3
Wróciłam do domu po drugiej. Prowadziłam rower ulicą Mikołowską, cieszyłam się chłodem nocy i kamykami chrzęszczącymi pod stopami, przyjemnie zmęczona. Pomarańczowe latarnie oświetlały drogę, na cmentarzu widziałam czerwoną poświatę zniczy, więc odmówiłam za dusze zmarłych krótką modlitwę, jak zawsze, gdy mijałam nekropolię.
Zapaliłam lampkę w kuchni, zaparzyłam herbatę w dużym kubku. Emocje po porodzie jeszcze nie opadły, buzowała we mnie adrenalina i nie chciało mi się spać, zabrałam się więc za jeżyny. Wysypałam owoce do zlewu, oczyściłam pod wodą i wrzuciłam do garnków, zasypałam cukrem i włączyłam gaz. Ustawiłam minutnik na starym porcelanowym zegarze babci, który pamiętał przedwojenne czasy. Zawsze zastanawiałam się, jakim cudem się uchował, jednak nigdy nie zapytałam ani matki, ani babki. Miałam półtorej godziny, wzięłam więc szybki, gorący prysznic, przygotowałam kakao i przyniosłam do kuchni książkę. Co jakiś czas wstawałam, żeby przemieszać owoce, których lepki, słodki zapach rozszedł się po pomieszczeniu. Kiedy minął czas gotowania, spróbowałam. Przyszły dżem okazał się idealny, zdjęłam więc pokrywkę, by wyparował sok. Babka po gotowaniu przecierała go przez sitko, by pozbyć się pestek, jednak ani mnie, ani klientom one nie przeszkadzały. Pod koniec gotowania wyparzyłam słoiki i do ciepłych jeszcze naczyń nałożyłam masę, zakręciłam i odwróciłam do góry dnem.
Dopiłam herbatę zapatrzona za okno. Mgła podpełzła tuż pod ganek, zrobiło się nieco jaśniej, dochodziła szósta. Zmęczenie opadło na mnie nagle, nie miałam czasu zastanowić się nad tym, co wydarzyło się tego dnia - i dobrze. Starałam się wypełniać każdą minutę, żeby pozbyć się zmor napierających z każdej strony. Tym razem się udało i mogłam spokojnie położyć się spać. Łaskotek ułożył się obok mojej głowy i uśpił mnie kołysanką kociego mruczenia.
Obudziłam się przed południem, zaskakująco wyspana. Do sypialni przez okno wpadały promienie słońca, a więc dzień zapowiadał się wspaniale. Zeszłam na bosaka do kuchni, pieszcząc stopy chłodem posadzki, i nakarmiłam zakwas. Kiedy rósł, skorzystałam z toalety, odświeżyłam się i przebrałam, gotowa zacząć nowy dzień. Właśnie parzyłam herbatę z dodatkiem owoców, kiedy do domu wpadła Daniela, przyjaciółka jeszcze z czasów podstawówki, którą widywałam rzadko, choć te spotkania zawsze były intensywne.
- Jesteś w mieście. - Rzuciłam się jej na szyję. - Kiedy przyjechałaś?
- Wczoraj, ale widziałam, że u ciebie ciemno, więc nawet nie zachodziłam.
Daniela usiadła na krześle, założyła nogę na nogę. Zawsze podziwiałam jej niewymuszoną, naturalną elegancję, która kryła się w doskonale dobranych strojach i długich blond włosach opadających na plecy.
- Rodziłam - wyjaśniłam i bez pytania przygotowałam przyjaciółce kawę siekierę, od której mnie pewnie stanęłoby serce. - Opowiadaj, co słychać w wielkim świecie.
- W sumie to nudy - powiedziała. - Ciągle jakieś konferencje, spotkania, z których niewiele wynika, wolałabym działać, rozwijać się, a nie słuchać głupot. Zdecydowanie preferowałabym cichą pracę nad rozpoznawalność - westchnęła przeciągle.
- Zawsze możesz do tego wrócić - zaproponowałam.
Wyjęłam z szafki misę, włożyłam do niej zakwas, resztę składników, zagniotłam ciasto i mięsiłam je przez kilka minut. Daniela przypatrywała mi się bez słowa, skupiona na popijaniu kawy, zamyślona, błądząca gdzieś myślami. Nigdy nie wiedziałam, czy obmyśla właśnie jakieś ważne rzeczy do pracy, czy po prostu się relaksuje. W jej aurze przeważał różowy, dążyła do celu i była zdeterminowana, a jako jeden z najlepszych polskich biotechnologów mogła zajść naprawdę daleko.
- Jak się trzymasz? - zapytała nagle.
Doskonale wiedziałam, do czego pije. Pytała o Henryka, a mnie aż przeszedł zimny dreszcz na myśl o człowieku, który nagle zniknął z mojego życia.
- Już nie czekam, jeśli to masz na myśli - odpowiedziałam, z pozoru tylko spokojnie, tak naprawdę spinałam ramiona, by nie poznała, jak bardzo drżą mi dłonie. - To już prawie rok.
Przełożyłam chleb do plecionego koszyka i zostawiłam do wyrośnięcia pod czystą ściereczką. Włożyłam do ust kilka pestek słonecznika, które upadły na kuchenny blat, umyłam ręce pod gorącą wodą, wszystko to, by nie patrzeć przyjaciółce w oczy.
- A jeśli wróci niespodziewanie?
- Odbyłyśmy tę rozmowę już wielokrotnie - uniosłam nieco głos.
Wytarłam dłonie w kraciasty ręcznik i odwróciłam się do niej. Pozostała poważna i skupiona, patrzyła na mnie wyczekująco, jakby spodziewała się, że powiem coś jeszcze, nie znajdowałam jednak słów. Nie rozumiałam postępowania Henryka, szczególnie że odszedł w jednym z trudniejszych momentów mojego życia, kiedy zostałam sierotą. Nie żyłam z matką blisko, jednak żałobę po jej śmierci musiałam przejść i potrzebowałam wsparcia.
- Ale jeśli?
- Coś się tak uparła? - odpowiedziałam pytaniem. - Na pewno do niego nie wrócę, jeśli o to ci chodzi. Nie mam zamiaru się bać, że znów zniknie bez słowa.
- To dobrze. - Wyraźnie jej ulżyło. - Widziałam twoją załamkę, nie chciałabym, żebyś znów to przechodziła. Muszę biec, kochana. - Dopiła duszkiem resztkę kawy, oblizała usta z fusów. - Dzisiaj wyjątkowo dzień wolny, ale później znów ruszam z kopyta.
Pocałowała mnie na pożegnanie i zostawiła z gorzkim osadem na ustach, chociaż przecież to nie ja piłam kawę, a ona. Wiedziałam, że to wspomnienie Henryka osiadło mi w głowie, zaprzątnęło myśli i miało tak pozostać aż do końca dnia. Mimo zajęć, nie umiałam go wygonić i nawet podczas wizyty u Magdaleny pozostawałam gdzieś poza ciałem, zatopiona we wspomnieniach.
Kiedy wyszłam, natknęłam się na Juliana, który spacerował z Dagny wzdłuż Prusa. Zdziwiło mnie to, bo wcześniej nigdy go tam nie spotkałam.
- Cześć - przywitał się nieco nieśmiało, kiedy Dagny obskoczyła mnie i obszczekała.
- Hej, nie spodziewałam się ciebie tutaj.
- Mamy różne trasy spacerów - wyjaśnił nieco speszony. Pomyślałam, że może czekał na mnie specjalnie?
Miła myśl, choć zupełnie absurdalna.
- Wpadniesz na herbatę? - zaproponowałam.
Za nic w świecie nie chciałam być sama tego wieczoru.
- Jasne.
Szliśmy w milczeniu. Z komina pana Madejskiego unosił się dym, rozpływając się w powietrzu. Pachniało palonym drewnem i Śląskiem, on ma charakterystyczny zapach, który zawsze kochałam. Niebo pokryły fioletowo-sine chmury, słońce zachodziło powoli, kryjąc się za drzewami. Co jakiś czas patrzyłam na Juliana, dopiero dzisiaj mogłam przyjrzeć mu się dokładniej, ze spokojem. Wydawał się zmęczony, blady, a cienie pod dolną powieką sprawiały, że jego niebieskie oczy nabierały głębokiej barwy. Półdługie włosy jasnymi kosmykami opadały na dość wysokie czoło, na twarzy miał kilkudniowy zarost.
- Czym się zajmujesz? - spytałam, kiedy usiedliśmy w kuchni.
Nastawiłam wodę, ukroiłam chleb i postawiłam na stole razem z wędliną, serem, masłem i konfiturą z wiśni. Przygotowałam dzbanek aromatycznej herbaty z lipą i skórką pomarańczy, dodałam łyżkę miodu.
- Jestem patomorfologiem. - Uśmiechnął się lekko, jakby go to bawiło.
- Świetnie! - powiedziałam z entuzjazmem. Podkurczyłam nogi i oplotłam je ramionami. - Opowiedz coś więcej! Ależ to fascynujące.
- Zazwyczaj ludzie reagują w inny sposób. - Spojrzał na mnie uważnie. Coś błysnęło w jego oczach, zadowolenie, radość? Nie umiałam odgadnąć. - Ten zawód ich odstrasza, biorą mnie za psychopatę. - Zaśmiał się bez wesołości.
Sięgnął po chleb, posmarował masłem i wgryzł się w kromkę, przymykając oczy z przyjemności. Wydawał się nie na miejscu w mojej kuchni, zupełnie różny od mężczyzn, których znałam. Było w nim coś fascynującego, czego nie umiałam jeszcze określić. Może chodziło o dziwny akcent? Albo pewną sztywność, która go charakteryzowała, jakby chciał kontrolować sytuację i ludzi, z którymi przebywał. Wyczuwałam dystans i podejrzewałam, że nie miał zbyt wielu bliskich osób.
- Ludzie zazwyczaj boją się śmierci i tego, co z nią związane - odpowiedziałam.
- Ty nie? - zapytał pomiędzy jednym kęsem a drugim.
- To naturalna kolej rzeczy. - Popatrzyłam machinalnie w kierunku pokoju, gdzie na półce stały zdjęcia rodziców, nie mogłam ich jednak dostrzec z tej odległości. - Przemijamy, jednak nie zamykam się na to, że się odrodzimy. Spójrz. - Wskazałam okno. - Jesień nadchodzi, chociaż jeszcze czuć ciepło lata. Ptaki odlatują, ich klucze można coraz częściej dostrzec na niebie. Liście żółkną albo czerwienieją, opadają pod stopy, gniją i stają się częścią gleby, wzbogacają ją w naturalny sposób. Wiosną znów zakwitną drzewa. - Popatrzyłam na Juliana, który przestał jeść i tylko się we mnie wpatrywał.
Aż się zaczerwieniłam pod jego spojrzeniem, uważnym i taksującym.
- Praca patomorfologa jest niezwykle ciekawa - zaczął opowiadać.
W kuchni zrobiło się prawie ciemno, ledwo widziałam jego sylwetkę na krześle naprzeciwko, ale taki półmrok sprzyjał rozmowie, nie chciałam rozpraszać go światłem.
- Ciało ma wiele do powiedzenia. I nie kłamie - dodał z pewną ironią. - Każde jest inne, jak żywy człowiek, i niesie ze sobą historię. Fascynujące jest odkrywać ją na nowo, szukać przyczyn zgonu... Lubię też przygotowywać ciało do pochówku, z szacunkiem, tak, aby rodzina zmarłego mogła go pożegnać i zapamiętać w odpowiedni sposób. To bardzo ważne.
- Masz w sobie pasję - odpowiedziałam po chwili. - To czuć w tym, co mówisz. Jak to się stało, że wybrałeś właśnie taki zawód? Długo nie umiałam się zdecydować, co chcę robić w życiu, dopiero niedawno znalazłam swoją ścieżkę.
- Opowiem ci o tym innym razem - obiecał.
Na jego twarzy pojawił się grymas, którego nie potrafiłam rozszyfrować. Wstał, zagwizdał na Dagny, która poderwała się ze snu, i wyszedł. Zostałam sama, otoczona zapachem chleba i konfitur, z wystygłą herbatą w wielkim kubku i ciemnością zalewającą coraz bardziej kuchnię. Na niebie widziałam pierwsze gwiazdy, świecące blado, odległe. Zastanawiałam się, czy rodzice wybrali katolickie niebo, czy może raczej inną formę energii, w którą zmieniamy się po śmierci. Siedziałam długo, jednak nie znalazłam odpowiedzi.
O Henryku już więcej nie myślałam.