56 km
Dziś wychodzę wcześnie rano. To nie jest moja normalna pora. Robię tak, bo on powiedział, że tylko przed południem jest sam w domu. Z wielu względów nie mogę mu pozwolić przejść mi koło nosa. Mówię tu oczywiście o jego atrybutach fizycznych, nie mam pojęcia, jakim jest człowiekiem. Nie ma dla mnie znaczenia, co je, jaki jest jego ulubiony kolor, czego ostatnio słucha. Wymieniliśmy ze sobą co najwyżej kilka linijek czatu, tyle, ile trzeba było, żeby się umówić. Przystojny facet, 27 lat, 173 cm, 65 kg. Kutas ponad 18 cm. Tak przynajmniej napisał. To wszystko, co wiem. A, nie, wiem jeszcze jedno - mieszka w mieszkaniu 1605, w budynku 210, w kompleksie XY.
Jadę do niego metrem, siedzę spokojnie na swoim miejscu. Jakież to wielkie szczęście! Aż łzy napływają mi do oczu. Choćby nie wiem, jak pozytywnie się nastawiać, podróżowanie w ścisku, w samym środku ludzkiego roju, gdy możesz tylko trzymać się uchwytu pod sufitem, jest obrzydliwe. W takie dni jak dzisiaj, kiedy nie idzie mi najlepiej, utrzymanie się tylko na dwóch nogach to nie lada wyzwanie. Metro i tak jest o niebo lepsze niż autobus. Jeśli mam jechać autobusem i się przy tym nie przewrócić - uznaję to za cud. W autobusie czuję się, jakby mnie zamykali w klatce i złośliwie nią potrząsali.
To było jakieś dwa, może trzy lata od mojego przybycia tutaj. Nie było gdzie pójść, jedyne, co mi zostało, to włóczenie się pustymi ulicami do późna bez żadnego planu do momentu, w którym moje zmęczone ciało klapnie na przystanku. Nie było innego wyjścia, tylko iść przed siebie na oślep. Dla mnie nie było opcji, by wsiąść w autobus i pojechać do domu. Teraz już wiem, że metro potrafi mieć awarię, ale wtedy to było co innego. Ludzie jeden po drugim wsiadali do taksówek, ale mnie ze strachu nawet do głowy nie przyszło, żeby spróbować. Ciężko było mi nawet podnieść jedną rękę wysoko w górę, tak żeby kierowca mnie zauważył. To był czas, kiedy włosy stawały mi dęba już na samą myśl, że ktoś mógłby mi się przyjrzeć i zwrócić uwagę na to, jak trzymam ramiona. Nadal zresztą nie korzystam z taksówek, dokładnie z tego samego powodu. Prawdę mówiąc, raz zdarzyło mi się spróbować. Stanie przy drodze z wyciągniętą ręką skończyło się jednak na tym, że przerażony kierowca taksówki zakręcił ostro kierownicą i uciekł z piskiem opon. Bo z mojego przedramienia wystawał szpon... Nie, taksówki nigdy nie będą dla mnie.
W autobusie okazało się z kolei, że przy wejściu czekają na mnie strome schody. Wtedy nie było jeszcze niskopodłogowców. Pojawił się zatem kolejny problem: czy uda mi się wspiąć tak wysoko. Wszystkie wcześniejsze schody były łagodniejsze, skonstruowane dużo bardziej przyjaźnie. Nie było jednak wyboru, trzeba było powalczyć z grawitacją i wsiąść do środka. Kości o mało mi się nie posypały, ale jakoś się udało. Wydawało mi się, że już tylko zapłacę za przejazd i znajdę wolne miejsce, ale zanim udało mi się odetchnąć, kierowca wcisnął pedał gazu i chwilę potem moje ciało bezwładnie leciało przez cały autobus, po czym wylądowało pod jednym z siedzeń. Było całe w brudzie, pocie i krwi. Leżało w bezruchu, zupełnie zaskoczone, a mnie nawet do głowy wtedy nie przyszło, żeby się zawstydzić. Kierowca wycedził przez zęby jakieś przekleństwo, pasażerowie śmiali się w najlepsze. Nikt mi nie pomógł. Nie było mowy o tym, żeby wyciągnąć macki i się podnieść. To była ciężka chwila. Trudno było mi się skupić na tym, żeby zachować ludzką postać, w związku z czym moje członki wygięły się nienaturalnie, a pierś rozdęła jak balon. Musieli to zauważyć. Gdybyście byli odrobinę mniej odrażający, podnieślibyście się i pomogli. Nie pamiętam już, jak potem udało mi się wrócić do domu. Całe fragmenty pamięci zniknęły, jak cierń wyciągnięty z ciała. Pamiętam tylko leżenie na wznak na podłodze salonu. Ubranie i buty były w strzępach jak zwłoki kota rozjechanego przez samochód. Nie wytrzymały mojej prawdziwej postaci. Głód doskwierał mi tak bardzo, że ludzie powinni byli się wtedy zacząć bać o swoje życie.
Teraz też czuję głód. To właśnie powód, dla którego jadę całą drogę w wilgoci i smrodzie metra. Trzymam przed sobą duży, obszarpany plecak do górskich wycieczek. Mam w nim lśniące narzędzia, wszystkie pięknie poukładane. Młodzi kolesie zaspokajają mój głód. Kiedy wsłuchuję się w jednostajny stukot metra, w miarę jak pociąg delikatnie mnie kołysze, uspokajam się, potrafię nawet na chwilę zapomnieć o potrzebach ciała. To jak wsłuchiwanie się w odgłosy deszczu padającego za oknem. Zapadam w płytki sen. Przebywanie w jednym wagonie z ludźmi wywołuje u mnie napięcie. Teraz schodzi ono stopniowo.
Budzi mnie plecak spadający mi z kolan. Kiedy uderzył o podłogę rozległ się głuchy dźwięk. Ludzie przewrócili oczami i spojrzeli na mnie karcąco, a kiedy już wszyscy wiedzieli, skąd pochodził hałas, wrócili do swoich spraw. Podnoszę plecak, kładę go na kolanach tak, żeby leżał bezpiecznie i przychodzi mi nagle do głowy jedna zmienna, która nigdy wcześniej nie przeszła mi przez myśl. Ty. Nie zastanawiasz się, jakiej jestem płci? Nie odczuwasz pewnego dyskomfortu? Nie jest tak, że od początku narracji starasz się odgadnąć ją po tym, jak o sobie opowiadam? I do jakich wniosków dochodzisz? Nie przejmuj się, czy będziesz mieć rację, czy nie.
Los rzucił mnie w to miejsce, w którym nie chcę być, w którym muszę walczyć o przetrwanie. Bardzo szybko okazało się, że tak wielu z was, spotykając nowych ludzi, musi koniecznie od razu poznać ich płeć. Mam wrażenie, że dopiero potem postrzegacie siebie nawzajem jako ludzi. To następuje tak naturalnie, tak bardzo tego potrzebujecie, że nawet przez myśl wam nie przejdzie, jak odruchowo kategoryzujecie innych. Są jednak chwile, kiedy uderza was to z całą siłą - kiedy nie jesteście pewni czyjejś płci. Czujecie się z tym źle, kiedy tylko natraficie na kogoś, kto nie daje się od razu sklasyfikować jako mężczyzna lub kobieta. Albo, innymi słowy, gdy wasza ocena czyjejś płci nie jest jasna. Bierze się to z tego, że zgodnie z waszym zawężonym rozumowaniem, kiedy obcujecie z kimś, kogo nie potraficie rozszyfrować, nie macie pewności, jak się zachować, jakich na przykład użyć zaimków.
Ty masz tę płciową grę opanowaną do perfekcji, bez wątpienia. Od maleńkości trenujesz się w zgadywaniu płci tysięcy ludzi, których ciała okryte są ubraniami. Dochodzisz do wniosków, opierając się na tym, jakiego kształtu są ich genitalia, jaka płeć jest tym kształtom, według ciebie, przypisana, które z nich pasują do odsłoniętych części ciał. I żyjesz tak, w całkowitej pewności, wierząc głęboko, że to wszystko prawda. Problem tylko w tym, że nie zdajesz sobie sprawy z błędów, które po drodze popełniasz. Nikt nie wie nawet o tym, że od samego początku ta gra płci jest wielką ściemą.
Ach, przepraszam. Mam przecież ujawnić moją płeć, a ty przecież aż trzęsiesz się już z niepewności. Co za okrucieństwo! Pozwól w takim razie, że ci ulżę. Przyjdę ci z pomocą. Masz już dość tej nieokreśloności? Ha, ha, ha! Twój umysł wariuje? No dobrze. Jestem
kobietą.
To znaczy, jestem nią teraz i będę przez cały czas, jakiego potrzebuję, żeby zająć się tym młodym mężczyzną i zrobić to, co mam do zrobienia. Co to znaczy być "kobietą"? To oznacza, między innymi, że musisz się ozdabiać i zachowywać jak kobieta. Nikt mi nie kazał, z własnej woli biorę na siebie te obowiązki. Bo jeśli mój pokaz nie odbywa się z należytą dokładnością, okazuje się potwornością. To konieczne, żeby nie postrzegano mnie jako potwora. Zależy od tego moje życie. Słuchasz mnie? Słuchaj uważnie tego, co mam do powiedzenia. Tu chodzi wyłącznie o przetrwanie. Jeśli nie będę kobietą lub czasami mężczyzną, gdy wymagają tego okoliczności, umrę z głodu. Jeśli mam zaspokoić głód, to sama egzystencja mi nie wystarczy. Zawsze trzeba robić coś więcej, nie tylko zapanować nad dwoma nogami w autobusie lub metrze czy stać się kobietą...
No dobrze, powoli trzeba się zbierać. Metro jest zatłoczone do granic absurdu. Oni wszyscy chowają się gdzieś w nocy, po czym wychylają głowy, jak tylko zaświeci słońce i kręcą się po świecie. Czy naprawdę coś by im się stało, gdyby choć na jeden dzień przestali tupać tymi swoimi nogami i mamleć językami?
Denerwuję się tym, że na tej stacji może nie wysiąść dostatecznie dużo ludzi. Często dopada mnie strach, zwłaszcza jeśli usiądę gdzieś daleko od drzwi. Nie mam w sobie na tyle pewności siebie, żeby swobodnie przeciskać się przez gęsty las złożony z ludzi. Brakuje mi odwagi na zwykłe: "Przepraszam, będę wysiadać". Kiedy się stresuję, mój głos przypomina krakanie wrony, przekształcam się w istotę niepodobną do innych. Nawet jeśli już się przemogę i z moich ust wydobędzie się coś, co mniej lub bardziej intencjonalnie przypomina ludzką mowę, jest jeszcze ryzyko, że inni mnie zwyczajnie zignorują i nie zrobią mi miejsca. Nie mogę ryzykować spóźnienia, nawet jeśli ten mężczyzna przymknie na to oko i nie będzie robił problemu, przepadnie mi kolejne spotkanie zaplanowane po tym. Nigdy nie wiadomo, czy nowy dzień zakończy się sukcesem. Jak ja się teraz boję! Przepraszam, niepotrzebnie męczę cię moim biadoleniem. Ale nie zniechęcaj się. Nie jestem kosmiczną kreaturą żyjącą na jakiejś skutej lodem skale sześć milionów lat świetlnych od Ziemi. Jestem tuż przy tobie.
Drzwi się rozsuwają. Ludzie wylewają się z wagonów jak krew z zapchanych tłuszczem żył, które ktoś nagle rozciął. Może dałoby się ich jednak pokochać całym sercem? Odganiam te bezsensowne marzenia i chwiejnym krokiem wychodzę na peron. Dziewięć lat temu właśnie w tym miejscu przez przypadek mi się oberwało, kiedy drzwi za szybko się zamknęły. Pociąg nigdy mnie nie przeprosił. Nigdy też nie uzyskał mojego przebaczenia. Już zawsze będę mieć uraz. Ale nieważne, liczy się to, że udało mi się wysiąść na właściwej stacji. Już po kłopocie, prawda? Nie, wcale nie. Oto przede mną - schody.
Sto czterdzieści stopni.
Żeby przesiąść się w inną linię, muszę nimi zejść, a one patrzą na mnie, jakby zaraz miały mnie zabić. Nie ma tu nigdzie windy, która by mnie wybawiła. Ludzie pędzą w dół i zupełnie nieświadomie wpychają mnie w sam środek piekła. Normalnie w takich warunkach daję radę - dysząc, stąpam ciężko i powoli na opuchniętych stopach. Dzisiaj jest pochmurno, jakby przez cały czas zbierało się na burzę lub ulewę. Taka pogoda to dla mnie tortura, wasza grawitacja przyciska mnie wtedy sześć razy mocniej. Sytuacja nie jest jednak beznadziejna, i na to mam sposób. Przecinam strumień ludzi, idąc po przekątnej krok za krokiem. Moim celem jest poręcz. Nie wiem już nawet, ile zostawiam za sobą zdeptanych stóp, ile potrąconych ramion, kiedy w końcu ją chwytam. Najbardziej liczy się moje życie. Co im może się stać w zderzeniu z takim chucherkiem jak ja? Co najwyżej na sekundę stracą równowagę, coś tam przeklną, ale raczej nie spodziewam się, żeby ktoś przeze mnie spadł ze schodów i rozbił sobie głowę. A ja swojej głowy na pewno nie chcę rozbić. Już kilka razy zdarzyło mi się spadać po stopniach i nic mi nie było, nie znaczy to jednak, że chcę się w tej kwestii zdawać na przychylność losu. Pozwól, że ci przypomnę, bo może już nie pamiętasz - cały czas dźwigam wielki plecak do górskich wędrówek. Waży jakieś dziesięć kilo. To niemal cud, że mnie jeszcze nie przygniótł i że nie wyglądam jak suszona ryba. Czy z walizką nie byłoby lepiej? Nie mam pojęcia, ale tymczasem dzięki twojemu szczeremu wsparciu i solidnej poręczy staję w końcu na gładkiej, śliskiej podłodze. Nic mi się nie stało. Potrzebuję jednak chwili, żeby zająć się palcami u stóp, które zbiły się w jedną masę. Opieram się o ścianę w kącie, zsuwam skarpetki, rozdzielam tak dla mnie cenne palce. Ruszam nimi trochę. Biorę kilka głębokich wdechów, żeby dojść do siebie, i idę na kolejną linię metra.
Jadę windą w górę, stojąc pomiędzy starymi ludźmi. Coraz wyraźniej słyszę odgłosy deszczu. Krople wody nie mogą się doczekać, żeby uderzyć w ludzi, ja jednak nie dam się głupiemu deszczowi. Rozkładam parasol, wilgotne powietrze wypełnia mi nos.
Sprawdzam mapę, przedzierając się przez masę powietrza blokującą każdy mój ruch. Dzisiaj ma ono gęstość zbliżoną do gęstości mojego ciała. Powietrze też musi być czasem zmęczone tym całym udawaniem, że nic w nim nie ma. Mam wrażenie, że twarzą ocieram się o powierzchnię skały. Ludzie mają parasole, z których kapie, kiedy przechodzą koło mnie. Ja też ich mijam, niestrudzenie, choć niezdarnie, sunąc przed siebie. W taką pogodę wszyscy zwracają na siebie mniej uwagi, niż gdy świeci słońce. Może chcą po prostu jak najszybciej być w domu? Wzrok mają utkwiony gdzieś przed sobą. Tak, tak właśnie róbcie. Zwracajcie na mnie uwagę tylko wtedy, kiedy ja tego chcę.
Skąpany w deszczu, ponury budynek wydaje się dziwnie oddalać. Przez strumień czarnej wody przejeżdża połyskujący samochód, ulica robi się śliska. Sygnalizacja świetlna raz po raz zatrzymuje ruch pojazdów. Czternaście lat temu nie udało im się ze mną. Teraz już wiem, że nie przechodzi się przez ulicę na czerwonym świetle, ale wtedy to było co innego. Mały, pocieszny samochodzik przejechał mnie wtedy z całą bezwzględnością. Od tamtej pory trzymam się z dala od przejść dla pieszych. Przynajmniej prawdopodobieństwo, że przeniosę się na tamten świat w wypadku drogowym zmalało do minimum. Ha, ha.
Dostaję wiadomość:
"Gdzie jesteś?"
Trzymając telefon w jednej, a parasol w drugiej ręce, wystukuję odpowiedź:
"Prawie na miejscu".
"Na pewno mnie znajdziesz?"
"Tak".
"Nie dzwoń. Zapukaj".
"Ok".
Jestem już na jego osiedlu. Bloki pomalowane na ciemne kolory, niebieski i zielony, wyglądają, jakby porastał je mech. Od razu zauważam budynek 210. To stare osiedle, wszędzie widać odłażącą farbę, ale czarne numery bloków są równe i wyraźne. Nawet ja, z moim słabym wzrokiem, mogę je bez przeszkód dostrzec. Serce bije mi mocniej, to się chyba nigdy nie zmieni. Zawsze mam wrażenie, jakby to był pierwszy raz, oblewa mnie przy tym zimny pot. Moje nerwy wynagradza jednak później nieskończona przyjemność, jaką odczuwam, kiedy jest już po wszystkim. Każdego dnia ryzykuję życiem, spotykając się z nieznajomymi, każdy najdrobniejszy błąd może się okazać brzemienny w skutkach, dlatego moją pracę muszę planować w najdrobniejszych szczegółach. Nawet jeśli coś mnie zaskoczy, muszę umieć natychmiast zareagować i odnaleźć się w zaistniałej sytuacji.
Składam parasol, strząsam wodę z ubrania, pewnym krokiem wchodzę do bloku z numerem 210, idę prosto do windy. Chcę wcisnąć przycisk, ale widzę pod nim czerwone litery. Są tak małe, że muszę prawie dotknąć nosem ściany, żeby je przeczytać, przeczuwam już jednak, co mogą oznaczać. Winda jest w naprawie, mam wobec tego dwie opcje - nadludzkim wysiłkiem wspiąć się po tych wszystkich stopniach albo czekać tu, na dole, nie wiadomo jak długo. Przechowuję w pamięci rozmaite plany na przeróżne okoliczności, ale żaden z nich nie pomoże mi w sytuacji, w której mam przed sobą do pokonania schody na szesnaste piętro. Przeczesuję palcami włosy i w końcu decyduję się poprosić go o pomoc. Nie masz nawet pojęcia, ile razy trzęsącymi się palcami piszę do niego wiadomość, po czym kasuję ją i zaczynam od nowa.
"Winda nie działa..."
"O, nie wiedziałem. Wejdź schodami".
Mam ochotę rozerwać go na strzępy... ale się opanowuję. Przecież wiem, że są jeszcze schody! Muszę jednak zachować spokój nawet w takich warunkach, nie wolno mi działać pod wpływem impulsu. Rozwaga i jeszcze raz rozwaga - to nią muszę się na dłuższą metę kierować. Ciągle jeszcze pamiętam wyraźnie dramat, który rozegrał się ostatnim razem, kiedy to emocje wzięły górę.
"Na spokojnie. Ja poczekam".
Na spokojnie? On poczeka? Pada deszcz, jestem w podłym nastroju... on aż prosi się o śmierć. Jeśli jakimś cudem podświadomie wybrał mnie jako sposób na samobójstwo, sprawię, że pożałuje swojej decyzji. Fizyczny ból, jaki mu zadam, będzie najwyższej próby, pozwoli mu zatracić się w słodyczy rzeczywistości. Kiedy zawoła po pomoc, skończę z nim.
Otrząsam się z fantazji, mam przed sobą problem do rozwiązania. Nie bardzo wiem, jak zareagować na tę śmieszną odpowiedź. On po mnie nie zejdzie. Może warto zapytać go, czy nie moglibyśmy spotkać się na ósmym piętrze, żeby stamtąd wziął mnie na plecy? Właściwie wystarczyłoby nawet, żeby po prostu pchał mnie od tyłu. A jeśli nie, to może przystałby na propozycję, żebyśmy poszli do jakiegoś hoteliku w pobliżu. To miałoby sens.
Ten gnojek to jednak ignoruje. Jeśli nie mam ochoty wchodzić po schodach, to możemy sobie całą sprawę darować. Teraz naprawdę muszę się do niego dostać. Po prostu muszę wparować do jego pokoju, gdzie leży na łóżku, dłubie w nosie i drapie się po dupsku. Nie wypuszczę go teraz. Nie po tym, jak bezczelnie mnie podrywał. W życiu!
Wchodzę krok za krokiem po stromych, chłodnych schodach. Palcami czepiam się poręczy jak roślina desperacko szukająca korzeniami śladów wilgoci. Staram się, jak mogę, ale stopnie ani drgną. Gdyby tak choć trochę zachowały się jak ruchome schody! Zamiast tego planują na mnie zamach. "Nieważne, co zrobisz, i tak spadniesz!" Pozbawione serca schody to jednak nie koniec, z porów w moim ciele wylewa się pot. Zaczęło się od malutkiego strumyka, który szybko przeszedł w rzekę, ta z kolei stała się morzem, a ono zupełnie mnie przemoczyło. Włosy kleją mi się do karku i policzków i nie zanosi się, żeby to się miało wkrótce zmienić. A ramiączka plecaka wżynające mi się w plecy? Szkoda nawet wspominać o kolanach i kostkach, które zdają się tylko czekać na odpowiedni moment, żeby trzasnąć.
Na tym świecie nie ma dla mnie żadnej pomocy, nawet tyle, co kot napłakał. Moje ciało to obrzydliwa kupa tkanek czekająca tylko na okazję, żeby się obrócić przeciwko mnie, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Mnie jednak nie przechytrzy. Na co dzień odstawia pokaz, jakie to niby jest lojalne i że działa dla mnie, ale odpuścić mu tylko na sekundę, a już daje mi popalić. Często zdarza się, że ten mięsny kostium jest niczym więcej niż nieporęcznym bagażem, od którego wszystko mnie boli. Obserwowanie, jak próbuję wciągnąć to ciało po schodach, jest jak oglądanie najlepszej komedii.
Nie, to się nie uda. Muszę chwilę odpocząć. Siadam na półpiętrze i przełykam ślinę, która szykowała się, żeby wpaść w niewłaściwą dziurkę. Uspokajam oddech, z plecaka wyciągam dwulitrową butelkę wody rzucającą teraz świetlne refleksy. Opuszczam podbródek, wkładam szyjkę butelki w usta. Wyglądam jak po treningu. Nawet istota żyjąca w wodzie nie potrafiłaby pić tak szybko jak ja teraz. Chowam butelkę do plecaka i widzę, że mam nową wiadomość.
"Na którym jesteś?"
"Na 6".
"Mocno się pocisz? Nie znoszę zapachu potu. Ale spoko, możesz tu wziąć prysznic, jak tylko przyjdziesz".
"Ok".
Kto by przypuszczał, że będzie aż tak bezczelny. Gdyby to było wiadome od początku, schody nie stanowiłyby żadnej przeszkody. Wystarczyłoby znaleźć dogodne miejsce na parkingu, przyklęknąć i jednym zwinnym susem podskoczyć do okien na szesnastym piętrze. Przebicie się przez szybę to dla mnie drobnostka. Zatracam się w wizji, w której skręcam kark temu dupkowi. Nie pomaga mi to jednak pozbierać ciała do kupy. Rozlało się po podłodze jak owsianka. Wzdycham głośno i zakładam plecak - moją kulę u nogi. Nie pozostaje mi nic innego, jak iść dalej.
Kiedy jestem już koło dziesiątego piętra, zaczynam rzęzić jak dzikie zwierzę złapane w potrzask. Wlokę się po schodach, tracę równowagę, ciało mnie nie słucha. Chyba szlag trafił tę część, która odpowiada za utrzymanie równowagi. Być może wszystkie pory mam zapchane, bo już się nie pocę. To, co wypłynęło ze mnie do tej pory, zasycha teraz na powierzchni skóry i tworzy kleistą powłokę. Jeszcze tylko sześć pięter. Dam radę, sześć pięter to nic. Trzymam się myśli, że mogę wmówić ciału, żeby się trzymało, nie wiem jednak dokładnie, w jakim stanie właściwie teraz jest. Mówiąc prościej, nie mam już po prostu siły, żeby się przejmować. Z doświadczenia wiem, że za chwilę moje ciało rozedmie się, urośnie jak chleb w piecu. Wiem to na sto procent! Uda wykręcają mi się, próbując przebić spodnie i się rozwinąć. Jestem teraz w stanie - jak wy byście to nazwali - wezbranej fali. Cholera! Krocze mi zesztywniało, co oznacza, że odnóże próbuje się rozprostować. To, które chowam w kroczu, ma moc korzeni potrafiących miażdżyć skały. Guziki koszuli i spodni strzelają we wszystkie strony jak zbłąkane kule. Nie dam rady... nie umiem już zapanować nad ciałem. Ale nadal muszę wdrapywać się po schodach, muszę dopaść tego gnojka, nie ma już odwrotu. Jak można zawrócić, kiedy pokonało się już taki kawał drogi? Zamiast teraz tracić energię na schodzenie, lepiej wykorzystać ją, żeby dokończyć wspinaczkę. Jeśli już mam się męczyć, to przynajmniej w zamian za nagrodę majaczącą na horyzoncie. Umieram z głodu, chcę zjeść coś świeżego. Muszę się najeść i wrócić tam, skąd pochodzę - do domu. Muszę się znowu zobaczyć z rodziną, chcę doświadczyć miłości. Pragnę jej. Czy nikt mnie nie pokoch...
- Co to za hałasy?!
Ktoś krzyczy niespodziewanie, a ja padam na twarz, prawie rozbijając sobie głowę o krawędź schodów. Moje ciało, okropnie porozciągane, posłusznie skręca się na powrót do akceptowalnej formy, znowu pasuje do ubrań, które mam na sobie. Wyglądam jak krab pustelnik, który kuli się i chowa w skorupie, kiedy coś mu grozi. Moje ciało czasem się nie słucha, ale przynajmniej wie, jak współpracować w nagłych przypadkach. Jakaś istota ludzka, na moje oko kobieta w średnim wieku, uznała, że zachowuję się za głośno. Otwiera drzwi i wychodzi na klatkę. Ja leżę na podłodze jak flegma wypluta na chodnik, wstrzymuję oddech, czekam, aż wróci do mieszkania. Ale ona podchodzi do schodów, jest coraz bliżej, aż w końcu mnie dostrzega. Spoglądam w górę. Stoi przede mną i się przygląda. Ręce ma skrzyżowane na piersi.
- Młoda damo, to pani? To pani tak hałasuje?
Widzę w jej oczach błaganie, żeby okazało się, że nikt tak piękny i zgrabny jak ja nie wydawał z siebie tych nieludzkich odgłosów. Ponagla mnie spojrzeniem, oczekując potwierdzenia swojej wizji świata. Nie mam najmniejszego zamiaru spełniać jej wymagań ale nie chcę jej też wystraszyć. Nic nie mówię.
- Skąd te hałasy? Jakiś bezpański pies wbiegł do bloku? Coś dziwnego się dzieje, nie sądzi pani? - Kobieta wzdycha z rękami nadal skrzyżowanymi na piersi. Serce bije jej mocno, podmuch powietrza z jej westchnięcia dociera aż do mojej twarzy.
Męczy mnie ta istota, kiedy tak papla bez końca, nie mając pojęcia, że nic z tego, co mówi, nie dociera do moich uszu. Wyobrażam sobie, jak świeże musi być jej serce. Gdyby tak wyrwać je z piersi i wessać się, spijając jego sok, przegryzając je jak najsłodszy żelek... Dałoby mi to zastrzyk energii potrzebny do wspinaczki. Ale muszę działać ostrożnie. Nie ma potrzeby zostawiać teraz za sobą kałuży krwi; jeśli zabraknie mi sił, zawsze mogę posilić się kawałkiem suszonego mięsa z plecaka. No tak! Przecież mam jeszcze ze sobą suszone mięso. Zapomnieć o czymś tak ważnym... Jak to dobrze, że nie przyszło mi do głowy, by ten ciężki plecak wyrzucić przez okno!
Nastaje cisza, wydaje mi się, że kobieta sobie poszła. Wsuwam sobie do ust kilka kawałków suszonego mięsa i słyszę nagle, jak tamta odchrząkuje.
- Pani tu nie mieszka?
- A pani ciągle tutaj?
Rzucam spojrzenie na jej twarz, przeżuwając kawałki mięsa, w oku mam błysk. Ona wzdryga się, jakby była w lesie i natknęła się na niedźwiedzia. Stara się nie panikować. Widzę wyraźnie, co dzieje się w jej głowie, mam ochotę zaśmiać się jej prosto w twarz.
- Nie widziałam tu pani wcześniej - odzywa się.
- Nie mieszkam tu - odpowiadam.
- To kto tu mieszka? Pani rodzice? Odwiedza pani chłopaka? Co pani tu robi? Słucham.
Czy to mnie brakuje cierpliwości, czy ona naprawdę jest wybitnie irytująca? Niektórzy ludzie wściubiają nosy bardzo głęboko w życie innych, zwłaszcza kiedy się ich o to nie prosi. W takich chwilach najlepiej byłoby, żeby obie strony wzięły głęboki oddech, nieprawdaż? Nigdy nie wiesz, czy twoja planeta któregoś pięknego poranka nie wybuchnie, rozpadając się na skalne okruchy dryfujące w kosmosie, a tobie zostanie tylko tyle tlenu, ile starcza na jeden haust. Oddychaj, póki możesz, żeby potem nie żałować jak ja. Żal to nie najweselsza emocja.
- Przyszłam coś zjeść, bo zrobiłam się głodna - odpowiadam.
- A, to ty jesteś ta mała spod tysiąc sześćset sześć! Ależ ty wyrosłaś! Nie pamiętasz mnie? Bawiłaś się u mnie kilka razy, kiedy rodzice nie mieli cię z kim zostawić. Nie pamiętasz?
- Nie pamiętam.
Podnoszę się pospiesznie i ponownie zaczynam wspinaczkę po tych okropnych schodach. Zostawiam kobietę za sobą. Może to kwestia krótkiej przerwy albo przekąski, ale moje ciało wydaje się lżejsze. Wydaje mi się, że sunę teraz w chmurach. To oczywiście przesada. Ale prawdą jest, że teraz to niebo a ziemia w porównaniu do moich pierwszych dni po wylądowaniu, kiedy grawitacja tak mnie przygniatała, że nawet samo stanie było problemem... Niebo a ziemia, ha, ha, ha!
- Jak tak można? No kto to widział? - krzyczy gdzieś w tyle kobieta. - No, doprawdy!
Ku mojemu zaskoczeniu, bo rzadko kiedy się tak dzieje, moje ciało szybko trawi mięsną przekąskę. To dla mnie zastrzyk energii, teraz łatwiej mi pokonać resztę schodów. To właściwie nie ja docieram w końcu pod jego drzwi, tylko te kawałki suszonego mięsa - to one pokonały ostatnie pięć pięter. Niech żyje suszone mięso! Suszone mięso rządzi! Może i na tym etapie jestem już jak zwiędnięty liść kapusty, ale nadal pamiętam, żeby nie dzwonić, tylko pukać. To takie typowe... Żeby nikt się nie zorientował, że ktoś go odwiedza. Nic dobrego nie przychodzi z faktu, że sąsiedzi wiedzą, że prowadzi aktywne życie erotyczne.
A może by tak jednak zadzwonić? Tylko po to, żeby go wkurzyć. Sto - nie! - tysiąc razy! Nie robię tego jednak, najważniejsze, że jestem w końcu na miejscu i może się zacząć długo wyczekiwana uczta. Ha, ha, ha, moje spełnienie jest na wyciągnięcie ręki. Dla kogoś, kto przeszedł przez piekło, wdepnięcie w gówno albo powąchanie rzygów to śmiechu warta drobnostka.
Zwijam palce, formując pięść, pukam delikatnie trzy razy w jego drzwi i czekam. Słyszę po drugiej stronie odgłos jego kroków, zbliża się. Musi być już nieźle wyposzczony. Jestem jak właściciel psa, który zostawił pupila samego w domu, by pojechać na wycieczkę. Przy czym moją wycieczką była wspinaczka po schodach.
Otwiera mi chłopak ze zdjęć. W głowie mam trójwymiarowy obraz jego twarzy stworzony na podstawie sześciu fotek z portalu. Rzeczywistość nie różni się od niego. Chłopak wygląda raczej niechlujnie, skórę ma opaloną, jakby pracował w polu, a potem nie ruszał się nigdzie z pokoju przez kilka dni. On też skanuje mnie wzrokiem, zastanawia się, czy aby na pewno warto poświęcić mi czas.
- Wejdź, łazienka jest tam - mówi, wskazując na drzwi znajdujące się dokładnie za nim.
Jego źrenice pracują, to zwężając się, to rozszerzając obleśnie, w miarę jak bada moje krągłości przykryte wilgotną szmatą, w jaką zamieniło się moje ubranie. Zostawiam buty przy drzwiach, idę dalej na bosaka, stopy mam zmęczone i brudne.
Szybkie spojrzenie na pokój. To zupełnie zwyczajne mieszkanie. Po lewej mały salon z kanapą i telewizorem, po prawej stół. Drzwi do sypialni i łazienka, dziwacznie ciemna, są na wprost. Dwa pomieszczenia, których będziemy potrzebować - lub dokładniej: których ja będę potrzebować - są tuż obok siebie. Bardzo wygodnie.
Kiedy go mijam, czuję zapach jego skóry i od razu analizuję poszczególne składniki. To obezwładniająca mieszanka odświeżacza do ubrań, proszku do prania, szamponu, mydła, pasty do zębów, odżywki, ryżu, kimchi, czipsów i jeszcze kilku innych rzeczy. Ta nagła fala atakuje moje zmysły. Palce, którymi pokazywał, gdzie jest łazienka, śmierdzą fiutem. Co za oblech. Siedziałeś tutaj i zabawiałeś się kutasem, kiedy mnie przyszło walczyć ze schodami? Jeśli ci nie stanie, to cię zabiję. W sumie, nawet jak ci stanie, to cię zabiję. Zabiję cię tak czy inaczej.
Zamykam się w łazience, zdejmuję ubranie i czekam, aż z prysznica poleci ciepła woda. Plecak mam ze sobą, opieram go o sedes. Ciekawość tamtego mogłaby go podkusić do zajrzenia do środka, a lepiej, żeby nie widział, co tam mam. Tego dowiesz się tylko ty...
Budynek może i sprawia liche wrażenie, jakby miał się niedługo rozsypać, ale z wodą mają tutaj dobrze. Jej ciśnienie i temperatura są dokładnie takie, jakich potrzebuję. Gorąca woda uderza we mnie, a ja stoję w wannie dłuższą chwilę. Nad moją głową kłębią się obłoki pary. Moje ciało jest ospałe i leniwe, mam wielką ochotę zmienić plany... Zmęczenie daje mi się we znaki, a woda oblewa mnie tak przyjemnie. Niemal zapominam o tym, że cały czas muszę się mieć na baczności. Dla takiej łazienki warto byłoby tu wrócić jeszcze raz albo dwa, odświeżyć się, kiedy będzie trzeba. Hmm, szampon i żel pod prysznic też ładnie pachną, ale nie dało się ich wyczuć na nim. Może trzyma je tutaj tylko dla gości? Pewnie lubi, kiedy dziewczyny tak pachną. Może się wydawać, że odpływam myślami, ale moje poczucie czasu jest bezbłędne, nerwy mam zawsze napięte. Żeby mój plan się powiódł i nie wymagał przy tym niepotrzebnego pośpiechu, muszę wyjść z łazienki za dokładnie trzy minuty.
Sprawdzam przelotnie w lustrze stan mojego żeńskiego ciała, tego idealnego ciała, którego szczegóły mój dzisiejszy chłopak ujawnił w opisie na swoim profilu. Odpowiadam jego oczekiwaniom po ostatni detal. Muszę mieć pewność, że na mój widok mu stanie. Tak twardo, że utopi mnie potem w spermie. Teraz najważniejsze jest to, żeby być kobietą z jego najdzikszych fantazji, przynajmniej na zewnątrz. Łowca musi znać swoją ofiarę lepiej niż ktokolwiek inny.
Osuszam włosy ręcznikiem i wycieram resztę ciała. Wspominał, że lubi mokre włosy, daruję więc sobie suszarkę. Zaspokoję każde jego pragnienie - przez grzeczność. Przyjemność mojej zdobyczy to też moja przyjemność, dlatego nakładam na nowo makijaż i robię to naprawdę dokładnie.
Wychodzę z łazienki w samym ręczniku, otaczają mnie kłęby pary. On jest już w sypialni, woła mnie słodkim głosem: "Chodź do mnie!". Odczuwam tak głęboką wdzięczność, że nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Chłopak leży na łóżku, całkiem goły, jedną ręką trzyma kutasa. Nie ściemniał w tej kwestii, to naprawdę wielki sprzęt. Jeśli dobrze go użyć, jeśli on wie, co się z takim berłem robi, każdy centymetr tego drąga sprawi mi nieopisaną przyjemność.
Łóżko trzeszczy rytmicznie. Tak, właśnie tak! Robimy dokładnie to, co sobie wyobrażasz. Twierdzisz, że nie masz najmniejszego pojęcia, o czym mówię? Nie umiesz czytać między wierszami? No to może zrób to, co zrobił ten facet: napisz do mnie, spróbuj się ze mną umówić. Pochwal się ciałem, wystaw się, bądź moją zdobyczą. Nie przykładam wielkiej wagi do twarzy, nie obchodzą mnie. Jeśli masz płaski brzuch i silne uda, a twoje pośladki są kształtne i jędrne, dostąpisz zaszczytu i zwrócisz na siebie moją uwagę. Ale to pewnie ja napiszę najpierw, może nawet będę prosić i błagać, męczyć cię, aż w końcu odpiszesz. Jeśli jednak trafi mi się ktoś, do kogo trzeba długo jechać i się przesiadać, od razu skreślę go z listy. Już wolę pójść do hotelu na godziny, ja zapłacę. Ale nie ma nic lepszego od kogoś, kto mieszka sam koło stacji metra. Ach, kończę już tę dygresję - wybacz, ale muszę teraz poświęcić mu całą uwagę.
On się stara, robi, co w jego mocy, przez trzydzieści minut posuwa mnie, cały spocony. Ja w tym czasie wyobrażam sobie, że to mój ukochany. Świętujemy właśnie trzysta dni naszego związku, on, mój chłopak, podarował mi bukiet kwiatów i naszyjnik. A ja, oczywiście, mam dla niego drogi zegarek. Otwieramy nasze prezenty i głośno się z nich cieszymy, potem przytulamy się, całujemy i w końcu lądujemy w łóżku. Jak już skończymy, nalejemy wody do wanny i wsypiemy do niej płatki róż. Wykąpiemy się razem, będziemy chichotać, chlapać się wodą, kłaść sobie na nosach pianę.
Około południa wyjdziemy z wanny i wytrzemy się do sucha. Niespiesznie przygotujemy się do wyjścia. Będziemy mieć rezerwację - stolik przy oknie w restauracji znanej ze znakomitej kuchni. To będzie nieziemsko dobra, elegancka kolacja. Różowy stek, sałatka serowa i makaron ugotowany al dente, do tego białe wino. Będziemy jeść bez żadnego pośpiechu, szczebiocząc o tym, jak błękitne jest niebo wiosną, kiedy kończą się deszcze, o różnicach między kwiatami wiśni i moreli. Nie wiemy, czym tak naprawdę się różnią, a nawet jeśli znamy jakieś różnice, obiecamy sobie, że za rok nie będziemy już o nich pamiętać. Wstaniemy od stołu i wrócimy do samochodu. Będziemy oglądać kwitnące wiśnie i spacerować po dobrej kolacji. Oboje, mój chłopak i ja, będziemy mieć mrożoną kawę w jednej ręce, a za drugą będziemy się trzymać. Będziemy szli ścieżką pośród deszczu spadających białych płatków. Otaczająca nas przestrzeń będzie się składać w połowie z powietrza, a w połowie z kwiatów. Odgrywamy nasze przesłodzone przedstawienie, które przysługuje tylko parom, jakby naszym jedynym celem było wywołać zazdrość i kompleksy u innych. Zdychajcie z zazdrości, marne robale! Wypełnia mnie takie szczęście, że zdaję sobie sprawę, iż jak dla mnie Ziemia mogłaby się rozpaść na kawałki właśnie teraz. Marzę o tym, bo wtedy ta piękna chwila zatrzymałaby się w czasie na zawsze.
W ułamku sekundy coś odwróci uwagę mojego ukochanego. Wykorzystam ten moment, żeby ukryć się za drzewem. On będzie myślał, że jestem tuż za nim, nie od razu zorientuje się, że mnie tam nie ma. Zacznie mnie szukać, nie wiedząc, co się dzieje, pomyśli z początku, że się tylko wygłupiam, będzie się tej myśli desperacko trzymać. Kiedy nadal nigdzie mnie nie będzie, zacznie się martwić, że może ktoś mnie porwał, ale mnie się nie da uprowadzić! Czy pomyśli sobie, że jego dziewczyna nagle go rzuciła?
Niezależnie od tego, jakie wizje będzie mu podpowiadał umysł, mój chłopak nigdy nie zrozumie mojego zachowania. Będzie się starał, ale im mocniej będzie próbował, tym większy odczuje ból.
Nie dam rady wytrzymać w ludzkiej formie dłużej niż kilka godzin. Nie uda mi się spędzić z moim chłopakiem więcej czasu naraz, nawet w tak cudowny dzień. Moje ciało jest jak gumowa opaska, którą rozciągam z całej siły, kiedy tylko wystawiam stopę za drzwi. W miarę upływu czasu tracę siłę, opakowanie coraz mocniej próbuje wrócić do pierwotnego kształtu. Brakuje mi energii, nie mogę już dłużej odgrywać jego dziewczyny. Guma strzeliła mi prosto w rękę. Lepiej byłoby dla niego, gdyby umawiał się z drzewem wiśni. Związek ze mną nie będzie ani trochę normalny, nawet przyjaźń nie wyglądałaby między nami typowo. Muszę szczerze przyznać, że nie umiem utrzymać relacji z istotami ludzkimi. Nic w tym tak nie przeszkadza, jak przymus znikania i pojawiania się po jakimś czasie. Jak w takim stanie chodzić na randki? Kto potrafiłby zrozumieć moje położenie?
Słyszysz? To mój chłopak - szuka mnie, rozkochany. Jeśli teraz do niego wrócę, on albo ucieknie w przerażeniu, albo będzie rzucał we mnie kamieniami. Byłoby dobrze, gdyby tylko na tym się skończyło. Wyglądam przecież teraz jak, nie przymierzając, triceratops, który wpadł do wirującej lawy i z którego zaczyna odłazić skóra.
On jest już cały spocony, ale jeszcze nie kończy, jeszcze się ze mną drażni. Nie wydaje się, żeby miał się szybko zmęczyć. Imponujące, prawie mam ochotę bić mu brawo. Ale on nie dał mi bukietu kwiatów, nie gryzie moich sutków z miłości. Nie pokroi mi porcji mięsa na małe kawałki, które będzie potem sam mi podawał, a trzymanie się za ręce i oglądanie kwitnących wiśni to w jego przypadku jakiś żart.
Nie wymagam od niego niczego więcej. Damy sobie trochę przyjemności, ot tak, po czym rozejdziemy się każde w swoją stronę. Bez negatywnych emocji czy jakichkolwiek oczekiwań. Oboje potrzebujemy tylko żywego masturbatora, kawałka ciała, które można chwycić, popieścić między nogami, którego warg można dotknąć, bez zbędnych ceregieli. Chcemy się tylko podotykać z kawałkiem ciała, do którego przypisana jest płeć i wiek. Jeden kawałek ciała przy drugim. Tyle.
Czasem jednak chciałoby się usłyszeć czułe słowa szeptane do ucha, ciepły oddech na karku albo piersi. Mam w zwyczaju nasłuchiwać wszelkich objawów miłości ze strony moich jednorazowych randek.
Kocham. Kocham. Kocham.
Kobieta poznana trzy miesiące temu powtarzała to jak mantrę, kiedy lizała mi tyłek. Przyssała się do mojego pulsującego zwieracza, jakby był uchem gotowym wysłuchać jej miłosnych zwierzeń i ustami, które mogłaby całować. Dokąd właściwie trafiała wtedy ta jej cała miłość? Do kogo ona wtedy mówiła? Miała jakiś interes do moich jelit? Może spodziewała się, że jeśli wykrzyczy "kocham cię!" w moje rozchylone pośladki, te słowa powrócą do niej echem? Zapewne bardzo chciała je usłyszeć. "Kocham cię". Ja też chcę słuchać miłosnych wyznań: wczoraj, dziś, jutro, nawet jeśli to bezczelne kłamstwa. Słowa potrafią czasem sprawić przeogromną radość, nieważne, czy ktoś wypowiedział je szczerze. Tamta kobieta, z tym zwinnym językiem, chciała pewnie tej radości doświadczyć.
On nigdy nie odgadłby, o czym myślę, kiedy mnie posuwa, choćby nie wiem, jak próbował. Ale prawda jest też taka, że on wcale nie chce tego wiedzieć. Kiedy dochodzi, odrzuca głowę w tył i jęczy, jego sperma wypełnia prezerwatywę. Wpatruję się nieobecnie w żyły na jego szyi biegnące meandrami pod skórą. Łowca wstrzymuje oddech. Wiem, że muszę działać, kiedy widzę na jego twarzy pierwsze zwiastuny zadowolenia i cień uśmiechu. Powoli wychodzi ze mnie, kutas zaczyna mu wiotczeć jak galaretka. Łowca skupia całą uwagę na ofierze. On zaraz wyszczerzy zęby i zapyta, czy było mi dobrze, jak to ludzkie samce mają w zwyczaju. Zanim jednak pierwsza głoska zdąży uformować mu się w gardle, odgryzam mu głowę.
Jeśli kiedyś zobaczysz moje uzębienie od razu przyjdą ci na myśl szczęki rekina. Moje ostre jak skalpel zęby gładko przecinają jego kark. Jego głowa sunie teraz zgrabnie przez mój przełyk. Czuję szampon, odżywkę, pot. Wargami przywieram do nieskazitelnie gładkiego rozcięcia na kikucie szyi. Krew tryska jak z fontanny, wypijam ją chciwie, w czasie kiedy jego przystojna twarz rozpuszcza się w żołądku. Moje wargi są o wiele silniejsze niż przyssawki ośmiornicy. Nie pozwolę, żeby choć jedna kropla krwi spadła na śnieżnobiałą pościel, mimo że mieszka sam, z dala od jakiejkolwiek rodziny. Po prostu nie zostawiam za sobą śladów i już. Krew jest cholernie ciężko sprać.
Podnoszę ustami jego ciało, tak że wygląda teraz jak kałamarnica susząca się na sznurku. Palce stóp są wysoko w powietrzu. Nogi trzeba całkowicie rozprostować, żeby móc wypić całą krew, jaka w nich była. Staje się biały jak świeży śnieg, jego skóra ma teraz dokładnie taki odcień jak na zdjęciach z profilu. Zawsze powtarzam, że tym fotografiom nie można ufać. Są dobrym punktem odniesienia, do pewnego stopnia, ale głupotą byłoby myśleć, że idzie się na spotkanie z kimś, kto dokładnie odpowiada naszemu wyobrażeniu. Czasem jednak może się nam poszczęścić. Potrząsam jego nogami i połykam ostatnie krople krwi. Gotowe! Wynoszę go z sypialni. Kolejny krok będzie miał miejsce w łazience.
Kładę go na podłodze, ręce skromnie składają mu się jedna na drugą. Na jego ciele nie ma już ani jednego włoska. Z jakiegoś powodu wydaje się trochę niekompletny, kiedy nie ma głowy. Dziwnie też mówić o nim "on", mam wrażenie, że "to" byłoby bardziej na miejscu, nie sądzisz? To ciało pozbawione jest już przecież wszystkich najważniejszych części, które służyły mu do tworzenia biologicznych więzi i dzięki którym mogło się odróżniać od innych ludzi. Teraz jego kształt jest już wyłącznie typowo ludzki. Jak dla mnie nie ma tu wielkiej różnicy między tym ciałem a tymi, które należały do świń czy krów, wiszących teraz na hakach u rzeźnika. Ludzie pozostają jednak ludźmi nawet jak umrą. Tak musi być. Żeby być uznanym za człowieka za życia, trzeba pozostać człowiekiem po śmierci.
Pomyśleć tylko, że im zachowanie ludzkiej formy przychodzi z taką łatwością, podczas kiedy dla mnie udawanie człowieka przez choćby jeden dzień stanowi wysiłek nie do opisania. Gdyby tak tylko dało się ukraść jedno takie ciało, moją wieczną pracę domową, to raz na zawsze rozwiązało by problem mojego życia tutaj. Nie mam jednak takiej mocy, żeby przejąć czyjeś ciało i sprawić, żeby stało się moje. Zamiast tego, na chwilę przed zadaniem śmiertelnego ciosu, badam ich ciała dotykiem, przesuwam dłońmi centymetr po centymetrze, starając się zapamiętać wszystkie szczegóły ich anatomii. Mogę tylko z całego serca próbować ich udawać i muszę to robić naprawdę dokładnie. Jeśli ma mi się udać, muszę się upewnić, że mam kształty, które będą przyciągać uwagę. Ludziom poprawia się nastrój, kiedy widzą kogoś atrakcyjnego, ale do tej kwestii jeszcze wrócimy. Sporo osób jeszcze na mnie dzisiaj czeka, to będzie długi dzień.
Otwieram torbę i sięgam po metalowe narzędzia, jedno po drugim: zestaw pił, młotki i noże tak cenne, jakby były częścią mnie. Układam je na podłodze z kafelków, elegancko i porządnie, według rozmiaru. Popatrzcie tylko na idealne odstępy między nimi - nawet milimetra różnicy! To mnie uspokaja, pomaga mi się skupić. Odkręcam zimną wodę i szoruję "to". Głowa jest najlepsza jedzona na świeżo, ale korpus i odnóża lepiej dokładnie umyć i przechowywać w lodówce na później. Najbardziej lubię je smażone na patelni albo duszone po uprzednim zamarynowaniu. Mówię to jako smakosz i koneser ludzkiego mięsa we wszystkich formach z jedenastoletnim doświadczeniem.
Penis i jądra, niezależnie od rozmiaru, to przysmak, który trzeba trzymać w wodzie z lodem. Przed jedzeniem kroi się je jak kawałki sashimi i macza w sosie sojowym, wasabi albo paście gochujang. Wyciągam "to" z wanny, kładę na podłogę i ostrożnie wycinam genitalia. Serce, płuca, jelita i inne wnętrzności świetnie nadają się na zupę gulaszową - to smak, dla którego można zabić, ha, ha, ha! Już na samą myśl cieknie mi ślinka. Oczywiście nie trzeba zawsze trzymać się tych samych przepisów, dzielę się tylko tym, co mam już wypróbowane. Wnętrzności można też gotować albo smażyć. Spróbuj tylko kawałka mięsa suszonego na słońcu!
Zabieram się do rozbioru tuszy. Wprawnymi ruchami rozcinam ścięgna i odkrawam mięso od kości. Ponieważ nie ma w nim już krwi, łatwo mi pracować nożem. Po rozcięciu ciała tnę mięso na plastry wielkości dłoni i za pomocą piły przygotowuję małe kawałki z jego kości - będą do rosołu. Niektóre z nich tłukę młotkiem na mniejsze kawałki - to doskonała przekąska, a przy okazji można poćwiczyć szczękę! No i jeszcze szpik! Nawet najbardziej liche z wyglądu kości są pełne szpiku.
Skoro już jesteśmy przy jedzeniu, może zabrzmi to mało wiarygodnie, ale z początku jedzenie ludzi w ogóle nie przeszło mi przez myśl. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że będę codziennie polować... w życiu! Wtedy jeszcze racji żywieniowych zostało mi tak dużo, że wystarczyło się skupić na poszukiwaniach paliwa do mojego statku. Wtedy była jeszcze we mnie nadzieja na opuszczenie tego miejsca, ale prawdopodobieństwo sukcesu jest teraz dużo mniejsze. Wiem już, że bardzo możliwe, iż będę tutaj jeszcze jutro, za tydzień, za miesiąc, w przyszłym roku. Piętnaście lat upłynęło mi na poszukiwaniach paliwa, ale nie udało mi się odnaleźć niczego, co mogłoby się nadawać. Obawiam się, że już niczego nie znajdę. Czy fakt, że żyję cztery razy dłużej niż ludzie jest pocieszeniem? Może się okazać, że stres wykończy mnie wcześniej.
Jedzenie skończyło mi się przed upływem dwóch miesięcy na tej planecie. Moim pożywieniem stawało się wszystko, co tylko było w zasięgu: kora drzew, liście, błoto, kamienie, ryby, małże, mech, porosty, robaki, asfalt, cement, opony, latarnie, koty, psy, gołębie, wszystko, co podawali w restauracjach, miski, nogi od krzeseł i wiele innych. Nic nie było w stanie mnie zadowolić. Przełykanie wielu z tych wątpliwej jakości pokarmów wymagało opanowania odruchu wymiotnego, a i tak, kiedy tylko dana rzecz docierała do żołądka, mój organizm pozbywał się jej natychmiast. Dobrze, kiedy na samych wymiotach się kończyło. Wiele razy przytrafiło mi się zatrucie pokarmowe, gorączka i ból głowy taki, że odechciewało mi się żyć, jednak moje ciało miało w sobie tyle woli przetrwania, że wracało do normalnego stanu zaraz po utracie świadomości. Ciągnęło się to przez cztery długie lata.
Moja uwaga skierowała się w końcu na ludzi. Mój umysł był otwarty w kwestii zabijania! O ile z początku byli dla mnie niczym chmury na wietrze albo jak ślady zostawiane na piasku przez mrówki, o tyle po czterech latach głodu sprawy zaczęły wyglądać inaczej. Obudziła się we mnie ciekawość smaku ludzkiego mięsa. W głowie kłębiły mi się pytania: Jak opiszę ich smak? Jak pachną? Czy są bardzo soczyści? Instynkt wrzeszczał na mnie, że muszę zacząć ich jeść, jeśli mam przetrwać. Jakby jedzenie ludzi było gwarancją długiego życia w pełni zdrowia. W końcu decyzja zapadła: zgromadzę zapas mięsa i paliwa, a potem odlecę z tej przeklętej planety! Następnego dnia już nic nie stało mi na przeszkodzie. Rozpoczął się czas łowów, zabijania, rozrywania. Wtedy smakowało mi nawet surowe ludzkie mięso, ale z czasem udało mi się nabrać doświadczenia i wprawy. Po dziś dzień moje przetrwanie zawdzięczam jedzeniu ludzi, ale to nie jest egzystencja pozbawiona wyrzeczeń. By przeżyć, muszę kraść życia ludziom. Przykro mi. Choć tak naprawdę całe te przeprosiny są gówno warte, to tylko formalność jak przywitanie: "Co słychać?". Przykro mi. Przykro mi. Przykro mi. Kocham. Kocham. Kocham.
Mój plecak jest teraz dużo cięższy. Kładę go na razie w salonie i wracam do sypialni. (Nie martw się, łazienka jest w nieskazitelnym stanie). Staję przed wysokim lustrem i naciągam z powrotem nabrzmiałe mięśnie twarzy, które wybrzuszyły się podczas odgryzania mu głowy. Chowam też nogi, które wyskoczyły w tym całym podnieceniu. Chwytam pachnące płynem do płukania majtki na zmianę i czystą sukienkę. Zapach świeżego prania zawsze poprawia mi humor... o ile nie oznacza to, że plecy i krocze mam nieznośnie mokre. Rozglądam się wokół, szperam w jego kieszeniach, nucąc jakąś melodię. Szukam portfela. Gdzie on mógł go schować? W wewnętrznej kieszeni plecaka? W kieszeni płaszcza wiszącego w szafie? W kolejnej szufladzie?
W końcu go znajduję, leży pod spodniami od dresu, cienki, zrobiony ze skóry. Czyjej skóry, skoro już przy tym jesteśmy? W środku jest dowód osobisty, prawo jazdy, wizytówka, karta kredytowa, bony na zakupy, paragony, prezerwatywa i cztery szeleszczące banknoty, w sumie trzydzieści tysięcy. Wszystkie pieniądze, jakie mam, pochodzą z portfeli mojego mięsa, dziennie daje mi to jakieś dwieście - trzysta tysięcy wonów. Jeśli mam szczęście, mogę w ciągu trzech godzin wzbogacić się o dziesięć milionów wonów. Niektóre z mięs trzymają nawet w domu gotówkę w rolkach. Całkiem nieźle mi się powodzi, nie sądzisz? Nawet lepiej niż nieźle, prawdę mówiąc. Szafę i komodę mam wypchane gotówką, gdyby ją przeliczyć, czego jednak nigdy nie robię, byłoby tego pewnie z miliard wonów. Zaświtała mi kiedyś w głowie myśl o tym, żeby może zatrudnić kierowcę, ale ryzyko, że zorientowałby się, co się dzieje, jest zbyt duże. Zajrzyj do mnie kiedyś! Mam tyle roboty, że możesz sobie uszczknąć setki, tysiące wonów, a ja się w ogóle nie zorientuję. Co ja mogę zrobić, kiedy już się doliczę? Jak mam cię rozpruć pazurem u stopy, gdy będziesz już daleko?
Szukam teraz jego telefonu, muszę wykasować wszystkie nasze wiadomości. Najlepiej też skasować wszystkie apki. Czasem rozbijam telefony na części i wyrzucam gdzieś daleko albo w ogóle do rzeki. Gotowe, zadanie ukończone. Nie ma się co ociągać, nic tu po mnie. Muszę się pospieszyć, następne spotkanie mam o jedenastej trzydzieści, czyli za pół godziny. Piętnaście minut metrem, nie mam za dużo czasu! I nie ma kiedy odsapnąć. Praca mnie wykończy. Na szczęście trampki są już w środku suche, szkoda, że nie mogę im tego wynagrodzić. Wyobrażam sobie to: uśmiecham się do nich, rzucając im kawałek mięsa, a one chwytają go zębami podekscytowane.
Kładę rękę na klamce, kiedy ogarnia mnie nagłe uczucie mdłości i oblewa zimny pot. Włosy! Kilka razy dziennie muszę przez to przechodzić, nie wiem, czy kiedykolwiek się przyzwyczaję. Rzucam plecak na podłogę i pędzę do łazienki, ledwo zdążam. Mój żołądek uparcie odmawia trawienia włosów, po prostu nie i już! Nie potrafię sobie przypomnieć niczego innego, co sprawiałoby mu tyle kłopotu. Włosy po prostu nie przejdą. Kiedy mój żołądek tak otwarcie protestuje, co innego mam zrobić? To mój drugi mózg, czasem odgraża się, że przejmie nawet dowodzenie. Klękam pokornie przed muszlą klozetową i bez cienia skargi zwracam dwa lub trzy kłębki włosów. Całe pokryte są żółcią, ale poza tym zupełnie nietknięte unoszą się na powierzchni wody. Przypominam sobie, jak wyglądała jego twarz, kiedy jeszcze żył, to był naprawdę dorodny okaz. Historia z windą może i popsuła mi nastrój, ale dobrze się mną potem zajął. Mam nadzieję, że jemu też było dobrze. Świetne ciało, tak... seks też był wspaniały. Może powinien zostać moim dwunastym kochankiem? Może trzeba było trzymać go przy życiu, żeby zaspokajał moje seksualne potrzeby? Nie mam jednak kochanków na szesnastym piętrze, to by było niedorzeczne. Co by było, gdyby winda znowu się zepsuła? Schody poddają mój głód wielkiej próbie. Rzyganie włosami na szesnastym piętrze to moja kara za to, że zachciało mi się świeżej głowy. Muszę się spieszyć! Takie wędrówki skończą się pewnie tym, że nabawię się lęku wysokości.
Sprawdzam, czy drzwi są dobrze zamknięte i wyczuwam za moimi plecami czyjąś podejrzaną obecność. Obracam głowę tak nagle, że prawie skręcam sobie kark. Mężczyzna około czterdziestki stoi i gapi się na mnie. Niespodziewany widok ludzkiej istoty tak mnie zaskakuje, że oczy rozbiegają mi się na boki jak język węża i muszę włożyć wysiłek w to, żeby z powrotem patrzyły razem wprzód. Próbuję skupić wzrok na facecie, tracę na to jakieś półtorej minuty mojego czasu, ale nigdy nie wiadomo, czy nie będzie chciał mnie zaatakować. Trzeba mieć wyostrzony wzrok na wypadek obrony przed wrogiem. Prostuję się, moje ciało jest napięte jak cięciwa łuku. Przyzywam do porządku szpony i rogi, muszą być gotowe na każde wezwanie. Będziesz się wyśmiewać z mojego przewrażliwienia? Taki poziom przeczulenia jest niezbędny, żeby przetrwać. Żeby nie zginąć bez śladu, trzeba w każdej minucie i w każdej sekundzie życia być gotowym do skoku. To dzięki temu moje ciało dotrwało do tej chwili. Bez tej umiejętności już leżałoby gdzieś zmaltretowane po stokroć.
- Pani... to kto?
- A pan?
- Jak widać, mieszkam naprzeciwko. - Wskazuje nieuprzejmym gestem na swoje drzwi.
To raczej jasne, co to w ogóle za odpowiedź?
- Nie wiedziałem, że on ma dziewczynę.
- Bo nie ma.
- To kim pani jest?
- Jestem jej... jego! Jeeego siostrą.
A może byłoby łatwiej, gdyby pozostać przy wersji, że jestem jego dziewczyną? Tracę czas na tego starego pierdołę, aż mam w ustach niesmak. Nic tak nie psuje nastroju jak durne pytania. Ale odpowiadam na nie, moje usta same się poruszają.
- Myślałem, że to jedynak.
- No jednak nie.
- Ach tak... a brat dobrze się miewa? Nie widuję go od jakiegoś czasu. Nie zachorował na coś?
- Wszyyystko dobrze.
Rozciągam moją odpowiedź, jakby była połączona z ziewnięciem. Staram się dać mu do zrozumienia, że z mojej strony to tyle. Nie mam pewności, czy przekaz do niego dociera, dogadywanie się z ludźmi ciągle jeszcze u mnie szwankuje. Wygląda na to, że tym razem mi się udało, chyba zadziałało. Rzuca szybko okiem na moje uda zasłonięte krótką spódniczką i traci zainteresowanie moją osobą. Odwraca się w stronę windy, która znowu działa. Jak smakowałaby jego ręka, gdyby mu ją tak odgryźć? Przyglądam się żyłom pulsującym na jego przedramieniu i wierzchu dłoni i zastanawiam się, czy bardzo by mi to popsuło grafik, gdyby tak odpuścić sobie następne spotkanie i zamiast tego pozwolić sobie na małe co nieco z tym facetem.
Winda przyjeżdża, drzwi rozsuwają się, on wchodzi do środka, a ja za nim, potrząsając głową. To jednak nie pomaga pozbyć się natrętnej ciekawości, wręcz przeciwnie - zagłębiam się w temat, nie zwracam nawet uwagi na to, jak przyjemnie jest zjeżdżać na dół z szesnastego piętra działającą windą. Wyobrażam sobie, jak może smakować, jego oddech jest tak blisko, słyszę, jak rozchyla usta, jak przełyka ślinę. On pożera mnie wzrokiem, jest już nieźle podniecony. Wiem, że jeśli chwycę teraz jego twardego kutasa i wsadzę mu język w usta, on na pewno chwyci mnie za cycki. Niestety winda zatrzymuje się. Niestety? Aż tak mi żal, że nie mogę sobie na nim poskakać?
- O proszę! Znowu się mijamy!
To ta kobieta z jedenastego piętra. Wchodzi do windy i staje między nami. Czy ona zawsze jest tak nieznośna? Skoro tak się sprawy mają, może zabiję teraz ich oboje? Nie, nie, właściwie dobrze się składa. Dzięki jej nagłemu wtargnięciu uda mi się zrealizować dzisiejszy plan. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Mierzę go wzrokiem - wygląda na takiego, co mieszka z żoną i córką. Jeśli zabiorę się za kogoś tego pokroju, będę mieć przerąbane na własne życzenie. Wtedy na pewno by mnie namierzyli, policja z lubością by mnie przesłuchiwała. Dowiedzieliby się pewnie, gdzie mieszkam. Jeśli tylko odgadliby, kim jestem, byłoby już po mnie, kurtyna by zapadła - koniec mojego pobytu na Ziemi. Nie mogę zapominać, że w windach są kamery, montują je zawsze w rogach kabiny. Dam wprawdzie radę stworzyć sobie nową twarz, łatwiej to jednak powiedzieć niż zrobić. Potrzeba do tego niewiarygodnej precyzji, twarz, musi wykonywać swoje zadanie, ale jednocześnie powinna wyglądać naturalnie i pięknie. To nie jest tak jak z uprawą roślin, że wystarczy zasiać, podlać i czekać na wiosnę. Najgorsze byłoby to, że teraz właśnie mam świeżutką twarz, moje najnowsze dzieło, prawie nieśmigane. I taką nówkę sztukę trzeba by było po kilku dniach znowu wyrzucać? To by mnie dobiło. Muszę za wszelką ceną unikać wymieniania twarzy.
- Zadałam pani pytanie! - odzywa się ostrym tonem kobieta.
- Słucham?
- Pytałam, gdzie się pani wybiera tak wystrojona i z takim wielkim plecakiem. Co tam pani ma? Wygląda na ciężki.
Ona znowu swoje? Kiedy ma się do czynienia z takim wścibskim typem, który najchętniej wtykałby nos we wszystko, najlepiej jest nie odpowiadać. Może mój charakter jeszcze się nie wypaczył, a może to dlatego, że nauka etykiety była obowiązkowym punktem przygotowań do życia między ludźmi - w każdym razie odpowiadam:
- Nic, co by panią ciekawiło. (Przynajmniej zanim cię zabiję).
Tak naprawdę bycie ignorowanym, zadawanie pytań, które trafiają w obojętną pustkę, jest przerażającym doświadczeniem. Jest tak wielu ludzi, którzy ignorują innych, i robią to z taką łatwością, z jaką oddychają. Na mojej drodze znalazło się już wielu takich kolesi, zawsze się upewniam, żeby zapamiętać ich parszywe gęby. Ja niemal odruchowo odpowiadam takim ludzkim pijawkom, może dlatego że przemoc zignorowanego pytania przejmuje mnie do głębi.
- Zgodzi się pani? - pytam ją oschle.
Kobieta, niezadowolona, że jej ciekawość nie zostanie zaspokojona, odwraca się do mężczyzny.
- Taka piękna panienka z wielkim, ciężkim plecakiem... przedziwny widok, nie sądzi pan? To naprawdę jedno do drugiego nie pasuje.
- Ha, ha... no tak - odpowiada.
Ona gada jeszcze jakieś głupoty, dopóki winda nie zjeżdża na sam dół. Chyba założę jej w końcu jakiś kaganiec. Mężczyzna ucieka, kiedy tylko drzwi się rozsuwają.
- Proszę pani - mówię, przytrzymując ją za rękaw.
Drzwi windy powoli się zamykają. Kobieta patrzy na mnie oczami wielkimi ze zdziwienia.
- Bardzo chciała pani wiedzieć, co mam w plecaku.
- Yyy, tego, bo mnie się spieszy...
- A gdzie?
Składam twarz w taki sposób, żeby jej nie pomarszczyć i odsłaniam kły. Stoję plecami do kamery, nie muszę się więc martwić, że uchwyci moją prawdziwą postać. Kobieta stoi osłupiała, kiedy sięgam do plecaka. Jest zupełnie oszołomiona. Wyciągam rękę i władam kawałek mięsa w jej rozdziawioną gębę.
- Do widzenia pani - żegnam się.
Wciskam guzik otwierania drzwi, kobieta zostaje w środku, najwyraźniej nie ma już ochoty nigdzie iść. Zanim drzwi zupełnie się zamkną, widzę jeszcze, jak targają nią torsje, jak oddycha z trudem. Wypluwa w końcu upominek, który ode mnie dostała. Wychodzi z windy dopiero, kiedy ja opuszczam budynek.
Tymczasem ja idę raźnym krokiem na stację metra, inni ludzie nie mogą się mnie doczekać.
* * *