ROZDZIAŁ 1
MOLLY
DWA LATA WCZEŚNIEJ
To miał być najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Zostałam żoną cudownego człowieka, którego kochałam ponad wszystko. Los dał mi tak wiele tylko po to, by chwilę później ze mnie zadrwić. Dokładnie dwie godziny od powiedzenia sakramentalnego "tak", moje życie się skończyło.
Powietrze przeszył huk rozdzieranej karoserii. Nasze auto wyleciało w powietrze, po czym kilkukrotnie przekoziołkowało po asfalcie. Stało się to tak nagle, że nie wiedziałam nawet, co spowodowało wypadek. Kiedy pojazd znów stanął na kołach, spojrzałam w lewo i zobaczyłam zakrwawioną twarz mojego męża. Nie poruszał się i miał zamknięte oczy. Wówczas zauważyłam, że coś wystaje z jego szyi. Pochyliłam głowę, by lepiej widzieć, i serce mi zamarło, kiedy zrozumiałam, że to kawałek metalu.
Nie! To się nie dzieje naprawdę! - krzyczało moje serce. - Nasze wspólne życie nie może się skończyć, gdy dopiero co się rozpoczęło.
- Kevin! Kochanie, odezwij się! - prosiłam desperacko. Mój mąż jednak się nie poruszył ani nie wypowiedział słowa. Zrozpaczona rozejrzałam się dookoła, na tyle, na ile pozwalała mi obolała głowa. Pokryte siatką pęknięć szyby smętnie zwisały, trzymając się na uszczelkach. Uniosłam rękę i wypchnęłam na zewnątrz tę, która znajdowała się po mojej stronie. Nie zauważyłam drugiego pojazdu i z ulgą przyjęłam fakt, że nie ucierpiał nikt oprócz nas.
Wzdrygnęłam się, kiedy do drzwi po stronie Kevina podszedł mężczyzna. Krzyknął, że właśnie wzywa karetkę. Ledwie rejestrowałam, co mówił do telefonu, ponieważ zaczęłam czuć potworny ból w całym tułowiu i nogach. Resztkami sił wyciągnęłam rękę i złapałam dłoń męża. Szeptałam, żeby się trzymał i zapewniałam, że zaraz przybędzie pomoc. Nie mogłam uwierzyć, że najszczęśliwszy dzień z dwudziestu czterech przeżytych lat, stał się koszmarem na jawie.
Miałam wrażenie, jakby coś rozrywało moje wnętrzności. Z bólu zaciskałam pięści i brakowało mi tchu. Praktycznie nie mogłam się poruszyć, bo wszystko wokół było zmiażdżone. Podczas dachowania zsunęłam się na siedzeniu i teraz sufit naszego sprasowanego auta miałam tuż nad twarzą. Czułam, że zbliża się atak klaustrofobii, więc szybko spojrzałam na Kevina, żeby skupić uwagę na czymś innym.
- Skarbie, wytrzymaj jeszcze trochę, błagam cię - szepnęłam. Nadal ściskałam jego bezwładną dłoń i modliłam się, żeby poruszył chociaż palcem, żebym wiedziała, że żyje.
Przesunęłam dłonią po jego nadgarstku, próbując znaleźć puls. Potwornie się bałam, ale w końcu wyczułam bardzo słabe tętno. Zalała mnie tak wielka ulga, że z mojego gardła wyrwał się szloch. Żył! Boże, gdzie ta cholerna karetka?!
Było mi coraz zimniej i choć na dworze temperatura sięgała ponad dwudziestu stopni, zaczynałam szczękać zębami. Spojrzałam w dół na siebie i zaskoczona zobaczyłam, że moja suknia ślubna w wielu miejscach ma czerwone plamy. Ale skąd ta krew? I czy jest moja, czy Kevina?
W oddali rozległ się dźwięk syren, co dało mi nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi, pospieszne kroki i po chwili kilka twarzy zajrzało do naszego auta.
- Proszę pani, zaraz pani pomożemy, proszę się nie ruszać! - powiedział ktoś.
- Zajmijcie się moim mężem, mnie nic nie jest - poprosiłam.
Zauważyłam, że ktoś sprawdza Kevinowi puls, po chwili w jego lewej ręce ratownicy umieścili wenflon i podłączyli kroplówkę. Próbowali założyć mu kołnierz, ale uniemożliwiał to kawałek metalu wystający z jego szyi. Ratownik krzyknął do drugiego, żeby podał mu inne usztywnienie i po chwili zabezpieczono szyję mojego męża.
Rozległ się głośny dźwięk i znów usłyszałam trzask rozdzieranej stali. Hydrauliczne szczęki życia rozcinały karoserię, by wydostać nas z wraku pojazdu. Błagałam, by w pierwszej kolejności wydostali mojego męża. Ja mogłam poczekać.
Gdy już wiedziałam, że mój ukochany zaraz uzyska pomoc, moje ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Do tej pory adrenalina sprawiała, że się trzymałam, lecz kiedy jej poziom zaczął spadać, poczułam, że chyba nie jest ze mną zbyt dobrze. Jednak to nie o siebie się bałam. Potrafiłam myśleć wyłącznie o moim dopiero co poślubionym mężu.
- Czy on żyje? - spytałam, ledwo mogąc wypowiedzieć słowa z powodu nasilających się dreszczy.
- Tak, żyje - odpowiedział ratownik, który zakładał mi kołnierz.
Z mojej strony kolejni strażacy odcinali dach i drzwi. Hałas sprawiał, że głowa eksplodowała mi bólem. Jęczałam i trzęsłam się coraz bardziej. Klatkę piersiową i brzuch miażdżył mi ból, a płuca stopniowo zaczynały pracować coraz gorzej.
Ktoś wysunął dłoń Kevina z mojej i wydobyto mojego męża z wraku. Chwilę później usłyszałam ryk syren, co znaczyło, że odjechali z nim.
Boże, błagam, opiekuj się moim mężem, nie zabieraj mi go - modliłam się w myślach.
Strażacy wreszcie usunęli zmiażdżony dach i rozcięli mój pas bezpieczeństwa. Kilka silnych rąk wyjęło mnie z wraku auta i położyło na noszach. Eksplozja bólu pozbawiła płuca oddechu, a ciało trzęsło się już tak bardzo, że przypominało to atak padaczkowy.
Założono mi maskę tlenową i po chwili znalazłam się w karetce. Znów usłyszałam dźwięk syreny i miałam ochotę wrzeszczeć, żeby ją wyłączyli, zanim ból rozsadzi mi głowę.
Ledwie byłam świadoma tego, co się wokół mnie dzieje. Ktoś powiedział, że wpadłam we wstrząs. Chwilę później założono mi wenflon i podano zastrzyk, po którym poczułam upragnioną błogość. Następnie jeden z ratowników podpiął do kaniuli dożylnej wężyk kroplówki, którym popłynęła nieznana mi substancja.
- Co z moim mężem? - spytałam.
- Nie wiemy, proszę pani. Karetka zabrała go do szpitala i tam się nim zajmą - wyjaśnił ratownik.
Muszą go uratować, po prostu muszą! On nie może mnie zostawić! Mieliśmy przeżyć razem jeszcze wiele lat! Chcieliśmy kupić dom na kredyt i mieć dwójkę dzieci. Los nie może nam tego zabrać!
Karetka się zatrzymała. Ratownicy wyskoczyli z niej i wysunęli nosze, na których leżałam. Nad głową przelatywał mi obraz sufitu i świateł lamp jarzeniowych. Przełożono mnie na łóżko, ktoś zaświecił mi latarką w oczy, ktoś inny rozciął suknię. W pierwszym odruchu chciałam krzyknąć, że co oni robią, przecież to moja ślubna sukienka, ale w tej sytuacji taki sprzeciw wydał mi się śmieszny.
Po raz kolejny wyjęczałam pytanie o to, co się dzieje z moim mężem, ale nikt mi nie odpowiedział. Kręciło się wokół mnie pięć osób, a każda z nich miała inne zadanie.
Kiedy rozłożyli na boki moją sukienkę, zostawiając mnie w samej bieliźnie, ktoś krzyknął:
- Krwotok!
Wrzasnęłam z bólu, kiedy lekarz nacisnął mój brzuch.
- Jak się pani nazywa? - zapytał, patrząc na mnie uważnie.
- Molly Carter - wyjęczałam, z bólu ledwo mogąc złapać oddech.
- Pani Carter, musimy panią zoperować, ponieważ dostała pani krwotoku wewnętrznego, który zagraża pani życiu - wyjaśnił lekarz i spytał, czy podpiszę zgodę na operację. Kiedy potwierdziłam, pielęgniarka już podsuwała mi pod nos podkładkę z formularzem, na którym złożyłam mało czytelny podpis. Lekarz spojrzał na niego i polecił natychmiast zabrać mnie na salę operacyjną.
Pielęgniarki w biegu pchały łóżko korytarzem. Bałam się tego, co się wydarzy, bo czułam, że nie jest ze mną dobrze. Wjechałam na salę, gdzie znów przeniesiono mnie na kolejne łóżko. Leżałam w samej bieliźnie, a nade mną paliła się wielka okrągła lampa, która przyjemnie ogrzewała moje drżące z zimna i szoku ciało. Jęczałam z bólu, który rozrywał mój brzuch, a pielęgniarka uspokajająco położyła dłoń na moim ramieniu.
- Spokojnie, kochana, zaraz zaśniesz i już nie będzie bolało.
- Proszę, powiedzcie, co z moim mężem? - wyjąkałam.
- W tej chwili jest operowany.
- Czy wyjdzie z tego? - spytałam, błagając ją wzrokiem o potwierdzenie.
- Kiedy się pani obudzi, będziemy już wiedzieć coś więcej. Proszę się nie martwić.
Łatwo jej mówić, bo to nie jej mąż kwadrans temu wyglądał jak nieżywy - pomyślałam ze złością i bezsilną rozpaczą.
Przy mojej głowie stanął mężczyzna w zielonym fartuchu ochronnym i nałożył mi maskę na twarz.
Po chwili poczułam tak nieprzyjemne pieczenie pod czaszką i w klatce piersiowej, że aż jęknęłam. Wystraszyłam się, że dzieje się coś złego, na szczęście jednak nie miałam czasu poddać się lękowi, bo narkoza sprawiła, że pochłonęła mnie błoga nicość.