Rozdział 3
Zacznę od początku. Był rok 1996, pierwsze dni zimy. Leżałam na szpitalnym łóżku. Znaleziono mnie po tym, jak próbowałam odebrać sobie życie, popijając whisky śmiertelną dawkę pigułek nasennych, na karcie napisano więc, że jestem pacjentką po nieudanej próbie samobójczej. Kiedy otworzyłam oczy, na zewnątrz sypał śnieg. Z drzew sykomory spadały ostatnie samotne liście. Niebo było tak zachmurzone, że nie byłam w stanie określić, która jest godzina. Myślałam o tym, jak mój wujek - brat mojej matki, psychiatra - zawsze mi powtarzał, że powinnam płakać. Wyglądał naprawdę staro. W innej sytuacji zapytałabym go: Co stało się z twoimi włosami? Wyglądasz jak starzec. No, a teraz, skoro żyję, czy mogę dostać papierosa? I widząc zdziwienie na jego twarzy, pewnie bym się roześmiała. Był taki irytująco dobry. Może dlatego, kiedy odmawiałam odpowiedzi na jego pytania, dodawał: Jak mogłaś to zrobić, skoro twoja matka wciąż nie wydobrzała po operacji?
Naprawdę aż tak martwisz się o moją matkę? Aż tak ją lubisz? Kiedy go o to zapytałam, uśmiechnął się i powiedział: Powinnaś płakać, a jego twarz wyrażała smutek i współczucie. Nienawidziłam tego.
Usłyszałam pukanie do drzwi, ale nie odpowiedziałam. Ostatnio, kiedy odwiedziła mnie moja matka, która miesiąc temu przeszła operację usunięcia guza, nakrzyczałam na nią i rozbiłam kroplówkę. Od tego czasu nikt inny z mojej rodziny nie przyszedł się ze mną zobaczyć. Widać było wyraźnie po ich twarzach, że uważali mnie za jeszcze większe nieszczęście niż centymetrowej wielkości guz, który wyrósł w piersi mojej matki. Życie, którego tak uparcie czepiała się moja matka, nudziło mnie. Ale ani ona sama, ani ja, nigdy nie zastanawiałyśmy się, czy jej życie było wartościowe. Krzyknęłam, że skoro ona nie chciała umrzeć, to ja umrę za nią. Nigdy nie zrobiłabym tak okropnej sceny, gdyby nie przyszła do szpitala i nie powiedziała, że nie wie, dlaczego mnie urodziła - słyszałam to przez całe życie. Ale jeszcze bardziej rozzłościło mnie to, iż zdałam sobie sprawę, że ją przypominam. I kiedy ktoś zapukał do drzwi, pomyślałam, że to moja najmłodsza szwagierka, Seo Yeong-ja, popychadło, które umiało tylko mówić tak i które przyniosło mi miskę owsianki, więc zamknęłam oczy.
Drzwi uchyliły się i ktoś wszedł do pokoju, ale nie była to moja szwagierka. Gdyby to była ona, zapytałaby swoim nosowym głosem: Hej, śpisz? Kiedyś była aktorką, ale teraz zachowywała się tak, jakby miała jakiś dług wobec naszej rodziny, jakby celem jej życia było wykonywanie za nas całej brudnej roboty. Zawsze kiedy przychodziła do mojego pokoju, cicho opróżniała kosz i stukała stojącym na parapecie wazonem, wkładając do niego świeże kwiaty. Ale ku mojemu zaskoczeniu tym razem nie usłyszałam jej głosu. Tak naprawdę to w chwili, w której otworzyły się drzwi, już wiedziałam, że to ciotka Monika. Poznałam ją po zapachu. Skąd brał się ten zapach? Kiedy byłam dzieckiem i kiedy nas odwiedzała, przyciskałam twarz do jej habitu i wciągałam jej woń. Czym pachniesz? Czy pachnę jak środek odkażający? Nie, to nie to. Pachniesz jak kościół, ciociu. Jak świece i inne rzeczy. Ciotka Monika powiedziała mi, że skończyła szkołę pielęgniarską i zanim zdecydowała się wstąpić do klasztoru, pracowała w szpitalu uniwersyteckim.
Powoli otworzyłam oczy, tak jakbym się dopiero obudziła. Ciotka siedziała na krześle obok mojego łóżka i przyglądała mi się w ciszy. Ostatni raz widziałam ją tuż przed moim wyjazdem na studia do Francji. Wtedy nosiłam minispódniczkę, śpiewałam i trzęsłam pupą na scenie jak - zdaniem mojej matki - ostatnia bezwstydnica. Przyszła się ze mną zobaczyć na chwilę w mojej garderobie za kulisami. Od tego czasu minęło już dziesięć lat. Spojrzawszy na nią, dostrzegłam, że się starzeje: wystające spod czarnego zakonnego welonu włosy były już całkiem siwe, a - chociaż jej ramiona nadal sprawiały wrażenie mocnych - plecy miała zgarbione. Chociaż zasadniczo trudno jest rozszyfrować wiek zakonnic, widać było, że się postarzała. Przez chwilę zadumałam się nad smutnym losem ludzi, którzy starzeją się i umierają. Małe, otoczone zmarszczkami oczy ciotki Moniki były utkwione we mnie i widziałam, że wypełnia je dziwne zmęczenie. Miałam wrażenie, że pojawiła się w nich rozpacz, a zarazem pełna ciepła, matczyna miłość, której moja matka nigdy mi nie okazała. W tych oczach było jednak coś jeszcze, coś, co widziałam w nich zawsze, od chwili kiedy ją poznałam - taki rodzaj spojrzenia, którym matka obdarza małe: połączenie bezgranicznego współczucia i ciekawości psotnego dziecka patrzącego na nowo narodzonego szczeniaczka.
Ponieważ milczała, uśmiechnęłam się i powiedziałam:
- Starzeję się, prawda?
- Nie masz aż tylu lat, by umierać - odparła.
- Nie próbowałam się zabić - powiedziałam. - Nie próbowałam umrzeć. Po prostu nie mogłam zasnąć, bez względu na to, ile wypiłam, więc wzięłam kilka pigułek na sen... Byłam naprawdę pijana i nie liczyłam połykanych tabletek. Wzięłam ich garść i wsypałam sobie do ust, a potem to wszystko się stało. Mama przyszła mnie odwiedzić i powiedziała, że jeśli chcę umrzeć, to po prostu powinnam to zrobić i nie sprawiać jej kłopotu, więc teraz się czuję jak jakiś młodociany przestępca. Ale wiesz, jaka jest mama. Jak już wyrobi sobie na jakiś temat zdanie, to nie ma z nią dyskusji. Mam tego dość! Zawsze traktowała mnie tak, jakbym była w jakiś sposób ułomna. Mam już ponad trzydziestkę...
Nie miałam zamiaru nic mówić, ale słowa same wypływały mi z ust.
Spotkanie z ciotką Moniką po tak długim czasie spowodowało, że dostałam napadu złości, jaki miewają dzieci. Jakby wiedziała, co czuję, otuliła mnie kocem, tak jak otula się dziecko, i wzięła za rękę. Poczułam radość, jaką potrafią odczuwać jedynie dorośli, kiedy się ich rozpieszcza jak małe dzieci. Mała i szorstka dłoń ciotki Moniki chwyciła moją i poczułam ciepło bijące z jej ciała. Od dawna nie czułam ciepła drugiej osoby.
- Mówię prawdę - powiedziałam. - Nie mam siły, żeby umrzeć. Wiesz, że nie jestem taka, wiesz, że nie mam ani chęci, ani odwagi, by umrzeć. Więc nie próbuj mi wmawiać, że jeżeli mam chęć umrzeć, to mam też chęć żyć, albo że muszę iść do kościoła. I nie módl się za mnie; jestem pewna, że Bóg i tak ma ze mną wystarczająco dużo zmartwień.
Ciotka Monika zaczęła coś mówić, ale zaraz zamilkła. Moja matka i tak już pewnie rozmawiała z nią o mnie: Yu-jeong zgodziła się na zaręczyny, a teraz nie chce dotrzymać danego słowa. Jej brat twierdzi, że ten człowiek chodził do tej samej szkoły co on. Skończył też Wyższą Szkołę Prawa i Administracji, był jednym z najlepszych na roku. To idealny kandydat na męża dla niej. Ma odpowiednie wykształcenie i dobrą prezencję. Jest dobrym człowiekiem. O jego rodzinie nie można powiedzieć za wiele dobrego, ale cóż, ona ma już ponad trzydziestkę. Czy jej się wydaje, że gdzie indziej znajdzie lepszego kandydata niż ten? Idź, porozmawiaj z nią, ciebie posłucha. Ja nie mam już siły do tej dziewczyny, nie wierzę, że to moje dziecko. Jej ojciec ją tak rozpuścił, bo była jedyną dziewczynką w rodzinie. To dlatego mamy z nią takie problemy. Jej bracia poszli na najlepsze uniwersytety, a ona dostała się tylko do tej marnej szkółki. Nikt w naszej rodzinie nigdy nie miał złych ocen, więc nie pojmuję, dlaczego ona wyrosła na kogoś takiego... Sądzę, że tak mogłaby wyglądać jej przemowa.
- Nie zrobiłam tego z jego powodu. Nigdy nie chciałam za niego wyjść ani on tak naprawdę nie chciał się ze mną ożenić. Znajdzie sobie inną dziewczynę, z lepszej rodziny i bogatszą. Jeszcze będą ustawiać się do niego w kolejce młodsze i lepiej rokujące kandydatki. Powiedział mi, że do jego drzwi nieustannie dobijają się swatki.
Ciotka Monika nie odpowiedziała. Podmuch wiatru na zewnątrz sprawił, że okiennica zadrżała. Wichura przybierała na sile, a drzewa gubiły ostatnie liście. Gdyby tylko ludzie byli jak te drzewa i raz w roku mogli zapadać w długi, przypominający śmierć sen, a potem budzić się ponownie. Byłoby miło obudzić się, przywdziać nowe, bladozielone listki i różowe kwiaty i zacząć wszystko od początku.
- Coś ci powiem. Jego była dziewczyna, która mieszkała z nim przez trzy lata, przyszła się ze mną spotkać. Powiedziała mi, że dwukrotnie usunęła ciążę. Jej historia była taka przewidywalna. Założę się, że dawała mu kieszonkowe, kupowała książki i gotowała dla niego. W dniu egzaminu adwokackiego pewnie zabrała go na grillowane żeberka i świętowała jego sukces. A potem, po tym wszystkim, ten skurwysyn zmienił zdanie i zaczął uganiać się za mną, młodszą siostrą prokuratora generalnego. Wziął na pewno pod uwagę także mój udział w spadku. Jestem pewna, że lubi naszą rodzinę dlatego, że pełno w niej lekarzy, prawników, doktorantów i wszystkich tych nadętych specjalistów. Ciociu, wiesz, czego najbardziej nienawidzę? Banalności. Gdyby tylko rzucił ją w mniej wyświechtany sposób albo chciał ożenić się ze mną z mniej merkantylnych powodów, przymknęłabym na to oko i udawała, że tego nie widzę. Naprawdę. Ale nie mogłam znieść, że to wszystko było takie fałszywe. I tyle! Musisz mi wierzyć. Nikomu wcześniej tego nie mówiłam, ani mamie, ani braciom, nikomu z rodziny. Nikt o tym nie wie. Wszyscy myślą, że po prostu kręcę nosem, i niech tak zostanie. Dzięki temu nie muszę mieć z nimi do czynienia.
W tamtej chwili nie miałam pojęcia, dlaczego mówię ciotce o sprawach, o których nie powiedziałam nikomu innemu. Nie wiedziałam też, dlaczego po prostu nie wyjaśniłam mojej rodzinie, że nie mam zamiaru wychodzić za mąż. Głos byłej dziewczyny tamtego mężczyzny drżał lekko w słuchawce: Czy to pani Mun Yu-jeong? Chciałabym z panią porozmawiać. Kiedy ją ujrzałam, zaskoczył mnie wygląd jej rąk. Były bardzo zniszczone. Miała ładną twarz, ale jej ręce wyglądały tak, jakby należały do innej osoby. Miała szczere spojrzenie i delikatne rysy twarzy, ale była śmiertelnie blada. Jest dla mnie wszystkim. W chwili, kiedy z jej ust padły te słowa, moje serce zamarło. Jak to możliwe, że kobieta może mówić w ten sposób o mężczyźnie? Jak można mówić takie słowa osobie, którą widzi się po raz pierwszy w życiu? Możliwe, że odrobinę jej zazdrościłam - tak jak zazdrościłam wszystkim, których udziałem była wiara i przekonanie, że to, co robią, jest właściwe. I wcale nie była to zazdrość o mężczyznę. W moim życiu nigdy nie było osoby, która byłaby warta tego, by zaryzykować dla niej wszystko. Była smutna, ale nie płakała. Wydawało mi się, że to dlatego, iż nadal desperacko czepiała się nadziei, która nie pozwalała jej zmierzyć się z rzeczywistością. Pomyślałam, że gdyby zdała sobie sprawę z tego, jak głupio jest żywić taką nadzieję, mogłoby ją to zabić. Dla mnie jej sytuacja była gorsza, niż gdyby znalazła się na dnie rozpaczy. Roztaczała wokół siebie aurę tragedii, ale i pewnego niebezpieczeństwa. Kiedy powiedziałam o niej ciotce Monice, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego zachowałam to spotkanie w tajemnicy przed moją rodziną. Mój były narzeczony nie był przystojny: był średniego wzrostu, a jego kwadratowa szczęka i ciemna karnacja wskazywały, że nie miał łatwego dzieciństwa. Nie było w nim nic niezwykłego, ale tak naprawdę też nie oczekiwałam, że rozpali we mnie ogromne uczucie. Byłam wystarczająco dojrzała, żeby wiedzieć, że jeżeli zdecydowałam się na małżeństwo z rozsądku, to nie mogę liczyć na wielką miłość. Z wieloma kobietami miałeś do czynienia? - zadałam mu to pytanie zaraz po tym, jak mój starszy brat Yu-sik nas sobie przedstawił. Spuścił wtedy wzrok i uśmiechnął się lekko. Poczułam zadowolenie na myśl, że zostanę pionierką na tym gruncie. Oczywiście wiedziałam, dlaczego mężczyźni szukali sobie na żony dziewic. Wiedziałam też, że jeżeli się poddam i wyjdę za tego głupca, który całe swoje dotychczasowe życie spędził z nosem w książkach, moja rodzina da mi przepustkę do królestwa, które stworzyła, i nigdy więcej nie wspomni o mojej przeszłości. Kiedy o tym myślałam, moje dotychczasowe rozrywki: alkohol czy seks i mnie zaczynały się wydawać mało znaczącymi wybrykami.
Zwierzył mi się, że kiedyś był bardzo zakochany. Poszliśmy tylko na dwie randki - widocznie nie była mną zainteresowana. A potem byłem zbyt zajęty przygotowywaniem się do egzaminów. Bardzo poważnie podchodzę do swoich obowiązków. Mężczyzna powinien mieć dobrą pracę, która umożliwi mu utrzymanie rodziny. Małżeństwo i miłość to sprawy drugorzędne. Najpierw należy zająć się sobą i zdobyć odpowiednią pozycję w społeczeństwie. Wcale nie ukrywał, że chciał zrobić dobre wrażenie, i szczerze mówiąc, uznałam, że to słodkie. Czyli twierdzisz, że choć masz ponad trzydziestkę, pierwszy raz w swoim życiu zakończysz randkę zaproszeniem dziewczyny do hotelowego pokoju? Niezły z ciebie kłamczuch, zaśmiałam się. Wyglądał na zaskoczonego, jakby nigdy wcześniej nie spotkał dziewczyny takiej jak ja. Ale wyraz jego oczu mówił, że właśnie takie zadziorne kobiety mogły być w jego typie. Można powiedzieć, że było to swego rodzaju zaciekawienie "innym gatunkiem", ale był w tym także ślad dumy. Oto on, prosty człowiek, spalony słońcem i pocięty przez komary, spotyka dziewczynę z wyższych sfer, dziewczynę, która nie zna znaczenia słowa "posłuszeństwo". Pewnie było w tym trochę prawdy. Pamiętam, że przez chwilę nawet zastanawiałam się, czyby nie użyć go dla własnej korzyści - pomysł, że dzięki niemu postępowałabym wreszcie tak, jak chce tego moja rodzina, był kuszący. Prawdopodobnie tęskniłam właśnie za czymś takim - chciałam zostawić swoje stare buty w zabłoconym korytarzu, a stopy postawić na czystym progu, który byłby początkiem nowego, lepszego życia. Stałabym na nogach mocno i niezachwianie - tak, żeby strzała mogła trafić prosto do celu. Ponieważ jego uśmieszek miał w sobie zdecydowanie za dużo fałszywej skromności, uznałam, że nie mówi mi całej prawdy, ale w pewnym sensie dałam się na jego słowa nabrać. A może chciałam mu ufać? Albo próbowałam przekonać samą siebie, że powinnam mu uwierzyć, że powinnam jeszcze raz komuś zaufać, zrobić to, co konieczne? Jeżeli mam być zupełnie szczera, to nie miałam problemu z tym, że już z kimś mieszkał - ja w końcu też nie byłam niewinną dziewicą, która miałaby cokolwiek do stracenia. Ja też pomieszkiwałam z mężczyznami podczas studiów we Francji, ale żaden z tych związków nie trwał dłużej niż miesiąc. Nawet jeśli zostawił ją tylko dlatego, żeby poślubić mnie, dziewczynę z wyższych sfer, nie miałam prawa go oceniać. O ile mi wiadomo, jego zachowanie nie było specjalnie dziwne czy niemoralne - wszyscy, których znałam, żenili się z takich samych pobudek. Ale ja nie mogłam tak postąpić. Zdałam sobie sprawę, że nie mogłabym wyjść za niego, skoro nie poślubiłam nawet mojej pierwszej miłości, człowieka, któremu nie potrafiłam powiedzieć, że go kocham, i z którym rozstałam się, krzycząc do niego na ulicy: Odejdź! Zostaw mnie i nigdy nie wracaj!
Rozczarowana myślą, że nie uda mi się zdobyć miejsca w zbudowanym przez moją rodzinę królestwie, znowu zaczęłam pić do utraty przytomności. Nie chodziło o tę kobietę - ulice były pełne ludzi zasługujących za współczucie. Czy można znaleźć nieszczęście bez jakiejś ukrytej za nim smutnej historii? Smutek bez braku usprawiedliwienia? To, że o tych ludziach można było powiedzieć "zasługujący na współczucie", oznaczało ni mniej, ni więcej tylko to, że dosięgła ich sprawiedliwość. Nawet gdyby ta kobieta umarła, kiedy ją zostawił, to nic by się nie stało. Jeśliby się temu bliżej przyjrzeć, to i jej los, i mój był banalny. Gdyby szukać między nami podobieństwa, to można by je znaleźć w tym, że obie próbowałyśmy polepszyć sobie życie przy pomocy mężczyzny.
- To prawda, nasza Yu-jeong nie jest typem osoby, która z takiego powodu chciałaby umrzeć - powiedziała ciotka Monika i pogłaskała mnie po głowie.
- Ciociu...
- Tak?
- Dlaczego tak długo mnie unikałaś? Po powrocie do Korei dzwoniłam do zakonu wiele razy, ale zawsze słyszałam, że cię nie ma.
- To prawda, byłam zajęta, przepraszam. Myślę, że mogę podać tylko jedną wymówkę: ponieważ masz już ponad trzydziestkę, uznałam, że wydoroślałaś i już mnie nie potrzebujesz.
Zaskoczyło mnie słowo "przepraszam". Nie miała powodu mnie przepraszać - to mnie było przykro. Przykro, że nadal nie dorosłam. Ale nigdy nie byłam zbyt dobra w mówieniu takich słów jak "przepraszam", "dziękuję" czy "kocham". Jeżeli nie używałam ich po to, żeby z kogoś zadrwić, to nie wymawiałam ich wcale, nawet wtedy, kiedy nie mogły ich zastąpić żadne inne słowa.
- Ciociu Moniko, postarzałaś się. Nigdy nie byłaś ładna, ale ostatnim razem, kiedy cię widziałam, przynajmniej nie miałaś aż tylu zmarszczek. Bardzo się zestarzałaś.
Zaśmiała się.
- Zgadza się - powiedziała. - Wszyscy się starzejemy i nic nie trwa wiecznie. A potem umieramy. Może nie od razu, ale i tak wszyscy w końcu umrzemy.
Zawahała się przed ostatnim słowem, jakby jego wymówienie sprawiało jej trudność, ale w końcu je z siebie wykrztusiła. Potem podeszła do lodówki, wyjęła puszkę soku i wypiła go jednym haustem. Musiała być bardzo spragniona. Westchnęła i przez chwilę patrzyła przez okno na trzęsące się na wietrze gałęzie sykomory. Ja również zapatrzyłam się w widok za oknem. Puść je, puść te liście, pomyślałam, niech zabierze je wiatr.
- Ciociu, nie chciałam umrzeć. Byłam znudzona i zmęczona. Miałam wszystkiego dosyć. Wydawało mi się, że jeżeli będę żyła dalej, to będę tylko dodawać kolejne nudne dni do swojej nudnej egzystencji. Nasze życie mija dzień za dniem, aż wreszcie, jak powiedziałaś, umieramy. Chciałam wyrzucić swoje życie do śmieci. Chciałam wykrzyczeć światu: Tak, masz rację, jestem śmieciem! Jestem beznadziejna! I nie da się mnie uratować.
Ciotka Monika spojrzała na mnie, ale ku mojemu zaskoczeniu w jej oczach nie było żadnych emocji. Zawsze obawiałam się tego nieczułego spojrzenia. A lęk, jaki wtedy czułam, jak zawsze w przypadku prawdziwego strachu, mieszał się z szacunkiem.
- Yu-jeong, kochałaś go? - zapytała ostrożnie. - Tego prawnika, Kanga, czy jak on tam się nazywał.
Parsknęłam śmiechem.
- Tego wieśniaka? - zapytałam.
- Skrzywdził cię?
Nie odpowiedziałam.
- Zastanowisz się nad tym jeszcze?
- Nie potrafiłabym mu wybaczyć. Ciociu, myślałam o tym i nie sądzę, żeby to była miłość. Jeśli kochasz, twoje serce pęka, a z moim jest wszystko w porządku. Jeżeli kochasz naprawdę, to chcesz, by ta druga osoba była szczęśliwa, nawet jeśli ma dzielić to szczęście z kimś innym. A ja nigdy nie czułam czegoś takiego. Nie czułam nienawiści do niego. Nienawidziłam zaś tego, że ze względu na jego społeczną pozycję od razu mu zaufałam. Nienawidziłam tego, że chociaż przez kilkanaście lat byłam zbuntowana, nadal chciałam być taka jak moi bracia, ich żony i wszyscy im podobni. I nienawidziłam też tego, że nawet moja własna nienawiść mnie zawiodła.
Ciotka Monika pokiwała głową.
- W porządku, wierzę ci - powiedziała. - Ale posłuchaj, Yu-jeong. Zanim tutaj przyszłam, spotkałam twojego wujka, doktora Choi. Powiedział mi, że to już twoja trzecia próba samobójcza. Dodał, że musisz przez miesiąc zostać w szpitalu na obserwacji, ale powiedziałam mu, że zabiorę cię ze sobą. Na początku nie był przekonany do tego pomysłu, potem jednak stwierdził, że jeżeli naprawdę tego chcę, nie będzie protestował. Że to wbrew zasadom, ale mi ufa. Więc co chcesz zrobić? Chcesz tu pozostać przez miesiąc i przechodzić znów tę samą terapię, czy wolisz mi pomóc?
Wiedziałam, że nie żartuje. Siedemdziesięcioletnia zakonnica nie miała powodu, aby żartować z siostrzenicy, która dopiero co próbowała popełnić samobójstwo. Ale i tak się zaśmiałam. Zawsze śmiałam się w sytuacjach, kiedy chciałam wymigać się od zrobienia czegoś trudnego. Jednak wyczuwając w głosie ciotki stanowczość, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ja też jestem banalna. Miałam ochotę na papierosa.
- Jak mam ci pomóc? Piję, palę i przeklinam, więc poza sprawianiem, że inni czują się nieswojo w moim towarzystwie, w niczym nie jestem dobra.
- Więc jednak zdajesz sobie z tego sprawę - odparła sucho. - Ktoś chce się z tobą zobaczyć. Chcą posłuchać, jak śpiewasz.
- Ciociu Moniko, przepraszam, siostro Moniko, nie prosisz mnie chyba, żebym śpiewała w nocnym klubie, co? Czy zakonowi skończyła się gotówka i potrzebujecie dawnej diwy, żeby śpiewała w waszej kawiarni?
Zaczęłam się śmiać. Wiedziałam, że przesadzam, ale tego rodzaju reakcje były tak mocno we mnie zakorzenione, jakbym rzeczywiście była aktorką. Kogoś bardziej naiwnego może udałoby mi się nawet nabrać. Ciotka Monika zazwyczaj udawała, że bierze moje udawanie za dobrą monetę, nawet jeżeli była zaskoczona moim zachowaniem. Ale tym razem się nie zaśmiała.
- Jest ktoś, kto chciałaby posłuchać hymnu państwowego, który kiedyś zaśpiewałaś - powiedziała powoli.
- Co? Hymn państwowy?
- Tak, dokładnie.
Zaśmiałam się raz jeszcze. To może być niezła zabawa, pomyślałam.