Rozdział pierwszy
NOCNE HAŁASY
- Słyszę jakieś hałasy - powiedziała pani Bellman drżącym głosem. -
Zawsze między drugą a trzecią nad ranem, kiedy jest zupełnie ciemno.
Grace stała przy oknie, patrząc pod światło na zdjęcie rentgenowskie
nogi pani Bellman. Niewiele to dawało. Od wczesnego rana padał rzęsisty
deszcz i niebo było szarobure, zaciągnięte chmurami. Na parapecie stały
dwie donice z bluszczem; rośliny wyciągały się ku sobie, niczym
zdesperowani kochankowie, jakby pragnęły się spleść liśćmi i łodygami.
- Hałasy? - zapytała Grace. Właściwie nie słuchała pani Bellman. - Jakie
hałasy?
- Brzmią tak, jakby ktoś ciągnął po korytarzu jakiś pakunek, tuż przed
moimi drzwiami. Czasem słyszę też wrzaski, nie wiem jednak, skąd
dochodzą. Może z góry, a może z głębi domu? Czasami z bliska, czasami z daleka.
- Jesteś pewna, że się nie przesłyszałaś? Może po prostu aparat słuchowy
jest źle wyregulowany? Jeśli ustawi się go zbyt głośno, mogą występować
echa i trzaski.
Pani Bellman pokręciła głową tak zdecydowanie, że aż zatrzęsły się jej
obwisłe policzki.
- Doskonale wiem, kiedy nawala aparat słuchowy, a kiedy naprawdę słyszę
krzyk człowieka. Byłam kiedyś pielęgniarką.
- Naprawdę? W którym szpitalu?
- Och, nie ma pani o tym zielonego pojęcia. Zostałam wysłana do Europy z Korpusem Pielęgniarek Wojskowych, w tysiąc dziewięćset czterdziestym
czwartym, zaledwie dwa i pół tygodnia po Dniu D. Na co ja się tam nie
napatrzyłam...
- Mój Boże. To musiały być traumatyczne przeżycia.
- Traumatyczne? W czasie bitwy pod Bugle dostałam przydział do 76.
Szpitala Ewakuacyjnego. Musiałam się opiekować mężczyznami, którzy mieli
amputowane obie ręce. Żołnierzami rozjechanymi przez czołgi. Znam zatem
różnicę pomiędzy trzaskiem aparatu słuchowego a ludzkim krzykiem, może
mi pani wierzyć.
Grace schowała zdjęcie rentgenowskie z powrotem do koperty.
- Z tego, co widzę, kość udowa zrasta się bardzo dobrze. Za tydzień lub
dwa staniesz z powrotem na nogi.
Pani Bellman przekrzywiła głowę na bok jak gdacząca młoda kura.
- Nie wierzy mi pani, co? Myśli pani, że wszystko zmyśliłam?
- Ależ absolutnie tak nie myślę. W nocy jednak wszystkie odgłosy brzmią
inaczej niż w dzień, prawda? Prawdopodobnie słyszysz dozorcę, jak niesie
pościel do pralni.
- Pościel nie krzyczy.
- Wiem, Doris. Ale krzyczą starsze panie, kiedy przyśni im się coś złego
albo kiedy cierpią z powodu bólu. Ta wilgotna pogoda ma fatalny wpływ na
pacjentów z zapaleniem stawów.
Poprawiła poduszki pod głową pani Bellman i wygładziła kołdrę. Była
lekarką, nie należało to więc do jej obowiązków, ale przez ułamek
sekundy widziała w wyobraźni panią Bellman jako młodą kobietę i dzielną
pielęgniarkę, którą zapewne była w 1944 roku, kiedy jej włosy były jasne
i bujne, nie siwe i zmierzwione jak teraz, a jej piękne niebieskie oczy
lśniły intensywnym blaskiem.
Pewnego dnia, pomyślała Grace, też będę stara i niezdarna i będę
opowiadała takie brednie. Mam tylko nadzieję, że młode kobiety, pod
których opieką się wtedy znajdę, zobaczą mnie taką, jaka jestem
naprawdę.
- Ten doktor Zauber - odezwała się pani Bellman konfidencjonalnym
szeptem. - Nie ufam mu, od pierwszego dnia, kiedy go zobaczyłam. Moim
zdaniem on się porozumiewa z szatanem.
- Doris! Nie opowiadaj takich rzeczy, proszę cię! Wszyscy tu bardzo
szanujemy doktora Zaubera.
- Ha! Szatana też wszyscy szanują.
- Takie wywrotowe opinie powinnaś zachować dla siebie.
Pani Bellman mocniej otuliła się szerokim, szarym szalem. W jej
okularach odbiło się ponure światło zza okna, przez co wyglądała przez
chwilę jak niewidoma. Jej wysuszone dłonie podobne były do szponów.
Na ścianie za nią wisiało lustro w ramie ozdobionej morskimi muszelkami,
a wokół niego fotografie członków jej rodziny - synów, córek i wnuków.
- Ładne zdjęcia - powiedziała Grace.
- Tak - przyznała pani Bellman. - Szkoda, że bardzo rzadko ich widuję.
Widzi pani tego malucha w czerwono-żółtym śpioszku? To Tyler, najmłodszy
syn mojej córki Sarah. Ostatni raz przynieśli go do mnie, kiedy miał dwa
lata. A teraz jest już w czwartej klasie, uwierzyłaby pani?
- Przykro mi.
- Och, nie musi pani być przykro. W miarę jak człowiek się starzeje,
młodsi o nim zapominają. Jestem do tego przyzwyczajona. To jest tak,
jakby się umarło za życia. Czasami myślę, że jedyną istotą, której na
mnie zależy, jest Harpo, a on nawet nie jest człowiekiem.
Grace popatrzyła w kąt pokoju, gdzie na stoliku stała kopulasta klatka z wikliny. W środku na żerdzi siedziała puszysta biała papuga kakadu,
bujając się i cicho świergocząc z głębi gardła. Grace podeszła,
delikatnie postukała w pręty i powiedziała:
- Cześć, Harpo. Powiedz coś do mnie. Powiedz: "Dzień dobry, Grace".
Ptak jednak nadal szczebiotał, nie zwracając na nią uwagi.
- No, Harpo. - Grace nie rezygnowała. - Może byś chociaż zagwizdał.
Pani Bellman odchrząknęła.
- Kakadu Goffina tylko sporadycznie dają się nauczyć ludzkiej mowy.
Harpo, odkąd go dostałam, nie wymówił ani słowa. A chciałabym, żeby
powiedział: "Ten klops smakuje jak dupa starego człowieka".
- Doris!
- Przepraszam. Ale kucharzom się wydaje, że skoro człowiek jest stary,
to kompletnie stracił zmysł smaku. - Pani Bellman pochyliła się do
przodu i wyszeptała: - Jeśli chce pani wiedzieć, to oni właśnie to
ciągną nocami w workach po korytarzu. Podają jakiemuś staremu dziadowi
zbyt dużą dawkę ksylokainy, a potem ciągną trupa do kuchni i robią z niego mielone klopsy.
- Masz naprawdę makabryczną wyobraźnię - powiedziała Grace. - Zażywasz
tabletki uspokajające, które przepisałam? Powinny ci pomóc. Przyjadę tu
znowu za dwa tygodnie i wtedy pomyślimy o zdjęciu gipsu.
- Jeśli jeszcze tutaj będę. Jeśli ten doktor Zauber nie zabierze się
także do mnie i nie wywlecze mnie stąd w worku.
- Doris.
Pani Bellman machnęła ręką.
- Wiem, wiem. Moje podejrzenia powinnam zostawić dla siebie. Mam
siedzieć cicho, dożywać moich dni, oglądając telewizję, i czekać, aż
szatan zapuka do drzwi.
- Do zobaczenia, Doris. Uważaj na siebie, słyszysz?
Kiedy szła korytarzem w kierunku recepcji, niespodziewanie otworzyły się
drzwi gabinetu lekarskiego i stanął przed nią doktor Zauber.
- Doktor Underhill! - powitał ją. Mówił z niemieckim akcentem, którego
nie potrafił się pozbyć. - Co za miła niespodzianka.
- Jechałam do Chestnut Hill, pomyślałam więc, że wpadnę i zobaczę, jak
się miewa Doris Bellman.
- No i?
- Noga doskonale się goi. Starsza pani ma mocny organizm, prawda?
Doktor Zauber posłał Grace krzywy uśmiech.
- Cóż, przykro mi to mówić, ale nie jest najłatwiejszą spośród naszych
rezydentek. Ale, owszem, z powodu byle pęknięcia kości biodrowej nie
zejdzie z tego świata.
Doktor Zauber był niskim mężczyzną o nieproporcjonalnie dużej głowie.
Miał zakrzywiony nos, który nadawał mu drapieżny wygląd, a jego oczy
były tak bladozielone, że wydawały się w ogóle pozbawione wszelkiego
koloru. Lśniące siwe włosy, które miał starannie zaczesane do tyłu,
opadały na wierzch kołnierzyka. Ubrany był jak zwykle - w czarną
marynarkę i szarą kamizelkę oraz spodnie w szaro-czarne prążki. Kiedy
Nathan spotkał go po raz pierwszy, powiedział, że wygląda raczej na
pracownika kostnicy niż dyrektora domu starców. Denver z kolei mówił, że
Zauber wygląda jak jeden z trojaczków Jacka Nicholsona (drugim jego
zdaniem była dyrektorka jego szkoły, West Airy High School).
- Czy Doris nadal przyjmuje diazepam? - zapytała Grace, gdy ruszyli
korytarzem obok siebie.
- Dlaczego pani pyta?
- Wydaje mi się trochę niespokojna.
- Naprawdę? Na jakim tle?
- Twierdzi, że w środku nocy słyszy jakieś hałasy. Krzyki i szurania,
jakby ktoś przed jej pokojem ciągnął po podłodze jakiś ciężki pakunek.
- Naprawdę? Może to lekarstwa sprawiają, że ma przywidzenia. Porozmawiam
na ten temat z siostrą Bennett.
- Bardzo o to proszę. Widzi pan, Doris jest tutaj bardzo samotna,
bardziej niż inni mieszkańcy tego domu.
- Pewnie ma pani rację. Zobaczę, może uda mi się sprowadzić do niej
kogoś w odwiedziny.
Doszli do recepcji i doktor Zauber położył dłoń na ramieniu Grace.
- Cóż, Grace - powiedział. - Muszę panią pożegnać. Mam kolejną naradę w sprawie budżetu. Będziemy decydować, czy nas w ogóle stać na karmienie
naszych rezydentów. Kiedy się znowu zobaczymy?
- Nie wcześniej niż za jakieś dwa tygodnie. Staram się namówić męża na
trochę wolnego.
- Och, rzeczywiście! Pani mąż jest pogromcą lwów, prawda?
- Zoologiem, panie doktorze.
- Co za fascynujący zawód! Zawsze uważałem, że zwierzęta są o wiele
bardziej interesujące niż ludzie. Gdyby potrafiły mówić, zdradziłyby nam
mnóstwo sekretów!
- Nathan twierdzi, że prawdopodobnie mówiłyby tylko o jedzeniu i seksie.
Jednak głównie o jedzeniu.
- Och, nie! Zwierzęta są o wiele bliższe Bogu niż my. No i też bliższe
szatanowi.
Gdybyś wiedział, co o tobie mówi Doris Bellman, pomyślała Grace. Ale
tylko się uśmiechnęła i powiedziała:
- Zatem do zobaczenia za jakieś dwa tygodnie, doktorze.
- Będę czekał z niecierpliwością.
Grace wyszła z budynku i niemal biegiem przecięła parking. Krople
deszczu rozbijały się o asfalt, a drzewa, targane przez wiatr, dziko,
jakby w panice, wymachiwały gałęziami. Naciągnęła na głowę kaptur
purpurowego płaszcza przeciwdeszczowego.
Kiedy odwróciła głowę, zobaczyła, że ktoś patrzy na nią z okna na
parterze. Była to kobieta o bladej, wymizerowanej twarzy. Grace
odruchowo jej pomachała, kobieta jednak nie zareagowała. Może jej po
prostu nie widziała, a może zwyczajnie już jej nie interesowali inni
ludzie.
Rozdział drugi
NATURALNA KATASTROFA
Kiedy Richard Scryman zapukał do otwartych drzwi Nathana, było prawie
dziesięć po ósmej. Wyglądał jak zmartwiony bocian - miał haczykowaty nos
oraz długie, chude ręce i nogi.
- Hej, Richard, jeszcze tu jesteś? - zapytał Nathan i popatrzył na swego
Rolexa. - Przepraszam, stary, kompletnie straciłem poczucie czasu.
Zobaczymy się rano, dobrze?
- Nie ma mowy, żebym teraz wyszedł, profesorze - odparł Richard. -
Niepokoi mnie puls embriona. Kompletnie oszalał.
- Cholera. Aż tak źle?
Richard wykonał w powietrzu jakieś dziwne znaki palcem wskazującym.
- W jednej chwili jest sporo ponad trzysta, a w następnej zaledwie
dwieście trzydzieści pięć.
- Cholera - powtórzył Nathan i odłożył pióro.
- Nie sądzę, żebyśmy mogli jeszcze długo czekać - powiedział Richard. -
Jeśli sytuacja nie wyjaśni się w ciągu kilku następnych godzin, poważnie
wątpię, czy nastąpi to kiedykolwiek.
Nathan szybko ubrał się w długi biały fartuch laboratoryjny i podążając
za Richardem, wyszedł ze swojego gabinetu.
- Cholera - powtórzył po raz trzeci.
Jego jasne włosy były potargane, a na policzkach miał dwudniowy zarost.
Był czterdziestoczteroletnim mężczyzną, teraz wyglądał jednak jak
student, który właśnie się obudził na cudzej kanapie po całonocnej
imprezie alkoholowej.
Jego dwoje młodych stażystów, Keira i Tim, stało przed inkubatorem. Byli
zaniepokojeni i wyglądali tak, jakby poczuwali się do winy, że z embrionem dzieje się coś złego.
- Ile wynosi tętno w tej chwili? - zapytał.
Keira zmarszczyła czoło i popatrzyła na ekran komputera.
- Dwieście dziewięćdziesiąt pięć. Dwieście dziewięćdziesiąt sześć. Jest
mocniejszy niż kilka minut temu.
- Dwieście dziewięćdziesiąt sześć? To dużo, ale sytuacja nie jest
krytyczna. Żadnych oznak bliskiego rozwiązania?
- Nie zauważamy istotnych skurczów mięśni, jeszcze nie teraz.
Odnotowujemy lekkie drżenia, ale tylko w nogach.
- Czy oprócz pulsu są jeszcze jakieś inne objawy stresu?
Tim potrząsnął przecząco głową.
Nathan spojrzał na Richarda Scrymana i powiedział:
- Dajmy mu jeszcze kilka godzin. Przy odrobinie szczęścia tętno się
ustabilizuje.
Richard się skrzywił.
- Pan decyduje, profesorze. Jednak worek żółtkowy przez cały czas
gwałtownie się kurczy i sądzę, że embrion już długo nie pożyje. Wkrótce
nastąpi zatrzymanie akcji serca.
- Dwieście dziewięćdziesiąt osiem - powiedziała Keira. I za moment: -
Dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć.
Przez dłuższą chwilę Nathan w milczeniu wpatrywał się w jajko. Było
duże, miało może siedemdziesiąt pięć procent wielkości jajka strusia i odcień bardzo ciemnej zieleni z czarnymi kropkami, jakby ktoś spryskał
je atramentem, używając szczoteczki do zębów. Spoczywało w specjalnie
wymodelowanej piance lateksowej i było połączone elektrodami z urządzeniami pomiarowymi, które bezustannie kontrolowały puls, ciśnienie
krwi i zużycie tlenu.
Dla Nathana to jajko było kulminacją pięciu lat intensywnych prac
laboratoryjnych, nie licząc mnóstwa kolacji, podczas których zbierał
pieniądze na badania, niezliczonych wizyt u sponsorów i różnych
kombinacji akademickich. To jajko stanowiło dowód, że jego najbardziej
ryzykowne teorie i opracowane przez niego formuły genetyczne są
prawdziwe.
Ze wszystkich trudności i przeciwności najbardziej męczący był dla niego
otwarty sceptycyzm innych zoologów. Nie przepuścili żadnej okazji, aby
go okazywać - zebrań zarządu, seminariów zoologicznych czy też artykułów
w czasopismach naukowych. Nathan Underhill to szaleniec naszych czasów.
Nathan Underhill to szarlatan szukający rozgłosu. Nathan Underhill to
sprzedawca "cudownego leku", który odebrał środki finansowe projektom,
które znacznie bardziej ich potrzebowały, jedynie po to, żeby urządzić
niczemu niesłużące, z gruntu fałszywe przedstawienie zoologiczne.
Niejeden przywódca religijny oskarżył go, że wykonuje pracę godną
diabła.
Nawet studenci wołali na niego za plecami "doktor
Freakstein"1, chociaż już ze znacznie większą tolerancją,
zwłaszcza dziewczęta. Lubili tego dziwaka - przystojnego dziwaka - i chociaż zasadniczo nie mieli wątpliwości, że jego pomysły są szalone,
nie odmawiali mu też prawa do podejmowania prób.
Drzwi laboratorium otworzyły się z hałasem i stanął w nich George,
dozorca.
- Skończył pan już, profesorze? Zamykam na noc.
Nathan uniósł rękę.
- Przepraszam, George, ale właśnie jesteśmy w samym środku czegoś
ważnego. Będziemy musieli jeszcze trochę poczekać.
- A czy to, w czego środku pan jest, nie może poczekać do jutra rana?
- Nie, George, nie może. To jest tylko odrobinę mniej ważne od narodzin
Jezusa Chrystusa.
- No dobrze. Wpadnę tutaj jeszcze później, kiedy skończę obchód.
- Założę się, że Trzej Królowie nigdy by czegoś takiego nie powiedzieli
- zauważył Tim teatralnym szeptem.
Nathan założył słuchawki i przyłożył stetoskop do skorupy jajka.
Usłyszał bicie serca, delikatne, ale bardzo szybkie. Popatrzył na
zegarek. Biło ponad cztery razy szybciej niż serce człowieka, lecz tylko
nieznacznie szybciej od serca kurczaka.
Na ekranie komputera sprawdził najnowszy odczyt z ultrasonografu.
Embrion wyglądał dobrze. Wyraźnie widział jego głowę, ciało i skrzydła.
Widział także ostry dzióbek - narzędzie, którym wkrótce miał przebić
worek powietrzny wewnątrz skorupy. Kiedy zostanie przebity, pisklę
zacznie samodzielnie oddychać i dopiero wtedy, chcąc się wydostać na
otwarte powietrze, rozbije skorupę jajka.
Aby przebić skorupę, musiało jednak mieć odpowiednio silne mięśnie szyi,
a na razie nic nie świadczyło o tym, że już je ma. Oceniając jego
wielkość i masę, Nathan przypuszczał, że zacznie się wykluwać po
trzydziestu pięciu dniach - kurczaki wykluwały się po dwudziestu jeden -
tymczasem minęło już trzydzieści osiem dni, a embrion wciąż był zwinięty
w skorupie i prawie się nie poruszał.
- Spada ciśnienie krwi - powiedział Tim. - Spada także zużycie tlenu.
- Umiera - dodał Richard.
Nathan wiedział, że Richard ma rację. Dotychczas miał wielką nadzieję,
że embrion wykluje się samodzielnie, teraz jednak było oczywiste, że
jest na to za słaby.
- Ciśnienie krwi spadło do dwunastu - powiedział Tim.
- Puls także słabnie - dodała Keira. - Dwieście sześćdziesiąt pięć.
Dwieście sześćdziesiąt trzy. Dwieście pięćdziesiąt jeden.
Richard popatrzył na Nathana, który rozumiał już, że nie ma wyboru.
Otworzył głęboką szufladę w stole laboratoryjnym i wyciągnął z niej
młotek, którzy przygotował specjalnie na tę chwilę - choć myślał, że
mimo wszystko nigdy nie nastąpi.
Włożył maskę chirurgiczną i rękawice z lateksu.
- Dwieście dwadzieścia jeden - mówiła Keira monotonnym głosem. -
Dwieście siedemnaście. Dwieście dwanaście.
- Kamery wideo włączone? - zapytał Nathan.
Tim uniósł w górę kciuk, dając mu znak, że z kamerami wszystko w porządku. Szybko, lecz bardzo ostrożnie, Nathan odłączył elektrody od
zielonej skorupy. Znów nasłuchiwał przez chwilę przez stetoskop, aby się
upewnić, że serce wciąż bije. Wreszcie raz i drugi uderzył młotkiem w skorupę. Powtórzył to jeszcze kilkakrotnie, skorupa jednak nie pękała.
Było oczywiste, że jest grubsza i mocniejsza, niż myślał.
Popatrzył na Richarda, jednak ten jedynie wzruszył ramionami. Keira i Tim sprawiali wrażenie równie bezradnych.
- Dobrze - mruknął. - Skoro tak musi być...
Uderzył z całej siły i wreszcie jajo pękło w trzech miejscach, ale się
nie rozpadło. Odłożył młotek i delikatnie uniósł część skorupy. Pod
spodem zobaczył półprzezroczystą membranę, która rozszerzała się i kurczyła. Pod nią dostrzegł szarą, upierzoną głowę lśniącą od śluzu i pojedyncze pomarańczowe oko, które spojrzało na niego, w ogóle nie
mrugając.
- Chryste Panie! - jęknął Tim.
Z jaja wydobył się przeraźliwy smród, tak okropny, że Keira natychmiast
się zachłysnęła, jakby miała zwymiotować, i nawet Richard zakaszlał i cofnął się o dwa kroki. W laboratorium zaśmierdziało siarką, zgniłym
jajem kurzym, ale w tle tego smrodu był także odór rozkładającego się
mięsa i jakiś dziwny, trudny do zidentyfikowania zapach. Trochę
przypominał Nathanowi smród wydobywający się ze zlewu, do którego wleje
się chemiczny środek do czyszczenia.
- O Boże - powiedział Richard. - Popatrzcie na to. To wciąż żyje, mimo
że w połowie jest zgniłe!
Nathan odwrócił głowę i głęboko wciągnął powietrze. Po chwili znowu
popatrzył na jajo i odłożył na bok drugi, a potem trzeci kawałek
skorupy. Pióra na skrzydłach były maziste, lepkie, a ciało przypominało
pęknięty worek. Miało wszystkie elementy, których Nathan się spodziewał
- głowę, dziób, kończyny i pazury - i nie było wątpliwości, że jego
serce wciąż bije.
Embrion złapał powietrze, potem uczynił to drugi raz, zaczął się dławić,
i wreszcie w ogóle przestał oddychać. Nathan delikatnie wziął go w ręce
i spróbował podnieść.
- Tim! Podaj gniazdo! Natychmiast. Keira, bądź gotowa z tlenem!
Tim pośpieszył z czerwoną plastikową miską z czystym piaskiem, piórami i skrawkami delikatnej wełny. Nathan zaprojektował to gniazdo osobiście,
wybierając podobne elementy, jakimi wyściełają swoje gniazda na klifach
wędrowne sokoły.
Drżącymi rękami Tim przystawił miskę do inkubatora.
- Dobra, teraz spokojnie - powiedział Nathan. - Za mocno ukochaliśmy
tego faceta i zbyt wiele wysiłku mu poświęciliśmy, żeby teraz dać mu
umrzeć.
- On już jest w osiemdziesięciu procentach martwy - stwierdził Richard.
- On. To. A może ona.
Nathan podniósł rękę i kiedy to uczynił, embrion się rozpadł. Jego
skrzydła upadły na podłogę, a głowa wtoczyła się do miski. Reszta ciałka
po prostu zanurzyła się w otaczającym kości śluzie i przegniłym szlamie.
- O Boże - jęknęła Keira i odsunęła się w najdalszy kąt. Widać było, że
zmaga się ze sobą, żeby nie zwymiotować. - To jest totalnie obrzydliwe.
Nathan wrzucił szczątki do inkubatora i zaczął ścierać z palców
galaretowatą maź. Następnie zdjął lateksowe rękawice i podszedł do
zlewu, aby umyć dłonie żelem przeciwbakteryjnym.
Milczał. Nie potrafił znaleźć żadnych słów, które oddałyby, co czuje.
Tim obserwował go, wciąż trzymając w rękach miskę, w której wymoszczone
było gniazdo. Keira stała w kącie przy drzwiach.
Richard z nieskrywanym obrzydzeniem podniósł z podłogi skrzydła embriona
i położył je na martwej głowie. Zakaszlał, zacharczał, po czym splunął
do chusteczki.
- Co się stało, profesorze? - zapytał.
Nathan starannie osuszył ręce i dopiero wtedy mu odpowiedział:
- Mam wrażenie, że doszło do infekcji bakteryjnej. Najprawdopodobniej to
jakiś paciorkowiec z grupy A.
- Dlaczego więc jego serce biło aż tak długo? Żaden człowiek nie
przetrwałby tak zaawansowanej martwicy.
- Oczywiście, że nie. Ale przecież nie mamy tu do czynienia z człowiekiem ani też z żadnym znanym gatunkiem ptaka ani zwierzęcia.
- To co teraz? - zapytał Tim. Policzki miał jeszcze bardziej czerwone
niż zwykle. - Jezu... Pracowałem nad tym kryptozoologicznym projektem od
dnia, w którym ukończyłem studia.
Nathan położył dłoń na jego ramieniu.
- Zamrozimy szczątki i jutro z samego rana rozpoczniemy szczegółową
sekcję. I, posłuchajcie, na razie nikomu nie mówimy, co się stało.
Wczoraj po południu telefonowano do mnie z działu finansów Towarzystwa
Zoologicznego z informacją, że do tej pory wydałem dwa przecinek siedem
- powiedział. Odpowiedziało mu milczenie. - Dwa miliony siedemset
tysięcy dolarów - dodał, kiedy się zorientował, że nie został
zrozumiany.
Richard popatrzył na kości i pióra spoczywające w inkubatorze.
- Cholera jasna - mruknął.
- Tak, masz rację, cholera jasna... A my tymczasem będziemy mogli im
pokazać jedynie zgniły embrion.
- Przecież wciąż możemy coś z niego uratować - zauważył Richard. - Jeśli
zdołamy zrozumieć, dlaczego był w stanie żyć aż tak długo w stanie tak
zaawansowanego rozkładu. wtedy towarzystwo będzie mogło się ubiegać o zwrot kosztów badań. Ktoś taki jak Pfizer z pewnością będzie
zainteresowany wynikami.
Nathan nie odpowiedział mu. Richard prawdopodobnie miał rację, on był
jednak zbyt zdołowany, żeby teraz mu ją przyznać. Po chwili Scryman
podszedł do rzędu lodówek i wyciągnął z jednej z nich tacę z nierdzewnej
stali. Już chciał chwycić za jedno ze skrzydeł, ale Nathan zaoponował:
- Nie, Richardzie, daj spokój. To mój bałagan, moja katastrofa, więc ja
po niej posprzątam. Widzimy się jutro, dobrze?
- Jesteś pewien? Nathan pokiwał głową.
- Poza tym muszę w spokoju pomyśleć. Czuję się co najmniej tak, jakby
umarł mi ktoś bliski.
W tym momencie znowu otworzyły się drzwi. George wsunął głowę do
laboratorium i zapytał:
- Czy Jezus już się urodził?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Gra słów: ang freak - dziwak, maniak. [wróć]