Nawigatorzy Diuny - Brian Herbert

Kup ebooka

69.00 zł
53.82 zł (37,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wszystko się zaczyna i wszystko się koń­czy - bez żad­nych wyjąt­ków. A może to mit?

- temat debaty w Szkole Men­ta­tów

Repre­zen­ta­cyjna łódź Impe­ra­tora uno­siła się wysoko nad Salusą Secun­du­sem pośród ogrom­nych, zło­wro­gich okrę­tów wojen­nych. Jej wnę­trze lśniło od złota i dro­gich kamieni, a poły­skliwy kadłub rzeź­biony był w krzy­wi­zny i ozdoby, które nie słu­żyły żad­nemu celowi. Jako naj­bar­dziej oka­zały okręt we flo­cie osza­ła­miała tych, na któ­rych takie rze­czy robiły wra­że­nie. Salva­dor ją uwiel­biał.

Nawet Rode­rick Cor­rino, nowy Impe­ra­tor, cho­ciaż uzna­wał ją za zbyt wystawną, rozu­miał koniecz­ność pod­nio­słych cere­mo­nii, zwłasz­cza tak krótko po obję­ciu tronu po śmierci - nie, po zamor­do­wa­niu - jego brata.

Innym obo­wiąz­kiem Impe­ra­tora było wymie­rze­nie spra­wie­dli­wo­ści dyrek­to­rowi Jose­fowi Ven­por­towi, czło­wie­kowi, który zapla­no­wał zabój­stwo jego brata. Okręty Impe­ra­tora już się zbie­rały.

Rode­rick miał gęste, jasne włosy i pięk­nie rzeź­bione rysy twa­rzy. Stał wypro­sto­wany w szkar­łatno-zło­tej sza­cie swo­jego szla­chet­nego rodu. Wład­czy i potężny, patrzył przez sze­ro­kie okno wido­kowe wie­lo­po­zio­mo­wego cen­trum dowo­dze­nia łodzi. Zebrane na orbi­cie zgru­po­wa­nie setek jego okrę­tów wojen­nych szy­ko­wało się do nagłego ude­rze­nia na twier­dzę Ven­porta.

Rode­ric­kowi spieszno było ujrzeć ich start, ale nale­żało to wyko­nać z naj­więk­szą pre­cy­zją. Impe­rialne Siły Zbrojne miały tylko jedną szansę na poko­na­nie Ven­porta - przez zasko­cze­nie.

Impe­ra­tor przy­glą­dał się, jak jego okręty wśli­zgują się do prze­dzia­łów ładowni ogrom­nego trans­por­towca, który uno­sił się na orbi­cie przed łodzią. Zagi­na­jące prze­strzeń sil­niki Holt­zmana pozwa­lały prze­mie­rzać w mgnie­niu oka olbrzy­mie odle­gło­ści, cho­ciaż pilot leciał wła­ści­wie na oślep bez prze­wod­nic­twa nawi­ga­tora.

Tylko Ven­port Hol­dings umiało two­rzyć nawi­ga­to­rów, te zaawan­so­wane umy­słowo istoty, które potra­fiły wyzna­czać bez­pieczne szlaki przez roz­le­głe poła­cie prze­strzeni. Josef Ven­port wyco­fał ich wszyst­kich ze służby Impe­rium, kiedy jego zbrod­nia wyszła na jaw. Gdy tylko, jako wyjęty spod prawa, zosta­nie poko­nany, a jego mają­tek prze­jęty, Impe­rium będzie miało nawi­ga­to­rów. To była po pro­stu jesz­cze jedna korzyść - i to ważna - ze znisz­cze­nia dyrek­tora. Rode­rick zaci­snął pię­ści.

Gene­rał Vin­son Roon, dowódca grupy ude­rze­nio­wej zmie­rza­ją­cej na Kol­hara, stał przy nim na bacz­ność. Swoją czer­wono-złotą czapkę ofi­cer­ską trzy­mał w dło­niach.

- Prze­wi­duję szyb­kie i wspa­niałe zwy­cię­stwo, Naj­ja­śniej­szy Panie - powie­dział z obu­rze­niem.

Szla­chet­nie uro­dzony gene­rał zbli­żał się do pięć­dzie­siątki, podob­nie jak Rode­rick, był jed­nak niż­szy i bar­dziej musku­larny. Miał ciemną cerę, kru­czo­czarne włosy i zacho­wy­wał się bar­dziej emo­cjo­nal­nie. Ci dwaj mieli za sobą burz­liwą oso­bi­stą histo­rię, któ­rej Rode­rick sta­rał się teraz nie pamię­tać.

- Tak, chciał­bym, żeby było szyb­kie i wspa­niałe, Vin­so­nie. - Umyśl­nie zwró­cił się do gene­rała po imie­niu. Byli przy­ja­ciółmi od dzie­ciń­stwa aż do nie­szczę­snego poróż­nie­nia się - z powodu kobiety oczy­wi­ście. Odtąd roz­ma­wiali tylko pod­czas for­mal­nych spo­tkań z innymi ofi­ce­rami i dorad­cami wyso­kiego szcze­bla, nad­szedł jed­nak czas, by odrzu­cić te non­sensy. Szło o Impe­rium.

Rode­rick wie­dział, że może liczyć na tego czło­wieka, w któ­rego lojal­ność i odda­nie Impe­rium ni­gdy nie wąt­pił. Nie odwra­ca­jąc się od okna wido­ko­wego, powie­dział:

- Impe­rium Ven­porta musi zostać oba­lone, zanim zdążą umoc­nić się jesz­cze bar­dziej. Musimy dzia­łać szybko.

Roon ski­nął głową.

Grupa ude­rze­niowa zgro­ma­dziła się pośpiesz­nie w sekre­cie i wystar­tuje w ciągu paru dni. Impe­ra­tor zary­zy­ko­wał przy­dzie­le­nie do niej spo­rej czę­ści swych sił defen­syw­nych, które zwy­kle sta­cjo­no­wały wokół Salusy Secun­dusa, ale roz­pra­wie­nie się z Ven­Hol­dem znacz­nie zwięk­szy­łoby bez­pie­czeń­stwo Impe­rium, a to uspra­wie­dli­wiało ryzyko. Rode­rick chciał szyb­kiej misji w celu zabi­cia lub poj­ma­nia dyrek­tora Ven­porta, prze­ję­cia jego inwe­sty­cji na Kol­ha­rze i spa­ra­li­żo­wa­nia jego dale­ko­sięż­nych inte­re­sów.

Rode­rick miałby wtedy pełną kon­trolę nad Impe­rium.

Przed dwoma mie­sią­cami, kiedy jego wina wyszła na jaw, Ven­port uciekł z pomocą Normy Cenvy. A potem nagle wyco­fał wszyst­kie statki han­dlowe Ven­Holdu, sabo­tu­jąc han­del i pozo­sta­wia­jąc wiele pla­net w skraj­nym braku zaopa­trze­nia. Następ­stwa tego dopiero zaczy­nały być odczu­walne, a będą o wiele gor­sze. Pry­watne floty sta­rały się prze­rwać ten zastój, ale żadna mię­dzy­gwiezdna kom­pa­nia trans­por­towa nie była tak pewna jak flota kosmiczna Ven­port Hol­dings, bo nikt inny nie miał nawi­ga­to­rów.

Wsku­tek fatal­nego zbiegu oko­licz­no­ści Ven­port prze­trzy­my­wał też zakład­ni­ków z armii impe­rial­nej. Cała grupa bojowa Impe­rial­nych Sił Zbroj­nych - sie­dem­dzie­siąt okrę­tów - podró­żo­wała ruty­nowo na pokła­dzie trans­por­towca Ven­Holdu, kiedy roz­po­czął się cały ten kry­zys. Impe­rialne okręty były potężne, ale nie miały sil­ni­ków Holt­zmana, musiały więc być dostar­czane do miej­sca prze­zna­cze­nia przez zagi­na­cze prze­strzeni. Całymi latami trans­por­towce Ven­Holdu prze­wo­ziły okręty wojenne Impe­ra­tora w ramach swo­jej służby dla Impe­rium, teraz jed­nak nie­przy­ja­ciel prze­jął zna­czącą część tych jed­no­stek i zabrał pionki z sza­chow­nicy w tej galak­tycz­nej par­tii sza­chów.

- Zamie­rza spa­ra­li­żo­wać nas i zmu­sić do speł­nia­nia jego żądań - mruk­nął Rode­rick.

- Czy cho­ciaż wiemy, jakie to żąda­nia, Naj­ja­śniej­szy Panie? - zapy­tał gene­rał, wciąż przy­glą­da­jąc się okrę­tom wpły­wa­ją­cym do ogrom­nego trans­por­towca. - On zacho­wuje mil­cze­nie, odkąd wyco­fał się na Kol­hara. Myśla­łem, że ucieka i kryje się przed spra­wie­dli­wo­ścią.

- Jego żąda­nia są dla mnie oczy­wi­ste. Ven­port chce robić to, co mu się podoba. Po bez­kar­nym zabi­ciu Impe­ra­tora chce teraz, żebym został mario­net­ko­wym władcą, pod­czas gdy macki jego impe­rium han­dlo­wego się­gają wszę­dzie. Chce też, żebym wytę­pił butle­row­skich fana­ty­ków. - Jego myśli zawi­ro­wały. "To coś, czego Salva­dor ni­gdy nie doko­nał".

Roon par­sk­nął z nie­sma­kiem i ści­szył głos.

- Czy po wszyst­kich szko­dach, które wyrzą­dził Man­ford Torondo, byłoby to takie straszne, Naj­ja­śniej­szy Panie?

Kiedy Rode­rick pomy­ślał o szko­dach, jakie spo­wo­do­wały wro­gie tech­no­lo­gii tłumy, w tym o zabój­stwie jego pięk­nej córeczki, wes­tchnął głę­boko.

- Nie aż tak straszne, nie... ale jeśli to zna­czy, że musimy współ­pra­co­wać z czło­wie­kiem, który zamor­do­wał Salva­dora, nie mogę się na to zgo­dzić. Ni­gdy się na to nie zgo­dzę, Vin­so­nie. - Pokrę­cił głową. - Nie zdzi­wił­bym się, gdyby Ven­port miał też coś wspól­nego ze znik­nię­ciem Anny.

Roon zamru­gał z nie­do­wie­rza­niem.

- Ale twoja sio­stra znik­nęła z Lam­pa­dasa, Wasza Miłość... pod­czas oblę­że­nia Szkoły Men­ta­tów przez butle­row­ców. Ja bym podej­rze­wał Man­forda Torondo. Jak możesz myśleć, że odpo­wiada za to Ven­port?

- Masz rację. - Rode­rick pokrę­cił głową. - Wygląda na to, że chciał­bym obwi­nić tego czło­wieka o wszystko... kiedy tak naprawdę odpo­wiada tylko za połowę moich pro­ble­mów.

Gene­rał skrzy­wił się z wyraź­nym nie­sma­kiem.

- Kiedy pomy­ślę o wszyst­kich machi­na­cjach dyrek­tora: o mono­polu na bez­pieczne podróże z zagi­na­niem prze­strzeni, o jego taj­nych nawi­ga­to­rach, o przy­pra­wo­wym prze­my­śle na Arra­kis, o jego ope­ra­cjach ban­ko­wych jak Impe­rium dłu­gie i sze­ro­kie... nikt nie powi­nien kon­tro­lo­wać takiej potęgi i...

Rode­rick prze­rwał mu.

- Nie­prawda, Vin­so­nie. To ja powi­nie­nem kon­tro­lo­wać taką potęgę, nikt inny.

Roon wyprę­żył się.

- Nasza flota zaj­mie się nim, Naj­ja­śniej­szy Panie. Możesz na mnie liczyć.

- Wiem, że mogę, Vin­so­nie. - Impe­ra­tor wlał nieco cie­pła do swego głosu. Ten czło­wiek miał wkrótce popro­wa­dzić decy­du­jący atak, który mógł zmie­nić bieg histo­rii, dobrze więc było przy­po­mnieć mu o przy­jaźni, jaka ich kie­dyś łączyła.

Nie­cier­pliwe wycze­ki­wa­nie było wręcz nama­calne, kiedy ci dwaj patrzyli, jak coraz wię­cej okrę­tów zaj­muje miej­sca w gigan­tycz­nym trans­por­towcu. Roon odchrząk­nął.

- Jest jesz­cze coś, co muszę powie­dzieć, Wasza Miłość. Dzię­kuję, że nie pozwo­li­łeś, żeby nasze oso­bi­ste nie­po­ro­zu­mie­nia prze­szko­dziły w moim ostat­nim awan­sie. I dzię­kuję za wiarę we mnie i powie­rze­nie mi tej misji. Czło­wiek mniej­szego kali­bru niż ty zacho­wałby się ina­czej.

Rode­rick ski­nął uspo­ka­ja­jąco głową.

- Te nie­po­ro­zu­mie­nia zda­rzyły się dawno temu i powi­nie­nem wznieść się ponad nie dla dobra Impe­rium. - Uśmiech­nął się nie­znacz­nie. - Hadi­tha nie znio­słaby niczego innego. Pro­siła, żebym ci prze­ka­zał jej pozdro­wie­nia i życze­nia suk­cesu.

Roon odpo­wie­dział słodko-kwa­śnym uśmie­chem.

- Mimo wszystko zdo­by­łeś jej serce. Już dawno musia­łem się pogo­dzić z tą porażką. Jesteś lep­szym czło­wie­kiem niż ja, Naj­ja­śniej­szy Panie... zawsze byłeś.

Awans Roona był zasłu­żony, zwa­żyw­szy na jego wprawę i nie­za­wod­ność, a powi­nien awan­so­wać nawet szyb­ciej, po tym jak prze­ję­cie armii Impe­rium przez Rode­ricka zmio­tło wielu nie­kom­pe­tent­nych ofi­ce­rów wyso­kiego szcze­bla. Vin­son Roon był logicz­nym kan­dy­da­tem na miej­sce usu­nię­tego głów­no­do­wo­dzą­cego, gene­rała Odma Saxby'ego, a to odwe­towe ude­rze­nie było dlań pierw­szą szansą, by udo­wod­nić swoją war­tość.

Impe­rialne Siły Zbrojne były w strasz­nym sta­nie po latach zanie­dby­wa­nia ich przez Salva­dora, nabrzmiałe nie­za­słu­żo­nymi awan­sami, obfi­tu­jące w korup­cję i jawną nie­kom­pe­ten­cję. Po obję­ciu tronu Rode­rick prze­pro­wa­dził w armii szcze­gó­łowy audyt i czystkę.

Impe­ra­tor wycią­gnął dłoń.

- Być może, kiedy wró­cisz jako zwy­cięzca z Kol­hara, będziemy mogli spę­dzać razem wię­cej czasu.

- Nie pra­gnął­bym niczego wię­cej, Naj­ja­śniej­szy Panie. Byli­śmy kie­dyś wiel­kimi przy­ja­ciółmi, czyż nie?

- Tak było.

Roon uśmiech­nął się przy uści­sku dłoni.

- Kupię brandy.

- Cze­kam nie­cier­pli­wie.

Choć doło­żono wszel­kich sta­rań, by utrzy­mać w sekre­cie przy­go­to­wa­nia do ataku, Josef Ven­port miał nie­wąt­pli­wie szpie­gów na Salu­sie. Gdyby jed­nak zagi­na­jący prze­strzeń trans­por­to­wiec wystar­to­wał w porę, okręty gene­rała Roona dotar­łyby do Kol­hara, zanim jaki­kol­wiek sta­tek szpie­gow­ski pod­niósłby alarm. Czas był tu klu­czowy.

Nie­mniej jed­nak, ze szpie­gami czy bez, Ven­port nie był głup­cem. Z pew­no­ścią prze­wi­dy­wał jakiś rodzaj odpo­wie­dzi Salusy, a Kol­har nie był pozba­wiony groź­nych środ­ków obron­nych.

Rode­ric­kowi spieszno było wyrwać się ze szpo­nów Ven­Holdu i przy­wró­cić swoją pra­wo­witą wła­dzę. Nie­do­świad­czone Impe­rium ist­niało nie­całe sto lat od upadku opre­syj­nych rzą­dów myślą­cych maszyn, a Rode­rick musiał utrzy­my­wać swój auto­ry­tet dla dobra rasy ludz­kiej i, co rów­nie ważne, dla pomsz­cze­nia brata.

Gene­rał wło­żył czapkę i zasa­lu­to­wał, zbie­ra­jąc się do odej­ścia.

- Wybacz, Naj­ja­śniej­szy Panie, ale muszę dopil­no­wać wielu szcze­gó­łów, zanim wyślemy siły ude­rze­niowe. Szyb­kość jest naj­lep­szym gwa­ran­tem taj­no­ści.

Głos Rode­ricka stward­niał.

- Zaj­mij się nim dla mnie, Vin­so­nie. Będę ocze­ki­wał twego trium­fal­nego powrotu.

- Masz moją obiet­nicę, Naj­ja­śniej­szy Panie. Poru­szę gwiazdy i pla­nety, żeby jej dotrzy­mać.

- Może będziesz musiał to wła­śnie zro­bić.

Są tacy, któ­rzy postrze­gają wpływy i wła­dzę raczej jako nagrodę niż odpo­wie­dzial­ność. Tacy ludzie nie będą dobrymi przy­wód­cami.

- direc­teur Josef Ven­port, wewnętrzna notatka Ven­Holdu

Kolhar był twier­dzą, ale Josef Ven­port nie pozwa­lał sobie na samo­za­do­wo­le­nie, cze­ka­jąc na ruch Impe­ra­tora. Wie­dział, że armia Impe­rium ude­rzy z całą siłą, by go znisz­czyć, kiedy tylko pojawi się na to szansa.

Żeby zwięk­szyć bez­pie­czeń­stwo pla­nety, musiał wyco­fać liczne dobrze uzbro­jone okręty z floty kosmicz­nej Ven­Holdu i umie­ścić je na orbi­cie Kol­hara, odcią­ga­jąc tym samym od lukra­tyw­nych szla­ków komer­cyj­nych. Zwięk­szył także moc swo­ich tarcz pla­ne­tar­nych i liczbę stat­ków zwia­dow­czych wokół sys­temu gwiezd­nego.

Teraz, gdy jego siły zajęły pozy­cje, mógł szu­kać wyj­ścia z tego zamie­sza­nia. Gdyby tylko mógł zasiąść z Impe­ra­to­rem Rode­ric­kiem i nego­cjo­wać jak roz­sądni ludzie!

Josef ni­gdy nie chciał mieć nic wspól­nego z tą porażką. Kiedy konieczne stało się usu­nię­cie tego bła­zna Salva­dora i zastą­pie­nie go na tro­nie bar­dziej kom­pe­tent­nym bra­tem, nie przy­pusz­czał, że jego rola w tym zabój­stwie zosta­nie odkryta. Pla­no­wał raczej zostać part­ne­rem nowego Impe­ra­tora, ku ich wza­jem­nej korzy­ści. Impe­rium było gotowe do roz­kwitu - gdyby tylko Rode­rick dostrzegł uza­sad­nie­nie.

Był to czas egzy­sten­cjal­nego kry­zysu ludz­kiej cywi­li­za­cji, histo­ryczna chwila wyma­ga­jąca trud­nych decy­zji - ludz­kość na­dal budziła się z dłu­giego kosz­maru znie­wo­le­nia przez myślące maszyny, po któ­rym nastą­piły chaos i prze­moc pocią­ga­jące za sobą następ­stwa w rodzaju kon­ser­wa­tyw­nego ruchu butle­row­ców, fana­ty­ków pra­gną­cych pozbyć się wszel­kich pozo­sta­ło­ści "złej" tech­no­lo­gii. Osa­dza­jąc na tro­nie czło­wieka kom­pe­tent­nego, Josef zamie­rzał przy­słu­żyć się ludz­ko­ści. Zamiast tego jed­nak spo­wo­do­wał nie­prze­wi­dzianą kata­strofę.

Impe­ra­tor nie osią­gnie niczego, nisz­cząc Ven­Hold, aresz­tu­jąc Josefa i, co cał­kiem praw­do­po­dobne, ska­zu­jąc go na śmierć. Dla­czego Rode­rick Cor­rino nie widzi, ile szkód może spo­wo­do­wać jego zawzięte upie­ra­nie się przy zemście? Ven­Hold powi­nien zapła­cić za zabój­stwo - Josef dałby pie­nią­dze lub przy­prawę - po czym mię­dzy­pla­ne­tarny han­del i wła­dza wró­ci­łyby do nor­mal­no­ści.

Ven­port w głę­bo­kiej zadu­mie pogła­dził gęste, rude wąsy. Musi być jakieś wyj­ście z tej sytu­acji!

Zmę­czony nie­koń­czą­cym się cze­ka­niem opu­ścił swoją kwa­terę główną, dra­pacz chmur o wielu wie­żach, i wyszedł pod kopułę nieba. Potrze­bo­wał chłod­nego powie­trza i widoku pod­no­szą­cej na duchu aktyw­no­ści. Lubił przy­po­mi­nać sobie, że na­dal jest jed­nym z naj­po­tęż­niej­szych ludzi w Impe­rium.

Tuż pod wieżą kwa­tery głów­nej spo­tkała się z nim jego żona Cioba. Była wysoką, ele­gancką bru­netką z rodu potęż­nych cza­ro­dzie­jek tele­pa­tek z Ros­saka. Dłu­gie włosy opa­dały jej aż do pasa, a kró­lew­ska postawa i chłodne zacho­wa­nie były rezul­ta­tem lat szko­le­nia w zgro­ma­dze­niu żeń­skim.

Mil­cząca, lecz wspie­ra­jąca go, prze­szła z nim przez płytę lądo­wi­ska, która zwy­kle była pełna stat­ków han­dlo­wych i przy­pra­wow­ców. Teraz jed­nak port kosmiczny przy­po­mi­nał poli­gon. Hała­śliwe tan­kowce latały tam i z powro­tem, zaopa­tru­jąc w paliwo okręty obrony i promy. Patro­lowce wycho­dziły na orbitę. Kiedy Josef nabrał tchu, powie­trze przy­nio­sło ostrą woń spa­lin i szorst­kość zimy.

Cioba przy­sta­nęła, jakby robiła w myślach obli­cze­nia.

- Kol­har jest tak przy­go­to­wany, jak to tylko moż­liwe, mój mężu. Dopóki nie opusz­czamy gardy, nie dajmy się spa­ra­li­żo­wać nie­po­trzeb­nemu stra­chowi. Jeste­śmy silni i bez­pieczni.

Josef powta­rzał to samo wiele razy, ale nie pozwa­lał sobie na odprę­że­nie.

- Zbyt­nia pew­ność sie­bie to więk­sza sła­bość niż strach i tro­ska. Musimy być czujni, dopóki nie prze­trwamy tego kry­zysu.

- Wiem, że go prze­trwamy. Mamy zaawan­so­waną broń, jakiej reszta Impe­rium nie może sobie nawet wyobra­zić. - Jej usta wykrzy­wiły się w uśmie­chu. - Broń, która śni się w kosz­ma­rach Man­for­dowi Torondo i jego butle­row­com.

Josef odpo­wie­dział uśmie­chem. Przy­glą­dali się trzem mecha­nicz­nym posta­ciom patro­lu­ją­cym obrzeża portu kosmicz­nego - wyż­szym niż nie­je­den budy­nek podob­nym do pają­ków for­mom kro­czą­cym cyme­ków. Przy­były dopiero co z jego taj­nego labo­ra­to­rium na Denali.

Cymeki były zmorą ludz­ko­ści - pozba­wio­nymi ciał ludz­kimi mózgami wbu­do­wa­nymi w opan­ce­rzone mecha­niczne formy. Pier­wotne cymeki zostały znisz­czone pod koniec dżi­hadu Sereny Butler, ale zna­ko­mici naukowcy Josefa odwzo­ro­wali je i odtwo­rzyli. Zamiast zawod­nych, głod­nych wła­dzy umy­słów te nowe cymeki kon­tro­lo­wane były przez roz­wi­nięte umy­sły nie­do­szłych nawi­ga­to­rów. Teraz ci mecha­niczni straż­nicy patro­lo­wali obszar wokół kwa­tery głów­nej na Kol­ha­rze, ich tłoki pra­co­wały, a czuj­niki szu­kały jakie­go­kol­wiek zagro­że­nia.

Kiedy Josef wezwał pojazd naziemny, Cioba nie musiała pytać, dokąd jadą. Odwie­dza­nie pojem­ni­ków roz­wi­ja­ją­cych się kan­dy­da­tów na nawi­ga­to­rów stało się jego codzien­nym rytu­ałem, zwłasz­cza w miarę nara­sta­nia napięć.

Jadąc, krę­cił z nie­po­ko­jem głową.

- Zamiast ska­kać sobie do gar­deł, Rode­rick i ja powin­ni­śmy współ­pra­co­wać, by poko­nać praw­dzi­wego wroga! Ci butle­row­scy fana­tycy są dla cywi­li­za­cji rów­nie wiel­kim zagro­że­niem jak nie­gdyś myślące maszyny. A ten Pół­Man­ford ma swoje okręty.

Cioba unio­sła pod­bró­dek.

- Te sta­ro­żytne okręty nie wystar­czą, by cię poko­nać! Sto czter­dzie­ści zagi­na­czy prze­strzeni z cza­sów Armii Dżi­hadu. Pomyśl o swo­ich okrę­tach, o swoim mono­polu na nawi­ga­to­rów, o swo­ich nie­zmier­nie lojal­nych pra­cow­ni­kach. Ponad połowa pla­net w Impe­rium zależy w han­dlu od Ven­Holdu i na­dal han­dlują one z tobą, cho­ciaż Impe­ra­tor ogło­sił cię wyję­tym spod prawa. O czym to świad­czy? - Obró­ciła ku niemu swą kla­sycz­nie piękną twarz i unio­sła brwi. - Masz wię­cej stat­ków, wię­cej wła­dzy i wię­cej wpły­wów niż kto­kol­wiek, nawet Cor­ri­no­wie. Gdyby ludzie musieli decy­do­wać, wybra­liby jakąś postać na tro­nie na dale­kim Salu­sie Secun­du­sie czy raczej regu­larne trans­porty żyw­no­ści i przy­prawy?

Wie­dział, że żona ma rację. Popro­wa­dził pojazd przez grzbiet, a potem w dół, w sze­roką nieckę doliny wypeł­nioną set­kami pojem­ni­ków. Każdy z nich mie­ścił kan­dy­data na nawi­ga­tora. Kiedy zatrzy­mał się wśród zamknię­tych pojem­ni­ków, Cioba schy­liła się i poca­ło­wała go w poli­czek.

Szli mię­dzy gru­bo­ścien­nymi komo­rami wypeł­nio­nymi stę­żo­nym gazem przy­pra­wo­wym. Przez ciemne pla­zowe okna i wiru­jące wewnątrz opary Josef widział zmu­to­wane posta­cie pod­le­ga­jące cią­głym myślo­wym zawi­ro­wa­niom posze­rza­ją­cym ich umy­sły. Żaden nie­zmo­dy­fi­ko­wany umysł nie mógł ogar­nąć obli­czeń zagi­na­nia prze­strzeni i pre­ko­gni­cji koniecz­nych do prze­pro­wa­dze­nia statku przez pustkę kosmosu, ale umoż­li­wiała to jego trans­for­ma­cja pod wpły­wem przy­prawy.

Josef podzi­wiał tych dzi­wacz­nych, ale też dziw­nie impo­nu­ją­cych nawi­ga­to­rów. Gdyby nawet okręty Impe­ra­tora naje­chały Kol­hara, będą ślepe i bez­radne, bo nie mają nawi­ga­to­rów. Sta­ro­dawne nad­świetlne jed­nostki zapew­niały względne bez­pie­czeń­stwo prze­mie­rza­nia kosmosu, ale były też nie­zmier­nie powolne - potrze­bo­wały tygo­dni czy mie­sięcy na podróże mię­dzy sys­te­mami gwiezd­nymi. Okręty Ven­Holdu nato­miast były szyb­kie i bez­pieczne.

Przy­sta­nęli z Ciobą przed wielką cen­tralną komorą spo­czy­wa­jącą na mar­mu­ro­wej plat­for­mie i podobną do świą­tyni. Josef z rado­ścią ujrzał, że Norma Cenva, jego pra­babka, jest w komo­rze, oto­czona snami przy­pra­wo­wymi i nie­skoń­czo­nymi moż­li­wo­ściami się­ga­ją­cymi daleko we wszech­świat.

Przed ponad stu laty Norma została pierw­szym nawi­ga­to­rem. Cho­ciaż była kimś wię­cej niż zwy­czaj­nym czło­wie­kiem, utrzy­my­wała kon­takt z Jose­fem i zacho­wy­wała dla wła­snych celów świa­do­mość poli­tyki impe­rial­nej.

- Kiedy stawką jest rasa ludzka, czuję prze­ra­ża­jące zobo­wią­za­nie - powie­dział Josef do Cioby, cho­ciaż podej­rze­wał, że Norma ich pod­słu­chuje. - Jako jedyny zacho­wuję roz­są­dek i mogę nas ura­to­wać. Muszę pozo­stać przy życiu i zwy­cię­żyć. Rode­rick nie prze­ła­mie naszej obrony, a przy wszyst­kich moich komer­cyj­nych powią­za­niach jak Impe­rium dłu­gie i sze­ro­kie mogę pocią­gać za sznurki i wymu­sić decy­zje prze­kra­cza­jące jego moż­li­wo­ści.

Choć Norma poma­gała w umac­nia­niu Ven­port Hol­dings, Josef wie­dział, że jej głów­nym celem jest two­rze­nie nawi­ga­to­rów. Potra­fiła zagi­nać prze­strzeń samą tylko siłą umy­słu i podró­żo­wać dokąd chciała, pod­czas gdy wszy­scy inni nawi­ga­to­rzy musieli korzy­stać z wiel­kich stat­ków z sil­ni­kami Holt­zmana. Cza­sami jej komora zni­kała na całe dnie w tajem­ni­czych spra­wach, teraz jed­nak Cenva pozo­sta­wała tutaj, medy­tu­jąc i obser­wu­jąc.

Potrze­bu­jąc odpo­wie­dzi, Josef pod­szedł do zbior­nika i zapy­tał bez wstę­pów:

- Co o tym myślisz, bab­ciu? Jeżeli jestem potęż­niej­szy niż Impe­ra­tor Rode­rick, powi­nie­nem kryć się tu i wzmac­niać obronę czy też myśleć o czymś więk­szym?

Norma prze­mó­wiła śpiew­nym gło­sem przez mikro­fon komory:

- Masz wła­dzę i moż­li­wość obję­cia tronu... jeżeli tego wła­śnie pra­gniesz.

Zdzi­wił się, sły­sząc ją mówiącą to. Nie­któ­rzy snuli fan­ta­zje o byciu wiel­kimi wład­cami, ale Josef zawsze uwa­żał się za czło­wieka inte­resu, wytraw­nego han­dlowca, nie za kogoś zain­te­re­so­wa­nego wielką karierą poli­tyczną.

- Wiesz, że nie tego pra­gnę. Chcę, żeby to Rode­rick był Impe­ra­to­rem, i to roz­sąd­nym. Osa­dzi­łem go na tym tro­nie, do dia­ska! Chcia­łem, żeby był silny i mądry... i żeby pro­sił mnie o radę! Mam wła­sne impe­rium han­dlowe. W moich ban­kach pla­ne­tar­nych prze­le­wają się pie­nią­dze, które powie­rzyli mi depo­nenci. Pro­wa­dzę ogromne ope­ra­cje przy­pra­wowe na Arra­kis, cho­ciaż ten głu­piec Salva­dor usi­ło­wał je prze­jąć. Dla mnie poli­tyka jest tylko narzę­dziem zała­twia­nia inte­re­sów, niczym wię­cej. - Wes­tchnął. - Zosta­łem jed­nak zapę­dzony do rogu. Jeste­śmy w zwrot­nym punk­cie cywi­li­za­cji, a jeśli Impe­ra­tor Rode­rick nie zrobi tego, czego się od niego wymaga, czy to wła­śnie ja muszę go zastą­pić? - Zasta­na­wiał się, ale wciąż nie widział jasnej odpo­wie­dzi. - Chciał­bym raczej wró­cić do sytu­acji sprzed roku, kiedy mogłem się sku­pić na uni­ce­stwia­niu bar­ba­rzyń­ców Man­forda.

- I na naszych ope­ra­cjach przy­pra­wo­wych... dla moich nawi­ga­to­rów - dodała Norma. - Powin­ni­śmy raczej udać się na Arra­kis, niż pozo­sta­wać tutaj. Ty i ja.

- Zro­bimy to wkrótce, bab­ciu.

Już pla­no­wał długo odkła­daną podróż inspek­cyjną, musiał jed­nak dopil­no­wać tu ostat­nich kilku szcze­gó­łów.

- Wkrótce - powie­działa z naci­skiem Norma - nas tam zabiorę.

Josef poczuł przy­pływ roz­cza­ro­wa­nia. Pod­czas gdy Impe­ra­tor mar­no­wał czas i środki, sta­ra­jąc mu się odpła­cić, fana­tyczni butle­rowcy bez prze­szkód nisz­czyli postęp, który tak wiele go kosz­to­wał.

Cóż, pod­jął już dzia­ła­nia. Umac­niał obronę Kol­hara, ale odde­le­go­wał też ważną grupę sił spe­cjal­nych do ataku na Lam­pa­dasa, kwa­terę główną butle­row­ców. Może gdy jego nie­zwy­cię­żone cymeki zarżną tego plu­ga­wego kalekę, będzie naprawdę usa­tys­fak­cjo­no­wany.

- Pod­ją­łeś już decy­zję - powie­działa Norma swym znie­kształ­co­nym gło­sem.

- Przy­sze­dłem tu szu­kać two­jej rady, bab­ciu.

- Pod­ją­łeś już decy­zję - powtó­rzyła Norma i już nie odpo­wia­dała.

Wybie­ram sojusz­ni­ków naj­le­piej jak potra­fię, ale to Bóg wybrał mego wroga - wroga całej ludz­ko­ści. Sam Bóg jest moim naj­wier­niej­szym obrońcą. Po cóż mi jesteś potrzebny?

- Man­ford Torondo do Impe­ra­tora Salva­dora Cor­rino

Draigo Roget, przy­wódca men­ta­tów Josefa Ven­porta, przy­był szyb­kim okrę­tem Ven­Holdu o poszy­ciu, które czy­niło go nie­wi­dzial­nym dla butle­row­skich patroli orbi­tal­nych. Przy swym uzbro­je­niu ta mała jed­nostka mogła znisz­czyć nawet dzie­sięć okrę­tów sta­rego typu uży­wa­nych przez fana­ty­ków.

Dra­igo nie przy­był jed­nak na Lam­pa­dasa, by wal­czyć z pla­netą pełną bar­ba­rzyń­ców, nie w tej chwili. Tym razem był tylko pilo­tem doświad­czal­nej misji, która mogła wyeli­mi­no­wać to zagro­że­nie dla cywi­li­za­cji. Miał zade­mon­stro­wać moc nowych cyme­ków.

Lam­pa­das... Został tu wykształ­cony w Szkole Men­ta­tów i nauczył się nie­na­wi­dzić Man­forda Torondo i jego zwo­len­ni­ków, eks­tre­mi­stów, któ­rzy zin­fil­tro­wali, a potem znisz­czyli tę wielką szkołę. Butle­rowcy ucięli głowę jego men­to­rowi i dyrek­to­rowi tej insty­tu­cji Gil­ber­tu­sowi Alban­sowi. Dra­igo ni­gdy im tego nie wyba­czy.

Nie mogąc ura­to­wać Gil­ber­tusa, Dra­igo zdo­łał uciec z Anną Cor­rino i z pamię­cią rdze­niową Era­zma, osła­wio­nego robota odpo­wie­dzial­nego za tyle okru­cieństw i znisz­czeń pod­czas dżi­hadu Sereny Butler. Teraz Anna była cenną kartą prze­tar­gową, a Erazm głów­nym źró­dłem infor­ma­cji dla naukow­ców z Denali; razem gwa­ran­to­wali zwy­cię­stwo dyrek­tora Ven­porta, triumf rozumu nad fana­ty­zmem, cywi­li­za­cji nad bar­ba­rzyń­stwem.

Osta­tecz­nie o to toczył się ten kon­flikt. Rozu­miał to każdy czło­wiek Ven­porta.

Dziś wie­czo­rem cymeki Dra­iga napeł­nią nie­przy­ja­ciela grozą, a może nawet zabiją Man­forda Torondo, co raz na zawsze zneu­tra­li­zo­wa­łoby fana­ty­ków. Ale jeśli nie, okażą swoją strasz­liwą moc, a wielu naukow­ców dyrek­tora Ven­porta chcia­łoby to zoba­czyć.

Z trzech cyme­ków w ładowni okrętu Dra­iga dwa były kie­ro­wane przez ulep­szone mózgi nawi­ga­to­rów, trze­ciego zaś kon­tro­lo­wał Pto­le­me­usz, pierw­szy dobro­wolny nowy cymek, geniusz wie­dziony nie­na­wi­ścią do Man­forda Torondo. Pto­le­me­usz porzu­cił swą sła­bo­witą ludzką postać, zamie­nia­jąc ją na takie mecha­niczne ciało, które przy­pa­dło mu do gustu. Potężne, nisz­czy­ciel­skie ciało.

Man­ford z pew­no­ścią przy­spo­rzył sobie wielu wro­gów.

Bez­pieczny na orbi­cie nad spo­kojną pla­netą, pewny, że sys­temy uchro­nią go przed wykry­ciem przez pry­mi­tywne okręty butle­row­skie, Dra­igo przy­go­to­wy­wał się do misji. Pojem­nik z mózgiem Pto­le­me­usza został zain­sta­lo­wany w jego for­mie bojo­wej, pod­czas gdy dwa cymeki kie­ro­wane przez nawi­ga­to­rów wpro­wa­dzały swe formy kro­czące do pan­cer­nych kap­suł zrzu­to­wych. Mózgi nawi­ga­to­rów pozo­sta­wały ciche i zamy­ślone, ale trzy­mały się pole­ceń. Po spraw­dze­niu myślo­wo­dów Roget oznaj­mił, że wszyst­kie trzy maszyny są gotowe do zrzutu.

Pto­le­me­usz pod­niósł rękę o wielu szpo­nach i zaci­snął dłu­gie, ostre nożyce.

- Ten sady­styczny potwór spa­lił żyw­cem mojego przy­ja­ciela i zmu­sił mnie, bym na to patrzył. Man­ford Torondo musi umrzeć.

- Usi­ło­wał też znisz­czyć ludzki inte­lekt i postęp. Ten czło­wiek zasiał wiele zia­ren nie­na­wi­ści, a my wszy­scy chcemy wziąć udział w żni­wach. - Dra­igo uśmiech­nął się do mózgu zawie­szo­nego w jasno­nie­bie­skim elek­tro­flu­idzie, nim zamknięta została ostat­nia płyta kap­suły. Byli gotowi do zrzutu. - To wasza szansa.

Odpo­wie­dzial­ność za losy ludz­ko­ści była brze­mie­niem, któ­rego Man­ford Torondo nie przy­jął chęt­nie, ale zro­bił to mimo wszystko. Czy miał jakiś wybór?

Obecny kry­zys w Impe­rium był czymś wię­cej niż walką o bogac­twa natu­ralne albo tery­to­ria. Po całych stu­le­ciach w nie­woli myślą­cych maszyn ludz­kość była wresz­cie wolna, wyrwała się ze szpo­nów tech­no­lo­gii. Odro­dzeni, ludzie mogli wró­cić do jakie­goś nowego Edenu - ale tylko wtedy, gdyby zde­cy­do­wali się to zro­bić. O ile nie znisz­czą ich wła­sne sła­bo­ści.

Kłamcy pokroju Josefa Ven­porta chcieli raz jesz­cze znie­wo­lić ludz­kość, a jej rado­snego ducha pod­dać znów maszy­nom! Po zakoń­cze­niu dżi­hadu Rayna Butler - uko­chana men­torka i nauczy­cielka Man­forda - popro­wa­dziła ludzi wła­ści­wym szla­kiem, ale taka droga nie mogła obyć się bez prze­mocy i oporu ani bez tych, któ­rzy rzu­cali bomby na tłumy prze­ciw­ni­ków...

Dła­wiąc gniew, późną nocą Man­ford sie­dział wypro­sto­wany w wyście­ła­nym fotelu i patrzył na swoje ciało, które koń­czyło się poni­żej bio­der. Ta defor­ma­cja cza­sami go szo­ko­wała, nawet teraz, całe lata po eks­plo­zji, która pra­wie go zabiła, pozo­sta­wia­jąc led­wie połowę czło­wieka. "Ale za to po dwa­kroć przy­wódcę!" - jak krzy­czeli jego lojalni zwo­len­nicy pod­czas wie­ców.

Przy­szłość była tak nie­pewna, a cię­żar na jego sercu tak wielki. Jakże by chciał, żeby mądra Rayna na­dal tu była, by pro­wa­dzić ten ruch! Tak bar­dzo ją kochał! Czuł, że po policz­kach ciekną mu gorące łzy.

Anari Idaho, jego lojalna i zawzięta mistrzyni mie­cza, dostrze­gła te łzy i pode­szła bli­żej, stra­piona. Dla Man­forda rzu­ci­łaby się na każ­dego wroga, oddała życie, by go rato­wać. Teraz wyglą­dało na to, że chce go bro­nić przed jego uczu­ciami.

Anari była potęż­nie zbu­do­waną kobietą wyszko­loną przez mistrzów mie­cza z Ginaza. Od lat opie­ko­wała się Man­for­dem w jego pro­stej cha­cie z kamieni polnych na Lam­pa­da­sie. Ściany wewnętrzne były wypo­sa­żone w porę­cze i uchwyty, by Torondo mógł się poru­szać dzięki sil­nym mię­śniom gór­nej czę­ści ciała. Kiedy chciał uka­zać impo­nu­jącą postać wiwa­tu­ją­cym tłu­mom albo nie­przy­ja­cio­łom, korzy­stał z uprzęży na ramio­nach Anari. Nie czuł się wtedy gor­szy od innych ludzi, prze­ciw­nie - wyda­wał się najpotęż­niejszym czło­wie­kiem w Impe­rium.

Jego praw­do­mów­czyni, sio­stra Woodra, przy­szła poroz­ma­wiać z nim, ale nie zauwa­żyła jego posęp­nego nastroju i zarzu­ciła go swo­imi tro­skami.

- Impe­ra­tor Rode­rick wciąż uważa, że odpo­wia­damy za znik­nię­cie jego sio­stry po opa­no­wa­niu Szkoły Men­ta­tów. - Jej głos miał w sobie coś iry­tu­ją­cego. - Musisz go prze­ko­nać, przy­wódco, że Anna Cor­rino musiała jakoś uciec.

- Nie mamy nic wspól­nego z jej znik­nię­ciem, czy Impe­ra­tor wie­rzy w to czy nie. - Man­ford podej­rze­wał, że lek­ko­myślna dziew­czyna została pożarta przez smoka bagien­nego, gdy pró­bo­wała wyrwać się z oblę­że­nia. - Na szczę­ście gniew Impe­ra­tora zwró­cił się prze­ciw Jose­fowi Ven­por­towi. Wcale mnie to nie mar­twi. - Nie mógł prze­stać myśleć o tym, że to jakiś tajemny cud.

- Być może - przy­znała Anari - on jed­nak ni­gdy nie zapo­mni, że tłum butle­row­ców zabił jego córkę. Wystar­czy mu gniewu i na nas.

- To był wypa­dek, nic wię­cej - powie­działa lek­ce­wa­żąco Woodra, jak gdyby myślała, że sprawa jest zakoń­czona. - Nie możemy być o to obwi­niani.

- A mimo to będzie nas obwi­niał - odparła mistrzyni mie­cza.

- Przy­mie­rza mogą znów się zmie­nić - rzekł Man­ford. - Rode­ricka Cor­rino trzeba prze­ko­nać, by zoba­czył swoje prze­zna­cze­nie w roli naszego sprzy­mie­rzeńca... naj­chęt­niej roz­sąd­nymi namo­wami, ale jeśli będzie trzeba, siłą.

Sio­stra Woodra wycią­gnęła reje­stry i spisy, które chciała szcze­gó­łowo omó­wić, ale Man­ford nie miał teraz na to siły. Wyczu­wa­jąc znu­że­nie swego pana, Anari posłała Woodrze kar­cące spoj­rze­nie.

- Wystar­czy tych spraw. Man­ford potrze­buje odpo­czynku i medy­ta­cji. Jak ina­czej mogli­by­śmy ocze­ki­wać, że będzie nam prze­wo­dzić?

Opry­skliwa praw­do­mów­czyni pokrę­ciła nosem na tę odprawę.

- Powo­dze­nie naszego ruchu zależy tak samo od szcze­gó­łów jak od sil­nego przy­wódz­twa. I musimy zna­leźć czas na te szcze­góły.

Woodra została wyszko­lona w zgro­ma­dze­niu żeń­skim, zanim strasz­liwa schi­zma roz­darła tę szkołę. Man­ford wie­dział, że jest tak żar­liwą prze­ciw­niczką tech­no­lo­gii, jak każdy z jego zwo­len­ni­ków. Oka­zała się też cen­nym nabyt­kiem nie tylko jako praw­do­mów­czyni, ale także jako doradca. Była jed­nak szczera i bra­ko­wało jej fine­zji. No i cza­sami męczyła go. Teraz wła­śnie był zbyt wyczer­pany, bez względu na jej nale­ga­nia.

- Anari ma rację. Jestem zmę­czony. Zabierz mnie do sypialni.

Mistrzyni mie­cza pod­nio­sła go, jakby był psia­kiem, i ciężko stą­pa­jąc, poszła ku jego pry­wat­nym poko­jom, gdzie umie­ściła go na wąskim łóżku. Otwo­rzyła okno, żeby wpu­ścić świeże nocne powie­trze.

Empok, sto­lica Lam­pa­dasa, iskrzył się cie­płymi oran­żo­wymi świa­tłami nie­zli­czo­nych pro­stych budyn­ków. Owady śpie­wały ciche pie­śni, a pla­neta wyda­wała się zwod­ni­czo spo­kojna, gdy Man­ford ukła­dał się do kon­tem­pla­cyj­nego snu. Dopóki grzmiący ryk nie wstrzą­snął ciem­no­ścią.

Jakieś cięż­kie obiekty prze­dzie­rały się przez atmos­ferę spo­wite pło­mie­niami. Trzy poci­ski ude­rzyły w grunt za Empo­kiem.

Anari wsz­częła alarm i wtar­gnęła do sypialni, by go chro­nić.

Ludzie wybie­gli z domów spraw­dzić, co zaszło, a potem pod­nie­śli krzyk trwogi. Trzy miej­sca ude­rzeń kipiały zło­wrogo, oświe­tlone białą i oran­żową poświatą i pod­kre­ślone pul­su­ją­cymi cie­niami. Osłony kap­suł otwo­rzyły się niczym wyszczer­bione płatki opan­ce­rzo­nych kwia­tów, a potem wyło­niły się z nich mecha­niczne formy. Cięż­kie, poru­szane tło­kami nogi nio­sły naje­żone bro­nią kadłuby, z któ­rych każdy zawie­rał pozba­wiony ciała ludzki mózg. Trzy góru­jące nad domami cymeki roz­po­częły marsz na mia­sto.

Gdy Anari wycią­gnęła Man­forda z łóżka, zoba­czył przez okno odle­gły ruch i zro­zu­miał, że wro­go­wie przy­szli po niego.

Trzy­ma­jąc go, mistrzyni mie­cza powie­działa:

- Ocalę cię.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki