Nathan Underhill. (Tom 2). Noc gargulców - Graham Masterton

-
Proszę czekać

Poniedziałek, godz. 17.27

Dotarł­szy do skrzy­żo­wa­nia z Vine Street Expres­sway, Bray­don Har­ris był już cał­kiem prze­ko­nany, że Bóg jest prze­ciwko niemu.

Nad Fila­del­fią bły­skało się i grzmiało niczym w dniu Sądu Osta­tecz­nego, a świa­tło reflek­to­rów z tru­dem prze­bi­jało się przez ścianę ulew­nego desz­czu, tak że Bray­don pra­wie nic nie widział.

Na tyl­nym sie­dze­niu jego sied­mio­let­niego Dodge'a spała Sukie, dokład­nie opa­tu­lona czer­wo­nym kocem w kratę. Tylko rączki miała na wierz­chu. W dło­niach ści­skała lalkę o twa­rzy okrą­głej jak księ­życ w pełni. Sukie była szczę­śliwa, że Bray­don porwał ją od rodzi­ców Melindy, ale tego wie­czoru można było odnieść wra­że­nie, że Stwórca trzyma stronę Melindy oraz Sądu Rodzin­nego stanu Mary­land i nie chce pozwo­lić Bray­donowi na łatwą ucieczkę.

Jechał na pół­noc Schuyl­kill Expres­sway. Gdy minął Fila­del­fij­ski Ogród Zoo­lo­giczny, pio­run ude­rzył dokład­nie naprze­ciwko samo­chodu. Potworny huk nie­mal ogłu­szył Bray­dona. Sukie obu­dziła się z krzy­kiem i upu­ściła lalkę na pod­łogę.

- Tatu­siu! Boję się! Co się dzieje? Bin­kie upa­dła! Upa­dła mi Bin­kie!

- Wszystko w porządku, kocha­nie! Wszystko dobrze. To był tylko pio­run! Pio­run nie może ci zro­bić krzywdy!

- Boję się, tatu­siu! Upu­ści­łam Bin­kie! Nie mogę jej zna­leźć!

Roz­legł się kolejny potężny grzmot i tym razem Sukie pisnęła gło­śno; taki dźwięk, nie­mal nie­sły­szalny dla ucha ludz­kiego, może się wydo­stać tylko z gar­dła skraj­nie prze­ra­żo­nej dziew­czynki. Tym­cza­sem deszcz zaczął jesz­cze moc­niej bęb­nić w dach, jakby sam Bóg bar­dzo się sta­rał, żeby spłasz­czyć auto.

- Nie mogę zna­leźć Bin­kie! Zgu­bi­łam ją! Nie mogę zna­leźć Bin­kie!

- Nie martw się, kocha­nie, to tylko burza, nic wię­cej. Naprawdę nie ma się czego bać.

- Ale to Bin­kie się boi!

Bray­don obró­cił się w fotelu i się­gnął prawą ręką za sie­bie, sta­ra­jąc się wyma­cać lalkę na pod­ło­dze. Począt­kowo nie mógł na nią natra­fić, ale gdy wygiął plecy w łuk i wychy­lił się jesz­cze moc­niej, wyczuł pod pal­cami krę­cone, nylo­nowe włosy lalki.

- Już dobrze - uspo­koił córkę. - Mam ją!

Zdo­łał moc­niej chwy­cić włosy Bin­kie i już miał ją pod­nieść, gdy przed­nią szybę samo­chodu zalało ośle­pia­jące białe świa­tło. Pomię­dzy poru­sza­ją­cymi się wycie­racz­kami zoba­czył wielką cię­ża­rówką, śli­zga­jącą się w poprzek szosy tuż przed nim i jedno jedyne słowo na plan­dece: DIA­MENT.

Nawet gdyby trzy­mał obie ręce na kie­row­nicy, nie zdo­łałby wypro­wa­dzić wozu z pasa wio­dą­cego pro­sto pod pojazd, któ­rego naczepa two­rzyła kąt pro­sty z kabiną kie­rowcy. A prze­cież prawą rękę miał wci­śniętą pomię­dzy dwa fotele i mógł obra­cać kie­row­nicą, posłu­gu­jąc się wyłącz­nie lewą ręką.

Niczego nie usły­szał. Nie usły­szał nawet wrza­sku Sukie. Auto obró­ciło się o sto osiem­dzie­siąt stopni i wje­chało pod naczepę cię­ża­rówki. Poduszka powietrzna wystrze­liła Bray­do­nowi w nos. Bok naczepy ude­rzył w tył jego sie­dze­nia, rzu­ca­jąc go w przód i bole­śnie przy­du­sza­jąc do kie­row­nicy.

Długą chwilę sie­dział oszo­ło­miony. Z nosa buchała mu krew. Jed­nak stop­niowo wra­cał mu słuch; po chwili usły­szał bęb­nie­nie desz­czu w przed­nią szybę i krzyki ludzi. Chciał się odwró­cić, zoba­czyć, czy córce nic się nie stało, jed­nak jego prawa ręka była zaklesz­czona pomię­dzy fote­lami.

- Sukie! - wychar­czał, kasz­ląc. - Sukie, nic ci nie jest, kocha­nie? Pro­szę, powiedz tatu­siowi, że nic ci się nie stało.

Nie usły­szał odpo­wie­dzi. Dotarły do niego tylko odgłosy ulewy, kolejny grzmot, krzyki ludzi i odle­gły sko­wyt syren.

- Sukie! Sły­szysz mnie? Pro­szę, powiedz tatu­siowi, że nic ci nie jest!

Przez ską­paną w desz­czu przed­nią szybę samo­chodu zoba­czył coraz bliż­sze świa­tła lata­rek i ciemne syl­wetki ludzi. Ktoś szarp­nął za drzwiczki po jego stro­nie, a potem zastu­kał w okno.

- Coś się panu stało? Niech pan czeka, zaraz pana wydo­sta­niemy.

- Moja córka - jęk­nął Bray­don.

- Trzy­maj się, czło­wieku! Zaraz wyrwiemy drzwi!

- Moja córka! - powtó­rzył sła­bym gło­sem. Klatkę pier­siową miał przy­ci­śniętą do kie­row­nicy i nie był w sta­nie nabrać do płuc wystar­cza­jąco dużo powie­trza, żeby krzy­czeć. - Na tyl­nym sie­dze­niu jest moja córka! Nie odpo­wiada na moje pyta­nia! Chyba coś jej się stało!

Zoba­czył przed samo­cho­dem jesz­cze wię­cej świa­teł, a potem usły­szał ude­rze­nie i zgrzyt. Ktoś pró­bo­wał otwo­rzyć drzwiczki, posłu­gu­jąc się klu­czem do kół.

- Sukie! - zawo­łał naj­gło­śniej, jak mógł. - Sukie, pro­szę, ode­zwij się, kocha­nie.

Kolejny zgrzyt i Bray­don poczuł, że auto koły­sze się na boki, gdy ludzie na zewnątrz pró­bo­wali otwo­rzyć drzwiczki. Obró­cił głowę tak mocno, jak tylko dał radę, jed­nak pojazd był tak mocno wci­śnięty pod naczepę cię­ża­rówki, że Bray­don zoba­czył jedy­nie winy­lową pod­su­fitkę. Bła­gał Boga, żeby Sukie w momen­cie ude­rze­nia leżała pła­sko na tyl­nym sie­dze­niu samo­chodu, tak jak przez całą drogę.

- Dobry Boże, tak bar­dzo żałuję, że ją dzi­siaj zabra­łem - zaczął mówić do sie­bie. - Powie­dzieli mi, że się nie nadaję na ojca, i popatrz, Boże, mieli rację. Dobry Boże, pro­szę, spraw, żeby żyła.

Usły­szał zawo­dze­nie syren. Wcią­gnął głę­boko powie­trze, chcąc krzyk­nąć, żeby się pośpie­szyli, i wtedy poczuł gry­zący odór ben­zyny, od któ­rego zaczęły mu łza­wić oczy. W cza­sie zde­rze­nia bak zapewne pękł, a prze­cież był nie­mal pełen.

- Szybko! - wychar­czał. - Szybko! Ben­zyna wycieka!

- Nie pani­kuj, kolego! - krzyk­nął jeden z ratu­ją­cych go ludzi. - Już pra­wie otwo­rzy­li­śmy te drzwi.

W tym samym momen­cie Bray­don usły­szał przy­tłu­miony wybuch z tyłu samo­chodu i zaraz potem kolejny. Towa­rzy­szył im odgłos pęka­ją­cej bla­chy.

- Szybko! - pró­bo­wał krzy­czeć. - Palimy się. Na miłość boską, szybko! My się prze­cież palimy!

Przez szcze­linę pomię­dzy fote­lami do przodu samo­chodu dostało się gorące powie­trze i Bray­don poczuł odór topią­cego się pla­stiku i swąd przy­pa­la­nej wełny. Kro­pla skwier­czą­cego pla­stiku spa­dła mu na wierzch dłoni, co spra­wiło, że jesz­cze gwał­tow­niej spró­bo­wał wydo­być zaklesz­czoną rękę, ale nie mógł. Poczuł, jakby coś pękło mu w nad­garstku, i po raz pierw­szy od momentu wypadku jego prawa ręka zaczęła tęt­nić bólem nie do znie­sie­nia.

- Palimy się! Wydo­stań­cie nas stąd! Pło­niemy!

Wnę­trze samo­chodu wypeł­niły gry­zące pło­mie­nie. Bray­don zaczął kasz­leć i zalał się łzami. Nie chciał umrzeć w taki spo­sób. Nie chciał, żeby razem z nim umarła Sukie. Miała zale­d­wie pięć lat. Miała przed sobą całe życie, a on ją zabił.

- Boże wszech­mo­gący, spa­limy się!

Poniedziałek, godz. 17.34

Drzwi po stro­nie kie­rowcy otwo­rzyły się i natych­miast ktoś je wyrwał z zawia­sów. Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna, ogo­lony na zero, wsu­nął do samo­chodu wyta­tu­owane ramię i uwol­nił Bray­dona od pasa bez­pie­czeń­stwa. Zła­pał go i spró­bo­wał wycią­gnąć z samo­chodu, jed­nak jego dłoń wciąż tkwiła w pułapce.

- Moja mała córeczka... ona jest na tyl­nym sie­dze­niu - beł­ko­tał Bray­don. - Pro­szę, niech pan ją stam­tąd wycią­gnie. Pro­szę!

- Dobrze, kolego, tylko się trzy­maj. Niech mi ktoś poda łom! Szybko! Niech mi ktoś poda ten cho­lerny łom!

- Woła­łem ją - wychry­piał Bray­don, kasz­ląc. - Woła­łem ją... ale nie odpo­wia­dała. Może jest nie­przy­tomna! Ona... ona ma tylko pięć lat. Pro­szę, niech ją pan stam­tąd wydo­sta­nie!

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna wsu­nął łom pomię­dzy fotel kie­rowcy i deskę roz­dziel­czą.

- Kiedy powiem, żeby pan szarp­nął ręką, niech pan szarp­nie, jasne?

Bray­don tylko ski­nął głową. Męż­czy­zna odchrząk­nął i z całej siły naparł cia­łem na łom. Roz­legł się trzask pęka­ją­cego pla­stiku i nagle męż­czy­zna krzyk­nął:

- Wyszarp­nij rękę! Teraz!

Bray­don pocią­gnął ramię do przodu, mimo że potężny ból nie­omal dopro­wa­dził go do omdle­nia. Gdy tylko uwol­nił dłoń, męż­czy­zna wyniósł go z fotela, jakby był dziec­kiem, i nagle Bray­don zna­lazł się obok samo­chodu. Dwaj męż­czyźni zła­pali go za nogi, szybko prze­nie­śli na prze­ciw­le­głe pobo­cze i uło­żyli na czy­imś płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym. Wła­śnie nad­je­chał ambu­lans. Bray­don zoba­czył poprzez ścianę desz­czu jego czer­wone tylne świa­tła. Ratow­nicy w pośpie­chu otwo­rzyli tylne drzwi.

Znów zagrzmiało. Bray­don czuł, jak deszcz sie­cze go po twa­rzy, czuł uno­szący się w powie­trzu zapach ben­zyny.

- Moja córka! - wychar­czał i pró­bo­wał usiąść. - Tam jest moja córka! Muszę ją wydo­stać!

Przy­je­chał wóz straży pożar­nej. Jego kie­rowca bez prze­rwy naci­skał klak­son. Zaraz za nim zja­wił się samo­chód ratow­ni­czy, a jesz­cze po nim pojazd szefa służby prze­ciw­po­ża­ro­wej. Pło­mie­nie wypeł­zły spod cię­ża­rówki niczym macki ogni­sto­czer­wo­nej ośmior­nicy i ludzie zaczęli pona­glać jeden dru­giego, żeby się wyco­fy­wać.

- Musi­cie mnie tam puścić! - zawo­łał Bray­don.

Jed­nak dwoje ratow­ni­ków pomo­gło wybaw­com Bray­dona posta­wić go na nogi i prak­tycz­nie zacią­gnęli go do karetki. Pró­bo­wali poło­żyć go pła­sko na noszach, on jed­nak uparł się, żeby sie­dzieć. Koniecz­nie musiał widzieć, co się dzieje.

- Niech się pan uspo­koi - powie­działa sta­now­czo czar­no­skóra kobieta w uni­for­mie ratow­nika medycz­nego. - Stra­żacy zro­bią wszystko, co w ich mocy, żeby wycią­gnąć pań­ską córkę z samo­chodu.

Gwał­towny atak kaszlu spra­wił, że Bray­don nie był w sta­nie jej odpo­wie­dzieć. Spró­bo­wał zsu­nąć nogi z noszy, jed­nak kobieta wepchnęła mu je z powro­tem. Była krępa, przy­sa­dzi­sta i nie­spo­dzie­wa­nie silna.

- Bar­dzo pro­szę. Niech pan się nie rusza. Nie ma pan tam nic do roboty.

- Tam umiera moja córka! A może już nie żyje!

- Wiem, pro­szę pana. Wszystko w rękach stra­ża­ków. My możemy się tylko modlić.

Stra­żacy spry­ski­wali wrak pianką gaśni­czą, jej chmury tań­czyły nad auto­stradą i uno­siły się w powie­trze. Poma­rań­czowe pło­mie­nie przez długi czas upar­cie wynu­rzały się spod cię­ża­rówki, lecz w końcu zni­kły. Sze­ściu lub sied­miu stra­ża­ków pode­szło do na wpół wypa­lo­nej sko­rupy wozu i Bray­don usły­szał, jak żądają pod­no­śnika hydrau­licz­nego i nożyc do cię­cia bla­chy.

- Puść­cie mnie, sły­szy­cie? - powie­dział Bray­don bła­gal­nie. - Tam jest moja Sukie! Moja mała dziew­czynka!

- Bar­dzo pana pro­szę - nie ustę­po­wała ratow­niczka.

W tym samym momen­cie przy ambu­lan­sie poja­wili się dwaj funk­cjo­na­riu­sze fila­del­fij­skiej dro­gówki. Ubrani byli w cha­rak­te­ry­styczne czapki, wgnie­cione na środku, dłu­gie skó­rzane kurtki i buty do połowy łydek. Jeden z nich był wysoki i chudy i miał płowe włosy, a drugi niż­szy, za to potęż­nie zbu­do­wany i z wąsami jak u morsa.

- Musi pan tutaj zostać. Tam nie może pan już pomóc.

- Boże - załkał Bray­don i przy­ci­snął lewą dłoń do ust. - Boże, to wszystko moja wina.

- Nie powi­nien pan sie­bie obwi­niać - uspo­koił go jasno­włosy poli­cjant. - Ta cię­ża­rówka wpa­dła w poślizg i prze­je­chała na prze­ciw­le­gły pas drogi. Omi­nię­cie jej nie leżało w gra­ni­cach ludz­kich moż­li­wo­ści. Nikt na pana miej­scu nic by nie pora­dził.

- Niech pan poda rękę - popro­siła ratow­niczka.

Pod­cią­gnęła Bray­do­nowi rękaw i wstrzyk­nęła mu śro­dek prze­ciw­bó­lowy. Następ­nie zaczęła opa­try­wać mu dłoń, a tym­cza­sem funk­cjo­na­riu­sze pytali go o nazwi­sko, adres i dane Sukie.

- Susan Ame­lia Har­ris - odparł Bray­don. - Uro­dzona sie­dem­na­stego kwiet­nia dwa tysiące pią­tego roku.

Nie powie­dział, że już dawno ode­brano mu prawa rodzi­ciel­skie ani że po pro­stu porwał córkę i wła­śnie wiózł ją do swo­jego domu w Con­nec­ti­cut. Jaki mia­łoby to sens? I tak czuł się już wystar­cza­jąco winny.

Kiedy funk­cjo­na­riu­sze prze­stali go wypy­ty­wać, usiadł na noszach i patrzył, jak stra­żacy uwi­jają się wokół wraku. Śro­dek prze­ciw­bó­lowy zaczy­nał już dzia­łać i Bray­don z każdą chwilą czuł się coraz bar­dziej odle­gły od tego, co się wyda­rzyło, jakby wypa­lony wrak samo­chodu po dru­giej stro­nie auto­strady ni­gdy do niego nie nale­żał. Kobieta deli­kat­nie umie­ściła jego łokieć w tem­blaku. Przez cały czas prze­ma­wiała do niego łagod­nym gło­sem:

- Już dobrze, pro­szę pana? Czy tem­blak dobrze leży? Czuje pan ból?

Bray­don nie odpo­wia­dał jej, nawet na nią nie patrzył. Gdyby się ode­zwał, zna­czy­łoby to, że naprawdę znaj­duje się w tym ambu­lan­sie, a jego córeczka, Sukie, rze­czy­wi­ście jest uwię­ziona w samo­cho­dzie i praw­do­po­dob­nie już nie żyje.

- Jak się pan czuje? - znowu zapy­tała ratow­niczka. - Nie robi się panu słabo?

Na­dal nie odpo­wia­dał. Niczego nie czuję, myślał. To nie jestem ja.

Wyda­wało się, że minęły godziny, zanim stra­żacy pod­pięli sta­lową linę do wycią­garki i wydo­byli Dodge'a spod naczepy cię­ża­rówki. Niebo jesz­cze kilka razy prze­cięła bły­ska­wica i zagrzmiało. Burza stop­niowo wyco­fy­wała się w kie­runku pół­nocno-wschod­nim, jed­nak deszcz wciąż mocno bił o nawierzch­nię auto­strady.

Bray­don ujrzał kaskadę drob­nych iskie­rek, gdy stra­żacy odci­nali dach jego samo­chodu. Po chwili unie­śli go i poło­żyli na jezdni.

Dwaj sani­ta­riu­sze zaj­rzeli na tylne sie­dze­nie. Bray­don zaczął się trząść, zupeł­nie nad sobą nie panu­jąc. Boże wszech­mo­gący, ona nie żyje, i to ja ją zabi­łem. Boże, zli­tuj się nade mną. Boże, moja biedna mała Sukie.

Ratow­niczka zdjęła z haka maskę tle­nową i przy­ło­żyła mu ją do twa­rzy.

- Niech pan oddy­cha. Nie może pan stra­cić przy­tom­no­ści.

Bray­don prze­wró­cił oczami i wresz­cie na nią popa­trzył. Czte­ro­krot­nie głę­boko ode­tchnął, po czym odsu­nął od sie­bie maskę.

- Ona była tak cho­ler­nie nie­szczę­śliwa. W tym tkwił cały kło­pot. Cią­gle mnie bła­gała, żebym ją zabrał do sie­bie. A teraz... niech pani patrzy, co zro­bi­łem.

- To był wypa­dek. Sły­szał pan, co powie­dzieli poli­cjanci. To prze­cież nie była pana wina. Ale teraz musimy pana zawieźć do szpi­tala. Nic tutaj po panu.

- Zaraz... pro­szę... ja muszę ją zoba­czyć. Muszę wie­dzieć na pewno.

W tym momen­cie do wraku pod­je­chał kolejny ambu­lans. Jego tylne drzwi otwo­rzyły się. Po chwili ruszył z piskiem opon. Jego syrena wyła jak osza­lała.

- Co to było? Zabrali Sukie? Dokąd?

Do karetki wsiadł siwo­włosy męż­czy­zna. W jakiś spo­sób przy­po­mi­nał Bray­do­nowi aktora Lloyda Brid­gesa.

- Wydo­sta­li­śmy pań­ską córkę. Żyje.

Bray­dona dopadł gwał­towny atak kaszlu. Pra­wie nie mógł oddy­chać.

- W jakim jest sta­nie?

Sani­ta­riusz miał poważną minę.

- Na razie nie możemy okre­ślić, jak poważne są obra­że­nia. Leka­rze w szpi­talu dokład­nie ją zba­dają. Muszę jed­nak pana uprze­dzić, że ma bar­dzo roz­le­głe popa­rze­nia.

- O Boże. Boże, nie.

- Odwie­ziono ją do cen­trum lecze­nia opa­rzeń w Tem­ple Uni­ver­sity Hospi­tal. To naj­lep­szy tego rodzaju oddział w kraju, a znaj­duje się zale­d­wie kilka minut jazdy stąd. Pana także tam zabie­rzemy, będzie więc mógł być pan bli­sko niej. - Męż­czy­zna wysiadł z ambu­lansu i zamknął za sobą drzwi.

- Pro­szę się poło­żyć, dobrze? - ode­zwała się ratow­niczka. - Muszę przy­piąć pana pasami ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa.

Bray­don pokrę­cił głową.

- A kogo obcho­dzi moje bez­pie­czeń­stwo, co? Jakie to ma zna­cze­nie?

- To ma ogromne zna­cze­nie. Od dzi­siaj Sukie będzie pana potrze­bo­wała bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

Bray­don poło­żył się na noszach i kobieta przy­pięła go do nich. Gdy ambu­lans ruszył w kie­runku North Broad Street, zamknął oczy. Już nie chciał się modlić. Pra­gnął jedy­nie szybko zasnąć. Może kiedy się obu­dzi i popa­trzy na zega­rek, okaże się, że jest dopiero siódma rano, a on jesz­cze nie wyje­chał do Bal­ti­more, żeby porwać Sukie od rodzi­ców Melindy.

Wolałby już ni­gdy wię­cej nie zoba­czyć córki, niż pozwo­lić jej spło­nąć żyw­cem.

Wolałby, żeby w ogóle się nie uro­dziła.

Poniedziałek, godz. 18.07

Nathan roze­rwał opa­ko­wa­nie bato­nika Baby Ruth i natych­miast odgryzł nie­mal połowę.

- No cóż, com­pa­dres - powie­dział z ustami peł­nymi cze­ko­lady i orzesz­ków. - Jeste­śmy gotowi jak ni­gdy dotąd. Mniej wię­cej za pięć minut doko­namy histo­rycz­nego odkry­cia nauko­wego. Albo będziemy wyśmie­wani do końca życia.

- Prze­cież zro­bi­li­śmy wszystko zgod­nie z instruk­cjami z książki, prawda? - zapy­tała Kavita.

- Tak, jasne. Ale co to za książka! Kitab Al-Ahjar, Księga kamieni. Trak­tat alche­miczny z ósmego wieku. To prze­cież nie to samo co Kle­in­man's Mesen­chy­mal Stem Cell Rege­ne­ra­tion tom trzeci, prawda?

- Powi­nien pan mieć wię­cej wiary w sie­bie, pro­fe­so­rze - powie­dział Aarif. - I wiary w mądrość Abu Musy Jabira bin Haj­jana.

- Abu Musa Jabir bin Haj­jan zmarł kil­ka­set lat temu.

- Jakie to ma zna­cze­nie? Mimo to pan i on może­cie być przy­kła­dem naj­wspa­nial­szej współ­pracy nauko­wej. To coś na kształt współ­pracy Fran­cisa Cricka z Koper­ni­kiem.

- Mam nadzieję, że nie jest to z two­jej strony pre­lu­dium do prośby o pod­wyżkę - zauwa­żył Nathan.

- Muszę przy­znać, że gdyby nam zaofe­ro­wano pod­wyżkę, nie odmó­wi­li­by­śmy - odparł Aarif. - Nie­mniej jed­nak to, co mówię, to szczera prawda. Pro­szę popa­trzeć na to, czego pan doko­nał. Tchnął pan życie w stwo­rze­nie, któ­rego nie oglą­dano na ziemi od cza­sów Ram­zesa czwar­tego.

- Cóż, to prawda - zgo­dził się Nathan. - Ale jak już wam mówi­łem wiele razy, robak to jedna rzecz, a ptak to zupeł­nie coś innego.

- Po pro­stu musimy zoba­czyć, czy obaj z Jabi­rem potra­fi­cie udo­wod­nić, że to nie­prawda i że robak może być pta­kiem, a ptak roba­kiem.

Był wcze­sny wie­czór. Deszcz prze­stał padać i niebo zaczęło się lekko prze­ja­śniać, a nad cen­trum Fila­del­fii, za drze­wami ota­cza­ją­cymi budy­nek Schil­ler Medi­cal Rese­arch, na chwilę uka­zało się poma­rań­czowe słońce. Labo­ra­to­rium Nathana na czwar­tym pię­trze wypeł­niło świa­tło koloru miodu i oblało nie­mal boskim bla­skiem wiel­kie wiwa­rium z pyreksu sto­jące pośrodku prze­strzeni robo­czej. Się­gało pra­wie do sufitu. Na dnie wiwa­rium leżało byle jak uło­żone gniazdo, poskrę­cane z gałęzi, liści i zasu­szo­nych roślin. A na gnieź­dzie spo­czy­wał bla­do­szary robak o dłu­go­ści ponad dwu­dzie­stu cen­ty­me­trów i śred­nicy się­ga­ją­cej osiem­na­stu cen­ty­me­trów. Miał grubą, pomarsz­czoną skórę, pokrytą brzyd­kimi, chro­po­wa­tymi, guzo­wa­tymi kro­stami. Kavita zdą­żyła już nadać roba­kowi ksywę "Bru­das".

Nathan był skraj­nie zmę­czony. Krót­kie, jasne włosy miał byle jak zacze­sane do tyłu, pod oczyma wid­niały wiel­kie, ciemne worki. Do tego dnia eks­pe­ry­mentu przy­go­to­wy­wał się ponad tydzień, a ostat­nie cztery noce spę­dził na dmu­cha­nym mate­racu w swoim gabi­ne­cie. Wsta­wał co dwie godziny, żeby doglą­dać roz­wi­ja­ją­cego się robaka.

W ciągu ostat­nich czter­dzie­stu ośmiu godzin robak nie rósł ani nie zwięk­szał masy ciała, a jego ruchy ogra­ni­czały się do led­wie widocz­nych drgań, co dopro­wa­dziło Nathana do wnio­sku, że osią­gnął już doj­rza­łość. Oczy­wi­ście mógł jedy­nie zga­dy­wać, ponie­waż był to pierw­szy przed­sta­wi­ciel tego gatunku, poczęty od tysiąc pięć­set pięć­dzie­sią­tego roku przed naszą erą.

Jeśli alche­mik z ósmego wieku, Jabir, miał rację, robak wła­śnie był gotowy do wkro­cze­nia w naj­waż­niej­szy etap życia, podob­nie jak larwa, gdy ma się prze­mie­nić w pięk­nego motyla. Jed­nak w miarę jak ten decy­du­jący moment się zbli­żał, Nathana zaczy­nało ogar­niać coraz bar­dziej drę­czące podej­rze­nie, że w Księ­dze kamieni Jabir po pro­stu prze­pi­sał to, co mówił dobrze znany egip­ski mit, a wcale nie opi­sał rze­komo zakoń­czo­nego suk­ce­sem eks­pe­ry­mentu, który miałby jakoby prze­pro­wa­dzić w swoim labo­ra­to­rium.

Nathan uniósł gło­wicę ultra­so­no­grafu naj­now­szej gene­ra­cji.

- Dosko­nale wie­cie, co mnie mar­twi. Nie mamy żad­nej pew­no­ści, że pod zewnętrzną powłoką znaj­duje się jakaś struk­tura kostna. Zauwa­żam tylko przy­pad­kowe grudki tkanki włók­ni­stej.

- Ale Jabir twier­dzi, że kiedy pło­mień osią­gnie odpo­wied­nio wysoką tem­pe­ra­turę, szkie­let ptaka powsta­nie w wyniku topie­nia się - zauwa­żył Aarif.

- Cóż, to jest twoja inter­pre­ta­cja. Tak naprawdę Jabir mówi: "Gdy tem­pe­ra­tura osią­gnie mak­si­mum, pło­mie­nie pie­kielne przyjmą kształt skrzy­deł". O ile jesz­cze znam język per­ski.

Aarif potrzą­snął głową.

- Nie powi­nien pan być takim pesy­mi­stą, pro­fe­so­rze. Prze­cież cały ten pro­jekt to pana ini­cja­tywa. Sto­imy u progu momentu, który będzie prze­ło­mowy dla współ­cze­snej nauki.

- Sam nie wiem - mruk­nął Nathan i prze­tarł twarz dłońmi. - Ile razy w prze­szło­ści cze­ka­łem już na ten prze­ło­mowy moment? Sam nie pamię­tam. I co się stało? Ostat­nim razem z jaja wykluł się zgniły gryf, któ­rego smród uno­sił się w budynku jesz­cze przez wiele tygo­dni.

- Teraz będzie ina­czej, pro­fe­so­rze. Jestem prze­ko­nany.

- Ja też - powie­działa Kavita. - Wresz­cie będziemy sławni! Na pewno znaj­dziemy się na okładce "Time'a" w przy­szłym mie­siącu. Albo "Ame­ri­can Bio­logy Today".

Nathan zdo­łał się uśmiech­nąć.

- Macie rację. Po pro­stu jestem sko­nany. Posłu­chaj­cie, zadzwo­nię teraz do Grace i powiem jej, że wrócę późno. Aarif, dopil­nuj, żeby wszyst­kie kamery wideo i te na pod­czer­wień były sprawne i w peł­nym pogo­to­wiu. I sprawdź też dla pew­no­ści nagry­wa­nie dźwięku.

- Oczy­wi­ście, pro­fe­so­rze - odparł Aarif i uprzej­mie ski­nął głową.

Aarif był nie­spełna trzy­dzie­sto­let­nim, wyso­kim i chu­dym jak tyka Egip­cja­ni­nem. Miał gęste, krę­cone, czarne włosy, oczy osa­dzone bar­dzo bli­sko sie­bie i zakrzy­wiony nos, przy­po­mi­na­jący dziób jastrzę­bia. Był absol­wen­tem Uni­wer­sy­tetu Kair­skiego, gdzie ukoń­czył bio­lo­gię eks­pe­ry­men­talną. Był grzeczny, try­skał ener­gią i humo­rem, jed­nak aka­de­micka popraw­ność jego manier tro­chę dener­wo­wała. Nathan poznał go, kiedy poprzed­niego lata pole­ciał do Egiptu, żeby w Ain Shams, w doli­nie Nilu, pobrać próbki DNA smoka-robaka.

Aarif poma­gał mu zbie­rać próbki, a potem zapro­po­no­wał, że poje­dzie z nim do Fila­del­fii, żeby asy­sto­wać przy eks­pe­ry­men­cie. Po sied­miu mie­sią­cach i wyko­na­niu wielu żmud­nych badań udało im się połą­czyć DNA smoka-robaka z DNA egip­skiego sępa. W rezul­ta­cie powstał leżący teraz przed nimi gruby, szary feniks-robak. Pół robak, pół ptak. Przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie.

- Kavito, co u cie­bie? - Nathan poło­żył jej dłoń na ramie­niu. - Jesteś gotowa?

- Cał­ko­wi­cie, panie pro­fe­so­rze. Napra­wi­łam drobne usterki moni­tora, a wszyst­kie inne przy­rządy funk­cjo­nują bez zarzutu. Są ska­li­bro­wane w gra­ni­cach tole­ran­cji.

Kavita była młodą bio­che­miczką, na którą Nathan natknął się w Supre­me­Ta­ste Pet Foods w Pit­ts­bur­ghu. Ponie­waż jego bada­nia finan­so­wała pry­watna fun­da­cja Schil­lera, nama­wia­jąc Kavitę, by pod­jęła u niego pracę, mógł ją sku­sić wizją podwo­je­nia zarob­ków w sto­sunku do tego, co zara­biała w Supre­me­Ta­ste. Ale podzia­łała na nią nie tylko per­spek­tywa więk­szych pie­nię­dzy: nowa­tor­skie bada­nia komó­rek macie­rzy­stych, które pro­wa­dził Nathan, zde­cy­do­wa­nie szyb­ciej mogły jej przy­nieść sławę niż nawet naj­bar­dziej odkryw­cze prace nad roz­wo­jem żyw­no­ści dla fast foodów.

Matka Kavity była peł­nej krwi Indianką z ple­mie­nia Mohaw­ków i dziew­czyna odzie­dzi­czyła po niej lśniące, czarne włosy, ostre, wysta­jące kości policz­kowe i pełne, lekko wydęte wargi. Miała przy tym taką figurę, że syn Nathana, Denver, raz ją zoba­czyw­szy, zain­te­re­so­wał się, czy mógłby po szkole poma­gać w labo­ra­to­rium ojca, choćby przy sprzą­ta­niu.

Zada­niem Kavity było fil­tro­wa­nie i ana­li­zo­wa­nie związ­ków che­micz­nych uno­szą­cych się w powie­trzu w trak­cie eks­pe­ry­mentu. Po doko­na­niu ana­lizy miała przed­sta­wić dokładny model kom­pu­te­rowy tego, co działo się w cza­sie pro­cesu spa­la­nia - nawet gdyby całe doświad­cze­nie skoń­czyło się kata­strofą.

- Dobrze, Kavito, dosko­nale - stwier­dził Nathan. - Daj mi jesz­cze chwilę i będziemy gotowi do pracy.

Poszedł do swo­jego gabi­netu, pod­niósł słu­chawkę i wystu­kał na tar­czy numer domowy. Cze­ka­jąc, aż Grace odbie­rze, patrzył na swoje odbi­cie w ciem­nym oknie. Miał na sobie biały far­tuch labo­ra­to­ryjny. Nie­dawno ukoń­czył czter­dzie­ści pięć lat, ale jak na swój wiek wyglą­dał bar­dzo młodo. Nikt nie chciał wie­rzyć, że on i Grace mają już dzie­więt­na­sto­let­niego syna.

W końcu Grace pod­nio­sła słu­chawkę. Była zdy­szana.

- Prze­pra­szam - wysa­pała. - Deszcz pra­wie prze­stał padać, więc sko­rzy­sta­łam z wol­nej chwili i bie­ga­łam.

- A ja posta­no­wi­łem wła­śnie roz­po­cząć test - powie­dział jej Nathan. - Mógł­bym pew­nie cze­kać do jutra rana, ale oba­wiam się, że do tego czasu robak za bar­dzo by urósł i byłby zbyt doj­rzały do meta­mor­fozy. W związku z tym nie wiem, o któ­rej godzi­nie wrócę dzi­siaj do domu. Jeżeli w ogóle dzi­siaj wrócę.

- Zaczy­nam podej­rze­wać, że inte­re­su­jesz się jakąś inną kobietą, a nie tym stwo­rze­niem. Tęsk­nię za tobą.

- Ja też za tobą tęsk­nię, kocha­nie. Ale dzi­siej­szy wie­czór będzie decy­du­jący dla moich badań. Życz mi szczę­ścia.

- Nie potrze­bu­jesz szczę­ścia, Natha­nie. Jesteś w swoim fachu naj­lep­szy z naj­lep­szych. Aha, zanim zapo­mnę, były dzi­siaj do cie­bie trzy tele­fony. Dzwo­nił jakiś młody czło­wiek, przy­naj­mniej sądząc po gło­sie. Bar­dzo chce z tobą poroz­ma­wiać. Sądząc po akcen­cie, musiał być Rosja­ni­nem albo Pola­kiem. A może Niem­cem. W każ­dym razie Euro­pej­czy­kiem.

- Przed­sta­wił się?

- Nie, ale powie­dział, że na pewno zadzwoni jutro.

- Czego chciał?

- Mówił, że musi z tobą omó­wić coś bar­dzo waż­nego. Cią­gle powta­rzał: "Ma nie zostać kamień na kamie­niu, niech to pani powtó­rzy pro­fe­so­rowi Under­hil­lowi".

- Hej, dosko­nale naśla­du­jesz obcy akcent.

- Powtó­rzył to chyba z pięć razy. "Ma nie zostać kamień na kamie­niu. On zro­zu­mie".

- Może to jakiś wariat? Jeżeli zadzwoni jesz­cze raz, po pro­stu odłóż słu­chawkę. Posłu­chaj, muszę koń­czyć. Do godziny zero pozo­stały tylko dwie minuty.

- Kocham cię, Natha­nie.

- Ja też cię kocham.

Przez chwilę się wahał. Czuł, że może powi­nien powie­dzieć coś jesz­cze, na przy­kład że Grace jest dla niego waż­niej­sza od wszyst­kich prze­ło­mo­wych odkryć, jakich doko­nał i jakich pew­nie jesz­cze dokona. Ale wie­dział też, że ona to dosko­nale rozu­mie, więc po pro­stu odło­żył słu­chawkę.

Kiedy wró­cił do labo­ra­to­rium, Aarif zawo­łał:

- Wszystko już gotowe, pro­fe­so­rze! My też. Wideo pra­cuje, obie kamery włą­czone, nagry­wa­nie dźwięku też!

Nathan po raz ostatni popa­trzył na feniksa-robaka leżą­cego na dnie szkla­nej klatki. Aarif skon­stru­ował jego gniazdo dokład­nie tak, jak je opi­sał Jabir w Księ­dze kamieni. Na budu­lec skła­dały się gałę­zie dębu, laski cyna­monu, żywica oli­ba­nowa, nard i gałązki jemeń­skiego bal­sa­mowca mirra. Gałązki pokryte były cier­niami, jed­nak to wyda­wało się zupeł­nie nie prze­szka­dzać fenik­sowi-roba­kowi. Jego skóra była lekko pomarsz­czona, a lśniące czułki to się cho­wały, to znowu roz­wi­jały, jak u śli­maka.

- Spójrz tylko na sie­bie, Bru­da­sie - powie­dział Nathan. - Tylko matka mogłaby poko­chać takiego brzyd­kiego dra­nia jak ty. Gdy­byś miał matkę, bo prze­cież nie masz. Jeśli kogoś można nazwać twoją matką, to tylko mnie. - Urwał, odwró­cił się do Aarifa i Kavity, po czym kon­ty­nu­ował: - Trudno uwie­rzyć, że Bru­das kosz­to­wał ponad osiem i pół miliona dola­rów, co? Miejmy nadzieję, że cała ta inwe­sty­cja nie pój­dzie na naszych oczach z dymem.

Aarif uniósł szklaną ruchomą taflę po lewej stro­nie klatki i się­gnął do środka. Uło­żył gałązki w taki spo­sób, że cał­ko­wi­cie zakryły feniksa-robaka. Następ­nie umo­co­wał do tele­sko­po­wego wysię­gnika silne szkło powięk­sza­jące i włą­czył lampę halo­ge­nową dużej mocy, kie­ru­jąc skon­cen­tro­wany pro­mień jej świa­tła pro­sto na gałę­zie. Jesz­cze zanim opu­ścił taflę szkła i zamknął klatkę, suche gałę­zie zaczęły się tlić i unio­sło się z nich cie­niut­kie pasemko siwego dymu.

Bar­dziej prak­tycz­nym roz­wią­za­niem byłoby uży­cie zapałki, ale w Księ­dze kamieni Jabir dał sta­now­czo do zro­zu­mie­nia, że gniazdo należy pod­pa­lić "jakby pro­mie­niami słońca, prze­ni­ka­ją­cymi przez szla­chetny kamień".

- Pali się, pro­fe­so­rze! - powie­dział Aarif, zaci­ska­jąc w pod­nie­ce­niu dło­nie.

Z gniazda wydo­stały się pierw­sze cien­kie języki ognia, a klatka z pyreksu powoli wypeł­niała się nie­bie­skim dymem.

Nathan tro­chę żało­wał, że nie pod­łą­czył do skóry robaka elek­trod, żeby moni­to­ro­wać reak­cje jego układu ner­wo­wego, bar­dziej zale­żało mu jed­nak na wypeł­nie­niu co do literki instruk­cji Jabira, a Jabir wyraź­nie napi­sał, że "feniksa-robaka nie można doty­kać, wią­zać ani w żaden inny spo­sób krę­po­wać, ozna­czać barw­ni­kami lub henną ani tatu­ować".

W cza­sie nie­zli­czo­nych wcze­śniej­szych eks­pe­ry­men­tów Nathan się prze­ko­nał, jakie kon­se­kwen­cje mają próby wskrze­sza­nia mitycz­nych stwo­rzeń, gdy rezy­gnuje się z dokład­nego prze­strze­ga­nia daw­nych for­muł. Eks­pe­ry­menty nie tylko się nie udają, a nawet mogą się oka­zać bar­dzo nie­bez­pieczne. Wie­dział, że jeżeli ten eks­pe­ry­ment nie wypali, zmar­nuje dużo pie­nię­dzy, prze­ka­za­nych mu przez spon­sora. A poza tym, a może przede wszyst­kim, nie chciał nikogo nara­zić na zra­nie­nie czy nawet na śmierć. Bez końca ostrze­gał Aarifa i Kavitę:

- Nie mamy do czy­nie­nia z domo­wymi pupi­lami ani nawet ze zwie­rzę­tami z ogrodu zoo­lo­gicz­nego. Zaj­mu­jemy się pra­sta­rymi pta­kami i gadami, a cza­sami ich krzy­żów­kami. Ich siły nie jeste­śmy nawet w sta­nie sobie wyobra­zić. Co wię­cej, te stwory ni­gdy dotąd nie miały do czy­nie­nia z czło­wie­kiem - w prze­ci­wień­stwie do wil­ków, niedź­wie­dzi, kojo­tów czy ali­ga­to­rów - a zatem w ogóle się nas nie boją.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki