Nauczka, czyli jak przekuć porażkę w sukces - Jessica Lahey

-
Proszę czekać

Rozdział 1Jak niepowodzenie stało się wrogim słowem

Jako mała dziewczynka zaczytywałam się w książkach z serii Domek na prerii autorstwa Laury Ingalls Wilder. Marzyłam o tym, by mieszkać w domku z darni nad brzegiem Plum Creek lub w maleńkiej chatce w Wielkim Lesie pod surową, ale jednocześnie pełną miłości opieką mamy i taty. Chciałam być jak Laura, która dzielnie mierzyła się z niebezpiecznym i ekscytującym światem wokół niej, a wytyczając własne ścieżki przez prerię, popełniała mnóstwo błędów. Po powrocie w domu czekali na nią rodzice, których nie przepełniały niepokój i strach o nią, ale którzy z zainteresowaniem słuchali opowieści o jej przygodach, świadomi, że wolność i swoboda to najlepsza szkoła życia.

Dokładałam starań, żeby wobec siostry być równie tolerancyjną jak Laura wobec Carrie. Gdy pod bożonarodzeniową choinką nie znalazłam dość ekstrawaganckiego prezentu, o jakim marzyłam, w myślach przywołałam wspomnienie o Laurze, która pewnego razu otrzymała tylko mały cynowy kubek, cukierek, ciastko i grosik, a mimo to była za to wdzięczna. Mój sposób na rozwiązywanie problematycznych kwestii w rodzaju "Co zrobiłaby Laura?" nie skończył się wraz z wejściem w dorosłość. Nie mogłam się doczekać, kiedy własnym dzieciom będę mogła poczytać historie o świecie Laury, cechującym się prostymi zasadami i balonami ze świńskich pęcherzy. Wspólnie czytaliśmy i odtwarzaliśmy ulubione zdarzenia: polewanie syropem śniegu, żeby powstały cukierki, barwienie masła sokiem ze startej marchewki i robienie wzorów naparstkiem na zmrożonej okiennej szybie. Zachęcałam chłopców do zagłębiania się w nie tak znów Wielki Las, choć bałam się o nich z powodu niedźwiedzi, myśliwych i wilczych dołów. Robiłam, co w mojej mocy, by być stanowczą, ale kochającą i dającą swobodę mamą, jak mama Laury.

Rodzice Laury wyznaczali swoim dzieciom jasne granice i cele. Dobro i zło było nazywane dobrem i złem, porażki były po to, by wyciągać z nich wnioski, a gdy trzeba było dzieci zdyscyplinować, kara była szybka i sprawiedliwa. Po urodzeniu dzieci pytanie "Co zrobiłaby Laura?" w naturalny sposób zmieniło się w "Co zrobiłaby mama Laury?" - i wkładałam dużo wysiłku w to, by chłopców wychowywać w tym duchu. Starałam się pamiętać, że błędy i niepowodzenia są nieodzowną częścią procesu dorastania.

Fakt, że pomocy szukałam w opowieściach z XIX w., wiele mówi o tym, jak złożone i pełne pułapek stało się rodzicielstwo. Rodzice Laury wiedzieli, że ich zadaniem jest wychować dzieci na samodzielnych, zaradnych i prawych ludzi. Zazdroszczę im tej jasności celów, ponieważ czasami tracę pewność co do moich własnych obowiązków jako mamy. Raz mam być bratnią duszą dla syna, żeby mógł z całą swobodą mi się zwierzyć, innym razem mam robić za autorytet i nauczyć go czegoś, np. pisania listu z podziękowaniami, niezależnie od tego, czy tego chce, czy też nie.

Skoro ja nie jestem pewna swojej roli, podobnie musi odczuwać to mój syn. Nic więc dziwnego, że serce rwie mi się do prostoty rodzicielstwa z Wielkiego Lasu. Jednak obawiam się, że nawet rodzice Laury czuliby się przytłoczeni i skonfundowani zmieniającymi się oczekiwaniami i brakiem solidnego gruntu pod stopami współczesnych rodziców. Aby znaleźć właściwą drogę w tej gmatwaninie i zrozumieć, skąd w ogóle się tu wzięliśmy, musimy przedrzeć się przez ścieżki historii rodzicielstwa.

Rodzicielstwo w starych dobrych czasach

Rodzicielstwo w Nowej Anglii w epoce kolonialnej było stosunkowo proste ze względu na hierarchię potrzeb definiowanych przez pryzmat ryzyka i straty. Rodzice mogli się spodziewać, że stracą co dziesiąte dziecko, nawet w najzdrowszych i najzamożniejszych społecznościach. W miastach takich jak Boston, gdzie nędza i ciasnota budynków mieszkalnych sprzyjały szybkiemu rozprzestrzenianiu się chorób, dzieci umierało dwa, trzy razy więcej. Wskutek epidemii ospy w 1677 r. zmarła jedna piąta mieszkańców, z czego większość stanowiły dzieci.3 Rodzice, dla których widok martwego dziecka był "nie bardziej zaskakujący niż pęknięty dzban"4, skupiali się na zaspokojeniu podstawowych potrzeb, takich jak dach nad głową, jedzenie i czysta woda do picia. Kwestie takie jak edukacja, życie społeczne i emocjonalne zdrowie dzieci musiały zejść na plan dalszy. W wychowywaniu dzieci kierowano się raczej rozsądkiem niż uczuciem. Głosem rodzicielskiej filozofii Ameryki czasów kolonialnych - o ile taka istniała - był John Locke. Gdy dzisiaj tłumaczymy dziecku, dlaczego nieładnie jest gryźć sąsiadkę, wypowiadamy całe referaty, wspierając się lizakiem, natomiast Locke preferował prostsze rozwiązanie, podkreślając zdroworozsądkowe, a nie uczuciowe podejście, ponieważ "długie rozprawy i filozoficzne dowodzenia w najlepszym razie wprawiają dzieci w zdumienie i w zmieszanie, ale ich w niczym nie pouczają".5 Dzieci miały pozostawać na widoku, ale nie absorbować i zawsze zachowywać się zgodnie z oczekiwaniami. Z pewnością nie miały pozostawać na pierwszym planie. Gdy maluch dostaje szału w siedemnastowiecznym odpowiedniku sklepu spożywczego, Locke wyjaśnia: "Płacz dzieci jest bardzo często usiłowaniem zdobycia władzy i otwartym objawieniem swego zuchwalstwa lub uporu. Kiedy brak im sił do osiągnięcia rzeczy, której pragną, chcą krzykiem i szlochaniem utrzymywać swą pretensję i prawo do niej".6 Gdy dzieciom przyszło mierzyć się z ciężkimi doświadczeniami i konsekwencjami swoich błędów, Locke doradzał rodzicom: "...żadną miarą nie lamentuj nad nimi. To miękczy ich dusze i skłania je do poddawania się małym przykrościom, jakie się im trafiają, wskutek czego te zapadną głębiej w tę część duszy, która jest obdarzona jedynie wrażliwością, i stworzą rany większe, niż stworzyłyby w innych warunkach". Innymi słowy, dodawajcie dziecku otuchy, wspierajcie, ale nie użalajcie się nad nim, nie róbcie z tego, co się stało, wielkiej sprawy, ponieważ "liczne niewygody, na jakie jesteśmy narażeni w życiu, wymagają, byśmy nie byli zbyt wrażliwi na każdą małą przykrość". Locke zdecydowanie preferował zachęcanie dzieci do tego, by po upadku się podnosiły i podejmowały kolejne próby. "W drobnych przykrościach, jakie cierpią przy uderzeniu lub przy upadku, nie należy ich żałować, dlatego że upadły, ale trzeba kazać im zrobić to jeszcze raz, co poza tym, że wstrzymuje ich płacz, jest lepszym sposobem uleczenia ich niedbałości i zapobieżenia ich kolejnemu upadkowi niż łajanie lub lamentowanie nad nimi. Ale bez względu na przykrość, jaką odniosły, powstrzymajcie ich płacz, a to przyniesie im więcej spokoju i ulgi na teraz i zahartuje je na przyszłość"7 (tu ponownie emanujące niechęcią podkreślenia są autorstwa Locke'a). Rodzice epoki kolonialnej kochali swoje dzieci i jestem pewna, że nieśli im pociechę, gdy "uderzały się i upadały", jednak takie upadki były traktowane jako część codzienności, w której każde dziecko powinno cicho i ulegle przykładać się do walki całej rodziny o przetrwanie w pełnym niebezpieczeństw świecie. Wzloty i upadki były składową częścią życia, dzieci dorastały w ich cieniu, a rodzice mieli czym zaprzątać sobie głowy, dlatego dbanie o dobrostan dziecka przez całą dobę nie wchodziło w grę.

Rodzice wypychali dzieci z domowego gniazda dużo wcześniej, niż dzieje się to dziś. Jak to ujął jeden z ojców założycieli USA Thomas Paine: "Nic tak nie niszczy przywiązania zarówno ze strony rodziców, jak i dzieci, jak zbyt długie życie pod jednym dachem".8 Dzieci wchodziły w związki małżeńskie młodo, szybko miały własne dzieci i musiały być już gotowe zadbać o siebie i rodzinę przed przekroczeniem wieku młodzieńczego, dlatego rodzice zmuszeni byli przekazywać wiedzę na temat przetrwania i niezależności już od najwcześniejszych lat.

Rewolucja amerykańska to czas powstawania nowego narodu i nowej filozofii dotyczącej natury dzieci i ich miejsca w rodzinie i społeczeństwie. Naród zbuntował się przeciwko panowaniu angielskiego króla, który oczekiwał wierności i ślepego posłuszeństwa, pisarze i myśliciele w podobnym duchu postrzegali amerykańskie dzieci. Jak zauważa amerykański historyk Steven Mintz w swojej książce Huck's Raft: A History of American Childhood, przesunięcie akcentu w stronę indywidualizmu można między innymi zilustrować współwystępującą zmianą w kwestii nadawania dzieciom imion. Do rewolucji amerykańskiej dzieciom zazwyczaj nadawano imiona rodziców lub bliskich krewnych, by w ten sposób podkreślić i wzmocnić wagę pochodzenia i przynależności do danej rodziny. Jednak mniej więcej od połowy XVIII w. zaczęły pojawiać się bardziej unikalne imiona, czasami w parze z drugim imieniem, co miało służyć uwydatnieniu indywidualności dziecka.9 Inne obyczaje, służące podkreślaniu zależności politycznej, społecznej i rodzinnej, takie jak konieczność kłaniania się rodzicom, straciły na wadze i duch rewolucji zaczął przenikać do umysłów obywateli, którzy nie chcieli już dłużej akceptować własnej podległości wobec jakiegokolwiek pana. Amerykanie zaczęli patrzeć w przyszłość swojego rodzącego się kraju, w którym los świadomych obywateli zależy od tego, by nowe pokolenia nie kłaniały się żadnej tyranii, ale szanowały prawa jednostek, co służy wolności wszystkich.

Mimo składanych obietnic i szlachetnych, tchnących idealizmem deklaracji stojących za z takim trudem wywalczoną niezależnością, życie dzieci wciąż pozostawało ciężkie. Niemal połowa z nich traciła przynajmniej jedno z rodziców przed osiągnięciem wieku uprawniającego do zawarcia małżeństwa, dlatego wiele musiało dźwigać na wątłych barkach ciężar nie tylko pracy przypisanej im jako dzieciom, ale i brakującego rodzica. Dzieci farmerskie już w wieku 5 lat zaprzęgane były do pracy, żeby przyszłość rodziny była zabezpieczona. W miastach dzieci miały do wypełniania niełatwe obowiązki domowe, musiały uczyć się zaradności w różnych sytuacjach, a także pomagały przy pracach przynoszonych do domu w celu zarobienia dodatkowych pieniędzy, takich jak pranie czy szycie.

W kolejnych dziesięcioleciach amerykańska populacja i gospodarka coraz intensywniej przenosiły się z prowincji do miast i pod koniec XIX w. jedno na sześcioro dzieci między 10. a 15. rokiem życia pracowało zawodowo. Młyny i fabryki chętnie korzystały z małych pracowników ze względu na ich niewielkie rozmiary. Dzieci mogły dość swobodnie wślizgnąć się pod maszynę, żeby np. usunąć blokujący ją element, a poza tym stanowiły tanią i łatwo zastępowalną siłę roboczą.

Z początkiem XX w. zaczęła wzrastać świadomość zagrożeń czyhających na dzieci i ciężkiego losu, jaki przeważnie był ich udziałem w zakładach pracy. Nieetyczne i niebezpieczne praktyki stosowane wobec dzieci skutkowały wprowadzeniem ograniczeń prawnych uniemożliwiających zatrudnianie dzieci poza domem poniżej ustalonego wieku. Ponadto dzieci zostały objęte obowiązkiem szkolnym. Te, które wcześniej pracowały, żeby zapewnić rodzinie bezpieczeństwo finansowe, teraz musiały zająć się nauką. Wprowadzone reformy okazały się niezwykle korzystne, jednak z perspektywy rodziny i społeczeństwa mierzących wartość dzieci ich użytecznością stały się one zbędne, a z upływem lat ich status zmienił się z "przydatnych na nieprzydatne"10, z przynoszących zyski na bardzo kosztowne. Skoro coraz więcej dzieci doświadczało życia bez obowiązków, rodzicom nie pozostało nic innego jak wyznaczyć nowe rodzicielskie cele, by sprostać wychowaniu drogich i bezproduktywnych potomków.

Narodziny rodzicielskiego doradztwa

Zanim w 1926 r. w kioskach pojawiło się traktujące o rodzicielstwie czasopismo Parents, w Ameryce rozpoczęła się już na dobre debata na temat filozofii rodzicielstwa i coraz więcej rodziców poszukiwało porad i informacji o wychowywaniu dzieci w stawiającym coraz więcej wyzwań świecie. Tak rozpoczęła się era rodzicielskiego doradztwa, czyli trwającego jakiś czas zawieszenia społecznego przekonania o naturalnych kompetencjach amerykańskich rodziców. Niewiele lat wcześniej dzieci codziennie maszerowały do pracy w fabrykach, a teraz same stały się przedmiotem pełnoetatowej pracy, wymagającej eksperckich porad i szkoleń. Społeczeństwo przestało postrzegać dzieci jako mniejszą wersję dorosłych, zdolnych do pracy i twórczego rozwiązywania problemów. Dzieci stały się kruchymi istotami, w pełni zależnymi od opiekunów i wymagającymi popartej dogłębnymi badaniami fachowej opieki. Liczba dzieci przypadających na rodzinę z biegiem lat znacząco się zmniejszyła, dlatego rodzice mogli w większym stopniu poświęcać czas emocjonalnym i psychologicznym potrzebom każdego z nich. Wszystkie te dzieci, żyjące w świecie bez obowiązków, miały dużo czasu na wyrażanie swoich psychologicznych problemów, co spowodowało rozkwit psychologii rozwojowej, która miała dostarczyć odpowiedzi na nowe kwestie. Zachowania, które John Locke opisałby w sposób prosty i autorytarny, zaczęto postrzegać w kategoriach emocjonalnych uwarunkowań, które wymagały terapii, a nie irytujących zachowań domagających się korekty. Czasy, w których dzieci cechowały się twardością i wytrwałością, należały już do przeszłości, teraz nastała epoka dzieci emocjonalnie uzależnionych od rodziców i rodziców targanych ciągłymi niepokojami o swoją rolę.

Do rodziców z końca XIX i początków XX w. jasno i wyraźnie docierał ekspercki przekaz: matki nie powinny nawet zabierać się za wychowywanie dzieci bez konsultacji z lekarzami. Kiedyś kobiety po pomoc w kwestiach dotyczących pielęgnacji zwracały się do innych kobiet, tworząc w ten sposób rodzaj zbiorowej mądrości, przekazywanej z pokolenia na pokolenie, jednak wraz z rozwojem pediatrii na tę mądrość zaczęto spoglądać z podejrzliwością, a nawet pogardą. Eksperci radzili kobietom, by przestały słuchać "babci, której wpływ jest szczególnie szkodliwy, ponieważ oczekuje się, że ze względu na własne doświadczenia o dzieciach wie wszystko".11 Przed nastaniem XX w. rodzice (w szczególności matki) dbały o zdrowie dzieci w domu. Miały pod ręką poradniki medyczne, takie jak Domestic Medicine Williama Buchana, i tak uzbrojone pełniły funkcje lekarzy, terapeutów, dentystów i nauczycieli. Jednak na przełomie wieków liczba publikacji traktujących o wychowywaniu i pielęgnacji dzieci wzrosła lawinowo i, co szczególnie ważne, doszło do istotnego przesunięcia akcentów. Rodzicielstwo stało się obiektem badań i eksperci podejmujący ten temat najwyraźniej cechowali się brakiem wiary w to, że matki są w stanie samodzielnie podołać swojemu zadaniu.

W latach dwudziestych XX w. również dało się odnotować wzrost zapotrzebowania na profesjonalną opiekę nad dziećmi. Przedszkola zaczęły też służyć do edukacji matek nieobeznanych z najnowszymi opracowaniami naukowymi na temat rodzicielstwa. Rodziców z całą mocą zachęcano do korzystania z profesjonalnych doradców i wszelkiej maści poradników, które zalewały rynek księgarski. Zawierały one mnóstwo porad, jak ustrzegać dzieci przed zagrożeniem ze strony drobnoustrojów (kolejny popularny temat, zawdzięczający swoje zaistnienie opracowanej pod koniec XIX w. teorii wywoływania chorób przez drobnoustroje) i odpowiadać na nieustannie zmieniające się potrzeby emocjonalne - pięćdziesiąt lat wcześniej takie dylematy mogłyby u rodziców wywołać tylko śmiech. Stan mentalny i emocjonalny dzieci był przedmiotem nowatorskich koncepcji, a "psychologizacja wychowywania dzieci"12 sugerowała, że rodzicielstwo nie może opierać się na intuicji, ale na nieustannym pogłębianiu wiedzy i doszkalaniu się. Wśród konsekwencji niewłaściwego wychowywania dzieci znalazły się poważne zaburzenia natury psychologicznej i emocjonalne cierpienie, prowadzące do takich niepożądanych zjawisk jak niezdrowa rywalizacja pomiędzy rodzeństwem, fobie, zaburzenia snu i bunt wieku dojrzewania. Freud spopularyzował teorię rozwoju psychoseksualnego i ostrzegał rodziców przed niebezpieczeństwami neuroz wywołanych niewłaściwym przyuczaniem do nocnika, przerzucając odpowiedzialność za choroby psychiczne wieku dorosłego na niewłaściwą matczyną opiekę. Psycholog John Bowlby uczulał rodziców na poważne konsekwencje niewłaściwego podejścia do dzieci - jeśli nie będziemy ich wystarczająco często przytulać, wkrótce wyrosną na nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie młodocianych przestępców. Życie rodziców w coraz większym stopniu toczyło się wokół dzieci i do lat pięćdziesiątych XX w. kwestie takie jak pielęgnacja, właściwe odżywianie i właściwe organizowanie ich czasu stały się dla amerykańskich rodziców prawdziwą obsesją.

Niemal bezwarunkowa wiara i zaufanie w ekspercką wiedzę trzymały się dobrze aż do czasu, gdy pewien sympatyczny pediatra pozwolił rodzicom ponownie zawierzyć własnej intuicji.

Wiesz dużo więcej, niż myślisz, że wiesz

Książka Dziecko, pielęgnacja i wychowanie dr. Benjamina Spocka, wydana w 1945 r., w pierwszym roku sprzedała się w 750 000 egzemplarzy i stanowiła punkt zwrotny w podejściu ekspertów od rodzicielstwa do rodziców. Poradnik zaczyna się od szokujących a jednocześnie przynoszących prawdziwe ukojenie słów: "Zaufaj sobie" i następnych: "Wiesz więcej, niż myślisz, że wiesz". Tymi słowami dr Spock oddawał władzę z powrotem w ręce rodziców. Jego celem było zburzenie nienaturalnej zależności rodziców i obywateli w ogóle od ekspertów i wyglądało na to, że może on okazać się orędownikiem zdrowego rozsądku. Kobiety wciąż udawały się do lekarzy i psychologów po porady, jednak dr Spock za pomocą wszechstronnego poradnika utrzymanego w przyjaznym tonie zachęcał rodziców do zaufania sobie i samodzielnego podejmowania decyzji. Choć zdaniem wielu głos Spocka był krokiem w kierunku powrotu do normalności, niektórzy - eksperci tracący autorytet i rodzice przestraszeni nagłym brakiem klarownych wytycznych - postrzegali tę wolność jako zagrożenie. Ślady przestarzałych teorii na temat kruchości dziecka i negatywnego, o dalekosiężnym, trwającym do końca życia działaniu, wpływu niewłaściwych decyzji podejmowanych przez rodziców przetrwały, dlatego wielu rodziców, których zwolniono z konieczności przestrzegania instrukcji ekspertów, czuło przerażenie na myśl o tym, że mają w rękach moc całkowitego i nieodwracalnego zniszczenia życia dziecka. Koniec lat pięćdziesiątych, znaczony pokoleniem buntowników przeciwko systemowi i establishmentowi, dał niechętnym dr. Spockowi ekspertom solidną broń do ręki.

Lata sześćdziesiąte stały się świadkami eksplozji społecznej i politycznej aktywności, a młodzi ludzie uwierzyli, że ich pokolenie ma moc zmienienia świata. John F. Kennedy, najmłodszy prezydent USA, zastąpił najstarszego, co było symptomatyczne, a ruch na rzecz praw obywatelskich ruszył pełną parą dzięki rzeszom młodych aktywistów. Byli głośni i bardziej liczni niż kiedykolwiek przedtem, dlatego ich znaczenie rosło. Baby boom, jakiego USA doświadczyły po II wojnie światowej, obniżył średnią wieku Amerykanów do mniej niż 20 lat. Dorosłość i związana z nią odpowiedzialność straciły powab, a słowo power, czyli moc, władza, nabrało negatywnego znaczenia, ponieważ młode pokolenie było skłonne kwestionować i kontestować władzę, a nie ślepo za nią podążać. Wiek dojrzewania stał się czasem buntu, eksperymentowania, poszukiwania tożsamości, a czas wejścia w dorosłość był nieustająco opóźniany poprzez kontynuację nauki, późne wchodzenie w związki małżeńskie i późne podejmowanie pracy, co nie pozostawało bez wpływu na gospodarkę. Młodzi Amerykanie robili wszystko, by dzieciństwo trwało bez końca. Z kolei dorośli, wychowani w epoce autorytetów i posłuchu dla władzy i przekonaniu, że w dorosłość wkracza się wraz z ukończeniem 18. roku życia, stawali się wobec tych nowych zjawisk coraz bardziej bezradni. Wielu rodziców po prostu się poddało, stając się obiektem ataków mediów za zbytnią uległość wobec dzieci. Trzeba pamiętać, że psychologowie dziecięcy wciąż hołdowali przekonaniu, że rodzice są w znacznej mierze odpowiedzialni za występki dzieci, w szczególności jeśli "nie sprawdzili się" w okresie wczesnego dzieciństwa, nic więc dziwnego, że media winą za niespotykany bunt amerykańskiej młodzieży obarczały właśnie rodziców. Pobłażliwych rodziców określano mianem niedbałych, czego przykładem jest książka amerykańskiego antropologa Julesa Henry'ego z 1963 r. pt. Culture Against Man, w której autor odpowiedzialność za zuchwałość i brak wrażliwości amerykańskich nastolatków przypisuje "powojennej rodzinie, cechującej się zbytnią koncentracją na dziecku, wskutek czego dla dzieci w wieku dojrzewania odcięcie pępowiny było szczególnie trudne".13

W powszechnym odczuciu rodzina jako instytucja się rozpadała, przynajmniej względem szybko zanikającego blasku lat pięćdziesiątych. Na początku lat sześćdziesiątych połowa kobiet, które wyszły za mąż przed ukończeniem 20. roku życia, w ciągu pierwszych lat związku dochowywała się dwójki dzieci i pozostawała wraz z nimi w domu. Jednak w kolejnych latach młode kobiety coraz częściej wybierały edukację i/lub pracę, a małżeństwo zostało zepchnięte na plan dalszy. W latach 1960-1970 liczba rozwodów podwoiła się, natomiast liczba par żyjących w związkach nieformalnych wzrosła sześciokrotnie.14

Nieco starsze, bardziej niezależne pary o ustabilizowanej sytuacji w końcu zazwyczaj decydowały się na dzieci, wobec których stosowały model rodzicielstwa bliskości, wyraźnie powiązanego z ideą dr. Spocka. W takim modelu chodziło o wzmocnienie więzi między rodzicami i dziećmi poprzez ciągły i bliski kontakt oraz opiekę, ponieważ silne więzi stworzone w dzieciństwie pozostają na całe życie. Do głosicieli tego modelu należeli psycholog i psychiatra John Bowlby, psycholog Harry Harlow i pediatra T. Berry Brazelton. Pokazany w telewizji reportaż o straszliwie zaniedbanych sierotach rumuńskich posłużył za wyraźne ostrzeżenie: jeśli nie będziecie z dziećmi blisko przez 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu, mogą one doświadczać takich samych zaburzeń, jak te nieszczęsne rumuńskie dzieci. Jednak przekaz, choć silny, nie współgrał z rzeczywistością lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Na fali rodzącego się ruchu feministycznego kobiety masowo ruszyły do pracy i zaczęły realizować się także na innych polach - myśli, innowacji i przywództwa. Co jednak istotniejsze, kobiety musiały pracować ze względu na galopującą inflację i pogłębiające się trudności ekonomiczne, które nastąpiły po tłustych latach sześćdziesiątych. Kobiety stawały przed bardzo trudnym wyborem pomiędzy obowiązkami w domu i pracą, dziećmi i bezpieczeństwem finansowym, rodzicielstwem bliskości i potrzebą zerwania z narzuconymi oczekiwaniami względem opieki macierzyńskiej oraz egzekwowania swoich praw jako odrębnych jednostek.

Matki stały się podatnym gruntem dla nowego ruchu na rzecz podnoszenia samooceny, który zrodził się w latach siedemdziesiątych. Paliwa dla niego dostarczyła wydana w 1969 r. książka Nathaniela Bradena The Psychology of Self-Esteem. Jej główny przekaz to niezbędność poczucia własnej wartości dla zachowania zdrowia psychicznego. Idea samooceny jako "najistotniejszego klucza do zachowania [człowieka]" silnie oddziaływała na rodziców nękanych poczuciem winy, że na pierwszym miejscu stawiają potrzebę samorealizacji zarówno pod względem psychologicznym, jak i zawodowym. Dom i rodzina zostały przyćmione przez potrzebę indywidualizmu i samoakceptacji. Niestety ruch na rzecz poczucia własnej wartości przyniósł skutki odmienne od oczekiwanych przez Nathaniela Bradena. Jego marzeniem był świat, w którym dzieci mają takie poczucie własnej wartości, że opinie innych nie są w stanie ich zranić, co w końcu doprowadzi do powstania społeczeństwa ludzi oddających się samopoznaniu, samozadowoleniu i samoakceptacji.

Pokolenie narcyzów

To marzenie się jednak nie urzeczywistniło. Zdaniem psychologów Jean Twenge i W. Keitha Campbella, autorów książki The Narcissism Epidemic, winę za powstanie pokolenia narcyzów ponosi właśnie ruch na rzecz poczucia własnej wartości, ponieważ mimo iż pomógł on wielu Amerykanom, wskutek niego nie powstało wcale społeczeństwo ludzi szczęśliwszych i zdrowszych, zrodziło się za to pokolenie zapatrzonych w siebie narcyzów skupionych na powierzchowności i osobistych celach. Co gorsza, akcent stawiany na osobistym szczęściu okazał się gwoździem do trumny dla społecznego zaufania w sens działania kolektywnego oraz do rządu.

Ruch na rzecz poczucia własnej wartości obiecywał, że możemy się czuć ze sobą dobrze niezależnie od tego, co robimy, że dzieci będą zawsze "lubić" rodziców i że rodzice będą zawsze zadowoleni z tego, jak wypełniają swoje rodzicielskie obowiązki. Jednak życie - a w szczególności odpowiedzialne rodzicielstwo - tak nie działa. Dzieci, które przez cały czas "lubią" swoich rodziców, są znacznie mniej narażone na pouczenie, gdy zachowują się niewłaściwie, popełniają błędy lub skłaniane są do liczenia się z uczuciami innych. Reprymenda i karanie dzieci to nie jest coś, co robimy chętnie - nikt nie chce być przyczyną łez i zranionych uczuć. Znacznie przyjemniej jest dać dziecku ciastko przed obiadem z konspiracyjnym położeniem palca na ustach, co tworzy silną więź poprzez wspólnotę w "występku". Znacznie przyjemniej jest podrzucić do szkoły zapomnianą pracę domową i uratować pociechę przed konsekwencjami jej braku. Problem w tym, że to, co przyjemne dla nas, niekoniecznie jest dobre dla dzieci. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do rezygnacji z tego, co na krótką metę wydaje się przyjemne i dobre dla nas, na rzecz tego, co na dłuższą metę jest dobre dla dzieci.

Powab dobrego samopoczucia wynikającego z pobłażliwego rodzicielstwa stał się jeszcze bardziej pociągający w kontekście poczucia winy z powodu rosnącej liczby rozwodów, dłuższych godzin pracy i coraz krótszego wolnego czasu spędzanego z dziećmi. Łakocie i drobne przyjemnostki miały zrekompensować brak czasu dla rodziny. Wolne chwile woleliśmy spędzać we względnym spokoju, a nie na sprzeczkach na temat zasad i konsekwencji ich łamania. Nauczenie dziecka, jak wyczyścić sedes, zajmuje więcej czasu niż zrobienie tego samodzielnie. Podobnie rzecz ma się z każdą inną wartościową lekcją, na którą nie mieliśmy ani czasu, ani ochoty. Nie jest moim zamiarem obwiniać kogokolwiek, w końcu sama mam dużo za uszami. Moi chłopcy nie najlepiej radzą sobie z gotowaniem z tego prostego powodu, że czas spędzony w kuchni jest czasem dla mnie. Kuchnia to mój azyl, w którym odpoczywam po pracy w szkole lub od moich dzieci. Kiedyś nauczę je gotować, tylko jeszcze nie dziś.

Rodzice XXI w. zdają się doświadczać pułapki paragrafu 22. Oczekuje się od nas, że będziemy dobrze czuć się ze sobą i naszym rodzicielstwem opartym na tym, co naturalne i intuicyjne, a z drugiej strony zalewa się nas kolejnymi poradnikami i czasopismami traktującymi o tym, jak wychować bystre, twórcze i empatyczne dziecko, które z własnej woli i chętnie ćwiczy grę na pianinie, przesypia bez pobudek dziewięć godzin i udziela się w drużynie sportowej. Mamy przywdziać na siebie togi ekspertów, których odtrąciliśmy w latach pięćdziesiątych, i zamienić się w profesjonalistów zarówno w domu, jak i w pracy. Porady, które zewsząd do nas docierają, pozostawiają nas w zawieszeniu pomiędzy pracą i domem, wiarą we własny instynkt i zaufaniem do specjalistów. Dziś rodzicielstwo nie jest stanem dającym poczucie spokoju, ale wiecznymi, napędzanymi adrenaliną zmaganiami i niepokojami.

Według jednego z wpisów, jaki pojawił się na stronie poświęconego kwestiom najbardziej nurtującym rodziców Parenting Magazine, mamy tendencję do przejmowania się drobiazgami takimi jak: "Czy zepsuję dziecko, jeśli będę je brać na ręce za każdym razem, gdy płacze?", lub: "Moje dziecko nie raczkuje tak sprawnie, jak inne dzieci w jego wieku, czy powinnam się martwić?". Nasza uwaga przesunęła się z kwestii dotyczących życia i śmierci w stronę detali umysłowego, fizycznego i emocjonalnego rozwoju dziecka, a u podstaw wszelkich zmartwień pozostaje jedna fundamentalna kwestia. Gdy dopraszamy się o odpowiedzi na te wszystkie nieistotne pytania, w rzeczywistości chcemy znać odpowiedź tylko na jedno: "Skąd będę wiedzieć, że jestem dobrym rodzicem?".15

Dla większości z nas odpowiedzią są te chwile, w których czujemy się dobrze w roli rodziców, tzn. gdy dziecko jest bezpieczne, nakarmione, pod opieką, i, rzecz jasna. gdy okazujemy mu miłość, chroniąc przed zawodem i rozczarowaniem - wówczas czujemy się szczególnie spełnieni, a z pewnością ja. Czuję w sobie ciepło, gdy będąc w bibliotece, biorę książkę, która na pewno spodoba się mojemu synowi, lub gdy zdążę tuż przed rozpoczęciem meczu z zapomnianym przez niego ochraniaczem na zęby - mam wówczas poczucie, że przynajmniej dziś sprawdziłam się jako rodzic.

Większość dorosłego życia poświęciłam wychowywaniu dzieci, co znaczyło, że czas przeznaczałam głównie na chronienie ich przed niepowodzeniami, wygodnie opakowując je w poczucie bycia kochanymi. Ale to już nie działa, podobnie jak nie działa w przypadku moich uczniów i ich rodziców. Bałam się porzucić ten bezpieczny stan, odłożyć na bok własne potrzeby i wystawić dzieci na te aspekty życia, które mogą krzywdzić i ranić. Bałam się, że już nie usłyszę wewnętrznego głosu mówiącego: "Jesteś dziś dobrym rodzicem".

Skoro ruch na rzecz poczucia własnej wartości poniósł klęskę, a dawanie dzieciom tylko tego, co sprawia, że dobrze się ze sobą czujemy, doprowadziło do powstania pokolenia narcyzów - skupionych na sobie dzieci niechętnych do mierzenia się z konsekwencjami swoich czynów - co nam pozostaje? Jakie praktyki rodzicielskie pomogą naszym dzieciom nabyć te umiejętności i wartości, na których można zbudować samoakceptację?

Rodzicielstwo dla autonomii. Rodzicielstwo dla niezależności i poczucia własnej wartości zbudowanego na prawdziwych kompetencjach, a nie fałszywej pewności siebie. Rodzicielstwo dla wytrwałości i elastyczności w obliczu błędów i porażek. Rodzicielstwo dla tego, co dobre i prawe w szerokim kontekście. Rodzicielstwo dla jutra, a nie tylko dla dziś.

WstępJak nauczyłam się odpuszczać

Mamą i nauczycielką gimnazjum zostałam w tym samym roku i te dwie role ukształtowały sposób, w jaki wychowywałam moje dzieci i uczyłam podopiecznych. Z upływem pierwszych dziesięciu lat opieki nad dwójką synów oraz setek dziewcząt i chłopców rodziło się we mnie poczucie dyskomfortu i rosło przekonanie, że z moimi rodzicielskimi umiejętnościami jest coś nie w porządku. Jednak dopiero gdy mój starszy syn poszedł do gimnazjum, oba światy, w których funkcjonowałam - prywatny i zawodowy - zderzyły się ze sobą i prawda stanęła mi przed oczami: dzisiejszy typ rodzicielstwa, polegający na nadopiekuńczości i zapobieganiu wszelkim niepowodzeniom, znacząco utrudnia zdobywanie umiejętności i niezależności oraz rozwijanie zdolności poznawczych całego pokolenia. Stając przed klasą, czyli w doskonałym punkcie obserwacyjnym, długo postrzegałam samą siebie jako część właściwego rozwiązania problemu, ponieważ miałam moc intelektualnego i emocjonalnego wyzwalania swoich uczniów. Jednak gdy zaczęłam we własnych dzieciach dostrzegać tę samą ostrożność i strach, które tak często dane mi było obserwować u moich uczniów, musiałam przyznać sama przed sobą, że stanowię też część tego problemu.

Ucząc dzieci strachu przed niepowodzeniem, w konsekwencji zamykaliśmy im najprostszą i najpewniejszą drogę do zyskiwania powodzenia. Oczywiście, że nie o to nam chodziło i kierowaliśmy się jak najlepszymi intencjami, jednak do tego koniec końców doprowadziliśmy. Kierowani miłością i chęcią ochrony naszych dzieci, rozjechaliśmy wszystkie wyboje i przeszkody na ich drodze, mamiąc się złudną nadzieją, że tak uformowana przez nas droga zaprowadzi ich prosto do sukcesów i szczęścia. Niestety w ten sposób pozbawiliśmy je najważniejszych doświadczeń z okresu dzieciństwa. Niepowodzenia, błędy, niewłaściwe oceny sytuacji i porażki, które tak skrupulatnie od nich odpychaliśmy, należą do gamy bezcennych przeżyć, które formują zaradnych, wytrwałych, twórczych i prężnych obywateli świata.

W dniu, gdy spłynęło na mnie objawienie, stojąc przed klasą, patrząc na uczniów i konfrontując się z błędną realizacją własnego rodzicielstwa, podjęłam zobowiązanie, że muszę z powrotem naprowadzić moich synów oraz uczniów na ścieżkę kompetencji i niezależności. Taka droga nie jest ani prosta, ani łatwa, ale w pewnym sensie o to właśnie chodzi. My, rodzice, musimy zrobić krok w tył, pozostawić usuwane wcześniej przeszkody i pozwolić dzieciom zmierzyć się z nimi. Mając wsparcie, miłość oraz dużo powściągliwości z naszej strony, dzieci mogą nauczyć się odnajdywania własnych rozwiązań i wytyczania własnych dróg do sukcesu.

Dyskomfort, jaki odczuwałam w związku ze stylem uprawianego przeze mnie rodzicielstwa, rósł przez jakiś czas, jednak nie potrafiłam wskazać miejsca, w którym skręciłam w niewłaściwą stronę. Przeczytałam od deski do deski wszystkie blogi o tematyce rodzicielskiej, poradniki pisane przez specjalistów, mówiące o tym, jak wychować szczęśliwe, zdrowe dzieci, a mimo to, gdy moi synowie weszli w wiek nastoletni, zaczęłam wyraźnie odczuwać, że coś jest nie tak. Obaj byli fajnymi, dobrze przystosowanymi chłopcami, ale nie mogłam pozbyć się wrażenia, że gdy nadejdzie czas, by ruszyli własną drogą i zaczęli sami sobie radzić, nie będą na to przygotowani. Tak długo, jak pozostawali w bezpiecznym gniazdku, które dla nich stworzyłam, czuli się pewni siebie i świetnie sobie radzili, jednak gdy przyjdzie się im zmierzyć z prawdziwym światem na zewnątrz, czy będą wiedzieli, jak się w nim poruszać? Tak pracowicie planowałam i konstruowałam ich bezpieczne, wygodne dzieciństwo, że nie nauczyłam ich, jak dostosować się do świata funkcjonującego nie na moich, ale na jego warunkach.

Nigdy nie było moim zamiarem uczenie chłopców bezradności i strachu przed niepowodzeniem, a życie pełnie napięć i niepokojów to ostatnia rzecz, jakiej bym dla nich chciała. Wprost przeciwnie, sądziłam, że w idyllicznym świecie swobody i pewnej dzikości, którego sama doświadczyłam jako dziecko, wyrosną na dzielnych młodych ludzi. Chciałam, żeby swobodnie krążyli po lesie ze scyzorykiem i garścią ciasteczek w kieszeni, budowali warownie na drzewach, strzelali z własnoręcznie wystruganych łuków do stworzonych w wyobraźni wrogów i pływali w naturalnych oczkach wodnych. Chciałam, żeby mieli czas i odwagę próbować tego, co nowe, badać własne granice i w końcu wspiąć się na gałąź, która znajdowała się już poza ich strefą komfortu.

Jednak w jakiś sposób w pewnym momencie to sielankowe dzieciństwo przekształciło się w coś zupełnie innego, wyścig na szczyt bez taryfy ulgowej. Dziś beztroskie popołudnia spędzone w lesie należą już do ciekawej, kuszącej, ale jednak przeszłości, ponieważ zarówno rodzice, jak i dzieci odczuwają coraz silniejsze parcie na sukces, i to do tego stopnia, że w dziecięcym grafiku nie ma już miejsca na zabawy w lesie, nie wspominając o samodzielnym radzeniu sobie z różnymi wyzwaniami, jakie niesie przyroda. W dzisiejszym świecie każda chwila się liczy i im więcej sukcesów odnoszą dzieci jako uczniowie, sportowcy czy muzycy, za tym lepszych rodziców się uważamy. Wyścig na szczyt zaczyna się już od pierwszych stawianych przez dzieci kroków i nie kończy do czasu, aż dochody osiągną pięciocyfrowe wartości i awans społeczno-ekonomiczny będzie zapewniony. A poza tym, jaką to trzeba być nieodpowiedzialną matką, żeby pozwolić dzieciom samodzielnie hasać po lesie z kieszeniami wypchanymi smakołykami z dużą zawartością glutenu i cukru oraz uzbrojeniem w postaci scyzoryków i łuków ze strzałami, gdy trzeba odrabiać lekcje?

Stojąc przed klasą, zastygła ze zgrozy, jaką niosło uświadomienie sobie mojego udziału w epidemii nadopiekuńczego rodzicielstwa, zrozumiałam, jak bardzo my, rodzice, zboczyliśmy z właściwej drogi.

Sprowadzamy na świat cudowną, wspaniałą istotę i po tych pierwszych chwilach błogiego zmęczenia dociera do nas, że naszym nowym i najważniejszym zadaniem jest chronić tego kruchego człowieczka przed wszelką krzywdą, a także, że - jeśli wierzyć kupczącym strachem mediom - zło otacza nas ze wszystkich stron. Porywaczki dzieci udające położne środowiskowe, zarazki odporne na działanie antybiotyków, toksyczne substancje chemiczne, kleszcze roznoszące choroby, dzieci prześladujące inne dzieci, niesprawiedliwi nauczyciele, zabójcy odpowiedzialni za strzelaniny w szkołach... nic dziwnego, że tracimy rozsądek, gdy rzecz dotyczy naszych pociech.

Strach nie tylko sprawia, że stajemy się wobec dzieci nadopiekuńczy, lecz także, że czując presję, jesteśmy krótkowzroczni i zdecydowanie zbyt łatwowierni wobec tych, którzy szukają różnych sposobów, żeby nasze rodzicielskie obawy jeszcze podsycić. Łatwiej jest zapewnić sobie spokój ducha przez odcięcie dzieci od wszelkich niebezpieczeństw niż dać sobie chwilę na myślenie i oszacowanie, które z tych niebezpieczeństw są niezbędne dla właściwego rozwoju i emocjonalnej równowagi. Chronimy dzieci przed wszelkimi zagrożeniami, prawdziwymi czy kreowanymi w wyobraźni, i gdy kładziemy je wieczorem spać bez żadnych otarć, siniaków czy zranionych uczuć, uznajemy to za namacalny dowód, że po raz kolejny odnieśliśmy sukces jako rodzice.

Rozkoszujemy się stworzonym przez nas kokonem bezpieczeństwa i wciąż zapewniamy samych siebie, że jest jeszcze mnóstwo czasu, by nauczyć dzieci radzenia sobie z ryzykiem i porażką. Może jutro pozwolę im pójść do szkoły na piechotę, ale dziś muszą tam dotrzeć bezpiecznie. Może jutro odrobią lekcje samodzielnie, ale dziś mają mieć zrobione zadania z matematyki na jak najlepszą ocenę. "Może jutro" trwa zazwyczaj do momentu, gdy dzieci są wystarczająco duże, żeby opuścić dom, a do tego czasu zdążyły się już nauczyć, że zawsze będziemy na miejscu, żeby uratować je przed nimi samymi.

Jestem tak samo winna, jak inny przeciętny rodzic. Wbrew intencjom zwiększyłam stopień uzależnienia moich synów od siebie, żeby móc poczytać ich sukcesy za dowód i uprawomocnienie moich rodzicielskich kompetencji. Za każdym razem, gdy wyręczam syna w przygotowaniu kanapek lub zawożę mu do szkoły zapomnianą pracę domową, utwierdzam się w przekonaniu, że jestem dobrą, dbającą i sumienną matką. Kocham, więc wyręczam. Wyręczam, więc kocham. Choć gdzieś z tyłu głowy mam świadomość, że dzieci powinny takie rzeczy robić samodzielnie. Dawanie im takich drobnych dowodów mojej głębokiej i bezwarunkowej miłości sprawia, że czuję się ze sobą dobrze. Daję sobie prawo do czegoś, co wydaje się tylko przedłużaniem ich dzieciństwa, które rozciąga się na lata, a jego koniec pozostaje ukryty gdzieś za linią horyzontu. Przecież moje dzieci będą miały całe życie na samodzielne przygotowywanie śniadań i pamiętanie o plecakach, a ja mam do dyspozycji tylko krótką chwilę, by je w tym wyręczyć.

W kręgach psychiatrycznych takie zachowanie określa się mianem splątania i ten stan nie jest zdrowy ani dla dzieci, ani dla rodziców. Jest to dezadaptacyjny (niezdolny do zmian) stan symbiozy, skutkujący poczuciem niezadowolenia i krzywdy po stronie rodziców i nieumiejętnością "wystartowania" po stronie dzieci, które po ukończeniu szkół wyższych wprowadzają się z powrotem do własnego bezpiecznego pokoju. W USA w 2012 r. 36% dorosłych w wieku 18-31 lat wciąż mieszkało w rodzinnym domu. Za tak wysoką wartość procentową częściowo odpowiadają coraz większe trudności ze znalezieniem pracy i spadająca liczba chętnych do zawarcia małżeństwa, jednak problem jest szerszy i narasta od dziesięcioleci.1 Chcąc wychować zdrowe, szczęśliwe dzieci, potrafiące samodzielnie kierować swoim dorosłym życiem, będziemy musieli odłożyć na bok własne ego i pozwolić im zarówno na dumę z własnych osiągnięć, jaki i ból po doświadczonych porażkach.

Musimy też wyzbyć się rywalizacji o tytuł najlepszego rodzica, która doprowadziła wielu z nas niemal na skraj szaleństwa. Nasze wpisy na Facebooku czy innych portalach społecznościowych są przepełnione pasywno-agresywnymi opowieściami o niezwykłych osiągnięciach naszych pociech na polu edukacji i sportu. Gdy dzieci dorastają, na forach pojawiają się nowe wpisy o poszukiwaniu jak najlepszych uczelni, ponieważ czyżbyście nie słyszeli? Coraz więcej mówi się o tym, że dzisiaj ukończenie właściwej szkoły wyższej jest równie ważne, jak za naszych czasów ukończenie właściwej szkoły średniej... i żeby zdobyć tytuł absolwenta odpowiedniej szkoły, nasze dzieci będą musiały pokonać wiele przeszkód, o których nam się nie śniło, ponieważ te uczelnie są coraz droższe i/lub trudniej się na nie dostać... Nie ma już czegoś takiego jak zapewniające bezpieczną przyszłość szkoły... gospodarka jest w ruinie, więc gdy nasze dzieci wreszcie ukończą jakąkolwiek uczelnię, która zgodzi się otworzyć przed nimi podwoje, być może przyjdzie im pracować za najniższą stawkę, żeby mieć z czego opłacić mieszkanie wynajmowane wespół z szesnastoma przyjaciółmi w podobnej sytuacji.

Musimy się zatrzymać i wziąć głęboki oddech. Badania pokazują, że przypadłość zwana "rodzice wywierający nacisk" jest bardzo zaraźliwa. Choć zaszczepiłam się na nią z dużym wyprzedzeniem, i tak jej uległam. W rezultacie nie jestem taką mamą, jak bym chciała. Czuwam nad odrabianiem lekcji i obsesyjnie śledzę przynoszone oceny, ponieważ im wyższa średnia, tym większa liczba (i jakość) uczelni, spośród których będzie można wybierać. Zachowuję się, jakby lepsza część mojej natury została wyciszona, więc podążam za narzuconym schematem: jeśli nie będę zmuszać dzieci do większego wysiłku, większych starań, przegrają, a w konsekwencji ja też przegram jako matka.

W gorszych chwilach mam skłonność do zrzucania winy za mój ciężki los na kogoś, czy raczej coś innego i zazwyczaj bez problemu znajduję kozła ofiarnego. To reakcja na typowy dla lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych styl rodzicielstwa, polegający na niewtrącaniu się, przedłużaniu silnego związku rodzice-dzieci, jaki się formuje, gdy dzieci są malutkie, oraz odczuwaniu winy za nieudane próby niemożliwej do znalezienia równowagi między pracą i rodziną. Wydaje się, że nie ma już stanów pośrednich, bezpiecznej przystani pomiędzy "mieć wszystko" i "nie mieć nic".

Rodzicielskie wahadło systematycznie odchyla się raz w jedną, raz w drugą stronę, a to, że w tej chwili znajduje się w położeniu maksymalnego odchylenia w stronę przeczulonego rodzicielstwa, nie jest tak naprawdę niczyją winą. To faza akcji i reakcji, naturalnie występujących po sobie od początku historii naszego gatunku. Na początku XX w. rodzice byli instruowani, by w ogóle nie dotykać dzieci, ponieważ dotyk psuje, jednak gdy nadeszły lata dziewięćdziesiąte XX w., specjaliści zdążyli się już przywiązać do idei rodzicielstwa bliskości, według której rodzice powinni robić wszystko, włącznie ze spaniem, jedzeniem, kąpielą, załatwianiem się i oddychaniem, pozostając w nieustannym fizycznym kontakcie z dzieckiem, nie wypuszczając go z "kangurzej torby". Rzecz jasna, wahadło, przesuwając się z jednego maksymalnego wychylenia w drugie, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX w. osiągnęło pozycję pośrednią, zdroworozsądkową, i wiem, jak wiele zawdzięczam temu, że właśnie na taki czas trafiłam jako dziecko. Niestety ten błogi czas równowagi skończył się o wiele za wcześnie i wahadło rozpoczęło drogę ku kolejnemu ekstremum, w którym znajdujemy się dziś.

Jeśli dorastaliście w latach siedemdziesiątych XX w., część z was z pewnością biegała z kluczem na szyi, ponieważ oboje rodzice pracowali.2 Choć dla niektórych z nas wspomnienie takiego dzieciństwa ma posmak romantycznej swobody, zdaniem innych taki styl rodzicielstwa ocierał się wręcz o zaniedbanie, dlatego ich podejście do własnych dzieci jest odmienne. Podejmując próby nadrobienia braków nadzoru, jakiego kiedyś doświadczaliśmy, stajemy się wszechobecni, zawsze pomocni, zawsze udzielający wsparcia i wybawiający z wszelkich opresji. Niektórzy rodzice - w większości kobiety - dobrowolnie decydowali się na rezygnację z pracy, żeby w całości poświecić się opiece nad dziećmi. Nierzadko zdarzało się, że matki implementowały na gruncie domowym wiedzę i umiejętności nabyte podczas studiów, a potem pracy w szeroko pojętym świecie biznesu, gdzie nie ma miejsca na słabości. W końcu jak trudne może być rodzicielstwo? Prowadzenie dzieci tak, by trafiły do najlepszych uczelni, przypomina drogę ku pozycji wspólnika w firmie prawniczej na Wall Street - to tylko kwestia organizacji, zaangażowania i skrupulatnego, umiejętnego wykorzystywania wszelkich, również pozazawodowych źródeł.

Rodzice, którzy decydowali się nie rezygnować z pracy, postrzegani byli jako ci, którzy pracę stawiają ponad dzieci, co zmuszało ich do udowadniania światu, że radzą sobie z wszystkim. Również w tym przypadku sukces był wpisany w grafik, a jego osiągnięcie wymagało tylko pewnej zręczności. Ciasteczka na przyjęcie urodzinowe tu, spotkanie zarządu tam. Rozmowa z nauczycielem tu, rozmowa przez Skype'a z klientami w samochodzie w drodze do domu. Poza tym spłata kredytu i wydatki na dzieci wymagały dwóch pensji. Gdy z gospodarką zaczęło się dziać źle, pomysł, żeby jedno z rodziców pożegnało się z comiesięcznym dochodem i wszelkimi dodatkami na rzecz pełnoetatowego rodzicielstwa, musiał wydawać się niedorzeczny.

Wyposażeni w wyuczone umiejętności staraliśmy się wypełniać swoje role jak najlepiej. Plany spotkań i realizacji zadań zostały przeformatowane na oznaczane kolorami plany zajęć dzieci, opracowane co do minuty. Umiejętności zarządzania, pierwotnie wykorzystywane do nadzoru podległych zespołów w celu uzyskania oczekiwanych wyników sprzedaży, rozliczanych co kwartał, zostały dostosowane do przeprowadzania trwających semestr kampanii, których celem było pomóc dzieciom w uzyskaniu lub poprawieniu ocen. Znam to z doświadczenia, ponieważ sama wykorzystywałam wszelkie triki nabyte podczas studiów prawniczych. Gdy po urodzeniu starszego syna Bena wróciłam do pracy, zaprzęgłam do pomocy arkusze kalkulacyjne i inne przydatne programy, żeby zapisywać jego pierwsze słowa, zestawy jedzeniowo-wydalnicze czy postępy w czytaniu. Takimi narzędziami dysponowałam, a ponieważ nabycie ich i przyswojenie zabrało mi dużo czasu i wysiłku, nie widziałam powodu, żeby się zmarnowały. Konfrontując się z ciszą i przygnębiającą pustką w odpowiedzi na poszukiwania czegoś, co potwierdzi moje rodzicielskie kompetencje, w tworzonych przez siebie rubryczkach znajdowałam ukojenie. W tamtym czasie moim jedynym sprzymierzeńcem okazał się pediatra, który przynajmniej zaopatrzył mnie w karty wzrostu i wagi, dobitnie pokazujące postępy czynione przez moje dziecko wbrew tym wszystkim obcym dzieciom, jego rywalom. Jeśli wzrost i waga była powyżej wartości 50 centyla to wspaniale, to znaczy, że jako matka wykonałam kawał dobrej roboty. Jeśli jego BMI było odrobinę poniżej średniej, też miałam się czym pochwalić - przecież udało mi się nie dopuścić, żeby moje dziecko dopadła epidemia dziecięcej otyłości. Jednak to, co nurtowało mnie w szczególności - i trzeba było niezłego fachowca, żeby pomógł mi się z tym uporać - to niewypowiedziane pytania: Czy zasłużyłam na wyróżnienie, czy to tylko rywalizacja w stylu "dobry rodzic/zły rodzic"? A co z rodzicami, którzy kłębią się w poczekalni - czy jestem od nich lepsza? Panie doktorze, proszę mi pomóc - na jaką ocenę zasłużyłam?

Rzecz jasna, strategie stosowane z powodzeniem w świecie biznesu nie przekładają się na rodzicielstwo. Badania na temat rozwoju dziecka i psychologii behawioralnej, których poczyniono bez liku, wyraźnie wskazują, że przeszczepione z zewnątrz metody mogą działać motywująco na pracowników linii produkcyjnych, jednak sprawdzają się wręcz fatalnie, jeśli chodzi o motywowanie dziecka do włączenia się w twórcze rozwiązywanie problemów, i w rzeczywistości podkopują długoterminową motywację oraz inwestycję w naukę. Co gorsza, system nagradzania faworyzuje staranie się o jak najlepsze oceny i punkty, a nie poznawanie i eksperymentowanie, co znacznie utrudnia nauczycielom pracę skierowaną ku wzbudzaniu wypływającej z samych dzieci chęci do nauki jako takiej.

Mimo przytłaczających argumentów za tym, że wspomniane metody nie działają, wciąż je stosujemy w odniesieniu do własnych dzieci, a ponieważ nie dysponujemy ocenami na temat naszych działań od jakichś wyższych instancji, oczekujemy, że to same dzieci dostarczą nam satysfakcjonujących i oczekiwanych dowodów, że jako rodzice sprawujemy się należycie. Jeśli nasze pociechy są wyróżniane w szkolnych gazetkach lub dostają się do szkolnej reprezentacji piłki nożnej, to znaczy, że jesteśmy wspaniałymi rodzicami. Jednak jeśli dziecko obleje test lub musi zostać po lekcjach w szkole za brak ważnego referatu, to znaczy, że my za to odpowiadamy. W końcu rodziców ocenia się przez pryzmat osiągnięć dzieci, a nie ich zadowolenia z życia, więc jeśli naszym dzieciom powinie się noga, porażkę uznajemy za swoją własną.

Takie podejście nie tylko działa niezwykle destrukcyjnie na naszą samoocenę, lecz także cechuje się dużą krótkowzrocznością. Niepowodzenia - od niewielkich potknięć po poważne błędy - są niezbędnym i odgrywającym kluczową rolę elementem rozwoju dziecka. Porażce, takiej jak jedynka z matematyki czy zawieszenie w szkole, zbyt często nadaje się wymiar negatywny. Jednak wszystkie przypadki rozczarowania, odrzucenia czy krytyki to niewielkie potknięcia, zakamuflowane szanse, cenne dary, błędnie postrzegane w kategoriach tragedii. Niestety, unikając takich szans, by chronić dzieci i dawać im złudne poczucie spokoju ducha i chwilowe zadowolenie, pozbawiamy je doświadczeń niezbędnych do tego, by stały się odpowiedzialnymi, kompetentnymi dorosłymi.

Niepowodzenia, których sami doświadczamy, są już wystarczająco trudne do zniesienia, ale kiedy rzecz dotyczy naszych dzieci, pierwotny instynkt ochrony przejmuje nad nami kontrolę. Z ewolucyjnego punktu widzenia taka reakcja jest w pełni uzasadniona. Już na poziomie DNA, o sercu nie wspominając, jesteśmy zaprogramowani, by chronić naszych potomków przed nieszczęściem. Skoro naszym - rodziców - zadaniem jest doprowadzenie ich bezpiecznie do dorosłości, jesteśmy gotowi wściekle zwalczać choćby zębami i pazurami jakiekolwiek zagrożenia czające się na ich drodze do sukcesu, wykorzystując wszelkie środki i możliwości. Niestety, gdy wszyscy działamy pod wpływem adrenaliny i kortyzolu, nasze mózgi nie są w stanie dokonać rozróżnienia pomiędzy autentycznym zagrożeniem życia a groźbą, że podczas meczu rozpędzony zawodnik zaraz przejmie piłkę od naszego dziecka. Rzucanie się na atakującego drapieżnika i przeklinanie sędziego za niesprawiedliwą ocenę to tylko dwie manifestacje tego samego biologicznego zapalnika. Jeśli więc macie ochotę pchnąć tę małą dziewczynkę, która niechcący sypnęła waszemu dziecku w twarz garść piasku, lub przyłożyć nauczycielowi za groźbę wystawienia słabej oceny, pamiętajcie, że choć takie reakcje są znacząco przesadzone i społecznie nieakceptowalne, ich źródło leży w naszej naturze. Wszyscy chcemy, żeby nasze pociechy bezpiecznie doczekały dorosłości, i czasem wydaje się nam, że tylko my możemy sprawić, by tak się stało.

Tygrysów szablozębnych już nie ma, niebezpieczne klify są daleko, dlatego porażka jest największym możliwym zagrożeniem, jedynym, na które nasze dziecko w czasach nieustannej presji szkolnej i zaciętej walki o wejście do najbardziej liczących się środowisk i kręgów nie może sobie pozwolić. A jednak historia zna niezliczone przypadki niezwykłych ludzi, wynalazców i wizjonerów, którzy nauczyli się przekuwać niepowodzenia na swoją korzyść, którzy nie odwracali się od nich plecami, ale trwali na stanowisku tak długo, aż pośród niespełnionych marzeń i chybionych planów odnaleźli spokój. Nauczyli się, jak ocalić to, co zadziałało, pozostawiając nieudane pomysły za sobą, nie odbierając sobie jednak szansy na powrót i kolejne, bardziej przemyślane podejścia. Angela Duckworth, jedna z najbardziej utytułowanych i cenionych nauczycielek gimnazjalnych, odkryła, że zdolność podejmowania wyzwań i dostrzegania odległych w czasie celów są najlepszymi zapowiedziami przyszłych sukcesów, znacznie lepszymi niż osiągnięcia w nauce, zaangażowanie w zajęcia ponadprogramowe, oceny i wartość IQ. Pierwsze tego typu spostrzeżenia poczyniła podczas lekcji matematyki z uczniami pierwszej klasy gimnazjum. Zrezygnowała z uczenia, by poświęcić się badaniom tego, co podpowiadał jej instynkt. To, co ustaliła, znacząco wpłynęło na zmianę postrzegania potencjału uczniów i studentów przez nauczycieli i wykładowców. Ci z "charakterem" - jak określiła ich Duckworth - odnosili sukcesy, a niepowodzenia działały na nich wyłącznie motywująco.

Za każdym razem, gdy w jakikolwiek sposób chronimy dzieci przed wyzwaniami, wysyłamy bardzo klarowny przekaz: że naszym zdaniem są niekompetentne, niezdolne i niegodne naszego zaufania. Poza tym uczymy je zależności od nas i w ten sposób pozbawiamy szans na doskonalenie kompetencji, a to właśnie przecież jest naszym zadaniem.

Liczne badania potwierdzają taką oto prawdę: dzieci rodziców, którzy nie pozwalają swoim pociechom na porażki, są mniej zaangażowane, czerpią mniej radości ze zdobywania wiedzy, są mniej zmotywowane i w końcu odnoszą mniejsze sukcesy niż dzieci rodziców wspierających ich autonomię.

Dziesiątki lat badań i setki stron naukowych opracowań prowadzą do jednego wniosku, który może na pierwszy rzut oka wydawać się nieco szalony, tak naprawdę jest wyjątkowo trafny. Gdy rodzice przestają wywierać nieustającą presję w dziedzinie zdobywania ocen oraz innych osiągnięć i dostrzegają to, co naprawdę istotne - zamiłowanie do nauki i chęć samodzielnych dociekań - oceny się poprawiają, podobnie jak punktacja na testach. Dzieci rodziców ze skłonnością do stałego nadzoru są znacznie mniej zdolne do podejmowania intelektualnych i fizycznych wyzwań niż rówieśnicy, których rodzice trzymają się z boku, pozwalając, by ich pociechy same próbowały, ponosiły porażki i próbowały ponownie. Co więcej, niepowodzenia, których dzieci doświadczają, gdy im na to pozwalamy poprzez niewtrącanie się, są nie tylko niezbędnym elementem procesu uczenia się, ale również tym doświadczeniem, które stymuluje wytrwałość, upór i kreatywność w rozwiązywaniu problemów.

Pod adresem USA niejednokrotnie wysuwano oskarżenia o tworzenie pokolenia studentów mało elastycznych, którzy są w stanie wiele zapamiętać i "wypluć", ale nie potrafią przetwarzać zdobytych informacji w taki sposób, by dostarczyć nowatorskich odpowiedzi na zadawane pytania. Za taki stan rzeczy częściowo odpowiada system edukacji, w którym wiedzę weryfikuje się za pomocą testów, jednak część winy spada także na rodziców, którzy nie pozwalają dzieciom poznać nieprzyjemnego smaku porażki przez czas wystarczająco długi, by pogodzić się z niewypałem planu A i opracować plan B, C, D, a nawet E. Wiele dzieci poradzi sobie z testem, wypełniając plan A, ale tylko to dziecko, któremu się nie powiodło i które musiało przedsięwziąć jakieś kroki, by podjąć kolejną próbę i kolejną, nawet jeśli miałoby ich być kilkadziesiąt, okaże się prawdziwym innowatorem i będzie zmieniać świat. To dziecko nie tylko cechuje się kreatywnością w sposobie myślenia, ale i nie czuje obaw przed wdrażaniem nowych pomysłów i strategii. Będzie mieć odwagę i determinację, by przedzierać się przez tysiące błędnych koncepcji w poszukiwaniu właściwego rozwiązania. W obliczu powtarzających się niepowodzeń będzie w stanie przeorganizować swoje myślenie oraz pracę i - podobnie jak Thomas Edison - nauczyć się, że zanim opracuje się tę jedną żarówkę, która działa, trzeba zmierzyć się z tysiącem tych, które nie działają.

Moje oświecenie od dawna tylko czekało na właściwą chwilę, by na mnie spłynąć. To prawda, że już od jakiegoś czasu nie czułam się dobrze z moim nadopiekuńczym rodzicielstwem, ale muszę oddać co należy moim uczniom (ponownie) za pokazanie mi tego, czego nie potrafiłam dostrzec. Co roku uczniowie ósmych klas piszą wypracowanie o doświadczeniu, które w istotny sposób wpłynęło na ich naukę. Jedna z dziewcząt, zawsze wyraźnie spięta i pełna wewnętrznego niepokoju, po widocznym wysiłku oddała kartkę z taką treścią:

Niektórzy boją się wysokości, inni wody, a ja boję się porażki - przy okazji: taka przypadłość nazywa się atychifobia. Tak bardzo się boję, że mi się nie uda, że tracę z oczu to, co ważne, czyli samo uczenie się. Skupiając się na wyniku zapominam o tym, jak wartościowy jest sam proces zdobywania wiedzy i w konsekwencji uczenie się staje się trudne.

W dalszym ciągu przedstawiła dość szczegółowo, w jaki sposób strach ją paraliżuje i uniemożliwia odnoszenie sukcesów zarówno w szkole, jak i sporcie. Jednak wystarczyło tych pierwszych kilka zdań, bym poczuła ogromne poruszenie. Jej doświadczenie jako uczennicy, moje zawodowe kontakty z jej rodzicami, własne doświadczenia jako matki oraz obawy mojego syna w końcu ułożyły się w jedną całość. Rodzice tej dziewczynki są wspaniałymi, dobrymi i pełnymi miłości ludźmi i nigdy świadomie nie wywoływaliby takich negatywnych emocji u własnego dziecka. Szczerze mówiąc, skutki takiego podejścia do córki byłyby tylko ich problemem, gdyby nie fakt, że prywatne wybory rodziców, które zaburzają społeczny, edukacyjny i emocjonalny rozwój dziecka, koniec końców wejdą w konflikt z tym, co robi nauczyciel, czyli chęcią i umiejętnością przekazywania wiedzy.

Mimo niepohamowanego optymizmu i energii tysięcy nowych nauczycieli, którzy każdego roku zasilają rzesze pracowników szkół, jak wskazują statystyki, jedna trzecia z nich rezygnuje z zawodu po trzech latach, a w ciągu pięciu lat wartość ta wzrasta do 46%. Zdaniem Rona Clarka, zdobywcy tytułu Nauczyciela Roku przyznawanego przez Walt Disney Company, wielu z nich za jeden z głównych powodów rezygnacji podaje "problemy z rodzicami". W 2011 r. podczas wywiadu Clark przytoczył wymianę zdań, jaką miał z dyrektorką szkoły, która mimo iż została uznana za stanowego administratora roku, również odeszła z zawodu. "Krzyczałem, że nie może nas tak zostawić, ale ona bez ogródek odpaliła: "Gdybym dostała propozycję prowadzenia szkoły dla sierot, to przyjęłabym ją w ciemno, ale nie mam już siły użerać się z rodzicami, ich się już nie da znieść"." Uwielbiam uczyć, ale "problemy z rodzicami" niejednokrotnie kazały mi fantazjować, że pewnego dnia rzucam to wszystko, przenoszę się na Alaskę i zaczynam hodować psy zaprzęgowe. "Problemy z rodzicami" to główny motyw moich nocnych koszmarów.

Dziś, znając praprzyczyny rodzicielskich obaw i strachów, robię, co w mojej mocy, by przekonać ich, że drobne potknięcia w podróży ku dorosłości ich dzieci w kontekście całego życia znaczą naprawdę niewiele, a mogą stanowić dla nich wspaniałą szansę na uczenie się, że elastyczność i wytrwałość mają sens. Pomagam w ten sposób niejednokrotnie przepełnionym frustracją rodzicom spowolnić oddech i dostrzec, że mają fantastyczne, dobre, wspaniałomyślne i ciekawe świata dziecko. Upewniam ich, że wszystko z nim będzie dobrze, że w swoim życiu zrobi wiele cudownych i bardzo interesujących rzeczy, i że nikt nie będzie pamiętał, jakie wykroczenie czy niepowodzenie było powodem naszego spotkania. Niektórzy mi wierzą, jednak większość nie i opuszczają mój gabinet w przekonaniu, że 4- , którą dziecko otrzymało na koniec semestru, przekreśla ich marzenia o nieprzebranej wiedzy ich pociechy, ekonomicznym bezpieczeństwie i życiu wypełnionym szczęściem.

Praca nauczyciela zawsze była trudna, podobnie jak bycie rodzicem, dlatego obie strony powinny mieć dla siebie wiele zrozumienia i współczucia. Przecież cel mamy wspólny: edukacja naszych dzieci. Niestety rodzice, dla których priorytetem jest ochrona dzieci przed frustracją, i nauczyciele, którzy koncentrują się głównie na zachęcaniu uczniów do podejmowania wyzwań, muszą się w jakimś punkcie zderzyć i wtedy ich relacja poważnie cierpi. Uczenie z czasem zmieniło się w przeciąganie liny pomiędzy dwiema przeciwstawnymi siłami, w którym rodzice oczekują od nauczycieli uczenia ich pociech, narzucając im coraz większy rygor, a jednocześnie odrzucają prowadzone w tym duchu zajęcia jako "zbyt ciężkie" lub "zbyt frustrujące" dla dzieci. Rodzice mają pełne prawo uważać, że ich zadaniem jest chronić poczucie własnej wartości ich dzieci, jednak nauczyciele zbyt często znajdują się na celowniku rodzicielskiego gniewu.

Staram się znaleźć jak najlepszą metodę wspierania rodziców w ich miłości i trosce o dzieci, a jednocześnie uczenia ich, jak wycofać się na odpowiednią odległość, by dać dzieciom przestrzeń na swobodę popełniania błędów i doświadczania niepowodzeń, w szczególności gdy dzieci wchodzą w wiek gimnazjalny. To właśnie na tym etapie porażki są trudne do uniknięcia, nawet w przypadku dzieci, którym do tej pory wiodło się jak najlepiej. Kumulujący się stres okresu dojrzewania, podwyższonych oczekiwań na polu edukacji i większego obciążenia pracą to doskonała pożywka dla niepowodzeń. Sposób, w jaki rodzice, nauczyciele i uczniowie wspólnie pracują nad tymi nieuniknionymi potknięciami, mówi bardzo wiele o szansach uczniów na radzenie sobie z późniejszymi wyzwaniami, jakie niesie szkoła średnia, wyższa i całe dorosłe życie.

Jak to powinno wyglądać? By pomóc dzieciom czerpać jak najwięcej z edukacji, rodzice muszą zrezygnować z nieustającej kontroli i skupić się na trzech zadaniach: przyjęciu okazji do niepowodzeń, znalezieniu sposobu, by z tych niepowodzeń wyciągnąć wnioski, i stworzeniu dobrych relacji na styku dom-szkoła. W kolejnych rozdziałach przeanalizuję każde z powyższych zadań i zaproponuję metody, które pomogą je wypełnić.

W dniu, w którym przyjęłam do wiadomości fakt, że jestem nadopiekuńczym rodzicem, podjęłam decyzję, że muszę wprowadzić poprawki w relacji z synami. Potrzebowałam czegoś szybkiego, symbolicznego, i wiedziałam, co to powinno być. Mój młodszy syn, wówczas uczeń trzeciej klasy, nie umiał jeszcze samodzielnie wiązać sznurówek, ponieważ go tego nie nauczyłam. Winę wygodnie zrzucałam na istnienie rzepów i zamiłowanie syna do wsuwanych butów, ale jeśli chciałam być ze sobą zupełnie szczera, musiałam przyznać, że to ja jestem odpowiedzialna. Syn porządnie się przestraszył, gdy mu przedstawiłam sytuację, nawet moje entuzjastyczne podejście w rodzaju "Czy to nie będzie dla nas świetna zabawa?" nie pomogło. On frustrował się moimi instrukcjami, ja frustrowałam się jego bezradnością i całe przedsięwzięcie skończyło się złością i potokami łez. Z powodu sznurówek. Gdy poddałam tę sytuację głębszej analizie w celu odkrycia prawdziwej przyczyny niepowodzeń mojego syna, wyszło mi, że jest nią jego poczucie frustracji i bezradności, które było moją winą, nie jego. To ja go tego nauczyłam.

Za każdym razem, gdy wyręczałam go, wiążąc mu buty zamiast go tego nauczyć, utwierdzałam go w przekonaniu, że moim zdaniem to zadanie go przerasta. Koniec końców oboje zaczęliśmy się zastanawiać, czy on kiedykolwiek poradzi sobie ze sznurówkami. Pewnego dnia przed wyjściem do szkoły, gdy miał do dyspozycji tylko trampki na sznurówki, ponieważ trampki na rzepy zostawił u kolegi, powiedział, że prędzej założy kalosze, niż spróbuje zawiązać sznurówki. Nie obeszło go nawet to, że założenie kaloszy oznaczało, iż lekcję wf spędzi na ławce z dala od ćwiczących kolegów.

Oto, do czego doprowadziłam. Po południu opracowałam sposób, jak tej przykrej sytuacji zaradzić. Powiedziałam mu, że popełniłam błąd, nie wierząc w niego, ale chyba wymyśliłam, jak być lepszą mamą. Wyjaśniłam mu, że choć z początku zadanie może się wydawać zbyt trudne, wystarczy odrobina cierpliwości i starań, a z pewnością mu się uda. Byłam więcej niż pewna, że będziemy pracować nad sznurówkami tak długo, aż syn się z nimi upora. Wystarczyła niecała godzina, by na dobre pożegnał się ze wstydem, że jest jedynym trzecioklasistą, który nie umie wiązać butów. Odniósł sukces, a ja nie pamiętam, kiedy widziałam go tak dumnego z siebie. Czułam się jak supermama, a przecież wystarczyło tylko trochę czasu, wiary w siebie nawzajem i cierpliwości, by przedrzeć się przez zawiłości supłów i pętelek.

Nie zawsze będzie tak łatwo. Dzieci rosną, a co za tym idzie, stawka jest coraz wyższa. Zaplątane sznurówki zaskakująco szybko muszą ustąpić kiepskim referatom pisanym w college'u czy zawalonej rozmowie kwalifikacyjnej w sprawie pracy. Możemy tylko ten krótki czas wykorzystać na to, by dzieciom wpoić wiarę w siebie i wytrwałość. Ta praca zaczyna się wraz z pierwszym niepowodzeniem w chwytaniu zabawki czy pierwszą przewrotką podczas niepewnej przeprawy przez pokój, a kończy wówczas, gdy dzieci wyruszają samodzielnie zmierzyć się z życiem. Im szybciej rodzice nauczą się doceniać pozytywne strony trudności i pozwolą dzieciom czerpać korzyści z potknięć doświadczanych na etapie szkoły, tym szybciej będzie nam dane dzielić chwile szczerej dumy, jaką zobaczyłam na twarzy syna, gdy w końcu sznurówki poddały się jego palcom.

To my, rodzice, mamy moc przyzwolenia na porażki. Nauczyciele wiedzą, jak te porażki przekuć w wiedzę. Razem mamy szansę stworzyć nowe pokolenie kompetentnych, pewnych własnej wartości ludzi.

A więc zaczynamy.