Nazywam się Kurdystan - Witold Repetowicz

Kup ebooka

29.90 zł

-
Proszę czekać
?

JESIEŃ 2014:NA FRONTACH W ROŻAWIE I BASZURZE

Do Polski wróciłem w ostatnich dniach lipca i okazało się, że niektóre media uznały, iż temat Kurdów, Iraku i Państwa Islamskiego został już dostatecznie wyeksploatowany, więc reportaż stamtąd się "nie sprzeda". Pierwszego sierpnia udałem się z kolegą w podróż do Tadżykistanu i Ujgurii i tam, kilka dni później (6 sierpnia), doszła do mnie informacja o ofensywie Państwa Islamskiego na Irbil, a następnie o gehennie jazydów w Szengalu. Miesiąc później dramatyczne doniesienia zaczęły napływać z Rożawy: Państwo Islamskie przypuściło potężny atak na Kobane. Wiedziałem więc, że muszę wracać do Kurdystanu, i tym razem za wszelką cenę wjechać do Rożawy.

Granica turecko-syryjska w Akçakale, lipiec 2014 r. Po stronie syryjskiej, nad miastem Tall Abjad, od trzech tygodni powiewała złowieszcza flaga terrorystów z Państwa Islamskiego

Sierpniowy atak Państwa Islamskiego na Kurdów był jedną z najbardziej zagadkowych, a z punktu widzenia interesów samozwańczego kalifatu - bezsensownych kart historii tej wojny. Najbardziej skorzystał na tym Irak, gdyż stworzenie przez terrorystów nowego frontu, a następnie błyskawiczna interwencja USA, wstrzymały napór Państwa Islamskiego na Bagdad. Jeszcze w czerwcu terroryści doszli aż do miejscowości Balad, 80 kilometrów na północ od irackiej stolicy, nie wkraczając jednak po drodze do Samarry. Zajęli tylko prawobrzeżną część tego świętego dla szyitów miasta, bezskutecznie próbując się wedrzeć do centrum znajdującego się po drugiej stronie Tygrysu. Co prawda w końcu czerwca nowo powołane, na podstawie fatwy ajatollaha Sistaniego, szyickie milicje powstrzymały ten marsz, ale Państwo Islamskie wciąż było tylko nieco ponad sto kilometrów na północ od Bagdadu, od wschodu podchodząc na odległość zaledwie 20 kilometrów do stołecznego lotniska, a od północnego wschodu atakując okolice znajdującej się 80 kilometrów od Bagdadu miejscowości Al-Mukdadijja w prowincji Dijala. Drugim efektem tej ofensywy było to, że Kurdowie musieli odłożyć swe niepodległościowe plany i zacząć ponownie negocjować z nowym irackim rządem. Znienawidzony Nuri al-Maliki na początku września przestał być premierem. Zastąpił go pochodzący z tej samej partii, lecz znacznie bardziej kompromisowy, Hajdar al-Abadi.

Być może Państwo Islamskie chciało zneutralizować potencjalnego przeciwnika, czyli Kurdów, by w ten sposób zabezpieczyć sobie tyły przy ponownej próbie opanowania Bagdadu. Zdobycie irackiej stolicy było głównym celem najeźdźców i jeszcze wiosną 2015 roku mówiono mi w Bagdadzie, że miastu wciąż grozi szturm ze strony terrorystów. Jeśli jednak tak było, to kalkulacje stronników "kalifa Ibrahima" okazały się kompletnie chybione. Jak już pisałem, w lipcu wśród Kurdów panowało przekonanie, że to nie jest ich wojna. Agha w Chalifanie twierdził nawet, że Państwo Islamskie nie jest ich wrogiem. Walki peszmergów z terrorystami w zasadzie ograniczały się do terenów leżących pod Kirkukiem oraz w Dżaluli. W pierwszym wypadku były toczone z uwagi na strategiczne znaczenie tego miasta i spór co do tego, kto powinien nim rządzić, w drugim chodziło zarówno o to, że Kurdowie z Dżaluli to szyici, jak i o otwarcie drogi do Chanakinu i granicy irańskiej.

Przeskoczmy teraz trochę w czasie. Był koniec marca 2016 roku. Pędziłem czerwonym pick-upem z Irbilu do Machmur w towarzystwie Dara Barawiego z Biura Zagranicznego PDK i jego małżonki. Po drodze minęliśmy po lewej wielką elektrownię, a po prawej buchające ogniem szyby naftowe. Jechaliśmy na newrozowe uroczystości organizowane przez Towarzystwo Przyjaźni Kurdyjsko-Amerykańskiej w największym obozie Peszmergi - "Piling Resz" (Czarny Tygrys). Znajduje się tam dowództwo kluczowego, IV odcinka frontu, czyli linii Gwer-Machmur. Dziś jest to miejsce koncentracji sił, zarówno irackich (rządowych), jak i kurdyjskich, w celu podjęcia ofensywy na Mosul, choć póki co tempo tej koncentracji nie wskazuje na to, by realne efekty miały szybko nastąpić.

Wyprzedził nas biały land rover i, po krótkiej konsultacji przez radio samochodowe, zjechaliśmy na pobocze. Land rover również się zatrzymał. Wysiadło z niego czterech mężczyzn w czarnych garniturach, trzech młodych z karabinami stanęło po bokach. Czwartym był Hemen Hawrami, szef Biura Zagranicznego PDK i jeden z najbardziej zaufanych doradców Masuda Barzaniego.

- Do tego miejsca w sierpniu 2014 roku doszedł Daesh, ale ich zwiad zapuścił się jeszcze dalej w kierunku Irbilu. Ich celem było opanowanie elektrowni, odcięcie w mieście, następnie opanowanie pól naftowych i na koniec - lotniska. To otworzyłoby im drogę do opanowania naszej stolicy - wspominał Hawrami.

Państwo Islamskie w ciągu kilku dni opanowało znaczne tereny Równiny Niniwy, wdzierając się również na drogę Dahuk-Akr?, którą po zajęciu przez terrorystów Mosulu ruszył cały transport z Turcji do Irbilu i dalej na południe. Terroryści zajęli też Dżalulę oraz Szengal. W tym ostatnim wymordowali około pięciu tysięcy jazydów, 5-7 tysięcy jazydzkich dziewczynek zostało schwytanych i sprzedanych na targach jako niewolnice seksualne, a inni w panice uciekli na świętą górę jazydów, noszącą taką samą nazwę, jak miasto. Zgromadziło się tam około 50 tysięcy osób, pozbawionych wody i jedzenia. Dopiero po dwóch dniach Irakijczycy, a następnie Amerykanie zaczęli zrzuty z pomocą humanitarną, a po tygodniu oddziałom kurdyjskim z Syrii, tj. YPG, oraz z Turcji, czyli uznawanym przez Turcję, USA i Europę za terrorystów oddziałom PKK, udało się przebić na górę Szengal od strony Rożawy i uruchomić korytarz humanitarny, którym ewakuowano prawie wszystkich przebywających tam ludzi. Zebrano ich później w stworzonym przez władze kantonu Dżazire w Rożawie obozie Camp Newroz, w pobliżu miasta Derik. Część z nich została następnie przetransportowana do obozów dla uchodźców w Baszurze, ale około pięćiuset rodzin pozostało w Camp Newroz aż do ostatecznego wyzwolenia miasta w listopadzie 2015 roku. Znamienne jest to, że PKK, która brała udział w ratowaniu dziesiątków tysięcy niewinnych cywilów, wkrótce potem stała się celem tureckich nalotów, również w Iraku. Dodać trzeba, że w sprawie ocalenia szengalskich jazydów Turcja nie kiwnęła palcem.

Pierwsi z pomocą pospieszyli Irańczycy, choć była ona raczej symboliczna - dostarczyli Kurdom trochę broni. Decydujące znaczenie miała natomiast decyzja prezydenta USA Baracka Obamy o rozpoczęciu (od 7 sierpnia 2014 roku) nalotów na pozycje Państwa Islamskiego. Podobno Izrael miał zagrozić, że jeśli USA nie pomogą Kurdom, oni sami to zrobią, a izraelska interwencja w kraju oficjalnie nieuznającym istnienia tego państwa i wrogim mu byłaby nie na rękę Amerykanom. W tym czasie bowiem ruszyły pełną parą negocjacje w sprawie irańskiego programu nuklearnego i zbrojna ingerencja Izraela mogłaby doprowadzić do ich załamania. W każdym razie jeszcze w sierpniu Kurdowie odzyskali kontrolę nad drogą Dahuk-Akr?, a także nad częścią Równiny Niniwy, wspólnie z irackimi siłami specjalnymi opanowali też tamę mosulską. Więcej czasu zajęło im odbicie zajętej, również w sierpniu, Dżaluli. Stało się to w wyniku wspólnej operacji Peszmergi PUK-u oraz szyickiej milicji Badr, która w tym samym czasie opanowała sąsiednie miasto Sadija. Doszło do tego 23 listopada. Udało mi się tam dotrzeć tydzień później. Wjechałem, dzięki pomocy Hawkara, z ekipą lokalnej telewizji "Gelî Kurdistan".

Dżalula, w której do sierpnia mieszkało 100 tysięcy osób, była w tym czasie miastem wymarłym. Po ulicach poruszali się jedynie peszmergowie oraz funkcjonariusze Asaisz. Zważywszy na fakt, że terroryści pozostawili po sobie wiele bomb śmieciowych, nazywanych w skrócie IED, od angielskiej nazwy Improvised Explosive Devices, było to całkowicie zrozumiałe. Trzeba mieć wytrawne oko specjalisty i dobry sprzęt saperski, by coś takiego zlokalizować, nie wylatując przy okazji w powietrze. Pokazano mi jedną taką pułapkę. Dwa rzędy garaży, między nimi podwórko z walającymi się na nim śmieciami, wśród których znajdował się też średniej wielkości, niczym niewyróżniający się biały kanister. Dopiero przy dokładniejszym przyjrzeniu się można było zauważyć, że jego otwór jest czymś zatkany i coś z niego wystaje.

- Taka bomba może zniszczyć cały dom - powiedział mi stojący obok generał Hazhar Ibrahim, znany w Kurdystanie pod swoim nom de guerre Hazhar Asaisz.

- Takich ładunków są tu teraz setki.

Hazhar Asaisz ubrany był nie w wojskowy mundur, lecz w brązowy dzylu-u-barg, tradycyjny strój kurdyjski. Podpierał się laską, a za nim krok w krok podążało kilku uzbrojonych po zęby adiutantów. On sam miał tylko zatknięty za jedwabny pas pistolet.

Hazhar znał sytuację w Dżaluli lepiej niż ktokolwiek inny. Gdy w sierpniu 2014 roku niemal wszyscy mieszkańcy tego miasta z niego uciekli, on kilkakrotnie, w przebraniu, zakradał się w nocy, by dokonać rozpoznania. W czasie ostatniego zwiadu złapano go, ale udało mu się uciec. Został tylko ranny w nogę, stąd ta laska.

Jeden z posterunków Peszmergi w Dżaluli tydzień po jej wyzwoleniu, grudzień 2014 roku

IED (ang. Improvised Explosive Device, Improwizowany Ładunek Wybuchowy) - taka bomba może wysadzić cały dom. Dżalula, grudzień 2014 roku

- Bał się pan? - spytałem nieco naiwnie.

- Wykonywałem tylko swoje obowiązki - odparł skromnie, gładząc czarnego jak smoła wąsa.

Inni Kurdowie ocenili to jednak inaczej. Dla nich był żywą legendą. Był, bo pół roku później jeden z kurdyjskich dziennikarzy, z którymi byłem w Dżaluli, napisał mi, że Hazhar zginął w Dakuku, w prowincji Kirkuk, w wyniku ataku terrorysty samobójcy. Później widziałem go już tylko na licznych ozdabiających checkpointy i drogi plakatach przedstawiających szachidów. Był to pierwszy raz, gdy ktoś, z kim miałem okazję rozmawiać, zginął na wojnie.

Między innymi dzięki informacjom zwiadowczym Hazhara Asaisza operacja wyzwolenia Dżaluli była błyskawiczna. Trwała zaledwie osiem godzin, po czym terroryści zaczęli uciekać w stronę pobliskiego miasteczka Tebeż, a po drodze wielu z nich utonęło w przepływającej obok Dżaluli rzece Sîrwan (zwanej przez Arabów Dijalą). Peszmerga szybko przegoniła ich również z Tebeżu i ostatecznie terroryści Państwa Islamskiego wycofali się pod Kirkuk.

- W ten sposób zakończyliśmy nasze operacje na froncie południowym - wyjaśnił mi generał Hazhar. - Ale podejrzewamy, że w ruinach wciąż mogą ukrywać się snajperzy. Tylko dziś schwytaliśmy też trzech terrorystów, którzy usiłowali zakraść się do miasta. Poza tym naszym głównym zadaniem jest oczyszczenie terenu z bomb.

Akurat przy podwórku, na którym znaleźliśmy bombę w kanistrze, rozpoczęła się narada w tej sprawie. Sprowadzony został ciężki sprzęt saperski, lecz ustalenia były jednoznaczne - mieszkańcy jeszcze długo nie wrócą do swych domów.

- Po zajęciu Dżaluli przez terrorystów prawie wszyscy z niej uciekli, zostali tylko Karawi, jakieś 25-30 tysięcy, no i około 270 terrorystów, głównie Czeczeńców i Afgańczyków - tłumaczył mi Hazhar Asaisz, pokazując napisy na niektórych budynkach.

Terroryści Państwa Islamskiego mają zwyczaj znaczyć swoje terytorium graffiti. Na elewacjach domów, w których stacjonują, bazgrzą napisy wskazujące, skąd są, a także inwektywy pod adresem swych wrogów: przede wszystkim Kurdów i szyitów, których nazywają rafidi. Na domu wskazywanym przez Hazhara Asaisza widać było przekreślony napis sziszan (po arabsku oznacza to Czeczeńców).

Karawi to plemię pochodzące z prowincji Anbar, sprowadzone do miasta za Saddama w ramach akcji arabizacji.

- Zajęli nasze domy i bali się, że zostaną z nich wyrzuceni, zwłaszcza że wielu z nich pełniło wysokie funkcje w armii za Saddama. Dlatego nas nienawidzą i gdy pojawiło się Państwo Islamskie, Karawi ich wsparli - wyjaśnił mi jeden z peszmergów pochodzących z Dżaluli. - Nie wszyscy wrócą, mamy czarną listę tych, co popierali terrorystów i jest na niej jedna czwarta mieszkańców. Oni już tu nie mają wstępu. Zresztą Badr pali ich domu i sklepy - dodał, pokazując wielkie smugi czarnego dymu unoszące się w niektórych miejscach nad miastem.

Badr to jedna z proirańskich milicji, które razem z Peszmergą brały udział w operacji odbicia miasta z rąk terrorystów.

- Mamy z nimi dobre relacje, ale to my tutaj rządzimy i tu będzie Kurdystan. Oni siedzą w Sadiji i my tam mamy parę checkpointów, a oni kilka tutaj - dodał ów peszmerga i pokazał mi żółte flagi Badru.

Wyciągnąłem aparat i zrobiłem zdjęcie.

- Lepiej tego nie rób, bo oni tego nie lubią, a ciebie tutaj nie powinno być - ostrzegł mnie.

Dżalula nie jest częścią Regionu Kurdystanu, więc byłem tam poniekąd nielegalnie, choć za zgodą PUK-u z Chanakinu. Dżalula znajduje się 150 kilometrów na północny wschód od Bagdadu. Strategiczny charakter jej położenia wynika z tego, że przebiega przez nią droga prowadząca z Bagdadu do irańskiej granicy koło Chanakinu, a także do Sulejmani. Kiedyś było to miasto czysto kurdyjskie, ale, podobnie jak w pobliskim dwustutysięcznym Chanakinie, za Saddama przeprowadzono arabizację, sprowadzając kolonistów z Anbaru, między innymi właśnie owych Karawi. Gdy w 2003 roku władzę nad Chanakinem przejęli Kurdowie z PUK-u, wyprosili intruzów. Peszmerga weszła wtedy i do Chanakinu, i do Dżaluli, ale musiała się wycofać, tak jak z Kirkuku. W Dżaluli Kurdowie stanowili wówczas tylko 10 procent mieszkańców. Przez kolejne 10 lat, zgodnie z ustaleniami zapisanymi w irackiej konstytucji, udało się częściowo zniwelować skutki arabizacji i na początku 2014 roku Kurdowie stanowili już około połowy mieszkańców Dżaluli i większość w Chanakinie. W ostatnich wyborach lokalnych Kurdom udało się nawet wybrać w Dżaluli swojego burmistrza.

Później, gdy znów rozmawiałem z Hazharem Asaiszem, ten jednak zapewnił, iż na odzyskanych terenach nie dochodzi do żadnego plądrowania.

- Zabezpieczyliśmy pozostawione przez mieszkańców mienie, to też jedno z naszych zadań. Ludzie uciekali stąd tylko z dobytkiem, który mogli unieść, cała reszta została.

Rzeczywiście, gdy dojechaliśmy do centrum miasta, przez rozbite witryny sklepów widać było półki pełne towaru. Wszystko to sprawiało osobliwe wrażenie. Puste ulice, zabarykadowane betonowymi barierami, które jeszcze kilka dni temu służyły broniącym się terrorystom za szańce. Rozbite stragany bazaru ze zwisającymi między nimi setkami elektrycznych kabli i dziesiątkami reklam. Majaczący na końcu bazarowej uliczki peszmerga na rowerze. I dwóch innych, spacerujących przy otwartych na oścież sklepach i strzelających od czasu do czasu w powietrze na wiwat.

- Chcesz sobie postrzelać? - spytał jeden z nich, celując we mnie i uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. Dał mi swojego kałasznikowa, a gdy oddałem strzał, huk rozniósł się głuchym echem po wyludnionych ulicach.

Z tyłu znajdował się sklep papierniczy. Półki uginały się od segregatorów, teczek, taśm klejących, zeszytów w różowych okładkach zdobionych serduszkami, długopisów i innych tego typu rzeczy. A vis-a-vis niego znajdowały się ruiny niegdyś trzypiętrowego budynku lokalnej administracji.

- Terroryści wysadzili go, jak uciekali - wyjaśnił peszmerga.

Na niektórych domach widać było też napisy mali kurd (dom kurdyjski) - znak, by nikt tego budynku nie ruszał, nie spalił. Zmiany etniczne w prowincji Dijala były faktem za Saddama i w czasie tej wojny też stały się nieuchronne.

Wyjeżdżając z miasta, zatrzymaliśmy się jeszcze przy moście, który został wysadzony w powietrze przez terrorystów. W ciągu kilku dni Kurdowie przerzucili nad zniszczonym odcinkiem jezdni metalowy szkielet, na którym ułożyli umożliwiające przejazd betonowe płyty. Ledwie kilka kilometrów dalej, w wiosce Kulażo, znajdował się najbliższy obóz dla uchodźców z Dżaluli, w którym mieszkało siedemset kurdyjskich rodzin. Ale na powrót do domu musieli jeszcze długo poczekać, proces ten rozpoczął się dopiero na początku 2016 roku.

Wróciliśmy do Kalaru, z którego wyjechaliśmy rano. To tylko 45 kilometrów od Dżaluli, ale zupełnie inny świat. Spokojne miasteczko, najbardziej na południe wysunięty punkt Regionu Kurdystanu (w jego oficjalnych granicach). W ciągu dnia tutejszy bazar tętni życiem, a wieczorem otwiera się mnóstwo kawiarenek. Jeszcze w 2013 roku lokalne władze organizowały tu festiwal folklorystyczny.

- Były na nim dwa zespoły z Polski - powiedział mi jeden z dziennikarzy telewizji "Gelî Kurdystan", pokazując w komputerze zdjęcia młodych dziewczyn i chłopców w strojach krakowskich i bodajże kurpiowskich. - W tym roku nie przyjechali, przez wojnę.

Kalar to miasteczko małe, ale o bogatej historii. Na jego obrzeżach, na niewielkim wzgórzu, wznosi się osiemnastowieczny Pałac Szerwana, zbudowany przez Mohammada Paszę Dżafa, jednego z lokalnych kurdyjskich władców, pochodzącego z tej samej rodziny, co wspominana wcześniej władczyni Halabdży Adila Chan. W okolicy jest zresztą znacznie więcej zabytków. Jednak z punktu widzenia Polaków znacznie ważniejszy jest Chanakin, formalnie znajdujący się poza Regionem Kurdystanu.

Gdy jechałem z Kalaru do Chanakinu, w pewnym momencie nad domami pojawiły się różnokolorowe chorągwie: czarne, zielone, czerwone i żółte. Na niektórych były napisy, na przykład "Ya Ali" albo "Ya Husajn", na cześć pierwszych szyickich imamów.

- To Arabowie? - zapytałem siedzących obok kurdyjskich dziennikarzy.

- Nie, to Fejli, szyiccy Kurdowie, oni kochają Sistaniego - odpowiedział z przekąsem jeden z dziennikarzy z Kalaru.

- A są lojalni wobec Kurdystanu? - dopytałem

- Do pewnego stopnia... - mruknął mój rozmówca.

Dzień później, w Sulejmani, usłyszałem jednak nieco inną opinię:

- To nie tak - powiedział mi Raweż. - Prawdziwi Fejli są rzeczywiście wynarodowieni. Mówią i zachowują się jak Arabowie, ale oni mieszkają bardziej na południe, w Bagdadzie i w prowincji Wasit. Ci z Chanakinu czy z Dżaluli to normalni Kurdowie, tyle że są szyitami. Ale też chcą niepodległego Kurdystanu.

Większość Kurdów, w tym ci, którzy mieszkają w Kalarze, to sunnici i część z nich po prostu szyitów nie lubi. Nawet Kurdów szyitów.

Za pierwszym razem byłem w Chanakinie krótko, zaledwie kilka godzin i nie miałem okazji dokładnie poznać miasta ani poczuć jego atmosfery, a w szczególności odwiedzić najważniejszego dla mnie jako dla Polaka miejsca - zrujnowanego cmentarza żołnierzy Armii Andersa.

O tym, że się tam znajduje, dowiedziałem się jesienią 2015 roku, przed moim kolejnym wyjazdem do Iraku i Kurdystanu. Powiedział mi o nim Zijad Raouf, przedstawiciel kurdyjskiego rządu w Polsce.

Dojazd do Chanakinu nie sprawił mi żadnych trudności. Po prostu wsiadłem w Sulejmani w zbiorową taksówkę, która zawiozła mnie prosto do celu, pod mocno strzeżoną siedzibę PUK-u. Wcześniej Hawkar umówił mnie tam z lokalnym liderem partii, Szirkiem Mirwaisem. Najpierw jednak spotkałem jednego z lokalnych dziennikarzy, który już wcześniej interesował się sprawą polskiego cmentarza. Razem czekaliśmy w przestronnej diwchanie, aż Mirwais zakończy poprzednie spotkanie. Ten około pięćdziesięcioletni mężczyzna o poważnym, skupionym wyrazie twarzy, sprawił na mnie wrażenie jednego z najbardziej zajętych ludzi na świecie. Gdy przebywałem w jego towarzystwie, a spędziłem w Chanakinie cały dzień, to jeśli nie miał spotkania, załatwiał sprawy przez telefon. W jego biurze czekała długa kolejka interesantów. Nie miałem też wątpliwości co do tego, że jest najważniejszą i najbardziej szanowaną osobą w mieście, zwłaszcza że poznałem w jego otoczeniu kurdyjskich deputowanych do irackiego parlamentu. Mirwais to zresztą nie byle urzędnik, lecz lokalna legenda Peszmergi. Jedynie pochodzący z tego samego miasta jeden z liderów PUK-u, Mela Bachtiar, odgrywał w górach ważniejszą rolę, choć, o ile wiem, Mirwais był bardziej żołnierzem, a Mela Bachtiar - politykiem.

Szirko Mirwais również doskonale znał sprawę cmentarza i od razu wydał polecenie zorganizowania mi transportu oraz przydzielenia ochrony. Razem ze mną mieli jechać dziennikarz, z którym rozmawiałem, oraz Abdelaziz Bagalan - jeden z deputowanych do irackiego parlamentu.

Najpierw udaliśmy się na cmentarz polskich żołnierzy, którzy w 1942 roku ruszyli z ZSRR, przez Iran do Iraku, by tam formować się w jednostki Polskiej Armii na Wschodzie. O ile wojenne losy polskich uchodźców w Iranie są stosunkowo dobrze znane, o tyle epizod iracki w dużej mierze popadł w zapomnienie, do czego oczywiście przyczynił się wzrost napięcia między naszymi państwami po wojnie w Kuwejcie, a następnie niestabilność Iraku po amerykańskiej interwencji w 2003 roku. Tymczasem na kurdyjskich terenach Iraku Polacy spędzili wiele miesięcy, m.in. w Dżaluli, pod Kirkukiem, no i właśnie tu, w Chanakinie. Wielu z nich, wycieńczonych marszem i wcześniejszym pobytem w syberyjskich łagrach oraz innych sowieckich katowniach, nie wytrzymało trudów podróży, zmian klimatu i zostało na tej ziemi już na zawsze.

Chanakijska nekropolia nie jest jedynym miejscem w kurdyjskiej części Iraku, gdzie spoczęli Polacy. Groby naszych żołnierzy są też pod Kirkukiem, ale zaledwie trzy i nie wiadomo czy jeszcze istnieją. W całym Iraku łącznie jest siedem miejsc pochówku Polaków, poza Chanakinem najwięcej grobów polskich żołnierzy znajduje się w Basrze (22) oraz na bagdadzkim cmentarzu North Gate (23), ale i tam niszczeją. Polska nekropolia była też pod Mosulem, lecz tamtejszych 29 polskich grobów obrócono w ruinę jeszcze za reżimu Husajna. Nie wiadomo, jaki los spotkał cmentarze w Habbaniji (10 grobów) i Abu Ghar (4), znajdujące się w arabskiej części Iraku. Tymczasem w Chanakinie pochowano, aż 438 żołnierzy.

Gdy zajechaliśmy na cmentarz, a raczej na miejsce, gdzie się on kiedyś znajdował, to, co ujrzałem, bardzo mnie rozczarowało. Właściwie na pierwszy rzut oka nic tam nie było. Pagórkowate, kamieniste pole, z rzadka porośnięte trawą. W jednym miejscu wyrastały obok siebie trzy drzewa. Pośrodku tej przestrzeni stał ogrodzony, kamienny blok, na którym niegdyś po obu stronach umieszczone były tablice pamiątkowe ku czci naszych żołnierzy. Zostały wyrwane. Nagrobki, ustawione w latach 1969-1970, doszczętnie zniszczono i dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się można było dostrzec ich wkopane w ziemię betonowe podstawy.

- To nie Kurdowie zrobili, w latach dziewięćdziesiątych grasowali tu dżihadyści i to oni zniszczyli ten cmentarz. PUK wtedy jeszcze nie kontrolował Chanakinu, nigdy byśmy na takie barbarzyństwo nie pozwolili. Teraz chcielibyśmy nawiązać kontakt z polskimi władzami, aby cmentarz został odbudowany - powiedział Bagalan.

- A będzie można tu postawić krzyże? - zapytałem.

- Oczywiście że tak, my nie mamy nic przeciwko temu, zresztą w Chanakinie mieszkali też chrześcijanie. Wyjechali w latach sześćdziesiątych, ich kościół wciąż stoi.

Rzeczywiście, naprzeciw siedziby PUK-u w tym mieście stoi niewielki kościółek. Właściwie to zza zabudowań wystaje jego zwieńczona krzyżem wieża, sam kościół został bowiem dawno zamieniony w budynek gospodarczy.

- To jeszcze nie wszystko, niedaleko jest też wasze godło - powiedział Bagalan.

Pojechaliśmy dalej i zatrzymaliśmy się pod niewielkim, może dwu-, trzymetrowej wysokości klifem.

- Jeszcze przed drugą wojną światową stacjonowali to Brytyjczycy, bo w Chanakinie jest dużo ropy i oni ją tu zaczęli wydobywać - opowiadał Bagalan, pokazując trzy bunkry stojące na szczycie sąsiedniego, znacznie wyższego klifu. - To też zbudowali Anglicy.

- A kto teraz kontroluje tutejszą ropę? - spytałem.

- Trzyma na niej rękę Bagdad, my nic z niej nie mamy, a władze Dijali czasem jeszcze wyłączają prąd, tak jak ostatnio, po wydarzeniach w Tuz Churmatu.

Kilka dni przed moim przyjazdem do Chanakinu w znajdującym się około 100 kilometrów stąd studwudziestotysięcznym Tuz Churmatu doszło do potyczki między turkmeńską milicją szyicką a peszmergami. Miasto, leżące w prowincji Salahaddin, należy do terenów spornych i jest zamieszkane przez ludność mieszaną etnicznie: i Kurdów, i szyickich Turkmenów. W 2014 roku zostało zajęte przez Peszmergę PUK-u, która jednocześnie wsparła walczące wówczas z Państwem Islamskim w pobliskim Amirli szyickie milicje. Była to jedna z najbardziej zaciętych bitew pierwszej fazy wojny z Daesh, a szyici nazywają czasem Amirli irackim Kobane. Terroryści otoczyli je w czerwcu i oblegali przez dwa i pół miesiąca, zanim doszło do przerwania okrążenia, między innymi dzięki pomocy Kurdów. Ale rok później zaczęły się problemy i Turkmeni postanowili siłą wyprzeć Kurdów z Tuz Churmatu.

- Tuz Churmatu to część Kurdystanu i Peszmerga nigdy nie pozwoli, by szyickie milicje przejęły nad nim kontrolę. Przerzucamy tam nowe siły - powiedział mi w marcu 2016 roku Hemen Hawrami.

Miesiąc później znów doszło do starć i ostatecznie kontrola nad miastem została podzielona.

- Musimy się odłączyć od Iraku, musimy stać się niepodległym państwem. Co nas na przykład obchodzi Anbar, co nas z nimi łączy? Nic, to zupełnie inny kraj, pustynia, a my tu żyjemy w górach - kontynuował Bagalan, gdy przechodziliśmy na drugą stronę klifu.

- Patrz, to tu, wasze godło.

Byłem pod wrażeniem, bo nikt wcześniej o tym nie pisał. Na klifie widać było pięknego, metrowej wielkości orła bielika. Niestety, jego głowa była już nieco zniszczona, ale wciąż było widać, że tę płaskorzeźbę zrobił dobry artysta i włożył w jej wykonanie całe swoje serce. Pod spodem wykuty został napis: W marszu do Polski stał tu na postoju 14 pułk piechoty, 15.I.1943 r.

- Wyremontowalibyśmy ten cmentarz sami, ale w tej chwili, przez wojnę, nie mamy pieniędzy - stwierdził Bagalan.

W Chanakinie obok polskich żołnierzy pochowanych jest też 104 Hindusów i 3 Arabów, służących w armii brytyjskiej i zmarłych w tym samym czasie. Informuje o tym tablica znajdująca się na cmentarzu North Gate w Bagdadzie. Wypisane tam są zresztą wszystkie nazwiska leżących tu polskich, hinduskich i arabskich żołnierzy. Ale cmentarz zbudowali Brytyjczycy i na grobach nie ma krzyży, a napisy są już tak wyblakłe, że wkrótce mogą przestać być widoczne. Znajdujące się na tym samym cmentarzu brytyjskie groby z I i II wojny światowej są w nie lepszym stanie. Jak na ironię, przy bramie tej bagdadzkiej wojskowej nekropolii, po której czasem walają się butelki po alkoholu, wyryty został napis: "Their name liveth for evermore" (Ich imię pozostanie żywe na zawsze).

Wróciliśmy do siedziby PUK-u i Mirwais zapytał, czy nie zechciałbym zostać jego gościem na noc.

- Jutro mamy uroczystość w Darbandichan, w połowie drogi do Sulejmani, proszę zostać, później odwieziemy pana do Sulejmani - zaoferował się. - A teraz, co więcej chciałby pan zobaczyć w naszym mieście? Mamy tu jeszcze kilka ciekawych miejsc, na przykład cmentarz i dzielnicę żydowską.

Polskie godło wykute przez żołnierzy armii Andersa w Chanakinie

Pojechałem z owym lokalnym dziennikarzem, którego imienia, niestety, nie pamiętam. Najpierw udaliśmy się do dzielnicy Al-Umal, gdzie zatrzymaliśmy się nad kanałem płynącym w dość szerokim, wydrążonym w ziemi korycie.

- Kiedy Irańczycy zbudowali u siebie tamy, nasza rzeka Alwan prawie wyschła i musieliśmy przekopać ten kanał, by doprowadzać do niej wodę z rzeki Sîrwan - powiedział oprowadzający mnie dziennikarz.

Zeszliśmy w dół. W wale ziemnym tworzącym bok koryta kanału widać było nieduże otwory. Po uważniejszym przyjrzeniu się można było zauważyć, że wystają z nich niewielkie kamienne bloki, a także coś białego.

- To kości pochowanych tu Żydów. Woda podmywa ziemię i je odkrywa.

Pojechaliśmy dalej, w kierunku rzeki Alwan.

- To nasz najstarszy zabytek - mówił mój przewodnik, pokazując kamienny arkadowy most. W korycie rzeki woda płynęła, ale było jej niewiele.

- Zbudowano go w 1860 roku na życzenie irańskiego szacha, by ułatwić mu pielgrzymowanie do Nadżafu i Karbali. Po drugiej stronie są też ruiny zbudowanej w tym samym czasie medresy.

Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy, była dzielnica żydowska. Jej mieszkańcy wyjechali na początku lat 50. Wtedy zaczęła popadać w ruinę i zmieniać się w dzielnicę slumsów. Niektóre architektoniczne zdobienia są jednak wciąż doskonale widoczne, a na tyłach jednego z budynków można było wejść na szerokie, mocno zaniedbane podwórze, otoczone wewnętrznymi ścianami bogatego niegdyś domostwa. A może była to synagoga? Niestety, nie udało mi się tego dowiedzieć. Przez okna parteru, który zapadł się do połowy pod ziemię, widać było obszerne pomieszczenie z wnękami, arkadami i kulistym sklepieniem. Na pierwszym piętrze znajdowały się eleganckie niegdyś, wysokie i smukłe okna. Po bokach dziedzińca gdzieniegdzie ostały się też resztki kolumn.

Wróciliśmy na bazar, różniący się nieco od bazarów w innych miejscach irackiego Kurdystanu. Wyróżniało go przede wszystkim to, że wszędzie wisiały kolorowe szyickie chorągwie, proporce i transparenty, z napisami wyrażającymi miłość i uwielbienie dla szyickich imamów sprzed ponad tysiąca lat. Inna była tu też herbata. Nigdy takiej nie piłem u Kurdów, za to miałem okazję spróbować jej również na szyickim południu Iraku. Bardzo kwaśna i orzeźwiająca, parzona na suszonych limonkach i z dodatkiem mięty, doskonale gasiła pragnienie przy często panującym tu upale.

Dom, do którego zaprosił mnie Szirko Mirwais, znajdował się na wzgórzu i non stop pilnowało go kilkunastu uzbrojonych w karabiny peszmergów. Lider chanakińskiego PUK-u zostawił mnie samego, zarządzając, by przygotowano mi obiad. Wieczorem wrócił i poprosił, bym z nim gdzieś pojechał. Zajechaliśmy przed jakiś dom, przed którym było jeszcze więcej uzbrojonych po zęby peszmergów, w środku zaś kilku mężczyzn w sile wieku.

- To moi znajomi z czasów partyzanckich, prawie całe ówczesne dowództwo - uśmiechnął się Mirwais, wprowadzając mnie do środka, gdzie na podłodze, na ceracie, rozłożone było mnóstwo jedzenia. Co mnie nieco zaskoczyło, wszyscy popijali sobie do tego winko. Był to pierwszy raz, gdy wypiłem alkohol w Kurdystanie. W Chalifanie pod czujnym okiem pobożnego Mam Husajna było to wykluczone, w końcu to dewana, człowiek "szalony z miłości do Allaha", ale kiedy kot śpi, myszy harcują, o czym przekonałem się podczas Newroz.

Rano zawieziono mnie z powrotem do siedziby PUK-u i powiedziano, bym czekał na wyjazd do Darbandichan. Obok mnie siedziała kobieta w średnim wieku.

- Jestem kapitanem tutejszej policji - powiedziała. - Kiedyś byłam peszmergą w górach, gdy walczyliśmy z Saddamem pod dowództwem Szirka. A teraz zajmuję się problemami przemocy wobec kobiet.

- Dużo jest tu takich spraw?

- Nie, ale się zdarzają. Pracujemy też nad problemami krzywdzonych dzieci.

W tym momencie wszedł Szirko. Wszyscy poderwali się z miejsc i zaczęli ładować się do samochodów, by jechać na uroczystość. Wcześniej powiedziano mi, że chodzi o odsłonięcie tablicy pamiątkowej na cześć dziesięciu szahidów, zamęczonych 35 lat temu w więzieniu w Mosulu przez siepaczy Saddama. Szirko siedział razem z nimi, podobnie jak Mela Bachtiar, który również miał się pojawić na uroczystości.

Ciekawe, że praktycznie wszystkie limuzyny w Kurdystanie to land rovery koloru białego. Ale samochód, którym jechałem z Szirkiem był szczególny. Gdy pierwszy raz próbowałem otworzyć drzwi, stawiły taki opór, że myślałem, że są zamknięte. Ale nie były. Po prostu były tak ciężkie, a ja pierwszy raz jechałem samochodem opancerzonym.

Zatrzymaliśmy się na wzgórzu nieopodal skrzyżowania głównej drogi prowadzącej do Sulejmani ze zjazdem w kierunku Halabdży. Widok stąd był iście magiczny. W dole rozciągała się błękitna tafla jeziora zaporowego na rzece Sîrwan, nad którą górowały wysokie, poszarpane szczyty. W dole, na drodze z Sulejmani, pojawiła się kawalkada białych (oczywiście) land roverów.

Podobnie jak później, w drodze do Machmur, również i tutaj jadący na tę oficjalną imprezę umówili się na spotkanie kilka kilometrów wcześniej - to chyba taki tutejszy zwyczaj. Po przywitaniu wszyscy ponownie załadowali się do swych białych land roverów i pojechaliśmy na uroczystość.

Mela Bachtiar, którego niektórzy uważają za głównego ideologa PUK-u, nie wyglądałby specjalnie na Kurda, gdyby nie jego dżyl-u-barg. Z siwiejącymi włosami i takimże wąsem oraz ciemnymi okularami nie można by go było odróżnić od przeciętnego Europejczyka. No, chyba że od Hiszpana czy Portugalczyka, bo ci mają znacznie ciemniejszą karnację. Ciekawe jest to, że bardzo wielu Kurdów, mimo zaawansowanego wieku, ma kruczoczarne włosy i wąsy. Zapewne je farbują, ale to sprawia, że ci, którzy tego nie robią, tym bardziej się wyróżniają.

Odsłonięta w czasie uroczystości tablica miała formę billboardu i mimo że poświęcona była zabitym w 1981 roku, to od czasu do czasu dało się słyszeć przejmujący kobiecy płacz. Sporo kobiet było też wśród oficjalnych gości, jak również na odbywającej się później w pobliskim domku myśliwskim nieoficjalnej części uroczystości.

To było w 2015 roku, ale wróćmy do jesieni roku 2014, gdy z Dżaluli wróciłem do Kalaru, a następnego dnia pojechałem z powrotem do Sulejmani.

Jeszcze w przeddzień mojego wyjazdu do Dżaluli rząd iracki oraz kurdyjski rząd regionalny podpisały umowę regulującą najważniejsze kwestie sporne między nimi, to znaczy budżet i handel ropą. Region Kurdystanu miał sprzedawać 300 tysięcy baryłek ropy dziennie ze złóż kirkuckich i 250 tysięcy baryłek ropy ze swojego konstytucyjnego terytorium, a dochód miał iść do Bagdadu. Ropa ta miała płynąć rurociągiem kurdyjskim i wybudowanym już łącznikiem kirkuckim (rurą łączącą kirkuckie złoża z rurociągiem kurdyjskim) do Turcji. W porozumieniu nie uregulowano tego, co będzie, jeśli zwiększy się wydobycie. Kurdowie uważali, że nadwyżkę będą mogli sprzedawać na własną rękę, a Bagdad - że wręcz przeciwnie. W zamian Region Kurdystanu miał otrzymywać 17 procent irackiego budżetu (tj. rocznie około 17 miliardów USD) w wypłacanych przez rząd centralny comiesięcznych transzach. Ponadto Peszmerga miała otrzymać miliard dolarów rocznie z budżetu irackiego ministerstwa obrony. Porozumienie nie rozstrzygało też przyszłości terenów spornych, w tym Dżaluli. Szybko zresztą szlag je trafił. Bagdad oskarżał Kurdów, że pompują za mało ropy w ramach porozumienia, a resztę sprzedają na boku, z kolei Kurdowie pytali, gdzie są obiecane pieniądze, bo otrzymywali najwyżej połowę obiecanej kwoty, i to z opóźnieniem. Później przestali otrzymywać je w ogóle. Ale póki co, w grudniu 2014 roku, Kurdowie, z którymi rozmawiałem, twierdzili, że porozumienie jest bardzo dobre i że są zadowoleni, zapominając o tym, co mówili mi w lipcu: że nie chcą mieć nic wspólnego z Bagdadem i zaraz ogłoszą niepodległość. To dlatego, że wówczas, pół roku po próbie zdobycia Irbilu przez Państwo Islamskie, wiele osób w Kurdystanie nie otrząsnęło się jeszcze z szoku.

W Sulejmani znów spotkałem się z Hawkarem i Raweżem. Hawkar poznał mnie też z Fatullahem Husajnim, przedstawicielem Rożawy w Sulejmani. Stosunki między Baszurem a Rożawą były, jak zawsze, napięte, ale w zasadzie spór dotyczy tylko relacji PDK i rządzącej w Rożawie proodżalanowskiej PYD. Natomiast PUK miał zawsze dobre relacje z władzami Rożawy i dlatego to tutaj, a nie w Irbilu, otworzono ich nieformalne przedstawicielstwo. Nieco wcześniej kurdyjski parlament przyjął uchwałę dotyczącą współpracy z Rożawą, ale nic konkretnego z niej nie wynikło.

Spór PDK z PYD-em trwa od początku rewolucji w Syrii. Działa tam bowiem również syryjska gałąź PDK, która, wraz z kilkoma innymi partiami, w 2011 roku powołała Kurdyjską Radę Narodową (Enc?mena Niştimanî ya Kurdî li S?riy?, ENKS), podczas gdy PYD również zgromadził wokół siebie szereg partii i organizacji, zakładając TEV-DEM (Tevgera Civaka Demokratîk - Ruch na Rzecz Społeczeństwa Demokratycznego). Grupy te podzieliły zarówno kwestie ideologiczne, personalne, jak i pogląd na to, co należy robić w związku z syryjską rewolucją i wojną domową, w którą ona się przekształciła. PYD i TEV-DEM odwoływały się do lewicowej ideologii odżalanowskiej (Abdullaha Öcalana, lidera PKK), podczas gdy ENKS była zdecydowanie bardziej konserwatywna i popierała Barzaniego. ENKS, choć bardziej nacjonalistyczna i dążąca do zjednoczenia z Baszurem, była również bardziej skłonna do współpracy z syryjską opozycją, choć ta zdecydowanie odrzucała autonomiczne dążenia Kurdów w Syrii. TEV-DEM natomiast zaczął budować Rożawę (w rozumieniu projektu politycznego) w oparciu o odżalanowską koncepcję wieloetnicznych kantonów i demokracji bezpośredniej. Stworzył też własne siły zbrojne - YPG/YPJ (Yekîney?n Parastina Gel - Ludowe Jednostki Obrony oraz Yekîney?n Parastina Jin - Kobiece Jednostki Obrony), które ENKS bojkotowała, podobnie jak wszystkie inne instytucje polityczne Rożawy. W październiku 2014 roku obie strony konfliktu podpisały porozumienie w Dahuku, które miało zakończyć spór, ale niestety nie weszło ono w życie. Winą za to obie strony obarczały siebie nawzajem.

Całkiem sympatyczny Husajni twierdził z jakże charakterystycznym dla wielu Kurdów, których spotkałem, wizjonerskim optymizmem, że Turcja będzie musiała dogadać się z Rożawą, bo potrzebuje Kurdów i nie może zignorować istnienia ośmiusetkilometrowej wspólnej granicy. Wprawdzie wtedy jeszcze nie miała ona 800 kilometrów, ale w tym punkcie optymizm Husajniego okazał się uzasadniony - po upływie dwóch lat i szeregu ofensyw YPG/YPJ już prawie tyle ma. Niestety, póki co nic nie wskazuje na to, by miała się spełnić druga część jego przepowiedni, choć w 2013 roku toczyły się nieformalne negocjacje między PYD a tureckimi władzami. PYD próbował przekonać Turcję, że nie stanowi dla niej zagrożenia i nie będzie mieszał się do kwestii kurdyjskiej w Turcji, ale rozmowy te zakończyły się fiaskiem. Husajni mówił też, co brzmiało bardziej rozsądnie, choć nieco rozczarowująco jak na moje ówczesne oczekiwania, że Rożawa nie dąży do odłączenia się od Syrii.

Ja jednak spodziewałem się od Husajniego głównie pomocy w przekroczeniu granicy z Rożawą. Okazało się jednak, że nie bardzo jest on w stanie cokolwiek zrobić. Mnie potrzebna była tylko zgoda ze strony władz Regionu Kurdystanu, bo po drugiej stronie miałem już wszystko załatwione. Poszedłem zatem z Hawkarem na kawę, a potem pojechałem do jego rodzinnego miasteczka, gdzie budował dom. Po drodze zajechaliśmy jeszcze na bazar, bo musiał kupić pompę.

- To wyrób polskiej firmy - powiedział. - Ale nam sprzedają je Włosi. Czemu wasz kraj z nami tu nie handluje? Potrzebujemy właściwie wszystkiego! Bo teraz na bazarze niemal wszystko jest z Chin i ludzie mają dość tej tandety - dodał.

Nie byłem w stanie mu wyjaśnić, dlaczego Polska nie jest zainteresowana handlem ani z Kurdystanem, ani z całym Irakiem. Cóż mógłbym powiedzieć? Że ludzie myślą, że tu wszędzie wybuchają bomby? Że większość mediów nie jest zainteresowana informacjami stąd, bo "ludzi to nie interesuje"? A może, że wszyscy w Polsce myślą, iż w 2003 roku posłaliśmy naszych żołnierzy do Iraku, by za ich krew kupić kontrakty, a Amerykanie nam ich nie podali na srebrnej tacy, więc się obraziliśmy i skreśliliśmy ten kraj z listy naszych zainteresowań, bo i tak tam nic nie dostaniemy? Czemu mielibyśmy się sami o to starać? Hawkar pomyślałby tylko, że jakiś głupi jest ten nasz kraj, a przecież nie chciałbym robić ojczyźnie czarnego PR-u. Poważnie. Wielokrotnie pytano mnie tu, w irackim Kurdystanie: Kurdistan hosztyra yan Polonia?, co oznacza mniej więcej gdzie ci się podoba bardziej, w Polsce, czy w Kurdystanie. I za każdym razem odpowiadałem to samo: Polonia nisztymani myna! (Polska to moja ojczyzna). Nie zdarzyło mi się, by ktoś po takiej odpowiedzi naciskał, czy też twierdził, że to nie jest odpowiedź. Wręcz przeciwnie, zawsze wzbudzało to u mojego rozmówcy uznanie. Dlatego nie rozumiem tych, co za granicą narzekają na swój kraj i przedstawiają go w złym świetle.

Jechaliśmy z Hawkarem do jego rodzinnego Karadaghu, z polską (ponoć) pompą w bagażniku i izraelskimi sadzonkami na dodatek.

- Ludzie teraz są zadowoleni, bo dostaną w końcu pensje, i to od razu za dwa zaległe miesiące - stwierdził.

- A co z niepodległością? - spytałem.

- Najpierw musimy zdobyć niezależność ekonomiczną, bez tego nie będzie niepodległości. Referendum teraz nie będzie, ale nie rezygnujemy z tego planu i na pewno nie oddamy Arabom terenów spornych. O powrocie do Dżaluli to w ogóle niech zapomną.

- No, ale przecież tam są też szyickie milicje. I pod Kirkukiem ponoć również...

- Nic nam nie zrobią, jest ich mało, a nas znacznie więcej. Podobnie sunnici, którzy teraz też tworzą swoją armię. Ale to wszystko saddamowcy, nasi wrogowie - dodał Hawkar, dorzucając kilka nieparlamentarnych słów.

Podobnego zdania był Raweż, z którym również udałem się następnego dnia na małą wycieczkę poza miasto.

- Sprawa niepodległości nie jest przekreślona, tylko odłożona. Poza tym sunnici teraz też chcą mieć swój niezależny region, taki jak nasz. Szyici to blokują, ale wcześniej czy później Irak podzieli się na trzy części. To nastąpi za dwa, może trzy lata. Dla nas, Kurdów, celem powinno być teraz wyzwolenie Szengalu, ale do tego potrzebny jest dobry plan, tak jak to było w przypadku Dżaluli.

- A jazydzi popierają Kurdów? - spytałem.

- Oczywiście, przecież sami są Kurdami. Mają co prawda do nas pretensje o to, że Peszmerga ich nie ochroniła w sierpniu, ale zawsze będą lojalni wobec Kurdystanu. Poza tym my się na pewno nie wycofamy z żadnych naszych ziem, które zajęliśmy, czy jest to Kirkuk, czy Dżalula, Tuz Churmatu czy też Szengal.

Zatrzymaliśmy się w niewielkiej wiosce i wąską ścieżką zaczęliśmy wchodzić na jedno z górujących nad nią wzgórz, gęsto porośnięte wątłymi drzewami, które jesienną porą zdążyły już zrzucić wszystkie liście. Walały się teraz na ziemi, tworząc szary dywan. Nieco z boku spływał potok, nad którym siedziało kilka biwakujących rodzin. Lekka mżawka mieszała się z dymem palonej sziszy, której zapach łączył się z kolei ze świeżą wonią wilgotnego powietrza. Spytałem Raweża o Rożawę.

- My się z nimi nie zjednoczymy, bo Turcja na to nie pozwoli, a my musimy utrzymywać dobre relacje z Ankarą ze względów handlowych. Wiesz, my nie lubimy Turków, ale są lepsi od Arabów. Teraz trochę naszych peszmergów pojechało do Kobane, ale z tego, co wiem, nie walczą na pierwszej linii, zawieźli za to broniącemu miasta YPG lepszą broń, bo Turcja inaczej nie pozwoliłaby jej dostarczyć.

Kilka dni później w lokalnej telewizji widziałem relację z przejazdu Peszmergi z Baszuru do Kobane przez teren tureckiego Kurdystanu. Była to piękna manifestacja kurdyjskiej jedności. Na trasie, którą jechali kurdyjscy żołnierze, zgromadziły się tłumy z kurdyjskimi flagami i kwiatami, które rzucano w stronę przejeżdżających samochodów peszmergów.

- Baszur nie ma intensywnych relacji z Rożawą - kontynuował Raweż. - Nie ma dużego przepływu ludności czy towarów, tylko tu jest trochę uchodźców stamtąd. A ty co sądzisz o przyszłości Kurdystanu?

- Nie jestem Kurdem, więc trudno mi się na ten temat wypowiadać, ale wydaje mi się, że, z punktu widzenia Turcji zarówno jak i dla Kurdów najlepsze byłoby, gdyby Turcja zaanektowała Baszur i Rożawę i przekształciła się w turecko-kurdyjską federację. Trzy części Kurdystanu byłyby zjednoczone, a Turcja zyskałaby dostęp do złóż ropy i gazu, a tworząc strategiczny sojusz z Kurdami stałaby się regionalną potęgą. Ponoć taki plan miał prezydent Turgut Özal i dlatego go otruto - odpowiedziałem, przy czym chodziło mi o to, jakie rozwiązanie byłoby według mnie najbardziej korzystne dla Turcji oraz dla Kurdów, a nie obiektywnie najlepsze z mojego własnego punktu widzenia. Nie czuję w sobie powołania Sykesa czy Picota, by kreślić nową mapę Bliskiego Wschodu.

- Może by i to było dobre, ale jest niemożliwe, Turcja nigdy na to nie pójdzie. A wiesz, że słyszałem, iż 23 Polaków walczy tu w Daesh? Czytałem na jakimś amerykańskim portalu, ale nie pamiętam, na jakim.

Raweżowi z tymi Polakami coś się chyba pomyliło, choć później na froncie kurdyjskim rzeczywiście pojawiło się kilku polskich dzihadystów. Czyż to nie tragikomiczne, że jakiś wychowany w katolickiej rodzinie konwertyta jedzie zabijać muzułmanów z dziada pradziada, gdyż wierzy, że Allah da mu za to 72 seksualne niewolnice? Odbijając piłeczkę, zapytałem Raweża, ilu Kurdów z Baszuru jest w Państwie Islamskim.

- Trzystu, może czterystu - odpowiedział niechętnie.

Z Sulejmani pojechałem do Irbilu, ale planowałem być tam bardzo krótko, a następnie udać się do Chalifanu. Skierowałem się do tego samego hoteliku, co poprzednim razem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki