Poniedziałek, godz. 17.27
Dotarłszy do skrzyżowania z Vine Street Expressway, Braydon Harris był
już całkiem przekonany, że Bóg jest przeciwko niemu.
Nad Filadelfią błyskało się i grzmiało niczym w dniu Sądu Ostatecznego,
a światło reflektorów z trudem przebijało się przez ścianę ulewnego
deszczu, tak że Braydon prawie nic nie widział.
Na tylnym siedzeniu jego siedmioletniego Dodge'a spała Sukie, dokładnie
opatulona czerwonym kocem w kratę. Tylko rączki miała na wierzchu. W dłoniach ściskała lalkę o twarzy okrągłej jak księżyc w pełni. Sukie
była szczęśliwa, że Braydon porwał ją od rodziców Melindy, ale tego
wieczoru można było odnieść wrażenie, że Stwórca trzyma stronę Melindy
oraz Sądu Rodzinnego stanu Maryland i nie chce pozwolić Braydonowi na
łatwą ucieczkę.
Jechał na północ Schuylkill Expressway. Gdy minął Filadelfijski Ogród
Zoologiczny, piorun uderzył dokładnie naprzeciwko samochodu. Potworny
huk niemal ogłuszył Braydona. Sukie obudziła się z krzykiem i upuściła
lalkę na podłogę.
- Tatusiu! Boję się! Co się dzieje? Binkie upadła! Upadła mi Binkie!
- Wszystko w porządku, kochanie! Wszystko dobrze. To był tylko piorun!
Piorun nie może ci zrobić krzywdy!
- Boję się, tatusiu! Upuściłam Binkie! Nie mogę jej znaleźć!
Rozległ się kolejny potężny grzmot i tym razem Sukie pisnęła głośno;
taki dźwięk, niemal niesłyszalny dla ucha ludzkiego, może się wydostać
tylko z gardła skrajnie przerażonej dziewczynki. Tymczasem deszcz zaczął
jeszcze mocniej bębnić w dach, jakby sam Bóg bardzo się starał, żeby
spłaszczyć auto.
- Nie mogę znaleźć Binkie! Zgubiłam ją! Nie mogę znaleźć Binkie!
- Nie martw się, kochanie, to tylko burza, nic więcej. Naprawdę nie ma
się czego bać.
- Ale to Binkie się boi!
Braydon obrócił się w fotelu i sięgnął prawą ręką za siebie, starając
się wymacać lalkę na podłodze. Początkowo nie mógł na nią natrafić, ale
gdy wygiął plecy w łuk i wychylił się jeszcze mocniej, wyczuł pod
palcami kręcone, nylonowe włosy lalki.
- Już dobrze - uspokoił córkę. - Mam ją!
Zdołał mocniej chwycić włosy Binkie i już miał ją podnieść, gdy przednią
szybę samochodu zalało oślepiające białe światło. Pomiędzy poruszającymi
się wycieraczkami zobaczył wielką ciężarówką, ślizgającą się w poprzek
szosy tuż przed nim i jedno jedyne słowo na plandece: DIAMENT.
Nawet gdyby trzymał obie ręce na kierownicy, nie zdołałby wyprowadzić
wozu z pasa wiodącego prosto pod pojazd, którego naczepa tworzyła kąt
prosty z kabiną kierowcy. A przecież prawą rękę miał wciśniętą pomiędzy
dwa fotele i mógł obracać kierownicą, posługując się wyłącznie lewą
ręką.
Niczego nie usłyszał. Nie usłyszał nawet wrzasku Sukie. Auto obróciło
się o sto osiemdziesiąt stopni i wjechało pod naczepę ciężarówki.
Poduszka powietrzna wystrzeliła Braydonowi w nos. Bok naczepy uderzył w tył jego siedzenia, rzucając go w przód i boleśnie przyduszając do
kierownicy.
Długą chwilę siedział oszołomiony. Z nosa buchała mu krew. Jednak
stopniowo wracał mu słuch; po chwili usłyszał bębnienie deszczu w przednią szybę i krzyki ludzi. Chciał się odwrócić, zobaczyć, czy córce
nic się nie stało, jednak jego prawa ręka była zakleszczona pomiędzy
fotelami.
- Sukie! - wycharczał, kaszląc. - Sukie, nic ci nie jest, kochanie?
Proszę, powiedz tatusiowi, że nic ci się nie stało.
Nie usłyszał odpowiedzi. Dotarły do niego tylko odgłosy ulewy, kolejny
grzmot, krzyki ludzi i odległy skowyt syren.
- Sukie! Słyszysz mnie? Proszę, powiedz tatusiowi, że nic ci nie jest!
Przez skąpaną w deszczu przednią szybę samochodu zobaczył coraz bliższe
światła latarek i ciemne sylwetki ludzi. Ktoś szarpnął za drzwiczki po
jego stronie, a potem zastukał w okno.
- Coś się panu stało? Niech pan czeka, zaraz pana wydostaniemy.
- Moja córka - jęknął Braydon.
- Trzymaj się, człowieku! Zaraz wyrwiemy drzwi!
- Moja córka! - powtórzył słabym głosem. Klatkę piersiową miał
przyciśniętą do kierownicy i nie był w stanie nabrać do płuc
wystarczająco dużo powietrza, żeby krzyczeć. - Na tylnym siedzeniu jest
moja córka! Nie odpowiada na moje pytania! Chyba coś jej się stało!
Zobaczył przed samochodem jeszcze więcej świateł, a potem usłyszał
uderzenie i zgrzyt. Ktoś próbował otworzyć drzwiczki, posługując się
kluczem do kół.
- Sukie! - zawołał najgłośniej, jak mógł. - Sukie, proszę, odezwij się,
kochanie.
Kolejny zgrzyt i Braydon poczuł, że auto kołysze się na boki, gdy ludzie
na zewnątrz próbowali otworzyć drzwiczki. Obrócił głowę tak mocno, jak
tylko dał radę, jednak pojazd był tak mocno wciśnięty pod naczepę
ciężarówki, że Braydon zobaczył jedynie winylową podsufitkę. Błagał
Boga, żeby Sukie w momencie uderzenia leżała płasko na tylnym siedzeniu
samochodu, tak jak przez całą drogę.
- Dobry Boże, tak bardzo żałuję, że ją dzisiaj zabrałem - zaczął mówić
do siebie. - Powiedzieli mi, że się nie nadaję na ojca, i popatrz, Boże,
mieli rację. Dobry Boże, proszę, spraw, żeby żyła.
Usłyszał zawodzenie syren. Wciągnął głęboko powietrze, chcąc krzyknąć,
żeby się pośpieszyli, i wtedy poczuł gryzący odór benzyny, od którego
zaczęły mu łzawić oczy. W czasie zderzenia bak zapewne pękł, a przecież
był niemal pełen.
- Szybko! - wycharczał. - Szybko! Benzyna wycieka!
- Nie panikuj, kolego! - krzyknął jeden z ratujących go ludzi. - Już
prawie otworzyliśmy te drzwi.
W tym samym momencie Braydon usłyszał przytłumiony wybuch z tyłu
samochodu i zaraz potem kolejny. Towarzyszył im odgłos pękającej blachy.
- Szybko! - próbował krzyczeć. - Palimy się. Na miłość boską, szybko! My
się przecież palimy!
Przez szczelinę pomiędzy fotelami do przodu samochodu dostało się gorące
powietrze i Braydon poczuł odór topiącego się plastiku i swąd
przypalanej wełny. Kropla skwierczącego plastiku spadła mu na wierzch
dłoni, co sprawiło, że jeszcze gwałtowniej spróbował wydobyć
zakleszczoną rękę, ale nie mógł. Poczuł, jakby coś pękło mu w nadgarstku, i po raz pierwszy od momentu wypadku jego prawa ręka zaczęła
tętnić bólem nie do zniesienia.
- Palimy się! Wydostańcie nas stąd! Płoniemy!
Wnętrze samochodu wypełniły gryzące płomienie. Braydon zaczął kaszleć i zalał się łzami. Nie chciał umrzeć w taki sposób. Nie chciał, żeby razem
z nim umarła Sukie. Miała zaledwie pięć lat. Miała przed sobą całe
życie, a on ją zabił.
- Boże wszechmogący, spalimy się!
Poniedziałek, godz. 17.34
Drzwi po stronie kierowcy otworzyły się i natychmiast ktoś je wyrwał z zawiasów. Potężnie zbudowany mężczyzna, ogolony na zero, wsunął do
samochodu wytatuowane ramię i uwolnił Braydona od pasa bezpieczeństwa.
Złapał go i spróbował wyciągnąć z samochodu, jednak jego dłoń wciąż
tkwiła w pułapce.
- Moja mała córeczka... ona jest na tylnym siedzeniu - bełkotał Braydon. -
Proszę, niech pan ją stamtąd wyciągnie. Proszę!
- Dobrze, kolego, tylko się trzymaj. Niech mi ktoś poda łom! Szybko!
Niech mi ktoś poda ten cholerny łom!
- Wołałem ją - wychrypiał Braydon, kaszląc. - Wołałem ją... ale nie
odpowiadała. Może jest nieprzytomna! Ona... ona ma tylko pięć lat. Proszę,
niech ją pan stamtąd wydostanie!
Potężnie zbudowany mężczyzna wsunął łom pomiędzy fotel kierowcy i deskę
rozdzielczą.
- Kiedy powiem, żeby pan szarpnął ręką, niech pan szarpnie, jasne?
Braydon tylko skinął głową. Mężczyzna odchrząknął i z całej siły naparł
ciałem na łom. Rozległ się trzask pękającego plastiku i nagle mężczyzna
krzyknął:
- Wyszarpnij rękę! Teraz!
Braydon pociągnął ramię do przodu, mimo że potężny ból nieomal
doprowadził go do omdlenia. Gdy tylko uwolnił dłoń, mężczyzna wyniósł go
z fotela, jakby był dzieckiem, i nagle Braydon znalazł się obok
samochodu. Dwaj mężczyźni złapali go za nogi, szybko przenieśli na
przeciwległe pobocze i ułożyli na czyimś płaszczu przeciwdeszczowym.
Właśnie nadjechał ambulans. Braydon zobaczył poprzez ścianę deszczu jego
czerwone tylne światła. Ratownicy w pośpiechu otworzyli tylne drzwi.
Znów zagrzmiało. Braydon czuł, jak deszcz siecze go po twarzy, czuł
unoszący się w powietrzu zapach benzyny.
- Moja córka! - wycharczał i próbował usiąść. - Tam jest moja córka!
Muszę ją wydostać!
Przyjechał wóz straży pożarnej. Jego kierowca bez przerwy naciskał
klakson. Zaraz za nim zjawił się samochód ratowniczy, a jeszcze po nim
pojazd szefa służby przeciwpożarowej. Płomienie wypełzły spod ciężarówki
niczym macki ognistoczerwonej ośmiornicy i ludzie zaczęli ponaglać jeden
drugiego, żeby się wycofywać.
- Musicie mnie tam puścić! - zawołał Braydon.
Jednak dwoje ratowników pomogło wybawcom Braydona postawić go na nogi i praktycznie zaciągnęli go do karetki. Próbowali położyć go płasko na
noszach, on jednak uparł się, żeby siedzieć. Koniecznie musiał widzieć,
co się dzieje.
- Niech się pan uspokoi - powiedziała stanowczo czarnoskóra kobieta w uniformie ratownika medycznego. - Strażacy zrobią wszystko, co w ich
mocy, żeby wyciągnąć pańską córkę z samochodu.
Gwałtowny atak kaszlu sprawił, że Braydon nie był w stanie jej
odpowiedzieć. Spróbował zsunąć nogi z noszy, jednak kobieta wepchnęła mu
je z powrotem. Była krępa, przysadzista i niespodziewanie silna.
- Bardzo proszę. Niech pan się nie rusza. Nie ma pan tam nic do roboty.
- Tam umiera moja córka! A może już nie żyje!
- Wiem, proszę pana. Wszystko w rękach strażaków. My możemy się tylko
modlić.
Strażacy spryskiwali wrak pianką gaśniczą, jej chmury tańczyły nad
autostradą i unosiły się w powietrze. Pomarańczowe płomienie przez długi
czas uparcie wynurzały się spod ciężarówki, lecz w końcu znikły. Sześciu
lub siedmiu strażaków podeszło do na wpół wypalonej skorupy wozu i Braydon usłyszał, jak żądają podnośnika hydraulicznego i nożyc do cięcia
blachy.
- Puśćcie mnie, słyszycie? - powiedział Braydon błagalnie. - Tam jest
moja Sukie! Moja mała dziewczynka!
- Bardzo pana proszę - nie ustępowała ratowniczka.
W tym samym momencie przy ambulansie pojawili się dwaj funkcjonariusze
filadelfijskiej drogówki. Ubrani byli w charakterystyczne czapki,
wgniecione na środku, długie skórzane kurtki i buty do połowy łydek.
Jeden z nich był wysoki i chudy i miał płowe włosy, a drugi niższy, za
to potężnie zbudowany i z wąsami jak u morsa.
- Musi pan tutaj zostać. Tam nie może pan już pomóc.
- Boże - załkał Braydon i przycisnął lewą dłoń do ust. - Boże, to
wszystko moja wina.
- Nie powinien pan siebie obwiniać - uspokoił go jasnowłosy policjant. -
Ta ciężarówka wpadła w poślizg i przejechała na przeciwległy pas drogi.
Ominięcie jej nie leżało w granicach ludzkich możliwości. Nikt na pana
miejscu nic by nie poradził.
- Niech pan poda rękę - poprosiła ratowniczka.
Podciągnęła Braydonowi rękaw i wstrzyknęła mu środek przeciwbólowy.
Następnie zaczęła opatrywać mu dłoń, a tymczasem funkcjonariusze pytali
go o nazwisko, adres i dane Sukie.
- Susan Amelia Harris - odparł Braydon. - Urodzona siedemnastego
kwietnia dwa tysiące piątego roku.
Nie powiedział, że już dawno odebrano mu prawa rodzicielskie ani że po
prostu porwał córkę i właśnie wiózł ją do swojego domu w Connecticut.
Jaki miałoby to sens? I tak czuł się już wystarczająco winny.
Kiedy funkcjonariusze przestali go wypytywać, usiadł na noszach i patrzył, jak strażacy uwijają się wokół wraku. Środek przeciwbólowy
zaczynał już działać i Braydon z każdą chwilą czuł się coraz bardziej
odległy od tego, co się wydarzyło, jakby wypalony wrak samochodu po
drugiej stronie autostrady nigdy do niego nie należał. Kobieta
delikatnie umieściła jego łokieć w temblaku. Przez cały czas przemawiała
do niego łagodnym głosem:
- Już dobrze, proszę pana? Czy temblak dobrze leży? Czuje pan ból?
Braydon nie odpowiadał jej, nawet na nią nie patrzył. Gdyby się odezwał,
znaczyłoby to, że naprawdę znajduje się w tym ambulansie, a jego
córeczka, Sukie, rzeczywiście jest uwięziona w samochodzie i prawdopodobnie już nie żyje.
- Jak się pan czuje? - znowu zapytała ratowniczka. - Nie robi się panu
słabo?
Nadal nie odpowiadał. Niczego nie czuję, myślał. To nie jestem ja.
Wydawało się, że minęły godziny, zanim strażacy podpięli stalową linę do
wyciągarki i wydobyli Dodge'a spod naczepy ciężarówki. Niebo jeszcze
kilka razy przecięła błyskawica i zagrzmiało. Burza stopniowo wycofywała
się w kierunku północno-wschodnim, jednak deszcz wciąż mocno bił o nawierzchnię autostrady.
Braydon ujrzał kaskadę drobnych iskierek, gdy strażacy odcinali dach
jego samochodu. Po chwili unieśli go i położyli na jezdni.
Dwaj sanitariusze zajrzeli na tylne siedzenie. Braydon zaczął się
trząść, zupełnie nad sobą nie panując. Boże wszechmogący, ona nie żyje,
i to ja ją zabiłem. Boże, zlituj się nade mną. Boże, moja biedna mała
Sukie.
Ratowniczka zdjęła z haka maskę tlenową i przyłożyła mu ją do twarzy.
- Niech pan oddycha. Nie może pan stracić przytomności.
Braydon przewrócił oczami i wreszcie na nią popatrzył. Czterokrotnie
głęboko odetchnął, po czym odsunął od siebie maskę.
- Ona była tak cholernie nieszczęśliwa. W tym tkwił cały kłopot. Ciągle
mnie błagała, żebym ją zabrał do siebie. A teraz... niech pani patrzy, co
zrobiłem.
- To był wypadek. Słyszał pan, co powiedzieli policjanci. To przecież
nie była pana wina. Ale teraz musimy pana zawieźć do szpitala. Nic tutaj
po panu.
- Zaraz... proszę... ja muszę ją zobaczyć. Muszę wiedzieć na pewno.
W tym momencie do wraku podjechał kolejny ambulans. Jego tylne drzwi
otworzyły się. Po chwili ruszył z piskiem opon. Jego syrena wyła jak
oszalała.
- Co to było? Zabrali Sukie? Dokąd?
Do karetki wsiadł siwowłosy mężczyzna. W jakiś sposób przypominał
Braydonowi aktora Lloyda Bridgesa.
- Wydostaliśmy pańską córkę. Żyje.
Braydona dopadł gwałtowny atak kaszlu. Prawie nie mógł oddychać.
- W jakim jest stanie?
Sanitariusz miał poważną minę.
- Na razie nie możemy określić, jak poważne są obrażenia. Lekarze w szpitalu dokładnie ją zbadają. Muszę jednak pana uprzedzić, że ma bardzo
rozległe poparzenia.
- O Boże. Boże, nie.
- Odwieziono ją do centrum leczenia oparzeń w Temple University
Hospital. To najlepszy tego rodzaju oddział w kraju, a znajduje się
zaledwie kilka minut jazdy stąd. Pana także tam zabierzemy, będzie więc
mógł być pan blisko niej. - Mężczyzna wysiadł z ambulansu i zamknął za
sobą drzwi.
- Proszę się położyć, dobrze? - odezwała się ratowniczka. - Muszę
przypiąć pana pasami ze względów bezpieczeństwa.
Braydon pokręcił głową.
- A kogo obchodzi moje bezpieczeństwo, co? Jakie to ma znaczenie?
- To ma ogromne znaczenie. Od dzisiaj Sukie będzie pana potrzebowała
bardziej niż kiedykolwiek.
Braydon położył się na noszach i kobieta przypięła go do nich. Gdy
ambulans ruszył w kierunku North Broad Street, zamknął oczy. Już nie
chciał się modlić. Pragnął jedynie szybko zasnąć. Może kiedy się obudzi
i popatrzy na zegarek, okaże się, że jest dopiero siódma rano, a on
jeszcze nie wyjechał do Baltimore, żeby porwać Sukie od rodziców
Melindy.
Wolałby już nigdy więcej nie zobaczyć córki, niż pozwolić jej spłonąć
żywcem.
Wolałby, żeby w ogóle się nie urodziła.
Poniedziałek, godz. 18.07
Nathan rozerwał opakowanie batonika Baby Ruth i natychmiast odgryzł
niemal połowę.
- No cóż, compadres - powiedział z ustami pełnymi czekolady i orzeszków. - Jesteśmy gotowi jak nigdy dotąd. Mniej więcej za pięć minut
dokonamy historycznego odkrycia naukowego. Albo będziemy wyśmiewani do
końca życia.
- Przecież zrobiliśmy wszystko zgodnie z instrukcjami z książki, prawda?
- zapytała Kavita.
- Tak, jasne. Ale co to za książka! Kitab Al-Ahjar, Księga kamieni.
Traktat alchemiczny z ósmego wieku. To przecież nie to samo co
Kleinman's Mesenchymal Stem Cell Regeneration tom trzeci, prawda?
- Powinien pan mieć więcej wiary w siebie, profesorze - powiedział
Aarif. - I wiary w mądrość Abu Musy Jabira bin Hajjana.
- Abu Musa Jabir bin Hajjan zmarł kilkaset lat temu.
- Jakie to ma znaczenie? Mimo to pan i on możecie być przykładem
najwspanialszej współpracy naukowej. To coś na kształt współpracy
Francisa Cricka z Kopernikiem.
- Mam nadzieję, że nie jest to z twojej strony preludium do prośby o podwyżkę - zauważył Nathan.
- Muszę przyznać, że gdyby nam zaoferowano podwyżkę, nie odmówilibyśmy -
odparł Aarif. - Niemniej jednak to, co mówię, to szczera prawda. Proszę
popatrzeć na to, czego pan dokonał. Tchnął pan życie w stworzenie,
którego nie oglądano na ziemi od czasów Ramzesa czwartego.
- Cóż, to prawda - zgodził się Nathan. - Ale jak już wam mówiłem wiele
razy, robak to jedna rzecz, a ptak to zupełnie coś innego.
- Po prostu musimy zobaczyć, czy obaj z Jabirem potraficie udowodnić, że
to nieprawda i że robak może być ptakiem, a ptak robakiem.
Był wczesny wieczór. Deszcz przestał padać i niebo zaczęło się lekko
przejaśniać, a nad centrum Filadelfii, za drzewami otaczającymi budynek
Schiller Medical Research, na chwilę ukazało się pomarańczowe słońce.
Laboratorium Nathana na czwartym piętrze wypełniło światło koloru miodu
i oblało niemal boskim blaskiem wielkie wiwarium z pyreksu stojące
pośrodku przestrzeni roboczej. Sięgało prawie do sufitu. Na dnie
wiwarium leżało byle jak ułożone gniazdo, poskręcane z gałęzi, liści i zasuszonych roślin. A na gnieździe spoczywał bladoszary robak o długości
ponad dwudziestu centymetrów i średnicy sięgającej osiemnastu
centymetrów. Miał grubą, pomarszczoną skórę, pokrytą brzydkimi,
chropowatymi, guzowatymi krostami. Kavita zdążyła już nadać robakowi
ksywę "Brudas".
Nathan był skrajnie zmęczony. Krótkie, jasne włosy miał byle jak
zaczesane do tyłu, pod oczyma widniały wielkie, ciemne worki. Do tego
dnia eksperymentu przygotowywał się ponad tydzień, a ostatnie cztery
noce spędził na dmuchanym materacu w swoim gabinecie. Wstawał co dwie
godziny, żeby doglądać rozwijającego się robaka.
W ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin robak nie rósł ani nie
zwiększał masy ciała, a jego ruchy ograniczały się do ledwie widocznych
drgań, co doprowadziło Nathana do wniosku, że osiągnął już dojrzałość.
Oczywiście mógł jedynie zgadywać, ponieważ był to pierwszy
przedstawiciel tego gatunku, poczęty od tysiąc pięćset pięćdziesiątego
roku przed naszą erą.
Jeśli alchemik z ósmego wieku, Jabir, miał rację, robak właśnie był
gotowy do wkroczenia w najważniejszy etap życia, podobnie jak larwa, gdy
ma się przemienić w pięknego motyla. Jednak w miarę jak ten decydujący
moment się zbliżał, Nathana zaczynało ogarniać coraz bardziej dręczące
podejrzenie, że w Księdze kamieni Jabir po prostu przepisał to, co
mówił dobrze znany egipski mit, a wcale nie opisał rzekomo zakończonego
sukcesem eksperymentu, który miałby jakoby przeprowadzić w swoim
laboratorium.
Nathan uniósł głowicę ultrasonografu najnowszej generacji.
- Doskonale wiecie, co mnie martwi. Nie mamy żadnej pewności, że pod
zewnętrzną powłoką znajduje się jakaś struktura kostna. Zauważam tylko
przypadkowe grudki tkanki włóknistej.
- Ale Jabir twierdzi, że kiedy płomień osiągnie odpowiednio wysoką
temperaturę, szkielet ptaka powstanie w wyniku topienia się - zauważył
Aarif.
- Cóż, to jest twoja interpretacja. Tak naprawdę Jabir mówi: "Gdy
temperatura osiągnie maksimum, płomienie piekielne przyjmą kształt
skrzydeł". O ile jeszcze znam język perski.
Aarif potrząsnął głową.
- Nie powinien pan być takim pesymistą, profesorze. Przecież cały ten
projekt to pana inicjatywa. Stoimy u progu momentu, który będzie
przełomowy dla współczesnej nauki.
- Sam nie wiem - mruknął Nathan i przetarł twarz dłońmi. - Ile razy w przeszłości czekałem już na ten przełomowy moment? Sam nie pamiętam. I co się stało? Ostatnim razem z jaja wykluł się zgniły gryf, którego
smród unosił się w budynku jeszcze przez wiele tygodni.
- Teraz będzie inaczej, profesorze. Jestem przekonany.
- Ja też - powiedziała Kavita. - Wreszcie będziemy sławni! Na pewno
znajdziemy się na okładce "Time'a" w przyszłym miesiącu. Albo "American
Biology Today".
Nathan zdołał się uśmiechnąć.
- Macie rację. Po prostu jestem skonany. Posłuchajcie, zadzwonię teraz
do Grace i powiem jej, że wrócę późno. Aarif, dopilnuj, żeby wszystkie
kamery wideo i te na podczerwień były sprawne i w pełnym pogotowiu. I sprawdź też dla pewności nagrywanie dźwięku.
- Oczywiście, profesorze - odparł Aarif i uprzejmie skinął głową.
Aarif był niespełna trzydziestoletnim, wysokim i chudym jak tyka
Egipcjaninem. Miał gęste, kręcone, czarne włosy, oczy osadzone bardzo
blisko siebie i zakrzywiony nos, przypominający dziób jastrzębia. Był
absolwentem Uniwersytetu Kairskiego, gdzie ukończył biologię
eksperymentalną. Był grzeczny, tryskał energią i humorem, jednak
akademicka poprawność jego manier trochę denerwowała. Nathan poznał go,
kiedy poprzedniego lata poleciał do Egiptu, żeby w Ain Shams, w dolinie
Nilu, pobrać próbki DNA smoka-robaka.
Aarif pomagał mu zbierać próbki, a potem zaproponował, że pojedzie z nim
do Filadelfii, żeby asystować przy eksperymencie. Po siedmiu miesiącach
i wykonaniu wielu żmudnych badań udało im się połączyć DNA smoka-robaka
z DNA egipskiego sępa. W rezultacie powstał leżący teraz przed nimi
gruby, szary feniks-robak. Pół robak, pół ptak. Przynajmniej
teoretycznie.
- Kavito, co u ciebie? - Nathan położył jej dłoń na ramieniu. - Jesteś
gotowa?
- Całkowicie, panie profesorze. Naprawiłam drobne usterki monitora, a wszystkie inne przyrządy funkcjonują bez zarzutu. Są skalibrowane w granicach tolerancji.
Kavita była młodą biochemiczką, na którą Nathan natknął się w SupremeTaste Pet Foods w Pittsburghu. Ponieważ jego badania finansowała
prywatna fundacja Schillera, namawiając Kavitę, by podjęła u niego
pracę, mógł ją skusić wizją podwojenia zarobków w stosunku do tego, co
zarabiała w SupremeTaste. Ale podziałała na nią nie tylko perspektywa
większych pieniędzy: nowatorskie badania komórek macierzystych, które
prowadził Nathan, zdecydowanie szybciej mogły jej przynieść sławę niż
nawet najbardziej odkrywcze prace nad rozwojem żywności dla fast foodów.
Matka Kavity była pełnej krwi Indianką z plemienia Mohawków i dziewczyna
odziedziczyła po niej lśniące, czarne włosy, ostre, wystające kości
policzkowe i pełne, lekko wydęte wargi. Miała przy tym taką figurę, że
syn Nathana, Denver, raz ją zobaczywszy, zainteresował się, czy mógłby
po szkole pomagać w laboratorium ojca, choćby przy sprzątaniu.
Zadaniem Kavity było filtrowanie i analizowanie związków chemicznych
unoszących się w powietrzu w trakcie eksperymentu. Po dokonaniu analizy
miała przedstawić dokładny model komputerowy tego, co działo się w czasie procesu spalania - nawet gdyby całe doświadczenie skończyło się
katastrofą.
- Dobrze, Kavito, doskonale - stwierdził Nathan. - Daj mi jeszcze chwilę
i będziemy gotowi do pracy.
Poszedł do swojego gabinetu, podniósł słuchawkę i wystukał na tarczy
numer domowy. Czekając, aż Grace odbierze, patrzył na swoje odbicie w ciemnym oknie. Miał na sobie biały fartuch laboratoryjny. Niedawno
ukończył czterdzieści pięć lat, ale jak na swój wiek wyglądał bardzo
młodo. Nikt nie chciał wierzyć, że on i Grace mają już
dziewiętnastoletniego syna.
W końcu Grace podniosła słuchawkę. Była zdyszana.
- Przepraszam - wysapała. - Deszcz prawie przestał padać, więc
skorzystałam z wolnej chwili i biegałam.
- A ja postanowiłem właśnie rozpocząć test - powiedział jej Nathan. -
Mógłbym pewnie czekać do jutra rana, ale obawiam się, że do tego czasu
robak za bardzo by urósł i byłby zbyt dojrzały do metamorfozy. W związku
z tym nie wiem, o której godzinie wrócę dzisiaj do domu. Jeżeli w ogóle
dzisiaj wrócę.
- Zaczynam podejrzewać, że interesujesz się jakąś inną kobietą, a nie
tym stworzeniem. Tęsknię za tobą.
- Ja też za tobą tęsknię, kochanie. Ale dzisiejszy wieczór będzie
decydujący dla moich badań. Życz mi szczęścia.
- Nie potrzebujesz szczęścia, Nathanie. Jesteś w swoim fachu najlepszy z najlepszych. Aha, zanim zapomnę, były dzisiaj do ciebie trzy telefony.
Dzwonił jakiś młody człowiek, przynajmniej sądząc po głosie. Bardzo chce
z tobą porozmawiać. Sądząc po akcencie, musiał być Rosjaninem albo
Polakiem. A może Niemcem. W każdym razie Europejczykiem.
- Przedstawił się?
- Nie, ale powiedział, że na pewno zadzwoni jutro.
- Czego chciał?
- Mówił, że musi z tobą omówić coś bardzo ważnego. Ciągle powtarzał: "Ma
nie zostać kamień na kamieniu, niech to pani powtórzy profesorowi
Underhillowi".
- Hej, doskonale naśladujesz obcy akcent.
- Powtórzył to chyba z pięć razy. "Ma nie zostać kamień na kamieniu. On
zrozumie".
- Może to jakiś wariat? Jeżeli zadzwoni jeszcze raz, po prostu odłóż
słuchawkę. Posłuchaj, muszę kończyć. Do godziny zero pozostały tylko
dwie minuty.
- Kocham cię, Nathanie.
- Ja też cię kocham.
Przez chwilę się wahał. Czuł, że może powinien powiedzieć coś jeszcze,
na przykład że Grace jest dla niego ważniejsza od wszystkich
przełomowych odkryć, jakich dokonał i jakich pewnie jeszcze dokona. Ale
wiedział też, że ona to doskonale rozumie, więc po prostu odłożył
słuchawkę.
Kiedy wrócił do laboratorium, Aarif zawołał:
- Wszystko już gotowe, profesorze! My też. Wideo pracuje, obie kamery
włączone, nagrywanie dźwięku też!
Nathan po raz ostatni popatrzył na feniksa-robaka leżącego na dnie
szklanej klatki. Aarif skonstruował jego gniazdo dokładnie tak, jak je
opisał Jabir w Księdze kamieni. Na budulec składały się gałęzie dębu,
laski cynamonu, żywica olibanowa, nard i gałązki jemeńskiego balsamowca
mirra. Gałązki pokryte były cierniami, jednak to wydawało się zupełnie
nie przeszkadzać feniksowi-robakowi. Jego skóra była lekko pomarszczona,
a lśniące czułki to się chowały, to znowu rozwijały, jak u ślimaka.
- Spójrz tylko na siebie, Brudasie - powiedział Nathan. - Tylko matka
mogłaby pokochać takiego brzydkiego drania jak ty. Gdybyś miał matkę, bo
przecież nie masz. Jeśli kogoś można nazwać twoją matką, to tylko mnie.
- Urwał, odwrócił się do Aarifa i Kavity, po czym kontynuował: - Trudno
uwierzyć, że Brudas kosztował ponad osiem i pół miliona dolarów, co?
Miejmy nadzieję, że cała ta inwestycja nie pójdzie na naszych oczach z dymem.
Aarif uniósł szklaną ruchomą taflę po lewej stronie klatki i sięgnął do
środka. Ułożył gałązki w taki sposób, że całkowicie zakryły
feniksa-robaka. Następnie umocował do teleskopowego wysięgnika silne
szkło powiększające i włączył lampę halogenową dużej mocy, kierując
skoncentrowany promień jej światła prosto na gałęzie. Jeszcze zanim
opuścił taflę szkła i zamknął klatkę, suche gałęzie zaczęły się tlić i uniosło się z nich cieniutkie pasemko siwego dymu.
Bardziej praktycznym rozwiązaniem byłoby użycie zapałki, ale w Księdze
kamieni Jabir dał stanowczo do zrozumienia, że gniazdo należy podpalić
"jakby promieniami słońca, przenikającymi przez szlachetny kamień".
- Pali się, profesorze! - powiedział Aarif, zaciskając w podnieceniu
dłonie.
Z gniazda wydostały się pierwsze cienkie języki ognia, a klatka z pyreksu powoli wypełniała się niebieskim dymem.
Nathan trochę żałował, że nie podłączył do skóry robaka elektrod, żeby
monitorować reakcje jego układu nerwowego, bardziej zależało mu jednak
na wypełnieniu co do literki instrukcji Jabira, a Jabir wyraźnie
napisał, że "feniksa-robaka nie można dotykać, wiązać ani w żaden inny
sposób krępować, oznaczać barwnikami lub henną ani tatuować".
W czasie niezliczonych wcześniejszych eksperymentów Nathan się
przekonał, jakie konsekwencje mają próby wskrzeszania mitycznych
stworzeń, gdy rezygnuje się z dokładnego przestrzegania dawnych formuł.
Eksperymenty nie tylko się nie udają, a nawet mogą się okazać bardzo
niebezpieczne. Wiedział, że jeżeli ten eksperyment nie wypali, zmarnuje
dużo pieniędzy, przekazanych mu przez sponsora. A poza tym, a może
przede wszystkim, nie chciał nikogo narazić na zranienie czy nawet na
śmierć. Bez końca ostrzegał Aarifa i Kavitę:
- Nie mamy do czynienia z domowymi pupilami ani nawet ze zwierzętami z ogrodu zoologicznego. Zajmujemy się prastarymi ptakami i gadami, a czasami ich krzyżówkami. Ich siły nie jesteśmy nawet w stanie sobie
wyobrazić. Co więcej, te stwory nigdy dotąd nie miały do czynienia z człowiekiem - w przeciwieństwie do wilków, niedźwiedzi, kojotów czy
aligatorów - a zatem w ogóle się nas nie boją.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki