Navy Seals - Richard Miniter, Scott McEwen

-
Proszę czekać

 

  Wstęp

Tylko chwila dzieliła chudego faceta, siedzącego na stołku przy barze, od solidnego poturbowania.

W słabo oświetlonej spelunce w Lakeside w Kalifornii robiło się późno. Było to miejsce, gdzie wytatuowani faceci kupowali piwo za dolara i pili z butelki. Należało do ulubionych knajp członków gangów motocyklowych, kryminalistów niedawno zwolnionych warunkowo, ponurych kowbojów i marynarzy czekających na rozładowanie statku. Bójki między klientami nikogo tam nie dziwiły.

Kiedy Don Zub, służący swego czasu w Navy SEAL - komandzie Foki - wypił kolejny łyk, jego uwagę przyciągnął podkoszulek, który chudy facet miał na sobie. Zauważył na nim niewielki emblemat w kształcie czarnego kruka. Półtajny symbol SEAL. To było jak czerwona płachta na byka.

Komandosi z SEAL bardziej niż terrorystów nienawidzili "fałszywych SEAL-ów" - cywilów albo żołnierzy z innych służb, udających, że należą do ich świętego bractwa. Taki uzurpator narażał się na połamanie żeber, rozkwaszenie nosa, a jeśli nie uciekał dość szybko, mógł mieć zmiażdżoną tchawicę.

W Zubie krew się zagotowała. Jeden z nich - Scott McEwen - widział już coś takiego wcześniej i teraz przyglądał się temu ponownie.

Jeśli niski, chudy facet i jego dziewczyna o czarnych włosach wiedzieli, co się święci, nie dawali tego po sobie poznać. Udawali, że nie widzą wytrzeszczonych oczu Zuba ani nie słyszą wściekłości w jego głosie.

- Ten podkoszulek wygląda znajomo. Skąd go masz?

Chudzielec nawet na niego nie spojrzał.

- Dostałem od właściciela baru.

Raven (Kruk) to bar w Virginia Beach - coś więcej niż bar, to symbol. To bar SEAL-ów, gdzie mężczyźni spoza ich grona nie są mile widziani. Tajna jaskinia, w której bratają się komandosi.

Brunetka nie odezwała się ani słowem. Ta sytuacja nie była dla niej nowością.

- Czyżby? - powiedział Zub z powątpiewaniem w głosie. - A gdzie jest ten bar?

Chudy facet odpowiedział jakby od niechcenia:

- W Virginia Beach.

Zub nie odpuszczał. Dla barmana czy innych gości mogło to wyglądać na zwykłą rozmowę. Prawda była jednak inna. Między mężczyznami trwała słowna walka. Jedna zła odpowiedź i pięści pójdą w ruch.

- Skąd znasz właściciela?

- Kiedyś z nim pracowałem.

- Gdzie z nim pracowałeś?

- W wojsku.

- Jak długo z nim służyłeś?

- Piętnaście lat. Swego czasu opiekowałem się nawet jego dzieciakami.

Zub nabrał niepodważalnej pewności, że natrafił na fałszywego komandosa. Dłonie zacisnęły mu się w pięści.

- Służyłem kiedyś z takimi facetami jak on.

Chudy facet nic nie odpowiedział. Bo też, co mógłby do tego dodać?

- Naprawdę nie chcę o tym rozmawiać.

Zub wyciągnął nowy składany nóż Spyderco, otworzył go i spojrzał na ostrze. Stal błysnęła w świetle żarówki wiszącej pod sufitem.

Chudzielec robił wrażenie, jakby niczego nie zauważył. Taki nóż był swego czasu na standardowym wyposażeniu bojowym SEAL-ów, którzy odcinali nim linki spadochronów, gdy zaszła taka potrzeba, albo uwalniali się z podwodnej plątaniny wodorostów. Był też rodzajem totemu.

Zub wyciągnął rękę i wbił nóż w blat baru.

Ostrze trafiło między małe dłonie brunetki i na dobre utknęło w drewnie kontuaru. Nóż stał się wyzwaniem. Nikt się nie poruszył. Brunetka nie odsunęła rąk. Ta sytuacja nie była dla niej nowością.

McEwen zauważył zupełny brak reakcji ze strony chudzielca i wyważoną nonszalancję brunetki. Nagle obrócił się do przyjaciela z komanda Foki.

- Don, on jest prawdziwy. Dziewczyna też. Odpuść!

Zub popatrzył na niego, a potem otaksował wzrokiem chudego faceta.

- Nazywam się Johnny Walker - powiedział chudzielec. - Służyłem w Oddziale Szóstym komanda Foki razem z Dickiem Marcinko jako Plank Owner[1].

Marcinko był założycielem Oddziału Szóstego, prawdopodobnie najsłynniejszej, elitarnej jednostki bojowej i często przychodził do Raven, legendarnego baru w Virginia Beach, będącego przez długi czas ulubionym miejscem spotkań SEAL-ów. Był to bar z rodzaju tych, do których nikt nigdy nie wzywa gliniarzy. Plank Owner to członek założyciel oddziału US Navy SEAL. Oznaczało to, że Walker został osobiście wybrany przez twórcę Oddziału Szóstego i przesiadywał razem z Marcinko w jego ulubionym barze. I nie skłamał, mówiąc, że dostał podkoszulek, który wzbudził takie emocje. Naprawdę należał do arystokracji SEAL-ów.

Zub przedstawił się i oznajmił, że należał do Oddziału Pierwszego znanego także jako No Fun One (Mało zabawny). Służył od 1975 do 1979 roku na Zachodnim Wybrzeżu. Walker dołączył do "oddziałów" - jak sami siebie nazywali komandosi Foki - znacznie później i służył na Wschodnim Wybrzeżu.

Napięcie uleciało niczym powietrze z przekłutego balonu.

Zub postawił coś do picia. Mężczyźni zaczęli wymieniać się opowieściami. Oto dwóch ludzi z komanda Foki spotkało się, starło ze sobą i zbratało.

* * *

Był to jeden z powitalnych rytuałów najmniejszego i najdziwniejszego bractwa na świecie, jakim jest komando Foki. Jeśli się do niego należy, to gdzie albo kiedy ktoś służył, nie ma znaczenia. Każdy z nich może się zjawić nieproszony na pogrzebie najmłodszego lub najstarszego weterana i będzie witany jak brat przez zupełnie obcych ludzi. Może zadzwonić do innego komandosa, którego nigdy nie widział na oczy, i pójść z nim coś wypić. Może przyjść do wdowy, której zmarły mąż służył na długo przed nim, i skosić jej trawnik. Łączące ich więzi są silne między innymi dlatego, że to bardzo mała grupa. W całej historii istnienia US Navy SEAL służyło w tej formacji niespełna trzy tysiące żołnierzy i mniej więcej połowa z nich nadal żyje. Nawet jeśli nie wszyscy znają się osobiście, na pewno o sobie słyszeli. Komandosi sami siebie nazywają "bractwem" i jest to w pełni uzasadnione.

Ich braterstwo jest wykuwane w arcytrudnym, najbardziej wymagającym procesie selekcji - Basic Underwater Demolition/SEAL (podstawowy kurs niszczenia podwodnego) znanym również jako BUD/S. Jednak sam wybór do BUD/S nie wystarcza. Kandydat musi pokonać prawdziwą ścieżkę zdrowia w urzędach marynarki wojennej, żeby zdobyć potrzebne zgody. Kiedy jednak marynarz, komandos lub żołnierz z innej formacji zostaje dopuszczony do BUD/S, jego droga ku zostaniu jednym z SEAL-ów staje się jeszcze bardziej stroma i wyboista. Chuck Pfarrer, służący swego czasu w Oddziale Szóstym komanda Foki, wspomina swój pierwszy dzień na kursie. Pozbawiony poczucia humoru oficer marynarki wojennej stanął na podium w niewielkim betonowym pomieszczeniu kalifornijskiej bazy komanda Foki w Coronado. Rozkazał kandydatom spojrzeć w lewo, a potem w prawo. Wszyscy go posłuchali. W czasie kilku tygodni, powiedział oficer, "prawie dwie trzecie z was zrezygnuje". Wysoki procent odsiewu był zresztą oczekiwany. Poinformował ich o tym bez emocji, przedstawił jako fakt. Zwracał się do mężczyzn, którzy mieli sprostać najwyższym wymaganiom, i spodziewał się, że niewielu z nich zdoła tego dokonać.

Poprzeczka trudności szkolenia była ustawiona tak wysoko, żeby zmusić wielu twardych facetów do poddania się i odejścia.

- Widziałem, jak odpadali sportowcy, którzy daliby sobie radę na olimpiadzie - powiedział Pfarrer.

Dowództwo marynarki wojennej z zadowoleniem przyjmowało rezygnacje. Bo żołnierze z komanda Foki z definicji żywią nieprzejednaną niechęć do poddawania się. Wymaga to ponadprzeciętnej woli w trzech aspektach ludzkiego istnienia: ciała, umysłu i ducha. Bardzo, bardzo niewielu ludzi sięga wyżyn we wszystkich trzech.

Oficer służb medycznych, który sprawował pieczę lekarską nad żołnierzami w trakcie BUD/S, powiedział nam: "Obrażenia, z którymi zwykle odsyłam do szpitala, w trakcie BUD/S są po prostu opatrywane. Ci faceci nie chcą rezygnować".

Mimo to niektórzy są do tego zmuszeni - wbrew ich determinacji lub predyspozycjom - do ukończenia treningu. Połamane nogi, zmiażdżone ramiona, rany wymagające założenia więcej niż dwunastu szwów... Przyczyny zdrowotne wykluczają aż jednego na pięciu z uczestników BUD/S. Mężczyźni zwalniani z powodów medycznych zwykle błagają lekarza, żeby zalepił im połamane żebra plastrem i zapewniają, że nic im nie jest... w momencie gdy są wynoszeni na noszach.

Ci, którzy przetrwają i ukończą BUD/S, osiągają dwa cele: stają się członkami małej, ekskluzywnej grupy i częścią szerszej, głęboko zakorzenionej, ważnej tradycji. Numery kursów i nazwiska zostają napisane na ścianie w Coronado obok numerów kursów i nazwisk wszystkich, którym się to udało przed nimi.

Niemniej absolwenci BUD/S nie są jeszcze komandosami SEAL. Kolejny program szkoleniowy, SEAL Qualification Training (trening dyplomowy), znany od zawsze jako SQT, przeistacza absolwentów BUD/S w prawdziwych komandosów. Niektórzy określają go jako "BUD/S na papierze". W czasie tego wielomiesięcznego szkolenia kandydaci do oddziałów SEAL zdobywają wiedzę o historii marynarki wojennej, obliczeniach balistycznych, prądach morskich, ideologiach wroga i z innych przydatnych dziedzin. Po miesiącach treningów i pisemnych testów uczestnicy, którzy przetrwają, otrzymują charakterystyczną odznakę znaną oficjalnie jako "trójząb" i nieoficjalnie jako "budweiser" - to mosiężna odznaka przedstawiająca orła trzymającego w szponach kotwicę i trójząb Neptuna. Podobnie jak wojownicy z plemienia Masajów, komandosi SEAL mają brutalne rytuały inicjacji. Zazwyczaj w trakcie nieformalnej części tego procesu w nagą pierś komandosa wbija się trzpienie odznaki. Rana i krew należą do obrządku. Nikt się nie skarży, gdy krew spływa i skapuje z mięśni na piersiach. To chwila radości i bólu, paradoksalnie zmieszanych ze sobą, podobne do odczuć towarzyszących zwycięstwu w walce. To uczucie, jakiego każdy komandos będzie doznawał w czasie całej służby. Niemniej to nadal nie koniec. Komandosi są bezustannie obserwowani przez starszych bosmanów sztabowych, nieznających litości przy drobiazgowej ocenie. Wiele miesięcy po ukończeniu SQT i specjalistycznym szkoleniu nowo przyjęci komandosi mogą być przeniesieni do jednostki operacyjnej i nadal traktowani jak nowicjusze, bo nie mają doświadczenia w walce. Czasami nazywa się ich "świeżym mięsem". Każda rozmowa, każdy rodzaj ćwiczenia na treningu, każde zajęcia na strzelnicy są egzaminem. Komandosi testują bezustannie siebie i współtowarzyszy, szukając niebezpiecznych słabych punktów.

Na każdym etapie poczucie braterstwa jest im wpajane, kształtowane w nich i wyostrzane.

* * *

Przez prawie czterdzieści lat ich unikatowy etos pozostał niezapisany i jest przekazywany jedynie w burkliwych rozkazach bosmanów i wspomnieniach o żołnierzach, którzy służyli wcześniej. Kiedy nie jest ujmowany w słowa, przejawia się w czynach. Jest sumą zachowań milcząco pochwalanych i zbiorem cech, postaw i zjawisk głośno wyśmiewanych. Komandosi z komanda Foki mają ogromne poczucie humoru, nie stronią od złośliwości i używają ostrych słów, nie owijają w bawełnę. Wrażliwcy i słabeusze wcześnie odpadają z ich grona. "Jeśli nie możesz tego znieść - powiedział jeden z komandosów - to wypierdalaj".

W 2005 roku zmienił się profil kadry oficerskiej komanda Foki. Więcej było wśród nich absolwentów Akademii Marynarki Wojennej w Annapolis, a mniej "mustangów", oficerów, którzy dosłużyli się stopnia, awansując od najniższej rangi. Czymś naturalnym stała się potrzeba napisania credo, podobnego do korporacyjnych dalekowzrocznych deklaracji lub spisanego kodeksu amerykańskich rangerów. (Komandosi SEAL i rangerzy działają czasami wspólnie).

Mark Devine, oficer komanda Foki, należał do zespołu (składającego się zarówno z oficerów, jak i szeregowców), który trudził się nad przelaniem na papier nigdy niespisanego etosu jednostki. Był to długi proces, wymagający głębokich przemyśleń. Debatowano nad nim do późnej nocy w ponurych salach konferencyjnych i barach. Wspólny wszystkim oddziałom, opracowany kodeks był wynikiem myślenia wielu głów i sumą najróżniejszych doświadczeń. Ostatecznie kodeks komanda Foki przypominał szczegółowością, specyficznością i fachowością plan misji.

Kodeks SEAL

Okazywać lojalność wobec ojczyzny, oddziału i towarzyszy broni. Służyć z honorem i niezachwianie na polu bitwy i poza nim. Być w gotowości do dowodzenia, do słuchania rozkazów, nigdy nie rezygnować. Brać na siebie odpowiedzialność za własne czyny i czyny towarzyszy broni. Jako wojownik wyróżniać się dyscypliną i pomysłowością. Trenować do wojny, walczyć, żeby zwyciężyć, pokonywać wrogów ojczyzny. Każdego dnia być godnym "trójzębu".

Credo komanda Foki

Istnieje specjalny rodzaj żołnierza, gotowego odpowiedzieć na wezwanie ojczyzny w czasach wojny lub niepewności. To zwykły człowiek o niespotykanej chęci zwycięstwa.

Zahartowany przeciwnościami, staje w jednym szeregu z najlepszymi amerykańskimi siłami operacyjnymi, żeby służyć ojczyźnie, narodowi amerykańskiemu i chronić amerykański styl życia.

To ja jestem tym człowiekiem.

Mój "trójząb" jest symbolem honoru i dziedzictwa. Przekazany mi przez bohaterów, którzy już odeszli, ucieleśnia zaufanie tych, których przysięgałem bronić. Nosząc "trójząb", przyjmuję na siebie odpowiedzialność za wykonywanie wybranego zawodu i mój sposób życia. To zaszczyt, na który muszę zasługiwać każdego dnia.

Moja lojalność wobec ojczyzny i oddziału jest niepodważalna. Pokornie służę jako strażnik współrodaków, zawsze gotowy bronić tych, którzy nie są w stanie sami się obronić. Nie obnoszę się z naturą mojej pracy, nie szukam też uznania za swoje czyny. Z własnej woli akceptuję ryzyko nierozerwalnie złączone z moją profesją, stawiając bezpieczeństwo i dobrobyt innych ponad własne dobro.

Służę z honorem na polu walki i poza nim. Od innych ludzi różni mnie zdolność kontrolowania własnych emocji i działań, niezależnie od sytuacji.

Cechuje mnie bezkompromisowa prawość. Mój charakter i honor są niezachwiane. Ręczę słowem.

Oczekuje się od nas umiejętności dowodzenia i słuchania dowódcy. W razie braku rozkazów przejmę dowodzenie, poprowadzę towarzyszy broni, by dokończyć zadanie. W każdej sytuacji mogę być stawiany za przykład.

Nigdy nie zrezygnuję. Przeciwności hartują mnie i doskonalą. Naród oczekuje, że będę fizycznie silniejszy i umysłowo sprawniejszy od moich nieprzyjaciół. Powalony, wstanę za każdym razem. Wykorzystam resztkę sił, by bronić współtowarzyszy broni i wypełnić misję. Nigdy nie wycofam się z walki.

Wymagamy dyscypliny. Oczekujemy pomysłowości. Życie współtowarzyszy i powodzenie misji zależy ode mnie - od moich technicznych umiejętności, biegłości w taktyce i przywiązywania wagi do szczegółów. Moje szkolenie nigdy nie zostało zakończone.

Szkolimy się do wojny, walczymy, żeby zwyciężyć. Stanę w gotowości, prezentując pełną zdolność bojową, żeby zrealizować misje i cele wyznaczone przez ojczyznę. Wykonywanie moich obowiązków, gdy zajdzie taka potrzeba, będzie elastyczne i brutalne, niemniej podporządkowane zasadom, których bronię swoją służbą.

Odważni mężczyźni walczyli i ginęli, tworząc dumną tradycję i budzącą strach reputację, które jestem zobowiązany podtrzymywać. W najgorszych warunkach dziedzictwo moich współtowarzyszy broni ugruntowuje moją determinację i jest mi milczącą wskazówką we wszelkich poczynaniach. Nigdy nie zawiodę.

W skrócie komandosi SEAL mają być superbohaterami ze starych amerykańskich komiksów: wysportowani, moralnie nieskazitelni, pokorni i nieprzechwalający się swoimi dokonaniami. Komandosi muszą słuchać rozkazów, a w razie ich braku - improwizować, by ocalić życie współtowarzyszy broni albo dokończyć misję. Żołnierz komanda Foki jest zwyczajnym człowiekiem, który pojawia się, wykazuje wyjątkowymi zdolnościami, służy ojczyźnie i anonimowo powraca do życia cywila. Jego aspiracją jest pozostawanie nikomu nieznanym bohaterem, którego dokonania mają być inspiracją dla następnych pokoleń komandosów w bezustannie odnawianej tradycji.

Prezentujemy ich środowisko, ich kulturę. To historia, jaką sami o sobie opowiadają. I jest prawdziwa.

Niemniej nie jest to pełna opowieść o ich unikatowej subkulturze, która jest zarówno cenna, jak i krucha. Jak się przekonamy w miarę czytania tej książki, polityka i biurokracja - dwa przekleństwa ciążące nad wieloma sukcesami komanda Foki - grożą zniszczeniem tego, co jest wyjątkowe w tej elitarnej jednostce.

Kultura nigdy nie jest wytworem abstrakcyjnego myślenia, to żywe zjawisko, które kształtuje się dzięki doświadczeniom, niektórym gorzkim, niektórym podnoszącym na duchu. Rugowanie elementów, które osobie z zewnątrz wydają się niepotrzebne, jest zawsze niebezpiecznym przedsięwzięciem. Czy takim "niepotrzebnym" narządem jest wyrostek robaczkowy albo płuco? Dokonywanie operacji na żywej kulturze niesie ze sobą ryzyko, wynikające z braku wiedzy, który narząd ma żywotne znaczenie, a który jest niepotrzebnym wyrostkiem, co okazuje się dopiero po jej zakończeniu, kiedy pacjent zostaje kaleką albo umiera.

Swoista subkultura komanda Foki jest obecnie narażona na kilka takich traumatycznych operacji. Wśród tych "zabiegów" są bezpodstawne oskarżenia, wnoszone przez ludzi mających bardzo ograniczoną wiedzę o działaniach specjalnych, oraz powszechne próby narzucenia politycznej poprawności żołnierzom SEAL.

* * *

To pierwsza książka traktująca US Navy SEAL, amerykańskie komando Foki, jako byt sam w sobie, którego udokumentowana historia sięga ponad czterdziestu lat wstecz, powołanego do życia już w czasie drugiej wojny światowej. Służący w nim poszczególni, ze wszech miar godni naśladowania żołnierze, tworzą niezwykłą i wyjątkową jednostkę. Oddziały, jak komandosi SEAL określają samych siebie, są w zasadzie indywidualnymi bytami: miały znamienitych rodziców, chojrackie narodziny, w latach dojrzewania nieobce im było dotkliwe cierpienie, potem przypominały dwudziestolatków, a teraz po serii wybitnych osiągnięć znalazły się na rozstaju dróg. Dopadł je kryzys wieku średniego.

Odtwarzając drogę istnienia oddziałów SEAL jako jednostki, zamierzamy zdefiniować jej charakterystyczną subkulturę i ostrzec naród przed zbyt drastycznym majstrowaniem przy niej. Walka z terroryzmem to w coraz większym stopniu wojna służb specjalnych - akcje tajnych agentów zrzucanych na wrogie terytoria, żeby zabić lub uprowadzić tych, którym marzy się nowy 11 września w Stanach Zjednoczonych. Komando Foki to grot włóczni. Jeśli stępi się jego krawędzie, może okazać się bezużyteczna. Ameryka i jej sojusznicy straciliby wtedy kluczowy atut w prowadzeniu wojny z terroryzmem.

* * *

Nie ma czegoś takiego jak ustalony z góry wzorzec żołnierza z Navy SEAL, choć marynarka wojenna Stanów Zjednoczonych wydała miliony dolarów na badania, które miały go określić. Wyszkolenie jednego potencjalnego komandosa kosztuje marynarkę ponad milion dolarów (liczone w roboczogodzinach i sprzęcie). Gdyby udało się odkryć, jakie są zasadnicze cechy człowieka, umożliwiające mu zakończenie bardzo wymagającego treningu, można byłoby zmniejszyć liczbę odsiewanych kandydatów i zaoszczędzić pieniądze. Ale to niemożliwe. Nie ma takiego wzorca.

Komandosi SEAL bardzo się od siebie różnią. Niektórzy mają ponad metr osiemdziesiąt, ale wielu jest średniego wzrostu. Niektórzy spędzili dzieciństwo nad zimnymi wodami północno-wschodnich lub północno-zachodnich terenów Stanów Zjednoczonych, inni aż do chwili rozpoczęcia podstawowego szkolenia nigdy w życiu nie widzieli oceanu. Kilku pochodzi ze znamienitych rodzin o wojskowych tradycjach, znacznie więcej ma w rodzinie jedynie szeregowców. Niektórzy byli sportowcami - medalistami w szkołach średnich i wyższych, inni nigdy nie mieli na sobie drużynowej koszulki, dopóki nie wstąpili do marynarki. Niektórzy służyli wcześniej w marynarce lub piechocie morskiej, inni przyszli prosto z cywila. Niektórzy byli synami milionerów, inni przeżyli tylko dzięki kuponom z opieki społecznej. Niektórzy kończyli wyższe studia z wyróżnieniem, inni ledwie zdali maturę. Wielu urodziło się w Stanach, ale kilku najwybitniejszych komandosów przyszło na świat na innych kontynentach. Wśród komandosów SEAL są przedstawiciele wszystkich ras, wielu to mieszanki rasowe. Jedyne, co łączy wszystkich, którym udało się zakończyć z sukcesem szkolenia BUD/S i SQT, to awersja do poddania się, kiedy ciało odmawia posłuszeństwa, umysł jest kompletnie wyczerpany, a szanse na powodzenie wydają się znikome. To nie geny, pochodzenie, wykształcenie, a nawet uzdolnienia kreują komandosa - to cechy osobowości, o których istnieniu sami mężczyźni nawet nie mają pojęcia do chwili, gdy się ujawnią. I nie ma na to reguły.

* * *

Dla każdego, kto spędzi trochę czasu wśród komandosów SEAL, tak jak my, stanie się oczywista ich pozorna niekonsekwencja.

Mają utajnione nazwiska i bywają bardzo małomówni. Zapytaj komandosa z Fok, który cię nie zna, o to, w jaki sposób zarabia na życie, a usłyszysz prawdopodobnie, że "służy w wojsku" albo "służy w marynarce" i nie doda nic więcej. Co prawda, gdy są wśród kumpli z oddziałów, potrafią być bardzo otwarci w wyrażaniu opinii - bezlitośnie wyśmiewają kolegę, który nie poradził sobie z jednym z zadań na treningu, albo przechwalają się podprowadzeniem dziewczyny zwykłemu śmiertelnikowi. Rzadko okazują wyrozumiałość temu spośród nich, kto choćby minimalnie nie spełnia stawianych im wymagań. Jednemu z komandosów, który trzy razy podchodził do zaliczenia BUD/S, nadali przezwisko Gnojek, bo był zbyt powolny na treningu albo dłużej niż inni przygotowywał swój sprzęt. Potem zaczęli go nazywać Sraluchem, bo miał częste wypadki, gdy pływał miniłodzią podwodną przy wybrzeżu Hawajów. Ten sam komandos został potem odznaczony Krzyżem Marynarki Wojennej i innymi medalami. Takie bezpardonowe traktowanie jest powszechne wśród komandosów SEAL. Nie mają czasu na miłe słówka lub określenia w stylu "tam, gdzie słońce nie dochodzi". Są ordynarni, bo najmniejsze błędy mogą kosztować życie w czasie szkolenia lub walki.

Nawet kadra oficerska komanda Foki jest bezpardonowo i grubiańsko oceniana przez szeregowych żołnierzy. Pewien oficer, którego nazwisko pominiemy, bo nadal pełni czynną służbę, został nam opisany przez współtowarzysza broni z jednego oddziału. "Mówiąc szczerze, był prawdziwym balastem. Strasznie głupi i nie najlepiej radził sobie w akcji - powiedział Carl Higbie, z Oddziału Dziesiątego SEAL. - Dobrze strzelał, to prawda, ale jego zdolności umysłowe były poniżej standardów Navy SEAL". Podobne komentarze nie należą do rzadkości między komandosami, jeśli uważają, że ktoś z drużyny im nie dorównuje.

Między komandosami panuje zdrowa konkurencja. Jeśli chwalą jeden drugiego, to w kategoriach ilościowych. O kolegach z drużyny mówią w aspekcie wagi ciała albo procentu tkanki tłuszczowej. Chełpią się tym, kto zrobi najwięcej pompek, przepłynie najdłuższy dystans albo strzela najcelniej. Samochody, wieże stereo i sprzęt komputerowy są ciągłym źródłem rywalizacji między nimi. Wśród komandosów w pewnym wieku chodzi także o dziewczyny. Potrafią trzymać rękę na pulsie.

Nie przestrzegają zasad poprawności politycznej. Często nowo zaciągnięci do komanda są zdziwieni, że niektóre słowa albo zdania są przekroczeniem pewnych granic. Jeśli mężczyzna udowodnił swoją wartość, słowa powinny być dla niego niegroźne. Jeśli nie, to słowa są jego najmniejszym zmartwieniem.

Żadne ograniczenia narzucane przez poprawność polityczną nie są przestrzegane w ciągłych żartach i drwinach komandosów, zwłaszcza jeśli w pobliżu nie ma oficerów. Kiedy natykają się na poprawność polityczną, co zdarza się powszechnie na kampusach cywilnych uczelni, mają skłonność do określania jej jako "pierdoły". Oficerowie często próbują utrzymywać komentarze swoich ludzi w pewnych ryzach - ale to ciągła walka. Z drugiej strony kadra oficerska ma świadomość niebezpieczeństw, jakie niesie ze sobą zbytnia gorliwość w strofowaniu. Oddziały SEAL nie są politycznymi koalicjami i każdy komandos ma prawo do swobodnego dzielenia się własnym zdaniem, bo zwiększa to szanse powodzenia misji.

Wśród komandosów popularne są tatuaże, podobnie jak wśród wyspiarzy z mórz południowych. Czasami jednak łączą się z kłopotami. Denny Chalker po zakończeniu służby w 101. Dywizji Powietrznodesantowej wstąpił do marynarki wojennej i został dopuszczony do BUD/S. Instruktorzy zwrócili uwagę na tatuaż na jego ramieniu ("Bóg jest moim wypuszczającym") i zaczęli używać tych słów w miejsce jego nazwiska. "Zamiast wołać "Chalker", słyszało się "Gdzie jest 'Bóg jest moim mistrzem skoków'?""?1?.

Wielu przyznaje, że jest uzależnionych od adrenaliny. Żeby się zrelaksować, jeżdżą na motorach, surfują na wysokich falach, szusują po trudnych stokach albo wspinają się na oblodzone szczyty. Brandon Webb, były członek Oddziału Trzeciego SEAL i główny instruktor snajperski SEAL, kupił trzydziestopięcioletni radziecki samolot szkoleniowy Jak-52. Maszyna jest stara, kiepsko zbudowana i ma tylko kilka instrumentów pokładowych. Wcześniej była rozbita. Często bierze udział w fingowanych walkach powietrznych z byłymi komandosami, którzy mają inne samoloty. Kiedy Webb pokazał zdjęcie swojego samolotu pewnemu producentowi z Hollywood, ten zapytał: "Pan naprawdę tym lata?".

* * *

Choć większość komandosów nie ma irlandzkiego pochodzenia, wiele ich rytuałów oscyluje wokół bójek, picia alkoholu i śmierci.

Bijatyki w barach są na porządku dziennym. Swego czasu równie powszechne były bójki na służbie. W latach siedemdziesiątych XX wieku, kiedy zaczynała się kłótnia, ktoś mówił: "Idźcie z tym za kontener", wspominał Zub.

Kontener w Coronado, typowy dla transportu morskiego, był zbyt wysoki i zbyt długi, żeby oficerowie mogli zobaczyć, co się za nim dzieje. Stanowił rodzaj martwego pola, gdzie komandosi staczali pojedynki na pięści. Schemat był zawsze taki sam. Dwóch mężczyzn wchodziło za kontener i wyłaniało się zza niego kilka minut później, zakrwawionych, ubrudzonych, zapiaszczonych. Nikt nie szedł z nimi, żeby się przyglądać, nikt nigdy o tym nie rozmawiał. "Nie było żadnych przechwałek. Nie wspominało się o tym słowem, naprawdę", powiedział Zub.

Ale to załatwiało sprawę.

Inny komandos, Ryan Job, przedstawił to w taki sposób: "Wbrew temu, co mówiła ci mama, przemoc naprawdę rozwiązuje problemy". (Po postrzale w twarz w Ramadi w Iraku Job zmarł na stole operacyjnym w Phoenix w Arizonie).

Dzisiaj również dochodzi do bójek, ale znacznie częściej obywają się poza bazą. Bójki na służbie mogą się skończyć zwolnieniem z komanda Foki albo nawet sądem wojskowym.

Komandosi piją na zjazdach kombatantów, z okazji ukończenia szkoleń, z powodu śmierci kolegi i po pracy. To nadal jest nieformalny proces odsiewu. "Są chłopaki z oddziału i chłopaki, którzy należą do oddziału", powiedział Zub. Są komandosi o silnym poczuciu braterstwa, ale i tacy, którzy po prostu robią, co do nich należy.

Komandor porucznik Dick Marcinko, założyciel Oddziału Szóstego SEAL, był szeroko znany z picia z podwładnymi. Po ciężkim treningu na wodach przy Virginia Beach zapraszał swoich ludzi do działającej tam spelunki. (Później kupił lokal znajdujący się w pobliżu, kultowy teraz bar o nazwie Raven). Zostawali tam aż do zamknięcia przybytku lub jeszcze dłużej.

Zub poznał Marcinko w 1982 roku, kiedy w San Diego w barze El Capitan kumpel z marynarki poznał ich ze sobą.

Marcinko nie zachowywał się jak żaden ze znanych Zubowi oficerów marynarki. Podczas gdy inni marynarze ostro pili i zachwycali się kobiecymi wdziękami, Marcinko wzniósł się o cały poziom wyżej. Przechwalał się podbojami łóżkowymi i bardzo mocną głową. Wyciągnął z kieszeni "plik banknotów", jak zapamiętał to Zub, i dał jemu oraz jego dwóm kumplom z marynarki po kilkaset dolarów. W miarę picia Marcinko pokazał im, że nosi przy każdej kostce u nogi małokalibrowy pistolet i dwa noże ukryte przy ciele. Rozsypał przed nimi stos fałszywych dowodów osobistych. "To było wariactwo", powiedział Zub.

Poszli na obchód barów na Shelter Island i klubów ze striptizem. Rozstali się o świcie.

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku takie wspólne popijawy umacniały więzi między komandosami albo wykluczały jednego z nich, który nie mógł im dorównać i grać z nimi w jednej drużynie. Wspólne pływanie w alkoholu, mające na celu budowanie zaufania między komandosami, było kiedyś równie ważne jak wspólne pływanie w wodzie. Picie było nie tylko akceptowane, wręcz do niego zachęcano. "Alkohol to serum prawdy. Masz z kimś jakiś problem, ale się nie wychylasz. Upijesz się i wywalasz to z siebie", powiedział Zub. Te pijackie biesiady rozstrzygały spory i przywracały spokój.

W tamtych czasach komandosi czuli się najbezpieczniej, gdy mogli iść na całość, a najbardziej zagrożeni, gdy wokół panowała cisza. Picie było przyczyną rozwodów, zatrzymań za prowadzenie pod wpływem alkoholu, a nawet śmierci.

W dzisiejszych czasach piją znacznie ostrożniej. W całym amerykańskim społeczeństwie zmienił się stosunek do alkoholu i podobnie jest w komandzie Foki. Dzisiaj choćby jedno wykroczenie związane z prowadzeniem pod wpływem alkoholu kończy się zwolnieniem z oddziału SEAL. W 2010 roku policja w Virginia Beach zatrzymała komandosa przyjętego niedawno do oddziału SEAL. Mężczyzna zgodził się dmuchnąć w alkomat, który wykazał dziewięć dziesiątych promila. Facet był w oddziale dopiero od kilku tygodni i wiedział, że mandat może kosztować go karierę. "Nie musi pan tego robić", prosił. Wyjaśnił w kilku słowach swój udział w szkoleniu i karę, jaką poniesie tylko za to, że w czasie ostatniej godziny wypił dwa piwa. Wspominał potem, że policjant okazał się bez serca. "Muszę". Został wyrzucony z komanda Foki w chwili, gdy dowódca dowiedział się o jego wykroczeniu. Resztę czasu w marynarce wojennej spędził na pokładzie jakiegoś okrętu i wystąpił ze służby gorzko rozczarowany.

Kiedyś za punkt honoru uważano trzymanie butelki alkoholu w szafce i ukradkowe popijanie w bazie. Komandosi nadal piją - pozostaje to żywotną częścią ich subkultury - ale robią to po służbie i poza bazą, zawczasu jednak upewniają się, że dziewczyna albo taksówkarz odwiozą ich z powrotem do domu. Nie dać się przyłapać należy również do kluczowych zasad komandosów SEAL.

* * *

Bardzo często w marynarce wojennej traktuje się żołnierzy z komanda Foki jako łajdackie przybłędy. Na placówkach poza Stanami Zjednoczonymi komandosi nierzadko nosili długie, zmierzwione brody i kręcili się po bazie w japonkach i szortach zrobionych z dżinsów, którym obcięto nogawki. David B. Rutherford, medyk w Oddziale Pierwszym, pamięta, jak wszedł do stołówki bazy na obrzeżach Kandaharu w Afganistanie w 2002 roku. Jakiś pułkownik zaczął wrzeszczeć na Rutherforda i jego kolegów z drużyny, żeby się ogolili i włożyli regulaminowe "pustynne" mundury polowe - albo znaleźli sobie miejsce gdzieś indziej.

Rutherford wrócił właśnie z trwającej siedem miesięcy "operacji" w górach, polegającej na kierowaniu atakami z powietrza przeciwko Al-Kaidzie i talibom. "Nie wiem nawet, ile towaru tam zrzucono. Straciłem rachubę przy dwustu dwudziestu pięciu tonach" w pierwszych dwu miesiącach. Japonki i brody miały zasadnicze znaczenie dla upodobnienia się do miejscowych sojuszników, dzięki czemu nie stawali się celami dla snajperów nieprzyjaciela.

Pokręcił głową z niedowierzania, patrząc na pułkownika. Powiedział nam, że pomyślał wtedy: Departament Obrony to jakaś groteska.

Później udało się "Wielkiej Marynarce", jak komandosi nazywali resztę marynarki wojennej, dobrać do jego brody i pozbawić go sprawności działania w Afganistanie. Wyższy rangą oficer marynarki wojennej przyjechał na inspekcję Oddziału Pierwszego SEAL. Starszy bosman sztabowy powiedział Rutherfordowi, że oficerowi powinno się "okazywać szacunek". Kazano mu się ogolić i włożyć czysty, kompletny mundur. To pozbawiało go "gotowości operacyjnej", jak powiedział, ale rozumiał, w czym problem. "Znalezienie punktów wspólnych między Wielką Piechotą/Marynarką i SoF [specjalnymi siłami operacyjnymi] jest swego rodzaju wyzwaniem", dodał.

Komandosi SEAL płacą wysoką cenę za swoje niesłychanie skuteczne działanie. "Jesteśmy najlepszymi żołnierzami i ludźmi, którzy mają zaburzenia - powiedział Rutherford. - To dwie strony tego samego medalu".

Wyjaśnił, że wielu komandosów ma ogromny problem z określeniem się po odejściu z oddziału. Powiedział nam, że nikt nie pyta: "Co się stanie z żołnierzem po akcji?". Porównał odejście z oddziału do rozstania z gangiem. "Stopień zaangażowania i poziom przemocy są podobne", mówił. Oczywiście komandosi nie są przestępcami. Ale ich przystosowanie się do życia w cywilu może okazać się trudne, a syndrom stresu pozaurazowego jest prawdziwą ceną za udział w walce.

Komandosi mają też przedziwne zwyczaje związane ze snem. Dwuosobowa drużyna snajperów często dekuje się w kryjówce przez dwa dni, bez jedzenia i z niewielką ilością wody. Jeden z nich siedzi bez przerwy przy broni, podczas gdy drugi śpi. W samolocie C-130 w Iraku komandosi przywiązywali się do siatki otaczającej ładunek i tworzyli coś w rodzaju ludzkiego hamaka albo po prostu leżeli płasko na kontenerach. Po kilku minutach od startu wszyscy zapadali w sen. Na długich trasach przelotów tylko piloci nie zasypiają. Komandosi budzą się jedynie po to, żeby wysikać się do wiadra z tyłu samolotu i natychmiast wracają do spania. Określa się to jako "dyscyplinę snu" - zdolność do trwania w gotowości tak długo, jak to konieczne, i zasypiania w ciągu kilku minut.

Komandosi SEAL nie uczą się zwykle języków obcych, jak choćby Zielone Berety i inne jednostki specjalne; bardzo często działają bez słów w jakimkolwiek języku. Przeczesując budynki w Iraku, kilku ludzi z komanda Foki współpracowało z polskimi żołnierzami z antyterrorystycznej jednostki GROM. Polacy słabo znali angielski, Amerykanie nie mówili po polsku. Znaki dawane rękami i ruchy gałek ocznych pozwoliły jednak obu zespołom działać bez problemów - strzelali do buntowników bez odzywania się do siebie.

W odróżnieniu od marynarzy z innych jednostek marynarki wojennej komandosi są zwykle doskonałymi strzelcami. Trenują bezustannie, żeby utrzymać celność i szybkość strzału. Marcinko powiedział nam, że rutynowo każdy komandos zużywa na strzelnicy trzy i pół tysiąca pocisków na tydzień. (Dla kontrastu - policjant w dużym mieście zużywa ich przeciętnie pięćdziesiąt rocznie w trakcie testów kwalifikacyjnych). Komandosi potrzebują jeszcze więcej amunicji w czasie ćwiczeń w kill house, makietach domów zbudowanych ze sklejki, zapełnionych przeszkodami i manekinami wyskakującymi w najbardziej zaskakujących miejscach. Komandosi mają ułamek sekundy na podjęcie decyzji, czy dany manekin reprezentuje cywila czy wroga i na celny strzał. Ich czas reakcji i celność są bez przerwy oceniane. Jedną z kluczowych umiejętności każdego komandosa SEAL jest błyskawiczna klasyfikacja - natychmiastowe uznanie kogoś za "zagrożenie albo brak zagrożenia", jak wyjaśnił nam Ryan Zinke, były komandos z Oddziału Szóstego SEAL, dowódca grupy szturmowej.

W rezultacie komandosi SEAL są prawdopodobnie najlepiej na świecie wyszkolonymi żołnierzami do walki w przestrzeniach zamkniętych.

Z czasem misje powierzane komandosom SEAL oddalały się coraz bardziej od wody, w której zaczynali jako płetwonurkowie. Dzisiaj w Afganistanie żartują sobie, że najbliższa woda jest w CamelBak, plastikowym, noszonym na plecach bukłaku z przypominającym słomkę wężykiem, przez który się pije. Płetwonurkowie działają teraz daleko od jakiegokolwiek morza.

Niczym samurajowie z minionych wieków, komandosi są często przywiązani emocjonalnie do posiadanych noży i broni palnej. Niektórzy nadal noszą spyderco, choć większość z nich woli pięcioipółcalowy nóż Benchmade. To trzecia ręka, wykorzystywana do przecinania lin, rozcinania torebek z jedzeniem, a czasami unieszkodliwiająca po cichu wroga.

Bardzo niewiele broni, jaką posługują się komandosi, jest w wersji standardowej. W powszechnym użyciu jest zmodyfikowany karabinek M-4, choć te modyfikacje są równie indywidualne jak sami żołnierze. Strzelby są często używane w pomieszczeniach zamkniętych, zwłaszcza remingtony 870, tak zwane pompki. SIG sauer kalibru .45 jest uważany za niezbędną broń pomocniczą. "Nic tak nie stopuje, jak czterdziestkapiątka", powiedział nam jeden z komandosów. Sauer zastąpił M1911 A1, który nie wytrzymywał zanurzeń w słonej wodzie. Beretta 92-F, nazwana na cześć Chucka Fellersa, komandosa SEAL, to kolejna ulubienica.

Komandosi mają często w domach całkiem pokaźne kolekcje broni. Oręż jest ich narzędziem pracy, przynależy do ich fachu, niemniej ma także najwyraźniej totemiczne znaczenie. Większość zbiorów liczy po kilkadziesiąt sztuk, a wiele po kilkaset.

Wyjątkowa wytrzymałość na ból jest typowa dla komandosów - podobnie jak zdolność panowania nad emocjami, zwłaszcza nad strachem. Po jednym z ćwiczeń na treningu któryś z komandosów powiedział do kolegi: "Krwawisz". Ten drugi, trochę zaskoczony i trochę zaciekawiony, odpowiedział: "Tak? A skąd?".

Kolega wskazał na strużkę krwi spływającą mu po nodze.

Kiedy opowiedzieliśmy tę historię innym komandosom, wzruszali ramionami. No i co z tego?

Najwięcej opowieści dotyczy stosunku komandosów do dzwonu podczas BUD/S. Uderz w dzwon, a natychmiast wypadasz z oddziału. Oficjalnie nosi to nazwę "odejścia na żądanie".

Dzwon towarzyszy im bezustannie w trakcie szkolenia podstawowego. Przy posiłkach. Na torze przeszkód. Na placu ćwiczeń określanym jako "maszynka do mięsa". W czasie długich biegów po plaży jest wieziony na skrzyni ciężarówki. Na morzu znajduje się w pobliskiej łodzi. Zawsze w zasięgu ręki dla każdego, kto chce dać znać, że ma już dość, że kończy z tym.

Kiedy uczestnicy szkolenia biegną z ciężkimi kłodami na ramionach albo zmagają się w falach z hipotermią, instruktorzy drażnią się z nimi, powtarzając: "Wystarczy, że zadzwonisz. Pączki i gorąca kawa już na ciebie czekają".

"Ten dzwonek istnieje z jednego powodu: kiedy bierzesz udział w prawdziwej walce, nie ma żadnego dzwonka - powiedział nam jeden z instruktorów. - Chcemy wiedzieć, kto [go] potrzebuje, a kto nie".

W skład komanda Foki wchodzą wyłącznie żołnierze, którzy widzieli dzwonek, słyszeli jego żałobny dźwięk, ale odmówili zadzwonienia. Nie mieli zamiaru się poddawać.

W blisko pięćdziesięcioletnim istnieniu oddziałów SEAL żaden z komandosów nigdy się nie poddał ani nie został wzięty do niewoli. Dzwonek w ich mitologii i w ich życiu zrobił swoje.

To nie przypadek. To wynik długiego łańcucha szczęśliwych zbiegów okoliczności w ewoluowaniu komanda Foki. To subkultura wykuta młotem bolesnych doświadczeń.

Nasza opowieść zaczyna się na pogrążonej w mroku plaży, słabo oświetlonej księżycem.

1 Plank Owner - ang. - dosłownie właściciel deski (w domyśle pokładu statku); w żargonie marynarskim uczestnik pierwszego rejsu; członek pierwszego składu załogi.

 

Rozdział 1 Podwodne początki oddziałów SEAL

Fort Pierce znajduje się na serpentynowej, piaszczystej wyspie rafie, kilka godzin na północ od Palm Beach na Florydzie. Gdyby nie ogrodzony siatką rząd bunkrów i budynków marynarki wojennej oraz niewielka osada z tanim sklepem wielobranżowym i kilkoma barami miejsce byłoby zupełnie wyludnione i opustoszałe. Pewnej zimowej nocy w 1942 roku wyspa oglądana z morza jawiła się jako bezludny pas ziemi z rzędem palm omywanych falami Atlantyku - zupełnie tak samo mogli ją widzieć hiszpańscy odkrywcy przed wiekami. Na brzegu nie było widać świateł, a w poświacie księżyca nie majaczyły żadne zabudowania.

Z przypływem zjawili się tam mężczyźni o pomalowanych na czarno twarzach z butlami tlenowymi na plecach, którzy wyszli z morza na pustą plażę. Natknęli się na ogromne kozły z betonu i druty kolczaste, pomalowane tak, by nie było ich widać w ciemnościach.

Płetwonurkowie bez słowa zajęli się wyznaczonym zadaniem i przedzierali się przez zawalidrogi.

Wkrótce jednak znalazł ich snop światła latarki. Jakiś oficer przekrzykiwał szum fal: "Bosmanie, pańscy ludzie będą musieli spróbować tego jeszcze raz".

Ćwiczenia pierwszych oddziałów niszczenia podwodnego, wchodzących w skład marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych trwały od tygodni. Mężczyźni, znani jako płetwonurkowie, trenowali oczyszczanie plaży z przeszkód i przyczepianie min dywersyjnych do wrogich jednostek pływających.

Niecały rok wcześniej Japończycy zaatakowali bazy marynarki wojennej, piechoty morskiej i armii Stanów Zjednoczonych w Pearl Harbor na Hawajach, przemocą wciągając USA w drugą wojnę światową. Atak z zaskoczenia we wczesny niedzielny ranek, kiedy większość żołnierzy spała lub pełniła służbę, nastąpił dwufalowo, a wzięło w nim udział w sumie trzysta pięćdziesiąt japońskich bombowców, myśliwców i innych samolotów szturmowych. Dwa tysiące czterystu trzech Amerykanów (w tym cywilów) straciło życie owego 7 grudnia 1941 roku, nieprzyjaciel zatopił lub wywrócił do góry dnem cztery pancerniki, zatopił trzy krążowniki i trzy niszczyciele (krążowniki i niszczyciele zostały potem wyciągnięte i odremontowane) razem z wieloma trałowcami i jednostkami pomocniczymi. Cztery inne pancerniki zostały na tyle poważnie uszkodzone, że wypłynęły ponownie w morze dopiero w następnym roku. Zgodnie z zapisami w archiwum marynarki wojennej USA z czterystu dwóch samolotów stacjonujących tamtego dnia na Hawajach napastnicy zniszczyli sto sześćdziesiąt dziewięć, a sto pięćdziesiąt dziewięć uszkodzili, z czego większość na lotniskach. Japończycy stracili dwadzieścia dziewięć samolotów i żadnego okrętu. Była to największa klęska Amerykanów w historii marynarki wojennej.

* * *

Tymczasem marynarka wojenna opracowywała już nowe techniki desantu morskiego. Rzeź na siłach brytyjskich usiłujących dokonać inwazji na wrogie plaże Turcji w ramach kampanii o Gallipoli w czasie pierwszej wojny światowej zaabsorbowała umysły kadry oficerskiej. Wiedzieli, że następna wojna będzie oznaczała masy ludzi na plażach pod miażdżącym ostrzałem.

Na pięć miesięcy przed japońskim atakiem dowództwo marynarki poleciło podporucznikowi Lloydowi E. Peddicordowi analizę przydatności pływaków, wybranych spośród marynarzy, do oględzin raf, fortyfikacji i innych przeszkód utrudniających desant marynarzy i piechoty morskiej. Takie oddziały rozpoznania miały przemieszczać się niezauważenie w wodach nieprzyjaciela i zbierać materiał wywiadowczy, możliwy do zdobycia jedynie z poziomu morza przez wyszkolonych obserwatorów. Peddicord zwracał uwagę na to, że obserwacje z powietrza umocnień nieprzyjaciela dostarczały jedynie obrazów widzianych z góry, nie z wysokości plaż. (Później, w 1943 roku jego opinia okazała się wyjątkowo trafna. Piechota morska otrzymała rozkaz zajęcia wyspy Tarawa, będącej w rękach Japończyków. Zdjęcia z samolotu obserwacyjnego wskazywały, że poziom wody nad rafami był wystarczający, by barki desantowe bez problemu nad nimi przepłynęły. Ale fotografie zrobiono w czasie niemal pełnego przypływu. Przy odpływie rafy stały się zaporami, które uwięziły barki setki metrów od brzegu pod morderczym ogniem karabinów maszynowych. Marines, uciekający z tkwiących w pułapce barek, wskakiwali do wody, sięgającej im do pasa i bez osłony brnęli ku brzegowi, stanowiąc bezbronny cel dla Japończyków. Śmierć zebrała obfite żniwo).

Raport Peddicorda wędrował z mozołem ku coraz wyższym szczeblom sztabowym, kiedy nastąpił niespodziewany atak Japończyków 7 grudnia 1941 roku, co bardzo ponagliło opieszałe dowództwo marynarki do zainteresowania się nowymi metodami wywiadowczymi. W sierpniu 1942 roku Peddicord miał już ośrodek szkoleniowy w Little Creek w Wirginii. Peddicord ochrzcił nową jednostkę mianem Navy Scouts and Riders (zwiadowcy i komandosi marynarki wojennej). Wiele dziesięcioleci później Little Creek stanie się jedną z baz komanda Foki.

W tym samym czasie dowództwo wojsk lądowych i marynarki wojennej otworzyło na Florydzie w Fort Pierce wspólny ośrodek szkoleniowy Amphibious Scout and Raider School (szkoła zwiadowców i komandosów wodno-lądowych). Już na początku pojawiły się trudności w panowaniu nad wybranymi, wyjątkowymi mężczyznami. Niektórzy z nich o włos uniknęli sądu wojskowego po porwaniu w Miami admirała, co było bożonarodzeniowym wygłupem.

Jednym z pierwszych rekrutów Peddicorda był zawodowy gracz w futbol amerykański z drużyny Cleveland Rams, Phil H. Bucklew, który wstąpił do marynarki następnego dnia po ataku na Pearl Harbor. Po latach będzie uznawany za "ojca specjalnych działań wojennych marynarki", a tym samym za "dziadka komanda Foki".

Wysoki i ciemnowłosy, miał nawyki godne uczonego (rzeczywiście po wojnie zrobił doktorat na Uniwersytecie Columbia).

Kariera Bucklewa sięga początków morskich działań specjalnych. W listopadzie 1942 roku, uprzedzając desant aliantów w ramach operacji Torch, wpłynął do nieprzyjacielskiego portu w Afryce Północnej, żeby poprzecinać sieci blokujące drogę okrętom podwodnym i przyjrzeć się lotnisku. Latem 1943 roku Bucklew pływał małą łodzią u wybrzeży Sycylii, największej włoskiej wyspy okupowanej przez nazistów. Dzięki lornetce zebrał niesłychanie ważne informacje wywiadowcze o obronie plaży, które okazały się bezcenne dla desantu aliantów w lipcu 1943 roku. Jego raporty ocaliły wiele istnień i zwiększyły szanse na zwycięstwo.

Rola, jaką Bucklew odegrał w dniu inwazji na Normandię, uczyniła z niego legendę w historii morskich działań specjalnych. Pół roku przed największym w historii ludzkości desantem Bucklew i jeszcze jeden zwiadowca z marynarki wojennej wyskoczyli z niewielkiej łodzi niecały kilometr od wybrzeży Francji i płynęli w zimnych, zdradzieckich wodach Atlantyku. Działo się to w styczniową noc w 1944 roku. Niemieckie bunkry i fortyfikacje majaczyły przed nimi, gdy wykopywali piach z plaży w tę bezksiężycową noc. Bucklew wsypał piach do niewielkiej torby i popłynął z powrotem w kierunku ledwie widocznej łodzi.

Piasek był bardzo cennym ładunkiem.

Już w Anglii alianccy planiści badali piach, żeby sprawdzić, czy wytrzyma ciężar czołgów i innych pojazdów gąsienicowych. Wytrzymywał. Ta sama plaża otrzymała wkrótce kryptonim Omaha i była potem miejscem najkrwawszych walk w czasie inwazji.

Innej ciemnej nocy Bucklew i jego kolega, z którym pływał, ponownie opuścili suchy pokład łodzi i popłynęli w stronę skalistego wybrzeża Francji. Często pojawiające się patrole niemieckie były dla nich dużym zagrożeniem. Przez wiele godzin ukrywali się na plaży, zbierając próbki piasku i obserwując ruchy nieprzyjacielskich oddziałów. Poznali harmonogram patroli, a także liczbę żołnierzy i rodzaj ich uzbrojenia. To również okazało się żywotną informacją wywiadowczą dla szykowanego desantu podczas D-Day.

W samym dniu rozpoczęcia inwazji Bucklew w niewielkiej łodzi był tam znowu i wspierał pierwszą falę czołgów zjeżdżających na plażę Omaha, tę samą, na której dokonywał rozpoznania niecałe sześć miesięcy wcześniej. Jego łódź ostrzeliwał niemiecki karabin maszynowy, rzucały nią fale wzburzonego morza. Wokół pod zdającym się nie mieć końca ogniem artyleryjskim eksplodowały lądujące jednostki. Gdy pociski wroga wzbijały w górę słupy wody, sięgał przez burtę do wody czerwonej od krwi i wciągał na pokład żołnierzy, ratując w ten sposób wielu z nich przed utonięciem.

* * *

Bucklew wystąpił po wojnie z marynarki wojennej, poślubił ukochaną z młodości i przystosował się do życia doktoranta na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Jak niejeden weteran tęsknił za pozorami przedwojennej normalności. Był za stary i zbyt wyniszczony, żeby grać zawodowo w futbol amerykański, poza tym przekonał się, że wiele przedwojennych drużyn przestało istnieć.

Wkrótce zew morza ponownie rozległ się w jego uszach. Kiedy wrócił do marynarki wojennej w 1948 roku, stał się świadkiem akcji w Korei i innych częściach Azji.

Później, gdy zbliżał się czas odejścia na emeryturę, w 1962 roku odebrał telefon. Poproszono go o objęcie dowództwa nad nową jednostką o nazwie Naval Special Warfare Group One (grupa pierwsza morskich działań specjalnych), której utworzenie zatwierdził właśnie prezydent John F. Kennedy. Oprócz dwóch Underwater Demolition Teams (oddziałów niszczenia podwodnego) i Boat Support Unit (jednostki wsparcia łodziami), które dobrze znał, dowodzenie obejmowało zupełnie nową formację - Oddział Pierwszy SEAL.

* * *

W czasie kilku lat skróconej prezydentury Johna F. Kennedy'ego mnóstwo się działo: podjęto wyzwanie, jakim było lądowanie człowieka na Księżycu, zmniejszono podatki, czego skutkiem stał się niesamowity rozwój gospodarczy w latach sześćdziesiątych XX wieku, utworzono także US Navy SEAL - komando Foki.

Skrót SEAL oznacza Sea (morze), Air (powietrze), Land (ziemia). Młody prezydent wyobrażał sobie sprawne komando mogące śledzić, namierzać i zabijać na całym świecie, działające z okrętów, okrętów podwodnych i samolotów marynarki wojennej.

W trakcie drugiej wojny światowej Kennedy służył w marynarce - dowodził na Pacyfiku niewielkim, szybkim kutrem PT. Widział na własne oczy brutalne walki z japońską marynarką i niemal zginął, gdy jego kuter został staranowany przez niszczyciel Amagiri. Przeżył razem z załogą dzięki ucieczce i ukrywaniu się w dżunglach Azji, zajmowanej przez wroga. Podobnie jak wielu demokratów i republikanów w tamtych czasach, pojmował zagrożenie, jakim był radziecki komunizm, orientował się też w przerażająco wysokiej cenie, jaką płacono za eskalację wojny w Wietnamie.

Dlatego w 1962 roku podpisał akt powołania nowego typu jednostki złożonej z płetwonurków, komandosów SEAL. Nie minęło wiele czasu i komandosi zaczęli otrzymywać zadania, tak samo jak kiedyś Bucklew, na wybrzeżach nieprzyjaciela, wykonywane pod osłoną nocy.

* * *

Kapitanowi Bucklewowi nie spodobało się to, co zobaczył w Wietnamie Południowym w 1964 roku. Żołnierze armii Wietnamu Północnego i jej partyzanckiego ramienia, Wietkongu, bez przeszkód schodzili na plaże Południa i przemieszczali się ze sprzętem i z zaopatrzeniem. Wojska Wietnamu Południowego zjawiały się albo za późno, albo nie zjawiały się wcale, a sojusznicze okręty wojenne były źle wyposażone i kiepsko dowodzone. Sojusznik Ameryki nie potrafił zatrzymać północnowietnamskich sił na lądzie ani na morzu.

Jeśli Stany Zjednoczone nie podjęłyby szybko jakichś działań, doszłoby do komunistycznej inwazji na tereny sojusznika. Demokratycznie wybrani przywódcy, wioskowa starszyzna i nauczyciele zostaliby zabici albo zesłani do obozów "reedukacyjnych", mniejszości narodowe złożone z Chińczyków i Hmongów stałyby się obiektem prześladowań i mordów, naród czekałoby zniewolenie. Żywność i edukację, jeśli byłyby w ogóle zapewniane, rozdzielano by na zasadzie politycznego klucza. A obietnice złożone przez Amerykę sojusznikowi okazałyby się płonne - co odstręczałoby innych sprzymierzeńców od polegania na Stanach Zjednoczonych. (I w rzeczy samej miało dojść do tego wszystkiego w 1975 roku). Nikt nie musiał tego tłumaczyć Bucklewowi, ryzyko było powszechnie znane.

Bucklew zaproponował całkowitą blokadę wybrzeża przez amerykańską marynarkę, czego zresztą spodziewali się po nim przełożeni.

Reszta sławnego dzisiaj "raportu Bucklewa" była bardziej kontrowersyjna. Sugerował bowiem, żeby jednostki do operacji specjalnych - w tym oddział SEAL - wykorzystano do patrolowania i urządzania zasadzek na komunistycznych najeźdźców wzdłuż rzek Mekong i Bassac, wpływających na zachodnie terytorium Wietnamu Południowego z Kambodży. Na obu tych krętych rzekach roiło się od płaskodennych łodzi, sampanów i dżonek, wiozących ryby i ryż na targowiska działające na błotnistych brzegach. Wszystkie te pływające środki transportu nadawały się idealnie do szmuglowania partyzantów i broni. Między łodziami miejscowej ludności nie można było wykryć z powietrza ruchów nieprzyjaciela. Jedynie na lądzie albo w płytkiej wodzie można było powstrzymać intruzów.

Dowództwo marynarki wojennej najlepiej czuło się w tradycyjnej "taktyce niebieskiej", polegającej na patrolowaniu i walce na głębokich wodach oceanów. Wysyłanie sił morskich daleko od okrętów oceanicznych wydało się wielu dziwne i nowatorskie. Czy do takich zadań nie była przeznaczona piechota morska?

Amerykańska marynarka szybko przepędziła północnych Wietnamczyków z Morza Południowochińskiego, dlatego nieprzyjaciel przemieścił się na niestrzeżone rzeki, co przewidział Bucklew.

Dlatego komandosi SEAL ruszyli za wrogiem na niewielkie, ocienione dżunglą rzeki. Ich zadaniem przestało już być usuwanie przeszkód z plaż przed zakrojonymi na dużą skalę inwazjami z morza, odeszli daleko od niebieskich wód, tradycyjnego pola działania marynarki i znaleźli się na błotnistych wodach, gdzie tłumili rewoltę w dżunglach Wietnamu i Kambodży. Tam, wśród drzew i rojów komarów, gdzie Wietkong ukrywał się za ociekającą wodą roślinnością, komandosi byli zdani wyłącznie na siebie.

* * *

Jednym z nich był Michael Thornton.

Thornton, wchodzący od niedawna w skład Oddziału Pierwszego SEAL, przybył do Azji Południowo-Wschodniej 1 stycznia 1970 roku. Kiedy wysiadł z samolotu, poczuł upał niczym z otwartego piekarnika.

Już po kilku dniach został skierowany w górę kraju. Przemieszczał się na pontonach i zaczajał wśród wysokiego zielska, gdy czekał, aż oddziały nieprzyjaciela znajdą się przed lufą jego karabinu. Przez następne dwa lata, podczas gdy amerykańska opinia publiczna tkwiła w przekonaniu, że wojna w Wietnamie dobiega końca, razem z kolegami z oddziału urządzał zasadzki na żołnierzy z armii Wietnamu Północnego. (Okryci złą sławą partyzanci z Wietkongu praktycznie wyginęli i przestali się liczyć jako walcząca siła po totalnej klęsce w czasie ofensywy Tet w 1968 roku). Wróg był doskonale wyszkolony (często przez radzieckich doradców), zdyscyplinowany i odważny. Poza tym komuniści również zastawiali pułapki, przez które Thornton nieraz otarł się o śmierć.

Thornton służący pod rozkazami porucznika Thomasa R. Norrisa, razem z trzema żołnierzami południowowietnamskich sił specjalnych (znanych jako LDNN - Lien Doc Nguoi Nhia), został skierowany na misję, która zdefiniowała jego służbę i jest ilustracją śmiałej, nowej roli komandosów SEAL.

Norris był już wtedy legendarną postacią wśród komandosów. Z wysuniętej bazy operacyjnej na północy Wietnamu Południowego dowodził pięcioosobową drużyną, która miała zlokalizować pilota zestrzelonego 10 kwietnia 1972 roku. Przez całą noc ludzie Norrisa przeczesywali teren, na którym aż roiło się od sił Wietnamu Północnego. O świcie odnalazł pilota i odprowadził go bezpiecznie do bazy. Komuniści zamanifestowali swoje niezadowolenie zmasowanym ogniem z moździerzy i atakiem rakietowym na mały przyczółek, osłaniany workami z piaskiem. Jedynie całodobowe wsparcie z powietrza tego posterunku na peryferiach uniemożliwiało zajęcie go przez zdeterminowanego nieprzyjaciela.

Norris wiedział, że Wietnamczycy z Północy szukają drugiego pilota. Następnego dnia poprowadził dwa kolejne patrole w zielone ostępy będące domeną nieprzyjaciela. Bez wyniku. Drugi pilot nadal był zaginiony, a Norris i jego ludzie ledwie uszli z życiem.

Postanowił spróbować ponownie 12 kwietnia. Razem z odważnym żołnierzem z sił Wietnamu Południowego przebrali się za wietnamskich rybaków i wypłynęli starym sampanem, miejscową drewnianą łódką. Manewrując łodzią przez całą noc, znaleźli w końcu rannego pilota. Ale Wietnamczycy z Północy patrolowali brzeg rzeki. Norris zakrył pilota zielskiem i bambusami, po czym skierował łódkę na wody zamulonego strumienia. Wykazując się niewiarygodną brawurą, płynął, mijając północnowietnamskie patrole. Kiedy cała trójka schodziła z sampana niecałe dwa kilometry od bazy, Norris usłyszał charakterystyczny terkot radzieckiego karabinu maszynowego. Upadł na pokład, podczas gdy kule kosiły liście nad jego głową. Wpadli w zasadzkę. Ukryty w zaroślach, niezrażony zaczął domagać się ataku z powietrza w pobliżu własnej pozycji. Kilka sekund po tym, jak wybuchy zakołysały dżunglą, Norris, pilot i żołnierz południowowietnamski zaczęli się przedzierać do bazy. Dym i wzbijane w powietrze grudy ziemi dawały im chwilową osłonę. Ale to nie trwało długo. Musieli biec, bo od tego zależało ich życie. Pokonali niemal kilometr dżungli, zanim nieprzyjaciel otrząsnął się i wznowił ostrzał.

Udało im się, choć nad głowami świstały kule. Norris został potem odznaczony Medalem Honoru za odwagę wykazaną tamtego dnia.

Pięć miesięcy później Norris przygotowywał misję, która miała zaprowadzić go na tereny, gdzie wcześniej niemal stracił życie. Tym razem chciał zabrać ze sobą Thorntona.

Norris pokazał palcem na mapie północnowietnamską bazę nad rzeką Cua Viet, na poszarpanym wybrzeżu południowowietnamskiej prowincji Qu?ng Tri. Był 31 października 1972 roku, a Thornton wiedział, że ta halloweenowa misja miała najprawdopodobniej być ostatnią operacją SEAL w Azji Południowo-Wschodniej. Liczba komandosów pozostających w Wietnamie zmniejszyła się z kilku setek w 1966 roku do zaledwie kilkunastu w 1972 roku.

Misja była prosta i niebezpieczna: mieli wziąć do niewoli Wietnamczyków z Północy na zabagnionym terenie w dżungli, zaledwie kilka kilometrów od granicy z Wietnamem Północnym i zdobyć informacje wywiadowcze. Choć lądowali w Wietnamie Południowym, cały tamten obszar znajdował się w rękach komunistów. Liczba Wietnamczyków z Północy okazała się znaczna, teren bez przerwy patrolowali żołnierze uzbrojeni w karabiny maszynowe i granatniki przeciwpancerne. Artyleria i czołgi mogły znajdować się w pobliżu.

Musieli przemieszczać się bezgłośnie i bez zostawiania śladów. Gdyby ich odkryto, przy sporej dozie szczęścia szybko by umarli. Dostanie się w ręce Wietnamczyków z Północy oznaczało tortury i zniknięcie w koszmarnych obozach jenieckich. Na tym etapie wojny Wietnam Północny nie uwolnił ani jednego jeńca, a tylko nielicznym udało się uciec. Ryzyko było ogromne, dlatego komandosi usłyszeli, że mogą się wycofać. Ale nikt tego nie zrobił.

* * *

Naruszona zębem czasu dżonka zabrała ich w głąb nieprzyjacielskiego wybrzeża. Komandosi kryli się przed komunistycznymi samolotami patrolowymi. Warkot diesla przymocowanego za rufą i zawodzenie wiatru w lichych żaglach towarzyszyły im przy posuwaniu się na północ, podczas gdy słońce wędrowało po rozgrzanym do białości niebie.

Po zachodzie słońca oddział dotarł do celu. W parnym mroku napompowali niewielki ponton i przywiązali go z boku dżonki. Ostrożnie przenieśli potem broń i sprzęt na kołyszącą się na wodzie łódkę i sami na nią wsiedli.

W dali majaczyła linia wybrzeża znaczona ciemną gęstwiną drzew. Kiedy wiosłowali w jej kierunku, nie mieli pojęcia, czy nie zauważyły ich czujki nieprzyjaciela.

Mając jeszcze niecałe dwa kilometry przed sobą, komandosi pochowali potrzebne rzeczy do wodoodpornych kamizelek taktycznych i zsunęli się do wody. Płynęli z pełnym obciążeniem, zmagając się z falami i prądami morza czarnego jak atrament.

Wypełzli na brzeg pod tropikalnym niebem usianym gwiazdami, które daleko od elektrycznego światła były tak liczne i jasne jak cukier rozsypany na czarnym obrusie. Porozumiewali się wyłącznie gestami.

Słyszeli rozmowy północnowietnamskich żołnierzy i widzieli ich przy ogniskach, pijących herbatę i opowiadających dowcipy. Czołgali się powoli przez zarośla, często się zatrzymując, żeby nie tworzyć wzoru odgłosów.

Brzask zastał ich głęboko w dżungli, w chwili gdy Norris pochylał się nad mapą. Dowódca szybko się zorientował, że prąd morski zniósł ich zbyt daleko na północ. Tak naprawdę znajdowali się w Wietnamie Północnym. A tam nie było szansy na pomoc i ratunek.

Norris postanowił, że będą się czołgać z powrotem w kierunku wybrzeża. Blisko plaży mogli posłużyć się kompasem, żeby wyznaczyć trasę na południe. Jeśli dopisałoby im szczęście, nie natknęliby się na komunistyczne patrole i dotarli jakoś do wody.

Ale ich zasób szczęścia już się wyczerpał.

Wkrótce zostali zauważeni przez oddział Wietnamczyków z Północy, liczący pięćdziesięciu żołnierzy. Wietnamczycy od razu zaczęli do nich strzelać z AK-47 i pociski siekały palmowe pnie.

Thornton i pozostali komandosi znajdowali się na wrogim terytorium, a nieprzyjaciel przewyższał ich liczebnie. Odpowiedzieli ogniem. Biegli i strzelali, zatrzymując się jedynie po to, żeby przeładować broń. Komandosi parli w kierunku wybrzeża. Ta walka w biegu trwała ponad pięć godzin.

Wkrótce nieprzyjaciel znalazł się w odległości umożliwiającej rzucanie granatów. Wybuch ogłuszył Thorntona, odłamek rozciął mu nogę. Spodnie moro nasiąkły krwią. Mimo to musiał biec, bo alternatywą była śmierć. Przyklęknął, żeby wycelować w napastników.

Jeden z północnowietnamskich komandosów podczołgał się do Thorntona. Sytuacja znacznie się pogorszyła. Norris został postrzelony w głowę, a Thorntonowi powiedziano, że dowódca nie żyje.

Teraz Thornton musiał podjąć decyzję. Norris znajdował się w odległości co najmniej pięciu boisk piłkarskich za nim i najprawdopodobniej nie żył. W głowie Thorntona rozlegała się jednak mantra komandosów SEAL - "Nie zostawiać ludzi za sobą".

Mimo ran przedarł się przez porośnięty krzakami teren, skupiając na sobie ogień żołnierzy nieprzyjaciela.

Znalazł Norrisa w kałuży krwi. Kiedy Thornton usiłował go przesunąć, Norris drgnął. Żył. Choć ledwo ledwo.

Thornton podniósł go i potykając się, ruszył w stronę plaży.

Kolejny wybuch zwalił obu komandosów z nóg. To był ostrzał artyleryjski, prawdopodobnie z amerykańskiego krążownika płynącego po przybrzeżnych wodach.

Thornton wstał z trudem i zarzucił sobie Norrisa na plecy.

Ponownie skierował się ku plaży. Kule ze świstem mijały kuśtykający duet. Wróg strzelał z coraz mniejszej odległości.

Thornton skrzywił się. Północnowietnamska kula przebiła mu mięsień nogi na wylot, utaczając z niego jeszcze więcej krwi. Był teraz ranny w obie nogi.

Ale nie przestawał iść. Jakimś cudem.

Na brzegu znalazł rannego komandosa z Wietnamu Południowego. Kolejny towarzysz broni. Thornton wciągnął obu kolegów w fale oceanu. Walczył ze wzbierającym przypływem, podczas gdy kule rozbryzgiwały wodę wokół niego.

Mając nad głową palące słońce, Thornton musiał zachować przytomność i utrzymywać siebie, i kolegów na powierzchni wody, żeby mogli oddychać. To nie było łatwe. Wszyscy trzej byli potencjalnie śmiertelnie ranni, a przez otwarte, krwawiące rany wysączała się siła, potrzebna do zmagania się z bezlitosnymi falami i okrutnym słońcem. Biorąc pod uwagę ilość krwi w wodach tropiku, atak rekinów był bardzo prawdopodobny.

Dwie godziny dryfowali na otwartym oceanie, zanim nadeszła pomoc. Marynarze z tej samej dżonki, z której zeszli poprzedniej nocy, wciągnęli ich na pokład. To niesamowite, ale wszyscy trzej żyli.

Ta historia, podobnie jak wszystkie opowieści komandosów SEAL, ma epilog.

Niemal dokładnie rok później Thornton został wezwany do Waszyngtonu na ceremonię udekorowania Medalem Honoru, najwyższym odznaczeniem narodowym. Chciał jednak, żeby Norris, który był w trakcie niemal trzyletniego cyklu operacji, mających przywrócić mu pełnię zdrowia po postrzale w głowę, uczestniczył z nim w uroczystości w Białym Domu. Norris przebywał kilka kilometrów od Białego Domu w szpitalu marynarki wojennej w Bethesda, ale lekarze stanowczo się temu sprzeciwili. Przemieszczanie pacjenta było zbyt ryzykowne.

Thornton odwiedził dawnego dowódcę w szpitalu. Usiadł przy jego łóżku. Rozmawiali. Kiedy zaczęła się nocna zmiana, Thornton ostrożnie posadził Norrisa na podsuniętym wózku inwalidzkim i wywiózł go ze szpitala. Nikt ich nie zatrzymywał. Thornton właśnie porwał mężczyznę, którego ocalił.

Popołudniem następnego dnia, 15 października 1973 roku, Thornton i Norris stali ramię w ramię w Białym Domu. Prezydent Richard Nixon zawiesił błękitną wstęgę ze złotym medalem na szyi Thorntona i zapytał:

- Czy mogę coś dla pana zrobić?

- Panie prezydencie - odpowiedział Thornton - mógłby pan przełamać ten medal na pół, bo druga połowa należy się człowiekowi, który stoi obok mnie?1?.

Miał na myśli Norrisa.

Znacznie później życzeniu Thorntona stało się zadość, choć jego medal nie został przepołowiony. Prezydent Gerald R. Ford 6 marca 1976 roku odznaczył Norrisa Medalem Honoru za uratowanie dwóch pilotów w 1972 roku.

Wiele razy pytano Thorntona: "Dlaczego to zrobiłeś?". Zawsze mówił wtedy mniej więcej to samo, co powiedział dziennikarzowi z gazety "Virginian Pilot": "Kochaliśmy się, dawaliśmy siebie i rozumieliśmy się wzajemnie - na tym polega przynależność do oddziału SEAL... Jeden za drugiego poświęciłby życie".

Tylko raz w XX wieku zdarzyło się, żeby żołnierz odznaczony Medalem Honoru uratował życie drugiemu posiadaczowi tego wyróżnienia. Tak było jedynie w przypadku Thorntona.

* * *

Przed człowiekiem odznaczonym Medalem Honoru wszystkie drzwi stoją otworem. W 1979 roku Norris poszedł na spotkanie z dyrektorem FBI Williamem H. Websterem.

Norris miał nadzieję, że uda mu się przekonać dyrektora FBI do zatrudnienia go mimo ran wojennych. Webster okazał się człowiekiem bezkompromisowym, byłym sędzią federalnym, który na sali sądowej w Nowym Jorku zmusił do spuszczenia wzroku kilku bossów mafijnych. Jego nieugiętość wobec nacisków ze strony mafii i jej prawników zapewniła mu awanse i doprowadziła do tego, że prezydent Jimmy Carter powołał go na stanowisko dyrektora FBI. Webster rozważył ryzyko: nagłówki w gazetach mówiące, że odznaczony komandos nie nadawał się do FBI, a z drugiej strony postawienie na linii ognia człowieka, który może okazać się niezdolny do pełnienia obowiązków. W końcu Webster powiedział, że przyjmie go, jeśli Norris przejdzie wszystkie testy, podobnie jak zwykli agenci specjalni FBI.

Norris zaliczył wszystkie sprawdziany i służył potem przez dwadzieścia lat jako agent specjalny. W bazie komanda Foki w Coronado jednemu z budynków nadano jego imię.

* * *

Wraz z końcem wojny w Wietnamie Thorntonowi powierzono obowiązki starszego instruktora w ośrodku szkoleniowym SEAL w Coronado, na wyspie w zatoce San Diego. To właśnie tam odbywa się BUD/S.

Najbardziej diabelski trening na świecie zaczyna się na niewielkim terenie z jednopiętrowymi budynkami, ogrodzonym siatką. Tuż obok znajduje się słynny hotel w stylu wiktoriańskim, Del Coronado. Siedząc na jego okazałych werandach, goście sączący nieśpiesznie cappuccino mogą obserwować zmagania komandosów w przybrzeżnych falach. Beztroska życia cywilów jest wyraźnie widoczna w kontraście z utytłanymi w piachu, przemoczonymi komandosami, którzy szarpią się, by umocować linę do mokrej skały albo biegną po plaży z ciężkimi kłodami na ramionach.

Don Zub rozpoczął trening BUD/S w 1975 roku, został włączony do kursu 91. Tam właśnie poznał Thorntona.

W czasach Zuba istniał wyraźny subkulturowy podział między komandosami na tych, którzy służyli w Wietnamie jak Thornton, i "nowych facetów". Gdy trwała wojna, społeczeństwo cywilów odwróciło się od tradycyjnych ideałów samopoświęcenia, cierpliwości i wyrozumiałości, cnót mających zasadnicze znaczenia dla żołnierza. Samodyscyplina skarlała do postawy "wisi mi to wszystko". Te zmiany wystawiały na próbę nerwy wielu komandosów z pokolenia Thorntona. Zamieszki, zamachy bombowe, zabójstwa dokonywane w imię zbudowania nowego, radykalnego społeczeństwa potwierdzały jedynie ich obawy. Dlatego instruktorzy weterani wybijali z głów rekrutów nawet najmniejsze przejawy takiego myślenia. Mówili: "Jedyny łatwy dzień był wczoraj", co początkowo miało być wyzwaniem rzucanym zmianom zachodzącym w amerykańskim społeczeństwie. Rekrutom nie za bardzo się to podobało. "Powstał pewien rodzaj napięcia", przyznał Zub.

Praktycznie wszyscy instruktorzy byli weteranami z Wietnamu, jak Thornton. To twardzi mężczyźni zahartowani przez wojnę. "Widzieli śmierć wielu swoich braci - powiedział Zub. - Robili rzeczy, które dzisiaj nie uszłyby im na sucho. Byli bardzo profesjonalni, na samym szczycie zawodowstwa. Śmiertelnie niebezpiecznym szczycie".

Ich profesjonalizm i nieugiętość objawiały się w niezwykły sposób. Pewnego dnia Zub i kilku innych rekrutów brali zimny prysznic, żeby zahartować się przed treningiem w zimnych wodach Pacyfiku. Jeden z instruktorów nagłym szarpnięciem zerwał zasłonę kabiny Zuba i kopnął go w jądra. Zub zgiął się wpół z bólu. Instruktor warknął: "Gdybym skopał cię po jajach dziesięć razy, to myślisz, że za jedenastym razem byłoby inaczej?".

Instruktorowi chodziło o to, że szczękanie zębami z zimna pod prysznicem nie przygotuje nikogo do reżimu treningu w lodowatej wodzie. Sposób, w jaki zilustrował tę lekcję, co zresztą dzisiaj byłoby przestępstwem, nigdy nie został zapomniany.

* * *

Aparat oddechowy o obiegu zamkniętym, tak zwana oddycharka, jest produkowany we Francji przez firmę Emerson. To specjalnie skonstruowane urządzenie pozwala komandosom z US Navy SEAL nurkować na głębokość prawie dziesięciu metrów i płynąć niezauważenie pod powierzchnią morza. Niemniej posługiwanie się tym aparatem wymaga długiego szkolenia, bo nurek łatwo może się utopić. Zub i jego koledzy rozpoczęli serię treningów - nazywanych "ewolucjami" - z oddycharką w 1976 roku. Ćwiczyli w basenie, a potem w pobliskiej zatoce. Później trenowali w zatoce nocą. Każdy trening był trudniejszy od poprzedniego. Ostatecznie w maju 1976 roku nadszedł dzień, w którym mieli spróbować własnych sił z oddycharką na oceanie, co zawsze wiąże się z niebezpieczeństwem.

Oddział Pierwszy SEAL stał tamtego ranka na plaży na wyspie Coronado i patrzył na rozszalałe, dwuipółmetrowe fale rozbijające się z hukiem o skały. Wiatr smagał im twarze. "Nie ma sposobu, żebyśmy dzisiaj nurkowali", powiedział Zub do kolegi z oddziału.

Zapanowało milczenie. Czy instruktorzy naprawdę poślą ich na wzburzone morze? Czy ci zahartowani w Wietnamie szkoleniowcy byliby aż tak obłąkani? Wszyscy się nad tym zastanawiali, ale nikt nie ośmielił się zapytać.

Napięcie nie trwało długo. Mężczyźni zostali podzieleni na dwuosobowe zespoły i ustawieni w szeregu, w parach "pływackich partnerów". (Komandosi w czasie szkolenia zawsze są dzieleni na pary nazywane swim buddies - pływackimi partnerami). Woda była zimna. Prądy nieprzewidywalne, silne i nieznane.

Zub i jego kumpel pływacki przeżyli, stosując pewną strategię: włożyli do kieszeni kamizelek z osprzętem dodatkowe ciężarki ołowiane. Ciężar pociągnął ich głębiej i trzymał z dala od fal szalejących nad nimi. Miało to jednak swoją cenę. Musieli nieźle się natrudzić, żeby zahamować opadanie i nie zanurzyć się głębiej niż na dziesięć metrów, co oznaczałoby dla nich śmierć. Z kolei głębokość mniejsza od dziesięciu metrów spowodowałaby dostanie się we władanie fal, które roztrzaskałyby ich o skały, co również skończyłoby się śmiercią. Usiłowali płynąć na optymalnej głębokości.

Nie każda para zastosowała taktykę Zuba. Inni próbowali swoich szans w zmaganiu się z falami. To ryzyko nie wszystkim się opłaciło.

Kiedy Zub wyczołgał się z morza, widział instruktorów biegających nerwowo po plaży tam i z powrotem. Niepokój wyraźnie widniał na ich twarzach.

Jeden z nieobciążonych dodatkowo komandosów, oddzielony od swojej pary, wpadł w pułapkę rozszalałych fal. Jego ciało morze wyrzuciło na brzeg, bezwładne i nieruchome niczym dryfujące drewno.

Zub patrzył, jak instruktor stosował pierwszą pomoc. Ale bezskutecznie. Mężczyzna nie żył.

Tamtego wieczoru przy obiedzie komandosi zachowywali się wyjątkowo cicho. Nie dało się tego powiedzieć o instruktorach, między innymi o Thorntonie, którzy stali przy stole i szeptali nazwisko nieżyjącego komandosa. "Powtarzali bez końca, że umarł", powiedział Zub.

Każdy bardzo dobrze znał nieboszczyka. Trenowali razem z nim, spali pod jednym dachem. Niektórzy spotkali się z jego rodzicami, pochodzącymi z mało bezpiecznej dzielnicy wschodniego Los Angeles. Mężczyźni ciężko znosili poniesioną stratę, a instruktorzy pogarszali jeszcze sytuację.

Instruktorzy bowiem dawali im brutalną, ale konieczną lekcję: podczas treningu i w walce wasi koledzy z drużyny będą umierać. Lepiej się do tego przyzwyczaić. Sami instruktorzy widzieli śmierć swoich przyjaciół w wartkich nurtach, mrocznych dżunglach i spalonych słońcem polach ryżowych Wietnamu Południowego. Wiedzieli, że jeśli rekruci nie pogodzą się z faktem, że ceną walki jest ludzkie życie, będą bezużyteczni jako żołnierze.

Wiedzieli również, że przyszli komandosi łatwiej pogodzą się z perspektywą utraty własnego życia niż z ryzykiem śmierci kogoś z oddziału. Chodziło o to, żeby ich nauczyć, jak sobie radzić w obliczu straty przyjaciela lub kolegi z oddziału.

Jaki był tego cel? Zub tak to podsumował: "Co cię nie zabije, to cię wzmocni". Mimo wszystko jednak Zub nie lubił takich sytuacji.

Niemniej Thornton potrafił zahartować Zuba i jego kompanów. To ułatwiło przeistoczenie ich w komandosów SEAL.

* * *

W czasach gdy Zub przechodził szkolenie, istniała bardzo ostra rywalizacja pomiędzy komandosami SEAL stacjonującymi na Wschodnim Wybrzeżu i tymi z Zachodniego Wybrzeża. Obdarzali się nawet nawzajem paskudnymi przezwiskami. I tak "Rzygowiny ze Wschodniego Wybrzeża" rywalizowały z "Komandosami z Hollywood". Przez lata te przezwiska zaniknęły, a rywalizacja znacznie osłabła. Ale nadal istnieje.

Te antagonizmy między bazami wynikały z tego, że nie trwała żadna wojna, nie było misji, które zjednoczyłyby je i utrwaliły poczucie braterstwa.

To miało się jednak zmienić. Brodaci mułłowie i jak sami siebie określali "samotni wojownicy" przyczynili się do diametralnej zmiany komandosów SEAL.