię Blachevelle'owi, że go kocham. Jak ja kłamię! Hę? Jak ja kłamię!
Favourita zatrzymała się na chwilę, a potem mówiła dalej:
- Wiesz, Dalio, smutno mi. Całe lato deszcz padał, a wiatr drażni mnie, wiatr nie rozpędza złości, Blachevelle jest strasznym sknerą, na rynku dostać można, co najwyżej, zielonego groszku, nie wiadomo, co jeść. Mam splin, jak powiadają Anglicy. I masło takie drogie! A przy tym widzisz, to coś okropnego: jemy obiad w pokoju, gdzie stoi łóżko! To mi obrzydza życie.
Rozdział VII
Mądrość Thlolomye's'a
Tymczasem jedni śpiewali, drudzy, przekrzykując się, rozmawiali; nie było słychać niczego oprócz wrzawy. Nagle głos zabrał Tholomy?s:
- Nie mówmy ani zbyt prędko, ani bez namysłu. Zastanówmy się najpierw, jeżeli chcemy kogoś olśnić. Za dużo improwizacji wyczerpuje umysł. Na miejscu kamień obrasta. Połączmy majestat z pijatyką, jedzmy z namysłem i ucztujmy powoli. Spójrzcie na wiosnę: jeżeli się śpieszy, przepada, bo marznie. Zbytek gorliwości gubi także drzewa brzoskwiniowe i morelowe. Zbytek gorliwości zabija wdzięk i przyjemność dobrych obiadów. Bez gorliwości, panowie! Grimod de la Reyni?re jest tegoż zdania co i Talleyrand.
Głuchy rokosz odezwał się w gronie:
- Tholomy?s, zostaw nas w spokoju - rzekł Blachevelle.
- Precz z tyranem! - wtórował mu Fameuil.
- Bombarda, biesiada i pijatyka! - skandował Listolier.
- Niedziela istnieje - dodał Fameuil.
- Jesteśmy wstrzemięźliwi - stwierdził Listolier.
- Tholomy?s, popatrz na mój spokój (mon calme) - rzekł Blachevelle.
- Z tytułem markiza - odpowiedział Tholomy?s.
Ta nieszczególna gra słów wywarła skutek, jaki wywarłby kamień ciśnięty w kałużę. Markiz de Montcalm był słynnym wówczas rojalistą. Wszystkie żaby więc teraz umilkły.
- Przyjaciele! - zawołał Tholomy?s głosem człowieka, który na nowo chwyta w swe ręce władzę - uspokójcie się. Nie trzeba ze zbyt wielkim zdumieniem przyjmować tego kalamburu spadającego z nieba. Wszystko, co spadło w taki sposób, niekoniecznie zasługuje na zapał i szacunek. Kalambur jest jak ekskrementy lecącego dowcipu. Koncept spada gdziekolwiek bądź; a dowcip, zrodziwszy głupstwo, leci dalej i zagłębia się w błękity. Biaława plama, która osiadła na skale, nie przeszkadza wcale bujać kondorowi. Daleki jestem od tego, by znieważać kalambur! Szanuję go o tyle, o ile na to zasługuje, i nic więcej. Co tylko jest najdostojniejszego, najszczytniejszego, i najpiękniejszego w ludzkości, a może nawet i poza ludzkością, zabawiało się grą słów. Jezus Chrystus zrobił kalambur ze świętego Piotra, Mojżesz z Izaaka, Ajschylos z Polynika, Kleopatra z Oktawiusza. A zważcie, proszę, że kalambur z Kleopatry wyprzedził bitwę pod Actium, i że bez niego nikt by nie zapamiętał miasta Toryne, nazwy greckiej, która oznacza warzechę. Zgodziwszy się na to, wracam do swojej przestrogi. Moi bracia, powtarzam raz jeszcze: bez pośpiechu, bez zbytku, nawet w dowcipnych słówkach, wesołości, radości i grze słów. Słuchajcie mnie, bo mam przezorność Amphiarausa, a łysinę Cezara. Musi być granica, nawet w rebusach. Est modus in rebus. Musi być granica nawet w obiadach. Lubicie ciasteczka z jabłkiem, piękne panie, ale nie nadużywajcie ich. Nawet w kwestii ciastek potrzeba zdrowego rozsądku i umiejętności. Żarłoczność każe żarłoka. Gula karze Gulaxa. Niestrawności Bóg polecił moralizować żołądki. I zapamiętajcie to: każda z naszych namiętności, nawet miłość, ma żołądek, którego nie trzeba zbytecznie napełniać. W każdej rzeczy trzeba umieć w porę wymówić słowo finis. Trzeba umieć się powstrzymać, kiedy jest to konieczne, zasunąć rygiel przed apetytem, fantazję zamknąć do kozy i siebie samego oddać pod straż. Mądry jest ten, który w danej chwili potrafi siebie samego powściągnąć. Słuchałem trochę prawa, jak o tym świadczą moje egzaminy, wiem, jaka zachodzi różnica między sprawą podniesioną a będącą w zawieszeniu. Broniłem po łacinie rozprawy o sposobie, w jaki zadawano tortury w Rzymie za czasów, kiedy Munatius Demens był kwestorem Parricidii, mam też być doktorem. Zdaje się, że z tego wszystkiego wcale nie wynika, że koniecznie jestem głupcem. Zalecam wam umiarkowanie w żądzach waszych. Jak jestem Feliks Tholomy?s, mówię dobrze. Szczęśliwy ten, który, kiedy wybije godzina, ma odwagę zdecydować się i abdykuje, jak Sylla i Origenes.
Favoutita słuchała tego wszystkiego z głęboką uwagą:
- Feliks! - rzekła teraz - co za śliczne imię! Lubię to imię! To po łacinie. To znaczy "szczęśliwy".
Tholomy?s mówił dalej:
- Moi przyjaciele! Czy chcecie nie czuć żadnego żądła, obchodzić się bez małżeństwa i śmiało stawić czoła miłości? Nic łatwiejszego. Oto recepta: limoniada, nadmierne ćwiczenie ciała, przymusowa praca. Pijcie saletrowe napoje i napary z grzybienia, smakujcie w emulsjach z maku i niepokalanka pospolitego, zaprawcie to wszystko ścisłą dietą. Kiedy będziecie umierać z głodu, dołączcie do tego zimne kąpiele, opaski z ziół, przykładanie ołowiu, obmywanie się płynem Saturna i napary octowe.
- Ja wolę kobietę - rzekł Listolier.
- Kobietę! - odrzekł Tholomy?s - strzeżcie się jej. Kobieta jest przewrotna i podstępna. Nienawidzi węża przez zazdrość, że ten trudni się tym samym rzemiosłem co i ona. Wąż to inny sklep naprzeciwko.
- Tholomy?s! - zawołał Blachevelle - jesteś pijany!
- Spodziewam się - odparł Tholomy?s.
- To bądź wesoły - polecił Blachevelle.
- Zgoda - przystał na to Tholomy?s i napełniwszy swą szklankę, powstał:
- Sława dobremu winu! Nunc te! Bacche, canam! Przepraszam, moje panie, to po hiszpańsku. A dowód na to taki: jaki naród, takie beczki. W Kastylii zawiera ona szesnaście litrów, w Alicante dwanaście, na Wyspach Kanaryjskich dwadzieścia pięć, na Półwyspie Iberyjkim dwadzieścia sześć, a beczka cara Piotra: trzydzieści! Piękne panie, mam dla was przyjacielską radę: możecie się pozamieniać na sąsiadów, przez pomyłkę, jeżeli się wam podoba. Błądzenie jest przecież właściwością miłości. Miłostka nie na to jest, by miała nikczemnieć i pełzać po ziemi, jak angielska służąca, która od szorowania ma już odciski na kolanach. Nie do tego ona stworzona: słodka miłostka stworzona jest po to, by wesoło się błąkała. Powiadają: błądzić jest rzeczą ludzką; ja zaś powiadam - błądzić jest rzeczą miłości. Moje panie, kocham was wszystkie. O Zefino, o Josephino, twarzyczka twa bardziej niż milutka, byłaby prześliczna, gdyby nie była krzywa. Wyglądasz tak, jak gdyby na twej bladej twarzy ktoś siadł przez nieuwagę. Co do Favourity: o nimfy i muzy! Pewnego dnia, kiedy Blachevelle przeskakiwał rynsztok ulicy Guérin-Boisseau, ujrzał piękną dziewczynę, która mu pokazywała swe nóżki w białych, dobrze naciągniętych pończochach. Podobało mu się to i Blachevelle się zakochał. Ta, którą pokochał, nazywała się Favouritą. O Favourito, masz pańskie usta. Był pewien malarz grecki, nazywający się Euphorion, którego nazwano malarzem ust. Ten tylko Grek byłby godzien odmalować twoje usta. Posłuchaj! Przed tobą nie było istoty godnej tego nazwiska! Jesteś stworzona do tego, by otrzymywać jabłko jak Wenus albo zjadać je jak Ewa. Piękność od ciebie się zaczyna. Wspomniałem o Ewie, a to ty stworzyłaś ją. Ty zasługujesz na patent stworzenia ładnej kobiety. O Favourito, przestaję mówić do was "ty", bo przechodzę z poezji do prozy. Przed chwilą mówiłaś o moim imieniu. Rozczuliło mnie to: ale mimo wszystko, nie ufajmy imionom. Mogą się mylić. Nazywam się Feliks, a nie jestem szczęśliwy! Słowa kłamią. Nie bierzmy na ślepo wskazówek, które nam podają. Pomyliłby się ten, kto chciałby wypisać dla siebie korki z Li?ge, choć li?ge znaczy korek, albo ten, kto chciałby uzyskać rękawiczki z Pau, choć peau oznacza skórę. Miss Dalia, na waszym miejscu nazywałbym się Różą. Tak jak trzeba, by kwiat miał przyjemny zapach, tak trzeba, by kobieta miała dowcip. Nic nie mówię o Fantynie: jest to marzycielka, zamyślona, sensytywna, jest to widmo mające postać nimfy, a skromność zakonnicy. Zabłąkała się w życie gryzetki, ale szuka ucieczki w złudzeniach. Śpiewa, modli się, patrzy w błękity, sama nie bardzo wiedząc, co robi. Z oczami utkwionymi w niebo, błądzi po ogrodzie, gdzie więcej jest ptaków niż być ich może! O Fantyno, wiedz o tym: ja, Tholomy?s, jestem złudzeniem; ale ona mnie nie słyszy nawet, jasnowłose dziewczę urojenia! Zresztą, wszystko w niej jest świeżością, słodyczą, młodością, łagodnym światłem porannym. O Fantyno, zasługujesz na to, by się nazywać Margeritą lub Perłą, jesteś kobietą najpiękniejszego Wschodu! Druga rada dla was, panie: nie wychodźcie za mąż, małżeństwo jest bowiem jak szczepienie: przyjmuje się dobrze lub źle. Nie narażajcie się na niebezpieczeństwo. Ale, ba! Po co ja to mówię! Szkoda moich słów. Dziewczęta są niepoprawne w kwestii małżeństwa, i choćbyśmy nie wiem, co mówili, my, mędrcy, nie przeszkodzi to szwaczkom i haftarkom marzyć o obsypanych diamentami mężach. Niechże i tak będzie, ale moje piękne, zapamiętajcie to jedno: za wiele cukru jadacie. Jedną tylko macie wadę, o kobiety: gryziecie cukier. O płci gryząca, twoje małe ząbki zanadto lubią cukier. Otóż posłuchajcie: cukier jest solą. Wszelka sól działa zaś wysuszająco. Cukier zaś jest ze wszystkich soli najbardziej wysuszający. Wyciąga z żył płynne części krwi, stąd skrzepienie, a potem stwardnienie krwi. Stąd tuberkuły w płucach, stąd w końcu śmierć. I dlatego to cukrzyca graniczy z suchotami. A zatem nie gryźcie cukru, a będziecie żyły! Teraz zwracam się do mężczyzn: panowie, podbijajcie serca! Bez żadnych wyrzutów sumienia okradajcie jeden drugiemu kochanki. Na przemian. W miłości nie ma przyjaciół. Gdzie tylko jest ładna kobieta, tam wojna wypowiedziana. Wojna do upadłego, bez miłosierdzia! Piękna kobieta to casus belli, piękna kobieta to gorący uczynek. Powodem wszystkich najazdów w historii były spódniczki. Kobieta jest prawem mężczyzny. Romulus porywał Sabinki, Wilhelm porywał Saksonki, Cezar porywał Rzymianki. Człowiek, który nie jest kochany, krąży jak jastrząb nad kochankami innych. Jeśli o mnie chodzi, wszystkim tym nieszczęśliwym, którzy są wdowcami, rzucam szczytne słowa proklamacji Bonapartego do armii włoskiej: "Żołnierze, wam brakuje wszystkiego; nieprzyjaciel ma wszystko".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
KSIĘGA I: FANTYNA
Rozdział I
Myriel
W roku 1815 biskupem w Digne był Karol Franciszek Ludomił Myriel, siedemdziesięciopięcioletni starzec, który owo stanowisko zajmował od 1806 roku.
Chociaż szczegół ten w zasadzie nie dotyczy tego, co zamierzam tu opowiedzieć, należy się mimo wszystko - dla samej tylko dokładności - wspomnieć o pogłoskach i plotkach, które krążyły o biskupie w chwili, kiedy ten przybył do swojej diecezji. To bowiem, co ludzie mówią o innych - niezależnie od tego, czy jest prawdą, czy też fałszem - często tyle samo znaczy w ich życiu i taki sam ma wpływ na ich losy, jak ich czyny.
Myriel był synem radcy parlamentu w Aix, należał zatem do szlachty urzędniczej. Powiadano, że ojciec, który przeznaczył go na swego spadkobiercę, bardzo młodo go ożenił, bowiem już w osiemnastym czy też dwudziestym roku życia, zgodnie zresztą ze zwyczajem upowszechnionym między rodzinami urzędników parlamentu. Pomimo tego małżeństwa wiele mówiono o Karolu Myrielu: choć niezbyt wysoki, pozostawał jednak przystojny, ubierał się wykwintnie, a przy tym był dowcipny i uprzejmy, całą zaś pierwszą część swego życia poświęcił światu i miłostkom. Kiedy jednak nadeszła rewolucja i wypadki szybko po sobie następowały, dziesiątkowane i prześladowane rodziny urzędnicze rozpierzchły się na wszystkie strony. Karol Myriel również wyemigrował w pierwszych dniach rewolucji do Włoch. Tam na suchoty, na które cierpiała zresztą od dawna, umarła jego żona. Dzieci nie mieli, Myriel został więc sam. Jakie koleje losu przechodził? Skąd zrodziło się w nim pragnienie samotności, izolacji od świata? Czy jego powodem był upadek dawnego społeczeństwa francuskiego, rozpad własnej rodziny, czy też tragiczne zdarzenia 93 roku, okropniejsze jeszcze może dla emigrantów dlatego, że oglądali je z daleka, przez zwiększone szkła strachu? Czy wśród tych rozrywek i kontaktów, które dotąd wypełniały jego życie, nagle został ugodzony jednym z tych tajemniczych, strasznych ciosów, które trafiając w samo serce, obalają człowieka, nawet takiego, którym nie zdołałyby wstrząsnąć ani katastrofy społeczne, ani utrata majątku? Nikt nie potrafiłby chyba na te pytania odpowiedzieć - jakkolwiek by jednak nie było, kiedy Myriel wrócił z Włoch, był już księdzem.
W 1804 roku był już proboszczem w Brignoles. Był stary i prowadził życie bardzo odosobnione.
Pewnego razu jakaś nieznana bliżej sprawa probostwa sprowadziła go do Paryża, gdzie akurat odbywała się koronacja. Oprócz innych znakomitych osób, do których udawał się z prośbami od swych parafian, Myriel gościł także u kardynała Fescha. Któregoś dnia, kiedy cesarz odwiedzał swego wuja, zastał w jego przedpokoju zacnego proboszcza, oczekującego tutaj na audiencję. Napoleon, widząc, że starzec przygląda mu się z nieukrywaną ciekawością, odwrócił się i gwałtownie spytał:
- Cóż to za poczciwiec tak mi się przypatruje?
- Najjaśniejszy panie - rzekł Myriel - wy patrzycie na poczciwca, ja zaś na bohatera. Każdy z nas może na tym skorzystać.
Tego samego wieczoru cesarz wypytał kardynała o nazwisko proboszcza i wkrótce potem Myriel - z wielkim zresztą zdziwieniem - dowiedział się, że mianowano go biskupem w Digne.
Nie wiadomo, ile było prawdy w tym, co rozpowiadano o pierwszej połowie życia Myriela. Nikt nie mógł tym informacjom zaprzeczyć lub ich potwierdzić, ponieważ mało osób znało jego rodzinę przed rewolucją.
Myriela spotkał więc taki los, jaki czeka każdego nowego przybyłego do miasteczka, w którym wiele jest ust do mówienia, natomiast mało głów do myślenia. Nie uniknął tego przeznaczenia pomimo faktu, że był biskupem - a może raczej dlatego właśnie, że był biskupem. Inna sprawa, że plotki, z którymi łączono jego imię, były tylko plotkami, słowami, wyrazami, a nawet mniej niż słowami, jak powiada energiczny język południa.
Bądź co bądź, po dziewięciu latach biskupstwa i rezydencji w Digne wszystkie te opowieści i tematy rozmów, które początkowo zajmują małe miasteczka i małych ludzi, poszły wreszcie w głębokie zapomnienie. Nikt nie śmiałby już nie tylko o nich mówić, lecz nawet i o nich pamiętać.
Myriel przybył do Digne w towarzystwie swej młodszej o dziesięć lat siostry Baptysty, pozostającej starą panną. Oboje mieli tylko jedną służącą, w tym samym wieku co i Baptysta. Pani Magloire, która dawniej służyła tylko proboszczowi, teraz spełniała więc podwójną funkcję: służącej panienki i gospodyni Jego Wielebności.
Baptysta była kobietą wysoką, bladą, szczupłą, o łagodnym usposobieniu: stanowiła idealny przykład tego, co rozumiemy przez określenie "godna szacunku". Określenie czcigodna nie pasowało do niej jedynie dlatego, że aby zasłużyć na miano czcigodnej, trzeba chyba koniecznie być matką.
Nie była ładna, ale całe jej życie - będące jednym ciągiem dobrych uczynków - rzuciło na jej postać pewien blask, specyficzną jasność, i starzejąc się, stawała się piękna pięknością swojej dobroci. To, co w młodości nazywało się chudością, teraz zamieniło się w pewnego rodzaju przezroczystość, z której przeglądał już tylko anioł. Istota jej zdawała się stworzona z cienia - tyle tylko zawierała ciała, by zaznaczyć w nim płeć; ot trochę materii zawierającej światło. Wielkie jej oczy zawsze były spuszczone, zapewne z tego powodu, by dusza pozostała na ziemi.
Pani Magloire była natomiast małą staruszką, białą, tłustą i pulchną, zawsze zajętą i zawsze zdyszaną - to ostatnie zarówno przez jej bezustanny ruch, jak i z powodu astmy, na którą od dawna cierpiała.
Kiedy Myriel wraz z nimi przybył do miasteczka, uroczyście objął w posiadanie swój biskupi pałac, zewsząd zaś oddawano mu honory, zgodnie zresztą z cesarskim dekretem, który wyznacza biskupowi miejsce bezpośrednio po generale. Mer i prezydent złożyli mu pierwszą wizytę, on z kolei złożył swoją pierwszą wizytę generałowi i prefektowi.
Po całej ceremonii Myrielowi pozostawało jedynie dać się poznać mieszkańcom ze swoich czynów.
Rozdział II
Myriel zostaje Jego Wielebnością Ludomiłem
Pałac biskupi był pięknym, obszernym gmachem z kamienia, wzniesionym na początku ostatniego stulecia przez Henryka Pugeta, doktora teologii fakultetu paryskiego, księdza Simore, który był tutaj biskupem w 1712 roku. Pałac ten był prawdziwym pałacem pańskim, wszystko w nim bowiem po pańsku wyglądało: apartamenty biskupa, salony, pokoje, główny, bardzo szeroki dziedziniec z arkadami, zaprojektowanymi według dawnej mody florentyńskiej; ogrody, w których rosły piękne drzewa. Była tu także sala jadalna, długa i wspaniała komnata, znajdująca się na dolnym piętrze i wychodząca na wspomniane ogrody. W niej to właśnie 29 lipca 1714 roku Henryk Puget osobiście podejmował wielu znamienitych gości: Karola Br?lart de Genlis, księcia arcybiskupa d'Embrun; Antoniego de Mesgrigni, kapucyna, biskupa w Grasse; Filipa de Vendôme, wielkiego przeora Francji, opata św. Honorego z Lérins; Franciszka Bertona z Grillon, biskupa barona z Vence; Cezarego de Sabran de Forcalgnier, biskupa pana na Gland?re i Jana Soanen, księdza oratorium, zwykłego kaznodzieję królewskiego, biskupa pana na Senez; portrety tych siedmiu wielebnych osób zdobiły tę salę, a pamiętna data 29 lipca 1714 roku wyryta była złotymi literami na stole z białego marmuru.
Do pałacu przylegał szpital: niski, ciasny jednopiętrowy domek z małym ogrodem.
Do niego właśnie w trzy dni po swoim przybyciu do miasta w zstąpił biskup. Po skończonych odwiedzinach zaprosił dyrektora do siebie:
- Panie dyrektorze, ilu chorych ma pan teraz u siebie? - zapytał.
- Dwudziestu sześciu.
- Tak, właśnie tylu ich naliczyłem - potwierdził Myriel.
- Jest ciasno, dlatego też łóżka stoją bardzo blisko siebie.
- To również zauważyłem - zgodził się biskup.
- W dodatku są to bardziej pokoje niż sale i trudno odświeżać w nich powietrze - wyjaśniał dalej dyrektor.
- To samo i ja sobie powtarzałem.
- Podczas zarazy nie wiadomo, co począć, kiedy mamy stu chorych naraz... Tymczasem tego roku mieliśmy tu tyfus, a dwa lata temu febrę.
- To także przyszło mi na myśl.
- Ale cóż począć, Wasza Wielebność? - retorycznie spytał dyrektor - trzeba robić, co się da.
Rozmowa, która miała miejsce w sali jadalnej, została na moment zawieszona. Po chwili jednak biskup przerwał milczenie i zwrócił się do swego rozmówcy:
- Jak pan myśli: ile łóżek zmieściłoby się w tej tutaj tylko sali?
- W jadalnej sali Waszej Wielebności!? - zawołał dyrektor w osłupieniu. Biskup tymczasem przebiegał pomieszczenie wzrokiem, zdając się coś liczyć i mierzyć.
- Zmieściłoby się dwadzieścia łóżek - rzekł jak gdyby do siebie, a potem, podnosząc głos, dodał:
- Wiecie, co wam powiem, panie dyrektorze szpitala? Zaszła tu widoczna pomyłka: wy w liczbie dwudziestu sześciu osób mieścicie się tam w pięciu czy sześciu pokojach, a nas troje tutaj miejsca mamy tyle, że starczyłoby i dla sześćdziesięciu osób. Tak, zaszła tu pomyłka, powiadam panu: pan ma moje mieszkanie, a ja pana. Oddajcie mi mój dom, ten bowiem do was należy.
Nazajutrz dwudziestu sześciu biednych chorych przeniosło się do biskupiego pałacu, a biskup zajął szpital.
Myriel nie posiadał własnego majątku, rodzina jego została bowiem zrujnowana przez rewolucję. Jego siostra pobierała dożywotnią pensję w wysokości pięciuset franków, które wystarczały jej na osobiste wydatki. Myrielowi zaś, z racji sprawowanej funkcji, przysługiwało od państwa piętnaście tysięcy franków. Tego dnia, kiedy przeniósł się do szpitala, Myriel raz na zawsze przeznaczył tę sumę na następujący użytek. Przytaczamy tutaj notatkę, skreśloną jego własną ręką:
Małe seminarium: tysiąc pięćset franków
Kongregacja myśli: sto franków
Na lazarystów Montdidier: sto franków
Seminarium misji zagranicznych w Paryżu: dwieście franków
Kongregacja św. Ducha: sto pięćdziesiąt franków
Duchowne zakłady w Ziemi Świętej: sto franków
Stowarzyszenie miłości macierzyńskiej: trzysta franków
Takież stowarzyszenie w Arles: pięćdziesiąt franków
Na sprawę polepszenia warunków życia w więzieniach: czterysta franków
Na sprawę pomocy i oswobodzenia więźniów: pięćset franków
Na uwolnienie ojców rodzin więzionych za długi: tysiąc franków
Dodatek do pensji nauczycieli szkółek w diecezji: dwa tysiące franków
Magazyny państwowe w górnych Alpach: sto franków
Kongregacja dam w D. w Manosque i Sisteron dla bezpłatnej nauki ubogich dziewcząt: tysiąc pięćset franków
Na ubogich: sześć tysięcy franków:
Mój osobisty wydatek: tysiąc franków
W swym postanowieniu nie zmienił niczego przez cały czas sprawowania swego urzędu. Nazywał je uregulowaniem wydatków domu swego.
Baptysta przyjęła rozporządzenie brata z największą uległością. Dla niej Myriel był zresztą nie tylko bratem, ale i biskupem; przyjacielem przez związek krwi, lecz i zwierzchnikiem przez Kościół. Kochała go i czciła zarazem. Kiedy mówił, potwierdzała jego słowa, kiedy działał, dopomagała mu w czynach. Jedynie służąca, pani Magloire, trochę szemrała, że biskup przeznaczył dla siebie tylko tysiąc franków, co razem z pensją Baptysty dawało zaledwie tysiąc pięćset franków. Z tej sumy musiały utrzymać się dwie stare kobiety i jeden starzec. Dzięki mądrej administracji Baptysty i surowej oszczędności służącej biskup miał jednak w dodatku jeszcze na tyle zapasów, że zawsze mógł ugościć jakiegoś przybyłego do miasta, wiejskiego proboszcza.
Pewnego dnia, mniej więcej po trzech miesiącach od przybycia całej trójki do Digne, biskup oznajmił:
- Mimo wszystko, wiele mi brakuje!
- Spodziewam się! - zawołała pani Magloire - Wasza Wielebność nie dopominała się nawet o to, co się jej należy na koszt powozu w mieście i objazdów po diecezji. Tymczasem było to w zwyczaju dawnych biskupów.
- A prawda! - zgodził się biskup - Macie słuszność, pani Magloire.
I rzeczywiście upomniał się o swoje pieniądze.
W jakiś czas później rada główna, czyniąc zadość tej prośbie, zapisała sumę trzech tysięcy franków pod następującą rubryką: suma wyznaczona na koszta powozu, koszta poczty i koszta objazdów po diecezji.
Miejscowa burżuazja podniosła z tego powodu wielki krzyk, przy tej okazji pewien senator cesarstwa, dawny członek Rady Pięciuset, przychylny osiemnastemu Brumaire'owi i posiadający nieopodal miasta Digne wspaniałą posiadłość, napisał do odpowiedniego ministra, Bigot'a de Préameneu, poufny list, z którego zacytujemy parę słów:
Koszta powozowe? Po co to w mieście, liczącym niespełna cztery tysiące mieszkańców? Koszta objazdów? Po pierwsze: po co te objazdy? I jakim sposobem jeździć wozem w tych górach? Nie ma dróg. Może dojechać tylko konno. Nawet po moście na Durance pod Château-Arnoux zaledwie wózki zaprzęgnięte wołami przechodzić mogą. Wszyscy ci księża podobni są do siebie: chciwi i skąpi. Ten z początku udawał apostoła. Teraz jednak robi się jak inni, trzeba mu karety. Trzeba mu przepychu, jak dawnym biskupom! Och, wszyscy ci popi! Panie hrabio, dotąd nie będzie dobrze, dokąd cesarz nie uwolni nas od tych klechów. Precz z papieżem! Co do mnie, jestem za samym cezarem, itd.
Pani Magloire przeciwnie, bardzo się z pomysłu ucieszyła:
- Dobrze - rzekła do panny Baptysty - Jego Wielebność zaczął od innych, musiał zatem skończyć na sobie. Wszystkie swe potrzeby płynące z miłosierdzia zaspokoił. Te trzy tysiące franków to już dla nas! Nareszcie!
Tego samego wieczoru biskup napisał następujący rachunek, po czym przekazał go siostrze:
Na bulion mięsny dla pacjentów szpitala: tysiąc pięćset franków
Na stowarzyszenie macierzyńskiej opieki w Aix: dwieście pięćdziesiąt franków
Na podrzutków: pięćset franków
Na sieroty: pięćset franków
Ogółem: trzy tysiące franków
Takie były postanowienia Myriela.
Jeśli chodzi o dodatkowe dochody biskupa, te uzyskiwane z zapowiedzi, dyspens, chrztów, kazań, święceń kościołów i kaplic oraz ślubów, biskup pobierał je od bogatych z tak wielkim zapałem, z jakim później rozdawał je biednym.
W krótkim czasie zaczęły napływać również pieniężne ofiary. Ci, którzy mieli, i ci, którym brakowało, udawali się do Myriela: jedni z jałmużną, inni po jałmużnę. W niespełna rok biskup stał się skarbnikiem wszystkich dobrodziejstw i kasjerem wszystkich nieszczęść. Przez jego ręce przechodziły znaczne sumy, lecz on sam nigdy nie zmienił niczego w swoim sposobie życia, nigdy nie sprawił sobie żadnej zbytecznej rzeczy, jedynie te, które uważał za konieczne.
Przeciwnie nawet: ponieważ zawsze więcej jest nędzy u dołu niż braterstwa u góry, wszystko było rozdane - jeśli można się tak wyrazić - zanim zostało otrzymane. Było to trochę jak lanie wody na suchą ziemię: na próżno odbierał pieniądze, bo i tak nigdy ich nie miał. Wówczas obdzierał z nich siebie.
Istnieje zwyczaj, że biskupi wymieniają swoje chrzestne imię na czele swych rozkazów lub listów pasterskich. Biedni miejscowi ludzie, wiedzieni instynktem i uczuciem, spośród imion biskupa wybrali te, które jako jedyne miało dla nich jakieś znaczenie: nie nazywali go więc inaczej, jak biskupem Ludomiłem. My również tak będziemy go nazywać, tym bardziej że nazwa ta podobała się i jemu.
- Lubię to imię - powtarzał - Ludomił łagodzi Wielebność.
Nie utrzymujemy jednak, że portret, który tutaj nakreśliliśmy, jest zupełnie zgodny z prawdą; na pewno jest jednak do niej zbliżony.
Rozdział III
Dobremu biskupowi ciężkie jest biskupstwo
Biskup wprawdzie przeznaczył powozowe pieniądze na jałmużnę dla biednych, niemniej i tak objeżdżał swoje biskupstwo. Tymczasem objazd po diecezji w tym mieście rzeczywiście bardzo był męczący: mało w nim płaszczyzn, za to mnóstwo gór, zaś właściwych dróg, jak widzieliśmy, nie ma prawie wcale. Zwiedzić zaś trzeba było trzydzieści dwa probostwa, czterdzieści jeden wikariatów i dwieście osiemdziesiąt filii. Biskup Ludomił dawał jednak temu wszystkiemu radę. Jeżeli miejscowość znajdowała się blisko, szedł piechotą, jeżeli chodziło o płaszczyznę, jechał kariolką, jeśli zaś przebyć miał płaszczyznę, udawał się tam specjalnym górskim powozem. Obie kobiety przeważnie mu towarzyszyły, w przypadku jednak, kiedy podróż była zbyt uciążliwa, jechał sam.
Pewnego dnia wjechał na ośle do Senez, starożytnego biskupiego miasta. Finanse jego, zupełnie w tej chwili wyczerpane, nie pozwalały mu na inny sposób podróżowania. Mer miasta wyszedł na jego spotkanie i zgorszonym wzrokiem patrzył na biskupa złażącego z osła. Kilku mieszkańców miasta śmiało się zaś, spoglądając na ten widok.
- Panie merze - rzekł tymczasem biskup - widzę, że gorszę tak was, jak i tych panów, wydaje się wam, że biedny ksiądz grzeszy wielką pychą, pozwalając sobie na sposób jazdy, którego używał sam Chrystus. Zapewniam was jednak, że zrobiłem to z konieczności, nie zaś przez żadną próżność.
Dla tych, których odwiedzał, zawsze był zresztą łagodny i pobłażliwy, więcej mówił, niż nauczał, zaś w swoich wywodach posługiwał się najprostszymi, zrozumiałymi dla wszystkich przykładami. Mieszkańcom jednej okolicy stawiał za wzór okolicę sąsiednią. Tam gdzie widział brak współczucia dla potrzebujących, powtarzał na przykład:
- Spójrzcie na mieszkańców Briancon. Ubogim, sierotom i wdowom pozwolili kosić łąki o trzy dni wcześniej niż innym. Odbudowują również bezpłatnie ich zrujnowane domy. Toteż Bóg im błogosławi, od stu lat nie było tam ani jednego mordercy.
We wsiach, których mieszkańcy byli chciwi na zysk i żniwo, mówił z kolei tak:
- Patrzcie na Embrun. Tam jeśli podczas żniw jakiś ojciec rodziny ma swoich synów na służbie lub w wojsku, sam zaś jest chory lub zatrudniony u kogoś innego, wówczas proboszcz poleca go parafianom podczas kazania: w niedzielę, po mszy, wszyscy mieszkańcy wioski, mężczyźni, kobiety i dzieci udają się na pole owego biedaka, koszą zboże i odwożą do jego stodoły ziarno oraz słomę.
Do rodzin, żyjących ze sobą w niezgodzie, kłócących się o pieniądze oraz spadki, przemawiał tak:
- Patrzcie na górali w Devolny... Kraj to dziki, nie usłyszysz tam słowika nawet raz na pięćdziesiąt lat. A gdy tam w jakiejś rodzinie umrze ojciec, chłopcy zaraz idą w świat za zarobkiem, majątek swój pozostawiając dziewczętom, by te mogły znaleźć sobie mężów.
W okręgach, których mieszkańcy wykazywali upodobanie do procesów, rujnując się tym samym przez coraz to nowe sprawy sądowe, biskup mówił:
- Patrzcie na poczciwych chłopców doliny Queyras. Jest ich tam trzy tysiące dusz! Mój Boże, to tak, jakby jakieś małe państewko! Tymczasem nie znają tam ani sędziego, ani woźnego, wszystko bowiem załatwia mer. On nakłada podatki, on każdego sumiennie rozlicza, on też bezpłatnie rozsądza kłótnie, rozdziela ojcowizny, nie pobierając za to opłaty, wydaje wyroki - również bez żadnych kosztów. Słuchają go tam, ponieważ jest człowiekiem sprawiedliwym, ludzie zaś są szczerzy i prości.
Tam, gdzie nie znajdował nauczyciela szkółki, wskazywał na mieszkańców Queyrasu:
- Wiecie, jak oni robią? - pytał - Ponieważ mała wioska nie może wyżywić nauczyciela, mają więc nauczycieli, których opłaca cała dolina i którzy obchodzą wioski, pozostając przez tydzień w jednej, a w drugiej, na przykład, przez dziesięć dni. I uczą. Nauczyciele ci chodzą po jarmarkach, gdzie sam ich widziałem; można ich poznać po piórach do pisania, które noszą przy kapeluszach. Ci, co uczą jedynie czytać, mają tylko jedno pióro, ci, co uczą jeszcze liczenia, mają dwa pióra, ci wreszcie, którzy uczą czytania, liczenia i łaciny, mają trzy pióra. I ci są już bardzo uczeni. A jaki to przecież wstyd nic nie umieć! Zróbcie tak jak mieszkańcy Queyrasu.
Wszystko to mówił poważnie, po ojcowsku, jako przykłady wybierał parabole idące wprost do celu. Mało przy tym używał pojęć, a więcej obrazów, co przypominało naukę samego Chrystusa, płynącą z głębokiego przekonania i tym samym przekonującą.
Rozdział IV
Dzieła podobne do słów
W rozmowie biskup Ludomił był uprzejmy i wesoły. Dostosowywał się do umysłów dwóch starych kobiet, które przy nim żyły: kiedy się śmiał, był to śmiech studenta.
Pani Magloire chętnie nazywała go Jego Wielkością. Pewnego dnia biskup wstał z fotela i udał się po znajdującą się w biblioteczce książkę, która jednak leżała na jednej z górnych półek i której nie mógł przez to dosięgnąć.
- Pani Magloire, podajcie mi krzesło - poprosił - Jego Wielkość nie sięga tej półki.
Innym razem biskup gościł swoją daleką krewną, hrabinę de Lô, która nie zaniedbywała żadnej sposobności, by wyliczać - jak je nazywała - nadzieje związane z trzema jej synami. Miała kilku bardzo starych i stojących już nad grobem krewnych, których najbliższymi spadkobiercami byli właśnie jej synowie. Najmłodszy z nich miał po jednej z babć wziąć dobre sto tysięcy franków, drugiemu miał się dostać tytuł księcia po wuju, trzeci zaś był spadkobiercą parostwa po dziadku. Biskup zwykle słuchał w milczeniu tych niewinnych, macierzyńskich przechwałek. Tego razu zdawał się jednak bardziej niż zwykle zamyślony, podczas kiedy pani Lô szczegółowo wyliczała wszystkie te potencjalne sukcesy i nadzieje. Spostrzegłszy to, przerwała i rzekła z pewną niecierpliwością:
- Mój Boże, kuzynie, nad czym ty tak myślisz?
- Myślę - odparł biskup - o czymś szczególnym, a co, jak mi się wydaje, znajduje się u św. Augustyna: "Nadzieje swoje pokładajcie w tym, po którym nie obejmiecie spadku".
Jeszcze innym razem, otrzymawszy zawiadomienie o śmierci pewnego szlachcica w okolicy, przy którym znajdowała się nie tylko lista godności zmarłego, ale także lista tytułów feudalnych i szlacheckich wszystkich jego krewnych, biskup Ludomił zawołał:
- Jaki mocny kark ma śmierć! Co za ciężar tytułów potrafi udźwignąć! Ileż to sprytu mają ludzie, że potrafią tak zużytkować grób na korzyść próżności!
Przy odpowiedniej sposobności zawsze potrafił łagodnie zażartować, zaś żart jego prawie za każdym razem niósł ze sobą jakieś głębsze znaczenie. Kiedyś, podczas postu, do miasta przybył pewien młody wikariusz i wygłosił kazanie w katedrze. Był przy tym dość wymowny. Przedmiotem jego mowy było miłosierdzie. Wzywał więc bogatych, by wspierali ubogich w celu uniknięcia piekła, które przedstawił, jak tylko umiał najstraszliwiej, i dla zasłużenia na niebo, które odmalował jako miejsce zachwycające i przez wszystkich pożądane. Między słuchaczami znajdował się także pewien dawny kupiec - a trochę także i lichwiarz - znany wszystkim Géborand, który na swoim handlu zarobił dwa miliony. Mimo to nigdy jeszcze nie obdarzył on jałmużną żadnego ubogiego. Po tym kazaniu zauważono jednak, że co niedzielę dawał jednego sous starym żebraczkom, siedzącym przed kościołem. Sousem tym dzieliło się ich sześć. Pewnego dnia biskup spostrzegł kupca dającego ową jałmużnę i z uśmiechem rzekł do siostry:
- Pan Géborand kupuje raj za sousa.
Jeżeli chodziło o miłosierdzie, biskup nie cofał się nawet przed odmową i potrafił mówić wówczas rzeczy, które dawały do myślenia. Pewnego razu kwestował na rzecz ubogich w jednym z salonów, w którym znajdował się także markiz Champtercier, stary, bogaty skąpiec, który miał być ultrarojalistą, a zatem wolterianinem. Biskup podszedł do niego i dotknął jego ramienia:
- Panie markizie, musi mi pan dać cokolwiek.
Markiz odwrócił się i odpowiedział sucho:
- Wasza Wielebność, ja mam własnych ubogich.
- Oddaj mi zatem ich - odparł biskup.
Kiedyś znów wygłosił takie kazanie w katedrze:
"Moi drodzy bracia, moi dobrzy przyjaciele: jest we Francji trzysta dwadzieścia tysięcy domów chłopskich, które mają tylko po trzy otwory, osiemset siedemnaście tysięcy takich, które mają tylko po dwa otwory - drzwi i jedno okno - i na koniec trzysta czterdzieści sześć tysięcy takich, które mają tylko jeden otwór, mianowicie same drzwi. Przyczyną tego jest rzecz zwana podatkiem od drzwi i okien. Wyobraźcie sobie wszystkich tych ludzi tam żyjących, stare kobiety i małe dzieci, a pojmiecie, ile to chorób, jakie gorączki! Niestety! Bóg daje ludziom powietrze, ale prawo im je sprzedaje! Nie oskarżam prawa, ale chwalę Boga. W departamencie Izery, Var, w Alpach, wyższych i niższych, chłopi nie posiadają nawet taczek i na własnych grzbietach przewożą nawóz, nie mają świec i palą smolne łuczywa oraz kawałki sznurów, umaczane w żywicy. Tak się dzieje w całym górnym Delfinacie. Chlub pieką raz na pół roku, za pomocą wysuszonego krowieńca. W zimie ten chlub rąbią siekierą i przez całą dobę moczą, by uczynić go jadalnym. Bracia moi, miejcie litość i zauważcie, jak dookoła was cierpią ludzie!".
Z pochodzenia Prowansalczyk, biskup Ludomił z łatwością wyuczył się wszystkich regionalizmów południowych i posługiwał się nimi przy każdej okazji. Bardzo podobało się to ludowi, a tym samym w dużym stopniu ułatwiło mu dostęp do umysłów wiernych. W chacie i w górach czuł się jak u siebie, bo umiał mówić najszczytniejsze rzeczy w najpospolitszym języku. Mówiąc wszystkimi narzeczami, wchodził do wszystkich dusz. W obejściu był zresztą taki sam dla ludzi wykształconych i światowych jak i dla pospólstwa. Nigdy też nikogo pochopnie nie potępiał, zawsze brał pod uwagę okoliczności, powtarzając przy tym:
- Zobaczymy, jaką drogą poszedł błąd.
Będąc, jak sam powiadał, eksgrzesznikiem, nie miał w sobie owej wielkiej surowości dla innych i swoje przekonania w tej kwestii wypowiadał głośno, chociaż złośliwi okrutnicy marszczyli na to brwi.
"Człowiek - powiadał tymczasem biskup Ludomił - ma na sobie ciało, które jest jego ciężarem i zarazem pokusą. Ciągnie je za sobą i czasem mu ustępuje. Musi czuwać nad nim, powstrzymywać je, hamować i jedynie w ostateczności mu ulegać. W tej uległości też zresztą może być jeszcze błąd, ale taki błąd jest już tylko małym błędem. Jest upadkiem, ale upadkiem na kolana, upadkiem, który może zakończyć się modlitwą.
Być świętym, to być wyjątkiem, być sprawiedliwym - to już jednak zasada. Błądźcie, upadajcie, grzeszcie, ale bądźcie sprawiedliwi.
Starać się jak najmniej grzechów popełnić, powinno być prawem dla człowieka. Życie bez grzechu żadnego jest jednak marzeniem anioła. Wszystko, co bowiem jest ziemskie, ulega grzechowi. Grzech jest siłą ciążenia".
Jeżeli słyszał, że ludzie bardzo krzyczą i bardzo się na coś oburzają, mówił, uśmiechając się przy tym:
- Ho! ho! Musi to być jakaś wielka zbrodnia, której wszyscy się dopuszczają: przestraszona hipokryzja śpieszy więc z głośnym protestem, chcąc sama ukryć się za nim.
Był pobłażliwy dla kobiet i ubogich, których jednakowo mocno przygniatały społeczne zasady. Twierdził, że błędy kobiet, dzieci, sług, słabych, ubogich i nieświadomych są błędami mężów, ojców, panów, silnych, bogatych i uczonych.
Powiadał przy tym:
- Tych, którym brakuje wiedzy, uczcie, jak tylko możecie najwięcej, społeczeństwo popełnia błąd, nie oferując nauki bezpłatnej, ono samo odpowiada za ciemnotę, którą stwarza. W nieuczonej duszy jest ciemno i grzech się rodzi. Winnym jest nie ten, co popełnia grzech, ale ten, który sprawie ciemność.
Jak widać, miał specyficzny i właściwy dla siebie sposób osądzania rzeczy, prawdopodobnie zaczerpnął go z Ewangelii.
Pewnego dnia rozpowiadano w jednym salonie o kryminalnym procesie, który się wówczas toczył, i o wyroku, jaki miał wkrótce zapaść. Sprawa dotyczyła nieszczęśnika, który pozbawiony wszelkich środków do życia, a mający ukochaną kobietę i dziecko na utrzymaniu, zajął się fałszowaniem pieniędzy. Fałszerstwo jeszcze wtedy było karane śmiercią. Zatrzymano również kobietę, która zmieniała pierwszą sztukę, wykonaną przez mężczyznę. Tak się złożyło, że dowody świadczyły jedynie przeciwko niej i tylko ona jedna mogła też obciążyć swojego kochanka i tym samym go zgubić. Pomimo tego, że bardzo na nią naciskano, zaparła się jednak. Wówczas prokurator wpadł na pewien pomysł: za pomocą urywków listów zręcznie podsuwanych oskarżonej, wmówiono nieszczęśliwej, że miała rywalkę i że ukochany ją zdradzał. Uniesiona szałem zazdrości, wydała wówczas mężczyznę, wszystko wyznała i wszystkiemu też dowiodła. Fałszerz był więc zgubiony: wkrótce miał zostać skazany w Aix, razem zresztą ze swoją wspólniczką. Teraz w salonie opowiadano o tym zdarzeniu, jednocześnie chwaląc zręczność urzędnika. Biskup słuchał tej historii w milczeniu, a na koniec zapytał:
- Gdzie będą sądzić tych ludzi?
- W sądzie kryminalnym - odpowiedział mu ktoś.
- A gdzie sądzić będą prokuratora?
Innym razem zdarzył się w mieście tragiczny wypadek. Pewien człowiek został skazany na śmierć za zabójstwo. Niezupełnie uczony, ale też nie całkowity nieuk, był kuglarzem na jarmarkach i jednocześnie publicznym pisarzem. Jego proces mocno wszystkich zajmował. W wigilię dnia przeznaczonego na egzekucję, więzień zachorował. Ponieważ potrzebny był ksiądz, który przygotowałby skazanego na śmierć, wezwano do niego proboszcza. Ten jednak odmówił w takich słowach:
- To do mnie nie należy. Po co mi ta pańszczyzna i ten kuglarz? Ja także jestem chory, a więzienie nie jest miejscem dla mnie.
Biskup dowiedział się o tym i rzekł:
- Ksiądz proboszcz ma słuszność. To nie miejsce dla niego, tylko dla mnie.
Natychmiast też udał się do więzienia; zaszedł do izby kuglarza, zwrócił się do niego po imieniu, wziął go za rękę i długo do niego przemawiał. Cały dzień tam spędził, zapominając o jedzeniu i odpoczynku, modląc się do Boga za duszę skazanego i modląc się do skazanego za jego własną duszę. Mówił mu największe prawdy, czyli te, które są zarazem najprostszymi prawdami. Był dla niego ojcem, bratem i przyjacielem, biskupem zaś tylko o tyle, by go pobłogosławić. Nauczył go wszystkiego, uspokajając i pocieszając zarazem. Gdyby nie on, kuglarz umarłby w rozpaczy, śmierć była bowiem dla niego przepaścią. Stał nad nią, drżąc cały i ze wstrętem się przed nią cofając. Był na tyle świadomy swej sytuacji, że nie mógł zachować spokoju. Wyrok śmierci wstrząsnął nim do głębi i niejako rozerwał tu i ówdzie ową zasłonę, która oddziela nas od tajemnicy rzeczy, a którą nazywamy życiem. Przez te okropne szpary wciąż patrzył poza ten świat i widział tylko ciemność: biskup natomiast ukazał mu światło.
Nazajutrz, kiedy strażnicy przyszli po nieszczęśliwca, biskup też tam był. Wyszedł za nim i ukazał się tłumowi w swoim fioletowym płaszczyku, z krzyżem biskupim na szyi, obok skazańca skrępowanego więzami.
Wraz z nim wszedł na wózek, wraz z nim w zstąpił również na rusztowanie. Kuglarz, który poprzedniego dnia tak bardzo był przybity i przygnębiony, teraz miał twarz rozpromienioną, czuł bowiem, że jego dusza pojednała się z niebem i spodziewał się ujrzeć Boga. Biskup pocałował go i w chwili, kiedy miało już paść ostrze, rzekł jeszcze:
- Bóg wskrzesza tego, kogo człowiek zabija, ten, kogo bracia zabijają, odnajduje Boga. Módl się, wierz i wstąp do życia! Bóg tam jest!
Kiedy zszedł z rusztowania, w spojrzeniu jego było coś takiego, co kazało tłumowi rozstąpić się przed nim. Nie wiadomo było, co bardziej podziwiać: jasność jego oblicza czy też jego spokój. Wróciwszy do swojego skromnego mieszkania, który z uśmiechem nazywał swoim pałacem, rzekł do siostry:
- Pontyfikalnie odprawiłem nabożeństwo.
Ponieważ rzeczy najszczytniejsze są zawsze najmniej rozumiane, znaleźli się przeto ludzie, którzy uważali postępek biskupa za przesadę. Opinie takie krążyły jednak tylko po salonach - lud, który w świętych czynach nie doszukuje się niczego złego, pełen był wdzięczności i podziwu.
Co do biskupa, to widok gilotyny stał się jednak dla niego ciosem, po którym długo nie mógł dojść do siebie.
Rzeczywiście, owa konstrukcja, która wzniesiona rozciąga się przed widzem, ma w sobie coś, co u każdego może wywołać halucynacje. Można obojętnie podchodzić do kary śmierci, nie ustosunkowując się do niej, dopóki na własne oczy nie ujrzy się gilotyny: jeśli zaś już raz się ją ujrzy, następuje gwałtowny wstrząs i wtedy już trzeba na coś się zdecydować - za albo przeciw. Jedni ją wychwalają, jak Joseph de Maistre, inni zaś potępiają, jak Cezare Beccaria. Gilotyna, która jest uświęceniem surowego prawa, sama z natury nie jest bierna i nie pozwala zachować bierności wobec siebie. Kto ją zobaczy, musi poczuć dreszcze. Dookoła jej ostrza ustawiły się wszystkie wątpliwości i niewiadome, dotykające społecznych zagadnień. Rusztowanie nie jest tylko budynkiem, nie jest tylko maszyną, zrobioną z drzewa, żelaza i sznurów. Wydaje się, że jest to jakiś osobny gatunek istoty, wykazującej jakąś ponurą inicjatywę: można by powiedzieć, że ta maszyna widzi, słyszy i rozumie, że to drzewo, żelazo i sznury posiadają własną wolę. Na jej widok dusza wpada w straszną zadumę i gilotyna przedstawia się wówczas jako coś ohydnego, coś biorącego czynny udział w tym, co robi. Rusztowanie jest rodzajem potwora, który wychodzi z rąk sędziego i cieśli; widmem, które zdaje się żyć strasznym rodzajem życia, na który składają się wszystkie zadane przezeń śmierci.
Toteż wrażenie było okropne i głębokie - nazajutrz po egzekucji i przez wiele następnych dni, biskup zdawał się być przygnębiony. Znikła pogoda, która w owej posępnej chwili jaśniała na jego twarzy: teraz widmo sprawiedliwości społecznej zaczęło go prześladować. On, co zwykle po spełnieniu każdego swojego obowiązku wracał rozpromieniony, teraz wyglądał tak, jak gdyby czynił sobie jakieś wyrzuty. Chwilami rozmawiał sam ze sobą, półgłosem prowadząc jakieś ponure monologi. Oto, co pewnego dnia usłyszała i zapamiętała jego siostra:
- Nie przypuszczałem, że to jest tak potworne. Źle jest zagłębiać się w prawo boskie do takiego stopnia, by nie spostrzegać prawa ludzkiego. Śmierć tylko do Boga należy. Jakim prawem ludzie ośmielają się dotykać tej rzeczy nieznanej?
Z czasem jednak wrażenie osłabło i powoli się zacierało. Zauważono mimo wszystko, że biskup starał się odtąd omijać plac egzekucji.
O każdej godzinie można było natomiast wzywać Myriela do łóżek chorych i umierających. Wiedział on o tym, że jest to jego najważniejszy obowiązek i najpotrzebniejsza praca. Rodziny wdów i sierot nie potrzebowały go nawet wzywać, sam przychodził. Potrafił całymi godzinami siedzieć w milczeniu obok człowieka, który utracił ukochaną żonę, czy też obok matki, która opłakiwała swe dziecię. Tak jak wiedział, kiedy powinien milczeć, tak też wiedział, kiedy zacząć mówić. Był nieocenionym przyjacielem, który nie tyle starał się osłabiać boleść przez zapomnienie, ile usiłował nawet zwiększyć ją, dając jednocześnie nadzieję. Powtarzał zawsze:
- Miejsce się na baczności, byście w fałszywy sposób nie zwracali się ku waszym umarłym: nie myślcie o tym, co gnije. Patrzcie wytrwale, a w głębi nieba ujrzycie światełko bijące od waszego ukochanego zmarłego.
Biskup wiedział, że taka wiara uzdrawia. Starał się uspokoić człowieka zrozpaczonego, pokazując mu palcem człowieka zrezygnowanego; tym samym przekształcając boleść, która patrzy w grób, w boleść, która patrzy w gwiazdy.
Rozdział V
Biskup Ludomił za długo nosił sutannę swoją
W życiu prywatnym Myriel kierował się takimi samymi zasadami, co w życiu publicznym. Dobrowolne ubóstwo, w jakim żył, ukazałoby całą swoją powagę i wdzięk temu, kto mógłby przypatrywać mu się z bliska.
Jak wszyscy starzy ludzie i większa część uczonych, biskup mało sypiał; krótki jego sen był za to głęboki. Rano najpierw przez godzinę rozmyślał, potem zaś odprawiał mszę: albo w katedrze, albo w swoim domu. Po mszy jadł śniadanie, składające się z żytniego chluba oraz mleka. Potem pracował.
Biskup tymczasem ma wiele zajęć: codziennie przyjmuje sekretarza biskupstwa, który zwykle jest kanonikiem, prawie codziennie gości też swoich wikarych. Musi również kontrolować kongregacje, rozdawać przywileje, przeglądać całą bibliotekę duchowną: książki do nabożeństwa, katechizmy diecezjalne, chorały itd.; pisać rozporządzenia, udzielać przyzwoleń na kazania, godzić ze sobą proboszczów i merów. Poza tym odpowiada za całą korespondencję duchowną i administracyjną - z jednej więc strony stolica apostolska, z drugiej państwo. Jednym słowem: tysiące spraw naraz.
Czas, jaki mu pozostawał, w pierwszej kolejności poświęcał potrzebującym, chorym i strapionym, a czas, który mu pozostawał po udzieleniu pomocy potrzebującym, chorym i strapionym, poświęcał pracy. Czasem kopał w swoim ogrodzie, czasem zaś czytał i pisał. Na wszystkie te zajęcia miał tylko jedno określenie: ogrodnictwo, jak bowiem powtarzał, umysł także jest ogrodem.
Koło południa, jeżeli była ładna pogoda, wychodził z domu i pieszo przechadzał się po mieście lub po wsiach, często zaglądając do chałup. Szedł tak sam, głęboko zamyślony, ze spuszczonym wzrokiem, opierając się na swej długiej lasce. Zazwyczaj ubrany był w swój fioletowy, ciepły płaszcz, fioletowe pończochy i grube trzewiki. Na głowie miał zaś płaski kapelusz o trzech rogach, z którego zwieszały się trzy kutasy z bulionami.
Tam gdzie się pojawił, natychmiast dało się słyszeć wielką radość. Można powiedzieć, że przejście jego miało w sobie coś ogrzewającego i oświecającego. Dzieci i starcy stawali w swych drzwiach, wychodząc do biskupa jak do słońca. Albo on sam błogosławił, albo błogosławiono jego. Ktokolwiek i czegokolwiek potrzebował, zawsze wskazywano biskupowi jego dom.
Tu i ówdzie zatrzymywał się, przemawiał do chłopczyków i dziewczynek, lub też uśmiechał się do matek. Odwiedzał ubogich, dopóki tylko miał pieniądze, jak tylko mu ich zabrakło, szedł do bogatych.
Swoje sutanny nosił bardzo długo, a ponieważ nie chciał, by to spostrzeżono, nie wychodził z domu inaczej, jak tylko w swej różowej pelerynie. Niewygodne było to zwłaszcza latem.
Wróciwszy ze spaceru, jadł obiad, składnikami swymi bardzo przypominający śniadanie.
Wieczorem, o wpół do dziewiątej, zasiadał do wieczerzy z siostrą - pani Magloire stała za nimi i im usługiwała. Nic skromniejszego od tej wieczerzy nie mogło już być. Jeżeli jednak biskup przyjmował u siebie któregoś z proboszczów, wówczas pani Magloire, korzystając z okazji, podawała na stół jakąś doskonałą rybę z jeziora lub delikatną górską zwierzynę. Każdy proboszcz służył zatem za pretekst do dobrej wieczerzy, biskup w takim przypadku bowiem nie oponował. Normalnie codzienne jego jedzenie składało się jednak z gotowanych na wodzie jarzyn i zupy na oliwie. Dlatego też w mieście powiadano, że jeżeli biskup nie jada jak proboszcz, to jada jak trapista.
Po wieczerzy Myriel jakieś pół godziny rozmawiał z panną Baptystą oraz z panią Magloire, potem wracał do swego pokoju i znowu pisał: albo na luźnych kartkach, albo na marginesie jakiegoś tekstu. Był nie tylko uczonym, lecz po części i erudytą. Zostawił po sobie pięć czy sześć dość ciekawych rękopisów, między innymi rozprawkę o wierszu Genezy Na początku duch Boży unosił się ponad wodami. Konfrontuje w niej ten wiersz z trzema innymi tekstami: wierszem arabskim, który zawiera słowa "wiatr Boży dął", Flawiuszem Józefem, który mówił, że "wiatr z góry pędzi na ziemię", oraz z parafrazą chaldejską Onkelosa, który powiada, "że wiatr pochodzący od Boga dął na powierzchnię wód".
W innej z kolei rozprawie roztrząsał teologiczne dzieła Hugo, biskupa Ptolemaidy, a zarazem pradziada tego, który pisze tę książkę, i utrzymuje jednocześnie, że biskupowi temu należy przypisać także rozmaite dziełka, które wyszły w ostatnim wieku pod pseudonimem Barleycourta.
Niekiedy podczas czytania jakieś książki, Myriel nagle wpadał w głęboką zadumę, która zwykle kończyła się tym, że na tejże książce zapisywał kilka linijek. Zapisane słowa często nie mają najmniejszego związku z książką, w której się znajdują. Tak jest chociażby z notatką, którą napisał na marginesie książki, opatrzonej takim tytułem: Korespondencja lorda Germain'a z generałami Clintonem i Cornwallisem oraz admirałami stacjonującymi na wybrzeżach Ameryki. W Wersalu, u Poincot, księgarza, i w Paryżu, u Pissot, wybrzeże Augustianów.
Oto słowa tej notatki: "O Ty, który jesteś! Eklezjasta nazywa Cię Wszechpotęgą. Machabeusze określają Cię Stworzycielem, Epistoła do Efezjan nazywa Cię Wolnością, Baruch nazywa Cię Ogromem, a Psalmy Mądrością i Prawdą. Jan nazywa Cię Światłem, królowie Panem, Księga Wyjścia nazywa Cię Opatrznością, Lewityk Świętością, Ezdrasz Sprawiedliwością, stworzenie nazywa Cię Bogiem, człowiek nazywa Cię Ojcem, ale Salomon nazywa Cię Miłosierdziem i to jest najpiękniejsze z imion Twoich".
Zazwyczaj koło godziny dziewiątej obie kobiety szły do swoich pokojów na pierwszym piętrze, zostawiając Myriela samego na dole aż do następnego rana. Tutaj nastał czas na dokładny opis mieszkania biskupa.
Rozdział VI
Kto miał strzec domu jego?
Dom, w którym mieszkał biskup, składał się, jak już zaznaczyliśmy, z dolnego i górnego piętra: trzy pokoje były na dole, trzy na pierwszym piętrze, do tego zaś strych. Za domem znajdował się ogród, obejmujący pół morga ziemi. Obie kobiety zajmowały pierwsze piętro, Myriel zaś mieszkał na dole. Tutaj pierwszy pokój, który wychodził na ulicę, służył mu za jadalnię, drugi za sypialnię, a trzeci przeznaczony był na modlitwy. Z tego ostatniego nie można było wyjść, nie przechodząc przez sypialnię, z sypialni zaś było tylko jedno wyjście prowadzące do jadalnego pokoju. W głębi modlitewni znajdowała się zamykana alkowa z łóżkiem gościnnym. Biskup ofiarowywał to łóżko wiejskim proboszczom, których potrzeby lub interesy parafii sprowadzały do jego miasta.
Do domu przylegał mały budynek, który kiedyś pełnił funkcję apteki szpitalnej, teraz zaś zamieniony został na kuchnię i spiżarnię. Prócz tego w ogrodzie znajdowała się jeszcze obora, przed zamianą służąca za kuchnię szpitalną, teraz zaś mieszcząca dwie krowy biskupa. Bez względu na ilość mleka, którą mu one dawały, biskup co rano połowę z tej ilości odsyłał do chorych w szpitalu.
- Płacę moją dziesięcinę - powiadał przy tym.
Jego pokój, całkiem sporych rozmiarów, w porze zimowej dość trudno było ogrzać. Ponieważ drzewo było w tych stronach bardzo drogie, Myriel kazał urządzić w oborze przegrodę, zamkniętą przepierzeniem z desek. Tam właśnie spędzał wieczory podczas najgorszych chłodów. Nazywał to swoim zimowym salonem.
W salonie tym, tak jak i w pokoju sypialnym, nie było niczego poza kwadratowym krzesłem z białego drzewa oraz czterech wyplatanych słomą krzeseł. Dodatkowo w pokoju jadalnym znajdował się jeszcze stary kredens, pomalowany farbą z klejem. Taki sam kredens, stosownie nakryty, ozdobiony białymi serwetkami i sztucznymi koronkami, służył biskupowi za ołtarz w jego modlitewni.
Jego bogate penitentki i bogobojne niewiasty z miasta niejednokrotnie urządzały między sobą składkę na nowy, piękny ołtarz modlitewny dla Jego Wielebności: ten zawsze brał od nich pieniądze, po czym rozdawał je ubogim.
- Najpiękniejszym ołtarzem - powiadał - jest dusza nieszczęśliwego, któremu udzielono wsparcia i który dziękuje za to Bogu.
Myriel miał w swojej modlitewni również dwa wyplatane słomą klęczniki i jeden fotel z poręczami - także wyplatany słomą - znajdujący się w jego sypialni. Jeżeli przypadkiem zebrało się tutaj siedem lub osiem osób naraz, na przykład prefekt albo generał, sztab pułku garnizonowego, albo kilku uczniów z małego seminarium, trzeba było przynosić z obory krzesła salonu zimowego, z modlitewnika klęczniki, a z sypialni fotel - takim sposobem zbierało się dla gości jedenaście krzeseł. Za każdym nowym przybyszem wynoszono meble z jednego pokoju.
Czasem trafiało się jednak i dwanaście osób. Wówczas biskup dla ukrycia swego kłopotliwego położenia stawał przed kominkiem, jeżeli była zima, lub też przechadzał się po ogrodzie, jeżeli było lato.
W zamkniętej alkowie znajdowało się jeszcze jedno krzesło, ale trzymało się tylko na trzech nogach, toteż nie można było go używać inaczej, jak tylko stawiać przy ścianie. Panna Baptysta również miała w swoim pokoju wielką berżerkę z drzewa niegdyś złoconego, pokrytą materiałem zdobionym w kwiaty. Fotel ten jednak wniesiono oknem na pierwsze piętro, bo schody były na to za wąskie, teraz więc niemożliwe było wykorzystanie berżerki w przypadku licznych gości.
Marzeniem panny Baptysty było kupić do salonu mahoniowe meble pokryte żółtym aksamitem. Kosztowałoby to jednak co najmniej pięćset franków: spostrzegłszy zatem, że w ciągu pięciu lat zdołała zaoszczędzić na ten cel zaledwie czterdzieści dwa franki i dziesięć sous, wyrzekła się wreszcie tego pragnienia. Zresztą, któż może osiągnąć swój ideał?
Pokój sypialny biskupa był tak prosty, jak tylko można to sobie wyobrazić. Okno wychodzące na ogród, naprzeciw szpitalne, żelazne łóżko z zieloną kotarą; w cieniu łóżka, za firanką, znajdowały się zaś przybory, zdradzające nawyk elegancji charakterystyczny dla światowego człowieka. Przy kominie znajdowały się drzwi prowadzące do modlitewni, drugie zaś umiejscowione były przy biblioteczce - te z kolei prowadziły do sali jadalnej. Biblioteczka była natomiast wielką, oszkloną szafą, w której znajdowało się pełno książek. We wspomnianym kominie - wykonanym z drewna, lecz pomalowanym tak, że przypominało ono marmur - znajdowała się para wilków żelaznych z wieńcami i ozdobami niegdyś posrebrzanymi, co było przykładem biskupiego zbytku. W kominie tym jednak zazwyczaj brakowało ognia. Nad kominem, zawieszony na czarnym aksamicie, widoczny był krucyfiks z posrebrzanej miedzi. Przy framudze okna stał wielki stół, na którym leżał kałamarz, rozmaite papiery oraz grube księgi; przed stołem zaś stał słomiany fotel. Przed łóżkiem leżał klęcznik pożyczony z modlitewni.
Po obu stronach łóżka wisiały dwa portrety w owalnych ramach. Małe napisy złożone na pustym tle płótna obok wizerunków wskazywały, że jeden z obrazów przedstawiał księdza Chaliota, biskupa z Saint-Claude, a drugi księdza Tourteau, generalnego wikariusza z Agde. Biskup, kiedy zajął ten pokój po chorych szpitala, znalazł już portrety, kazał je więc zostawić. Byli to przecież księża, w dodatku prawdopodobnie donatorzy, a zatem podwójnie zasługiwali na jego sympatię. Wiedział jednak o nich tylko tyle, że obaj byli w tym samym dniu, mianowicie 27 kwietnia 1785 roku, mianowani przez króla - jeden na biskupstwo, a drugi na swoje beneficjum. Myriel dowiedział się o tym fakcie wtedy, kiedy pani Magloire zdjęła obrazy w celu oczyszczenia ich z kurzu - zdarzenie to ktoś wypisał białawym atramentem na małym, pożółkłym kawałku papieru, który przyklejony był czterema opłatkami do tylnej strony portretu księdza Grandchamps.
Biskup Ludomił miał też przy swoim oknie starożytną firankę z grubej wełnianej materii, tak bardzo już starej, że kiedyś pani Magloire, chcąc uniknąć nowego wydatku, musiała zszyć ją na samym jej środku. Biskup często zwracał na to uwagę:
- Jak dobrze to wypadło! - chwalił za każdym razem.
Wszystkie pokoje - tak te na dole, jak i na górze - pobielone były wapnem, jak to się zwykle robi w szpitalach bądź w koszarach.
Pewnego razu pani Magloire odkryła jednak, że pod bielonym papierem znajdują się malowidła, które zdobiły kiedyś obecny apartament Baptysty. Dom ten, zanim został szpitalem, należał do mieszczan, stąd też owo obicie. Pokoje były wyłożone czerwoną cegłą, którą co tydzień czyszczono; przed wszystkimi łóżkami znajdowały się zaś plecionki ze słomy. Całe mieszkanie było zresztą przez obie kobiety utrzymywane w niezwykłej czystości. Był to jedyny zbytek, na który biskup pozwalał:
- To akurat nic nie ujmuje ubogim - twierdził.
Z tego, co kiedyś posiadał, pozostało mu jednak jeszcze sześć srebrnych sztućców oraz wazowa łyżka: błyszczały one wspaniale na grubym białym obrusie i pani Magloire z wielkim zadowoleniem codziennie na nie patrzyła. Ponieważ przedstawiamy tutaj pełną sylwetkę biskupa, musimy też dodać, że nieraz powtarzał:
- Trudno byłoby mi zaprzestać jadać na srebrze.
Do tego trzeba jeszcze dodać dwa wielkie lichtarze z masywnego srebra, które Myriel dostał w spadku po babci. W lichtarzach tych, które zwykle stały na kominku biskupa, znajdowały się dwie woskowe świece. Jeżeli akurat gościli kogoś na obiedzie, pani Magloire zapalała owe świece i stawiała lichtarze na stole.
Sztućce co wieczór pani Magloire zamykała w małej ściennej szafce, znajdującej się przy łóżku biskupa. Trzeba zaznaczyć, że nigdy jednak nie wyjmowano z niej klucza.
Ogród, trochę oszpecony dość brzydkimi zabudowaniami, o których już wspominaliśmy, składał się z czterech alei na krzyż, zbiegających się koło małej sadzawki do ścieku wód; aleja przechodziła także dookoła ogrodu i wzdłuż otaczającego go białego muru. Między tymi drogami znajdowały się cztery kwadraty ozdobione bukszpanem. Na trzech z tych poletek służąca sadziła jarzyny, na czwartym zaś biskup pielęgnował kwiaty, tu i ówdzie znajdowało się też parę drzew owocowych.
Pewnego razu pani Magloire rzekła do biskupa z pewnego rodzaju łagodnym przytykiem:
- Wasza Wielebność ze wszystkiego pragnie wyciągnąć korzyść, tymczasem ta część ziemi nie przynosi przecież żadnego pożytku. Lepiej byłoby tutaj mieć sałatę niż bukiety.
- Myli się pani, pani Magloire - odparł na to biskup. - Piękno jest równie użyteczne, jak sama użyteczność. - Po chwili zaś dodał. - A może nawet bardziej.
Ten kwiatowy ogródek, składający się z trzech czy czterech grządek, tyle prawie zajmował biskupa, co i jego książki. Chętnie spędzał tam po parę godzin, obcinając, pieląc, tu czy tam kopiąc ziemię, sadząc lub zasiewając. Nie był jednak takim wrogiem owadów, jakim powinien być ogrodnik; nie miał zresztą żadnej skłonności do botaniki, nie znał się na gatunkach i rodzajach roślin, nie myślał dokonywać wyboru między metodą botanika Tourneforta a metodą naturalną, nie trzymał ani strony komórek przeciw liściom, ani strony Jussieu'ego przeciwko Linneuszowi. On nie studiował kwiatów: po prostu je kochał. Bardzo szanował uczonych, ale jeszcze bardziej szanował nieuczonych, i nic nie ujmując tym dwóm szacunkom, co wieczór podlewał grządki swoją blaszaną, pomalowaną na zielono konewką.
W domu biskupa nie było ani jednych drzwi, które zamykane byłyby na klucz. Drzwi od pokoju jadalnego - które, jak wiadomo, wychodzą wprost na plac katedralny - były kiedyś wyposażone w zamki i w rygle niczym bramy więzienia. Biskup kazał jednak zdjąć wszystkie te żelaza i od tej pory drzwi te dniem i nocą zamknięte były jedynie na klamkę. Pierwszy lepszy przechodzień, o którejkolwiek godzinie, bez problemu mógł je otworzyć. Na początku obie kobiety mocno przejmowały się tym faktem, biskup uspokoił je jednak:
- Jeżeli chcecie, możecie kazać przybić rygiel do swoich pokojów.
Skończyło się na tym, że zaczęły chyba podzielać jego zaufanie, jeśli go zaś nie podzielały, przynajmniej nie dawały tego po sobie poznać. Jedynie pani Magloire od czasu do czasu ulegała strachowi. Jeśli chodzi o Myriela, to wyjaśnił on swoje stanowisko w tej kwestii w słowach, które napisał kiedyś na marginesie biblii: "Oto jest mała różnica: drzwi doktora nie powinny być nigdy zamknięte, drzwi księdza powinny być zawsze otwarte".
Na innej książce, noszącej tytuł Filozofia nauki medycznej, napisał inną z kolei notę: "Czyż ja nie jestem doktorem jak oni? Ja także mam moich chorych: przede wszystkim mam tych, którzy faktycznie do nich należą i których nazywają chorymi, a potem mam tych, których nazywam nieszczęśliwcami".
Gdzie indziej napisał znowu: "Nie pytaj o imię tego, który cię prosi o przytułek. Ten właśnie, któremu imię zawadza, najbardziej potrzebuje schronienia".
Zdarzyło się pewnego razu, że pewien zacny proboszcz - nie pamiętam już, czy to był proboszcz z Coloubroux, czy z Pompierre - prawdopodobnie za namową pani Magloire, zapytał biskupa, czy nie jest do pewnego stopnia nieostrożnością zostawiać tak w dzień i w noc drzwi otwarte przed każdym, kto chciałby wejść, i czy nie obawia się jakiegoś nieszczęścia w domu tak źle strzeżonym. Biskup dotknął jego ramienia z łagodną powagą i rzekł:
- Nisi dominus custodierit domum, In vanum vigilont qui custodiunt eam.
Potem zmienił temat rozmowy.
Dosyć chętnie powtarzał:
- Tak jak istnieje odwaga pułkownika dragonów, tak i istnieje odwaga księdza. Tyle że nasza odwaga powinna być spokojna.