Prolog
Odkąd sięgała pamięcią, jeszcze nigdy nie była w takim miejscu. Było fantastyczne, sielskie i uspakajające.
Znalazła się w ogrodzie pełnym pięknych dzikich róż, które mieniły się co jakiś czas złotymi refleksami. Zapach kwiatów otulał ją i owładnął całym ciałem tak, że niemal drżała. Wilgotna mgła unosiła się nisko nad ziemią, delikatnie muskając jej bose stopy. Stała na środku kamiennej ścieżki prowadzącej wzdłuż rzędów czerwonych róż, które kwitły aż po daleki horyzont, niknąc w oddali.
Nie miała wpływu na to co robi, była jak bezwiedny liść niesiony podmuchem wiatru. Wyglądało to, jakby obserwowała siebie z boku, jednocześnie odczuwając każdą reakcję ciała. Stawiała niepewnie kroki po kamiennej dróżce.
Miała pewność, że musi iść tą ścieżką.
Miała z tyłu głowy niezaprzeczalną myśl, że nie mogłaby postąpić inaczej. To był pierwotny instynkt, z którym się nie walczy.
W minutę, w godzinę, a może w cały dzień dotarła na koniec ścieżki. Straciła rachubę czasu. Na samym końcu ścieżki jej wzrok padł na majestatyczną, czarną różę ze złotymi liśćmi i łodygą. Ten cud pulsował życiem, wzywał ją, aby go dotknąć. Mimowolnie pochyliła się oczarowana urokiem kwiatu, a jej złociste włosy mieniły się od żaru słońca. Wchłonęła zapach róży, który ku jej zaskoczeniu okazał się słodki, niepodobny do innych woni. Wyczuwała w nim lekki zapach goryczy... i magii.
Tak, to musiała być magia.
Z bojaźnią, ale i też z zafascynowaniem dotknęła czarnej róży, jakby bojąc się, że przy najlżejszym dotyku rozpadnie się w pył.
Jak wszystkie piękne rzeczy.
W tej samej chwili usłyszała głuchy trzask, raniący jej uszy.
Grzmot.
Piękne dotąd niebo pociemniało do nieograniczonej ciemności, a czerwone kwiaty w ogrodzie rozpadły się w szary pył, szczypiący jej oczy.
Całym miejscem porwał wicher, który bezlitośnie orał wielkie bruzdy na ziemi i wyrywał pędy trawy. Kruczoczarne kruki nadleciały z nieba niczym pociski i kłapały wokół twarzy Naviry swoimi ostrymi jak brzytwa dziobami. Kamienna ścieżka zamieniła się w lawę, a ziemia stała się czarna. Momentalnie poczuła się jak w najgłębszych czeluściach krateru. Lub piekła...
Nagle czarna róża uległa niepojętej dla ludzkiego rozumu transformacji, która zjeżyła jej włosy na głowie i odebrała dech. Liście kwiatu zamieniły się w czarne, owłosione łapy, zaopatrzone w pożółkłe, długie szpony. Łodyga przeobraziła się w dziwny, zdeformowany kształt, pęczniejący i nabierający objętości. Z kolei kielich róży stał się nieludzką twarzą bez oczu z nienaturalnie długim podbródkiem. To stworzenie miało czerwone dziury, tam gdzie powinny znajdować się oczodoły, a na miejscu ust pojawiła się wąska, czerwona niczym krew kreska, rozciągająca się od ucha do ucha w maniakalnym, nieruchomym uśmiechu. Istota była czarna jak smoła, a jej kształty rozmywały się co chwila wraz z podmuchami wiatru. Całe ciało było chude i przewyższające Navirę przynajmniej o trzy razy. Przytłaczało cały świat snów swoją obecnością i było okropnie głodne. Tajemniczej istocie gdzieniegdzie odpadały płaty zwęglonej skóry, pod którą ciekła czerwona maź. Nie była to krew. Substancja cuchnęła rozkładem, śmiercią i strachem. Stworzenie pragnęło ludzkiego życia, a wściekłość którą pulsowała, niszczyła cały ogród i sprawiała, że powoli niknął w nicości.
Najstraszniejsza jednak w tym stworzeniu nie była jego cała jego dziwaczność i nienaturalność, ale ludzkie elementy wyglądu. Jakby w groteskowy i nieudolny sposób próbowało naśladować fizjonomię człowieka, a w efekcie wyszła karykatura rodem z najgorszych koszmarów. Monstrum podeszło do niej i rozczapierzonymi długimi szponami uderzyło w Navirę, strącając ją w bezbrzeżną otchłań, która pojawiła się przed chwilą za jej plecami. Spadała w ciemność, a jej krzyk był bezgłośny. Słychać było tylko nieludzki chichot bestii wpatrującej się w nią czerwonymi ślepiami.
Spadanie trwało w nieskończoność. Liczył się tylko strach, który sprawiał, że każda część jej ciała znieruchomiała. Widziała pustkę we wciąż patrzących na nią z góry oczów potwora. Na dnie otworu zobaczyła cmentarz z krzyżami i piękną dziewczynę z rudymi włosami, która uśmiechała się drwiąco, przykładając palec do ust, jakby nakazywała zachować ciszę. Czekała aż nastąpi druzgocący upadek.
Rozdział I
Zbudziła się nagle ze spoconym czołem i drżącymi rękoma. Czuła mocne, nieregularne bicie serca w klatce piersiowej. Niemal odniosła wrażenie, że ktoś ją dusił, ponieważ miała ściśnięte gardło. Z niepokojem zlustrowała wzrokiem swój pokój, ale nikogo w nim nie znalazła. Skarciła siebie w myślach za swój nieuzasadniony strach i uśmiechnęła się w duchu. To tylko zwykły koszmar. Jednak nawet jeśli byłaby bardzo śpiąca za nic w świecie jeszcze raz by nie zasnęła. Popatrzyła na przedzierające się przez biało-niebieskie zasłony promienie słońca. Spojrzała na zegarek. Była dopiero piąta rano, ale postanowiła już przygotować się do wyjścia do szkoły.
Próbowała sobie wmówić, że nocne koszmary mają związek z przeprowadzką z Rzymu, miasta gdzie zostawiła swoje dawne życie i najwierniejsze przyjaciółki. W pewnym sensie została tam cząstka jej samej. Teraz tymczasowo znajdowała się w małym, nieznanym nikomu miasteczku Formello, w którym mieszkała z wujem Albertem, który był bratem jej ojca Anzelma. Czuła się opuszczona przez tatę. Wiedziała jedynie, że był obecnie gdzieś daleko w Polsce w województwie podkarpackim, gdzie pracował jako badacz zabytków. Jednakże obiecał jej, że będzie mogła wrócić za rok do swojego ukochanego miasta. Jednakże, mimo tej obietnicy nie było jej łatwo. Przebywała tutaj zaledwie kilka dni i nie miała pojęcia jak wytrzyma tu cały rok.
W związku z tym, że był to jej pierwszy dzień w nowej szkole pomyślała, że musi zaprezentować się z jak najlepszej strony. Nie chodziło wcale o to, żeby zyskać popularność. Nie mogła jednak zaprzeczyć, że lubiła gdy ludzie ją akceptowali, a w głębi duszy czuła zadowolenie kiedy jej zazdrościli. W Rzymie była jedną z najbardziej znanych osób w szkole, choć nie starała się o to. Po prostu miała w sobie coś, co przyciągało do niej ludzi. Jednak mimo, że miała wiele koleżanek i kolegów, to nie miała w nich prawdziwego wsparcia. Przyjaźnili się z nią, ponieważ była popularna, a gdyby w którymś momencie się potknęła ich "szczera przyjaźń" skończyłaby się niemal tak szybko, jak się zaczęła - w ciągu pięciu minut.
Jej prawdziwymi przyjaciółkami były Tchina i Aurora. Doskonale pamiętała ile niezliczonych razy wymykały się ze szkoły na wagary. Z uśmiechem przypominała sobie ich wielokrotne przechadzki po Rzymie i huczne imprezy u równieśników. Znały się od dziecka i nie miały przed sobą żadnych sekretów. Navira zawsze mogła liczyć na ich wsparcie z powodu złamanego przez chłopaka serca czy w chwilach słabości. A teraz...
Ze smutkiem spojrzała na srebrny wisiorek z przywieszonym na nim malachitem, który był obramowany srebrną obwódką. Mimowolnie wzięła naszyjnik z komody i założyła go na szyję. Dostała go od przyjaciółek w dniu pożegnania, które płakały gdy odchodziła. Tego dnia ostatni raz spacerowały razem ulicami starego Rzymu. W Koloseum podarowały jej ten wisiorek i złożyły sobie obietnicę, że będą zawsze utrzymywać ze sobą kontakt. Już teraz za nimi tęskniła, chociaż minęło tylko dziesięć dni. Codziennie jednak pisała do nich wiadomości, więc jakoś wytrzymywała tą rozłąkę.
Szybko założyła dżinsową rozłożystą spódnicę oraz biały podkoszulek, a na nogi włożyła białe trampki. Nie lubiła nosić niewygodnych butów. Była świadoma swej urody i nie musiała się stroić, żeby zniewalająco wyglądać. Z uśmiechem wspominała ile razy łamała serca chłopakom, pragnącym z nią chodzić. Ale ona nie zamierzała tracić czasu na kogoś, kogo nie kocha. Czekała na tę prawdziwą miłość. Na razie miała tylko przyjaciółki. I to jej wystarczyło. Wiedziała z obserwacji, że związki przynoszą tylko kłótnie i zranienia. Nie zamierzała się w to pakować.
Popatrzyła na swoje odbicie w wielkim lustrze w srebrnej ramie. Ujrzała się w całej okazałości. Z lustra patrzyła na nią szczupła i wysoka dziewczyna z patyczkowatymi nogami. Miała długie, złote włosy, które były ułożone w lekkim nieładzie po nieprzespanej nocy. Zielone oczy miały czarne obwódki niczym kot i wpatrywały się w nią ożywieniem, a na twarzy widniało kilka piegów. Jej delikatnie pociągła twarz z dobrze zarysowanymi policzkami była gładka i nienaznaczona żadnymi skazami.
Chwyciła czarną torbę z książkami i lekkim krokiem zeszła na dół z pierwszego piętra na parter, po szerokich dębowych schodach. Uświadomiła sobie, że dom wuja jest wielki niczym zamek, nawet na korytarzach miał kamienne ściany. Wkroczyła do kuchni w poszukiwaniu jedzenia.
Białe ściany pomieszczenia, rustykalne meble z lat 60 i gliniany piec w kącie tworzyły przedziwny klimat. Jedynym nowoczesnym urządzeniem była wysłużona mikrofalówka. Na półkach leżały zioła i słoiki z nieznanymi jej bliżej substancjami. Natomiast na środku dominował ogromny, kanciasty stół z równie kanciastymi krzesłami. Przy stole już siedział wujek, z pasją wgryzając się w zrobioną przez siebie kanapkę, a potem uśmiechnął się do nadchodzącej Naviry. Pokazał z dumą gotowe śniadanie - kanapki z serem feta i pomidorami. Wokół cały stół był zdewastowany przez kucharstwo wuja.
- Witaj kochana! Widzę, że się nie wyspałaś, bo masz podkrążone oczy, tak że wyglądasz jak sowa. Dobrze się czujesz? Może zrobić ci okład na oczy? - spytał Albert z troską w głosie, nie wiedząc jaką gafę popełnił, komentując jej wygląd.
Uśmiechnęła się ponuro i westchnęła. Lubiła go, choć czasem był taki nieporadny, ale przez te dziesięć dni troszczył się o nią. Napadała na pierwszą z brzegu kanapkę i z pełnymi ustami wykrztusiła:
- W porządku, sowy w końcu nie wyglądają tak źle - rzekła, widząc zmieszanie wuja - Zrobię ten okład później. Czy będę mogła wyjść wcześniej? - poprosiła, patrząc na Alberta maślanymi oczami.
Nie chciała zwierzać się ze swojego koszmaru, gdyż nie chciała niepotrzebnie martwić wuja. Był wysoki, miał krótką, brązową brodę posrebrzaną gdzieniegdzie pasemkami siwizny. Z tego co wiedziała, miał trzydzieści sześć lat, więc był jeszcze stosunkowo młody. Dziwiła się, że jeszcze w tym wieku nie ustatkował się. Może to wynikało z tego, że cały jego wolny czas zajmowały opieka nad końmi, majsterkowanie w warsztacie oraz warzenie dziwacznych specyfików medycznych.
- Niepotrzebnie się pytasz, jesteś już prawie dorosła Naviro, nie zamierzam cię w niczym hamować. Twoje życie, więc ty decydujesz. Masz tu herbatę na pobudzenie i możesz już lecieć - podał jej z uśmiechem zielonkawy napój o nieprzyjemnym gorzkim zapachu. Łyknęła haustem to paskudztwo, zatykając nos, po czym przytuliła Alberta na pożegnanie.
- Hmm... dziękuję.
Była mu bardzo wdzięczna za opiekę. Przez te ostanie dni starał się sprawić, aby choć na chwilę zapomniała o Rzymie. Oprowadzał ją po jego stajni i uczył jeździć na ogierach. Czasem jeździli razem po pobliskich lasach, aby zwiedzić malownicze krajobrazy w Formello. Jednocześnie wujek zakazał jej wchodzenia w dalsze części lasów, a w szczególności w okolice zamku, który znajdował się na zapomnianych obrzeżach miasteczka.
Z mozołem umyła zęby, patrząc na różnobarwne słoiki na półkach w łazience. To było dzieło wuja. Dziwiła się, czemu po prostu nie może kupić normalnych produktów do mycia. Jednak nie zgłębiała się w jego dziwne zachowania i nie pytała o nie.
Zeszła na dół, skacząc po kilka stopni naraz i znalazła się w korytarzu wejściowym, który był długi i wąski. Na kamiennych ścianach wisiały obrazy dumnych ludzi, patrzących na nią z pogardą właściwą arystokratom. Echo jej stóp odbijało się od marmurowej posadzki.
Zauważyła stary, wysoki zegar podobny do stojącej trumny. Zostało jeszcze półtorej godziny do szkoły. Nie zamierzała czekać w domu, więc wyszła na zewnątrz, aby zwiedzić cmentarz, który był po drodze do szkoły. Nie zdążyła go jeszcze zobaczyć, dlatego też pomyślała, że to dobry pomysł spożytkować wolny czas na odwiedzenie tego zabytkowego miejsca w Formello.
Pożegnała się jeszcze z czarnym kotem wuja o imieniu Salem, który przyjął jej pieszczoty z zadowoleniem. Kot był większy od przeciętnych kotów.
Dzień był słoneczny i ciepły, mimo wczesnej pory. Lekki wietrzyk owiewał jej lekko pofalowane blond włosy. Po raz kolejny zdziwiła się czystym powietrzem. W Rzymie zawsze dusiła się spalinami. Dom wuja był zbudowany w stylu podcieniowym, który stosowali holenderscy osadnicy w XVI w. Składał się z dwóch pięter, a na froncie balkon wysuwał się do przodu i opierał się na drewnianych, skręcających się kolumnach. Na białych ścianach nakładały się czarne belki, robiąc wrażenie szachownicy. Przez duże okna w ciemnych ramach odbijało się światło. Z tyłu znajdował się ogród z różnymi rodzajami kwiatów i drzew owocowych ułożonych chaotycznie, ale z rozmysłem. Najbardziej lubiła z nich róże, ale po dzisiejszym koszmarze zmieniła swoje zdanie.
Niedaleko domu wuja było niewielkie jezioro zwane Torendo, nawet stąd widziała srebrzystą taflę odbijającą promienie słońca. Na północy znajdował się majestatyczny, renesansowy zamek z wieloma figurami gargulców i stworów na gzymsach. Nie zwiedzano go z powodu panującej w jego w otoczeniu grozy, o wchodzeniu do środka już nie mówiąc. Wuj wspomniał niechętnie, że w XVII w. w zamku zginęło wielu ludzi podczas waśni braci, rządzących ówcześnie zamkiem. Do dziś nie odnaleziono ich ciał. Niedaleko od domu rozciągał się las, otaczając miasteczko z trzech stron poza południem.
Podążyła ulicą, tracąc z oczu gmach wuja Alberta. Po kilkunastu minutach dotarła na cmentarz. Od razu dostrzegła ogrom krzyży i mogił otoczonych kamiennym murem. Na środku na niewielkim wzniesieniu znajdował się zniszczony kościółek, z zapadniętym dachem i sczerniałymi od wilgoci kamiennymi ścianami. Znalazła się przed wielką na pięć metrów, czarną i misternie zdobioną złotymi dekoracjami bramą.
Z trudem uchyliła bramę, która zaczęła niemiłosiernie skrzypieć.
Na tabliczce z mosiądzu pisało, że cmentarz powstał w 1655 r. Wokół grobów roztaczała się mgła, zasłaniając zwiędłą trawę. Niektóre nagrobki kompletnie się zawaliły, jeszcze inne były w opłakanym stanie. Wszystkie miały jakieś pęknięcia i większość była pokryta gęstym mchem. Napisów prawie nie dało się odczytać. Powoli stawiała kroki, bojąc się nadepnąć na opadłe kamienie z grobów. To miejsce sprawiało wrażenie grozy i zaczął ją ogarniać paranoiczny lęk. Było niesamowicie cicho, a wiatr jakoś przycichł. Miała nieprzyjemne uczucie, że ktoś ją śledzi i ukrywa się za którymś z grobów. Miała ochotę uciec, ale odnosiła wrażenie, że nie byłoby to mądre rozwiązanie. Kiedy mijała opuszczoną kaplicę, popatrzyła ze strachem na uchylone drzwi, ale nie dostrzegła tam nic oprócz ciemności. Odwróciła wzrok i zobaczyła, że kilka kroków dalej znajduje się wielki, marmurowy grób z białą klepsydrą i granitowym krzyżem. Wokół niego były usytuowane figury kruka i gargulca. Wyglądały jakby za chwilę miały ożyć. Ku jej zdumieniu grób był zadbany i wizerunkowo odcinał się od tego zapomnianego, ponurego miejsca. Podeszła do niego, nie zastanawiając się dłużej, przyciągana jakimś instynktem.
Podchodząc bliżej, zauważyła na nim znak gwiazdy. Czuła coraz większe fale mocy bijące od grobu, im bardziej skracała dystans. Gdy znalazła się blisko niego zdołała odczytać złoty napis.
Wyszeptała słowa.
"Wielka moc, wielki dar, wstępuję na Ciebie. Trzy w jedną całość złącz, wspomóż w potrzebie, chroń od Zła. Służyć Dobru pragnę, nic przeciwko. Na wszystko co żyje i żyć będzie jestem Naznaczoną, nie obawiam się niczego co ludzkie i nieludzkie".
Wraz z wypowiedzeniem słów poczuła drgania ziemi pod nogami. Spojrzała w dół i zobaczyła jak grudy ziemi przedostają się przez zwiędłą trawę. Poczuła ogarniające ją ciepło i ujrzała, że wokół niej uformował się okrąg z ognia, który powoli zwiększał się. Jednocześnie wicher wzmógł się, napierając na nią z taką siłą, że ledwie stała na nogach. Otworzyła szeroko swe szmaragdowe oczy, gdy na cmentarzu zaczął padać deszcz i lunął prosto na nią. Jednakże ogień wokół niej nie zgasł - przeciwnie poszerzył się. Poczuła jak ta nieznana moc, która doprowadziła do tego, wchodzi w nią i zaczyna krążyć jej w żyłach.
Wiatr porozrywał z ziemi ruiny nagrobków oraz drzewa, miotając nimi we wszystkie strony. Czuła delikatne mrowienie w całym ciele, ale też niewytłumaczalny spokój i euforię. Rozkoszowała się tym uczuciem, a łzy z jej oczu skapywały na drżącą ziemię, niczym ulewa wokół.
Wzięła głęboki oddech.
Wszystko wróciło do poprzedniego stanu. Porozrzucane groby były na swoim miejscu, żadne drzewo nie było uszkodzone, nawet liście zdawały się być takie same. Niepokojąca cisza ustąpiła świergotowi ptaków. A jednak białego grobu z marmuru po prostu nie było. Na jego miejscu wyrosła czarna róża. Drgnęła ze strachu, gdyż to obudziło w niej złe wspomnienia. Mimowolnie spojrzała na nadgarstek. Jęknęła. Był na niej wypalony kształt róży. Z determinacją próbowała go zetrzeć, żałując, że poszła do tego miejsca. Gdyby nie tajemniczy znak na nadgarstku uznałaby, że wszystko co przed chwilą się wydarzyło, było zwykłą halucynacją.
Z roztargnieniem wycierając mokre oczy od łez, usłyszała za sobą głos starej osoby o spokojnym i tajemniczym tonie. Znieruchomiała zbyt przerażona, by się odwrócić.
- Jesteś Naznaczoną. Oto Formello doczekało się swojej trzeciej Strażniczki i Krąg wypełnił się, Naviro. Spełniłaś swoje przeznaczenie. Dowodem na to jest znak na nadgarstku, który właśnie próbujesz zetrzeć. Nic z tego, to jest piętno na zawsze. Tak jak się spodziewałam, pojawiłaś się dokładnie w tym miejscu.
Odwróciła się, mocno zaciskając pięści. Przed nią stała zgarbiona staruszka, która podpierała się na dębowym kiju. Spod dziurawego kaptura widać było kępkę siwych włosów, a pod nią krzywy uśmiech na pomarszczonej twarzy. Budziła w niej strach, a cała jej dotychczasowa odwaga prysła. Wyjąkała zmieszana, powoli cofając się w tył.
- Przepraszam, muszę iść do szkoły... - serce biło jej niczym młot, gdy uciekała.
Skąd ona mogła znać jej imię i dlaczego mówiła takie dziwne rzeczy? Choć to, co przed chwilą się stało też nie było normalne. Przypominała jej wiedźmę, mimo że starała się tak o niej tak nie myśleć.
W drodze do szkoły bezskutecznie próbowała to racjonalnie wyjaśnić. Wiedziała i czuła, że w jej żyłach płynie jakaś potężna moc, ale nie miała pojęcia co z nią zrobić i dlaczego akurat ją to spotkało. Z napisu z nagrobka i ze słów tajemniczej staruszki wynikało, że są jeszcze dwie osoby takie jak ona.
Była chorobliwie podekscytowana tym wszystkim. Takie rzeczy zdarzały się tylko w książkach o tematyce fantastycznej, których wiele czytała. Była w tym czymś jakaś magia. Może powinna się bać całej tej popapranej sytuacji, ale była bardziej zaciekawiona niż przerażona.
Miała swoją misję.
Znaleźć dwie pozostałe Strażniczki, kimkolwiek są, a także odkryć kim się stała.
Rozdział V
Sala nie była specjalnie wielka, lecz robiła ogromne wrażenie. Wysoko sklepiony sufit ginął w mroku, a na drewnianych belkach wisiały nietoperze, patrząc na nowo przybyłych czerwonymi ślepiami. Najbardziej w oczy rzucał się kryształowy żyrandol, który świecił się na złoto pod wpływem zapalonych na ścianach świeczników i pochodni. Duże, zaokrąglone ku górze okna przepuszczały światło księżyca, oświetlając dwa długie stoły, stojące do siebie równolegle. Każdy z nich był zastawiony wykwintnymi potrawami. Poczuła miły zapach pieczeni i domowego jedzenia. Były tam między innymi półmiski z pieczonymi indykami, kaczki w owocach, parujące zupy w ozdobnych wazach i inne wykwintne dania, których nie potrafiła zliczyć. Nie zabrakło także trunków - ciemno-czerwonego wina, miodów pitnych i soków owocowych.
Na samym końcu sali znajdowała się pusta przestrzeń w kształcie koła, tuż nad wąskim szklanym otworem na suficie. Światło księżyca padało na okrąg, tworząc srebrny słup między podłogą, a wąskim otworem. Słup rozszerzał się ku dołowi. Były ustawione tam trzy krzesła.
Wokół kręciło się mnóstwo kelnerów podających co rusz nowe dania. Niemal wpadła na jednego chuderlawego sługę, który z usłużną miną zszedł im z drogi. Najwyraźniej bał się opanowanej pani Hanchock, która zgromiła go spojrzeniem.
Przy jednym ze stołów siedzieli młodzi mężczyźni ze szkoły: paczka Ernesta oraz Aleksandra. Obie grupy znajdowały się po osobnej części stołu, patrząc na siebie z nieufnością, tak samo jak ich przywódcy. Kątem oka ujrzała Ksawerego, który uśmiechnął się do niej, ukazując swój szeroki uśmiech oraz posępnego Drako, zapalającego właśnie papierosa. Mężczyźni byli ubrani tak jak zawsze, zazwyczaj w skórzane czarne kurtki lub inne nierzucające się w oczy ubrania. Może oprócz Ksawerego i Drako, którzy nosili eleganckie ubrania, jakby buntując się panującemu w walamirowej paczce savoir-vivre. Gdy ujrzeli nadchodzącą Navirę wraz z panią Hanchock walamirzy ukłonili się. Niektórzy byli przemienieni, ponieważ widziała na ich twarzach gadzie łuski.
Ernesto podszedł do nich z kieliszkiem wina.
- No wreszcie. Myślałem, że nasza nowa kandydatka na czarownicę zginie, a to by nie leżało w niczyich interesach. Szczególnie w moim. Słyszałem od Drako, że przez nieuwagę i głupotę jednego z Ichtonów omal nie zginęła. Aleksander lepiej powinien dobierać swoich zaufanych ludzi. Może lepiej niech żyje w niewiedzy o niekompetencji Ksawerego - powiedział Ernesto, lustrując Navirę oceniającym wzrokiem, na co ona oddała mu gniewnym spojrzeniem.
- Nie ma powodów do obaw. Jak widzisz, zjawiła się bezpieczna. Choć nie obyło się bez małego incydentu. W każdym razie cieszymy się, że jest cała i zdrowa. Mam nadzieję, że nie będziesz niepokoić Rady Starszych taką błahostką - rzuciła sucho starsza dama, wyraźnie niezadowolona z jego towarzystwa.
- Nie śmiałbym. Tylko martwi mnie to, że w Ichtonach pokładacie większe zaufanie, choć my Marmutale jesteśmy bardziej kompetentni - westchnął, pocierając palcem bliznę na kąciku ust. - Doprawdy nie wiem, do czego nam potrzebny Krąg Czarownic w Formello, przecież nas walamirów jest wystarczająco wiele by zapewnić bezpieczeństwo.
- Ah... być może nie pamiętasz, jak działaliście na własną rękę w Tivoli i omal nie doprowadziliście do katastrofy. Horda demonów napadła miasto, a my musieliśmy sprzątać po was bałagan. Jak widzisz, wolimy jednak trzymać rękę na pulsie, nawet jeśli wydaje się wam, że macie wszystko pod kontrolą. Przepraszam, Rada Starszych czeka, jeśli pozwolisz... - popatrzyła na niego wzrokiem sugerującym, że czas rozmowy się skończył.
Navira poczuła ucisk na nadgarstku i usłyszała szept Ernesta:
- Nie wiesz, w co się pakujesz. Tu nie jest bezpiecznie. Lepiej stąd uciekaj - rzekł groźnie.
- Nie wiem, o czym mówisz i nie obchodzi mnie to - z trudem wyszarpnęła rękę z jego mocnego uścisku. Zmarszczył brwi, błyskając zielonymi oczami.
Nagle niebezpieczna sylwetka pojawiła się za jego plecami. Był to Aleksander. Zmarszczył czoło ponad swoimi gęstymi brwiami.
- Ernesto, nie próbuj nawet udaremnić tego kontraktu. Magowie i my współpracujemy ze sobą już od kilku pokoleń, nie możesz tego zmienić. Robisz taki sam błąd jak twój ojciec.
- Aleksandrze, ja tylko chciałem się przywitać z tą miłą dziewczyną - rzekł pozornie spokojnie, lecz w jego oczach było widać iskierkę nienawiści.
- Śmiem twierdzić co innego, potrafię słyszeć co inni mówią, nawet z dalekiej odległości. Pozwól w spokoju przejść pani Hanchock i naszej przyszłej czarownicy. Rada Starszych nie może czekać, ma wiele ważnych zadań. Zresztą my walamirzy też, jak zapanowanie nad tym nagłym atakiem wampirów - powiedział, mierząc przywódcę Marmutalów obojętnym spojrzeniem.
Jakiej przyszłej czarownicy? Dlaczego ci dziwni walamirzy zebrali się w tym zamku, czekając nią? O jaki kontrakt chodziło? Miała nadzieję, że to kolejny z jej licznych koszmarów, a ona obudzi się w ciepłym łóżku. Jednak żadna z obecnych tu osób z pewnością nie miałaby chęci odpowiedzieć na nurtujące ją pytania. Nie pozostało jej więc nic innego jak tylko czekać na to, co przyniesie czas.
Navira była zdezorientowana. Czarownica nie kojarzyła się jej dobrze. Miała nadzieję, że po tej nocy nie stanie się zgrzybiałą staruszką z brodawkami na brodzie i spiczastym podbródkiem.
Walamirzy odeszli razem, nadal prowadząc ostrą dyskusję.
Navira z panią Hanchock podeszła do drugiego stołu znajdującego się po przeciwnej ścianie. Siedziały przy nich osoby w różnym wieku. Różnili się od siebie wyglądem i ubiorem, ale każda była ubrana w czarną pelerynę. Ich spojrzenia były skierowane na nią, a ożywione rozmowy nagle ucichły.
Wysoki mężczyzna z wąsami i bokobrodami po bokach uniósł swój melonik w geście powitania. Pod szatą miał brązowy garnitur niczym z czasów XIX w., wyglądał jak angielski dżentelmen. Pani Hanchock skinęła głową, nie zatrzymując się, najwyraźniej zmierzając do końca stołu.
Po drodze zobaczyła kobietę w złotej, dworskiej sukni, z pięknie ułożonym kokiem na szczycie głowy. Na jej ramieniu siedział śpiący nietoperz, szczerząc kły. Uśmiechnęła się do Naviry, a jej oczy zalśniły niebieską poświatą. Wydawała się młoda, miała nieskazitelną cerę. Jednak coś jej mówiło, że jest dużo starsza.
Podszedł do nich kulawym krokiem, postawny i nieco otyły pan w kontuszu, z wielkimi wąsami, spadającymi na brodę. Wyglądał jak szlachcic z turkusowym, zbyt bogatym strojem i szablą w wysadzanej klejnotami pochwie.
- Wreszcie mam okazję poznać naszą przyszłą czarodziejkę. Za zdrowie Kręgu - zaśmiał się, podnosząc wielki kufel z miodem i wypijając go w mgnieniu oka. Uścisnął dłoń Naviry, która ginęła w jego ogromnych rękach. Wyczuwała w jego głosie polski akcent, choć dobrze nie znała polskiego.
- Panie Skrzetuski, nie wypada przy młodej damie. Wybacz, Rada Starszych na nas czeka - rzekła oschle pani Hanchock, a Navirze wydawało się, że widzi na jej twarzy rumieniec.
Pociągnęła nieco brutalnie Navirę dalej, ku zawodowi szlachcica.
Niektóre osoby miały na sobie normalny strój. Cześć z nich dzierżyła laski, inni orby lub różdżki. Większość nie była tak wesoła jak pan Skrzetuski. Z powagą siedzieli spokojnie na wysokich krzesłach.
Doszli do końca stołu, gdzie jak domyśliła się, siedziała Rada Starszych. Były to trzy osoby, a każda z nich miała tiarę na głowie w innym kolorze - białym, złotym i czerwonym. Siedzieli na podwyższonych krzesłach na szczycie stołu z zaciekawieniem wpatrując się w Navirę. Dwóch starszych panów wyglądających niczym starożytni magowie oraz młoda kobieta o jasnozłotych włosach i krwiście czerwonych ustach. Chudszy z magów w białej tiarze z białą, długą brodą uśmiechnął się do Naviry przyjaźnie, trzymając w ręku niedojedzony kawałek ciasta. Następnie skinął z powagą głową, a okruszki z placka poleciały na jego potężną brodę. Zdawał się tego nie zauważać. Pogodnym tonem przywitał się z panią Hanchock.
- Elonoro, jaśniejesz. Cieszę, że doprowadziłaś Navirę do nas. Przepyszne te ciasto naprawdę. Muszę mieć przepis. Jestem Valenty Crisbone. Ah, miałem wygłosić jakąś przemowę, czyż nie? - rzekł z konsternacją, kiedy drugi mag w czerwonej tiarze popatrzył na niego z wymową spod nierównych krzaczastych brwi.
Nagle spod jego szaty wyłonił się wąski pyszczek jakiegoś zwierzęcia. Był to biały lisek z co najmniej czterema pokaźnymi ogonami, który z łatwością wspiął się po szacie czarodzieja prosto na jego ramię. Z niedowierzaniem patrzyła, jak czerwonookie zwierzę szepce coś do jego ucha. Oczy Valentego zalśniły, jakby sobie coś przypomniał.
- Dziękuję, Zachariaszu - zwrócił się poważnie do liska.
Pomyślała, że ten pan ma nierówno pod sufitem, ale nie odzywała się, nie będąc o nic pytana.
Zwierzę momentalnie schowało się w połach płaszcza staruszka.
- Zostawiam wam pod opieką pannę Criscello, jeśli Rada pozwoli...? - spytała wyczekująco pani Hanchock.