Iva
KILKA MIESIĘCY WCZEŚNIEJ
- Iva, zjadłabyś coś porządnego... Wpadasz jak wiatr, łapiesz jabłko i wybiegasz - Maria próbowała przemówić córce do rozsądku.
- Oj, mamuś... Jadłam już dziś sałatkę. Lecę do Nivy - dziewczyna
odpowiedziała na jednym wdechu i już jej nie było.
Maria pokiwała znacząco głową z dezaprobatą, ale chwilę później
uśmiechnęła się pod nosem, wspominając, jak to było, gdy sama miała
siedemnaście lat. Komu by się wtedy chciało jeść? Hormony buzują, a doba
jest za krótka na to, by zrealizować wszystkie plany, które każdego dnia
rodzą się w młodzieńczej głowie. Rozumiała córkę, ale też martwiła się o nią. Była taka szczuplutka. Kochała swoją jedynaczkę ponad wszystko,
zwłaszcza że przeszła niełatwą drogę, by ją mieć. By jej się udało
zostać mamą. Stare dzieje - pomyślała, oddalając od siebie te trudne
wspomnienia, i poszła wstawić pranie.
***
DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ
- Co oglądacie? - kiedy Iva nieśmiało zagajała w ten sposób rozmowę,
wiadomo było, że czegoś od rodziców chce.
- Serial... - zaczęła mama. - Ale...
- To ja nie będę przeszkadzać. Później przyjdę - dziewczyna szybko się
wycofała, ale Maria zatrzymała ją w pół słowa:
- Hej, hej... Czekaj... Możemy później obejrzeć powtórkę. Co jest?
- A bo Niva robi urodziny. Jako pierwsza z klasy. Jest najstarsza.
Zapoczątkuje tegoroczne osiemnastki. I robi taką wielką imprezę. Wiecie...
Jak wesele prawie. Na sto osób. W dodatku nad morzem. W ich domku
letniskowym z ogrodem. Dlatego urządza ją teraz - w wakacje. Nie czeka
na koniec roku, kiedy faktycznie się urodziła. Żeby skorzystać z pogody.
To moja najlepsza przyjaciółka i chciałabym się mocniej zaangażować w przygotowania... I pojechać tam z Nivą już tydzień wcześniej -
wyrecytowała jednym tchem, jakby bojąc się dać któremukolwiek z rodziców
dojść do głosu.
- Zgadzam się! - odparła Maria bez żadnych dodatkowych pytań.
- Co??? - Iva niemal przetarła oczy z niedowierzania.
- Za szybko? Mogę wycofać zgodę - zaśmiała się mama.
- Nie. Nie... Przyznam, że spodziewałam się batalii, ale jestem megamiło
zaskoczona, mamuś. A ty, tato, też nie masz nic przeciwko? - Iva wolała
dopytać.
- Skoro mama się zgadza, to ja też - ojciec jak zwykle nie wysilił się
zanadto, ale w tym akurat przypadku Ivie to niespecjalnie przeszkadzało.
Wybiegła zachwycona z pokoju i natychmiast zadzwoniła do przyjaciółki.
Iva i Niva
Rodzice trzymali Ivę krótko, stąd zaskoczenie dziewczyny. Ufali jej i mieli z nią dobre relacje, ale wychodzili z założenia, że panienka z dobrego domu nie powinna się szlajać po nocach, łazić po knajpach zbyt
często, przesiadywać pod blokiem na ławce i skubać słonecznik. Dlatego
Iva często słyszała "nie", kiedy prosiła o coś, co dla jej koleżanek z klasy było normą. Ale tym razem uznali, że to absolutnie wyjątkowa
sytuacja. Za chwilę i ona będzie miała osiemnaście lat. Stanie się
pełnoletnia. Zda maturę. Wyfrunie z domu na studia. Osiemnastkę ma się
raz w życiu. Z Nivą przyjaźniły się od dziecka. To absolutnie naturalne,
że traktowała jej święto niemal jak swoje. Maria i Piotr znali rodziców
Nivy. Nie przyjaźnili się, bo pochodzili z nieco innych światów, co
dziewczynkom w przyjaźni zupełnie nie przeszkadzało, ale jedni drugich
szanowali i uważali za godnych zaufania. Niva pochodziła z bardzo
majętnego domu. Dzięki temu jej mniej zamożna przyjaciółka nieraz
spędziła darmowe wakacje nad polskim morzem. A kiedy chorowała jako
nastolatka - rodzice Nivy udostępnili całej rodzinie Ivy swój nadmorski
domek na prawie dwa jesienne miesiące, żeby wyjechali i nawdychali się
jodu, żeby mała mogła nabrać odporności. W dodatku nigdy nie oczekiwali
żadnej wdzięczności i niczego w zamian. Mogli sobie pozwolić na
bezinteresowne pomaganie i robili to. Dziewczynki planowały studia w tym
samym mieście. Nie wyobrażały sobie życia bez siebie. Jedna marzyła o Poznaniu, druga o Wrocławiu, więc ustaliły, że jeśli jedna się dostanie
i tu, i tu, a druga tylko do jednego miasta, pójdą do tego jednego
razem. Jeśli obie się dostaną do obu miast - będą losowały, dokąd
ostatecznie wyruszą, ale na pewno obie w to samo miejsce. Już i tak
musiały się liczyć z tym, że będą chodziły na inne uczelnie, bo mimo
wspólnych pasji i prawdziwej, niemal siostrzanej miłości, jaka je
połączyła - jedna była typową humanistką, a druga umysłem ścisłym, więc
studiowanie tego samego nie wchodziło w grę. Nie szkodzi. Najważniejsze
było to, że po uczelni wrócą na tę samą stancję i będą sobie mogły
opowiadać godzinami, jak im minął kolejny dzień poważnego, dorosłego
życia. Nie mogły się tego doczekać, ale zanim... Trzeba było jeszcze zdać
maturę i dostać się na te studia, więc trochę stopowały swoje marzenia i sprowadzały się na ziemię wizją zakuwania przez cały rok...
Jak się poznały?
W piaskownicy... Wówczas ich rodzice mieszkali na jednym osiedlu. Rodzice
Ivy wciąż tam mieszkają. Rodzice Nivy przenieśli się na luksusowe
osiedle zamknięte.
Wiele lat wcześniej dwie małe słodkie dziewczynki w pastelowych
sukieneczkach przyszły z babciami na plac zabaw. Babcie szybko się
zgadały i miło spędzały czas na wspólnej rozmowie, łypiąc przy okazji
jednym okiem na wnuczki. W pewnym momencie do jednej z dziewczynek
podszedł osiedlowy urwis - Bartuś:
- Oddaj siamochód. Jesteś dziewciną. Lalkami się baw - nakrzyczał i próbował wyszarpać małej autko z rąk. Ta (jak się później okazało Niva)
zaczęła piszczeć:
- Sam się baw lalkami. Bardziej do ciebie pasują niż auta - pojechała
młodemu rasowo. Bartuś się wściekł i rzucił na Nivę. Babcia już się
zerwała z ławki, ale okazało się, że jej interwencja nie będzie
potrzebna, bo bawiąca się nieopodal Iva (wtedy jeszcze po prostu Iwonka)
ruszyła w stronę dziecięcej szamotaniny i odważnie złapała małego za
ucho. Potargała nim porządnie i napyskowała w podobnym tonie do Nivy:
- A ty co? Dziewczynkę bijesz? Skoro tak, to nawet na zabawę lalkami nie
zasługujesz...
Bartuś zrobił się czerwony jak burak i uciekł.
Małe przybiły sobie piątkę. Podobno wyglądały komicznie. Umorusane, ze
zmierzwionymi włosami, słodkie jak aniołki, ale z bardzo bojowymi
minami, które już wtedy świadczyły o tym, że w przyszłości nikt nie
będzie im w kaszę dmuchał.
- Rozdarł ci sukienkę - powiedziała jedna do drugiej.
- Trudno. Ta bitwa była tego warta - odparła z dumą Iwonka.
A babcie nie wiedziały, czy płakać, czy się śmiać. I obie czuły dumę, że
ich wnuczki rosną na dziarskie kobietki. Mogły mieć wtedy jakieś pięć
lat.
Przedstawiły się sobie:
- Niwa.
- Ale ładnie... Nie znałam tego imienia. Ja jestem Iwonka.
- Czyli Iwa. Niwa i Iwa. Fajnie, nie?
I tak zostało na lata. Potem jeszcze zmieniły "w" na "v" w pisowni - co
czyniło ich imiona jeszcze bardziej zadziornymi i nikt sobie już nie
wyobrażał Nivy bez Ivy i Ivy bez Nivy. One same śmiały się, że to
symboliczne dopasowanie imion wtedy w piaskownicy było swego rodzaju
rytuałem braterstwa krwi - tylko bez... krwi. Pobrudzone i porozrywane
sukieneczki musiały wystarczyć.
Iva i Niva
TERAZ
- Ivka, doradź, co robić z alkoholem... - ten temat był jedynym problemem,
który niepokoił przyszłą solenizantkę podczas przygotowań.
- Nie rozumiem. Czym się martwisz? - Iva chciała pomóc przyjaciółce, ale
niespecjalnie rozumiała, w czym rzecz.
- Mam wątpliwości, ile tego alkoholu kupić i jaki konkretnie. Z jednej
strony - jak będzie za mało, to impreza może się szybko skończyć, z drugiej strony - jak się chłopaki z klasy schleją i zrobią tu chryję, to
nigdy już nie będzie szansy, nawet marnej nadziei na jakąś przyjemną
imprezkę nad morzem.
- No tak. Teraz rozumiem. Słuchaj... Ani ja, ani ty nie pijemy zbyt dużo.
Będziemy czuwać i trzymać rękę na pulsie. W razie czego poprosimy
twojego brata o pomoc. Jest starszy, to jakoś pijaną gówniarzerię
ogarnie...
No właśnie... Niva miała starszego brata. Marzyło jej się, że Iva i Miko
zakochają się w sobie. Wyobrażała sobie czasem, że jej ukochana
przyjaciółka zostaje w przyszłości jej bratową. Wówczas naprawdę stałyby
się rodziną, chociaż i tak w sercu jedna drugą traktowała jak
najprawdziwszą siostrę. Może na tej osiemnastce jakoś między nimi
zaiskrzy? - myślała z nadzieją i przyznała Ivie rację w sprawie
alkoholu.
- Słusznie... Miko na pewno sobie poradzi. Zwłaszcza że przyjdzie z trzema
kolegami. To był jego warunek. Powiedział, że bez kumpli umrze na
imprezie przedszkolaków. Wielki dorosły się znalazł.
Zaśmiały się.
Kilka dni później absolutnie wszystko było gotowe i zapięte na ostatni
guzik. Pozostała kwestia kreacji dla solenizantki i jej najbliższej
przyjaciółki. Dziewczyny postanowiły następnego dnia wybrać się do
miasta nieopodal na zakupy, a teraz już tylko korzystać ze słońca, z wakacji i faktu, że domek letniskowy rodziców Ivy znajdował się naprawdę
blisko plaży.
Młodość jest piękna...
Kilkanaście minut później - radosne, pełne pasji, wigoru i planów,
leżały na ręcznikach, spijały łapczywie promienie słońca, opalając swoje
piękne, jędrne ciała i planowały, jakie cuda modowe wyhaczą nazajutrz w miejscowej galerii.
- Ja mam trudne zadanie. Muszę wyglądać świetnie, ale nie wolno mi kupić
stylówki, która przebije twoją... - dumała Iva.
- Nooo... Faktycznie... - przyznała jej rację Niva, co obie z zupełnie
niewiadomych im powodów wprawiło w atak głupawki. Nie mogły przestać się
śmiać. To kolejny objaw, który czyni młodość tak fantastyczną.
***
OSIEMNASTKA NIVY
Wyglądały jak boginie. Obie wysokie, smukłe, zgrabne, z nogami jak męska
bezsenność - żeby sparafrazować Kobranockę. Lato było upalne, więc
postawiły na przewiewne tkaniny. Iva wybrała granatową, krótką sukienkę
na ramiączkach, Do tego turkusowe sandałki z wąziutkich paseczków. Włosy
przewiązała tasiemką w identycznym odcieniu. A na dłoni błyszczał
znacznych rozmiarów pierścionek z okazałym turkusowym oczkiem. Tyle.
Żadnej przesady. Żadnego przezdobienia. Czystość. Subtelność. Wdzięk. Na
tle koleżanek - z mocnym, chwilami aż wulgarnym, makijażem, wyczesanymi
fryzurami, utrwalonymi toną lakieru, ordynarnymi szpilkami, które miały
czynić je doroślejszymi i w ich mniemaniu bardziej kobiecymi - wyglądała
jak kwiat z ogrodu Nivy. Była taka czysta, prawdziwa, dziewczęca. Niva -
gwiazda tego wieczoru - zaszalała i solidnie odchudziła swój portfel,
wybierając zgrabny kombinezon w kolorze fuksji, za to w klasycznym,
eleganckim, acz młodzieńczym kroju. Do tego make-up no make-up, włosy
gładko zaczesane w koński ogon, zero biżuterii i proste przezroczyste
buty na szpilkach, które przez brak koloru sprawiały wrażenie, jakby
nogi dziewczyny były jeszcze dłuższe, o ile to w ogóle było możliwe.
Wszystko to powodowało, że owszem, rzucała się w oczy, bo jakżeby
inaczej, ale wyróżniała ją - podobnie jak przyjaciółkę - naturalność,
klasa oraz wizerunek dostosowany do wieku i okazji.
Miko - ku radości Nivy - nie mógł oderwać wzroku od jej najlepszej
przyjaciółki, ale uwagę Ivy przykuł jego najlepszy kumpel - Mati. Tak to
w życiu bywa. Bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz. To
zresztą akurat było obustronne zauroczenie od pierwszego wejrzenia. Iva
- jak na rasową przyjaciółkę przystało - była na tej imprezie niczym
świadkowa panny młodej na jej ślubie i weselu. Czuwała nad tym, by
niczego gościom nie brakowało. Gdy w którejś części stołu kończyły się
chipsy, natychmiast biegła do spiżarki po zapasy. Podobnie z napojami,
alkoholami, owocami, przekąskami i wszystkim, czego zdrowa i silna
młodzież jest w stanie zjeść tonę i wypić hektolitry.
- Pomogę ci - Mati wyłapał moment, kiedy znowu biegła po kolejne
wiktuały...
- O... świetnie! Dziękuję... Nie sądziłam, że tak często będę tu biegać -
zaśmiała się.
- Umówmy się, że od teraz będziesz po prostu mnie informować, co trzeba
dołożyć i gdzie, a ja pobiegam za ciebie - zaoferował się szarmancko.
Iva poczuła, że pąsowieją jej policzki, ale w przygaszonym imprezowym
świetle chyba nie było to specjalnie zauważalne...
***
- Zatańczysz? - Miko odważył się zrobić ten krok i podszedł do Ivy,
mając poczucie, że teraz albo nigdy.
- Jasne! - Iva z przyjemnością przyjęła zaproszenie do tańca, nie
podejrzewając nawet, że może się za tym kryć coś więcej poza zwykłą
sympatią. Znali się z Miko od dziecka. Co prawda on był od dziewczyn
sporo starszy, bo aż o dziesięć lat, więc nigdy nie udało im się
nawiązać jakiejś niesamowicie bliskiej relacji, ale jednak... Kiedy bawiły
się lalkami w mieszkaniu Nivy, Miko był nieopodal. Kiedy szły do
Pierwszej Komunii Świętej, Miko osiągał pełnoletniość. Kiedy wcinały
gofry zrobione przez mamę Nivy i perorowały przy tym zaciekle o losach
bohaterki ich ulubionej bajki, Miko kradł im gofra i wołał: "Takie
gówniary nie powinny za dużo jeść!". Ale przyszedł taki moment, kiedy
zarówno dziewczyny, jak i Mikołaj przeszli przez pewną cienką granicę,
za którą czas się wyrównuje i dopasowuje, a koleżanka upierdliwej
młodszej siostry przestaje być równie upierdliwą małolatą, która
przeszkadza, bo pałęta się między nogami. Nagle, jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki, staje się piękną kobietą, od której nie da się
oderwać wzroku. Dla Miko ta granica została właśnie przekroczona. Dla
Ivy absolutnie nie. Miko to Miko. Za to jego kolega Mati... To już
zupełnie inna historia. Iva szalała w tańcu z bratem Nivy. Czuła się z nim swobodnie. Śmiała się. Wirowała. Bawiła się znakomicie. Ale kiedy
podczas kolejnego setu tanecznego do tańca poprosił ją Mati, Miko
dostrzegł ten charakterystyczny rodzaj wstydu i onieśmielenia u młodej
kobiety, który może oznaczać tylko jedno... On jej się cholernie podobał.
Matiego też znał przez całe życie. Porządny gość. Dobry kumpel. Ostatni
raz tak jak na Ivę patrzył na Sylwię pięć lat temu. Niedługo potem
Sylwia została dziewczyną i największą miłością Matiego, więc gdy poszła
w tango z Irkiem, złamała mu serce i wydawało się, że już nigdy nie
zaufa żadnej i już nigdy na żadną nie spojrzy tak, jak patrzył na
Sylwię, która tego nie doceniła. Teraz jednak tak właśnie patrzył na
Ivę. Miko poczuł ukłucie zazdrości, z którym nie mógł sobie poradzić. Na
jego oczach Amor ustrzelił tych dwoje. Gdyby nie fakt, że takie miłosne
dyrdymały uważał za straszny kicz, mógłby przysiąc, że był świadkiem
"zaiskrzenia", o którym tak pięknie czyta się w książkach i które tak
sugestywnie odgrywają aktorzy komedii romantycznych. Iva i Mati patrzyli
sobie w oczy i obchodzili się ze sobą w tańcu tak delikatnie, jakby bali
się, że jedno drugie mogłoby spłoszyć.
- Stary... dobrze, że mnie zaprosiłeś na tę imprezę. Przyjaciółka twojej
siory jest... mega! - Mati dosiadł się do kumpla, by nieco ochłonąć, a przy okazji podpytać Mikołaja o coś więcej.
- Czy ja wiem...? Znam ją od dzieciaka... - Mikołaj wspiął się na wyżyny,
żeby wiarygodnie zagrać totalną obojętność...
- Jaka ona jest? Powiedz mi o niej coś więcej, bo dziś mam wrażenie, że
poznałem anioła...
- Wiesz co, stary... Zwykła szczujka. Tak ci powiem. Lubi facetów. Okręca
ich sobie wokół palca, a potem rzuca. Potrzebne ci to znowu?
Samo mu się tak powiedziało. Poczuł do siebie wstręt. Zwłaszcza że nie
znał subtelniejszej, uczciwszej i porządniejszej dziewczyny od Ivy. A wykorzystał największy ból i lęk przyjaciela po to, by mu zohydzić
pannę, która i tak nigdy nie będzie jego. Podczas tańca zrozumiał, że
dla niej zawsze będzie "bratem Nivy", w dodatku takim, który w przeszłości nieraz wykazał się złośliwością i nieraz starał się
uprzykrzyć życie małolatom. Ot tak dla zabawy. Jak to starsi bracia
młodszym siostrom, a i przy okazji - rykoszetem - ich przyjaciółkom.
- O kurde... Dobrze, że mówisz... Nie wyglądała na taką... Ale Sylwia przecież
też nie wyglądała - Mati posmutniał, zamyślił się, powrócił pamięcią do
trudnych momentów, które długo odchorowywał, a Mikołaj poczuł się
jeszcze gorzej, bo dodatkowo przypomniał kumplowi to, co niemal
doprowadziło go do ciężkiej depresji.
Jakoś dotrwali do końca imprezy. Iva starała się od czasu do czasu
ściągać wzrokiem Matiego. Miała nadzieję, że w tym tańcu poczuł on,
podobnie jak ona, to coś. Gotowa była przysiąc, że zadziałała między
nimi jakaś magia. Tymczasem nagle chłopak zaczął traktować ją jak
powietrze i nie szukał więcej z nią kontaktu, nawet wzrokowego. Miała
ochotę pożalić się Nivie, przegadać z nią ten temat, ale uznała, że
jakoś dotrwa do kolejnego dnia. W końcu tej nocy to nie ona była
najważniejsza. Niva świętowała, ale kątem oka obserwowała sytuację. A że
znała dobrze całe to towarzystwo - wysnuła swoje wnioski.
***
NASTĘPNEGO DNIA
- Jak tam kacyk, sis? - Iva nalała pełnoletniej (w sensie symbolicznym,
wciąż nie kalendarzowym, ale jednak...) przyjaciółce soku ze świeżo
wyciśniętych pomarańczy. Uznała, że witamina C jej się przyda, chociaż
tak naprawdę wiedziała, że Niva nie przesadziła z alkoholem. Nigdy nie
przesadzała. Ale emocje, drinki, impreza do rana - to wszystko na pewno
jakoś się odbiło na samopoczuciu Nivy.
- Kaca brak i jestem megazadowolona. Było super. A ty jesteś na maksa
kochana, że tak dbałaś o to, by niczego nie brakowało... Ja to wszystko
widziałam. Strasznie ci dziękuję. Mam nadzieję, że jednak zdołałaś się
też trochę pobawić... - Niva spoglądała na Ivę bacznym okiem, czekając,
kiedy ta sama zacznie opowiadać o tym jakże istotnym tańcu...
- Tak... Było super. Tylko... - Iva zmarkotniała, ale zaniechała tematu i powtórzyła: - Było super.
- Kochana! Znam cię... Było super w tańcu z Matim, tylko... potem nie było
kolejnego tańca?
- Jezu... Kogo ja próbuję oszukać? - zaśmiała się gorzko. - Jak myślisz, o co mu chodzi? Początkowo wydawało mi się, że wpadliśmy sobie w oko.
- Muszę przyznać, że też takie odniosłam wrażenie... Dziwna sprawa.
Matiego znam od lat. Przyjaźni się z Mikim mniej więcej od piaskownicy.
Tak jak my. Tak iskrzyło między nami, że uuu... Normalnie bałam się, że
dojdzie do wyładowań i że korki pójdą - zaśmiała się, ale natychmiast
spoważniała. - Potem faktycznie coś się nagle ochłodziło... Poczekajmy.
Może się wystraszył. Nie znam szczegółów, ale pamiętam z opowiadań, że
kilka lat temu przeżył, zdaje się, jakiś poważny zawód miłosny czy coś w tym stylu... Może się wycofał, bo przeraziły go emocje, które poczuł?
- Kilka lat temu? Chłopak w jego wieku ma na koncie jeden zawód miłosny
i po kilku latach miałby się wystraszyć, bo mu się laska w tańcu
spodobała... Nie no... Bez przesady. Żyjemy w XXI wieku.
- Tak, ale Mati jest jakby z innych czasów. Jak kocha, to na zabój. Jak
cierpiał - to całym sobą. Z nikim się potem nie spotykał. Mocno to
przechorował. Pamiętam, bo Miko strasznie się o niego bał. Żeby coś
głupiego nie strzeliło mu do głowy. Więc rozumiesz, jaki to był kaliber...
- O kurde... No to faktycznie... Cholera... To teraz jeszcze bardziej mi się
podoba.
- Spokojnie czekaj... Nie mam wątpliwości, że coś tam się u niego
zadziało. To się czuło w drugim końcu sali. Serio. Nie pocieszałabym cię
przecież tak głupio - Niva analizowała swoje spostrzeżenia, bo do pełnej
układanki brakowało jej jakiegoś puzzla i nijak nie mogła pojąć, gdzie
tego puzzla szukać.
- Wiem, wiem... Dobra. Nie gadajmy o tym. Proponuję plażę i lody. Potem
solidnie tu posprzątamy i koniec tego dobrego. Wracamy do domu, kochana!
- Iva sprowadziła je obie na ziemię.
- Dobry plan. Plaża. Lody. Nie myślmy na razie o powrocie!
Iva i Niva
PLAŻA
- Ale mi dobrze... Teraz zaczynam odczuwać zmęczenie po tym całonocnym
bieganiu do spiżarki - Iva rozkoszowała się słońcem, w którego
promieniach kąpała całą swoją ładnie już opaloną sylwetkę.
- Oj, ja też czuję, że emocje ze mnie schodzą, i jestem jakaś taka
słaba, ależ mi przyjemnie... A ty, Iva, planujesz robić osiemnastkę jakoś
hucznie? Masz urodziny w październiku, więc trzeba by się powoli zacząć
zastanawiać nad dobrą miejscówką. Nie?
- ...
- Iva! Słyszysz mnie czy zasnęłaś?
- Dlaczego tak nagle zobojętniał? - Iva zatopiła się w zupełnie innym
świecie.
- Aaaa. Już rozumiem. Nie pogadamy raczej o niczym innym, dopóki ten
dupek nie odnajdzie ponownej drogi do ciebie. No trudno... - Niva śmiała
się, ale Iva nawet tego już nie usłyszała. Myślami była w tańcu z chłopakiem, który bardzo zapadł jej w pamięć i młode, niewinne jeszcze
serce.
Nawet dźwięk telefonu Nivy nie wybił jej z rozmyślań. Uczyniły to
dopiero pierwsze słowa przyjaciółki, na które Iva wybałuszyła oczy i zamarła.
- O, cześć Mati. Słuchaj, nie mogę ci podać numeru do Ivy bez jej zgody,
ale może sama ci poda. Leżymy sobie właśnie na plaży. Chcesz ją do
telefonu?
Iva zaczęła nerwowo się wachlować. W sekundę stanęła niemal na baczność.
Przejęła telefon od przyjaciółki i starała się bardzo, by jej głos
brzmiał obojętnie i nie wskazywał na choćby część tych emocji, które
właśnie w niej wrzały, a może już nawet zaczęły bulgotać.
- Witaj, Mati... Czy coś się stało? - zapytała nieco prowokacyjnie.
Usłyszawszy odpowiedź, nie mogła sobie odmówić cienia ironii: - Nie
udało nam się porozmawiać podczas imprezy, chociaż czasu nie brakowało,
więc wolę dopytać... - po chwili, podczas której Mati obiecał, że
wytłumaczy dziewczynie kosmiczną pomyłkę, której padł niejako ofiarą,
Iva szybko ucięła temat, bo nie chciała zabrzmieć jak ktoś, kto robi
wyrzuty swojemu jeszcze nawet nie koledze. Mógłby pomyśleć, że gdyby się
zaczęli spotykać, to co chwilę czekałaby na niego awantura i rozliczanie
z każdego słowa, czynu, gestu. - Absolutnie się nie tłumacz. Nie mam do
ciebie żadnych pretensji. Naprawdę się wystraszyłam, że coś się stało.
Jeśli chcesz się ze mną napić kawy, to jasne. Z przyjemnością... -
odpowiadała spokojnie, jakby jej nie zależało zupełnie, po prostu się
godzi, bo akurat nie ma lepszych planów, ale mimo spokojnego tonu
skakała z ekscytacji i wewnątrz siebie tak naprawdę bezdźwięcznie
piszczała z radości.
Niva bardzo się ucieszyła z takiego obrotu sprawy:
- O, szybko poszło! - krzyknęła do przyjaciółki, gdy tamta tylko
skończyła rozmawiać przez telefon.
- Jezu, Jezu, Jezu... W co ja się ubiorę? Jak powinnam wyglądać, idąc na
kawę? Kurczę... To przecież tylko kawa. Nie jakaś randka. Kolacja. Czy
coś. Nie mogę się jakoś wystroić, żeby nie zrobić z siebie idiotki. Ale
T-shirt i dżinsy to chyba zbyt codziennie, nie? On jest o dziesięć lat
starszy... A jeśli uzna, że jestem gówniarą, małolatą, z którą nie ma o czym gadać? O czym powinnam rozmawiać z chłopakiem, od którego dzieli
mnie dekada? Nie... Chyba powinnam to odwołać - trajkotała jak katarynka.
Policzki jej płonęły. Niva śmiała się w głos. Przytuliła rozemocjonowaną
przyjaciółkę i kiedy poczuła w swoich ramionach, że emocje i całe
napięcie powoli z Ivy schodzą, powiedziała:
- Kochana moja... Będzie pięknie. Zobaczysz. Marzyłam co prawda, że to
będzie Miko. Ale trudno. Możesz być "tylko" moją duchową siostrą, nie
bratową, ważne, żebyś była szczęśliwa...
Maria i Piotr
Rodzice Ivy byli dosyć specyficznym małżeństwem. Niby bliscy sobie, ale
tak naprawdę od lat żyjący bardziej obok siebie niż ze sobą. Gdyby ich
ktoś zapytał, czy się kochają - pewnie odpowiedzieliby coś w rodzaju:
"Co to za pytanie? Pewnie, że tak. Przez całe życie razem przecież, to
jak inaczej?". Ale gdyby ktoś poprosił, żeby wymienili chociaż jedną
sytuację, kiedy w ostatnich latach robili coś razem - dla siebie, dla
rozrywki, dla swojego związku - zapewne nie byłoby im łatwo ją sobie
przypomnieć.
Poznali się jako bardzo młodzi ludzie na imprezie urodzinowej u wspólnego kolegi. Maria szkoliła się na fryzjerkę. Piotr miał przejąć
firmę melioracyjną po ojcu. Uczył się w technikum i pracował w każdej
wolnej chwili u ojca w zakładzie, żeby się na bieżąco przyuczać. Lubił
przyglądać się tacie. Lubił patrzeć, jak ten robi precyzyjne rysunki,
kiedy na przykład zamierzał składać swoją ofertę na jakiś przetarg.
Teczki z dokumentami przygotowanymi przez ojca zawsze były perfekcyjne,
ogarnięte na tip-top. Szczegółowe wyliczenia, pomiary, szkice. Dbał o drobiazgi, więc jego firma była ceniona. Dokładnie identyczne wartości
przekazał synowi, który - jak się okazało w przyszłości - z sukcesami
poprowadził rodzinną firmę, kontynuując dzieło założyciela. Podobnie jak
ojciec nie zawsze wygrywał przetargi, bo miał jedną zasadę. Był do bólu
uczciwy. Żadne więc przewały nie wchodziły w grę. Wszystko robił zgodnie
z prawem. Ani pół człowieka nie pracowało u niego nigdy na czarno,
podczas gdy w innych firmach tego typu była to absolutnie norma, więc
już chociażby z tego względu tamte firmy były do przodu kilkanaście
tysięcy miesięcznie. W upalne dni ściągał ludzi z robót do domów już
około jedenastej przed południem, kiedy tylko żar zaczynał doskwierać
tak, że groziło to jakimś zdrowotnym niebezpieczeństwem jego
pracownikom. Proste chłopaki, których zatrudniał, bardzo go szanowali,
bo on szanował każdego z nich. Czasy były takie, że wielu nie pokończyło
żadnych szkół. Byli wśród nich nawet tacy, którzy nie potrafili pisać i czytać. Piotr każdego traktował z takim samym szacunkiem, jak równego
sobie. Po prostu jak człowieka. Miał tylko jedną zasadę. Żadnego
alkoholu! Jeśli złapał któregoś pod wpływem, nie było dyskusji.
Najmniejszej! Koniec pracy, choćby sytuacja osobista pechowca była
wyjątkowo trudna. Choćby wyjaśnienie było najbardziej wiarygodne ze
wszystkich. Nawet nie słuchał. Mawiał wówczas: "Tym bardziej powinieneś
był szanować pracę i godziwe warunki, skoro masz niełatwo w domu. Tym
bardziej nie powinieneś był pozwalać sobie na uchybienie, którego nie
wybaczam i nie toleruję. Lojalnie o tym każdego z was uprzedzałem".
Musieli więc przyznać (nawet kiedy błagając o litość i jeszcze jedną
szansę, nie dostawali jej), że "z pana Piotrusia to honorowy i porządny
chłop...". Często dodawali też szczerze, z autentyczną skruchą: "Ja głupi
byłem, że to spieprzyłem". To było coś, bo rzadko trafia się na
pracodawców, których darzy się szacunkiem, nawet w momencie, gdy każą
oddać rzeczy służbowe i nigdy więcej nie wracać.
Piotr był mężczyzną małomównym - zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Nigdy nie było do końca wiadomo, co myśli, co czuje, czy coś
go gryzie, czy się czymś martwi... Jego twarz nie wyrażała zbyt wielu
emocji. Nauczył się być twardym facetem, bo twardzi byli mężczyźni w całym jego rodzie. Dziadek tresował ojca, a i ojca metody wychowawcze
trudno było nazwać edukacją - już prędzej kuźnią. Wynikało to z ich
maksymalnie konkretnych charakterów i osobowości. Świat dla dziadka i ojca był czarno-biały. Bez barw pośrednich. Mały Piotruś chodził jak w zegarku - żeby tylko taty nie zdenerwować. Bał się go bardzo, mimo że
ojciec w gruncie rzeczy miał dobre serce i intencje. Tylko własny zimny
chów nie nauczył go czułości, ciepła i okazywania synowi troski. Czasy
też były inne. Nie było mody na partnerstwo w rodzinie. Ojcowie rzadko
używali słów "kocham cię" w stosunku do swoich dzieci - zwłaszcza synów.
Za to powiedzenie "chłopaki nie płaczą" - dziś ganione przez wszelkich
psychologów i terapeutów - stawało się niemal mottem życiowym każdego
małego chłopca. Jako dziecko Piotr zamknął się w sobie. Wychodził z założenia, że mniej znaczy więcej, więc zawsze wolał słuchać innych, a siebie mocno dawkować. Dla kobiet była to cecha bardzo pociągająca, bo
przecież jak świat światem płeć piękna uwielbiała mężczyzn, którzy chcą
słuchać i potrafią to robić.
Maria i Piotr mieszkali w niedużej miejscowości pod Warszawą. Byli
rówieśnikami, więc znali się z widzenia, chociaż każde miało swoje grono
znajomych i nigdy nie przyszło im się jakoś bliżej poznać. Ale był taki
jeden kolega, który należał do jednego i do drugiego grona, bo w jednym
miał przyjaciół z klasy (w tym Marię), a w drugim - bliskie kuzynostwo
(w tym Piotra). I właśnie ten kolega wyprawiał urodziny, na których
Maria i Piotr - mimo że mijali się w życiu dziesiątki razy - w końcu
mieli szansę porozmawiać i - jak to się wtedy mówiło - poczuć do siebie
miętę. Mieli po piętnaście lat. Dziś powiedzielibyśmy, że to jeszcze
dzieciaki, ale wtedy wiek młodych ludzi określało się nieco inaczej,
skoro dwudziestoparoletnia niezamężna dziewczyna stawała się starą
panną. Brzmi jak żart. A jednak...
Czym Piotr urzekł Marię? Trafił z komplementem w punkt.
- Cześć... W końcu jest okazja się poznać. Jestem Piotrek.
- A ja Marysia. Masz rację. Znamy się z widzenia, ale jakoś nigdy nie
było warunków...
- Nie chciałbym być banalny i wyskoczyć z jakimś tanim frazesem, który
uznasz za beznadziejny podryw, ale... masz śliczną fryzurę.
Maria, której pasją było czesanie, ścinanie, farbowanie i upinanie,
właśnie wtedy poczuła, że to jest mężczyzna jej życia. Nie tylko docenił
jej dar, ale też... No jaki facet zwraca uwagę na włosy? Piotr wiele lat
później nadal twierdził, że mówił szczerze, a nie dlatego, że doskonale
wiedział, że Marysia chce zostać fryzjerką, i że obmyślił sprytny plan,
by ją wziąć na docenienie jej talentu. Kto wie, jak było naprawdę...
Ważne, że zadziałało...
Zostali parą. Wzięli ślub. Kupili mieszkanie. Urządzili swoje gniazdko.
Było im dobrze. Zapragnęli dziecka i tu zaczęły się schody...
Mimo wielu starań Marii nie udawało się zajść w ciążę. Pochodzili z domów, w których te kwestie stanowiły temat tabu. Nie rozmawiało się o intymności, o seksie. Nie nauczyli się być ze sobą szczerzy, więc w obliczu problemów - nazwijmy to - prokreacyjnych, również zamiast usiąść
i pogadać, dodać sobie wzajemnie otuchy, każde zaczęło zamykać się w swoim świecie, interpretując oczywiście zachowanie partnera całkowicie
błędnie.
Jest zawiedziony. Co ze mnie za kobieta, skoro nie potrafię mu nawet
dziecka urodzić? - Maria zadręczała się takimi myślami.
Nie umiem jej wesprzeć. Nie umiem być przyjacielem. Nie potrzebuję
dziecka jakoś bardzo do szczęścia, ale ona będzie przez całe życie
nieszczęśliwa, jeśli się nie uda - Piotr rozumował w zupełnie inny
sposób.
Gdyby potrafili usiąść i porozmawiać ze sobą szczerze, dawno by ten
problem rozwiązali. Maria przestałaby czuć presję, a Piotr - nie
odczuwający silnej potrzeby rodzicielskiej - mógłby wspaniale odwracać
uwagę Marii od problemu, co w bardzo wielu przypadkach kończy się po
prostu ciążą, wynikającą z radosnego bycia razem, z intymności
nieobciążonej wizją testu ciążowego, który będzie jak wynik egzaminu, a nie efekt wspaniałych, wspólnych, pełnych uniesień chwil.
Ich milczenie stawało się coraz bardziej nie do zniesienia. Oboje
starali się udawać, że jest jak dawniej, ale siekiera wisiała w powietrzu i potęgowała wzajemny żal i poczucie nieszczęścia.
- Obiad.
- Już idę.
Jedzenie w milczeniu...
- Pyszny.
- Dziękuję.
- Zostaw, ja posprzątam.
- Dobrze. Dziękuję.
Tak przebiegały ich dialogi. Nie patrzyli sobie przy tym w ogóle w oczy,
żeby nie wyczytać w nich więcej, niż chciały wypowiedzieć usta.
Ich zbliżenia intymne odbywały się zdecydowanie rzadziej, a jeśli już do
nich dochodziło, to w totalnym milczeniu, chociaż oboje bardzo chcieli w końcu ze sobą porozmawiać. Słowa ugrzęzły im jakby w gardle. Nie byli w stanie ich z siebie wydusić. Jakby zwykła rozmowa była czymś
najtrudniejszym na świecie. Z każdym dniem ta właśnie "zwykła rozmowa"
urastała coraz bardziej do rangi czegoś tak nienaturalnego, że nie mogła
się już ot tak po prostu wydarzyć. W taki właśnie sposób ludzie zapadają
się w swoje wewnętrzne światy. Oddalają się od siebie. A na rozprawach
rozwodowych często ani jedno, ani drugie nie potrafi już powiedzieć, co
tak naprawdę nie zadziałało. Co się stało, że kochający się ludzie,
którzy kiedyś zdecydowali się pójść wspólnie przez życie, przestali być
sobie bliscy? Kto wie, czy Marię i Piotra nie czekałoby takie właśnie
zakończenie, gdyby nie ten dzień, kiedy Maria - bez wiary, raczej z przyzwyczajenia - zrobiła test ciążowy i zobaczyła na nim dwie kreski.
Wbiegła do sypialni z piskiem, co w panującej w tym domu od wielu
tygodni ciszy było wręcz nienaturalnie inwazyjnym dźwiękiem.
- Jestem w ciąży, Piotruś! Udało się! Udało!
W jednej chwili uleciały w zapomnienie wszystkie negatywne emocje. W jednej chwili znowu stali się szczęśliwymi ludźmi. Skakali z radości.
Przytulali się. I zaczęli rozmawiać... "Nastąpiło zwolnienie blokady",
żeby zacytować słowa z formułki losowania LOTTO. Nomen omen oboje czuli
się, jakby właśnie wygrali w totka. Tego dnia zrobili sobie wolne.
Leżeli. Zajadali różne pyszności, robiąc sobie całkowity odpust na
jakiekolwiek diety. Oglądali seriale. I planowali:
- Myślisz, że to będzie chłopiec czy dziewczynka, Piotruś?
- A czy to ważne?
- A jak byś wolał?
- Nie wiem... Byle zdrowe.
- Masz rację... Bóg mnie wysłuchał.
- Nas wysłuchał - dodał Piotr.
- To ty też się modliłeś? - zdziwiła się Marysia.
- A jak? Coś ty myślała? - uśmiechnął się przyszły tata i po raz
pierwszy od dawna szczerze przytulił żonę i poczuł ogromną ulgę, bo ich
wzajemne oddalanie się od siebie bardzo wiele go kosztowało.
***
MIESIĄC PÓŹNIEJ
Maria czesała właśnie klientkę. Chodziła do pracy, chociaż odczuwała
silne mdłości, senność, osłabienie i zmęczenie. Zdarzało się, że szła do
toalety, siadała na muszli klozetowej i zasypiała choć na kilka minut,
bo utrzymanie otwartych oczu było jednak zbyt trudne. Ale wiadomo. Takie
są początki. Wiele kobiet to znosi - tłumaczyła sobie i czekała, kiedy
te okropne objawy miną. Nagle poczuła silny ból w okolicach podbrzusza.
Chwilę potem klientka krzyknęła i przykryła usta dłonią, pokazując
palcem na krocze Marii. Ponieważ Maria odbijała się we fryzjerskim
lustrze - nie musiała nawet spuszczać głowy, żeby dostrzec czerwoną,
powiększającą się plamę na spodniach. Zawyła, doskonale przeczuwając, co
to oznacza. Klientka - nieświadoma ciąży Marii - w tym czasie wykręcała
numer na pogotowie. Przytuliła Marię mocno.
- Nie denerwuj się. Spokojnie. Oddychaj. Zaraz przyjedzie pomoc.
Przerażona Maria spojrzała jej głęboko w oczy i wyszeptała:
- Moje dziecko... Ciąża...
Klientka przytuliła ją jeszcze mocniej i zamrugała bardzo intensywnie
rzęsami, żeby powstrzymać napływające do oczu łzy. Sama była matką i nie
miała wątpliwości, że kałuża krwi nie daje wielkich nadziei na dobre
wiadomości.
Maria poroniła.
Piotr odwiedził ją w szpitalu.
Leżała i patrzyła w sufit.
Nawet na niego nie spojrzała.
Tym razem stanął na wysokości zadania. Nie dopuścił do tego, by tygodnie
ciszy znowu ich od siebie oddaliły. Tej próby ich małżeństwo już by nie
wytrzymało. To pewne.
- Marysiu... Spójrz na mnie. Nie jestem najlepszy w rozmawianiu na te
tematy. Nie umiem mówić o emocjach. Ale przejdziemy przez to razem.
Chyba uratował jej wtedy życie. Wiedziała, że to dla kogoś takiego jak
Piotr wielkie i trudne wyznanie. Wiedziała, że mu zależy na nich, skoro
zdołał wypowiedzieć coś tak szczerego i prawdziwego. Skoro zdołał złożyć
deklarację bycia przy niej na dobre i na złe, nie przed ołtarzem, kiedy
te słowa są tylko częścią pewnego rytuału, ale w prawdziwym życiu i to w momencie, kiedy nadeszło właśnie to złe.
Maria powoli dochodziła do siebie.
Zaczęła sobie tłumaczyć, że przecież najważniejsze jest to, że udało jej
się zajść w ciążę. To oznacza, że nie jest bezpłodna. Uda się znowu.
Kiedy tylko będzie gotowa, by starać się z mężem ponownie o wymarzone
maleństwo. Z tej myśli uczyniła swój cel. I znowu zaczęła z nadzieją
spoglądać w przyszłość.
Udało się ponownie...
Tym razem ich radość była nieco bardziej powściągliwa.
- Wiesz, Maryś... Może zamknij lokal... Firma idzie dobrze. Poradzimy sobie
z mojej pensji. Ty leż i odpoczywaj... - zaproponował Piotr.
Bardzo rozczulił tym żonę, ale ona wiedziała, że zamknięcie lokalu już
teraz oznacza zaczynanie wszystkiego od nowa po porodzie. W tamtych
czasach urlop macierzyński trwał tylko trzy miesiące, ale mimo wszystko...
Oboje byli na swoim i doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że to od
pracy ich własnych rąk zależy rozwój ich biznesów.
- Piotruś... Dziecko to wydatki. Jeśli zamknę lokal, stracę wszystkie
klientki. Myślałam, że będę sobie pracować aż do rozwiązania, a potem po
porodzie tak ustawię stałe klientki, że te, które robią coś raz na dwa
miesiące, zrobię tuż przed porodem, więc potem będę je miała zapisane
dopiero dwa miesiące po porodzie, a te, które potrzebują częściej, będę
jakoś umawiać na dwa dni w tygodniu - od rana do nocy - i wygospodaruję
ten czas, żeby był wilk syty i owca cała... Tym sposobem może nie zyskam
nowych klientek, ale nie stracę dotychczasowych, a maleństwo będzie
miało mamę przy sobie najdłużej, jak się da.
- Oj, Marysiu... Widzę, że masz już wszystko obcykane...
- Wszystko... Nawet przemyślałam, że w te dwa dni w tygodniu, w które bym
po porodzie poszła do pracy na taką bardzo długą zmianę, maleństwo
dostawałoby mleko, które bym w dzień poprzedzający ściągała ze sporym
naddatkiem z każdego karmienia i zostawiała w lodówce świeże i pełnowartościowe...
- No nieźle... To co ja mogę... Proszę cię tylko, nie przemęczaj się, rób
sobie większe przerwy między klientkami... Znam cię. Potrafisz przez cały
dzień stać z rękami do góry i wykorzystać każdą minutę na wciśnięcie w kolejkę nową panią, która tak błagalnie na ciebie patrzyła, że przecież
nie mogłaś odmówić... - zaśmiał się Piotr.
- Jak ty mnie znasz! - Maria przytuliła się do męża.
Po kilkunastu tygodniach sytuacja się powtórzyła. Tym razem plama krwi
pojawiła się rano, w łazience, podczas porannej toalety. Marysi bardzo
chciało się siku. Ale kiedy szła do toalety, poczuła gorąco w okolicach
krocza. W pierwszym momencie miała nawet taką absurdalną myśl, że nie
utrzymała moczu. Pamiętała z dzieciństwa takie uczucie, kiedy zdarzyło
się zsikać w łóżku, bo na przykład śniło jej się, że siada na nocniczku
i... To ciepło rozlewające się dookoła było takie przyjemne. Teraz czuła
podobnie, ale tylko przez ułamek sekundy, bo natychmiast zauważyła krew
i już wiedziała, że to koniec...
***
- Pani Mario... Jak się pani czuje? - zapytał lekarz na obchodzie kilka
godzin po poronieniu.
- Fizycznie czy psychicznie? - zapytała konkretnie, zobojętniała i -
zdawać by się mogło - wyzuta z emocji.
- Fizycznie... Psychicznie mogę się domyślać - doprecyzował doktor.
- Jest OK. Chyba. Nie wiem. Nic nie czuję.
- Rozumiem.
Lekarz nie drążył. Wiedział, że to nie ten czas. Może dlatego, że jego
żona też kiedyś straciła ich dziecko. Może dlatego, że był empatycznym
człowiekiem. A może z obydwu powodów.
Podczas kolejnego badania, mającego na celu sprawdzenie, czy wszystko
zostało z pacjentki wyłyżeczkowane i nie ma zagrożenia jakimś
zakażeniem, lekarz odkrył coś, na co nikt wcześniej nie zwrócił uwagi.
Prawdopodobnie dlatego, że najpierw skupiano się na prawidłowości
rozwoju płodu, a potem już tylko na poronieniu, a nie na kobiecie.
Szyjka macicy Marii została mechanicznie uszkodzona, być może podczas
zabiegu łyżeczkowania po pierwszym poronieniu. A może w zupełnie innych
okolicznościach doszło do uszkodzenia szyjki. To oznaczało, że na pewnym
etapie żadna ciąża nie miała szans dalej prawidłowo się rozwijać, bo
mówiąc kolokwialnie - gdy płód chciał się za szybko wydostać na świat,
uszkodzona szyjka mu w tym tylko pomagała.
Lekarz wezwał Marię i Piotra do siebie.
Przyszli niepewni, wystraszeni, przygnębieni.
- Mam dla państwa dwie wiadomości, dobrą i złą. Nie będę pytał, od
której zacząć. Wiemy, z jakiego powodu doszło do ostatniego poronienia.
Pani Mario, ma pani mechanicznie uszkodzoną szyjkę macicy, co oznacza,
że będzie pani miała problem z donoszeniem każdej kolejnej ciąży.
- To gdzie tu jest miejsce na dobrą wiadomość? - zapytał niepewnie
Piotr, który jak to mężczyzna poczuł ból już przy słowie "uszkodzenie" w bliskim sąsiedztwie słów "szyjka macicy".
- Ano tu, że wiemy, co jest przyczyną, więc wiemy, jak z nią walczyć.
Nie będzie to łatwe i będzie wymagało ogromnej siły woli ze strony pani
Marii. Ale mogę zapewnić, że następną ciążę uda się uratować...
To zakończenie sprawiło, że błysk nadziei pojawił się w oczach Marii,
chociaż twarz wciąż pozostała smutna.
- Niech pan mówi, jak? I na czym ma polegać moja siła woli?
- Na leżeniu przez całą ciążę. Z tym, że mówiąc o leżeniu, nie mówię
tylko o przebywaniu w szpitalu, ale o leżeniu absolutnie przez cały
czas. Z nogami do góry. Bez możliwości podniesienia się z łóżka czy
chociażby obrotu na któryś bok.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki