Nawiedzenie - Frank Peretti
14.90 zł

Reflow text when sidebars are open.
Nigdy nie sądziłem, że będę miał dosyć bycia chrześcijaninem. Praktycznie rzecz biorąc, przyszedłem na świat jako chrześcijanin, wzrosłem w chrześcijańskim domu, wychował mnie Kościół, a ukształtowała szkółka niedzielna. Nie mogło mnie zabraknąć przy żadnym z kościelnych wydarzeń, czy były to szczególne spotkania, natchnione śpiewy, studium biblijne, czy wakacyjna szkółka biblijna. Codziennie czytałem Biblię, regularnie się modliłem, kiedy tylko mogłem, dawałem świadectwo wobec innych, i znałem na pamięć wszystkie hymny. Byłem duszpasterzem młodzieży, pomocnikiem pastora, nauczycielem, kaznodzieją, publicznym mówcą. Byłem na właściwej drodze, obdarzano mnie aprobatą i nie planowałem zmiany kursu.
Jednakże nikt mi nie powiedział, że wciąż wzrastam i że przyjdzie czas, kiedy cała ta dobrze mi znana chrześcijańska otoczka, w której się wychowałem, zacznie mi zawadzać. Jak dziecko wyrastające z ubrań miałem kłopot ze znalezieniem pasujących na mnie rzeczy - z wyjątkiem jednego T-shirtu z napisem "BYŁEM TU, DOKONAŁEM TEGO".
Nie, nie schodziłem na złą drogę. Nie kusił mnie szatan. Nie byłem nawet rozczarowany - cóż, na pewno nie Bogiem. Nazwijmy to bólami wzrastania. Zaczynałem odczuwać różnicę pomiędzy religią a relacją. Im bardziej pragnąłem poznać Boga, tym bardziej miałem dosyć całego tego chrześcijańskiego "sosu".Gdzie naprawdę był Bóg? Czy miałem Go znaleźć w tej religijnej otoczce, w mojej szczególnej chrześcijańskiej kulturze, która słowem i przykładem pouczała mnie, jak powinien wyglądać prawdziwy chrześcijanin, jak się powinien zachowywać, co sądzić i co czynić? Przez większość mego życia ten świat spowijał mnie jak miękki koc;czułem się bezpieczny jak dziecko w domu z kochającymi rodzicami.
Jednak dzieci, tak jak i my, dorastają i zaczynają potrzebować osobistej relacji z Bogiem, wykutej w sercu przez czas i doświadczenie, a nie owiniętej wokół nas przez Kościół, do którego chodzimy. Musimy poznać Boga sami, a nie z drugiej ręki.
Uświadomienie sobie tego, dojście do tego punktu wzrastania może oznaczać czas pełen samotności. Czujemy po prostu, że wszystko nas męczy: "Nie, dziś rano nie zrobiłem sobie "chwili odosobnienia", więc proszę, zaaresztujcie mnie. Jeżeli jeszcze raz będę musiał zaśpiewać ten kanon, zacznę krzyczeć. Może tym razem nie pójdę do kościoła i zostanę w domu, żeby odnaleźć spokój i ciszę".
Nie przyjmujemy już wszystkiego tak łatwo. Może ty uznasz to za prorokowanie, ale dla mnie było to złe zachowanie. Jak poznam, że Bóg naprawdę przemówił do pastora? Niczego nie słyszałem. Czy naprawdę znikniemy w mgnieniu oka?
Każdy ma dla nas lekarstwo: musisz częściej czytać Biblię i więcej się modlić. Musisz powrócić do Pana. To zwodzenie Nieprzyjaciela: zacznij mówić językami, a przeminie.
Cóż, nie martw się. Przeszedłem przez to. Jezus przez cały czas kroczył wraz ze mną, mogłem o wiele wyraźniej dostrzec Go po drugiej stronie. Mam cudowną kościelną "rodzinę", lubię śpiewać kanony, wciąż czytam Biblię i codziennie się modlę. Teraz jednak świat wygląda inaczej. Mam własną, osobistą wiarę, podoba mi się miejsce, do którego Pan mnie doprowadził, i nie odejdę z niego.
Ponieważ byłem w tym miejscu, dokonałem tego, przetrwałem wszystko, pomyślałem, że napiszę o tym. Gdziekolwiek jesteś na swojej drodze z Panem, jestem pewien, że znajdziesz jakiś wspólny punkt z Travisem Jordanem zmagającym się z całą tą religijnością, by znaleźć prawdziwego Jezusa.
FRANK E. PERETTI
Czerwiec 2003
Sally Fordyce wyszła z domu wkrótce po tym, jak umyła naczynia po śniadaniu. Trochę się przespacerowała, trochę przebiegła wzdłuż drogi numer dziewięć - wąskiej, biegnącej prosto niczym struna dwupasmówki, na której coraz mniej wyraźnie widać było białą linię. Obok szosy ciągnął się szereg równomiernie rozmieszczonych słupów elektrycznych. Była to wschodnia część stanu Waszyngton, spokojna i wyludniona. Pola pszenicy, zieleniące się wiosennie, rozciągały się w każdym kierunku falującej na wietrze prerii. Na wprost, w oddali, szosa łagodnie się obniżała się i wznosiła, by w końcu zwęzić się do niknącego na dalekim horyzoncie punktu. Słońce przygrzewało, lekki wietrzyk był nieco przenikliwy.Był kwiecień.
Sally miała dziewiętnaście lat, blond włosy i lekką nadwagę. Była ogromnie nieszczęśliwa, ponieważ jej małżeństwo nie wypaliło. Wierzyła we wszystko, co Joey, kierowca ciężarówki, mówił jej o miłości. Opowiadał, że krągłości jej sylwetki przypominają mu linie zderzaków ciężarówki. Małżeństwo - jeśli w ogóle można je tak nazwać - trwało trzy miesiące. Gdy Joey znalazł inną kobietę, bardziej "stymulującą intelektualnie", wyrzucił Sally z kabiny do spania w ciężarówce. Dotarło do niej, że zatoczyła pełne koło, stając się na powrót córką Charliego i Meg. Znów mieszkała z nimi w domu. Musiała utrzymywać porządek w swym pokoju, pomagać przy obiedzie i myciu naczyń, wracać do domu przed jedenastą i w każdą niedzielę chodzić z rodzicami do kościoła metodystów. Jej życie znów do niej nie należało.
Myślała, że posmakowała wolności, ale została odrzucona. Nie miała skrzydeł, które pomogłyby jej odlecieć, a gdyby nawet, to nie miała dokąd. Życie nie było sprawiedliwe. (Charlie podszedł do tego w ten sposób, że sporządził wraz z Meg listę wszystkich głupich błędów, których, jak mieli nadzieję, Sally nigdy nie popełni, i wręczył jej egzemplarz. Nie trzeba chyba mówić, że stosunki w domu były napięte).
Sally, jeszcze zanim spróbowała związać się z Joeyem, kierowcą ciężarówki, miała zwyczaj wyrywać się na pola w ciszy poranka. Teraz, po powrocie, nadal uciekała na prerię. Tam, daleko, nie słyszała żadnego głosu, tylko własne myśli. One mogły jej powiedzieć, co tylko chciała. Mogła się także modlić, czasami na głos, wiedząc, że nie usłyszy jej nikt prócz Boga. "Panie Boże, proszę, nie zostawiaj mnie tutaj. Nie chcę tu utkwić. Jeżeli jesteś, uczyń jakiś cud. Spraw, żebym wydostała się z tego mętliku".
Trzeba przyznać, że na takie nadzieje w przypadku Sally było już za późno. Do większości osób dorastających w Antiochii wcześniej czy później docierało wezwanie z zewnątrz - gdziekolwiek to było.Wyjątkiem byli ci, którzy mieli uprawę pszenicy we krwi i nie mogli się doczekać, kiedy wdrapią się na kombajn. Po osiągnięciu pełnoletności wszystkie dzieciaki, które tylko mogły, znajdowały drogę w świat i odchodziły - zwykle na dobre.Sally, owszem, osiągnęła pełnoletność, lecz nie znalazła drogi w świat. Charlie i Meg zapewne by wam powiedzieli, że ich córka nie należy do tych, którzy mogliby znaleźć taką drogę, jakakolwiek by ona była. Sally jednak wciąż czekała, że wyjdzie jej ona na spotkanie.
Połowę trasy joggingowej wyznaczała dla Sally szeroko się rozgałęziająca topola kanadyjska na szczycie niskiego wzniesienia - jedyne drzewo w zasięgu wzroku. Było ogromne. Musiało tu rosnąć, jeszcze zanim powstały drogi, farmy, i zanim przybyli osadnicy. Sally, wbiegając na wzgórze, dwukrotnie przyspieszyła. Zanim dotarła do szczytu, jej oddech stał się ciężki. Ustanowiła pewien zwyczaj: każdego dnia wspierała nogi o potężny pień i rozciągała mięśnie. Później zasiadała pomiędzy dwoma wystającymi korzeniami z południowej strony wzniesienia i przez chwilę odpoczywała. Ostatnio obyczaj ten poszerzył się też o krótką modlitwę o cud.
Rozciąganie poszło całkiem dobrze. Sally ochłonęła, oddech jej się uspokoił. Ćwiczenia i chłodne powietrze sprawiły, że poczuła wypieki na policzkach.
Objęła drzewo...
I niemal wyskoczyła ze skóry.
Pomiędzy dwoma korzeniami, dokładnie na jej miejscu, siedział jakiś mężczyzna. Opierał się plecami o chropowaty pień, a dłonie leniwie zwisały mu z kolan. Musiał tu być przez cały ten czas, kiedy ćwiczyła rozciąganie. Sally natychmiast poczuła ciekawość. Była niemal obrażona, że nie powiedział lub nie zrobił czegoś, co by zdradziło jego obecność.
- Och! - żachnęła się, gdy w końcu złapała oddech. - Cześć. Nie wiedziałam, że tu jesteś.
On tylko uśmiechnął się nieznacznie, patrząc na nią życzliwie. Był wybitnie przystojnym mężczyzną. Miał oliwkową cerę, głębokie brązowe oczy i mocno kręcone czarne włosy. Był młody, może w tym wieku co Sally.
- Dzień dobry, Sally. Wybacz, jeśli cię przestraszyłem.
Dziewczyna poszukała go w pamięci.
- Czy już się kiedyś spotkaliśmy?
Przekornie potrząsnął głową.
- Nie.
- A więc kim jesteś?
- Jestem tu, by dostarczyć ci wiadomość. Twoje modlitwy zostały wysłuchane, Sally. Odpowiedź jest w drodze. Poszukaj go.
Sally na chwilę odwróciła wzrok, zdradzając konsternację.
- Kogo mam poszukać?
Mężczyzny już nie było.
- Hej!
Dziewczyna obeszła drzewo dookoła, lustrując jego koronę i patrząc w dół wzdłuż drogi i na pola.
Nieznajomy zniknął, zupełnie, jakby nigdy go tutaj nie było.
Sally, okrążywszy pospiesznie drzewo jeszcze raz, zatrzymała się. Oparła rękę o pień, by się uspokoić. Przebiegała wzrokiem prerię. Serce biło jej szybciej niż wtedy, gdy wbiegała na wzniesienie. Oddychała szybko i płytko. Dygotała.
W kościele pod wezwaniem Matki Bożej Zielnej w Antiochii Arnold Kowalski był zajęty usuwaniem kurzu z podłogi tego uroczego, małego sanktuarium. Zamiatał szeroką miotłą między ławkami i wzdłuż głównej nawy. Poruszał się dość powoli, ale pracował bardzo sumiennie. Arnold był już w swoim życiu żołnierzem, stolarzem, mechanikiem silników Diesla, listonoszem. Teraz, odkąd przeszedł na emeryturę, nieoficjalnie przyjął na siebie obowiązki i tytuł kościelnego. Nie było to zajęcie płatne, chociaż każdego miesiąca przekazywano mu, w dowód wdzięczności i miłości, niewielki datek pieniężny. Arnoldem kierowała prosta i jasna zasada. Pracował dla Boga parę godzin przez kilka dni w tygodniu. To zajęcie dawało mu radość. Poza tym lubił w tym miejscu przebywać.
Od czterdziestu lat aż do chwili obecnej Arnold Kowalski był oddanym członkiem kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej Zielnej. Jeśli to tylko od niego zależało, nigdy nie opuścił porannej Mszy świętej w niedzielę. Nigdy nie zaniedbał spowiedzi, chociaż teraz, w wieku lat siedemdziesięciu dwóch, stały się one krótsze, a pokuta lżejsza. Lubił myśleć, że uszczęśliwia Boga. Uważał, że sam jest dosyć szczęśliwy dzięki Bogu.
Wyjątkiem była jedna sprawa, jedno niewielkie zmartwienie. Musiał je dźwigać na sobie, posuwając się wolno wzdłuż głównej nawy i zamiatając. Arnold nie umiał przestać marzyć, aby Bóg choć trochę zwrócił uwagę na jego artretyzm. Dolegliwość ta wzmagała się od czasu do czasu; teraz akurat nie bolało tak bardzo. Wstydził się tej myśli, ale i tak do niej powracał: "Ja tutaj służę Bogu, a On pozwala na ból". Drżały mu ręce, bolały stopy. Stawy rwały niemiłosiernie bez względu na to, jak trzymał miotłę. Arnold nie lubił się skarżyć, ale dziś czuł, że lada chwila się rozpłacze.
"Może nie dość służę Bogu - pomyślał. - Może powinienem dłużej pracować. Może gdybym nie brał pieniędzy za to, co robię?... Co pominąłem? Czego mi brak?"
Przed wejściem do kościoła zawsze zdejmował kapelusz i żegnał się. Jak zwykle miał teraz na sobie swój niebieski kombinezon. Może krawat byłby wyrazem większego szacunku.
Arnold zmiótł jeszcze trochę kurzu i śmieci wzdłuż głównej nawy, po czym wszedł w smugę słonecznego światła wpadającą przez witraż. Słońce grzało go w plecy i przynosiło mu pociechę, jakby na jego ramionach spoczęła Boża dłoń. Z tego miejsca mógł wznieść oczy na rzeźbiony, drewniany krucyfiks wiszący nad ołtarzem. Pochwycił wzrok ukrzyżowanego Chrystusa.
- Nie chcę się skarżyć - powiedział. Poczuł, że już przekroczył granicę. - Ale jaką szkodę by to przyniosło? Co by się zmieniło na tym wielkim, szerokim świecie, gdyby jeden niepozorny człowiek nie doznawał tyle bólu?
Arnold zorientował się, że zwrócił się do Boga z gniewem. Zawstydzony odwrócił wzrok od wpatrujących się w niego drewnianych oczu. Ale oczy te na powrót przyciągnęły jego spojrzenie. Przez jeden dziwny, złudny moment wydawało się, że są żywe. Łagodnie karcące, lecz przede wszystkim pełne współczucia, jakie ojciec mógłby okazać dziecku z zadrapanym kolanem. Promień słońca padający z innego okna wydobył z ich kącików delikatne błyski. Arnold musiał się uśmiechnąć. Mógł sobie niemal wyobrazić, że te oczy są żywe i wilgotne od łez.
Błysk się wzmógł, rozchodząc się z kącików oczu i sięgając aż po dolne powieki.
Arnold spojrzał uważniej. Skąd padało światło, które mogło wywołać taki efekt? Popatrzył w górę i na prawo. Musiało wydobywać się z rzędu małych okienek blisko sufitu. I pomyśleć, że tyle lat chodzi do tego kościoła, a nigdy wcześniej ich nie zauważył. To wyglądało zupełnie jak...
Nad brzegiem dolnej powieki wezbrała łza. Skapnęła na drewniany policzek, znacząc wąski, mokry ślad biegnący wzdłuż twarzy na brodę.
Arnold wpatrywał się, zastygając w bezruchu. Jego umysł ugrzązł pomiędzy wiedzą a wiarą.Nie czuł lęku ani żadnej szczególnej duchowej obecności. Nie słyszał nucących w tle chórów anielskich. Wiedział jedynie, że patrzy, jak drewniany wizerunek roni łzy, podczas gdy on stoi w osłupieniu.
Potem przyszła mu do głowy pierwsza logiczna myśl: "Muszę wyjść tam na górę". Tak, to właśnie trzeba było zrobić; to rozwiąże sprawę. Ruszył z pośpiechem, na ile mu pozwalał ból stóp, i przytaszczył drabinę z magazynu na tyłach kościoła. Przystanął przed ołtarzem, by się przeżegnać, po czym obszedł go dookoła i ostrożnie oparł drabinę o ścianę. Każdy krok po szczeblach wzbudzał w stopach ostry ból, lecz Arnold zacisnął zęby, skrzywił się. Zmusił się do wspinania, dopóki nie stanął oko w oko z wyrzeźbioną twarzą.
Wzrok nie spłatał mu figla. Twarz, trzy razy mniejsza niż w rzeczywistości, była mokra. Arnold spojrzał w górę, by sprawdzić, czy na suficie nie ma przecieku, lecz nie ujrzał żadnej plamy czy kropli. Pochylił się, by bliżej przyjrzeć się wizerunkowi i poszukać śladów jakiegoś urządzenia czy sztuczki. Nic.
Wyciągnął rękę, następnie zawahał się, pierwszy raz odczuwając coś na kształt lęku. Czym było to, czego zamierzał dotknąć? "Dobry Boże, nie rób mi krzywdy". Znów sięgnął przed siebie, wyciągając drżącą dłoń, aż koniuszkami palców musnął mokry ślad łez.
Poczuł mrowienie, jakby elektryczność, i z lękiem szarpnął rękę z powrotem. To wrażenie nie było bolesne, lecz przestraszyło go. Dłoń zaczęła mu drżeć. Elektryzujące doznania przeszywały ramię, jak niezliczone, małe pszczoły rojące się w żyłach. Wydał z siebie cichy jęk, westchnął, potem znów jęknął, gdy niezwykłe prądy przepłynęły przez ramiona, dokoła szyi, w dół kręgosłupa. Chwycił się drabiny i mocno jej trzymał przerażony, że się wywróci.
Mocny uchwyt.
Uchwyt, który nie boli. Spojrzał na rękę. Wibracje buzowały i wirowały pod skórą, przez kłykcie, w poprzek dłoni, poprzez przeguby. Rozluźnił uścisk, znów go wzmocnił. Przytrzymał się jedną ręką, otwierając i zaciskając drugą, kręcąc palcami i zginając je.
Ból zniknął. Ręce były mocne.
Prąd wdarł się w nogi, przyprawiając nerwy o swędzenie, a mięśnie o skurcz. Arnold objął drabinę, przywarł dłońmi do szczebli. Jego krzyk odbił się od ściany, którą miał zaledwie parę cali przed nosem. Dygotał, bał się, że spadnie. Krzyknął, odetchnął, zatrząsł się. Krzyknął znowu.
Elektryczność, doznanie - cokolwiek to było - ogarnęło mu stopy, a jego głos poniósł się echem po budynku.
W niedzielę pastor Kyle Sherman odmówił błogosławieństwo. Pianista i organista zaczęli grać pieśń końcową - współczesną interpretację hymnu Pozostań w mojej duszy. Wierni z antiocheńskiej Misji Pięćdziesiątnicy wstawali i powoli opuszczali swoje miejsca. Zamieszanie po nabożeństwie wyglądało podobnie, jak można to zobaczyć w każdym kościele. Ludzie zbierali płaszcze, egzemplarze Biblii, druki ze szkółki niedzielnej, zwoływali dzieci. Potem uformowali w nawach i drzwiach wolno przesuwające się grupki, żartując i gawędząc. Rodziny, osoby samotne, przyjaciele i goście przechodzili przez główne wyjście. Przystanął tam młody pastor, chcąc uścisnąć dłonie wiernych i ich przywitać. Dzieci szalały, na ile im pozwalali rodzice. Biegały po dworze, bo za bieganie w kościele dostawały burę.
Wśród wychodzących tego dnia wiernychznajdowała się Dee Baylor. Stała bywalczyni antiocheńskiej Misji była zdrową, mocno zbudowaną czterdziestoparoletnią kobietą z wydatnym nosem i bujnymi,gęstymiwłosami, które wyraźnie dodawały jej wzrostu. Niska, myszowata Blanche Davis i Adrian Folsom z fryzurą po trwałej ondulacji, ufarbowaną w błękitnej płukance, podążały wraz z nią przez żwirowany parking. Ta trójka energicznie pracowała nad tym, by chrześcijańska winorośl wciąż pozostała żywa.
- To wszystko, co powiedział? - spytała Adrian.
Dee nie miała zamiaru powtarzać historii - ani całej, ani we fragmentach.
- Tylko tyle, że "odpowiedź jest w drodze". I według Sally mówił o kimś, a nie o czymś.
- O kim więc mówił? - spytała Blanche.
- Może o jej przyszłym mężu - zaryzykowała Adrian. - Mnie Bóg powiedział, że poślubię Rogera.
- A co z krucyfiksem w kościele katolickim? - zainteresowała się Blanche.
- Nie można stawiać Bogu granic - odparła Dee.
- Nie, nie można - zgodziła się Adrian z wyraźnym naciskiem.
- Ale płacząca rzeźba? - spytała Blanche, marszcząc twarz. - To brzmi dla mnie okropnie katolicko.
- Tak, to coś, co pojmą tylko katolicy.
Blanche rozważała to w ciszy.
- Musimy szukać Pana - powiedziała Dee, z przymkniętymi modlitewnie oczami. - Musimy czekać. Bóg ma plany wobec Antiochii. Myślę, że Pan jest gotów wylać swego Ducha na to miasto.
- Amen - to właśnie chciała usłyszeć Blanche.
- Amen - zawtórowała Adrian.
Dee spojrzała w górę, jakby chcąc zatopić wzrok w niebiosach. Chmury właśnie się rozerwały. Zaczęły ukazywać się skrawki błękitu, zapowiadając przyjemne popołudnie.
Adrian i Blanche szły dalej, kontynuując rozmowę, dopóki nie spostrzegły, że zostały same. Obejrzały się za siebie.
- Dee?
Stała spokojnie, przyciskając Biblię do piersi i patrząc w kierunku nieba. Poruszała gwałtownie ustami, jakby szeptała w obcym języku.
- Dee?
Pospieszyły do niej.
- Co jest?
Wszystko, co była w stanie zrobić, to wskazać na coś palcem. Potem zamarła z ręką na ustach.
Adrian i Blanche popatrzyły we wskazanym kierunku, bojąc się, że to coś może na nie spaść. Nie zobaczyły nic z wyjątkiem kłębiących się chmur i skrawków błękitnego nieba.
- Widzę Jezusa - powiedziała Dee ściszonym głosem. Potem, unosząc jedną rękę w kierunku nieba, krzyknęła ekstatycznie: - Jezu! Widzę Cię, widzę!
Obok przeszedł brat Norheim. Był stary, przygarbiony i szorstki w obejściu, lecz stanowił szanowany filar Kościoła. Wiedział, jak powinno się nim kierować, jak działa Duch i jak należy zmywać kielichy mszalne, by nie obrazić Pana. Kiedy na wieczornym nabożeństwie rozpoczynał ze swej ławki hymn Błogosław duszo moja Pana, śpiewali wszyscy niezależnie od tego, czy Linda Sherman znalazła właściwy klawisz na pianinie, czy nie. A teraz zobaczył, że panie są czymś podekscytowane.
- Na co patrzycie?
- Widzę Pana! - odetchnęła gwałtownie Dee, po czym przeszła do śpiewu. - Widzę Pana... Widzę Pana... Zasiada wysoko,a jego tren wypełnia świątynię!
Adrian i Blanche wciąż wpatrywały się w chmury w nadziei, że uda im się coś dostrzec. Rzucały szybkie spojrzenia w bok, na siebie nawzajem w poszukiwaniu jakiejś wskazówki.
Brat Norheim przebiegł wzrokiem niebo, ukazując w uśmiechu trzy złote zęby i trzy dziury.
- Niebiosa są dziełem Jego palców.
- Co widzisz? - spytała w końcu Adrian.
Dee wskazała.
- Czy Go nie widzicie? Tutaj! Patrzy wprost na nas!
Adrian i Blanche spojrzały ostrożnie, kierując się ruchem palca Dee. W końcu Blanche powoli i trwożnie wciągnęła powietrze.
- Takkk... Tak, widzę Go! Widzę Go!
- Gdzie? - krzyknęła Adrian. - Nie widzę.
- Nie do wiary! Czyż nie?
Adrian przyłożyła głowę do głowy Blanche, mając nadzieję, że uzyska tę samą perspektywę.
- Pokaż mi.
Blanche wskazała.
- Widzisz? Tam jest czubek Jego głowy, a tam ucho i broda...
Adrian wydała skrzek niczym gawron. Zwykle zachowywała go na śmieszne kawały i głębokie odkrycia.
- Auuu! Macie rację! Macie rację!
Teraz wszystkie trzy kobiety wskazywały palcami niebo i wpatrywały się w nie, zaś Dee śpiewała po angielsku i nie tylko. Brat Norheim ruszył dalej, radując się, że ujrzał święte ogarnięte świętym ogniem. Inni podeszli bliżej, by sprawdzić, o co chodzi w tym zamieszaniu. Dave White, przedsiębiorca budowlany, ujrzał twarz od razu, lecz jego żona, Michelle, nie dostrzegła absolutnie niczego. Mąż Adrian, Roger, zobaczył twarz, ale uznał to za zabawny zbieg okoliczności i nic ponadto. Don i Melinda Forester, nowa para w kościele, oboje ujrzeli twarz. Nie byli jednak zgodni co do tego, w którym kierunku spogląda. Ich dzieci, ośmioletni Tony i sześcioletnia Pammie, zobaczyły Jezusa, lecz dostrzegły również na czubku Jego głowy kilka rozmaitych zwierząt.
- Spójrzcie! - powiedziała Adrian. - Trzyma w ręku gołębia, widzicie to?
- Gotów jest wylać na nas Ducha! - oznajmiła Dee z proroczym drżeniem w głosie.
- Nie pojmuję tego - powiedział Roger, patrząc na niebo spod przymrużonych powiek.
- On przemawia do nas w te dni ostatnie!
- Jesteście szaleni - upierała się Michelle. - Nic nie widzę.
- Halo, pastorze Sherman! - zawołał Tony. - Widzimy w chmurach Jezusa!
- Tam jest kogut! - zapiszczała Pammie.
I tam to się zaczęło- powiedział mi Kyle Sherman. - Trzy kobiety zaczęły widzieć różne rzeczy, bo chmury zmieniały kształt. Jezus miał przez chwilę w dłoni gołębia, a potem zmienił się w drzwi. Rozumiesz, drzwi do owczarni, drzwi do nieba, cokolwiek zechcesz, a potem... - Kyle spojrzał w kierunku sufitu, wspominając widok nieba. - Uch... myślę, że płomień. - Narysował go dłonią w powietrzu. - Coś w rodzaju falującej w górę i w dół, wiesz, ognistej kolumny.
Kyle jak dotąd nie przytoczył żadnych nazwisk, zapytałem więc:
- Mowa o Dee Baylor?
Skinął głową, wyglądając na zmieszanego.
- Adrian Folsom i Blanche Davis?
Kyle znów niechętnie przytaknął.
- Teraz rozumiem - powiedziałem, podnosząc filiżankę kawy i wypijając następny łyk.
Był poniedziałek, typowy wolny dzień pastora. Kyle Sherman i ja siedzieliśmy przy moim kuchennym stole. Pomiędzy nami stały filiżanki kawy i leżała paczka herbatników Oreo. Pastor miał wciąż dwadzieścia parę lat, był ciemnowłosy, chudy, młody koń gotów do galopu. Przez ostatnie cztery miesiące zasiadał przy stole w tym małym domu kilka razy, utrzymując ze mną kontakt i próbując być dobrym pasterzem.
Jak się domyślałem, miał też nadzieję, że powstrzyma zagubioną owcę od dalszego błądzenia. Wiem, że przyciągnąłem jego uwagę od chwili, kiedy przybył, by objąć pastorat. Dopóki nie przekazałem mu obowiązków, oficjalnie wciąż byłem pastorem, lecz kongregacja wyraźnie uważała mnie za straconego. AntiocheńskaMisja Pięćdziesiątnicy miała pastora - byłego pastora - który był w stanie zbliżać się do kościoła.
Kyle natychmiast zrobił, co należało do pastora, przychodząc po mnie - a raczej do mnie - i stając się stałą częścią mego życia, czy tego chciałem, czy nie. Duszpasterz w moim wnętrzu rozumiał Kyle'a i przyznawał, że na jego miejscu uczyniłbym to samo. A co do reszty mojej osoby... cóż,mniejsza z tym.
Jednak dzisiejsza wizyta zdecydowanie różniła się od poprzednich. Nie usłyszałem dziś od Kyle'a zbyt wielu "Bogu dzięki" czy "Alleluja". Powiedziałbym, że ciążyły mu duchowe eskapady Dee Baylor i spółki.
- Dee wydaje się być jak... - Kyle albo się zmagał ze słowami, albo czekał, że wypełnię lukę. Wypełniłem lukę.
- Dee jest wyznawczynią, która ma wyznawców. Meg Fordyce raz w tygodniu urządza małe spotkanie modlitewne ku chwale Pana, a Dee całkiem często tam zachodzi. Stamtąd to wzięła.
Spodziewałem się teraz dostrzec przebłysk światła, lecz Kyle'a moje rozumowanie najwidoczniej nie zadowalało.
- Nie jestem pewien, czy za tobą nadążam.
- Kyle, to proste. Meg powiedziała Dee o tym, że Sally widziała anioła. To oznacza, że Bóg w szczególny sposób nawiedził kogoś innego, nie Dee. Nie możesz dostać czegoś od Boga, żeby Dee też tego nie dostała. Ona na to nie pozwoli.
Kyle wyglądał na naprawdę rozczarowanego.
- A więc co z Sally? Myślisz, że wszystko wymyśliła?
- Możesz porozmawiać o Sally z Charliem i Meg. To zależy od ciebie, ale nie, ja jej nie wierzę. To zbyt przypomina znikającego autostopowicza. - Kyle roześmiał się. - Słyszałeś o tym, prawda?
- O taak. - Zamilkł. - Więc Dee małpuje?
- Nie, Dee zawsze musi być lepsza. Sally widziała anioła. Dee widzi Jezusa.
Kyle potrząsnął jednak głową, wciąż nieusatysfakcjonowany.
- Oni są podekscytowani, Travis. I to nie tylko Dee, Adrian i Blanche, ale i White'owie, i Foresterowie...
- Podekscytowani czym? Jezusem na niebie z kogutem na głowie?
- Pammie myślała, że to kogut.
- Hej, zadawałeś mi pytania. - Postawiłem moją filiżankę kawy na stole, niczym sędzia zamykający rozprawę uderzeniem młotka.
- A co z Arnoldem Kowalskim?
Musiałem się powstrzymać, żeby nie przewrócić oczami.
- Czyż rzeźba Elvisa nie zaczęła kiedyś płakać? - Spojrzałem na moją pustą filiżankę, a potem na ekspres do kawy. Było w nim jeszcze tyle kawy, że starczyłoby na dwie porcje. - Chcesz dolewkę?
- Nie, dzięki.
Wstałem i nalałem sobie jeszcze jedną filiżankę.
- Może Arnold Kowalski jest katolicką wersją Dee Baylor.
Z tonu Kyle'a mogłem wyczytać, że zaczynam go niecierpliwić.
- Nie, do rzeczy, Travis. Kowalski pojechał do Davenport do doktora Tennera, zrobił sobie rentgen i wszystkie te rzeczy. Mówi, że artretyzm ustąpił.
Usiadłem, trzymając palce na uszku filiżanki, i spojrzałem wprost na niego.
- Zwyczajnie powiedz, co myślisz.
Zapatrzył się na swoją pustą filiżankę, popychając ją za uszko po stole, kreśląc nią małe zygzaki.
- Czy nie sądzisz, że może Bóg od czasu do czasu nas zaskakuje? Rozumiesz, robi coś nieoczekiwanego?
Pochyliłem się w jego kierunku.
- Kyle, ci ludzie doświadczyli tego, czego oczekiwali. Zaufaj mi.
Odchyliłem się z powrotem, wysączyłem moją kawę i spróbowałem wystąpić z jakąś zamykającą dyskusję uwagą.
- Jeśli chcesz mojej rady, powiem ci, żebyś się tym nie zamartwiał. Tego rodzaju sprawy przychodzą i odchodzą, i wszystko w końcu wraca do normy.
- Po prostu muszę zająć w tej sprawie jakieś stanowisko.
Sama myśl o tym, że to ktoś inny musi zająć stanowisko, dała mi pewną małą, mroczną przyjemność.
- Taak, jesteś tym jedynym, który musi pozostać nieugięty, prawda? Cóż, nie zaszkodzi wstrzymać się nieco z osądem.
- Myślę, że Dee i Adrian będą dziś znowu obserwować chmury...
Rozległo się pukanie do drzwi frontowych.
- To Rene - powiedziałem, po czym wykrzyknąłem: - Proszę wejść!
Rene weszła.
- Cześć, Trav.
Jej jasne włosy były ściągnięte do tyłu w koński ogon. Miała na sobie swój stary, zielony dres, taki sam jak zawsze, kiedy wpadała. Przedstawiłem moją starszą siostrę nowemu pastorowi i znalazłem przyjemność w kolejnej myśli: Rene mieszkała w Spokane, tak więc nie musiała się martwić, że Kyle złoży jej wizytę.
- Nie chcę wam przeszkadzać - powiedziała Rene, kierując się do łazienki.
- Właśnie skończyliśmy.
- Ech - Kyle łowił zagubioną myśl, lecz najwyraźniej jej nie znalazł. - Tak czy siak, jutro rano zbierze się rada Kościołów, by o tym wszystkim porozmawiać. Myślę, że będzie tam Nancy Barrons.
- Świetnie - rzekłem. - Relacja w gazecie. To ugasi pożar.
Kyle uniósł jedną brew.
- Hej, Travis, całe miasto o tym huczy. Na zewnątrz dużo się dzieje, a ciebie to omija.
Uśmiechnąłem się. To dodało trzecią przyjemną myśl do szeregu.
Kyle kontynuował:
- W każdym razie, czemu nie miałbyś się wybrać ze mną? Nie poznałem jeszcze wszystkich duchownych. Mógłbyś mnie przedstawić, usiąść i słuchać, mieć jakiś wkład.
To była sztuczka, widoczna jak na dłoni. Kyle nie po raz pierwszy próbował mnie zmusić, bym znów wkroczył w dawne kręgi kościelne. Zaśmiałem się cicho i rozbrajająco, i potrząsnąłem głową.
- Odbędzie się to w kościele katolickim. Będziemy mogli popatrzeć na płaczący krucyfiks.
Skrzywiłem się. Nie mogłem się opanować.
- Stań na ziemi!
Kyle tylko podniósł ręce, poddając się logice.
- Słuchaj, można się sprzeczać, opierając się na pogłoskach, albo iść prosto do źródła i zobaczyć je samemu.
- I zasiąść znów z tymi wszystkimi duchownymi? Nie w tym roku, dziękuję.
Za moimi plecami Rene przeszła do lodówki i sprawdziła mój zapas mrożonek i resztek.
Kyle patrzył na mnie przez chwilę. Wiedziałem, że kolejne pytanie mi się nie spodoba.
- Czy oni mają z tym coś wspólnego?
- Coś wspólnego z czym?
- Tak - odparła Rene.
Posłałem jej ostre spojrzenie przez ramię, na co odpowiedziała tym samym.
Kyle nie obawiał się cienkiego lodu.
- Z tym, że zrezygnowałeś z ambony, siedzisz tu w małym domku zupełnie sam...
- Nigdy nie zmieniasz ubrań - wtrąciła się Rene. - Nie golisz się, nie sprzątasz...
- Zmieniam ubrania! - powiedziałem.
Rene spojrzała na kosz z praniem na podłodze.
- Tu jest tylko jedna koszula. Czy nosiłeś tę samą przez cały tydzień?
Spojrzałem na koszulę, którą miałem na sobie. Nie mogłem sobie przypomnieć, jak długo ją noszę.
- Lubię tę koszulę. - Zwróciłem się znów do Kyle'a. - A ty mieszkasz teraz na mojej plebanii, z moim błogosławieństwem. Jesteś tam mile widziany.
Kyle uniósł ręce, chcąc ogłosić rozejm.
- Nie to miałem na myśli...
- Trav, nie próbujemy wszczynać kłótni.
Nie, oni nie wszczynali kłótni.To był ten sam stary dylemat: przyjaciele, których kochająca troska natyka się na czyjeś napięte nerwy. W dobrej wierze sprawiali denerwujące ukłucia. Zapatrzyłem się na moją filiżankę, gdyż na nich po prostu nie mogłem spojrzeć.
- To twoje życie, wiem - powiedział delikatnie Kyle. - Po prostu martwimy się o ciebie, to wszystko.
"A więc mógłbyś wystąpić z jakimś rozwiązaniem, którego jeszcze nie słyszałem"- pomyślałem.
Nie powiedziałem jednak tego na głos. Już o tym rozmawialiśmy i nie doprowadziło nas to do niczego. Zamiast tego spojrzałem na Kyle'a, zmusiłem się do uśmiechu i przypomniałem sobie, że naprawdę kocham tego dzieciaka - przepraszam, tego mężczyznę. Tego młodego nowego pastora, tego dobrze się zapowiadającego Bożego człowieka z młodą, śliczną, grającą na pianinie żoną i dwojgiem pełnych energii dzieci. Przypomniałem sobie, że dwadzieścia lat temu siedziałem na tym samym miejscu, myślałem o tych samych rzeczach, proponowałem te same rozwiązania, ekscytowałem się z tych samych powodów. O rany, gdybym tylko mógł poczuć się tak jak dawno temu!
- Dziękuję za zaproszenie - powiedziałem w końcu. - Nie tym razem. Może później, kiedy będę miał więcej do powiedzenia.
Odpowiedział mi uśmiechem.
- Dobrze. - I trzeba mu przyznać, że porzucił ten temat. - Wracam do roboty. Zadzwoń do mnie, jak zmienisz zdanie.
Z tymi słowami wstał, klepnął mnie po plecach i skierował się ku drzwiom.
- Och, na pewno to zrobię - powiedziałem prawie żartem.
Gdy Kyle zamknął za sobą drzwi, spojrzałem na Rene, która wciąż stała przy lodówce. Miała ponad czterdzieści pięć lat i wyglądała wspaniale, chociaż, jak to starsza siostra, obrzucała mnie trochę besztającym spojrzeniem. Jej rola zawsze polegała na wtrącaniu się w moje sprawy i dawaniu mi szturchańca, kiedy uważała, że tego potrzebuję.
- Idzie nam, hm, idzie nam lepiej, mnie i Kyle'owi - powiedziałem. - Całkiem dobrze sobie dzisiaj daliśmy radę, wszystkie sprawy rozważone.
Rene wzruszyła ramionami.
- Kiedyśdocenisz go za to tylko, że wrócił.
- Już go doceniłem.
- Czy pozwolisz, żebym obcięła ci dziś włosy?
- Może następnym razem.
- Strasznie zarosłeś.
- Następnym razem.
Obeszła mnie i siadła na krześle Kyle'a, patrząc mi prosto w twarz.
- Nie wiem, kiedy to będzie.
Wyobrażałem sobie, że za tydzień, tak jak zawsze, ale w jej oczach mogłem wyczytać, że się mylę.
- Jedziecie z Dannym na wakacje czy coś podobnego?
Oparła się i głęboko westchnęła.
- Travisie Jordan, winna ci jestem przeprosiny. Pomyliłam się.
- Co do czego się pomyliłaś?
Wciągnęła powietrze, po czym je wypuściła.
- Pomyliłam się, pozwalając ci jedynie siedzieć na tyłku. - To była charakterystyczna bezceremonialność Rene, jej szorstka miłość. - Trav, to już dziesięć miesięcy. Wiesz, że Marian martwiłaby się, widząc cię w takim stanie. Ja się martwię. Rozmawiałam o tym z Dannym. On ma rację: myślałam, że ci pomagam, robiąc ci pranie, planując twoją listę zakupów i gotując większość twoich posiłków. Ale... - Odwróciła wzrok i zabębniła palcami po stole, przygotowując się do dalszej przemowy. - Nie mogę być już dłużej twoją matką. Jesienią zaczyna się szkoła i do tego czasu musisz znowu się stać zadbanym, zaradnym, odpowiedzialnym dorosłym. Musisz dawać przykład.
- Innymi słowy, znowu żyć.
- Nie, ty żyjesz. Mówię ci, żebyś się zabrał za życie. To znaczy... - Rozejrzała się po domu. Był niewielki. Z miejsca, gdzie siedziała, mogła objąć wzrokiem jadalnię, salon i sypialnię. - Kiedy byliśmy dziećmi, mama nigdy nie pozwalała nam odejść, jeśli był taki bałagan jak tutaj. Musieliśmy posprzątać swoje pokoje, pamiętasz? Teraz jestem tu ja, sprzątając twój pokój. Co jest nie tak na tym obrazku?
Rozejrzałem się dokoła. To jest bałagan? Ja widziałem to tak: mam w zasięgu wzroku wszystko, co posiadam, przez cały czas na wyciągnięcie ręki.
- Nie powinnam była tego robić, ale rozmawiałam wczoraj z Donem Andersonem. Ma na sprzedaż pralkę, która została uszkodzona podczas transportu. Dobrze działa, ma tylko wgniecenie. Powiedział, że odda ją za sto dolarów. Kup ją, Travis. Podłącz ją i korzystaj z niej. Zdobądź jakiś sznur i wywieś pranie na dworze, za domem. Robi się coraz cieplej. Możesz wszystko wysuszyć. A czy wypróbowałeś ten przepis na klopsy,który ci dałam?
Te klopsy.
- Och, tak. Myślę, że trochę za długo je gotowałem.
- Wiem, że kiedy mieszkaliście z Marian w Kalifornii, to ty zwykle gotowałeś; Marian mi powiedziała. I wciąż masz w lodówce składniki na klopsy.Spróbuj znowu. Wypróbuj znów wszystkie przepisy i nie ustawaj, ponieważ od jutra mnie tu nie będzie.
Obeszła mnie z pośpiechem i podniosła kosz z praniem.
- Przepiorę to, a potem... lepiej, żebyś kupił pralkę. - Pochyliła się i pocałowała mnie w policzek. - Któregoś dnia porozmawiamy. Musimy porozmawiać.
- Wygląda na to, że właśnie to zrobiliśmy - powiedziałem.
- Porozmawiamy. Obiecuję. Pa.
Uśmiechnęła się do mnie, obróciła się i wyszła.
Usłyszałem, jak zapala silnik w swoim bronco i odjeżdża, a potem nastał niezwykły spokój małego, okolonego zbożami miasteczka na wschodzie stanu Waszyngton. W otoczeniu takich miasteczek nie huczą samochody. Jedyne lotnisko to mały pas dla samolotów - opylaczy zasiewów, parę mil na zachód od miasta. Słyszałem szum elektryczności w zegarze na ścianie i sporadyczne kapanie z kuchennego zlewu. Gdzieś w sąsiedztwie zaszczekał pies. Za drzwiami prowadzącymi na patio wietrzyk poniósł po betonie suchy liść.
Siedziałem bez ruchu, tak bardzo sam, nie zważając, że kawa w mojej filiżance stygnie. Próbowałem przerobić w głowie wszystko, co się właśnie wydarzyło. Chyba, jak to mówią, dostałem pałką przez łeb. Z pewnością tak właśnie się czułem.
W końcu wstałem i stanąłem w łukowatym przejściu pomiędzy kuchnią i salonem, tępo przyglądając się nieładowi, jaki panował w bungalowie z jedną sypialnią. Stół do kawy zniknął pod książkami i magazynami, które czytałem lub planowałem przeczytać. Większość z nich była otwarta tam, gdzie zacząłem lub porzuciłem czytanie. To zapewne ja rzuciłem płaszcz i kapelusz na krzesło koło drzwi, ale zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy to zrobiłem. O porozrzucanie gazet i katalogów, które niczym kudzu pleniły sięwe wszystkich wolnych miejscach na każdym poziomie, nie wyłączając podłogi, mógłbym prawdopodobnie oskarżyć pocztę. Zabałaganione blaty kuchenne pełne były brudnych naczyń i pudełek po płatkach, które stały wszędzie dokoła jako pozostałości po śniadaniach z całego tygodnia. Nagle dotarło do mnie, jak kłopotliwe by było, gdyby miał tu wpaść gospodarz domu.
Udałem się do łazienki i w lustrze ujrzałem coś równie niechlujnego: siwiejący, postarzały, zarośnięty, czterdziestopięcioletni były... kto? Kimkolwiek kiedyś byłem, była to już przeszłość. Dobrze o tym wiedziałem. Przypomniało mi się pytanie z formularza przed święceniami kapłańskimi: "Czy jeteś schludny i zachowujesz porządek?"Stłumiłem śmiech. Nie dzisiaj.
Rene jednak dobrze to ujęła: kiedy nadciągnie wrzesień, na tę twarz będą musieli patrzeć także inni - cała grupa szóstoklasistów. Udało mi się odzyskać stanowisko nauczyciela, jakie sprawowałem już lata temu, kiedy antiocheńska Misja była dopiero pączkującą kongregacją - każdy pastor z małego kościoła w małym miasteczku może poświadczyć, jak cenne jest dodatkowe źródło dochodów. Ponieważ zajęcia rozpoczynały się dopiero we wrześniu, wciąż pozostawały dla mnie abstrakcją. Od czasu rozmowy o pracę ogoliłem się może ze dwa razy i nigdy nie postrzegałem zbliżającego się, odpowiedzialnego zadania w kontekście faktu, że byłem wrakiem.
"To się będzie musiało zmienić - powiedziałem sobie. - Już wkrótce. Może jutro".
Wystarczy tej twarzy. Opuściłem łazienkę i wyjrzałem przez okno sypialni, oczekując, że zobaczę pobrązowiałe przez zimę wzgórze, które wznosiło się dokładnie na zachód od mojego domu, porośnięte gęstą kępą powykręcanych wiatrem topól kanadyjskich na szczycie.
Na zewnątrz ktoś był.
Przystanąłem. Nigdy wcześniej nie widziałem nikogo na tym wzgórzu. Nie byłem nawet pewien, kto jest właścicielem tego terenu.
Lecz tam, przy topolowym lasku, stał mężczyzna, opierając się ramieniem o jeden ze starych pni. Twarz miał skierowaną w moją stronę. Wyglądało na to, że nigdzie się nie wybiera.
Czy patrzył na mnie? Podszedłem bliżej do okna i przechyliłem głowę do tyłu, a potem do przodu, lekko mrużąc oczy. Patrzył na mnie. Nie na zachód czy w kierunku domu - na mnie. Poczułem, że marszczę brwi, a on odpowiedział mi nieznacznym uśmiechem i skinięciem głowy.
W tych oczach było coś, co mnie przytrzymało na miejscu. Zgadywałem stąd, że są ciemnobrązowe. Niecodziennie jednak widuje się takie spojrzenie. Wydawało się mówić: znam cię.
Kim był ten facet?
Miał długie czarne włosy przedzielone na środku, spadające w puklach na ramiona.
Nosił brodę.
Odwróciłem wzrok, przywołując się do porządku, zbierając rozbiegane myśli. "Och, Travis, nie myśl o tym".
Nosił białą szatę, czyż nie? Spojrzałem znowu - tak, nosił. Biała szata przewiązana pośrodku, z odkrytą szyją, długimi rękawami, które luźno zwisały mu z ramion. Nie mogłem dostrzec jego stóp, gdyż stał w gęstej trawie, ale odruchowo wyobraziłem sobie sandały - to było oczywiste. Przez całe życie prowadziłem szkółkę niedzielną. Oglądałem święte obrazki.
Wciąż na mnie patrzył i wydawał się bawić tym, jak trudno mi było odpowiedzieć mu spojrzeniem.
W końcu potrząsnąłem głową i powiedziałem:
- Nie. W żadnym razie.
Zaśmiał się, kiwając głową: "tak".
Mimo woli odsunąłem się od okna.
Potem pobiegłem do drzwi prowadzących na patio i wypadłem na zewnątrz. Kimkolwiek naprawdę był ten człowiek, miałem zamiar dowiedzieć się tego w ciągu mniej więcej pół minuty, gdyż tyle zajęłoby mi dotarcie na szczyt wzgórza. To był kawał drogi, na pewno. Ktoś wysłał go, by wstrząsnąć zdziwaczałym, starym byłym duchownym.
Lecz po opuszczonym, porośniętym trawą wzniesieniu igrał teraz wietrzyk, a lasek bezlistnych jeszcze topól rysował się na tle nieba zupełnie jak ktoś, kto czeka na ciepły, kwietniowy dzień. Nie było go. Tak po prostu.
Gospoda Zjedzcie u Judybyło to jedno z tych niskobudżetowych przedsięwzięć, które zwykle towarzyszą mało uczęszczanym miasteczkom, takim jak Antiochia - jednopiętrowy, zapadnięty budynek ze zniszczonym sidingiem i neonem na dachu. Zanim neon zepsuł się dziewięć lat temu, oznajmiał "JEDZ".Nawet bez niego budynek wciąż przywoływał przejeżdżających zmotoryzowanych słowami JUDY - od 1955 roku namalowanymi z przodu wielkimi, białymi literami. Oprócz trzech silosów zaraz na południu oraz stacji Bud's Shell po drugiej stronie ulicy była to pierwsza rzecz, jaką się widziało, wjeżdżając do Antiochii od zachodu. Dlatego gospoda stała się jednym z głównych punktów orientacyjnych miasta.
Judy Holliday biegała po gospodzie i gotowała większość posiłków, mimo że zatrudniła pomocnika kucharza do smażenia, tak że mogła trochę częściej dać odpocząć nogom. Dobiegała siedemdziesiątki, ale wciąż wcześnie wstawała i trzymała się w karbach - to dzięki temu, jak mi powiedziała, była wciąż młoda i atrakcyjna. Dawniej, kiedy Antiochia była najbliższym i najlepszym miejscem, gdzie magazynowano i skąd wysyłano zboże, Judy przyrządzała posiłki i parzyła kawę dla kierowców ciężarówek, farmerów, hodowców bydła i pracowników kolei. Gdy kierowcy ciężarówek przenieśli się na autostradę międzystanową, wciąż gotowała dla farmerów, hodowców bydła i kolejarzy. Kiedy farmerzy i hodowcy bydła wszystko wyprzedali, a kolej zamknęła północną linię, Judy gotowała i parzyła kawę dla tych, którzy pozostali: miejscowych, drobnych farmerów przychodzących na obiad, paru kierowców ciężarówek, którzy stołowali się w Antiochii w drodze do innych miejsc, i dla takich jak ja, którym wciąż sprawiało kłopot przyrządzenie klopsów. Co do Judy, była zbyt zajęta, by zauważyć jakąś zmianę w interesach. Nigdy zresztą nie były one prowadzone na dużą skalę. Co do zepsutego neonu "JEDZ", Judy powtarzała:
- Do diabła z tym. I tak nikt tego nie przeczyta.
Judy osiedliła się na wschodnim krańcu miasta, a kiedy mówię "kraniec", mam na myśli kraniec raptowny. W Antiochii nie było żadnych przedmieść ani peryferii. Tak jak w modelu kolejki rozłożonym na kwadratowym stole, ulice i budynki tworzyły zwartą siatkę zajmującą kwadrat o boku jednej mili i nie wychodziły poza ten obszar. W tej części kraju jest miejsce na miasta, znajdzie się też miejsce na farmy i pastwiska, lecz nigdy się ich ze sobą nie miesza. Zatrzymując się na parkingu przed gospodą Judy, jesteście już w mieście. Zróbcie jeden krok na wschód, a znajdziecie się na polu pszenicy. Stańcie na wschodnim krańcu Myrtle Street i spójrzcie na zachód, a zobaczycie domy zbudowane tuż po wojnie, wygodnie rozlokowane wzdłuż spokojnych, zaolejonych ulic bez chodników. Spójrzcie na wschód, a ujrzycie całe akry zaoranych, niczym się niewyróżniających pól, sięgających aż po horyzont. Tak na marginesie, łatwo dojrzeć wschodni koniec Myrtle Street. Tak jak całe miasto, ulica ta kończy się gwałtownie przy kolejnym polu pszenicy, zaledwie milę dalej.
Dom, który wynajmowałem, znajdował się przy końcu Myrtle Street, na zachodnim krańcu miasta, ze spokojnymi sąsiadami na wschodzie i z niegdyś pogodnym, a teraz tajemniczym, porośniętym topolami wzgórzem na zachodzie. Tego wieczora musiałem stąd wyjść. Wciąż cierpiałem przez ten cios pałką od Rene,a zabałaganiony, mały dom w jakiś sposób pogarszał ból, im dłużej w nim przebywałem.
Odczuwałem także silną potrzebę, by zobaczyć się i porozmawiać z jakimiś ludźmi, co do których mogłem być pewien, że są prawdziwi. Zbadałem teren wokół wzgórza i topolowego lasku, szukając śladów stóp, zdeptanej trawy, i nie znalazłem niczego. To mnie przestraszyło - nie to, że widziałem kogoś na wzgórzu, ale że myślałem, że widzę. Potrzebowałem spędzić trochę czasu w realnym świecie.
Chcąc dotrzeć do gospody Judy, trzeba było tylko przeskoczyć szosę, a potem przejechać jedną milę przez centrum miasteczka. Zamknąłem dom na klucz, po raz pierwszy, odkąd się tu wprowadziłem, i pojechałem moim trooperem.
Przejechałem obok starego kościoła metodystów, sklepu z narzędziami Kileya i kościoła baptystów, gdzie przez cały tydzień panowało ożywienie. Jak się nazywał ten kaznodzieja? To nie żart: Everett Fudd. I znów miałem to dziwne wrażenie, że patrzę na miasto z amatorskiego filmu z lat czterdziestych. To miasteczko w jakiś sposób zmaterializowało się na prerii ponad pół wieku temu, polubiło swój styl życia i w nim zastygło. Tak, przez te lata pojawiło się kilka nowych budynków. Na przykład kościół Matki Bożej Zielnej miał nowy budynek z cegły dzięki głębokiemu, podziemnemu źródłu, które pochłonęło dawną budowlę. Od czasu do czasu na froncie sklepu elektrycznego Dona Andersona pojawiała się nowa warstwa farby, jak ten dziwny róż przypominający pepto-bismol .Były to jednak tylko małe zmiany wobec trwającej ponad pół wieku monotonii.
Wiele rzeczy w mieście było w miarę normalnych. Mieliśmy nasz miejscowy klub Kiwanis i Grange , sprzedawców Amwaya, świadków Jehowy, skautowskie zbiórki makulatury i grupę młodzieży, która myła samochody. Nasza szkoła średnia grywała z innymi małomiasteczkowymi szkołami średnimi, a nasze czirliderki organizowały głupawe kwesty, połączone z maratonem na fotelach bujanych lub biegiem z rzemieniem wokół nóg. Każdego czwartego lipca mieliśmy paradę i zawsze brał w niej udział Amos Sjostrom ze swym starym wozem na siano i końmi rasy clydesdale.
Mimo to nie można było tu długo mieszkać i nie poczuć, że Antiochia to miasto zapatrzone w przeszłość. Zwykłem to zauważać w kościołach Antiochii, zwłaszcza w moim: "Zróbcie znów to, co dawniej, tylko bardziej się postarajcie. Wyjdźcie z zastoju. Nie idźcie naprzód, nigdy tam nie dotrzecie. Odtwarzajcie wspomnienia, one zawsze są lepsze. Ta starodawna religia była dobra dla naszych ojców i matek i jest wystarczająco dobra dla nas".Wiedziałem, że brat Fudd powtarza tę samą śpiewkę w kościele baptystów, co wieczór on i ten sam tuzin ludzi "zdobywających miasto dla Chrystusa".
Nie wiem, dlaczego to wszystko zaczęło ciągnąć się za mną po piętnastu latach, lecz nagle tak się stało.
Przez całe piętnaście lat, kiedy byłem pastorem, nigdy nie przekroczyłem progu gospody Judy. Była to, mimo wszystko, gospoda, a także placówka żywieniowa, a są takie miejsca, do których pastor z Misji Pięćdziesiątnicy w takim małym miasteczku jak Antiochia po prostu nie chodzi. Jednak po rezygnacji wykonałem ten wielki krok z dwóch prostych powodów: chciałem się dowiedzieć, jaki rodzaj ludzi tam bywa, i byłem głodny. Spróbowałem smażonego kurczaka z ryżem i różnymi warzywami oraz sałatką i uznałem go za danie całkiem zadowalające. Następnym razem skosztowałem dwunastouncjowego steku, a za trzecim makaronu z warzywami. Pieczona połówka kurczaka była dobra podczas czwartych odwiedzin i trochę wysuszona podczas piątych, lecz cztery udane wizyty na pięć nie były złym wynikiem.
Tymczasem dotarły do mnie wieści z drugiej i trzeciej ręki, że zaczęło się gadanie: były pastor z Misji Pięćdziesiątnicy w Antiochii zszedł na złą drogę i poddał się światu. Ja postrzegałem to jako krok naprzód. Ostatecznie nigdy tam przedtem nie byłem. Nie znałem tych ludzi. Była to dla mnie nowość. I chociaż nigdy nawet nie próbowałem zasmakować w piwie, polubiłem kawę Judy. Jednym słowem, zrobił się ze mnie stały bywalec. Wpadałem tam, ilekroć perspektywa własnoręcznego przyrządzania godnych pożałowania, małych dań wydawała się zbyt przytłaczająca.
- Cześć, Trav! - zawołała Judy zza baru. Jej włosy wyglądały jak białe siano i przypominała straszydło, a fartuch poplamiony był tłuszczem. Podczas pierwszych kilku odwiedzin nazywała mnie "Wielebny", lecz dałem jej znać, gdy tylko wygasły moje dokumenty dotyczące święceń. Judy i inni stali bywalcy nazywali mnie od tego czasu "Trav" i traktowali bardziej swobodnie, chociaż wciąż dostawałem różne śmieci zaadresowane do "Wielebnego Travisa Jordana z żoną".
Wnętrze gospody Judy było jeszcze jednym dowodem na zastygnięcie Antiochii w czasie. Dawniej, w czasach bezguścia,dobry projektant wnętrz restauracji wykupił chyba całą ciemną boazerię oraz posiadał na składzie czerwono-pomarańczowy, włochaty dywan, porozsyłał więc prospekty do wszystkich zapadłych, małomiasteczkowych restauracji z przetłuszczonymi łyżkami w Ameryce i odchodził na emeryturę, będąc właścicielem niewielkiej fortuny. Domyślam się, że Judy była jedną z jego pierwszych klientek. Jednak wcale się nie skarżyła. Na dywanie po tylu latach wzmożonego ruchu, rozlewania napojów i zadeptywania niedopałków papierosów widoczne były ciemniejsze odcienie, ale Judy nie wydawała się w najmniejszym stopniu zainteresowana zastąpieniem go czymś innym. Ciemne ściany doskonale ukrywały nalot i brud. Drewniane stoły i boksy były tak solidne, że Judy musiała tylko raz w roku zmieniać czerwono-białe, kraciaste obrusy.
Bar znajdował się z tyłu, był dobrze zaopatrzony, stało przy nim dziesięć stołków. Pięć z nich było dzisiaj zajętych. Greg i Mare, przedsiębiorcy budowlani, pomachali mi na powitanie. Obaj nosili czapki z daszkiem i flanelowe koszule - koszula Grega była z tyłu szeroko rozdarta na ramieniu, lecz mimo to ją ubrał. Przez dwa miesiące, odkąd mi się przedstawili, sądziłem, że są przyrodnimi braćmi. Mare w końcu jednak przyznał, że nie mieli nawet wspólnej matki, i obaj szczerze się z tego pośmiali. Dwa stołki dalej siedział George Harding, uprawiający niegdyś zboże emerytowany farmer. Nie mówił wiele, lecz też nie narzekał, więc nikomu nie przeszkadzał.Za kolejnym pustym stołkiem siedzieli Linda i Irv, miejscowi kierowcy ciężarówek, mający po mniej więcej czterdzieści parę lat. Mieszkali razem bez ślubu przez osiemnaście lat. Pominąwszy ten grzech, znosili się nawzajem już tak długo, że byłem przekonany, iż ten związek przetrwa. Powiedzieli mi "cześć". Od czasu do czasu jedna z pięciu głów zwracała się w kierunku wiszącego na ścianie telewizora. Właśnie leciał tam mecz koszykówki, przy ściszonym dźwięku.
W pozostałej części sali panowała przyjemna atmosfera pory obiadowej. Ujrzałem wielu stałych bywalców. Szafa grająca głucho dudniła - wielki subwooferw pozłacanym pudle.Mój ulubiony boks przy oknie frontowym był pusty, więc zająłem go, kładąc kapelusz i płaszcz obok siebie na ławie. Gildy, wnuczka Judy, przyniosła mi menu i sztućce.
- Cześć, Travis. Mogę się przyłączyć? - Był to Brett Henchle, komendant trzech antiocheńskich policjantów. Był w mundurze, nosił odznakę i rewolwer. Pomyślałem, że ma pewnie przerwę obiadową. Weteran Wietnamu, ze szrapnelem w nodze, był wystarczająco pokaźnej postury, by rozwalić komuś głowę, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Wskazałem na ławę naprzeciw.
- Siadaj. Jak leci?
- W porządku - odrzekł. Z jego tonu wywnioskowałem, że wcale tak nie uważał. Opadł na ławę, a potem rozejrzał się po sali, czymś zaniepokojony. Próbował zdobyć się na wyjaśnienia, ale nie udało mu się to przed pojawieniem się Nancy Barrons. Była to właścicielka i redaktorka "Żniwiarza", wydawanego w Antiochii miejscowego dwutygodnika. Po magnetofonie i notatniku domyśliłem się, że pracuje.
- Cześć. Nie przeszkadzam?
Brett wydawał się być wdzięczny za odroczenie wyjaśnień.
- Nie. Ty pierwsza - powiedział szybko.
- Jesteś pewien?
- Pozwól, niech usłyszę, co powie.
Wślizgnęła się obok niego i położyła notatnik oraz magnetofon na ławie, na chwilę pozbywając się służbowych obowiązków. To było do niej podobne. Najpierw chciała porozmawiać jak przyjaciel, a potem jako reporter.
Miała trzydzieści parę lat, była z gatunku tych niezależnych, z kasztanowatymi włosami upiętymi w stylu Katherine Hepburn. Niezamężna, lecz spotykała się w Spokane z felietonistą. Lubiła naturalne jedzenie, uprawiała trochę jogę i zapewne głosowała na Clintona, chociaż często przywoływała go w swojej gazecie do porządku. Miewaliśmy sprzeczki, czasami oko w oko, przeważnie jednak poprzez jej gazetę i moje listy z protestami do wydawcy. Nigdy jednak nie stało się to nieprzyjemne. Parę razy zwyciężyła - musiałem przyznać, że znałem tylko połowę historii Krzysztofa Kolumba. Czasem jednak wygrywałem - stała się zagorzałą przeciwniczką aborcji dokonywanej po dwudziestu tygodniach.
- Jak leci? - spytała.
Nie miałem zamiaru wdawać się w szczegóły tego popołudnia. Odparłem tylko:
- Dziwnie. A jak u ciebie?
Zaśmiała się.
- Dziwnie.
Zauważyłem, że Brett uśmiecha się potakująco.
- Czy słyszałeś, że Sally Fordyce widziała anioła, i o płaczącym krucyfiksie u Matki Bożej? - spytała.
Mój grymas i kiwnięcie głowy udzieliły jej odpowiedzi.
- Powiedział mi dziś o tym Kyle Sherman.
Nancy spojrzała na koniec sali, gdzie przy stoliku siedziała młoda para, a potem na mnie. Jej oczy pytały: "Widzisz ich?". Zerknąłem dyskretnie w tamtym kierunku.
- Przyjechali tu z Moses Lake, by zobaczyć krucyfiks. Wierzą w to.
- Czy przy nich też płakał? - zapytałem.
- Nie, ale i tak w to wierzą. Chcą wynająć pokój w motelu Wheatland, a potem spędzić jutrzejszy dzień w kościele Matki Bożej, jak długo pozwoli im na to ksiądz Vendetti.
- Żeby?...
- Żeby zobaczyć, czy znowu zapłacze. - Nancy zniżyła głos. - Ona ma białaczkę.
Przymknąłem oczy, westchnąłem i poczułem, że mi ich żal.
- Jak się o tym dowiedzieli?
- Jego matka chodzi do kościoła Matki Bożej. Zadzwoniła do nich. - Pochyliła się nieco w moją stronę, jej głos znów się zniżył do szeptu. - Travis, nie wiem, co myśleć o tym wszystkim. To wygląda na coś, co powinno się znaleźć w gazecie, ale... - Podrzuciła dłonie w górę w geście straty. - Byłeś w tym i wróciłeś stamtąd.Masz jakieś zdanie na ten temat?
- Czy jesteś sceptykiem? - spytałem.
Uśmiechnęła się.
- Jak zawsze.
Nieznacznie wzruszyłem ramionami.
- Ja też. - Rzuciłem kolejne ukradkowe spojrzenie przez salę. - Dostrzegam więc coś w rodzaju tragedii.
- Tragedii? - Położyła przed sobą notes i pstryknęła długopisem. - Mogę?
Skinąłem głową, po czym przywołałem w myślach nazwiska i twarze: Sally Fordyce, Arnold Kowalski, Dee i jej przyjaciółki, para po drugiej stronie sali. Zatrzymałem się, kiedy pojawiło się moje nazwisko.
- Tego typu sprawy przypominają mi, że tam na zewnątrz jest podły świat i że są pytania, na które nie ma łatwych odpowiedzi. Kiedy ludzie są zranieni, zaczynają się czegoś rozpaczliwie chwytać. Gdy świat przynosi ci smutek, szukasz jakiejś ulgi lub przynajmniej wyjaśnienia poza światem. Tym właśnie zajmuje się większość religii.
Nancy gryzmoliła moje słowa w notatniku.
- Myślisz, że powinnam coś powiedzieć o widzeniu w chmurach?
- Skoro piszesz o tych wszystkich historyjkach, równie dobrze możesz i o tym.
Uśmiechnęła się i skinęła głową, rozumiejąc mój punkt widzenia.
- U ciebie zawsze ta sama płyta?
- Nie próbuję niczego umniejszać.
- Pewnie.
- Po prostu chcę podkreślić, że są to sprawy bardzo ludzkie. Wmieszani są w nie ludzie, a oni mają chęci, życzenia, fantazje, szczere pragnienia... i ból. Wiele bólu. Wziąwszy to pod uwagę, ludzie potrafią być bardzo kreatywni. Mogą słyszeć głosy, widzieć różne rzeczy - wiesz, o co chodzi?
Skinęła twierdząco głową.
- Łapię.
- Poza protokołem... - podpowiedziałem, a ona odłożyła długopis. - Była kiedyś pewna pani, która powiedziała mi, że kiedy wygłaszam kazanie, widzi koło mnie Jezusa. Znałem innego młodego człowieka utrzymującego, że miewa widzenia demona, który wlatuje mu przez okno do sypialni. Oraz małą dziewczynkę, która twierdziła, że widuje anioła na szczycie dachu sąsiadów. Ludzie mówili mi różne tego typu rzeczy. To nic nowego.
Wydawała się nieco skonsternowana.
- A ty im nie wierzysz?
To pytanie wytrąciło mnie z równowagi. Musiałem się sporo namęczyć, zanim zdołałem odpowiedzieć:
- To ciężka sprawa; to jest tak subiektywne. Trzeba znać daną osobę. Trzeba niemalże się stać tą osobą. To samo obowiązuje i w tym wypadku.
- Czyli mógłby tu pomóc dodatkowy świadek takiego zdarzenia?
- Cóż, z pewnością, gdybym zobaczył... - Próbując to powiedzieć, zająknąłem się. - Gdybym sam zobaczył Jezusa, wtedy, jak sądzę, miałoby to nieco większą, hm, wiarygodność.
Sally znów podniosła długopis.
- A więc myślisz, że to się może gdzieś przydarzyć?
To pytanie rozśmieszyło mnie.
- W Antiochii?
Skrzywiła się i parsknęła.
- Wybacz.
- Cóż, przyznaję uczciwie, myślę, że ludzie, którzy mieli te doświadczenia, żywią nadzieję, iż to ich do czegoś doprowadzi, że spowoduje jakąś zmianę. Znasz to miasteczko. Ktoś musiał w końcu zacząć się niecierpliwić.
- Myślisz, że to skończy się na niczym?
Odczułem cynizm, który trochę mnie zasmucił.
- Widziałem to już wcześniej. Przychodzi i odchodzi.
Pstryknęła długopisem i odłożyła go.
- Dziękuję za poświęcony mi czas, Travis. Tobie też, Brett.
- Myślisz, że wyjdzie z tego reportaż? - spytałem.
Stała już. Musiała chwilę pomyśleć nad odpowiedzią.
- Cóż, to interesujące. Może to wystarczający powód do druku.
- Wszystko, co interesujące, to w tym mieście sensacja.
Zaśmiała się.
- Właśnie tak. Do zobaczenia.
- Cześć.
Brett Henchle patrzył, jak Sally wychodzi, po czym powiedział do mnie ze spokojem:
- Możesz się mylić, Travis.
Spojrzałem na niego, oczekując jakieś puenty, która pokaże, że żartował. Nie było żadnej puenty. Napotkałem jedynie jego świdrujący, zatroskany wzrok.
- Co masz na myśli?
- Nic mnie nie boli. Nie jestem religijny. Nie jestem zniecierpliwiony. Lubię moją pracę, lubię tutaj żyć. Nie wymyśliłem tego, co wczoraj ujrzałem.
Zamarłem. Brett Henchle coś widział?
- Ty?
- Chcesz o tym posłuchać? - spytał służbowym tonem, z jakim pewnie wypisywał mandaty. Powiedziałbym, że rzucał wyzwanie mojemu cynizmowi.
Przywołałem cały swój spokój, znów otworzyłem umysł, i powiedziałem:
- Tak. Opowiedz mi o tym.
Przebiegł wzrokiem salę, najwyraźniej spięty, po czym odezwał się ściszonym głosem:
- Przez chwilę myślałem, że tracę rozum. Wracałem ze Spokane drogą numer dwa, no i ten facet stał tam, łapiąc stopa.
Och!
- Miałem dobry humor, nie spieszyłem się, więc pomyślałem: ejże, podrzucę tego gościa, jeżeli nie będzie miał nic przeciwko przejażdżce wozem patrolowym. Poza tym wyglądał trochę dziwacznie, więc lepiej, żeby go podwiózł glina niż jakiś niewinny obywatel...
Przerwałem.
- Zaraz, zaraz, Brett.
- Hm?
Uniosłem ręce, próbując zachować spokój.
- Czyżby ten facet wsiadł do twojego samochodu, przejechał się z tobą kawałek, powiedział: "Wkrótce przybędzie Jezus", a potem zniknął?
Pożałowałem tego pytania w tym samym momencie, w którym je zadałem. "Nigdy już się do mnie nie odezwie - pomyślałem. - Obraziłem go. Ja..."
Zastygł w bezruchu, twarz mu pobladła. Wpatrywał się we mnie, jakbym mu oznajmił, że wylądowali Marsjanie.
- Skąd wiesz?
To nie mogło się dziać naprawdę.
- Ja... och...
- Czy ktoś jeszcze spotkał tego człowieka?
Teraz przypominało to starcie. Wpatrywaliśmy się w siebie, czekając, aż ten drugi się uśmiechnie, wyzna, że wszystko było żartem, i przełamie napięcie. Czy Brett próbował mnie przetrzymać? Jeżeli tak, był niewiarygodnie dobrym aktorem i grał rolę, która zupełnie nie pasowała do jego natury. W końcu przerwałem ciszę,pytając:
- Nigdy wcześniej nie słyszałeś tej historii?
- Jakiej historii?
Nie. Brett nie był chrześcijaninem, nie należał do tej kultury. Mogłem być pewien, że nigdy nie słyszał tej rozpowszechnionej pogłoski, która co parę lat zaczynała krążyć wśród chrześcijan.
- Dobra, hm, mniejsza z tym.Mówisz, że wyglądał trochę dziwnie. Czyli jak?
- Długie blond włosy, jak hipis, około pięciu stóp i siedmiu cali wzrostu,tuż po dwudziestce, ubrany w białą sportową bluzę i dżinsy. Wyglądał trochę jak widmo - wiesz, blady i wychudły, jak gdyby był chory. Nie mógł ważyć więcej niż sto dwadzieścia funtów. Wsiadł do samochodu, usiadł na siedzeniu koło mnie, zapiął pas i przejechał się ze mną parę mil.
- Czy powiedział coś jeszcze oprócz...
- Powiedział, że jedzie do Antiochii odwiedzić paru przyjaciół. Nie powiedział kogo. Pogadałem z nim troszkę o mieście, o pogodzie, wiesz, zwykła rozmowa. Potem on powiedział, ni stąd, ni zowąd: "Wkrótce przybędzie Jezus" i wtedy... - przez chwilę patrzył na scenę rozgrywającą się w jego pamięci - kątem oka dostrzegłem szybki ruch, tak mi się wydawało. Obróciłem głowę, a on zniknął. Nie było żadnego dźwięku ani nic. Ostro zahamowałem, zjechałem na bok i sprawdziłem każdy cal samochodu. Popatrzyłem w górę szosy i za siebie, wróciłem tą samą drogą, skąd przyjechałem. Gościa nie było. Później tego samego popołudnia rozmawiałem z Nancy. I wiesz co, nie powiedziałem o tym ani słowa nikomu z wyjątkiem ciebie, a ona zaczyna opowiadać mi o ludziach widujących anioły, o płaczącym krucyfiksie i o Jezusie na niebie. - Rzucił mi intensywne spojrzenie. - Dzięki temu wiem, że nie jestem szalony, ale wiem też i to, że w mieście, być może, przebywa jasnowłosy podejrzany o wzroście pięciu stóp i siedmiu cali. Muszę go przesłuchać, zanim znów wykręci ten numerek.
Nie mogłem uwierzyć, że w ogóle prowadzę tę rozmowę.
- Rozmawiałeś z Sally Fordyce?
- Czy ona też zaproponowała temu facetowi, że go podrzuci?
O rany! Co ja na to mogłem odpowiedzieć?
- Nie, Brett, historia o autostopowiczu jest pogłoską, legendą.
- Była.
Utkwiłem w nim spojrzenie. To przydarzyło się jemu - nie jakiemuś przyjacielowi przyjaciółki, która powiedziała to pani, która była ciotką kobiety, która była żoną człowieka, który kiedyś pracował dla tego gościa, który ostatnio opowiedział tę historię. To zdarzyło się Brettowi Henchle'owi, człowiekowi, który teraz siedział naprzeciw mnie.
- Wnoszę z tego, że mężczyzna, o którym mówiła Sally, nie pasował do rysopisu.
Ta wiadomość go nie ucieszyła.
- Och, świetnie. Więc może jest ich dwóch. - Myślał głośno, jakby wypróbowując na mnie swoje teorie.- Powiedział, że przyjechał odwiedzić przyjaciół. Jakich przyjaciół? Kto jeszcze ma zamiar wyczyniać te sztuczki? - prychnął z irytacją. - Widzisz, jaki mam przed sobą problem? Ta cała sprawa jest tak powiązana z religią. Nie za dobrze to wygląda, gdy glina szpera w czymś takim, wtrąca się w te sprawy.
Wreszcie przyszła mi do głowy myśl, którą warto było wypowiedzieć.
- Brett, wiem, że jutro ranozbiera sięantiocheńska rada Kościołów.Będą o tym rozmawiać. To sprawa religijna, więc jeżeli ktoś ma ją poznać w najdrobniejszych szczegółach, to na pewno duchowni. Może powinieneś wpaść, sprawdzić, jak szeroko jest to zakrojone, dowiedzieć się, czy ktoś jeszcze widział jednego z nich... kimkolwiek są.
- Będziesz tam?
Bóg działa cudownymi sposobami.
- Tak, będę.
Gdy wróciłem do domu, zadzwoniłem do Kyle'a. Oznajmiłem, że pójdę z nim na spotkanie duchownych, po czym zebrałem się w sobie. Muszę mu przyznać, że nie rozpływał się nade mną, czego się obawiałem. Po czterech miesiącach zaczął się uczyć.
Wyobraźcie sobie leżącego na drodze znużonego, starego psa, który nagle odkrywa, że jest owinięty wokół osi kół pędzącej ciężarówki. Oto jak wyglądały moje odczucia podczas pierwszych pięciu minut w towarzystwie Kyle'a Shermana. Byłem zmęczony i czułem się staro. Nie ogoliłem się, w domu panował bałagan, planowałem spokojną sesję przeglądania czasopism. I nagle on.
- Bracie, niech będzie Bóg pochwalony! Nazywam się Kyle Sherman! Przychodzę się dzielić miłością Pana!
Jego powitanie podziałało na mnie jak dźwięk uderzenia w garnek do zupy, którym budzono nas na obozie letnim. Kyle, w brązowych spodniach, jasnobrązowej sportowej kurtce, niebieskiej koszuli i krawacie z postaciami z kreskówek, stał na frontowym ganku. W ręku trzymał wielką, złoconą Biblię. Brązowe włosy przygładzone miał pianką. Uśmiechał się jak kot z Cheshire i był na wysokich obrotach.
Wiedziałem, że nie jest świadkiem Jehowy, oni zawsze przemieszczają się parami i prawią ci komplementy na temat domu.
Nie mógł być poborcą podatków, gdyż nie nosił podkładki do pisania z planem akcji.
Nie był akwizytorem, ponieważ nie miał przy sobie żadnych próbek.
Jednak, podobnie jak ta trójka, nie zadzwonił przed wizytą. Po prostu się pojawił. Miałem ochotę zabić tego kogoś, kto mu powiedział, gdzie mieszkam - kimkolwiek była ta osoba.
- Jesteś nowym pastorem? - spytałem. Nie byłem tego ciekaw. Byłem zdumiony.
- Przyznaję się do winy, bracie! - Był tak pełen entuzjazmu, na fali, tak młody.
Pozwoliłem mu wejść, ponieważ tak wypadało. Zaprosiłem, by usiadł, jeśli tylko znajdzie miejsce. Obszedł model samolotu, nad którym pracowałem, wygrzebał wolną przestrzeń wielkości człowieka w przykrywających kanapę czasopismach oraz gazetach i usiadł.
- Ładne to twoje mieszkanie.
Zrezygnowałem z pastoratu miesiąc temu i od tego czasu nie pokazałem się w antiocheńskiej Misji.Powiedzcie, że się czepiam, nazwijcie mnie zrzędą, ale oczekiwałem, że Kyle Sherman będzie wiedział, że musiał być ku temu jakiś powód. Od chwili, gdy otworzył usta, zrozumiałem, że nie ma o tym pojęcia.
Kiedy jadałem obiad u Judy, żadna z napotkanych tam osób nie rozmawiała o kościele. Gawędziliśmy o wędkowaniu, bejsbolu, muzyce country, samochodach i ciężarówkach oraz o stanie dróg. Spieraliśmy się o politykę i o sprawy lokalne. Rozmawialiśmy nawet o religii i kwestiach duchowych, co wcale mi nie przeszkadzało.
Nie mówiliśmy jednak o uczęszczaniu na szkółkę niedzielną, o kościelnej furgonetce, o programie pomocy potrzebującym czy spotkaniach dziękczynnych. Nie sprzeczaliśmy się o listę pieśni na niedzielę rano ani o to, do kogo należy zmiana obrusów w świetlicy. Nie rozmawialiśmy o budżecie ani o ofiarach, o tym, że potrzebna jest stała służba ministrantów. Nie wspominaliśmy o tym, czy powinniśmy pozwolić Dee Baylor padać na posadzkę za każdym razem, gdy się za nią modlimy. Nigdy nie pojawiła się kwestia podawania na parafii czegoś do jedzeniaani zagadnienia dotyczące męskiego bractwa, studium biblijnego dla kobiet czy programu zdobywania młodzieży.
Kyle jednak zaczął właśnie od tych wszystkich spraw, zupełnie jakbym poprosił go o aktualności. Nie zbliżałem się do kościoła, więc Kyle przyprowadził go do mnie.
- Grupa młodzieży ma zamiar w ten weekend siedzieć do późna/Dave White i brat Norheim pokazali się na śniadaniu połączonym z modlitwą mężczyzn. Czy zawsze przychodzą akurat ci dwaj?/Myślę o przemalowaniu furgonetki/Bruce Hiddle wciąż pali. Zastanawiam się, czy powinien zasiadać w radzie diakonów/Emily Kelmer chce, byśmy śpiewali Kołysz się, słodki rydwanie, lecz ja sądzę, że to nieodpowiednia pieśń na nabożeństwo/Wiesz, że Jeff Lundgren nie chce już prowadzić Młodych Odkrywców?/Jak często głosiłeś kazania o dawaniu?/Musimy rozwinąć służbę ministrantów...
Koniecznie chciał wszystko przedyskutować. Mówił szybko, mówił głośno, coraz bardziej się zapalał, a ja siedziałem, próbując ocenić, czy moje nerwy potrafią wytrwać dłużej niż do nadciągającego katharsis. Czułem, że zaczynają mi puchnąć migdałki. Zacząłem odczuwać piekący ból w żołądku.
I wtedy nadeszło to jedno zdanie, od wieczności przeznaczone na tę chwilę, na to miejsce - właśnie to jedno, które pchnęło mnie do rozpoczęcia długiej tyrady.
- Travis, zdobędziemy to miasto dla Chrystusa.
- My!?! - mój głos zabrzmiał tak głośno i niespodziewanie, że Kyle aż podskoczył. Przestał też mówić. Wychyliłem się z mego krzesła tak daleko, że prawie wstałem. - Teraz ty mnie posłuchaj. - Powiedziałem to powoli i wiem, że słychać w tym było wyraźną złośliwość. - Czy kiedykolwiek pytałeś to miasto, czy chce być zdobyte dla Chrystusa? Czy kiedykolwiek spotkałeś się z ludźmi u Judy lub z tymi, co pracują u Kileyai w sklepie Andersona? Dowiedziałeś się, jakie mają zdanie? Gwarantuję ci, Kyle: wiem, że niektórzy tutejsi ludzie nieżyczą sobie, by ich zdobywać dla Chrystusa. - Wyglądał, jakby miał zamiar mi przerwać, lecz nie dałem mu takiej możliwości. - Nikt... nigdy... nie zdobył miasta dla Chrystusa. Ani Paweł, ani Piotr, nikt. Nawet sam Chrystus nie zdobył miasta dla siebie.
Wstałem, zbyt zdenerwowany, by zachować spokój.
- Przybywasz do tego miasta z krucjatą, rzucasz to wielkie, chwalebne oświadczenie, jakby to było jakieś poruczenie sprzed samego Bożego tronu... ale kto ma wykonać całą tę pracę w realnym świecie? Jak przypuszczam, uważasz, że wszyscy w tym mieście mają swoje własne środki transportu, więc nie będziesz musiał organizować dojazdu samochodem czy autobusem. Jak sobie poradzisz z ludźmi, którzy nie będą chcieli przyjść w tę niedzielę, ale nie zadzwonili? Co zrobisz z tymi, którzy nie będą gotowi na czas? Będziesz musiał siedzieć i na nich czekać, chociaż wszyscy pozostali na trasie będą się zastanawiać, gdzie się podziewasz. Skończy się na tym, że wszyscy dotrą na miejsce spóźnieni. A kiedy już zdobędziesz to miasto dla Chrystusa, co masz zamiar zrobić z wszystkimi dziećmi? Czy Judy Milton wciąż karmi piersią Baxtera na oczach wszystkichw czasie nabożeństwa?
- Miałem cię o to spytać.
- Ach! Aha! Ten chłopiec jest na tyle duży, by samemu rozpiąć jej bluzkę. Chcesz więcej? Oczywiście, nie tylko się tulą.One również wrzeszczą. Jest mnóstwo matek, które będą siedzieć z dzieciakiem i pozwolą mu zagłuszyć twoje kazanie, dodam tylko, że akurat tę najważniejszą część. Mógłbyś je poprosić, by wyniosły dziecko na zewnątrz. Niektóre może to zrobią, ale za tydzień wrócą z tym samym dzieciakiem albo się nabzdyczą i w ogóle już nie przyjdą. To przypomina mi o blankiecie z zapisami do świetlicy. Jedno z dwojga: albo chłystek będzie się pętał, albo ktoś będzie musiał tam tkwić, pracując samotnie i bez przerwy, zawsze kiedy rodzice obarczą go swymi dziećmi. Niektóre dzieci zostaną ministrantami. Uważaj, żebyś nie znalazł kogoś zbyt idealnego. Taki wsiąknie w pracę, dopóki się nie wypali. A wtedy rodzice zaczną mruczeć pod nosem, że ktoś powinien dziećmi pokierować. Niektórzy może coś zrobią, żeby jakoś temu zaradzić, a inni po prostu pójdą sobie gdzie indziej. Duszpasterstwo młodzieży? To coś wspaniałego, ale nie waż się popełnić błędu. Zrobisz wszystko, co się da, żeby ewangelizować te dzieciaki, a potem rodzice będą ci wypominać potknięcia. Jak z twoim samochodem? Kiedy już zdobędziesz to miasto dla Chrystusa, będziesz musiał odwiedzać każdą osobę, każdą rodzinę, dopóki nie zamęczysz się na śmierć. Żona zacznie się skarżyć, że nigdy nie ma cię w domu. Będziesz tak zajęty wizytami, że ludzie zaczną się skarżyć, że nigdy nie przychodzisz ich odwiedzić. Przez ten czas zawsze znajdzie się w kościele grupa, która zechce tańczyć w nawach, padać na podłogę, toczyć bitwy proroków i upierać się, żeprzedłużające się nabożeństwato odpowiedź na wszystko. Jeżeli spróbujesz wprowadzić w to wszystko jakąś równowagę, zapoczątkują własny odłam i oskarżą cię o "gaszenie Ducha". Kiedy zdobędziesz miasto dla Chrystusa, będziesz musiał uporać się z tym całym ambarasem.To wszystko znajdzie się na twoich barkach.
Pomyślałem, że lepiej przerwę, zanim przewyższę w gadaniu tego człowieka, który według mnie za dużo mówił. Zaczerpnąłem powietrza.
- Pastorze Kyle'u Shermanie, marzenia i cele w duszpasterstwie to wspaniała i dobra rzecz, ale oszczędź mi tych nonsensów o "zdobywaniu miasta dla Chrystusa". Robiłem to przez ostatnich piętnaście lat. Byłem tam, dokonałem tego, dostałem T-shirt. I miasto, i ja mamy już tego powyżej uszu.
Patrzył na mnie z kanapy. Kiedy nie poruszał ustami, jego twarz wydawała się taka inna, taka spokojna.
- Wyglądasz na zgorzkniałego.
Cóż, albo pozwolę, by ten młody byczek zaczął mi doradzać, albo wrócę do moich czasopism.
- Dziękuję za wizytę. Jestem dosyć zmęczony.
Ruszyłem ku drzwiom i muszę przyznać, że poszedł za moim przykładem.
Tak skończyło się moje pierwsze spotkanie z Kyle'em Shermanem. Ze swej strony nie zrobiłem nic, żeby się znów z nim spotkać, lecz i tak doszło do tego przy kilku okazjach - niekiedy dzięki Bożej opatrzności, niekiedy dzięki Kyle'owi. Jak już wcześniej wspomniałem, Kyle nie obawiał się cienkiego lodu.
To był powód - jeden z wielu - dla którego przyjąłem zaproszenie, by następnego ranka wybrać się wraz z nim na zebranie duchownych. Po raz pierwszy przystałem na jakieś zaproszenie ze strony Kyle'a, ale dobrze znałem tych ludzi. Gdyby Kyle i tym razem wyszedł na cienki lód, ten z pewnością by się pod nim załamał, a pod spodem pływały rekiny. Tylko czekały, by go pożreć żywcem.
Następnego ranka, tuż przed dziesiątą, samochód Kyle'a zatrzymał się przed moim domem. Pojechaliśmy razem. Gdy się jedzie dokądś w mieście wielkości Antiochii, nie ma dużo czasu na dyskusję, więc mówiłem szybko.
- Morgan Elliott to jedyna kobieta pastor. Prowadziła kościół metodystów wraz ze swym mężem, Gabe'em, ale on zginął w wypadku samochodowym trzy lata temu. Miła dziewczyna. Nie nazwałbym jej liberałem, lecz z pewnością nie jest też fundamentalistką. Paul Daley lubi nabierać. Kościół episkopalny odpowiada mu, tak jak tobie Pięćdziesiątnica. Przyklęknąłby przy lampie ulicznej, gdyby był na niej krzyżyk. Al Vendetti jest tak katolicki jak sam papież. Katolikami byli jego ojciec, dziadek; najstarsza siostra jest zakonnicą w Filadelfii. Kiedyś wdałem się z nim w dysputę religijną, a on skończył ją po łacinie. Ale uwaga: jeśli ty będziesz go szanował, to i on uszanuje ciebie. Jak popadniesz w tarapaty, pierwszy ci pomoże. Poza tym świetnie gra na pierwszej bazie w drużynie softballu. Bob Fisher to baptysta z Południa, jest więc solidny i rozsądny. Nie daj się tylko wciągnąć w rozważania doktrynalne. Nie lubi, gdy ktoś się z nim nie zgadza.
Nie było już więcej czasu. Przybyliśmy do kościoła Matki Bożej Zielnej.
Dzięki podziemnemu źródłu, które podmyło stary kościól, parafia Matki Bożej Zielnej miała teraz jeden z najnowszych budynków w mieście. Zbudowany był z cegły w kolorze piasku, w tradycyjnym stylu, z wysoką iglicą i łukowatymi witrażami. Osadzony na solidnych fundamentach, miał doskonałą lokalizację - przy głównej ulicy miasta. Ksiądz Al zawsze wywieszał tytuł swego kazania na oświetlonej, osłoniętej daszkiem tablicy stojącej na dziedzińcu przed kościołem.
Kyle wjechał na parking. Rozpoznałem niektóre ze stojących tu samochodów.
- To jeep cherokee Morgan Elliott. Ford to chyba własność Sida Mahera, pastora luterańskiego.
Było też mnóstwo innych samochodów, w tym volvo Nancy Barron i wóz patrolowy Bretta Henchle'a. Rada Kościołów miała być inna niż wszystkie do tej pory: przybyło wielu uczestników. Powtarzałem sobie, że jestem teraz tylko gościem, ale to nie uspokoiło mojego wewnętrznego dygotu.
Poszliśmy chodnikiem w stronę głównych drzwi.
- Nie poznałem zbyt wielu kościołów katolickich - powiedział spokojnie Kyle.
- Byłem tu tylko raz, na pogrzebie - przyznałem. - Nic mi nie wiadomo, by rada Kościołówkiedykolwiek się tutaj odbyła. Kyle... - przystanąłem, on również. To musiało zostać powiedziane, zanim wejdziemy do środka. - Nigdy nie miałem zamiaru cię pouczać, żebyś poszedł na kompromis ze swoimi przekonaniami. Pamiętaj jednak, co mówi Biblia. Bądźcie łagodni jak gołębie, ale przebiegli jak węże.
Chyba nie do końca pojął moje przesłanie. Rzucił mi podejrzliwe spojrzenie.
- Co masz na myśli?
- Mam na myśli... - Nagle odkryłem, jak trudno mi sformułować odpowiedź, kiedy patrzy na mnie w ten sposób. - Mam na myśli, że jest czas mówienia i jest czas słuchania, i, no wiesz, zachowywania dystansu.
- Dystansu?
Przyszło mi na myśl coś jeszcze.
- W tym gronie łatwo się wdać w dyskusję, która zacznie się kręcić w kółko. Jeśli chcesz poznać moje zdanie: żeby pokręcić się w kółko, najlepiej wybrać się gdzieś na karuzelę. Rozumiesz?
- Na karuzelę... - Jego oczy miały teraz wyraz, który zazwyczaj musiał rezerwować dla mormonów przed frontowymi drzwiami.
- Wyobraź to sobie tak: dwie ciężarówki z piaskiem jadą naprzeciw siebie drogą jednokierunkową. Oczywiście, jedna z nich łamie przepisy, ale kiedy się zderzą, roztrzaskają się obie, prawda?
- Nie mówisz mi chyba o kompromisie?
- Nie. Mówię po prostu, żebyś był mądry. Bądź dyskretny.
Pomyślał o tym przez chwilę i w końcu - w końcu - rozluźnił się i uśmiechnął.
- Okej, Travis. Chwytam.
- Świetnie. To wszystko, co chciałem powiedzieć.
Mosiężna klamka przy wielkich, płycinowychdrzwiach ustąpiła i drzwi się otwarły. W holu było dwóch mężczyzn. W chwili gdy ich ujrzałem, pomyślałem, że zobaczyłem już wszystko, co można. Howard Munson i Andy Barker stali po obu stronach drzwi sanktuarium. Wpatrywali się w jego wnętrze jak dwoje dzieciaków rzucających ukradkowe spojrzenia na coś zakazanego. Gdy weszliśmy do środka, obrócili się i od razu mnie rozpoznali.
- Travis! - powiedział Howard, starszy, z łysiną i okularami w drucianych oprawkach. Wyciągnął rękę. - Wspaniale cię znowu widzieć!
Przedstawiłem go Kyle'owi. Powiedziałem mu, że Howard jest pastorem w Przybytku Ewangelicznego Światła Pięćdziesiątnicy, na południowo-wschodnim krańcu miasta - ta mała, biała kaplica blisko silosów zbożowych.
Howard przedstawił Andy'ego, młodego, uprawiającego zboże farmera. Jego oczy zachowywały surowy wyraz nawet wtedy, gdy się uśmiechał. Howard nie wspomniał ani słowem o małym, niezależnym studium biblijnym, które Andy prowadził w swoim domu. Ta mała grupka oderwała się od kościoła Howarda po dyspucie o... - no cóż, właśnie o Howardzie. Nie poinformowałem Kyle'a, że Howard miał bardzo negatywne zdanie o wszystkich Kościołach poza swoim własnym. Kyle jednak z pewnością dostrzegł moje zdziwienie, gdy ujrzałem tych dwóch razem, do tego w murach kościoła katolickiego. Oczywiście, żaden z nich tak naprawdę nie wszedł dalej niż do holu.
Howard zajrzał znów przez drzwi sanktuarium, potrząsnął głową z bólem i niesmakiem i mruknął do nas:
- Niewiarygodne. Po prostu niewiarygodne.
Sanktuarium było przytulnym, intymnym miejscem. Według moich obliczeń mogło pomieścić około setki wiernych. Utrzymane było w ciepłych kolorach, z ławkami z ciemnego drewna, czerwonymi chodnikami wzdłuż naw i lampami z mosiądzu. Krucyfiks był umieszczony w tradycyjnym miejscu, na środku nad ołtarzem. Oświetlał go umocowany na suficie reflektor.
Przednie ławki zajmowało co najmniej dwadzieścia osób. Niektórzy klęczeli, inni siedzieli. Wszyscy z uporem wpatrywali się w krucyfiks. Rozpoznałem parę, którą widziałem poprzedniego wieczora u Judy. Siedzieli tuż obok nawy.
- Czekają, aż krucyfiks znowu zapłacze - szepnął Andy.
- Niewiarygodne - powtórzył Howard, potrząsając znowu głową.
Drabina, której użył Arnold Kowalski, by dosięgnąć krucyfiksu, wciąż była tam, gdzie ją zostawił. Teraz siedział koło niej jakiś mężczyzna i czytał Księgę Psalmów.
Howard nachylił się bliżej.
- Tam siedzi jakiś świecki pomocnik. Jak rozumiem, jeśli coś się wydarzy, on ma utrzymać porządek i pomagać ludziom wspinającym się na drabinę.
Co czułem? Obawę? Miałem złe przeczucie? Nawet przy moim sceptycyzmie nie mogłem pominąć faktu, że - prawda to czy imaginacja - nic podobnego nigdy się w Antiochii nie wydarzyło.
- Gdzie ma się odbyć zebranie? - spytałem.
- Och... Myślę, że w sali bractwa.
Wydawało mi się, że Howard nie chce wchodzić do sanktuarium. Spytał szeptem:
- Czy jest jakaś inna droga?
Wskazałem na drzwi przy końcu holu.
- Myślę, że tędy.
Przeszliśmy przez drzwi i dalej korytarzem wkroczyliśmy do pokaźnej, mogącej służyć wielu celom sali. Większość kościołów ma takie pomieszczenie, gdzie odbywają się wesela, przyjęcia, posiłki po nabożeństwiei spotkania. Przy jednym końcu było przejście do dużej kuchni, a przez okienko można było dostać kawę. Na środku sali ustawiono w kwadrat cztery nakryte stoły. Pozostali duchowni siedzieli przy nich, rozmawiając.
- Cześć, Travis! - Sid Maher, pastor luterański, wyszedł, by uścisnąć mi rękę. Przedstawiłem go Kyle'owi. Był wysoki, ciemnowłosy i nosił okulary, sympatyczny gość. Dużo wysiłku wkładał w zachowanie jedności wśród pastorów i dlatego łatwo można się było z nim dogadać. Ucieszył się, że mnie widzi, ale zachowywał rezerwę. - Podzielimy się obawami i informacjami. Myślę jednak, że nie ma potrzeby nad czymkolwiek debatować.
- Przybyłem tu tylko jako słuchacz - powiedziałem.
Uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu, po czym zwrócił się do Kyle'a.
- Będziesz musiał wpasować się w ogromne buty.
- Myślę, że ma własną parę - zażartowałem, a Sid się roześmiał.
Wzięliśmy sobie kawę.
Burton Eddy wystąpił naprzód, by się przedstawić. Był niski, nosił ciemne okulary w rogowej oprawie i miał zmierzwione brązowe włosy. Przewodził miejscowemu Kościołowi prezbiteriańskiemu. Był, łagodnie to ujmując, liberałem.
- Witamy w rozkwitającej metropolii Antiochii! - przemówił do Kyle'a swym jękliwym, kpiącym głosem. - Jak się ma Kościół?
- Zdobywamy miasto dla Chrystusa - oznajmił Kyle bez zmieszania.
Burton po ojcowsku klepnął go w ramię.
- Uda ci się. - Następnie zwrócił się do mnie. - Travis, nie miałem okazji złożyć ci kondolencji. Jeżeli kogokolwiek można nazwać świętym, to właśnie Marian.
- Dziękuję. Masz rację.
Zaśmiał się.
- W tym możemy się zgodzić. - Rozejrzał się wokół, sprawdzając, kto jeszcze jest. - Ufam, że będziemy dziś dążyć do ugody także w innych sprawach.
- Jestem tu jako słuchacz - powtórzyłem.
Klepnął mnie, podobnie jak Kyle'a.
- Miło cię widzieć.
Przewodniczącym rady Kościołówbył Sid Maher. Usiadł pośrodku stołu. Ruszyliśmy się wraz z Kyle'em, by również zająć miejsca. Potężnie zbudowany mężczyzna o kwadratowych szczękach wstał, by nas powitać. Przemówił najpierw do Kyle'a, na mnie nawet nie spojrzawszy.
- Musisz być nowym duchownym w kościele Misji Pięćdziesiątnicy.
- Zgadza się - powiedział Kyle śmiało, potrząsając ręką mężczyzny. - Kyle Sherman.
- Armond Harrison - odpowiedział ogromny mężczyzna. - Pastor Braci Apostolskich.
Kyle zawahał się - przetrawiał chyba nazwę Kościoła - zanim rzekł:
- Tak.
- Jak rozumiem, przyprowadziłeś dziś gościa?
Kyle zawahał się znowu.
- Mówi o mnie - powiedziałem.
- Och! Tak, właśnie, Travis i ja jesteśmy razem.
Potężny mężczyzna rozważał to przez chwilę, po czym powoli skinął głową. Następnie przystąpił bliżej - tak blisko, że Kyle musiał się trochę odchylić - i spojrzał na Kyle'a przez swe okulary o grubych szkłach.
- Jesteś oczywiście świadom, że to zebranie jest przeznaczone tylko dla duchownych?
- Jestem tu tylko słuchaczem - powiedziałem najmilszym tonem, na jaki mogłem się zdobyć.
- I jest moim gościem - potwierdził Kyle.
Armond Harrison rzucił mi tylko krótkie spojrzenie, po czym odezwał się do Kyle'a.
- Jak przypuszczam, każdy duchowny może przyprowadzić gościa. Miło cię tu widzieć.
Odwrócił się, zaś my zajęliśmy miejsca przy stole.
- O co w tym wszystkim chodzi? - szepnął Kyle, usiłując zrobić to niepostrzeżenie.
- To długa historia - odrzekłem, ucinając sprawę. Usiadłem. Spojrzałem dyskretnie i ujrzałem, że Armond Harrison zagłębia się niczym tonący statek w krzesło naprzeciw mnie, po drugiej stronie kwadratu stołów. Pochwycił moje spojrzenie i jego wąskie oczka posłały mi czytelne przesłanie. Było takie samo jak dawniej.
Sid otworzył zebranie modlitwą, a potem wygłosił kilka początkowych uwag. Podziękował Alowi Vendettiemu, który siedział obok niego po lewej stronie, za udostępnienie duchownym budynku parafii Matki Bożej. Chyba wszyscy kiwali potakująco głowami. Wyjątkiem był Howard.
- Spotykamy się tu po raz pierwszy. Ma to historyczne znaczenie, podobnie jak liczba uczestników.
Zaśmialiśmy się grzecznie. Naliczyłem dziesięciu duchownych. Nancy Barron, Brett Henchle i ja podnosiliśmy ogólną liczbę uczestników do trzynastu osób. Nancy przygotowała już notatnik. Brett siedział obok niej. W swoim mundurze wydawał się tu nie na miejscu, widać było, że czuje się nieswojo. Sid wyraził im wdzięczność za to, że przyszli, lecz na mnie tylko spojrzał i kiwnął głową.
- Teraz więc... - rozejrzał się wokół stołu. - Jeżeli mamy poprowadzić zebranie w jakimś porządku, może podsumujmy to, co już wiemy. Usystematyzujmy nasze informacje. Al, może zaczniesz?
Al Vendetti był Włochem. Miał ciemną karnację, czterdzieści parę lat, a po sposobie mówienia łatwo można było odgadnąć jego filadelfijskie korzenie. Odchrząknął, szybko powiadomił wszystkich, co się przydarzyło Arnoldowi Kowalskiemu. Następnie wyjaśnił, dlaczego w sanktuarium jest tylu ludzi.
- Mamy w mieście pielgrzymów. Jedna para przybyła z Moses Lake, troje ludzi z Seattle. Niektórzy są ze Spokane, inni z Ritzville. Wieści się rozeszły się pogłoska. Siedzą tu, czekają i obserwują.
Spojrzał na Paula Daleya, przystojnego, obdarzonego bujną czupryną rektora Episkopalnego Kościoła św. Marka, który zabrał teraz głos.
- Tak, mówiłem już Alowi, że do mnie również zwracano się z pytaniami, w większości od przyjaciół z Kościołów episkopalnych z Zachodu. Jakoś się zwiedzieli. Nie jestem katolikiem, nie wiem, co im odpowiedzieć, więc odsyłam ich do Ala. - Potem dodał, nie zmieniając tonu ani wyrazu twarzy. - Są zafascynowani, że tym razem płacze Jezus, a nie Maryja.
Al zdał sobie sprawę, że Paul żartuje, i roześmiał się.
- W każdym razie wciąż badamy tę sprawę i jak dotąd nie znaleźliśmy w tym zdarzeniu niczego sprzecznego z wiarą i moralnością.
Sid oddał głos Morgan Elliott, która zaczęła omawiać przypadek Sally Fordyce. Gdy mówiła, nie mogłem się pozbyć wrażenia, że Morgan to jedna z dzieci-kwiatów z lat sześćdziesiątych, może nawet była piosenkarką z grupy grającej psychodelicznego rocka. Jej włosy o srebrnych pasmach mocno się kręciły,nosiła okrągłe okulary w drucianej oprawie w stylu Johna Lennona. Jej głos był zgrzytliwy niczym u Janis Joplin, jakby miała nieustanną chrypkę.
- Sally w żadnym wypadku nie próbowała upiększać swojej historii. Nie jestem nawet pewna, czy to by się w ogóle rozeszło po mieście, gdyby się nie wydarzyły te inne sprawy. Bob... - spojrzała przez stół na Boba Fishera, pastora Baptystów Antiochii. - Opowiadałeś mi o kimś w twoim Kościele?
Bob Fisher, niski i solidnie zbudowany, w trakcie swej relacji ponuro przypatrywał się zgromadzeniu.
- To osoba z mojej kongregacji. Woli pozostać anonimowa.
- Powiedziałeś jednak, że to był mężczyzna? - spytała Morgan cichym głosem.
Uśmiechnął się do niej.
- Tak, mężczyzna.
- Chciałam tylko podkreślić ten drobny szczegół.
Wszyscy znów zachichotaliśmy i śmiech trochę rozładował napiętą atmosferę.
Bob mówił dalej:
- Łowił ryby w rzece Spokane i ujrzał mężczyznę stojącego na brzegu, tego samego co Sally. Ten człowiek czy anioł, czy kimkolwiek on jest, powiedział: "Do Antiochii przybędzie Jezus". Potem zniknął. Wszystko przebiegło szybko i prosto.
- Wierzysz mu? - spytał Paul Daley.
Bob przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, po czym odparł:
- Wierzę, że szczerze opowiada o tym, co mu się przydarzyło, cokolwiek to było. Po prostu nie jestem pewien, co mu się przytrafiło. Jego opowieść bardzo przypomina rozpowszechnioną pogłoskę, która co jakiś czas krąży wśród ludzi.
Spojrzałem ukradkiem na Bretta Henchle'a. Siedział z surowym wyrazem twarzy i milczał jak głaz. Mogłem się domyślać, że nie puści pary z ust, i nie mogłem go o to obwiniać. Mnie również nie spieszyło się do mówienia.
- Travis - powiedział Paul. - Słyszałem, że ludzie z twojego Kościoła widzą w chmurach Jezusa.
Uśmiechnąłem się do Paula bez słów, po czym pochyliłem się i rzekłem do Kyle'a.
- To twoja działka.
- Nie jestem tego pewien - odparł Kyle. - Niektórzy widzieli Jezusa, lecz widziano też zwierzęta, drzwi i płomień ognia. Mała Pammie Forester zobaczyła koguta, a potem królika Bugsa. - To wywołało wybuch śmiechu zebranych. - Parę kobiet wróciło tam w poniedziałek, ale niebo było zbyt zachmurzone. Kształty można sobie wyobrażać tylko wtedy, gdy chmury się rozpraszają i rozdzielają. Nie można tego robić, gdy niebo jest nimi zasnute.
- A więc żeby mieć wizje w chmurach, trzeba słuchać prognozy pogody.
- Z całą pewnością.
Znów śmiech. Śmiech na tych zebraniach zwykle dobrze robił.
- A propos, do wszystkich: to jest Kyle Sherman, nowy pastor w antiocheńskiej Misji Pięćdziesiątnicy.
Stary, dobry Sid zawsze buduje mosty. Wszyscy siedzący dokoła stołu przedstawili się. Kyle miał dobry początek.Odetchnąłem z ulgą.
Odezwał się Paul Daley:
- Pewna osoba w moim Kościele otrzymała raz proroctwo od rozpłatanego pstrąga, ale to może było co innego.
- Jak to oceniasz? - spytał Bob Fisher.
- Och, ryba była przepyszna.
Znów śmiech. Paul był dobry w rozluźnianiu atmosfery.
Nie byłem pewien, czy Burton Eddy naprawdę kpił, czy był to jego zwykły, pokrętny sposób mówienia.
- Zaczynamy tu dostrzegać pewien schemat, czyż nie? Jedno jakoby nadprzyrodzone zdarzenie karmi następne, potem znów następne, i zanim się spostrzeżemy, mamy prawdziwą histerię.
- Uważasz więc, że to wszystko nie było realne? - spytał Sid.
- Och, przypuszczam, że jest to realne dla tych, którzy tego doświadczają, tak samo jak wydają się realne sen czy halucynacja. Jednak te nonsensy zyskują popularność. Popełnilibyśmy wielki błąd, zajmując się którymś na poważnie. Podsycilibyśmy tylko gorączkę.
Kyle dodał:
- Zawsze jest też możliwość, że mamy do czynienia z demonami.
Nikt się nie roześmiał. Burton popatrzył tylko na Kyle'a.
- Ja też się o to martwię - powiedział Bob.
- Ha, podejdźmy do tego ostrożnie - ostrzegł Sid.
- I znów do tego wracamy! - odezwał się Armond Harrison, wpatrując się we mnie, jakbym to ja to powiedział.
Bob odpalił:
- Armond, po prostu mądrze jest wystrzegać się zwiedzenia. Nie można wierzyć we wszystko, co nam się przytrafia,jakby to pochodziło od samego Boga.
- Cóż, jeśli Bóg ma nam coś zesłać- powiedział Howard - to już najwyższa na to pora!
Al na zewnątrz zachowywał spokój, chociaż jego twarz nieco poczerwieniała, gdy spytał Kyle'a:
- Czy sugerujesz, że artretyzm Arnolda uleczył demon?
- Cóż, po prostu sprawdź dalekosiężne skutki - odrzekł Kyle.
- Masz na myśli więcej ludzi w kościele czy rozradowanego Arnolda, który chodzi i cieszy się tym, co Bóg dla niego uczynił?
- Nie, mam na myśli ludzi, którzy swoją uwagą i pobożnością obdarzają bożka, a nie Pana.
Duża, kwadratowa twarz Armonda była tak czerwona, że bijący od niej żar można było niemal poczuć poprzez stół.
- Nie dostrzegam, by w antiocheńskiej Misji Pięćdziesiątnicy cokolwiek się zmieniło.
Morgan zaczęła się śmiać, kiwając głową.
- Walka trwa - powiedziała, po czym wystąpiła przeciw Kyle'owi i mnie.
- Może jest w tym jakaś dobra strona. Nie potępiajcie czegoś tylko dlatego, że wykracza poza wasze religijne paradygmaty.
Kyle próbował oponować.
- Nikogo nie potępiamy...
- Pozwólcie ludziom iść za osobistymi odczuciami. To naprawdę nic złego.
- Słuchajcie, słuchajcie! - odezwał się Burton Eddy, klaszcząc w dłonie.
- Poza tym, czym jest religia, jeśli nie...
Sid podniósł ręce, prosząc o uwagę.
- W porządku, świetnie. Kyle powiedział swoje, ty udzieliłaś odpowiedzi. Myślę, że to wystarczy.
- Nie! - upierała się Morgan. - Przybyliśmy tutaj, by podzielić się obserwacjami, i mam zamiar to zrobić. Religia jest krzykiem ludzkiego serca domagającego się znaczenia. Każda tradycja ma swoje mity i objawienia, a ten przypadek nie jest inny.
- Mówisz, że to wszystko mit? - spytał Paul Daley.
- Mit - potwierdził Burton, kiwnąwszy głową. Siedział ze skrzyżowanymi ramionami. - Nie przeczę, że mity są uprawnionym wyrazem kultury... - dodał.
- Nie chcę odbiegać od tematu - ostrzegła Morgan.
- No dobrze, czy nie przybyliśmy tu właśnie po to, by określić, czy mamy do czynienia z mitem, czy realnością? - spytał Sid.
- To nie jest ważne.
- Co nie jest ważne? - spytał Howard.
- Ważne jest, co to wszystko znaczy. Nie chcę, byśmy wszczęli wielką wojnę, czy stoi za tym Bóg, demony, czy jest to mit, i żebyśmy pominęli głębsze przyczyny.
- Powiedziałaś jednak, że to mit - zaprotestował Andy.
Morgan pochyliła się nad stołem i zbeształa go.
- Nie powiedziałam, że to mit! Powiedziałam...
- Uzdrowienie Arnolda jest dosyć realne - rzekł Al.
- Dobrze, a jakie jest twoje zdanie? - spytał Sid, próbując pomóc.
- To sprawa ludzka.
- Sprawa ludzka! - powtórzył Burton i znów kiwnął głową.
- Więc Arnold uzdrowił się sam? - spytał Al.
- Pielgrzymi nie odwiedzają Arnolda - zauważył Paul.
- Mogę skończyć? - Morgan podniosła swój głos a la Janis Joplin. Wszyscy umilkli. - Kiedy ludzie przeżywają podobne religijne doświadczenia, postrzegam je jako wyraz ich wewnętrznej potrzeby. Możemy spędzić czas, próbując przypisać te sprawy Bogu czy demonom albo mitom, lub możemy poszukać duchowych potrzeb, które kryją się za tymi wydarzeniami, przygotować się na ich praktyczne zaspokojenie.
- Zupełnie jednak pomijasz zwiedzenie, które może się z tym wiązać - zaoponował Kyle.
Morgan stanowczo potrząsnęła głową.
- To nie jest ważne.
- Nieważne?! Prawda jest zawsze ważna!
- Czyja prawda? Twoja czy ich?
Burton podniósł wskazujący palec i skierował go w dół. Punkt dla Morgan.
Wtrącił się Al, zwracając się do Kyle'a.
- Ci ludzie nie czczą bożka! Czekają ma Boga i szukają Go w wizerunku, który Go przedstawia.
- Nie potrzebują bożka, by czekać na Boga i szukać Go.
- To nie jest bożek!
- Nie potrzebują żadnego pośrednika z wyjątkiem samego Chrystusa!
- Osądzanie, osądzanie, osądzanie! - zagrzmiał Armond Harrison. - A to wszystko przez arogancję!
Sid potrząsnął głową, spoglądając w kierunku nieba.
- Nasz Pan musi płakać.
Paul Daley spojrzał na mnie.
- No dobrze, Travis, a jakie są twoje poglądy na ten temat?
- NIE! - wykrzyknął Sid - a krzyk zdarzał mu się rzadko. - Nie sądzę...
- On już nie należy do rady Kościołów - warknął Armond.
- Pozwólcie mu więc przemawiać jako świeckiemu - powiedział Bob Fisher.
- Nie dociera to do was - ubolewała Morgan, wracając do swej poprzedniej kwestii. - Po prostu nie dociera.
Burton Eddy powiedział coś o mojej przeszłości, lecz wówczas wszyscy zaczęli mówić naraz i nie mogłem nic zrozumieć. Armond usłyszał to i ryknął, że się nie zgadza, ale Paul wciąż nastawał, by wypowiedzieli się wszyscy obecni. Tymczasem Morgan dalej próbowała przeforsować swoje zdanie, jakiekolwiek ono było. Howard i Andy wdali się w sprzeczkę, która wciągnęła też Boba Fishera, a Sid próbował wyjaśnić Kyle'owi, co jest dopuszczalne na zebraniu duchownych, a co nie. Nancy Barron miała trudności z prowadzeniem notatek.
Usłyszałem, że Al Vendetti sprzeciwia się Sidowi.
- Może chciałbym usłyszeć, co on ma do powiedzenia.
- Ja też - rzekł Bob, odwracając się od Howarda i Andy'ego.
- Jeśli zacznie mówić, wstanę od stołu! - powiedział Armond.
- Spokojnie, spokojnie... - próbował łagodzić Sid.
- Jest moim gościem! - zaprotestował Kyle.
- Jeśli któryś z was powie jeszcze choć jedno słowo, odejdę od stołu.
Kyle podniósł się z krzesła. Wyciągnąłem rękę i usadziłem go z powrotem, ale to nie powstrzymało go od powiedzenia jeszcze jednego słowa.
- Słowo Boże nakazało nam kiedyś walczyć o wiarę i o wszystkich, których przeznaczeniem jest zostać świętymi, a jeżeli pojawią się jakieś kłamstwa i zwiedzenie...
- A więc my wszyscy jesteśmy kłamcami?
- Czy ktoś widział Jezusa? - spytałem.
- W dniach ostatnich pojawią się fałszywi prorocy i fałszywi mesjasze, czyniąc wielkie znaki i cuda! - głosił tymczasem Kyle.
Jednak Sid mnie usłyszał.
- Co?
Howard i Andy przestali się kłócić i spojrzeli w moją stronę.
- Co on powiedział?
- Aby zwieść, jeśli to możliwe, nawet wybranych! Czytajcie Biblię! To wszystko co mam do powiedzenia!
Kyle nagle zauważył, że zrobiło się cicho i wszyscy patrzą na mnie. Spojrzał na mnie również.
Paul spytał:
- O co chodzi, Travis?
Przebiegłem wzrokiem salę, troszkę rozdrażniony nagłą ciszą.
- Zastanawiałem się właśnie, czy ktoś widział Jezusa? Wszystko zmierza do tego, czyż nie?
Przez chwilę patrzyli na siebie.
Odezwał się Morgan.
- "Anioł" Sally mówił, że odpowiedź jest w drodze.
Al powiedział z naciskiem.
- Pielgrzymi w kościele czekają na Chrystusa.
Bob dodał:
- Człowiek z mojego Kościoła powiedział, że anioł mówił o przyjściu "Jezusa".
Nagle, ku zdumieniu wszystkich, przemówił Brett Henchle.
- Do mnie anioł powiedział to samo!
Wszyscy odwrócili się tak szybko, że myślałem, iż usłyszę trzask łamiących się u kogoś kręgów szyjnych.
- Widziałeś coś? - spytał Sid.
- Autostopowicza - rzekł Brett. Szybko streścił swoją historię, po czym powiedział:
- Istnieje więc jeszcze jedno wytłumaczenie. Może to nie Bóg, diabeł ani mit. Może to jakiś sprytny cwaniak przemieszczający się po mieście. Może ma paru przyjaciół, którzy wraz z nim w tym uczestniczą. Nie przyszedłem tu, by bagatelizować czyjąkolwiek religię. Nie szukam tu jednak jakichś niebiańskich wizji, lecz podejrzanego. Powiedzcie ludziom w swych Kościołach, że jeśli ktokolwiek znów zobaczy tych facetów, chciałbym się o tym dowiedzieć.
Potem wyszedł. Rozległ się głośny odgłos kroków po linoleum w holu, zaczął szumieć włączony przez niego przenośny radioodbiornik.
- Jeżeli się ukaże Jezus, wtedy naprawdę będziemy mieli o czym rozmawiać - powiedziałem.
Cisza.
- Cóż, jeśli mogę zmienić temat - odezwał się Bob Fisher. - Jak większość z was wie, przeprowadzamy z Everettem Fuddem tygodniowe rekolekcje. Oczekujemy, że Pan uczyni wielkie rzeczy, i będziemy wdzięczni, jeśli rozpowiecie o tym dalej.
- Co z drużyną softballową? - zapytał Paul. - Kiedy rozpoczyna mecze?
W drodze do domu wszystko było nie tak. Kyle, zraniony w swych uczuciach, wciąż dawał upust emocjom. Brzmiało to w jego ustach tak, jakbym to ja ponosił winę. Ja z kolei byłem skwaszony i ponury po rozmowie z Bobem Fisherem.
- Po prostu sobie siedziałeś! - fukał Kyle, gdy jechaliśmy przez miasteczko. - To są pastorzy, duchowni, ludzie odpowiedzialni przed Panem za to, jak prowadzą swoje stada. I oni wychodzą z takimi głupimi, mętnymi bzdurami o tolerancji. To działka Morgan Elliott, czyż nie? Jej i tego Burtona, jak mu tam.Ona jest z tych liberalnych, feminizujących, radykalnych, politycznie poprawnych kobiet-duchownych. I żaden z mężczyzn tutaj nie chce z nią zaczynać, prawda?
- Jest wdową i ma sensowne poglądy.
- Nie, nie ma, skoro twierdzi, że prawda się nie liczy!
- Mówiłem o ludziach potrzebujących. Morgan wyraziła troskę o ludzi. Myślę, że to coś godnego pochwały.
- Kosztem prawdy?
- To całkiem inna kwestia.
Aż się do mnie obrócił.
- Powinno cię to obchodzić!
Wzruszyłem ramionami.
- Kiedyś mnie obchodziło.
Potrząsnął głową z konsternacją i rozczarowaniem.
- Travis, coś się z tobą stało.
- Pewnie - mruknąłem.
- Co powiedziałeś?
- Nic.
- A kim do licha jest ta postać, Armond Harrison?
- To przywódca sekty.
Kyle popatrzył na samochody, wcisnął hamulce i zjechał na pobocze.
- Co?
Nie chciałem go w to wprowadzać. Nie musiałem tego robić. Nie wiem, czemu jednak to zrobiłem.
- Przybył tu z Michigan z prawie trzydziestoma wyznawcami. Urządzali spotkania w jego domu przy Maple Street. Niektórzy pracują w mieście; kilku, jak myślę, dojeżdża do pracy do Spokane. To przeciętni, ciężko pracujący ludzie.
- Ale czy są sekciarzami?
Przebiegłem wzrokiem wykaz - stary, pognieciony wykaz, który zakorzenił się w mym umyśle poprzez wszystkie miesiące dyskusji publicznych i prywatnych, debat, oskarżeń i jadu. Był to wykaz odlepiony od puszki z robakami. Z radością bym o nim zapomniał.
- Bracia Apostolscy zaprzeczają bóstwu Chrystusa, nie mają zielonego pojęcia o pokucie i zbawieniu. Uważają, że sami pewnego dnia zostaną chrystusami, bo Jezus był tylko jednym z wielu "chrystusów", jednym z wielu "synów" Bożych. Interesują się popularną psychologią - wiesz, głębokie znaczenia ukryte za wydzielinami ciała i jego intymnymi częściami, za tym, czy matka karmiła kogoś piersią, czy nie. Uważają cały Kościół za jedną wielką rodzinę, toteż dzieci wędrują u nich od rodziny do rodziny, tam gdzie chce Armond. Armond zwykle wymaga, by przez jakiś czas mieszkały z nim młode kobiety, tak by mógł je uczyć o seksie - jakiekolwiek ma w tej sprawie poglądy. Oni, hm, oni to robią. - Chciałem już skończyć. - O to z grubsza w tym chodzi.
Kyle tak mocno ściskał kierownicę, że myślałem, iż ją złamie.
- I on przychodzi na radę Kościołów?
- Masz oczy.
- Dlaczego nic się z tym nie zrobi?
- Coś z tym zrobiono.
- Ale on wciąż tu jest.
- Koniec historii.
- Ale on jest heretykiem! To dewiant!
- Nikt cię o to nie pyta.
Krzyknął do mnie.
- Co?
Próbowałem wyjaśnić, chociaż byłem prawie pewien, że nie przyniesie to nic dobrego.
- Kyle, w ostatecznym rozrachunku to nie twoja sprawa, co robią i w co wierzą Bracia Apostolscy. Możesz głosić prawdę, skoro Bóg cię powołał, ale lepiej się odsuń i zostaw ich swemu losowi. Jeśli mi nie wierzysz, spróbuj tylko rozbić ten ich mały Kościół. Zobaczysz, jak daleko zajedziesz. Kiedy już dostaniesz w tyłek, będziesz dziękował Bogu, że żyjesz w kraju, gdzie heretycy pokroju Armonda Harrisona mogą wciąż wałęsać się na wolności, gdyż jego wolność jest twoją wolnością.
Kyle potrząsnął głową.
- Nie mogę... nie mogę przychodzić na tę radę Kościołów!
- Och, złamiesz im serca.
- Travis, mówisz jak ktoś, kto jest z tym wszystkim w zmowie!
Nie potrzebowałem ani nie pragnąłem tej rozmowy. Patrzyłem na klamkę u drzwi, poważnie myśląc o wyskoczeniu z samochodu.
- Nie jestem w zmowie. Po prostu jestem mądrzejszy i to wszystko. Rozmawialiśmy o tym, zanim tam weszliśmy, pamiętasz?
- Więc siedzisz sobie tylko i pozwalasz takim ludziom przychodzić na radę Kościołów?Pozwalasz mi wejść w stado wilków i nie ruszasz palcem, by bronić prawdy, by mi pomóc?
- Ostrzegałem cię.
Westchnął głęboko, potrząsnął głową i powtórzył:
- Coś się z tobą stało, Travis. Chodzi mi o to, co kiedyś słyszałem o tobie, wielkim duchowym wojowniku, jakim niegdyś byłeś. Musisz wrócić do Pana, Travis. Musisz pojednać się z Bogiem.
Chwyciłem za klamkę. Omal jej nie urwałem.
- Do zobaczenia przy okazji.
- Co robisz?
Otworzyłem szeroko drzwi i dosłownie wyskoczyłem.
- Przejażdżka skończona.
Kyle pochylił się, wołając do mnie.
- Travis, próbuję ci tylko pomóc. Zszedłeś na złą drogę.
Ruszyłem już chodnikiem.
- Wiem, jak dojść do domu, Kyle.
- Wiesz, o czym mówię!
Zatrzymałem się i obróciłem.
- Tak, wiem, o czym mówisz. Znam ten język, Kyle. Mówiłem nim, zanim ty przyszedłeś na świat. Kiedyś też wciągałem ludzi w tę jazdę.Ale teraz to ty jesteś człowiekiem Boga, pastorze Sherman. Stocz dobrą walkę, w jakim chcesz stylu. Sprawa należy do ciebie. Tylko zejdź mi z oczu!
Obróciłem się i ruszyłem dalej, nie oglądając się za siebie, nawet kiedy usłyszałem, że zamyka otwarte przeze mnie drzwi i odjeżdża.
Przypuszczam, że tej małej sprzeczki można było uniknąć, gdyby Kyle był tu dwa lata temu, kiedy to Everett Fudd po raz pierwszy przybył do miasta, by ożywić w nas ducha za sprawą tygodnia specjalnych spotkań w kościele baptystów. Przynajmniej miałby lepszy obraz tego, co mnie zżerało.
Chciałem pomóc Bobowi Fisherowi, więc wszedłem na pokład i podczas porannego nabożeństwa odczytałem ogłoszenie o spotkaniach odnowy. Na trzy z tych spotkań przyprowadziłem część osób z mojego chóru. Któregoś wieczoru zaśpiewaliśmy nawet razem z Bobem w duecie, grałem też wtedy na gitarze.
Każdej nocy słuchaliśmy, jak brat Fudd wygłasza kolejną ze swych długich, rozwlekłych jeremiad, złorzecząc wszelkim grzechom, prawdziwym i wyimaginowanym, i wciąż przypominając nam, jak wykolejone, samolubne i zimne są nasze serca. Wywodził się ze szkoły kaznodziejskiej typu "obudź ich, potrząśnij nimi"; takiej, która dała początek popularnemu opisowi pasa biblijnego : "Wywierć w piasku dziurę, a wina wypłynie". Często rozglądałem się po sali, patrząc na ogorzałe twarze "odnawianych", i zastanawiałem się, ile z tego gadania jest tym ludziom naprawdę potrzebne.
Wraz z Bobem widywaliśmy te same twarze w każdą niedzielę. Byli to stali bywalcy, chodzący do kościoła wręcz nałogowo. Uznawali, że skoro istnieje takie miejsce, gdzie się można pokazać, jest to wystarczający powód, by to zrobić. Niech ich Bóg ma w swej opiece. Dla wielu pastorów byli ostatnią deską ratunku, dzięki nim można było dalej prowadzić studium biblijne w środku tygodnia albo odprawiać wieczorne niedzielne nabożeństwo. Teraz - tak przynajmniej myślałem - stanowili dla Boba podstawowe uzasadnienie wpisania w harmonogram rekolekcji brata Fudda.
Przychodzili co wieczór i każdego wieczoru brat Fudd niemiłosiernie ich ćwiczył.Oskarżał ich i ganił, a potem, dla porównania, podsuwał ich skołatanym duszom wzniosłe wspomnienia przeszłości: wspaniałe odrodzenie, jakie miało miejsce gdzie indziej, w innym czasie; rzeczy, jakich Bóg niegdyś dokonywał; jak to było, kiedy po raz pierwszy znaleźli Pana. Gdziekolwiek niegdyś byli, zboczyli z drogi. Biada im. Biada!
I z ołtarza padało wciąż to samo wezwanie, błaganie, któremu towarzyszyły dźwięki pianina: "Wróćcie tam, gdzie niegdyś byliście. Powtórzcie znów to, co było. Zwróćcie się wstecz i odnajdźcie to, co zgubiliście".
Odtwórzcie dawną religię.
Wróćcie do Pana. Pojednajcie się z Bogiem.
Wracały wspomnienia. Przyspieszyłem kroku. Szedłem szybko spokojną, zabudowaną domami ulicą. Przerażała mnie perspektywa, że mógłby tędy przejeżdżać Bob Fisher, że zaproponowałby mi podwiezienie i jeszcze raz zaprosiłby mnie na spotkania odnowy z bratem Fuddem.
Był moim przyjacielem. Chciał dobrze. Kiedy jednak po radzie Kościołów podszedł z zaproszeniem:
- Travis, przychodź na spotkania. To ci dobrze zrobi, cokolwiek cię dręczy - w podtekście mogłem dosłyszeć przesłanie: "Musisz wrócić do zasad i powtórzyć wszystko od nowa, tylko bardziej się postarać. Musisz powrócić do Pana".
Powróćcie do Pana.
Powróćcie do Pana.
Co to jednak naprawdę znaczyło? Zaśmiałem się do siebie. Mógłbym przysiąc, że nigdy nie skosztuję znowu tej diabelskiej potrawy albo"diabelskiego bigosu", jak nas pouczał brat Fudd dwa lata temu. Mógłbym łatwo przytoczyć wszystko, co ucieszyłoby Boga.
Idąc, szepnąłem:
- Panie, pomiędzy nami wszystko w porządku,prawda?
Z nieba nie zagrzmiał żaden głos, w mojej duszy nic się nie poruszyło. Tylko ta cisza, którą znosiłem już od miesięcy.
Szedłem dalej, napędzany gniewem. Duchowa pierwsza pomoc od przyjaciół, milczenie nieba i to samo niewzruszone poczucie, że jestem poza tym wszystkim. Historia mego życia.
W czwartek Nancy Barron sprzedała rekordową liczbę egzemplarzy "Żniwiarza", największy nakład od czasu pożaru zarośli w 1995 roku. Miasto zostało oficjalnie poinformowane o "fenomenie z Antiochii". Reportaż o Arnoldzie Kowalskim sprzedawał się dobrze, gdyż Nancy udało się nakłonić starego kościelnego do wywiadu i pozowania do fotografii, a lekarza z Davenport namówiła do przedstawienia fachowej opinii o tajemniczym ustąpieniu artretyzmu. Uznałem, że ta relacja o anielskich widzeniach była utrzymana w dziwnym, spekulacyjnym tonie, jakby miała być historią o czymś, co mogłoby stać się newsem, gdyby tylko w ogóle się wydarzyło. Ksero w Preriowym Pośrednictwie Handlu Nieruchomościami było dziś w nieustannym ruchu. Rodziny kupowały po kilka egzemplarzy gazety do domu. Wiadomość zdecydowanie poszła w świat.
Dee, Adrian i Blanche ze zdwojonym zapałem powróciły na parking przy kościele. Prognoza pogody była bardziej sprzyjająca - niskie, poranne chmury, po południu częściowe przejaśnienia. Blanche przyniosła aparat fotograficzny i notatnik, chcąc uwiecznić wszelkie mogące się pojawić znaki. Zapisała, że od godziny drugiej do drugiej zero pięć widziały Jezusa jadącego na białym koniu, a potem wielką pięść, która mogła być ręką Boga. Na chwilę zatrzymał się przy nich Dave White, by osobiście sprawdzić, co widać na niebie, ale poza trzema paniami był on jedyną osobą, która to uczyniła. Ten szczególny przejaw fenomenu z Antiochii jeszcze nie trafił do gazet.
Fenomen nie zważał, oczywiście, na plan wydawniczy Nancy. Akurat wtedy, gdy "Żniwiarz"trafił do miejskich kiosków i na lady przy kasach "sópermarketu" U Macka,zdarzyło się to znowu, i to osobie, po której nikt by się tego nigdy nie spodziewał.
Wystarczyło jedno spojrzenie na Bonnie Adams i od razu się wiedziało, że z pewnością nie urodziła się ani nie wychowała w Antiochii, podobnie zresztą jak jej rodzice. Pierwszy raz wskazali mi ją chyba Marc i Greg. Nazwali ją "hipiską". Mieszkała przy Birch Street, na zderzaku samochodu miała nalepkę "POKÓJ ZACZYNA SIĘ ODE MNIE", a na ogrodzeniu tabliczkę "WSTĘP WZBRONIONY. PRZEJŚCIA NIE MA". Nigdy nie byłem pewien, z czego żyła, prócz tego, że była artystką tworzącą dziwaczne akty i zwierzęta z blachy oraz skrawków aluminium. Miała długie, kędzierzawe włosy, babciowate okulary. Nosiła luźne stroje, które musiały pochodzić z Indii lub Berkeley, a wokół niej unosił się szczególny zapach, dziwna mieszanka kadzidła i dymu haszyszu. Gdy ją spotkałem po raz pierwszy, grała stare songi Grateful Dead i Boba Dylana na akustycznym jam session. Wykonałem na banjo parę wiodących tematów i od razu się zaprzyjaźniliśmy, lecz Bonnie przyjmowała chłodno wszelkie napomknienia o Panu. Szybko się zorientowałem, że interesuje się energią i wibracjami, może trochę karmą, i takimi tam sprawami. Była też jednak pragmatyczna, dlatego w czwartek rano pojawiła się w kościele Matki Bożej wraz z córką Penny.
Penny miała siedemnaście lat, nie zachowała żadnych wspomnień o ojcu i aż do zeszłego roku popadała w nieustanne tarapaty. Brett Henchle i jego dwaj gliniarze kilka razyścigali ją za kradzieże w sklepach, posiadanie narkotyków i wagary, lecz jej matka zawsze wydawała się albo bezradna, albo obojętna, i u Penny nie było widać żadnych oznak zmiany.
Aż do wypadku.
Wielu ludzi dziwiło się, że ta katastrofa nie zdarzyła się już wcześniej. Penny była poza domem z dwoma przyjaciółmi. Pili, jadąc samochodem. Auto zjechało z drogi i przekoziołkowało kilka razy w dół nasypu. Penny wyrzuciło z pojazdu, a otwarte drzwi przygniotły jej prawe ramię, miażdżąc kość i rozrywając nerwy. Przyjaciele wylizali się z obrażeń, lecz ręka Penny pozostała niesprawna i wkrótce uschła, kurcząc się w sobie jak złamana ptasia nóżka.
Po tym wypadku niewiele było o niej słychać.
- Cóż - powiedział kiedyś do mnie Jack McKinstry - nie może już być złodziejką jak dawniej. - Prowadził "sópermarket" U Macka, a Penny regularnie odwiedzała to miejsce, co kosztowało go masę pieniędzy. Brett Henchle zwierzył mi się, że co się tyczy Penny, sprawy się uspokoiły.
- Może dostała nauczkę.
Kiedy Al Vendetti otworzył drzwi przed pielgrzymami, wśród nich była też Bonnie w towarzystwie córki. Penny wyglądała bardzo podobnie jak jej matka, poza tym, że w jej kędzierzawych włosach nie było siwych pasemek, ubrania były bardziej dopasowane, a twarz poprzekłuwana jeszcze gęściej niż u Bonnie. Zajęły miejsce w drugiej ławce, tuż za młodą parą z Moses Lake. Bonnie przyniosła kilka batoników muesli. Ugryzła pierwszy kęs, patrzyła na krucyfiks i czekała. Penny niedbale przygarbiła się w ławce, znudzona i nachmurzona.
Nie minęło pięć minut, jak Penny warknęła:
- Możemy iść do domu?
- Nie! - odrzekła Bonnie.
- Tu wcale nie ma energii.
- Jest. Musisz się tylko odprężyć - Bonnie na moment przymknęła oczy i wzięła kilka głębokich oddechów. - Tu jest energia. Można ją poczuć. Musisz się tylko w nią zanurzyć, pozwolić jej płynąć. - Znów otwarła oczy i rozejrzała się po kościele. - Tu mogła się kiedyś kryć wielka moc uzdrawiania. Może w tym właśnie miejscu Indianie Spokane oddawali cześć bogom.
- Ono nie należy do Indian - powiedziała Penny - ale do katolików!
- To wszystko jedno, kochanie.
Penny przewróciła oczami.
- Na pewno.
- Ciii... - rozległ się szept z drugiej strony kościoła.
- Robimy to dla ciebie, Penny.
- To nie działa!
Bonnie podniosła głos.
- Skoro zadziałało wcześniej, zadziała i teraz.
Potem wzięła głęboki wdech, oparła się o ławkę i próbowała uspokoić nerwy, zrelaksować się, odprężyć. Z oczyma utkwionymi w krucyfiksie wciągnęła głęboko powietrze i zaczęła mruczeć:
- Ommmmmmm...
Dziś przy drabinie jako świecki pomocnik trzymał straż Pete Morgan. Po kolejnej minucie mruczenia Bonnie odłożył psałterz i z pośpiechem zszedł z podestu, by zamienić z nią słowo.
- Przepraszam, przykro mi, ale będę musiał poprosić panią o...
Bonnie skoczyła na równe nogi i pchnęła go tak mocno, że potykając się, przeleciał przez nawę i prawie wylądował na kolanach jakiejś kobiety. W kościele rozległy się westchnienia i ochy.
- Ale numer!- wykrzyknęła Penny.
- Dalej! - syknęła Bonnie, szarpiąc Penny za ramię.
Pete przyszedł do siebie akurat na tyle, by ujrzeć Bonnie pędzącą w stronę podestu. Jej obszerne szaty szumiały za nią jak prawdziwe, naturalne pióra na wietrze. Ciągnęła za sobą biegnącą chwiejnie Penny.
Para z Moses Lake skoczyła na równe nogi. Młoda kobieta zachłysnęła się powietrzem i wskazała palcem:
- Płacze!
Wszyscy wstali, wskazując i wołając:
- Spójrzcie!
- Płacze, płacze!
- Chwała świętym!
Pete wpatrywał się oszołomiony. Łzy płynące z obojga oczu znaczyły wąskie, kręte ścieżki na drewnianej twarzy wizerunku.
Ujął za rękę młodą kobietę z białaczką.
- Chodź. Pomogę ci.
- Ale... - dziewczyna wskazała na Bonnie Adams, która już chwyciła za szczebel drabiny, ciągnąc opierającą się córkę.
- Chodźcie! - nalegał Pete. Pospieszyli na podest, a za nimi astmatyk z Ritzville, chora na raka pani ze Spokane z przyjaciółką, która jej towarzyszyła, troje starszych ludzi z artretyzmem, mężczyzna z Yakimy z chorą wątrobą oraz co najmniej dziesięciu innych ludzi - albo chorych, albo po prostu ciekawych.
- Wejdź na górę! - zawołała Bonnie, ciągnąc Penny za ramię. Penny próbowała się wyrwać.
- Boję się!
- Przejście! - krzyknął Pete, prowadząc na podest młodą kobietę. - Proszę nam pozwolić przejść!
- Tylko w twoich snach, koleś! - Bonnie zaczęła się wdrapywać po drabinie, zaplątując się w swoje długie, szerokie spodnie.
Tłum kłębił się i przepychał wokół ołtarza. Ludzie otoczyli drabinę, zanosząc błagania, modląc się. Chwytali za szczeble, gotowi się wdrapywać. Bonnie, nie odwracając się, wrzasnęła na nich, przydeptując palce tych, którzy odważyli się za nią wspinać. Dwie kobiety ze Spokane zaczęły łkać i zawodzić. Mężczyzna z chorą wątrobą zaklął i przeprosił, znów zaklął i znów przeprosił. Ku krucyfiksowi wzniósł się las wyciągniętych błagalnie rąk.
- Spokój! - krzyknął Pete ponad zgiełkiem. Opierał się plecami o drabinę. Niektórzy próbowali wspinać się po nim. - Łez na pewno wystarczy dla każdego! Proszę się nie przepychać!
Al Vendetti w swym biurze usłyszał hałasy i przybiegł do sanktuarium. Mój Boże, oni jeszcze coś zniszczą!
Młoda kobieta z Moses Lake zaczęła się wspinać po drabinie. Bonnie Adams nastąpiła jej na rękę. Kobieta spadła, pochwycił ją mąż.
- Proszę! - błagał Pete. - Proszę pozwolić jej wejść! Ona ma białaczkę!
Bonnie go nie słyszała. Całą uwagę skupiła na drewnianej twarzy. Musnęła palcami mokre ślady, zbierając łzy. Przez jej dłoń i ramię przepłynęło potężne mrowienie. Krzyknęła. Ręka jej drżała. Znów wydała okrzyk, zapomniała pochwycić się drabiny i spadła, przewracając dwie kobiety ze Spokane i astmatyka z Ritzville.
- Penny!
Młoda kobieta z Moses Lake, z pomocą Pete'a i męża wspięła się po drabinie.
- Penny!
Penny obeszła mężczyznę z chorą wątrobą i trójkę z artretyzmem.
- Mamo, wstawaj!
Bonnie pochwyciła uschłą rękę córki, mocno i stanowczo dotykając jej skóry mokrymi palcami. Penny zaczęła drżeć i krzyczeć, próbując wyrwać rękę, lecz Bonnie trzymała ją z całej siły. Oczy Bonnie dziko błyszczały z podniecenia:
- Czujesz, Penny? Czujesz energię? Wiedziałam! Wiedziałam!
Młoda kobieta z Moses Lake sięgnęła do twarzy wizerunku, dotknęła jej i poczuła, że jest sucha.
- O Boże, nie... - Błagalnie przebiegła palcami po obliczu, lecz nie znalazła łez. - Nie... nie, proszę, zmiłuj się...
Teraz łzy płynęły już tylko po jej twarzy.
Ksiądz Al przedostał się przez tłum.
- Proszę wszystkich o spokój! Nie narażajcie się nawzajem na niebezpieczeństwo!
Najgłośniej ze wszystkich krzyczała Penny. Ciało jej drżało, utkwiła oczy w swej prawej ręce, która teraz rozprostowywała się, w miarę jak Penny wysuwała ją z matczynego uścisku.
- Czuję! - wydyszała. Palce się poruszyły. - Mogę ruszać palcami! Mamo, czuję twoją rękę!
- To działa! - wykrzyknęła Bonnie. W jej rozszerzonych oczach pojawiła się trwoga. - To święte miejsce!
Al dotarł do Penny i złapał ją za ramiona, by ją uspokoić. Bonnie puściła rękę córki. Penny uniosła dłoń przed twarzą księdza, poruszając nią, obracając i zginając.
- Widzi ksiądz?
Al ujął rękę dziewczyny. Poczuł, że jest żywa i silna.
- Och, dziecko...
Spojrzał w górę, na krucyfiks, i przeżegnał się.
Wieści o tym zdarzeniu dotarły do mnie w ciągu pół godziny - za sprawą Sida Mahera, który usłyszał o tym od Paula Daleya, który dowiedział się o tym od jednego ze swych parafian, który z kolei posłyszał o tym od Pete'a Morgana. Sid, by to potwierdzić, zadzwonił do ojca Ala, a potem zatelefonował do mnie. Sid zaczął teraz wierzyć w cud. Był zupełnie porażony, nie potrafił pojąć, co znaczyło to zjawisko, jak się dokonało, jak mógłby je doktrynalnie wyjaśnić. Nie umiałem mu udzielić żadnej odpowiedzi; wszystko, co mogłem zrobić, to podziękować za telefon, rozłączyć się i wyjść z domu, zanim Kyle weźmie się za dzwonienie do mnie. Czułem się tak, że nie mógłbym rozmawiać ani z nim, ani z kimkolwiek innym.
Zanim w ogóle pomyślałem, dokąd idę, znalazłem się w pobliżu topolowego lasku na niewielkim wzgórzu przy domu. Przystanąłem, oparłem dłoń o sękaty pień i zacząłem się rozpaczliwie modlić. Próbowałem się zastanowić, próbowałem zrozumieć, co u licha miałem z tym wszystkim począć. Przepełniało mnie pragnienie, by uwierzyć, że to prawda, że Bóg rzeczywiście przeszedł przez nasze miasteczko i, cóż, coś uczynił, cokolwiek to było. Straciłem już jednak zbyt wiele lat, zbyt szybko dając wiarę zbyt wielu rzeczom. Czułem, że wszędzie wyskakują ostrzegawcze, czerwone chorągiewki. Kpiłem z doniesień o ludziach widujących anioły, a oto teraz stałem w miejscu, gdzie i mnie coś się objawiło. Bóg, którego znałem przez całe życie, nie uzdrawiał poprzez roniące łzy drewniane wizerunki, a jednak dwoje świadków - tylu, ilu wymaga Biblia - potwierdziło uzdrowienia w kościele Matki Bożej. W co miałem teraz uwierzyć? Że Jezus naprawdę pojawił się w chmurach?
- Panie, proszę, przemów do mnie - powiedziałem na głos, patrząc na zachód poprzez rozległe pola. - Pomóż mi to uporządkować.
Wyciszyłem się i stałem spokojnie, przebiegając wzrokiem równą, łagodnie pofalowaną linię horyzontu. Czekałem, aż w moim umyśle pojawi się jasna odpowiedź. Nasłuchiwałem dźwięków i nawet - tak na wszelki wypadek - rzuciłem kilka ukradkowych spojrzeń na chmury. Przypomniałem sobie i zanuciłem starą pieśń, którą zazwyczaj śpiewaliśmy na spotkaniach modlitewnych: "Przemów, o Panie, przemów, Panie mój, nie będę zwlekał i odpowiem Ci...".
Czekałem. Powiedziałem sobie, że nie będę oczekiwał długo, lecz mimo to czekałem.
Mijały minuty. Nie pojawiło się żadne godne uwagi widzenie, nie zabrzmiał żaden głos. Jedynym dźwiękiem, jaki pochwyciłem, był daleki warkot kosiarki do trawy u sąsiada.
"Cóż - pomyślałem - mogę spędzić na tej górze cały dzień i nic nie zdziałam, nic nie osiągnę, albo mogę wrócić do mojego życia".
Obróciłem się i skierowałem w dół wzgórza, ku Myrtle Street. Moje modlitwy znów pozostały niewysłuchane. "Zaraz, czas to jedno z podstawowych narzędzi, przez które Bóg uczy nas mądrości". Czas. Więcej czasu. I jeszcze trochę czasu. Więcej modlitwy, więcej próśb, więcej tygodni, miesięcy lub nawet lat męczących prób wzięcia tego wszystkiego w garść. Frustrująca, krótka modlitewna sesjana wzgórzu przypomniała mi o czymś, czego nauczyłem się przez te lata: Bóg nie będzie się spieszył. "Albo też - pomyślałem - cokolwiek czyni, tym razem nie ma zamiaru dać mi żadnej wskazówki!"
Zszedłem z trawy, okrążyłem drewnianą barierkę dla samochodów, która znaczyła zachodni kraniec Myrtle Street. Dźwięk kosiarki do trawy dobiegał z podwórka Johna Billingsa, naprzeciw mojego domu. Jakiś człowiek pracowicie krążył wokół dużego podwórka na małej kosiarce typu snapper.
Zajrzałem do skrzynki na listy. Hm. Przybyło katalogów. Właśnie tego potrzebowałem: złoconegouchwytu do przyczepy, radia UKF, które pasuje na przegub dłoni...
Facet na kosiarce z warkotem objechał podwórko z przodu domu. Był młody, miał długie, czarne włosy związane w koński ogon, nosił brodę, sprane, robocze dżinsy, koszulę z długimi rękawami, skórzane rękawiczki. Nie mogłem sobie przypomnieć, by John Billings kiedykolwiek wynajmował kogoś do koszenia trawnika. Może to jakiś krewny.
Młody człowiek spojrzał na mnie, uśmiechnął się, i rozpoczął kolejne okrążenie, kierując kosiarkę na tył podwórka.
Rozpoznałem go.
Zamurowało mnie. Zaniemówiłem. Stałem osłupiały, wpatrując się w niego. Usta otwarłem tak szeroko, że czułem, jak słońce wysusza mi język.
Ogrodnik?
Mój Jezus z tajemniczego widzenia na wzgórzu okazał się być po prostu ogrodnikiem?Młodym człowiekiem z długimi włosami i brodą? Musiał wtedy wyjść na spacer, a może poszukiwałkolejnej pracy przy koszeniu czy przycinaniu drzew. Może badał, czy drzewa nadają się do przycięcia albo do wyrębu.
Poczułem się głupio i niezręcznie. Prima aprilis. To tylko żarty. Mam cię! Potem jednak odczułem cudowną ulgę! To ogrodnik Johna Billingsa. Jego ogrodnik! Wybuchnąłem śmiechem.
Patrzyłem, jak objeżdża dom z tyłu i kieruje się znów na przód podwórka. Próbowałem pozbyć się głupiego uśmiechu, na wypadek gdyby spojrzał w moją stronę. Pojawił się dosyć szybko. Okrążył taras z tyłu domu i lawirował w moją stronę pomiędzy drzewami owocowymi. To był on, zgadza się. Spostrzegł mnie nagle, znów się uśmiechnął tym ujmującym uśmiechem, i tym razem do mnie pomachał. Wydawał się miłym gościem.
Popatrzyłem na trzymany w ręku katalog, żeby odwrócić spojrzenie od tego człowieka. Rozważałem właśnie, czy wrócić do domu, czy też podejść i się przywitać, kiedy usłyszałem, że kosiarka zatrzymuje się z przodu podwórka Johna.
- Cześć, Travis! - zawołał mężczyzna. Spojrzałem na niego. - Masz minutę?
- Och, pewnie. - Włożyłem pocztę do skrzynki, nie zamykając drzwiczek, żeby o niej nie zapomnieć. Przechodząc przez ulicę, wpatrywałem się w jego twarz i szukałem w pamięci. Znał moje imię, ale czy się wcześniej spotkaliśmy? Czy trafił kiedyś do kościoła w czasie, gdy byłem pastorem? Może kilka razy zaszedł do Judy albo brał udział w którymś z akustycznych jam sessions. Przeszedłem przez ulicę i zbliżyłem się do małej kosiarki, na której siedział, czekając na mnie. Nie pamiętałem tego faceta. Posłał mi pełen zrozumienia uśmiech.
- Przechodzisz trudny okres, prawda?
Uśmiechnąłem się, bo tak wypadało.
- Przepraszam?
- Dojdziesz do siebie. To tylko taki mały sposób na otwarcie oczu i tyle.
- Czy spotkaliśmy się kiedyś?
- Nigdy twarzą w twarz. - Podał mi rękę w rękawiczce. - Ani ręka w rękę.
Ująłem dłoń, by ją uścisnąć, i poczułem dziwne mrowienie, coś jakby prąd elektryczny. Nie ustawało. Cofnąłem rękę.
- Och!
- Co?
- Lekkie porażenie.
Zaśmiał się nieznacznie.
- Przepraszam. Pewnie od kosiarki. - Oparł się łokciami o kierownicę kosiarki i popatrzył na mnie, tak po prostu. - Znamy się od lat, Travis, odkąd skończyłeś osiem lat. - Miałem go o to spytać, ale on mówił dalej. - Wiem, że teraz czujesz się samotny, zwłaszcza że tak wielu ludzi nie rozumie, przez co przechodzisz. Nigdy się w takim miejscu nie znaleźli. Lecz ja i ty, owszem. - Zaśmiał się, potrząsnął głową, po czym powiedział, przedrzeźniając: "Travis, musisz powrócić do Pana".- Dodał szczerze: - Nie znają twego serca.
Po prostu ogrodnik?
- Kim jesteś?
Zapatrzył się na mnie przez chwilę, leciutko przekrzywił głowę.
- Jestem z tobą przez cały czas, a ty mnie nie poznajesz?
Cóż... mógł być Żydem ze Środkowego Wschodu. Miał ciemną karnację, oczy w odcieniu głębokiego brązu, kruczoczarne włosy, delikatnie wijące się na końcach. Ale też mógł się wywodzić z rdzennych Amerykanów albo może z Hiszpanii. Wydawał się dużo o mnie wiedzieć, nawet to, co mogę myśleć. Nie miałem jednak zamiaru pójść za pokusą.
- Nie. Sądzę, że cię nie znam. Ale mów dalej, słucham cię.
Odetchnął, po czym rzekł:
- Travis, żyjesz tu od lat. Znasz ludzi, znasz duchowieństwo. Powiedz mi więc: wysłałem przed sobą kilku posłańców, by przygotowali lud. Jak ludzie na to reagują? Co myślą?
Próbowałem sobie przypomnieć, o co się modliłem parę minut temu. Cokolwiek to było, nie oczekiwałem, że odpowiedź będzie taka.
- Och, wśród ludzi wrze. Wczorajsza rada Kościołów miała najlepszą frekwencję od lat.
- Wpuścili nawet ciebie.
- Cóż, byłem grzeczny. Nie odzywałem się wiele.
- Co jeszcze?
Pomyślałem przez chwilę, po czym powiedziałem mu o wielkim reportażu Nancy na temat uzdrowienia Arnolda Kowalskiego i objawień aniołów.
- Dziś rano sprzedała mnóstwo numerów.
Uśmiechnął się i skinął głową, najwyraźniej dosyć zadowolony.
- A więc, jak rozumiem, to ty jesteś powodem tego wszystkiego?
- Cóż, nie ukazałem się w chmurach. Nie ukazałem się nikomu, z wyjątkiem ciebie. Wiesz, jak to jest. Niektórzy ludzie otrzymują posłanie i rozważają, po co je dostali, a inni przejmują je jak piłkę i biegną z nim przed siebie, ale często wypadają wtedy poza linię boiska.Tak się zdarza.
Kurczę! Zna się na futbolu. Zastosowałem teraz stary sprawdzian z Pierwszego Listu św. Jana, rozdział czwarty.
- Pozwól, że cię spytam: czy Jezus przyszedł w ciele?
Rozprostował ramię i uszczypnął się pod koszulą.
- Jak myślisz, co to jest?
- Ale po co ten cały show, te występy anielskie i płaczące wizerunki?
Wzruszył ramionami.
- W tych dniach Jan Chrzciciel niewiele by osiągnął.
Zaśmiałem się wbrew sobie.
- Nie mogę uwierzyć, że prowadzę tę rozmowę.
- Travis, daj temu czas. Nie oczekuję, że uwierzysz we wszystko w jednej chwili ani nawet w tydzień. Żartowałem z tym Janem Chrzcicielem. To wszystko sięga głębiej niż chmury, aniołowie i wizerunki, i ty to wiesz.
- To kawał! Ktoś cię posłał, prawda?
- W gruncie rzeczy przyszedłem z własnej woli.
Zaśmiałem się, jakby to był kolejny żart.
- Tak, jasne.
- Trochę się dziwię, że nie spytałeś mnie o Marian.
To nie był kawał. To był nagły, bardzo poważny zwrot. Czułem to. Przyjrzałem mu się badawczo. Uniósł tylko brew i odpowiedział mi spojrzeniem. Czekał.
A więc teraz mieliśmy rozmawiać o Marian? Ten człowiek był dla mnie zupełnie obcy. Odpowiedź przyszła mi z trudem, ale miałem nadzieję, że zamknie ten temat.
- To byłoby bardzo poważne pytanie.
Kiwnął głową, jakby rozumiał.
- Podobnie jak odpowiedź. - Po czym dodał: - Posyła ci pozdrowienia.
Jeżeli to był żart, to bardzo niesmaczny. Czułem, że zaczyna się we mnie budzić gniew...
Koło nas zatrzymał się samochód.
- Proszę pana! - zawołała jakaś pani z siedzenia obok kierowcy.
Obróciłem się.
- Tak? W czym mogę pomóc?
Kosiarka za moimi plecami znów ruszyła.
- Porozmawiamy jeszcze, Travis.
Gwałtownie obróciłem głowę i ujrzałem, że włącza bieg w kosiarce.
Pani w samochodzie coś mówiła, ale nie mogłem dosłyszeć przez hałas kosiarki. Znów obróciłem się do niej.
- Przepraszam?
Powtórzyła:
- Zgubiliśmy się. Czy mógłby nam pan powiedzieć, jak dojechać do kościoła katolickiego?
Podszedłem do samochodu. Teraz mogłem się lepiej porozumieć. Słyszałem, jak warkot kosiarki oddala się na tył podwórka.
- Szukacie kościoła Matki Bożej Zielnej?
- Właśnie tego!
Spostrzegłem, że samochód jest pełen; cztery kobiety i dwóch mężczyzn. Wóz miał tablicę rejestracyjną stanu Oregon.
- Hm, tak, pojedziecie tą ulicą w dół, pod numer siedem - to tam, gdzie stoi ten czerwony pick-up.
- Uhm.
- Skręcicie w lewo, pojedziecie wzgórzem w dół do drogi numer dwa, to główna arteria miasta.
Kobieta kierująca samochodem trąciła łokciem starszą panią siedzącą obok.
- Mówiłam ci, że nie powinniśmy skręcać!
- Skręcicie w prawo i to będzie za dwoma budynkami, po lewej. Duży, kamienny kościół. Nie sposób go przeoczyć.
- Myśli pan, że jest dziś otwarty?
Zaryzykowałem pytanie:
- Przyjechaliście tu, żeby zobaczyć płaczący krucyfiks?
Wszyscy pasażerowie rozpromienili się i nachylili w moją stronę. Pani z miejsca obok kierowcy powiedziała:
- Oczywiście! Widział go pan?
- Nie widziałem, jak płacze, ale poza tym tak.
Kobieta skinęła w stronę jednego z panów z tyłu.
- Barry ma raka płuc. Przyjechaliśmy aż z Oregonu.
Mężczyzna miał przymocowane do nozdrzy rurki z tlenem. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Zauważyłem tylko:
- Myślę, że ksiądz Vendetti pozwala, by kościół był otwarty przez cały dzień.
Klasnęła w dłonie, reszta zachichotała, pani przy kierownicy wrzuciła bieg.
- Bardzo dziękuję! Błogosławmy Pana!
- Błogosławmy Pana - powiedziałem. Odjechali.
Patrzyłem za nimi, póki nie skręcili w lewo przy czerwonym pick-upie i nie znikli z pola widzenia.
Uderzyło mnie to, czego byłem świadkiem teraz i wiele razy wcześniej: poważna choroba, której towarzyszy wielka nadzieja. Wiedziałem, jak to jest. Zastanawiałem się, jak się to potoczy.
Ale gdzie się podział Człowiek z Kosiarki? Nie słyszałem już jej warkotu i nie mogłem jej dostrzec.
Wszedłem na podwórko. Miałem nadzieję, że Johnowi nie będzie to przeszkadzało - zresztą w tej chwili mało mnie to obchodziło. Ruszyłem najświeższym śladem kosiarki. Zaszedłem na tył domu i znalazłem maszynę zaparkowaną na patio. Nie było jednak śladu po tajemniczym kosiarzu. Rozejrzałem się po podwórku, popatrzyłem za ogrodzenie i za tylną bramę - zupełnie jak pies na polowaniu - ale nikogo nie było. Miałem już niemal zapukać do drzwi domu, ale ostatecznie się pohamowałem i uznałem, że emocje wzięły nade mną górę. Kimkolwiek był lub za kogokolwiek się podawał ten człowiek, zakończyliśmy naszą rozmowę na trudnym temacie, który lepiej było na jakiś czas zostawić. Wciągnąłem głęboko powietrze, po czym wróciłem do domu.
Pomiędzy podwórkiem Johna Billingsa i moją skrzynką pocztową zadecydowałem, że porozmawiam o tym człowieku z Johnem. Zanim John wróci do domu, będę w bardziej wyważonym nastroju. Spokojnie i grzecznie wypytam, kim on jest, dam mu sposobność do przeprosin za to, że zachował się tak okrutnie i niesmacznie, i to - miejmy nadzieję - zakończy całe to zdarzenie. Człowiek z Kosiarki z pewnością zrozumiał, że miasteczko ma na razie dosyć szaleństwa, a ja - dosyć bólu. Jego dowcipna przebieranka w niczym nie pomoże.
Będę obywatelem. Będę chrześcijaninem.
Zanim znów wyjąłem pocztę ze skrzynki, już sobie poradziłem z gniewem. Trochę się uspokoiłem.
Jednak ból był wciąż żywy. Człowiek z Kosiarki dotknął mego wnętrza. Jego słowa i zachowanie, jak powolna trucizna, wciąż działały, i zanim dotarłem do drzwi frontowych, poczułem się znów jak dziewiętnastolatek. Już nie młody, ale obarczony dawnym żalem, głęboką samotnością, rodzinną rozpaczą.
Pewne zapachy, jak woń szkoły podstawowej czy nawet zapach dawnej dziewczyny, pozostają w pamięci na zawsze. Stara piosenka może przywrócić uczucia, jakie się przeżywało podczas pierwszego zakochania. Można uważać, że się nie pamięta, jak brzmiał odgłos zatrzaskiwanych tylnych drzwi w domu w czasach dzieciństwa, ale poznałoby się ten dźwięk, gdyby się go znów usłyszało.
Znałem to uczucie, które dopadło mnie, gdy usiadłem na kanapie i podniosłem banjo. Wiedziałem, kiedy i gdzie je wcześniej przeżywałem. Miałem wtedy dziewiętnaście lat, siedziałem sam na łóżku w moim domu w Seattle. Wciąż pamiętałem zapach pokoju "nowego domu", fakturę narzuty z Searsa , dotyk i kolor niebiesko-zielonego dywanu na podłodze, mój plakat z Glenem Campbellem na ścianie. Wtedy też miałem w ręku banjo - brązowe, firmy Harmony, z plastikowym rezonatorem, za pięćdziesiąt dolarów. Może grałem na nim tę samą piosenkę co teraz.
Miałem dziewiętnaście lat, byłem sam, a w moim życiu nie wydarzyło się absolutnie nic.
Myślę, że to był kluczowy moment, zamrożony w pamięci jak historyczna fotografia z archiwum magazynu "Life". Pożegnanie z dzieciństwem i bolesny koniec iluzji. Kochałem, ale straciłem dziewczynę; byłem prorokiem Boga, ale obróciło się to na złe; modliłem się za chorych, lecz nie wyzdrowieli; Bóg wezwał mnie do dalekiego miasta, lecz Go tam nie spotkałem. Wraz z przyjaciółmi mieliśmy zmienić świat, lecz po ukończeniu szkoły wszyscy się rozproszyli. Byłem młodym człowiekiem o wielkiej nadziei i wierze, lecz teraz moja wiara i nadzieja odeszły, powoli zadławione przez rozczarowanie i utratę złudzeń. Czułem się rozpaczliwie sam. Nie miałem pojęcia, gdzie dalej pójść, a nawet po co w ogóle miałbym tego chcieć.
Siedziałem na kanapie w wieku czterdziestu pięciu lat, z banjo w ręku, i odczuwałem to wszystko. Wróciło przez człowieka z kosiarki. Próbował być Jezusem. Mówił o Marian. Sprawił, że zdałem sobie sprawę, jak bardzo tęsknię za nimi obojgiem.
Żniwiarz"nie wychodził aż do wtorku. Kiedy się w końcu pojawił, na pierwszej stronie widniało zdjęcie Penny Adams. Trzymała wysoko prawą rękę i poruszała nią przed aparatem. Było to wspaniałe zdjęcie i świetny artykuł, ale, dziwna rzecz - o czymś takim w naszym małym miasteczku praktycznie dotąd nie słyszano - duża, zamiejscowa gazeta "ukradła" Nancy Barron tę historię. Ktoś - domyślam się, że Bonnie, matka Penny - zadzwonił do "Heralda"ze Spokane. W czwartek po południu gazeta przysłała do Antiochii fotografa i reportera. W piątek reportaż ukazał się w jej dziale "Ludzie" wraz z kolorowym zdjęciem Penny i Arnolda Kowalskiego. Stali po bokach ojca Ala na tle krucyfiksu widocznego na ścianie za nimi. Lecz relacje dziennikarzy z zewnątrz na tym się nie skończyły.
W piątek rano artykuł w "Heraldzie"przeczytali reporterzy i producenci z trzech różnych stacji telewizyjnych ze Spokane. Już przed dziesiątą wysłali swoje ekipy do kościoła Matki Bożej. Al, Penny i Arnold znów pozowali przed krucyfiksem i udzielili wywiadów przed kamerami - krucyfiks na ten czas podświetlono reflektorami telewizyjnymi. Operatorzy kamer dopilnowali, żeby nakręcić ujęcia tłumu pielgrzymów siedzących w ławkach i czekających, aż znów wydarzy się cud, a także ujęcia budynku kościoła z zewnątrz. Przejeżdżając tamtędy koło południa, spostrzegłem ludzi z ekipy telewizyjnej - wciąż spacerowali po ulicy. Kamery były wycelowane w kościół, przecinającą miasto drogę, sklep U Macka, lokal Judy, światła uliczne i każdego, kto się pojawił w pobliżu. Nasze miasteczko - nawet nasze światła uliczne i Maude Henley spacerująca ze swym trzynożnym pudelkiem - nagle stało się interesujące. Jednak na tym nie koniec.
Wszystko, co jest na tyle ciekawe, by przyciągnąć uwagę "Heralda"ze Spokane, jest też zarazem na tyle interesujące, by dostać się do serwisu agencji prasowych.Jeszcze tego samego piątkowego ranka redaktorzy większych gazet oraz redaktorzy wiadomości w całym kraju, unosząc brwi, czytali serwis i przeglądali agencyjne fotografie Penny, ojca Ala, Bonnie i Arnolda. Chcieli więcej. Redaktorzy gazet zadzwonili do "Heralda". Redaktorzy z sieci telewizyjnych zadzwonili do swych oddziałów w Spokane.
Tymczasem miejscowi reporterzy gonili, oczywiście, za szczegółami i dodatkowymi materiałami do głównego wątku. W sobotnim wydaniu gazety oraz w telewizyjnym weekendowym serwisie informacyjnym pojawiła się Sally Fordyce. Jej historia została potwierdzona przez anonimowego członka miejscowej kongregacji baptystów - pojawił się tylko zarys jego sylwetki - oraz świadectwo rzecznika wydziału policji, który odmówił wystąpienia przed kamerą. Zanim nadeszła niedziela, liczba pielgrzymujących do kościoła Matki Bożej podwoiła się. To samo w sobie stało się materiałem na reportaż, a przez to wzrosła liczba reporterów spoza miasta.
W niedzielę wszyscy chrześcijanie i duchowni w mieście zgromadzili się w swych kościołach. Dzięki temu łatwo było ich namierzyć i po skończonym nabożeństwie przeprowadzić wywiady przed kamerą. Sid Maher, z którym reporterzy rozmawiali przed jego kościołem, wyraził zdziwienie, podczas gdy Burton Eddy, stojąc przed swoim, uprzejmie zakpił, dając wyraz sceptycyzmowi. Bob Fisher przytoczył dla pociechy Słowo Boże i na tym skończył. Morgan Elliott była oburzona, że tak prywatna sprawa stała się własnością publiczną.
Operatorzy kamer i reporterzy z Seattle zajrzeli też do antiocheńskiej Misji Pięćdziesiątnicy. Kyle nie chciał stawiać Bogu granic, lecz wciąż nawoływał do ostrożności.
Dee Baylor czekała na parkingu z całkiem nowym, dodatkowym materiałem na reportaż. Miała ze sobą świadków gotowych wystąpić przed kamerą, Blanche trzymała w pogotowiu film wideo i fotografie, zaś Adrian - zapiski. Przed godziną drugą po południu trzy stacje telewizyjne z zachodniej części stanu oraz dwie ze wschodniej wycelowały kamery ku chmurom, podczas gdy Dee opatrywała komentarzem obłok za obłokiem. Ten mały zwrot całej historii przyciągnął uwagę, co ściągnęło więcej pielgrzymów. Jeszcze szczelniej wypełnili parking. To wszystko zaś przyczyniło się do uatrakcyjnienia reportażu.
A ludzie zaczęli widzieć w górze różne rzeczy.
Zanim nadeszło niedzielne popołudnie, osiem na dziesięć pokoi w motelu Wheatland było zajętych. Norman Dillard, właściciel, od lat nie był świadkiem czegoś takiego. Gdy z Yakimy przybyła świeżo poślubiona para wraz ze szwagrem, zajmując dziewiąty pokój, Norman zaczął recytować informacje niczym miejski przewodnik.
- Płaczący krucyfiks można zobaczyć w katolickim kościele Matki Bożej Zielnej - szosą w górę i w lewo, otwarty przez całą dobę. Jak słyszałem, przy antiocheńskiej Misji Pięćdziesiątnicy widziano w chmurach Jezusa - przecznica dalej, za wzgórzem.Cóż, tak, przypuszczam, że moglibyście państwo przystanąć gdziekolwiek, ale ludzie już tradycyjnie gromadzą się przy Misji. Znajdą się tam też osoby, które posłużą pomocą i odpowiedzą na państwa pytania. Co do aniołów - cóż, to się może zdarzyć wszędzie, w każdym czasie. W tym całe emocje. Tak, zdjęcia wolno robić wszędzie. Dzisiejsze popołudnie jest doskonałe na obserwację chmur, ale prognozy zapowiadają zmniejszenie zachmurzenia na wieczór i czyste niebo na jutro. Proszę w swoich planach wziąć to pod uwagę.
Na zewnątrz starsza para, której Norman nigdy dotąd nie widział, gwałtownie przystanęła. Kobieta wskazała na żywopłot otaczający podjazd.
- Widzę go!
Jej dobiegający osiemdziesiątki mąż mrużył oczy za trójogniskowymi okularami i przyglądał się żywopłotowi.
- Gdzie?
Kobieta grzebała w torebce, szukając małego aparatu fotograficznego.
- Tam! Tam, w liściach!
- Masz widzenie? - wymamrotał.
Szarpnęła go za ramię.
- Stań tutaj!
Ustawił się, gdzie mu kazała, i obserwował żywopłot. Żona pstrykała zdjęcia, a na jego twarzy wciąż malowało się zdziwienie.
Norman wpisał nowych gości i dał im klucz do pokoju numer dziewięć. Wolny został tylko jeden pokój. W jego stronę zmierzała starsza para.
Hm. Te religijne historie dobrze służyły interesom.
Jack McKinstry również zauważył w "sópermarkecie" U Macka dużo nowych twarzy. Ekipy telewizyjne wstępowały po krakersy, czipsy i napoje. Ludzie spoza miasta kupowali całe koszyki artykułów spożywczych, a także filmy i bateryjki do aparatów. Inni zaopatrywali się w przekąski na wynos, na czuwanie pod chmurami lub przed krucyfiksem. Jack i jego żona, Linda, mieli mało czasu na odpoczynek przy kasach.
- Słuchaj - zawołał Jack do Lindy - a może byśmy przebrali pracowników za anioły? No wiesz, małe anielskie skrzydła czy coś w tym rodzaju.
Siedział przy kasie numer dwa; żona przy kasie numer trzy. Linda zaczęła mówić głośniej, żeby się skoncentrować:
- Dwa po pięćdziesiąt dolarów dziewięćdziesiąt dziewięć centów, czterdzieści dolarów, trzy i dziewięćdziesiąt dziewięć... - wzrokiem dała mężowi znak, że się nie zgadza.
Jack zachichotał, licząc puszki fasoli, przesuwając je przez ladę z precyzją gracza w shuffleboard . No dobrze, może ten pomysł był nieco zbyt śmiały, ale biorąc pod uwagę ostatnią poprawę w interesach, nie ma co się krzywić na nowe pomysły.
Sklep U Macka był interesem rodzinnym, który założył ojciec Jacka - dawno temu, kiedy błąd ortograficzny w słowie "super" był jeszcze czymś dowcipnym.Nie była to duża placówka, ale Jack ciężko pracował, by dotrzymać kroku wielkomiejskim supermarketom, a zarazem utrzymać klimat sklepiku spożywczego z sąsiedztwa. Sklep miał cztery kasy, w tym jedną z napisem "Do dziesięciu artykułów", lecz laserowe czytniki kodów były ciągle czymś, co Jack znał jedynie z lektury. Automatyczne drzwi wciąż otwierały się na przycisk, a nie dzięki fotokomórce. Dopóki jednak działały, a klientom nie przeszkadzało, że trochę poczekają, Jack nie widział potrzeby, by je ulepszać. Przy każdej kasie był stojak z najnowszymi numerami "Cosmopolitan", "People" i "National Enquirer",lecz Jack zrywałz każdym magazynem, którego okładkę musiałby zasłaniać. W końcu zainstalował stojak z filmami wideo, lecz zrobił to dopiero za usilnym naleganiem Lindy. W głębi serca Jack był zwykłym, drobnym sklepikarzem, typem faceta, który sam kroi mięso, kupuje produkty od miejscowych farmerów i zawsze znajduje w sklepie miejsce na kościelne wyprzedaże wypieków.
- To będzie... - przebiegł wzrokiem wyświetlacz kasy. - Czterdzieści dziewięć i osiemdziesiąt dwa. - Wziął pieniądze, wręczył klientowi kwitek. Kasę przejął Ronny, który na co dzień zajmował się przenoszeniem towarów, i Jack już za chwilę był wolny. - Hej, Nevin, dzwoniła wdowa. Zastanawia się, gdzie jesteś.
Nevin Sorrel, ponadtrzydziestoletni, mizerny z wyglądu, ubrany w dżins pracownik rancza, czekał przy środkach czyszczących do dywanów Rent-a-Vac. Kręcił się nerwowo. Podszedł pospiesznie i powiedział szybko, zniżając głos:
- Jack, nigdzie nie mogę znaleźć tych rzeczy.
- Tych czterech worków z zakupami?
- Tak, tych.
- Ronny wyniósł ci je do ciężarówki, widziałem to na własne oczy.
- Ale ich tam nie ma!
- Widziałem, jak Ronny je ładuje.
Nevina zdenerwowało, że musi powtórzyć:
- Nie ma ich tam.
Jack popatrzył na niego przez chwilę.
- Więc... co mam zrobić?
- Widziałeś je?
Teraz Jack się zniecierpliwił.
- Tak! Widziałem, jak Ronny wkłada je na tył twojej ciężarówki, i to był ostatni raz, kiedy na nie patrzyłem. Pani Macon zastanawia się, gdzie jesteś. Wysłała cię do miasta dwie godziny temu i czeka na truskawki.
To wcale nie poprawiło Nevinowi humoru. Zaczął wyliczać, co robił przez ostatnie dwie godziny.
- Wsiadłem do ciężarówki, pojechałem w kierunku Macon, zachciało mi się spać...
- Czekaj. Zachciało ci się spać?
- Tak. Zjechałem na pobocze i usnąłem, a kiedy się obudziłem, zakupów nie było.
Jack był rozbawiony, chociaż wiedział, że to niegrzeczne.
- Cóż, tu cię mamy. Obrobili cię. - Nevin wpatrywał się w niego w osłupieniu, więc Jack wyjaśnił: - Ty sobie kimnąłeś, a ktoś ukradł zakupy.
Nevinowi trudno było się z tym pogodzić.
- Co ja powiem pani Macon?
Jeśli wziąć pod uwagę widzenia, ten dzień był owocny. W miarę jak wzrastała liczba pielgrzymów w mieście, przybywało też widzeń Jezusa; gdy zaś przyjechało więcej katolików, pojawiło się więcej objawień Maryi Panny. Przypominało mi to zakrojone na większą skalę polowanie na wielkanocne jajka, tyle że przeprowadzane przez dorosłych. Wszędzie gdzie się spojrzało, ludzie przeczesywali miasto - szukając na niebie, w wyrwach w jezdni, na korze drzew, w wilgotnych plamach na suficie - mając nadzieję ujrzeć Zbawiciela lub Jego Matkę.Zarówno Jezus, jak i Jego ziemska Matka pojawili się na odwrocie znaku drogowego, informującego, ile jeszcze mil dzieli przejeżdżających od Coulee City i skrzyżowania z drogą numer sto siedemdziesiąt cztery. Sama Maryja pojawiła się we wzorze drzewnych pierścieni wzrostu, tam gdzie drwal odciął piłą zgniły konar z wierzby koło placu zabaw imienia Tomka Sawyera. Uwagę przyciągnęły płytki na frontowych schodach do biblioteki, lecz wśród katolików i protestantów opinie były podzielone, czy był to Jezus, czy Maryja. Najbardziej niezwykłym znakiem, o którym usłyszałem, była twarz Jezusa przyzywająca z pleśni na kafelkach prysznica w pokoju numer pięć w motelu Wheatland. Norman nie wiedział, co z tym począć - jeśli wyczyści brudny prysznic, czy aby tym samym nie zbezcześcimiejsca kultu?
Co do mnie, w końcu udało mi się złapać Johna Billingsa w domu. Okazało się, że przez większą część tygodnia instalował system zraszaczy w Missoula w stanie Montana.
Akurat przechodziłem przez drogę, by z nim porozmawiać, gdy spytał mnie:
- Cześć, co się stało z moim trawnikiem?
Wyglądało na to, że Człowiek z Kosiarki przystrzygał trawnik tylko w czasie rozmowy ze mną. Teraz na podwórku Johna widniał wykoszony krąg, a za nim szeroki pas gęstej trawy blisko domu.
- Widziałem w czwartek, jak jakiś facet kosi twoją trawę - powiedziałem, chcąc usłyszeć jego reakcję.
John był starym wygą po pięćdziesiątce, bardzo dumnym ze swego trawnika. Czuł się trochę urażony.
- Kto?
- Hm... - Już miałem odpowiedzieć, ale zdałem sobie sprawę, że nie istnieje odpowiedź, która by tu była na miejscu. - Nie wiem. Nie powiedział mi, kim jest, ale jeździł twoim snapperem po podwórku i kosił trawę. Myślałem, że dla ciebie pracuje.
- Nie pracował dla mnie. - Rozejrzał się z niesmakiem po podwórku. - Nie wynająłbym faceta, który ścina tylko pół trawnika. Co on sobie myślał? - Obrócił gwałtownie głowę i spojrzał na mnie, jakby coś nagle do niego dotarło. - Jeździł moją kosiarką?
Z miejsca, gdzie staliśmy, mogłem dostrzec snappera. Wskazałem na niego.
- Tą, co tam stoi.
- W czwartek.
- Tak.
- Widziałeś go już wcześniej? Jak wyglądał?
Cóż, lepszym pytaniem byłoby, na kogo wyglądał. Opowiedziałem jednak Johnowi, co widziałem, pomijając szczegóły przeprowadzonej wtedy rozmowy. Czułem dziwną mieszankę triumfu i zdumienia, które próbowałem ukryć: wiedziałem,że ten facet to swego rodzaju szarlatan... ale jeśli tak, to kim był naprawdę?
Tymczasem Nevin Sorrel wracał na ranczo wdowy Macon. Był spóźniony o godzinę, wiózł ładunek nowych zakupów, za które zapłacił z własnej kieszeni. Spóźnienie zbytnio go nie martwiło. Pani Macon zbeszta go, ale będzie tolerancyjna. Strata czterech worków zakupów podczas snu to całkiem inna sprawa. Pani Macon była bogata, ekscentryczna i bardzo szczegółowo wyliczała wypływ gotówki.
Zjechał złotobrązowym pickupem z szosy i przejechał przez bramę rancza, próbując wymyślić jakieś wytłumaczenie. Awaria silnika nie będzie przekonująca. To ciężarówka świętej pamięci Cephusa Macona, nieskazitelny dodge z poszerzoną kabiną, utrzymywany przez wdowę w jak najlepszym stanie, przez wzgląd na pamięć męża. Nevin mógł powiedzieć, że spotkał starego przyjaciela, zagadał się i stracił poczucie czasu, ale to by zabrzmiało nieodpowiedzialnie. Przebita opona? Nie, to by oznaczało niepotrzebną wymianę jednej z dobrych opon. Za dużo z tym kłopotu.
Jadąc długim na milę podjazdem do rozłożonego na szczycie wzgórza domu, wymyślał inne usprawiedliwienia, ale żadne nie pasowało. Ostrożnie wjechał wielką ciężarówką do mieszczącego cztery samochody garażu, ale wciąż nie miał zadowalającego wyjaśnienia. Przyjechał późno, było mu przykro i już. Wniesie zakupy, przeprosi i zrobi unik,jeśli będzie musiał.
Pochwycił dwa worki z ciężarówki, zapukał do tylnych drzwi wejściowych, po czym lekko je uchylił.
- Pani Macon, wróciłem.
- Gdzie byłeś? - dobiegł z kuchni jej głos.
Pospieszył przez pralnię do kuchni, okazałego, rozległego pomieszczenia z prawdziwym magazynem kredensów i lad i z wielkimi, zajmującymi całą ścianę oknami. Rozpościerała się za nimi panorama pól należących do rancza. Ujrzał wdowę siedzącą przy ogromnym stole jadalnym. W tym momencie pierwsze usprawiedliwienie, z którego zrezygnował, nie wydało mu się już tak dziwaczne.
- Nigdy pani nie zgadnie, co się stało! Zerwał się pasek w prądnicy.Ciężko było...
- Nie musisz się tłumaczyć - powiedziała łagodnie. Była niedużą kobietą, miała prawie siedemdziesiąt lat, dobrą figurę i siwe włosy upięte grzebieniem na czubku głowy. Sączyła swój popołudniowy napój ze zmiksowanego soku owocowego. W tym koktajlu nie mogło zabraknąć truskawek. Potrzebowała ich, a on je zgubił, zrobił od nowa całe zakupy i dowiózł je za późno. Nie mógł być tego do końca pewien, ale różowy kolor napoju wskazywał, że wdowa zdobyła gdzieś truskawki. Wypiła kolejny łyk i spojrzała przez okno. Jej twarz nie wydawała się mieć tak surowego wyrazu, jak się tego spodziewał. W gruncie rzeczy wdowa wyglądała na spokojną. Nevin odetchnął z ulgą.
- Ja, hm, mam te zakupy. Przyniosę jeszcze resztę.
Rzuciła mu zdziwione spojrzenie.
- Coś ty zrobił? Kupiłeś wszystko drugi raz?
Ciężko było zachować niewinny wygląd, czując się przypartym do muru.
- Och... nie, mam zakupy. Leżą w ciężarówce.
Postawiła szklankę i spojrzała na niego z lekko przechyloną głową, bębniąc palcami po podbródku.
- Zakupy są już w domu.
Wszystkie myśli wyleciały mu z głowy.
- Słucham?
- Moje truskawki, pomarańcze, beztłuszczowy jogurt truskawkowy, kotlety wieprzowe, mąka i Knox for Nails , wszystko. Przywiozłeś wszystko za pierwszym razem.
- Za pierwszym razem?
- Tak, zanim zdecydowałeś się na drzemkę na poboczu, pamiętasz? - Podeszła dolodówki, dwa razy szerszej niż zazwyczaj, i otworzyła drzwi. - Schowałam tu te produkty, które się łatwo psują. Są całe i bezpieczne, ale nie dzięki tobie.
Nevin potrzebował paru sekund, by dojść do wniosku, że jego historyjka zawiodła.
- Ja, hm, nie chciałem, żeby doszło do wypadku, wie pani, żebym wypadł z drogi w tej ciężarówce pana Macona.
- Może spróbowałbyś sypiać w nocy - odparła szybko. - Na szczęście dla mnie ktoś akurat tamtędy przechodził i zobaczył, że śpisz w ciężarówce, a moje łatwo psujące się produkty leżą z tyłu, w słońcu, już prawie do niczego.
A więc go przyłapano. Gorzej: ktoś na niego zakablował.
- Kto?
Podeszła do okna i wskazała.
- Mój nowy, wynajęty pomocnik.
Co?Ból i zazdrość zawirowały w jego wnętrzu. Nevin pospieszył do okna.
- Przyszedł pod frontowe drzwi ze wszystkimi czterema workami zakupów w ramionach. Powiedział mi, gdzie cię znalazł. Spałeś jak suseł, podczas gdy mój jogurt kwaśniał w słońcu. To bardzo miły i sumienny człowiek.
Nevin ujrzał, jak zza stajni wyłania się wielki traktor firmy John Deere,ciągnąc przyczepę pełną siana.
- Co on robi na moim traktorze?
Wdowa odchrząknęła.
- Na moim traktorze - poprawiła. - Przewozi siano do drugiej stodoły.
- To była moja praca!
- Zaspałeś, Nevin!
Spojrzał na nią z przerażeniem w oczach i z rozdzierającym bólem w żołądku.
- Da mu pani moją pracę?
- Och, zobaczymy. - Przekrzywiła głowę i obdarzyła go macierzyńskim spojrzeniem. - On mnie nie okłamał.
- Ale ja zapłaciłem! Zapłaciłem za te drugie zakupy z własnej kieszeni!
Skinęła dłonią, nie chcąc nad tym dyskutować.
- Nevin, daj mi czas, żebym to przemyślała. Weź dzień wolnego. Zobaczymy, jak się to wszystko rozwinie.
Zanim Nevin obrócił się na pięcie i wyszedł, obrzucił długim, uważnym spojrzeniem człowieka, którego - jak wiedział - znienawidzi. Mężczyzna był młody, miał czarne włosy i brodę, ciemną skórę, niebieskie dżinsy, koszulę z długimi rękawami i rękawiczki. Popatrzył w kierunku Nevina i obdarzył go przyjaznym, triumfalnym uśmiechem i lekkim skinięciem ręki.
Później po południu, gdy zostało już tylko parę godzin do zmierzchu, Norman Dillard wyszedł ze swego biura w motelu i przyjrzał się niebu. W górze wciąż widniało parę chmur płynących niczym wyspy po rozległym morzu błękitu. W ciągu godziny zmniejszyły się i były rozsiane rzadziej.Obserwacja chmur w Antiochii mogła wkrótce dobiec końca. Norman zdjął grube okulary i przetarł oczy. Odepchnął myśl, że powinien pojechać do kościoła zobaczyć, co się tam dzieje. Nie chciał. Nie był człowiekiem wiary, a osobnicy typu "chwalcie Pana" działali mu na nerwy, szczególnie zaś kobiety z napadami "alleluja". Oczekiwano jednak od niego, że będzie przewodnikiem znającym się na rzeczy, będzie umiał odpowiedzieć na każde pytanie i przybliżyć miejscowe zdarzenia. Oznaczało to, że musiał na własne oczy ujrzeć te wizje. To był tylko i wyłącznie biznes.
Przejechał koło paru przecznic i zatrzymał się na parkingu przed kościołem. Zgromadziły się tam dwa tuziny ludzi. Wyciągali szyje ku niebu, z aparatami gotowymi do zdjęć. No pięknie.Ruszamy.
- Ooch, to pan Dillard! - krzyknęła jakaś kobieta. Skrzywił się. Jej przenikliwy głos dotarł do jego uszu, mimo że okna samochodu były zamknięte.
Gdy tylko wysiadł z samochodu, pierwsze powitały go Dee Baylor i Blanche Davis.
- Norman! Chwalmy Pana! - wybuchnęła Dee, obdarzając go niedźwiedzim uściskiem, którego wcale nie oczekiwał. Nie mógł się doczekać, kiedy się wyrwie. - Modliliśmy się, żebyś przyjechał!
- Przyjechałem tylko, żeby sprawdzić, jak się rzeczy mają - powiedział niemrawo.
- Czy jesteś gotów ujrzeć Jezusa? - spytała Blanche, wyciągając kilka polaroidowych odbitek. Przechylił głowę do tyłu, dzięki czemu mógł się przyjrzeć zdjęciom przez swe dwuogniskowe okulary. - Widzisz? Patrzy na wschód.
- Och, gdzie jest wschód, to znaczy, na zdjęciu?
Blanche przekrzywiała fotografię w różne strony i wreszcie zdecydowała:
- W ten sposób. Teraz możesz zobaczyć Jego nos. Tutaj.
- Mmhm - zgodził się, ale z bardzo małym entuzjazmem.
- Potrafisz uwierzyć, Norman. - powiedziała Dee uspokajająco. - Po prostu odłóż wątpliwości na bok. Zdziwisz się, co odkryjesz.
Cofnęła się, kierując swą uwagę - miał nadzieję, że także reszty - na przepływającą w górze jedną samotną chmurę.
- Więc... jesteście pomocnikami, tak? I jak to wygląda? No wiecie, co musicie robić?
- Po prostu poddać się Duchowi. - odparła Dee. - Pozwolić, by Bóg otworzył nam oczy i przemawiał przez swoje stworzenie.
- Niebiosa głoszą chwałę rąk Jego - dodała Blanche.
Norman przeszedł na przód parkingu. Ludzie stali tam w parach i grupkach, niektórzy cicho śpiewali, niektórzy się modlili, inni przesuwali paciorki różańca. Wszyscy obserwowali zbliżającą się pojedynczą chmurę. Podszedł do starszej pary, która pierwsza odkryła twarz Pana w żywopłocie przed jego biurem. Siedzieli na rozkładanych krzesełkach ogrodowych, wspierając głowy na nadmuchiwanych poduszkach szyjnych. Kobieta wskazała:
- Nadciąga jeszcze jedna chmura, Melvin!
Mąż nie odpowiedział. Wyglądało na to, że się modli. Norman usłyszał krótkie, ciche chrapnięcie.
Para małżeńska z Yakimy wraz ze szwagrem zaczęła cicho śpiewać Jak wielki jesteś, a inni podjęli nutę. Z tyłu, za Normanem, pulchny mężczyzna z czapką drużyny Seahawks wyśpiewywał słowa pieśni wysokim tenorem, przytulając do boku swą drobną żonę. Po lewej stronie Normana dwie pary siedzące na ogrodowych krzesełkach z tyłu pick-upa - rozpoznał w nich mieszkańców Antiochii - zaczęły śpiewać na głosy. Po prawej hiszpańska rodzina złożona z rodziców, dziadków i dzieci skupiła się na trawniku przykościelnym, śpiewając lub nucąc, zależnie od tego, czy znali słowa. Norman musiał przyznać, że brzmiało to całkiem nieźle, i gdy tak stał zanurzony w muzyce, przyglądając się przepływającej nad głową pojedynczej chmurze, poczuł się nawet dobrze. Było to miejsce, w którym przyjemnie było przebywać - miłe, spokojne i sympatyczne. Bez problemów będzie można wysyłać tu ludzi, którzy skłaniają się ku tego typu sprawom.
Bez wątpienia dobre dla interesów.
Norman znów zdjął okulary i przetarł oczy. To był długi dzień. Narastało w nim zmęczenie.
Poczuł, że ktoś kładzie mu rękę na ramieniu. Była to Dee Baylor.
- Jak z twoimi oczami, Norman?
- Och, prawie tak samo źle jak zwykle - odrzekł. Zawsze go męczyło, że ma tak słaby wzrok i musi nosić grube okulary.
- To jest miejsce, gdzie Bóg przemawia poprzez oczy. Myślę, że chce cię uzdrowić.
Przewrócił oczami.
- Zaraz, poczekaj. Myślę, że naprawdę tego chce.
- To by naprawdę była niezła sztuczka.
- Czemu nie zdejmiesz okularów i nie popatrzysz?
- Na co?
- No już, zdejmij je.
Cóż, nie byłoby dobrze, gdyby Dee i inni wściekli się na niego. Norman ściągnął okulary i z przyzwyczajenia lekko przetarł oczy.
- Teraz spójrz na niebo, Norman, i pozwól Bogu przemówić do twych oczu.
Skierował wzrok w górę, lecz ujrzał to, czego się spodziewał: ogromną, błękitną, zamazaną plamę. Jeżeli Bóg przemawiał, to raczej niewyraźnie.
- Co widzisz? - spytała Blanche.
- Widzę zamazaną plamę.
- NIE! - poprawiła Dee. - Musisz przyzwać swoje uzdrowienie. Powiedz, co widzisz.
Spojrzał na nią. "Wygląda lepiej", pomyślał.
- Przepraszam?
- Uwierz, że możesz widzieć, a to się stanie.
Spojrzał znów na niebo, bo nie chciał patrzeć na nią. Zastanawiał się, jak z tego wybrnąć.
Blanche dyrygowała nim.
- Powiedz, że widzisz.
Był niedowiarkiem.
- Co mam powiedzieć?
- Powiedz "widzę".
- Widzę.
- Powtarzaj, dopóki w to nie uwierzysz - rzekła Dee.
Zaśmiał się nerwowo.
- Moje panie, to może zająć sporo czasu.
- Mamy całą noc.
Szukał słów, gotowało się w nim, wreszcie włożył z powrotem okulary.
- Cóż, przykro mi, to znaczy, naprawdę przepraszam, ale ja nie mam na to całej nocy. Muszę wrócić do motelu i zająć się interesami.
- W porządku. Małe kroczki, Norman.
- Krok za krokiem - powiedziała Blanche.
Uśmiechnął się do nich i pospieszył do samochodu, nie chcąc powiedzieć czegoś nieuprzejmego. Wypowiedział to jednak, kiedy już zatrzasnął drzwiczki i wyjechał z parkingu. Nie dość na tym, uwierzył w to. Powtarzał te słowa z wiarą przez całą powrotną drogę do motelu, dziko gestykulując, kręcąc głową, kierując swe zarzuty do odbicia w lusterku wstecznym. Ci ludzie zwariowali! Przynoszą tylko wstyd! Fanatycy! Dziwił się, że wolno im włóczyć się po mieście bez żadnych ograniczeń. I po to tylko ludzie przyjeżdżają z tak daleka?
"Tak, Norman, i zatrzymują się w twoim motelu",przypomniał sobie. Zanim znalazł się z powrotem w biurze, postąpił naprzód kilka "małych kroczków". Bardziej oswoił się z całą tą sprawą.
Matt Kiley nie miał zamiaru się z tym oswajać. Gdy w poniedziałek rano zaszedłem do jego sklepu z artykułami żelaznymi po parę śrubek "molly", wciąż w nim wrzało. Przyczyną była wizyta w sklepie paru osób, które zajmowały się obserwowaniem krucyfiksu.
- Powiedziałem im, żeby wydali trochę grosza albo się wynosili - rzekł, popychając wózek inwalidzki przejściem, przy którym trzymał wszystkie zamki. Był wciąż zdegustowany. - Skoro nie mogą się z tym uporać, to ich problem. Ja sobie radzę, bo muszę, i nie proszę o żadne ulgi. A tak poza tym, po co wpadłeś?
Matt był odznaczonym weteranem Wietnamu. Był z tego dumny, a ja byłem dumny z niego. Wciąż, kiedy miał taką chętkę, nosił w sklepie mundur w panterkę, wywieszał flagę nad głównym wejściem i trzymał na ścianie za kasą plakat wzywający do poszukiwania zaginionych na wojnie.Nigdy nie uważałem go za nadmiernie niegrzecznego czy nieznośnego, ale bez wątpienia był szorstki. W swych młodych latach w lokalu Judy okazał się zwycięzcą paru bitek. Łamały się w nich nosy i żebra - ale innych facetów, nie jego. W Wietnamie wysłał na tamten świat swoją cząstkę Wietkongu i nie wahał się ryzykować skórę dla kamratów, zanim snajper przestrzelił mu kręgosłup. Teraz, gdy prowadził ze swego wózka sklep z artykułami żelaznymi, nie był rozgoryczony wojną ani kalectwem. Po prostu nie lubił ludzi, którzy robili z tego wielką sprawę.
- W sypialni przybędzie mi półek - powiedziałem do niego. - Dużo ciężkiego badziewia.
- Masz wykrywacz profili?
- Nie, ale ty możesz mi go sprzedać.
- I zrobię to. Zlokalizuje wszystkie profile, jakich szukasz. A te śrubki świetnie się nadają do gipsowej ściany.
Pokazał mi je. Wziąłem ich z szufladki tyle, ile, jak sądziłem, będę potrzebował. Matt zatrudniał czterech pracowników, do których należało zaopatrywanie sklepu i sięganie do wyższych półek, lecz klienci obsługiwani przez Matta sami musieli sięgać po rzeczy, których on nie mógł podać. Ruszyliśmy wzdłuż przejścia.
- Byli jak nakręceni."Matt, musisz pojechać do kościoła Matki Bożej i znów będziesz chodził!" - Gwałtownie skręcił w lewo. - Wykrywacz profili.Zwykły magnetyczny czy z bajerami?
- Zależy, ile który kosztuje.
Jechał wzdłuż półki, doskonale obznajomiony z każdym kwadratowym calem tego pomieszczenia.
- A więc wszystko, co mam zrobić, to patrzeć na krucyfiks i wierzyć, i to ma załatwić sprawę. Trav, wiesz, jak to jest. Już wcześniej miewałem tu świrów, którzy próbowali mnie postawić na nogi. - Dodał szybko: - No dobra, nie wszyscy z nich to świry. Wiesz, o czym mówię.
- Jasne.
- Są ludzie, którzy nie potrafią zostawić tego w spokoju, to chcę powiedzieć.
- Wiem, co masz na myśli.
- Tak, na pewno. Przeszedłeś przez to. - Wyjął wykrywacz profili ze stojaka na narzędzia. - Te są fajne. Przesuwasz nimi po ścianie i obserwujesz, gdzie się zapalają diody.
Sprawdziłem cenę. Uznałem, że mogę sobie na to pozwolić.
- Świetnie.
Szedłem za nim, gdy jechał ku przedniej części sklepu, skręcając zgrabnie na rogach i koło towarów. Wbił cenę zakupów do kasy ustawionej na niskiej półce, specjalnie dla niego. Zapłaciłem, Matt wrzucił moje zakupy do torby. Coś go zastanowiło.
- Zabawne. W szpitalu dla weteranów zawarłem parę przyjaźni. Spotkałem kilku innych gości na wózkach, dobrze się dogadywaliśmy. Nigdy mnie nie pouczali, żebym pojechał i spojrzał na jakiś krucyfiks albo żebym obmył się w jakiejś magicznej, święconej wodzie. Piechurzy zawsze wiedzą, czego potrzebujesz.
Nasze oczy się spotkały. Rozumieliśmy się.
"Piechurzy zawsze wiedzą, czego potrzebujesz". Słowa Matta Kileya, jego cyniczna mądrość zrodzona z doświadczenia, ścigały mnie przez resztę dnia. Tak, rozumiałem go. Przeszedłem przez to.
Po prostu nie chciałem tam wracać...
Miałem siedemnaście lat, kiedy mój ojciec zrobił sobie przerwę w posłudze duszpasterskiej i przeprowadził rodzinę z Seattle do małego miasteczka, prawie wioski, na wyspie w Puget Sound. Tam, w Seattle, mieliśmy wspaniały kościół ze wspaniałymi nabożeństwami i świetnym programem dla młodzieży. Miałem dziewczynę. Byłem w pierwszej klasie szkoły średniej, do której uczęszczali mój brat, siostra i paru wujków, i ożywiał mnie duch społeczny, który wręcz ocierał się o patologię. Miałem w szkole kilku przyjaciół - sporo czasu zabrało mi wypracowanie tych przyjaźni. I wtedy się przenieśliśmy, a ja rozpocząłem naukę w wyższej klasie w podupadłej, łaknącej dofinansowaniaszkole średniej z walącymi się szafkami, wybrzuszonymi podłogami i z trzema setkami całkowicie obcych mi ludzi.
Ta zmiana nie zrobiła mi dobrze, podobnie jak każdej roślinie wyrwanej z korzeniami. Zwykle cieszyłem się akceptacją rówieśników, a teraz nie byłem pewien, czy naprawdę są mi równi. Zwykle byłem częścią czegoś, teraz zaś - outsiderem. Czułem ból. Byłem zagubiony.
Zagubiony i całkowicie pewien, że to w żadnym razie nie jest w porządku, a tym bardziej - że ta sytuacja nie jest zgodna z wolą Bożą.
Widzicie, wcześniej znałem Boga. Wiedziałem dokładnie, czego ode mnie oczekuje i czego ja się mogę po Nim spodziewać. Wzrastałem, uczęszczając do Jaśniejącego Przybytku Ewangelii, do kościoła Misji Pięćdziesiątnicy przy Rainier Valley w Seattle. Gromadząc się na nabożeństwach, zawsze liczyliśmy na namacalną Bożą obecność. Nie mieliśmy żadnych wyrzutów, wołając głośno do Boga z naszych ławek, kiedy tylko czuliśmy taką potrzebę albo namaszczenie.Stale otrzymywaliśmy od Boga prorocze wypowiedzi, zaczynające się od słów: "Och, mój ludu...", oraz napomnienia, które zwykle rozpoczynały się od: "Słyszę, że Pan mówi...". Modliliśmy się za chorych i oczekiwaliśmy, że się im polepszy.
Tato głosił z ambony Słowo Pana, a my wplataliśmy je potem w nasze modlitwy przed ołtarzem. Nasze modły i śpiewyprzed ołtarzem były zwykle hałaśliwe, często pełne łez, ogólnie rzecz biorąc - wspaniałe. Nie mógłbym wam teraz powiedzieć, ile z tego poruszenia wynikało z natchnienia Ducha Świętego, a ile było zwykłym zapałem Misji Pięćdziesiątnicy. Wiem jednak, że w tym miejscu ubiłem z Bogiem złoty interes. Mając osiem lat, zostałem zbawiony w tym właśnie kościele. Jako wierny Misji Pięćdziesiątnicy, w wieku dwunastu lat otrzymałem tutaj chrzest z Ducha Świętego. Klęczałem przy drewnianej barierce, z głową na rękawie płaszcza, dopóki wzór tkaniny nie odcisnął mi się na policzku. Przez długie lata oddawałem się wciąż od nowa służbie Pańskiej, odczuwałem skruchę, wychwalałem Pana, spowiadałem się i wznosiłem pokorne modły, wszystko w tym małym, ceglanym budynku przy Rainier Valley. To tam poznałem Boga.
Tato był jednak znużony, mama nieszczęśliwa, a rodzina potrzebowała zmiany, więc tato zrezygnował z nauczania i przenieśliśmy się.
Kościół, jaki zastaliśmy na wyspie, był... że tak powiem, spokojny. Coś w rodzaju samochodu, w którym zgasł silnik. Tamtejsi ludzie nie uśmiechali się wiele, śpiewali wszystkie wersety naprawdę powolnych hymnów i zupełnie, absolutnie nigdy nie klaskali. O ile mogłem to stwierdzić, od Boga nie oczekiwano, że będzie poruszał, przemawiał czy przekonywał. Spodziewano się po Nim, że będzie pilnował drukowanego porządku nabożeństwa i zachowywał spokój, jak każdy. Po nabożeństwie nigdy nie było wezwań przed ołtarzem. Zamiast tego ludzie rozważali kazanie w podziemiach kościoła, przy kawie, ciasteczkach i jałowej paplaninie.
Miałem siedemnaście lat, mieszkałem w dziwnym, nowym miejscu, zapisany do szkoły, w której czułem się obcy, i uczęszczałem do kościoła pod wezwaniem martwoty.
To sprawiło, że stałem się głównym celem ruchu Kenyon-Bannister.
David Kenyon, starszy kolega, którego poznałem na zajęciach ze sztuki, pewnego dnia zaczął mnie wypytywać.
- Hej, jesteś chrześcijaninem?
- Oczywiście.
- Wypełniony duchem?
- Tak.
- Mówisz językami?
- Tak.
Wyciągnął rękę, uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Wiedziałem. Od razu wiedziałem.
Od dawna nie spotkałem kogoś, kto entuzjazmowałby się tym, co czynił Bóg. Pracowałem dalej nad rzeźbą, a David nad olejnym obrazem. On mówił, a ja słuchałem.
- Duch Święty działa - powiedział. - Wieje przez mój umysł i ujawnia mi Boże zamiary. Wczoraj miałem prawdziwe starcie z demonem. Myślę, że wiedział, iż wkroczyliśmy na terytorium szatana. W zeszłym tygodniu mieliśmy proroctwo, Bóg powiedział nam, byśmy działali razem, żebyśmy skończyli z kwasem i trawką i upajali się Jezusem. Mówił wprost do niektórych ludzi z grupy. To nimi naprawdę wstrząsnęło.
Zaczął wymieniać nazwiska dzieciaków ze szkoły. Znałem ich, ale nie osobiście.
- Bernadette Jones. - Rany! Zawsze robiła na mnie wrażenie twardej i nieprzystępnej. Miewałaniewyparzony język, kiedy wiedziała, że ujdzie jej to płazem,i nigdy nie przepuściła okazji, by sobie zapalić.
- Karla Dickens. - Znałem ją z zajęć teatralnych. Wydawało się, że każdy jej skecz wiązał się z marihuaną.
- Andy Smith. - Bardzo umuzykalniony. Prowadził zespół rockowy i pracował już nad symfonią.
- Clay Olson. - Och! Z tym nazwiskiem nie kojarzyła mi się żadna twarz.
- Benny Taylor. - W ogóle go nie znałem, wyjąwszy to, że był jedynym chłopakiem w szkole, który miał więcej pryszczów ode mnie.
- Amber Carr. - Spokojna dziewczyna z zajęć teatralnych. Zawsze podobały mi się jej długie, brązowe włosy.
- Harold Martin. - Co? Harold? Ten chłopak był twórczym geniuszem, ale żył i oddychał The Doors, a na zajęciach teatralnych zawsze odgrywał psychopatów z nożem w ręku.
David wspomniał jeszcze o pięciu osobach. Nikogo z nich nie znałem, ale nie miało to trwać długo. Podczas przerwy na lunch David przedstawił mnie wszystkim chrześcijanom, jakich tylko udało mu się znaleźć.
- Hej, zgadnij, kto też jest chrześcijaninem w Duchu Świętym?
Bernadette Jones uniosła wzrok znad sałatki owocowej.
- Żartujesz?
- Hej, Andy, zgadnij kto jest chrześcijaninem w Duchu Świętym?
Andy Smith spojrzał znad Hobbita.
- Cóż, Bogu niech będą dzięki.
- Hej, Amber! Zgadnij, kto jest chrześcijaninem w Duchu Świętym?
Amber Carr odgarnęła swe długie włosy z twarzy i uśmiechnęła się do mnie.
- Rany! To naprawdę miłe.
Clay Olson miał osiemnaście lat, ale wyglądał na starszego, mądrzejszego, zbytwyrafinowanego na to, by chodzić do szkoły średniej. Uścisnął mi dłoń.
- Wspaniale mieć cię na pokładzie.
Benny Taylor miał nie tylko więcej pryszczy ode mnie, miał też lepszą głowę, przynajmniej jeśli idzie o matematykę.
- Niech cię Bóg błogosławi.
Harold Martin, który wyglądał, jakby spędził noc w rowie, gapił się na mnie w osłupieniu przez jedną czy dwie sekundy.
- To niesamowite przeżycie, prawda?
Karla Dickens, wesoła blondynka w grubych okularach, uścisnęła mi rękę i zachichotała.
- Spodziewałam się tego - powiedziała.
Dowiedziałem się, że ten szczególny Boży ruch skupiał się w środowe wieczory w domu państwa Kenyon. W następną środę znalazłem się tam, by ujrzeć to na własne oczy. Nie rozczarowałem się. Powiedziałbym, że działy się tam dobre rzeczy, pełne mocy - takie, w jakich wzrosłem i jakich nadal potrzebowałem. Przytulny salonstał się jeszcze przytulniejszy, gdy ponad tuzin licealistów zasiadło na kanapach, krzesłach i paru poduszkach na podłodze. Spotkanie poprowadziła pani Kenyon, siedząc na swym wielkim, wyściełanym krześle w rogu. Była miłą, chętną do rozmowy panią, niskiej postury i o rubensowskich kształtach, nosiła luźną, przypominającą namiot sukienkę oraz pantofle, których nie musiała wiązać. Pan Kenyon też był niemal "święty" - siedział po drugiej stronie pokoju z ramionami skrzyżowanymi na swym wydatnym brzuchu.
David, Karla i Andy mieli gitary. Nie traciliśmy czasu - zaczęliśmy śpiewać hymny pochwalne, klaszcząc w dłonie - tak, zgadza się, klaszcząc - wchodząc w przestrzeń Jezusa. Śpiewaliśmy takie pieśni jak ta:
Dzięki Ci, dzięki Ci, Jezu,
Dzięki Ci, dzięki Ci, Jezu,
Dziękuję Ci, Jezu, całym sercem.
Dzięki Ci, dzięki Ci, Jezu,
Dzięki Ci, dzięki Ci, Jezu,
Dziękuję Ci, Jezu, całym sercem.
Napisanie tego hymnu musiało zająć kompozytorowi całe miesiące, ale nauczyłem się go od razu. Następny był utrzymany w bardziej surowym tonie:
Kiedy Duch ci każe iść, musisz iść, tak, Panie,
Kiedy Duch ci każe iść, musisz iść.
Kiedy Duch ci każe iść, musisz iść, tak, Panie,
Kiedy Duch ci każe iść, musisz iść.
Potem zamiast "iść" wstawiliśmy słowa "tańczyć", "śpiewać", "modlić się", "wołać", "nauczać", "klęknąć"i cokolwiek nam przychodziło na myśl, i śpiewaliśmy wszystko od nowa. Przy tej piosence można się było wyczerpać.
Po kilku pieśniach, kiedy wszystko w nas się zagotowało, a radość sięgnęła szczytu, pani Kenyon wzniosła ręce i zaczęła mówić językami. Był to sygnał dla pozostałych. Wszędzie wokół uniosły się dłonie, całkiem jakby rozkwitły kwiaty, a języki poczęły trzepotać, wydając z siebie wszelkiego rodzaju dźwięki, z licznymi, szybkimi, powtarzanymi frazami, wibrujących "er", terkoczących "te" i "de". David zachowywał się najgłośniej i był chyba najszybszy. Wymawiał frazy, które brzmiały jak zmiana przerzutek w zabłoconym rowerze.Harold stał z wyciągniętymi ramionami i z nieco oszalałym wzrokiem, wydając z siebie wibrujące "er" w długim ciągu odgłosów "ra-ra". Amber nie mówiła wiele, stała tylko z wzniesionymi dłońmi. Wyglądała słodko. Benny Taylor mógłby niczym generał Patton zwracać się do niewidzialnych oddziałów, tak wyszczekiwał frazy, dorzucając od czasu do czasu klaśnięcie dla podkreślenia.
Będę szczery: było to bardzo hałaśliwe. Nie był to czas sposobny ku temu, by usłyszeć swoje myśli lub ułożyć modlitwę, która by cokolwiek znaczyła. Jednak to właśnie było w porządku. Nie musieliśmy się modlić ze zrozumieniem, ponieważ modliliśmy się w Duchu, a ja byłem w samym tego środku.
Następnie pani Kenyon zawołała donośnym, przenikliwym głosem:
- Moje dzieci!
Umilkliśmy wszyscy, zamykając pobożnie oczy. Wiedziałem z dzieciństwa, że taki wstęp, jak "Moje dzieci", "Mój ludu", "Tak mówi Pan" lub "Oto jestem" oznacza początek prorokowania. To mówił Bóg.
Pani Kenyon ciągnęła dalej:
- Wysłuchałem waszych modłów i są one dla mnie niczym słodka woń. Wychwalajcie mnie, a ja przejdę pośród was. Zaczerpnijcie mego Ducha, a pobłogosławię was, tak że wzrośniecie ponad miarę na tej wyspie...
Przemawiała dalej w podobnym stylu, przekazując słowa zachęty, podczas gdy my cicho, lecz słyszalnie, dziękowaliśmy Bogu i wysławialiśmy Go za to, że do nas mówi.
Następnie Clay Olson wygłosił proroctwo, bardzo podobne do proroctwa pani Kenyon, co dla mnie było prawdziwym ukoronowaniem wieczoru. Zawsze sądziłem, że ten chłopak myśli o życiu bardzo chłodno i trzeźwo, a oto teraz stał tutaj, oddany Bogu, który przez niego przemawiał. Czyżby cudom miało nie być końca?
Zanim spotkanie się skończyło, zrobiliśmy prawie wszystko. Otwarliśmy Biblię,modliliśmy się za chorych, dzieliliśmy się świadectwem, kładliśmy nawet ręce na paru nowych dzieciakach, by mogły, tak jak i my, otrzymać chrzest. Zanim wyszedłem z tego domu, zataczałem się od uniesienia, a w moich emocjach nastąpił cudowny, uzdrawiający zwrot. Żal zmienił się w radość. Konsternacja obróciła się w zrozumienie. Samotność znikła. Byłem w domu. Gdzieś należałem.
- Alleluja! - powtarzałem, ściskając wszystkich.
Alleluja! Po raz pierwszy cieszyłem się, że jestem właśnie tu, gdzie jestem. Bóg miał plan na wszystko! Przyprowadził mnie tu, bym znalazł tę grupę, bym stał się częścią tego potężnego wylewu Ducha!
Musiałem jednak nieco poszerzyć horyzonty myślowe. W Jaśniejącym Przybytku Ewangelii to, że się jest chrześcijaninem, oznaczało, iż się nie pali. Gdy byliśmy dziećmi, głoszenie Ewangelii było dla nas równoznaczne z potępieniem palenia:
- Mamo, dałem dzisiaj świadectwo przed Ronniem. Powiedziałem mu, że nie palimy.
Cóż, palili nie tylko Bernadette, Harold, Karla i Andy; robili to również państwo Kenyon. W gruncie rzeczy w chwili gdy wypowiedzieliśmy "amen", kończąc modlitwę, pani Kenyon chwyciła paczkę papierosów i zapalniczkę i zaczęła się zaciągać dymem, jakby chciała nadgonić stracony czas.
Myślę, że zauważyła moje zakłopotanie. Pomiędzy wypuszczanymi kłębamidymu powiadomiła mnie, że jest to coś, co porzuci we właściwym czasie, który ukaże Pan. Pan obdarzył ją widzeniem, które się z tym wiązało.
- Zobaczyłam wielki ogród pełen tytoniu i ujrzałam zerwane liście tytoniu leżące poza ogrodem, a jeszcze więcej leżało w miarę zbliżania się do środka,a w samym środku ogrodu tkwił zatknięty w ziemię wielki papieros. Pan powiedział: "To ogród twojego życia. Zacznę wyrywać tę machorkę,począwszy od zewnątrz, a potem zajmę się innymi chwastami w twoim życiu. Zajmę się też tym chwastem". - Zaśmiała się z tej gry słów. - Pan nazwał to "machorką".On ma naprawdę poczucie humoru. - Potem, gasząc papierosa i zapalając następnego, dodała: - Chwalmy więc Pana.Bóg wiedzie wszystko ku doskonałości, a jedyne, co mamy robić, to Go wysławiać. W każdy środowy wieczór do drzwi puka ktoś nowy, a my po prostu się modlimy i zapraszamy go do głoszenia chwały.
I tak właśnie postępowaliśmy, tydzień po tygodniu, środa po środzie, przez całą jesień i zimą, gdy już chodziłem do starszej klasy. W każdą niedzielę zasiadałem w staroświeckim, spokojnym kościółku. Przyznaję, że nasłuchałem się tam dobrych kazań i nauk, najadłem się smacznego mięsa i ziemniaków. Jednak szczyptę ognia, energię, haust Pięćdziesiątnicy na cały tydzień znajdowałem u Kenyonów i w towarzystwie moich szkolnych kumpli - zapaleńców. Dawaliśmy świadectwo w szkole, wdawaliśmy się w religijne spory z innymi uczniami, a czasem i z profesorami. Kilka wygraliśmy, kilka przegraliśmy. Zyskaliśmy, oczywiście, pewną sławę, lecz kiedy ludzie zobaczyli, że chrześcijaństwo pasuje gościom typu David, Benny i Clay, nie spieszyli się już tak do stwierdzenia, że jest ono dobre tylko dla dziwaków, takich jak Andy i Harold. Wszystko szło świetnie.
Nie do końca.
Harold był dla mnie zagadką. Pamiętam doskonale chłodny, listopadowy, środowy wieczór, kiedy wyszliśmy na zewnątrz, by zapalić i pogadać. U Kenyonów obowiązywała zasada: żadnych papierosów podczas spotkań, a potem w domu mogli zapalić tylko państwo Kenyonowie.
Staliśmy na podwórku. Było ciemno i mżył zimny kapuśniaczek. Harold przygarbił się. Jedną rękę wsunął do kieszeni płaszcza, a drugą trzymał żarzącego się papierosa. Ledwie go widziałem.
- Paliłeś kiedyś trawkę? - spytał.
- Nie.
- Powinieneś spróbować. Mogę ci trochę dać.
Moja odpowiedź była mało entuzjastyczna. Wytrącił mnie z równowagi.
- Cóż, nie, ja, hm, ja tego nie potrzebuję.
- Grajmy fair. Stanąłem u twego boku i doświadczyłem Ducha Świętego. Spróbowałem twojego odlotu. Powinieneś sprawdzić, co to marihuana. Spróbujesz mojego odlotu, łapiesz, o co mi chodzi?
- Harold... - naprawdę nie chciałem grać wobec tego chłopaka kogoś w rodzaju rodzica. - Trawka to coś złego. To niezgodne z prawem.
- Ludzkim prawem. Trawkę dał nam Bóg. To dar od Niego. Powinieneś jej spróbować. Jeśli kochasz Boga, jeśli kochasz mnie, powinieneś spróbować. Nie możesz mówić, że coś jest złe, skoro nawet tego nie spróbowałeś.
Nie potrafiłem wymyślić odpowiedzi.
- Grajmy fair, zgoda? - powtórzył.
Nie pamiętam, jak się ta rozmowa zakończyła. Pamiętam tylko, że stało się to szybko i że poszedłem do domu, by wszystko przemyśleć.
Widywałem Harolda na prawie każdym spotkaniu. Śpiewał pieśni, wznosił ręce i wołał "ra-ra". Nie rozumiałem tego.
Bóg jednak działał i wiódł wszystko ku doskonałości - w swoim czasie.
David uwielbiał rozmawiać o demonach. Nikt poza nim ich nie widywał, lecz David widział je przez cały czas.
- Człowieku, miałem wczoraj niesamowite spotkanie z demonem.
- Widziałem demona na biurku pana Carno.
- Wczoraj wieczorem demon wszedł przez okno, usiadł na poręczy łóżka i patrzył na mnie.
- Na tym drzewie siedziały wczoraj dwa demony. Myślę, że na kogoś czekały.
Pokazywał mi je. Wręcz je przyciągał i był z nimi bardzo obznajomiony. Mnie by zaschło ze strachu w gardle,lecz on przytaczał najnowsze wieści z takim spokojem, jakby opowiadał o pogodzie. Byłem przy posiłku, w czasie którego David wyjawiał swoim kolegom kolejny przypadek, lecz oni tylko go wysłuchali, pochwalili Pana i zabrali się do jedzenia.
W końcu uznałem, że David ma wyjątkowy dar od Pana - rozpoznawanie demonów. Nie byłem pewien, co z tego dobrego wynika dla niego lub dla nas, ale wciąż musiałem się dużo uczyć.
Andy Smith nadal jeździł samochodem z pustym bakiem, z całkowitym przekonaniem i wiarą, że Pan pozwoli mu przejechać kilkakrotnie więcej mil. Parę razy musiałem przynosić mu kanister z benzyną, żeby mógł zjechać z szosy na stację benzynową. Domyślam się, że widział we mnie narzędzie w Bożym ręku, znak, że Bóg docenia jego wiarę. Cóż, to działało. Dostawał benzynę za darmo.
Karla jednego dnia nawróciła prawie dwudziestkę dzieciaków. Powiedziała im, że wszystko, co muszą zrobić, to wypowiedzieć imię "Jezus". Oznaczało to, że wzywają imienia Pana, czyli że będą zbawieni. Nic łatwiejszego.
Pani Kenyon miała przyjaciółkę, panią Bannister. Zaczęła przychodzić na nasze spotkania, a nawet im przewodzić. Pani Bannister wyglądała zwyczajnie, była gospodynią domową w tenisówkach, lecz była również prorokinią, taką jak te z ksiąg Dziejów Apostolskich. Potrafiła podać Bożą odpowiedź na prawie każde pytanie. Bernadette spytała, czy powinna dalej spotykać się z pewnym chłopakiem imieniem Barry, który nie był chrześcijaninem. Pani Bannister odparła, że jest to wolą Pana, gdyż Bernadette zdobędzie go dla Pana i razem rozszerzą Boże królestwo. Clay spytał, czy zda maturę. Pani Bannister powiedziała, że tak. Zdał. Pewnego wieczoru pani Bannister zajęła się kwestią palenia i opowiedziała nam, jakie miała widzenie. Dotyczyło ono nałogu pani Kenyon. Była to wizja ogrodu pełnego liści tytoniu, z wielkim papierosem rosnącym pośrodku. Skłoniło mnie to do zastanawiania, która z pań tak naprawdę dostąpiła tej wizji, lecz nie drążyłem tego tematu. Ktoś miał wizję i to mi wystarczało. Innego wieczoru pani Bannister położyła ręce na pani Kenyon i wyznaczyła ją na biskupa wyspy. Nie powiedziała, co to miało oznaczać ani co pani Kenyon miałaby robić. W porządku. Była biskupem wyspy i już.
Kenyonowie i Bannisterowie często odwiedzali duży kościół w Seattle, by podchwytywać nowe pomysły dotyczące modlitwy, wysławiania Pana i darów Ducha. Jednak ani jedni, ani drudzy nie uczęszczali regularnie do żadnego kościoła. Spotykali się z innymi dorosłymi w niedzielne ranki - albo u nich w domu, albo u Bannisterów. Spotkania te przebiegały podobnie jak środowe. Była to dla mnie nowość.
Ich sposób radzenia sobie z problemami również był dla mnie czymś nowym. Kiedyś w którąś środę rozgorzał doktrynalny konflikt - zadawniony spór pomiędzy "zbawiony raz i na zawsze" a "święty albo ścięty".Nowo przybyły z obozu "święty albo ścięty" zaczął argumentować, że lepiej będzie dla nas, jak staniemy się święci, bo inaczej Bóg się z nami policzy.Miałem za sobą surową formację Pięćdziesiątnicy, dlatego miało to dla mnie sens. Biorąc pod uwagę palenie, wulgarny język i romantyczną pobłażliwość szerzącą się w grupie, cieszyłem się, że poruszył ten temat.
Nie było dyskusji. Ani pani Kenyon, ani pani Bannister na to nie pozwoliły. W zamian obie panie zaczęły przemawiać niebiańskimi językami, zachęcać nas do tego samego i perorować, natchnione Duchem, dopóki problem się nie rozwiał - dopóki nowo przybyły nie zrezygnował, nie uspokoił się i nigdy już więcej nie wrócił. Nie sądzę, by mile go powitano, gdyby to zrobił.
Chwalmy więc Pana. Natchnieni Duchem. Modlitwa językami. Poprzez to Bóg wiedzie nas ku doskonałości.
Bóg miał swój plan, a my byliśmy w samym jego centrum. Co do reszty Kościołów na wyspie, lepiej niech wejdą na pokład albo zostaną w tyle.
Lecz poza ścianami domu państwa Kenyon, poza bezpiecznym kokonem naszej radości, czaił się pewien nieprzyjaciel. Wciąż pojawiało się przede mną Pytanie. Nie ośmielałem się go jednak wypowiedzieć, być może ze strachu, że pani Bannister nie znajdzie odpowiedzi. Wiem, że uciekałem od niego, oskarżając diabła o każdą, najmniejszą myśl na ten temat. Bóg także to przywiedzie do doskonałości, powtarzałem sobie. Bóg przemówi, da natchnienie i ktoś udzieli mi odpowiedzi. Do tego czasu nie mówmy o tym. Nie zdradzajmy sekretu.
Słyszałem jednak, jak Pytanie stuka do okna, skrobie w drzwi, nieustannie szepcze: "Jestem".
Mieszkało w codzienności, w której samochody mają wypadki, dzieci spadają z rowerów, a rodzice toczą między sobą wojny.
Unosiło się za dużym, plastikowym pojemnikiem stojącym na ladzie przy kasie sklepu spożywczego. Pojemnik miał na wieku szczelinę na monety, a wewnątrz banknoty o niskim nominale i drobne. Na górze widniał niewielki napis z prośbą o pomoc oraz fotografia dziewczynki o kulach.
Wyskakiwało na mnie szyderczo spomiędzy pogłosek o matce kolegi ze szkoły: miała raka mózgu i lekarze mówili, że nie przeżyje.
Jechało na wózku inwalidzkim Tima Forda, młodego człowieka ze stwardnieniem rozsianym, który uczęszczał do naszego kościoła. Jego rodzice wozili go do wędrownych uzdrowicieli i czyniących cuda ewangelizatorów, ale on wciąż nie chodził. Prosili o modlitwę o uzdrowienie tak często, że ich prośba powinna znaleźć stałe miejsce w drukowanym porządku nabożeństwa. Tim miał teraz szesnaście lat i był praktycznie bezradny. Rodzice nie potrafili spocząć, nie potrafili odpuścić, dopóki Bóg nie odpowie na ich prośby.
Pewnego niedzielnego ranka ludzie śpiewali hymny, pastor czytał ogłoszenia, a nabożeństwo wlokło się zwykłym trybem. Ja zaś siedziałem w ławce niepomny na wszystko, potajemnie zmagając się z Pytaniem.
Czy tak musi być? Jaka skaza, jaka wyrwa wciąż tkwiła w tym świecie stworzonym przez Boga? Co zaniedbaliśmy? W jaki sposób ten nieprzyjaciel, ból, cierpienie i choroby mogły wciąż krążyć po świecie, skoro Bóg był tak mocny, a Jego dzieło tak doskonałe?
Może to z naszej winy. Dzisiejsi chrześcijanie byli zepsuci materializmem, odpuszczali sobie. Brakowało nam wiary. Gdybyśmy naprawdę mieli wiarę, nie bylibyśmy tak bezradnymi ofiarami niedoskonałego świata. Bóg mógłby przez nas działać i dokonywać zmian. Moglibyśmy być zwycięscy.
"Pomóż mi, przymnóż mi wiary - modliłem się. - Panie, zaradź memu niedowiarstwu".
W moim umyśle błysnęła myśl.
"Och! Co to było? Ześlij mi to znowu".
Usta pastora się poruszały, lecz ja nie słyszałem słów. Miałem objawienie. Oczywiście, że Bóg chciał zmian. Był to Bóg, który wzburzał teraz mego ducha, pozwalając Pytaniu, by mnie zadręczało. Próbował przez nie dotrzeć do mnie, wstrząsnąć mną, i przymuszał mnie do szukania swej Twarzy, a w niej - rozwiązania. Chciał, żebym coś z tym zrobił.
Zaczęła we mnie falować nadzieja. Może to wszystko było Bożym planem. Może Bóg obdarował mnie sercem współczującym cierpieniu, bym mógł coś z tym zrobić.
Popatrzyłem na swoje dłonie. Będą kładli dłonie na chorych, a ci wyzdrowieją.
W tym momencie postanowiłem, że zacznę pościć. Będę się modlić, pościć i szukać Boga.
Dopiero co skończyłem osiemnastkę, a gdy jest się młodym, wszystko dzieje się szybko. Rozpocząłem post w niedzielę, a we wtorek usłyszałem posłanie od Boga i mogłem znowu jeść. Miałem dar uzdrawiania. Uwierzyłem w to i już.W Jego ranach jest wasze zdrowie. Będą kładli ręce na chorych, a ci wyzdrowieją. Płynąca z wiary modlitwa wybawi chorego, a Pan podniesie go z łoża. To był teraz mój świat. To było moje życie, moja wiara, moje powołanie. Przechodząc w sklepie obok plastikowego pojemnika ze zdjęciem dziewczynki o kulach, pomyślałem: "Nigdy więcej. Tak wcale być nie musi".Położyłem dłoń na pojemniku i w milczeniu pomodliłem się za to dziecko. Nie pozwalałem sobie na żadną inną myśl i przekonanie poza tym, że dziewczynka będzie uzdrowiona, zaraz, teraz.
Na parkingu przed sklepem zobaczyłem starszego mężczyznę, który gwałtownie kaszlał, próbując wspiąć się do ciężarówki. "Mógłbym położyć na nim ręce - pomyślałem. - Mógłbym go uzdrowić". Zamiast tego cicho pomodliłem się za niego, nie zbliżając się. Bóg usłyszy moją modlitwę.
Pomyślałem o szpitalach, które już więcej nie będą potrzebne, i o kulach, które będzie można spalić. Pomyślałem o cudownym odrodzeniu, które przepłynie przez wyspę, a potem przez resztę kraju, gdyż Bóg miał naprawić tę jedną rzecz, która wciąż psuła świat.
Jakże wspaniała była ta nadzieja, uniesienie, które przyprawiało o zawrót głowy. Niecierpliwie wyglądałem środowego wieczoru.
W środę u państwa Kenyonów śpiewaliśmy nasze pieśni, wychwalaliśmy Boga, utworzywszy hałaśliwy, radosny krąg. Potem przyszedł czas na dzielenie się świadectwami.
Clay opowiedział o przyjacielu, wobec którego dawał świadectwo, a który wciąż się opierał, lecz Bóg nad nim pracował. Podjazd do promu na nabrzeżu był oblodzony, ale Clay modlił się, by samochód sobie poradził - przyjaciel to obserwował - po czym udało mu się wjechać. Pełen sceptycyzmu przyjaciel również spróbował podjechać i jego samochód, buksując kołami, utknął żałośnie w połowie drogi. Śmialiśmy się, wiwatowaliśmy i wysławialiśmy Pana, że tak wyraźnie ukazał swą moc.
Amber dawała świadectwo wobec swej przyjaciółki Liz i dziś wieczór Liz przyszła, by przyjrzeć się spotkaniu. Pani Kenyon podkreśliła, że lepiej upajać się Jezusem niż narkotykami i że jeśli Liz ma jeszcze jakieś wątpliwości, to powinna tego spróbować.
- Zamiast LSD spróbuj trochę "Chwalcie Pana" - powiedziała, a wszyscy się roześmieli.
Podniosłem rękę, po czym opowiedziałem o tym, co się działo w ciągu paru poprzednich dni, jak ścigało mnie wielkie, nieprzyjemne Pytanie, dopóki nie stawiłem mu czoła w kościele w niedzielę. Opowiedziałem o objawieniu, które otrzymałem, o pochodzącej od Ducha wiedzy, że Bóg mówił do mnie, wstrząsając mną, obdarowując mnie sercem wrażliwym na chorych i cierpiących. W końcu, zakłopotany tym wszystkim,czując wstrząsające mną nerwowe dreszcze, dodałem:
- Myślę, że Bóg dał mi dar uzdrawiania.
- Chwalmy Pana! - powiedziała pani Kenyon. W pokoju rozległy się pochwalne okrzyki, westchnienia radości i oklaski. Widziałem po wyrazie twarzy, że wszystkich ciekawi też Pytanie.
- Chciałbym doznać uzdrowienia.Od dziecka cierpię na cukrzycę - odezwał się Andy.
Siedziałem, nie bardzo pewny, co mam zrobić. Clay zawołał:
- Wystąp do przodu! - iwysunął swoje krzesło na środek pokoju. Wszyscy wznosili radosne okrzyki.
Andy, pełen oczekiwania, choć może z pewną nieśmiałością wstał, podszedł do krzesła i usiadł na nim. Ustawiłem się przed nim, a pozostali zgromadzili się wokół nas.
To było to.Wiedziałem, że mam wiarę.
Podkradła się do mnie wątpliwość.
Nie, odejdź. Żadnych wątpliwości, koniec. Tylko wiara. Bóg do mnie przemówił. Wszystko razem rozstrzygnęliśmy. Powołał mnie, bym modlił się za chorych. W Jego ranach jest wasze zdrowie. Pełna mocy, żarliwa modlitwa sprawiedliwego może zdziałać cuda.
Zaczęły się modlitwy, wysławianie i mówienie językami, a ja przyłączyłem się do nich, usiłując wygnać wątpliwości i wzmóc wiarę.
- A teraz - powiedziałem głośno, a modlitwy i pochwalne okrzyki urwały się, przechodząc w cichy, pełen oczekiwania szmer. Ująłem głowę Andy'ego w dłonie i modliłem się z mocą: - W imię Jezusa występujemy przeciwcukrzycy. Andy, w imię Jezusa, bądź uzdrowiony!
Po czym zacząłem się trząść. Nie wiedziałem, czy powodem jestem ja sam, czyli moje zdenerwowanie, czy Pan, ale moje ramiona drżały i dygotały. Wciąż trzymałem głowę Andy'ego. Dzieciaki wokół mnie ogarnęło podniecenie. Andy siedział, modląc się z zamkniętymi oczami, złożywszy zaciśnięte mocno dłonie na kolanach. Pochwalne okrzyki przybrały na sile. Dłonie wzniosły się w górę. Języki poczęły wibrować. Clay głośno przyłączył się do mojej modlitwy, nie prosząc, ale żądając uzdrowienia w imię Jezusa. I tak to trwało, przeciągało się w czasie, a ja wciąż dygotałem. Wreszcie, kiedy wszyscy poczuliśmy, że już wystarczy, nasze modlitwy ścichły, hałas opadł, uspokoiliśmy się. Cofnąłem ręce i otwarłem oczy.
Andy siedział bez ruchu, oszołomiony, wpatrując się przed siebie. Wszyscy trwali w milczeniu.
- W porządku, Andy? - spytała Bernadette.
Nie odpowiedział. Powoli, chwiejnie, wstał z krzesła i wrócił na swoje miejsce.
Wszyscy mieli dojmujące wrażenie, że coś się stało. Bernadette objęła Andy'ego, David klepnął go w ramię i powiedział:
- Stary, jesteś uzdrowiony. Wszystko będzie dobrze!
- Podziękujmy Panu! - rzekła pani Kenyon i znów zaczęliśmy Go wychwalać.
- Chciałabym prosićo modlitwę za moje oczy. Jestem krótkowidzem i nienawidzę noszenia tych głupich okularów - powiedziała Karla.
- Podejdź tu - Amber wskazała jej krzesło na środku pokoju, "gorące miejsce".
Położyłem ręce na głowie Karli i wszystko zaczęło się od nowa: dygotanie, wychwalanie Pana, modlitwa, żądanie uzdrowienia i nakazywanie krótkowidztwu, by odeszło. Kiedy skończyliśmy, Karla zajęła znów swoje miejsce i zdjęła okulary. Nikt jej nie zapytał, jak się sprawy mają. Rozpoczęła się pieśń, śpiewaliśmy wszyscy. Usiadłem, dziwnie ucieszony, że mam to już za sobą.
Usłyszałem jednak, jak Karla mówi Amber, że nic się nie zmieniło.
- Daj sobie trochę czasu - powiedziała Amber. - Bóg tego dokona.