Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że jedziemy do Mieściny Małej - jęczał Lukrecjusz, obserwując pakujące się Trzykrotki, ale w jego głosie nie było słychać żadnej radości.
Przed każdą podróżą zamęczał czarownice swoim marudzeniem. Gdyby to od niego zależało, nigdy w życiu nie wystawiłby łapy poza ogrodową furtkę.
- Jak? - spytała odruchowo Paulina, przeglądając szuflady w poszukiwaniu ciepłych skarpet.
Kiedy ma się ponad czterysta lat, wełniane skarpety przydają się coraz częściej.
- Wcale! Ani troszeczkę! Przecież wiecie, jacy oni są... Nata i Piotrek? - Czarny kot nie dawał za wygraną.
- Uroczy? Zabawni? Sympatyczni? - zaryzykowała podpowiedź Paulina, dokładając do walizki kamizelkę i szal zrobiony na drutach.
- Głośni! Biegający! Nieprzewidywalni! - wyliczał Lukrecjusz. - To nie jest dobre towarzystwo dla szanującego się kota!
Chociaż czarownica całkowicie zignorowała jego wypowiedź, niestrudzenie ciągnął dalej:
- I jeszcze ta nadęta arystokratka Suzanne Charlotte Genevieve Nouvelle! Jaki normalny kot tak się nazywa? Żaden, zapewniam was, że żaden! - Od razu sam sobie odpowiedział.
- Chyba trochę przesadzasz - zauważyła druga z sióstr, Pelagia. - Suzi jest naprawdę urocza. Jeśli spędzicie ze sobą więcej czasu, na pewno się polubicie.
- O nie! Co to to nie! Mój ojciec i dziad byli dumnymi dachowcami i zawsze powtarzali: "Trzymaj się z dala od arystokracji! To nieroby i darmozjady!".
- Za to ty jesteś pracuś jakich mało! - Patrycja wybuchnęła śmiechem, pojawiając się na progu. - Każdy dzień na kanapie!
- O, przepraszam, wczoraj siedziałem na fotelu i czytałem książkę - prychnął kot.
- Bo pokrycie kanapy suszyło się w ogrodzie, po tym jak wylałeś na nie połowę soku porzeczkowego - przypomniała mu Patrycja.
- Zdarza się nawet najlepszym i najbardziej eleganckim kotom! Nie masz pojęcia, jak trudno otwiera się łapą butelkę z sokiem... - dokończył smętnym głosem.
- Może dlatego, że nie jest przeznaczona dla kotów, które zostawiają na zakrętce swoje kłaki - wycedziła Patrycja.
- Masz rację! - ożywił się Lukrecjusz. - Producenci soków powinni pomyśleć o takich wyjątkowych klientach jak ja i stworzyć specjalną linię produktów z łatwym otwieraniem. Jak zwykle wyszedłem na geniusza! Chyba powinienem opatentować swój pomysł, prawda?
- Sądzę, że żaden producent na świecie nie będzie chciał stworzyć specjalnej oferty soków dla jednego dziwnego kota - powiedziała Patrycja.
Lukrecjusz w ogóle się tym nie przejął i zaczął sporządzać notatki.
- Mogłyby się nazywać Kocioki albo coś w tym stylu... Musiałoby być wiele smaków, na każdy dzień tygodnia inny - notował z wywieszonym jęzorem. - W poniedziałki mój ulubiony, jabłkowy...
- Chyba nie otworzyłeś jabłkowego? - nastroszyła się Patrycja. - Był zarezerwowany dla mnie! Jeżeli znajdę na nim chociaż odrobinę kociego futra, to zamienię cię w wiewiórkę na resztę tygodnia! - odgrażała się. - Będziesz jadł same orzechy!
- To by mu akurat nie zaszkodziło - zachichotała Pelagia. - Orzechy są bardzo zdrowe, ale niestety to chyba jedyne pożywienie, z którym nigdy nie widziałam naszego Lukrecjusza!
- Nie jestem i nie będę wiewiórką! - prychnął kot.
- To się jeszcze okaże, gdy obejrzę mój sok jabłkowy - odparła Patrycja.
- Akurat takiej etykiety na nim nie było... Raczej Z wiejskiego sadu, a nie Z Patrycji sadu - zauważył Lukrecjusz.
- Dajcie już spokój i lepiej pomóżcie mi z pakowaniem, bo nie wyjedziemy stąd do końca ferii - wtrąciła Paulina.
- To jest nadzieja? - zapytał szybko kot, odkładając notatki.
- Żadnej - odparła stanowczo Paulina.
*
W przytulnym pokoju na piętrze, w domu przy ulicy Ogrodowej w Mieścinie Małej wciąż panowała błoga cisza.
Nata Koczek przeciągnęła się leniwie i spojrzała na budzik. Jak zwykle stał na biurku wśród rzeczy porzuconych tam w pośpiechu. Biurko Naty z rzadka bywało puste i gotowe do rozłożenia na nim zadań domowych, dlatego dziewczynka najczęściej odrabiała je przy stole kuchennym.
Z lekkim niepokojem zauważyła, że budzik pokazywał dziesiątą. Czyżby zaspała do szkoły? Kilka kolejnych sekund zajęło jej przypomnienie sobie, że przecież dzisiaj jest sobota. I to nie byle jaka sobota! Pierwsza sobota ferii, a zatem przez najbliższe dwa tygodnie nie będzie musiała wstawać przed ósmą. A wstawania przed ósmą Nata nie znosiła jak mało czego. Gdyby to od niej zależało, chodziłaby do szkoły na dziesiątą. Albo jeszcze lepiej, na dwunastą!
Uniosła się na łokciach i pełnym nadziei wzrokiem spojrzała w stronę okna. Niestety, śniegu jak nie było, tak nie było. Ferie zapowiadały się całkiem ciepłe i bezśnieżne. Rozczarowana dziewczynka z powrotem opadła na łóżko. Tej wyjątkowo łagodnej zimy jej sanki i narty raczej nie opuszczą garażu.
Nata obróciła się na lewy bok i próbowała pomyśleć o przyjemniejszych sprawach. Już jutro miały przyjechać Trzykrotki i zostać do końca ferii! A to, oprócz całej góry wspaniałych naleśników Pelagii, oznaczało dużo przyjemnych rzeczy. Trzykrotki były przecież czarownicami i chociaż Natalia, mama dziewczynki, zupełnie tego nie pochwalała, potajemnie robiły dla Naty różne magiczne rzeczy.
Dziewczynka poczuła burczenie w brzuchu i zdecydowała się zejść do kuchni na śniadanie. Na stole czekały już racuchy z jabłkami. Słodko pachniały i wciąż były gorące, chociaż mama zapewne poszła do zakładu fryzjerskiego z samego rana. Nata od razu poznała, że są wyczarowane, a nie usmażone. Potrafiła to rozróżnić bezbłędnie. Racuchy smażone przez mamę szybko stygły i były zawsze trochę przypalone na brzegach. Odkąd jednak wydało się, że Natalia Koczek również potrafi czarować i nie musi już ukrywać się przed córką, częściej korzystała ze swoich magicznych zdolności, zwłaszcza w kuchni. Dlatego racuchy leżące na talerzu wyglądały idealnie. Ze stojącą obok szklanką mleka Nata poradziła sobie jeszcze szybciej niż z racuchami. Po prostu przelała je do kociej miski stojącej pod oknem. Odkąd Suzi zamieszkała w domu przy ulicy Ogrodowej, Nata w taki właśnie sposób "wypijała" swoją codzienną porcję mleka. No, chyba że mama akurat była obok.
Po śniadaniu stwierdziła, że najlepiej od razu pójdzie do Piotrka, jedynego sąsiada w jej wieku, który mieszkał w okolicy. Zarzuciła kurtkę i wskoczyła w kalosze. Co prawda nie miało być dzisiaj deszczu, ale przynajmniej nie trzeba było ich sznurować, co - zdaniem Naty - zabierało zbyt dużo czasu. Wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi. Od razu zauważyła, że samochód Grajków nie stoi jak zwykle na podjeździe.
"Czyżby gdzieś wyjechali?", zaniepokoiła się. Nacisnęła parę razy dzwonek i uderzyła pięścią w drzwi, jednak nikt nie otwierał.
- Halo! Jest tam kto? - zawołała głośno na wszelki wypadek, ale jedyną odpowiedzią była cisza.
"No to pięknie", nachmurzyła się. "Piotrek pewnie gdzieś się świetnie bawi, a ja zostałam sama jak palec".
Tymczasem Piotrek Grajek wcale nie uważał, że się świetnie bawi. Z samego rana rodzice zaskoczyli go wiadomością, że wieczorem będą mieli gości i trzeba szybko zrobić zakupy w Mieścinie Wielkiej. Nie zważając na protesty syna, zagonili go do auta i jeszcze przed dziewiątą ruszyli do sąsiedniego miasta. W Mieścinie Wielkiej było więcej sklepów i restauracji niż w Mieścinie Małej. Było również kino, do którego czasami przyjeżdżali z Natą, oraz kręgielnia, bardzo oblegana w weekendy. Tym razem był tu jednak bez Naty i żadna z tych atrakcji nie znalazła się na liście rodziców.
Piotrek jakoś przetrwał w supermarkecie, szukając składników na sałatkę i stojąc w długiej kolejce po świeżą rybę. W tym czasie tata zaliczył zakupy w cukierni (posłanie tam samego Piotrka groziłoby nadprogramowym zakupem pączków), a mama w piekarni. Teraz rodzice zaparkowali jeszcze pod sklepem z wyposażeniem wnętrz, żeby dokupić brakujące kieliszki do wina. Chłopak wolał już zostać w aucie i popatrzeć na ulicę. A było na co popatrzeć!
Na ulicy Mlecznej, pod starym barem, który stał opuszczony od dobrych kilku lat, zaparkował ubłocony i pokryty kurzem samochód dostawczy. Jego wygląd wskazywał, że przebył bardzo długą drogę. Tylne drzwi miał szeroko otwarte, więc Piotrek mógł zauważyć liczne paczki i torby, jakieś krzesła, dywan i składany stół.
"Chyba ktoś się wprowadza", pomyślał chłopak.
W środku samochodu nie było nikogo, ale z mieszkania nad barem dochodziły podniesione głosy. Piotrek uchylił szybę samochodu, żeby lepiej słyszeć.
- Tutaj mamy mieszkać? Przecież ta rudera wymaga generalnego remontu! - krzyczała jakaś kobieta.
- Nie przesadzaj, pomalujemy ściany i będzie dobrze - odpowiedział męski, gburowaty głos.
- Pomalujemy ściany? - denerwowała się dalej kobieta. - Ty chyba jeszcze nie byłeś w łazience! Wszystko się sypie! Kafelki odpadają, a umywalki nie da się doszorować!
- Kupimy nowe płytki i umywalkę - zapewnił mężczyzna, który najwyraźniej był gotów obiecać wszystko, byle tylko zakończyć awanturę.
- A ten bar na dole? Zanim doprowadzimy go do porządku, minie rok! - nie ustępowała kobieta.
- Zatrudnimy pomocników i pójdzie raz, dwa! - Mężczyzna nie podzielał obaw swojej partnerki. W jego głosie pojawiło się zniecierpliwienie. - Idę po resztę rzeczy do samochodu i zabieramy się do pracy - powiedział, ucinając dyskusję co do możliwości odwrotu.
Piotrek usłyszał odgłos ciężkich kroków i na progu stanął ktoś, kogo zupełnie się nie spodziewał. Z wrażenia aż skulił się w fotelu, żeby tylko mężczyzna go nie dostrzegł.
Na progu stał Albert, właściciel zajazdu W stronę Andaluzji, do niedawna główny pomocnik hrabiny Anny de las Moscas, która odsiadywała wyrok w więzieniu dla czarodziejów za porwanie Naty i Piotrka oraz próbę uwięzienia Natalii i Trzykrotek. Nieudaną próbę, oczywiście. Aż do dzisiaj Piotrek był niemal pewien, że już nigdy w życiu nie ujrzy tego, który traktując jego i Natę jak dwa worki ziemniaków, wyłowił ich z bagien i oddał w ręce hrabiny. A tu taka niespodzianka! Na szczęście ten nie zwrócił uwagi na auto Grajków zaparkowane parę metrów dalej. Pochwycił dwa duże kartony i ruszył z powrotem do budynku.
- Sofija, złaźże na dół i pomóż mi z resztą paczek! - wrzasnął.
Na progu pojawiła się szczupła, bardzo wysoka dziewczyna. Spod niebieskiej chustki, którą miała zawiązaną na głowie, wystawały długie jasne włosy. Wyglądała na przestraszoną i bardzo niepewną siebie. Lekko się garbiła, jakby wolała wcale nie rzucać się w oczy.
Piotrek nigdy wcześniej jej nie widział, ale domyślił się, że to z nią rozmawiała Nata podczas pamiętnej nocy w tamtym zajeździe. To Sofija próbowała namówić dziewczynkę, aby zawrócili. I - o czym teraz pomyślał Piotrek - miała wtedy całkowitą rację!
Sofija wzięła dwie mniejsze paczki i wróciła do domu. Po chwili na progu stanęła wysoka kobieta, w której Piotrek od razu rozpoznał gadatliwą kucharkę z zajazdu W stronę Andaluzji. To dzięki niej dostali nocleg za połowę ceny. Gderając pod nosem, wzięła jedną z toreb i również zniknęła w budynku. Zanim Piotrek zdążył ochłonąć, do samochodu wrócili rodzice z pudłem kieliszków do wina.
- Możemy jechać - powiedziała wesoło mama i uważniej spojrzała na syna. - Źle się czujesz? - zaniepokoiła się i odruchowo położyła mu dłoń na czole. - Coś blado wyglądasz...
- Nic mi nie jest - wymamrotał chłopak. - Spać mi się tylko zachciało, bo długo nie wracaliście.
Na potwierdzenie swoich słów Piotrek ziewnął przeciągle i potarł oczy.
Konstanty Grajek przekręcił kluczyk w stacyjce.
- Za kwadrans będziemy w domu. Zamówiliśmy dwie pizze, możesz jedną zjeść na spółkę z Natą. Pewnie już cię szuka. - Puścił oko do syna i powoli zaczął wycofywać auto z ciasnej uliczki.
Piotrek po raz ostatni zerknął w stronę ciężarówki, jednak chwilowo nikogo przy niej nie było. Nie mógł się doczekać, aż przekaże Nacie sensacyjne wiadomości.
Kiedy tylko dojechali do domu, złapał pudełko z pizzą i od razu pobiegł do sąsiadki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki