Sielanka. Otwarte okno. Ja w nim jak na bocianim gnieździe. W dole zgniła zieleń podwórza, pod ścianą komórki maliny i pokrzywy, wyrośnięte, tykowate. Kasztan na środku rzuca skąpy cień, nie zakrywający mu nawet płowy pnia. Szare ściany budynku, ściany podwórka studni iskrzą szkłem szyb. Obok drzwi do sieni wózek z małą Anne, mała śpi. Jest niedziela. Na sznurku, przywiązanym przez nas do kasztana i jakiegoś gwoździa na naszym kurniku, ręczniki, spodnie, uprane rano w misce, w zimnej wodzie.
Te rzeczy na sznurku spełniają rolę siatki. Mario gra w siatkówkę z Januszem. A podwórko rolę boiska.
Mario w krótkich spodenkach i bluzce kolorowej, bez rękawów. Długie, podrapane i poparzone nogi. Piłka co chwila wpada w pokrzywy, jego śmiech, jakieś fragmenty słów w ich języku, przefruwa to wszystko przede mną, dźwięk jak od uderzenia promieniem słońca w metal, czyste powietrze, kryształowo.
Widzę te skaczące w powietrzu odgłosy. Taka dźwiękowo - wzrokowa fata morgana.
Janusz ciemny, opalony, dużo wyższy od małego. Naprzeciwko. Krzyczy do mnie żeby go zmienić.
Zmęczył go chłopak. Strasznie ruchliwy.
A on niewyspany. I w rękach kubły z czereśniami, a w nogach drabinę czuje.
Krótka przerwa w grze. Zastanawiam się czy warto zmieniać to cudowne miejsce w oknie na górze, pod słońcem na pot, nagle odkryty na czole Janusza.
Oni zatrzymani, z głowami uniesionymi do góry. W dłoniach Mario piłka. Nie mogę się zdecydować.
Wtem piłka wyskakuje w powietrze, sama jakby wyrwała się z rąk chłopca i szybuje do słońca, nie zdążyłem się uchylić.
Plaśnięcie w czoło, okulary odrywają się od głowy i spadają na murawę, jednocześnie z wracającą piłką.
Podbiega do nich Janusz, Mario. Podnoszą, oglądają. - Całe są - mówi Janusz. - Nie wolno tak, mogłeś zbić - karci po polsku Mario, który stoi chwilę, jakby nieruchomo, ale zaraz odwraca się w moim kierunku i woła: - Komm! Janusz!
Schodzę na dół, nakładam okulary. Janusz stoi obok. Przygląda się.
Mario podrzuca piłkę do góry, złośliwie wrzucam mu ją w pokrzywy, nie zauważa chyba tego, że złośliwie. Śmieje się. Całe podwórko zatłoczone od jego biegającej postaci.
Janusz stoi pod kasztanem. Dłonią przesłonił oczy. Gapi się w słońce.
- Wiesz - odzywa się do mnie po polsku. - Oni to mają jednak we krwi. Taki mały niby, wesoły, niewinny. Ale oni to mają we krwi. Zauważyłeś jak on to rzucił? Jakby nie wiedział, że rzuca. I potem śmieje się jakby nigdy nic. Nie pamięta.
- Zwykła zabawa. To przecież dziecko - mówię.
Ale coś mi przeszkadza w swobodnej grze. Normalnie brzmi śmiech chłopca. Czuję w sobie wczorajszy dzień na drzewach.
Chłopiec ma na imię Mario. Zwykły przypadek i w innej sytuacji po prostu nie zwróciłbym na to uwagi. Ale ja kiedyś czytałem opowiadanie Tomasza Manna "Mario i czarodziej". I właśnie teraz przypominam je sobie, dokładnie, całe.
Nie mówię o tym Januszowi, ale po paru minutach podskakiwania z piłką - rezygnuję. Ich bin müde - tłumaczę Mario, który nie może pogodzić się z utratą partnera i zawiedziony próbuje prosić mnie, a potem Janusza, by z nim jeszcze zagrać.
Szkoda mi go. Na tym podwórku tylko my grywamy z nim w piłkę. Oprócz jego siostry w wózku, którą Mario musi się zajmować, nie ma tu innych dzieci. Każde dziecko ma własne podwórko, na którym się bawi.
Uśmiecham się. - Zagram jeszcze z tobą. Ale pięć minut! - zastrzegam.
Mario podrzuca piłkę do góry... W drzwiach budynku pojawia się jego matka. - Mario! - woła. - Chodź na obiad!
- Nnieee! - marudzi Mario, ale zostawia posłusznie piłkę i wchodzi za nią do domu.