Nata i czarownice (Tom 3). Nata i czarownice. Zapomniane zaklęcie - Anna Andrusyszyn

Kup ebooka

20.99 zł
14.76 zł (14,36 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ubło­cony sa­mo­chód do­staw­czy gwał­tow­nie za­ha­mo­wał przed ta­blicą z na­pi­sem:

WI­TAMY W MIE­ŚCI­NIE WIEL­KIEJ!

Z po­jazdu wy­gra­mo­lił się nie­prze­cięt­nie wy­soki męż­czy­zna w wy­mię­tym płasz­czu i za­pa­lił pa­pie­rosa. W mil­cze­niu przy­glą­dał się mia­stu roz­po­ście­ra­ją­cemu się w do­li­nie. Dzień jesz­cze się nie roz­po­czął. Mimo że za­czy­nało świ­tać, miesz­kańcy smacz­nie spali. Było ci­cho jak ma­kiem za­siał. Po chwili z okna sa­mo­chodu wy­chy­liła się ko­bieta i po­wie­działa znie­cier­pli­wio­nym gło­sem:

- Na­prawdę mu­sisz te­raz pa­lić? Kiedy je­ste­śmy tak bli­sko? - ofuk­nęła go.

- Wła­śnie dla­tego, że już pra­wie do­je­cha­li­śmy, mogę na­resz­cie się za­trzy­mać i spo­koj­nie za­pa­lić! Przez całą drogę tylko mnie po­ga­nia­łaś! - od­burk­nął.

Ko­bieta wes­tchnęła z re­zy­gna­cją i rów­nież wy­sia­dła z auta. Cia­śniej opa­tu­liła się dłu­gim cie­płym swe­trem. Była pra­wie tak samo wy­soka i szczu­pła jak męż­czy­zna. Nie­zra­żona jego kiep­skim hu­mo­rem, ode­zwała się po­now­nie:

- My­ślisz, że ta prze­pro­wadzka to do­bry po­mysł?

Męż­czy­zna prze­wró­cił oczami.

- Roz­ma­wia­li­śmy o tym setki razy! Chyba nie chcesz za­czy­nać ca­łej dys­ku­sji od nowa? - wy­ce­dził przez zęby.

- Masz ra­cję, nie pora na to... Nie było sensu zo­sta­wać w sta­rym domu, od­kąd za­mknięto Pen­sjo­nat An­da­lu­zja - rzu­ciła po­lu­bow­nie.

W głębi du­szy wciąż tar­gały nią wąt­pli­wo­ści i strach przed nie­zna­nym. Nic nie wie­działa o no­wym miej­scu, ni­kogo tu nie znała. Nie miała po­ję­cia, dla­czego jej mąż uparł się na tę wła­śnie miej­sco­wość.

Al­bert Za­długi nie miał w zwy­czaju tłu­ma­cze­nia się ko­mu­kol­wiek ze swo­ich de­cy­zji, a zwłasz­cza żo­nie i córce. W każ­dej spra­wie lu­bił mieć ostat­nie zda­nie.

Przez twarz męż­czy­zny prze­biegł cień zło­ści.

- Gdyby nie te prze­klęte baby, nie mu­sie­li­by­śmy ni­g­dzie się ru­szać! Znisz­czyły do­ro­bek mo­jego ży­cia! - po­wie­dział i zga­sił pa­pie­rosa, przy­gnia­ta­jąc go bu­tem.

- Nie de­ner­wuj się, Al­ber­cik. - To­wa­rzyszka pró­bo­wała go uspo­koić. - Z twoim spry­tem i smy­kałką do in­te­re­sów na pewno znowu wszystko so­bie po­ukła­damy.

Z tyl­nego okna sa­mo­chodu wy­chy­liła się roz­czo­chrana dziew­czyna. Roz­glą­dała się nie­przy­tom­nie do­okoła, jakby do­piero się obu­dziła.

- Już do­je­cha­li­śmy? - za­py­tała za­spa­nym gło­sem.

- Pra­wie - od­parła szybko ko­bieta. - Zo­stań w sa­mo­cho­dzie, So­fija, jest bar­dzo zimno. Za­raz bę­dziemy na miej­scu.

Męż­czy­zna spoj­rzał na córkę nie­chęt­nie. Nie prze­pa­dał za swoim je­dy­nym dziec­kiem i wcale się z tym nie krył.

- Wkrótce zo­ba­czysz nasz nowy dom - po­wie­dział oschle. - Otwo­rzymy re­stau­ra­cję i po­woli się od­ku­jemy. A po­tem - tu groź­nie za­wie­sił głos - od­najdę te, przez które mu­sie­li­śmy się wy­pro­wa­dzić, i od­płacę im za wszystko!

- Oj, tato, daj spo­kój - za­pro­te­sto­wała ci­cho dziew­czyna.

- Nie dam spo­koju! - za­wo­łał. - Zbyt długo pra­co­wa­łem na na­sze szczę­ście, żeby po­zwo­lić ko­muś je tak po pro­stu ode­brać!

- Nie de­ner­wuj się, Al­ber­cik, le­piej już jedźmy - po­parła córkę ko­bieta i ru­szyła w stronę auta.

- Jak zwy­kle trzy­ma­cie swoją stronę - za­uwa­żył nie­za­do­wo­lony, rów­nież wsia­da­jąc do środka. - Gdyby So­fija odzie­dzi­czyła cza­ro­dziej­skie ta­lenty po mo­jej ro­dzi­nie, nie mu­siał­bym się mar­twić o na­szą przy­szłość. Ale nie! Mu­siała wdać się w ma­mu­się - na­rze­kał, od­pa­la­jąc sil­nik.

- Gdy­byś to ty odzie­dzi­czył ma­giczne umie­jęt­no­ści, rów­nież nie mu­sie­li­by­śmy się mar­twić o na­szą przy­szłość - od­gry­zła się wy­raź­nie ura­żona ko­bieta.

Od­po­wiedź męż­czy­zny za­głu­szył war­kot sil­nika. Sa­mo­chód mi­nął ta­blicę po­wi­talną i po­woli po­to­czył się drogą pro­wa­dzącą do mia­sta.

Nawet nie wie­cie, jak się cie­szę, że je­dziemy do Mie­ściny Ma­łej - ję­czał Lu­kre­cjusz, ob­ser­wu­jąc pa­ku­jące się Trzy­krotki, ale w jego gło­sie nie było sły­chać żad­nej ra­do­ści.

Przed każdą po­dróżą za­mę­czał cza­row­nice swoim ma­ru­dze­niem. Gdyby to od niego za­le­żało, ni­gdy w ży­ciu nie wy­sta­wiłby łapy poza ogro­dową furtkę.

- Jak? - spy­tała od­ru­chowo Pau­lina, prze­glą­da­jąc szu­flady w po­szu­ki­wa­niu cie­płych skar­pet.

Kiedy ma się po­nad czte­ry­sta lat, weł­niane skar­pety przy­dają się co­raz czę­ściej.

- Wcale! Ani tro­szeczkę! Prze­cież wie­cie, jacy oni są... Nata i Pio­trek? - Czarny kot nie da­wał za wy­graną.

- Uro­czy? Za­bawni? Sym­pa­tyczni? - za­ry­zy­ko­wała pod­po­wiedź Pau­lina, do­kła­da­jąc do wa­lizki ka­mi­zelkę i szal zro­biony na dru­tach.

- Gło­śni! Bie­ga­jący! Nie­prze­wi­dy­walni! - wy­li­czał Lu­kre­cjusz. - To nie jest do­bre to­wa­rzy­stwo dla sza­nu­ją­cego się kota!

Cho­ciaż cza­row­nica cał­ko­wi­cie zi­gno­ro­wała jego wy­po­wiedź, nie­stru­dze­nie cią­gnął da­lej:

- I jesz­cze ta na­dęta ary­sto­kratka Su­zanne Char­lotte Ge­ne­vieve No­uvelle! Jaki nor­malny kot tak się na­zywa? Ża­den, za­pew­niam was, że ża­den! - Od razu sam so­bie od­po­wie­dział.

- Chyba tro­chę prze­sa­dzasz - za­uwa­żyła druga z sióstr, Pe­la­gia. - Suzi jest na­prawdę uro­cza. Je­śli spę­dzi­cie ze sobą wię­cej czasu, na pewno się po­lu­bi­cie.

- O nie! Co to to nie! Mój oj­ciec i dziad byli dum­nymi da­chow­cami i za­wsze po­wta­rzali: "Trzy­maj się z dala od ary­sto­kra­cji! To nie­roby i dar­mo­zjady!".

- Za to ty je­steś pra­cuś ja­kich mało! - Pa­try­cja wy­buch­nęła śmie­chem, po­ja­wia­jąc się na progu. - Każdy dzień na ka­na­pie!

- O, prze­pra­szam, wczo­raj sie­dzia­łem na fo­telu i czy­ta­łem książkę - prych­nął kot.

- Bo po­kry­cie ka­napy su­szyło się w ogro­dzie, po tym jak wy­la­łeś na nie po­łowę soku po­rzecz­ko­wego - przy­po­mniała mu Pa­try­cja.

- Zda­rza się na­wet naj­lep­szym i naj­bar­dziej ele­ganc­kim ko­tom! Nie masz po­ję­cia, jak trudno otwiera się łapą bu­telkę z so­kiem... - do­koń­czył smęt­nym gło­sem.

- Może dla­tego, że nie jest prze­zna­czona dla ko­tów, które zo­sta­wiają na za­krętce swoje kłaki - wy­ce­dziła Pa­try­cja.

- Masz ra­cję! - oży­wił się Lu­kre­cjusz. - Pro­du­cenci so­ków po­winni po­my­śleć o ta­kich wy­jąt­ko­wych klien­tach jak ja i stwo­rzyć spe­cjalną li­nię pro­duk­tów z ła­twym otwie­ra­niem. Jak zwy­kle wy­sze­dłem na ge­niu­sza! Chyba po­wi­nie­nem opa­ten­to­wać swój po­mysł, prawda?

- Są­dzę, że ża­den pro­du­cent na świe­cie nie bę­dzie chciał stwo­rzyć spe­cjal­nej oferty so­ków dla jed­nego dziw­nego kota - po­wie­działa Pa­try­cja.

Lu­kre­cjusz w ogóle się tym nie prze­jął i za­czął spo­rzą­dzać no­tatki.

- Mo­głyby się na­zy­wać Ko­cioki albo coś w tym stylu... Mu­sia­łoby być wiele sma­ków, na każdy dzień ty­go­dnia inny - no­to­wał z wy­wie­szo­nym ję­zo­rem. - W po­nie­działki mój ulu­biony, jabł­kowy...

- Chyba nie otwo­rzy­łeś jabł­ko­wego? - na­stro­szyła się Pa­try­cja. - Był za­re­zer­wo­wany dla mnie! Je­żeli znajdę na nim cho­ciaż odro­binę ko­ciego fu­tra, to za­mie­nię cię w wie­wiórkę na resztę ty­go­dnia! - od­gra­żała się. - Bę­dziesz jadł same orze­chy!

- To by mu aku­rat nie za­szko­dziło - za­chi­cho­tała Pe­la­gia. - Orze­chy są bar­dzo zdrowe, ale nie­stety to chyba je­dyne po­ży­wie­nie, z któ­rym ni­gdy nie wi­dzia­łam na­szego Lu­kre­cju­sza!

- Nie je­stem i nie będę wie­wiórką! - prych­nął kot.

- To się jesz­cze okaże, gdy obej­rzę mój sok jabł­kowy - od­parła Pa­try­cja.

- Aku­rat ta­kiej ety­kiety na nim nie było... Ra­czej Z wiej­skiego sadu, a nie Z Pa­try­cji sadu - za­uwa­żył Lu­kre­cjusz.

- Daj­cie już spo­kój i le­piej po­móż­cie mi z pa­ko­wa­niem, bo nie wy­je­dziemy stąd do końca fe­rii - wtrą­ciła Pau­lina.

- To jest na­dzieja? - za­py­tał szybko kot, od­kła­da­jąc no­tatki.

- Żad­nej - od­parła sta­now­czo Pau­lina.

*

W przy­tul­nym po­koju na pię­trze, w domu przy ulicy Ogro­do­wej w Mie­ści­nie Ma­łej wciąż pa­no­wała błoga ci­sza.

Nata Ko­czek prze­cią­gnęła się le­ni­wie i spoj­rzała na bu­dzik. Jak zwy­kle stał na biurku wśród rze­czy po­rzu­co­nych tam w po­śpie­chu. Biurko Naty z rzadka by­wało pu­ste i go­towe do roz­ło­że­nia na nim za­dań do­mo­wych, dla­tego dziew­czynka naj­czę­ściej od­ra­biała je przy stole ku­chen­nym.

Z lek­kim nie­po­ko­jem za­uwa­żyła, że bu­dzik po­ka­zy­wał dzie­siątą. Czyżby za­spała do szkoły? Kilka ko­lej­nych se­kund za­jęło jej przy­po­mnie­nie so­bie, że prze­cież dzi­siaj jest so­bota. I to nie byle jaka so­bota! Pierw­sza so­bota fe­rii, a za­tem przez naj­bliż­sze dwa ty­go­dnie nie bę­dzie mu­siała wsta­wać przed ósmą. A wsta­wa­nia przed ósmą Nata nie zno­siła jak mało czego. Gdyby to od niej za­le­żało, cho­dzi­łaby do szkoły na dzie­siątą. Albo jesz­cze le­piej, na dwu­na­stą!

Unio­sła się na łok­ciach i peł­nym na­dziei wzro­kiem spoj­rzała w stronę okna. Nie­stety, śniegu jak nie było, tak nie było. Fe­rie za­po­wia­dały się cał­kiem cie­płe i bez­śnieżne. Roz­cza­ro­wana dziew­czynka z po­wro­tem opa­dła na łóżko. Tej wy­jąt­kowo ła­god­nej zimy jej sanki i narty ra­czej nie opusz­czą ga­rażu.

Nata ob­ró­ciła się na lewy bok i pró­bo­wała po­my­śleć o przy­jem­niej­szych spra­wach. Już ju­tro miały przy­je­chać Trzy­krotki i zo­stać do końca fe­rii! A to, oprócz ca­łej góry wspa­nia­łych na­le­śni­ków Pe­la­gii, ozna­czało dużo przy­jem­nych rze­czy. Trzy­krotki były prze­cież cza­row­ni­cami i cho­ciaż Na­ta­lia, mama dziew­czynki, zu­peł­nie tego nie po­chwa­lała, po­ta­jem­nie ro­biły dla Naty różne ma­giczne rze­czy.

Dziew­czynka po­czuła bur­cze­nie w brzu­chu i zde­cy­do­wała się zejść do kuchni na śnia­da­nie. Na stole cze­kały już ra­cu­chy z jabł­kami. Słodko pach­niały i wciąż były go­rące, cho­ciaż mama za­pewne po­szła do za­kładu fry­zjer­skiego z sa­mego rana. Nata od razu po­znała, że są wy­cza­ro­wane, a nie usma­żone. Po­tra­fiła to roz­róż­nić bez­błęd­nie. Ra­cu­chy sma­żone przez mamę szybko sty­gły i były za­wsze tro­chę przy­pa­lone na brze­gach. Od­kąd jed­nak wy­dało się, że Na­ta­lia Ko­czek rów­nież po­trafi cza­ro­wać i nie musi już ukry­wać się przed córką, czę­ściej ko­rzy­stała ze swo­ich ma­gicz­nych zdol­no­ści, zwłasz­cza w kuchni. Dla­tego ra­cu­chy le­żące na ta­le­rzu wy­glą­dały ide­al­nie. Ze sto­jącą obok szklanką mleka Nata po­ra­dziła so­bie jesz­cze szyb­ciej niż z ra­cu­chami. Po pro­stu prze­lała je do ko­ciej mi­ski sto­ją­cej pod oknem. Od­kąd Suzi za­miesz­kała w domu przy ulicy Ogro­do­wej, Nata w taki wła­śnie spo­sób "wy­pi­jała" swoją co­dzienną por­cję mleka. No, chyba że mama aku­rat była obok.

Po śnia­da­niu stwier­dziła, że naj­le­piej od razu pój­dzie do Piotrka, je­dy­nego są­siada w jej wieku, który miesz­kał w oko­licy. Za­rzu­ciła kurtkę i wsko­czyła w ka­lo­sze. Co prawda nie miało być dzi­siaj desz­czu, ale przy­naj­mniej nie trzeba było ich sznu­ro­wać, co - zda­niem Naty - za­bie­rało zbyt dużo czasu. Wy­szła, za­trza­sku­jąc za sobą drzwi. Od razu za­uwa­żyła, że sa­mo­chód Graj­ków nie stoi jak zwy­kle na pod­jeź­dzie.

"Czyżby gdzieś wy­je­chali?", za­nie­po­ko­iła się. Na­ci­snęła parę razy dzwo­nek i ude­rzyła pię­ścią w drzwi, jed­nak nikt nie otwie­rał.

- Halo! Jest tam kto? - za­wo­łała gło­śno na wszelki wy­pa­dek, ale je­dyną od­po­wie­dzią była ci­sza.

"No to pięk­nie", na­chmu­rzyła się. "Pio­trek pew­nie gdzieś się świet­nie bawi, a ja zo­sta­łam sama jak pa­lec".

Tym­cza­sem Pio­trek Gra­jek wcale nie uwa­żał, że się świet­nie bawi. Z sa­mego rana ro­dzice za­sko­czyli go wia­do­mo­ścią, że wie­czo­rem będą mieli go­ści i trzeba szybko zro­bić za­kupy w Mie­ści­nie Wiel­kiej. Nie zwa­ża­jąc na pro­te­sty syna, za­go­nili go do auta i jesz­cze przed dzie­wiątą ru­szyli do są­sied­niego mia­sta. W Mie­ści­nie Wiel­kiej było wię­cej skle­pów i re­stau­ra­cji niż w Mie­ści­nie Ma­łej. Było rów­nież kino, do któ­rego cza­sami przy­jeż­dżali z Natą, oraz krę­giel­nia, bar­dzo ob­le­gana w week­endy. Tym ra­zem był tu jed­nak bez Naty i żadna z tych atrak­cji nie zna­la­zła się na li­ście ro­dzi­ców.

Pio­trek ja­koś prze­trwał w su­per­mar­ke­cie, szu­ka­jąc skład­ni­ków na sa­łatkę i sto­jąc w dłu­giej ko­lejce po świeżą rybę. W tym cza­sie tata za­li­czył za­kupy w cu­kierni (po­sła­nie tam sa­mego Piotrka gro­zi­łoby nad­pro­gra­mo­wym za­ku­pem pącz­ków), a mama w pie­karni. Te­raz ro­dzice za­par­ko­wali jesz­cze pod skle­pem z wy­po­sa­że­niem wnętrz, żeby do­ku­pić bra­ku­jące kie­liszki do wina. Chło­pak wo­lał już zo­stać w au­cie i po­pa­trzeć na ulicę. A było na co po­pa­trzeć!

Na ulicy Mlecz­nej, pod sta­rym ba­rem, który stał opusz­czony od do­brych kilku lat, za­par­ko­wał ubło­cony i po­kryty ku­rzem sa­mo­chód do­staw­czy. Jego wy­gląd wska­zy­wał, że prze­był bar­dzo długą drogę. Tylne drzwi miał sze­roko otwarte, więc Pio­trek mógł za­uwa­żyć liczne paczki i torby, ja­kieś krze­sła, dy­wan i skła­dany stół.

"Chyba ktoś się wpro­wa­dza", po­my­ślał chło­pak.

W środku sa­mo­chodu nie było ni­kogo, ale z miesz­ka­nia nad ba­rem do­cho­dziły pod­nie­sione głosy. Pio­trek uchy­lił szybę sa­mo­chodu, żeby le­piej sły­szeć.

- Tu­taj mamy miesz­kać? Prze­cież ta ru­dera wy­maga ge­ne­ral­nego re­montu! - krzy­czała ja­kaś ko­bieta.

- Nie prze­sa­dzaj, po­ma­lu­jemy ściany i bę­dzie do­brze - od­po­wie­dział mę­ski, gbu­ro­waty głos.

- Po­ma­lu­jemy ściany? - de­ner­wo­wała się da­lej ko­bieta. - Ty chyba jesz­cze nie by­łeś w ła­zience! Wszystko się sy­pie! Ka­felki od­pa­dają, a umy­walki nie da się do­szo­ro­wać!

- Ku­pimy nowe płytki i umy­walkę - za­pew­nił męż­czy­zna, który naj­wy­raź­niej był go­tów obie­cać wszystko, byle tylko za­koń­czyć awan­turę.

- A ten bar na dole? Za­nim do­pro­wa­dzimy go do po­rządku, mi­nie rok! - nie ustę­po­wała ko­bieta.

- Za­trud­nimy po­moc­ni­ków i pój­dzie raz, dwa! - Męż­czy­zna nie po­dzie­lał obaw swo­jej part­nerki. W jego gło­sie po­ja­wiło się znie­cier­pli­wie­nie. - Idę po resztę rze­czy do sa­mo­chodu i za­bie­ramy się do pracy - po­wie­dział, uci­na­jąc dys­ku­sję co do moż­li­wo­ści od­wrotu.

Pio­trek usły­szał od­głos cięż­kich kro­ków i na progu sta­nął ktoś, kogo zu­peł­nie się nie spo­dzie­wał. Z wra­że­nia aż sku­lił się w fo­telu, żeby tylko męż­czy­zna go nie do­strzegł.

Na progu stał Al­bert, wła­ści­ciel za­jazdu W stronę An­da­lu­zji, do nie­dawna główny po­moc­nik hra­biny Anny de las Mo­scas, która od­sia­dy­wała wy­rok w wię­zie­niu dla cza­ro­dzie­jów za po­rwa­nie Naty i Piotrka oraz próbę uwię­zie­nia Na­ta­lii i Trzy­kro­tek. Nie­udaną próbę, oczy­wi­ście. Aż do dzi­siaj Pio­trek był nie­mal pe­wien, że już ni­gdy w ży­ciu nie uj­rzy tego, który trak­tu­jąc jego i Natę jak dwa worki ziem­nia­ków, wy­ło­wił ich z ba­gien i od­dał w ręce hra­biny. A tu taka nie­spo­dzianka! Na szczę­ście ten nie zwró­cił uwagi na auto Graj­ków za­par­ko­wane parę me­trów da­lej. Po­chwy­cił dwa duże kar­tony i ru­szył z po­wro­tem do bu­dynku.

- So­fija, złaźże na dół i po­móż mi z resztą pa­czek! - wrza­snął.

Na progu po­ja­wiła się szczu­pła, bar­dzo wy­soka dziew­czyna. Spod nie­bie­skiej chustki, którą miała za­wią­zaną na gło­wie, wy­sta­wały dłu­gie ja­sne włosy. Wy­glą­dała na prze­stra­szoną i bar­dzo nie­pewną sie­bie. Lekko się gar­biła, jakby wo­lała wcale nie rzu­cać się w oczy.

Pio­trek ni­gdy wcze­śniej jej nie wi­dział, ale do­my­ślił się, że to z nią roz­ma­wiała Nata pod­czas pa­mięt­nej nocy w tam­tym za­jeź­dzie. To So­fija pró­bo­wała na­mó­wić dziew­czynkę, aby za­wró­cili. I - o czym te­raz po­my­ślał Pio­trek - miała wtedy cał­ko­witą ra­cję!

So­fija wzięła dwie mniej­sze paczki i wró­ciła do domu. Po chwili na progu sta­nęła wy­soka ko­bieta, w któ­rej Pio­trek od razu roz­po­znał ga­da­tliwą ku­charkę z za­jazdu W stronę An­da­lu­zji. To dzięki niej do­stali noc­leg za po­łowę ceny. Gde­ra­jąc pod no­sem, wzięła jedną z to­reb i rów­nież znik­nęła w bu­dynku. Za­nim Pio­trek zdą­żył ochło­nąć, do sa­mo­chodu wró­cili ro­dzice z pu­dłem kie­lisz­ków do wina.

- Mo­żemy je­chać - po­wie­działa we­soło mama i uważ­niej spoj­rzała na syna. - Źle się czu­jesz? - za­nie­po­ko­iła się i od­ru­chowo po­ło­żyła mu dłoń na czole. - Coś blado wy­glą­dasz...

- Nic mi nie jest - wy­mam­ro­tał chło­pak. - Spać mi się tylko za­chciało, bo długo nie wra­ca­li­ście.

Na po­twier­dze­nie swo­ich słów Pio­trek ziew­nął prze­cią­gle i po­tarł oczy.

Kon­stanty Gra­jek prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce.

- Za kwa­drans bę­dziemy w domu. Za­mó­wi­li­śmy dwie pizze, mo­żesz jedną zjeść na spółkę z Natą. Pew­nie już cię szuka. - Pu­ścił oko do syna i po­woli za­czął wy­co­fy­wać auto z cia­snej uliczki.

Pio­trek po raz ostatni zer­k­nął w stronę cię­ża­rówki, jed­nak chwi­lowo ni­kogo przy niej nie było. Nie mógł się do­cze­kać, aż prze­każe Na­cie sen­sa­cyjne wia­do­mo­ści.

Kiedy tylko do­je­chali do domu, zła­pał pu­dełko z pizzą i od razu po­biegł do są­siadki.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki