ROZDZIAŁ PIERWSZY
ZA BRAMAMI ZAMKU WSCHODZI SŁOŃCE i słychać śpiew ptaków, lecz Złoty Pałac stoi spowity zasłoną nocy. Mojej nocy. Mojej ciemności. Mojej mocy.
Ciskam magią na prawo i lewo, więżąc w mrocznej pułapce tych, którzy ośmielili się mnie ścigać. Ciemność sunie za mną niczym welon eleganckiej sukni ślubnej, choć nie jestem niczyją narzeczoną.
Nie dam się już dłużej zwodzić ich gładkim kłamstwom i manipulacjom. Sebastian mnie zdradził. Wszyscy mnie zdradzili, ale to jego dwulicowość dotknęła mnie szczególnie mocno. Ten, który miał mnie kochać i ochraniać, wykorzystał mnie, by wykraść dla siebie koronę Mrocznego Dworu.
Moja moc karmi się buzującą w żyłach wściekłością.
Biegnę bez wytchnienia, nawet gdy ścieżka staje się kamienista i nierówna. Koncentruję się na bólu; z wdzięcznością przyjmuję pieczenie żwiru wpijającego się w podeszwy stóp, bo tylko dzięki temu nie czuję czegoś innego: udręki i frustracji związanych z tym, którego kocham. Z tym, z którym na wieki łączy mnie teraz elfia więź. Z tym, który mnie zdradził i okłamał.
Nie chcę go czuć. Nie chcę wiedzieć, że moje odejście rozdarło mu serce, że utrata mnie powaliła go na kolana. Nie chcę rozumieć, że był więźniem własnych powinności, ani próbować pojąć głębi jego żalu. A jednak. Przez więź łączącą nasze dusze czuję to wszystko mimo woli.
Sebastian zdradził mnie dla korony. Dostał to, czego chciał, podczas gdy ja stałam się czymś, czym przez tak długi czas gardziłam. Fae. Istotą nieśmiertelną.
Rozsądek nareszcie zaczyna mi wracać. Biegnę.
Boso. W koszuli nocnej. W ten sposób nie zdołam umknąć zbyt daleko, lecz nie mam zamiaru dać się złapać.
Zawracam na padok, mocnym pchnięciem otwieram wrota stajni. Oczy stajennego rozszerzają się jak dwa spodki. Stoi ze wzrokiem utkwionym w wyłaniającej się spoza mnie fali ciemności gotowej, by uderzyć.
Młody, o piaskowoblond włosach, jasnoniebieskich oczach i spiczastych elfich uszach - widywałam go czasami, gdy przychodziłam po konia, żeby pojeździć sobie wokół zamku. W czasach, kiedy sądziłam, że jestem tu bezpieczna. Kiedy wierzyłam, że Sebastian darzy mnie miłością czystą i szczerą.
- Daj mi swoje buty - zwracam się do stajennego, ostro zadzierając podbródek.
- M-m-m... moje - jąka się, strzelając oczami w stronę zamku i mrocznej ścieżki zniszczenia, jaką za sobą zostawiłam.
- Buty! Już!
Stajenny patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami, w których maluje się trwoga. Posłusznie rozwiązuje obuwie i rzuca mi je pod nogi.
- Teraz konia. - Wydaję kolejne polecenie, wkładając w międzyczasie sztyblety. Są na mnie trochę za duże, ale jakoś ujdą. Ściągam mocniej sznurówki i owijam parę razy wokół kostek.
Stajenny znów zerka w stronę pałacu. Wyrzucam z siebie kolejną wiązkę mocy, wprawiając rozpościerającą się za mną noc w złowrogie pulsowanie. Trzęsącymi się rękami chłopak wyprowadza ze stajni białą klacz.
- Co-co... co się dzieje, m-m-milady?
Ignoruję pytanie i skinieniem głowy wskazuję na ciemny pas z nożami na biodrach stajennego.
- Pas też.
Chłopak posłusznie go odpina i pozwala, by spadł na ziemię. Szybko podnoszę go za klamrę i przywiązuję sobie wokół talii. Sprawdzam zapięcie i wskakuję na grzbiet klaczy.
- Dziękuję - rzucam w stronę stajennego, lecz chłopak stoi skulony, jakby się spodziewał, że rzucę się na niego z nożem. Jego przerażenie pozostawia w moich ustach nieprzyjemny posmak. Oto, czym się stałam?
Oto, czym uczynił mnie Sebastian.
Nie mogę teraz o tym myśleć. Popędzam klacz do wyjścia i prostuję się w siodle, gdy naraz w samym środku klatki piersiowej czuję ostre szarpnięcie. Słodki ból błagający, bym wróciła do pałacu. Do Sebastiana.
Po dziedzińcu niosą się okrzyki. Dzięki nowym elfim uszom wyraźnie docierają do mnie odgłosy panującego w zamku chaosu - przepychanki, pokrzykiwania, dudnienie kroków pędzących w moją stronę.
Krzyki rozbrzmiewają coraz bliżej. Magia mi się wymyka; utkany przeze mnie mrok słabnie.
Spinam klacz piętami, ta zaś z miejsca puszcza się cwałem. Trzymam się w siodle tak mocno, jak tylko mogę.
Wróć. Nie tyle słyszę to wezwanie, ile je czuję; czuję je jako ból przeszywający mi klatkę piersiową, osiadający w kościach. Potrzebuję cię. Wróć.
Ale na samo wspomnienie tego, co łączy mnie z Sebastianem, przyspieszam jeszcze bardziej. Nie wiem, czy zdołam temu umknąć, czy samą tylko odległością dam radę skutecznie wyciszyć ten jego żal i ból, lecz zamierzam spróbować.
---
- Potrzebuję pokoju na noc - informuję barmankę stojącą za kontuarem w chylącym się ku upadkowi zajeździe. Mój głos brzmi niczym pogruchotane szkło, a wszystkie mięśnie aż palą z wyczerpania.
Nie mam pojęcia, gdzie jestem ani jaki dystans zdołałam przemierzyć. Jechałam tak szybko, jak tylko mogłam, byle dalej od pałacu. Cwałowałam bez wytchnienia, przemierzając pola i wioski, aż wreszcie nie dałam rady już dłużej utrzymać się w siodle.
Od czasów dzieciństwa rzadko jeździłam konno, a nigdy ani tak długo bez najmniejszej przerwy, ani po tak wyboistych terenach jak dzisiaj. Gdy podawałam lejce stajennemu w gospodzie, moje nogi protestowały już wściekłym krzykiem.
Stojąca za barem dziewczyna ma spiczaste uszy, usta zaciśnięte w cienką kreskę, a niebieskie oczy błyszczą lodowatym chłodem charakterystycznym dla ludzi, którym życie dało w kość. Lustruje mnie wzrokiem od stóp do głów i mogę sobie tylko wyobrazić obraz nędzy i rozpaczy, jaki ukazał się jej oczom. Biała koszula nocna zmieniła kolor na bliższy temu odpowiadającemu brudnej, zakurzonej drodze. Twarz, jak się obawiam, nie wygląda lepiej. Sięgające żuchwy rude włosy tworzą bezładną, skołtunioną plątaninę, a usta mam aż spierzchnięte z pragnienia.
- Tu nie dobroczynność - mamrocze pod nosem, odwracając się do bardziej obiecującego z wyglądu klienta.
Rzucam na ladę worek monet. Stare złodziejskie sposoby na coś się przydały. Znajdujące się w sakiewce złoto fae zdobyłam dzięki uprzejmości pijanego orka z tawerny o godzinę drogi na zachód stąd. W pierwotnej wersji to tam miałam zamiar zatrzymać się na noc. Ork przyuważył mnie w drodze do ustępu. Sądził, że tu mnie ma, i rzucił się z łapami. Może i byłam wyczerpana, ale nie na tyle, by nie spowić go ciemnością tak głęboką, że płakał jak dziecko, błagając, bym go uwolniła.
Barmanka otwiera sakiewkę. Kiedy zagląda do środka, w znużonych oczach na ułamek sekundy błyska ożywienie. Usta wykrzywiają jej się triumfalnie, lecz szybko się mityguje i przybiera obojętny wyraz twarzy.
- Starczy - oznajmia i rzuca klucz na ladę. - Pierwsze piętro, ostatnie drzwi po lewej. Pokojówka przyniesie wodę, żebyś mogła się umyć.
Wartość elfich pieniędzy pozostaje dla mnie zagadką - nie wiem, ile powinnam się spodziewać za jedną z tych ich błyszczących złotych monet - ale wyraźnie dałam jej pokaźną kwotę, a ona próbuje mnie okpić. Unoszę znacząco brew.
- Muszę też coś zjeść.
Dziewczyna potakuje.
- Oczywiście.
Coś za łatwo idzie.
- I potrzebuję jeszcze czegoś do ubrania. Spodnie i koszulę, żadnych sukienek.
- Nie handluję ciuchami, a krawiec już zamknął na dzisiaj swój interes - rzuca barmanka, lecz napotykając moje twarde spojrzenie, wzdycha i mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów. Po chwili dodaje: - Ale niech będzie, może nada ci się coś z moich rzeczy. Popatrzę.
Dziękuję jej skinieniem głowy i osuwam się na wysoki stołek, niepewna, czy nogi zdołają utrzymać mnie w pionie choćby pół minuty dłużej.
- Zjem tutaj.
Kobieta chowa sakiewkę, po czym warknięciem przynagla małego chłopczyka, żeby przyniósł mi kolację. Ten czmycha pospiesznie ze spuszczoną głową. Barmanka znów patrzy na mnie tymi swoimi zimnymi oczami, jakby coś kalkulowała.
- Skąd jesteś? - pyta.
Chcę się roześmiać, ale jestem zbyt zmęczona i z gardła wydobywa mi się tylko stęknięcie.
- Nie miałabyś pojęcia gdzie to.
Barmanka unosi brew.
- Znana mi jest większość miejsc. W czasie wojny spędziłam nawet trochę czasu na Dworze Cieni.
Zbywam ją wzruszeniem ramion. Oczy tak jej się zaświeciły na widok złota, licząc na więcej, zapewne nie będzie nalegała na odpowiedź.
- Znikąd.
Tamta pociąga nosem i zastanawiam się, co też wywąchała. Czy mimo przemiany w fae nadal pachnę jak człowiek? Czy wyczuła ciągnącą się za mną woń pałacu? Fae cieszą się doskonałymi zmysłami. Mnie jednak już po kilku godzinach w tym nowym, przemienionym ciele wszystkie te wyostrzone doznania - każdy odgłos, każdy widok, zapach - tylko rozpraszają. To zbyt przytłaczające, by mógł być z tego jakikolwiek pożytek.
W międzyczasie poruszający się niemal bezszelestnie chłopczyk wraca z moją kolacją. Kobieta bierze od niego miskę gulaszu i talerz z chlebem. Stawia posiłek przede mną ze słowami:
- O ile nie sprowadzisz w moje progi żadnych kłopotów, nie muszę nic wiedzieć. Czasami tak jest lepiej. - Pochyla głowę i patrzy mi prosto w oczy. - Rozumiemy się?
Ręka z pierwszą łyżką gulaszu zatrzymuje mi się w połowie drogi do ust. Wydaje jej się, że coś o mnie wie? Ale co?
- Jasne.
Barmanka kiwa mi już tylko krótko głową i oddala się, by obsłużyć następnego klienta.
Jem swój gulasz, choć ledwie daję radę utrzymać się na stołku. Nawet pomimo całodziennej jazdy nie powinnam być aż tak zmęczona, ale moje ciało jest jak wrak. I chociaż kusi myśl, by zignorować pusty żołądek, pójść do pokoju, paść na łóżko i odpłynąć w objęcia Morfeusza, wiem, że muszę zjeść, by mieć siły na to, co czeka mnie później.
Tylko co tak w zasadzie czeka mnie później?
Odpycham od siebie to pytanie. Nie wiem, dokąd tak właściwie zmierzam ani co mam zamiar zrobić. Muszę się znaleźć jak najdalej od pałacu - jak najdalej od Sebastiana. Nie czas teraz na myśli o odpoczynku. O tym, jak totalnie nieprzygotowana jestem na przebywanie samej w tej dziwacznej krainie. A już na pewno nie o tym, że spiczaste uszy i nowo zyskana nieśmiertelność oznaczają, że już nigdy nie będę mogła wrócić do domu.
Nigdy nie wrócę do Elory. Nigdy więcej nie zobaczę siostry.
W stronę baru wolno sunie tęgi ork. Siada obok mnie. Ma dobrze ponad sześć stóp wzrostu, spłaszczony nos, świdrujące czarne oczy i dwa ogromne dolne zęby zaczepiające o górną wagę. Olbrzymi i umięśniony, jak wszyscy przedstawiciele jego gatunku, już samą swoją bliskością sprawia, że czuję się mała i bezbronna. Pochylam głowę z nadzieją, że da mi spokój. Po bliskim spotkaniu z jego pobratymcem godzinę wcześniej nie mam najmniejszej ochoty ściągnąć na siebie uwagi tego tutaj.
- Piwo? - pyta barmanka ustami zaciśniętymi w wąską kreskę.
- Taa. I coś do żarcia. Piekielny dzień.
- Tak? - zagaduje dziewczyna, napełniając kufel.
- Nieczyści odzyskali swoją magię.
Nieczyści?
Barmanka wybucha śmiechem.
- Akurat.
Ork kręci głową.
- No powaga.
Kobieta wzrusza ramionami.
- Jeżeli to oznacza, że znowu będziesz mógł ich krzywdzić, to chyba powinieneś się cieszyć.
Ton głosu jednak sugeruje, że wcale mu nie uwierzyła.
- No przecież nie łżę - zapiera się ork. - W nocy w obozie dla dzieci. Te małe skurwiele zabiły mi dziesięciu ludzi, zanim żeśmy się zorientowali, co się dzieje. Osiemnaście godzin totalnego chaosu, kiedyśmy czekali na dostawę trutki.
Barmanka się wzdryga.
- Nie wiem, jak wy możecie to pompować w ludzi.
- Ano normalnie - odpowiada ork, gestem naśladując wciskanie tłoka.
Kobieta kręci głową.
- Wstrzyknięto mi to kilka razy w czasie wojny. Jakby pocałunek samej śmierci.
Kiedy Jalek trafił do lochów Złotego Pałacu, dostał jakąś substancję, przez którą nie mógł korzystać z magii. Czy o tym właśnie rozmawiają? Czy dzieciom wstrzykują to samo?
Barmanka odwraca się w moją stronę i znacząco unosi brew, dając mi do zrozumienia, że się gapię. Szybko pochylam głowę.
- Wolałbym je zabić - przyznaje ork - ale mamy rozkazy. Tamta chce te małe czorty żywe.
Dzieci. Ork mówi o dzieciach mrocznej krwi przetrzymywanych w obozach złotej królowej.
Wściekłość buzuje mi w żyłach. Nienawidzę ich wszystkich. Fae - kłamcy i manipulanci. Gdyby nie ich okrucieństwo i intrygi polityczne, byłabym już z Jas, a nie tkwiła tu osamotniona i pozbawiona celu. Złamana, uwięziona w tym nowym, nieśmiertelnym ciele, o które nigdy nie prosiłam.
Ale te biedne dzieci? Może i w ich żyłach płynie magiczna krew, ale nie są przecież niczemu winne. Zabrane rodzicom, uwięzione przez niekończącą się walkę o władzę między dwoma dworami, których potęga już od początku była zbyt wielka. Odrażające.
Może sama nigdy nie tkwiłam w więzieniu, ale dzieciństwo zniszczył mi niesprawiedliwy, oparty na wyzysku kontrakt. Wiem, jak to jest być sierotą, i wiem, jak to jest, gdy możliwości dokonania jakichkolwiek wyborów traci się na rzecz osób cieszących się władzą tak wielką, że poza własną chciwością nie są w stanie dostrzec już nic innego.
- A więc klątwa naprawdę została złamana, co? - pyta barmanka, stawiając przed orkiem miskę strawy.
- Ano została.
Kobieta wzdycha.
- Przykro mi, że straciłeś swoich ludzi. Potrzebujesz pokoju na noc?
Ork wsuwa do ust kopiastą łychę i nie zawraca sobie głowy, by odpowiedzieć, dopóki nie przełknie.
- Taaa, muszę się zdrzemnąć parę godzin, zanim tam wrócę.
Na te słowa kobieta zdejmuje z kołka następny klucz i upuszcza na kontuar przed orkiem.
- Tylko dziś w nocy już bądźcie ostrożni, co?
Ork odpowiada jej stęknięciem i wraca do wlewania w siebie kolejnych porcji gulaszu.
Na myśl o dzieciach, którym wstrzykuje się antymagiczną truciznę - na myśl o dzieciach w ogóle przetrzymywanych w tych nieludzkich obozach - aż ściska mnie w żołądku. Nieczyści, jak ich nazywają tutejsi. Czy to określenie stosowane tylko wobec uwięzionych, czy też wszystkich fae mrocznej krwi? Wydaje mi się, że już znam odpowiedź, i przez to wściekłość buzuje mi w żyłach jeszcze mocniej.
Zmuszam się, by dokończyć kolację, bo za kilka godzin będę potrzebowała energii, ale chleb smakuje niczym popiół, a gulasz ciężko zalega na żołądku.
Kiedy barmanka odbiera ode mnie puste talerze, wolno piję wodę. Ork tymczasem kończy swoje danie i dostaje dokładkę. Dopiero gdy kończy posiłek na dobre i wydaje z siebie pomruk zadowolenia, opróżniam szklankę do dna.
- Mogę poprosić o dolewkę i wziąć ze sobą na górę? - zwracam się do barmanki, unosząc pustą szklankę.
Kobieta kiwa głową i nalewa mi z dzbanka trochę wody.
Rzucam ostatnie spojrzenie na strażnika i ruszam w stronę schodów. Spowijam się zasłoną cieni, aby żaden z pozostałych gości mnie nie zauważył. Czekam w ciszy. Powieki mam już jak z ołowiu. Cienie delikatnie głaszczą zszargane nerwy, obolałe ciało błaga o wytchnienie. Czekam i czekam, aż wreszcie ork pojawia się u dołu schodów i zaczyna wspinać się na piętro.
W słabym blasku świec trzymanie się w cieniu to pestka, a ciężkie sapanie olbrzyma skutecznie maskuje wszelkie odgłosy moich własnych kroków. Ork też zatrzymuje się na pierwszym piętrze i rusza w stronę drzwi o dwa pokoje dalej od mojego. Gdy wchodzi do środka, z zadowoleniem stwierdzam, że drzwi otwierają się na zewnątrz, nie do wewnątrz. Idealnie.
Gdy ork znika za drzwiami, idę do siebie. W małej, ciemnej izbie unosi się zapach stęchlizny. Ale jest łóżko oraz - zgodnie z obietnicą barmanki - czyste ubranie i wiadro ciepłej wody do mycia. Opróżniam szklankę do dna i napełniam ją wodą z mydłem, po czym wracam na korytarz. Stawiam naczynie tuż przed drzwiami pokoju orka. Gdy tylko je otworzy, szklanka się przewróci. Wolałabym urządzić jakąś bardziej wymyślną pułapkę przy pomocy magii, ale ponieważ brak mi wprawy, nie jestem pewna, czy działanie czaru utrzymałoby się też przez sen.
Wyczerpana i niecierpliwa, toczę ze sobą wewnętrzną walkę. Jedna część mnie pragnie natychmiast zasnąć wiecznym snem, druga zaś niezwłocznie wyruszyć na pomoc dzieciom mrocznych. Nie mam jednak bladego pojęcia, w którą stronę trzeba by pojechać ani co zastanie mnie na miejscu, za to rozpaczliwie potrzebuję snu.
Wracam zatem do pokoju, zrzucam z siebie brudną jak nieszczęście koszulę nocną i szoruję skórę niemalże do krwi.
W trakcie tych ablucji mój wzrok pada na szmaragd spoczywający między piersiami. Sebastian podarował mi go w czasie ceremonii więzi. Wydawało się, że to taki przemyślany prezent - klejnot pasujący do sukienki, którą zaprojektowała dla mnie siostra. Teraz jednak stanowi tylko lodowate przypomnienie jego zdrady. Korci mnie, by zerwać go z szyi i wyrzucić, lecz opanowuję tę pokusę.
Nie mam już pieniędzy, więc coś, co da się opylić, może mi się jeszcze przydać.
Wilgotnym ręczniczkiem przecieram mostek, starając się nie zwracać uwagi na runę wyrytą tuż nad sercem. Symbol więzi łączącej mnie już na zawsze z Sebastianem.
Kąpałam się zaledwie wczoraj, lecz mam wrażenie, jakby od czasu, gdy szykowałam się na ceremonię więzi, upłynęły całe wieki. Przepełniała mnie taka radość i oczekiwanie! Teraz czuję tylko palący ból zdrady i stały przepływ emocji Sebastiana sączący się przez więź niczym fale rozbijające się o wybrzeże, grożące, że mnie pochłoną.
Kocham cię. Potrzebuję cię. Wybacz mi.
Ale przebaczenie wydaje się czymś równie odległym i nieosiągalnym co mój powrót do życia w świecie ludzi. Zawierając ze mną więź, Sebastian zniszczył we mnie resztki zdolności do ufania innym. Uwierzyłam, że pragnie tej więzi, bo mnie kocha. Związałam z nim swoją duszę, by mógł mnie chronić przed tymi, którzy pragnęli mojej śmierci, by wykraść dla siebie Gwiezdną Koronę. A on mi na to wszystko pozwolił. Podstępem skłonił bym zawarła z nim tę więź, przez cały czas starannie karmiąc okruchami prawdy zmieszanymi ze zgrabnymi, pociągającymi kłamstwami. Uczynił to, choć znając klątwę, doskonale wiedział, że mroczna krew płynąca w jego żyłach mnie zabije. Wiedział, że będę musiała wypić Eliksir Życia i przemienić się w fae, by przetrwać.
I w jakim celu to wszystko zrobił? Dla władzy. Dla tej samej korony, której pragnęli także Finn i Mordeusz, za co Sebastian tak ich potępiał.
Sam okazał się nie lepszy od tamtych, a teraz jestem z nim złączona już na zawsze. Na całe to nowe nieśmiertelne życie. Czuję go teraz całą sobą, jakby był częścią mnie samej.
Próbuję odepchnąć to wszystko od siebie. I jego uczucia, i moje własne.
Tego jest po prostu zbyt wiele, za bardzo mnie to przytłacza. A jednocześnie przecież to tak mało istotne. Gdzieś tam są obozy pełne dzieci - otumanianych i więzionych dla niecnych celów złotej królowej. Niewinnych dzieci, które nie mają na swoją sytuację większego wpływu, niż miałam ja, podpisując kontrakt z Madame V, żebyśmy razem z Jas nie wylądowały na ulicy.
Kiedy dowiedziałam się o tych obozach, aż ogarnęły mnie mdłości. Finn powiedział mi, że gdy straż złotej królowej przyłapie fae cieni na terytorium Świetlistego Dworu, dzieci są oddzielane od rodziców i umieszczane w obozach, a następnie poddawane praniu mózgu: uczy się je, że fae złotej krwi są lepsi, więcej warci, dlatego mroczni powinni im służyć.
Serce instynktownie ostrzegało mnie, że te obozy stanowią znak, by nie ufać fae Świetlistego Dworu. A mimo to pozwoliłam się zwieść zapewnieniom Sebastiana, jakoby sam był im przeciwny. Już więcej nie dam się oszukać. Nie zniżę się do jego poziomu i nie będę się obsesyjnie zamartwiać własnymi problemami, gdy mam możliwość realnie pomóc. Nie będę taka jak on i nie przymknę oczu na zło, jakie wyrządza jego matka. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby pomóc tym biednym dzieciom - choćby dlatego, że w ten sposób pokrzyżuję im plany - cokolwiek Arya z synem trzymają w zanadrzu.
Utknęłam w tym miejscu. Jako fae. Ale nie jestem bezradna i nigdy nie stanę się taka jak oni.
Skrajne zmęczenie skutecznie wycisza spiralę myśli. Chcę położyć się spać tak, jak stoję, i poczuć na czystej skórze świeżą pościel, ale siłą woli wkładam najpierw przygotowane ciuchy. Gdy tylko usłyszę, że moja pułapka zadziałała, nie będzie na to czasu. Muszę być gotowa.
Wskakuję do łóżka. Sen morzy mnie niemal w tej samej chwili, w której przykładam głowę do poduszki.
---
Śnię o mroku. O tym, jak patrzę w niosącą ukojenie kołderkę utkaną z gwiazd. O głosie Finna, który dobiega mnie zza pleców.
Abriello, te wszystkie gwiazdy świecą dla ciebie.
Trzepotanie w klatce piersiowej zmienia się w łopotanie skrzydeł. Lecę, wzbijam się wyżej, ku nocnemu niebu. Maleńka rączka ściska mnie za dłoń. Nawet nie jestem zaskoczona, gdy odwróciwszy się, napotykam srebrne oczy i szeroki uśmiech Świergotki. Bratanica Finna już wcześniej odwiedzała mnie w snach, na ogół po to, aby przed czymś mnie ostrzec lub przekazać jakąś niejasną przepowiednię. Teraz jednak - po raz pierwszy, jak sobie uświadamiam - nie odbędzie się to kosztem skrócenia jej życia. Klątwa złotej królowej została złamana z chwilą przejęcia przez Sebastiana korony Mrocznego Dworu. Teraz fae cieni znów mogą korzystać z własnej magii, nie płacąc za to swą nieśmiertelnością.
Przynajmniej jeden pożytek ze zdrady Sebastiana.
Pajęczynka na czole Świergotki lśni srebrzyście, gdy fruniemy tak po rozgwieżdżonym niebie. Nagle z głośnym świstem dajemy nura i spokojna noc znika. Teraz znajdujemy się w pomieszczeniu przypominającym coś w rodzaju infirmerii. Wzdłuż ścian stoją rzędy łóżek śpiących dzieci.
- Wyglądają tak spokojnie - mówię szeptem.
Świergotka wykrzywia wargi, jakby się nad czymś zastanawiała.
- W śmierci jest coś ze spokoju, ale jeżeli na nią przyzwolisz, później nastanie niepokój.
Bezradnie kręcę głową.
- Nie rozumiem, co chcesz mi powiedzieć.
Świergotka ma dar patrzenia w przyszłość, lecz jeszcze nigdy nie pokazała mi obrazu tak wyraźnego jak ten tutaj.
- Czekają na ciebie - tłumaczy, a oczy jej jaśnieją. - Musisz wrócić do domu. Dla tych dzieci. Dla dworu.
Znowu kręcę głową.
- Świergotko, ja nie mam domu. - Jedyną osobą, której naprawdę na mnie zależy, jest moja siostra. Cierpnę na myśl, że jako elfka nie będę już nawet mogła odwiedzić jej w świecie ludzi. - Teraz to Sebastian ma koronę. Przepraszam.
Dziewczynka przyciska paluszek do moich ust i zerka ponad ramieniem w głębię nocy.
- Słuchaj. - Z oddali, jakby z innego świata, dobiega echo czyjegoś wołania. - Już czas.