PROLOG
ATENY, ROK DWA TYSIĄCE DWUDZIESTY
Kiedy we wrześniu dwa tysiące dwudziestego roku stanęłam po raz pierwszy na placu Wiktorii, byłam rozczarowana. Plac był pusty, jeśli nie liczyć gołębi okupujących wszystkie drzewa.
Poruszona medialnymi obrazami uchodźców koczujących w Atenach, chciałam okazać się dobrym człowiekiem - zamiast prosto z samolotu udać się na jacht, miałam zamiar rzucić najpierw parę groszy potrzebującym. Tymczasem nie było ani potrzebujących, ani namiotów, ani kobiet żebrzących o parę euro na zniszczonych kartonach. Nic. Plac był pusty, spokojny, nawet czysty - jeśli czystość mierzyć w kategoriach raczej greckich niż zachodnioeuropejskich.
Z Ewą umówiłam się w kawiarni na placu. W Atenach pracuje ona od kilku lat, zajmuje się uchodźcami. Gdzie oni są? Zaraz przyjdą. Nadejdzie popołudnie, rozłożą swoje kartony w cieniu pod drzewami, zajmą ławeczki, dzieci zaczną biegać za piłką. Poczekajcie. Teraz, kiedy największy kryzys minął, nie ma już namiotów. Wszyscy znaleźli dla siebie jakiś kąt. Ale wolą być tutaj, na placu. Potrzebują się spotykać, nie umieją siedzieć w czterech ścianach. Przyjdą.
Przyszli. Z minuty na minutę na placu robiło się coraz bardziej gwarno. Chcecie iść do dzieciaków? Oczywiście! Wyciągamy z kieszeni jakieś kolorowe gumki do włosów, jakieś balony. W walizkach przygotowanych na zupełnie inną okazję niewiele można przewieźć. Najszybciej znikają balony. Większość radzi sobie z nimi sama. Ktoś już swojego nadmuchał i podrzuca do góry. Komuś pękł z wielkim hukiem. Jakiś tata z małym dzieckiem podchodzi i prosi, żebym go nadmuchała - jemu nie wystarcza rąk. I wtedy staje przede mną dziewczynka i wyciąga rękę z różowym balonikiem. Nie rozumiem, co mówi, ale wiem, o co chodzi - ona też chce, żebym go nadmuchała. Jest za mała, sama sobie nie poradzi. Chwytam balonik i widzę, że dziecko jednak próbowało już swoich sił - jest cały mokry od śliny.
Środek pandemii. W całej Europie obowiązuje nakaz noszenia maseczek. W Atenach nie można bez nich wsiąść do autobusu ani wejść do żadnego muzeum. W plecaku noszę płyn do dezynfekcji rąk i używam go kilkanaście razy dziennie. O szczepionkach wszyscy marzymy, ale do ogłoszenia, że wreszcie je opracowano, brakuje jeszcze paru miesięcy. A tu obce dziecko wyciąga rękę i prosi, żebym wzięła do ust balon, który ono przed chwilą próbowało nadmuchać. Mam je pogłaskać po głowie i powiedzieć, że nie? Że jest covid, że czyha na mnie milion innych wirusów i bakterii? Przecież dziewczynka i tak zrozumie tylko moje "nie". Biorę głęboki oddech, w myślach powtarzając starodawne w imię Boże, i dyskretnie wycieram kawałek gumy brudną ręką, jakby to miało cokolwiek pomóc. Potem nadmuchuję afgańskiemu dziecku różowy balon i widzę na jego twarzy szeroki uśmiech. I wiem, że coś we mnie pękło, jakaś granica. Już się tych ludzi nie boję.
***
O ruchach migracyjnych na świecie można pisać wielkie rozprawy. Nie to jest moim celem. Jestem tylko świadkiem kilku wydarzeń. Spotkałam kilka osób. Zajrzałam w kilka życiorysów, usłyszałam o kilku podróżach. Kilka razy śmiałam się z ludźmi i z nimi też płakałam. Tylko o tym mogę opowiedzieć - o tym, dlaczego się ich nie boję, i o tym, dlaczego jest mi wstyd.
***
POLSKA, SIERPIEŃ/WRZESIEŃ,
ROK DWA TYSIĄCE DWUDZIESTY PIERWSZY
Pan Antoni (imię zmienione) ma na Podlasiu dom letniskowy. Na Facebooku zamieścił post, że odda dom do dyspozycji uchodźcom koczującym pod Usnarzem Górnym. Pan Antoni jest ateistą, ale wrzuca też na swój profil ikonę Borisa Fiodorowa, tę z Matką Bożą na przejściu granicznym. We wsi go ostrzegają, żeby za bardzo się nie wychylał.
Trzydziestego sierpnia Stowarzyszenie Interwencji Prawnej podaje informację o pierwszych push backach, o odsyłaniu na linię graniczną tych, którzy przekroczyli ją nielegalnie. Straż graniczna o pierwszej w nocy wywiozła na bagna, na teren ścisłego rezerwatu, Hamidullaha, Ahmada i Naqibullaha - Afgańczyków, którzy głośno i wyraźnie prosili o azyl.
Siódmego września z tego samego źródła:
Trzymajcie kciuki! Ta zima musi kiedyś się skończyć!
Nikt się wówczas nie spodziewa, że zima dopiero się zacznie. I to nie tylko ta w kalendarzu.
Siódmego września znaleziono dziesięć osób, w tym kobiety i nastolatki. Ktoś poddawany w kraju torturom. Ktoś, kto widział mordowanych rodziców. Ktoś, kto cudem uniknął otrucia, jego ojciec i dwie siostry nie mieli tyle szczęścia. Nie wiadomo, co będzie z nimi dalej.
Ósmy września. Kongijczycy wywiezieni do lasu skarżą się na zimno.
Dziesiąty września. Grupa dwudziestu sześciu osób dostała jedną butelkę wody. Nie mają jedzenia. Mężczyzna z cukrzycą wpada w śpiączkę. Wśród nich są dzieci. Znajdują się po polskiej stronie granicy, w Terespolu, ale pogotowie ratunkowe odmawia pomocy.
Trzynasty września. Fotograf Mikołaj Kiembłowski napisał:
Spotkaliśmy ich wczoraj na głównej drodze do Białowieży, około kilometra od Hajnówki. Na miejscu były już straż graniczna, wojskowa ciężarówka i policja. Zablokowano ruch. Blokadę jednak udało się obejść lasem.
Na miejsce interwencji dotarłem z jednym aktywistą. Uchodźcy byli przerażeni - Halima, Abdullahiego, Dalmara i Senim zastaliśmy klęczących z rękami za głową, Jamal leżał twarzą do ziemi, schowaną w dłoniach, Swayze miała na nodze przeciekający bandaż. Kontakt udało się nawiązać po angielsku. Nie mogliśmy jednak dowiedzieć się zbyt dużo, ponieważ skutecznie utrudniali to funkcjonariusze - w najbliższym samochodzie prawie cały czas pracował silnik, wojskową ciężarówkę przestawiano z miejsca na miejsce. Podobnie skończyła się próba przekazania pełnomocnictw - zostały one natychmiast wyszarpane z rąk uchodźców. Chcieli ubiegać się o ochronę międzynarodową i azyl w Polsce. Krótko po naszym dotarciu na miejsce interwencji na sygnale dojechało kilka radiowozów i furgonów operacyjnych. Osoby zostały odcięte kordonem wojskowych i policjantów, cały czas pod lufami karabinów. (...) Jamal szedł boso, miał tylko skarpetki, ale nie było możliwości cofnięcia się do auta. Okazało się jednak, że jedno z nas ma taki sam rozmiar stopy - po długiej rozmowie policjanci zgodzili się na przekazanie naszych butów.
Piętnastego września również na Facebooku ktoś pyta:
Jestem przedsiębiorcą, mógłbym zatrudniać uchodźców. Czy jest to możliwe i do kogo zgłosić się w tej sprawie?
Na to pytanie odpowiedzi nie ma. Uchodźców można zatrudniać, ale nie tych, którzy właśnie przedzierają się przez granicę. Żeby mogli otrzymać pracę, muszą najpierw otrzymać status uchodźcy. Na razie nie mogą nawet - wbrew międzynarodowym przepisom - złożyć wniosku o taki status. Dla osób zainteresowanych ich zatrudnieniem po prostu nie istnieją.
Osiemnastego września Stowarzyszenie Homo Faber informuje:
Nasze wolontariuszki i wolontariusze spotykają się z mieszkańcami i mieszkankami przygranicznych wsi. Rozmawiamy o uchodźcach i uchodźczyniach pojawiających się we wsiach - kim są i dlaczego uciekają, jak powinny wyglądać procedury uchodźcze. Przekazujemy także informacje, jak legalnie można pomagać. (...) My również uczymy się od mieszkańców. Słuchamy opowieści o trudnej historii Podlasia, o granicy, która podzieliła całe wsie i rodziny, o wywózkach Żydów, o partyzantach ukrywających się w lasach. Często spotykamy się z niedowierzaniem, gdy opowiadamy, co dzieje się z ludźmi wyłapywanymi w lasach przez straż graniczną. Niełatwo nam o tym mówić. Niepokoi nas to, że nie możemy dotrzeć z naszym przekazem do mieszkańców strefy objętej stanem wyjątkowym. Tam z mieszkańcami rozmawia WOT1, który pod pozorem zaprowadzania porządku straszy ludzi uchodźcami.
Od kilku dni powraca pytanie, jak długo to potrwa. Czy musi ktoś umrzeć, żebyśmy otrzeźwieli? Dziewiętnastego września białoruscy pogranicznicy informują o ciele kobiety, przeciągniętym według nich ze strony polskiej na Białoruś. Dzień wcześniej polska straż graniczna poinformowała o odkryciu trzech ciał.
Ofiar będzie przybywało. I nic to nie zmieni.
Media przestaną nawet liczyć zmarłych.
Czy to gra Łukaszenki? Nawet ci, którzy na początku mieli wątpliwości, powoli je rozwiewają. Tak, to bez wątpienia jest gra. Ludzie na polsko-białoruskiej granicy nie znaleźli się przypadkiem, nie przyszli pieszo z Afganistanu, z Iraku, z Erytrei. To gra, to polityka, to próba realizacji planu zrodzonego w głowie szaleńca. Tyle tylko, że w tej grze nie ma pionków, ale są żywi ludzie. Ludzie, którzy nie zgadzali się na żadną grę i nie wiedzieli, że stają się jej częścią. Ludzie, którzy mają za sobą trudną historię, którzy podjąć musieli dramatyczną decyzję, którzy zaryzykowali wszystko, co mieli: kiepskie życie, ale jednak znajome. Zaryzykowali i przegrali. Oni tylko mieli nadzieję, tymczasem wpadli w pułapkę szaleńca, który doskonale rozpoznał polskie strachy. Stali się zakładnikami białoruskiej gry i polskiego lęku.
Czy to gra Łukaszenki? Bez wątpienia. Otwarte pozostaje pytanie, co w tej grze było stawką. Na co liczył białoruski dyktator, kiedy ściągał na granicę zdesperowanych ludzi z końca świata? Czy na to, że polski rząd - od dwóch kadencji budujący swoje słupki poparcia na niechęci do uchodźców, od lat utrudniający składanie wniosków o azyl i opóźniający ich rozpoznawanie - nagle pod presją otworzy granice i wpuści uchodźców do kraju? Czy na to, że polskie władze nagle zadziałają i niespodziewanie wbrew swojej wieloletniej polityce zdestabilizują kraj tysiącami uchodźców? Czy raczej, jak na polityka przystało, przewidział doskonale, jak polski rząd się zachowa? Że będzie wojsko, drut kolczasty, wywózki i śmierci z wychłodzenia na bagnach - i na tym właśnie mu zależało, żebyśmy okazali się nieludzcy? Tacy sami jak on - albo i gorsi?
Nie wiadomo, co się tli w głowie szaleńca. Ale niebezpiecznie jest realizować jego plan.
Dwudziestego pierwszego września Wissam Kaswat napisał:
Ucieknę stąd. Ucieknę przed śmiercią. Przyjdę do ciebie, nawet jeśli umrę w drodze. Bo umieranie w drodze do ciebie jest lepsze niż życie w moim kraju.
Pod koniec września dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku wracam do Aten. Tym razem to już nie jest przypadek, ale plan. Chcę spotkać ludzi, dla których umieranie w drodze jest lepsze... Chcę ich zrozumieć.
1 WOT - Wojska Obrony Terytorialnej, potocznie nazywane terytorialsami. Utworzone w 2016 roku z inicjatywy ówczesnego ministra obrony Antoniego Macierewicza. Na stronie internetowej formacji możemy przeczytać: Terytorialność dla nas oznacza gotowość do obrony i wspierania naszych rodzin, bliskich i sąsiadów - stąd wprost wywodzi się nasza misja: obrona i wspieranie lokalnych społeczności. Jesteśmy przekonani, że w ten sposób wnosimy wkład w kształtowanie bezpiecznej przyszłości naszego kraju.