Nata i czarownice. Pechowa wiedźma - Anna Andrusyszyn

Kup ebooka

20.99 zł
17.84 zł (14,36 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Lukre­cjusz jed­nym zgrab­nym ru­chem prze­sko­czył przez płot i bez­sze­lest­nie ru­szył w stronę pierw­szego z trzech do­mów sto­ją­cych na wzgó­rzu. Już miał się wśli­zgnąć do środka przez uchy­lone okno, kiedy coś przy­kuło jego uwagę i za­trzy­mało go na we­ran­dzie. Im dłu­żej przy­glą­dał się rze­czom nie­dbale roz­rzu­co­nym na ławce, tym bar­dziej był pe­wien, że wśród nich wi­dzi nie ko­lejną, fu­trzaną po­duszkę, ale... in­nego kota. Co prawda nie ta­kiego jak on, czar­nego i - nie bójmy się tego słowa - dys­tyn­go­wa­nego, ale swoje zu­pełne prze­ci­wień­stwo: śnież­no­białą kotkę. Lu­kre­cjusz przy­glą­dał się nie­zna­jo­mej dłuż­szą chwilę, jakby wy­pa­tru­jąc na jej ide­al­nie za­dba­nym fu­terku ja­kie­go­kol­wiek in­nego ko­loru. Jesz­cze ni­gdy nie spo­tkał kota, który nie miałby żad­nej łatki czy cho­ciaż ma­lut­kiej plamki w in­nym od­cie­niu. Oczy­wi­ście oprócz swo­jego od­bi­cia w lu­strze. Czerń jego fu­tra była do­sko­nała, ani je­den wło­sek nie miał in­nego ko­loru.

Nie­zna­joma wy­da­wała się zu­peł­nie igno­ro­wać jego obec­ność. Czy­ściła so­bie łapki z ta­kim za­pa­łem, jakby to była naj­waż­niej­sza czyn­ność na świe­cie. Lu­kre­cjusz nie byłby oczy­wi­ście sobą, gdyby jako pierw­szy nie za­gaił.

- Czy my się znamy? - za­py­tał. - Bo ja­koś so­bie nie przy­po­mi­nam...

Kotka pod­nio­sła na chwilę pysz­czek, jakby py­ta­nie Lu­kre­cju­sza zu­peł­nie jej nie za­sko­czyło, i rzu­ciła nie­dbale:

- Su­zanne Char­lotte Ge­ne­vieve No­uvelle.

- Jaka znowu Su­zanne Char... i tak da­lej? - za­ciął się Lu­kre­cjusz.

- Tak się na­zy­wam. Dla przy­ja­ciół i cu­dzo­ziem­ców po pro­stu Suzi. Wła­śnie przy­je­cha­łam z Pa­ryża i cze­kam na swoją scenę. Obie­cano mi, że po­ja­wię się już w pierw­szym roz­dziale!

- Z tego, co sły­sza­łem... - Ogon Lu­kre­cju­sza za­czął ner­wowo się ki­wać to w jedną, to w drugą stronę. - A za­zwy­czaj je­stem bar­dzo do­brze po­in­for­mo­wany. Na­dęta ary­sto­kratka z Pa­ryża miała się po­ja­wić do­piero w trze­cim to­mie przy­gód nie­sa­mo­wi­tego kota Lu­kre­cju­sza, Naty, Trzy­kro­tek i... ca­łej reszty to­wa­rzy­stwa - do­koń­czył lek­ce­wa­żąco.

- Nie­sa­mo­wi­tego kota Lu­kre­cju­sza? - Su­zanne wy­da­wała się wy­raź­nie roz­ba­wiona. - Z tego, co wiem, nie było cię na­wet w ty­tule pierw­szej czę­ści, je­steś po­sta­cią dru­go­pla­nową!

- Dru­go­pla­nową? By­łem na okładce! - Lu­kre­cjusz zje­żył fu­tro na grzbie­cie. - Ktoś cię chyba źle po­in­for­mo­wał! To ja po­mo­głem Na­ta­lii, ma­mie Naty, po­ko­nać złego cza­row­nika, co - jak wszy­scy wiemy - skoń­czyło się dla niego wię­zie­niem i ode­bra­niem cza­ro­dziej­skich mocy!

Te­raz włosy na karku miała zje­żone rów­nież biała kotka.

- Z tego, co czy­ta­łam, pa­dłeś nie­przy­tomny, kiedy ten cały Woj­now­ski rzu­cił tobą o ścianę, a Na­ta­lia, naj­lep­sza ze wszyst­kich cza­row­nic, po­ko­nała go po­tężną ma­gią, ra­tu­jąc rów­nież twoje fu­tro!

- No nie wy­trzy­mam! - za­wo­łał Lu­kre­cjusz. - A kto znał za­klę­cie otwie­ra­jące drzwi? Bez niego Trzy­krotki w ogóle nie do­sta­łyby się do bu­dynku! Kto ura­to­wał sy­tu­ację w za­kła­dzie fry­zjer­skim? Kto jako je­dyny, od sa­mego po­czątku, miał na oku pod­stęp­nego Paf­nu­cego Bu­rzyń­skiego? Ra­dzę prze­czy­tać jesz­cze raz pierw­szy tom, za­nim bę­dziesz pró­bo­wała we­pchnąć się do dru­giej czę­ści mo­ich nie­sa­mo­wi­tych przy­gód! - wy­rzu­cał z sie­bie Lu­kre­cjusz, ak­cen­tu­jąc słowo "mo­ich".

- Two­ich przy­gód? Niech no spoj­rzę na ty­tuł ko­lej­nej czę­ści... Co prawda mam tu tylko pierw­szy roz­dział, ale tyle wy­star­czy: Nata i pe­chowa wiedźma! Hm... Je­steś wiedźmą czy je­steś pe­chowy? Bo nie wiem, które z tych okre­śleń od­nosi się do cie­bie...

- Czarne koty nie przy­no­szą pe­cha! To tylko głu­pie prze­sądy! Ile razy mam tłu­ma­czyć, że... - za­pie­klił się Lu­kre­cjusz, ale szybko prze­rwał, jakby na­gle do­tarło do niego, że biała kotka tylko z niego żar­tuje.

Zwę­ził oczy w szparki.

- A skoro już mowa o pierw­szym roz­dziale... czy wi­dzisz w nim sie­bie? - wy­ce­dził zło­śli­wie.

Su­zanne za­częła ner­wowo prze­glą­dać le­żące przed nią luźne, znisz­czone kartki.

- No nie... - wy­ją­kała wy­raź­nie za­wie­dziona.

- Aha! - za­wo­łał trium­fal­nie kot. - A czy znaj­du­jesz w nim ele­ganc­kiego, przy­stoj­nego, in­te­li­gent­nego, cza­ru­ją­cego czar­nego kota? - za­py­tał.

- Wi­dzę iry­tu­ją­cego, do­ga­du­ją­cego ko­cura, który wtrąca się w każdy dia­log - od­po­wie­działa gniew­nie Su­zanne.

Wy­raź­nie uspo­ko­jony i znów pewny sie­bie Lu­kre­cjusz po­sta­no­wił pu­ścić te słowa mimo uszu.

- Za­tem zmy­kaj, naj­le­piej z po­wro­tem do Pa­ryża! I cze­kaj tam na trzeci tom. Nie mam czasu dłu­żej z tobą roz­ma­wiać! Nata oczy­wi­ście już na­roz­ra­biała, ale Trzy­krotki jesz­cze nic o tym nie wie­dzą. Mu­szę le­cieć, nie może mnie prze­cież omi­nąć taka awan­tura!

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, Lu­kre­cjusz znik­nął za uchy­lo­nym oknem.

- Do zo­ba­cze­nia wcze­śniej niż my­ślisz, wstrętny za­ro­zu­mialcu - rzu­ciła za nim ura­żona Su­zanne i z wy­raź­nym ocią­ga­niem po­wle­kła się w stronę furtki.

Leniwy, sierp­niowy dzień po­woli do­bie­gał końca. Do­piero, kiedy zro­biło się już pra­wie zu­peł­nie ciemno, Trzy­krotki zde­cy­do­wały się po­rzu­cić ha­maki w ogro­dzie. Pau­lina ostroż­nie zdjęła z wło­sów de­li­katną pa­ję­czynę, którą nie­wiel­kich roz­mia­rów pa­jąk tkał so­bie na jej wło­sach przez cały dzień. Odło­żyła ją na krzew ja­łowca i wpraw­nymi rę­koma po­pra­wiła włosy. Z si­wych zmie­niły się naj­pierw w rude, a po­tem w ciem­no­kasz­ta­nowe, jakby ich wła­ści­cielka nie mo­gła się zde­cy­do­wać na ża­den ko­lor. Druga z sióstr Trzy­kro­tek, Pa­try­cja, mach­nęła nie­dbale ręką w stronę spo­rej górki ogryz­ków po jabł­kach, które uzbie­rała pod ha­ma­kiem. Je­den po dru­gim bez­sze­lest­nie od­fru­nęły w stronę ku­bła sto­ją­cego przed ga­ra­żem.

- Nie­wąt­pli­wym plu­sem wy­jazdu dzieci jest to, że już nie mu­simy się ukry­wać z cza­rami przed Piotr­kiem - po­wie­działa wy­raź­nie za­do­wo­lona.

- Ja tam wi­dzę wię­cej plu­sów - wszedł jej w słowo Lu­kre­cjusz, pod­no­sząc się ze swo­jego miej­sca pod ha­ma­kiem Pau­liny. - Na­resz­cie nikt mi nie prze­rywa drze­mek!

Kot prze­cią­gnął się nie­spiesz­nie i ru­szył w stronę domu, żeby jak zwy­kle być pierw­szy w kuchni. Było to jego ulu­bione miej­sce. Kiedy sio­stry miały do niego ja­kąś sprawę, mo­gły w ciemno ob­sta­wiać, że naj­praw­do­po­dob­niej znajdą go w po­bliżu lo­dówki.

Trze­cia z sióstr, Pe­la­gia, po­pra­wiła na no­sie zbyt duże oku­lary w czer­wo­nych opraw­kach i zło­żyła ga­zetę, którą do­piero skoń­czyła czy­tać.

- Mu­sisz ko­niecz­nie przej­rzeć dzi­siej­sze wia­do­mo­ści - zwró­ciła się do Pau­liny.

- Coś cie­ka­wego? - za­in­te­re­so­wała się sio­stra.

- Ra­czej dziw­nego! - wy­ja­śniła Pe­la­gia, wsta­jąc z ha­maka. - Było wła­ma­nie do Mu­zeum Śre­dnio­wie­cza. Zło­dzieje zo­sta­wili wszyst­kie naj­cen­niej­sze rze­czy, na­wet ko­ronę wy­sa­dzaną ka­mie­niami szla­chet­nymi, a za­brali... starą, za­rdze­wiałą klatkę, która le­żała w piw­nicy! - wy­ja­śniła.

Pau­li­nie aż oczy za­świe­ciły się z eks­cy­ta­cji. Uwiel­biała ta­kie hi­sto­rie! Jako wierna czy­tel­niczka kry­mi­na­łów i wszel­kich hi­sto­rii o de­tek­ty­wach od wielu lat na­le­żała do Klubu De­tek­ty­wów Ama­to­rów. Wzięła od Pe­la­gii ga­zetę, obie­cu­jąc so­bie, że prze­czyta ją jesz­cze przed snem. Wresz­cie trzy cza­row­nice zgod­nie ru­szyły na ko­la­cję w stronę pierw­szego domu. Dom na­le­żał do Pe­la­gii. Sio­stry przez całe ży­cie miesz­kały bli­sko sie­bie, choć od­dziel­nie. Przy ich bar­dzo róż­nych cha­rak­te­rach i tem­pe­ra­men­tach było to naj­lep­sze roz­wią­za­nie.

- Wła­ści­wie to wciąż mam ochotę na lody - po­wie­działa Pe­la­gia, wy­cią­ga­jąc z sa­mo­pieca pu­cha­rek po­kaź­nych roz­mia­rów.

Jako szczę­śliwa po­sia­daczka ma­gicz­nego pie­kar­nika i cał­ko­wi­tego braku ta­len­tów ku­li­nar­nych Pe­la­gia mo­gła wy­cią­gać z sa­mo­pieca, co tylko chciała. A tak się aku­rat skła­dało, że przez całe lato były to lody w róż­nych sma­kach. Po­zo­stałe sio­stry lu­biły żar­to­wać, że te sma­ko­łyki to uczciwa na­groda dla wszyst­kich, któ­rzy cali i zdrowi przejdą przez przed­po­kój Pe­la­gii. Ilość rze­czy le­żą­cych na pod­ło­dze, wi­szą­cych lub po pro­stu opar­tych o ścianę spo­koj­nie zmie­ści­łaby się w kilku do­mach. Pew­nego dnia za­przy­jaź­niony z sio­strami li­sto­nosz Ar­tur tak nie­for­tun­nie za­plą­tał się w linki źle zło­żo­nego na­miotu (tak, też tam le­żał!), że mu­siał cze­kać aż dwie go­dziny, za­nim nie­świa­doma ni­czego go­spo­dyni wróci z są­sied­niego domu i go uwolni. Od tej pory, na­wet kiedy drzwi były sze­roko otwarte, wo­lał cze­kać na ze­wnątrz.

- Dla mnie cze­ko­la­dowe - pod­chwy­ciła te­mat Pau­lina. - Do­póki tem­pe­ra­tura nie spad­nie po­ni­żej trzy­dzie­stu stopni, nie za­mie­rzam ży­wić się ni­czym in­nym...

Za­nim Pau­lina zdą­żyła do­koń­czyć zda­nie, jej lody były już na­ło­żone. Dwie rze­czy były u niej nie­zmienne: mi­łość do ksią­żek i lo­dów cze­ko­la­do­wych. Za­wsze za­ma­wiała tylko ten smak, na­wet w słyn­nej mek­sy­kań­skiej lo­dziarni, która szczy­ciła się wy­ro­bem lo­dów w osiem­dzie­się­ciu je­den sma­kach! (Pod­czas tam­tej pa­mięt­nej po­dróży Lu­kre­cjusz nie­mal osza­lał ze szczę­ścia, gdy mógł za­mó­wić lody o smaku kieł­ba­sek, cho­ciaż w ofer­cie były rów­nież tak po­cią­ga­jące pro­po­zy­cje jak lody fa­so­lowe i ziem­nia­czane).

- Naj­chęt­niej jabł­kowe, cho­ciaż mo­żesz też do­rzu­cić gałkę sor­betu ma­li­no­wego - po­wie­działa Pa­try­cja, przy­glą­da­jąc się z uwagą kotu sie­dzą­cemu na pa­ra­pe­cie.

Obie sio­stry po­dą­żyły za jej wzro­kiem, do­piero te­raz zda­jąc so­bie sprawę z nie­co­dzien­no­ści tej sy­tu­acji. Lu­kre­cjusz już dawno po­wi­nien stać przy sa­mo­piecu i do­ma­gać się lo­dów we wszyst­kich moż­li­wych sma­kach, z po­lewą, po­sypką i bitą śmie­taną. Tym­cza­sem in­ten­syw­nie wpa­try­wał się w okno.

- Co tam zo­ba­czy­łeś? - za­in­te­re­so­wała się Pau­lina.

- Ja­kaś cza­row­nica wy­lą­do­wała przed furtką i za­ciera ślady swo­jego przy­by­cia - po­in­for­mo­wał kot.

- Ja­kim cu­dem co­kol­wiek tam wi­dzisz? - zdzi­wiła się Pa­try­cja, pod­cho­dząc bli­żej okna i wbi­ja­jąc wzrok w ciem­ność.

Lu­kre­cjusz spoj­rzał na nią z po­li­to­wa­niem.

- Do­prawdy, po czte­ry­stu la­tach ży­cia na tym świe­cie mo­gła­byś wresz­cie prze­stać się dzi­wić, że koty świet­nie wi­dzą w ciem­no­ściach.

- Dla­czego uwa­żasz, że to cza­row­nica? - za­py­tała Pau­lina, rów­nież zbli­ża­jąc się do okna.

- Przy­le­ciała na mio­tle, wy­stro­jona w długą pe­le­rynę, więc to ra­czej nie jest li­sto­nosz - po­wie­dział kot, po­now­nie od­wra­ca­jąc się w stronę okna.

- A skąd wiesz, że za­ciera ślady? - Do­łą­czyła do nich Pe­la­gia, cho­ciaż we­dług niej wszystko po tam­tej stro­nie szyby było po pro­stu czarne.

- Co wy by­ście beze mnie zro­biły? - Lu­kre­cjusz wes­tchnął te­atral­nie. - Wiem to dla­tego, że scho­wała mio­tłę i pe­le­rynę, po­tem wy­cza­ro­wała so­bie wa­lizkę na kół­kach, a te­raz prze­biera się w ja­kieś inne ciu­chy. Naj­wy­raź­niej za­mie­rza uda­wać, że przy­je­chała wie­czor­nym po­cią­giem!

Trzy­krotki były co­raz bar­dziej za­in­try­go­wane. Po co ja­kaś cza­row­nica mia­łaby ukry­wać przed nimi, kim jest? Nie miało to żad­nego sensu. Za­nim sio­stry zdą­żyły za­dać ko­lejne py­ta­nie, Lu­kre­cjusz ze­sko­czył z pa­ra­petu.

- Za­ma­wiam dużą por­cję śmie­tan­ko­wych, za­nim prze­ga­da­cie z Na­ta­lią resztę wie­czoru! - za­wo­łał.

- Z Na­ta­lią?! - wy­krzyk­nęły jed­no­cze­śnie Trzy­krotki, znowu od­wra­ca­jąc się do ciem­nego okna.

- No i za wcze­śnie się wy­ga­da­łem - jęk­nął kot. - Te­raz będę mu­siał sam wy­jąć pu­cha­rek z sa­mo­pieca, a to nie wróży do­brze ani mo­jemu fu­terku, ani wa­szej pod­ło­dze. Ale same chcia­ły­ście!

Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami kota Trzy­krotki zu­peł­nie prze­stały zwra­cać na niego uwagę. Ru­szyły w stronę drzwi, żeby przy­wi­tać nie­spo­dzie­wa­nego go­ścia. Do­kład­nie w tej sa­mej chwili dało się sły­szeć gło­śne pu­ka­nie, a po­tem oczy­wi­ście ha­łasy prze­bi­ja­nia się przez ko­ry­tarz za­wa­lony róż­nymi rze­czami. Po­ty­ka­jąc się o wrotki, piłki, buty nar­ciar­skie, drew­niane skrzynki i inne nie­po­trzebne rze­czy, cztery cza­row­nice na­resz­cie do­tarły do kuchni, prze­krzy­ku­jąc się na­wza­jem.

- Nie pla­no­wa­łam dzi­siaj przy­jeż­dżać, ale klientki od­wo­łały wszyst­kie ju­trzej­sze wi­zyty w za­kła­dzie fry­zjer­skim. W przy­szłym ty­go­dniu chcia­łam jesz­cze po­ma­lo­wać kuch­nię, jed­nak stwier­dzi­łam, że za­ła­twię to cza­rami - rzu­ciła bez­tro­sko Na­ta­lia, strze­pu­jąc z sie­bie resztki świą­tecz­nych de­ko­ra­cji, które spa­dły na nią w przed­po­koju.

Trzy­krotki spoj­rzały po so­bie za­sko­czone, jed­nak Na­ta­lia tego nie za­uwa­żyła.

- Wi­dzę, że je­cie lody - po­wie­działa, pa­trząc na Lu­kre­cju­sza, który wy­li­zy­wał nie­mal pu­stą już mi­seczkę. - Czy znajdą się ma­li­nowe?

- Dla cie­bie pew­nie tak, ja mu­sia­łem sam so­bie na­ło­żyć - par­sk­nął Lu­kre­cjusz. - Ale chęt­nie sko­rzy­stam z do­kładki - oznaj­mił, od­wra­ca­jąc się w stronę Pe­la­gii, która wła­śnie szy­ko­wała ol­brzy­mią por­cję lo­dów dla Na­ta­lii.

- Hm... wspa­niałe... - mruk­nęła Na­ta­lia, ob­li­zu­jąc ły­żeczkę. - Nata już pew­nie śpi o tej po­rze? - za­py­tała, pod­no­sząc wzrok na sio­stry.

- No tak... - ode­zwała się nie­pew­nie Pau­lina, zer­ka­jąc na Pa­try­cję i Pe­la­gię. - Pew­nie jest tak jak mó­wisz - do­dała. - Całe lato trudno było ją za­go­nić wie­czo­rem do łóżka, ale w końcu od czego są wa­ka­cje.

- Od bło­giego wy­le­gi­wa­nia się w słońcu, w ci­szy i spo­koju - wtrą­cił kot, wy­raź­nie ak­cen­tu­jąc słowa "ci­sza" i "spo­kój". - Co, jak się za­pewne do­my­ślasz, przy dwójce dzieci, która od­wie­dziła nas tego lata, nie było naj­ła­twiej­sze.

Na­ta­lia ro­ze­śmiała się gło­śno. Ro­biła to w nie­mal iden­tyczny spo­sób jak jej córka, cho­ciaż z wy­glądu ra­czej nie były do sie­bie po­dobne. Je­dy­nie wiel­kie zie­lone oczy zdra­dzały ich po­kre­wień­stwo.

- Na szczę­ście dla cie­bie, już nie­długo ko­niec wa­ka­cji. Ro­dzice Piotrka za kilka dni wy­jeż­dżają służ­bowo, więc te­raz ja przez dwa ty­go­dnie będę miała dzieci pod da­chem - po­wie­działa.

- Czymże są dwa ty­go­dnie wo­bec dwóch mie­sięcy? - par­sk­nął py­ta­jąco kot.

Na­ta­lia nie zdą­żyła nic od­po­wie­dzieć, bo w tej sa­mej chwili do kuchni we­szła lama Łu­cja i od razu nad­sta­wiła kark do gła­ska­nia.

- O, Plu­cja, jaka szkoda, że spóź­ni­łaś się na lody... - rzu­cił Lu­kre­cjusz. - Ale może ju­tro bę­dziesz miała wię­cej szczę­ścia - do­dał, ucie­ka­jąc przed lamą zde­ner­wo­waną jego zło­śli­wo­ściami.

Tylko kot na­zy­wał lamę Plu­cją, bo tylko jego pró­bo­wała opluć po każ­dym ko­lej­nym psi­ku­sie.

- Wi­dzę, że mię­dzy nimi wciąż po sta­remu - za­uwa­żyła Na­ta­lia. - My­śla­łam, że wspólna ak­cja prze­ciwko Woj­now­skiemu po­pra­wiła ich re­la­cje.

- Po­pra­wiła, ale na krótko. - Po­ki­wała głową Pa­try­cja. - Lu­kre­cjusz nie wy­trzy­mał długo tej na­głej przy­jaźni i kiedy tylko wró­ci­li­śmy do domu, znowu za­częło się pod­kra­da­nie Łu­cji je­dze­nia.

- No cóż, można się było tego spo­dzie­wać. Lu­kre­cjusz chyba już ni­gdy się nie zmieni - po­wie­działa Na­ta­lia, pod­no­sząc się z krze­sła.

- Bo je­stem już tak ide­alny, że bar­dziej się nie da! - miauk­nął kot, prze­bie­ga­jąc po­now­nie przez kuch­nię. Za nim po­pę­dziła lama, usi­łu­jąc na­pluć mu na głowę.

- W każ­dym ra­zie - do­koń­czyła Na­ta­lia - ja ju­tro za­mie­rzam prze­sie­dzieć cały dzień w ogro­dzie, nie zwa­ża­jąc na to, czy ja­kie­kol­wiek dzieci i zwie­rzęta spró­bują mi w tym prze­szko­dzić. To gdzie będę spać?

- Mo­żesz za­jąć po­kój na pię­trze. Tam bę­dzie ci naj­wy­god­niej - po­wie­działa Pe­la­gia i za­pro­wa­dziła zie­wa­jącą Na­ta­lię na górę.

Kiedy tylko wró­ciła, sio­stry na­resz­cie mo­gły wy­rzu­cić z sie­bie wszyst­kie py­ta­nia, które od czasu po­ja­wie­nia się nie­spo­dzie­wa­nego go­ścia, kłę­biły im się po gło­wach.

- Na­ta­lia za­cho­wuje się tak, jak­by­śmy się jej spo­dzie­wały! - Pierw­sza oczy­wi­ście wy­pa­liła Pa­try­cja.

- Może prze­ga­pi­ły­śmy ja­kiś list albo w inny spo­sób wy­słaną wia­do­mość? - za­sta­na­wiała się go­rącz­kowo Pau­lina.

- Le­piej się do tego nie przy­zna­wajmy! Po pro­stu za­cho­wujmy się tak, jak­by­śmy wie­działy o jej przy­jeź­dzie, i nie bę­dzie żad­nej afery! W końcu te­raz to i tak już ni­czego nie zmieni - za­uwa­żyła przy­tom­nie Pa­try­cja.

- Wy­glą­dała na zmę­czoną. Do­brze, że spę­dzi u nas kilka ostat­nich dni lata - do­dała Pe­la­gia.

- Tylko dla­czego przy­je­chała bez Naty? - nie mo­gła się na­dzi­wić Pau­lina. - Może wy­słała ją na ko­lo­nie albo coś w tym ro­dzaju?

- Może Nata wo­lała zo­stać z Piotr­kiem i jego ro­dziną? Sły­sza­ły­ście prze­cież, że po­tem chło­pak ma miesz­kać u Na­ta­lii. A dzie­ciom po dwóch mie­sią­cach mo­gło już się znu­dzić na wsi.

- Moż­liwe, cho­ciaż wy­da­wało mi się, że Nata wy­jeż­dżała stąd bar­dzo nie­chęt­nie, a Pio­trek był wręcz zły, że wra­cają wcze­śniej, niż było to za­pla­no­wane...

- No, ale skoro miała ją od­wie­dzić ta przy­ja­ciółka z Pa­ryża, nic dziw­nego, że Na­ta­lia chciała przed­sta­wić jej Natę - za­uwa­żyła Pe­la­gia.

- Jed­no­cze­śnie to tro­chę dziwne, że Da­gny przy­je­chała tylko na trzy dni, nie uwa­ża­cie? - do­dała Pa­try­cja.

- Rze­czy­wi­ście... Ju­tro ją o to spy­tamy. Nie wiem jak wy, ale ja idę czy­tać moją ga­zetę. Do­bra­noc! - po­wie­działa Pau­lina i ru­szyła w kie­runku drzwi.

Na­stęp­nego dnia Na­ta­lia spała naj­dłu­żej ze wszyst­kich. Trzy­krotki zdą­żyły już zjeść nie tylko pierw­sze i dru­gie śnia­da­nie, lecz także wy­ką­pać się w rzece i wró­cić z za­ku­pami z wiej­skiego skle­piku. Kiedy Na­ta­lia na­resz­cie po­ja­wiła się na we­ran­dzie, za­czy­nały już my­śleć o pla­nach obia­do­wych.

- Chyba bar­dzo za­spa­łam - oznaj­miła, prze­cią­ga­jąc się. - Gdzie Nata? Mó­wi­ły­ście jej, że przy­je­cha­łam, czy bę­dzie miała nie­spo­dziankę?

Na te słowa Trzy­krotki gwał­tow­nie ze­rwały się ze swo­ich miejsc. Cała przed­po­łu­dniowa at­mos­fera bez­tro­ski na­tych­miast gdzieś się ulot­niła. Na­ta­lia rów­nież znie­ru­cho­miała, za­sko­czona za­cho­wa­niem sióstr.

- Coś się stało? - za­py­tała.

- Wła­ści­wie mo­gły­by­śmy spy­tać cię o to samo - od­po­wie­działa ostroż­nie Pe­la­gia. - Dla­czego uwa­żasz, że Nata wciąż jest z nami? Prze­cież od­pro­wa­dzi­ły­śmy ją i Piotrka na po­ciąg cztery dni temu! Do­kład­nie tak, jak pro­si­łaś w li­ście...

- Pro­si­łam? - wy­ją­kała Na­ta­lia, czu­jąc, że je­żeli nie oprze się na­tych­miast o ścianę, to za­raz upad­nie. Przed oczami zro­biło jej się zu­peł­nie ciemno. - Nie wy­sy­ła­łam do was żad­nego li­stu, w któ­rym by­łaby mowa o wsa­dza­niu Naty w po­ciąg. Je­dyny list, jaki na­pi­sa­łam, za­po­wia­dał, że wkrótce do was przy­jadę. Do­sta­ły­ście go?

Te­raz Trzy­krot­kom zro­biło się ciemno przed oczami.

- Nie, dla­tego by­ły­śmy wczo­raj za­sko­czone, że się u nas po­ja­wi­łaś - po­wie­działa sła­bym gło­sem Pe­la­gia.

- Co było w li­ście, który rze­komo wy­sła­łam? - za­py­tała po­woli i wy­raź­nie Na­ta­lia, wa­żąc każde słowo.

- Na­pi­sa­łaś, że przy­jeż­dża Da­gny z Pa­ryża, i chcia­ła­byś przed­sta­wić jej Natę. Po­pro­si­łaś, że­by­śmy wsa­dzili dzieci do po­ran­nego po­ciągu, a ty bę­dziesz na nich cze­kać na sta­cji w Mie­ści­nie Ma­łej. No i tak zro­bi­ły­śmy!

- Żadna Da­gny do mnie nie przy­je­chała. - Na­ta­lia zła­pała się za głowę. - Ni­gdy nie wy­sy­ła­łam ta­kiego li­stu. Czy roz­po­zna­ły­ście mój cha­rak­ter pi­sma? - za­py­tała.

- Był na­pi­sany na kom­pu­te­rze, nie wy­da­wał nam się po­dej­rzany - po­wie­działa z wy­raź­nym za­kło­po­ta­niem Pe­la­gia.

- Na­tych­miast wra­cam do domu! Może Nata tam jest albo u Piotrka? - rzu­ciła go­rącz­kowo Na­ta­lia. - Mam na­dzieję, że to tylko ja­kaś ko­lejna głu­pia za­bawa. Nie ru­szaj­cie się stąd, na wy­pa­dek gdyby Nata na­gle się po­ja­wiła. Dam znać, kiedy tylko się cze­goś do­wiem! - za­koń­czyła i nie dba­jąc o żadne po­zory, wsko­czyła na mio­tłę i wzbiła się wy­soko w niebo.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki