Nazywam się Zacharski, Marian Zacharski. Wbrew regułom - Marian Zacharski

-
Proszę czekać

Los Angeles, 28 czerwca 1981 roku, niedziela

Strumień wody na spocony kark. Jest pełnia lata. Jest pięknie.

Przed południem w Santa Monica z dziewczynkami, godzina beztroskiego spaceru.

Małgosia uparcie ćwiczyła niespadanie z roweru, Karolina biegała za piłką.

Gdyby nie wyjazd zabrałbym je na basen. Potem zjedlibyśmy obiad gdzieś pod miastem. Może w knajpce Benihana of Tokyo w Marina del Rey? Dziewczynki piszczałyby z uciechy, patrząc na popisy japońskiego kucharza.

A potem, wieczorem, nim niedziela zamieni się w poniedziałek, poszukałbym na ciele Basi cienia tych wszystkich chwil, które spędziliśmy osobno. Może nawet znalazłbym w jej oczach i ustach rozgrzeszenie.

Strumień wody na głowę. Chłodny.

Zimny prysznic.

Nic z tego nie będzie. Nie dzisiaj. Za dwie godziny mam samolot do Chicago i zobaczymy się dopiero za tydzień. Ale wtedy czeka nas przeprowadzka, bo od dwóch tygodni z Los Angeles łączy mnie tylko nieprzeniesiony dom. Odkąd awansowałem na głównego szefa Polamco, pracuję w Chicago. Remont domu, który dla nas wyszukałem, kończy się i za tydzień możemy się wprowadzać.

Znam swoją pracę i znam siebie. Pierwsze miesiące upłyną w rytmie dwunastogodzinnego dnia pracy. Dziewczynki będę widywał rano, a potem całował śpiące w czoło. Basia zmęczona całodzienną opieką nad domem i nimi, nieraz zaśnie, nim zdążę wrócić. Są jednak awanse, których się nie odrzuca.

Mam dwadzieścia dziewięć lat i jestem najmłodszym prezesem w historii firmy. Gdy zostałem mianowany i delegowany do Chicago, niektórym starszym pracownikom to się nie spodobało. Jeden nawet poprosił o przeniesienie do Polski. Słusznie, tam żaden gówniarz nie będzie nim kierował. Moja kariera w Stanach jest całkowicie amerykańska: niecałe sześć lat. Najpierw jestem zwykłym pracownikiem, potem zostaję szefem sprzedaży na całe Zachodnie Wybrzeże, po krótkim czasie okazuje się, że robię osiemdziesiąt procent obrotu firmy. Awans na wicedyrektora Polamco, a teraz zostałem szefem centrali. Zostawiam w Los Angeles świetnie prosperujący oddział, w Chicago czeka na mnie zarządzanie całą firmą. Jasne, że mam żyłkę sportowca.

Zakręcam wodę. Ręcznik.

Myślę sobie: "Tydzień, dwa i wszystko się poukłada. Basia zajmie się urządzaniem nowego domu, dziewczynki poszukają koleżanek. Nie będę pracował w weekendy. Tylko rodzina. Zwiedzimy okolice, będziemy razem".

Mam godzinę i dwadzieścia minut do odlotu. Straciłem poczucie czasu pod prysznicem.

Jeszcze kilka drobiazgów do torby. Od dwóch tygodni żyję na walizkach, a moja rodzina niemal w kartonach. Basia spakowała już większość rzeczy. Dziewczynki kłócą się o coś w swoim pokoju. Kalisia jest młodsza i nieustępliwa jak każda przyzwoita trzylatka. Z kuchni dobiega dźwięk talerzy, więc Basia przygotowała lunch. Mam spodnie, nie mogę znaleźć koszuli. W tę, którą miałem rano na spacerze, dziewczynki wytarły buzie kolorowe od lodów. Moja żona w niebieskiej sukience, widzę ją, jak wspina się na palce, by sięgnąć talerze z wyższej półki. Ma nieobecny, rozkojarzony wzrok. Jestem w nieustającej podróży, odkąd się znamy. Nigdy się nie przyzwyczaiła. Pytanie o koszulę tylko ją rozdrażni, szukam sam.

Jest. "Mam farta" - myślę, wyciągając ją z płaskiego kartonu i burząc przy okazji symetryczny ład poukładanych ubrań. Nie potrafię ich wsunąć tak, jak były. Upycham, może Basia nie zauważy.

Mam godzinę i piętnaście minut.

Może nie będę jadł? Zamiast tego usiądziemy z Basią i napijemy się kawy. Pocałuję ją w kark, jest taka ładna w tej sukience i w tym przedwyjazdowym smutku. Nie, gotowała cały poranek, wścieknie się, jeśli odmówię.

Pukanie do drzwi.

Zastygam.

- Otwarte! - krzyczy Basia w stronę drzwi i w jej głosie mógłbym usłyszeć spokój, że to sąsiadka, albo mały Sean chce wyciągnąć Małgosię na plac zabaw.

Mógłbym, gdyby nie błyskawiczny strumień skojarzeń, który połączył ostatnie miesiące i dni z godzinami dzisiejszego przedpołudnia. Strumień, który nie był pytaniem. Był pewnością.

Patrzę na Basię otwierającą drzwi, zdziwioną widokiem "Chińczyka". Już odwraca się do mnie, jakby chciała zapytać, ale Special Agent Tom Moon Eng Linn nie wchodzi. Stoi w progu, wyciągając przed siebie legitymację FBI. Patrzy mi w oczy i mówi:

- Marian, jesteś aresztowany pod zarzutem złamania tytułu 18 paragraf 794 kodeksu karnego Stanów Zjednoczonych.

Nie spuszczam oczu, nie odwracam głowy, odpowiadam:

- Proszę o kontakt z polskim konsulem generalnym w Chicago.

Basia blednie i pyta "Chińczyka":

- Pod zarzutem?... Czego?

- Szpiegostwa - odpowiada Tom Moon Eng Linn, nie patrząc na nią, i przekracza próg mojego domu.

Zza jego pleców dosłownie wylewa się grupa uzbrojonych agentów. Wbiegają do mieszkania z odbezpieczoną bronią. Trzy, cztery, pięć... Po co ja ich liczę? Jakie to ma znaczenie? Nas jest dwoje - Basia i ja, i nasze dwie córeczki. Ich piętnastu, razem z "Chińczykiem" - SA Linnem. Poznaję jeszcze jednego: SA McCarthy. Niedobrze. Rozbiegają się po całym mieszkaniu. Dwóch jednym susem ląduje za mną, odgradzając mnie od otwartych drzwi balkonowych (Naprawdę myśleli, że będę skakać? Nie przyszło mi to do głowy). Zaglądają wszędzie - łazienka, sypialnia, krzyk: wbiegli do pokoju dziewczynek. Kurwa mać! Z odbezpieczoną bronią?! Do dzieci?! Pieprzony "kompleks Johna Wayne'a"! Czterech jest przy mnie, pozostali biegają, wymachując bronią. Dobra, pozwalają Basi pójść do dziewczynek. Wśród agentów są dwie kobiety, jedna towarzyszy mojej żonie i wraz z dwójką innych zostaje tam, w pokoju, razem z nimi, przy otwartych drzwiach - słyszę już, jak Basia uspokaja dziewczynki. Druga kobieta jest w tej czwórce, która pilnuje mnie osobiście. To tłumaczka. Podobno mówi po polsku. Chwała Bogu, że znamy angielski! Pozostali zaczynają systematyczne przeszukiwanie domu. Z niepokojem śledzę każdy ruch McCarthy'ego. Niestety, w pewnym sensie się znamy i to z najgorszej strony. Mamy ze sobą na pieńku. Według mnie to człowiek nieopanowany. Dobra, wariat wymachujący bronią. Nie chcę, żeby zbliżał się do dzieci. Proszę o to "Chińczyka", on uspokajająco kiwa głową i kończy procedurę aresztowania:

- Ma pan prawo milczeć, cokolwiek pan powie, zostanie użyte przeciwko panu w sądzie.

Teraz to "pan", bo czyta formułkę z kartki, wcześniej się nie krępował, byliśmy przecież po imieniu.

- Ma pan prawo rozmawiać z adwokatem, aby zasięgnąć porady przed przesłuchaniem, ma pan prawo być przesłuchiwany w obecności adwokata, jeśli nie stać pana na adwokata, przydzielimy go z urzędu, jeśli zdecyduje się pan odpowiadać na pytania bez obecności adwokata, przysługuje panu prawo zrezygnowania z odpowiedzi do czasu rozmowy z adwokatem - recytuje jednym tchem.

Dalej zwyczajowo: że przeczytałem oświadczenie, że rozumiem, że nie działam pod żadnym przymusem (piętnastu uzbrojonych agentów to, rzecz jasna, jeszcze nie przymus), że nie potrzebuję adwokata i zgadzam się teraz złożyć zeznania. I miejsce na podpis.

Odmawiam podpisania.

Tłumaczka czyta tekst po polsku. Domyślam się raczej, że to o to chodzi. Proszę, żeby nie czytała. W tej sytuacji to groteskowe. Kaleczy język. "Chińczyk", tłumacząc koleżankę, mówi:

- Jesteś pierwszym aresztowanym przez nas Polakiem.

- Dobrze mówię po angielsku. Nie podpiszę tego. Żądam kontaktu z polskim konsulatem.

- To później. To może zaczekać.

Podpisali oświadczenie sami: na wersji angielskiej SA Linn i SA Smith, na wersji polskiej SA Knight i SA Charron (to ta, pożal się Boże, tłumaczka!).

Smith dzwoni (domyślam się, że do przełożonego) i melduje, że "wejście" jest udane i wszystko jest pod kontrolą. Na zakończenie podaje przez telefon godzinę: 14.58. Przemknęło mi przez myśl, że za godzinę mam samolot, ale to tylko mgnienie. Przecież wiem, że dzisiaj już nigdzie nie polecę.

Wciąż przeszukują mieszkanie. Najpierw robili to chaotycznie, teraz zaczęli systematyczne wyrzucanie wszystkiego z szaf. Niewiele tego było, więc zabrali się do rozpakowywania kartonów. Kątem oka złowiłem wściekłe spojrzenie Basi. Pakowała to od ponad tygodnia. Rozglądam się za McCarthy'm. Nie ufam mu. Od samego początku myślę, że ten drań może mi coś podrzucić w trakcie rewizji. Linn widzi, że nie spuszczam wzroku z McCarthy'ego. Obserwuje teraz nas obu. Nie pozwalają mi niczego dotknąć. Mam stać i się nie ruszać. Na moje żądania kontaktu z konsulatem odpowiadają niezmiennie: "To później". W końcu "Chińczyk" zamienia kilka słów ze Smithem i jeszcze jednym agentem (jak się domyślam, dowodzącym akcją) na boku, wraca do mnie i mówi:

- Zbieraj się. Jedziemy.

- Dokąd? - pytam.

- Dowiesz się w swoim czasie.

"Chińczyk" mimo wszystko stara się być miły. Albo raczej: nie stara się być niemiły. Jako jedyny z agentów FBI zachowuje się normalnie, choć jest śmiertelnie poważny. "Jak w filmach" - myślę.

Pozwalają mi założyć koszulę. Ale najpierw dokładnie ją przeszukują. Ręce do tyłu. Zakładają mi kajdanki. Przed zapięciem jeden z nich dwa albo trzy razy je obraca. Skracają długość łańcuszka. Boli jak cholera. Przez zapięte kajdanki przerzucają moją marynarkę.

- Mogę pożegnać się z żoną?

"Chińczyk" waha się chwilę, ale woła Basię.

Nachylam się do jej ucha:

- Dzwoń do konsulatu, powiedz im, co się stało. Wszystko będzie dobrze... Basiu, zobaczysz...

Ma łzy w oczach, tamta agentka stoi przy niej i odciąga ją ode mnie. Całuję ją w policzek, Linn popycha mnie lekko, koniec, nie ma czasu. Odwracam się spod drzwi, chcę spojrzeć na Basię, ale znikła już w pokoju dzieci, SA Smith szturcha mnie mocniej. Skończył się wersal. Pod eskortą do samochodu, na tylne siedzenie. Obok mnie "Chińczyk", za kierownicą Smith, przy nim SA Frank H. Knight. Ten najwyraźniej mnie nie cierpi, a jego antypatia przekracza profesjonalny wymiar akcji. Ruszamy. O dziwo, bardzo wolno. Nagły spadek obrotów po błyskawicznym aresztowaniu? Po chwili wszystko się wyjaśnia: wzdłuż drogi stoją tylko samochody FBI, a z każdego z nich wysiada kierowca i staje przed autem. No tak, oto chwila chwały nadeszła! Sami sobie oddają honory. Rozkoszują się. Los Angeles. Wyczuwalna bliskość Hollywood! Agentów i samochodów tyle, że można by aresztować pół miasteczka!

Skrócone kajdanki boleśnie wbijają mi się w nadgarstki. Mam wykręcone do tyłu ręce. Pytam "Chińczyka", czy nie można ich przepiąć do przodu. Natychmiast odwraca się SA Knight:

- To wbrew instrukcji! - syczy wściekle.

Udaję, że nie słyszałem Knighta i ponownie spokojnie zwracam się do Linna:

- Znasz mnie już, czy naprawdę jesteś skłonny pomyśleć, że będę próbował wam uciec z jadącego samochodu? Przecież zdaję sobie sprawę, że jedziemy pod eskortą.

"Chińczyk" chwilę myśli i zgadza się. Ale SA Knight na czas przepięcia kajdanek przyklęka na przednim siedzeniu odwrócony w moją stronę. Lufę opiera na oparciu. Z odbezpieczonej broni mierzy mi między oczy. Od początku akcji widzę, że jest nerwowy i nieobliczalny. Modlę się, żeby samochód nie podskoczył na jakimś nieoczekiwanym wyboju. Ten świr jest gotów palnąć mi w łeb z byle powodu. Na szczęście Linn szybko załatwia sprawę.

Po chwili jesteśmy na miejscu. Wilshire Boulevard, wiem, że tu mieści się siedziba FBI na Południową Kalifornię. Pod eskortą do windy towarowej. Ruszamy w górę. Knight zdejmuje krawat i zawiązuje mi oczy.

- To na wypadek, gdybyś kiedykolwiek przypadkiem - zatrzymał się z satysfakcją przy tym słowie - gdybyś przypadkiem wydostał się na wolność. Nie będziesz znał rozkładu naszych pomieszczeń.

Przypadkiem. Obiecująca perspektywa. Mimo wszystko bęcwał z niego. Krawat zawiązał mi tak, że przypadkiem wszystko widziałem. Nie tylko rozkład pomieszczeń, ale i pracowników. Niedzielne popołudnie, a tam tłok jak na odprawie. Chcieli mieć wszystkich pod ręką, w gotowości, w ten swój wielki dzień... Gdybym się uparł, mógłbym ich policzyć. Pomieszczenia też. Tak czy siak wiedziałem, że jesteśmy na dwóch ostatnich piętrach budynku. Więc tu mieści się sekcja kontrwywiadowcza FBI.

Wprowadzili mnie do pokoju. Knight zdjął swój krawat z moich oczu. No tak, pokój bez okien, całkowicie pusty. Tylko biurko, stare biurko i równie wiekowy, bakelitowy czarny telefon. Agent Knight zostaje sam na sam ze mną. Barykaduje drzwi krzesłem i siada na nim. Cisza jest nieznośna. Gdyby mógł, wydobywałby ze mnie zeznania wzrokiem. Nie, gdyby mógł, dałby mi w pysk. Albo roztrzaskał mi głowę tym telefonem. Przynajmniej patrzy tak, jakby na to właśnie czekał.

Po chwili zaczyna się nerwowy ruch. Do pokoju wchodzą agenci. Nie bardzo wiem po co, bo prócz biurka i nas dwóch nic tu nie ma. Żadnych papierów. Nic. Więc wchodzą i wychodzą. Zaczynają rozmawiać i milkną. Chyba przypominają sobie, że świetnie mówię po angielsku. Wychodzą. I tak w kółko. Za każdym razem bojowo nastawiony SA Knight musi wstać i odsunąć swoją barykadę. I usiąść. Nie jest mi do śmiechu, ale koniec końców, to jest komiczne.

W końcu zmiana: Knight dostaje wiadomość i ponownie zdejmuje krawat, rozumiem, że będziemy wychodzić, ale mój SA stara się, by napięcie rosło. Podchodzi do mnie powoli, patrząc mi w oczy i naciągając krawat w rękach. Pewnie chce, bym się bał. Bym myślał, że gotów jest mnie udusić. Mam napięte nerwy, jestem w zamkniętym pomieszczeniu z tym szaleńcem, ale nie daję się nabrać. Nie spuszczam wzroku, czekam, aż zawiąże mi krawat. Wychodzimy. Czy oni mają w swojej Akademii zajęcia z zasłaniania oczu aresztowanym? Jeśli tak, to mój prześladowca był kiepskim studentem. Znów w czasie przemarszu prawie wszystko widzę. W końcu jesteśmy w pomieszczeniu sekcji technicznej. Najpierw zdjęcia. Tło: wielka miara. Ujęcia: wszystkie możliwe - profil prawy, lewy, przód. Obsługuje mnie kierownik działu. Nazywa się Richard D. Fernandes. W trakcie sesji fotograficznej wbiega nowy agent. Przedstawia się jako Supervisory Special Agent James B. Reid.

- Marian Zacharski! Nareszcie możemy poznać się oficjalnie! Bo znam cię od dawna! Prowadzę twoją sprawę od czternastu miesięcy.

- Nie mogę panu podać ręki - mówię, pokazując na skute nadgarstki, choć teraz sam słyszę, że brzmi to dwuznacznie. Reid nie zwraca uwagi na niuanse, jest podekscytowany.

- Procedury! Sam rozumiesz, w twoim wypadku!

- Procedury? Cały czas proszę o ich przestrzeganie. Żądam kontaktu z polską placówką dyplomatyczną lub konsularną.

- Spokojnie, na to będzie czas. Ile to jeszcze potrwa? - zwraca się do pracujących w sekcji technicznej agentów.

Zamiast odpowiedzi kręcą głowami, pokazując, że sami nie wiedzą. Reid drapie się po głowie, nerwowo zerka na zegarek, pociera brodę.

- Panowie, szybciej w miarę możliwości, bo czekamy z konferencją... Dobra, róbcie swoje, ja zawiadomię szefa! - i już jest przy drzwiach. Ale wraca, staje przede mną i kręci głową:

- Marian Zacharski!... Kto by pomyślał...

Ogląda mnie od stóp do głowy, patrzy na mnie bezczelnie, choć bez agresji. Czuję się jak zwierzę na łańcuchu.

- Pamiętasz zabawki pluszowe, które nasz agent przekazał dla twoich córeczek?

Pamiętam dokładnie. 23 listopada zeszłego roku. Niedziela, przyjęcie urodzinowe Małgosi, Burger King. Nie dałem ich dziewczynkom, zostawiłem w bagażniku. Nic nie odpowiadam.

- No właśnie. To był początek twojego problemu.

OK, myślę, jeśli tu umiejscawiają początek, to nie jest źle.

Reid znów idzie do drzwi. Odwróci się? Tak, wraca. Jego mina ma wyrażać poufałość wynikającą z poczucia wyższości.

- Ale wiesz, Marian, my do Basi i dzieci nic nie mamy. Zupełnie nic! Sprawę mamy tylko z tobą. One mogą sobie spokojnie żyć w naszym kraju. Pamiętaj!

Patrzy na mnie chwilę i wychodzi. Tym razem naprawdę. Wiem, co chce mi przekazać. Rozumiem. Ale im nie ufam.

Prowadzą mnie do drugiego pomieszczenia. Fernandes i Knight zabierają się do zdejmowania odcisków palców. Potem całych dłoni. Są bardzo skrupulatni. I wciąż niezadowoleni z efektów. Każdy palec powtarzają w kilku wersjach. Knight wbrew pośpiechowi Reida komentuje:

- Mamy czas. - I po chwili kończy z paskudnym uśmiechem. - Ty już się nigdzie nie musisz śpieszyć, bo już nigdy nigdzie nie pójdziesz...

Dobra - myślę, on nie jest tu od tego, aby mnie podnosić na duchu. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że celowo tak obraca moją dłonią, żeby zadać mi jak najwięcej bólu. A może raczej już traktuje mnie jak trupa? Zresztą, kończąc dzieło, potwierdza:

- Masz szczęście, że z nami współpracujesz. Jakbyś się stawiał, powyrywalibyśmy ci palce, żeby dokończyć pobieranie odcisków.

Nie wątpię. Ale sądzę, że zrobiłby to sam, bez pomocy Fernandesa. Krawat na oczy i po chwili jesteśmy z powrotem w pomieszczeniu bez okien. Pozwalają mi zadzwonić do konsulatu. Oczywiście w asyście. Gdy wykręcam numer, dwie rzeczy jednocześnie przychodzą mi do głowy: pierwsza - że dzisiaj jest niedziela i w konsulacie może nikogo nie być, druga, że stary, bakelitowy telefon jest czarny, żeby tacy jak ja nie brudzili go palcami poplamionymi tuszem od zbierania odcisków. Jest sygnał, ale nikt nie odbiera. Knight informuje mnie zimno, że mam prawo do jednego połączenia. Jestem prawnikiem i z tego, co pamiętam, mam prawo do skutecznego połączenia, ale w tej chwili całą energię skupiam na sygnale w słuchawce. Mam szczęście. Dyżurny odbiera. I mówi, że wszystko już wiedzą, dzwoniła do nich moja żona, a oni podjęli stosowne kroki. Uff. Ulżyło mi tak, jakbym już był bez kajdanek. Będzie dobrze. Lubię ten stary, ciężki telefon. Naprawdę go lubię. Odkładam słuchawkę na widełki. Jest 17.41.

Jeszcze raz pytają, czy będę składał zeznania. Po raz kolejny odmawiam, więc krawat, winda towarowa i znów jestem w samochodzie. Agenci bez zmian: Linn, Smith, Knight. Widzę, że jedziemy w stronę centrum. Wjeżdżamy na podwórze Parker - centralnego aresztu policji Los Angeles. W slangu mówi się na niego "szklany dom" (Glass House). Po chwili wiem, skąd ta nazwa: tu nie ma krat. Są pancerne szyby. Znów procedura przyjęcia mnie na stan. Zdjęcia: profil prawy, lewy, przód, tył. Odciski palców. Każdy z osobna, całe dłonie. Przeszukanie. Numer.

6205655. Numer dla tymczasowo zatrzymanego przez policję w Los Angeles. Nazwisko już niepotrzebne.

Widzę, że procedura zbliża się ku końcowi, pytam więc Linna, czy może sprawić, że nie trafię do wieloosobowej celi wespół z jakimiś szaleńcami. Zamienia kilka słów z przyjmującym mnie funkcjonariuszem i uspokajająco potakuje. W drodze do celi przekazują mi wiadomość, że mam rozmowę telefoniczną. Na końcu długiego korytarza stoi biurko strażnika i tam pozwalają mi odebrać. Na linii jest prawnik z centrali mojej firmy Polamco Corporation w Chicago. Pyta, jak się czuję i jak jestem traktowany. Nie bardzo mogę rozmawiać, właściwie potakuję. On zresztą też uważnie dobiera słowa. Instruuje mnie, żebym o niczym nie rozmawiał z FBI. Przecież nie odpowiem mu: "Słuchaj, wiem dobrze, co mam robić", więc nadal potakuję. Mówi, że jutro zgłosi się do mnie jego kolega, prawnik z Los Angeles, nazywa się Charles Grotts, potem dokładnie opisuje mi jego wygląd. Dziękuję mu serdecznie, a on szybko dodaje, że gdyby polskie władze zdecydowały się na jego usługi, to znaczy, by reprezentował mnie jako obrońca, to jest gotów przenieść się natychmiast z Chicago do Los Angeles.

Odkładając słuchawkę, myślę: "Jakie to amerykańskie! Serdecznie, profesjonalnie, ale z myślą o sobie. Sprawa zanosi się na przedstawienie medialne, błyskawicznie pomyślał o reklamie swojego nazwiska".

Wprowadzają mnie do jednoosobowej celi. Glass House szklany jest tylko w części. Tylna i boczne ściany celi są murowane. Przednia to jeden wielki, przejrzysty wizjer, w nim metalowe drzwi. Terrarium dla niebezpiecznych, egzotycznych i ponumerowanych stworzeń. Wieczne światło. Całodobowy monitoring. Wewnątrz łóżko, coś na kształt stolika i toaleta. Oczywiście doskonale widoczna. Siadam na tym łóżku. Zdejmuję buty i kładę się tak, jak stałem. Nie zdejmuję marynarki. Jestem piekielnie zmęczony.

Chcę zasnąć, choć na chwilę.

Okazuje się, że to nie takie proste. Jakby mój umysł nastawił się na czuwanie.

Męczące, jarzeniowe światło przebija się przez zamknięte powieki. A przez metalowe drzwi w szklanej ścianie do celi przedostają się zwielokrotnione odgłosy codziennego życia więzienia. Krzyki, jęki, pohukiwania, wycie, chwilami jednostajne wrzaski. Dotknąłem dna Ameryki.

Po kilku godzinach przyzwyczajam się do tego niemilknącego tła dźwięków.

Zaczynam myśleć. Co ja tu robię? "Tytuł 18, paragraf 794. Szpiegostwo" - to Tom Moon Eng Linn. James B. Reid: "Zabawki pluszowe to był początek twojego problemu". Więc mniej więcej od siedmiu miesięcy. "Do Basi i dzieci nic nie mamy" - to ważne. Rewizja. Czego szukali? Cokolwiek to, według nich, było, nie znaleźli. Jeśli chcieli mi coś podrzucić (McCarthy mógłby, był do tego zdolny), zrobiliby to przed zabraniem mnie z mieszkania. Więc co? Co naprawdę się stało? Co pękło?

Nie mogę zapomnieć widoku Basi, pobladłej, wystraszonej. Nawet nie zdążyła zrobić tej swojej dzielnej miny. Dziewczynki. Czy je uspokoiła? Czy ktoś z konsulatu już do nich przyjechał? Pewnie dopiero jutro, dzisiaj niedziela. Jak sobie radzą?

O 6 rano nowa zmiana strażników. Więc jeszcze nie zdążyłem zasnąć. Stukają w szklaną ścianę. Wstaję i podchodzę w nadziei, że mnie stąd wyprowadzą. Pomyłka. Przyszli ze świeżym wydaniem "Los Angeles Times". Pokazują sobie i porównują: mnie ze zdjęcia na pierwszej stronie gazety i mnie w celi. Są zadowoleni. Ptaszek w klatce. Zdjęcie, którym mi mignęli, to takie, jakie mam w prawie jazdy. Dziennikarze szybko się uwinęli. Wczoraj była przecież niedziela. Po jakiejś godzinie przychodzi strażnik i każe mi się przygotować.

- Przyjdą cię zabrać.

I nic więcej.

Ale we mnie rodzi się jakaś nadzieja, że "zabrać" to może oznaczać: zabrać i wydalić z USA do Polski. Jednak po chwili okazuje się, że "zabrać pod prysznic". Więc zimny prysznic. Każą mi wejść w ubraniu do niewielkiego pomieszczenia. Strażnik zamyka je na klucz. I niemal natychmiast z umieszczonego pod samym sufitem prysznica zaczyna lać się woda. Rozbieram się błyskawicznie. Nie ma mydła, nie ma lustra. Jest ścierka. Chyba ma być ręcznikiem. Nie ma nic innego, więc wycieram się tym. Ubieram się dopiero, gdy strażnik wyłącza strumień wody. Jestem nieogolony, mam na wpół mokry, pognieciony garnitur. Domyślam się, jak wyglądam. Wracamy do celi.

Przez klapę w metalowych drzwiach wsuwają tacę ze śniadaniem. W pierwszej chwili, gdy ją widzę, żołądek przypomina mi, że od wczorajszego poranka nie jadłem. Ale kiedy podchodzę i patrzę na to, co leży na tacy, zapominam o głodzie. Nie jadam rzeczy, których nie umiem nazwać. Nie jest jeszcze tak źle. Jeszcze nie muszę.

Czekam. Coś przecież musi się wydarzyć. W istocie, przychodzą po mnie. Pytam strażników:

- Kto?

- FBI - odpowiadają zdawkowo.

Czeka na mnie wczorajsza eskorta: Linn, Smith, Knight też. Znów zostaję skuty. Oficjalnie kwitują odebranie mnie z więzienia policyjnego Parker. Linn wpisuje: godzina 9.24. Przed wyjściem zatrzymują się, "Chińczyk" przygląda mi się chwilę i... zaczyna mnie głaskać. Nie, on mi poprawia włosy! Zdecydowanym ruchem głowy strząsam jego rękę, jestem w kajdankach, nie mogę go odepchnąć, ale dwuznaczność sytuacji budzi mój niesmak. Linn niezrażony wzrusza ramionami i wyjmuje z kieszeni małe lusterko. Sam się przegląda, poprawia sobie krawat. Jestem zdezorientowany, ale widzę, że dokładnie to samo robią pozostali. Nawet Knight. Wzajemnie lustrują swój wygląd, "Chińczyk" pokazuje Smithowi, żeby sobie poprawił kołnierzyk. Wraz z otwarciem drzwi wszystko się wyjaśnia: na dziedzińcu więziennym są dziennikarze. Kamery telewizyjne, błysk fleszy, zgiełk przekrzykujących się pytaniami. Smith idzie przodem, torując nam drogę. Linn i Knight prowadzą mnie, trzymając pod ręce. Wczoraj, jak mnie tu przywozili, podjechali pod same drzwi. Dzisiaj samochód ustawili na przeciwległym krańcu dziedzińca. Hollywoodzki kicz. Brakuje tylko czerwonego dywanu. Prowadzący mnie robią nieprzeniknione miny Prawdziwych Agentów Federalnych (Szkoda, że nie założyli ciemnych okularów. Może zapomnieli?), a Smith uniesionym w górę ramieniem osłania nas. Przed czym? Przecież nawet się uczesali do tej roli. Przez głowę przechodzi mi idiotyczny amerykański kawał o skazańcu, którego prowadzą na krzesło elektryczne. Na końcu drogi są jednak dwa krzesła, a nieszczęśnik ma wybrać. Pierwsze: opiekanie normalne. Drugie: na chrupko.

Bzdury, ale całe to nasze przejście jest farsą.

W końcu lądujemy w samochodzie. Prowadzi SA Smith, jak wczoraj.

North Spring Street 300. US Marshals w podziemiach Sądu Federalnego. To już trzecia od wczoraj procedura fotografowania i zdejmowania odcisków palców. Dostaję nowy numer. Tym razem federalny. Teraz jestem: 73820-012. Żadnych wyjaśnień. Zamykają mnie w celi. Czekam.

Po godzinie, może dwóch, strażnik przyprowadza mężczyznę. Jest młody, niewiele po trzydziestce. Szczupły, na oko metr osiemdziesiąt wzrostu. Przerzedzone jasne włosy. Z kieszeni marynarki wystają okulary w metalowych oprawkach. Zgadza się. Przedstawia się jako Charles Grotts, kolega ze studiów mojego prawnika z Polamco Corporation. Witamy się krótko, pytam, czy już coś wie w mojej sprawie.

- Nie, przyszedłem najpierw do ciebie, żebyś wiedział, że już jestem. Poza tym musisz podpisać mi pełnomocnictwo. Procedura jest taka, że teraz podadzą, kiedy masz się stawić przed sędzią pokoju, to będzie raczej szybko. Sędzia postawi ci oficjalny zarzut, wyznaczy kaucję i termin rozprawy.

- Myślisz, że wypuszczą mnie za kaucją?

- Tak, a dlaczego nie? Może przeholują z jej wysokością, ale wyznaczą. Dobra, idę dowiedzieć się czegoś na temat oskarżenia, wrócę najdalej za pół godziny.

Bierze podpisane przeze mnie pełnomocnictwo i idzie. Zastanawiam się. Kaucja. Wcześniej nie brałem tego pod uwagę. Ale może? Umysł ludzki z niebywałą łatwością chwyta się optymistycznych odsłon. Charles Grotts mówił o kaucji w sposób tak naturalny, tak zaraźliwie oczywisty... Zostaję z tą myślą do jego powrotu. Ale gdy prawnik powtórnie wchodzi do mojej celi, pod przykrywką profesjonalnego opanowania wyczuwam w nim coś jeszcze. W zamyśleniu pociera wierzchem dłoni podbródek, siada i wciąż nie przestaje czytać kilkustronicowego dokumentu, z którym przyszedł. Jakby zapomniał o mojej obecności!

- Charles, co jest? - pytam.

Patrzy na mnie rozkojarzony i widzę, jak próbuje się skupić.

- Marian, muszę to spokojnie przeczytać, bo tak na pierwszy rzut oka nie wszystko rozumiem.

- Co to jest?

- Affidavit, oświadczenie pisemne agenta federalnego George'a S. Bacona.

- Bacona? Nie znam. A co z kaucją?

- A, tak. O godzinie 14 masz stawić się przed sędzią magistrackim Jamesem J. Penne'em. Wtedy zapadnie decyzja w sprawie oskarżenia i wysokości kaucji.

- To nie znasz jeszcze treści oskarżenia?

- Nie. Ale przeczytaj to - podaje mi sześciostronicowy dokument - oświadczenie SA Bacona.

Rzucam okiem i już w punkcie drugim widzę to, czego szukałem. I jednocześnie to, czego najmniej na świecie się spodziewałem. Imię i nazwisko. Klucz do tej sprawy. William Holden Bell. Siadam. Zaczynam czytać.

Po półgodzinie mój adwokat wychodzi. O godzinie 14 sędzia magistracki James J. Penne, głuchy na argumentację mojego obrońcy, nie zgadza się na wypuszczenie mnie za kaucją. Wyznacza termin pierwszej rozprawy na 13 lipca 1981 roku. Będę oczekiwał na nią w areszcie federalnym, bo, jak powiedział prokurator, jestem oskarżony o najcięższe przestępstwo wymienione w kodeksie karnym Stanów Zjednoczonych.

Więzień numer 73820-012 wraca do celi.

Jak to się stało, że w wieku dwudziestu dziewięciu lat, jako prezes Polamco, jednej z pierwszych polskich firm w Stanach Zjednoczonych, wylądowałem w więzieniu federalnym oskarżony o szpiegostwo?

Może po kolei.

Urodziłem się 15 sierpnia 1951 roku w Gdyni.

Mój ojciec, Wacław Zacharski, był rodowitym warszawiakiem. Rocznik 1925. Był uczniem gimnazjum, kiedy wybuchła wojna. Przeżył aresztowanie przez gestapo i więzienie na Pawiaku. Wstąpił do Armii Krajowej, w czasie powstania warszawskiego był w zgrupowaniu Kampinos. Próbowali ataku na Dworzec Gdański. Po upadku powstania został wywieziony do Niemiec na przymusowe roboty. Trafia w okolice Bambergu w Bawarii. Po zakończeniu wojny wraca do Polski. Piechotą, okazją - jak się dało. Widząc totalnie zrujnowaną Warszawę, postanawia szukać szczęścia na Wybrzeżu Gdańskim. Tam kończy studia na Wydziale Mechaniki Politechniki Gdańskiej. Poznaje moją mamę.

W Warszawie zostaje jego brat i matka. Moja babcia, Sabina, po ciężkich przeżyciach z powstania do końca życia cierpi na głęboką depresję. Brat ojca, Jan, ciężko ranny w powstaniu, cudem przeżywa rozwałkę chorych dokonywaną przez zdziczałe wojska pod niemiecką komendą. Kilku zbyt ciężko rannych powstańców, w tym i mój wujek, nie mogło być ewakuowanych przez wycofujące się polskie oddziały. Zostali w szpitalu, czekając na pewną śmierć. Wujek opowiadał mi kiedyś, że słyszeli, jak Ukraińcy rozstrzeliwują rannych na kolejnych piętrach szpitala. Do sali, w której leżeli, zajrzał esesman i z niewiadomych dla nikogo przyczyn, powiedział: "Zostawcie ich". Mówił, iż czuł się, jakby przeżył własną śmierć. Potem wyzdrowiał i rozpoczął karierę w wojsku. Służył w lotnictwie. Pracował między innymi na lotnisku na Bemowie, potem przez wiele lat w dowództwie Obrony Powietrznej Kraju na rogu ulic Wawelskiej oraz Żwirki i Wigury. Przeszedł na emeryturę w stopniu pułkownika.

Mama, Czesława, tak jak ojciec urodzona w 1925 roku, chociaż pochodziła z Poznańskiego, już przed wojną przeniosła się z rodzicami, dwójką braci i siostrą do Gdyni. Józef, ojciec mamy, urodzony w 1893 roku, miał barwne życie jak wielu, którym przyszło żyć pod zaborami. Całą edukację odbył w szkołach z językiem niemieckim, choć w domu naturalnie mówiono wyłącznie po polsku. W czasie I wojny światowej wcielono go do armii niemieckiej. Przez cztery lata wojny służył w artylerii. W powstaniu wielkopolskim walczył po stronie polskiej, a po odzyskaniu niepodległości ponownie został wcielony do wojska - tym razem polskiego. Mawiał, że gonił ruskich z armią Piłsudskiego aż pod Kijów. II wojna światowa zastała mamę wraz z rodziną w Gdyni. Dziadek pracował na poczcie. Świetnie mówił po niemiecku, więc nakłaniano go do podpisania volkslisty, ponieważ odmówił, zmuszono go wraz z rodziną do wyjazdu. Podobnie jak tysiące innych Polaków. Znajomość niemieckiego przydała się tylko do wynegocjowania dodatkowych trzydziestu minut na spakowanie dobytku i stawienie się na dworcu kolejowym. Po dwu- lub trzydniowej podróży dotarli w rejon siedlecki i tam zostali we wsi Mordy. Przez resztę wojny mieszkali sześcioosobową rodziną w jednym małym pokoju u gospodarza. Po zakończeniu wojny natychmiast ruszyli na Wybrzeże. Osiedli w Sopocie, przy ulicy Mikołaja Kopernika. Mój dziadek Józef miał żelazne ślubowanie. Co roku, niezależnie od okoliczności, 15 sierpnia udawał się do kościoła, spowiadał się, uczestniczył we mszy i przyjmował Najświętszy Sakrament. Nigdy nikomu nie zdradził powodu tego ślubu. Rodzina domyślała się tylko, iż złożył go w dramatycznych okolicznościach. Dziadek w doskonałym zdrowiu dożył dziewięćdziesięciu jeden lat, ale ponieważ zmarł w 1984 roku, nie mogłem uczestniczyć w jego pogrzebie. Siedziałem w amerykańskim więzieniu i nie był to jedyny pogrzeb wśród najbliższych, na który nie poszedłem.

Mój ojciec, ponieważ był członkiem AK i z racji pobytu w Niemczech na przymusowych robotach, po wojnie stale musiał się meldować w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa w Sopocie. Potwierdzać, że jest, nigdzie nie uciekł, informować, czym się zajmuje. Dopiero 24 marca 1947 roku obejmuje go amnestia. Potem jest aktywny w harcerstwie i w lutym 1948 roku zostaje mianowany podharcmistrzem. Pracował w Sopockich Zakładach Przemysłu Maszynowego i zatrudniał tam wielu ciekawych ludzi. Jeden z nich to były szef Wywiadu AK na okręg lubelski, po wojnie aresztowany i skazany na śmierć. Jego żona robiła wszystko, by wydobyć męża, w końcu udało jej się przekupić decydentów i zamieniono mu wyrok śmierci na długoletnie więzienie. W czasie odwilży znalazł się na wolności. Był częstym gościem moich rodziców, a ja uwielbiałem jego opowieści. Gdy tylko do nas przychodził, starałem się być jak najbliżej, by nie uronić ani słowa. Pamiętam, jak opowiadał o brawurowych akcjach armii podziemnej, na przykład gdy wchodził na teren obozu w Majdanku na lewych papierach Czerwonego Krzyża i robił zdjęcia aparatem ukrytym w rękawiczce!

Innym, niezwykłym przyjacielem mego ojca był mecenas Wójcicki. Ojciec zatrudniał go jako radcę prawnego w zakładach, którymi kierował. Gdy byłem małym chłopcem, lubiłem jego wizyty, bo przynosił mojemu bratu i mnie książeczki z bajkami Walta Disneya, które kupował w Empiku na deptaku Monte Cassino. Był człowiekiem o niezwykłym życiorysie. Przed wojną sprawował funkcję sędziego Sądu Najwyższego. Po wojnie zaangażował się we współpracę ze Stanisławem Mikołajczykiem i wraz z nim miał w dramatycznych okolicznościach w 1947 roku opuścić Polskę. Nie zdążył, jego żona i synowie wyjechali transportem Mikołajczyka, on sam został aresztowany i przesiedział w więzieniu do 1956 roku. Ponieważ władze nie wydawały mu zezwolenia na wyjazd za żelazną kurtynę, tylko raz spotkał się z synem, podczas urlopu w Jugosławii, gdzieś w okolicach Triestu. Opowiadał, iż syn namawiał go na wyjazd do Stanów, ale on odmówił. Czuł się związany z Polską. Długo mieszkał w wynajmowanym pokoju, gdzie mieściły się jedynie szafa i łóżko, tam trzymał swe niezbędne rzeczy. Dopiero później dostał niewielkie, samodzielne mieszkanie. Mecenas Wójcicki był niezwykle elegancki i zawsze punktualny, nigdy też nie bawił u rodziców zbyt długo. Jego opowieść o synu, Stanisławie, który był fizykiem atomowym, przypomniała mi się, gdy pracowałem w Stanach. Mecenas Wójcicki mówił, iż syn jest profesorem na Uniwersytecie Stanford w Kalifornii. Będąc za oceanem, czytałem publikacje, w których nazywano go nowym Einsteinem. Pojechałem więc na uniwersytet i udało nam się spotkać. Skromny, ciepły i serdeczny człowiek. Jak na tyle lat życia poza krajem, świetnie mówił po polsku. Zaprosił mnie na kolację do swojego domu. Na zakończenie wieczoru dał mi jakieś drobiazgi dla swojego ojca z prośbą, bym spróbował mu je przekazać. Przywiozłem je do Polski i dałem mojemu ojcu, a on mecenasowi Wójcickiemu. Choć, jak się okazało, nie było to proste, bo Wójcicki długo wzbraniał się przed ich przyjęciem, mówiąc, iż nie wie, skąd pochodzą. Ostatecznie mój ojciec go przekonał.

Z domu wyniosłem szacunek dla ojczyzny. Moi rodzice, a także ich przyjaciele przeszli przez wojenną gehennę. Wycierpieli niejedno, raz z ręki obcych, raz z ręki swoich. Ale nigdy nie usłyszałem z ich ust słów potępienia, pogardy czy złości. Przeciwnie, uczyli nas, że Polska jest jedna. Mówili, że różne państwa przechodzą przez zakręty historii, ale swój kraj należy szanować i, jak trzeba, walczyć o niego. Budować, dbać o jego dobro, bo to nasz kraj. Innego nie mamy i nie chcemy. Mój ojciec, kiedy mówił: "Polska", nie dodawał przymiotników. Nigdy nie mówił "Polska Ludowa" czy "Polska Sanacyjna". Tylko: Polska.

Ojciec za swoją działalność okupacyjną, a potem już po wojnie, za pracę na rzecz Polski, został odznaczony wieloma orderami, w tym Warszawskim Krzyżem Powstańczym, Krzyżem Partyzanckim, Medalem za Warszawę 1939-45, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Miał też odznakę "Syna Pułku" nadawaną w uznaniu zasług młodocianym żołnierzom.

Mama przestała pracować po urodzeniu mojego brata Bogdana. Trzy lata później na świat przyszedłem ja i mama całą energię skierowała na nasze wychowanie. Wcześniej miała w planach studia, ale ostatecznie poświęciła się opiece nad nami. Była wraz z ojcem miłośniczką opery, baletu, teatru. Często razem wychodzili. Odkąd pamiętam, pasjonowała ją literatura związana z działalnością wywiadowczą. Gdy byłem starszy, zacząłem podbierać jej książki.

Mieszkaliśmy w Sopocie przy ulicy Westerplatte nr 8. Nie chodziłem do przedszkola, ale już jako mały brzdąc stawiałem pierwsze kroki w szkółce tenisowej jednego z braci Kornelóków, którzy byli podporą Sopockiego Klubu Tenisowego. Ćwiczyłem w grupie pana Jana. Początkowo grałem paletką, a gdy nieco podrosłem, świętowałem z powodu otrzymania swojej pierwszej rakiety - Slazengera. Chodziłem wtedy do Szkoły Podstawowej nr 7, która była położona niedaleko kortów tenisowych.

Później rodzice wybudowali dom przy ulicy Kopernika 17, vis-a-vis domu dziadków, i przeprowadziliśmy się. Musiałem też zmienić podstawówkę, z "siódemki" na "szóstkę". Aby tam dojść, trzeba było pokonać wzniesienie i przejść przez las, krótko mówiąc: do szkoły miałem pod górkę!

Rodzice bardzo troszczyli się o naszą edukację i zdrowie. Chcieli nas jak najlepiej przygotować do dorosłego życia, które - jak mówili - pełne jest konkurencji. Uważali, że wykształcenie jest najważniejsze. Posyłali nas na prywatne lekcje języka angielskiego, nigdy na tym nie oszczędzali.

Poza nauką pochłaniał mnie sport. W podstawówce brałem udział w czwórboju lekkoatletycznym, dotarliśmy do finału ogólnopolskiego i bardzo dumny pojechałem na swoją pierwszą delegację - do Szczecina.

W piłkę nożną grałem do upadłego. W tamtym czasie na boisku Sopockiego Klubu Sportowego "Ogniwo" organizowane były turnieje podwórkowe. Podczas jednego z nich zainteresowali się moją grą działacze Lechii. Przyszli do taty, by wyraził zgodę na zapisanie mnie do trampkarzy Lechii Gdańsk. Ojciec jednak nie zgodził się. Powiedział wówczas, że moim głównym obowiązkiem jest nauka, nie sport. Nie odwrotnie. Byłem zawiedziony. Tyle razy siedziałem na trybunach Lechii, z zapartym tchem podziwiając Korynta i Lenca w obronie albo Gronowskiego w bramce. Znałem wszystkie okrzyki, zawołania. Pamiętam i te zabawne - "Korynt! Galanteria się pali!" - Roman Korynt potrafił być w złej formie, a ponieważ miał we Wrzeszczu sklep galanteryjny, kibice uznali, że ich pupil obudzi się na boisku, słysząc taką uwagę. Wtedy byłem rozżalony, dzisiaj jestem wdzięczny za tamtą pryncypialność ojca.

I Liceum Ogólnokształcące im. Marii Skłodowskiej-Curie przy ulicy Książąt Pomorskich było fantastyczną szkołą życia i przyjaźni. Kierowała nim pani Emilia Narudzka, historyczka, osoba niedużego wzrostu, lecz wielka duchem, która umiała nas wszystkich utrzymać w ryzach. Choć, by nam się przyjrzeć, musiała wysoko podnosić głowę, cieszyła się niekwestionowanym autorytetem. Ona i grono pedagogów przygotowali nas do egzaminów na wyższe uczelnie w sposób nienaganny. Do dzisiaj, gdy przypomnę sobie liceum, myślę: "To była świetna szkoła".

W mojej klasie spotkali się synowie kapitanów żeglugi wielkiej, architektów, lekarzy, profesorów wyższych uczelni i zupełnie zwykłych ludzi. Panowała między nami doskonała atmosfera, o czym najlepiej świadczy fakt, iż w większości wymyślonych przez nas drak nigdy nie wydało się, kto nimi dowodził i kto je zorganizował. Na każdej dużej przerwie biegaliśmy na plażę, szkoła położona była tuż nad morzem. Trzy, cztery minuty spaceru.

Końcowe lata liceum to czas wielkiej miłości. Małgorzata była moją rówieśniczką, bardzo piękną dziewczyną. Byliśmy zakochani, snuliśmy plany na przyszłość, pewni, że się spełnią. Niestety, gdy wyjechałem na studia, Małgosia została w Sopocie, a ja nie umiałem sprostać miłości na odległość. Nasze drogi się rozeszły, czego przez wiele lat bardzo żałowałem. Dziś Małgorzata nadal jest piękną kobietą, o wielkiej kulturze osobistej.

Rodzice wysłali mnie do Anglii, żebym doskonalił angielski i poczuł, że jestem obywatelem świata. Spędziłem tam sześć tygodni, najpierw w Leicester, a potem w Londynie.

Interesowało mnie wszystko, co się działo na świecie, frapowały podróże. Historia, polityka, gospodarka, pakty militarne. Pochłaniałem książki, wśród nich i te związane z wywiadem i kontrwywiadem. Nie miałem jednak pojęcia, że wkrótce to, o czym czytam, stanie się częścią mego życia.

Namiętność do książek mi została. Dzisiaj mój księgozbiór jest wielojęzyczny i niemal wielotonowy. Dominuje w nim tematyka historyczna i literatura faktu. Kolekcjonuję książki dotyczące działalności wywiadowczej w różnych aspektach historycznych. Najczęściej wracam do lektury, która rozpaliła mą wyobraźnię w bardzo młodym wieku - do "Trylogii" Sienkiewicza. Mam co najmniej cztery różne wydania.

Moja żona z obawą myśli dzisiaj o każdej kolejnej przeprowadzce. Wielka, onyksowa kula pochodząca z Kaszmiru w Pakistanie, która waży około trzystu kilogramów, i mój księgozbiór to nasze najcenniejsze skarby. Słodki ciężar.

Po maturze złożyłem papiery na Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Rozważałem też handel zagraniczny, fascynowało mnie dziennikarstwo. Chciałem podróżować, poznawać świat. W końcu pomyślałem, że prawo da mi doskonałą edukację z wielu dyscyplin i po studiach będę mógł zdecydować, co dalej. Egzamin wstępny był wyzwaniem, bo o każde miejsce walczyło dziesięciu kandydatów. Zdałem i, nie czekając na wyniki, pojechałem na Wybrzeże, do dziadków, do Małgosi. W końcu było piękne lato, a tam plaża, morze, znajomi. W tym samym czasie mój ojciec został służbowo przeniesiony do Warszawy, więc to na niego spadło heroiczne zadanie przedarcia się przez tłumy przyszłych studentów i sprawdzenie, czy ja też nim zostanę. Gdy telefonował do mnie, był dumny - nie tylko dlatego, że byłem przyjęty, ale i że zostałem wysoko sklasyfikowany.

Od października rozpocząłem studia. Zamieszkaliśmy z rodzicami na Żoliborzu, przy ulicy Kazimierza Promyka 5. Wielki gmach. Mój brat, Bogdan, został w Sopocie. Studiował na Wydziale Elektroniki Politechniki Gdańskiej. Kontynuował tradycję naszego taty. Ja nie miałem zainteresowań technicznych. Brat odwiedzał nas czasami w Warszawie, ale jeszcze częściej my jechaliśmy na Wybrzeże. Tam mieszkała przecież cała rodzina. Początkowo codziennie pisywaliśmy z Małgosią do siebie listy. Z czasem ja pisywałem coraz rzadziej. Potem wciągnęło mnie nowe życie - książki, kino, przyjaciele, nowe dziewczyny. Zresztą czas na studiach biegł tak szybko!

Przełom roku 1970 i 1971 to w Polsce czas wielkich protestów robotniczych. Koncentrują się głównie na Wybrzeżu. Martwię się o brata, który studiuje na politechnice w Gdańsku, ale także o rodzinę mieszkającą w Trójmieście. Są w oku cyklonu tych przełomowych wydarzeń. Przeżywamy z mamą i tatą, słysząc wieści o masakrze na wiadukcie nad dworcem gdyńskim. Stoczniowcy idący do pracy zostają bez powodu ostrzelani. Wielu ginie. Wymuszone przez protesty odejście zatęchłego, wypalonego systemu sprawowania władzy wraz z jego liderem Władysławem Gomułką daje wszystkim wielkie nadzieje. Rozpoczyna się era Edwarda Gierka. Gierek otwiera Polskę na świat, przewietrza. Czuję wokół siebie przypływ optymizmu, chęci pracy na rzecz zmian, nowego oblicza kraju. Wydaje się wówczas, że mamy szansę wyrwać się z zaklętego kręgu i zacząć budować rzeczywiście nową Polskę. Chcę w tym uczestniczyć.

Jeszcze jestem normalnym studentem. Chodzę do kina, uganiam się za dziewczynami, zdaję kolejne egzaminy. Ale gdzieś w tamtym momencie przechodzę drugi, bezpośrednio związany ze zmianami w kraju, okres dojrzewania. Zaczynam życie w życiu.

Na ostatnim roku studiów przygotowuję się do podjęcia pracy. Dostaję dwie możliwości pracy naukowej. Jedna pochodzi wprost z mego wydziału. Profesor Witold Czachórski, kierujący Katedrą Prawa Cywilnego, zaprosił mnie do swojego gabinetu i złożył mi oficjalnie propozycję pozostania na uczelni i rozpoczęcia pracy w jego katedrze. Podobną rozmowę przeprowadził ze mną pracownik naukowy Polskiej Akademii Nauk. Podziękowałem im obu serdecznie i odmówiłem. Nie chciałem zostać teoretykiem prawa. Miałem inne plany, chciałem zarządzać dużymi zespołami ludzi, prowadzić negocjacje, podróżować. Spełnienie tych marzeń widziałem w handlu zagranicznym. Jest rok 1973 i możliwości takiej pracy były nieporównywalnie mniejsze niż obecnie. Przedsiębiorstw zajmujących się handlem zagranicznym nie było wiele. Po rozmowie z ojcem mój wybór padł na Metalexport. Zaniosłem swoje dokumenty do działu kadr i czekałem. Początkowo niewiele się działo, ale gdy ojciec porozmawiał ze swym serdecznym kolegą, panem Andrzejem Dyszym, sprawy ruszyły z miejsca. Pan Andrzej był zastępcą naczelnego dyrektora Metalexportu i szefem Biura Eksportu Obrabiarek. Znał mnie i gdy dowiedział się, że staram się o pracę w jego zakładzie, po prostu przyśpieszył obieg papierów. Zresztą od początku chciał, abym pracował właśnie w jego biurze. To mnie silnie zmobilizowało, postanowiłem, że jeśli dostanę tę pracę, zrobię wszystko, by udowodnić, że jestem tam, bo się naprawdę do tego nadaję, a nie dlatego, że mój ojciec znał dyrektora.

Tak, chciałem takiej pracy. Potrzebowałem wyzwań. A sektor handlu zagranicznego mógł je zaoferować. Częste podróże, kontakty z ludźmi z całego świata. To było po części spełnieniem moich marzeń. Ale tylko po części, bo dla mnie wówczas to jeszcze nie było wszystko. Moja osobista poprzeczka była ustawiona o wiele wyżej. A ten kierunek pracy, handel zagraniczny, był krokiem do spełnienia moich prawdziwych ambicji.

Wybiegając do przodu, powiem, że w pewnym momencie tej, już czasowo mocno zaawansowanej rewolucji gierkowskiej, skontaktował się ze mną ktoś, kto przedstawił się jako urzędnik Ministerstwa Przemysłu Maszynowego. Zaproponował spotkanie w kawiarni na MDM-ie.

- Ale ja pana nie znam. Jak się poznamy?

- Proszę się nie martwić. Ja pana znam doskonale - odparł.

- Dobrze. Będę na czas.

Gdy wchodzę po schodach (kawiarnia mieści się na pierwszym piętrze), już z daleka widzę mężczyznę siedzącego przy stoliku w pobliżu szatni. Podnosi się z miejsca i podchodzi do mnie. Witamy się. Siadamy w rogu sali. Zamawiamy kawę i zaczynamy rozmowę.

Kilka zdań na tematy ogólne i on przedstawia się jako oficer wywiadu. Mówi, że jestem idealnym kandydatem do pracy. Perfekcyjny angielski, szeroka wiedza, umiejętność nawiązywania kontaktów. Jeszcze niedowierzam, nie jestem pewien, czy dobrze słyszę. Ale tak jest: on składa mi propozycję podjęcia dodatkowych obowiązków na rzecz polskiego wywiadu cywilnego działającego w ramach struktur Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Czuję się poniekąd jak bohater książek, którymi do niedawna się zaczytywałem. Moja pierwsza myśl? Jestem wewnętrznie poruszony. Wiem, że powiem: tak.

Ale mówię:

- Poproszę o dziesięć dni do namysłu.

Wychodzę i wcale nie mam ochoty ochłonąć. Moja młodzieńcza wiara, że młodość to siła, która zburzy najgrubsze mury, odnajdzie nowe idee i odwróci wszystko, co złe, rozkwita. Wszystkie marzenia życiowe dwudziestoparolatka zmierzały do takiej właśnie chwili: Tak, zostałem zauważony! Postrzegam oficerów wywiadu, bez względu na system polityczny czy nazwę państwa, jako elitarny klub. Mam szansę stać się jednym z niewielu. Będę mógł zmierzyć się z najlepszymi, nie wiem jeszcze, czy wygram, ale chcę tej konfrontacji, chcę tego spotkania. Chcę być najlepszy! Dostać szansę pracy, która wymaga przenoszenia gór, bo ja czuję, że jestem w stanie te góry przenosić. Od dzieciństwa marzyłem o ciekawej, nietypowej pracy! Nie usiedziałbym za żadnym biurkiem. A teraz naprawdę taką propozycję otrzymałem. Wówczas tak to postrzegałem. Dzisiaj, z perspektywy czasu, miewam momenty, w których zastanawiam się nad słusznością podjęcia takich, a nie innych postanowień i decyzji życiowych. Przypominają mi się rozmowy z ojcem, który na moje nawoływania do gwałtownych, często nieprzemyślanych zmian, reagował spokojnie. Mówił: "Rozumiem, że tak to widzisz, ale kiedy nabędziesz doświadczenia, pewnie dostrzeżesz i inne aspekty, które powinieneś wziąć pod uwagę". Wtedy miałem młodzieńczy zapał, nie posiadałem jednak żadnego doświadczenia.

W jednej chwili myślałem o wszystkim naraz. O tym, że zawsze w historii wystawiali nas przyjaciele. Myślałem o naszych ukochanych sojusznikach - Francuzach, Anglikach, Amerykanach; o tym, jak jedni zostawili nas w trzydziestym dziewiątym, a drudzy sprzedali Stalinowi w Teheranie i w Jałcie.

Albo jeszcze wcześniej, gdy zrobili to samo w czasie wojny z Rosjanami w 1920 roku. Wtedy też, nie licząc małej grupki oficerów z Francji z generałem Weygandem na czele, zostaliśmy osamotnieni. Blokowali dostawy amunicji, zdecydowanie odmawiali pomocy w postaci przysłania oddziałów zbrojnych.

Ojciec zawsze mi powtarzał: "Nie oglądaj się na innych. Nie ma odpowiedzialności zbiorowej. Nie jesteś baranem w stadzie. Polska jest jedna i jest twoja".

I w tamtej chwili czuję to jak nigdy wcześniej. Przypominam sobie wszystkich moich cichych bohaterów, w tym i z kręgu wywiadowców (rotmistrza Jerzego Sosnowskiego i jego wybitne, trudne do powtórzenia osiągnięcia w czasie pracy wywiadowczej na terenie Niemiec, matematyków: Mariana Rejewskiego, Henryka Zygalskiego i Jerzego Różyckiego i ich fenomenalny sukces w złamaniu systemu kodów niemieckich, a także tajemnic maszyny szyfrującej Enigma) i nie myślę o tym, jak skończyli, tylko o tym, co zrobili dla kraju. Jesteśmy Polakami i musimy walczyć o swoje, bo nikt inny nam tego nie da.

Potem kolejne spotkania, podczas których przybliża mi warunki pracy. Zagrożenia. Oczywiście prosi o dyskrecję. Mam nawet przeczucie, że sprawdzają wśród moich znajomych, czy rzeczywiście jej dochowuję. Wśród blasków przyszłej pracy pokazuje mi życie, jakiego pragnie młody człowiek wychowany w pewnej monotonii PRL-u: podróże po świecie, pieniądze lepsze niż w państwowej firmie, zastrzyk adrenaliny. W naszych rozmowach nie ma walki ideałów socjalizmu z krwiożerczym kapitalizmem. Są to zaawansowane lata siedemdziesiąte i niestety trwa zimna wojna. Jasne, że nie widać jej na ulicy. Oczywiste, że każda ze stron rozwija własną, propagandową wersję jej przebiegu. Ale oficer, który zwraca się do mnie, mówi o faktach. Pokazuje mi - nie zdradzając żadnych tajemnic, wszak to wciąż tylko rozmowy wstępne - jak kojarzyć informacje. Jak je czytać. Pokazuje, że to, co obecnie rozgrywa się w polityce między mocarstwami, to pozór odprężenia. W naszych rozmowach wracamy do pierwszych lat sześćdziesiątych, do momentu, gdy w wyniku kryzysu kubańskiego świat stanął na krawędzi konfliktu jądrowego.

Potrzebujemy wiedzy, co w zakresie zbrojeń robią nasi przeciwnicy. Potrzebujemy wiedzy o technologii. Swojej wiedzy. Samodzielnie zdobytej. Własnej. Nie tej, która przyjdzie z Moskwy.

Podczas jednego ze spotkań oficer opowiada mi o przypadku pewnego naukowca, który wydatnie przyczynił się do utrzymania równowagi nuklearnej na świecie. Uważał on, że pozostawienie tajemnicy technologicznej związanej z produkcją bomby jądrowej wyłącznie po jednej stronie to igranie z ogniem, stwarza bowiem sytuację miażdżącej przewagi. Nie był jedynym, który w tamtym czasie myślał, iż tylko równowaga nuklearna może uchronić świat od wojny totalnej. Ale on akurat był tym, który miał dostęp do wiedzy. To oczywiście przykład z najwyższej półki, ale przekładając go niżej, zarówno wówczas, jak i po dziś dzień, duża część pracy wywiadu naukowo-technicznego koncentruje się na pozyskiwaniu szczegółów z zakresu najnowszych technologii. Zasada jest wciąż ta sama: nie dopuścić do powstania nadmiernego dystansu w rozwoju technologicznym, dystansu, który mógłby się okazać zgubny w skutkach. Trzeba pamiętać, iż wtedy, w latach siedemdziesiątych, kraje bloku wschodniego obowiązywało dosyć szczelne embargo w zakresie sprowadzania z Zachodu nowych technologii, tak poszukiwanych przez przemysł. To stanowiło pole do działania wywiadu cywilnego. Moja część Departamentu I MSW, Wydział VI - sekcja wywiadu naukowo-technicznego, koncentrowała się na pozyskiwaniu informacji potrzebnych do rozwoju całego przemysłu elektronicznego i militarnego. Technologie wojskowe i zbrojeniowe były jedynie częścią tej pracy. Znaczące sukcesy odnoszono w zakresie farmacji, zdobywając między innymi informacje o technologii produkcji nowych leków, jak i na przykład - gotowe szczepy bakterii, później należało je już tylko odpowiednio hodować. Pomoc, jaką dostaje gospodarka państwa dzięki działalności wywiadu naukowo-technicznego i gospodarczego, jest bezcenna. Choć można ją, oczywiście szacunkowo, wyliczyć. Stawiając po stronie kosztów cenę wieloletnich badań naukowych, ekspertów, lat prób i eksperymentów związanych z wynalezieniem i wdrożeniem nowej technologii i porównując ją z kwotą, jaka jest przekazywana na potrzeby wywiadu, a przeznaczana na opłacenie kosztów pozyskania tej technologii... Proszę mi wierzyć, stosunek tych dwóch wartości jest niemal nieporównywalny. W innym wypadku nie byłoby potrzeby istnienia wywiadów technicznych i gospodarczych. Rachunek jest prosty, nawet dzisiaj. A wtedy, w latach siedemdziesiątych, skutkiem zimnej wojny, nawet gdyby któreś z państw bloku wschodniego chciało legalnie nabyć daną technologię, to po prostu nie mogło tego zrobić. Byliśmy całkowicie wyizolowani. Ale tylko formalnie. Sytuacja polityczna zmuszała do podejmowania ryzyka pozyskania technologii w sposób specjalny, poprzez wywiad. A po drugiej stronie zawsze znaleźli się chętni do sprzedawania informacji, nawet w krajach bogatego Zachodu. Na końcu jest po prostu człowiek i jego potrzeby finansowe. I czysto ludzka skłonność do nieustannego podnoszenia standardu życia. Ktoś był gotów sprzedać informacje, więc my byliśmy gotowi je kupić. Finansowo w tym zakresie wspomagał nas przemysł, bowiem to bezpośrednio dla niego pracowaliśmy. Ci, którzy interesują się tematyką związaną z wywiadem, doskonale zdają sobie sprawę, że choć mówimy tu o konkretnej sytuacji politycznej, to dokładnie te same zasady obowiązują i dzisiaj, gdy spadła żelazna kurtyna, gdy nie rywalizują ze sobą systemy polityczne. Przykłady tej działalności możemy z powodzeniem śledzić od starożytności.

Wtedy złożyłem przysięgę, że zachowam w tajemnicy wszystkie szczegóły i okoliczności związane z moim wejściem do służby, zwłaszcza szkoleniem i charakterem pracy. Dzisiaj nadal traktuję to zobowiązanie poważnie. Jeśli mówię, to tylko to, co w jakimś zakresie przestało być tajne. Nie jestem politykiem, bym mógł mówić, co chcę, co jest dla mnie korzystne w tej jednej chwili, by potem wypierać się tego albo zmieniać zdanie, gdy wymagają tego okoliczności. Niektórzy mówią, że jestem śmieszny z tym swoim zasłanianiem się tajemnicą czy złożoną przysięgą. Być może ich świat tak się zdewaluował, że nic niewarte są dla nich i słowa, i przysięgi. Ale, choć mój osobisty świat nie raz legł w gruzach, wciąż spokojnie patrzę w lustro i nie wstydzę się konfrontacji ze sobą. Przysięgałem służyć Polsce. Nie partii. Polsce. I do dzisiaj, choć jestem na emigracji od czternastu lat, trzymam się tego.

Wracając jednak do chronologii mojej opowieści, to w dniu 1 września 1973 roku nadszedł mój pierwszy dzień pracy. Zgłosiłem się do działu kadr. Stamtąd wysłano mnie do Wydziału Koordynacji w ramach Biura Eksportu Obrabiarek. Miałem tam przeczekać jakieś dziesięć dni, aż pan Dyszy wróci z zagranicy i ostatecznie zdecyduje, do którego wydziału mnie przydzieli. Szefem był tam pan Romuald Kowalski, którego zapamiętałem jako serdecznego i rzutkiego człowieka. Mówiliśmy na niego: Romek. Przez pierwsze dni siedziałem przy biurku kogoś, kto był akurat w delegacji zagranicznej. Czytałem całe stosy regulaminów, okólników, pism. Normalna kolej rzeczy dla nowicjusza.

W tamtych dniach sporo rozmawiałem z jednym z pracowników, który opowiadał mi mnóstwo ciekawych rzeczy o przemyśle niemieckim. W tym samym pokoju, przy biurku vis-a-vis mojego, siedział jeszcze jeden pracownik. Nazywał się Leszek Chróst, był raczej milczący, zamknięty w sobie. Miał taki tik, nerwowy ruch głową. Pomyślałem wtedy, że praca tutaj najwyraźniej może być źródłem silnego stresu. Wtedy ledwie zarejestrowałem jego obecność. Później Chróst wyjechał do Helsinek i reprezentował interesy Metalexportu w całej Finlandii. Byłem tam służbowo kilka razy. Rozmawialiśmy, zaprosił mnie do domu, poznałem jego żonę. Traktowałem go neutralnie, bo był człowiekiem, którego trudno lubić, ale też i nie było żadnych powodów, by go nie lubić. Oschły, jakby ciągle wystraszony. Kiedy już na stałe pracowałem w Kalifornii, podczas jednego z pobytów w Polsce, u rodziców, zobaczyłem w telewizji film. O działalności szpiegowskiej Leszka Chrósta na rzecz Stanów Zjednoczonych. Aż przysiadłem, bo uznałem to za niesamowity zbieg okoliczności, że swoje pierwsze dni pracy spędziłem właśnie w jego towarzystwie. Wówczas nie wiedziałem, że to nie koniec zadziwiających zbiegów okoliczności, które mnie i Leszka Chrósta postawią naprzeciw siebie.

Chociaż miałem świadomość, iż Metalexport musi być miejscem pracy wielu osób związanych zarówno z wywiadem, jak i kontrwywiadem, nie spodziewałem się, że pierwsze dni pracy spędzę z jedną z nich.

Pan Andrzej Dyszy wrócił z urlopu i przydzielił mnie do Wydziału Eksportu Tokarek S-140. Jego szefem był Augustyn Szczepański, jeden z najciekawszych ludzi, jakich spotkałem podczas swojej pracy w Polsce. Otwarty, odważny, dowcipny i pełen niespożytej energii. Wciąż pamiętam jego odprawy z pracownikami: swobodna dyskusja o tym, co robimy, o naszych osiągnięciach i niedociągnięciach. Stwarzał podczas tych spotkań atmosferę, w której nie było miejsca na rzeczy niemożliwe. Dawał nam niesamowitą energię do pracy. Myślę, że był jednak niedoceniany, bo przy jego możliwościach mógł swobodnie kierować większą organizacją niż Wydział Eksportu Tokarek. Pan Augustyn wyznaczył mnie od samego początku do prowadzenia rynków skandynawskich. Bardzo szybko odbyłem kilka podróży na te "swoje rynki". Po pół roku zostałem szefem sekcji Europy Zachodniej, a niedługo potem zastępcą szefa wydziału.

Zamiast wstępu

Książka, którą oddaję w Państwa ręce, ukazuje moje życie, a przede wszystkim działalność zawodową do roku 1985.

Pomysł podzielenia się z Czytelnikami wiedzą i przeżyciami, jakie wiążą się z działalnością w strukturach wywiadu, towarzyszył mi od dawna, ale ostateczną decyzję o napisaniu książki, podjąłem, nie mogąc zgodzić się z nieustającą, polityczną i medialną nagonką na oficerów wywiadu. Zaliczenie nas do jakiejś bliżej nieokreślonej ,,grupy przestępczej" jest nie tylko niesprawiedliwe, ale najzwyczajniej w świecie krzywdzące.

Książka ta jest zbeletryzowaną historią bardzo ważnej części mojego życia. Fakty, o których opowiada, miały miejsce naprawdę. Pisząc, szeroko korzystałem z materiałów amerykańskich ujawnionych w trakcie mojego procesu lub uzyskanych od ,,przyjaciół Amerykanów" po zmianach ustrojowych w Polsce, a także z rozmów z moim agentem Billem Bellem przeprowadzonych zaraz po ogłoszeniu wyroków oraz z materiałów polskich i własnej pamięci, która, dzięki Bogu, pozostała prawie nietknięta pomimo upływu lat.

Praca oficera wywiadu jest wymagająca i frapująca, ale jednocześnie ze wszech miar stresująca i wyczerpująca. Co za tym idzie, nie pozostaje bez wpływu na sytuację rodzinną. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że im większe sukcesy na polu profesjonalnym, tym większe kłopoty w utrzymywaniu harmonii w życiu rodzinnym. Moje przeżycia są dowodem na poparcie tej teorii.

Chciałbym skierować słowa najwyższego uznania dla osoby, której niezwykły talent pisarski pomógł mi w konstrukcji tej książki. Respektując w pełni życzenie pozostania w cieniu, pozostawiam jej nazwisko w swej życzliwej pamięci.

Bardzo dziękuję mojemu wydawcy, Panu Tadeuszowi Zyskowi i całemu jego zespołowi za słowa otuchy w trakcie powstawania tej książki. Ale także dziękuję za niewątpliwą odwagę przy podejmowaniu decyzji o jej wydaniu.

Książkę w całości dedykuję moim córeczkom, które z mego powodu przeżyły wiele ciężkich chwil. Mam nadzieję, że udało mi się im to wynagrodzić. Zawsze w trudnych momentach życia towarzyszyła mi jedna myśl: by nie pokalać nazwiska, które i one noszą.

Byłem dla nich często trudnym i wymagającym ojcem, ale mogę z dumą powiedzieć, że moja miłość do córek jest bezgraniczna. Są moją nadzieją i radością. Dziękuję im za zrozumienie, jakim mnie obdarzyły.

Marian Zacharski

Słowo wstępne

Któregoś dnia w czerwcu 1985 roku, oglądając "Dziennik Telewizyjny" zobaczyłem, jak na warszawskim lotnisku młody, szczupły mężczyzna składa starszemu panu meldunek, którego treść - jak wówczas usłyszałem - brzmiała następująco: "Towarzyszu generale! Kapitan Marian Zacharski melduje się po wykonaniu zadania wywiadowczego".

Zorientowałem się, że musiało dojść do wymiany Zacharskiego - polskiego szpiega skazanego w USA na dożywocie. Nie miałem oczywiście pojęcia o warunkach tej wymiany. Wówczas nie przypuszczałem, że za kilka lat los zetknie mnie z Marianem Zacharskim, ba - że będę podejmował decyzję co do jego służby w wywiadzie cywilnym III Rzeczypospolitej (Zarząd Wywiadu Urzędu Ochrony Państwa).

Wtedy, w czerwcu 1985 roku, minął rok i 2 miesiące od mojego wyjścia z więzienia, gdzie przebywałem przez 2 lata i 4 miesiące za organizowanie i kierowanie solidarnościowymi strajkami w Szczecinie po wprowadzeniu stanu wojennego. Wkrótce po wyjściu z więzienia wszedłem w skład kierownictwa podziemnej "Solidarności" - na szczeblu regionalnym, a następnie krajowym (TKK NSZZ "S", KKW NSZZ "S"), później uczestniczyłem w organizowaniu i kierowaniu solidarnościowymi strajkami w Porcie Szczecińskim i szczecińskiej komunikacji miejskiej w sierpniu 1988 roku. Protesty te miały istotne znaczenie dla przystąpienia przez władze i "Solidarność" do rozmów przy Okrągłym Stole (brałem udział przy podstoliku prawnym).

W maju 1990 roku premier Tadeusz Mazowiecki powołał mnie na funkcję zastępcy szefa nowo tworzonego Urzędu Ochrony Państwa (UOP), zaś od 1 sierpnia 1990 roku do 31 stycznia 1992 roku pełniłem funkcję szefa tego urzędu. Od 4 czerwca 1992 roku do 22 grudnia 1995 roku kierowałem Ministerstwem Spraw Wewnętrznych.

Powyższe fakty z życiorysu przytoczyłem po to, by nie było wątpliwości co do mojej proweniencji.

Okresy kierowania najpierw Urzędem Ochrony Państwa, a następnie Ministerstwem Spraw Wewnętrznych (gdzie sprawowałem nadzór nad UOP) przyniosły mi sporo doświadczeń i wzbogaciły moją wiedzę, m.in. o funkcjonowaniu służb specjalnych PRL.

Nie mogę się zgodzić z jednostronnymi, uogólniającymi ocenami działalności wywiadu i kontrwywiadu oraz innych jednostek Służby Bezpieczeństwa po 1956 roku.

W strukturach służb specjalnych PRL (w tym wywiadu i kontrwywiadu) wówczas działających zdarzały się w niemałej liczbie działania przestępcze. Niemniej nie można rzucać anatemy na wszystkich czy większość funkcjonariuszy. Działania służb specjalnych - niezależnie od ustroju - mogą być i bywają dotkliwe dla osób, w które są wymierzone, względnie których dotyczą. Dotkliwość ta mieścić się powinna w określonych granicach i nie naruszać przepisów prawa, choć w pewnych sytuacjach mogą pojawiać się wątpliwości co do stosowania tej zasady (np. przy werbunku źródeł).

Oceny mówiące o przestępczym czy nawet zbrodniczym charakterze służb specjalnych PRL działających w okresie lat 1957-1990 uważam za przesadzone. Przypadki rażącego łamania prawa zdarzają się wszystkim służbom, niezależnie od ustroju politycznego, choć działania służb PRL były bardziej represyjne, przede wszystkim ze względu na ich skalę. Trzeba też pamiętać, że służby te stały na straży nonsensownych ograniczeń praw i wolności obywatelskich, ograniczeń ustanowionych przez decydentów politycznych. Niemniej uważam, iż należy zachować umiar w ocenie działań służb PRL-owskich w latach 1957-1990.

W czasie mojej ponad pięcioletniej pracy - najpierw w UOP, a potem w MSW poznałem setki oficerów byłej SB - wywiadu, kontrwywiadu, szyfrów, biura śledczego, ale także policji politycznej (Departamentu III, Departamentu V), Obserwacji, Techniki i Ewidencji.

W trakcie weryfikacji, następnie przyjmowania do służby w UOP, a potem wspólnej pracy poznałem ich dość dobrze, a z niektórymi - m.in. z Marianem Zacharskim zaprzyjaźniłem się. Wielu z nich uważam za znakomitych profesjonalistów, a niektórzy pokazali, że godność i honor to wartości dla nich istotne.

Wyniki uzyskane wówczas przez Urząd Ochrony Państwa mówią za siebie, że wymienię niektóre: sprawa Art. ,,B", sprawa FOZZ, operacja POMOST (zapewnienie bezpiecznego tranzytu Żydów z byłego ZSRR do Izraela), operacja w Iraku w 1990 roku, ustalenie i oddanie pod sąd dwóch szpiegów niemieckich, jednego szpiega rosyjskiego, ustalenie kilku agentów wywiadu rosyjskiego w Wojsku Polskim - to tylko niektóre ze znaczących osiągnięć UOP.

W owym czasie funkcjonariusze byłej Służby Bezpieczeństwa - w tym wywiadu i kontrwywiadu - stanowili ponad 90 procent stanu osobowego Urzędu Ochrony Państwa. Jestem dumny z faktu kierowania tym urzędem i biorę odpowiedzialność za jego działania w okresie, gdy nim kierowałem.

Po tym długim wstępie, który wydał mi się jednak niezbędny, pora przejść do książki i jej Autora.

Marian Zacharski pracę w wywiadzie rozpoczął w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, w dekadzie gierkowskiego ograniczonego otwarcia na świat, pewnej liberalizacji i złagodzenia represyjnych oddziaływań systemu. Pracował w Przedsiębiorstwie Handlu Zagranicznego Metalexport, co wiązało się z możliwością zagranicznych wyjazdów. Pracę za granicą, do tego również w wywiadzie, postrzegał jako uśmiech losu, dający możliwość samorealizacji, a przy tym wstęp - jak sam pisze - do elitarnego klubu oficerów wywiadu.

W 1975 roku Metalexport utworzył i zarejestrował w USA firmę początkowo nazywającą się Mexpol, potem Polamco. Spółka miała siedzibę w Chicago i zajmowała się sprzedażą i serwisem polskich obrabiarek w USA.

W październiku 1976 roku Marian Zacharski sprowadził do USA żonę i dziecko, początkowo do Chicago, po kilku miesiącach do Los Angeles, gdzie zorganizował oddział firmy. Działał z rozmachem - jak sam pisze: "Jesteśmy w Ameryce więc pracujemy po amerykańsku: szybko, bez zbędnej zwłoki". Wcześniej jednak zauważa: "Warunki były amerykańskie, a mentalność polska" (chodzi o zatrudnionych w firmie niektórych polskich pracowników).

Zacharski zdobywał coraz więcej zamówień, poznawał wiele interesujących osób, przede wszystkim z biznesu, choć nie tylko. W 1977 roku poznaje Williama Holdena Bella, wybitnego specjalistę systemów radarowych, pracującego w firmie Hughes Aircraft Company (HAC) z El Segundo (w Kalifornii), której produkcja - jak pisze Zacharski - w 82 procentach była realizowana na potrzeby organizacji wywiadowczych i na rzecz projektów specjalnych Departamentu Obrony USA.

Zacharski szybko ustalił sytuację materialną i osobistą Bella, cechy jego charakteru i mentalności. Stopniowo zaczął uzyskiwać od Bella coraz więcej tajnych materiałów dotyczących największych tajemnic z zakresu obronności Stanów Zjednoczonych, w tym najnowocześniejszych systemów radarowych dla wojsk lądowych, lotnictwa (m.in. samolotów F-14, F-15, F-16, F-18, bombowców B-1, samolotów Stealth), marynarki wojennej (m.in. sonaru dla atomowych okrętów podwodnych), rakiet typu Hawk i typu Roland, systemu obrony przeciwrakietowej Patriot i wiele innych materiałów.

Do listopada 1979 r. Bell przekazywał tajne dokumenty bezpośrednio Zacharskiemu, który ekspediował je dalej - do polskiego konsulatu w Chicago, a czasem sam przewoził do Warszawy.

Od listopada 1979 roku tajne materiały Bell przekazywał bezpośrednio oficerom Centrali Wywiadu w Europie: w listopadzie 1979 roku w Innsbrucku, w maju 1980 roku w Innsbrucku, w październiku 1980 roku w Linzu i w kwietniu 1981 roku w Genewie.

Przez cały okres współpracy Bell był wynagradzany, przy czym otrzymywane przezeń kwoty były śmiesznie niskie w stosunku do wartości tajnych materiałów przekazanych polskiemu wywiadowi.

Od początku 1979 roku FBI było w posiadaniu informacji otrzymanej od CIA, że tajne dokumenty z Hughes Aircraft Company (HAC) są przekazywane agentom polskiego wywiadu. Wkrótce potem agenci FBI wprowadzili ciągłą obserwację Mariana Zacharskiego, a następnie Williama Bella. Dowodów przeciwko nim jednak nie uzyskali. Dopiero w trakcie rozmowy z Bellem w czerwcu 1981 roku, po zastosowaniu przez nich pokerowej zagrywki Bell przyznał, iż przekazywał tajne dokumenty polskiemu wywiadowi. Bell zgodził się również na dokonanie przez niego tajnego nagrania rozmowy z Zacharskim, co nastąpiło 28 czerwca 1981 roku. Dowód ten i zeznania Bella stanowiły podstawę do skazania Zacharskiego na dożywocie. Blisko cztery lata przebywał Zacharski w amerykańskich więzieniach, odrzucając składane mu przez amerykańskie służby oferty wypuszczenia na wolność, otrzymania znacznej sumy pieniędzy, pracy i domu w Kalifornii - w zamian za współpracę z FBI.

11 czerwca 1985 roku, na moście Glienicke w Berlinie doszło do wymiany 25 osób więzionych w krajach bloku wschodniego (w tym pięciu Polaków: Leszka Chrósta, Jacka Jurzaka, Jerzego Pawłowskiego, Bogdana Walewskiego i Norberta Adamaschka) na cztery osoby więzione w USA (Marian Zacharski, Bułgar Penjo Baiczew Kostadinow, obywatel NRD Alfred Zehe i obywatelka NRD Alice Michelson - kurierka służb radzieckich). Jerzy Pawłowski nie wyraził zgody na opuszczenie Polski. W wymianie tej pośredniczył mecenas Wolfgang Vogel, którego Marian Zacharski zachował we wdzięcznej pamięci.

Marian Zacharski witany i fetowany przez przedstawicieli Wywiadu PRL oraz Wywiadu NRD (w tym samego generała Marcusa Wolfa), po powrocie do Polski został dyrektorem Peweksu.

Książka Mariana Zacharskiego jest pozycją niezwykłą. Od wielu lat czytam literaturę faktu związaną z działaniami służb specjalnych, lecz nie spotkałem dotąd książki o takim stopniu szczegółowości opisu operacji wywiadowczej (dotyczy to zarówno fazy, gdy Zacharski bezpośrednio od Bella otrzymywał materiały szpiegowskie, jak też późniejszego okresu, gdy Bell w Innsbrucku, Linzu i Genewie dostarczał takowe materiały oficerom Centrali Wywiadu). Odnosi się wrażenie, jakby treść raportów i notatek oficerów wywiadu (w tym samego Zacharskiego) przeniesiona została do książki w formie ciekawej i żywej narracji. Szczegółowo została też opisana operacja zatrzymania Zacharskiego przez FBI, a także przygotowanie wymiany i sama wymiana na moście Glienicke.

Niezaprzeczalnym walorem książki jest szczerość wypowiedzi jej Autora. Zacharski nie mówi wszystkiego - o tym jestem głęboko przekonany. Niemniej, w tym co mówi jest szczery. Nie szczędzi ostrych słów niektórym przełożonym i funkcjonariuszom Wywiadu PRL, ale też niektórym agentom FBI. Nie kryje uznania dla szefa Wywiadu byłej NRD generała Marcusa Wolfa, nie tylko za jego profesjonalizm, ale także za sposób bycia oraz inne cechy wskazujące, że był wybitną osobowością.

Zacharski nie dba o lansowaną obecnie w naszym kraju linię poprawności ocen co do faktów, ludzi czy zdarzeń. Ma własne zdanie i nie waha się go wypowiadać, nie tłumaczy się ze swoich poczynań, nie przyznaje, by miał zawinić w czymkolwiek. Moim zdaniem ma rację, bo w swoich ocenach kieruje się po prostu zdrowym rozsądkiem.

Podane w książce nowe okoliczności oraz szczegółowe opisy prowadzonej przez Zacharskiego operacji wywiadowczej bez wątpienia stanowić będą przedmiot zainteresowań wielu służb (choć nie tylko).

Niektórzy z adwersarzy Zacharskiego stawiają mu zarzut, iż musiał wiedzieć, że otrzymane od Bella tajne materiały były następnie przekazywane Związkowi Radzieckiemu. Uważam, iż zarzut ten jest chybiony. Oficer wywiadu zdobyte informacje i materiały przekazuje przełożonym. Nie do niego należy decyzja, komu zostaną udostępnione. Uzyskując od Bella pierwsze partie materiałów i przekazując je do Centrali, Zacharski nie miał podstaw sądzić, że otrzymają je Rosjanie. Jeśli w późniejszym czasie taką orientację uzyskał, to nie mógł przecież przerwać swojej działalności, roztrząsając filozoficzne dylematy dobra i zła. Był oficerem wywiadu.

Książka zawiera wiele ciekawych, unikalnych zdjęć, a także publikowanych po raz pierwszy dokumentów.

Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Marian Zacharski został przyjęty do służby w Zarządzie Wywiadu Urzędu Ochrony Państwa. Z powodzeniem wykonywał trudne zadania wywiadowcze, na ujawnienie których jeszcze dzisiaj za wcześnie. Zmuszony okolicznościami związanymi z tzw. sprawą Oleksego, odszedł ze służby w 1996 roku, w wieku 45 lat, w stopniu generała brygady Urzędu Ochrony Państwa.

Andrzej Milczanowski

Szczecin, 27 kwietnia 2009 roku