Nazywają ich patologią. Opowieści dyrektora ośrodka wychowawczego - Mariusz Dobijański


Reflow text when sidebars are open.
Siedzieliśmy naprzeciwko. Krótko ostrzyżone włosy, sportowa bluza i przenikliwy wzrok. Patrzył prosto w moje oczy z ostentacyjną pewnością siebie. Na jego twarzy malowała się bezczelność, a z postawy emanował bunt. Ręce miał splecione na piersi, nogi wyciągnięte przed siebie. Wyglądał, jakby od chwili przekroczenia progu mojego gabinetu miał jeden cel - nie okazać ani odrobiny słabości. "Nie zrobisz tym na mnie wrażenia", pomyślałem. Przyjmowałem do ośrodka setki chłopaków. Jedni wchodzili ze spuszczoną głową, inni udawali obojętność. Bywali tacy, którzy nie potrafili ukryć strachu. On należał do jeszcze innej grupy. Bił od niego gniew.
Po kilku latach pracy w ośrodku wiedziałem, że pierwsza rozmowa rzadko służy poznaniu wychowanka. Podczas niej to wychowanek poznaje mnie. Obserwuje, prowokuje, szuka granic. Sprawdza, czy jestem kolejnym dorosłym, którego można przestraszyć albo wyprowadzić z równowagi. Dlatego nie zacząłem od panujących tu zasad. Człowiek, który czuje gniew, nie słyszy przepisów. Najpierw musi usłyszeć drugiego człowieka. Przez chwilę milczeliśmy. Nie spieszyłem się. Wiedziałem, że cisza jest niewygodna, zwłaszcza dla kogoś, kto nauczył się zagłuszać ją krzykiem.
- Wiesz, dlaczego tu jesteś? - zapytałem po pewnej chwili.
Wzruszył ramionami.
- Bo wszyscy się na mnie uwzięli - mruknął.
To zdanie słyszałem wiele razy. Najczęściej wypowiadali je chłopcy, którzy pod warstwą agresji ukrywali bezradność.
- Być może - odpowiedziałem. - A może dlatego, że dorośli przestali wierzyć, że sam poradzisz sobie ze swoimi problemami. Sąd podjął decyzję. Ani ty, ani ja już jej nie zmienimy.
- To po co ta gadka? - Spojrzał na mnie z irytacją. - Efekt jest taki, że siedzę. Zamknęliście mnie tu. Pieprzenie - wysyczał i podniósł się z krzesła.
- Siadaj - powiedziałem spokojnie, a on zatrzymał się w pół ruchu. - To pierwszy i ostatni raz, kiedy zwracasz się do mnie w ten sposób.
Patrzył na mnie twardo.
- Jestem dyrektorem tego ośrodka. Możesz być zły. Możesz się ze mną nie zgadzać. Ale będziesz zwracał się do mnie z szacunkiem. "Proszę pana" albo "panie dyrektorze", jasne?
Przez kilka sekund nic nie mówił. Mierzyliśmy się wzrokiem.
- Dobra... proszę pana - odpowiedział z wyraźną kpiną w głosie.
Skinąłem głową.
- Dziękuję.
- Zamknęliście mnie... proszę pana - stwierdził, kiedy już z powrotem usiadł.
- Nie. - Pochyliłem się lekko nad biurkiem. - Sąd zdecydował, że masz tu zamieszkać. To nie jest to samo.
- Dla mnie żadna różnica - parsknął ponuro.
- Dzisiaj pewnie nie, ale za kilka miesięcy może być.
Przyjrzał mi się uważniej. Nie odpowiadał. Oceniał przeciwnika. To było spojrzenie sprawdzające w rodzaju "Na ile mogę sobie pozwolić?".
- Posłuchaj mnie. Nie obiecuję ci, że będzie łatwo. Będzie szkoła. Praca. Obowiązki. Ludzie, którzy będą od ciebie wymagać więcej, niż do tej pory wymagano.
- Jasne... resocjalizacja - wycedził, kręcąc głową.
- Nie, raczej życie.
- A wie pan, ilu takich jak pan już słyszałem? - zapytał i zanim zdążyłem zaprzeczyć, dodał: - Ja też nie, ale za dużo.
- A ilu z nich pamiętasz?
Zmarszczył brwi.
- Co?
- Ilu pamiętasz? A może pamiętasz tylko to, że nikt nie potrafił do ciebie dotrzeć? - zapytałem, ale odpowiedziała mi cisza. - Wiesz, ilu chłopaków siedziało wcześniej na tym krześle? Wielu - wyjaśniłem, bo chłopak milczał. - Niektórzy byli bardziej agresywni od ciebie. Kilku zapowiadało, że rozwali ten ośrodek. Część próbowała. Dzisiaj większość ma pracę, rodziny i zupełnie inne życie.
- Bajki! - prychnął.
- Nie. - Spojrzałem mu prosto w oczy. - Dorosłość.
Chłopak ostentacyjnie przeciągnął się na krześle, jakby ta rozmowa zaczynała go nudzić.
- Mogę już iść?
- Jeszcze nie.
Westchnął głośno.
- Chciałbym porozmawiać o twoim poprzednim ośrodku.
- Nie ma o czym. - Wzruszył ramionami.
- Dzwoniłem do jego dyrektora. Mówił, że szybko zacząłeś mieć wpływ na innych chłopaków.
Wydawało się, że te słowa nie robią na nim żadnego wrażenia, przestał tylko obracać między palcami zawieszkę od suwaka bluzy.
- Każdy może sobie gadać, co chce. - Uśmiechnął się krzywo.
- Wolę usłyszeć twoją wersję.
- To pan sobie poczeka.
- Mam czas - oznajmiłem spokojnie i poprawiłem się na fotelu.
Przez kilka sekund patrzyliśmy na siebie bez słowa.
- No i co jeszcze panu naopowiadał? - nie wytrzymał.
- Że była grupa chłopaków, która uważała się za lepszą od innych.
- Nie było żadnej grupy!
- A ci, którzy decydowali, kto jest "swój", a kto "śmieć"?
- Nie wiem, o czym pan pieprzy - wysyczał.
- Wiesz. Byłeś jednym z nich?
- Nie.
- Czyli się ich bałeś - podsumowałem, a wtedy chłopak wyprostował się tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało.
- Nikogo się, kurwa, nie bałem!!! - wrzasnął. - Nikogo - dodał już bardziej do siebie niż do mnie.
- To do czego potrzebowałeś tej grupy?
- O co panu właściwie chodzi?
- O prawdę.
- Gówno pana obchodzi prawda. - Roześmiał się gorzko.
- Mylisz się. - Nachyliłem się, skracając nieco dzielący nas dystans. - Obchodzi mnie bardziej, niż ci się wydaje. Wiem też, że dopóki będziesz grał twardszego, niż jesteś w rzeczywistości, codziennie będziesz musiał to komuś udowadniać.
Uderzył pięścią w poręcz krzesła.
- Frajerem nie będę! - krzyknął, a jego głos odbił się od ścian gabinetu. - Nie będę jak te pizdy, co latają po fajki! Nie będę nikomu dupy lizał! Jak ktoś będzie chciał mnie ustawić, to go rozpierdolę! Choćbym miał pójść do poprawczaka!
W gabinecie było słychać tylko jego ciężki oddech i tykanie zegara.
- Skończyłeś? To teraz mnie posłuchaj - wyszeptałem. Musiał się pochylić, żeby mnie zrozumieć. - Wiesz, kogo przed chwilą usłyszałem? Nie usłyszałem silnego chłopaka, tylko takiego, który za wszelką cenę nie chce, żeby ktoś nazwał go frajerem. A to są dwie zupełnie różne rzeczy.
Przez kilka sekund siedział nieruchomo. Potem uśmiechnął się z pogardą.
- Pewnie pan myśli, że mnie pan rozgryzł.
Pokręciłem głową.
- To po co te wszystkie teksty?
- Próbuję zrozumieć, z kim będę pracował.
- Dobrze znam takich jak pan - parsknął. - Psychologów. Pedagogów. Kuratorów. Dyrektorów. Każdy po pięciu minutach wiedział o mnie wszystko.
- A wiedzieli naprawdę?
- Gówno wiedzieli - odpowiedział, patrząc mi prosto w oczy.
- Ja też jeszcze prawie nic o tobie nie wiem - stwierdziłem.
Nie skomentował tego. Przyglądał mi się badawczo, jakby próbował zdecydować, czy warto powiedzieć choć jedno zdanie więcej. W końcu westchnął.
- Wie pan, jak to się zawsze kończy? Najpierw każdy twierdzi, że chce pomóc. - Wciągnął ciężko powietrze w płuca. - Potem jest pierwszy przypał. Potem pierwszy donos. A na końcu każdy ma cię w dupie.
- Tak było?
- Zawsze. - Wzruszył ramionami. - Wie pan, dlaczego oni mnie szanowali? - zapytał, zmieniając temat. - Bo nigdy nie pękałem.
- A teraz?
- Co teraz? - Zmarszczył brwi.
- Nadal nie możesz sobie na to pozwolić?
Po raz pierwszy odwrócił wzrok. Patrzył przez okno.
- Tutaj też nie mogę - powiedział tak cicho, że z trudem zrozumiałem treść jego słów.
Nie odpowiedziałem od razu. Wstałem od biurka. On odruchowo również się podniósł.
- Posłuchaj mnie - zacząłem. - Nie oczekuję, że mi zaufasz. Nie od razu, nie po tej rozmowie. Wiem, że na zaufanie trzeba sobie zasłużyć. Ale chcę, żebyś zapamiętał jedną rzecz: zawsze możesz do mnie przyjść.
- Jasne... - powiedział bez przekonania.
- Mówię poważnie. Kiedyś będziesz wściekły. Pokłócisz się z wychowawcą. Z kimś się pobijesz. Będziesz chciał stąd uciec albo zrobić coś głupiego. - Zawiesiłem głos. - Zanim to zrobisz, przyjdź do mnie.
- Po co? - Popatrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Żeby pogadać.
- A jak nie będę chciał gadać?
- To chwilę razem posiedzimy. Nie obiecuję, że ci pomogę rozwiązać każdy problem, ale obiecuję, że cię wysłucham. I że nie będę cię okłamywał.
Długo nic nie mówił, potem tylko skinął głową. Raczej nie na znak zgody, tylko na potwierdzenie, że usłyszał.
Po kilku sekundach do gabinetu zajrzały dwie osoby.
- To pani psycholog i pani pedagog - zwróciłem się ponownie do chłopaka. - Poznajcie się. Później twój wychowawca pokaże ci grupę i pokój. Od dzisiaj to on będzie najczęściej miał z tobą kontakt.
Chłopak poprawił bluzę i w jednej chwili pancerz wrócił na swoje miejsce. Ruszył do drzwi, na progu się jednak zatrzymał.
- Do widzenia... panie dyrektorze - powiedział, nie odwracając się.
Drzwi zamknęły się cicho. Patrzyłem na nie jeszcze przez chwilę. Nie miałem złudzeń: nie wygrałem tej bitwy. On też nie. Pierwszego dnia w ośrodku nikt nie wygrywa. Pierwszego dnia najważniejsze jest, żeby chłopak, wychodząc z gabinetu, wiedział, że jest tu przynajmniej jeden dorosły, przed którym nie musi udawać twardszego, niż jest naprawdę.
1
Droga do wychowka
Podróż z Warszawy do domu dłużyła mi się niemiłosiernie, jakby asfalt celowo rozciągał się pod kołami samochodu, kpiąc z mojego zmęczenia. Remont DK2 sprawiał wrażenie syzyfowej pracy, w której kolejne warstwy betonu pojawiały się tylko po to, by za chwilę mogły zostać rozkopane na nowo. Sznur samochodów przemieszczał się zderzak w zderzak niczym ospały organizm, któremu odebrano wolę przyspieszenia. Pedał gazu wydawał się bezużyteczny, bo każda próba wyrwania się z sunącego niemrawo ciągu aut kończyła się kolejnym hamowaniem.
Kolegium kuratorskie jak zwykle się przeciągnęło. Kilkugodzinne dyskusje, jałowe spory i pozornie konstruktywne wnioski zakończyły się o tej porze, o której trudno już przewidzieć, ile zajmie opuszczenie stolicy. "Następnym razem muszę być bardziej asertywny", pomyślałem, wpatrując się w szybę, za którą migotały światła innych pojazdów.
Droga wciąż była w remoncie. System również. W ciągu siedmiu lat pracy na stanowisku wicekuratora i firmowania niekończącej się reformy narastało we mnie zmęczenie. W tym okresie zmieniło się trzech ministrów, a wraz z nimi pojawiały się kolejne wizje - każda zapowiadana jako przełom, każda będąca korektą poprzedniego błędu. System przypominał zegar, w którym ktoś wciąż przestawia wskazówki, nie rozumiejąc sposobu działania całego mechanizmu. Ja sam byłem w nim trybikiem - odpowiedzialnym za legalność decyzji, a nie za ich sens. Do moich zadań należało bierne wykonywanie rozstrzygnięć zapadających daleko poza gronem kuratorskim, a przede wszystkim poza środowiskiem praktyków edukacji. Byłem wykonawcą cudzych decyzji pozbawionym prawa do krytyki. Próby jej formułowania w gmachu przy Szucha kończyły się zwykle zmyciem głowy. Zarządzano tam za pomocą krzyku, będącego wyrazem lęków ministerialnych decydentów, którzy bali się negatywnej reakcji opinii publicznej i konieczności składania wyjaśnień premierowi.
Siedziałem na tylnym siedzeniu służbowej Toyoty, milczący i w gruncie rzeczy zbędny, podczas gdy dyrektorka delegatury, zajmująca miejsce obok kierowcy, prowadziła swoje równoległe życie. Pracowała w trasie z wprawą kogoś, kto nauczył się traktować samochód jak mobilne biuro. Na kolanach trzymała teczkę, z której co chwilę wysuwała kolejne dokumenty. Podpisy składała szybko i zdecydowanie. Jedne pisma odkładała na prawą stronę - "do odesłania", inne na lewą - "do wyjaśnienia". Telefon wibrował w kieszeni jej szmaragdowozielonego żakietu niemal bez przerwy. "Tak, proszę przekazać, że termin jest nieprzekraczalny". "Nie, to nie kwestia interpretacji, tylko przepisów". "Oczywiście, porozmawiam z nim osobiście".
Jej głos przechodził płynnie od chłodnej, urzędowej stanowczości do tonu niemal poufałego. Potrafiła jednym zdaniem zdyscyplinować rozmówcę, a drugim go uspokoić. Kiedy odkładała telefon, przez moment patrzyła przed siebie, jakby już w myślach podejmowała kolejne decyzje. Od czasu do czasu rzucała kierowcy krótkie uwagi: "Musimy być przed siedemnastą". "Dokumenty trzeba będzie zawieźć jutro". "Umówię się na spotkanie i przekażę, o której wyjedziemy". Ciszę co chwila przecinały urywane zdania, pełne rozmaitych skrótów myślowych. W tej wymianie półsłówek i znaczących pauz było świadectwo wieloletniej służbowej zażyłości. Najwyraźniej dyrektorka i kierowca nie potrzebowali pełnych wypowiedzi, żeby się porozumieć.
Patrzyłem na nią z mieszaniną podziwu i dystansu. Była uosobieniem administracyjnej sprawności - kimś, kto potrafi utrzymać w ruchu nawet najbardziej zgrzytliwy mechanizm. Ja tymczasem coraz częściej miałem wrażenie, że nie chcę już podtrzymywać obrotów tej maszyny.
Za oknem droga wciąż praktycznie stała w miejscu, w środku zaś wszystko się zmieniało. Zazwyczaj unikałem jazdy samochodem na tej trasie, bo podróż klimatyzowanym wagonem szybkiej kolei zajmowała mniej czasu i była bardziej przewidywalna. Nowoczesne składy sprawnie sunęły po torach, a jednostajny stukot kół porządkował myśli. Siedem lat dojazdów nauczyło mnie strategii przetrwania. Kluczowe było jedno: miejsce siedzące. Żeby je zdobyć, znajomi współpodróżni rozstawiali się w niewielkich grupach wzdłuż peronu niczym zwiadowcy. Każdy znał swoją rolę. Pierwszy, któremu udało się wedrzeć do wagonu, zajmował miejsca dla pozostałych - torbą, gazetą, płaszczem rzuconym na oparcie. Reszta wślizgiwała się chwilę później, z ulgą i półuśmiechem zwycięzców. Rzadko budziło to wrogie reakcje. Ci, którym zabrakło szczęścia, przyjmowali porażkę z milczącą rezygnacją. Wszyscy wiedzieli, że dla części podróżnych łowy zakończą się fiaskiem i że przez niemal półtorej godziny będą balansować ciałem w rytm jazdy. Szczęśliwcy opadali na siedzenia niemal ceremonialnie. Zamykali oczy. Zapadali w półsen. W wagonie panowała prawie niezmącona cisza, przerywana od czasu do czasu szelestem gazety, stuknięciem kubka o stolik, czasem donośnym chrapnięciem. Przez te wszystkie lata dobiegający do wnętrza wagonu cichy stukot metalowych kół stał się dla mnie synonimem codzienności.
- Awantura w wychowku - rozbrzmiało nagle we wnętrzu samochodu głośniej wypowiedziane zdanie.
- W młodzieżowym ośrodku wychowawczym? - zapytałem, prostując się.
- Tak, w tym dla chłopców. Tym razem nie chodzi o coś, co zrobili wychowankowie. Była dyrektorka występuje do sądu pracy. Konflikt z organem prowadzącym - odpowiedziała rzeczowo dyrektorka delegatury.
Za oknem wolno przesuwały się zieleniejące pola. Kwietniowe słońce rozlewało się po poboczach drogi, jakby świat chciał uświadomić ludziom, że ich konflikty i pisma urzędowe nie mają większego znaczenia.
- Zarząd ją odwołał. Teraz na miejscu jest pełniąca obowiązki. Starosta szuka kogoś z zewnątrz.
Do tej pory "wychowek" funkcjonował dla mnie jak hasło w tabeli - jeden z numerów w sprawozdaniu. A przecież z wykształcenia byłem pedagogiem resocjalizacyjnym. Wykładałem teorie naprawy ludzkich biografii. Mówiłem o reintegracji, środowiskach wychowawczych i systemowych deficytach. Praktyka pozostawała obok, jak równoległy tor, po którym nigdy tak naprawdę nie jechałem.
- Może warto zobaczyć tę placówkę z bliska - powiedziałem w końcu. - Tylko nie w trybie audytowym. Audyty nie sprzyjają poznaniu.
- Oczywiście, panie kuratorze.
I wtedy po raz pierwszy rzeczywiście skupiłem uwagę na tym miejscu.
Dyrektorka delegatury świetnie wywiązała się z nałożonego na nią zadania. Oficjalnym powodem zorganizowanej przez nią wizyty było podsumowanie realizowanego w placówce projektu edukacyjnego. To neutralne uzasadnienie nie niosło ze sobą ciężaru kontroli ani zapachu urzędowego napięcia, wydawało się więc idealnym pretekstem. I tak oto jechałem do ośrodka, a rodzący się w mojej głowie pomysł na zmianę ścieżki zawodowej wywoływał we mnie emocjonalne poruszenie. Ciekawość, nadzieja i obawa przed rozczarowaniem mieszały się ze sobą, tworząc osobliwy koktajl.
Gdy minęliśmy tabliczkę z nazwą miejscowości, odruchowo spojrzałem na zegarek. "Czterdzieści minut - mruknąłem w myślach. - Nienajgorsza droga, niewielki ruch. Jest dobrze". Uśmiechnąłem się pod nosem, pozwalając myślom pobiec dalej. "Na dzień dobry zaoszczędzę ponad pół godziny na dojeździe do pracy. W obie strony zyskam blisko półtorej godziny. W tygodniu sześć godzin. W miesiącu... trzy dni pracy". Zatrzymaliśmy się przed ośrodkiem. Na parkingu stały zaledwie trzy samochody. Mój wzrok padł na komin starej kotłowni i betonowy plac na węgiel znajdujące się obok budynku. Zza niego widać było pełnowymiarowe boisko do piłki ręcznej, otoczone wysokimi łapaczami piłek. Najwyraźniej boisko służyło również do gry w piłkę nożną. Kiedy wysiadłem z samochodu i zrobiłem parę kroków w jego kierunku, zauważyłem, że na tartanowym podłożu wymalowano dodatkowe linie wyznaczające pole do tenisa ziemnego, jakby ktoś uparcie podkreślał, że hasło "Sport to zdrowie" nie jest tu jedynie pustym sloganem.
Rozejrzałem się wokół. Teren, na którym usytuowano placówkę, był rozległy i w miarę zadbany. Porastała go trawa, z rozrzuconymi tu i ówdzie wysokimi drzewami - brzozami, akacjami i iglakami, które teraz kołysały się leniwie na wiosennym wietrze. Całość ogrodzona była solidną siatką, osadzoną na betonowych, miejscami nieco już zniszczonych słupkach.
Ośrodek znajdował się w niewielkiej wiosce, trudno było jednak oprzeć się wrażeniu, że wychowankowie wraz z personelem stanowili większość lokalnej społeczności. Wzdłuż drogi, która kończyła się właśnie w tej wsi, stało zaledwie kilka domostw. Dalej nie było już nic - żadnego "przy okazji", żadnego tranzytu. Część okolicznych zabudowań wyglądała, jakby czas płynął tu nieco szybciej niż gdzie indziej. Fasady nosiły ślady wielu zim i deszczów, ganki cicho opowiadały historię minionych lat, a ogrodzenia czasy świetności miały już dawno za sobą. Między obejściami swobodnie spacerowały kury, a wylegujące się obok domów psy z właściwą sobie czujnością śledziły każdy ludzki ruch. W całym tym krajobrazie było coś przygnębiającego - nie tyle zaniedbanie, ile poczucie, że to miejsce od dawna czeka na lepszy czas.
To zdarza się zaskakująco często: mamy precyzyjne wyobrażenie na jakiś temat, a potem rzeczywistość jednym dmuchnięciem zmiata je jak kurz z blatu. Nie dlatego, że byliśmy naiwni, tylko dlatego, że wyobrażenia są z natury płaskie - sklejone z opowieści, stereotypów, urywków informacji, własnych lęków i nadziei. Dopiero gdy stajemy na miejscu, słyszymy głosy, czujemy zapach, widzimy twarze i gesty, zaczynamy rozumieć, że prawda ma fakturę: jest chropowata, niejednoznaczna i pełna sprzeczności. Chyba właśnie dlatego tak bardzo potrzebujemy dotknąć, doświadczyć, poznać - nie "z opisu", nie "z dokumentów", nie "z drugiej ręki". Bo dopiero spotkanie z realnością wytrąca nas z wygodnych schematów i uczy pokory.
Spojrzałem w stronę budynku ośrodka. Dłuższa, jednopiętrowa część mieściła szkołę, do której mniej więcej w połowie "dolepiono" maleńką salę gimnastyczną. W krótszym, dwupiętrowym skrzydle znajdował się internat. Elewacja była odnowiona, ale mimo to całość nie budziła ciepłych uczuć. We wszystkich oknach znajdowały się kraty. Rzadko spotyka się placówki oświatowe, w których każde pomieszczenie przypomina raczej celę niż salę lekcyjną. Jeśli już, to takie skojarzenia budzą pokoje administracyjne albo pracownie komputerowe, zabezpieczone ze względu na sprzęt czy dokumenty, które znajdują się w środku. Tutaj jednak kratami oddzieleni byli ludzie. Gęsto rozmieszczone, masywne pręty miały chronić przede wszystkim przed próbą ich wydostania się na wolność. Widok był przytłaczający.
Drzwi do budynku okazały się zamknięte. Nacisnąłem przycisk dzwonka elektrycznego i za przeszkleniem zamajaczyła czyjaś sylwetka. Po chwili rozległ się metaliczny dźwięk odryglowywanego zamka.
- Dzień dobry, panie kuratorze. Dzień dobry, pani dyrektor - usłyszeliśmy. - Miło mi gościć państwa w murach placówki wychowawczej. Jestem pełniącą obowiązki dyrektora. Zapraszam.
Przestąpiliśmy próg i znaleźliśmy się w niewielkim korytarzu z trojgiem kolejnych drzwi. Zza jednych - przeszklonych, podobnych do wejściowych - przyglądało nam się kilku chłopców. Rzuciłem im szybkie spojrzenie. Młodzi ludzie, którzy na pierwszy rzut oka niczym szczególnym się nie wyróżniali. Patrzyli na nas z ciekawością i coś między sobą szeptali, choć ich głosów nie było słychać.
Weszliśmy do gabinetu dyrektorki.
- Kawa, herbata? Czym mogę państwa poczęstować?
Wyposażenie pomieszczenia było skromne: mały stolik, fotel, kanapa... Obok niewielkiego regału z książkami - nielicznymi, ale noszącymi wyraźne ślady czytania - stało biurko. Poprosiliśmy o herbatę. Drzwi prowadzące z gabinetu do sekretariatu otworzyły się cicho i po chwili na stole pojawiły się trzy filiżanki parującego napoju.
- Bardzo się cieszę, że znaleźli państwo czas na wizytę w ośrodku - powiedziała dyrektorka. - Choć muszę przyznać, że ostatnio dość często gościliśmy pracowników nadzoru.
- Wiem, że nie były to wizyty, które budzą euforię. Sytuacja nas do tego zmusiła. Mam jednak nadzieję, że te spotkania przynajmniej coś konstruktywnego wniosły. - Zawiesiłem głos. - Myślę też, że dzisiejsze odwiedziny nie okażą się dla państwa stresujące. Wręcz przeciwnie. Proszę powiedzieć nam kilka słów o planowanej uroczystości.
- Nie potrwa to szczególnie długo, bo też nie spodziewaliśmy się wcześniej państwa obecności - odparła dyrektorka usprawiedliwiająco. - Liczymy jednak, że mimo wszystko uda nam się państwa zainteresować efektami projektu.
- Na pewno tak będzie - zapewniłem z uśmiechem. - Proszę też uwzględnić kilka minut na pokazanie nam placówki. Bardzo mnie ciekawi, jak ona działa. Jestem przekonany, że mimo przejściowych trudności mają się państwo czym pochwalić. Kontrole, o których pani wspomniała, pozwoliły sformułować również wiele pozytywnych wniosków na temat pracy ośrodka.
Zauważyłem, że dyrektorka wyraźnie się rozluźniła. Jakby napięcie, z którym witała nas w drzwiach, powoli ustępowało miejsca ostrożnej nadziei. Wprowadziła nas w zagadnienia związane z realizacją projektu, a potem ruszyliśmy w stronę pomieszczenia, w którym miała się odbyć uroczystość poświęcona przedsięwzięciu. Na szkolny korytarz weszliśmy po charakterystycznym szczęku zamka otwierającego drzwi - te same, za którymi chwilę wcześniej widziałem wychowanków, w milczeniu obserwujących nas jak rzadkie zjawisko. Wewnątrz wszystko było naturalnym dopełnieniem tego, co zobaczyłem na zewnątrz. Poobijane i miejscami odrapane ściany błagały o szpachlę i świeżą farbę. Brudnobeżowy kolor sufitu i ścian, odcięty w połowie wysokości ciemnobrązową lamperią, przydawał przestrzeni ciężkości i bezczasowości - jakby od lat nic się tu nie zmieniało, a każda kolejna warstwa farby była jedynie próbą ukrycia wcześniejszych zaniedbań. Na tej matowej, zmęczonej powierzchni gdzieniegdzie widniały zapiski wykonane długopisem: krótkie hasła i proste rysunki, czasem wulgarne, czasem tylko pełne gniewu. Były jak nieme komentarze do codzienności, której nikt nie próbował już nawet cenzurować. Panowała tu atmosfera przytłaczającej szarości. Buro i ponuro - te dwa słowa same cisnęły się na myśl. "Brak pieniędzy na remont czy brak dbałości?", zapytałem sam siebie, ale nie znalazłem jednoznacznej odpowiedzi. A może jedno i drugie?
W sali gimnastycznej, na prowizorycznie zaaranżowanej scenie stała tablica z dokumentacją zdjęciową projektu, jakby z czyjegoś prywatnego albumu wyjęto fotografie i wystawiono je na światło jarzeniówek. Obok wisiał ekran. Trochę za wysoko, jak to bywa, kiedy coś trzeba zrobić "na już", a ktoś akurat znalazł dwa haki i kawałek sznurka. Na białej płaszczyźnie migotał slajd zapowiadający multimedialną prezentację. Z daleka ta instalacja nadawała przestrzeni niemal uroczysty charakter, z bliska było zwyczajnie. Scena z ekranem budziła skojarzenia ze szkolną akademią, tylko pozbawioną sztucznej powagi.
Usiadłem wśród innych. Ktoś chrząknął, ktoś odsunął krzesło. Któryś z chłopców szepnął do sąsiada krótkie:
- Dawaj, zaczynamy.
Pierwsze zdjęcia pokazały chłopaków w trakcie zajęć. Różne aktywności, różne miny: tu ktoś skupiony, z językiem lekko wysuniętym z kącika ust, tam ktoś udaje, że się nie stara, choć spięte ramiona zdradzają coś całkiem przeciwnego. Na kolejnych slajdach pojawiły się niepozowane, swobodne uśmiechy.
Koordynatorka projektu, wychowawczyni pracująca w ośrodku, stała z boku ekranu. Mówiła pewnie i rzeczowo, ale z ciepłem w głosie. Czuć było, że zna tych chłopaków nie z papierów, tylko z poranków, podczas których trzeba ich wyciągać z łóżek, i z wieczorów, gdy kręcą się jeszcze po korytarzu, bo nie potrafią od razu zasnąć.
- W ramach projektu założyliśmy... - zaczęła, a potem poszły punkty, cele, efekty i terminy.
Słowa układały się w uporządkowaną formę, a twarze na slajdach przydawały owej formie prawdziwej treści. W tym czasie chłopcy rzucali kolejne komentarze, jakby nie umieli siedzieć w ciszy. Jakby uznawali ciszę za podejrzany stan.
- O, patrz! To ja! - zawołał jeden i zanim ktokolwiek zdążył go uciszyć, parsknął wesoło i zaraził śmiechem całą salę.
- Ty? Ty tam wyglądasz na zeksa! - dogryzł mu drugi, porównując tym samym kolegę do wychowawcy.
- A ty jak głupek powtarzający klasę! - odparował pierwszy.
Co chwilę wybuchały krótkie salwy śmiechu, a pomiędzy nimi sypały się uwagi. Jedni rzucali coś na temat mniej lub bardziej "mądrej" miny, drudzy komentowali pozę. Ktoś próbował tłumaczyć, że wszystko wyszło zupełnie przypadkiem, ale patrząc na zdjęcie, naprawdę trudno w to było uwierzyć.
- Ej, pamiętasz, jak to spadło? - zapytał głośno któryś z chłopców.
- Cicho, bo pani mówi! - próbował wprowadzić porządek ktoś inny, ale w głosie miał więcej rozbawienia niż surowości. - Żesz, kurwa, mówię przecież: cicho! - oburzył się, tylko że jego "cicho" dotarło aż do połowy sali.
Patrzyłem na nich uważnie przez cały czas. Obserwowałem to, co dzieje się dookoła, jakbym chciał złapać w dłonie tę ulotną atmosferę i zaskakujący spokój tego miejsca. Nie było tu napięcia, nie wisiało w powietrzu żadne "zaraz coś się stanie". Wręcz przeciwnie: w sali panowała nieudawana swoboda. Nagle poczułem, jak mój własny stereotyp - ten głupi obraz "łysego, wydziaranego patola", wulgarnego mięśniaka ziejącego nienawiścią - zderza się z rzeczywistością jak kula z poduszką. Miękko i bez huku, a jednak boleśnie dla moich przekonań. "Chłopcy jak chłopcy", skomentowałem w myślach. Byli zwyczajni w swojej niejednorodności. Jedni więksi, drudzy drobniejsi. Jedni z twarzami jeszcze dziecięcymi, inni już z dorosłymi rysami i przenikliwym spojrzeniem. Wielu z nich było krótko ostrzyżonych, ale raczej nie "jak w wojsku", tylko praktycznie - maszynka, szybka robota, zero filozofii. Głowy innych wieńczyły fantazyjne fryzury, trochę na przekór, trochę dla zabawy albo żeby zaznaczyć: "Ja to ja". Mieli w sobie ciekawość, tyle że ona czasem wyrażała się nietypowo: w zaczepnym pytaniu, śmiechu albo w spojrzeniu spod przymrużonych powiek. Byli też bystrzy - w lot wyłapywali na zdjęciach różne szczegóły oraz wpadki kolegów i rzucali celne komentarze.
Na rękach czy nogach niektórych widać było tatuaże: akronimy, krótkie hasła, znaki rozpoznawcze. Nie były gładkie, prosto z salonu. Wyglądały jak chałupnicze manifesty. Pomyślałem, że to nie jest wyraz estetyki tych chłopców, lecz komunikat - prosty, czasem głupi, ale własny. Ich ubrania też były zwyczajne: bluzy, spodnie, sportowe buty, kurtki, które pamiętały więcej niż jeden sezon. Styl mieli luźny, jakby nie chcieli, żeby cokolwiek ich krępowało. Dało się też zauważyć jeden element, który wracał jak refren: torby typu nerka przewieszone przez ramię. Z pozoru nic, a jednak miałem wrażenie, że w tym miejscu te torby znaczą więcej niż gdzie indziej. Czułem, że chłopcy za ich pośrednictwem wysyłali komunikat: "Mam swoje rzeczy przy sobie".
Po kilkunastu minutach prezentacja nagle dobiegła końca. Zgasł slajd, zapalono dodatkowe światła i w sali zajaśniało. Ktoś coś jeszcze rzucił, ktoś parsknął, ktoś stuknął butem o podłogę, ale w pomieszczeniu stopniowo zaczynało przycichać. Wtedy przed uczestnikami stanęła dyrektorka placówki.
- Dziękuję - powiedziała krótko. - A teraz... na zakończenie spotkania wystąpi jeden z naszych wychowanków.
Chłopak, którego zapowiedziała, wyszedł na środek. Nie starał się robić show. Miał odmalowane na twarzy skupienie i coś jeszcze... To był ten rodzaj dumy, którego nie trzeba podkreślać gestami.
- Dawaj, dawaj! - rzucił chłopak siedzący z tyłu, szczerze go dopingując.
I wtedy zaczął się beatboxowy występ. Rytmy i dźwięki wydobywały się z wykonawcy jak z dobrze naoliwionej maszyny, a jednocześnie brzmiały wyjątkowo naturalnie. Bas, werbel, hi-hat - wszystko tworzone przy użyciu ust, języka i oddechu. Momentami miało się poczucie, jakby w sali nagle pojawił się niewidzialny perkusista i rozstawił cały zestaw instrumentów. Zrobiło to na mnie wrażenie. Nie dlatego, że "jak na wychowanka" poradził sobie nieźle - taka protekcjonalna myśl pojawiła się na moment, ale od razu ją odsunąłem - tylko dlatego, że to, co robił, było po prostu dobre. Wypracowane. Widać było, że ma do tego zamiłowanie, że wkłada w to energię i serce.
Spojrzałem na siedzących dookoła wychowanków. Patrzyli na kolegę z mieszaniną dumy i udawanej obojętności, którą nastolatkowie noszą jak zbroję.
- Mówiłem ci, stary, że on tak potrafi - mruknął jeden do drugiego.
- Ta... pierdol się - prychnął tamten, ale kącik ust i tak mu drgnął.
- Zamknij mordę, słuchaj! - syknął ktoś z tyłu.
Jak tylko występ dobiegł końca, sala rozbrzmiała oklaskami, gwizdnięciami i okrzykami. Chłopak uśmiechnął się, ale tylko półgębkiem, jakby nie chciał przesadzić z okazywaniem emocji, po czym się wycofał.
Siedziałem wśród w większości radosnych ludzi i wciąż myślałem o tym, jak łatwo przypiąć komuś etykietę i jak trudno całkowicie uwolnić się od patrzenia na drugiego człowieka przez pryzmat stereotypu. To, co zobaczyłem, z pewnością nie było "patologią", a takie skojarzenie kilka razy tego dnia przemknęło mi przez głowę. To byli chłopcy: naturalni, głośni, bezczelni w odzywkach, ale też ciekawi, z przenikliwym spojrzeniem i poczuciem humoru. Na ulicy wyróżnialiby się może brakiem typowej dla wielu z nas sztywności, ale gdyby minęli mnie między sklepem a przystankiem, pewnie pomyślałbym tylko: "młodzi" i poszedłbym dalej. Dopiero teraz jednak widziałem, że w zwyczajnych twarzach tych "chłopców z marginesu", w ich krótkich fryzurach i nerkach przewieszonych przez ramię, w śmiechu i komentarzach niosących się na pół sali jest coś jeszcze, czego wcześniej nie dostrzegałem: zwykłe życie. Chaotyczne, przesycone pragnieniem uznania i potrzebą, żeby choć przez chwilę czuć się po prostu... na miejscu.
- Czy obejrzymy teraz placówkę? - usłyszałem uprzejmy głos dyrektorki ośrodka, jakby pytała, czy mam ochotę na deser po obiedzie.
Kiwnąłem głową i podążyliśmy w głąb budynku.
Szliśmy długimi, wąskimi korytarzami, oświetlonymi jarzeniówkami, które mrugały jak zmęczone powieki. Pachniało detergentem, ale pod spodem wyczuwałem coś jeszcze. Stęchliznę, wilgoć, pot, a może mocz...? Zapach zamkniętych pomieszczeń, w których za długo gromadzi się ludzkie życie. Zaglądaliśmy do ciasnych, niemal klaustrofobicznych pokoi wychowanków. W każdym było wciśniętych po kilka łóżek, jakby ktoś próbował upchnąć rzeczy w zbyt małej walizce. Materace były zapadnięte w miejscach, w których nocami leżeli chłopcy. Kiedy wstawali na nasz widok, skrzypiały sprężyny. Gdzieniegdzie na ścianach wisiały plakaty, niektóre krzywo przyklejone taśmą, niektóre podarte. Wydawało się, jakby za ich pomocą ktoś próbował zaznaczyć: "To jest moje miejsce", ale budynek się temu sprzeciwiał, odpowiadając: "Tu nic nie jest naprawdę twoje". Szafki były obtłuczone, z odchodzącą tu i ówdzie okleiną, a drzwiczki się nie domykały. Podłogi - porysowane, miejscami lepkie, z ciemnymi śladami po czymś, czego nikt już nie pamiętał.
- Tu mieszkają - oznajmiła mi dyrektorka, jakby to nie było oczywiste.
"Mieszkają" - to słowo w jednej chwili nabrało w mojej głowie ironicznego wydźwięku. Bardziej pasowałoby chyba: "trwają". Im dłużej chodziliśmy, tym bardziej przytłaczało mnie to miejsce. Było w nim coś z zapomnianej stacji kolejowej, na której pociągi już się nie zatrzymują, ale ktoś wciąż stoi na peronie, bo nie wie, że rozkład jazdy jest pusty.
- To wyzwanie - stwierdziłem kilkadziesiąt minut później, gdy siedzieliśmy już w samochodzie. Sam nie wiem, czy powiedziałem to w myślach, czy jednak na głos.
Bieda i mizeria finansowa - takie były fakty. Budynek, jego wyposażenie, infrastruktura techniczna, zaplecze dydaktyczne - wszystko wołało o pieniądze jak wyschnięta ziemia o deszcz. "Ogarnięcie spraw pochłonie masę energii i pracy", mruczałem do siebie. "Pieniądze. Bez nich niewiele zdziałam". Zdawałem sobie sprawę, że budżet to niezbędny element działania każdej instytucji. "Pieniędzy można poszukać", dodałem zaraz. "Można je zdobywać. Dam sobie z tym radę".
Jednocześnie wiedziałem, że problem nie kończy się na finansach. Administrowanie, czyli tabele, wskaźniki, decyzje i podpisy, jest ważne, ale placówka to przede wszystkim ludzie. Chłopcy, wychowawcy, konflikty, emocje, małe zwycięstwa i wielkie porażki. Procesy, które nie poddają się łatwo kontroli. "Z tym też powinienem sobie poradzić", pomyślałem.
Mimo wszystko wciąż czułem dziwny niepokój. Nie bałem się zarządzania, nie czułem też lęku na myśl o wzięciu odpowiedzialności. Miałem doświadczenie, podejmowałem decyzje i nigdy nie uciekałem od trudnych wyborów. Skąd więc to wahanie? Czyżby chodziło o to, że wcześniej byłem wiceszefem oświaty w województwie wielkości Belgii, siedziałem w gabinecie z widokiem na główną ulicę stolicy, odpowiadałem za setki szkół, tysiące nauczycieli, dziesiątki tysięcy uczniów, podpisywałem dokumenty, które naprawdę coś znaczyły, a teraz przede mną majaczyła perspektywa objęcia funkcji dyrektora MOW-u w dziurze, o której nikt nic nie wie i nie chce wiedzieć? Kontrast był naprawdę duży. Jakby ktoś nagle zaproponował mi zamianę autostrady na polną drogę. Wiedziałem jedno: nie chcę już pracować w nadzorze. Miałem dość firmowania ministerialnego chaosu i udawania, że wszystko jest w porządku. Dość uśmiechania się na naradach, gdy wewnątrz mnie narastała frustracja. Chciałem prawdziwej zmiany. Tylko czy właśnie takiej?
Przed oczami przelatywały mi obrazki z wizyty: zapadnięte łóżka, obdrapane ściany, chłopcy śmiejący się do slajdów. Czułem pulsujący w krwiobiegu beatboxowy rytm. I nagle, być może właśnie pod jego wpływem, negatywne emocje zaczęły ustępować we mnie miejsca autentycznemu zainteresowaniu tymi chłopakami i pracą z nimi. Zawsze lubiłem ludzi, którzy byli "jacyś", nietuzinkowi. Takich, którzy nie mieścili się w wygodnych szufladkach. Energicznych, czasem problematycznych i stawiających wyzwania. Sam nigdy nie byłem co prawda typem przywódcy czy zadymiarza, ale też nie dawałem się podporządkować. Może dlatego tak dobrze rozumiałem tych, którzy mieli "rogi".
Uśmiechnąłem się do swoich myśli. Droga powrotna przestała być sekwencją zakrętów i prostych. Stała się korytarzem prowadzącym do decyzji, która dojrzewała we mnie od miesięcy, tylko dotąd nie miałem odwagi wypowiedzieć jej na głos. Słuchałem dźwięku pracy silnika, patrzyłem na przesuwające się za szybą pola oraz domy i po raz kolejny odtwarzałem w myślach fragmenty tego, czego byłem świadkiem tego dnia.
W pewnej chwili doświadczyłem czegoś, co zaskoczyło mnie bardziej niż bieda placówki: poczucia sensu. Zrozumiałem, że to miejsce nie jest jedynie "zapadłą dziurą", którą łatwo ominąć wzrokiem, gdy patrzy się z perspektywy urzędniczego gabinetu. To jest laboratorium człowieka. W surowych warunkach, w przestrzeni, która nie pozwala udawać, wszystko widać szybciej i ostrzej: emocje, mechanizmy, którym podlega grupa, granice, które trzeba stawiać mądrze, i reguły, które czasem trzeba poluzować, żeby ktoś mógł złapać oddech. Tu teoria nie ma gdzie się schować.
I wtedy przyszła mi do głowy prosta myśl: to będzie dobre miejsce do pracy. Nie dlatego, że będzie łatwo. Będzie dobre właśnie dlatego, że wiąże się z trudnościami. Bo jeśli dotąd byłem człowiekiem od teorii, procedur, analiz i wniosków, to tutaj mogę stać się człowiekiem od praktyki.
Pomyślałem też o sobie bez fałszywej skromności. Przecież ja na tym zyskam! Rozwinę się. Zmienią się moje reakcje i spojrzenie na ludzi, prawdopodobnie zwiększą się cierpliwość i odwaga w podejmowaniu decyzji. A wraz z tym zyskają też inni. Jeśli mam przekazywać studentom wiedzę z zakresu resocjalizacji, pracy wychowawczej i systemów wsparcia, to chcę, żeby pochodziła ona nie tylko z książek i rozporządzeń. Kiedy to do mnie dotarło, zrozumiałem, że ta zmiana nie będzie degradacją. "Być może - pomyślałem, choć zabrzmiało to odważnie nawet dla mnie samego - moja praca komuś naprawdę pomoże".
Wciąż miałem jednak trochę wątpliwości. Przyjechałem do ośrodka z bagażem stereotypów, że "tam" musi być groźnie, wrogo, że spotkam ludzi, w których aż buzuje od nienawiści, a wyjechałem z zamętem w głowie. W wychowku zobaczyłem bowiem chłopaków śmiejących się do zdjęć, przekomarzających się jak ich rówieśnicy i ciekawych świata bardziej, niż chciałoby się przyznać. I poczułem, jak mój własny obraz rzeczywistości kruszy się w zderzeniu z faktami. Zrozumiałem, że stereotyp nie jest wiedzą, lecz wygodnym skrótem. A one rzadko prowadzą do prawdy.
Ale to było dopiero pierwsze odkrycie. Drugie dotyczyło mnie samego - i było trudniejsze do przyjęcia. Przekonałem się, jak bardzo przywiązany jestem do stabilności, nawet jeśli ją krytykuję. Zdałem sobie sprawę, że łatwo jest mówić o potrzebie zmiany, kiedy ta pozostaje jedynie mglistą ideą. Prawdziwe wyjście ze strefy komfortu zaczyna się dopiero wtedy, gdy trzeba coś realnie stracić: pozycję, przewidywalność i codzienny rytm.
W pewnej chwili, być może dzięki wspomnieniu twarzy widzianych tego dnia, poczułem, że właśnie tam, w wychowku, wśród obdrapanych ścian i szczęku zamków, dokonała się we mnie ważna zmiana. Po raz pierwszy przestałem patrzeć na to miejsce jak na "projekt" albo "kolejny etap kariery". Zobaczyłem ludzi i energię, która - jeśli zostanie dobrze poprowadzona - może stać się siłą, a nie zagrożeniem. I wtedy oznajmiłem, najpierw po cichu, jakbym chciał się oswoić z myślą, że kończę w życiu jakiś etap i otwieram następny, a potem głośniej:
- Tak, chcę być dyrektorem wychowka.