ROZDZIAŁ 3. DRUGI OKRES MŁODOŚCI. NAUKA: SKRETYNIAŁY! PIERWSZE PRZEBŁYSKI BOŻEGO MIŁOSIERDZIA
1. Nauka
Początek nauki: skretyniały!
1. Zanim opowiem o początkach mojej szkolnej kariery, muszę wyjaśnić dokładnie, na czym polegała moja wcześniejsza nauka. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej żałosnego.
Skoro właściwie sam nauczyłem się czytać i pisać (jak już wspominałem), nie uczęszczając do żadnej szkoły, nigdy nie dowiedziałem się, jak wygląda państwowa czy prywatna szkoła podstawowa. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek uczył się gramatyki lub innego przedmiotu, ponieważ nie miałem książek. Moje wypracowania z tamtego okresu zapadały mi w pamięć z powodu bzdur, które tam wypisywałem. Pamiętam, że pewnego razu opisałem człowieka, który wypadł z okna, i podsumowałem triumfalnie: "Na szczęście wylądował na nogach i nic sobie nie zrobił". Podczas tej parodii nauki nie mogłem siedzieć przy stole; tata obawiał się, że wszystko pobrudzę, dlatego... uczyłem się na ziemi, oparty o marmurowy stopień, przy którym zimą zamarzałem.
Moje życie było nieustannym płaczem... Na nieszczęście w okresie poprzedzającym pierwszą Komunię nie miałem pojęcia o Bogu i nie posiadałem życia w duszy. Często tata, poprawiając zadania, bił nas łodygą kopru po rękach. Na wierzchu dłoni czułem jeszcze rany po operacji, lecz on i tak mnie bił, zmuszając do liczenia uderzeń bez płaczu. Och, gdybym wtedy poznał Mękę Jezusa Chrystusa, zostałbym świętym! Naturalnie przez to stawałem się coraz bardziej skretyniały i już zupełnie niczego nie rozumiałem.
Pierwszy egzamin do gimnazjum "Genovesi": oblany!
2. W 1891 tata kupił mieszkanie przy via Nilo 26, gdzie przenieśliśmy się tego samego roku albo następnego, już nie pamiętam. Ponieważ mój brat Elio osiągnął już odpowiedni wiek, tata w miarę starannie przygotował go na egzaminy wstępne do tej klasy, która wtedy nazywała się pierwszą gimnazjalną, i umożliwił mu ich zdanie. Jeśli dobrze pamiętam, podarował mu nawet w prezencie niklowany zegarek. Mnie pominięto, bo byłem kretynem.
Lecz nagle mój ojciec podjął niespodziewaną i absurdalną decyzję. Otóż wpadł na pomysł, że ja też ukończę pierwszą gimnazjalną... nie chodząc do szkoły. Musiałem przepisywać (sic!) książki Elia, a potem wkuwać je na pamięć pod jego nadzorem. Spędzałem całe dnie na podłodze, przepisując te książki na nieszczęsnym stopniu. Oczywiście niczego się nie nauczyłem. Bardzo chciałem poznać łacinę, ponieważ pragnąłem zostać księdzem, lecz jak mogłem się jej nauczyć, skoro niczego nie rozumiałem?
Nie miałem zielonego pojęcia o gramatyce, geografii, arytmetyce. Mimo to w lipcu 1894 roku tata kazał mi stawić się w państwowym gimnazjum "Genovesi" przy Piazza del Ges?, aby zdać egzaminy wstępne do... drugiej gimnazjalnej. Łatwo zgadnąć, z jakim skutkiem: włoski - dwa lub trzy; łacina - dwa; geografia - okrągłe zero. W nagrodę oczywiście jak zwykle okrutne cięgi.
W październiku powtórzyłem egzaminy z tym samym wynikiem. Tata wtedy zaprowadził mnie do Jezuitów, do Collegio Pontano, które mieściło się wówczas przy via Atri. Podszedłem do egzaminów - równie fatalnie. Tata, nie mogąc znieść porażki, tyle razy interweniował u dyrektora "Genovesi", którym był wtedy profesor Simoncelli, że wreszcie przyjęli mnie z łaski do pierwszej gimnazjum. Mój brat Elio zdał do drugiej gimnazjalnej.
3. Miałem dwanaście lat, ale z racji drobniutkiej budowy byłem najmniejszy w klasie; odznaczałem się nienagannym zachowaniem i profesor mianował mnie przewodniczącym [...]. Radziłem sobie z materiałem do nauczenia się na pamięć, powtarzałem go automatycznie, niczego nie rozumiejąc; ale zadania pisemne były katastrofą. Profesor mnie lubił i starał się mi pomóc, lecz mój umysł pozostawał zamknięty.
Tata zabraniał nawiązywania szkolnych przyjaźni. Aby nam to uniemożliwić, kazał nam wychodzić z domu na kilka minut przed rozpoczęciem lekcji, dlatego musieliśmy biec, żeby się nie spóźnić. Po skończonych lekcjach wracaliśmy pędem do domu. Dlatego nigdy się z nikim nie zaprzyjaźniłem; nie wolno mi było nawet zamienić słowa z kolegą z ławki.
Wpadka... dyplomatyczna
Moje ubranie było cudaczne: poplamione i podarte, potłuszczona czapka z daszkiem, zniszczone buty... W niektóre dni tygodnia, po lekcjach w klasie, odbywało się wychowanie fizyczne na sali gimnastycznej. Wtedy byłem zmuszony pokazywać... moje łachmany. Pewnego razu, nie mając niczego, co mógłbym na siebie włożyć, ubrałem stare spodnie taty, którym własnoręcznie skróciłem nogawki nożyczkami. Związałem je w pasie sznurkiem. Byłem gotowy na gimnastykę. Jak łatwo zgadnąć, koledzy pękali ze śmiechu; ale szczytem był moment wywołania do skoku na batucie.
"Do startu? Gotowi?"
"Start!"
Ruszyłem do skoku. Sznurek podtrzymujący spodnie przerwał się i... lepiej przemilczę resztę. Prawie spaliłem się ze wstydu.
Pod koniec roku podszedłem do egzaminów, których nie zdałem; dostałem wielkie lanie i musiałem powtarzać klasę. To właśnie w roku powtórki chodziłem do klasy z przyszłą doktor Ersilią Cavaccini, która później znalazła się w grupie dusz formowanych przeze mnie dla Pana.
4. Z biegiem czasu nasz dom pogrążał się w coraz większym ubóstwie. Mama oszczędzała na jedzeniu, aby wystarczyło na ofiarę w kościele. Oszczędzała również dlatego, że tata nie dawał jej wystarczającej ilości pieniędzy, a równocześnie oczekiwał, że na obiad poda dwa dania [...]. Tylko tata dostawał kieliszek wina, my piliśmy wodę zabarwioną na czerwono [...]. Nie jadaliśmy śniadań, które i tak wcześniej składały się z cienkiej kromki chleba i paru suszonych fig.
Tata stawał się coraz bardziej nerwowy, a dom był istnym piekłem. Niestety tata nie przystępował już do Sakramentów jak wcześniej, lecz tylko raz w roku, na Wielkanoc. Często wykrzykiwał również bluźnierstwa i brzydkie słowa8. Pewnego razu odważyłem się zwrócić mu uwagę, ale potem ze strachu musiałem schować się na półpiętrze [...].
Wieczorem mieliśmy zostawiać zadania na biurku taty. On sam wracał późno, około północy lub pierwszej, a jeśli znalazł jakieś błędy czy koślawe pismo, wyrywał nas ze snu, uderzając z zaskoczenia łodygą kopru, zmuszał do wstania z łóżka i przepisania wszystkiego od nowa. Do dziś wspominam z bólem te noce trudu i cierpienia, dziwiąc się, że nie umarłem z wyczerpania.
2. Dobroczynne skutki mojej pierwszej Komunii
1. W 1893 roku przystąpiłem do pierwszej Komunii w kościele San Paolo Maggiore, nazywanym popularnie San Gaetano9. Przystąpiłem do niej byle jak, bez prawdziwego przygotowania, niewiele z tego rozumiejąc, jak już wspominałem, lecz Jezus Sakramentalny nie przyszedł na próżno, gdyż od razu odczułem dobroczynne skutki w życiu wewnętrznym, które musiały pochodzić od Niego, ponieważ niestety nikt w domu nie prowadził mnie Bożymi drogami.
Poczułem, jak w moim sercu znów rodziły się święte chwile skupienia z dzieciństwa, poczułem wielką miłość do pokuty i znowu zacząłem koncentrować się na Bogu. Nikt nie zauważył uczynków pokutnych, które praktykowałem, ale były one niezwykle surowe i odpychające dla natury [...]. Bardzo lubiłem skupienie i modliłem się na leżąco z twarzą do ziemi, szczypiąc się albo pociągając za włosy, aby podobać się Jezusowi. [...]
Ze starej książki z domowej biblioteczki, zatytułowanej Flos Sanctorum, przeczytałem kilka żywotów męczenników i gorąco zapragnąłem umrzeć śmiercią męczeńską. Wyobrażałem sobie, że zostaję pocięty na kawałki za miłość do Boga i wrzucony z pogardą pod koła wozu. Z większą pilnością pracowałem nad swoimi wadami i założyłem notesik, w którym zapisywałem przykłady niecierpliwości, aby się z nich poprawić.
Bardzo lubiłem krzyż i wpadłem na pomysł, że sam go sobie zbuduję z drewnianych desek podtrzymujących tablicę oraz dam się na nim ukrzyżować albo przynajmniej przywiązać, by przypominać Jezusa. Gdy nocą siedziałem zamknięty w ciemnym schowku, klękałem i ofiarowałem Jezusowi to cierpienie; robiłem to z wielką miłością i pobożnością. Napisałem także książkę z modlitwami i refleksjami o Bogu, ale już nie pamiętam, co w niej było; liczyła około stu stron.
Rankiem wychodziłem bladym świtem, około czwartej lub piątej, i szedłem do kościoła Purgatorio ad Arco10, gdzie służyłem do kilku Mszy i przyjmowałem Komunię. Musiałem ją przyjmować z wielką pobożnością, ponieważ pamiętam, że pewnego ranka jakaś prosta kobieta uścisnęła mnie i ucałowała, mówiąc, że wyglądam jak św. Ludwik. To życie duchowe nie było jednak przez nikogo prowadzone; stanowiło przebłyski oraz, jak teraz rozumiem, spontanicznie pojawiające się kwiaty, które rozkwitały, ponieważ codziennie przyjmowałem Jezusa, odwieczne Słońce. Gdybym został duchowo ukształtowany, moja dusza rozkwitłaby przeogromną miłością. Lecz ja nadal pozostawałem skupiskiem nędzy, z której nie zdawałem sobie sprawy.
Byłem szczęśliwy, kiedy od sprzątającego z Purgatorio ad Arco dostałem w prezencie starą sutannę. Dopasowałem ją sobie i byłem bardzo zadowolony, że mogłem ją nosić w domu i udawać... kapłańską posługę.
W potoku wody... coś białego
2. W tamtym okresie, myślę, że dokładnie w roku 1893, przydarzyła mi się następująca sytuacja. Słyszałem o akcie heroicznym w intencji dusz czyśćcowych11 i chciałem przeczytać jego objaśnienie, aby spełnić go razem z bratem. Była zima, gdy pewnego ranka wyszedłem z domu, a deszcz lał jak z cebra. Szedłem do kościoła Purgatorio i przypomniałem sobie o akcie heroicznym. Pomodliłem się więc z gorącą wiarą tymi słowami: "Panie, jeśli podoba Ci się ten akt, spraw, abym zrozumiał, na czym polega". Nagle ujrzałem w strumieniu wody płynącym uliczką Nilo coś białego, co unosiło się na powierzchni. Podniosłem to i, ku swemu zdumieniu, zobaczyłem dwie drukowane książeczki pod tytułem: Objaśnienie aktu heroicznego w intencji dusz czyśćcowych. Ten fakt wywarł na mnie ogromne wrażenie i spełniłem akt heroiczny, ale - jeśli dobrze pamiętam - nikomu o tym nie powiedziałem.
Poszedłem sprzedawać bawełnę, wstążki i zatrzaski
3. W swym życiu miałem doświadczyć wszystkiego i przejść przez wszystkie stany. Jeden z moich wujków ze strony ojca, Pietro, prowadził sklep przy via Corsea 22. To był mały sklepik, w którym sprzedawał bawełnę, guziki, wstążki, koronki itd. Około 1893 czy 1894 roku - nie pamiętam dokładnie - rozchorował się i nie chcąc zostawiać sklepu bez nadzoru, poprosił tatę, aby posłał tam najpierw mojego brata Elia, a potem mnie. I tak przez wiele dni pracowałem w sklepie, gdzie nauczyłem się sprzedawać bawełnę, wstążki, zatrzaski itd. Całkiem dobrze radziłem sobie jako sklepikarz i mój wujek wypłacał mi parę groszy na posiłek, za które najczęściej kupowałem kawałek zwykłej pizzy. [...]
Piętro wyżej nad naszym mieszkaniem mieściła się szkoła podstawowa prowadzona przez trzy panny o nazwisku Ferrari. Pewnego razu, gdy jedna zachorowała, zostałem do nich wysłany na zastępstwo w klasie. Pamiętam, że nie wiedziałem, co mam robić, więc pilnowałem dzieci i kazałem im liczyć kulki na liczydle. Tak oto dowiedziałem się, jak wyglądała szkoła podstawowa, do której nigdy nie uczęszczałem [...].
4. [...] Kapłanów darzyłem zawsze wielką czcią. Pozdrawiałem ich po drodze, nawet nieznanych, z szacunku dla ich stanu. Uważałem ich wszystkich za świętych i cieszyłem się, mogąc im towarzyszyć.
Pamiętam, że w tamtym czasie więcej się modliłem, a spacerując ulicami w letnim upale, celowo zwalniałem kroku w ramach umartwienia. To umartwienie przynosiło mi wiele pożytku, czułem w duszy głęboki pokój oraz wyciszenie. Wieczorami lubiłem oglądać gwiazdy. Wyobrażałem sobie, że to małe iskierki wiecznej światłości, i pragnąłem znaleźć się w niebie.
Liczne lęki, cierpienia i niedostatki sprawiły, że z charakteru byłem bardzo nieśmiały. Właściwie ta nieśmiałość była rodzinna. Moja mama też była nieśmiała, a jako dziecko tak bardzo bała się karabinierów, że na ich widok dygała... aby jej nie aresztowali. Kiedy w 1860 roku wybuchła rewolucja, mama zakładała nawet czerwone opaski ze strachu przed Garibaldim. W domu wszyscy odznaczali się wyjątkową nieśmiałością; również tata, mimo że nerwowy, był bardzo strachliwy.
Bałem się nawet sam przechodzić wieczorem z jednego pokoju do drugiego. Oto dlaczego zostawanie samemu w tej komórce nocą było dla mnie czymś strasznym.
Bóg okazał mi wielkie miłosierdzie, pozwalając wytrzymać tak okrutne znęcanie się.
5. Ten drugi okres mojego dzieciństwa kolejny raz odsłania moją nicość. Byłem kretynem w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa. Doktor Cavaccini, moja szkolna koleżanka, jeszcze to pamięta, jak sama zaświadczyła. Tata srodze mnie dręczył; nie trzeba było mnie dyscyplinować, ponieważ dostawałem lanie kilka razy dziennie. Nieustannie pościłem, surowszym postem niż w Wielki Piątek. Ale nie miałem nikogo, kto by mnie ukształtował.
Po pierwszej Komunii poczułem w sercu wiele poruszeń łaski. Dziś wiem, że pochodziły od Jezusa Sakramentalnego, lecz wtedy pozostawały bezowocne i ograniczały się jedynie do moich uczynków pokutnych oraz pragnienia męczeństwa. Nie miałem pojęcia o nawiedzaniu Jezusa Sakramentalnego, ledwo co znałem Najświętszą Maryję Pannę, moja pobożność ograniczała się do bywania w kościele, kiedy mnie tam zabierano. Aż żal pomyśleć, że dzieciom nie otwiera się serc na miłość do Boga, do której są bardziej zdolne, niż się sądzi [...].
Bóg okazał mi wielkie miłosierdzie, pozwalając wytrzymać tak okrutne i nieproporcjonalne do wieku znęcanie się [...].
ROZDZIAŁ 4. TRZECI OKRES DZIECIŃSTWA: PRZYJĘTY DO DOMU BOŻEGO. PIERWSZE WEWNĘTRZNE I ZEWNĘTRZNE ZŁOŻENIE OFIARY Z SIEBIE
1. Separacja rodziców
1895: rok przepełniony bólem
1. Rok 1895 był bardzo bolesny dla mojej rodziny: to wtedy pojawił się wirus, który doprowadził do jej ostatecznego rozpadu rok później. Opowiem pokrótce, jak przebiegały te bolesne zdarzenia.
Mój tata w dzieciństwie poznał pewną rodzinę złożoną z dwójki staruszków, brata i siostry. Staruszek nazywał się Mariano Miccione, a siostra nosiła imię Concetta. Tata gościł u nich prawie każdego wieczoru. Mama nie lubiła Concetty Miccione z powodu jej chciwości oraz namawiania taty, by nie pozwalał mamie zarządzać pieniędzmi i bardzo oszczędzał w domu [...]. Ta dwójka przyjęła na służbę pewną kobietę pochodzącą z Bari, Antoniettę Bonafede. Kobieta ta doskonale pasowała do ich charakteru, ponieważ była niesamowicie "oszczędna". Mój tata wręcz ją podziwiał i wpadł na pomysł, że zamieszka z nami po śmierci staruszków. Co rzeczywiście się stało.
Mama nie chciała jej w domu. Z tego powodu wybuchały karczemne awantury, których nie sposób opisać. Tata stał się nieznośny dla biednej mamy [...]. Niewątpliwie tata nie zrobił tego w ukrytym celu, lecz w nadziei, że uda mu się więcej zaoszczędzić. Mama jednak podejrzewała go i sądziła, że wziął ją do domu z innego powodu. Konflikt przybrał na sile, a gdy sytuacja stała się nie do zniesienia, mama ostatecznie podjęła decyzję o odejściu od ojca na drodze prawnej. Niestety nie znalazła się żadna osoba zdolna zaprowadzić pokój. Myślę, że przywrócenie go i tak okazałoby się zbyt trudne, jeśli nie niemożliwe. Mama za radą spowiednika, którym był wtedy kapłan Vincenzo Pio Marzano, postanowiła odejść z domu, zabierając ze sobą wszystkie dzieci.
Ucieczka zorganizowana po kryjomu
2. Przygotowania do tej ucieczki odbywały się w wielkiej tajemnicy. Mama wysłała do domu swojego brata Aristide całą pościel, jaką udało jej się uzbierać. Elio i ja przenosiliśmy ją w małych tobołkach. Wreszcie 17 kwietnia 1896 roku, pod nieobecność taty uczącego w technikum, mama zabrała tyle, ile była w stanie [...], i poszła do domu brata przy via Paradiso a Sette Dolori 55.
Nie potrafię opisać smutku, trudu, nerwów tego dnia. Znaleźliśmy się w obcym miejscu, gdzie zamiast lepszego traktowania czekała na nas jedynie większa ciasnota.
Biedny tata w głębi serca nie był zły - na widok pustego mieszkania o mało nie dostał zawału. Nie ustawał w staraniach powrotu do mamy, odesłał nawet nieszczęsną służącą, lecz niczego nie wskórał. Mama nie chciała do niego wrócić, ponieważ zbyt mocno się go bała. Służąca stanowiła jedynie pretekst do podjęcia decyzji o odejściu.
I tak po dwudziestu trzech latach małżeństwa rozstali się w zgodzie na drodze sądowej. Mamie przyznano prawo do opieki nad wszystkimi dziećmi. Tata został sam i musiał z powrotem zatrudnić tamtą służącą do pomocy. Przyjął nawet do domu swojego brata Pietro. Mamie przyznano dwieście siedemdziesiąt lirów miesięcznie na nasze wspólne utrzymanie. Tym sposobem popadliśmy w jeszcze większe ubóstwo i brakowało nam prawie wszystkiego. Jedyną zmianą była nieobecność bicia i krzyków.
2. Przyjęty w domu Bożym
Rok 1896: razem z Eliem w domu Vergini
1. Najpilniejszą troską mamy było znalezienie miejsca dla nas, najstarszych synów. Tak naprawdę Pan wszystko ułożył i dopuścił dla swych wzniosłych celów: pragnął usunąć mnie z otoczenia, które nie mogło zagwarantować mi żadnej poważnej formacji. Mama poradziła się swojego spowiednika, który zasugerował jej, aby wysłała nas do Szkoły Apostolskiej Księży Misjonarzy, Vergini, numer 51. Mówił, że wstąpimy jak do zwykłego kolegium, a potem zostaniemy księżmi diecezjalnymi. Nie było to zgodne z prawdą - Instytut ten został stworzony specjalnie do przyjmowania i przygotowywania kandydatów mających powołanie do bycia Księdzem Misjonarzem; my nie mieliśmy tego szczególnego powołania. Mój brat Elio wstąpił z ciężkim sercem, ale nie miał odwagi o tym powiedzieć. Ja wstąpiłem jak otępiały - niczego nie rozumiałem...
Pod koniec maja po raz pierwszy wkroczyliśmy do tego ogromnego domu, aby go obejrzeć - wywarł na nas wielkie wrażenie. Korytarz pierwszego piętra miał przymknięte okiennice i panował tam półcień, tak lubiany przeze mnie w dzieciństwie. W głębi korytarza widniała duża figura św. Józefa. Poczułem w duszy radość i pokój, jakich nigdy nie doznawałem. Zostaliśmy przedstawieni dyrektorowi, którym był wówczas ks. Antonio Nota; wspaniały człowiek i znakomity kapłan. Był sparaliżowany i z trudem się poruszał. Wicedyrektorem był student-kleryk Andrea Volpe. Spotkaliśmy się z serdecznym przyjęciem; dano nam program, a mama zaczęła przygotowywać wymaganą w regulaminie wyprawkę. Wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem koszulę, założyłem na siebie bardziej przyzwoite ubranie.
Muszę wyznać z bólem, że umieszczono nas w tym Instytucie, kierując się nie tylko ludzką, lecz wręcz trywialną motywacją. Podkreślano, że nie zabraknie nam jedzenia i picia. Nie usłyszałem od nikogo ani jednego duchowego słowa. W przypadku mojego biednego brata Elia zamknięcie go tam było wielkim błędem, ponieważ, jak się później okazało, nie miał powołania kapłańskiego ani zakonnego.
Pierwszy dzień kolegium: czułem się zagubiony i płakałem
8 czerwca 1896 roku był dniem naszego wstąpienia do domu Vergini. Pamiętam jego okoliczności. Rozstanie z domem było bolesne, lecz nie przesadnie, biorąc pod uwagę pełne udręki życie, jakie tam prowadziłem. Wydawało mi się, że śnię, gdy zostałem sam wśród tylu kolegów - było ich ponad trzydziestu, wszyscy starsi ode mnie. Płakałem, czułem się zagubiony i nie odstępowałem Elia na krok, aby dodać sobie animuszu. Przydzielono nam miejsca do nauki i spania, i po raz pierwszy zeszliśmy do refektarza. Była to dość duża sala, mogąca wygodnie pomieścić ponad sto osób spożywających posiłek.
W domu tym panowały nieskazitelny porządek i czystość. Ta cisza, ten porządek i spokój bardzo mi się podobały. Po południu odmówiliśmy modlitwy, Różaniec Święty; wszyscy śpiewali Ave maris Stella oraz akt strzelisty O Maryjo bez grzechu poczęta... Te pieśni brzmiały przepięknie... Spływały prosto do mojej duszy12. Ja jednak nadal pozostawałem jak otępiały i nie rozumiałem, co się wokół mnie dzieje.
Powrót do nauki: katastrofa! Potem niespodziewana łaska
Następnego ranka zaprowadzono nas do szkoły świeckiego kolegium połączonego z domem. Chodziłem do drugiej gimnazjum i szybko zwróciłem na siebie uwagę głupotą. Jak zwykle uczyłem się materiału na pamięć, lecz tam, gdzie potrzeba było inteligencji i refleksji, nie byłem w stanie osiągnąć niczego. Wtedy gorąco poprosiłem Maryję oraz Jezusa o pomoc i nagle przebudziła się we mnie inteligencja13.
To było wielkie miłosierdzie Boże. Znalazłem się poza zewnętrznymi zagrożeniami zła, a inteligencja miała mi pomóc w poznawaniu i kochaniu Boga. Posiadałem bowiem inteligencję jedynie do poznawania i kochania Boga [...].
Pokuty i włosiennice
2. Rozpoczął się okres wielkiej gorliwości, ożywiany przyciąganiem do Jezusa Sakramentalnego i Madonny. Lecz pierwsze akty religijnej żarliwości były aktami pokuty. Zebrałem w ogrodzie kilka suchych gałązek róż, pełnych cierni, i zrobiłem z nich sobie włosiennicę, którą mocno przewiązałem w pasie. Nie wiedziałem, że potrzeba pozwolenia spowiednika i zrobiłem to z własnej inicjatywy; lecz kiedy mu o tym opowiedziałem, chciał zobaczyć tę włosiennicę, a opasując mi czoło, powiedział: "Miejscem na twoją włosiennicę są wola i umysł".
Przestrzegałem skrupulatnie regulaminu ze ślepym i bezgranicznym posłuszeństwem [...]. Myłem stopy mojemu sparaliżowanemu dyrektorowi, do czego czułem naturalnie wielką odrazę, ale robiłem to bardzo chętnie, rozumiejąc, że myję je Jezusowi. Czułem wielką wewnętrzną żarliwość i przyciąganie do Jezusa Sakramentalnego, które nieustannie wzrastało.
3. Poprosiłem Jezusa o dar cierpienia
1. Poprosiłem Jezusa o dar cierpienia; każdego ranka prosiłem Go o: miłość, cierpienie, pokorę, wiarę, cichość, nieskwapliwość, cierpliwość itd. A cierpienie wkrótce nadeszło, aby już nigdy mnie nie opuścić, w nieustannym crescendo, co stanowi największe miłosierdzie, jakie Pan mógł mi wyświadczyć.
2. Cierpienia były wewnętrzne i zewnętrzne.
Wewnętrznie atakowały mnie silne pokusy przeciwko wierze, skrupuły, lęki, niepokój ducha. Sądziłem, że przyjmuję Komunię świętokradczą, widziałem wszystko w ciemnych barwach i osiągnąłem tak mroczny stan, że aż osłabłem i prosiłem św. Michała Archanioła o pomoc, a on mnie wysłuchał. Często chodziłem po kilka razy dziennie do mojego spowiednika z powodu skrupułów oraz dotkliwych pokus. Przeczytałem, że należy wszystko wyznać spowiednikowi, dlatego gdy tylko w mojej duszy rodziła się jakaś myśl, zaraz szedłem mu o niej powiedzieć. Spowiednik często mnie wyrzucał i nie chciał słuchać.
Zewnętrzne doświadczenia w skrócie wyglądały następująco:
1) Ponieważ bardzo naprzykrzałem się w sprawach dotyczących posłuszeństwa, koledzy nie mogli mnie znieść i wszyscy byli przeciwko mnie. Nie miałem ani jednego przyjaciela - wszyscy byli dla mnie niemili i źle mnie traktowali.
2) Przebudzenie mojej inteligencji nastąpiło w zadziwiający sposób. Potrafiłem rymować i stworzyłem krótki poemat na temat powołania religijnego, niewielki dramat o Bożym Narodzeniu [...]. Napisałem również wiele przemówień o obowiązkach i godności kapłana [...]. Poza tym w szkole byłem prymusem. Odpowiadałem na każde pytanie; posługując się naukowymi terminami, dyskutowałem o filozofii, choć jej nie studiowałem; pisałem wypracowania, które wprawiały w zdumienie. Nazywano mnie z podziwem "chodzącą encyklopedią" [...]. Cały ten nadmiar inteligencji - który tak naprawdę stanowił dar Boży, służący mi jedynie do wychwalania Go, ponieważ co do reszty nadal pozostawałem kretynem - wzbudził zazdrość kolegów. Niektórzy nawet mnie znienawidzili i starali się na wszystkie sposoby zdyskredytować mnie przed Przełożonymi.
W Szkole Apostolskiej dyrektor wybierał dyżurnych spośród uczniów. Byli tam prefekt, wiceprefekt, trzeci prefekt [...], cenzor języka [...], cenzor milczenia [...]. Ten pouczający system doskonale funkcjonował, stanowiąc... republikę w miniaturze; każdy starał się dobrze sprawować, aby otrzymać jeden z tych urzędów [...]. Koledzy, którzy mnie nie znosili, wykorzystywali pełnione funkcje, żeby mnie dręczyć. Z największą skrupulatnością, a nawet surowością, zachowywałem milczenie, lecz pod koniec tygodnia i tak na tablicy pojawiał się karny punkt. Podobnie w kwestii języka i całej reszty. Ja właściwie nigdy się nie broniłem. Żywiłem wielkie pragnienie cierpienia i dziękowałem Panu za te przeciwności, ufając tylko Jemu.
Złożyłem podanie o przyjęcie do Dzieci Maryi, ale Rada złożona z moich kolegów dwukrotnie je odrzuciła, zawstydzając mnie i sprawiając mi ból. W rzeczywistości czułem się bardzo udręczony tymi przeciwnościami, lecz dziękowałem za nie Bogu, i aby uchronić się przed pokusą pielęgnowania niechęci, miałem zwyczaj ofiarowywania wszystkich modlitw, Komunii i dobrych uczynków za kolegów, którzy mnie prześladowali. Modliłem się za nich z wielką żarliwością, choć czułem, że natura mocno się buntowała. Toczyłem więc nieprzerwaną i ciężką walkę z samym sobą.
Dnia 20 sierpnia 1896 roku złożyłem Panu akt pełnego zawierzenia Jego Woli. Przepisałem ten akt z jednego z dzieł św. Alfonsa i nadal go przechowuję: to jedyny dokument pochodzący z mojego dzieciństwa14. Ten akt zawierzenia stał się wtedy i pozostał do dziś programem całego mojego życia.
3) Kolejna przyczyna mojego cierpienia była następująca. W 1897 roku zlikwidowano kolegium należące do domu Vergini, z powodu zamieszek rewolucyjnych, które wybuchły wśród mieszkańców. Wtedy poproszono jednego z profesorów kolegium, Giuseppego Bonocore, obecnie posła do Parlamentu, aby nas uczył. Był on wówczas studentem uniwersytetu, wiódł ubogie życie, a to stanowisko częściowo zapewniało mu utrzymanie.
Moi koledzy nie byli zachwyceni, gdyż nie wydawał im się wystarczająco kompetentny. Usilnie starali się doprowadzić do jego zwolnienia. Ja natomiast go wspierałem, kierowany poczuciem sprawiedliwości, i często chwaliłem przed dyrektorem. Brak lojalności kolegów wobec tego biednego profesora, który wykonywał swą pracę najlepiej, jak umiał, napawał mnie odrazą. Profesor Giuseppe Bonocore wyczuł niechęć kolegów do mnie i choć mnie cenił, co sam przyznał spotkany po wielu latach, udawał, że był przeciwko mnie, aby jeszcze bardziej nie podpaść klasie. Podczas odpowiedzi ustnej, poprawy zadania czy wystawiania ocen z zachowania moi koledzy przekrzykiwali się: "Profesorze, zero dla Ruotolo!" Profesor, być może nieświadomie pragnąc się im przypodobać i zachować stanowisko, stawiał mi te zera, których domagano się gromkim chórem. Zera wiązały się oczywiście ze specjalnymi karami w refektarzu, tak więc byłem karany każdego dnia. Te niesprawiedliwości sprawiały mi wielki ból, lecz znajdowałem siłę do ofiarowywania wszystkiego Panu i modlitwy za moich kolegów, bez podejmowania obrony.
Pewnego razu zagrożono mi, że zostanę wydalony z Instytutu, co autentycznie mną wstrząsnęło; poszedłem jednak do Jezusa i powiedziałem: "Jeśli Ty tego nie chcesz, nikt mnie nie wyrzuci... Lecz niech się stanie Wola Twoja!". I zamilkłem.
4) Przełożeni, widząc wtedy, że bez przerwy milczałem, uznali mnie za hipokrytę i postanowili zdemaskować moją hipokryzję najwymyślniejszymi upokorzeniami. Zostałem mianowany prefektem, a po kilku dniach usunięty ze stanowiska w niesławie z publicznym upomnieniem. Lecz ja milczałem i ofiarowywałem wszystko Jezusowi. Potem znowu wyznaczono mnie na prefekta, a ja się zgodziłem. Wkrótce znowu mnie usunęli, upokarzając publicznie, a ja się nie buntowałem, myśląc o Jezusie [...].
5) Oprócz wrogości, dręczenia spotkało mnie również inne, dziwne cierpienie. Odebrano mi moje ubranie, choć zostało zakupione za pieniądze z domu. Dostałem starą, prawie... zzieleniałą z brudu sutannę, obskurny kapelusz, płaszcz pasujący do całości. Cieszyłem się z powrotu do tego ubóstwa, stanowiącego moje dziedzictwo już od najmłodszych lat; jednak natura się przeciw temu buntowała. Pewnego razu przełożeni zabronili mi wyjść na spacer, twierdząc, że mam zbyt brudne ubranie. Zupełnie zapomnieli, że to oni mnie tak ubrali15.
Prawdę mówiąc, wieczorami, gdy modliłem się twarzą do ziemi, czasem płakałem z przeszywającego mnie bólu, ale się nie broniłem, lecz powierzałem mojemu Panu Jezusowi troskę o układanie spraw po Jego myśli.
Wyczerpujące dla mojej natury doświadczenia trwały trzy lata; potem dyrektor zmienił zdanie i przedstawiając mnie w nowicjacie, mówił wszystkim: "Zapewniam was, że Ruotolo odznacza się prawdziwą świętością, nie udawaną czy powierzchowną, lecz prawdziwą". Próżne słowa, ponieważ pozostawałem tym, czym byłem przed Bogiem: biednym niczym.
4. Łaski duchowego wzrostu
"Dolindo, lampka..."
1. Moja miłość do Jezusa Sakramentalnego znacznie wzrosła. Przechodząc blisko pomieszczenia obok chóru, gdzie był wystawiony Najświętszy Sakrament, czułem, że rozpływam się z miłości i chciałbym tam zostać na zawsze.
Podczas rekolekcji w 1898 roku, który uznawałem zawsze za moment mojego nawrócenia, bardzo się ucieszyłem, że zostałem wyznaczony do opieki nad lampką Najświętszego Sakramentu, a oto, co mi się przydarzyło. Lampka często gasła, ponieważ olej był złej jakości. Pomodliłem się więc do Anioła Stróża, aby budził mnie w nocy, minutę przed zgaśnięciem lampki (gasła bowiem nie wskutek braku oliwy, lecz jej złej jakości...). Co noc czułem, jak rzeczywiście ktoś budził mnie o różnych porach - wstawałem szybko i zastawałem powoli dopalającą się lampkę.
Pewnej nocy poczułem, jak ktoś klepie mnie w prawe ramię i usłyszałem wyraźnie ten głos, który do dzisiaj brzmi w moich uszach: "Dolindo, lampka...". Dwa razy nie chciało mi się wstać, ociągałem się minutę i znajdowałem zgaszoną lampkę, która już kopciła. To był naprawdę mój dobry Anioł, budzący mnie minutę wcześniej.
Czułem jeszcze większy pociąg do umartwienia i często je praktykowałem przy okazji posiłków, zaś podczas silnych upałów w lecie, gdy przynoszono lodowatą wodę ze studni, nie piłem jej z miłości do Jezusa. Kochałem wszystkich, ale najbardziej kolegów, którzy mi dokuczali, i służyłem im na wszystkie możliwe sposoby. Nienawidziłem obmawiania jak zarazy, i nie pamiętam, żebym kogokolwiek obmawiał [...].
Bardzo kochałem prawdę. Ta miłość została mi zaszczepiona jeszcze w dzieciństwie. Tata zawsze mówił nam o prawdzie, a kiedy w domu ktoś skłamał, za karę kazał mu przepisywać codziennie, aż do odwołania, długą rozprawkę swojego autorstwa na temat kłamstwa. Ta miłość do prawdy nieustannie we mnie wzrastała.
Nienawidziłem grzechu jak śmierci; nie pamiętam, żebym popełnił jakieś świadome uchybienie; co więcej, kiedy wiedziałem, że dana rzecz jest doskonalsza, czułem obowiązek spełnienia jej i uchybieniem wydawało mi się wybranie mniej doskonałej. Dlatego w trakcie spowiedzi czułem się zażenowany, ponieważ naprawdę nie miałem o czym mówić spowiednikowi. Kiedy poznałem Pana i niegodziwość grzechu, nie wpadłem w jego sidła dzięki wielkiemu miłosierdziu Jezusa.
Rekolekcje wielkanocne 1898
2. Wspomniałem, że rok 1898 był rokiem mojego nawrócenia i zaraz wyjaśnię, w jakim sensie to rozumiem. W pierwszym okresie dzieciństwa popełniłem wiele grzechów, lecz nie byłem świadomym ich niegodziwości. Były jak dzikie chwasty wyrastające na gruncie mojej nędzy. Nigdy nie spowiadałem się z tych grzechów, ponieważ nie zdawałem sobie sprawy z ich niegodziwości. Po zdarzeniu z tamtym spowiednikiem, o którym już pisałem, zaczęły się moje wątpliwości i udręki. Można powiedzieć, że doświadczyłem wszystkich katuszy świętokradców. Wyznaję, że czułem się świętokradcą w przyjmowaniu Komunii... Lecz zawsze po tym, jak ją przyjąłem. W momencie przyjmowania Sakramentu byłem pewien, że trwam w łasce Bożej i nie obrażam Pana.
Dlatego ogromnie cierpiałem - trudno zrozumieć naturę tego bólu. Mojemu spowiednikowi w całości odsłaniałem sumienie, opowiadając o wszystkim w najmniejszych szczegółach, z największą dokładnością i bardzo skrupulatnie. Spowiednik zabronił mi, pod rygorem posłuszeństwa, wspominania o przeszłym życiu. Tymczasem trawił mnie potężny wewnętrzny ból.
Wreszcie nadeszły rekolekcje wielkanocne z 1898 roku, głoszone przez starszego Misjonarza, obecnie dziewięćdziesięcioletniego ks. Fasanariego16. Te kazania okazały się dla mnie wielce owocne: zobaczyłem cały koszmar przeszłego życia i postanowiłem za wszelką cenę się z tego wyspowiadać. Miałem taką okazję, ponieważ w czasie rekolekcji był zwyczaj odbywania spowiedzi generalnej. To wtedy odczułem niewypowiedzianą radość nawrócenia... która później zmieniła się w nowe utrapienie. Znów ogarnęły mnie skrupuły - chciałem jeszcze raz wyspowiadać się z grzechów przeszłego życia, lecz zabroniono mi tego. Znów poczułem się świętokradcą.
To bolesne doświadczenie pozwoliło mi zrozumieć i ocalić wiele dusz w mojej późniejszej posłudze. Bez przeżycia tego samego cierpienia nigdy nie potrafiłbym i nie mógłbym ich uspokoić. Tamtego roku poznałem niewysłowioną słodycz wyznania własnych grzechów i zmazania ich miłosierdziem Bożym, dlatego też, jak już mówiłem, uznaję go za rok mojego nawrócenia.
3. Ten okres dzieciństwa stanowił najważniejszy czas w moim życiu. Musiałem dokonać wyboru najistotniejszych wątków, aby zbytnio się nie rozwodzić, lecz w skrócie powiedziałem o wszystkim. Łaska Boża wyraźnie pracowała we mnie dla swoich celów, a także otaczała się chwałą poprzez moją nicość. Trzy lata spędzone w Szkole Apostolskiej stanowiły okres pełnego ofiarowania siebie. Najbardziej bolesnym zadośćuczynieniem nie były dla mnie cierpienia i upokorzenia zewnętrzne, lecz udręki duszy; dotkliwe pokusy i ten nieustanny lęk, że jestem świętokradcą. Pan znał jednak dobrze moją naturę i potrafił wspaniale skruszyć każdy najmniejszy przejaw mojej pychy, gdy zaczynał mnie formować i przyciągać do siebie.
Jeśli chodzi o umiejętności praktyczne, w Szkole Apostolskiej nauczyłem się oprawiać książki, czym często się zajmowałem, jak również obcinać włosy.
ROZDZIAŁ 5. ROK NOWICJATU
1. Długie oczekiwanie
1. Pod koniec roku 1898 ukończyłem gimnazjum; czekało mnie zatem przejście do nowicjatu, czego gorąco pragnąłem, ponieważ życie w nowicjacie było przepełnione modlitwą i wyciszeniem.
Złożyłem podanie razem z innym kolegą, niejakim Giuseppem Bottiglierim, obecnie kapłanem. Miał słaby żołądek i problemy trawienne, dlatego dyrektor w obawie, że nie wytrzyma rygoru nowicjatu, skierował go na wizytę lekarską. Martwił się jednak, że Bottiglieriemu będzie przykro, dlatego zapisał na nią również mnie. Zostaliśmy zbadani przez doktora Gabriele Tedeschiego, obecnie znaną w Neapolu osobistość. Odbywałem tę wizytę grzecznościowo dla kolegi, a tymczasem... to ja zostałem odrzucony przez lekarza, który uznał, że nie wytrzymam życia w nowicjacie, i kazał odczekać przynajmniej pół roku.
Była to dla mnie dotkliwa kara; na próżno błagałem, aby mnie przyjęto, lecz wszyscy byli nieugięci, a szczególnie dyrektor nowicjatu, którym był wówczas kapłan Bernardo Ruggiero, człowiek prowadzący świątobliwe życie17. Musiałem pozostać w Szkole Apostolskiej i... wróciłem do czwartej gimnazjum, która była najwyższą klasą w tamtych czasach. Odczekałem więc sześć długich miesięcy i w końcu zostałem przyjęty.
2. Wreszcie w nowicjacie!
1. [...] Mojemu wstąpieniu towarzyszyło bardzo serdeczne przyjęcie. Jak później się dowiedziałem, w zgromadzeniu mówiono, że dołącza do nich... święty. To było święto. Jaką marnością jest ludzkie poważanie! Po kilku latach wołali crucifige i wyrzucili mnie ze Wspólnoty.
2. Oto jak w skrócie wyglądało życie w nowicjacie. Trwał on dwa lata, podczas których troszczono się jedynie o formację duchową. Uczono trochę łaciny, aby jej nie zapomnieć. Rankiem mieliśmy godzinę wspólnej modlitwy ze wszystkimi; po południu kolejne pół godziny tylko dla nas, nowicjuszy. Około dziesiątej w kaplicy miała miejsce konferencja, dalej lektura poranna i popołudniowa. Wychodziliśmy tylko dwa razy w tygodniu na spacer, przemierzając w milczeniu najbardziej uczęszczane ulice jako pierwszy odcinek trasy. Gdy nie wychodziliśmy po południu, czekały nas tak zwane ćwiczenia cielesne, czyli zamiatanie korytarzy, toalet, schodów.
Praktyki pokutne były nieliczne: dyscyplina w piątek, na czas Miserere, i włosiennice. Cały styl życia stanowił nieustanną pokutę; na przykład nie mogliśmy opierać się plecami podczas klęczenia czy siedzenia, na każdym kroku napotykaliśmy drobne niewygody, które zmuszały do ciągłej pracy nad sobą. Ponadto sam dyrektor nie tracił okazji do poniżania nas prywatnie i publicznie, nieustannie wystawiając nas na próbę [...].
Już w Szkole Apostolskiej niezmiernie ceniłem sobie świętą czystość. Byłem bardzo powściągliwy [...]. W nowicjacie ta miłość do czystości znacznie wzrosła [...]. Sądzę, że to właśnie miłość do czystości oraz najsurowsza powściągliwość sprzyjały tym uniesieniom kontemplacji, które były najsłodsze. Nie sposób wyobrazić sobie, czym jest jakikolwiek kontakt z Bogiem. To niewysłowione!
Drugim nowicjuszem był kolega, który zawsze mnie nienawidził
3. Również w nowicjacie Pan przygotował dla mnie ukochane krzyże, a oto w jaki sposób.
Grono nowicjuszy liczyło jedynie dwie osoby: drugim nowicjuszem był jeden z tych kolegów, którzy nienawidzili mnie w Szkole Apostolskiej. Przyjął mnie więc niechętnie, a nawet z odrazą. Z powodu dawnych uprzedzeń myślał, że poskarżę na niego dyrektorowi, co oczywiście nie było prawdą, i bardzo źle mnie traktował. Podczas rekreacji zamykał się zawsze we wrogim milczeniu. Gdy próbowałem z nim rozmawiać, zachowywał się bardzo nieuprzejmie i zmuszał mnie do milczenia. Było to poważne dręczenie, lecz uznałem, że nie muszę się przed nim bronić, i przez półtora roku znosiłem wszystko w milczeniu, a nawet starałem się wyświadczać mu wszelkie możliwe przysługi i służyć najlepiej, jak umiałem. Lecz on to wszystko źle interpretował - odbierając moje zachowanie jako szydercze, tym bardziej mi wymyślał. Cierpiałem ogromnie, ale ofiarowywałem wszystko Bogu. Pewnego razu, gdy sprzątał w kaplicy, chciałem mu pomóc przesunąć na miejsce jedną z ławek, ale był tym tak oburzony, że z całej siły zmiażdżył mi ławką dłoń o ścianę.
Dopiero pod koniec jego nowicjatu uznałem, że trzeba z nim porozmawiać, ponieważ zdałem sobie sprawę, że uwolnienie go od tego cierpienia będzie aktem miłości. Był bardzo wzruszony, żałował za wszystko, co zrobił i pomyślał przeciwko mnie, a później pozostał na zawsze moim przyjacielem.
Umocnił się we mnie duch modlitwy
4. W nowicjacie znacznie umocniły się we mnie duch modlitwy oraz pragnienie bliskości z Jezusem Sakramentalnym. Nieustanne cierpienia stanowiły paliwo tego pragnienia. Kiedy Jezus znajdował się w kaplicy nowicjatu, czułem, że sercem przebywam tam z Nim cały czas. To zdarzało się jedynie podczas nowenny do św. Józefa, patrona nowicjatu, ponieważ wtedy przechowywano Najświętszy Sakrament w kaplicy.
Kiedy Jezusa nie było w kaplicy, idąc do Niego, nie posiadałem się z radości. Starałem się dostać jakąś posługę w kościele albo w pobliżu kościoła, aby móc Go odwiedzić, i pamiętam, jak przechodząc w pobliżu, doświadczałem tak silnego przyciągania, że czułem, jakbym rozpływał się z miłości. Tajemnica Jego dzieciństwa wzruszała mnie i wprowadzała w głębokie wewnętrzne skupienie. Zacząłem poznawać piękno Jego Męki i postanowiłam zawsze odmawiać Różaniec, używając tajemnic bolesnych, co od tamtego czasu praktykuję do dziś. To nabożeństwo do Męki Jezusa zrodziło się we mnie po lekturze książki [Carla] Casalicchio o ranach Jezusa18.
Żyłem zupełnie odseparowany od świata, rodzinę widywałem raz w miesiącu, przez dziesięć minut, zgodnie z regułą, aż ogarnęła mnie wielka tęsknota za Rajem i zapragnąłem śmierci. Gdy pewnego razu poczułem ból w klatce piersiowej, pomyślałem, że zapadłem na chorobę, która otworzy mi bramy nieba, co bardzo mnie ucieszyło. Niestety na próżno; znajdowałem się dopiero u początku mej bolesnej historii i ziemskiej pielgrzymki.
Kiedyś przez sen odbyłem spowiedź z całego życia
5. W całej tej radości ducha nie brakowało wewnętrznych udręk, gdyż znowu ogarnęły mnie skrupuły [...]. Czułem strach, że źle się modlę i powtarzałem w nieskończoność sakramentalną pokutę, przeżywając wielkie męki. Przede wszystkim żywiłem obawy w kwestii czystości, a znalezienie się blisko kobiety było dla mnie udręką. Od zawsze cechował mnie ten dystans; a Pan, który chciał, żebym został apostołem kobiet, obdarzył mnie tą największą powściągliwością [...]. Znów ogarnęło mnie przerażenie, że jestem świętokradcą; pragnąłem powtórzyć spowiedź generalną albo przynajmniej wrócić do przeszłości, ale mój kierownik mi tego zabronił.
Z powodu tego stanu wewnętrznego miałem wrażenie, że nie zdołam wyspowiadać się u kogokolwiek innego, ale Pan uwolnił mnie z tej obawy w uroczy sposób. Pewnej nocy w trakcie snu usiadłem na łóżku i wyrecytowałem na głos spowiedź z całego życia. Mój kolega, który ją usłyszał, opowiedział mi o tym, a wstyd i upokorzenie z powodu wyjawienia mojej nędzy z przeszłości ostatecznie wyzwoliły mnie z tamtej obawy.
Często przez jedno uchybienie może runąć cały duchowy dom
6. Z bólem wspominam pewne uchybienie popełnione pod koniec mojego nowicjatu, które wyrządziło znaczną szkodę mojej duszy. Często jedno uchybienie potrafi zniszczyć cały duchowy dom.
Każdy nowicjusz musiał przepisać regułę nowicjatu, aby zabrać ją potem ze sobą na studia. Ja napisałem swoją w bardzo małym formacie i byłem do niej przywiązany. Cóż za głupota! Wicedyrektor zauważył to i mi ją zabrał, zmuszając do przepisania jej w inny sposób. Nie posłuchałem go, próbując znaleźć powody, dla których nie mogłem wykonać nowej kopii; łudziłem się, że były słuszne, lecz tak naprawdę podpowiadało mi je przywiązanie do mojego tomiku. Powtórzył więc polecenie, a wtedy musiałem ulec. Dyrektor surowo mnie zganił i miał rację. Ja nagle straciłem całą gorliwość i potrzeba było sporo czasu, abym się podniósł. Nie ma nic bardziej szkodliwego dla życia duszy od przywiązania, choćby do drobnych rzeczy, obstawania z uporem przy własnym zdaniu oraz nieposłuszeństwa.
Wciąż opłakuję ten grzech, gdy sobie o nim przypomnę, gdyż widzę jego rozmiar przed Bogiem. Ostatnie sześć miesięcy mojego nowicjatu okazało się bezowocne z powodu tego grzechu. Pan za karę odebrał mi także skarb krzyża i spędziłem je prawie bez udręk wewnętrznych czy zewnętrznych, ponieważ kolega będący ich przyczyną zupełnie się zmienił, okazując mi wręcz szacunek.
Czyż nie jest prawdą fakt, że krzyże to znak umiłowania przez Boga i nieoceniony skarb? Zawsze rozmyślam z żalem o tych sześciu miesiącach nowicjatu bez szczególnych utrapień. Pan pozwolił mi doświadczyć szkody, jaką w duszy dążącej do Boga i żyjącej tylko Nim potrafi wyrządzić jedna mała niedoskonałość.
Ojciec Bernardo Ruggiero
7. W ramach podsumowania tego rozdziału opowiem kilka słów o moim kierowniku, ojcu Bernardo Ruggiero. Urodził się w Sorrento i był uczniem czcigodnego Giustiniana De Jacobis19, o którym czasem opowiadał zdumiewające historie. Wskutek przebytej choroby zdarzały mu się pewne nerwowe dziwactwa, przez które stawał się nie do wytrzymania, lecz był człowiekiem wielkiego ducha. Gdy tylko zauważył, że wybuchnął nerwowo, nie wstydził się na kolanach prosić o przebaczenie nas nowicjuszy, dając nam tym samym budujący i piękny przykład pokory.
Niezwykle skrupulatnie przestrzegał Reguły, prowadząc życie pełne pokuty i umartwienia, aż po biczowanie się do krwi. Był również człowiekiem wykształconym, utalentowanym poetą, świetnym łacinnikiem. Do dzisiaj zachowałem jego ostatni wiersz napisany w wieku ponad osiemdziesięciu lat. Jego życiorys został spisany i opublikowany w rocznikach Kongregacji Misji. Bardzo mnie kochał i cenił, czego nie okazywał, a wręcz przeciwnie, traktował mnie surowo. W prowadzeniu mojej duszy, odznaczał się wielką słodyczą, przemawiał pod zdumiewającym natchnieniem. Był niezwykle oddany Jezusowi Sakramentalnemu i odprawiał Mszę Świętą z taką żarliwością, że czasem było to widoczne nawet na zewnątrz.
Kiedy wiele lat później ruszyło Dzieło Boga, powiedział ojcu Volpe, który udał się do niego po radę: "To jest dzieło Boga, ale trzeba będzie o nie walczyć, i zostanie osądzone w Rzymie". Co rzeczywiście nastąpiło.
Umarł w wieku prawie dziewięćdziesięciu lat, cierpiący i upokorzony. Zawsze dziękowałem Panu, że dał mi go za kierownika, ponieważ był Bożym człowiekiem.
W nowicjacie niewiele troszczono się o to, aby nowicjusz otrzymał nowego ducha
8. [...] Muszę wyznać z żalem, że otrzymana formacja nie była głęboka, lecz powierzchowna: kładziono wyraźny nacisk na aspekty zewnętrzne, reguły, przede wszystkim zwyczaje. W zgromadzeniach często skupia się na zwyczajach. Niewiele mówiono o Wierze, Kościele, Bogu, przede wszystkim Maryi. Dusza nie syciła się tym, co najdoskonalej mogło ją uformować.
Na tym według mnie polega podstawowy błąd wszystkich zgromadzeń religijnych. Kładzie się nacisk na ukształtowanie nowicjusza według zwyczajów panujących w danym domu, a niezbyt troszczy o to, aby dać mu nowe serce. Kościół posiada fontanny wypełnione po brzegi żywą wodą tryskającą ku życiu wiecznemu, a czas nowicjatu byłby właściwym momentem, aby obficie z nich zaczerpnąć. Tymczasem nowicjusze są często - a mówię to z własnego doświadczenia - jak grzyby: rosną gwałtownie, ale gdy spotkasz ich po jakimś czasie, zmieniają się w zgniłą papkę. Są niczym głodujący, którzy napili się wody: wydają się syci, ale to tylko woda.
Prawdziwą podstawę solidnej formacji stanowi znajomość Boga, Jego miłość, karmienie się Sakramentami, rezygnacja z siebie dla miłości Boga, nabożeństwo do Maryi, Męki Jezusa Chrystusa. Uczono nas rezygnacji z siebie, lecz tylko po to, aby otrzymać kolejne narzędzie posłuszne Zgromadzeniu albo przyzwyczaić nas do zwyczajów panujących we Wspólnocie. Poza tym istniały dziwne reguły. Na przykład: nie wolno było przystępować do Komunii trzy dni z rzędu; rzecz nie do pomyślenia [...]. Dusza jest bardziej spragniona Boga, niż się sądzi, i powtarzam, że tylko poznanie Boga, miłość do Niego, Sakramenty święte tworzą prawdziwie głębokie życie wewnętrzne.
Tak czy siak, dziękuję Bogu, że w nowicjacie formowała mnie Jego miłość, ponieważ przez posłuszeństwo wszystkie drobne rzeczy stawały się miłością czerpaną od Jezusa Sakramentalnego w nieustającej duchowej Komunii.
ROZDZIAŁ 6. ŻYCIE STUDENCKIE. ŚLUBY. ŚMIERĆ OJCA
1. Okres studiów
Niebezpieczne przejście
1. Nowicjat trwał pełne dwa lata. Mógł zostać wydłużony, lecz nie skrócony. Po dwóch latach, jeśli przełożeni uznali za stosowne, składało się śluby zakonne i przechodziło na studia. Jeśli nowicjusz miał znaczne zaległości w nauce, a był w zaawansowanym wieku, pozwalano mu studiować na drugim roku nowicjatu, choć pozostawał nowicjuszem [...].
2. Skończyłem swój nowicjat 9 maja 1901 roku, ale przeszedłem na studia około 15 maja; nie pamiętam dokładnej daty. Każdy student mieszkał w osobnym pokoiku, inaczej niż w nowicjacie, gdzie spaliśmy we wspólnym dormitorium, na łóżkach przedzielonych jedynie zasłonami.
Studenci dysponowali znacznie większą swobodą; nie chodzili w szeregu po korytarzu jak nowicjusze; nie musieli prosić Przełożonego o pozwolenie, aby się napić, zejść do rozmównicy, kupować itd., ponieważ Przełożony, podobnie jak w przypadku kapłanów, podpisywał każdemu pozwolenie na cały rok. Praktycznie oznaczało to unieważnienie posłuszeństwa. Podczas przejścia na studia z łatwością można było ulec duchowemu rozluźnieniu, co zresztą często się zdarzało. Zniknęły tam drobne umartwienia ćwiczące rezygnację z własnej woli; zachęcano raczej do zachowania umiarkowania w spojrzeniu, co w nowicjacie traktowano bardzo rygorystycznie. Nie byliśmy nadzorowani, więc student mógł nawet zaniedbać lektury duchowe, odwiedziny Najświętszego Sakramentu, co rzeczywiście miało miejsce, szczególnie przed nadchodzącymi egzaminami. Krótko mówiąc, przejście ze spokoju nowicjatu do życia studenckiego było najeżone niebezpieczeństwami.
"Strażnik ubóstwa"
Studenci mieli własnego kapłana nazywanego prefektem studiów. W tamtym okresie był nim uczony i święty Misjonarz, kapłan Giovanni Conte, zmarły w opinii świętości, którego życie zostało opisane w rocznikach Kongregacji Misji. Pełen ciepła i łagodności stanowił przeciwieństwo księdza Ruggiero; kochaliśmy go jak ojca. Najstarszy powołaniem wśród studentów pełnił funkcję prefekta pozostałych.
Jeden ze studentów pełnił funkcję "strażnika ubóstwa". Jego zadaniem było czuwanie nad tym, czego mogli potrzebować towarzysze. Z powodu ślubu ubóstwa nikt nie mógł prosić o nowe ubranie lub cokolwiek innego. Jeśli dobrze pamiętam, "strażnik ubóstwa" co poniedziałek z zeszytem w ręce zbierał od kolegów zamówienia na to, czego potrzebowali [...]. Za pozwoleniem prefekta "strażnik ubóstwa" sam zajmował się zanoszeniem rzeczy wymagających naprawy do różnych warsztatów. W domu działali krawiec, szewc, apteka, pralnia. Mieliśmy również studenta przydzielającego towarzyszy na spacer itd. Wszystko było uporządkowane; ten porządek był wspaniały.
3. [...] Przejście na studia nie wyrządziło mi żadnej szkody, wprost przeciwnie: czułem się bardziej wyciszony, przebywając samotnie w ubogim pokoiku, zalanym słońcem i pełnym powietrza. Rok szkolny już się rozpoczął, a ja miałem dołączyć w połowie kursu filozofii. Lecz tu zaczęły się bolesne akcenty. Nic z niej nie rozumiałem i z trudem nadążałem za wykładami. Ponadto prawie przez cały czas dokuczał mi ciężki ból głowy, znacznie utrudniający naukę [...].
Dużo się uczyłem. Otrzymałem nawet specjalne pozwolenie na wstawanie o trzeciej nad ranem, lecz niczego nie byłem w stanie osiągnąć. Nauczyciele dziwili się, ponieważ zawsze uchodziłem za geniusza, po tym jak Pan obdarzył mnie inteligencją w Szkole Apostolskiej. Jak później zrozumiałem, obserwując rozwój wydarzeń w moim życiu, Pan pragnął, abym doświadczył własnej nicości i nieudolności mojego umysłu. Nigdy nie nauczyłem się niczego za pomocą własnego intelektu, który był nieporadny i wciąż pozostaje ograniczony.
Oprócz filozofii studiowałem fizykę, matematykę oraz historię Kościoła. Dla mnie matematyka była jak... chiński. To było upokorzenie. Przypominało przelewanie z pustego w próżne: uczyłem się i niczego nie zapamiętywałem.
Powierzałem się mojemu Jezusowi
Tymczasem nadeszły egzaminy, które musiałem zdać. Powierzyłem się więc mojemu Jezusowi, przez dwa dni spisywałem filozofię własnymi słowami, przedstawiłem ją w takiej formie na egzaminach i dostałem wysoką ocenę, dziewięć albo dziesięć. W ten sposób szczęśliwie zdałem pierwsze egzaminy dzięki wyraźnej pomocy ukochanego Jezusa. Przy kolejnych egzaminach postępowałem tak samo i do dziś przechowuję napisany przeze mnie tom teologicznych streszczeń.
Pamiętam przy tym ciekawą rzecz, która mi się zdarzała. Kiedy zacząłem studiowanie teologii, byliśmy wywoływani losowo do odpowiedzi. Nasze nazwiska znajdowały się w pudełku, z którego nauczyciel losował karteczki. Ja nadal odczuwałem ociężałość mojego umysłu i powierzałem się Jezusowi. On zaś, jak dobry ojciec, wysłuchiwał mnie. Z całego wykładu rozumiałem jasno jedynie ten fragment, z którego miałem odpowiadać. Jezus nie czynił niczego, co było zbędne, a ponieważ pewnego dnia On sam miał nauczyć mnie teologii, nie widział powodu, abym studiował materiał, z którego nie miałem odpowiadać. Dzięki temu poznawałem, że moje nazwisko zostanie wyciągnięte z pudełka. Kiedy dochodziliśmy do fragmentu, który dobrze znałem, gdyż nauczyłem się go z łatwością, mówiłem żartobliwie do nauczyciela: "Nie warto losować, to będę ja!". I rzeczywiście w pudełku pojawiało się moje nazwisko. Widząc, jak regularnie powtarza się ten fakt, nauczyciel żartował, że chyba mam... diabła w ciele. Tak więc studiowanie wyraźnie ukazało moje braki oraz pomoc, jaką Pan miłosiernie mi wyświadczał. Dlatego też przed nadchodzącymi egzaminami, zamiast skracać czas spędzony przed Najświętszym Sakramentem, miałem zwyczaj go wydłużać, ponieważ mogłem jedynie liczyć na pomoc dobrego Jezusa [...].
Żyję tylko dla krzyża
4. Dzięki Bożemu miłosierdziu studia nie osłabiły mojej pobożności; lecz nie otrzymywałem już błogosławionych krzyży, a to szkodziło mojej duszy. Jestem przekonany, że ten brak posłuszeństwa, okazany na początku nowicjatu, oraz przywiązanie do Reguły, którą przepisałem, wywołały te konsekwencje. Ja żyję tylko dla krzyża. Bez krzyża moje życie jest bezproduktywne, ponieważ potrafię jedynie mnożyć grzechy i nędzę.
Na studiach, oprócz paru wyjątków, byłem bardzo lubiany przez kolegów; choć w większości powtarzały się tam osoby ze Szkoły Apostolskiej. Byłem najmłodszy ze wszystkich, lecz traktowali mnie jak szefa; nazywali "tatą" i wyznaczali do rozstrzygania ich sporów. Mówili zwykle: "Zobaczymy, co powie "tata"", i postępowali tak, jak im sugerowałem.
Pod koniec studiów sporo wycierpiałem, zarówno z powodu mojego brata Elia, który przechodził dziwne kryzysy nerwowe, jak i rewolucji, która wybuchła wśród studentów [...]. Podzielili się na dwie frakcje, doszło do poważnej konfrontacji. Stosując delikatną taktykę, udało mi się zaprowadzić pokój, lecz walka trwała ponad rok. Dużo wycierpiałem przez brata Elia. Zwracał się przeciwko mnie, ponieważ starałem się zachęcać go do pobożności, i często wpadał w szał.
W 1903 roku złożyłem podanie o wyjazd do Chin na misję. Liczyłem, że uda mi się tam zdobyć męczeństwo. Gdy Elio się o tym dowiedział, ze wszystkich sił próbował mi przeszkodzić. Wizytator, którego zapytałem o wyjazd do Chin, odpowiedział mi tymi słowami: "Bóg tym pragnieniem przygotowuje cię na cierpienie i apostolat. Nie będziesz męczennikiem krwi, lecz serca. Pozostań na miejscu i już o tym nie wspominaj". Wtedy się uspokoiłem.
Przy okazji powstałego wśród studentów konfliktu ściągnąłem na siebie wiele niechęci, próbując zaprowadzić pokój. Pamiętam, że nie miałem oporów przed wygłaszaniem duchowych pouczeń tym, którzy na nie zasługiwali. Lecz takie cierpienia to była pestka: jestem twardy, potrzebuję do życia najcięższych udręk; zwykłe trudności tylko mnie łaskoczą, jak kule karabinu skórę nosorożca. Pamiętam jedyną rzecz, przez którą wiele wycierpiałem. Studiowaliśmy prawo kanoniczne, akurat fragment dotyczący procesów. Podczas rekreacji dla żartu uciszono mnie pod pretekstem... herezji i zebrano trybunał Świętego Oficjum, aby mnie osądzić. Broniłem się, lecz bezskutecznie; zostałem skazany, ekskomunikowany i wyrzucono mnie z rekreacji. Choć to był żart, wyrok ten sprawił mi taką przykrość, że aż nabawiłem się trwającej osiem dni wysokiej gorączki. Kto by pomyślał, że ten żart okaże się proroctwem i kilka lat później naprawdę stanę przed Świętym Oficjum20!
Nieobecność krzyży nadrabiałem pokutą. Biczowałem się, a gdy któregoś razu zraniłem się do krwi, odczułem pociechę. Przez mniej więcej pół roku spałem na twardych deskach. Raz w środku zimy spałem bez kołdry, przykryty jedynie prześcieradłem i przy uchylonym oknie. Starałem się również umartwiać przy posiłkach [...].
Moje śluby zakonne
5. Złożyłem śluby zakonne 1 czerwca 1901 roku; była to sobota, w wigilię święta Trójcy Przenajświętszej. Wizytator, udzielając mi pozwolenia na złożenie ślubów, powiedział: "Sam wybierz sobie datę: 1 czerwca albo dzień później, w święto Trójcy Przenajświętszej". Wprawdzie wolałem złożyć je w święto Trójcy Przenajświętszej, ale pomyślałem, że moje duchowe upodobania nie powinny opóźniać całkowitego poświęcenia się Bogu, dlatego wybrałem 1 czerwca.
We Wspólnocie Misjonarzy składa się cztery śluby zakonne: ubóstwa, czystości, posłuszeństwa oraz wytrwania w Zgromadzeniu, aby poświęcić się pracy dla zbawienia ubogich. Składaniu ślubów nie towarzyszyła żadna uroczystość. Poprzedzały je rekolekcje; następnie na Mszy przed Komunią odmówiliśmy najprostszą formułę. Po złożeniu ślubów uściskaliśmy współbraci na znak miłości [...].
Pamiętam, że w dzień moich ślubów wszyscy świętowali, twierdząc, że wreszcie Zgromadzenie wzbogaciło się o... cenny nabytek. Jeden z moich kolegów aż skakał z radości; to był jeden z najlepszych [...]. Po złożeniu ślubów nie odczułem żadnej wyraźnej gorliwości - składałem je w wielkiej oschłości ducha; jedynie intelektualnie rozumiałem złożony Panu akt ofiarowania.
Przez miłosierdzie Boże dotrzymałem wierności złożonym przyrzeczeniom, a Pan nie dopuścił, abym je złamał, nawet po usunięciu mnie ze Zgromadzenia, gdyż wtedy odmówiłem podpisania prośby o zwolnienie ze ślubów. Żyjąc w świecie, z jeszcze większą starannością przestrzegałem ubóstwa, czystości oraz ślubu ewangelizowania ubogich21.
Upomnienie jest wielkim dobrem
Po ślubach zakonnych moje życie wewnętrzne nieco się rozluźniło; nie przywiązywałem większej uwagi do drobnych, zewnętrznych gestów życia zakonnego, na przykład całowania ziemi na znak uniżenia, i zdarzało mi się je zaniedbywać. To rozluźnienie zostało zauważone i natychmiast byłem za to upomniany przez ks. Conte. Upomnienie jest wielkim dobrem, początkiem wewnętrznej odnowy, koniecznością, jak również łaską. To rozluźnienie nastąpiło po śmierci mojego taty i stało się okazją do praktycznego zgłębienia tajników ludzkiego serca, o czym zaraz opowiem.
2. Śmierć ojca
Cenne rady cierpiącego taty
1. Po odejściu od taty mama zamieszkała w Secondigliano z rodziną, zaś tata pozostał w domu przy via Nilo 26. Mama wiodła skrajnie ubogie życie; nie było jej na nic stać, a ponadto cierpiała na chroniczne zapalenie oskrzeli, które często zatykało jej dech w piersi i doprowadzało do skraju wytrzymałości. Mój tata nie ustawał w staraniach powrotu do mamy, lecz na próżno. Biedna mama czuła przed nim strach. Życie w sytuacji nieustannego napięcia wywołało u taty chorobę, która ostatecznie wpędziła go do grobu. Podczas choroby otrzymał od Boga wielką łaskę; jego ostatnie dwa lata życia, które zniósł z chrześcijańską cierpliwością, stanowiły zadośćuczynienie, dzięki czemu na nowo zbliżył się do Pana.
Pamiętam, że tata w ostatnim okresie życia, gdy przychodził odwiedzać mnie u Vergini, udzielał mi przydatnych lekcji życia duchowego. Któregoś razu uczestniczył w śpiewanej Mszy, do której służyłem jako ministrant. Po Mszy zobaczyłem, że wstrząsa nim łkanie. Rzekł: "Widziałem, jaki jesteś skromny, ułożony, skupiony, i myślisz pewnie, że płaczę z radości; a ja wylewam łzy ze strachu, że ta zewnętrzna otoczka ogołoci twoją duszę z prawdziwej cnoty". A następnie zwrócił się do mnie z nauką o wewnętrznym usposobieniu, która wywarła na mnie wrażenie i przyniosła wiele pożytku. Szczególnie podkreślał konieczność powstrzymywania się przed osądzaniem innych, obgadywaniem, i to jemu zawdzięczam umiłowanie prawdy w relacjach oraz przerażenie, jakie ogarniało mnie za każdym razem, gdy słyszałem obmowę lub osądzanie. Za jego radą starałem się dostrzegać dobro również w cudzych wadach, które zauważałem, co czasem kosztowało mnie wiele wewnętrznej walki.
Z wielkim żalem wspominam sytuację z tamtego okresu, kiedy to odmówiłem tacie pewnej przysługi. Przepisałem świetną francuską książeczkę, był to traktat ascetyczny rozmieszczony pomysłowo na wielu mapach geograficznych [...]. Tacie tak bardzo przypadła do gustu, że mnie o nią poprosił. Ja sam byłem do niej przywiązany, więc obiecałem, że mu ją przepiszę, ale nie chciałem pozbywać się własnej kopii. Zawsze przeszywa mnie ból na wspomnienie tamtego grzechu, który pragnąłem naprawić i wciąż naprawiam pocieszaniem mojej mamy na wszelkie możliwe sposoby oraz sprawianiem jej drobnych niespodzianek, które ją cieszą.
Moja miłość do rodziców znacznie wzrosła, gdy zacząłem bardziej kochać Boga. Wcześniej żywiłem dla nich czysto ludzkie uczucie; kiedy Jezus nauczył mnie, że szanując rodziców, oddajemy Mu cześć, pokochałem ich głębszą miłością, pozbawioną ludzkiej uczuciowości. Nawet teraz, kiedy całuję moją mamę, czynię to z większym uczuciem, ponieważ czuję się tak, jakbym całował samego Boga. Wiele wycierpiałem przez tę miłość z powodu dawnych uchybień wobec rodziców. Znów potwierdza się, że tylko miłość Boża stanowi sekret każdej działalności i wszelkiego porządku.
Umiera mój tata
2. Mój tata zachorował już w 1900 roku, a może nawet wcześniej. Z wielkim bólem przyglądał się rozpadowi swojej rodziny. Pewnego razu dostał ataku apoplektycznego, podczas którego upadł na ziemię i został częściowo sparaliżowany z prawej strony. Wtedy jeszcze usilniej próbowano nakłonić mamę do pogodzenia się z tatą, na co ostatecznie się zgodziła, również z obawy przed roztrwonieniem naszego majątku. Ojciec Volpe wspaniale przyczynił się do tego pojednania. Jest on człowiekiem wielkiego serca, który przy tamtej okazji zbudował wszystkich przykładem wyrzeczenia i ofiary. Mój tata był mu za to bardzo wdzięczny.
Tatę przewieziono do Secondigliano w opłakanym stanie zdrowia, prawie całkowicie otępiałego z powodu szybko postępującego paraliżu i bardzo cierpiącego. Jego stan nieprzerwanie się pogarszał, aż wreszcie osiągnął punkt krytyczny, gdy zapadł na czerwonkę. To był ranek 17 lipca 1902 roku. Elio i ja byliśmy w trakcie pisania egzaminów, gdy otrzymaliśmy pilny telefon z domu - tata znajdował się w ciężkim stanie. Pospiesznie udaliśmy się do Secondigliano.
Tata na nasz widok odczuł wyraźną ulgę i bardzo się wzruszył; rozumiał doskonale swój stan, a poprzedniego wieczoru pobłogosławił znakiem krzyża dzieci i nawet mamę. Przyjął Sakramenty, ale nie pamiętam, czy był w stanie przyjąć Komunię, i wszedł w stan agonalny około południa 17 lipca albo nieco później. Jego agonia była bolesna i trwała osiemnaście godzin. Towarzyszyłem mu wraz z Eliem oraz kapłanem z parafii. Podpowiadałem mu akty strzeliste, a przede wszystkim akty zawierzenia Bogu.
Zapadła noc... Z ulicy dobiegała wzbudzająca smutek w duszy płaczliwa melodia pianina, którą pamiętam do dziś; niebo było pogodne, a od wsi dolatywał przyjemny wietrzyk, którego muśnięcie wciąż czuję na sobie we wspomnieniach. Widziałem całą ulotność ludzkich spraw. Następnego dnia około piątej po południu tata w spokoju wyzionął ducha. Nie płakałem, lecz tylko się modliłem i starałem pocieszać w domu tych, którzy płakali. Lecz później sam uroniłem wiele łez i płaczę także teraz, gdy to piszę [...]22.
Ludzkie serce jest tajemnicą
Śmierć taty pozostawiła we mnie nerwowość, przez którą stałem się niecierpliwy, oraz spowodowała wewnętrzne rozluźnienie, które stałoby się niebezpieczne, gdyby nie zostało w porę powstrzymane surowymi upomnieniami.
Ludzkie serce jest tajemnicą. Czasem przechodzi poważne kryzysy, w których koniecznie należy znaleźć energicznego i silnego kierownika, umiejącego z nich wyprowadzić. Jeśli w naszym sercu zakiełkuje choć jedna świadoma niedoskonałość i nie zostanie w porę stłumiona, stanie się ono ofiarą zła. Zło jest niczym... postępujący paraliż, który stopniowo odbiera moc duszy i przynosi jej śmierć.
Po śmierci taty moja rodzina popadła w jeszcze większe ubóstwo. Tych paru naszych najemców nie płaciło, a mama nie miała innych dochodów poza marną emeryturą w wysokości nieco ponad czterdziestu lirów miesięcznie. Tak więc moja rodzina, uciekając przed krzyżem wybuchów taty, ściągnęła na siebie jeszcze większą udrękę. Zawsze się tak dzieje.
ROZDZIAŁ 7. MÓJ CHARAKTER, USPOSOBIENIE, NATURA, SKŁONNOŚCI
1. Cechy fizyczne oraz intelektualne
1. Własna dusza stanowi dla mnie tajemnicę, podobnie jak dla każdego człowieka jego serce. A skoro dla artysty większą zasługą jest wykonanie dzieła słabszym narzędziem, postaram się pokrótce przedstawić moje usposobienie, cechy naturalne, wady, a jeśli znalazłoby się we mnie coś dobrego, choćby jeden atom dobra, to dlatego, że Pan, który nie czyni tego, co zbyteczne, może posługiwać się również naturalnymi uzdolnieniami swych stworzeń.
Wydaje mi się, że to właściwy moment na takie podsumowanie, skoro pod koniec studiów skończyłem dwadzieścia dwa lata, a zatem osiągnąłem wiek, w którym charakter człowieka jest już ukształtowany.
Posiadałem i nadal posiadam zdrowe ciało
Przede wszystkim posiadałem i nadal posiadam zdrowe ciało - szczupłe, ale bardzo wytrzymałe, któremu jest obce to wszystko, co mogłoby prowadzić do jakichkolwiek halucynacji. Nigdy nie zapadałem na poważne choroby, nie licząc tych, które przeszedłem w wieku jedenastu miesięcy, czyli choroby zlokalizowanej na dłoniach i policzku. Mój organizm zawsze działał i działa bez zarzutu; szczególnie układ trawienny i żołądek są w doskonałym stanie. Wiadomo, że choroby układu trawiennego potrafią zniweczyć pokój umysłu. Posiadam wytrzymały, lecz równocześnie bardzo wrażliwy organizm, o czym przekonywał mnie doktor Gaetani, gdy zaprowadzono mnie do niego na wizytę w okresie przebywania w Zgromadzeniu. Wybrałem się do niego z chorobą oczu, którą zaraziłem się, wkładając okulary pewnego chorego. Doktor Gaetani zalecił częste kąpiele dla wzmocnienia mojego wrażliwego organizmu. Ta wrażliwość sprawia, że z większą intensywnością odczuwam ból, zarówno fizyczny, jak i moralny. Jestem średniego wzrostu, około metra sześćdziesiąt trzy, według pomiaru wykonanego podczas komisji wojskowej, na którą musiałem się stawić.
Inteligencja i spostrzegawczość
Jeśli wezmę pod uwagę jedynie własne siły, nie jestem zbyt inteligentny, o czym przekonują mnie fakty. Uważano mnie za geniusza, ponieważ niewiele osób wiedziało, że to, czego dokonałem, stanowiło efekt modlitw i ufności pokładanej w Bogu. Posiadam jednak wrodzony zmysł krytyczny i szybko dostrzegam słabą stronę rozumowania, faktu, osoby. Kiedy w Rzymie z polecenia Świętego Oficjum poddałem się badaniu psychiatrycznemu u doktora Sante De Sanctisa, wydana przez niego opinia brzmiała następująco: "Przenikliwy i krytyczny umysł, osoba rozumująca głęboko i logicznie" itd. Ten wrodzony krytycyzm uniemożliwiał zmyślanie, marzenia o sprawach górnolotnych, patologiczny mistycyzm, wizje czy tym podobne.
Gdy zauważałem coś nienaturalnego wokół mnie, zawsze chciałem to zbadać, gdyż trudno mi uwierzyć w rzeczy nadzwyczajne, a nawet jestem raczej sceptyczny niż łatwowierny. Mój profesor filozofii, choć nisko oceniał moje postępy, twierdził, że mam krytyczny umysł oraz bezbłędne wyczucie prawdy. Zaś nauczyciel arytmetyki, profesor Sperindeo, dostrzegał we mnie tę samą zaletę; do dziś ciężko wzdycha wspominając... niekończące się wątpliwości zgłaszane przeze mnie co do arytmetyki i geometrii, gdy prezentowane rozumowanie zupełnie nie wydawało mi się jasne czy ilustrujące.
Ten wrodzony krytycyzm stosuję przede wszystkim do siebie - jestem surowym autokrytykiem. Nigdy nie uważam swojej pracy za doskonale wykonaną, zawsze obawiam się pomyłek i przyjmuję wszystkie otrzymane uwagi, nawet od dziecka, co często miało miejsce. Nade wszystko kocham prawdę, a jeśli się pomyliłem, zbłądziłem i rozpoznałem błąd, chętnie do niego się przyznaję i uniżam.
Daleki od uważania się za lepszego od innych, albo co gorsza za nadczłowieka, żywię głębokie przekonanie o własnej nicości, dlatego zawsze wolę uczyć się od innych; nie ufam własnej ocenie, zazwyczaj traktuję siebie jak kretyna i dziecko. Ten, kto mnie dobrze zna, wie, że mówię prawdę. Nawet teraz, w wieku czterdziestu jeden lat23, jestem autentycznie zdziwiony, gdy ktoś się ze mną liczy. Głęboko odczuwam własną nicość. W świetle moich nieskończonych pragnień każde wykonane dzieło jawi się jako nicość. To nie zmieniło się od czasów dzieciństwa.
Kocham prawdę
2. Moją największą miłością jest miłość do prawdy. Czuję odrazę do udawania, hipokryzji, obłudy, nielojalności. Mogę wyznać przed Bogiem, że tym, co powoduje ogromny ból mojej duszy, jest odkrycie nieprawdy czy braku lojalności. Oczywiście popełniam błędy, mogę się mylić, pomieszać jedną rzecz z drugą, ale nie jestem zdolny do celowego mówienia nieprawdy - nie mam odwagi. Zawsze otaczałem gorącą miłością to wszystko, co ma związek z heroizmem w imię prawdy. Kochałem i bardzo kocham męczenników Kościoła, ponieważ umarli za Boga i prawdę. Dlatego zawsze miałem do nich wielkie nabożeństwo. Podobał mi się heroizm cnoty wszędzie tam, gdzie go napotykałem. Na przykład zachwycałem się Cyceronem, który miał odwagę zdemaskować Katylinę; każdy akt heroicznej odwagi ducha budził mój entuzjazm.
Z natury jestem nieśmiały, wszystkiego się boję - to u nas rodzinne, lecz prawda i lojalność dodawały mi odwagi w różnych okolicznościach. Nie potrafię udawać posłuszeństwa, jeśli nie jestem do niego przekonany i nie okazuję go z miłości do Boga. Przez całe lata toczonej walki wykazywałem się godnością. Nie była ona uporem; szczerze kocham uniżenie i wolę słuchać poleceń, zamiast je wydawać.
Prawda jest Bogiem, a Bóg jest prawdą; sądzę, że miłość do prawdy wynika z miłości, jaką nade wszystko darzę Boga. Samo Imię Boże wzrusza mnie i raduje. Zależy mi tylko na Jego chwale, a sam nie dążę do wielkości, raczej zawsze pragnąłem się usunąć, ukryć własne imię i zostać służącym w jakimś kościele czy klasztorze. Dlatego uwielbiam ostatnie miejsce, cieszę się z niego w mym wnętrzu i dziękuję Bogu, gdy spotykają mnie upokorzenia. Moja dumna natura sprawia, że czuję ból upokorzenia, a mimo to cenię je sobie, ponieważ moja nicość jest prawdą. Głębokie przekonanie o mojej nicości zawsze kazało mi przypisywać Bogu tę odrobinę dobra, którą uczyniłem, i wyznam, że nigdy nie czułem z jej powodu satysfakcji.
2. Cechy moralne i duchowe
Serce, wola, duch inicjatywy
1. Jestem człowiekiem o twardym sercu i bardzo się z tego powodu uniżam. Nie posiadam żadnej naturalnej wrażliwości albo, jak to się mówi, dobrego serca. Nie potrafię więc spełniać uczynków miłości inaczej jak z miłości do Boga. Oto jedyna motywacja mojej miłości. Bardzo kocham tego, kto kocha Boga, kto pracuje dla Jego chwały, kto czyni dobro. Posłużę się przykładem. Gdy podczas ostatniej walki zostałem zniszczony i unicestwiony, zdradziło mnie stworzenie, któremu wyświadczyłem dobro. Ponieważ jednak osoba ta pracuje dla chwały Bożej i dopuściła się zdrady, wierząc, że eliminuje oszustwo, czuję, że nadal ją kocham, i wzruszam się, gdy przechodzę koło niej na ulicy.
Z natury jestem leniwy i nic nie przeraża mnie bardziej od aktywności. Intensywna działalność w minionych latach kapłańskiej posługi stanowiła dla mnie wielkie poświęcenie - osobiście wolałbym pozostać w cieniu. Dlatego za głoszenie kazań, chodzenie do szpitali, prowadzenie kierownictwa duchowego itd. płaciłem zawsze wewnętrzną agonią. Gdybym miał wybierać według własnego upodobania, pozostałbym bierny, być może zanurzony w ciągłej medytacji. Będąc przyzwyczajonym do przebywania w ciasnych i zamkniętych pomieszczeniach, nie potrafię wykazać inicjatywy, ani tym bardziej czegoś zorganizować lub o to zawalczyć. W najprostszych rzeczach czuję się jak słoń w składzie porcelany i gdybym bez przerwy nie pokładał nieograniczonej ufności w Bogu, niczego bym nie dokonał. Mniej więcej do dwudziestego szóstego roku życia byłem tak nieporadny, że nie potrafiłem nawet wysłać listu. Ożywiają mnie za to bezkresne i gorące pragnienia; zawsze je posiadałem i odczuwałem potrzebę pełniejszego życia, bardziej napełnionego Bogiem.
Moja ufność w Bogu
2. Uznano mnie za zuchwałego i zarozumiałego, ponieważ zawsze pragnąłem zdziałać więcej, niż byłem w stanie; tymczasem ja ufałem Bogu z całej mocy i wydawało mi się, że obraziłbym Go, gdybym niewiele od Niego oczekiwał. W Nim pokładam nadzieję, a przez wiarę w Niego pragnąłem i pragnę, aby cała ludzkość została w Nim odnowiona. Kto widzi mnie takim, jakim jestem, uznaje mnie za tępego, co często się zdarzało. Lecz przez ufność pokładaną w Bogu ośmielam się prosić o wszystko i nawet mój wyraz twarzy przybiera odmienny wygląd, gdy wznoszę się do Niego i żyję zawierzeniem. Dla Jego chwały pragnąłem zdziałać wiele rzeczy, i chociaż jestem ograniczony, wierzyłem, że mi się uda. Dlatego żyję nadzieją, że zobaczę nadejście Królestwa Bożego i triumf Kościoła. Jeśli to dzieło, czyli to, co się wydarzyło, było tylko złudzeniem, ufam Bogu i jestem pewien, że On dokona wszystkiego innym sposobem. Jestem tego pewien, ale nie oczekuję, że zaprowadzi swoje Królestwo, posługując się moim osobistym działaniem. Jestem natomiast przekonany, że będzie działał przez Kościół. Ta nadzieja bywała wystawiana na bardzo ciężkie próby. Wiele razy oglądałem rozpad tego, co uważałem za Boże dzieło, wiele razy próbowano mnie zniechęcać; lecz ja, widząc tylko zgliszcza, nadal ufałem Bogu, a moja nadzieja nigdy nie zgasła.
Pewnego razu wszyscy mnie opuścili, jak okaże się później. Długo czułem przerażenie, gdyż przekonywano mnie, że wszystkie wydarzenia były tylko moim wymysłem i diabelskim dziełem. Wszyscy mnie zostawili, sam ojciec Volpe zwrócił się przeciwko mnie. Ja umierałem, bo oczywiście nie chciałem być ofiarą iluzji czy diabła, lecz wciąż ufałem Bogu.
Sądzę, że tym wielkim darem ufności i nadziei Pan obdarzył mnie - z natury nieśmiałego, skłonnego do przygnębienia i zniechęcenia - aby przez moją nicość otoczyć się chwałą w czasach, w których ufa się jedynie ludzkim siłom, ludzkiemu prestiżowi, ludzkiej działalności. On sam wystawił moją nadzieję na ciężką próbę poprzez walki, burze i tajemnicze działanie Jego łaski, wewnętrzne ciemności... Ja momentami się chwiałem, bałem, płakałem, lecz potem zawsze ufałem. Jestem pewien, że Pan nie zawiedzie mojej nadziei; czego już teraz mogę doświadczyć, gdy widzę, jak w Kościele i dla Kościoła moje aspiracje stały się faktem dokonanym. Nie uważam za istotne czy konieczne, żeby Pan działał przeze mnie. Właściwie nawet bardziej mnie cieszy, gdy posługuje się kimś innym. Obecnie, będąc unicestwionym i biernym, uznaję ten stan za logiczny, ponieważ jestem absolutnie przekonany, że nie potrafię niczego dokonać.
Dzięki Bogu nie wykazuję najmniejszych objawów egocentryzmu czy paranoi; pokładam nadzieję jedynie w Bogu, powierzyłem się i ufam tylko Jemu.
Mówiono, że ja, który ledwo umiem śpiewać, ośmieliłem się stworzyć nową szkołę i skarcono mnie za pychę. To nieprawda. Czułem, że reforma muzyki sakralnej miała słaby punkt, czułem to intuicyjnie. Zbadałem to... Powierzyłem się Bogu. Zabrałem głos nie po to, aby stworzyć nową szkołę, lecz dla chwały Bożej. Nie znając się na niczym, zawierzyłem Mu, pisałem, drukowałem, a dziś widzę, że Bóg nie zawiódł nawet tej spośród moich nadziei. Tak było i jest z każdą podejmowaną przeze mnie działalnością. Ja jestem niczym we wszystkim!
Mówiono, że uważałem się prawie za Jezusa i kazałem otaczać czcią. To bzdura. Jestem tak wielką nicością, że Jezus musiał wypełnić mnie sobą; On sam musiał działać, aby nie zawieść złożonej w Nim nadziei. Działał więc ze słodyczą i siłą w najmniejszych sprawach, które Mu powierzałem. To dzięki Niemu byłem wymowny, aktywny, silny, nieugięty, niezważający na ludzkie poważanie, unicestwiony w sobie samym, tryskający energią. Tylko dzięki Niemu. Nikt nie jest większą pustką ode mnie; nikt nie jest większą pełnią, gdy Jezus przepełnia mnie swym miłosierdziem. A ja ufam Jemu; nawet dzisiaj, gdy jestem zniszczony, ufam. Nie umrę, zanim nie stanę się podnóżkiem Jego stóp, zanim nie ujrzę chwały Jego triumfującego Imienia.
Ufność w Bogu z umiarem i rozsądkiem
3. Moja ufność w Bogu stale rosła, w miarę jak cierpienia ukazywały mi ludzką małość, w miarę jak wydarzenia stawały się coraz trudniejsze i bardziej tajemnicze. Ufności towarzyszyły jednak umiarkowanie i rozsądek leżące w mojej naturze. Nie prosiłem Boga o pomoc, jeśli mogłem użyć ludzkich sił; modliłem się o nią jedynie w najbardziej niebezpiecznych próbach, gdy byłem otoczony ciemnością, kiedy wszystko wokół mnie rozpadało się w pył. Tysiące razy czułem się jak w ciemnym tunelu, nie wiedząc, dokąd idę, czy są tam przepaście lub pułapki. Czasem otrzymywałem promień światła, który umacniał moją ufność i wytrwałość w drodze; lecz potem znów ogarniały mnie gęste mroki, walki, niepokoje, udręki, a ja szedłem dalej w ciemności, powtarzając Bogu na każdym kroku: ufam Tobie. Odnawiałem wtedy postanowienie pełnienia jedynie Jego Woli i czystość intencji. Moja wiara była zawsze silna, ale oparta na prawdzie. Nie przyjmowałem niczego z tego, co pochodziło od Pana, jeśli wcześniej tego nie przemyślałem. Albo innymi słowy: Pan nigdy nie czynił niczego, co nie byłoby logiczne oraz umotywowane. Dlatego moja wiara jest niezachwiana i mam nadzieję, że taką pozostanie.
Zawsze wyraźnie dostrzegałem absurdy współczesnych teorii filozoficznych, które budziły we mnie przerażenie. Czułem i nadal czuję głębokie obrzydzenie i pogardę dla tej ludzkiej nauki, zbudowanej na piasku i hipotezach. Wiara stanowiła dla mnie najwyższe objawienie nauki, najwyższą mądrość. Cały mój apostolat to świadectwo tego głębokiego przekonania.
Jestem zafascynowany Bogiem
W świetle Wiary czuję pociąg do wszystkiego, co piękne, do sztuki, dzieła stworzenia, tego, co stanowi odblask Bożej chwały. Osoby widzące mój zachwyt dziełem sztuki, drżenie przy wykonaniu utworu muzycznego, sądziły, że jestem zafascynowany sztuką. Ja natomiast jestem zafascynowany Bogiem i raduję się sztuką, przyrodą, pięknem, myśląc o Bogu, tak wspaniałym w swoich dziełach.
Pamiętam, że kiedyś na pogrzebie, w trakcie słuchania żałobnego marsza Wagnera pod batutą mistrza Caravagliosa, ogarnęło mnie tak głębokie wzruszenie na myśl o wielkości Boga w harmonii dźwięków, że aż zwróciłem na siebie uwagę. Uznano, że fascynuję się Wagnerem, a przecież fascynował mnie sam Bóg.
Chwała Boża przyciąga mnie, ożywia, wynosi, unicestwia, każe pragnąć rozwoju literatury, sztuki, nauki. A równocześnie ten wielki ogień płonący w mej duszy sprawia, że zawsze jestem pogodny i normalny. Nie mam w sobie niczego egzaltowanego. Osoby znające mnie bliżej mogą to potwierdzić.
Nieczystość i miłość do Boga
4. W mojej naturze istnieją głębokie pokłady nieczystości, ale dzięki miłosierdziu Bożemu nieczystość nie mogła mnie dotknąć z racji tego wielkiego ognia, który płonie we mnie dla chwały Bożej. Nieczystość mnie brzydzi, przyćmiewa blask wspaniałości, którą Bóg obdarzył swe stworzenia. Zawsze byłem bardzo powściągliwy, a nawet skrupulatny. Pamiętam, że nawet podczas przebierania nie miałem odwagi ściągać koszuli, ale wkładałem czystą na brudną, którą potem zdejmowałem pod spodem, tak aby nigdy całkiem się nie obnażyć.
Kobietę postrzegałem zawsze w Bogu jako kwiat stworzenia. Jeśli przypadkiem w jakimś stworzeniu dostrzegałem jakiekolwiek piękno, błogosławiłem za nie Boga. Jeśli zauważałem w nim wadę, budziła mój niesmak i wydawała mi się gorsza od zarazy.
Dziękuję Panu, że nigdy żadne stworzenie nie czuło do mnie uczuciowego przywiązania, i że ja nigdy nie czułem się przywiązany do stworzenia. Temu, kto żywił ludzkie uczucia, wydawałem się zawsze odpychający. Nawet wypowiadając słowa ludzkiej miłości dla pocieszenia cierpiącej duszy, udawało mi się jedynie ją zniechęcić i sprawić, że czuła do mnie silną awersję. Zawsze dziękowałem Bogu za ten fenomen, którego wielokrotnie doświadczyłem. Sama obawa, że jakieś stworzenie mogłoby darzyć mnie ludzką miłością, sympatią, sprawiała mi wiele cierpienia. Zawsze dziękowałem Panu, że nie posiadam żadnej naturalnej cechy, która byłaby atrakcyjna dla stworzeń.
Nawet kiedy przypadkiem natrafiałem na nieczyste obrazy, odwracałem wzrok, ponieważ nie mogę sobie ufać. Lecz nawet wtedy błogosławiłem Boga za kształty stworzone przez Niego z godnym podziwu artyzmem i wyczuciem proporcji. Nieczystość mojej natury została zduszona przez miłość do Boga i Jego chwały, a z największej ludzkiej nędzy wzniósł się do Boga kantyk miłości, zachwyt chwały. Pan czasem sam kazał mi oddawać Mu tę chwałę, która tak naprawdę wznosiła się od Jezusa w cudownej opatrzności Jego miłosierdzia.
Kiedy odczuwałem skutki spontanicznej i nieuniknionej nędzy cielesnej, cieszyłem się na myśl o chwale, jaka wznosiła się do Boga z mojej nicości, i w ten sposób nędza nie mogła odciągnąć mnie od Boga; stawała się niespokojnym głosem wołającym do Niego: "Tylko Ty jesteś wielki, a ja jestem niczym". Miłosierdzie Boże we mnie jest większe, niż można przypuszczać. Jestem przekonany, że bez niego stałbym się nie tylko najbardziej rozwiązłym z ludzi, lecz degeneratem. Mówię poważnie. Posiadając całe moje życie, Jezus pokonał w nim szatana i uczynił mnie, jak mi powiedział już na początku tego dzieła, pomnikiem swojego miłosierdzia.
Moje nerwy zawsze dobrze mi służyły
5. Jestem nerwowy z charakteru; to dziedziczne. W domu wszyscy jesteśmy nerwowi. Potrafię jednak prawie zawsze zachować spokój, z wyjątkiem niezamierzonych czy instynktownych odruchów, z powodu których głęboko uniżam się przed Bogiem. Moje nerwy dość dobrze mi służyły, a nawet okazywały się przydatne, gdy dla chwały Bożej trzeba było pokonać zło. Jednak zazwyczaj jestem zawsze spokojny, łatwo mnie pomylić z flegmatykiem. Wyznam, że musiałem długo walczyć z moim charakterem. Tym, co doprowadza mnie do... białej gorączki, jest obrażanie Boga, kłamstwo, brak lojalności, niesprawiedliwość, uciskanie innych, nadużywanie siły i władzy.
Bardzo żałuję, że w przeszłości parę razy posunąłem się aż do rękoczynów... niech Bóg mi wybaczy! Gdy mój system nerwowy jest pobudzony, zazwyczaj staram się milczeć, lecz jeśli to konieczne dla chwały Bożej, posługuję się nim, by zademonstrować siłę i energię. Moja natura czuje wielki opór wobec prześladowania, a Pan zechciał, abym dla Jego miłości był nieustannie prześladowany.
Jak już wcześniej wspominałem, jestem twardego serca, lecz czasem boleść bliźniego wzrusza mnie do łez na widok cierpiącego w nim Jezusa. Nikt w dzieciństwie nie nauczył mnie okazywania dobroci ubogim, więc rzadko ją praktykowałem. Pewnego razu miałem przy sobie około półtora lira, które w całości oddałem ubogiemu. Miałem wtedy około siedmiu lat. Z natury jestem raczej skąpcem i dusigroszem, lecz Jezus pozwalał mi zawsze dawać otwartą dłonią, choć bez przesady. Dawałem hojnie, gdy czułem, że jestem narzędziem Bożej Opatrzności, lub chciałem wzbudzić w czyimś sercu akt wdzięczności dla samego Jezusa. Dlatego zawsze dawałem i daję w imię Jezusa Sakramentalnego. Nie lubię i unikam wszelkiej przesady, nawet w dobrym. We wszystkim cenię umiarkowanie i złoty środek.
Moje życie to nieustanny post
Nie przypisuję jedzeniu większego znaczenia i nieustannie poszczę. Moje pożywienie wygląda następująco: rano kawa z mlekiem, ponieważ każą mi ją pić (wcześniej w ogóle się nie posilałem), kiedy wychodzę na zajęcia i wracam późno, nic nie przegryzam; około trzynastej ciepły posiłek i coś jeszcze, sałata albo nabiał, do tego woda bez wina. Późnym wieczorem jem odrobinę chleba i piję trochę wody. Jadam wszystko, a jeśli natrafię na coś, co mi nie smakuje, traktuję to jak łaskę Bożą. Nie lubię zwracać na siebie uwagi. Gdy przebywałem w Rzymie, bardzo męczyło mnie jedzenie tego, co bracia podawali rano i wieczorem, ale jadłem wszystko, aby się nie wyróżniać, i ofiarowywałem Jezusowi to wielkie poświęcenie jako zadośćuczynienie za grzechy łakomstwa. Nie odczuwam potrzeby większych porcji, choć jadam mało, a dużo pracuję, nigdy nie będąc bezczynnym.
Nigdy nie próżnuję, ale jeśli wymagają tego miłość, konwenans lub potrzeba niebycia uciążliwym dla innych, biorę udział w rozmowie, żartuję, śmieję się, choć wewnętrznie pozostaję skupiony na składaniu aktów ofiarowania Panu. To moje życie wewnętrzne w całości pochodzi od Jezusa, i chociaż wydaje się moim usposobieniem, charakterem, zwyczajem, nie jest nim. Otacza mnie ogień Jezusa, a choć ja sam pozostaję zardzewiałym żelazem, w tym ogniu również wydaję się płomieniem.
Sypiam średnio sześć godzin na dobę. Śpię spokojnie i prawie nigdy nie cierpiałem na bezsenność, nawet podczas wielkich agonii mojej duszy.
Sympatie polityczne i miłość do Kościoła
6. Nie mam sympatii politycznych; polityka mnie brzydzi, ponieważ jest przesiąknięta kłamstwem i obłudą. W dzieciństwie żywiłem wielką miłość do Włoch i Włochów. Czułem się dumny, kiedy Włoch dostępował zaszczytu zamiast cudzoziemca. Sporządziłem listę wszystkich wynalazków autorstwa Włochów, mylnie przypisywanych cudzoziemcom, i z satysfakcją ją pokazywałem. Czułem dumę z bycia Włochem. Lecz kiedy Jezus wziął mnie w posiadanie, zrozumiałem, że to uczucie wynikało raczej z pychy niż z miłości. W gruncie rzeczy patriota, w popularnym znaczeniu tego słowa, jest tym, kto wychwala siebie cudzymi zasługami, kto wywyższa swój ród, aby wynieść siebie. Jezus dał mi pojąć piękno powszechnego braterstwa, które darował nam za cenę swojej Krwi, i zniknęły we mnie te wygórowane ambicje, maskowane miłością ojczyzny.
Zawsze żywiłem wielką miłość do Kościoła, Papieża, kapłanów. Ta miłość osiągnęła gigantyczne rozmiary dzięki działaniu Jezusa i Jego obecności. Po lekturze życia i dzieł Anny Emmerich24 lepiej zrozumiałem, z jaką mocą Jezus Chrystus ożywia Kościół katolicki, do którego poczułem się jeszcze bardziej przywiązany. Drżę z bólu na myśl, że liczne skarby Boskiego działania zostają często pogrzebane przez polityczne i całkowicie ludzkie inicjatywy. Najbardziej bolesną udręką w moim obecnym unicestwieniu jest bycie prześladowanym przez Papieża oraz Kościół, który tak kocham. Lecz ja uczyniłem z siebie ofiarę przebłagalną za Kościół, a więc uznaję to za logiczne.
Oto jak w skrócie prezentowały się i wyglądają moje usposobienie, charakter, skłonności, fundament mojej natury oraz to, co zostało do niej dodane przez łaskę, dobroć i wielkie miłosierdzie Boże. Bóg mi świadkiem, że jestem skupiskiem wszelkiej nędzy: nieczysty, pyszny, chciwy, sceptyczny, nerwowy, twardego serca, pozbawiony miłości, ograniczony, nieśmiały, strachliwy - i mogę powiedzieć, że w tej otchłani Bóg zechciał wznieść pomnik swego miłosierdzia.
Chwała na wieki samemu Bogu!25
WSTĘP DO WYDANIA WŁOSKIEGO
Czterdzieści sześć lat po śmierci kapłana Dolindo Ruotolo ani trochę nie słabnie zainteresowanie jego postacią oraz twórczością. Szczególną popularnością cieszyła się i wciąż cieszy pozycja zatytułowana Nazwano mnie Dolindo, co oznacza ból, zawierająca wybrane fragmenty jego autobiografii, która - jak dotąd - ukazała się w czterech wydaniach oraz licznych wznowieniach.
Po wyczerpaniu się nakładu czwartego wydania przyszła kolej na przygotowanie następnego, które mamy przyjemność zaprezentować Czytelnikowi. Najbardziej widoczną nowość stanowi poręczniejsze złączenie dwóch tomów z poprzedniego wydania w jeden. Tekst pozostał zasadniczo niezmieniony; ograniczyliśmy się do wyretuszowania ortografii, usunięcia skrótów oraz zastąpienia pewnych przestarzałych terminów bardziej współczesnym słownictwem, bez uszczerbku dla treści oraz stylu Autora. W celu ułatwienia poruszania się po tekście ponumerowaliśmy rozdziały i paragrafy. Tytuły rozdziałów, które Czytelnikowi mogą wydawać się nieco za długie, zostały zredagowane przez córki duchowe ks. Dolindo i użyte w poprzednim wydaniu, dlatego woleliśmy pozostawić ich oryginalne brzmienie. Cyfry znajdujące się na początku niektórych akapitów wewnątrz paragrafów zastępują odnośniki do rękopisu, w tym wydaniu usunięte z tekstu głównego, i odsyłają do właściwego indeksu na końcu tomu. Ponadto wprowadziliśmy pewne zmiany do przypisów redakcyjnych z poprzedniego wydania oraz dodaliśmy nowe, aby odświeżyć niektóre informacje, wyjaśnić znaczenie słów w dialekcie neapolitańskim i doprecyzować chronologiczny oraz geograficzny kontekst wydarzeń wspomnianych w tekście. Zachowane przypisy autorstwa ks. Dolindo zostały oznaczone skrótem [przyp. aut.].
Uznaliśmy również, że warto przytoczyć Wprowadzenie do wydania z 1989 roku, napisane przez ks. bpa Vittorio Marię Costantiniego, znawcę Pisma Świętego, jako osobę doskonale obeznaną z twórczością oraz postacią ks. Dolindo Ruotolo. To on w latach 1974-1983 osobiście sprawował pieczę nad wydaniem Komentarza do Pisma Świętego, opatrując każdy tom wprowadzeniem oraz objaśniając przypisami. Z oddaniem poświęcił się trudnemu zadaniu redakcji tego dzieła, ponieważ uważał "nauczanie i sposób przeżywania wiary" przez księdza Dolindo za "aktualne w naszych czasach" (s. 9).
Po Wprowadzeniu Jego Ekscelencji ks. bpa Costantiniego umieściliśmy niewątpliwie wartościowe oraz ubogacające refleksje z czwartego wydania, autorstwa kilku córek duchowych ks. Dolindo. Parę słów tego świadectwa rzuca światło na wewnętrzne usposobienie [Autora] oraz zewnętrzne okoliczności redakcji tego dzieła.
W Posłowiu znajdziemy dwa wyjątkowe dokumenty: opis grafologicznego badania pisma ks. Dolindo, przeprowadzonego przez ojca Nazzareno Palaferriego OFMConv, oraz refleksje bł. Gabriela Marii Allegry OFM (1907-1976), wybitnego biblisty, na temat postaci i dzieła ks. Dolindo, a w szczególności jego Komentarza do Pisma Świętego.
Liczne strony autobiografii poświęcone są "słowom" Jezusa i Maryi. Ojciec Antonio Maglione, redaktor czwartego wydania, pisze, że ks. Dolindo "odczuwał wątpliwości co do autentyczności tych słów i sugerował swoim "owieczkom", aby przedstawiały je jako jego własne myśli, nie zaś Jezusa czy Maryi. Po jakimś czasie pewność, że nie został oszukany, skłoniła go do uznania Boskiego pochodzenia tych "lokucji"" (Sac. Dolindo Ruotolo, Fui chiamato Dolindo, che significa dolore, Apostolato Stampa, Neapol 1990, s. X). W oczekiwaniu na oficjalne stanowisko Kościoła Czytelnikowi pozostaje pełna swoboda wierzenia lub nie w nadprzyrodzone pochodzenie tych wewnętrznych lokucji spisanych w autobiografii.
Ks. Dolindo zasiadł do spisywania historii swojego życia 9 stycznia 1923, a ukończył ją w roku 1925. Swą pracę zatytułował: Historia mojego życia w planie miłosierdzia Bożego. Warto zauważyć, że opowiadanie rozpoczyna się narodzinami (6 października 1882), a kończy 30 maja 1918, biegnąc przez ponad 2192 strony rękopisu zebrane w pięciu tomach. Genezę tego dzieła oraz kryteria jego redakcji objaśnia list z 26 lutego 1925 do kardynała z Neapolu, Alessio Ascalesiego: "Otrzymałem polecenie spisania historii mojego życia i przyznam, że nie mogłem się przemóc przez ponad rok. Lecz gdy polecenie zostało mi powtórzone, zabrałem się do pracy. Wasza Ekscelencja wyraził pragnienie jej przeczytania, co naturalnie nie stanowi dla mnie problemu. Pragnę jedynie podkreślić, że piszę tę historię pod przysięgą mówienia prawdy oraz stosując ścisłe kryteria historyczne. Nie wolno mi zatem niczego pominąć i muszę pamiętać o każdej rzeczy. Prowadziłem różnorodną działalność, dlatego historia jest bardzo rozbudowana. Jak dotąd zapisałem cztery tomy i właśnie piszę piąty. Jej dokończenie zajmie mi jeszcze kilka lat".
Rozwój wydarzeń, a następnie intensywna posługa przeszkodziły mu w opisaniu historii ostatnich pięćdziesięciu lat życia. Ks. Dolindo zmarł w 1970 roku, w wieku osiemdziesięciu ośmiu lat. Panoramiczne spojrzenie na całą przestrzeń jego życia ułatwi tablica chronologiczna najważniejszych wydarzeń jego ziemskiej wędrówki, którą pozwoliliśmy sobie dołączyć do dzieła.
Wydaje nam się wreszcie, że kluczem do owocnej lektury autobiografii będzie [uwzględnienie] perspektywy introspekcji oświeconej łaską, w jakiej ks. Dolindo postrzegał siebie samego, gdy mówił: "Nie jestem świętym, nie jestem szlachetną duszą, cnotliwą, pełną dobrych skłonności, wybranych cnót; jestem raczej skupiskiem wszelkiej ludzkiej nędzy, jestem żywym pomnikiem miłosierdzia Bożego. Pan wiele przeze mnie zdziałał, aby otworzyć ludzkie serca na bezgraniczną ufność w Jego miłosierdzie. [...] Jestem ubogim narzędziem w Jego rękach, głosem wołającego na pustyni, nie dlatego, że sam potrafię wołać, ale dlatego, że to On woła poprzez moją nicość" (s. 29).
Przekazując niniejsze strony na ręce Czytelnika, mamy nadzieję, że w historii tego kapłana będzie rozbrzmiewał głos Boga wzywający do ufności i zawierzenia, również w bolesnych oraz po ludzku niewytłumaczalnych okolicznościach naszego życia.
Neapol, 13 maja 2017 r.
Wydawca włoskiego wydania
WPROWADZENIE
Wprowadzenie do autobiografii neapolitańskiego księdza Dolindo wymaga dokonania starannego wyboru, aby postać tego wyjątkowego człowieka i kapłana została odczytana w całym bogactwie jego świadectwa wiary, a przede wszystkim heroicznej ofiary z siebie dobrowolnie złożonej Bogu dla dobra Kościoła.
Gdybyśmy z czysto ludzkiego punktu widzenia spojrzeli na jego życie oraz pojedyncze fakty, na pierwszy rzut oka ujrzelibyśmy osobę stworzoną do cierpienia. Jego dzieciństwo zostało naznaczone dramatem fizycznego oraz moralnego bólu, kompensowanego jednak nad wiek dojrzałymi przemyśleniami oraz postawami religijnymi potwierdzającymi istnienie szczególnych okoliczności tej sytuacji. Na tej drodze, pozornie pełnej paradoksów, upływa całe jego życie. Mnożą się sprzeczności i niezrozumienie. Nie są jednak w stanie zniszczyć jego niesamowitej determinacji w czynieniu dobra, osłabić siły charakteru człowieka, który nigdy nie traci opanowania, ale też nigdy się nie poddaje, nigdy nie stygnie w gorliwym zapale służenia Bogu, niesienia słowa i światła Chrystusa, nawet gdy zostaje oskarżony, a na jego apostolstwo i kapłańską posługę zostają nałożone ograniczenia. Czasem wygląda jak człowiek porzucony przez Boga, a przecież wszędzie wokół niego szerzy się tajemnicze działanie Ducha, urok miłości, który przyciąga i zdobywa dla Pana tak liczne osoby.
Jeśli uważna lektura autobiografii pozwoli nam dostrzec Dzieło Boga (rozwijające się pomimo ogromnego niezrozumienia, a czasem nawet trudności piętrzonych w dobrej wierze przez niektórych członków kościelnych instytucji), najpierw będziemy zdumieni, a potem zdamy sobie sprawę, że ks. Dolindo, wspierany przez Boga, kroczy samodzielnie wybraną drogą, na której kiełkują kwiaty i rodzą się wspaniałe owoce, wbrew wszelkim ludzkim przewidywaniom.
Chciałbym przywołać kilka epizodów stanowiących wspaniałe przykłady oraz inspirację dla kapłanów i świeckich, którzy wielokrotnie na każdym polu, osobistym i społecznym, cywilnym i kościelnym, doświadczają podobnych trudności.
Życie ks. Dolindo wydaje mi się zapowiedziane symbolicznie, a nawet powiedziałbym - profetycznie, w epizodzie ptaszka, który wpadł do pokoju. Mały Dolindo stawia już pierwsze kroki, ale... spada ze schodów na niższe piętro. Krzyki, płacz... Nadbiega mama, podnosi maluszka, widzi, że kości są całe, choć jest bardzo posiniaczony. Kładzie go do łóżeczka, gdzie obolały na całym ciele malec zanosi się płaczem... Lecz nagle, dziwna sprawa, do pokoju wlatuje ptaszek. Dolindo jest zachwycony i przestaje płakać, zapominając o upadku.
Ileż to razy młody Dolindo, słuchacz Seminarium Księży Misjonarzy, zakonnik tej światłej Kongregacji założonej przez św. Wincentego a Paulo, a potem Boży kapłan, kaznodzieja i kierownik duchowy, zostanie niesprawiedliwie, zbiegiem dziwnych okoliczności, powalony na ziemię... jak wówczas w dzieciństwie! A przecież zawsze znajdzie najsłodszą Mamę, Najświętszą Maryję Pannę, która weźmie go na ręce, zaniesie na górę, na wyżyny duchowe, gdzie wewnętrzne wylania Ducha nie tylko pozwolą mu zapomnieć o ludzkiej nędzy (jak w dzieciństwie na widok ptaszka...), lecz uczynią go szczęśliwym, że może znosić upokorzenia i cierpieć; a także - cóż za odwaga! - nieustannie będzie prosił Pana o nowe upokorzenia i cierpienie, aby złączyć je z Męką Chrystusa oraz przyciągnąć liczne dusze do Ukrzyżowanego Zbawiciela. To zresztą regularnie się zdarzało.
Ks. Dolindo wyczuwał Pana. Warto przywołać inny opowiedziany w tej autobiografii urzekający epizod z jego dzieciństwa, gdy jako chłopczyk czekał w drzwiach na mamę, którą po przyjęciu Komunii prosił, żeby zbliżyła do niego usta, ponieważ chciał poczuć oddech Jezusa! Zdarzenie godne traktatu teologicznego!
Ks. Dolindo darzył kapłanów oraz Kościół ogromnym poważaniem, dlatego podziwiał konsekrowane życie Księży Misjonarzy, Verginisti, jak nazywano ich w Neapolu, wyrażając szacunek. Potrafiłby nawet oddać życie za świętość wszystkich kapłanów, byleby tylko ujrzeć jaśniejące oblicze Kościoła, którego nie przesłaniają ich niedoskonałości i ograniczenia. Dlatego mniej więcej dwa lata przed święceniami złożył Panu ofiarę z siebie właśnie w intencji Kościoła.
A Bóg, jak to ma w zwyczaju, potraktował go poważnie!
Strony pierwszej części autobiografii stawiają nas wobec wstrząsających doświadczeń, duchowych agonii, które ks. Dolindo cierpiał od samego początku kapłańskiej posługi. Protesty, ukryte lub jawne prześladowania, niegodne donosy do kościelnego trybunału Świętego Oficjum, oszczercze kampanie spreparowane przez prasę lokalną i państwową... Za to, że on, miłujący prawdę, okazał solidarność z ojcem Volpe, współbratem oskarżonym o uwierzenie pewnej pobożnej kobiecie oraz rozpowszechnianie jej słów na temat rzekomego wcielenia Ducha Świętego?!
Podczas lektury fragmentów opisujących donos oraz następujące po nim reakcje Świętego Oficjum nasuwa się pytanie: dlaczego Pan dopuścił tak wielką surowość i wręcz nieludzkie traktowanie ks. Dolindo? Dlaczego Pan pozwolił na tak bolesne doświadczenia w kapłańskiej misji tego wiernego sługi?
Pierwsze wyjaśnienie mógłby stanowić fakt, że ks. Dolindo codziennie we Mszy Świętej modlił się o więcej cierpienia i upokorzeń, aby całe dobro wyświadczane przez niego licznym osobom zostało zrozumiane przez wszystkich jako dzieło samego Boga, tylko i wyłącznie Jego. Lecz czytamy, że ks. Dolindo pragnął również męczeństwa, aby dać świadectwo wiary w Jezusa Chrystusa, i w swojej gorącej miłości do Kościoła Chrystusowego nie mógł poprzestać na słowach, kazaniach, kierownictwie duchowym, lecz jej wielkość musiała zostać wyrażona czynami, siłą okazywaną w czasie utrapienia. Na wzór Abrahama i Hioba musiał stać się przykładem w wierze, punktem odniesienia dla tych, którzy ponoszą niesprawiedliwe kary, cierpią z powodu niezrozumienia, a czasem nawet prześladowań ze strony własnych braci. Tym samym udowodnił, że miłość jest silniejsza od każdego cierpienia i objawia się właśnie w tych momentach agonii przypominających Mękę Jezusa w Ogrójcu.
Ks. Dolindo jest dzisiaj i będzie jutro wolontariuszem męczeństwa, który daje światu świadectwo modlitwą, cierpieniem, gotowością oddania życia za Kościół. Pragnął on bowiem zaświadczyć, że Kościół, wzniesiony przez Chrystusa na fundamencie skały Piotra, nigdy nie traci blasku pochodzącego od Ducha, którego Jezus, niewidzialna Głowa tegoż samego Kościoła, nieustannie posyła, aby nadal, pomimo mgieł niedoskonałości niektórych uczniów Boskiego Mistrza, kapłanów i świeckich, Kościół stanowił punkt odniesienia, święte miasto światłości na szczycie góry, do którego napłyną wszystkie narody.
Dzisiejsza moda na powtarzanie przewrotnych i złośliwych oskarżeń pod adresem Kościoła - coraz bardziej rozpowszechniająca się wśród chrześcijan, w tym nawet krótkowzrocznych duchownych - to wynaleziony przez szatana i jego popleczników najlepszy sposób zwalczania religii oraz wciągania ludzi w przestrzeń wiecznego potępienia, które nazywa się piekłem... Chociaż wiele osób raczej woli się tam znaleźć, niż o nim mówić! Potrzeba człowieka, który w tajemniczym, lecz dającym światło zrządzeniu Boga, żywym cierpieniu i najdotkliwszych doświadczeniach ukaże, w jaki sposób i jak mocno trzeba kochać Kościół Chrystusowy, sakrament zbawienia dla świata. Moce piekielne nigdy nie przemogą tej "wspólnoty miłości" i zbawienia, wzniesionej na Piotrowej skale... Chociaż wstrząsają nią huragany już ponad dwa tysiące lat! Zaciekli tropiciele ludzkich wad, ochrzczeni i nie tylko, postąpiliby znacznie lepiej, gdyby uznali w pokorze prawdę, że Bóg jest większy i potężniejszy od ludzi, a Boże dzieła nigdy nie zawodzą, pomimo ludzkich wad i słabości!
Gdy czytam ponownie autobiografię, z blaskami i cieniami wizji człowieka, w tym również osób duchownych, przychodzą mi na myśl liczne strony wypełnione Boską liryką - pełną ciepła i poezji, będącą autentycznym wyznaniem wiary - wplataną przez ks. Dolindo do jego niezliczonych utworów. Wystarczy przeczytać to, co zostało napisane pod koniec Komentarza do Listu do Rzymian. Historia - ta, która nie pełza po ziemi, lecz z rozmachem ogarnia ludzką wędrówkę - uczciwie potwierdza, że ludzkość mimo wszystko nie jest przesiąknięta niegodziwością, ponieważ w Kościele, pośród wierzących, istnieją setki milionów osób, zdrowych i chorych, które ufają, cierpią oraz są gotowe w każdym momencie oddać życie za przyjaciół... oraz nieprzyjaciół, jak uczy Ewangelia.
Matka Teresa z Kalkuty i ponad dwa tysiące jej Sióstr, misjonarze leczący trędowatych, ci, którzy pomagają głodującym, nawołują do zaprzestania eksterminacji Indian... Oto świadectwa żywotności Kościoła Chrystusa i miłości do niego. A cały świat, niekoniecznie chrześcijański, bardziej docenia te świadectwa miłości Chrystusa niż krótkowzroczną polemikę stu sześćdziesięciu teologów z drugiej strony Alp. Bóg szanuje wolność wszystkich, ale gdy kończy się czas miłosierdzia, wyznaczony ograniczoną długością życia, każdy wyruszy na drugi brzeg jedynie w towarzystwie własnych dobrych uczynków... jeśli je zgromadził!
Ks. Dolindo w trosce o zbawienie dusz miał zwyczaj rozmawiać z każdą napotkaną osobą; jak opowiada autobiografia, odbył nawet interesującą rozmowę z panem Podreccą, która nie pozostała bezowocna...
Ani w tej części autobiografii, ani w żadnym z licznych pism ks. Dolindo nie pada choćby jedno zdanie, w którym nie słychać jego głębokiej czci dla Kościoła. Bóg, który przez cierpienie ukształtował go jako wzór głębokiej duchowości, obdarzył nas w tym kapłanie wyjątkowym świadkiem wiary, autentycznym męczennikiem miłości do Kościoła. W tej perspektywie wszystkie strony autobiografii rzucają nowe światło, zapalone przez Ducha Świętego, na zagubioną wśród tylu namiętności i błędów ludzkość. Ks. Dolindo będzie nieustannie świecił przykładem dla wszystkich.
Niech to wprowadzenie stanie się pieczęcią złożoną pod słowami pozostałych wstępów, które przez lata pisałem do kolejnych książek tego kapłana, którego nauczanie i sposób przeżywania wiary są jakże aktualne w naszych czasach. Te proste rozważania mogą posłużyć również jako klucz do lektury tomów, które niebawem się ukażą, biografii uzupełnionej historią rozlicznych dzieł, pisanych i ukończonych przez ks. Dolindo w jego niezachwianej wierze, a okupionych... nieprzerwanym cierpieniem umacnianym przez ocean miłości!
Sessa Aurunca, w święto katedry Świętego Piotra, 22 stycznia 1989 r.
+Vittorio Maria Costantini
Biskup emeryt Sessa Aurunca
KS. DOLINDO WE WSPOMNIENIU SWOICH CÓREK DUCHOWYCH
Rok 1989! Oto doczekaliśmy się czwartego wydania wybranych stron autobiografii ks. Dolindo Ruotolo. Książka ukazuje się w znacznie większej objętości oraz w kilku tomach, ponieważ zdecydowałyśmy o dołączeniu kolejnych fragmentów autobiograficznych, które z pewnością lepiej objaśnią tekst i wyraźniej ukażą postać ks. Dolindo.
Od 1972 do 1989 roku... Tyle lat szerzenia pism tego kapłana, który używał pióra do oddawania Panu chwały jako jej piewca!
W ciszy, w pokornej ciszy tak ukochanej przez ks. Dolindo, wydrukowano kolejne tomy jego pism, i nawet my nie wiemy, jak to się stało. Tak samo trudno nam uwierzyć, że ks. Dolindo był w stanie tyle napisać, prowadząc niezwykle aktywne życie, w całości poświęcone czynieniu dobra, wypełnione spotkaniami z tysiącami dusz. Gdzie tkwił sekret? Z pewnością w długich godzinach modlitwy, krótkim czasie snu, wielkiej pomocy Boga, który zmieniał jego pióro w narzędzie szybko odbijające nadprzyrodzone światło.
W miarę odkrywania i czytania jego rękopisów stanęłyśmy wobec tej zadziwiającej rzeczywistości: jedynie wielka pomoc Pana mogła nadać taką żywotność świętej myśli, taką różnorodność obrazom na każdej stronie, każdej innej i osobnej, lecz [będących] niczym kostki mozaiki o cudownych odcieniach na starannie zaplanowanym obrazie. Ks. Dolindo pisał od ręki, nawet w obecności innych ludzi, którzy czasem zadawali mu pytania i często przerywali pisanie. Jego córki duchowe mogą o tym zaświadczyć pod przysięgą.
Opowiadał i pisał o swoim cierpieniu, ponieważ tak nakazywało mu posłuszeństwo: Pan zechciał, aby to wielkie doświadczenie cierpienia było znane wszystkim. Cierpienie przyprawiające o zawrót głowy, które stało się dla ks. Dolindo "drabiną Jakuba" objawiającą mu Niebo, ukazało wszystkim, że trzymając się krzyża, trzeba kochać, kochać i jeszcze raz kochać Boskiego Rytownika. "Dłuto daje o sobie znać i sprawia ból, lecz trwając w pełnieniu Woli Bożej, pozwólmy, aby ręka Boskiego Mistrza tworzyła arcydzieło". Tę myśl ks. Dolindo często powtarzał jako fundament duchowej formacji swoich dzieci.
O sobie mówił z wysiłkiem. "Wola Boża - powiadał - zmusza mnie do pisania o sobie, odkrywania moich łachmanów... Mówię o sobie, ale tylko po to, aby wykluczyć siebie ze wszystkiego, ponieważ jestem nicością, a ludzie wiedzą, że wszystko przypisuję Bogu, sam uważając się za takiego, jakim jestem: pozbawionego intelektu, serca, życia, ozdoby, jakiejkolwiek własności. Tak więc po mojej śmierci nie znajdzie się nikt, kto powie: "W nim było dobro". Nie! Tylko Ty, mój Boże, tylko Ty jesteś dobrem, a ja wierzę, że widać to było w moim życiu, zbudowanym z Twej wielkości i mojej nędzy...".
To nowe wydanie ma na celu wyeksponowanie historycznego kontekstu każdej strony i dlatego wyjaśniono pochodzenie pism, przeważnie bez pomijania nazwisk osób będących ich adresatami. Z tych nowych stron oraz przypisów wyłania się jaśniejszy plan, jaki Pan powziął dla swojego stworzenia, które pozwoliło się wyniszczyć cierpieniem i Boską miłością, zawsze posłuszne Boskiej Woli, często sprzecznej z ludzkimi poglądami.
Ks. Dolindo z całego serca ukochał kapłaństwo i tam został uderzony; darzył Kościół synowską miłością i to od Kościoła doświadczył najdotkliwszych cierpień... Lecz był niczym "wonna roślina, która zgnieciona wydaje zapach". Był jak "pole uprawne, które zdeptane i nawożone odpadami, wydaje kwiaty i owoce, zapach i pokarm". Tak pisał ks. Dolindo do jednej ze swoich duchowych córek. Nierozumiany, zawsze okazywał posłuszeństwo temu, kto choćby w najmniejszym stopniu reprezentował dla niego autorytet Kościoła.
Obdarzony światłem interpretowania tekstów biblijnych, zobaczył swoje dzieło na Indeksie ksiąg zakazanych. Płakał, ale się nie buntował, prosząc pokornie o wskazanie mu ewentualnych błędów, skoro przy decyzji widniała adnotacja donec corrigantur. Nie chodziło o błędy, lecz o metodę.
A on zamilkł i zamknął w sercu swój wielki ból. Umarł z tym żalem w duszy, lecz z wielką nadzieją, że pewnego dnia jego pisma zostaną przywrócone i pobłogosławione przez Kościół. Tak też się stało po Soborze Watykańskim II.
Ukończona kilka lat temu publikacja wszystkich niewydanych pism oraz przypisy i wprowadzenie ks. biskupa Vittorio M. Costantiniego, wybitnego znawcy Pisma Świętego, przyniosły błogosławieństwo Kościoła dla tych wspaniałych stron, okupionych wielkim cierpieniem. Dziś są rozchwytywane na całym świecie: od Francji, Belgii, Ameryki, po Szwecję, Jugosławię i wiele innych krajów Europy.
Niech błogosławieństwo Kościoła otworzy również tę autobiografię i spłynie na dusze niczym uśmiech zachęty, umacniając je w wytrwałym i mądrym przeżywaniu autentycznego Chrześcijaństwa, tak jak przeżywał je ks. Dolindo.
Neapol, 25 marca 1989 r.
Córki duchowe ks. Dolindo
CHRONOLOGIA ŻYCIA KS. DOLINDO RUOTOLO
6 X 1882
Przychodzi na świat w Neapolu, przy via Carbonari a Forcella 16, jako piąte z jedenaściorga dzieci Raffaela Ruotolo i Silvii Valle.
11 X 1882
Zostaje ochrzczony w parafii Santa Maria a Piazza przy via Forcella i otrzymuje imiona Dolindo Franciszek Józef.
Między 1882 a 1886
Jego rodzina przeprowadza się na via Santa Chiara 24.
Rok 1893
W kościele San Paolo Maggiore, znanym jako San Gaetano, przyjmuje pierwszą Komunię.
Rok 1893 (prawdopodobnie)
Składa prywatnie akt heroicznego ofiarowania w intencji dusz czyśćcowych.
17 IV 1896
Jego rodzice z powodu poważnych nieporozumień oraz niezgodności charakteru występują o separację za obopólną zgodą.
24 V 1896
Przyjmuje sakrament bierzmowania.
8 VI 1896
Wraz ze swoim bratem Eliem zostaje wychowankiem Szkoły Apostolskiej Księży Misjonarzy Vergini w Neapolu. Tutaj po raz pierwszy spotyka współbrata Andreę Volpe, wówczas kleryka, który w przyszłości zostanie jego przełożonym i spowiednikiem.
15 VI 1896
Niespodziewanie otrzymuje od Madonny dar nadzwyczajnej inteligencji.
20 VIII 1896
Składa akt pełnego zawierzenia Woli Bożej, któremu dochowa wierności przez całe życie.
Rok 1899
Zostaje przyjęty do nowicjatu w Instytucie Księży Misjonarzy Vergini w Neapolu.
Rok 1901
Rozpoczyna naukę.
1 VI 1901
Składa śluby zakonne.
17 VII 1902
Umiera jego ojciec, Raffaele Ruotolo, chorujący już od 1900 roku; przed śmiercią zdąży pojednać się z żoną.
Rok 1903
Zwraca się z prośbą o pozwolenie na wyjazd misyjny do Chin; prośba zostaje odrzucona.
24 VI 1905
Przyjmuje święcenia kapłańskie w Neapolu i nazajutrz odprawia pierwszą Mszę Świętą.
Wrzesień 1905
Z woli przełożonych zaczyna prowadzić zajęcia ze śpiewu gregoriańskiego dla kleryków i zostaje wykładowcą matematyki, historii, geografii oraz języka greckiego w Szkole Apostolskiej Ojców Wincentianów.
3 XI 1906
Jako kierownik duchowy, wraz z ojcem Andreą Volpe, zostaje wysłany do seminarium w Taranto, gdzie spotyka się z wrogością środowiska.
27 IV 1907
Przełożeni przenoszą go do seminarium w Molfetcie na stanowisko nauczyciela śpiewu i kierownika duchowego seminarzystów.
29 X 1907
Zostaje wezwany do Neapolu wskutek nieporozumienia związanego z rzekomym wcieleniem Ducha Świętego. Ojciec przełożony zabrania mu odprawiania Mszy.
30 XI 1907
Święte Oficjum wzywa go na przesłuchanie.
6 XII 1907
Po trzydziestu sześciu dniach od zawieszenia otrzymuje możliwość ponownego odprawiania Mszy Świętej.
11 XII 1907
Poddaje się pierwszemu przesłuchaniu przed Świętym Oficjum.
28 I 1908
Święte Oficjum przesłuchuje go po raz drugi. Otrzymuje zakaz odprawiania Mszy Świętej oraz spowiadania się i przyjmowania Komunii.
13 II 1908
Otrzymuje pozwolenie spowiadania się i przyjmowania Komunii.
13 IV 1908
Przełożeni wzywają go do Neapolu.
10 V 1908
Zostaje wydalony ze Wspólnoty Księży Misjonarzy i wraca do rodziny mieszkającej w Neapolu przy Largo dei Miracoli 20.
24 IX 1908
Zostaje zadenuncjowany na komisariacie przez matkę i krewnych podejrzewających go o członkostwo w tajnej organizacji.
10 X 1908
Kuzyn Umberto oferuje mu pracę. Ks. Dolindo przyjmuje propozycję z braku innych środków utrzymania.
Czerwiec-lipiec 1909
W swoim liście deklaruje pełne posłuszeństwo Świętemu Oficjum.
Wrzesień 1909
Udaje się do Rzymu, aby bronić swojej sprawy.
26 IX 1909
Spotyka ojca Germano di san Stanislao, pasjonistę, spowiednika św. Gemmy Galgani.
4 X 1909
Ks. biskup Mazzella, arcybiskup Rossano Calabro, deklaruje chęć przyjęcia go w swojej diecezji.
19 X 1909
Przybywa do Rossano Calabro, gdzie zostaje przyjęty przez arcybiskupa Mazzellę.
9 VI 1910
Za pozwoleniem swojego spowiednika i ojca Andrei Volpe, przełożonego oraz kierownika duchowego, składa Jezusowi ofiarę z siebie.
19 VI 1910
Składa ślub odprawiania Mszy Świętej bez przyjmowania ofiary pieniężnej.
8 VIII 1910
Po zawieszeniu trwającym dwa lata sześć miesięcy i jedenaście dni (od 28 I 1908 do 8 VIII 1910) może ponownie odprawiać Mszę Świętą.
13 I 1911
Udaje się do Rzymu z nadzieją na audiencję u papieża Piusa X.
25 II 1911
Przekazuje ks. Bressano, sekretarzowi Piusa X, zapieczętowaną kopertę zawierającą jego pisma oraz list do papieża, w którym dokładnie wyjaśnia swoje doświadczenia przeżywane od ponad dwóch lat: "Jestem porwany przez Jezusa i odczuwam natchnienie do pisania tego, co przekazuję zapieczętowane Waszej Świątobliwości".
15 III 1911
Dekretem Świętego Oficjum, razem z księżmi Volpe, Valentino i Riottą, zostaje uznany za trwale niezdolnego do spowiadania, głoszenia homilii i prowadzenia kierownictwa duchowego ("zostaną przywróceni do odprawiania Mszy jedynie po uprzednim wyrzeczeniu się błędów..."), jednak kontynuuje pracę apostolską, ponieważ nie został powiadomiony o decyzji Oficjum.
20-26 III 1911
Przebywa w Neapolu.
27 III 1911
Powraca do Rossano Calabro.
8 IV 1911
Otrzymuje od arcybiskupa Mazzelli pełną możliwość sprawowania kapłańskiej posługi i tym samym zaczyna się jego apostolstwo w różnych miejscowościach diecezji.
26 XI 1911
Arcybiskup Mazzella przekazuje mu dekret potępiający.
27 XI 1911
Ks. Dolindo podpisuje i wysyła do Świętego Oficjum akt posłuszeństwa.
28 XI 1911
Zostaje zawieszony w odprawianiu Mszy Świętej po raz trzeci
(28 XI 1911-6 XII 1911).
15 XII 1911
Podpisuje nowy akt wyrzeczenia się błędów i wysyła go do Świętego Oficjum.
17 XII 1911
Arcybiskup Mazzella otrzymuje z Rzymu nakaz usunięcia go ze swojej diecezji. Ks. Dolindo pisze do kardynała Rampolli, prosząc o przywrócenie mu możliwości sprawowania posługi.
27 XII 1911
Kardynał Rampolla w odpowiedzi sugeruje mu udanie się do Rzymu.
2 I 1912
Po audiencji u Świętego Oficjum zostaje osadzony w San Martino w Macao.
26 I 1912
Spotyka się na audiencji z Piusem X.
5 II 1912
Święte Oficjum pozwala mu wrócić do rodziny oraz odprawiać Mszę Świętą, dodając, że Piusowi X "nie spodobał się ślub złożony przez wspomnianego kapłana Ruotolo, dotyczący odprawiania Mszy bez przyjmowania ofiar pieniężnych".
6 II 1912
Powraca do Neapolu.
15 II 1912
Składa krótką wizytę w Rossano.
9 IV 1912
Składa Jezusowi ślub troszczenia się ze wszystkich sił o rehabilitację kobiety.
15 V 1912
Otrzymuje od kardynała Rampolli dekret umożliwiający ponowne wygłaszanie homilii, pod warunkiem każdorazowego wystąpienia z prośbą do Kurii.
1 II 1913
Rozpoczyna posługę apostolską wśród chorych w szpitalach Neapolu.
Styczeń 1914
Zaczyna apostolat obrazków w kościele Regina Paradisi.
25 VIII 1914
Jego brat Ausilio przyjmuje święcenia kapłańskie i następnego dnia odprawia swoją pierwszą Mszę w kościele Santa Maria del Soccorso a Capodimonte.
16 XII 1914
Rozpoczyna apostolat kazań do "zbłąkanych kobiet" w szpitalu Ospedale della Pace przy via Tribunali w Neapolu.
27 XII 1914
Poprzez staruszkę Peppinę Molaro, słuchającą jego kazań w kościele Regina Paradisi, poznaje rodzinę La Rovere, która pomoże mu w tworzeniu Dzieła Boga.
Rok 1915
Zostaje promotorem apostolatu świeckich, rozpoczynając dzieło Apostolatu Druku.
4 IX 1916
W domu rodziny La Rovere ruszają spotkania Szkoły religii dla pierwszej grupy jego Apostolatu Druku.
4 XI 1916
Rozpoczyna głoszenie katechez w kościele Cesarea w Neapolu.
3 IV 1917
Zostaje wydana Doktryna Katolicka, w której zostały zebrane jego katechezy dla dzieci głoszone w kościele Cesarea.
31 VII 1917
Rozpoczyna apostolstwo w dzielnicy San Francesco ai Romani w Sant'Anastasia (Neapol), na zaproszenie proboszcza, ks. Giuseppego Castiello.
28 IX 1917
Ukazuje się Życie Jezusa, będące opracowaniem jego kazań głoszonych w kościele San Gennaro w Neapolu.
1 I 1918
Biskup Noli upoważnia go do odprawiania dwóch Mszy dziennie w kościele San Francesco ai Romani.
Rok 1918
Zostaje oskarżony o kłamstwo, niebezpieczne fantazje, wywrotowe szaleństwo, próbę stworzenia heretyckiej sekty.
14 VIII 1918
Z Kurii neapolitańskiej wychodzi nakaz zaprzestania głoszenia przez niego kazań i ipso facto rozwiązania Szkoły religii. U stóp Jezusa Sakramentalnego w kościele Vertecoeli ks. Dolindo ofiaruje Bogu to wielkie poświęcenie.
3 IX 1918
Biskup Noli pozwala mu nadal wygłaszać kazania w swojej diecezji.
22 X 1918
Święte Oficjum zwraca się z prośbą do biskupa Noli, aby zakazał mu głoszenia kazań.
6 XI 1920
Zostaje tercjarzem franciszkańskim w kościele Santa Chiara w Neapolu.
Styczeń 1921
Na krótko przed podróżą do Rzymu składa ślub zawierzenia Woli Bożej.
6 II 1921
Udaje się do Rzymu na przesłuchanie w Świętym Oficjum; pozostaje tam aż do 30 grudnia, goszczony przez ojców pasjonistów przy Świętych Schodach.
4 III 1921
Zostaje zawieszony w odprawianiu Mszy Świętej.
31 XII 1921
Wraca do Neapolu, upokorzony, zagubiony, pozbawiony możliwości odprawiania Mszy Świętej oraz pełnienia jakiejkolwiek kapłańskiej posługi.
8 I 1923
Na polecenie spowiednika rozpoczyna pisanie autobiografii, którą zatytułuje: Historia mojego życia w planie wielkiego miłosierdzia Bożego.
Rok 1925
Pomagając pewnemu kapłanowi przeżywającemu kryzys, używa metody patrystycznej do wyjaśniania Pisma Świętego. Po uporządkowaniu notatek z tych spotkań, wysyła je do biskupów. Giovanni Sanna, biskup Graviny, ocenia je pozytywnie i zachęca go do ukończenia dzieła oraz jego publikacji. Ks. Dolindo rozpoczyna potężną pracę nad Komentarzem do Pisma Świętego.
2 I 1926
Umiera jego matka, Silvia Valle.
1929-1930
Publikuje pierwsze tomy Komentarza do Pisma Świętego pod pseudonimem Dain Cohenel, co oznacza Dolindo, nicość, kapłan Boga.
1932
Pojawiają się pierwsze oznaki wrogości wobec jego Komentarza do Pisma Świętego.
18 VIII 1934
Publikacja jego Komentarza do Księgi Hioba zostaje zablokowana i przekazana dwóm recenzentom.
Rok 1936
W następstwie pozytywnej opinii recenzentów zostaje opublikowana Księga Hioba - IX tom jego Komentarza do Pisma Świętego.
21 V 1937
Przed ponownym uzyskaniem możliwości odprawiania Mszy Świętej, z nakazu Świętego Oficjum, przechodzi badanie psychiatryczne.
17 VII 1937
Zostaje przywrócony do odprawiania Mszy Świętej.
18-20 VII 1937
Odprawia Msze Święte w kościele Santa Teresa al Museo.
21 XII 1937
Otrzymuje propozycję pełnienia funkcji hebdomadariusza w katedrze neapolitańskiej, lecz z niej rezygnuje.
14 XI 1940
Święte Oficjum potępia jego Komentarz do Pisma Świętego. Dekret zostaje opublikowany na łamach "L'Osservatore Romano" 24 listopada.
14 IV 1942
Rozpoczyna kapłański apostolat w kościele San Giuseppe dei Vecchi, gdzie ks. Elio pełni funkcję proboszcza. Będzie odprawiał Msze Święte w tym kościele aż do 31 X 1960 roku.
13 II 1952
Umiera jego brat, ks. Elio.
11 VI 1952
Umiera jego wielki przyjaciel i obrońca, kardynał Alessio Ascalesi.
Jesień 1958
Udaje się do San Giovanni Rotondo, by spotkać ojca Pio z Pietrelciny. Kiedy prosi o błogosławieństwo, o. Pio obejmuje go i mówi: "Jesteś łasy na błogosławieństwa, ciągle o nie prosisz... W twej duszy mieszka Raj. Zawsze tam był, jest i będzie na wieki!".
1 XI 1960
Udar mózgu powoduje paraliż lewej strony jego ciała.
19 IV 1961
W opinii świętości umiera Giuseppe Palatucci, biskup Kampanii, który wspierał go podczas wielu bolesnych dni cierpienia i niezrozumienia.
8 XII 1965
W wieku osiemdziesięciu trzech lat rozpoczyna pisanie ogromnego dzieła na temat Madonny, pod tytułem: Maryja Niepokalana Matka Boga i nasza Matka, opublikowanego w całości w 2013 roku.
26 VI 1965
Świętuje 60-lecie święceń kapłańskich.
19 XI 1970
Po trzech dniach zapalenia płuc wydaje w pokoju ostatnie tchnienie. Zostaje pochowany na cmentarzu Poggioreale.
12 X 1974
Jego doczesne szczątki zostają przeniesione z Poggioreale do kościoła Immacolata di Lourdes e San Giuseppe, gdzie spoczywają po dziś dzień.
PROLOG
Wszystko Boga, nic stworzeń
Pan jest władcą swoich stworzeń i posługuje się nimi według upodobania, zgodnie z tajemniczymi zamysłami Jego nieskończonej Opatrzności.
Wszystkie stworzenia bezrozumne podlegają nieomylnym prawom, które nimi rządzą; stworzenia rozumne posiadają wspaniały dar wolności, uzdalniający je do wzniesienia się nawet ponad własną naturę, kiedy wolność oddaje się Bogu i pozwala prowadzić Jego światłu i łasce. Stworzenie rozumne jest jak płyn przyjmujący kształt naczynia, w którym się znajduje. Jeśli trwa w Bogu, staje się odbiciem Jego wielkości; jeśli powierza się Bogu, On je wynosi i nim się posługuje, czyniąc przejrzystym zwierciadłem, w którym odbijają się promienie Boskiej chwały. Jeśli stworzenie - które jest wolne - pozostaje całkowicie skoncentrowane na sobie, spada we wzburzoną otchłań swej nicości; najpierw staje się niewolnikiem własnej nędzy, własnego ciała, a potem gubi się w tej mrocznej pustce, jaką jest wieczne potępienie. Prawdziwy sekret wielkości stworzenia polega na świętej pokorze, która je unicestwia, odrywa od niego samego i zanurza w Bogu.
Każda dusza posiada interesującą osobistą historię, w której niezmiennie jaśnieje ta podstawowa prawda: wszystko Boga, nic stworzenia. Lecz istnieją pewne dusze wybrane przez Boga, w których On igra, działa, otacza się chwałą. Bóg pragnie ujawnić swe Boskie działanie w tych duszach, aby inne dusze zostały do Niego przyciągnięte.
Każda dusza ma szczególną misję oddawania chwały Bogu, lecz ja uważam, że żadna nie wychwala Go doskonalej niż dusza ukazująca całą sobą wielkość miłosierdzia Bożego oraz ogrom swej ludzkiej nędzy. Ten właśnie kontrast najwyraźniej uwydatnia wielkość Boga i nicość stworzenia.
Nie jestem świętym
Posłuszny poleceniu opisania historii mojej duszy oraz tego, co jest z nią związane, po pierwsze wyjaśniam jej podstawowe założenie: nie jestem świętym, nie jestem szlachetną duszą, cnotliwą, pełną dobrych skłonności, wybranych cnót; jestem raczej skupiskiem wszelkiej ludzkiej nędzy, jestem żywym pomnikiem miłosierdzia Bożego. Pan wiele przeze mnie zdziałał, aby otworzyć ludzkie serca na bezgraniczną ufność w Jego miłosierdzie.
Jestem przekonany, że nie istnieje zło, którego nie dałoby się znaleźć w mojej duszy, i bardzo się przez to uniżam przed Jego nieskończonym majestatem. Pan użył tego zbiorowiska nędzy, aby ją przezwyciężyć, i przemienił mnie jakby w żyjący szpital, w którym zbierają się wszystkie choroby i gdzie są zwalczane wszelkie infekcje. Stał się gospodarzem mojej duszy, do której spływały i nadal spływają wszystkie nędze, aby je unicestwić, przemienić, aby przez nie rozbłysły Jego miłosierdzie i chwała. Wszedł do mojej duszy nie jak do ogrodu lilii, aby w nim odpocząć, lecz aby stoczyć ciężką bitwę [...]. Przeprowadził mnie przez wszystkie stany życia duchowego i fizycznego, o czym opowie ta historia; oczyścił kloakę nieczystości, przetkał pokorą rynsztok pychy, uczynił stertę słabości siłą, skupisko tchórzostwa szlachetnością, masę surowości słodyczą, huragan nerwów spokojem [...].
On przemienił w duchowe to wszystko, co całe było przesiąknięte materią i zmysłami [...]. On ożywił to wszystko, co było martwe. Nie jestem świętym, ponieważ Bóg rozkoszuje się świętymi - jestem ubogim narzędziem w Jego rękach, głosem wołającego na pustyni, nie żebym sam potrafił wołać, ale dlatego, że to On woła poprzez moją nicość. Przyznaję, że pisałem tę skomplikowaną historię z ogromną niechęcią i wielkim trudem, lecz jeszcze raz chcę być posłuszny Bogu1 i ukazać Jego chwałę, odsłaniając przy tym własną nicość.
Opiszę całą prawdę, co uroczyście przysięgam na błogosławione Serce Jezusa, który tak bardzo mnie umiłował; prawdę wyrażoną prostymi słowami, bez przemilczeń. Ufam tylko Jezusowi i mam nadzieję, że On sam wspomoże mnie w tym trudnym zadaniu.
Ta praca jest pożyteczna również z ludzkiego punktu widzenia, w sensie psychologicznym, i może pomóc pewnym duszom w ich doświadczaniu życia. Niech Pan mi wybaczy i mnie wspomaga.
Neapol, 9 stycznia 1923 r.
Kapłan Dolindo Ruotolo
ROZDZIAŁ 1. NARODZINY. DZIECIŃSTWO. PIERWSZE DOŚWIADCZENIA
1. Rodzice
Mój ojciec był synem krawca, moja matka szlachcianką
1. W chwili zawarcia związku małżeńskiego moi rodzice pochodzili z odmiennych warstw społecznych.
Mój ojciec, Raffaele Ruotolo, był synem krawca o imieniu Gregorio, pochodzącym z Casalnuovo, gdzie nazwisko Ruotolo jest bardzo powszechne. Jako jedyny z rodzeństwa otrzymał wykształcenie, a ponieważ był bardzo zdolny, ukończył najpierw studia matematyczne, a potem inżynierię. Pozostali bracia zajęli się sztuką: Pietro otwarł małą pasmanterię przy via Corsea 92, gdzie pracowałem jako sprzedawca, o czym opowiem dalej; Michele oraz Pasquale byli krawcami, Gabriele był impresariem teatralnym.
Moja matka, Silvia Valle, pochodziła natomiast z rodziny szlacheckiej. Ze strony matki była spokrewniona ze szlachecką gałęzią rodu Spinola, a ze strony ojca wywodziła się z rodu książąt Aragońskich. Jej rodzina w postaci dalszych krewnych składała się z autentycznej szlachty, hrabiów, baronów itd., którzy następnie prawie wszyscy popadli w ubóstwo. Ostatni żyjący Valle2, Carlo, przebywa w przytułku San Gennaro dla ubogich.
Moja mama wyszła za mąż po śmierci swojego ojca. Wuj Tommaso, brat mamy, uczęszczał na uniwersytet razem z moim ojcem; to przez niego poznali się rodzice, a mama wyszła za tatę, ponieważ był bardzo porządnym i religijnym młodzieńcem. Dziadek ze strony ojca starał się wychowywać swoich synów po chrześcijańsku; wieczorami zasiadali do czytania fragmentu Ewangelii, Dziejów Apostolskich oraz Żywotów świętych. Wszyscy przyjmowali Sakramenty i prowadzili przykładne życie.
Tata za młodu praktykował różne umartwienia, jak zapewniała nas mama, klęcząc podczas Różańca na ziarnach kukurydzy albo modląc się twarzą do ziemi, z ziarnami kukurydzy pod czołem. Moja mama wyszła za niego ze względu na tę wzorową pobożność. Jednakże znaczne różnice pochodzenia oraz charakteru sprawiły, że ich związek miał stać się wkrótce przyczyną obopólnych cierpień i goryczy.
2. Mój tata był nerwowy. Jako jedyny z rodziny, któremu udało się osiągnąć wyższy status, był traktowany niczym pan i władca, co przyczyniło się do wyostrzenia uciążliwych cech jego charakteru. Ta jego przesadna nerwowość mogła być nawet odziedziczona.
W celu zdyskredytowania mojej osoby rozsiewano plotki, jakobym odziedziczył szaleństwo. To nieprawda; mogłem najwyżej odziedziczyć tępotę, lecz nie chorobę umysłową. Dziadek ze strony ojca umarł otępiały, z postępującym paraliżem, ale nie oszalały; mój tata umarł na tę samą chorobę, podobnie jak on otępiały. Wydaje mi się, że również wujek ze strony ojca zmarł na to samo. Pan pragnął ukazać, że to, co we mnie zdziałał, nie było konsekwencją moich zdolności ani wynikiem szaleństwa. Jeśli jest we mnie jakaś cecha charakterystyczna, jakiś atawizm, który przejąłem, to raczej głupota, czyli to, co najmniej mogło się przydać Panu w Jego działaniu.
Mój tata, jako osoba nerwowa i wychowana w rodzinie, w której żyło się z pracy, był bardzo "oszczędny", co niekiedy graniczyło ze skąpstwem. Krewni do dziś wspominają, że mając kilka granów3, które dziadek rozdawał dzieciom co tydzień, potrafił uzbierać dwadzieścia pięć srebrnych monet4. Mojego tatę cechowała pewna ograniczoność, kontrastująca z charakterem i wychowaniem mamy.
3. Moja matka była szlachcianką, dorastającą w wytwornym otoczeniu ze służbą w liberii do dyspozycji. Jej wujkowie i ciotki służyli na dworze króla Neapolu. Jeden z jej wujków, kapłan Francesco Valle, był kapelanem króla Ferdynanda Burbona. Odznaczał się dziecięcą wręcz naiwnością, subtelną czystością. Jej ojciec, również bardzo religijny i pobożny, uczył ją umiarkowania. Dziadek ze strony mamy, będąc wdowcem, ożenił się powtórnie. Z pierwszego małżeństwa miał dwójkę dzieci: Francesca i Marię Chiarę, która była mniszką w klasztorze Santa Margherita w Fonseca, tutaj, w Neapolu. Zaś z drugiego małżeństwa miał: moją matkę Silvię, Teresę, Aristide, Tommaso i Annę. Mój dziadek odznaczał się pełną wiary pobożnością, choć uważam, że brakowało jej fundamentu solidnych cnót. Tę żywą wiarę przekazał również dzieciom, a szczególnie mojej mamie [...].
4. Jak wyczytałem z aktu małżeństwa, moja matka wyszła za mąż za tatę 23 września 1873 roku, w kościele San Domenico Soriano na placu Dantego, w drugiej kaplicy na lewo od wejścia.
Tata jako profesor matematyki nie mieszkał na stałe w Neapolu, musiał sporo podróżować, pełnił funkcję dyrektora technikum w Marsali, profesora w Treni, Viterbo itd. Mama niechętnie za nim jeździła, ponieważ zawsze przebywała zamknięta w domu i nie przywykła do podróżowania po świecie. Tata kazał jej prowadzić bardzo oszczędne życie, ponieważ chciał zebrać pieniądze na zakup nieruchomości. [...]
2. Narodziny i dzieciństwo
Urodziłem się 6 października 1882 roku i nadano mi imię Dolindo
1. Moi rodzice mieli jedenaścioro dzieci: Marię, Giuseppinę (zmarłą w wieku kilku miesięcy), Cristinę, Elia, mnie, Biancę, Ausilia, Natalię i Consilię (bliźniaczki, z których pierwsza zmarła w wieku trzech i pół miesiąca, druga w wieku osiemnastu miesięcy), Emmę i Eucaria. Ja byłem piątym dzieckiem i urodziłem się w piątek, 6 października 1882 roku. Było to święto św. Marii Franciszki od Pięciu Ran oraz siedemsetletnia rocznica urodzin św. Franciszka z Asyżu. Otrzymałem imiona Dolindo Franciszek Józef.
Mój tata miał zwyczaj nadawania swoim dzieciom imion o specjalnym znaczeniu, które [to imiona] często sam wymyślał - po śmierci Giuseppiny nadawał każdemu dziecku imię [związane z] Jezusem albo Maryją. Moje imię, Dolindo, oznacza "ból"; to on je wymyślił, a gdy miałem czternaście lat, przyznał, że nadał mi je wiedziony dziwną intuicją. Mówił: "Mam wrażenie, że nie zostaniesz zwyczajnym księdzem, lecz apostołem, i czuję, że nie bez powodu tak okrutnie się z tobą obchodziłem w dzieciństwie". Przemienił mnie w ucieleśnienie "bólu", o czym opowiem później. Zostałem ochrzczony jedenastego dnia tego samego miesiąca.
Pierwsze doświadczenia i cierpienia
2. Matka opowiadała mi, że w pierwszych miesiącach życia wyglądałem tak ślicznie i spokojnie, że ludzie schodzili się oglądać mnie jak cudowne zjawisko. Miałem złote kręcone włosy, okrągłą twarzyczkę, białą i zaróżowioną, urocze spojrzenie. Bardzo mnie kochała, a ja byłem do niej niesamowicie przywiązany. Pamiętam, że zawsze byłem blisko niej, szczególnie kiedy się modliła. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, jak się modlić, ale lubiłem przebywać w jej pobliżu.
Mama opowiadała mi, że kiedy szła do kościoła, aby przyjąć Komunię Świętą, czekałem na nią w domu przy drzwiach i całowałem ją na przywitanie; ona zbliżała do mnie usta, aby przekazać mi oddech Jezusa Sakramentalnego, którego dopiero co przyjęła do serca, a ja myślę, że to dlatego z taką niecierpliwością jej wyczekiwałem5. [...]
3. Tymczasem wcześnie zaczęły się moje pierwsze ciężkie doświadczenia i cierpienia. Miałem jedenaście miesięcy - jak opowiadała mi mama - gdy na dłoniach pokazały mi się dwie czerwone plamy, w środku na wierzchu dłoni. Z początku wydawało się, że to nic poważnego; potem wezwano chirurga, doktora Fabianiego, który musiał poddać mnie bolesnej operacji - przebił na wylot prawą dłoń i wydobył spróchniałą kość, a lewą dłoń naciął w trzech miejscach. Miałem jedenaście miesięcy i pamiętam tę operację jak przez mgłę. Przypominam sobie, że ktoś mnie trzymał na rękach, blisko balkonu; tą osobą była babcia ze strony mamy, która zmarła na cholerę w 1884 roku. Pamiętam, że płakałem, a mój brat Elio podglądał tę scenę z pokoju obok, zmartwiony czy raczej wściekły na lekarza, który zadawał mi tak wielki ból.
Po tym zabiegu przeszedłem kolejny, na prawym policzku. Pod policzkiem pojawił się nowotwór, a ponieważ zajął również węzły chłonne, musiałem poddać się jeszcze bardziej bolesnej operacji. Zupełnie mnie to wycieńczyło; byłem spokojny, nie płakałem, ale od rana do wieczora przesiadywałem w fotelu, z głową wspartą na lewym ramieniu, bo nie miałem siły utrzymać jej w górze. O tym szczególe opowiedziała mi kuzynka, Clorinda Ruotolo, po mężu Orgera, która często przychodziła do domu i bardzo mi współczuła, widząc, jak w spokoju znosiłem to cierpienie i nikomu nie przeszkadzałem.
Zawsze dziękowałem Panu, że już w pierwszych miesiącach życia właściwie przypadkowo otrzymałem znaki Jego Męki na dłoniach oraz znak krwawiącego policzka, który On otrzymał od sługi Najwyższego Kapłana. Choć te blizny były wynikiem choroby, na zawsze pozostały mi drogie, noszę je do tej pory i zachowam aż do śmierci.
I tak rozpoczęło się moje życie cierpienia, które z czasem miało wzrastać, włączając mnie w umiłowane cierpienie Jezusa Chrystusa.
I ogłaszałem: "Będę kapłanem"
4. Oto jedyne wspomnienia z mojego dzieciństwa. Mieszkaliśmy przy via Santa Chiara 24, pierwsze piętro po prawej. Kiedy mama wstawała rano, około czwartej, wstawałem z nią i byłem przy niej, kiedy modliła się podczas parzenia kawy. Byłem tak mały, że głową nie dosięgałem do pieca. Pamiętam, że w wieku trzech albo najwyżej czterech lat, stając na kolanach mamy, ogłaszałem: "Będę kapłanem...".
Pamiętam, że kochałem samotność, choć byłem bardzo żywy. Pociągała mnie przyroda, a przede wszystkim słońce. Kiedy promienie słoneczne wpadały do pokoju, przepełniała mnie radość, siadałem na podłodze i czułem, jak moja dusza napełnia się Bogiem. Nie umiałem jeszcze wtedy się modlić i pamiętam, że doznawałem wewnętrznego ukojenia, spokoju, który sprawiał, że trwałem nieruchomo i myślałem o Bogu.
Słońce - moja dziecięca fascynacja
Moja fascynacja słońcem pewnego razu spowodowała upadek z wysokich schodów. Byliśmy na wakacjach w Secondigliano, wiosce nieopodal Neapolu. Domek miał kuchnię na zewnątrz wejścia. To był rok 1886, miałem około czterech lat. Jak tylko wzeszło słońce, wyszedłem przez drzwi domu, żeby zobaczyć je w kuchni. Niefortunnie postawiłem stopę i stoczyłem się po całej długości schodów. Mama się przestraszyła, ale nic mi się nie stało. Pamiętam, że kiedy mnie położyła do łóżka, do pokoju wleciał ptaszek... Pochłonięty przyglądaniem się ptaszkowi po raz pierwszy z bliska, całkiem zapomniałem o upadku.
Byłem jeszcze niewinny, gdy usypiając siostrzyczkę, śpiewałem Jezusowi
Byłem jeszcze niewinny, nadzwyczaj żywiołowy; pociągała mnie Męka Jezusa i starałem się już wtedy śpiewać Jezusowi umęczonemu, kołysząc moją młodszą siostrę o imieniu Bianca. Jest o trzy lata młodsza ode mnie, czyli w tym czasie ja mogłem mieć najwyżej pięć.
Obok łóżeczka, a właściwie kołyski, wisiał obraz św. Alfonsa Liguoriego, który mi się podobał i, nie wiedzieć czemu, przypominał mi Mękę Jezusa. Wtedy starałem się śpiewać umęczonemu Jezusowi piosenki, które sam układałem. Sens tych wersów, z których pamiętam tylko kilka, był następujący: wspominałem Mękę Jezusa i błagałem, aby nie wołać... Filistyna, który, jak sądziłem, miał zwiększyć Jego cierpienia.
Oto dwa pierwsze wersy mojej piosenki: Jego męczeństwo tych Żydów wina/ Nie, nie wołajcie tu Filistyna...; już nie pamiętam pozostałych [...].
Dziecięce wybryki
Z tego okresu pamiętam również dziecięce wybryki. Pewnego ranka podszedłem do lustra szafy, w którym odbijało się łóżko mamy i pomyślałem... że to inny pokój. Postanowiłem je rozbić, aby tam się dostać; na szczęście tego nie zrobiłem.
Gdy po raz pierwszy zobaczyłem na niebie księżyc, byłem tak zdumiony, że pobiegłem do taty i wybełkotałem: A lu' fo' 'u balcon, to znaczy: "Księżyc na balkonie, z tej strony domu". Tata mnie nie zrozumiał i przestraszył się, że to złodzieje, za co o mało nie spuścił mi lania. Kiedy w domu nazywali mnie głupkiem i chcieli opisać moją głupotę, powtarzali przysłowiowe: A lu' fo' 'u balcon... Prawdziwe wybryki demaskujące moją duszę miały miejsce później i opowiem o nich dalej.
Pamiętam do dzisiaj śmierć świątobliwego kapłana, Marco Pezzelliego, zmarłego w Secondigliano w 1887 roku, jeśli dobrze sobie przypominam. Umarł w opinii świętości, niesiono go przez wioskę w otwartej trumnie; w dłoniach trzymał przywiązany kielich. Był bardzo piękny. Widząc płaczących ludzi, sam też płakałem. Ten kapłan był spowiednikiem mamy. Pamiętam, że w domu opowiadano o jego umartwieniach. Znaleziono na nim metalowe włosiennice, nosił gwoździe w butach itd. Słuchałem tych opowieści z bijącym sercem; budziły we mnie pragnienie naśladowania go. Dzieci prowadzą o wiele bardziej aktywne życie wewnętrzne, niż się sądzi, i prawdziwym przestępstwem jest rozmawianie przy nich o rzeczach, które mogą wyrządzić im krzywdę. Te rzeczy pozostawiają w nich ślad jak kształt odciśnięty w kawałku wosku.
Pamiętam jeszcze, że w 1888 roku dziwiły mnie te trzy ósemki koło siebie.
Wspomnienie z okresu dzieciństwa, będącego okresem mojej niewinności, sięga wieku sześciu lat. Mama zabierała mnie do kościoła, gdy tylko mogła. Moją rozrywką było... zbieranie karteczek z kalendarza, zrywanych przez mamę wieczorem. Zawsze przebywałem blisko mamy, niewiele bawiłem się z rodzeństwem. Mama dawała mi kostkę cukru w nagrodę za pomoc. Ja przymilnym głosem mówiłem do niej: "Moja mamo, osiołku, koniku, nosisz klucze w kieszeni". Znałem tylko osła i konia, które widziałem na ulicy, i nazywanie jej w ten sposób wydawało mi się czymś uroczym; pamiętam też klucze noszone w kieszeni, ponieważ służyły do otwierania kredensu z cukrem, którego dostawałem parę kostek.
Pamiętam też, że któregoś dnia tata obciął mi złote pukle, akurat kiedy mama wyszła na Mszę. Po powrocie na widok mojej fryzury zaniemówiła, a potem powiedziała z płaczem, że chce swojego synka z powrotem, bo to obcięcie mnie oszpeciło. Potem zazdrośnie strzegła tych pukli przez długi czas.
5. Podsumowując ten pierwszy okres mojego życia, warto podkreślić następujące elementy:
1) Jeśli nie liczyć pewnego rodzaju skupienia w Bogu, którego doświadczałem, moje dzieciństwo nie odznaczało się niczym nadzwyczajnym.
2) Pan zechciał, być może nieprzypadkowo, abym ze strony ojca pochodził z ludu, zaś ze strony matki ze szlachty.
3) W dzieciństwie nie otrzymałem żadnego religijnego wychowania, z wyjątkiem odmawiania modlitw z mamą. Środowisko rodzinne nie miało w sobie nic mistycznego ani ascetycznego; było to przeciętnie pobożne otoczenie, może nawet dosyć powierzchownie religijne.
4) Mój pierwszy kontakt z Jezusem Sakramentalnym był pośredni, ponieważ mama po przyjęciu Jezusa zbliżała do mnie usta, jakby chciała przekazać mi coś z Komunii.
5) Moje dzieciństwo upływało spokojnie, ponieważ siostry chodziły do szkoły, a ja prawie zawsze zostawałem sam z mamą.
W tym okresie nie rozumiałem jeszcze sporów zachodzących między mamą a tatą.
ROZDZIAŁ 2. PIERWSZY OKRES DZIECIŃSTWA: DZIKIE ŻYCIE
1. Życie w rodzinie
To był dom biedoty
1. Podzielę moje dzieciństwo na kilka okresów, ponieważ było jedną wielką udręką i w nim ukazała się moja przepełniona nędzą dusza. Do dziś z wielkim bólem wspominam, jak obrażałem Pana, choć może nieświadomie. Niektóre grzechy przyprawiają mnie o zawrót głowy. Myślę o cierpieniu zadanym Jezusowi w wieku, w którym powinienem był Go jedynie kochać.
Właściwe naświetlenie tego okresu wymaga zatrzymania się dłużej nad moim domowym otoczeniem.
Mieszkaliśmy wtedy przy via Santa Chiara 24, na pierwszym piętrze. Dom był raczej skromny - niskie wejście z podłogą z lastryka. Pokoik służący jako gabinet, wąski, ciasny, z podłogą pomalowaną na biało i brązowymi rogami. Ciemne przejście z otworem studni, którego się bałem. Pokoik z oknem na pobliską kamienicę, salonik i pokój mamy, gdzie stały kołyska oraz wojskowe łóżko polowe dla naszej dwójki, Elia i mnie.
To był dom biedoty, w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa. Jedzenie wydzielano w taki sposób, że umieraliśmy z głodu. Kiedy piekarz przywoził małą porcję chleba, rzucaliśmy się na nią, żeby wyjadać okruszki. Pamiętam, że aby choć trochę oszukać głód, wygrzebywałem resztki zieleniny ze śmieci: głąby kopru, liście rzodkiewek i tym podobne, i robiłem z nich... sałatkę. Miałem trochę oliwy zmieszanej z octem, którą przechowywałem w pustej rączce rondla z Marsylii; używałem tego sosu do przyprawiania sałatki, a potem strząsałem ledwo skropione liście i łodyżki, aby zaoszczędzić go na następny raz.
Nie wiedzieliśmy, co znaczą zimowe ubrania, a tata był w tej kwestii tak nieustępliwy, że często kłócił się z mamą. Chodziliśmy zawsze w dziurawych butach albo musieliśmy przyzwyczaić się do noszenia zużytych butów taty. Trudno było się w nich poruszać i nie chroniły przed zimnem [...].
Ojcowska surowość
2. Tata był kłębkiem nerwów i bił nas za byle drobiazg. Okładał nas po wychudzonych ciałkach łodygą kopru. Tata przerażał nas do tego stopnia, że na dźwięk dzwonka do drzwi Elio i ja uciekaliśmy, żeby się schować. Ja byłem tak mały, że mieściłem się nawet w jednej z bocznych półek biurka, w której siedziałem skulony6 [...].
Jak nauczyłem się pisać i czytać
3. Biedny tata postępował w dobrej wierze; sądził, że odpowiednio wychowuje swoje dzieci. Jeśli już muszę napisać o nim coś przykrego, zawsze błogosławię jego pamięć i dostrzegam, że nieświadomie wymierzał mi karę za wszystkie grzechy. Niech Pan przyjmie go do swej chwały, teraz gdy od jego śmierci minęło dwadzieścia jeden lat.
Nie posłał mnie do szkoły podstawowej, o co często sprzeczał się z mamą, która chciała mnie tam zapisać, żebym nie wyrósł na osła; jednak sam też mnie nie uczył. Pamiętam, jak nauczyłem się pisać i czytać. Pewnego dnia tata zawołał mnie, leżąc jeszcze w łóżku; dał mi do ręki elementarz, wyjaśnił litery alfabetu i kazał ćwiczyć samemu. Sam nauczyłem się czytać i pisać; tata kazał mi tylko rysować szlaczki, pod nadzorem jednej z sióstr.
Rodzinny reżim był bardzo surowy. Mieliśmy rozpisany plan dnia jak w internacie. Ja byłem pod opieką mojej siostry Cristiny, a Elio Marii. One nas pilnowały i zadawały nam - nie dysponując metodami ani kompetencjami - krótkie ćwiczenia, nazwijmy je... szkolnymi, ale nie chodziliśmy do szkoły. Tata później je sprawdzał, co zawsze kończyło się potężnym laniem. Oczekiwał, że nauczymy się wszystkiego ze słuchu. Musieliśmy potem recytować to jednej z sióstr, w przeciwnym razie nie dawano nam posiłku. Siostry były dziwnie nieustępliwe, ponieważ obawiały się, że same dostaną od ojca lanie [...].
4. Pewnego razu Elio i ja bawiliśmy się na rysunkach inżynierskich w... wojnę, przebijając je metalową końcówką "kulek" do pomiaru gruntu, które były w domu. Kiedy przyszedł tata i odkrył tę dewastację, rozpętało się piekło.
Pewnego razu tata wymierzył mi ciężką karę, kiedy oddzielił mnie od Elia i przez jakiś czas kazał spać samemu w schowku, gdzie znajdowała się kamienna łazienka i przechowywano węgiel. Nocą, zamknięty w środku, przeżywałem dramat. Drżałem ze strachu, leżąc sam na łóżku opartym o umywalkę. Na dodatek czasami kot przychodził zjadać na moim łóżku upolowane myszy, i nawet nie umiem opisać, jak bardzo się bałem.
Wyznam, że ta niespotykana surowość i nieustanne dręczenie, tak niepasujące do okresu dzieciństwa, które upłynęło bez żadnej radości, zrobiły ze mnie kompletnego kretyna. Niczego nie rozumiałem, co stanowiło przejaw wielkiego miłosierdzia Bożego, ponieważ popełniłem wiele grzechów, nie pojmując ich zła, a więc, jak sądzę, nie obrażając ciężko Pana.
Ten okres mojego życia cechowała kompletna duchowa pustka. Byłem otępiały; wyśmiewano się ze mnie i nazywano mnie 'Tore 'o scemo7 albo, bardziej łaskawie, A lu' fo, 'u balcon. [...]
2. "Grzechy"
Uwolniony od pierwszego grzechu miłosiernym gestem Pana
1. Wkraczałem dopiero w siódmy rok życia; w domu nie panował jeszcze wtedy surowy reżim, o którym mówiłem. Miałem dość bystry umysł, układałem nawet rymowanki. Pamiętam jeden z tych początkowych "poetyckich" utworów, w których miałem zamiar opisać zimę i wyobrażałem sobie zmyślony dialog między gospodarzem a starym sługą. Oto on:
Mój staruszku, zerknij na to,
czy jest zima, czy też lato;
zobacz, zobacz, czy w twych oczach
blask kaganka już migocze.
O mój panie, tylem zbadał,
że tu ogień by się nadał...
Niech artysta zdecyduje,
czy ten ogień tu pasuje...
Już nie pamiętam "tematów" innych... "poezji". Ten pierwszy "wiersz" został mi w pamięci, ponieważ w domu się z niego naśmiewali... i śmieją do dzisiaj.
Bystry umysł pozwoliłby mi zrozumieć niegodziwość grzechu. Wtedy to Pan zechciał mnie uwolnić od pierwszego grzechu pewnym miłosiernym gestem.
Byłem sam w kuchni, w domu przy via Santa Chiara. Naszła mnie myśl, by dopuścić się nieprzyzwoitości; to była pokusa czy moja nikczemność? Nie wiem. Zanim ta myśl zagościła we mnie na dobre, usłyszałem głośny dźwięk łańcuchów w kącie kuchni. To był charakterystyczny odgłos, z pewnością nienależący do naturalnego porządku; przeraziłem się i do dzisiaj pamiętam ten strach, nawet podczas pisania przechodzą mnie dreszcze. Zrozumiałem, że ta myśl była niegodziwa, i jej nie posłuchałem. Bez tego ostrzeżenia popełniłbym grzech ciężki. Lecz wiele grzechów odsłoniło w późniejszym czasie moją nieskończoną nędzę.
Bawiliśmy się w... złodziei
Grzechy, które wspominam z największym bólem i z których spowiadam się jeszcze dzisiaj, to kradzieże, kłótnie z braćmi i siostrami, nieprzyzwoitości.
Nie brakło i... kradzieży. Oto i one.
Notorycznie umierając z głodu, bawiliśmy się z bratem w... złodziei. Nie wiem, kto wymyślił tę żałosną zabawę: przebrani w stare ubrania taty, które wlokły się po ziemi, w jego starym cylindrze na głowie... szliśmy kraść. Tym sposobem zniknęło wiele jajek na Wielkanoc. Tata zachodził w głowę, jak to się stało. Gdy odkrył naszą zabawę, wszystko skończyło się solidną porcją kijów. Nigdy nie była równie solidna jak wtedy.
W tamtym czasie z pewnością nie rozumiałem niegodziwości zabawy, której musiałem zostać niemądrze nauczony. Pamiętam jednak, z wielkim żalem, że w pasmanterii w Secondigliano wziąłem drewniane kółko, montowane w małych "wozach" do zabawy dla dzieci, i zabrałem je do domu. Wiedziałem, że źle postępuję, i nawet teraz płaczę z żalu, myśląc o bólu, jaki zadałem Jezusowi; to był mój prawdziwy grzech. Po powrocie do domu próbowałem bawić się tym kółkiem, ale odczuwałem tak wielkie wyrzuty sumienia, że ostatecznie się go pozbyłem. Ten grzech zawsze sprawiał mi wiele cierpienia, i pozostał jak otwarta rana mojego życia, w odróżnieniu od innych. Po tym domyślam się, że inne grzechy popełniałem prawdopodobnie nieświadomie.
Po nierozważnym pytaniu na spowiedzi zamilkłem
2. Kiedy mama zabierała mnie do pierwszych spowiedzi, nie wyznawałem tych grzechów, bo nawet o nich nie myślałem. Pewnego razu spowiednik zadał mi nierozważne pytanie na temat nieczystości - prawie spaliłem się ze wstydu i zamilkłem. Myślałem jednak o sobie jak o świętokradcy i uważam 1898 za rok mojego nawrócenia, kiedy w domu Vergini spowiednik zadał mi pytanie i wyspowiadałem się ze wszystkiego. [...]
W tym okresie mojego życia jeszcze nie rozumiałem niegodziwości zła. Pamiętam, że słysząc po drodze brzydkie słowa, powtarzałem je mamie jako coś dobrego z... uznaniem dla tego, kto je wypowiadał. Kiedy dowiedziałem się, że to brzydkie słowa, słuchałem ich odtąd z żalem. Wspaniale jest pozwolić dzieciom na trwanie w niewinności.
O mój Jezu, wybacz mi, że tak bardzo Cię obrażałem w wieku, w którym powinienem był Cię kochać. Wybacz mi. Teraz, gdy to piszę, zdaję sobie sprawę, jaki koszmar wybrałeś, aby zdziałać wielkie cuda Twego miłosierdzia. Jestem Ci bardzo wdzięczny, że pozwalasz mi tutaj wyznać publicznie moje niegodziwości, i chciałbym gorzko je opłakiwać przez resztę życia!
Myślę, że okrutne traktowanie przez tatę (co również potwierdził mi później sam tata, jak zobaczymy) stanowiło tak naprawdę zasłużoną pokutę za moje grzechy.
W domku dla lalek, wewnątrz szafy przy ścianie, był... Guglielmino
3. Z tego okresu mojego życia pamiętam pewną sytuację, pewien fakt dowodzący, że w dzieciństwie zupełnie nie dawałem wiary bajkom, rzeczom cudownym lub fantastycznym, choć przecież byłem kretynem.
Moja siostra Cristina miała w szafie przy ścianie mały domek dla lalek. Jednak zamiast lalki mieszkała w nim... szmacianka przedstawiająca księdza. Cristina, chcąc nas nabrać, opowiadała, że ta lalka mówi, je, robi potajemnie cudowne rzeczy. Opowiadała nam, maluchom, masę zmyślonych bzdur... Twierdziła, że nocą wspięła się na Wezuwiusza z lalką, którą nazwała Guglielmino. Mój brat Elio wierzył we wszystko, ja natomiast zupełnie w to nie wierzyłem, a ponieważ nie widziałem niczego na własne oczy, rozumiałem, że zmyślała. Moja siostra nazywała mnie przez to "niedowiarkiem", a mi było przykro słyszeć to przezwisko.
Pewnego razu, po kilku latach tej zabawy, została zmuszona przez spowiednika do wyznania, że to były bajki: Elio popłakał się z żalu, za to ja się ucieszyłem i powiedziałem: "Miałem rację, że nie wierzyłem!".
Och, dlaczego nie nauczono mnie, jak Cię kochać, o dobry Jezu?
4. Bardzo żałuję, że nikt nie nauczył mnie poznawać i kochać Jezusa. Kazali mi odmawiać modlitwy, odklepywać Różaniec, lecz niczego mi nie tłumaczono. Katechizmu do pierwszej Komunii nauczyłem się mechanicznie jak papuga, nie rozumiejąc ani jednego słowa. A przecież moja dusza w dzieciństwie przeżyła tyle uniesień!
Och, dlaczego nie nauczono mnie, jak Cię kochać, o dobry Jezu? Okazałeś mi wielką łaskę, pozbawiając mnie rozumu, ponieważ przynajmniej byłem tylko głupi. Jestem przekonany, że dzięki prawdziwej formacji mojej duszy stałbym się bardziej wdzięczny Bogu. Lecz w moim domu żyło się awanturami i biciem; brakowało pokoju, miłości, a jedyną troską było pilnowanie, żeby biedny tata znów nie krzyczał.
Mama zabierała nas do kościoła, do konfesjonału, to prawda, ale ja nigdy nie otrzymałem żadnego religijnego wychowania. To była mechaniczna nauka praktyk religijnych, które bardziej przypominały świętoszkowatość niż solidną i autentycznie chrześcijańską pobożność. Bardzo nad tym ubolewam, ponieważ te lata mojego życia były całkowicie puste i naznaczone poważnymi słabościami. Moja tępota, powtarzam, stanowiła wielką łaskę. Tylko w ten sposób Jezus mógł mnie zachować dla siebie, pomimo mojej nędzy. Razem z bratem urządzaliśmy religijne święta, ale to były dziecięce zabawy, bez ducha i życia, co napawa mnie wstydem. Och, gdyby dane mi było poznać moją kochaną Madonnę, Jezusa, wiarę!
I tak przystąpiłem do pierwszej Komunii bardzo późno, w wieku jedenastu lat, nie mając żadnego przygotowania z wyjątkiem katechizmu, którego nauczyłem się sam na pamięć; bez świątecznej oprawy, nie rozumiejąc nawet, że przyjmuję Jezusa. Dlatego wspominam moją pierwszą Komunię i Bierzmowanie z wielkim żalem. To, co powinno być radosnym wydarzeniem, wzbudza jedynie bolesne wspomnienia, tym boleśniejsze, że nie znałem Jezusa. Jak tylko Go poznałem, od razu z całych sił pokochałem, rozpływałem się z miłości do Niego. Pan obdarzył mnie wielką łaską, sprawiając, że byłem otępiały, a jeszcze większą wtedy, gdy zabrał mnie ze środowiska rodzinnego i zamknął w domu Vergini.
Całe zło świata musiało przejść przeze mnie
5. Ten okres mojego dzieciństwa obejmuje czas od około siedmiu lat aż do jedenastu i pół, czyli momentu rozpoczęcia nauki w szkole państwowej. To czas, nad którym wylewam gorzkie łzy, najgorszy w moim życiu. Później, choć nadal byłem ociężały umysłowo, odczuwałem w sobie wiele miłosiernych łask Boga, o czym opowiem dalej. Natomiast w tamtych latach byłem pozostawiony samemu sobie, nie kiełkowało we mnie nic oprócz cierni i roztaczałem odór śmierci.
Czuję, że samym tym okresem tysiąc razy zasłużyłem sobie na piekło, i kolejny raz pytam ze łzami: dlaczego nie dane mi było poznać Jezusa, dlaczego nie pouczono mnie w sprawach Wiary? Być może według Bożego planu miałem doświadczyć życia dzikusów; teraz, gdy to piszę, jestem o tym przekonany, jak On sam mnie zapewnia. Całe zło świata musiało przeze mnie przejść, musiałem wszystkiego doświadczyć, ponieważ Jezus chciał pokonać we mnie wszelkie zło, pozwalając mi dotknąć każdej ludzkiej nędzy, wszystkich nieszczęść świata i dusz. Potrzeba było zatem, żebym doświadczył życia dzikusów, i ten okres był dla mnie dzikim życiem. Nie byłem chłopcem, lecz troglodytą; przepraszam za słownictwo, ale to prawda [...].
Sądzę, że trudno byłoby znaleźć środowisko rodzinne podobne do tego, które pobieżnie opisałem. Za to również niech Bóg będzie błogosławiony! Będę częściej pamiętał o biednych dzikusach, wiedząc, że sam byłem jednym z nich, choć żyłem u schyłku XIX wieku. Właściwie trudno to było nazwać życiem - trwałem w unicestwieniu, i cała moja egzystencja miała w sobie więcej z unicestwienia niż z życia.
Pan chciał wybrać zupełnie puste naczynie
W tym okresie zaczęło się we mnie działanie wielkiego miłosierdzia Bożego, które zachowało mnie czystym pośród nieczystości, choć namacalnie przekonywałem się, do czego byłaby zdolna moja natura. Ponadto Pan, dopuszczając, abym nie był w żaden sposób prowadzony, chciał wykluczyć hipotezę, że Jego działanie we mnie stanowiło efekt ludzkiej formacji. Pragnął wybrać całkowicie puste naczynie, niepoddające się interpretacjom tych, którzy sądzą, że działanie Pana to efekt skrzywionej natury.
Nie było we mnie żadnego upodobania do mistycyzmu ani rzeczy nadzwyczajnych; byłem naturą złamaną przez cierpienie, nieczystą, materialną, ograniczoną umysłowo, zredukowaną do dzikości, w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa; ziała we mnie przerażająca pustka ludzkiej nędzy ukazującej całe swe okropieństwo. Ten fakt oddaje Bogu większą chwałę, niż można przypuszczać.
ILUSTRACJE
Ks. Dolindo w 1890 roku, w wieku ośmiu lat.
Rodzina Ruotolo w 1909 roku. Ks. Dolindo pierwszy z lewej, zaznaczony krzyżykiem.
Silvia Valle, matka ks. Dolindo.
Raffaele Ruotolo, ojciec ks. Dolindo.
Ks. Elio Ruotolo (1880-1952), brat ks. Dolindo. Po wstąpieniu razem z nim do niższego Seminarium Księży Misjonarzy (Wincentynów), przyjął święcenia kapłańskie. Bliskość i modlitwa ks. Dolindo towarzyszyła mu szczególnie podczas długiego kryzysu duchowego, jaki przechodził. Przez pewien okres uczył matematyki i fizyki w Rzymie; nadzorował odbudowę Sanktuarium Niepokalanej z Lourdes przy ul. san Nicola da Tolentino w Neapolu. Był proboszczem kościoła San Giuseppe dei Vecchi, przy ul. Salvatore Tommasi w Neapolu, gdzie zbudował w bocznej kaplicy grotę ku czci Madonny z Lourdes i gdzie ks. Dolindo pomagał mu w parafialnej posłudze.
Ks. Dolindo (pierwszy z prawej) w niższym seminarium Ojców Misjonarzy Vergini w Neapolu.
Ks. Dolindo Ruotolo (1882-1970).
Ks. Dolindo (stojący) i jego brat Elio, starszy o dwa lata, w Seminarium Ojców Misjonarzy w 1901 roku.
Ks. Dolindo, pierwszy z lewej, z arcybiskupem Rossano Calabro, Jego Eminencją ks. Orazio Mazzellą w 1909 r.
Ks. Dolindo modli się w "Domu Pisma", siedzibie Apostolatu Druku, przy Vico Lungo Sant'Agostino degli Scalzi w Neapolu.
Ks. Dolindo głosi kazanie z ambony.
Ks. Dolindo pisze obrazek przeznaczony dla dzieci duchowych.
Strona tytułowa i pierwsza strona rękopisu autobiografii ks. Dolindo.
"Historia mojego życia w planie wielkiego miłosierdzia Bożego. Część I. Tom I. Przygotowanie. Symbole, obrazy i praca oczyszczania, 1923. Napisana w całości odręcznie, pod przysięgą opisania całej prawdy, tak jak ją rozumiem i pamiętam. Neapol 9 stycznia 1923 Kap. Dolindo Ruotolo".
Krzyże ze stacjami Via Crucis zbudowane przez ks. Dolindo podczas miesięcy, w których był przetrzymywany u ojców Pasjonistów ze Świętych Schodów, od lutego do grudnia 1921 r. Każdy krzyż jest wykonany z innego gatunku drzewa; na ramionach widnieją wystrugane przez ks. Dolindo rozważania Drogi krzyżowej.
"Dnia 20 sierpnia 1896 roku złożyłem Panu akt pełnego zawierzenia Jego Woli. Przepisałem ten akt z jednego z dzieł św. Alfonsa i nadal go przechowuję: to jedyny dokument pochodzący z mojego dzieciństwa. Ten akt zawierzenia stał się wtedy i pozostał do dziś programem całego mojego życia".
Maria La Rovere (1899-1964).
Anna La Rovere (1862-1920).
Lia La Rovere (1890-1963).
Ks. Salvatore La Rovere (1894-1946).
Anna La Rovere z córkami Marią i Lią.
Ks. Dolindo z córkami duchowymi, które współpracowały z nim w dziele Apostolatu Druku; nazywał je "Gołębicami eucharystycznymi".
Ks. Dolindo odprawia Mszę Świętą w kaplicy Niepokalanej z Lourdes, w kościele San Giuseppe dei Vecchi.
Ks. Dolindo odprawia Mszę Świętą; w ostatnich miesiącach swojego życia odprawiał Mszę przy drewnianym ołtarzu umieszczonym w swoim pokoju.
Ks. Dolindo w 1962 r.
Ks. Dolindo z kilkoma młodymi kapłanami.
Ks. Dolindo przy biurku swojego pokoju, gdzie napisał swoje ostatnie dzieła, w sierpniu 1967 r.
Ks. Dolindo na łożu śmierci
Tłumy na ulicach Neapolu w żałobnym orszaku odprowadzające ciało ks. Dolindo na miejsce pochówku.
Grobowiec, w którym spoczęły doczesne szczątki ks. Dolindo, w kościele San Giuseppe dei Vecchi i Niepokalanej z Lourdes, przy ul. Salvatore Tommasi 20 w Neapolu.
PRZYPISY
1 Wola Boża ukazywała się ks. Dolindo w kilku odsłonach, przez jego spowiednika. W liście z 19 listopada 1921 roku do Eleny Montelli pisał: "Zostałem wezwany do Świętego Oficjum i przestraszyłem się, zacząłem odczuwać dziwną, wewnętrzną agonię. Przy stole jadłem na siłę, a potem poprosiłem na stronę ojca Damazego (pasjonistę), mojego spowiednika, i rozmawiałem z nim ponad godzinę, aby raz jeszcze otworzyć przed nim duszę i otrzymać poradę. Powiedział: "Mój synu, twoja historia jest tak oryginalna i wyjątkowa, że powinieneś ją opisać, aby pamięć o niej nie przepadła. Bóg działa tutaj w sposób niezrozumiały dla tego, kto Nim nie żyje. Bądź spokojny, Pan wszystko rozjaśni i w pełni zatriumfuje"".
2 W czasach, w których pisał ks. Dolindo, w 1923 roku.
3 Grano było neapolitańską oraz sycylijską monetą, która odpowiadała jednej sześćsetnej części uncji złota.
4 Srebrna moneta - w oryginale pezza. Pezza oznaczała ogólnie monetę, zazwyczaj z nazwą metalu, z jakiego została wytopiona.
5 Na potwierdzenie tych wspomnień matki ks. Dolindo przytaczamy następujące świadectwo kuzynki ks. Dolindo, pani Bianki Valle, wdowy Malorni, złożone w Postulacji Generalnej Franciszkanów Niepokalanej: "Jesteśmy bliskimi krewnymi i dobrze wiemy, że już od dzieciństwa dużo się modlił i zamierał jak w ekstazie. Bardzo mocno kochał swoją mamę, a kiedy wracała z Mszy, całował ją w usta, aby poczuć smak Jezusa" (Testimonianze preliminari per l'introduzione della causa di beatificazione del sacerdote Dolindo Ruotolo, s. 289).
6 Z badania grafologicznego wynika, że już w okresie płodowym, kiedy jego matka przeżywała gwałtowność charakteru męża, mały Dolindo odczuwał jej wzburzenie, i przez całe życie wykazywał kompleks niższości, który wychodząc od jego uwarunkowanej osobowości rozpłynął się w sublimacji wielkiej miłości do Boga (por. w Posłowiu do obecnego tomu, s. 861, badanie grafologiczne pisma ks. Dolindo wykonane przez ojca Nazzareno Palaferriego OFMConv).
7 'Tore 'o scemo: Salwator głupek.
8 Brzydkie słowa: sprośności.
9 Monumentalna bazylika San Paolo Maggiore znajduje się w dzielnicy San Lorenzo; jest nazywana San Gaetano, ponieważ spoczywają w niej doczesne szczątki św. Gaetano z Thiene (1480-1547).
10 Kościół Purgatorio ad Arco, albo Santa Maria delle Anime del Purgatorio ad Arco, znajduje się blisko via Tribunali, w historycznym centrum Neapolu.
11 "Akt nazywany heroicznym [...] stanowi odstąpienie duszom czyśćcowym wszystkich wartości pokutnych naszych dobrych uczynków oraz wszystkich bogactw Kościoła, które moglibyśmy zachować dla własnej korzyści. To akt miłosierdzia bardzo miły Bogu, który owocuje wielkim dobrem, ponieważ przyciąga do nas miłosierdzie i hojność Boga oraz skłania dusze czyśćcowe do modlitwy za nas i udzielania nam pomocy" (Ks. Dolindo Ruotolo, Kto umrze, zobaczy, Wydawnictwo M, Kraków 2019, s. 139).
12 Pokój i wyciszenie doświadczane wówczas w Domu Księży Misjonarzy, nazywanych w Neapolu Verginisti, pozostały na zawsze słodkim wspomnieniem w duszy ks. Dolindo. Wielokrotnie wspominały o tym jego duchowe córki w Testimonianze preliminari per la introduzione della causa di beatificazione del sacerdote don Dolindo Ruotolo. Często potwierdzał to sam ks. Dolindo w swoich pismach. W jednym z listów do kuzynki, siostry Marii Ruotolo ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia w Lecce, ks. Dolindo pisze między innymi: "[...] Dwa dni temu poszedłem do Domu "Vergini" w przerwie między jednym kazaniem a drugim. Jest podniszczony, częściowo przebudowany, piękniejszy, niż gdy go opuszczałem, a przecież ze wzruszeniem znów spoglądałem na miejsce, gdzie przez dwanaście lat uczono mnie kochać Boga nade wszystko. W jednym z pomieszczeń przypomniałem sobie słowa pana Cancellario, obecnie staruszka, gdy był naszym profesorem fizyki. Opowiadając w szkole o Boskich celach w ludzkim życiu, powiedział, że nie zawsze odpowiadają naszym planom, i zwracając się do mnie, wtedy osiemnastolatka, rzekł natchnionym głosem: "Skąd możesz wiedzieć, czy Bóg nie pragnie cię w apostolstwie druku dla swojej chwały, a nie tam, gdzie ci się wydaje? Będziesz mógł jedynie pełnić Jego Wolę". Czy był prorokiem? Pan Cappiello, który towarzyszył mi z panem Scialdone i panem Menną w odwiedzinach tego domu, a któremu przypomniałem te słowa, stwierdził: "To przecież autentyczne proroctwo, które wypełniło się w stu procentach". Ponowne ujrzenie tego domu po latach sprawiło mi dużo radości i pomyślałem o cudownej drodze krzyża, najpiękniejszej, jaką Pan może nas prowadzić. Dlatego, kochana siostro Mario, bądź pełna wdzięczności dla Jezusa, Twego Boskiego Oblubieńca, kiedy masz okazję przyjąć jakiś krzyż w codziennym życiu, i błogosław za niego Pana. Stworzenia nie zdają sobie sprawy, że stanowią narzędzia Boga dla naszego uświęcenia, i czasem stają się niczym ostre pilniki, którymi nas szlifuje..." (z listu do siostry Marii Ruotolo, zeszyt 6, kwiecień 1950-4 stycznia 1952, s. 1-4 passim).
13 To zdarzenie ks. Dolindo opisuje następująco na odwrocie obrazka z Madonną: "Tylko Bóg! Niech żyje Maryja! In memoria. Byłem ograniczonym dzieckiem, z trudem rozumującym i uczącym się; trzy razy powtarzałem pierwszą klasę gimnazjum. Po nałożeniu szat kleryka, w dniu 15 czerwca 1896 roku, modliłem się przed tym wizerunkiem Madonny i prosiłem ją o inteligencję. Odmawiałem wraz z innymi uczniami Różaniec Święty i miałem przed sobą ten obrazek położony na książce. Powiedziałem do Madonny: "O moja słodka Mamo, jeśli chcesz, abym był kapłanem, daj mi inteligencję, bo sama widzisz, jaki ze mnie kretyn". Nagle zapadłem w sen na klęcząco, obrazek się poruszył, niesiony wiatrem albo specjalną łaską, nie umiem stwierdzić, dotknął mojego czoła, a gdy zbudziłem się ze snu, mój biedny umysł był gotowy i jasny. Prowadziłem dyskusje na każdy temat, pisałem wiersze, byłem inną osobą, ale - zarówno wtedy, jak i dzisiaj - jedynie w tym, co dotyczyło Bożej chwały... Co do reszty pozostałem i nadal jestem autentycznym kretynem. Uciekam się do Ciebie, moja Mamo, a Ty mnie oświecasz... Jakże jesteś piękna! Ta łaska wzrosła we mnie podczas dwóch spowiedzi generalnych: 5 kwietnia 1898 i 5 maja 1899. Neapol, 24 września 1956. Ubogi kapłan Dolindo Ruotolo".
14 W dodatku fotograficznym Posłowia niniejszego tomu znajduje się zdjęcie wspomnianego pisma ks. Dolindo.
15 W czasach ks. Dolindo dość często można było natknąć się na wychowawców stosujących w seminariach tego rodzaju metody, by wypróbować cnotę kandydatów.
16 Córki duchowe ks. Dolindo pamiętają, że często chwalił on święte życie ks. Misjonarza Fasanariego. Warto podkreślić, że dobre ziarno zasiane w kolegium Vergini przyniosło wspaniałe owoce w życiu ks. Dolindo.
17 Ks. Dolindo zawsze mówił z głębokim szacunkiem o Misjonarzu, księdzu Bernardo Ruggiero, wspominając go jako kapłana wyróżniającego się świętością życia (świadectwo Anny Scotti).
18 Padre Carlo Casalicchio, Gli stimoli al santo amore di Dio e delle santissime piaghe di Ges?. Gli stimoli all'amore della Croce, e del patire, e della frequente comunione. Di pi? gli stimoli all'amore della Santissima Vergine Maria, Giacomo Raillard, Neapol 1692.
19 Giustino de Jacobis (1800-1860), biskup i misjonarz lazarysta, beatyfikowany w 1939 roku przez Piusa XII i kanonizowany w 1975 roku przez św. Pawła VI.
20 Tą zapowiedzią Pan przygotowuje duszę ks. Dolindo na mające nastąpić oczyszczenie oraz osiągnięcie duchowych szczytów, które staną się jego udziałem przez cierpienie.
21 Świadectwa zakonników oraz córek duchowych potwierdzają prawdziwość słów ks. Dolindo. Ofiarnie i wręcz heroicznie ewangelizował ubogich, nigdy zresztą nie przyjmując zapłaty za głoszone w klasztorach czy biedniejszych parafiach słowo.
22 Ks. Dolindo zawsze darzył gorącym uczuciem wszystkich członków rodziny: ojca, matkę, braci i siostry. Korespondencja z najbliższymi została zebrana w tomie III Epistolario ks. Dolindo, Lettere ai familiari, Apostolato Stampa, Neapol 1994.
23 Ks. Dolindo pisze w 1923 roku.
24 Anna Katarzyna Emmerich (1774-1824), mniszka augustiańska, beatyfikowana przez św. Jana Pawła II w 2004 roku. Jej wizje związane z życiem Jezusa, szczególnie Jego Męką, oraz z życiem Maryi, zostały wiernie spisane przez poetę i pisarza Klemensa Brentano (1778-1842).
25 W celu dokonania analizy osobowości ks. Dolindo z punktu widzenia psychologicznego, abstrahując od działania łaski, warto zapoznać się z analizą grafologiczną jego pisma, sporządzoną przez ojca Nazzareno Palaferiego OFMConv, przytoczoną w Posłowiu niniejszego wydania (s. 861).