1
W kilka lat od tego zdarzenia siedzieliśmy na sofie, ja i Abelia, mocno przytuleni, w gorączce dyskutując na bieżące tematy:
- Czegóż jeszcze od siebie wymagasz? - zapytywała narzeczona, kobieta piękna, młoda i finansowo uposażona, lecz kompletnie rozstrojona wynikiem ostatnich wypadków.
Tłumaczyłem jej długo i zawile, sam niekiedy wątpiąc w słuszność mej tezy:
...że będąc raczej słabo rokującym dziennikarzyną "The Argus" niż wziętym korespondentem nigdy niczego nie osiągnę, że będę tkwił w papierach po uszy i prosił się tępych redaktorów o marne rubryki. Z kiepskiej pensji nie dam rady pokryć czynszu lichego dwunastopokojowego mieszkania, nie uposażę dzieci, nie usatysfakcjonuję w stopniu najmniejszym jej szlachetnej osoby z renty oficerskiej i farmerskich wpływów. I że żywię wobec niej uczucia najgłębszej miłości i wielkiego szacunku, że śnię każdej nocy o jej bliskości, że potrafiłbym udać się do samego dna piekieł, gdzie nieskromnie zażądałbym od szatana, by kupił mą duszę i wymienił na lata szczęścia u jej boku. Nie byłoby rzeczy, której bym dla niej nie zrobił, góry, której bym nie zdobył i morza, którego bym nie przepłynął, lecz we wspomnianej materii o to jedno ją, ukochaną ponad wszystko, proszę...
Głaskała me ramię i trzeźwymi słowami od nowego pomysłu odwodziła. Wtedy ja w inne wpadałem tony:
- Pani ma najdroższa - mówiłem, oczekując współczucia - owszem, mógłbym ruszyć mobilem pasażerskim do Ballarat
i tam, harując w kopalniach złota, dorobić się po latach pięknego domu z wyciągowymi balkonami, z wieżami o zmiennej wysokości, o murach z kontrastami, ale taka perspektywa ciężkiej pracy fizycznej staje w opozycji do mego światopoglądu - dodałem.
- Ależ któż ci każe pracować tak ciężko, Jack?
Znów jej przerwałem:
- Poza tym jakie hańbiące to byłoby zajęcie dla dżentelmena, którym ze zmiennym szczęściem zawsze byłem? Dla inżyniera kawitologa, dla licencjonowanego geologa i hydrologa? Dla literata i filozofa? Dla podróżnika?
- Już dość zrobiłeś dla ludzkości. Te wszelkie wyprawy i poczynione dla ratowania zaginionych ekspedycji wspinaczki! Dla armii utraciłeś zdrowie - dorzuciła egzaltowanym tonem. - Masz już czterdzieści sześć lat. Myślałam, że biologicznie postarzały, psychicznie też się ustatkujesz, a tu nagle dochodzisz do konkluzji niesłusznej, że jeszcze nie dość? Nie za późno już na skrajne ryzyko? - rozważała.
- W życiu nie upaprałem sobie smarem ręki - wyznałem na poły szeptem, na poły do siebie, ciągle myśląc ze wstrętem o fizycznej pracy, a puszczając jej wnioski mimo uszu.
Wtedy podała mi list, który jej wysłałem nie tak dawno. Kazała mi na głos czytać:
Moja Najdroższa Abelio - pisałem dnia 24 czerwca roku 1912.
Przed oczyma stanął mi inny poranek i inna ulica. Wspomnienia zdawały się na nowo żywe.
Nie dalej jak dwa miesiące temu oddział speleologów militarnych, którym będąc w spoczynku kierowałem, otrzymał propozycję wysoko płatnej asekuracji misji ratunkowej dowodzonej przez jeszcze mi wtedy nieznanego lorda Duncana Bizzarda. Znany powszechnie podróżnik i łowca dzikich bestii udawał się w głąb nie tak dawno odkrytej szczeliny skalnej, nazwanej na cześć odkrywców jaskinią Portiera Meddisona. Najgłębsza i najrozleglejsza pieczara, jaką do tej pory odkryto, trafiła natychmiast do stanu zasobu armijnego. Nie wysłano do wnętrza ludzi, ale automaty kroczące. Sterowana drutem telegraficznym żeliwna rura balonowa zapuściła się aż na czterysta szósty kilometr. Tylko brak było informacji, czy dystans ten był przez maszynę mierzony w pionie, czy w poziomie.
Żyjemy w arcyciekawych czasach, najdroższa ma Abelio! - pisałem dalej.
Oto zaledwie dwa lata wcześniej sir Albert Chesley zdobył na pokładzie sterowca "Ambomidall" biegun południowy. Książę Randall Huppier założył w wydrążonych lodowcach arktycznych pierwsze w historii pływające bazy polarne, a inżynier Pustoo zwodował pontonowe mosty, łączące kontynenty Europy i Afryki.
Podczas gdy książę Eduardo Petersbourough szykuje się do swej pierwszej wyprawy na Księżyc, niewielka radiotelegraficzna skrzynka w locie bezzałogowym właśnie mija Plutona.
Kazała mi przerwać na chwilę.
- Po co mi o tym wszystkim pisałeś? - zapytała. - Chciałeś mnie ujrzeć zasmuconą?
Po namyśle odparłem:
- Jako że byłaś i jesteś mi drogą sercu duszą, ufałem, że mnie zrozumiesz. Tylko się wtedy usprawiedliwiałem, że cały świat się w odkrywczości rozszalał i rozkochał, a ja wraz z nim do reszty sfiksowałem. Za pierwszym razem, będąc jeszcze świeżym speleologiem kadetem, musiałem wziąć udział w militarnym eksperymencie i wraz z tysiącem innych odważnych przetrzeć szlaki konstrukcji kawitalnej
. Ryzykowałem, zapinając na ścianach ogromne szyny i wprowadzając na nie po raz pierwszy w świecie parowe automatony. Sam przecież zakładałem łącza, wklejałem w precyzyjne odlewy druty sterowania i naprowadzając obiekty na tory, instruowałem pamięć mechaniczną, jak dalej toczyć powinna machinerion w głąb ziemskich otchłani. Nie chciałbym tej męskiej gorączki utracić. Kim byłbym, pozbawiony jej? Wytartym szczegółem zajmującej historii? Wybacz, ale jeszcze nie chcę.
"W sumie zapięto do skały drabiny szynowe o łącznej długości dwudziestu tysięcy metrów - dodałem w myśli. - Z eksploracji zrezygnowano zaraz po tym, jak w składzie atmosferycznym podziemia dostrzeżono niebezpieczne stężenia ulatniającego się ze ścian gazu lub jeszcze czegoś innego. O czym sza... W końcu Brytyjska Armia Imperialna zdecydowała się otwory wejściowe zaczopować i na lata całe wszelkie dostępy do korytarzy obmurować i zamknąć kratą. Dopiero skonstruowanie przenośnej i lekkiej maski gazowej pozwoliło na bezpieczne przebycie szeregu zatrutych kilometrów".
- A pamiętasz, kiedy przybył do mego domu pewnego popołudnia dumny i w nieco podeszłym wieku oficer? - zapytała.
- Był to pan Bizzard?
- Otóż to. On właśnie - potwierdziła, rozsiadając się wygodniej na sofie, którą zajmowaliśmy wspólnie.
- Pamiętam, że kilka lat wcześniej, będąc jeszcze asystentem inżyniera kawitologii, pana Morrisa Hugleya, ukończyłem zaoczne studia z zakresu potamologii. Trzeba ci, pani, wiedzieć, że to wprost królewska nauka o rzekach, strumieniach i jeziorach. W kraju, w którym większość dzikich ostępów stanowią niezmierzone pustynie, na niewiele by mi się jednak przydała. Pogłębiłem więc studia hydrologii i oceanografii. I tu znów fiasko. Zaczepiłem się więc o geologię. Ta ostatnia zgłębiona szczegółowo wiedza wespół z kawitologią stosowaną stały się na długo źródłem mego utrzymania. Zdobyłem od ręki licencję kadeta speleologicznego. Sam namiestnik cesarski korony australijskiej pogratulował mi sukcesów.
- Jednym słowem stałeś się fachowcem, którego oprócz skał interesowała woda, woda i jeszcze raz woda, i to woda w każdym jej stanie skupienia, sprężenia i krystalizacji czy obszarów występowania. Mój ty kochany wodniaku - rozmarzyła się panna, tuląc na nowo do mego ramienia.
- Jak dobrze wiesz, na przeciąg kolejnych dwóch lat oddaliłem się od życia publicznego i poświęciłem całkowicie armii. Wziąłem udział w wielu poważnych ekspedycjach naukowych. Uczyniono mnie korespondentem gazety codziennej "The Argus", której biuro prasowe mieści się w tym samym budynku na Elizabeth Street, co "The King Rodent" i "La Puffalo". Dotarłem do najgłębszych jaskiń Nowej Południowej Walii, gdzie budowałem dla rządu systemy jeszcze raczkujących urządzeń wydmuchu kawitacyjnego. Technologia ta, wykorzystująca pryncypium rozprzestrzeniania lawy, zdolna była do stopienia każdych gruntów i do wydmuchiwania cieczy skalnej w przygotowaną nieckę na przestrzeni kilku podziemnych kilometrów. Idealna do podziemnej inwazji na obce, zagrażające naszym politycznym interesom państwo. Parowe drabiny nie były jeszcze wtedy tak sprawne jak dzisiaj. Mechanizm z trudem dawał sobie radę z ciągnięciem ich w głąb potężnych studni wulkanicznych. Bezwzględnie wymagały asysty człowieka. W tamtej pracy niemal straciłem obie nogi.
- I musisz akurat teraz wracać wspomnieniem do tych ponurych szpitalnych czasów?
- Mam swoje powody. Muszę. - Mój grobowy nastrój chyba się jej udzielił, bo nagle posmutniała. - I tam, w przyszpitalnym ambulatorium, los zetknął mnie z osobowością nie tyle inspirującą, co przemożnie umysłowo wpływową, która wywróciła moje poglądy w kwestii otaczającego nas świata i wskazała istotne dynamiczne, a dotąd mi nieznane powiązania. Był to naukowiec, profesor nadzwyczajny i hrabia w jednej osobie: Ocearus Gwidon Molier.
- To miałeś szczęście - niemal zaszydziła.
- Zajmowaliśmy się wówczas w laboratorium na Bourke Street szczytną analizą wyników hydrogeologii złożowej. Interesowały nas szczególne różnice w wykrytych przez wspomnianego pana Moliera specyficznych zanieczyszczeniach w zbiornikach wód podziemnych. Ponieważ byłem, jak mówiono, wyjątkowo uzdolnionym fachowcem w tej dziedzinie, Ocearus zadał mi do przeprowadzenia szereg niekonwencjonalnych eksperymentów, które przy takim nadmiarze faktów i wydźwięku ideowym wzbudziły zarówno moją czujność, jak i ciekawość.
- Poddał cię interrogacji?
- Tak. Interesowały go tajne informacje militarne. Chodziło mu przede wszystkim o prognozowanie migracji wód. O sposoby regulacji przepływu i wszelkie wzrosty i niedomiary. Pytał o okresy posuchy w najgłębszych znanych nam jaskiniach, o poziom wilgotności powietrza, a nawet o napotykane życie biologiczne w rodzaju nieznanych nam bliżej form robaków i glonów.
- Ocearus pytał o migrację wody? Nie rozumiem, dlaczego armia zajmowała się tak prozaicznym tematem.
- Na wojnie nie ma prozaicznych tematów.
- Przecież panuje pokój.
- Coś takiego jak "pokój" nie istnieje. Zwykle intensywnie przygotowujemy się do kolejnej wojny.
- Czegóż więc szukał profesor? Czyżby pracował dla obcych wywiadów?
- Spokojnie. Jest dobrym patriotą i zasłużonym bohaterem. Uważał, że część zasobów wodnych Ziemi nie należy do planety, a przybywa z innych wymiarów.
- Skrajnie nieprawdopodobna hipoteza.
- Też tak myślałem. Dostawałem gęsiej skórki na samą myśl o ewolucji gatunków w najgłębszej eksplorowanej przez człowieka, bo podlądowej strefie ziemskiej skorupy. Profesor mówił z tak dziwnym przekonaniem i tak zawile perswadował, że czasem podejrzewałem go o szaleństwo. Szczególnie gdy podsuwał mi szkice odnalezionych organizmów. Bałem się onych wyimaginowanych skorupiaków, szczególnie form na powierzchni już zapomnianych, z dawna zaginionych. Tam, gdzie planeta według biegłych uczonych ukrywała trzykrotne zasoby wodnej masy wszystkich powierzchniowych oceanów, mogło istnieć życie ekstremalne i potworne w każdym rozmiarze.
- Miałeś partnera do dyskusji. Chociaż sama lubuję się w okresie kambryjskim.
- Och, tak. Człowiek to światły i biegły w każdym rozumowaniu. Wówczas też wspomniałem mu o wynalazku, który, jak wiesz, pragnąłem jak najszybciej upublicznić. Przez kilka najbliższych dni mnie nękał i napominał, bym bezwzględnie nikomu wyników mych badań nie pokazywał. W końcu wysupłał kilkaset funtów i zachęcił mnie do milczenia. Zabronił na podstawie umowy pisemnej puścić wynalazek w patenty i sprzedaże aż do dnia pierwszego stycznia roku tysiąc dziewięćset trzynastego.
- Czyżby to była data przypadkowa?
- Nie wiem. Zabrałem pieniądze i podpisałem papiery.
- Czy to ten sam projekt, w którym utopiłeś kilka tysięcy moich funtów?
- No cóż... Jesteś moim największym udziałowcem.
- Ale ja też nie ujrzałam nawet odrobiny tej nurkowej maszynerii.
- Mam to już w konstrukcji.
- Mówisz mi to od roku.
- Lada dzień przyniosę prototyp.
- No dobrze. I wtedy słuch o profesorze zaginął?
Potwierdziłem skinieniem głowy.
- Tak. Na próżno go szukałem. Rok cały lub dłużej nie dawał znaku życia. Dopiero niedawno ujrzałem na progu mych drzwi posłańca, dość enigmatycznie uśmiechającego się lorda Duncana.
- Już go widzę, jak się dumnie wypina.
- Stał z zapaloną fajką. Raptem ją o odrzwia wystukał i zamyślony strzepnął popiół na wycieraczkę. Wstrząśnięty własnym zachowaniem, przepraszał, obwiniając swój stan nerwowy.
- Było to pierwsze wasze spotkanie?
- Tak. Przedstawił mi pokrótce siebie i misję, w której ja miałem również wziąć udział. Stwierdził lakonicznie na koniec, że mój udział w wyprawie będzie ekstraordynaryjnie istotny.
- Ekstraordynaryjnie istotny? Mój Boże, jakże proste słowa potrafią cię uwieść!
- Oczywiście wpuściłem go do środka. Wkroczył. Rozglądał się po przedpokoju z nonszalanckim uśmieszkiem. Miał przewieszony przez ramię pas z potężnym, podwodnym rewolwerem, a w ręce, której mi nie podał, teczkę bodajże z mapami wszystkich światów.
Scena ta jak żywa stanęła mi w pamięci.
- Przybyłem tu z polecenia profesora Moliera - zaprezentował się. Gdy usiadł i tak mówił, rzetelnie dobierając słowa, aż powiało od niego myśliwskim trofeum, potrząsnął mną dreszcz niesłychanych emocji. Poniosły się wokół ostre swędy, a to z dalekiego buszu, a to z nakrapianych skałami niezmierzonych pustyń z żerującymi na nich metrowymi skorpionami. Bo przybysz był z tych niezłomnych, co po trupach dążą do celu.
- Pan Molier, pańskiej pomocy mnie poleciwszy - wyrzekł oględnie, napinając pomiędzy nami atmosferę - kazał wspomnieć butlę parową, której fragmenty miałeś pan kiedyś okazję oglądać.
- A tak, przypominam sobie - potwierdziłem, chociaż wciąż mnie senność i zmęczenie trapiły, czyniąc wspomnienie niewyraźnym i nieautentycznym. Ale tak, zauważyłem coś takiego w hotelowym apartamencie zaraz po powrocie ze szpitala! Niewyraźnie przypomniałem sobie fragmenty podmorskiej butli.
- Otóż mam drugą taką samą, przybyłą niedawno na mój adres własny, a mieszkam nad morzem, w okolicy Inverlock. Znalazłem wewnątrz list wzywający mnie do natychmiastowego udzielenia pomocy i opisujący wypadki nieprawdopodobne i prawie niemożliwe. Otóż pan Ocearus Molier testujący teleportacyjne węzły wiodące ku planetom obcym zarówno z najgłębszych morskich otchłani, jak i z nieprzebytych pieczar, uwięziony został przez wypadki niefortunne na najniższym podziemnym poziomie. Tam jego życiu zagraża bliskość aktywnego za ścianą skalną wulkanicznego kanału. O tym właśnie wspominał Edward Roche, twierdząc, że lawy rozpuszczone spoczywają tam na metalicznym jądrze.
- Tak, ale Roche
mówił coś o odosobnionych jeziorach lawy, nie o całej podpowierzchni
.
- W rzeczy samej, przypominam sobie. Jednak ich obszerność nie może być tak wielka, gdyż inaczej przyciąganie Słońca i Księżyca spowodowałyby dotkliwe przypływy.
- Powiedzmy.
- Podług więc tej hipotezy, obniżając się ku środkowi Ziemi natrafimy na jeziora roztopionych mineralnych materii, a tuż obok na stwardniałe jej części i ciągnące się w nich kawitacje.
- Tak myślę.
- Tam więc nasz dobrodziej przebywa. Najniższy to poziom. Lata zabrałaby mu droga na powierzchnię.
- Niestety, trzeba mierzyć siły na zamiary.
- Mierzył, jednak... Stanął biedak przed problemem mechanicznej kraksy. Niemożebnością było uruchomienie posiadanego sprzętu. Zatem zdesperowany uprosił przyjaciela, aby się poświęcił i zawrócił ku morzu. On to miał spróbować mnie odnaleźć za pomocą szczególnie dokładnie zaadresowanej podmorskiej butli.
- Sam nie mógł się przez to morskie przejście pofatygować i bezpiecznie zawrócić? - drażniłem lorda, chociaż dawno już podjąłem decyzję.
- Chodzi o przetestowanie obu metod transportacji. - Złościł się. - Skoro pierwsza droga wodna nie sprawia większego problemu, pora skoncentrować się na drugiej.
- Rozumiem zatem, że jest osaczony w mroku najgłębszych skał?
- Właśnie.
- Pozostała mu wspinaczka?
- Bite osiemdziesiąt kilometrów z dołu do góry. O dystansach horyzontalnych lepiej nie wspominać. Tak właśnie się sprawa przedstawia. Szczerze pana upraszam - ponaglał lord, gdy przeglądałem przyniesione przez niego nie tylko mapy, ale także dokumenty i listy. Przestudiowałem również prawdziwość pieczęci na zezwoleniach wojskowych i zbadałem podpisy znanych mi zacnych generałów. Wszystko wydawało się być w idealnym porządku. Nieczęsto zdarzał się ktoś, kto tak błyskawicznie zdobywał sobie zaufanie admiralicji, a szpiegów i sprzedawczyków japońskich było zatrzęsienie.
- Nie musi się pan spieszyć. Poczekam - rzekł lord, ukrywając złość, bo się widać zorientował, że go mam za agenta Orientu.
- Zatem jeszcze raz podsumujmy. Twierdzi pan, że profesor Molier, zapuściwszy się w najdalsze oceaniczne głębie, zaplanował później drugą próbę wyjścia na ląd? Na podziemia!... Jak to możliwe? Czyżby nie obawiał się zalania i utopienia? I dlaczego ryzykował tę bardziej niebezpieczną drogę?
- To już będzie inna opowieść. Mniemam, że sam pan Molier wyjaśni rzecz całą w szczegółach. Zresztą dla takiego kawitologa jak pan sprawy szybko staną się oczywiste.
Na jawne pochlebstwo uśmiechnąłem się pod wąsem. Było jasne, że lord pragnie mnie sobie zjednać. Co do kawitologii, to nowa dziedzina szybko zdobywała popularność. Przemysł na jej fundamentach powstały mógł odmienić losy cywilizacji nie tylko ziemskiej, ale też księżycowej - w planach kolonizacyjnych.
- Błagam pana o pośpiech.
- A to dlaczego?
- Losy profesora ważą się teraz, bo w każdej chwili może on zginąć z ręki nieznanych nam bliżej plemion, zamieszkujących najgłębsze ziemskie otchłanie. Nie wiadomo, czy to są dzicy ludzie, czy udające inteligentne małpoludy. Upraszał szczególnie o pańską pomoc. Pańskiej grupie speleologicznej również poświęcił chwilę uwagi. Zażądał, aby go możliwie najszybciej ratowano.
- Zaraz mam pójść? - roześmiałem się.
- Nie mamy czasu do stracenia - odparł żarliwym, rozkazującym tonem. - Niech się pan czym prędzej ubiera! I zawezwie kamerdynera, by ten pobiegł do stacji telegrafu i zawiadomił innych, najbardziej pana zdaniem zaufanych i pomocnych.
I gdy ja, tak zdumiony własną reakcją, rozsyłałem wieści listowne do przyjaciół rozrzuconych po miastach i miasteczkach w obrębie stanu Victoria, on już załatwiał następne glejty, kody do maszyn drabiniastych i pozwolenia wejścia do obszarów ściśle zamkniętych.
W mig byliśmy gotowi.