Nazywam się Romane Monnier - Delphine de Vigan

-
Proszę czekać

Trzeba by zrozumieć, jak to się w niego wkradło, jak się rozprzestrzeniło - cicho, bez jakiegoś większego incydentu. Nie było w tym nic dramatycznego ani smutnego. Wręcz przeciwnie - z pewną łagodnością, spokojnie, niemal kojąco, przyjemnie, powoli wypełniając każdą godzinę dnia i nocy. Trzeba by wiedzieć, kiedy to się zaczęło - ten stan, w którym teraz się znajduje: jak go nazwać, zdefiniować, żeby móc się od niego oddzielić i upewnić, że jest przejściowy, ustąpi miejsca czemuś innemu: intensywniejszemu, bardziej żarliwemu.

Od pewnego czasu jego myśli, sny i obrazy powracające do niego w ciągu dnia nieustannie sprowadzają go do tego, co już się wydarzyło i czego już nie ma - z tej prostej przyczyny, że nie potrafi sobie wyobrazić przyszłości, nadać jej kształtu. Nie jest w stanie tworzyć nowych obrazów, które mógłby pieścić w wyobraźni, nie potrafi wytyczyć dróg - choć jednej - prowadzących go gdzie indziej, wyobrazić sobie tych trzydziestu kilku lat, jakie statystycznie jeszcze mu pozostają. Wie, że to problem - ta niepewność, zablokowana przyszłość, to nieprzyjemne uczucie, że znalazł się na parkingu przy autostradzie i nie wie ani od kiedy tam jest, ani dokąd zmierza; nie jest w stanie znów się włączyć do szybkiego, niebezpiecznego ruchu, który doprowadził go aż tutaj. Owszem, jak się zastanowić, wszystko wskazuje na to, że utknął na stacji benzynowej. Nie czuje się nieszczęśliwy. Nie jest aż tak źle. Są tam bardzo nowoczesne automaty z napojami oferujące wszelkiego rodzaju kawy - espresso, latte, cappuccino, rozpuszczalne i ziarniste, słodsze lub mniej słodkie, z mieszadełkiem lub bez. Są pamiątki, gadżety, breloki, pluszaki, kubki z imionami, lody, kanapki, ciasteczka; toalety wydają się czyste, a personel raczej uprzejmy. Ale nie może tam zostać. Nikt nie może. Pewnego dnia pojawi się pracownik, który każe mu wrócić do samochodu i ruszyć dalej albo - jeśli mu powie o awarii - wezwać pomoc drogową.

Chciałby, żeby coś się wydarzyło - coś, co zmieni bieg jego życia. I w tym pragnieniu wyczuwa iluzję oczekiwania i własną niezdolność do wykonania samodzielnego ruchu. Z doświadczenia wie, że zwykle to wypadki, choroby albo śmierć przychodzą nagle, brutalnie przerywając spokojny rytm teraźniejszości. Dlatego wciąż siedzi grzecznie w swojej wymyślonej kawiarence i oparty o blat wysokiego stolika przygląda się ziarenkom cukru oraz plamom z płynów pozostawionym przez kubki innych - małym lepkawym kółkom, po których czasem aż chce się przesunąć palcem i sprawdzić ich smak.

Tego ranka, kiedy tylko włączył smartfon, na ekranie pojawiło się powiadomienie: W twoich danych zdrowotnych wykryto istotną zmianę.

- Serio? - zapytał na głos.

A potem, z ciekawości, jednym lekkim dotknięciem palca otworzył aplikację. Wskaźniki takie jak: całkowity przebyty dystans, dzienna liczba kroków i średnia spalonych kalorii spadły w ciągu ostatnich siedmiu dni. Nic dziwnego.

Oto co się wydarzyło: wykorzystał szkolną przerwę, by na tydzień zamknąć swój punkt usług poligraficznych - studenci stanowią przynajmniej połowę jego klientów, a on potrzebował odpoczynku. Zastanawiał się, czy by nie wyjechać, znaleźć w ostatniej chwili bilet do Włoch lub Grecji, ale w końcu odpuścił (pogoda była przyjemna, a on zawsze lubił zimę) i w rezultacie przez cały ten czas nawet nie wyszedł z domu.

- Zdarza się - powiedział cicho, tym razem do siebie.

Nieco później, około jedenastej, po uporaniu się z kilkoma czynnościami, których wcale nie potrafiłby precyzyjnie opisać (coś między sprzątaniem a błądzeniem, tu granica czasem się zaciera), opadł na kanapę.

Właśnie wtedy zadzwonił Nathan i zaproponował spotkanie jeszcze tego samego wieczoru w La Malice, jak to mieli w zwyczaju mniej więcej raz w miesiącu.

Chciał początkowo odmówić (w końcu po co przerywać doświadczenie wycofania?), ale Nathan wyczułby jego spadek nastroju i pewnie by po niego przyjechał.

Thomas wziął więc prysznic, przebrał się i zatrzasnął za sobą drzwi.

Wymiana SMS-ów między Romane Monnier a Pascalem V. 8 marca 2025 roku o 18:02.

Pascal: Nadal chętna na dziś wieczór?

Romane: Tak.

Pascal: Ja biała koszula, dżinsy, czarna marynarka. A ty?

Romane: Ja też.

Pascal: Wyglądasz jak na zdjęciu?

Romane: Oczywiście, że nie.

Pascal: ???

W swojej dusznej sypialni Thomas rozprostowuje zdrętwiałe ramię. Jak każdego dnia - zanim przeciągnie się pod prześcieradłem, postawi stopę na podłodze, zapali światło, zanim jeszcze na dobre się obudzi - szuka telefonu.

Od kiedy ten gest stał się pierwszą czynnością dnia? Od kiedy co wieczór kładzie ten przedmiot tak blisko twarzy, by mieć go przez całą noc w zasięgu wzroku i dłoni? Nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie, tak bardzo ten gest, właściwie dwa gesty - poranny, gdy łączy się ze światem, i wieczorny, kiedy przełącza telefon w tryb samolotowy - wymykają się jego świadomości. Tak, śpi obok telefonu, a właściwie z nim, i to od dobrych paru lat. Nie on jeden. Nie usprawiedliwia go nawet funkcja budzika, bo w tym celu z sentymentu wciąż używa elektronicznego zegarka Casio, który dostał od matki na dziesiąte urodziny.

Jego dłoń sunie po stoliku nocnym, maca, strąca lampkę. Podpiera się na łokciu, zapala światło, poszerza pole poszukiwań - podłoga, poduszka, pościel. W końcu musi przyjąć do wiadomości coś nietypowego: komórki nie ma. Przypomina sobie nagle - wraz z intensywnym, palącym uczuciem pragnienia - stan zamroczenia alkoholowego, w jakim wrócił do domu. Najwyraźniej zostawił ją gdzie indziej. Może w łazience - zakładając, że w ogóle zdołał umyć zęby.

Sądząc po wąskiej smudze światła pod drzwiami, może jest dziewiąta, może południe. Budzik wskazuje 9:31. Wstaje, mimochodem zauważa, że spał w koszuli, i zaczyna poszukiwania smartfona. Krąży po mieszkaniu bez żadnej strategii, kilka razy zagląda do tych samych pomieszczeń; wzrok niczym radar omiata płaskie powierzchnie, zawraca. W rezultacie kręci się w kółko. Może po prostu zostawił go w kieszeni płaszcza.

Tam rzeczywiście go znajduje.

Ucisk pod mostkiem wywołany niepokojem ustępuje. Jedna, może dwie tabletki cytrynianu betainy i można zaczynać dzień.

Po kolei: wyłączyć tryb samolotowy, włączyć ekspres, wyjąć z szafki magdalenki z supermarketu, które zjada na śniadanie (wrócił do tego zwyczaju, odkąd nie ma już oburzającej się i moralizującej Léo), włączyć głośniki i radio. Przy odrobinie szczęścia zdąży jeszcze na końcówkę weekendowej porannej audycji.

Kiedy sięga po telefon, zauważa, że ekran główny wygląda inaczej. Wakacyjne zdjęcie autorstwa Martina Parra, które towarzyszyło mu od lat, zastąpił górski krajobraz.

Przesuwa po nim palcem raz, drugi - bez skutku. Śmieje się w myślach: musi naprawdę fatalnie wyglądać, skoro rozpoznawanie twarzy nie działa. Podnosi urządzenie na wysokość oczu, ponownie przeciąga palcem - nic. Telefon go nie rozpoznaje, jak ten dawny znajomy, którego po dwudziestu latach minął niedawno na ulicy.

Rozdrażniony wpisuje kod - raz bez powodzenia, potem drugi. Jest zniecierpliwiony, ale za trzecim razem robi to wolniej, zmuszając się do skupienia.

Cztery cyfry starannie wpisane. Ekran znów drga, sygnalizując odmowę.

Przecież nie zwariował. Czy to możliwe, że przez noc zapomniał kodu? Czy też - co bardziej prawdopodobne - wciąż tkwi w alkoholowym otępieniu? Próbuje jeszcze raz. Zamienia cyfry miejscami... Tego przeklętego urządzenia nie da się uruchomić.

Po trzech nieudanych próbach aparat się blokuje. Każe odczekać pięć minut.

Thomas bierze głęboki oddech. Złość nic tu nie da.

Robi sobie espresso, siada. Bezradnie, z lekką podejrzliwością ogląda oporny przedmiot.

Jeśli się lepiej przyjrzeć, przezroczyste etui wydaje mu się nagle podejrzanie nowe. Żadnych śladów zużycia, okruszka tytoniu pod plastikiem, a rysa, która pojawiła się na ekranie kilka tygodni temu, zniknęła bez śladu.

I wtedy to do niego dociera: to nie jest j e g o telefon. Taki sam, identyczny, ale nie jego.

Choć na razie zabrania sobie myśleć o konsekwencjach tej pomyłki, kula niepokoju wraca.

Thomas z niedowierzaniem obraca smartfon w dłoni. Nie wie, jak to możliwe, ale musi przyznać, że poprzedniego wieczoru wrócił do domu - faktycznie, pijany, lecz nie zalany w trupa - z cudzym telefonem.

I na pewno nie jest to telefon Nathana, którego etui i smycz zna aż za dobrze.

Zapowiada się wyjątkowo trudny dzień: jak zdobyć jakiś aparat, skontaktować się z Nathanem - z kimkolwiek - skoro nie zna na pamięć żadnego numeru, nawet Léo, bo wszystkie są zapisane w kontaktach?

Kusi go, żeby wrócić do łóżka, ale rozdrażnienie i tak nie pozwoliłoby mu zasnąć. Lepiej wziąć prysznic i jak najszybciej zmierzyć się z tym niefortunnym zbiegiem okoliczności.

Kiedy gorąca woda spływa po jego skórze, wraca nieostre wspomnienie. W La Malice siedziała obok niego młoda kobieta. W ciasnym lokalu, przy stolikach ustawionych niemal jeden przy drugim, gdzie każdy się wciska, jak tylko może, ich łokcie kilka razy się zetknęły.

Tak, teraz jest już pewien: po jego prawej stronie siedziała kobieta około trzydziestki, może nawet młodsza. Nie potrafi odtworzyć jej twarzy, pamięta jednak, że kilka razy starał się uniknąć kontaktu fizycznego.

Za każdym razem, gdy Thomas wraca z kolacji albo spotkania, zadaje sobie to samo pytanie: czy mówił za dużo, czy wręcz przeciwnie - za mało. Z doświadczenia wie, że rzadko udaje mu się odnaleźć właściwy ton w kontaktach z ludźmi: albo, gdy czuje się swobodnie, wpada w rodzaj absurdalnej euforii i ma słowotok, albo zamyka się w sobie z obawy przed oceną. W obu wypadkach zwraca na siebie uwagę.

Po śmierci matki jego ojciec, zawsze oszczędny w słowach, pogrążył się w zupełnym milczeniu. Stał się bardziej zdystansowany niż kiedykolwiek, jakby amputowano mu połowę siebie - tę lepszą, pozwalającą funkcjonować w społeczeństwie. Okazywał teraz światu brutalny gniew, zdolny zniechęcić najczulsze gesty i najszczerszą litość. W wieku trzynastu lat Thomas został sam na sam z tym sztywnym, wiecznie poirytowanym mężczyzną o napiętej twarzy, który nie wypowiadał więcej niż dziesięć słów dziennie: dzień dobry, do widzenia, tak, nie, dobrze, idź spać. Żyli obok siebie jak uprzejmi współlokatorzy, bez sprzeciwu przyjmujący do wiadomości brak jakiejkolwiek bliskości.

Ojciec znikał czasem na kilka dni bez słowa wyjaśnienia i wracał któregoś wieczoru tak, jakby wyszedł tego samego ranka - nadal równie zamknięty w sobie, nieprzenikniony. Nic nie opowiadał, niczym się nie dzielił, o nic nie pytał. Przyjmował tę defensywną postawę nie tylko wobec Thomasa: przez cały czas obnosił ten uparty, wrogi wyraz twarzy. Thomas miał mu to za złe, a jednocześnie nie znosił, gdy ludzie go krytykowali albo mieli o nim nienajlepsze zdanie. W obecności innych, nie zdając sobie z tego sprawy, próbował rekompensować jego milczenie. Kilka lat po śmierci matki jej brat z żoną zatrzymali się u nich w drodze na wakacje. Tego dnia - może dlatego, że poczuł się wysłuchany, a może dlatego, że wypił kilka kieliszków, a może po prostu poniósł go entuzjazm siedemnastolatka albo jakiś życiodajny impuls - Thomas stał się niezwykle rozmowny. Śmiał się, opowiadał wujkowi anegdoty, popisywał się. Nazajutrz ojciec zostawił na kuchennym stole wściekły, oskarżycielski liścik nabazgrany na skrawku papieru. Zarzucał mu, że zmonopolizował uwagę gości i że jest nielojalnym synem. Nielojalny - to słowo go powaliło. On, który przy ojcu chodził na palcach, zawsze brał go w obronę, przyjmował jego milczenie bez skargi, zbywał pytania pracownic socjalnych i szkolnych psychologów, uspokajał ich wszystkich, zapewniając, że sytuacja w domu jest stabilna, choć sam czuł się czasem tak samotny, rozpaczliwie samotny, i co wieczór wracał z lękiem, że ojciec odszedł - na zawsze - albo że nie żyje. Poczucie niesprawiedliwości dosłownie odebrało mu dech. Przez kilka godzin rozważał różne scenariusze: ucieczkę, konfrontację albo bunt. Ostatecznie jednak przeszedł nad tym do porządku dziennego, uznając, że przekaz był przede wszystkim wyrazem cierpienia ojca i jego niezdolności do komunikowania się z innymi.

A jednak myśl, że może zajmować zbyt wiele miejsca - zawoalowana groźba ukryta pod płaszczem nieśmiałości - wślizgnęła się do jego głowy i już go nie opuściła. Kierując się czymś w rodzaju ostrożności, stał się przyjacielem, który rzadko się zwierza i przy stole bywa raczej małomówny.

W zeszłym roku, gdy Léo wciąż jeszcze z nim mieszkała, spędzili wieczór, wymieniając te zdania wypowiedziane przez innych - z zamiarem albo bez zamiaru wyrządzenia krzywdy - które rezonowały przez całe ich życie. Dla jego córki była to wypowiedź nauczycielki w piątej klasie: "Nigdy nie będziesz wielką sportsmenką", wiążąca się z ryzykiem, że całe życie spędzi na ławce rezerwowych. A potem słowa jednej z jej przyjaciółek, która - gdy Léo narzekała na kształt swojej twarzy albo jakiś rzeczywisty czy wyimaginowany defekt - odpowiedziała: "To prawda, nie jesteś ładna, ale nie jesteś też odpychająca...". Thomas opowiedział córce o liściku zostawionym przez ojca, a kilka miesięcy później, gdy zapisał się na kurs aktorstwa (dziś wydawało mu się to bardzo odległe, ale miał wtedy ochotę spróbować), jego nauczyciel po kilku tygodniach powiedział: "Ty, Thomasie, nie jesteś podatny na śmieszność".

Potem spędził wiele godzin, próbując rozszyfrować, co nauczyciel miał na myśli. Czy chodziło o to, że jest śmieszny, ale sam tego nie dostrzega? A może o to, że z powodu jakiegoś tajemniczego błogosławieństwa jest uodporniony na śmieszność?

Poprzedniego wieczoru po wyjściu z baru, idąc nocą przez miasto do domu, Thomas miał poczucie, że rozmowa potoczyła się w sposób najbardziej płynny i sprawiedliwy z możliwych - jak niemal zawsze z Nathanem, bez wątpienia tym z jego przyjaciół, przy którym czuł się najbardziej sobą, wolny od obsesyjnego lęku przed oceną.

Spędzili bardzo miły wieczór i pozostawiłby on po sobie idealne wspomnienie, gdyby nie to, że teraz Thomas musi rozwikłać zagadkę, w jaki sposób jego telefon - bez jego wiedzy - został zamieniony na nowszy model (co z góry wyklucza akt złośliwości motywowany chęcią zysku), a to zapewne będzie wymagało przeprowadzenia spójnego i metodycznego dochodzenia.

Najpierw wraca pieszo do baru i wypytuje kilku kelnerów. Jeden z nich pracował poprzedniego wieczoru, ale nie pamięta żadnego incydentu, który mógłby wyjaśnić sytuację opisaną przez Thomasa. Co wieczór, dzięki wspólnym stołom, ludzie mieszają się, poznają, czasem nawet razem wychodzą. Nic dziwnego, że Thomas zagadał do nieznajomej siedzącej obok - a stąd do zamiany telefonów już jeden krok, czemu nie. Właściciel potwierdza: widywał szybsze i bardziej zaskakujące znajomości - wymienianie się śliną już po kilku piwach, mniej lub bardziej dyskretne pieszczoty, a raz musiał nawet przerwać zbliżenie pod stołem, które bez wątpienia zmierzało ku stosunkowi. Thomas dopytuje, czy znają tę młodą kobietę, czy często tu bywa, ale zdawkowy opis, na jaki go stać - raczej szczupła, kasztanowe włosy do ramion - nie pozwala jej zidentyfikować.

- Miała skórzaną spódnicę? - pyta w końcu właściciel.

Ale Thomas nie pamięta, jak była ubrana.

Potem jedzie metrem do Nathana. Czeka piętnaście minut przed budynkiem, aż ktoś wyjdzie i otworzy drzwi. Wbiega po schodach po dwa stopnie. Nie ma pojęcia, która jest godzina, kiedy naciska dzwonek.

Otwiera mu Nour. Łagodna ironia czai się w kącikach jej ust.

- W końcu się do nas wprowadzasz?

To stary żart z czasów, gdy Thomas regularnie lądował u nich z córką pod pachą - wyczerpany albo bezradny - witany z czułością przez partnerkę przyjaciela, bez względu na porę dnia czy nocy. Minęły lata, ale żart wrócił do łask, gdy Léo się wyprowadziła - jako sposób, by dać mu do zrozumienia, że zawsze będzie tu mile widziany. Nour i Nathan pozostają w oczach Thomasa parą idealną, ekscentryczną i romantyczną, zdolną stworzyć wokół siebie - i podtrzymywać przez lata - coś w rodzaju bezpiecznej strefy, o której myśli jak o schronieniu. To jeden z tych mentalnych obrazów podnoszących go na duchu, dodających odwagi: świadomość, że kilka stacji metra od jego domu jest miejsce łączące łagodność, wyrozumiałość i inteligencję, gdzie zawsze może się schować.

Cała czwórka siedzi przy niedzielnym brunchu. Thomas całuje każdego po kolei.

- Léo nie przyszła z tobą? - pyta Ludo.

- Nie, wiesz... Mieszka teraz u siebie.

- Ma kanapę i wszystko?

- Tak, nawet lodówkę!

- Ale nas odwiedzi? - Zoé jest zmartwiona.

- Oczywiście, niebawem.

Dzieci Nathana są dużo młodsze od Léo. Patrzyła, jak dorastają, a one od najmłodszych lat darzą ją prawdziwym uwielbieniem. Teraz, gdy pracuje, widują ją rzadziej, ale jej aura tylko na tym zyskuje.

W pełnej skupienia ciszy Thomas wyjaśnia swój problem. Na potwierdzenie wyciąga z kieszeni telefon. Powiadomienie informuje, że właściciel (albo właścicielka) otrzymał dwie wiadomości z numeru nieobecnego na liście kontaktów - ich treść nie wyświetla się na ekranie głównym. Zdaniem Zoé funkcja podglądu wiadomości jest wyłączona.

Choć wspomnienie wieczoru również w przypadku Nathana spowite jest lekką mgłą, może potwierdzić, że Thomas co najmniej dwa razy wyjmował komórkę: najpierw, by sprawdzić tytuł jednego z pierwszych filmów Jane Campion, potem - żeby pokazać zdjęcie ulotki turystycznej, którą niedawno wydrukował dla studentki szkoły artystycznej. Nathan uważa za całkiem możliwe, a nawet prawdopodobne, że odłożył wtedy telefon na stół, a jego sąsiadka omyłkowo zamieniła go ze swoim. Pamięta kobietę około trzydziestki, raczej ładną, siedzącą obok Thomasa w towarzystwie mężczyzny. Jednego jest pewien: nie ruszył się z miejsca przez cały wieczór, nawet gdy przed barem ludzie zaczęli tańczyć do hitów z lat osiemdziesiątych, które właściciel zwykł puszczać głośniej.

Korzystając z telefonu Nathana, Thomas kilkakrotnie próbuje zadzwonić pod swój numer, ale za każdym razem włącza się poczta głosowa. W końcu zostawia mętną wiadomość, zdając sobie sprawę, że to nie ma sensu. Osoba, która znalazła lub zabrała jego aparat, nie znając kodu, nie ma do niego dostępu, ale dopóki smartfon pozostaje włączony, istnieje nadzieja, że uda się z nią skontaktować.

Nour go uspokaja: dziewczyna w końcu odbierze. Ona też pewnie chce odzyskać swoją własność.

Po południu, kiedy już wrócił do siebie, przygnębiony i bezradny, przypomina mu się urywek rozmowy między młodą kobietą a siedzącym obok niej mężczyzną - wymiana zdań wychwycona w chwili ciszy, z której wywnioskował, że ledwo się znają. Może to była pierwsza randka. Wysilając intensywnie pamięć, usiłuje teraz odtworzyć te słowa. Tak, jest niemal pewien: kobieta opowiadała o zniechęceniu albo zmęczeniu, coś w tym negatywnym rejestrze, mało sprzyjającym uwodzeniu - jak wtedy pomyślał - a mężczyzna, nosowym głosem, który mu się nie spodobał, o nastawieniu, psychice; użył sportowej metafory, a Thomas pomyślał, że jest głupia. Kilka chwil później, w odpowiedzi na jej pytanie, usłyszał, jak mężczyzna mówi: "Nie wiem, czy mogę to zrobić".

Reszty Thomas nie pamięta. Zapewne wrócił do rozmowy z Nathanem.

Próbuje w myślach odtworzyć sylwetkę młodej kobiety: nieuchwytny, rozmyty obraz.

Około piętnastej schodzi do Myl?ne Farmer, sąsiadki z czwartego piętra, i w kilku słowach wyjaśnia jej sytuację, po czym prosi o możliwość zadzwonienia do siebie z jej telefonu, na co ta się zgadza bez wahania.

Ale nikt nie odbiera.

Powtarza próbę pod koniec dnia, a potem dwa lub trzy razy po kolacji. Sam pilnuje, by bateria smartfona nieznajomej była naładowana - żeby mogła sama do siebie zadzwonić i dzięki temu skontaktować się z nim.

Wieczorem przychodzą jeszcze dwa SMS-y z tego samego nieznanego numeru.

O dwudziestej drugiej dzwoni jej matka - pechowym zbiegiem okoliczności Thomas nie odbiera, choć mógłby to zrobić, nawet jeśli nie może korzystać z kontaktów.

Od tej pory, obawiając się, że przegapi kolejną okazję, nosi telefon przy sobie, a kiedy kładzie się spać, odkłada go na nocny stolik.

Jeśli nic się nie wydarzy, jutro będzie musiał pogodzić się z sytuacją, pójść do siedziby operatora po nowy aparat i przyznać się sprzedawcy, że nie zrobił kopii zapasowej - ani na komputerze, ani w chmurze.

Bez wątpienia zostanie mu wytknięta lekkomyślność, a potem przyjdzie mu się mierzyć z naprawdę dużymi utrudnieniami.

Wiadomości wysłane przez Pascala V. do Romane Monnier w niedzielę 9 marca 2025 roku.

10:06 - Wróciłaś bezpiecznie? Może powinienem był cię odprowadzić, ale nie śmiałem proponować.

14:34 - To był miły wieczór. Sprawiałaś wrażenie nieco smutnej. Zobaczymy się jeszcze?

18:45 - Mogłabyś przynajmniej odpisać...

22:30 - Pizda.

Nieco przed ósmą Myl?ne puka do jego drzwi. Wyjeżdża na kilka dni na wieś do córki i proponuje, żeby jeszcze raz skorzystał z jej telefonu, jeśli chce spróbować szczęścia... Wczoraj był u niej trzy razy, a ona nie okazała nawet cienia zniecierpliwienia. Thomas postanawia, że podaruje jej bukiet kwiatów, kiedy wróci.

Po raz kolejny wybiera swój numer i po kilku sygnałach, gdy przestaje już wierzyć, że ktoś odbierze, w słuchawce odzywa się kobiecy głos:

- Halo.

Zaskoczony, zaczyna się jąkać. Myl?ne dodaje mu otuchy spojrzeniem.

- Dzień dobry. W sobotę wieczorem byłem w La Malice. Siedziałem tuż obok pani i myślę, że zamieniliśmy się telefonami. Właściwie to jestem tego pewien... skoro pani odebrała, wnioskuję, że ma pani mój... a ja pani (skąd ten nadęty ton? - myśli w tej samej chwili).

- Ach tak - odpowiada zdawkowo młoda kobieta.

- Nie wiem, czy pani pamięta... Siedzieliśmy w głębi baru, przy tych dużych stołach...

- Tak.

- Czy możemy się jakoś spotkać, żeby się wymienić? Naprawdę potrzebuję mojego telefonu do pracy, to bardzo ważne, i czekam na wiadomości od... to znaczy... wyobrażam sobie, że pani również...

Młoda kobieta milczy przez kilka sekund.

- Proszę podać adres. Każę go dziś dostarczyć. W jakiej dzielnicy pan mieszka?

- Prowadzę punkt usług poligraficznych w dwudziestej dzielnicy, ale mogę się spotkać, gdzie pani wygodnie, w porze lunchu albo pod koniec dnia... Może najprościej będzie, jeśli się zobaczymy. Oddam pani telefon i odbiorę swój.

Kobieta pozwala, by cisza zawisła w powietrzu, po czym mówi ciszej, lecz stanowczo:

- Nie trzeba. Nie jest mi już potrzebny.

- Co? Telefon? Ależ oczywiście, że go pani oddam!

- Proszę go zatrzymać.

Zaskoczony zmianą jej tonu przez kilka sekund nie wie, co odpowiedzieć. Za to ona kontynuuje:

- Proszę podać adres. - Notuje, po czym dodaje: - Niech się pan nie martwi, telefon wróci do pana w ciągu dnia.

- Ale... pani smartfon jest w idealnym stanie. Wezmę go ze sobą, spotkamy się i go pani oddam.

- Dziękuję, ale już mówiłam, że nie trzeba.

- Mogę go gdzieś zostawić albo nawet wysłać.

- Nie, dziękuję. Naprawdę. - A potem, po chwili, łagodniej: - Proszę, niech pan go zatrzyma.

Po krótkim wahaniu to on kończy rozmowę.

- Zamykam między trzynastą a czternastą, ale poza tym będę w pracy przez cały dzień.

Mogli się pośmiać, spróbować zrozumieć, jakim zbiegiem okoliczności albo dzięki jakiemu niezwykłemu działaniu opatrzności ich telefony mogły zamienić się miejscami. Mogli wtrącać "no proszę", "co za historia" albo "niesamowite", lecz ton tej rozmowy nie sprzyjał żadnej zażyłości.

Najważniejsze, że odzyska swój telefon, i po sprawie.

Rozłączywszy się, relacjonuje słowa młodej kobiety Myl?ne Farmer, która robi zdumioną minę. Z czymś takim jeszcze się nie spotkała.

Po powrocie do siebie Thomas raz jeszcze odtwarza w myślach rozmowę, której nie potrafi rozszyfrować. Jakiś czas temu zostawił u Nathana stary parasol. Połamane druty, materiał wywijający się na wietrze na drugą stronę, niesprawny mechanizm otwierania. Przy kolejnej okazji, kiedy ustalili miejsce spotkania, przyjaciel zaproponował, że mu go przyniesie, choć wcale nie padało. Thomas odpowiedział wtedy: "Nie, nie, zatrzymaj go". I jeszcze tonem, który jednoznacznie zdradzał, że przedmiot nie ma dla niego żadnej wartości - ani handlowej, ani sentymentalnej: "Nie kłopocz się, możesz go wyrzucić". I rzeczywiście, Nathan właśnie tak zrobił. Młoda kobieta powiedziała: "Proszę go zatrzymać", ale jej ton był inny: o wiele poważniejszy, jakby bardziej przejęty.

Po tej dziwnej rozmowie Thomas wraca do porannego rytuału - precyzyjnej sekwencji gestów i ruchów, nad którą jedna część jego samego ubolewa, lecz druga, ta od zawsze stojąca nad przepaścią, odtwarza ją z nabożną starannością: pierwsza kawa, trzy czekoladowe magdalenki, około dwudziestu pompek, kilka ćwiczeń na kolano, prysznic, druga kawa, mycie zębów - a to wszystko przy porannej audycji w radiu (ustawił godzinę pobudki i wyjścia z domu tak, by trafiać na ulubione segmenty i felietony).

Nawyk jest jego sprzymierzeńcem.

Nawyk pozwala mu wstać, ubrać się, wyjść z domu.

Gdy tylko odzyska telefon, zadzwoni do córki i zrelacjonuje jej sprawę tajemniczej zamiany telefonów, co powinno jej się spodobać.

Kiedy dociera do pracy, sprawdza kalendarz: trzysta pięćdziesiąt ulotek do wydrukowania i zszycia dla małej firmy z okolicy. Uruchamia maszynę. Poniedziałkowe poranki bywają zazwyczaj dość spokojne. Może wtedy się skupić na produkcji. Jeśli nikt mu nie przerwie, zdąży nawet dociąć je gilotyną.

Rezygnuje z przerwy i przechodzi do kilku zadań administracyjnych. Stwierdza, że bez telefonu pracuje wydajniej. Odczuwa wręcz pewien rodzaj wolności.

O dwunastej czterdzieści pięć pojawia się kurier, żeby odebrać zamówienie.

O trzynastej Thomas zamyka drzwi na klucz i wychodzi na przerwę.

W poniedziałki często jada obiady w Chez les filles, małej knajpce po drugiej stronie ulicy, gdzie ma stałe nakrycie (to nie metafora). Kilka lat temu przez krótki czas był związany z jedną z dwóch właścicielek. Relacja szybko się wypaliła i zakończyła bez płaczu ani żalu. Nie widują się już poza restauracją, gdzie on znów jest zwykłym klientem. Lubi jednak te ulotne chwile podczas lunchów - rzeczywiste lub wyobrażone - które tylko oni potrafią dostrzec, gdy dawna bliskość na moment staje się wyczuwalna.

Po powrocie do punktu poligraficznego sprawdza skrzynkę pocztową - na wypadek gdyby nieznajoma zjawiła się podczas jego nieobecności.

Nic.

Około szesnastej Thomas zaczyna się obawiać, że ona jednak nie przyjdzie. Do środka wchodzi dwóch studentów, żeby skorzystać z usługi druku na samoobsługowych maszynach.

Coraz bardziej zaniepokojony, nie może przestać zerkać na drzwi, a w myślach po raz kolejny odtwarza rozmowę: ton młodej kobiety, jej brak zdziwienia, stanowczość w głosie - nie zostawiła mu żadnej przestrzeni, żadnego pola manewru. To ona prowadziła tę grę - dopiero teraz to do niego dociera. Jej własny telefon nic dla niej nie znaczy, kompletnie nic. Ale dla niego - owszem. Dość już tych żartów. Minęły ponad dwadzieścia cztery godziny, odkąd Léo nie może się z nim skontaktować, a on być może traci właśnie najważniejsze zamówienie w swojej karierze.

W chwili gdy niepokój ustępuje miejsca złości, do lokalu wchodzi chłopak, na oko piętnastoletni, i podaje mu kopertę z brązowego papieru.

Kawałek stąd, na ulicy - wyjaśnia - jakaś kobieta dała mu pięć euro, żeby dostarczył przesyłkę do punktu poligraficznego.

Thomas zrywa się i wybiega na zewnątrz, ale kobiety już nie ma.

Radość, jakiej doświadcza, odzyskawszy telefon, zaskakuje go. W jednej chwili zaczyna swobodniej oddychać, znów czuje więź ze światem, nie jest już sam, przyszłość wydaje się spokojna. Jest szczęśliwy i czuje ulgę. Gdyby po dłuższej przerwie przywrócono mu prąd i bieżącą wodę, jego radość nie byłaby dużo większa. Przez moment myśli o tym szalonym zniewoleniu, które wkradło się w jego życie, tak jak w życie większości ludzi - wystarczy rozejrzeć się wokół: dziesiątki twarzy pochylonych nad ekranami w metrze, na ulicy. Nie patrzą już na siebie, w niebo, na swoje dzieci, lecz idą z opuszczonymi głowami, ślepi na świat, ale przekonani, że pozostają z nim w kontakcie.

Młoda kobieta owinęła telefon w coś w rodzaju bibułki, jakby był biżuterią albo jakimś cennym przedmiotem. Bateria jest naładowana do dziewięćdziesięciu dziewięciu procent - zatroszczyła się więc o nią tak samo, jak on o jej aparat.

Najpierw przegląda połączenia i wiadomości, jakie otrzymał od sobotniego wieczoru: ostatecznie nic pilnego ani ekscytującego. Rozważa, czy nie zadzwonić od razu do Léo, po chwili jednak rezygnuje i kładzie oba smartfony obok siebie na ladzie. Ten należący do młodej kobiety, który przełączył w tryb cichy i zostawił na kilka godzin na zapleczu, nie sygnalizuje już żadnych połączeń ani wiadomości. Wnioskuje z tego, że to osoba, do której rzadko ktoś dzwoni, ale też w jakiś sposób zaburzona, zostawiająca niemal nowy smartfon pierwszemu lepszemu.

Już ma wyrzucić kopertę, gdy - odruchowo albo pod wpływem jakiegoś przeczucia - wkłada do niej rękę. O mało nie przegapił karteczki, którą młoda kobieta wsunęła do środka. Widnieją na niej dwa ciągi cyfr, bez żadnego wyjaśnienia.

Potrzebuje kilku sekund, by zrozumieć.

Natychmiast wystukuje je na klawiaturze. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ekran się odblokowuje, odsłaniając dziesiątki kolorowych ikon i ich świetliste obietnice. Drugi ciąg to zapewne kod PIN.

Wtedy przypomina mu się zdanie, które padło dwukrotnie w rozmowie trwającej ledwie cztery minuty - brzmiące na początku jak polecenie, a później jak prośba: "Proszę go zatrzymać".

Przed zamknięciem punktu usług poligraficznych dzwoni do Léo.

Od razu trafia na pocztę głosową i rozłącza się, nie zostawiając wiadomości.

Odkąd córka się wyprowadziła, Thomas często się zastanawia, jaki jest odpowiedni dystans - na jaką odległość powinien się trzymać teraz, kiedy jest dorosła. To ćwiczenie wymagające dużej precyzji, prawdziwa ekwilibrystyka: być obecnym, ale nie nachalnym, dostępnym, ale nie na każde skinienie, zaangażowanym, lecz nie wyręczającym. Kiedyś niektórzy nazywali go "tatą kwoką", przestarzałym, protekcjonalnym i znienawidzonym przez niego określeniem, nieoddającym w najmniejszym stopniu nieskończenie bardziej złożonej i pełnej kontrastów historii, jaka ich łączy. Od kilku miesięcy Léo mieszka we współdzielonym mieszkaniu, gdzie koszty utrzymania są dość niskie. Ten próg trzeba było przekroczyć - wiedział o tym. Niektórzy (ci sami) ostrzegali go przed słynnym syndromem pustego gniazda. Tu i ówdzie opisywano istotnie emocjonalne rozchwianie wywołane wyprowadzką ostatniego - a tym bardziej jedynego - dziecka, między innymi na antenie stacji radiowej, której słucha niemal przez cały dzień. Wychowawszy córkę samotnie, był idealnym kandydatem: syndrom ten dotyka jednego rodzica na trzech, lecz szczególnie silnie samotne matki i ojców, rzekomo nadmiernie zaangażowanych w swoją rolę i tworzących z dzieckiem relację niemal symbiotyczną.

Mimo tych ostrzeżeń - a może właśnie dzięki nim - Thomas przeszedł przez ten etap, uniknąwszy załamania.

Kiedy Léo się wyprowadziła, z przyjemnością dostrzegł nawet zalety tej nowej sytuacji: pełne odzyskanie przestrzeni (może poruszać się swobodnie, w dowolnym stroju, a przy tym ma pewność, że zastanie mieszkanie w takim stanie, w jakim je zostawił: bez otwartych okien, zapalonych świateł, niespodziewanych i nieusuwalnych plam, tajemniczych zniknięć jedzenia, koszuli czy szalika) oraz znacznie lepszą jakość snu niż przez ostatnie dziesięć lat. Nie ma co do tego wątpliwości - śpi znacznie lepiej, odkąd córka zniknęła z zasięgu jego wzroku i codziennej czujności. Poza tym może słuchać, czego chce, z głośnością, jaka mu odpowiada, i jeść chipsy, czekoladowe desery oraz zupy z kartonu.

Pozostaje jednak kilka wyzwań: codziennie rano musi wstać i pójść do pracy (nie zawsze przychodziło mu to z łatwością) oraz powstrzymać się od otwarcia butelki każdego wieczoru po powrocie do domu (to wciąż walka).

Gdyby wsłuchał się w swoje potrzeby, dzwoniłby do niej codziennie, choćby na pięć minut, żeby zapytać, co słychać, ale przywołuje się do porządku. Stara się nie odzywać zbyt często, a by to przetrwać, zapisuje na karteczkach rzeczy, które chciałby jej opowiedzieć: nowinki z życia kamienicy, anegdoty o klientach, własne refleksje i pytania o świat. Léo z kolei woli wiadomości tekstowe. Jak większość młodych ludzi z jej pokolenia uważa rozmowę telefoniczną za zbędną, a nawet nachalną. Najczęściej wysyła mu krótkie komunikaty pełne emotikonów albo GIF-ów zaczerpniętych z filmowych klasyków.

Léo się wyprowadziła, a on wcale nie ma się aż tak źle.

Musi jednak przyznać, że tę nową dla niego epokę najchętniej nazwałby erą pustki - ale to oznaczałoby obwinienie córki o wywołanie u niego nastroju, za który ta nie ponosi odpowiedzialności. A przecież kilka razy sama go o to pytała: "No więc, Map's, jak nazwiesz ten nowy etap swojego życia? Wyzwolenie? Ostateczna walka? Powrót chemicznej magdalenki?".