Nasze winy - Louise Kennedy

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Cu­shla owi­nęła to­rebkę płasz­czem i we­pchnęła ją w szcze­linę mię­dzy lo­dówką z pi­wem a kasą. Eamonn, jej brat, schy­lał się nad spi­sem to­waru. Spoj­rzał na nią i zmru­żył oczy. Ski­nął głową w stronę lu­stra, które cią­gnęło się przez całą dłu­gość baru. Cu­shla przy­su­nęła się bli­żej i zer­k­nęła na swoje od­bi­cie. Oj­ciec Slat­tery na­zna­czył ją gru­bym krzy­żem, sze­ro­kim na dwa cen­ty­me­try i dłu­gim na pięć. Pod na­ci­skiem jej palca wy­do­był się z niego so­snowy, ży­wiczny za­pach po­świę­co­nej mik­stury, którą zmie­szano z po­pio­łem, a krzy­żowy kształt roz­mył się w smugę sa­dzy.

Eamonn wci­snął jej do ręki mo­krą ser­wetkę.

- Po­spiesz się - wy­sy­czał.

Więk­szość męż­czyzn, któ­rzy pili w pu­bie, nie po­sy­py­wała się po­pio­łem w Środę Po­piel­cową, nie uczest­ni­czyła w dro­dze krzy­żo­wej w Wielki Pią­tek ani nie cho­dziła na nie­dzielną mszę. Pi­cie w ka­to­lic­kim ba­rze to jedno, ale je­śli piwo na­lewa ci ko­bieta po­ma­lo­wana w pa­pi­stow­skie barwy wo­jenne, to już zu­peł­nie inna sprawa. Cu­shla tarła, aż skóra na jej czole zro­biła się ró­żowa, a ser­wetka sczer­niała i sfla­czała. Wy­rzu­ciła ją do ko­sza.

Eamonn mruk­nął coś pod no­sem. Je­dyne słowo, które udało jej się wy­ło­wić, brzmiało "ćwok".

Stali by­walcy gro­ma­dzili się wzdłuż kon­tu­aru. Jimmy O'Kane, któ­remu kie­szonkę na piersi wy­brzu­szało za­ku­pione na ko­la­cję jajko. Minty, woźny w szkole, który wy­pił tyle piwa Carls­berg Spe­cial Brew, że pub zdo­był na­grodę za naj­wyż­szą sprze­daż w Ir­lan­dii Pół­noc­nej, cho­ciaż nikt poza nim nie za­ma­wiał tej marki. Fi­del, w czapce khaki i przy­ciem­nia­nych oku­la­rach. Za dnia wa­żył mię­tówki i goź­dzi­kowe kar­melki w skle­pie ze sło­dy­czami swo­jej matki, a wie­czo­rami peł­nił funk­cję bry­ga­diera w lo­kal­nym od­dziale Sto­wa­rzy­sze­nia Obrony Ul­steru. Le­slie, mon­ter ze stoczni, który od­zy­wał się do­piero po pi­ja­nemu i pew­nego wie­czoru po­wie­dział Cu­shli, że chciałby ją wy­ką­pać. Jesz­cze je­den męż­czy­zna. W śred­nim wieku, nad szklanką whi­skey. Ciem­no­włosy, lekko przy­gar­biony. Ubrany w czarny gar­ni­tur i wy­kroch­ma­loną białą ko­szulę, od któ­rej od­cze­piono koł­nie­rzyk - taki strój rzu­cał się w oczy na tle ro­bo­czych kom­bi­ne­zo­nów i tka­nin non-iron. Włosy miał przy­gła­dzone do wy­so­ko­ści uszu, a da­lej po­fa­lo­wane nad kar­kiem, jakby spo­cił się pod ka­pe­lu­szem. Albo pe­ruką.

Cu­shla wspięła się na ta­bo­ret, żeby pod­gło­śnić te­le­wi­zor. Gdy ze­szła, męż­czy­zna z whi­skey trą­cał kciu­kiem filtr pa­pie­rosa, jakby wła­śnie od­wró­cił wzrok.

Wia­do­mo­ści za­częły się od tego co zwy­kle, czyli od mon­tażu krót­kich sce­nek. Za­mieszki. Chłop­czyk, sze­ścio- czy sied­mio­letni, wdra­puje się na trans­por­ter Sa­ra­cen i wtyka ka­mień w je­den z otwo­rów, przez które żoł­nie­rze ce­lują z ka­ra­bi­nów. Marsz na Stor­mont, ty­siące lu­dzi po­dąża długą aleją do bu­dynku par­la­mentu. Do­dali coś no­wego. Po­je­dyn­czy sa­mo­chód za­par­ko­wany na pu­stej ulicy. Wy­gląda to jak zdję­cie, do chwili aż po­jazd eks­plo­duje w ogrom­nej kuli dymu i ognia, drzwi gwał­tow­nie się od­ry­wają, a szkło z oko­licz­nych bu­dyn­ków sy­pie się na as­falt ni­czym grad. Seg­ment koń­czył się tak jak za­wsze - wi­ze­run­kiem Mary Pe­ters dzier­żą­cej w dłoni me­dal olim­pij­ski.

- Zdo­była go trzy lata temu - ode­zwał się Eamonn.

- To był ostatni raz, kiedy mo­gli­śmy być dumni z cze­goś, co się tu wy­da­rzyło - stwier­dził męż­czy­zna. Głos miał głę­boki, nie­mal chro­po­waty, choć mó­wił z wy­twor­nym ak­cen­tem.

- Co ra­cja, to ra­cja, Mi­chael - od­parł Eamonn.

Skąd Eamonn wie­dział, jak mu na imię?

Fi­del ski­nię­ciem głowy wska­zał pre­zen­tera.

- Barry przy­strzygł brodę - po­wie­dział, opla­ta­jąc wła­sny za­rost wo­kół kciuka i ukła­da­jąc go w długi, zwę­ża­jący się ku do­łowi szpic.

Wia­do­mo­ści. Wiej­ska droga: po­li­cyjny land ro­ver za­par­ko­wany w po­przek bia­łych li­nii, para okry­tych płachtą nóg wy­staje spod ły­sego krzewu głogu. Męż­czyźni w ko­mi­niar­kach za sto­łem z la­mi­natu, po­kryte wełną twa­rze przy­ci­skają się do rzędu mi­kro­fo­nów, od czasu do czasu oświe­tlane bły­skami fle­szy. Pub bez okien, wil­gotny dym są­czy się z kra­teru w da­chu.

Wia­do­mo­ści koń­czyły się hi­sto­rią z ży­cia wziętą. Wszy­scy lu­bili tę część, bo zwy­kle cho­dziło o coś neu­tral­nego, co można było sko­men­to­wać. Re­por­ter przy­je­chał do cen­trum mia­sta i py­tał lu­dzi, co są­dzą o bie­ga­niu na go­lasa. Idio­tyzm - stwier­dziła ko­bieta w wy­dzier­ga­nej czapce - prze­cież za zimno na ta­kie rze­czy. W ba­rze roz­legł się re­chot. Drobny męż­czy­zna z wło­sami przy­li­za­nymi bry­lan­tyną oświad­czył, że gdyby mu ktoś do­brze za­pła­cił, to czemu nie. Ko­lejny wark­nął "to nie­przy­zwo­ite" i po­szedł so­bie. Na­stęp­nie ekipa za­cze­piła dziew­czynę o dłu­gich, ciem­nych wło­sach i wiel­kich oczach. Za­gad­nięta miała na so­bie ko­żu­szek, któ­rego koł­nierz za­sła­niał jej twarz. Moim zda­niem to fan­ta­styczna sprawa - po­wie­działa - ja­kaś od­miana. Wy­glą­dała, jakby była upa­lona.

- Tro­chę do cie­bie po­dobna, Cu­shla - oznaj­mił Minty. - A ty nie masz ochoty po­bie­gać so­bie na go­lasa?

- Od­wal się od mo­jej sio­stry, zbo­czeńcu - od­parł Eamonn z uśmie­chem. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach Cu­shla od­po­wie­dzia­łaby tak, że wszy­scy by się za­mknęli, ale dziś zda­wała so­bie sprawę z obec­no­ści męż­czy­zny z czy­stą whi­skey i za­dba­nymi pa­znok­ciami.

Eamonn ka­zał Cu­shli sprząt­nąć pu­ste na­czy­nia. Wy­szła zza kon­tu­aru. Trzech klien­tów z ob­cię­tymi na jeża wło­sami sie­działo w rogu przy sto­liku za­gra­co­nym ku­flami, które wy­glą­dały jak ską­pane w my­dli­nach. Się­gała wła­śnie po ostatni, gdy je­den z tej trójki po­sta­wił go na dy­wa­nie.

- Jesz­cze ten - po­wie­dział, a jego grdyka po­ru­szała się przy każ­dym sło­wie. Cu­shla po­chy­liła się po ku­fel, a męż­czy­zna po­ło­żył jej dło­nie na bio­drach, tuż nad tył­kiem. Uwol­niła się i wró­ciła do baru przy wtó­rze ich śmie­chu.

- Za­uwa­ży­łeś, co ten żoł­nierz zro­bił? - za­py­tała Eamonna, wkła­da­jąc na­czy­nia do zlewu.

- Nie. - Przy od­po­wie­dzi na­wet na nią nie spoj­rzał, a ona wie­działa, że ow­szem, za­uwa­żył.

- Su­kin­syn mnie ob­ma­cy­wał.

- I co mam z tym zro­bić? - spy­tał Eamonn, cho­ciaż wła­ści­wie nie było py­ta­nia. Nic nie mógł zro­bić.

Miesz­kali w mie­ście gar­ni­zo­no­wym, choć da­wało się to od­czuć do­piero od 1969 roku, gdy po­ja­wiło się woj­sko; nie żeby żoł­nie­rze kie­dy­kol­wiek pa­tro­lo­wali ulice. Ro­dzina La­ve­rych wi­dy­wała ich w ba­rze, kiedy nie mieli na so­bie mun­du­rów. Ci z kilku pierw­szych od­dzia­łów byli cał­kiem w po­rządku. Po­tem przy­je­chali Spa­do­chro­nia­rze. Lu­bili zo­sta­wiać po so­bie pa­miątki. Wdep­tane w wy­kła­dzinę pety, ze­rwane ze ściany ka­felki na pod­ło­dze w mę­skiej to­a­le­cie. Na­za­jutrz po krwa­wej nie­dzieli za­wi­tali do pubu całą grupą. Na­wet Fi­del i chło­paki czuli się nie­swojo w ich to­wa­rzy­stwie i wkrótce zo­stała tylko Gina, Cu­shla i żoł­nie­rze; oj­ciec był już wtedy za słaby, żeby pra­co­wać. Gina sie­działa na stołku, pod­sta­wiała szklankę pod na­le­wak i cały czas ich ob­ser­wo­wała. Uda­wało jej się ich igno­ro­wać do czasu, gdy w wy­niku za­chęty ko­le­gów je­den z żoł­nie­rzy od­gryzł ka­wa­łek ku­fla, po czym wy­pluł do po­piel­niczki odłamki i krew. Cu­shla miała wra­że­nie, że ogląda film grozy, kiedy jej matka ru­szyła w po­przek sali. Z któ­rego pier­dla w An­glii was wy­rzy­gało? - za­py­tała Gina, a po­tem wy­brała nu­mer do ko­szar; dzwo­niła ze skar­gami tak czę­sto, że znała do­wódcę z imie­nia i na­zwi­ska. Gło­sem, któ­rego uży­wała pod­czas roz­mów te­le­fo­nicz­nych, po­wie­działa mu, żeby za­brał stąd swo­ich lu­dzi, że nie są już mile wi­dziani. Przy­je­chali po nich żan­darmi, ale na wi­dok woj­sko­wych w pu­bie Cu­shla wciąż czuła nie­po­kój. Gina zdra­dziła, co o tym wszyst­kim my­śli.

Kiedy wresz­cie Cu­shla zdo­była się na to, by pod­nieść głowę, męż­czy­zna uśmiech­nął się do niej. Spoj­rze­nie miał życz­liwe. Wszystko sły­szał, a ona po­czuła wstyd, bar­dziej za Eamonna niż za sie­bie, i za­brała się do po­rząd­ko­wa­nia pó­łek z bu­tel­ko­wa­nym pi­wem.

- Ładny wi­dok - po­wie­dział ja­kiś głos z an­giel­skim ak­cen­tem. Zer­k­nęła w lu­stro. Przy kon­tu­arze stał ob­ma­cy­wacz z bank­no­tem w ręku. Z na­le­waka za nią do­było się wes­tchnie­nie, gdy Eamonn na­peł­niał ku­fle.

- Udaje, że mnie nie sły­szy - po­wie­dział ob­ma­cy­wacz.

- Może to przez to, że ją po­ni­żasz? - spy­tał Mi­chael. Cu­shla od­wró­ciła się mimo woli. Męż­czy­zna zmie­nił po­zy­cję na stołku i sie­dział te­raz twa­rzą do żoł­nie­rza, a whi­skey trzy­mał w le­wej ręce.

- Daj spo­kój, stary. To tylko żarty - ode­zwał się woj­skowy, tak pi­skli­wie, że za­brzmiał jak skam­lący dzie­ciak.

- Żart działa wtedy, gdy śmie­szy obie strony - za­uwa­żył Mi­chael.

Żoł­nierz po­chy­lił się, znie­ru­cho­miał, po czym cof­nął szyję, jakby się roz­my­ślił. Nie­zręcz­nie zgar­nął trzy ku­fle i wró­cił do sto­lika, po dro­dze roz­chla­pu­jąc piwo na pod­łogę. Eamonn wpa­try­wał się nie­wzru­sze­nie w ekran te­le­wi­zora, ale coś w za­ry­sie jego szczęki zdra­dzało, że jego mę­skość zo­stała ura­żona. Fi­del i po­zo­stali rów­nież spra­wiali wra­że­nie, jakby nic wiel­kiego się nie stało. Kim był ten czło­wiek?

Sta­rała się zna­leźć so­bie za­ję­cie, wy­cie­rała, po­rząd­ko­wała, pró­bu­jąc przy tym nie pa­trzeć na niego. Drzwi za­trza­snęły się z hu­kiem. Sto­lik żoł­nie­rzy był pu­sty, na dnie każ­dego ku­fla po­zo­stało kilka cen­ty­me­trów piwa.

Stali by­walcy za­częli zbie­rać się do do­mów.

- Po­wi­nie­neś wy­sko­czyć na go­dzinkę - po­ra­dziła Eamon­nowi Cu­shla. - Zo­ba­czyć dzieci, za­nim pójdą spać.

- Nie chcę cię zo­sta­wiać sa­mej.

- Te­raz już bę­dzie spo­kój.

- No do­bra. Gdyby coś się działo, to dzwoń - rzu­cił, a po chwili już go nie było.

Mi­chael za­pa­lił pa­pie­rosa i wy­pu­ścił dym no­sem.

- Jesz­cze raz to samo po­pro­szę - po­wie­dział, prze­su­wa­jąc szklankę w jej stronę.

Zer­k­nęła w lu­stro, gdy na­le­wała mu al­ko­hol. Ob­ser­wo­wał ją. Ośmie­lona tym, że stoi do niego ple­cami, nie od­wró­ciła wzroku.

Po­sta­wiła whi­skey na la­dzie.

- Cu­shla, prawda? Je­stem Mi­chael. Może ty też się na­pi­jesz? - za­py­tał, za­ci­ska­jąc palce wo­kół szklanki. Jego obec­ność spra­wiła, że wnę­trze le­piej się pre­zen­to­wało. Wi­szące za nim pod­nisz­czone lampy na ścia­nach roz­ta­czały kręgi cie­płego świa­tła na sto­li­kach z drewna te­ko­wego, zaś zie­lony tweed, któ­rym obito ka­napy i stołki, do­da­wał ca­ło­ści swo­istego, ob­skur­nego prze­py­chu.

- Rano mu­szę być w szkole. Ale dzięki - od­parła.

- Gdzie uczysz? - spy­tał. Było to jedno z tych py­tań, które lu­dzie za­dają, gdy chcą wie­dzieć, którą nogą ko­piesz. Jak masz na imię? A na na­zwi­sko? Do któ­rej szkoły cho­dzi­łaś? Gdzie miesz­kasz?

- W pod­sta­wówce St Dal­lan, trze­cią klasę.

- To dzieci mają po sie­dem czy osiem lat? Przy­jemny wiek.

- Rze­czy­wi­ście - po­twier­dziła. - Przez pierw­sze dwa lata uczy­łam pierw­szaki. Więk­szość czasu po­świę­ca­łam na pro­wa­dza­nie ich do to­a­lety.

- A dzi­siaj rano za­pro­wa­dzi­łaś dzieci na po­sy­pa­nie głowy po­pio­łem - po­wie­dział.

Pew­nie wi­dział, jak ście­rała krzyż z czoła. Jak Eamonn się na nią de­ner­wo­wał.

- Ow­szem - od­parła.

- Za młodu miesz­ka­łem w Du­bli­nie - wy­znał. - Tam są sami ka­to­licy. Po­wie­dział to nie­fra­so­bli­wie, ale wpa­try­wał się w nią z taką in­ten­syw­no­ścią, że po­czuła ulgę, gdy w końcu ode­rwał od niej wzrok i po­cią­gnął łyk ze szklanki.

- Ja też rano po­sze­dłem na po­piół - zdra­dził gło­śnym szep­tem Jimmy O'Kane.

- Le­piej ci po­szło z wy­cie­ra­niem niż mnie - po­wie­działa Cu­shla.

- Kapka płynu do zmy­wa­nia na ścierce - wy­ja­śnił sta­ru­szek.

Cu­shla zer­k­nęła na Mi­cha­ela. W jego oczach ma­lo­wało się roz­ba­wie­nie.

Za­pa­rzyła her­batę i usta­wiła sto­łek tak, żeby wi­dzieć ekran od­bior­nika. Aku­rat le­ciał ja­kiś te­atr te­le­wi­zji. He­len Mir­ren le­żała na ka­na­pie i gła­skała bia­łego kota, a jej mąż oskar­żał Mal­colma McDo­wella o to, że z nią sy­pia. Cu­shla nie zro­zu­miała, dla­czego He­len mia­łaby się za­da­wać z McDo­wel­lem, który był chudy, wy­glą­dał na okrut­nika i no­sił grzeczny, nie­bie­ski swe­ter, skoro za męża miała po­staw­nego Alana Ba­tesa o me­lan­cho­lij­nym spoj­rze­niu. Mir­ren wstała i za­częła cho­dzić po po­koju. Miała na so­bie białą szmi­zjerkę. Wy­glą­dała ele­gancko. Strój Cu­shli skła­dał się z ró­żo­wej ko­szuli z eta­miny i dżin­sów z na­szywką "Push My Pa­nic But­ton" na tyl­nej kie­szeni.

Jimmy do­pił piwo, przy­ci­ska­jąc dolną wargę do kra­wę­dzi ku­fla, żeby nie uro­nić ani kro­pli, po czym, po­kle­paw­szy się de­li­kat­nie po kie­szonce na piersi, po­czła­pał przez drzwi.

Mi­chael za­mó­wił na­stępną ko­lejkę. Po­wie­dział jej, że ta sztuka zdo­była na­grodę dla naj­lep­szego dra­matu w 1960 roku. Uwa­żał, że re­ży­ser nie po­tra­fił od­po­wied­nio wy­ko­rzy­stać ta­lentu Mir­ren, a McDo­well zo­stał za­szu­flad­ko­wany od cza­sów roli w Me­cha­nicz­nej po­ma­rań­czy. Cu­shla od­parła, że nie zdo­łała na­wet do­koń­czyć tej książki, a co do­piero obej­rzeć ekra­ni­za­cji.

- Ale film jest piękny - stwier­dził. - Na­wet jego bru­tal­ność jest wy­borna. Do­dał, że zna czło­wieka z Ar­magh, który za­grał tam ka­lekę. Sam też tro­chę pi­sał. Kilka fil­mów do­ku­men­tal­nych, krót­kie sztuki te­atralne. - Praw­nicy to sfru­stro­wani ak­to­rzy - do­dał. Mó­wił tak, jak gdyby przy­wykł do tego, że go słu­chają.

Kiedy Eamonn wró­cił, uszczyp­nął Cu­shlę w po­liczki, jakby była ma­łym dziec­kiem.

- Dzięki, że jej po­pil­no­wa­łeś - po­wie­dział do Mi­cha­ela.

- Mam dwa­dzie­ścia cztery lata - od­parła Cu­shla. Eamonn po­pa­trzył na nią z ty­pową dla sie­bie mie­sza­niną po­gardy i po­błaż­li­wo­ści; wy­razu twa­rzy Mi­cha­ela nie po­tra­fiła od­czy­tać.

Wy­szedł ra­zem z nią i prze­pu­ścił ją, przy­trzy­mu­jąc drzwi. Gdy go mi­jała, otarła się ręką o jego ra­mię. Wy­dał jej się sta­bilny, kon­kretny.

Pub mie­ścił się przy zjeź­dzie z głów­nej ulicy, od tyłu gó­ro­wała nad nim wieża ze­ga­rowa sto­jąca na te­re­nie zruj­no­wa­nego klasz­toru, a z przodu - nie­wy­soki blok z miesz­ka­niami ko­mu­nal­nymi. Cu­shla prze­szła przez po­grą­żony w mroku par­king i do­tarła do miej­sca, gdzie zo­sta­wiła swo­jego nie­wiel­kiego, czer­wo­nego re­naulta, w po­bliżu przej­ścia pod­ziem­nego, które bie­gło pod nową dwu­pa­smową drogą i pro­wa­dziło nad brzeg je­ziora. W be­to­no­wym tu­nelu od­bi­jały się echem głosy, a pa­pie­rosy mi­go­tały w ciem­no­ści. Cierpki za­pach znad wody, szum po­prze­dza­jący przy­pływ: tłu­sty i błot­ni­sty.

- Do­bra­noc, Cu­shla - ode­zwał się Mi­chael. Stał obok du­żego brą­zo­wego sa­mo­chodu przy wej­ściu do pubu.

- Cześć - od­po­wie­działa. Kiedy włą­czyła świa­tła, on na­dal tam stał, a barki zda­wały się mu cią­żyć, przez co wy­glą­dał sta­rzej niż wtedy, gdy sie­dział przy kon­tu­arze.

Po­li­cja wy­zna­czyła strefę kon­troli na High Street i ulica opu­sto­szała. Gdy Cu­shla zbli­żała się do banku, z in­nego baru na chod­nik wy­szli chwiej­nym kro­kiem trzej męż­czyźni. Ci sami żoł­nie­rze co wcze­śniej. Ob­ma­cy­wacz za­to­czył się przed jej sa­mo­cho­dem i Cu­shla mu­siała wci­snąć ha­mu­lec do de­chy, żeby go nie po­trą­cić. Gdy za­uwa­żył, że to ona, wy­su­nął ję­zyk i za­czął nim krę­cić w ob­sce­niczny spo­sób, nie­do­rzeczny dla ko­goś tak mło­dego. Re­flek­tory oświe­tliły jej sa­mo­chód od tyłu i Cu­shla zer­k­nęła w lu­sterko wsteczne. Mi­chael. Pod­niósł dwa palce i cze­kał z włą­czo­nym sil­ni­kiem, aż ko­le­dzy chłopca od­cią­gną go od auta. Cu­shla ru­szyła po­woli, a oni zo­stali przy kra­węż­niku, za­śmie­wa­jąc się. Mi­chael po­dą­żył za nią do domu, a po­tem za­mru­gał raz świa­tłami i po­je­chał w kie­runku wzgórz.

Wy­kusz na par­te­rze domu La­ve­rych wy­da­wał się nie­przy­zwo­icie ja­sny wśród ciem­nych fa­sad po­zo­sta­łych do­mostw. Po wej­ściu do środka Cu­shla za­cią­gnęła złote, ak­sa­mitne za­słony w sa­lo­nie. Żar w ko­minku przy­gasł, two­rząc fu­trza­stą war­stwę bia­łego po­piołu, która roz­pa­dła się w pył, gdy Cu­shla opróż­niła wy­soką mo­siężną po­piel­niczkę sto­jącą przy fo­telu matki.

Za­ło­żyła osłonę prze­ciw­o­gniową, zga­siła świa­tło i wspięła się po scho­dach.

- To ty? - za­py­tała matka.

- A kto inny? - od­parła Cu­shla, otwie­ra­jąc drzwi. Gina La­very le­żała oparta o trzy po­duszki, z parą maj­tek na­cią­gniętą na wałki we wło­sach. Ra­dio ci­cho grało. Za­wsze zo­sta­wiała je włą­czone na całą noc, mó­wiła, że to dla to­wa­rzy­stwa. Cza­sami rano opo­wia­dała Cu­shli, co jej się śniło, o Geo­rge'u Be­ście, re­ga­tach jach­to­wych do­okoła świata i ame­ry­kań­skim pro­gra­mie ko­smicz­nym, a kiedy do­star­czano ga­zetę, oka­zy­wało się, że to jed­nak prawda. Na­sią­kała wszyst­kimi tymi pod­pro­go­wymi in­for­ma­cjami.

- Znowu nie za­cią­gnę­łaś za­słon - po­wie­działa Cu­shla.

- A kto by tam mar­no­wał na mnie na­boje? - od­parła Gina. Sta­rała się nadać swoim sło­wom wład­cze brzmie­nie, ale w jej gło­sie po­brzmie­wała lepka nuta ta­bletki na­sen­nej. - Dużo lu­dzi dzi­siaj?

- Tyle co zwy­kle. I jesz­cze trzech żoł­nie­rzy.

- Te ścierwa.

- Pu­ści­łam Eamonna na chwilę do domu.

- Nie lu­bię, jak sto­isz sama za ba­rem.

- Wszystko w po­rządku. Je­den fa­cet do­trzy­my­wał mi to­wa­rzy­stwa. Na­zywa się Mi­chael. Ja­kieś czter­dzie­ści pięć lat. Ciemne włosy. Bar­dzo, ale to bar­dzo. Mówi, że jest praw­ni­kiem.

- Mi­chael Agnew. Ale jest już po pięć­dzie­siątce - stwier­dziła Gina.

- Wy­gląda na młod­szego - od­parła Cu­shla.

- Cią­gle taki przy­stojny? - za­py­tała Gina. - W swoim cza­sie nie­zły był z niego pod­ry­wacz. Do­bry Boże, całe wieki go nie wi­dzia­łam. Bar­dzo się lu­bili z twoim tatą.

Eamonn miał trzy­dzie­ści dwa lata i pra­co­wał w ba­rze od pięt­na­stego roku ży­cia. Pew­nie pa­mię­tał Mi­cha­ela z tam­tych cza­sów.

- Gdzie mieszka? - chciała wie­dzieć Cu­shla.

- W du­żym domu przy dro­dze na wzgó­rze. Ma też miesz­ka­nie w mie­ście. Tylko z tą jego żoną kiep­sko - do­dała Gina. A po­tem zro­biła to, co wszyst­kie ko­biety w ro­dzi­nie, gdy ko­goś było im żal: zmarsz­czyła je­den po­li­czek i pół­gęb­kiem wy­mru­czała słowo "po­móż". Był to skrót od "Do­po­móż jej, do­bry Boże".

- Coś nie tak z jego żoną?

Gina przy­ło­żyła dłoń do ust, na­śla­du­jąc gest pi­cia al­ko­holu.

- Jest z Du­blina - stwier­dziła, jak gdyby to wy­ja­śniało sprawę.

- Tak? Ka­to­liczka?

- Nie, po­cho­dzi z ja­kiejś pro­te­stanc­kiej ro­dziny z wyż­szych sfer.

- Mają dzieci?

- Syna. Te­raz pew­nie ma już z sie­dem­na­ście albo osiem­na­ście lat.

Cu­shla na­chy­liła się nad matką i po­ca­ło­wała ją w po­li­czek, wdy­cha­jąc wszyst­kie jej smutne za­pa­chy. Woda to­a­le­towa Je Re­viens i pa­pie­rosy. Płyn do wło­sów i dżin. Nie tylko żona Mi­cha­ela Agnew lu­biła się na­pić.

W swoim po­koju Cu­shla przy­go­to­wała ubra­nia, które za­mie­rzała wło­żyć rano do pracy. Spód­nica w kratę, gra­na­towy swe­ter z ja­gnię­cej wełny, szara bluzka. Nie­mal jak mun­du­rek szkolny. Do­tych­czas ni­gdy nie za­sta­na­wiała się nad tym, jak wy­gląda za ba­rem, i wy­bie­rała rze­czy, któ­rych nie bała się po­pla­mić wy­bie­la­czem, a włosy zwią­zy­wała tak, żeby nie wpa­dały jej do oczu. Aż do dzi­siaj.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2015

Po­dą­żają za prze­wod­niczką, chudą i bladą. Dziew­czyna ma na so­bie zie­loną, lnianą su­kienkę, a wo­kół jej pra­wego ra­mie­nia wije się de­li­katny ta­tuaż, który wy­gląda jak drut kol­cza­sty. Cu­shla prze­suwa się na skraj grupy, z dala od fran­cu­skich i wło­skich tu­ry­stów w dro­gich płasz­czach prze­ciw­desz­czo­wych. Są w jej wieku - co na­dal ją za­ska­kuje. Z dala od do­bie­ga­ją­cego pięć­dzie­siątki męż­czy­zny po jej le­wej stro­nie, o sta­lo­wo­si­wych, za­cze­sa­nych do tyłu wło­sach, w nie­du­żych oku­la­rach i ma­ry­narce z mięk­kiej wełny.

Prze­wod­niczka stoi obok ko­lej­nego eks­po­natu, kilka kro­ków od Cu­shli. Z tak bli­skiej od­le­gło­ści wzór na skó­rze dziew­czyny jest do­sko­nale wi­doczny. Kol­co­list - ostre pędy i zło­ci­ste kwiaty. Cu­shla czuje do niej przy­pływ sym­pa­tii za to, że wy­brała krzew, który dławi inne ro­śliny na tu­tej­szych wzgó­rzach - a nie róże, mo­tyle czy gwiazdy.

Eks­po­nat to rzeźba z ży­wicy, tka­niny i włókna szkla­nego. Biała po­stać na po­stu­men­cie, kre­dowa, sar­ko­fa­gowa, twarz ma ni­czym spo­witą ca­łu­nem, rysy nie­wy­raźne. Ciało jest dziw­nie bez­pł­ciowe, choć mę­skie; sze­roki tu­łów, ma­sywna klatka pier­siowa. Od pasa w górę ema­nuje spo­ko­jem, śpiąca głowa spo­czywa na zgię­tym ra­mie­niu. Coś jed­nak nie zga­dza się w tej po­zie; koń­czyny są roz­ło­żone nie­zgrab­nie, jakby nie zo­stały od­po­wied­nio usta­wione.

Dziew­czyna za­czyna mó­wić. Dzieło po­wstało w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych - wy­ja­śnia. Ar­tystka stwo­rzyła je po tym, jak za­mor­do­wano jej przy­ja­ciela. O ile nie­omal kla­syczna kom­po­zy­cja sta­nowi do­brze znane wy­obra­że­nie śmierci, o tyle nie­upo­rząd­ko­wana forma wy­wo­łuje szok, sy­gna­li­zu­jąc bru­tal­ność mo­mentu za­bój­stwa i chaos pa­nu­jący w ko­lej­nych go­dzi­nach. Au­torka uka­zuje nam przy­ja­ciela jako eve­ry­mana, ale jego nie­dbała poza na­daje mu ludzki wy­miar.

Po­zo­stali pod­cho­dzą do ko­lej­nej pracy - kon­struk­cji przy­po­mi­na­ją­cej budkę TAR­DIS, wy­ko­na­nej z sze­ściu skrzy­deł drzwi po­cho­dzą­cych z wię­zie­nia w Ar­magh. Cu­shla za­trzy­muje się na chwilę i staje przed rzeźbą. Dziew­czyna z wy­ta­tu­owa­nym kol­co­li­stem nie miała ra­cji. Ar­tystka nie przed­sta­wiła eve­ry­mana. De­tale są bar­dzo in­tymne, wręcz pre­cy­zyj­nie od­wzo­ro­wane, tak jakby ca­łość po­wstała z od­lewu. Fo­remny wzgó­rek tłusz­czu po­środku ciała. Lekko unie­siony prawy bark. Coś cia­sto­wa­tego w za­ry­sie żu­chwy. Cu­shla przy­gląda się jego twa­rzy, w oba­wie, że zo­ba­czy na niej strach lub ból, ale on wy­gląda tak samo jak wtedy, gdy spał.

Ktoś do­tyka jej ra­mie­nia. To ten męż­czy­zna w nie­wiel­kich oku­la­rach.

- Pani La­very - od­zywa się. - Pa­mięta mnie pani?