2
Grube słupy dymu mąciły krajobraz, przysłaniając bezchmurne, piękne niebo. Korzystając z braku wiatru, ich czarny kształt wzbijał się pionowo w górę. Gorące, mokre powietrze przytłaczało, drażniło skórę. Nagrzewające je słońce niemiłosiernie prażyło. Pod jego ostrą pieszczotą pociłem się niczym w łaźni.
Odkąd opuściliśmy Gdecz, pilnowałem, by każdy członek naszego małego zastępu nieustannie był odziany w zbroję. Sama kolczuga nie zawadzała zanadto, nawet podczas takich upałów. Jednakże aby spełnić swą rolę, gęsty splot małych, stalowych kółeczek musiał zostać narzucony na przeszywanicę. Grube ubranie złożone z dwóch lnianych tunik, zszytych ze sobą nićmi, oraz wypełniającego przestrzeń pomiędzy nimi owczego runa stanowiło doskonałą warstwę powstrzymującą ubytki ciepła. W dni takie jak ten, zmieniało się jednak w prawdziwe narzędzie tortur.
- Wygląda na to, że już niedaleko. - Usłyszałem głos maszerującego z przodu Piasta.
- Niedaleko do Szczytowic - odpowiedziałem. - Nie wiemy, czy chąśnicy wciąż pozostają w osadzie.
- Brzmisz, jakbyś chciał uniknąć spotkania z nimi - rzucił młodzieniec, patrząc mi prosto w oczy.
Wytrzymałem jego spojrzenie. Niewielu było mężów, którzy nie musieli zadzierać wysoko głowy, kiedy do mnie mówili. Mój przyjaciel był jednym z nich. Bogowie nie poskąpili mu wzrostu, a o ich łasce świadczyła również uroda Piasta. Był jednym z tych młodzieńców, którzy błyskawicznie zwracali na siebie uwagę każdej niemal niewiasty. Co więcej, jego równo przystrzyżona, męska broda oraz gładkie rysy twarzy wzbudzały też sympatię napotkanych mężczyzn. Tym bardziej że od pewnego czasu nosił się niczym najmajętniejszy książę.
Tak jak ja przywdział bowiem przeszywanicę oraz hauberk, czyli długą kolczugę sięgającą od szyi po kolana. Jednak na tę doskonałą i rzadką zbroję Piast zakładał dodatkowo pancerz lamelkowy. Małe, płaskie kawałki stali zostały powiązane ze sobą w ten sposób, by zapewniać dodatkową osłonę korpusowi, barkom oraz udom. Młodzieniec wyglądał dzięki niemu niczym śmiertelne wcielenie Peruna, boga wojowników.
- Ludzie Północy są znani z siły swego oręża - odparłem. - Lepiej by było, gdyby się wynieśli.
- To samo mogę powiedzieć o Goplanach - parsknął Piast.
Wzruszyłem ramionami i ruszyłem dalej. Jeżeli chcieliśmy dotrzeć do pozostałości Szczytowic przed zmrokiem, nie mogliśmy mitrężyć. Krzyknąłem więc, by przyśpieszyć kroku. Z blisko ośmiu dziesiątek gardeł wydobył się odgłos niechętnej zgody.
Byliśmy przedziwną zbieraniną. Najwięcej członków drużyny pochodziło z Gdecza. Mieszkańcy tej osady przetrwali w ostatnich dwóch latach wiele przeciwności losu. Jej wojowie nabrali doświadczenia i ponurej pewności siebie.
Wspomagali ich wiedzeni przez Morzysława Wolinianie. Najechali oni nasze ziemie przed Szczodrymi Godami. Zostali rozbici i zniewoleni. Nie zabrało im jednak wiele czasu, by zyskać zaufanie Gdeczan. Już przed nocą Kupały zostali wyzwoleni, sprowadzili do osady rodziny i zdążyli kilkukrotnie udowodnić swoją lojalność.
Te dwie grupki uzupełniała mieszanka więźniów wyswobodzonych z łap bogatych Goplan. Należeli do wielu plemion i pochodzili nawet z tak daleka, jak z kraju Kujawian czy Mazowszan. Łączyła ich nienawiść do niedawnych oprawców oraz okrucieństwo.
Z wyjątkiem dwóch mężów, wszyscy odziani byliśmy w drogocenne kolczugi zarzucone na przeszywanice, mieliśmy także stalowe hełmy. Do niedawna błysk metalowych pancerzy stanowił osobliwy widok pośród lasów oraz wzgórz krainy Polan. Jednak drużyna Biezuna, która rozpoczęła najazd zaprzyjaźnionych Goplan, na zawsze zmieniła nasze postrzeganie wojny. Z wielkim trudem udało się nam wciągnąć chąśników w pułapkę i pozbawić ich życia. Dzięki temu byliśmy zdolni wystawić ciężkozbrojny zastęp, o którym nie śnili nasi dzielni przodkowie.
Linia brzegowa zakola Warty zaczęła wznosić się coraz wyżej, jej fragmenty ginęły pochłonięte przez chciwy las. Druga strona rzeki wyglądała na łagodniejszą, z czego skwapliwie korzystało stado jeleni. Niektóre zwierzęta unosiły płochliwie głowy, jak gdyby spodziewając się ataku z naszej strony. Zupełnie niepotrzebnie. Dzisiejszego dnia polowaliśmy na grubszego zwierza.
Leśna gęstwina gwałtownie przerzedziła się, by niespodziewanie szybko zmienić w łąkę. Ciężki, żywiczny zapach ustąpił miejsca delikatniejszej woni polnych kwiatów. Pośrodku otwartej przestrzeni wyrosło ogrodzenie z wbitych w ziemię drewnianych bali. Otaczało ono średniej wielkości osiedle. Liczne słomiane dachy wystawały ponad krawędź palisady. Po zachodniej stronie, bliższej rzece, swobodnie płonęły strzechy. Jednakże nie słyszeliśmy zwyczajnego dla takich chwil rwetesu. Nieliczni wartownicy stali na zwieńczeniu palisady i biernie przyglądali się pożodze.
- Widzi mi się, że te kutasy mówiły prawdę - mruknął Piast, gdy stanęliśmy na skraju lasu.
Mówiąc to, patrzył ku dwóm skrępowanym mężczyznom, prowadzonym pomiędzy naszymi ludźmi. Obaj byli wysokimi, barczystymi chłopami o długich jasnych włosach i takiejż brodzie. Jeden z nich miał jakiś dziwny malunek na twarzy. Ciemnoniebieskie kropki, których nie dało się zmyć, znaczyły jego lico niczym ślady po ospie.
- Z pewnością nie łgali o tym, że ich pobratymcy wybrali się ku Szczytowicom - przyznałem. - Ale pozostaje nam zobaczyć, czy poprawnie ocenili ich siłę.
- Raczej tak - wtrącił się Morzysław.
Młodzieniec był sporo ode mnie niższy i znacznie drobniejszy. Miał wąską, wzbudzającą ufność twarz oraz niezwykle jasne włosy, które zwijały się w drobne loczki.
- Skąd ta pewność? - spytałem.
- Bo ich łodzie oraz reszta załogi wciąż oblegają Wolkowice. - Wolinianin wzruszył ramionami. - Chcąc uniknąć wycieczki obrońców, nie mogli zostawić tam mniej niż setki zbrojnych.
- Może mają więcej statków? - dociekałem.
- Wątpliwe. - Morzysław znów wzruszył ramionami. - Cztery łodzie to naprawdę słuszna liczba dla porządnego wodza.
- Dwustu ludzi to sporo. - przyznał Piast. - Ale jeśli szykowali się na wojnę, mogli zabrać więcej.
- Mogli - przyznał drobny Wolinianin. - Ale trzeba ich wykarmić i napoić. A więcej ludzi oznacza, że każdy otrzyma mniejszą część łupu. Może gdyby chcieli złupić Wolin... Ale tu?
- Zaraz się przekonamy - odpowiedziałem. - Przywiążcie tych dwóch do drzewa i utwórzcie mur tarcz!
Po krótkiej chwili moje polecenie zostało wykonane. Osiem dziesiątek włóczników stanęło w trzech szeregach, unosząc przed siebie okrągłe szczyty, obciągnięte niewyprawioną skórą. Wartownikom na palisadach musieliśmy się prezentować nad wyraz okazale, niczym nieprzenikniona ściana drewna oraz stali. Lico wszystkich tarcz wymalowaliśmy czerwienią, na tle której widniał biały orzeł. Jednolite barwy zdawały się z jakiegoś powodu wzbudzać popłoch w sercach przeciwników.
Ruszyliśmy naprzód. Słysząc miarowe, równe kroki wzbierały we mnie równocześnie duma i smutek. Serce rosło na myśl, że dni wypełnione żmudnymi ćwiczeniami porodziły owoce i poruszaliśmy się niemal jak palce jednej dłoni. Ale jednocześnie przygnębiała świadomość, iż człowiek, który tak doskonale nas wyuczył, już nigdy nie wywrzeszczy swoich złośliwości.
Strażnicy zauważyli nas, jednak ograniczyli się do gwałtownego machania rękami i zbiegnięcia do wnętrza osady. Najwyraźniej nie zamierzali bronić palisady. Zważywszy, że wcześniej wyważyli bramę, była to nad wyraz rozsądna decyzja.
- Przekażcie oszczepy tylnemu rzędowi - rzuciłem.
Zastęp stanął. Wzniesione ostrza włóczni przechyliły się jednocześnie, jak młode drzewa odkształcone pod naporem silnego wiatru. Zbrojni oparli ich drzewce o zgięty łokieć lewego ramienia, po czym wolną ręką chwycili oszczepy i przekazali je tylnemu szeregowi. Byliśmy gotowi.
Podjęliśmy marsz ku wyważonej bramie. Nikt nie bronił wyłomu ani jego najbliższej okolicy. Weszliśmy więc czwórkami do osady, mijając zmaltretowane ciała rzucone na stos pod wałami. Walka o palisadę musiała być krwawa. Okoliczny piach przybrał kolor ciemnej czerwieni. Zanim skończyliśmy ustawiać nowy mur tarcz, miałem czas przyjrzeć się wnętrzu Szczytowic. A raczej temu, co z nich zostało.
Chałupy wybudowane po zachodniej stronie osady stały w płomieniach. Ogień trawił ich słomiane dachy, drewniane ściany, a także przylegające do nich obory. Mieszkańcy zostali spędzeni na majdan, związani i spoczywali obecnie przy wspólnej zagrodzie z rogacizną. Pilnowało ich kilku odzianych w przeszywanice włóczników.
Reszta chąśników formowała pośpiesznie własny mur tarcz pośród nietkniętego pożarem kawałka osady. Część Ludzi Północy wdziała kolczugi, niektórzy właśnie się tym zajmowali, lecz wielu nieprzyjaciół było wyekwipowanych znacznie skromniej. Wszyscy jednak dzierżyli duże, okrągłe tarcze, włócznie oraz topory lub miecze. Na oko nasze zastępy liczyły podobną ilość mężów.
Po całej osadzie leżały kupki wygarniętego z chałup dobra. Napastnicy zbierali stosy ubrań, ceramiki, narzędzi, ozdób czy nawet zwykłych garów lub chochli. Największe łupy piętrzyły się przed znanym na całą wspólnotę warsztatem przygotowującym tarcze. Oprócz drogocennych narzędzi chąśnicy zrabowali z niego przydatne materiały, a więc zbite oraz sklejone lipowe deski, wycięte połacie niewyprawionej skóry, drewniane imacze i skórzane pętlice.
Wszystkim tym dobrom towarzyszyły zapasy żywności, wyrzucone na dzielące domostwa uliczki. Najeźdźcy zamierzali zabrać ze sobą worki ziarna, beczki miodu oraz piwa, kiszonki, wędzone i suszone mięso, a także, przede wszystkim, sakwy soli.
- Chyba chcą rozmawiać. - Piast wytrącił mnie z zamyślenia.
- Zapewne zamierzają po prostu nieco nas opóźnić - odpowiedziałem, spoglądając na dwóch postawnych, bogato wyposażonych mężczyzn, którzy oddzielili się od swych ludzi i ruszyli ku nam.
- Co nam szkodzi pogawędzić?
- Są teraz osłabieni i kiepsko przygotowani - odparłem. - Powinniśmy atakować.
- Człowiek Północy nie zając - roześmiał się Piast. - Nie ucieknie.
Wzruszyłem ramionami. Prawdę mówiąc, sam byłem ciekawy, co przerażający łupieżcy mają nam do powiedzenia.
- Jest ich dwóch - rzekłem. - Wezmę więc ze sobą Morzysława, by tłumaczył.
- Ja też pójdę. - Piast potrząsnął głową.
- Jeżeli będzie nas więcej niż ich, pomyślą, że się boimy. - Spojrzałem ostro na przyjaciela.
- Trudno. - Mój przyjaciel splunął. - Chcę z nimi porozmawiać.
Głośno westchnąłem i wystąpiłem z szeregu. Podążyli za mną Morzysław oraz Piast. Gdy spotkaliśmy się z dwoma przeciwnikami pośrodku odległości między naszymi zastępami, ich drużyna zdążyła w końcu uformować zwarty mur tarcz.
Rzadko musiałem zadzierać głowę by spojrzeć komuś w twarz, ale obydwaj przybyli byli obdarzeni niespotykaną rosłością. Wrażenie górowania nad otoczeniem wzmacniały szerokie barki oraz potężne ramiona. Spod stalowych hełmów ze zwisającymi, bocznymi klapkami wydobywały się na wolność bujne, długie włosy oraz brody.
Obaj wyglądali niczym bogowie wojny. Długie kolczugi chroniły ich ciała aż po kolana. Z kunsztownie wyrzeźbionych pochew wystawały rękojeści znakomitych frankijskich mieczy. Przy każdym kroku pobrzękiwali metalowymi bransoletami zajmującymi długość niemal całych ramion. Wyższy mąż miał ich więcej, a oprócz żelaznych oraz srebrnych pierścieni pobłyskiwały także żółte. Musiało być to drogocenne złoto, o którym opowiadał Björn.
Ten niższy powitał nas w swym języku czymś, co brzmiało jak pytanie. Morzysław odpowiedział i wymienili ze sobą kilka zdań. Złapałem towarzysza za ramię i zażądałem:
- Co oni mówią?
- Pytali, czy jesteśmy Mogilanami - wyjaśnił młodzieniec.
- Powiedz im, że tak nazywają nas tylko Goplanie.
- Wyjaśniłem już to. - Morzysław skinął głową. - A także, że sami siebie zwiecie Polanami.
- A oni? - wtrącił się Piast. - Skąd są?
Morzysław przetłumaczył pytanie. W odpowiedzi usłyszeliśmy jedynie coś, co brzmiało jak "jortar". Wolinianin zadał kilka kolejnych pytań, po czym zwrócił się do nas:
- To Goci. Plemię Ludzi Północy graniczące oraz prowadzące częste wojny ze Szwedami.
- Jesteście tu na polecenie Popiela? - zapytałem.
Gdy Morzysław przetłumaczył, niższy mężczyzna odpowiedział coś, a wyższy głośno zarechotał.
- Jarl Arnulf twierdzi, że nie służy nikomu oprócz siebie samego i przybył zaledwie poznać naszą krainę - przełożył młodzieniec.
- Powiedz im, że źle trafili - warknąłem. - Nie wyjdą ze Szczytowic żywi.
Morzysław rzucił kilka słów w języku Ludzi Północy. Obaj rozmówcy zanieśli się gwałtownym, głośnym śmiechem. Ich ruchy były jednak nieco zbyt przesadne, rechot zbyt długi. Nie oszukali mnie. Brakowało im pewności siebie.
- Twierdzą, że przywiedli tu wielu zaprawionych w boju wojowników - przetłumaczył odpowiedź Morzysław. - I że każdy z nich jest wart dziesięciu naszych.
- Kilku twardych ludzi na pewno mają. - rzuciłem, patrząc niższemu z nich prosto w oczy. - Jednak wielu to jeszcze gołowąsy. Zapewne chłopcy na pierwszej wyprawie.
Gdy Morzysław przekazał moje słowa, dwaj mężczyźni spoważnieli. Chwilę milczeli, aż wyższy z nich podjął się odpowiedzi.
- Mówią, że nie boją się śmierci - przełożył młodzieniec. - Gdy bowiem wojownik umiera z bronią w ręku, trafia do Valhalli.
- Niech zatem modlą się do swoich bóstw, by była to prawda - syknąłem. - Bo jeśli nie, Wołos dziś przybędzie po ich jaźnie.
Morzysław przetłumaczył moje słowa. Wysoki nieprzyjaciel splunął mi pogardliwie pod nogi. Obaj zaczęli się wycofywać, gdy zupełnie niespodziewanie Piast rzucił:
- Spytaj, czy są zadowoleni z łupów.
Dwaj zwaliści chąśnicy zatrzymali się, wysłuchali Morzysława, po czym odpowiedzieli dość krótko, wskazując głową na nasz zastęp.
- Mówią, że teraz już tak.
- Myślą, że przejmą nasze zbroje - parsknąłem. - Niedoczekanie.
- Spytaj, czy nie korzystniej byłoby grabić zasobniejsze osady - rzekł Piast.
- Cóż znów wymyśliłeś? - Zmrużyłem oczy.
- Wyrównuję szanse.
- Mówią, że z przyjemnością ruszą następnie ku takiej, gdzie jest więcej srebra, i jeżeli im ją wskażesz, rozważą puszczenie cię wolno - przetłumaczył po chwili Morzysław.
- Drażni mnie ich buta. - Splunąłem. - Po prostu ich zabijmy.
- Wstrzymaj chwilę swój miecz. - Piast położył mi dłoń na barku. - Spytaj ich, czy mogą przez moment rozmawiać poważnie? Bo Ścibora już ręka swędzi.
Morzysław przełożył słowa mojego przyjaciela na mowę Ludzi Północy. Dwaj najeźdźcy spojrzeli ku sobie. Przez chwilę milczeli, po czym niższy z nich zaczął coś mówić.
- Wiedzą, że czeka ich ciężka walka - wyjaśnił Morzysław. - Ale nie zamierzają się poddawać, jeżeli o to wam chodzi. Straciliby twarz przed swoimi załogami.
- Rozumiem i nie zamierzam składać takich propozycji - rzekł miękko Piast. - Ale czy nie tracą twarzy przed swymi ludźmi, kiedy nadstawiają karku za tak mierne łupy?
- Ceramika jest doskonałej jakości - przetłumaczył odpowiedź niższego z mężczyzn Morzysław. - Zawsze jej brakuje na Północy. Ubrania też nie najgorsze. Do tego niewolnicy. Jakoś się ich udobrucha.
- Zapytaj, jak wiele z nich uniosą, gdy wrazimy im włócznie między żebra. - zagrzmiałem.
- Nie rób tego - nakazał Piast. - Zapytaj raczej, czy nie woleliby łupić osad, gdzie znajdą wszystko to, a oprócz tego srebro. Mnóstwo srebra.
- Jeżeli nie powiesz mi natychmiast, jakie masz zamiary, ruszamy do ataku. - warknąłem.
- Spokojnie, Ściborze. - Piast wytrzymał moje spojrzenie. - Skoro Popiel uznał, że użyje Ludzi Północy, by nas zniszczyć, możemy odpowiedzieć mu pięknym za nadobne.
- Jak? - wydusiłem.
- Jest ciekaw twojej propozycji - przetłumaczył Morzysław.
- Powiedz mu, że my, Polanie, jesteśmy biednym ludem i z wyjątkiem jednej osady nie znajdą u nas zacnych łupów. - Piast odwrócił się ku niższemu z wojowników. - Ale Goplanie są tłuści oraz bogaci, a większość ich zbrojnych uczestniczy właśnie w wyprawie przeciwko nam.
Zamilkłem. Zamysł sam w sobie był niezły. Choć według słów mojej dawnej kochanki, która mieszkała teraz wśród Goplan, Popiel opłacił Ludzi Północy, jednak nie słynęli oni ze szczególnego przywiązania do honoru.
- Ich władca zapłacił srebrem za nasze usługi - przełożył odpowiedź Morzysław. - Jeżeli nie dotrzymamy teraz słowa, może zaniechać podobnych targów w przyszłości.
- Przekaż im, że dni Popiela na tym świecie są policzone. - Piast odparł z taką pewnością, że niemal sam w to uwierzyłem. - Już został ciężko ranny, a wkrótce nabijemy jego pulchny czerep na ostrze włóczni.
Gdy Wolinianin przełożył słowa mojego przyjaciela, dwójka olbrzymów zaczęła żywo dyskutować. Zwłaszcza wyższy z nich mówił głośno i szybko. Ich głosy zaczęły pewnie nawet docierać do własnych szeregów.
- Te bransolety - odchrząknąłem. - One coś oznaczają?
- Wojownik otrzymuje je od swojego pana, gdy przysięga mu służbę - wytłumaczył Morzysław. - Im znaczniejszy, tym bogatszy pierścień.
- Ale po co im aż tyle? - zdziwiłem się. - Przecież to musi być ciężkie. Czyżby służyli tylu panom?
- To pierścienie pokonanych wojowników - wyjaśnił Wolinianin. - Noszą je, by podkreślić swoje męstwo i sprawność w walce.
Mimowolnie przełknąłem głośno ślinę. Żołądek oraz okolice szyi stały się nagle nieznośnie ciężkie.
- O czym teraz rozmawiają? - spytałem.
- Ciężko wychwycić. - Młodzieniec potrząsnął głową. - Mówią bardzo szybko, a ich język różni się nieco od Szwedów. Ale chyba chodzi o to, że ten potężniejszy nie wierzy, iż jesteście w stanie zagrozić Popielowi.
- Bo jest nas za mało?
- Bo jesteście zbyt cherlawi - wyjaśnił drobny Wolinianin.
- Wkrótce sam się przekona - odparłem, choć gardło oraz wargi miałem zupełnie suche. Nigdy nie udało mi się pozbyć uczucia pełzającego strachu przed czekającą walką.
Tymczasem dwaj najeźdźcy skończyli kłótnię. Niższy mężczyzna rozłożył ramiona, uśmiechnął się i, patrząc prosto na Piasta, wypowiedział kilkanaście słów. Morzysław zaczął tłumaczyć drżącym głosem:
- Jarl rozważyłby twoją propozycję, ale jego najlepszy wojownik nie wierzy w siłę naszego oręża. Wygląda na to, że będziemy musieli się jednak sprawdzić.
- Wielu jego ludzi zginie - naciskał Piast. - Jeżeli my wygramy, nikogo nie oszczędzimy. Jeżeli oni zwyciężą, poniosą znaczne straty. Przecież chyba widzą, że przywiedliśmy znakomitą drużynę.
Gdy Morzysław przełożył jego słowa, dwójka mężów powróciła do ożywionej kłótni. Wyższy z mężów wymachiwał ramionami i wskazywał na mnie. Spomiędzy pobrzękiwania metalowych bransolet usłyszałem znajome mi słowa: "Ulfbreht" i "sverd". Drągal najwyraźniej chciał mojego zaklętego miecza. Według słów Björna klinga, wzbogacona chrześcijańską magią, była ponoć warta niemałą górę soli.
Nagle spojrzał na mnie z błyskiem w oku i wysyczał coś brzmiącego jak "holmgang". Nie zdążyłem jednak spytać Morzysława o przekład, gdyż niższy z przeciwników zaczął mówić. Gdy skończył, drobny młodzieniec przetłumaczył:
- Jarl jest skłonny porozmawiać o warunkach, lecz nie zrobi tego, dopóki jego najlepszy wojownik nie uzna, że jesteśmy warci rokowań. Proponują pojedynek pomiędzy dwoma najsilniejszymi mężami obu stron. Jeżeli wygra ich szermierz, mamy odstąpić. Gdy zaś nasz wojownik zatriumfuje, przystąpimy do rozmów.
- Po cóż mielibyśmy oddawać swoją przewagę? - Piast głośno westchnął. - Przecież trzymamy ich w garści.
Morzysław wymienił kilka kolejnych zdań z chąśnikami. Niższy ze zbójców uśmiechał się i mówił spokojnym tonem. Wyższy powarkiwał i wbijał we mnie nienawistny wzrok.
- Byłbyś gotowy stanąć w pojedynku? - spytał mnie Piast.
Trzewia zacisnęły mi się niczym zmiażdżone kowalskimi obcęgami. Chyba nie zamierzał przystać na ich propozycję?
- Po co? - odpowiedziałem. - Przecież sam mówiłeś, że mamy ich w garści.
- Niby tak - przytaknął młodzieniec. - Ale to może być niezwykle kosztowna walka. A nie jesteśmy w stanie pozwolić sobie na stratę wielu ludzi. Wszak mamy hordę Popiela do powstrzymania.
- Damy radę. - Zacisnąłem zęby.
- Poza tym, jeżeli udałoby się ich przekonać do walki po naszej stronie, nie tylko uniknęlibyśmy niepotrzebnej straty wojów, ale moglibyśmy wystawić przeciwko Goplanom znacznie większą siłę.
- Chyba sobie żartujesz - syknąłem. - Przecież to mordercy. Stoimy pośród ciał naszych zgładzonych współplemieńców.
- Którzy nas sprzedali niczym barany na rzeź Popielowi w zamian za obietnicę pokoju. - Piast wzruszył ramionami. - Nie zamierzam się nad nimi litować.
Skinąłem głową. Chociaż słowa mojego przyjaciela były okrutne, niosły prawdę. Nasza własna wspólnota plemienna się nas wyparła. Nie mieliśmy obowiązku stawać w ich obronie.
- Nie wierzę ich słowu - odpowiedziałem cicho.
- Jeżeli chcą nas oszukać, stracą najlepszego człowieka oraz zapewne hart ducha. Będą więc o tyle słabsi podczas późniejszej walki. Mam rację?
- Niejako - przytaknąłem.
- Chyba że nie czujesz się na siłach, by stawać mu naprzeciw, Ściborze. Wówczas odpuścimy.
Pochwyciłem wzrok przyjaciela. Patrzył na mnie w skupieniu, a jego twarz zdawała się wyrażać prawdziwą troskę. Przez chwilę miałem ochotę wykrzyczeć, że owszem, jestem przerażony i nie chcę walczyć z tym olbrzymem. Ale słowa Piasta brzmiały nad wyraz rozsądnie.
- Mogę spróbować - nieomal wyszeptałem.
- Nie bój się. - Piast się uśmiechnął. - Jeżeli pojedynek będzie szedł źle, zaatakujemy.
Przełknąłem ślinę. Jeżeli pojedynek będzie szedł źle, zapewne nikt nie zdąży przyjść mi na pomoc.
- Chcą wiedzieć, o czym mówicie - przerwał nam nagle Morzysław.
- A oni? - spytałem.
- Nie chcą ustąpić. - Drobny Wolinianin wzruszył ramionami. - Ciężko przemówić im do rozumu.
- Zatem wyjaśnij temu wysokiemu, że wkrótce będzie mógł przekazać Björnowi moje pozdrowienia - odparłem, patrząc olbrzymowi prosto w oczy.
Miałem nadzieję, że brzmiałem mężniej, niż się naprawdę czułem.