Nasze własne piekło - Natalia Nowak-Lewandowska

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (28,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nina

Uchwyt fu­te­ra­łu le­żał mięk­ko w mo­jej dło­ni. Zna­jo­my cię­żar, któ­ry to­wa­rzy­szył mi nie­mal przez całe ży­cie, bu­dził po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i spo­ko­ju. Lu­bi­łam do­tyk skó­ry na pal­cach; po­cząt­ko­wo był twar­dy, wrzy­nał się, ale z cza­sem ide­al­nie wpa­so­wy­wał się we wgłę­bie­nia dło­ni.

- Tak, mamo, obie­ca­łam ci prze­cież. - Pa­trzy­łam ner­wo­wo na ze­gar za­wie­szo­ny w po­ko­ju i prze­stę­po­wa­łam z nogi na nogę, choć do­brze wie­dzia­łam, że nie przy­spie­szę w ten spo­sób koń­ca roz­mo­wy. Kie­dy mama mia­ła coś do po­wie­dze­nia, mu­sia­ła to zro­bić, bez wzglę­du na swo­je­go roz­mów­cę i jego po­trze­by. - Będę w nie­dzie­lę o trzy­na­stej.

- Przyj­dą Li­twiń­scy, więc za­bierz ko­niecz­nie skrzyp­ce. Wiesz prze­cież, jak bar­dzo ce­nią do­brą mu­zy­kę.

- Do­brze.

Ob­li­cza­łam w my­ślach, ile cza­su zaj­mie mi do­jazd do fil­har­mo­nii. Je­śli tak­sów­ka przy­je­dzie szyb­ko, to jest szan­sa, że zdą­żę na pró­bę ge­ne­ral­ną. Jako kon­cert­mistrz skrzy­piec nie mo­głam się spóź­nić na­wet o mi­nu­tę! To by­ło­by nie­do­pusz­czal­ne! Po­czu­łam, że pocą mi się dło­nie, a su­kien­ka prze­sta­je prze­pusz­czać po­wie­trze i przy­le­ga do wil­got­nych ple­ców. Nie mia­łam już jed­nak cza­su na zmia­nę gar­de­ro­by, to za­bra­ło­by cen­ne mi­nu­ty.

- Mamo, mu­szę koń­czyć, za chwi­lę spóź­nię się na pró­bę ge­ne­ral­ną, a wiesz, że to nie może się zda­rzyć. Za­dzwo­nię do cie­bie rano, przed wyj­ściem. Do­bra­noc, śpij spo­koj­nie.

Kie­dy mat­ka że­gna­ła się ze mną, w jej gło­sie usły­sza­łam nutę dez­apro­ba­ty, ale na­praw­dę nie mo­głam so­bie po­zwo­lić na dal­szą roz­mo­wę.

Za­dzwo­ni­łam do kor­po­ra­cji tak­sów­kar­skiej i po­pro­si­łam, żeby kie­row­ca był jak naj­szyb­ciej. Sko­rzy­sta­łam z to­a­le­ty, umy­łam ręce i zer­k­nę­łam w lu­stro wi­szą­ce nad umy­wal­ką. Na­tu­ral­ny ma­ki­jaż na­dal po­zo­sta­wał w ide­al­nym sta­nie, de­li­kat­nie pod­kre­śla­jąc moje ciem­ne tę­czów­ki i bla­dość cery.

Szyb­ko wy­szłam z ła­zien­ki i za­ło­ży­łam płaszcz, wzię­łam to­reb­kę, skrzyp­ce i w po­śpie­chu za­mknę­łam miesz­ka­nie. Wo­la­łam po­cze­kać na dwo­rze, niż cho­dzić z kąta w kąt, to tyl­ko wzma­ga­ło moje zde­ner­wo­wa­nie.

W chwi­li, kie­dy wy­szłam na ze­wnątrz, pod­je­cha­ła tak­sów­ka. Pod­bie­głam i za­ję­łam tyl­ne sie­dze­nie.

- Dzień do­bry, bar­dzo pro­szę do fil­har­mo­nii.

Po­ło­ży­łam to­reb­kę na sie­dze­niu, a fu­te­rał na ko­la­nach. Z pew­no­ścią inne ko­bie­ty trzy­ma­ją to­reb­ki przy so­bie, strze­gąc ich, dla mnie jed­nak za­wsze cen­niej­sze były skrzyp­ce.

Od­gar­nę­łam ko­smyk z czo­ła, za­tknę­łam go za ucho i w tym mo­men­cie zer­k­nę­łam we wstecz­ne lu­ster­ko sa­mo­cho­du. Kie­row­ca przy­glą­dał się mo­jej twa­rzy, po­tem jego wzrok prze­śli­zgnął się na moje pier­si, a na­stęp­nie za­trzy­mał na fu­te­ra­le. Po­czu­łam, jak ru­mie­niec wy­pły­wa na moje po­licz­ki, za­czy­na prze­cho­dzić na szy­ję i de­kolt. Za­ci­snę­łam moc­niej dło­nie na uchwy­cie i od­wró­ci­łam gło­wę w stro­nę okna.

Nie by­łam przy­zwy­cza­jo­na do mę­skie­go za­in­te­re­so­wa­nia. Może nie by­łam brzy­du­lą, uwa­ża­łam na­wet, że je­stem ład­na, ale nie sku­pia­łam się na swo­im wy­glą­dzie, bo prio­ry­te­tem za­wsze były skrzyp­ce. Sta­no­wi­ły esen­cję mo­je­go ży­cia, były wy­ma­ga­ją­ce i nie zo­sta­wia­ły cza­su na nic in­ne­go, ale nie umia­łam bez nich żyć. Kon­se­kwen­cją tej mi­ło­ści było zni­ko­me ży­cie to­wa­rzy­skie, o kon­tak­tach dam­sko-mę­skich nie wspo­mi­na­jąc. Kto przy zdro­wych zmy­słach był­by w sta­nie wy­trzy­mać kon­ku­ren­cję z tak ab­sor­bu­ją­cym za­ję­ciem, ja­kim jest za­wód mu­zy­ka?

Sa­mo­chód ru­szył, a ja, zu­peł­nie wbrew so­bie, zerk­nę­łam po­now­nie we wstecz­ne lu­ster­ko. Męż­czy­zna sku­piał uwa­gę na dro­dze, więc mo­głam mu się przyj­rzeć, ale w chwi­li, kie­dy przy­mru­ży­łam po­wie­ki, aby do­strzec ko­lor jego oczu, on znów na mnie spoj­rzał, czym za­wsty­dził mnie jesz­cze bar­dziej. Za­nim od­wró­ci­łam wzrok, zdą­ży­łam za­uwa­żyć, że de­li­kat­nie się uśmiech­nął.

Z upo­rem pa­trzy­łam przez bocz­ną szy­bę, choć czu­łam na so­bie jego wzrok. Chy­ba tyl­ko cu­dem nie wje­cha­li­śmy w sa­mo­chód przed nami. I kie­dy my­śla­łam, że za chwi­lę wy­sią­dę i ta nie­kom­for­to­wa sy­tu­acja się skoń­czy, on ode­zwał się do mnie:

- Gra pani na skrzyp­cach?

To py­ta­nie wła­ści­wie nie mia­ło sen­su - prze­cież mój fu­te­rał ja­sno in­for­mo­wał, czym się zaj­mu­ję - ale dla mnie było czymś wię­cej. Każ­dy, kto in­te­re­so­wał się tym, co ro­bię, za­słu­gi­wał na uwa­gę. Na­wet je­śli to ir­ra­cjo­nal­ne, czu­łam się wte­dy do­strze­żo­na.

Kiw­nę­łam gło­wą, bo za­bra­kło mi od­wa­gi, żeby się ode­zwać. Jego spoj­rze­nie mnie krę­po­wa­ło.

- Ma pani kon­cert?

Po­now­nie przy­tak­nę­łam. Męż­czy­zna wy­raź­nie sta­rał się na­wią­zać roz­mo­wę, ale nie było to dla mnie ła­twe. Zda­wa­łam so­bie spra­wę, że ki­wa­nie gło­wą mo­gło wy­glą­dać co naj­mniej dziw­nie, ale gar­dło mia­łam ści­śnię­te i nie po­tra­fi­łam pro­wa­dzić kon­wer­sa­cji. Z pew­no­ścią spo­ry wpływ na moje za­cho­wa­nie mia­ły tre­ma przed kon­cer­tem oraz spóź­nie­nie. Dło­nie na­dal mi się po­ci­ły i za­czy­na­ły lek­ko drżeć. Już wie­dzia­łam, że będę mieć kło­pot z utrzy­ma­niem smycz­ka w dło­ni. Ode­tchnę­łam głę­biej, sta­ra­jąc się uspo­ko­ić, ale rzu­ca­ne przez męż­czy­znę spoj­rze­nia wca­le mi nie po­ma­ga­ły.

- Pro­szę się nie de­ner­wo­wać, z pew­no­ścią wszyst­ko się uda.

Aż tak było to po mnie wi­dać? Na­wet obcy męż­czy­zna za­uwa­żył, że je­stem zde­ner­wo­wa­na? Kil­ku­krot­nie zgię­łam i roz­pro­sto­wa­łam pal­ce le­wej dło­ni, żeby zni­we­lo­wać od­czu­cie zdrę­twie­nia. Choć gra­łam na skrzyp­cach od siód­me­go roku ży­cia, przed każ­dym kon­cer­tem nie­zmien­nie czu­łam się stre­mo­wa­na, a dło­nie od­ma­wia­ły mi współ­pra­cy.

Prze­łknę­łam śli­nę i zmu­si­łam się do od­po­wie­dzi:

- Dzię­ku­ję, że pan we mnie wie­rzy.

Tym ra­zem uśmiech­nął się sze­rzej, a na jed­nym z jego po­licz­ków po­ka­zał się do­łe­czek. Za­mru­ga­łam szyb­ko. Na­wet w chwi­li tak du­że­go stre­su do­strze­głam, że do­da­ło mu to uro­ku.

Do­jeż­dża­li­śmy do uli­cy Na­ru­to­wi­cza, przy któ­rej znaj­do­wa­ła się fil­har­mo­nia, więc za­czę­łam szu­kać port­fe­la w to­reb­ce. Była zbyt prze­past­na, ale mu­sia­ła po­mie­ścić nie tyl­ko rze­czy nie­zbęd­ne dla każ­dej ko­bie­ty, lecz przede wszyst­kim nuty. Co­raz bar­dziej drża­ły mi ręce. Port­fe­la nie było... To nie­moż­li­we!

Za­czę­łam wyj­mo­wać wszyst­ko z to­reb­ki i ukła­dać na sie­dze­niu, a kie­dy w środ­ku już nic nie zo­sta­ło, mia­łam wra­że­nie, że cała krew od­pły­nę­ła mi z twa­rzy, a ręce zlo­do­wa­cia­ły. Spoj­rza­łam za­trwo­żo­na na kie­row­cę. Nie wie­dzia­łam, jak mam mu po­wie­dzieć, że nie mam czym za­pła­cić za kurs.

- Czy coś się sta­ło?

"O tak, bar­dzo się sta­ło, do cho­le­ry" - po­my­śla­łam.

- Nie za­bra­łam port­fe­la - po­wie­dzia­łam to z taką roz­pa­czą i tak ci­cho, że nie by­łam pew­na, czy mnie w ogó­le usły­szał.

Zer­k­nę­łam w lu­ster­ko. Męż­czy­zna uważ­nie mi się przy­glą­dał, po czym zje­chał na chod­nik przed fil­har­mo­nią, za­trzy­mał sa­mo­chód, włą­czył świa­tła awa­ryj­ne i od­wró­cił się do mnie. Skur­czy­łam się w so­bie, gło­wę sta­ra­łam się scho­wać mię­dzy ra­mio­na. Naj­chęt­niej za­pa­dła­bym się pod zie­mię ze wsty­du i stra­chu. I co te­raz? Zgło­si to na po­li­cję? Oskar­ży o coś? Boże, Boże, co mam te­raz zro­bić?!

Prze­dłu­ża­ją­ca się ci­sza nie wpły­wa­ła na mnie do­brze, czu­łam co­raz więk­sze zde­ner­wo­wa­nie, któ­re za­czy­na­ło zmie­niać się w nie­po­kój. Dło­nie drża­ły, kie­dy po­now­nie za­kła­da­łam za ucho ten cho­ler­ny ko­smyk wło­sów. Męż­czy­zna ob­ser­wo­wał uważ­nie moją twarz i każ­dy mój ruch. Kie­dy się ode­zwał, był po­waż­ny.

- O któ­rej koń­czy pani pra­cę?

- Ja... Eee, po dwu­dzie­stej dru­giej. Ale ja panu od­dam te pie­nią­dze, na­praw­dę!

- Nie wąt­pię. - Uśmiech­nął się w taki spo­sób, że po ple­cach prze­biegł mi dreszcz. - Przy­ja­dę po pa­nią, od­wio­zę do domu i wte­dy się roz­li­czy­my. Jak się pani na­zy­wa?

- Nina Wol­ska.

- W ta­kim ra­zie, pani Nino, do zo­ba­cze­nia wie­czo­rem.

Wrzu­ca­łam swo­je rze­czy do to­reb­ki, sta­ra­jąc się uni­kać pa­trze­nia na kie­row­cę, choć czu­łam na so­bie jego spoj­rze­nie. Chy­ba go­rzej już być nie mo­gło!

- Od­dam panu te pie­nią­dze, pro­szę się nie mar­twić. Bar­dzo prze­pra­szam.

- Je­stem o to spo­koj­ny.

Pew­ność w jego gło­sie tro­chę mnie za­sko­czy­ła, może na­wet lek­ko wy­stra­szy­ła. Wzdry­gnę­łam się. A je­śli przy­je­dzie i coś mi zro­bi? Nie, chy­ba je­stem prze­wraż­li­wio­na, prze­cież to zro­zu­mia­łe, że chce od­zy­skać swo­je pie­nią­dze. Zer­k­nę­łam na męż­czy­znę, ale szyb­ko ucie­kłam wzro­kiem. Chwy­ci­łam za klam­kę, wy­sia­dłam i za­mknę­łam za sobą drzwi, ale przez po­śpiech i zde­ner­wo­wa­nie za­trza­snę­łam rów­nież połę płasz­cza. Od­wró­ci­łam się i chcia­łam po­now­nie otwo­rzyć drzwi, kie­dy kie­row­ca wy­siadł i sta­nął za mną. W tej sa­mej chwi­li chwy­ci­li­śmy za klam­kę i na­sze dło­nie się spo­tka­ły. Prze­stra­szo­na, wy­szarp­nę­łam rękę i pod­sko­czy­łam, jed­no­cze­śnie upusz­cza­jąc na zie­mię tor­bę oraz fu­te­rał.

Mia­łam wra­że­nie, że od­dech uwiązł mi w gar­dle, a oczy za­snu­ła mgła. Moje skrzyp­ce! Wszyst­ko dzia­ło się jak na zwol­nio­nym fil­mie. Kie­dy fu­te­rał in­stru­men­tu miał się zde­rzyć z chod­ni­kiem, męż­czy­zna zła­pał go i uchro­nił przed upad­kiem.

Pa­trzy­łam zszo­ko­wa­na to na in­stru­ment, to na tak­sów­ka­rza i sta­ra­łam się nie za­po­mnieć o od­dy­cha­niu. Gdy­by nie on, skrzyp­ce praw­do­po­dob­nie nie nada­wa­ły­by się do gra­nia! Po­tar­łam czo­ło pal­ca­mi, a po­tem za­bra­łam skrzyp­ce z jego rąk i przy­gar­nę­łam do sie­bie, jak­bym chcia­ła je przy­tu­lić.

- Mam na­dzie­ję, że nic się nie sta­ło.

Ode­tchnę­łam, pró­bu­jąc uspo­ko­ić ner­wy, i po­krę­ci­łam gło­wą.

- Nie upa­dły, to naj­waż­niej­sze.

- Pani to­reb­ka. - Po­pa­trzył zna­czą­co w dół.

Do­pie­ro te­raz spo­strze­głam, że leży tuż przy mo­ich no­gach, oczy­wi­ście z czę­ścią za­war­to­ści roz­rzu­co­ną na chod­ni­ku. Uwol­ni­łam połę płasz­cza, schy­li­łam się i po­wrzu­ca­łam rze­czy byle jak do tor­by. Mój ru­mie­niec z każ­dą chwi­lą był in­ten­syw­niej­szy i się­gał już chy­ba stóp. To się nie dzie­je na­praw­dę... Nie mia­łam jed­nak cza­su na roz­trzą­sa­nie swo­je­go że­nu­ją­ce­go za­cho­wa­nia. Za­raz za­czy­na­ła się pró­ba, a ja na­wet nie roz­grza­łam dło­ni.

- Prze­pra­szam pana, ale na­praw­dę mu­szę już iść, je­stem skan­da­licz­nie spóź­nio­na. I pro­szę mi wy­ba­czyć moje za­cho­wa­nie, to chy­ba efekt tre­my przed kon­cer­tem oraz po­śpie­chu.

Kiw­nął gło­wą i po­wie­dział:

- Do zo­ba­cze­nia.

Nie oglą­da­jąc się, wsiadł do sa­mo­cho­du i od­je­chał, a ja wbie­głam do bu­dyn­ku fil­har­mo­nii. Mia­łam na­dzie­ję, że zdą­żę sko­rzy­stać z to­a­le­ty, bo nie wie­dzia­łam, czy wy­trzy­mam ko­lej­ne go­dzi­ny prób. Tyl­ko cu­dem zdą­ży­łam do­biec na czas. Pró­bo­wa­łam roz­grzać zdrę­twia­łe pal­ce le­wej dło­ni, opa­no­wać ja­koś ich drże­nie, ale efek­ty były mi­zer­ne. Oba­wia­łam się, że moja dzi­siej­sza rola kon­cert­mi­strza nie wy­pad­nie zbyt do­brze. Ocza­mi wy­obraź­ni już wi­dzia­łam wściek­łość Wojt­ka, na­sze­go dy­ry­gen­ta. Je­śli nie za­pa­nu­ję nad smycz­kiem, on to usły­szy, a w kon­se­kwen­cji będę tą, któ­ra przy­czy­ni się do złe­go brzmie­nia ca­łej or­kie­stry.

Oczy­wi­ście, że czu­łam się wy­róż­nio­na, od­gry­wa­jąc głów­ną rolę, ale cza­sa­mi przy­gnia­ta­ła mnie od­po­wie­dzial­ność, któ­ra się z tym wią­za­ła. I przy­pusz­czam, że moje zde­ner­wo­wa­nie wzma­ga­ło się rów­nież z tego po­wo­du.

Ode­tchnę­łam głę­biej, obój po­dał ton, aby or­kie­stra ze­stro­iła in­stru­men­ty. Kie­dy po­pły­nę­ły pierw­sze dźwię­ki kon­cer­tu skrzyp­co­we­go D-dur opus sie­dem­dzie­sią­te siód­me Jo­han­ne­sa Brahm­sa, zu­peł­nie się za­tra­ci­łam. To był ten mo­ment, kie­dy ota­cza­ją­cy mnie świat prze­sta­wał ist­nieć, by­łam tyl­ko ja, mu­zy­ka i uko­cha­ny in­stru­ment.

Choć gra­łam na skrzyp­cach od po­nad dwu­dzie­stu lat, za każ­dym ra­zem, kie­dy moja bro­da do­ty­ka­ła pod­brod­ka, lewa dłoń na­tu­ral­nie ukła­da­ła się, two­rząc ka­nał dla gry­fu, a pra­wa chwy­ta­ła smy­czek, czu­łam unie­sie­nie, swo­istą ma­gię, któ­ra nie opusz­cza­ła mnie do wy­brzmie­nia ostat­niej nuty.

Pró­ba ge­ne­ral­na prze­bie­gła ide­al­nie, po­mi­mo mo­ich wcze­śniej­szych obaw. Na­wet Woj­tek był usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny, a to na­praw­dę spo­ry suk­ces. Dy­ry­gen­ci z re­gu­ły mie­li coś do za­rzu­ce­nia mu­zy­kom or­kie­stry (przez co nie byli zbyt lu­bia­ni), więc jego za­do­wo­le­nie wpra­wi­ło nas w do­bry na­strój i da­wa­ło na­dzie­ję, że kon­cert prze­bie­gnie do­kład­nie tak, jak po­wi­nien.

W cza­sie prze­rwy prze­bra­łam się w czar­ną su­kien­kę, pro­stą, po­zba­wio­ną ja­kich­kol­wiek ozdób i naj­mniej ko­bie­cą, jak to tyl­ko moż­li­we. Strój nie mógł roz­pra­szać słu­cha­czy i zwra­cać uwa­gi na mu­zy­ka; tu naj­waż­niej­szy był od­biór dźwię­ków. Po­pra­wi­łam wło­sy upię­te w cia­sny ku­cyk, choć pew­nie i tak pod­czas kon­cer­tu po­je­dyn­cze pa­sma wy­mkną się z kit­ki, po­cią­gnę­łam usta bez­barw­nym błysz­czy­kiem, a po­licz­ki pod­kre­śli­łam le­d­wo wi­docz­nym ró­żem. By­łam go­to­wa.

Za­ję­łam swo­je miej­sce i sie­dzia­łam nie­ru­cho­mo, do­pó­ki dy­ry­gent wraz z za­pro­szo­nym so­li­stą nie we­szli na sce­nę. Bra­wa uci­chły, a ja uję­łam skrzyp­ce i cze­ka­łam, aż dy­ry­gent roz­pocz­nie kon­cert.

Kie­dy po­pły­nę­ły pierw­sze dźwię­ki, da­łam się po­rwać ma­gii mu­zy­ki. Prze­cho­dzi­ła przez moje pal­ce, całe cia­ło pod­da­łam jej drga­niom, a umysł sku­pio­ny tyl­ko na grze i od­bie­ra­niu tego, co da­wał mi in­stru­ment.

Kon­cert do­bie­gał koń­ca, choć ja stra­ci­łam po­czu­cie cza­su. Za­tra­ca­łam się w mu­zy­ce. Była ca­łym moim ży­ciem. Choć wy­ma­ga­ła wie­le, w peł­ni go­dzi­łam się na wszyst­kie nie­do­god­no­ści, byle tyl­ko móc grać.

Spa­ko­wa­łam skrzyp­ce i już mia­łam wy­cho­dzić, kie­dy za­trzy­ma­ło mnie wo­ła­nie Mag­dy, skrzy­pacz­ki gra­ją­cej w moim pod­ze­spo­le i mo­jej do­brej ko­le­żan­ki.

- Nina, hej! - Przy­sta­nę­łam i cze­ka­łam, aż do mnie po­dej­dzie. - Idzie­my w kil­ka osób na drin­ka. Jest pią­tek, może wy­bie­rzesz się z nami?

By­łam zmę­czo­na, to oczy­wi­ste, ale wy­cho­dze­nie na drin­ka nie było w moim sty­lu i zmę­cze­nie nie gra­ło tu żad­nej roli. Zna­jo­mi z ze­spo­łu nie­raz pro­po­no­wa­li wspól­ne wyj­ście, ale za­wsze od­ma­wia­łam. Pew­nie nie­dłu­go im się znu­dzi. Może na­wet po ci­chu na to li­czy­łam, bo było mi już głu­pio od­ma­wiać i wy­naj­dy­wać ko­lej­ne wy­mów­ki.

- Dzię­ki, ale nie mogę.

- Nina, bła­gam, prze­stań. Co tym ra­zem wy­myś­lisz?

Po­chy­li­łam gło­wę i uśmiech­nę­łam się nie­znacz­nie. Mag­da była do­sko­na­le zo­rien­to­wa­na w mo­jej sy­tu­acji, więc każ­de kłam­stwo trak­to­wa­ła z po­bła­ża­niem.

- Je­stem zmę­czo­na, na­praw­dę nie mam siły.

- Oj, Nin­ka, Nin­ka - Mag­da po­krę­ci­ła z re­zy­gna­cją gło­wą - ży­cie ci ucie­ka.

Znów tyl­ko się uśmiech­nę­łam. Wie­dzia­łam o tym do­sko­na­le. Mia­łam trzy­dzie­ści lat i skrzyp­ce. Cały mój ży­cio­wy do­ro­bek.

- Obie­cu­ję, że na­stęp­nym ra­zem z wami pój­dę. - Pod­nio­słam dwa złą­czo­ne pal­ce.

Mag­da par­sk­nę­ła.

- Do­bra, do­bra, jak zo­ba­czę, to uwie­rzę. Trzy­maj się, wi­dzi­my się ju­tro na pró­bie.

Po­ki­wa­łam tyl­ko gło­wą, za­bra­łam swo­je rze­czy i wy­szłam na ze­wnątrz, na uli­cę Na­ru­to­wi­cza. Spoj­rza­łam na prze­szklo­ny gmach i po­my­śla­łam o hi­sto­rii tego miej­sca. Łódz­ka Fil­har­mo­nia zo­sta­ła zbu­do­wa­na w ty­siąc dzie­więć­set pięt­na­stym roku. Pier­wot­nie kon­cer­ty od­by­wa­ły się przy uli­cy Kon­stan­ty­now­skiej w Te­atrze Wiel­kim oraz w Domu Kon­cer­to­wym Vo­gla przy uli­cy Dziel­nej. Tuż po dru­giej woj­nie świa­to­wej jej sie­dzi­ba zo­sta­ła na sta­łe prze­nie­sio­na w obec­ne miej­sce, któ­re nową for­mę zy­ska­ło w dwa ty­sią­ce czwar­tym roku. Dzię­ki kra­kow­skie­mu ar­chi­tek­to­wi, Ro­mu­al­do­wi Lo­egle­ro­wi, bu­dy­nek cha­rak­te­rem na­wią­zu­je do Sali Kon­cer­to­wej Vo­gla z prze­ło­mu dzie­więt­na­ste­go i dwu­dzie­ste­go wie­ku i choć jego pier­wot­ny wy­gląd zna­łam tyl­ko ze sta­rych fo­to­gra­fii, to od za­wsze wzbu­dzał mój za­chwyt.

Ru­szy­łam w kie­run­ku przy­stan­ku tram­wa­jo­we­go, skąd pla­no­wa­łam do­stać się do domu. Jesz­cze raz obej­rza­łam się za sie­bie, aby spoj­rzeć na bu­dy­nek, kie­dy na­gle usły­sza­łam za sobą ni­ski, mę­ski głos:

- Nino, cze­ka­łem na pa­nią.

Ar­tur

Kobie­ta wy­szła z bu­dyn­ku i skrę­ci­ła w uli­cę pro­wa­dzą­cą do przy­stan­ku tram­wa­jo­we­go. Czyż­by za­po­mnia­ła, że na nią cze­kam? Hmm... Za­wo­ła­łem ją po imie­niu, a wte­dy od­wró­ci­ła się do mnie, prze­stra­szo­na. Uśmiech­ną­łem się, ale czu­łem roz­draż­nie­nie. Nie lu­bi­łem być oszu­ki­wa­ny, na­wet je­śli ro­bi­ła to ład­na pa­nien­ka.

- Och, to pan!

Wy­glą­da­ła na na­praw­dę za­sko­czo­ną, ale nie da­łem się tak ła­two zwieść.

- Spo­dzie­wa­ła się pani ko­goś in­ne­go?

Po­krę­ci­ła gło­wą.

- Nie, ab­so­lut­nie. Prze­pra­szam pana.

- Sa­mo­chód cze­ka, od­wio­zę pa­nią.

Za­wa­ha­ła się tyl­ko przez mo­ment i po­słusz­nie ru­szy­ła do mo­jej tak­sów­ki.

Tra­sę prze­je­cha­li­śmy w ab­so­lut­nej ci­szy. Kie­dy za­par­ko­wa­łem nie­da­le­ko wej­ścia do klat­ki scho­do­wej, otwo­rzy­łem drzwi i wy­sia­dłem ra­zem z nią. Pa­trzy­ła na mnie z prze­stra­chem, ale nie ro­bi­ło to na mnie wra­że­nia. By­łem przy­zwy­cza­jo­ny.

- Chce pan iść ze mną? - Pa­trzy­ła sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, w któ­rych prze­strach mie­szał się z cie­ka­wo­ścią.

- Nie zaj­mę pani dużo cza­su, we­zmę tyl­ko, co do mnie na­le­ży, i zni­kam.

Sta­ła, jak­by ją wmu­ro­wa­no w chod­nik. Lek­ko roz­chy­li­ła usta, więc zer­k­ną­łem na jej peł­ne war­gi. Ład­na była, nie po­wiem. Ale też wy­co­fa­na, a ja nie mia­łem ocho­ty na ro­man­se i za­sta­na­wia­nie się, co sie­dzi w blond gło­wie, choć­by i naj­pięk­niej­szej.

- Idzie­my? - Chwy­ci­łem ją lek­ko za ło­kieć i skie­ro­wa­łem w stro­nę jej miesz­ka­nia.

Nie sta­wia­ła opo­ru, ale wy­raz za­szo­ko­wa­nia nie scho­dził z jej twa­rzy. Pod­pro­wa­dzi­łem ją do klat­ki scho­do­wej, po­cze­ka­łem, aż wbi­je kod otwie­ra­ją­cy drzwi i od­ru­cho­wo za­pa­mię­ta­łem kom­bi­na­cję cyfr. To był na­wyk, któ­ry wy­ro­bi­łem w so­bie już daw­no.

Wje­cha­li­śmy win­dą na szó­ste pię­tro. Sta­ną­łem za nią, kie­dy mo­co­wa­ła się z zam­kiem. Od­cze­ka­łem chwi­lę i po­wie­dzia­łem:

- Po­mo­gę, bo wi­dzę, że coś się za­cię­ło.

Nie chcia­łem dać po so­bie po­znać, że wi­dzę jej zde­ner­wo­wa­nie. By­łem przy­zwy­cza­jo­ny do tego, że róż­ni lu­dzie tak na mnie re­agu­ją. Cza­sem na­wet mnie to ba­wi­ło.

Wzią­łem z jej zim­nych dło­ni pęk klu­czy i po kil­ku pró­bach do­pa­so­wa­nia od­po­wied­nie­go klu­cza do zam­ka otwo­rzy­łem drzwi. Pu­ści­łem ją przo­dem i jed­no­cześ­nie przy­trzy­ma­łem drzwi.

We­szli­śmy do jej miesz­ka­nia. Było małe, żeby nie po­wie­dzieć mi­kro­sko­pij­ne. Je­den po­kój, kuch­nia, przed­po­kój, w któ­rym we dwo­je za­ję­li­śmy całą prze­strzeń, oraz drzwi, któ­re, jak są­dzi­łem, pro­wa­dzi­ły do ła­zien­ki. I było ty­po­wo ko­bie­ce, urzą­dzo­ne w sty­lu, od któ­re­go męż­czyź­nie cierp­nie skó­ra. Słod­ko-pier­dzą­cym.

Nina we­szła do po­ko­ju i roz­glą­da­ła się po po­miesz­cze­niu. By­łem cie­ka­wy, co wy­my­śli, żeby nie za­pła­cić za kurs. Rzad­ko my­li­łem się w oce­nie in­nych lu­dzi, a ona, choć po­zor­nie wy­glą­da­ła nie­win­nie, mia­ła w so­bie coś, co ka­za­ło mi mieć się na bacz­no­ści.

- Pani Nino, czy jest ja­kiś pro­blem? - za­czy­na­łem się nie­cier­pli­wić. Mia­łem jesz­cze dzi­siaj ro­bo­tę, a ro­bi­ło się co­raz póź­niej. Mu­sia­łem się przy­go­to­wać, zmie­nić sa­mo­chód, po­ob­ser­wo­wać oko­li­cę przed wy­ko­na­niem za­da­nia.

- Nie, nie, prze­pra­szam. Nie przy­wy­kłam do cu­dzej obec­no­ści w moim miesz­ka­niu.

Po­de­szła do mnie, ale coś się zmie­ni­ło w jej wy­glą­dzie. Była niż­sza. Zer­k­ną­łem w dół i za­uwa­ży­łem, że zdję­ła buty, któ­re wcze­śniej do­da­wa­ły jej kil­ku cen­ty­me­trów. Mia­ła bose sto­py, z ma­ły­mi, po­ma­lo­wa­ny­mi na de­li­kat­ny róż pa­znok­cia­mi. Przy­glą­da­łem się im tyl­ko o uła­mek se­kun­dy dłu­żej niż po­win­nam, za chwi­lę już spo­glą­da­łem na jej twarz.

Wy­cią­gnę­ła rękę, w któ­rej znaj­do­wa­ły się pie­nią­dze.

- Pro­szę, mam na­dzie­ję, że to wy­star­czy, i jesz­cze raz prze­pra­szam, pew­nie mu­siał pan prze­ze mnie zmie­nić pla­ny na dzi­siej­szy wie­czór. Może... może mogę to panu ja­koś wy­na­gro­dzić? Może chciał­by pan pójść na kon­cert? Chęt­nie po­da­ru­ję panu za­pro­sze­nie dla dwóch osób.

Pa­trzy­łem na nią i chcia­ło mi się śmiać. Na­praw­dę uwa­ża­ła, że mu­zy­ka po­waż­na i kon­cert w fil­har­mo­nii to jest to, o czym ma­rzę?

- My­ślę, że nie pa­su­ję do ta­kie­go miej­sca, ale dzię­ku­ję za pro­po­zy­cję.

Czy tyl­ko mi się wy­da­wa­ło, czy mina jej zrze­dła? Na­iw­ne dziew­cząt­ko, jesz­cze chwi­la i się roz­pła­cze.

- Och, no tak... Prze­pra­szam.

- Czy pani za­wsze za wszyst­ko prze­pra­sza? W cią­gu na­sze­go spo­tka­nia zro­bi­ła to pani czte­ry razy, choć za­mie­ni­li­śmy ze sobą le­d­wie kil­ka zdań.

- Prze­pra­szam.

- Wła­śnie o tym mó­wię - za­śmia­łem się i wzią­łem od niej pie­nią­dze.

Za­czer­wie­ni­ła się i nie ode­zwa­ła, a ja się za­sta­na­wia­łem, skąd się bio­rą tacy wy­co­fa­ni lu­dzie. Prze­cież to nie było nor­mal­ne, żeby tak re­ago­wać.

- W ta­kim ra­zie może ja­koś ina­czej wy­na­gro­dzę panu stra­tę cza­su?

Za­śmia­łem się i spoj­rza­łem na nią spod zmru­żo­nych po­wiek. Chy­ba nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, jak to za­brzmia­ło.

- Nie ma ta­kiej po­trze­by, do­sta­łem wszyst­ko, cze­go chcia­łem. - Prze­łknę­ła śli­nę i za­ru­mie­ni­ła jesz­cze bar­dziej. Boże, ile ona ma lat? Dwa­na­ście? Po­krę­ci­łem gło­wą do wła­snych my­śli i do­da­łem, za­ska­ku­jąc sam sie­bie: - Pro­szę dać mi swo­ją ko­mór­kę, za­pi­szę pani swój nu­mer, gdy­by zno­wu chcia­ła pani się prze­je­chać po mie­ście bez port­fe­la.

Nie do koń­ca wie­dzia­łem, po co to ro­bię. Wła­ści­wie co mnie ob­cho­dzi, czy przez swo­ją nie­uwa­gę wpad­nie w kło­po­ty? Ale sko­ro sam to za­pro­po­no­wa­łem, nie mo­głem te­raz się wy­co­fać. Ona była pew­nie nie mniej zdu­mio­na niż ja, ale po­da­ła mi te­le­fon, gdzie wpi­sa­łem nu­mer oraz swo­je imię.

Wzię­ła ode mnie te­le­fon. Jej pal­ce były lo­do­wa­te, co wy­da­wa­ło mi się za­ska­ku­ją­ce, ale już w na­stęp­nej chwi­li od­su­ną­łem od sie­bie to wra­że­nie.

- Pro­szę się nie krę­po­wać i dzwo­nić, je­śli bę­dzie pani po­trze­bo­wać po­mo­cy. - No, te­raz to już prze­sze­dłem sam sie­bie. Ja? Po­ma­ga­ją­cy in­nym? Ob­cym w do­dat­ku? Krym­ski, sta­rze­jesz się, chło­pie.

Ale za­sta­no­wi­ło mnie jed­no - dla­cze­go tak bez opo­rów po­da­ła mi swój te­le­fon, po­zwo­li­ła, abym wszedł do jej miesz­ka­nia? Prze­cież ni­ko­go in­ne­go tu nie było, a ja je­stem zu­peł­nie ob­cym go­ściem, któ­ry bez tru­du mógł­by zro­bić jej krzyw­dę. Na­wet nie zdą­ży­ła­by pis­nąć.

- Za­wsze tak chęt­nie wpusz­cza pani nie­zna­jo­mych męż­czyzn do miesz­ka­nia? Nie każ­dy musi mieć uczci­we za­mia­ry. Szko­da by było.

Jesz­cze przez chwi­lę przy­glą­da­łem się jej twa­rzy, w któ­rej od­bi­ja­ło się prze­ra­że­nie, po czym od­wró­ci­łem się i wy­sze­dłem, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

Nina

Drzwi za­mknę­ły się za męż­czy­zną, a ja nie po­tra­fi­łam jesz­cze przez dłuż­szą chwi­lę ru­szyć się z miej­sca. Jak­by ktoś od­ciął mi za­si­la­nie. Le­d­wie mo­głam od­dy­chać. Co mnie opę­ta­ło, że po­stą­pi­łam tak nie­roz­waż­nie?! Nie by­łam sobą.

Po­wo­li po­de­szłam do drzwi i po­ło­ży­łam na nich dłoń, chcąc się w ten spo­sób upew­nić, że to wszyst­ko rze­czy­wi­ście się wy­da­rzy­ło. Prze­krę­ci­łam za­mek w drzwiach i opar­łam o nie czo­łem. Do­tknę­łam dło­nią po­licz­ka - był roz­pa­lo­ny.

Jesz­cze raz spraw­dzi­łam, czy na pew­no wszyst­ko po­za­my­ka­łam. Ten fa­cet na­praw­dę mnie prze­stra­szył.

Prze­szłam do ła­zien­ki, zmy­łam ma­ki­jaż i spoj­rza­łam w lu­stro na swo­ją ocie­ka­ją­cą wodą twarz. Co było ze mną nie tak? Stra­ci­łam sa­mo­kon­tro­lę, prze­sta­łam lo­gicz­nie my­śleć i pod­da­łam się sile ob­ce­go męż­czy­zny. Świa­do­mość tego, co mo­gło się stać, przy­tło­czy­ła mnie.

Nie chcia­łam po­now­nie zrzu­cać winy na stres czy tre­mę. Fa­cet miał ra­cję. A co, gdy­by chciał wy­ko­rzy­stać oka­zję? Boże, jaka je­stem na­iw­na!

Ro­ze­bra­łam się i we­szłam pod prysz­nic. Mu­sia­łam wró­cić ja­koś do rów­no­wa­gi, prze­stać się trząść. Ale na­wet let­ni prysz­nic nie był w sta­nie schło­dzić roz­go­rącz­ko­wa­nych my­śli. Jak mo­głam być tak lek­ko­myśl­na? Prze­cież to do mnie nie­po­dob­ne. Całe ży­cie uni­ka­łam kło­po­tów, by­łam ci­chą, spo­koj­ną oso­bą, któ­ra na­wet nie bar­dzo umia­ła się kłó­cić. Za­wsze wo­la­łam zejść ko­muś z dro­gi, niż pro­wo­ko­wać awan­tu­ry. Praw­do­po­dob­nie ko­le­dzy z lat szkol­nych na­wet mnie nie ko­ja­rzy­li, bo w to­wa­rzy­stwie ni­czym się nie wy­róż­nia­łam. I wła­śnie dzi­siaj, w sy­tu­acji, w któ­rej na­tu­ral­nym od­ru­chem po­win­na być ostroż­ność, ja po­sta­no­wi­łam być nie­roz­waż­na.

Za­ło­ży­łam swo­ją uko­cha­ną pi­ża­mę - de­li­kat­ny róż zdo­bio­ny wzo­rem w ró­życz­ki - i za­ko­pa­łam się w po­ście­li, ma­jąc na­dzie­ję, że sen nie­ba­wem przyj­dzie i po­zwo­li ode­tchnąć sko­ło­wa­nej gło­wie.

Po dwóch go­dzi­nach krę­ce­nia się, wie­lo­krot­nych zmian po­zy­cji, po­sa­py­wa­nia i za­ci­ska­nia po­wiek, pod­da­łam się. Z wście­kło­ści ude­rzy­łam dłoń­mi w koł­drę, od­rzu­ci­łam ją i wy­sko­czy­łam z łóż­ka. Wpad­łam do kuch­ni, szarp­nę­łam za drzwicz­ki szaf­ki, któ­ra tyl­ko cu­dem zo­sta­ła na swo­im miej­scu, wy­ję­łam to­reb­kę me­li­sy i wsta­wi­łam wodę do za­go­to­wa­nia. Ob­ję­łam się ra­mio­na­mi i stu­ka­łam bosą sto­pą o płyt­ki pod­ło­go­we, co mia­ło mnie uspo­ko­ić, a po­wo­do­wa­ło jesz­cze więk­sze znie­cier­pli­wie­nie.

Za­la­łam to­reb­kę ziół wrząt­kiem i cze­ka­łam, aż się za­pa­rzy. Mu­sia­łam po­sło­dzić na­par, bo nie by­łam w sta­nie znieść gorz­kie­go sma­ku, a bar­dzo chcia­łam prze­spać choć dwie go­dzi­ny. Do­cho­dzi­ła trze­cia nad ra­nem i zo­sta­ło mi na­praw­dę nie­wie­le cza­su.

Usia­dłam na łóż­ku z kub­kiem ziół w ręku i po­wo­li są­czy­łam na­pój. Nie wie­dzia­łam, dla­cze­go je­stem tak zde­ner­wo­wa­na - czy to przez fakt, że wpu­ści­łam do swo­jej en­kla­wy ob­ce­go męż­czy­znę, czy był to jesz­cze efekt stre­su po­kon­cer­to­we­go. Mia­łam wra­że­nie, że wszyst­ko po tro­chu przy­czy­ni­ło się do mo­je­go sa­mo­po­czu­cia i bez­sen­nych go­dzin.

Wy­pi­łam na­par do koń­ca i wy­łą­czy­łam lamp­kę noc­ną, li­cząc, że tym ra­zem za­snę. Za­kry­łam się koł­drą po same uszy, nie­mal od­ci­na­jąc do­pływ tle­nu, ale to było jesz­cze gor­sze, więc od­rzu­ci­łam koł­drę i le­ża­łam, wpa­tru­jąc się w su­fit. Za­czę­łam po­wta­rzać w my­ślach nuty skła­da­ją­ce się na Me­dy­ta­cje z ope­ry Tha?s Ju­les'a Mas­se­ne­ta. Ckli­we brzmie­nie skrzy­piec zna­łam na pa­mięć, sły­sza­łam je, choć in­stru­ment był scho­wa­ny w fu­te­ra­le. Dla­cze­go aku­rat ten utwór za­jął moje myś­li? Nie był moim ulu­bio­nym, choć po­tra­fił wzru­szyć pu­blicz­ność. Opo­wia­dał o nie­szczę­śli­wym uczu­ciu i na­wró­ce­niu na chrze­ści­jań­stwo, a ja ani nie do­świad­czy­łam mi­ło­ści, ani nie od­na­la­złam dro­gi do re­li­gii, ja­kiej­kol­wiek. Me­dy­ta­cje mo­gły jed­nak wzbu­dzać roz­czu­le­nie, a w tej chwi­li rzew­ne in­ter­mez­zo bar­dzo pa­so­wa­ło do mo­je­go na­stro­ju.

Mi­nę­ła ko­lej­na go­dzi­na, a sen na­dal mnie omi­jał. Czu­łam po­twor­ne zmę­cze­nie oraz pia­sek pod po­wie­ka­mi. Za­czy­na­ła mnie bo­leć gło­wa, więc pod­nio­słam się z ocią­ga­niem i wy­ci­snę­łam na dłoń ta­blet­kę. Rzad­ko się­ga­łam po leki, nie by­łam zwo­len­nicz­ką ta­kie­go ra­dze­nia so­bie z bó­lem, ale te­raz czu­łam, że sam nie przej­dzie.

Nie było już sen­su kłaść się do łóż­ka, i tak bym nie za­snę­ła, więc wzię­łam orzeź­wia­ją­cy prysz­nic. Naj­chęt­niej się­gnę­ła­bym po skrzyp­ce i po­ćwi­czy­ła, ale miesz­ka­łam w wie­żow­cu, gdzie dźwięk niósł się dwa pię­tra w górę i w dół, więc moje gra­nie było bar­dzo źle wi­dzia­ne przez są­sia­dów. Wie­lo­krot­nie skła­da­no mi wi­zy­ty, nie za­wsze miłe, i zmu­sza­no do za­prze­sta­nia prób. Co było ro­bić? Więk­szość cza­su spę­dza­łam poza do­mem, bo nie mog­łam do­pu­ścić do za­nie­dba­nia ćwi­czeń.

Wzię­łam książ­kę, któ­rą ak­tu­al­nie czy­ta­łam - 4 3 2 1 Pau­la Au­ste­ra. Opa­słe to­mi­sko po­chła­nia­ło mnie, kie­dy tyl­ko zna­la­złam na nie wol­ną chwi­lę. Dzi­siaj jed­nak nie mo­głam się sku­pić na lek­tu­rze. Wzrok prze­śli­zgi­wał się po stro­nie, ale nie ro­zu­mia­łam, o czym czy­tam. Zre­zy­gno­wa­na, za­mknę­łam książ­kę.

Mój wzrok padł na te­le­fon le­żą­cy na sto­li­ku noc­nym. Coś mnie do nie­go cią­gnę­ło, a jed­no­cze­śnie od nie­go od­py­cha­ło. Za­gry­złam war­gę i po­wo­li wy­cią­gnę­łam rękę w jego kie­run­ku. Wte­dy po­my­śla­łam, że za­cho­wu­ję się in­fan­tyl­nie i po pro­stu się­gnę­łam po ko­mór­kę.

Przej­rza­łam por­ta­le spo­łecz­no­ścio­we. Uśmiech­nię­te lub nie twa­rze dzie­ci mo­ich zna­jo­mych, oni sami chwa­lą­cy się wa­ka­cja­mi w eg­zo­tycz­nych kra­jach, al­ko­ho­lem wy­pi­ja­nym hek­to­li­tra­mi, no­wym sa­mo­cho­dem, bu­ta­mi, to­reb­ka­mi. Ży­cie w wir­tu­al­nej prze­strze­ni i w re­alu to­czy­ło się w kon­sump­cyj­nym pę­dzie. Mia­łam chwi­la­mi wra­że­nie, jak­bym była z in­nej epo­ki, nie­przy­sta­ją­ca do ogó­łu.

Wina le­ża­ła czę­ścio­wo po stro­nie wy­cho­wa­nia. Mat­ka była star­sza niż mamy mo­ich ko­le­ża­nek z kla­sy, mia­ła wy­so­kie aspi­ra­cje, któ­rych jej sa­mej nie uda­ło się zre­ali­zo­wać, więc prze­nio­sła je na mnie. Zresz­tą gra­nie mu­zy­ki po­waż­nej nie sprzy­ja­ło roz­ryw­ko­we­mu ży­ciu.

Ow­szem, ko­le­żan­ki czy ko­le­dzy z ze­spo­łu wy­jeż­dża­li na wa­ka­cje, ale było nas stać ra­czej na Pcim Dol­ny niż Ha­wa­je. Poza tym my, mu­zy­cy, tyle cza­su spę­dza­my na pró­bach, ćwi­cze­niach i nie­koń­czą­cym się szko­le­niu warsz­ta­tu, że nie­wie­le go zo­sta­je na roz­ryw­ki.

Czy na­rze­ka­łam? Nie, dzi­siaj już nie, ale po­cząt­ki były bar­dzo trud­ne. Kosz­to­wa­ły mnie wie­le łez i zło­ści, któ­rą wy­ła­do­wy­wa­łam na wszyst­kim, co było w za­się­gu wzro­ku. Dzi­siaj już nie ża­ło­wa­łam, że nie mam in­ne­go ży­cia, wy­star­cza­ły mi skrzyp­ce. Te­raz jed­nak gdzieś w głę­bi mnie coś drgnę­ło, jak le­d­wo po­ru­szo­na stru­na, wy­wo­łu­jąc dy­so­nans w emo­cjach.

Wy­szłam z apli­ka­cji Fa­ce­bo­oka i za­czę­łam prze­glą­dać kon­tak­ty. Na­tra­fi­łam na ten, któ­re­go szu­ka­łam. Ar­tur. Miał na imię Ar­tur i na­praw­dę dał mi swój nu­mer te­le­fo­nu. Po­czu­łam, że znów się ru­mie­nię.

Pa­mię­ta­łam za­dzi­wia­ją­co dużo szcze­gó­łów. Wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny - czu­łam się przy nim mi­nia­tu­ro­wa. Ciem­na kar­na­cja, ciem­ne wło­sy i ja­sne, zie­lo­ne oczy, za­ska­ku­ją­co nie­pa­su­ją­ce do resz­ty. Ale i mój ko­lor oczu od­bie­gał od sło­wiań­skie­go wzor­ca, bo sko­ro by­łam blon­dyn­ką, po­win­nam mieć ja­sne tę­czów­ki, a moje były bar­dzo ciem­ne.

Na chwi­lę za­trzy­ma­łam wspo­mnie­nie jego uśmie­chu. Był inny, łą­czył w so­bie kpi­nę oraz po­błaż­li­wość i nie miał nic wspól­ne­go z ra­do­ścią. Nie­po­ko­ją­cy, ale jed­no­cze­śnie nie­po­zwa­la­ją­cy o so­bie za­po­mnieć. Za­mknę­łam oczy i jesz­cze raz przy­wo­ła­łam ob­raz męż­czy­zny. Swo­ją po­stu­rą przy­tła­czał, ni­kłam przy nim, choć to nie lęk przy nim od­czu­wa­łam. Nie, jego się nie ba­łam i czu­łam pod­świa­do­mie, że nie zro­bił­by mi krzyw­dy. Skąd to wie­dzia­łam?

Otwo­rzy­łam oczy. Świ­ta­ło, pta­ki da­wa­ły swój pierw­szy, po­ran­ny kon­cert. Zja­dłam lek­kie śnia­da­nie i prze­bra­łam się w co­dzien­ny strój do pra­cy, na któ­ry skła­da­ły się je­an­sy, ko­szul­ka z krót­kim rę­ka­wem, ma­ry­nar­ka oraz ba­le­ri­ny.

Mój styl okre­śli­ła­bym jako za­cho­waw­czy, bez­piecz­ny. Zresz­tą jako mu­zyk kla­sycz­ny, skrzy­pacz­ka łódz­kiej fil­har­mo­nii, nie mo­głam so­bie po­zwo­lić na żad­ną eks­tra­wa­gan­cję. Na pró­by wy­bie­ra­łam stro­je wy­god­ne, nie­krę­pu­ją­ce ru­chów, a na kon­cer­ty czar­ne, pro­ste, po­zba­wio­ne wy­ra­zu su­kien­ki. Nie prze­pa­da­łam za nimi, ale nie mo­głam tego zmie­nić. To był nasz dress code i nie było od nie­go żad­ne­go od­stęp­stwa. Kie­dy więc otwie­ra­łam sza­fę, wi­dzia­łam naj­pierw rząd jed­na­ko­wych czar­nych, dłu­gich su­kie­nek, kil­ka czar­nych ma­ry­na­rek, a na pół­kach zwy­kłe, jed­no­barw­ne ko­szul­ki i nie­śmier­tel­ne je­an­sy. Zu­peł­nie nie wy­róż­nia­łam się z tłu­mu, bez­piecz­nie zle­wa­łam z tłem.

Ar­tur

Sie­dzia­łem w sa­mo­cho­dzie i ob­ser­wo­wa­łem oko­li­cę. Po­je­dyn­cze la­tar­nie rzu­ca­ły żół­ta­wą po­świa­tę na uli­cę, przy któ­rej sta­ły sa­mo­cho­dy. Mnie in­te­re­so­wał tyl­ko je­den. Aston Mar­tin Ra­pi­de S. Bor­do­wy me­ta­licz­ny la­kier na­wet w nocy wy­glą­dał luk­su­so­wo. Po­jazd za­par­ko­wa­ny był na po­se­sji dom­ku jed­no­ro­dzin­ne­go, na osie­dlu wy­bu­do­wa­nym w la­tach sześć­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku. Dom był od­no­wio­ny, prze­stron­ny, oto­czo­ny za­dba­nym ogro­dem ze sta­ry­mi drze­wa­mi.

Dzi­wi­łem się, że nie za­mknę­li sa­mo­cho­du w ga­ra­żu. Ja bym tak zro­bił, ale by­łem bar­dziej świa­do­my nie­bez­pie­czeń­stwa. Ja by­łem nie­bez­pie­czeń­stwem.

Oko­li­ca ni­czym się nie wy­róż­nia­ła. Chod­nik wraz z uli­cą wy­ma­ga­ły na­pra­wy, część do­mów zy­ska­ła dru­gie ży­cie za spra­wą prze­pro­wa­dzo­nych re­mon­tów, ale po­zo­sta­łe stra­szy­ły prze­chod­niów od­pa­da­ją­cym tyn­kiem czy za­ro­śnię­tym ogro­dem.

Za­sta­no­wi­ło mnie, dla­cze­go czło­wiek, któ­re­go stać na tak luk­su­so­wy sa­mo­chód, miesz­ka w sta­rym domu, ale lu­dzie mają róż­ne dzi­wac­twa i nie moja spra­wa, jak żyją. In­te­re­so­wa­li mnie tyl­ko przez chwi­lę, do cza­su, kie­dy za­bie­ra­łem im to, na co mia­łem zle­ce­nie. Po­tem zni­ka­li z mo­je­go ży­cia, a ja z ich, choć oni nie byli świa­do­mi mo­jej obec­no­ści.

Wy­pi­łem pusz­kę na­po­ju ener­ge­tycz­ne­go. Mu­sia­łem za­cho­wać czuj­ność, a zbli­ża­ła się trze­cia w nocy, naj­gor­sza pora dla or­ga­ni­zmu. Wstrzą­snął mną dreszcz, za­czy­na­ło mi być zim­no. Naj­chęt­niej wy­pił­bym go­rą­cą kawę, ale nie mo­głem się stąd ru­szyć do cza­su, aż bor­do­we cac­ko nie wy­je­dzie w swo­ją co­dzien­ną po­dróż.

Wzią­łem do ręki te­le­fon i wsze­dłem na Fa­ce­bo­oka. Nie in­sta­lo­wa­łem apli­ka­cji, bo wie­dzia­łem, że każ­do­ra­zo­we lo­go­wa­nie się bez ha­sła jest zbyt ry­zy­kow­ne. Wo­la­łem ro­bić to tra­dy­cyj­nie, przez prze­glą­dar­kę.

Prze­glą­da­łem naj­now­sze zdję­cia i po­sty zna­jo­mych bez więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia. Może i mie­li barw­ne ży­cie, ale mnie nie po­cią­ga­ły za­gra­nicz­ne wo­ja­że, choć było mnie na nie stać.

Lu­bi­łem ad­re­na­li­nę, na­pię­cie, kie­dy mo­głem w każ­dej chwi­li zo­stać zła­pa­ny. Tych emo­cji nie dało się po­rów­nać z ni­czym. Opa­no­wa­nie, a jed­no­cze­śnie ogrom­ne pod­nie­ce­nie, dwa prze­ciw­staw­ne do­zna­nia, któ­re w jed­nej chwi­li mnie do­pa­da­ły i opla­ta­ły swo­ją sie­cią.

Lata prak­ty­ki w ukry­wa­niu praw­dzi­wych emo­cji spra­wi­ły, że trud­no było się do­my­ślić, co się dzie­je we­wnątrz mnie. Nie mia­łem po­trze­by in­for­mo­wać ca­łe­go świa­ta o tym, czym się ak­tu­al­nie zaj­mu­ję, zresz­tą im mniej się rzu­ca­łem w oczy, tym by­łem bez­piecz­niej­szy.

Wie­dzio­ny im­pul­sem wpi­sa­łem w fa­ce­bo­oko­wą wy­szu­ki­war­kę imię i na­zwi­sko tej prze­stra­szo­nej ko­bie­ty. Nina Wol­ska. Prze­su­wa­łem po­wo­li pal­cem po ekra­nie, wpa­tru­jąc się w zdję­cia za­miesz­czo­ne przy na­zwi­sku. Po­zna­łem ją od razu. Wy­so­ko upię­te blond wło­sy, po­je­dyn­cze pa­sma oka­la­ją­ce ład­ną, choć nie pięk­ną twarz. Uwa­gę przy­ku­wa­ły jej oczy - ciem­ne, przy­po­mi­na­ją­ce miód gry­cza­ny.

Za­śmia­łem się. Praw­dzi­wy ze mnie po­eta, cho­le­ra ja­sna. Po­więk­szy­łem zdję­cie ko­bie­ty i te­raz pa­trzy­ła na mnie z ekra­nu te­le­fo­nu. Mia­ła po­god­ny wy­raz twa­rzy, zu­peł­nie inny, niż ja mia­łem oka­zję po­znać.

Przej­rza­łem jej ga­le­rię zdjęć, ale nic cie­ka­we­go w niej nie zna­la­złem, zresz­tą sam nie bar­dzo wie­dzia­łem, cze­go szu­kam. Ostat­ni post udo­stęp­ni­ła nie­mal rok temu, ja­kieś zdję­cie przed bu­dyn­kiem Te­atru Wiel­kie­go w War­sza­wie. Oczy­wi­ście w rę­kach ści­ska­ła swo­je skrzyp­ce. Wy­glą­da­ła jak mała dziew­czyn­ka, któ­ra wła­śnie do­sta­ła ulu­bio­ne­go li­za­ka i po­li­za­ła go po raz pierw­szy.

Im dłu­żej się jej przy­glą­da­łem, tym dziw­niej się czu­łem. Po­trzą­sną­łem gło­wą i za­blo­ko­wa­łem ekran te­le­fo­nu. To nie było w moim sty­lu. Nie mia­łem cza­su zaj­mo­wać się bzdur­ny­mi emo­cja­mi, któ­re za­czę­ły we mnie kieł­ko­wać. Może i jej nie­po­rad­ność wzbu­dza­ła in­stynk­ty opie­kuń­cze, ale z pew­no­ścią to nie ja będę się nią zaj­mo­wał. W moim świe­cie nie było miej­sca na ro­man­tycz­ne unie­sie­nia. Prze­wa­ża­ły w nim brud, ciem­ne in­te­re­sy, po­ra­chun­ki i zło w każ­dej moż­li­wej po­sta­ci.

Zer­k­ną­łem na bor­do­we cudo, po czym od­blo­ko­wa­łem ekran i spoj­rza­łem jesz­cze raz na zdję­cie Niny. Nie są­dzi­łem, że się do mnie ode­zwie - to nie był typ ko­bie­ty, któ­ra wy­dzwa­nia­ła­by do ob­cych męż­czyzn. Zresz­tą na­wet nie­spe­cjal­nie mi na tym za­le­ża­ło, z ta­ki­mi za­hu­ka­ny­mi był za­wsze kło­pot. Za­ko­chi­wa­ły się, bie­dac­twa, i nie da­wa­ły mi spo­ko­ju, a ja nie mo­głem so­bie po­zwo­lić na stra­ce­nie z oczu celu. On mnie pchał do przo­du, za­pew­niał mi siłę i na­dzie­ję, że w przy­ro­dzie nic nie gi­nie, a win­ni za­wsze po­no­szą karę.

Nina

Nie­dziel­ny obiad u mamy ni­g­dy nie przy­no­sił roz­luź­nie­nia. Nie przy­po­mi­nał spo­tkań, o któ­rych czy­ta­łam w książ­kach i sły­sza­łam od zna­jo­mych. W moim domu ro­dzin­nym było zim­no... i nie mam na my­śli tem­pe­ra­tu­ry po­wie­trza.

Moja mama była star­szą oso­bą, dużo star­szą niż mat­ki mo­ich ró­wie­śni­czek. Uro­dzi­ła mnie, ma­jąc po­nad czter­dzie­ści lat, oj­ciec miał wów­czas pięć­dzie­siąt pięć i ta cią­ża była ostat­nią szan­są na to, aby zo­sta­li ro­dzi­ca­mi.

Od nie­mal sa­me­go po­cząt­ku, gdy tyl­ko za­czę­łam co­kol­wiek ro­zu­mieć, wpa­ja­no mi, że mu­zy­ka jest moim po­wo­ła­niem. Nie­raz za­sta­na­wia­łam się, co by się sta­ło, gdy­bym oka­za­ła się głu­cha jak pień. Na ich szczę­ście mój słuch był do­sko­na­ły, prze­szłam po­zy­tyw­nie eg­za­mi­ny do szko­ły mu­zycz­nej i jed­no­cze­śnie wy­zna­czo­no mi dro­gę, któ­rą już za­wsze mia­łam po­dą­żać.

Nie by­łam w sta­nie so­bie przy­po­mnieć, jak wy­glą­da­ło moje ży­cie sprzed skrzy­piec. Nie po­tra­fi­łam so­bie rów­nież wy­obra­zić, jak by to było, gdy­bym nie gra­ła. Kim bym się sta­ła? Prze­ko­ny­wa­łam się, że nie mam in­nych za­in­te­re­so­wań, i zu­peł­nie nie wie­dzia­łam, co in­ne­go mo­gła­bym ro­bić w ży­ciu.

Przez całą moją edu­ka­cję to wła­śnie moja mama naj­wię­cej ocze­ki­wa­ła i naj­bar­dziej kry­ty­ko­wa­ła. Była skrzy­pacz­ką, któ­rej nie uda­ło się osią­gnąć suk­ce­su. Dość wcze­śnie na­ba­wi­ła się kon­tu­zji, któ­ra wy­eli­mi­no­wa­ła ją z dro­gi, któ­rą ob­ra­ła.

Kie­dy sta­nę­ła pod ścia­ną i oka­za­ło się, że wszyst­kie jej ma­rze­nia i na­dzie­je w jed­nej chwi­li umar­ły, po­sta­no­wi­ła, że po­świę­ci się edu­ka­cji przy­szłych skrzyp­ków, a je­śli kie­dy­kol­wiek zo­sta­nie mat­ką, jej dziec­ko pój­dzie do­kład­nie tą dro­gą, któ­rą ona po­dą­ża­ła, a któ­ra skoń­czy­ła się szyb­ciej, niż ocze­ki­wa­ła.

I w ten spo­sób już w ło­nie mat­ki mia­łam za­pla­no­wa­ną przy­szłość, nie­py­ta­na o to, czy sama do­ko­na­ła­bym ta­kie­go wy­bo­ru. Z bie­giem cza­su in­stru­ment sta­wał się moim po­wier­ni­kiem i ka­tem, moją mi­ło­ścią i prze­kleń­stwem.

Dzi­siaj nie było ina­czej. We­szłam do miesz­ka­nia mat­ki i jak za każ­dym ra­zem po­czu­łam, jak­bym prze­no­si­ła się w cza­sie. Znaj­do­wa­ło się ono w sta­rej ka­mie­ni­cy i było urzą­dzo­ne w przed­wo­jen­nym sty­lu: ciem­na ko­lo­ry­sty­ka, drew­nia­ny par­kiet, któ­ry skrzy­piał przy każ­dym kro­ku. Kie­dy by­łam dziec­kiem, lu­bi­łam prze­ska­ki­wać trzesz­czą­ce de­ski, a na­stęp­nie sta­wa­łam tyl­ko na tych, któ­re wy­da­wa­ły dźwię­ki, co nie­zmien­nie de­ner­wo­wa­ło moją mat­kę. W po­ko­jach le­ża­ły dy­wa­ny, któ­re już daw­no po­win­ny być wy­mie­nio­ne na nowe, oraz sta­ły za­byt­ko­we, cięż­kie me­ble. Mat­ka ko­rzy­sta­ła z jed­ne­go po­ko­ju, dwa po­zo­sta­łe tyl­ko zbie­ra­ły kurz. Kie­dyś za­pro­po­no­wa­łam, aby za­mie­ni­ła to miesz­ka­nie na ka­wa­ler­kę w blo­ku, ale nie chcia­ła o tym sły­szeć. Twier­dzi­ła, że ma ono du­szę i tyl­ko tu jest w sta­nie żyć god­nie. Rów­nież tu­taj, mó­wi­ła, żywa jest pa­mięć o moim ojcu, któ­ry zmarł kil­ka­na­ście lat temu.

Kie­dy by­łam na­sto­lat­ką, bar­dzo rzad­ko za­pra­sza­łam ko­go­kol­wiek do domu. Po­mi­jam już per­ma­nent­ny brak cza­su, ale zwy­czaj­nie wsty­dzi­łam się wa­run­ków, w ja­kich miesz­ka­li­śmy. Nie, to nie było miej­sce za­nie­dba­ne ani bied­ne, ale mia­łam wra­że­nie, że przez styl, jaki w nim do­mi­no­wał, śmier­dzia­ło przy­sło­wio­wą naf­ta­li­ną. Moje ko­le­żan­ki miesz­ka­ły bar­dziej no­wo­cze­śnie, ich ro­dzi­ce wy­da­wa­li mi się tacy nor­mal­ni, a u mnie od za­wsze było dziw­nie, jak­by smut­no.

Miesz­ka­nie na­le­ża­ło do ro­dzi­ny od po­ko­leń, wcześ­niej zaj­mo­wa­ła je moja bab­cia i wszyst­ko, co się w nim znaj­do­wa­ło, było kie­dyś jej wła­sno­ścią. Ow­szem, me­ble mia­ły swój urok, ale dla mnie w tam­tym okre­sie były ohyd­ne - do­ce­nie­nie ich za­ję­ło mi wię­cej cza­su.

Kil­ku­krot­nie po­dej­mo­wa­łam pró­by roz­mo­wy z mamą na te­mat zmia­ny wy­stro­ju na­sze­go miesz­ka­nia, ale za każ­dym ra­zem sły­sza­łam, że po pierw­sze to są ro­dzin­ne pa­miąt­ki, a po dru­gie czę­ste zmia­ny, we­dług mo­jej mat­ki, były ozna­ką nie­sta­bil­no­ści cha­rak­te­ru oraz do­me­ną lu­dzi nie­zde­cy­do­wa­nych, a prze­cież my mamy w ży­ciu ja­sny cel, do któ­re­go dą­ży­my, praw­da? Za­tem ja­kie­kol­wiek re­mon­ty nie wcho­dzi­ły w grę. Tego ar­gu­men­tu nie po­tra­fi­łam pod­wa­żyć, więc z cza­sem prze­sta­łam na­ga­by­wać, a kie­dy prze­pro­wa­dzi­łam się do swo­je­go miesz­ka­nia, od razu urzą­dzi­łam je tak, jak za­wsze ma­rzy­łam. Może i było zbyt cu­kier­ko­we, zbyt pstro­ka­te, ale po la­tach spę­dzo­nych w ciem­nych po­miesz­cze­niach na samą myśl o smut­nych ko­lo­rach do­sta­wa­łam dresz­czy.

Moja mat­ka była jak to miesz­ka­nie - sta­ra, nie­dzi­siej­sza, ze­wnętrz­nie i we­wnętrz­nie za­to­pio­na w prze­szło­ści, hoł­du­ją­ca tra­dy­cji i zu­peł­nie nie­pa­su­ją­ca do zmie­nia­ją­ce­go się świa­ta. Cza­sem mia­łam wra­że­nie, że je­stem jej lu­strza­nym od­bi­ciem, choć bar­dzo się przed tym bro­ni­łam.

Wspię­łam się po scho­dach na pierw­sze pię­tro i za­dzwo­ni­łam do drzwi. Mia­łam klu­cze, ale nie chcia­łam z nich ko­rzy­stać. Nie czu­łam się tu już u sie­bie i mia­łam wra­że­nie, że wtar­gnę­ła­bym nie­pro­szo­na, wo­la­łam więc za­cho­wać dy­stans.

Przez drzwi nie było nic sły­chać, ale po chwi­li otwo­rzy­ły się i uka­za­ła się w nich moja mat­ka. Była jak zwy­kle od­święt­nie ubra­na, z fry­zu­rą, któ­rej na­wet naj­sil­niej­szy wiatr nie dał­by rady, oraz nie­na­gan­nym ma­ki­ja­żem na sta­rze­ją­cej się twa­rzy. Trzy­ma­ła się pro­sto, jak każ­dy za­wo­do­wy skrzy­pek, z wy­so­ko unie­sio­ną gło­wą i lo­dem w oczach. Zmro­zi­ła mnie spoj­rze­niem, bo zno­wu nie pa­so­wa­łam do jej wy­obra­że­nia o mnie.

Moje wło­sy jak zwy­kle żyły wła­snym ży­ciem, zbyt syp­kie, aby je ujarz­mić, a i mój ma­ki­jaż był naj­bar­dziej oszczęd­ny, jak to tyl­ko moż­li­we. Czar­na, pro­sta su­kien­ka, jed­na z tych, któ­rych mia­łam w nad­mia­rze, do­peł­nia­ła nud­nej ca­ło­ści.

We­szłam do miesz­ka­nia i na­chy­li­łam się, aby uca­ło­wać mamę w po­li­czek, ona je­dy­nie mu­snę­ła po­wie­trze obok mnie.

- Li­twiń­scy już cze­ka­ją, po­win­naś być przed nimi.

To było jej po­wi­ta­nie i mu­sia­ło mi wy­star­czyć. Po­wie­si­łam ma­ry­nar­kę w przed­po­ko­ju i prze­szłam do sa­lo­nu.

Po­mi­mo po­łu­dnio­wej pory i peł­ne­go słoń­ca, za spra­wą ciem­nych ścian i me­bli w po­ko­ju było dość po­nu­ro. Przy­wi­ta­łam się z go­ść­mi i usia­dłam na swo­im miej­scu. Tak, na­wet ono od lat było nie­zmien­ne.

- Nin­ka, do­brze cię wi­dzieć. - Pani Bo­że­na uścis­nęła moje ra­mię. - Jak kon­cert? Mam na­dzie­ję, że pu­blicz­ność do­pi­sa­ła.

- Tak, była peł­na sala, do tego żywo re­agu­ją­ca na mu­zy­kę. Wy­szło na­praw­dę do­sko­na­le.

- Jak to do­brze, że są jesz­cze lu­dzie, któ­rzy do­ce­nia­ją mu­zy­kę po­waż­ną! - Pani Li­twiń­ska zło­ży­ła dło­nie jak do mo­dli­twy.

- Moja miła - wtrą­cił pan Hen­ryk - do­ce­nia­ją, do­ce­nia­ją, a jak­że! Wię­cej wia­ry w lu­dzi!

- Stra­ci­łam ją, kie­dy zo­ba­czy­łam wy­ni­ki ostat­nich wy­bo­rów do sej­mu i se­na­tu. Gdzie ci lu­dzie mają gło­wy, żeby wy­brać tak kon­ser­wa­tyw­ną par­tię? Bę­dzie źle się dzia­ło, wspo­mni­cie jesz­cze moje sło­wa.

- Nie kracz, nie kracz. Może nie bę­dzie wca­le tak źle? Sko­ro na­ród wy­brał, to może wła­śnie to mu jest po­trzeb­ne? - Nie­ga­sną­cy opty­mizm pana Hen­ry­ka był dla mnie czymś nie­po­ję­tym, za­zdro­ści­łam mu ta­kie­go po­dej­ścia do ży­cia.

- Ko­cha­ni - po­wie­dzia­ła moja mat­ka, wcho­dząc do po­ko­ju i nio­sąc wazę z zupą - pro­szę, zo­staw­my spra­wy po­li­tycz­ne w spo­ko­ju, przy nie­dziel­nym obie­dzie le­piej o nich nie wspo­mi­nać. Bo­żen­ko, po­pro­szę twój ta­lerz.

- Da­nu­siu, ro­so­łek pal­ce li­zać, jak u mo­jej świę­tej pa­mię­ci bab­ci - po­wie­dział z kur­tu­azją pan Hen­ryk.

- Co ty mo­żesz pa­mię­tać sprzed woj­ny ro­syj­sko-ja­poń­skiej - za­kpi­ła pani Bo­że­na.

W ta­kim to­nie prze­bie­ga­ły ich roz­mo­wy, wśród zna­jo­mych mat­ki byli mo­imi fa­wo­ry­ta­mi.

Tra­dy­cyj­ny ro­sół z ma­ka­ro­nem ob­sy­pa­ny na­tką pie­trusz­ki, ro­la­da mię­sna, ziem­nia­ki oraz su­rów­ka z ki­szo­nej ka­pu­sty z mar­chew­ką. Mia­łam cza­sem wra­że­nie, że jak jesz­cze raz zjem po­dob­ny ze­staw, to zwy­mio­tu­ję. Wszyst­ko bu­dzi­ło moje obrzy­dze­nie, bo ile moż­na jeść to samo? Ale co nie­dzie­la prze­ły­ka­łam go­rą­cą zupę, zja­da­łam kwa­śną su­rów­kę, prze­gry­za­jąc ro­la­dą, któ­rej smak był do­kład­nie taki, jak ty­dzień, mie­siąc i dzie­sięć lat temu.

De­se­rem za­wsze zaj­mo­wa­li się za­pro­sze­ni go­ście, ale cia­sta kup­ne były źle wi­dzia­ne przez moją mat­kę. Je­śli cia­sto mia­ło sma­ko­wać, mu­sia­ło być do­mo­wej ro­bo­ty. I tym ra­zem mama ocze­ki­wa­ła, że przy­nio­sę włas­ny wy­piek, co z góry było ska­za­ne na nie­po­wo­dze­nie. Mimo wy­sił­ku, jaki wkła­da­łam w pie­cze­nie, na­wet cia­sta z pu­de­łek, któ­re nie mia­ły pra­wa się nie udać, mnie nie wy­cho­dzi­ły. Wi­docz­nie nie moż­na być do­brym we wszyst­kim i by­łam z tym po­go­dzo­na. Moja mat­ka zde­cy­do­wa­nie nie.

Mat­ka grze­ba­ła osten­ta­cyj­nie srebr­nym wi­del­czy­kiem w cie­ście, a jej mina mo­gła przy­pra­wić o nie­straw­ność.

- Ilość prosz­ku do pie­cze­nia w tym cie­ście wy­star­czy­ła­by do upie­cze­nia ko­lej­nych trzech.

- Oj tak, to zu­peł­nie inny ro­dzaj cia­sta, jed­nak co do­mo­we, to do­mo­we - przy­tak­nął gor­li­wie pan Hen­ryk, czym jed­no­cze­śnie upew­nił moją mat­kę w jej zda­niu.

- Do­brze, że mam zdro­we zęby, bo ina­czej mo­gły­by się uszko­dzić - mama nie usta­wa­ła w kry­ty­ce.

- Mamo, daj już spo­kój, pro­szę. Zro­zu­mia­łam swój błąd. Jak pana bio­dro, pa­nie Hen­ry­ku? - Sta­ra­łam się za­ła­go­dzić sy­tu­ację, zmie­nić te­mat, ale mat­ka była nie­ugię­ta.

- I ten smak, nie­przy­po­mi­na­ją­cy cia­sta... Wła­ści­wie to nie przy­po­mi­na ni­cze­go, co mo­gło­by ucho­dzić za ja­ki­kol­wiek wy­piek.

Cia­sto do­słow­nie ro­sło mi w ustach. Mia­łam już ser­decz­nie do­syć zrzę­dze­nia mat­ki. Wo­la­łam w tej chwi­li za­jąć się grą na skrzyp­cach, choć nie mia­łam na to dzi­siaj w ogó­le ocho­ty - chcia­łam je­den dzień spę­dzić bez mu­zy­ki wy­do­by­wa­ją­cej się spod mo­ich pal­ców. Wes­tchnę­łam i po­sta­no­wi­łam, że za­gram par­tię pierw­szych skrzy­piec z kon­cer­tu skrzyp­co­we­go Brahm­sa D-dur opus sie­dem­dzie­sią­te siód­me od mo­men­tu, kie­dy al­le­gro non trop­po prze­cho­dzi w ada­gio.

Po mniej wię­cej dwu­dzie­stu mi­nu­tach, kie­dy wy­brzmia­ła ostat­nia nuta, odło­ży­łam skrzyp­ce i usia­dłam, nie­by­wa­le zmę­czo­na, choć utwór nie na­le­żał do skom­pli­ko­wa­nych ani dy­na­micz­nych. By­łam dzi­siaj wy­jąt­ko­wo roz­stro­jo­na, jak skrzyp­ce, na któ­re za­ło­żo­no nowy kom­plet strun. Naj­chęt­niej wró­ci­ła­bym do domu i za­ko­pa­ła się pod koł­drą. Za­czę­łam na­wet ob­my­ślać, ja­kie­go ar­gu­men­tu użyć, aby wyjść wcze­śniej, ale na­gle wszyst­ko za­czę­ło się dziać w przy­spie­szo­nym tem­pie, a moje roz­draż­nie­nie mi­nę­ło, za­stą­pio­ne ner­wo­wo­ścią i stra­chem.

Po tym, jak skoń­czy­łam grać, moja mat­ka za­pro­po­no­wa­ła go­ściom kawę i uda­ła się do kuch­ni, a my sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu przy sto­le. Na­gle usły­sze­li­śmy jej krzyk i głu­che ude­rze­nie, a na­stęp­nie ci­che po­ję­ki­wa­nie.

Tyl­ko przez chwi­lę sie­dzie­li­śmy zdrę­twia­li, by w na­stęp­nej już tło­czyć się w wej­ściu do kuch­ni. Mama le­ża­ła na pod­ło­dze w nie­na­tu­ral­nej po­zie, a wo­kół niej roz­sy­pa­ne kawa i cu­kier oraz po­tłu­czo­na fi­li­żan­ka z kom­ple­tu, któ­ry do­sta­ła od swo­jej bab­ci w dniu ślu­bu.

- Mamo - po­wie­dzia­łam ci­cho i ukuc­nę­łam obok niej. Chcia­łam po­móc jej wstać, ale wte­dy ona krzyk­nę­ła, a jej twarz wy­krzy­wił gry­mas bólu. - Mamo, co się sta­ło?

- I co się głu­pio py­tasz?! Nie wi­dzisz?! - Na­wet w ta­kiej chwi­li nie po­tra­fi­ła być wo­bec mnie ła­god­niej­sza.

- Mo­żesz wstać?

- Jak­bym mo­gła, to uwa­żasz, że na­dal bym tu le­ża­ła? - W gło­sie mat­ki, oprócz wy­raź­ne­go bólu, sły­sza­łam zło­śli­wość.

To mnie tro­chę otrzeź­wi­ło. Pod­nio­słam się i wy­szłam do przed­po­ko­ju, gdzie z to­reb­ki wy­cią­gnę­łam te­le­fon i za­dzwo­ni­łam pod nu­mer alar­mo­wy.

Po dwóch sy­gna­łach na­wią­za­łam po­łą­cze­nie.

- Po­go­to­wie ra­tun­ko­we, słu­cham.

- Dzień do­bry, moja mama upa­dła i nie może wstać, chcia­ła­bym pro­sić o przy­jazd ka­ret­ki.

- Ile mama ma lat i co się sta­ło?

- Ma sie­dem­dzie­siąt trzy lata, upa­dła i mówi, że boli ją bio­dro. Czy wy­śle pani ka­ret­kę?

- Czy cho­ra jest przy­tom­na, moż­na na­wią­zać z nią kon­takt?

- Tak, pod tym wzglę­dem jest wszyst­ko w po­rząd­ku, tyl­ko bar­dzo cier­pi.

- Wie pani, dzi­siaj nie­dzie­la, mamy spo­re ob­ło­że­nie przez upał, chy­ba by­ło­by szyb­ciej, gdy­by pani sama przy­wio­zła mamę. Z tego, co pani opi­su­je, nie ma za­gro­że­nia ży­cia.

By­łam lek­ko oszo­ło­mio­na za­cho­wa­niem dys­po­zy­tor­ki i pew­nie gdy­by nie strach o mamę, za­cho­wa­ła­bym się ina­czej. Po­dzię­ko­wa­łam jed­nak i roz­łą­czy­łam się, zu­peł­nie nie wie­dząc, co da­lej ro­bić.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.