Nina
Uchwyt futerału leżał miękko w mojej dłoni. Znajomy ciężar, który towarzyszył mi niemal przez całe życie, budził poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Lubiłam dotyk skóry na palcach; początkowo był twardy, wrzynał się, ale z czasem idealnie wpasowywał się we wgłębienia dłoni.
- Tak, mamo, obiecałam ci przecież. - Patrzyłam nerwowo na zegar zawieszony w pokoju i przestępowałam z nogi na nogę, choć dobrze wiedziałam, że nie przyspieszę w ten sposób końca rozmowy. Kiedy mama miała coś do powiedzenia, musiała to zrobić, bez względu na swojego rozmówcę i jego potrzeby. - Będę w niedzielę o trzynastej.
- Przyjdą Litwińscy, więc zabierz koniecznie skrzypce. Wiesz przecież, jak bardzo cenią dobrą muzykę.
- Dobrze.
Obliczałam w myślach, ile czasu zajmie mi dojazd do filharmonii. Jeśli taksówka przyjedzie szybko, to jest szansa, że zdążę na próbę generalną. Jako koncertmistrz skrzypiec nie mogłam się spóźnić nawet o minutę! To byłoby niedopuszczalne! Poczułam, że pocą mi się dłonie, a sukienka przestaje przepuszczać powietrze i przylega do wilgotnych pleców. Nie miałam już jednak czasu na zmianę garderoby, to zabrałoby cenne minuty.
- Mamo, muszę kończyć, za chwilę spóźnię się na próbę generalną, a wiesz, że to nie może się zdarzyć. Zadzwonię do ciebie rano, przed wyjściem. Dobranoc, śpij spokojnie.
Kiedy matka żegnała się ze mną, w jej głosie usłyszałam nutę dezaprobaty, ale naprawdę nie mogłam sobie pozwolić na dalszą rozmowę.
Zadzwoniłam do korporacji taksówkarskiej i poprosiłam, żeby kierowca był jak najszybciej. Skorzystałam z toalety, umyłam ręce i zerknęłam w lustro wiszące nad umywalką. Naturalny makijaż nadal pozostawał w idealnym stanie, delikatnie podkreślając moje ciemne tęczówki i bladość cery.
Szybko wyszłam z łazienki i założyłam płaszcz, wzięłam torebkę, skrzypce i w pośpiechu zamknęłam mieszkanie. Wolałam poczekać na dworze, niż chodzić z kąta w kąt, to tylko wzmagało moje zdenerwowanie.
W chwili, kiedy wyszłam na zewnątrz, podjechała taksówka. Podbiegłam i zajęłam tylne siedzenie.
- Dzień dobry, bardzo proszę do filharmonii.
Położyłam torebkę na siedzeniu, a futerał na kolanach. Z pewnością inne kobiety trzymają torebki przy sobie, strzegąc ich, dla mnie jednak zawsze cenniejsze były skrzypce.
Odgarnęłam kosmyk z czoła, zatknęłam go za ucho i w tym momencie zerknęłam we wsteczne lusterko samochodu. Kierowca przyglądał się mojej twarzy, potem jego wzrok prześlizgnął się na moje piersi, a następnie zatrzymał na futerale. Poczułam, jak rumieniec wypływa na moje policzki, zaczyna przechodzić na szyję i dekolt. Zacisnęłam mocniej dłonie na uchwycie i odwróciłam głowę w stronę okna.
Nie byłam przyzwyczajona do męskiego zainteresowania. Może nie byłam brzydulą, uważałam nawet, że jestem ładna, ale nie skupiałam się na swoim wyglądzie, bo priorytetem zawsze były skrzypce. Stanowiły esencję mojego życia, były wymagające i nie zostawiały czasu na nic innego, ale nie umiałam bez nich żyć. Konsekwencją tej miłości było znikome życie towarzyskie, o kontaktach damsko-męskich nie wspominając. Kto przy zdrowych zmysłach byłby w stanie wytrzymać konkurencję z tak absorbującym zajęciem, jakim jest zawód muzyka?
Samochód ruszył, a ja, zupełnie wbrew sobie, zerknęłam ponownie we wsteczne lusterko. Mężczyzna skupiał uwagę na drodze, więc mogłam mu się przyjrzeć, ale w chwili, kiedy przymrużyłam powieki, aby dostrzec kolor jego oczu, on znów na mnie spojrzał, czym zawstydził mnie jeszcze bardziej. Zanim odwróciłam wzrok, zdążyłam zauważyć, że delikatnie się uśmiechnął.
Z uporem patrzyłam przez boczną szybę, choć czułam na sobie jego wzrok. Chyba tylko cudem nie wjechaliśmy w samochód przed nami. I kiedy myślałam, że za chwilę wysiądę i ta niekomfortowa sytuacja się skończy, on odezwał się do mnie:
- Gra pani na skrzypcach?
To pytanie właściwie nie miało sensu - przecież mój futerał jasno informował, czym się zajmuję - ale dla mnie było czymś więcej. Każdy, kto interesował się tym, co robię, zasługiwał na uwagę. Nawet jeśli to irracjonalne, czułam się wtedy dostrzeżona.
Kiwnęłam głową, bo zabrakło mi odwagi, żeby się odezwać. Jego spojrzenie mnie krępowało.
- Ma pani koncert?
Ponownie przytaknęłam. Mężczyzna wyraźnie starał się nawiązać rozmowę, ale nie było to dla mnie łatwe. Zdawałam sobie sprawę, że kiwanie głową mogło wyglądać co najmniej dziwnie, ale gardło miałam ściśnięte i nie potrafiłam prowadzić konwersacji. Z pewnością spory wpływ na moje zachowanie miały trema przed koncertem oraz spóźnienie. Dłonie nadal mi się pociły i zaczynały lekko drżeć. Już wiedziałam, że będę mieć kłopot z utrzymaniem smyczka w dłoni. Odetchnęłam głębiej, starając się uspokoić, ale rzucane przez mężczyznę spojrzenia wcale mi nie pomagały.
- Proszę się nie denerwować, z pewnością wszystko się uda.
Aż tak było to po mnie widać? Nawet obcy mężczyzna zauważył, że jestem zdenerwowana? Kilkukrotnie zgięłam i rozprostowałam palce lewej dłoni, żeby zniwelować odczucie zdrętwienia. Choć grałam na skrzypcach od siódmego roku życia, przed każdym koncertem niezmiennie czułam się stremowana, a dłonie odmawiały mi współpracy.
Przełknęłam ślinę i zmusiłam się do odpowiedzi:
- Dziękuję, że pan we mnie wierzy.
Tym razem uśmiechnął się szerzej, a na jednym z jego policzków pokazał się dołeczek. Zamrugałam szybko. Nawet w chwili tak dużego stresu dostrzegłam, że dodało mu to uroku.
Dojeżdżaliśmy do ulicy Narutowicza, przy której znajdowała się filharmonia, więc zaczęłam szukać portfela w torebce. Była zbyt przepastna, ale musiała pomieścić nie tylko rzeczy niezbędne dla każdej kobiety, lecz przede wszystkim nuty. Coraz bardziej drżały mi ręce. Portfela nie było... To niemożliwe!
Zaczęłam wyjmować wszystko z torebki i układać na siedzeniu, a kiedy w środku już nic nie zostało, miałam wrażenie, że cała krew odpłynęła mi z twarzy, a ręce zlodowaciały. Spojrzałam zatrwożona na kierowcę. Nie wiedziałam, jak mam mu powiedzieć, że nie mam czym zapłacić za kurs.
- Czy coś się stało?
"O tak, bardzo się stało, do cholery" - pomyślałam.
- Nie zabrałam portfela - powiedziałam to z taką rozpaczą i tak cicho, że nie byłam pewna, czy mnie w ogóle usłyszał.
Zerknęłam w lusterko. Mężczyzna uważnie mi się przyglądał, po czym zjechał na chodnik przed filharmonią, zatrzymał samochód, włączył światła awaryjne i odwrócił się do mnie. Skurczyłam się w sobie, głowę starałam się schować między ramiona. Najchętniej zapadłabym się pod ziemię ze wstydu i strachu. I co teraz? Zgłosi to na policję? Oskarży o coś? Boże, Boże, co mam teraz zrobić?!
Przedłużająca się cisza nie wpływała na mnie dobrze, czułam coraz większe zdenerwowanie, które zaczynało zmieniać się w niepokój. Dłonie drżały, kiedy ponownie zakładałam za ucho ten cholerny kosmyk włosów. Mężczyzna obserwował uważnie moją twarz i każdy mój ruch. Kiedy się odezwał, był poważny.
- O której kończy pani pracę?
- Ja... Eee, po dwudziestej drugiej. Ale ja panu oddam te pieniądze, naprawdę!
- Nie wątpię. - Uśmiechnął się w taki sposób, że po plecach przebiegł mi dreszcz. - Przyjadę po panią, odwiozę do domu i wtedy się rozliczymy. Jak się pani nazywa?
- Nina Wolska.
- W takim razie, pani Nino, do zobaczenia wieczorem.
Wrzucałam swoje rzeczy do torebki, starając się unikać patrzenia na kierowcę, choć czułam na sobie jego spojrzenie. Chyba gorzej już być nie mogło!
- Oddam panu te pieniądze, proszę się nie martwić. Bardzo przepraszam.
- Jestem o to spokojny.
Pewność w jego głosie trochę mnie zaskoczyła, może nawet lekko wystraszyła. Wzdrygnęłam się. A jeśli przyjedzie i coś mi zrobi? Nie, chyba jestem przewrażliwiona, przecież to zrozumiałe, że chce odzyskać swoje pieniądze. Zerknęłam na mężczyznę, ale szybko uciekłam wzrokiem. Chwyciłam za klamkę, wysiadłam i zamknęłam za sobą drzwi, ale przez pośpiech i zdenerwowanie zatrzasnęłam również połę płaszcza. Odwróciłam się i chciałam ponownie otworzyć drzwi, kiedy kierowca wysiadł i stanął za mną. W tej samej chwili chwyciliśmy za klamkę i nasze dłonie się spotkały. Przestraszona, wyszarpnęłam rękę i podskoczyłam, jednocześnie upuszczając na ziemię torbę oraz futerał.
Miałam wrażenie, że oddech uwiązł mi w gardle, a oczy zasnuła mgła. Moje skrzypce! Wszystko działo się jak na zwolnionym filmie. Kiedy futerał instrumentu miał się zderzyć z chodnikiem, mężczyzna złapał go i uchronił przed upadkiem.
Patrzyłam zszokowana to na instrument, to na taksówkarza i starałam się nie zapomnieć o oddychaniu. Gdyby nie on, skrzypce prawdopodobnie nie nadawałyby się do grania! Potarłam czoło palcami, a potem zabrałam skrzypce z jego rąk i przygarnęłam do siebie, jakbym chciała je przytulić.
- Mam nadzieję, że nic się nie stało.
Odetchnęłam, próbując uspokoić nerwy, i pokręciłam głową.
- Nie upadły, to najważniejsze.
- Pani torebka. - Popatrzył znacząco w dół.
Dopiero teraz spostrzegłam, że leży tuż przy moich nogach, oczywiście z częścią zawartości rozrzuconą na chodniku. Uwolniłam połę płaszcza, schyliłam się i powrzucałam rzeczy byle jak do torby. Mój rumieniec z każdą chwilą był intensywniejszy i sięgał już chyba stóp. To się nie dzieje naprawdę... Nie miałam jednak czasu na roztrząsanie swojego żenującego zachowania. Zaraz zaczynała się próba, a ja nawet nie rozgrzałam dłoni.
- Przepraszam pana, ale naprawdę muszę już iść, jestem skandalicznie spóźniona. I proszę mi wybaczyć moje zachowanie, to chyba efekt tremy przed koncertem oraz pośpiechu.
Kiwnął głową i powiedział:
- Do zobaczenia.
Nie oglądając się, wsiadł do samochodu i odjechał, a ja wbiegłam do budynku filharmonii. Miałam nadzieję, że zdążę skorzystać z toalety, bo nie wiedziałam, czy wytrzymam kolejne godziny prób. Tylko cudem zdążyłam dobiec na czas. Próbowałam rozgrzać zdrętwiałe palce lewej dłoni, opanować jakoś ich drżenie, ale efekty były mizerne. Obawiałam się, że moja dzisiejsza rola koncertmistrza nie wypadnie zbyt dobrze. Oczami wyobraźni już widziałam wściekłość Wojtka, naszego dyrygenta. Jeśli nie zapanuję nad smyczkiem, on to usłyszy, a w konsekwencji będę tą, która przyczyni się do złego brzmienia całej orkiestry.
Oczywiście, że czułam się wyróżniona, odgrywając główną rolę, ale czasami przygniatała mnie odpowiedzialność, która się z tym wiązała. I przypuszczam, że moje zdenerwowanie wzmagało się również z tego powodu.
Odetchnęłam głębiej, obój podał ton, aby orkiestra zestroiła instrumenty. Kiedy popłynęły pierwsze dźwięki koncertu skrzypcowego D-dur opus siedemdziesiąte siódme Johannesa Brahmsa, zupełnie się zatraciłam. To był ten moment, kiedy otaczający mnie świat przestawał istnieć, byłam tylko ja, muzyka i ukochany instrument.
Choć grałam na skrzypcach od ponad dwudziestu lat, za każdym razem, kiedy moja broda dotykała podbrodka, lewa dłoń naturalnie układała się, tworząc kanał dla gryfu, a prawa chwytała smyczek, czułam uniesienie, swoistą magię, która nie opuszczała mnie do wybrzmienia ostatniej nuty.
Próba generalna przebiegła idealnie, pomimo moich wcześniejszych obaw. Nawet Wojtek był usatysfakcjonowany, a to naprawdę spory sukces. Dyrygenci z reguły mieli coś do zarzucenia muzykom orkiestry (przez co nie byli zbyt lubiani), więc jego zadowolenie wprawiło nas w dobry nastrój i dawało nadzieję, że koncert przebiegnie dokładnie tak, jak powinien.
W czasie przerwy przebrałam się w czarną sukienkę, prostą, pozbawioną jakichkolwiek ozdób i najmniej kobiecą, jak to tylko możliwe. Strój nie mógł rozpraszać słuchaczy i zwracać uwagi na muzyka; tu najważniejszy był odbiór dźwięków. Poprawiłam włosy upięte w ciasny kucyk, choć pewnie i tak podczas koncertu pojedyncze pasma wymkną się z kitki, pociągnęłam usta bezbarwnym błyszczykiem, a policzki podkreśliłam ledwo widocznym różem. Byłam gotowa.
Zajęłam swoje miejsce i siedziałam nieruchomo, dopóki dyrygent wraz z zaproszonym solistą nie weszli na scenę. Brawa ucichły, a ja ujęłam skrzypce i czekałam, aż dyrygent rozpocznie koncert.
Kiedy popłynęły pierwsze dźwięki, dałam się porwać magii muzyki. Przechodziła przez moje palce, całe ciało poddałam jej drganiom, a umysł skupiony tylko na grze i odbieraniu tego, co dawał mi instrument.
Koncert dobiegał końca, choć ja straciłam poczucie czasu. Zatracałam się w muzyce. Była całym moim życiem. Choć wymagała wiele, w pełni godziłam się na wszystkie niedogodności, byle tylko móc grać.
Spakowałam skrzypce i już miałam wychodzić, kiedy zatrzymało mnie wołanie Magdy, skrzypaczki grającej w moim podzespole i mojej dobrej koleżanki.
- Nina, hej! - Przystanęłam i czekałam, aż do mnie podejdzie. - Idziemy w kilka osób na drinka. Jest piątek, może wybierzesz się z nami?
Byłam zmęczona, to oczywiste, ale wychodzenie na drinka nie było w moim stylu i zmęczenie nie grało tu żadnej roli. Znajomi z zespołu nieraz proponowali wspólne wyjście, ale zawsze odmawiałam. Pewnie niedługo im się znudzi. Może nawet po cichu na to liczyłam, bo było mi już głupio odmawiać i wynajdywać kolejne wymówki.
- Dzięki, ale nie mogę.
- Nina, błagam, przestań. Co tym razem wymyślisz?
Pochyliłam głowę i uśmiechnęłam się nieznacznie. Magda była doskonale zorientowana w mojej sytuacji, więc każde kłamstwo traktowała z pobłażaniem.
- Jestem zmęczona, naprawdę nie mam siły.
- Oj, Ninka, Ninka - Magda pokręciła z rezygnacją głową - życie ci ucieka.
Znów tylko się uśmiechnęłam. Wiedziałam o tym doskonale. Miałam trzydzieści lat i skrzypce. Cały mój życiowy dorobek.
- Obiecuję, że następnym razem z wami pójdę. - Podniosłam dwa złączone palce.
Magda parsknęła.
- Dobra, dobra, jak zobaczę, to uwierzę. Trzymaj się, widzimy się jutro na próbie.
Pokiwałam tylko głową, zabrałam swoje rzeczy i wyszłam na zewnątrz, na ulicę Narutowicza. Spojrzałam na przeszklony gmach i pomyślałam o historii tego miejsca. Łódzka Filharmonia została zbudowana w tysiąc dziewięćset piętnastym roku. Pierwotnie koncerty odbywały się przy ulicy Konstantynowskiej w Teatrze Wielkim oraz w Domu Koncertowym Vogla przy ulicy Dzielnej. Tuż po drugiej wojnie światowej jej siedziba została na stałe przeniesiona w obecne miejsce, które nową formę zyskało w dwa tysiące czwartym roku. Dzięki krakowskiemu architektowi, Romualdowi Loeglerowi, budynek charakterem nawiązuje do Sali Koncertowej Vogla z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku i choć jego pierwotny wygląd znałam tylko ze starych fotografii, to od zawsze wzbudzał mój zachwyt.
Ruszyłam w kierunku przystanku tramwajowego, skąd planowałam dostać się do domu. Jeszcze raz obejrzałam się za siebie, aby spojrzeć na budynek, kiedy nagle usłyszałam za sobą niski, męski głos:
- Nino, czekałem na panią.