Nasze słoneczne lato - Cynthia Ellingsen

-
Proszę czekać

Rozdział drugi

Isla czaiła się w kącie sklepu wielobranżowego, starając się niczego nie dotykać. Rodzice uparli się, żeby w drodze na obóz zatrzymać się i kupić lody rzemieślnicze, co brzmiało całkiem przyjemnie. Do momentu, gdy nie zdecydowali się na tę norę, gdzie Isla wypatrzyła szyld z napisem ŻYWA PRZYNĘTA... oraz stojące w lodówce wiaderka wijących się czarnych robali.

Fuj, co za ohyda.

Tak samo zresztą jak pomysł wyjazdu na obóz.

Ona pragnęła spędzić lato tak jak zawsze: uczęszczając do Metropolitan Opera, zajmując się swoim biznesem w internecie i przedzierając się przez kolejne tomy stu najlepszych amerykańskich powieści. W tym roku jednak rodzice zaplanowali podróż do Europy. Zamiast pozwolić jej spędzić wakacje pod opieką dziadków tak jak starszym braciom (szczęściarze mieli letnie rozgrywki swojej drużyny rugby), postanowili wysłać ją na obóz, zasłaniając się twierdzeniem, że przyda jej się to, kiedy będzie się starała o przyjęcie do college'u. Oczywiście któregoś z Ligi Bluszczowej.

Dzieliło ją od tego jeszcze sześć lat. Wprawdzie zależało jej na dobrym wykształceniu, ale doprawdy... Wyjazd na obóz był równie zachęcający, jak ten zapuszczony sklep.

Komary? Drewniane prycze? Latryny?

Makabra.

Ponadto ostatnie tygodnie były dla niej pasmem utajonych obaw: jakie będą koleżanki z chatki? Co będzie, jeśli zepsuje się inhalator? Czy da sobie radę bez rodziców, oddalonych w przybliżeniu o sześć i pół tysiąca kilometrów?

Sytuacja była nieprawdopodobnie stresująca.

- Isla! - Po sklepie poniósł się donośny głos jej matki.

Krzyczała, jak zwykle zresztą. Rodzice byli ważnymi (i stosownie nadętymi) prawnikami z korporacji na Manhattanie, zakładającymi (błędnie), że wszyscy pragną słyszeć, co takiego mają do powiedzenia.

Isla schyliła głowę i ruszyła chyłkiem alejką między regałami. Skręciła i z impetem na kogoś wpadła.

- Przepraszam. - Wystawiła rękę, żeby złapać równowagę. - Nie...

Słowa zamarły jej na ustach. Jej ręka spoczywała na torsie najprzystojniejszego chłopaka, jakiego w życiu widziała. Miał ciemne kręcone włosy, śmiejące się piwne oczy i pachniał słodko winogronami.

Ogłuszona opuściła rękę i stała, nie mogąc wykrztusić słowa.

- Fajny strój - zauważył chłopak z szerokim uśmiechem.

On też miał na sobie podobne ubranie, co oznaczało, że jest uczestnikiem obozu dla chłopaków po przeciwnej stronie jeziora. Serce Isli zabiło mocniej.

- Jestem Jordan - przedstawił się, a ponieważ milczała, dodał: - Moglibyśmy być bliźniętami, wiesz, jesteśmy tak samo ubrani. Albo wymieniać się ubraniami.

W tym momencie zza regału wyłoniła się matka Isli i wcisnęła jej do ręki koktajl czekoladowy.

- Spróbuj - powiedziała. - Jest wyjątkowo smaczny.

Isla odwróciła się pośpiesznie od Jordana. Do ukończenia piętnastego roku życia, czyli jeszcze całe cztery lata, nie wolno jej było nawet pomyśleć o chłopakach . Matka dałaby jej szlaban na resztę życia, gdyby wiedziała, co chodzi jej po głowie. Na przykład: "Ciekawe, czy zobaczę się z nim na obozie?". Albo: "Jakby to było się z nim całować?".

Na samą myśl o tym wpadła w taką panikę, że źle chwyciła kubek z koktajlem. Wieczko się podniosło i płynna czekolada ochlapała jej bluzkę. Chłopak parsknął śmiechem.

Zdruzgotana Isla wybrała jedyne logiczne wyjście: rzuciła się do drzwi, zbiegła po drewnianych schodkach i popędziła do auta. Matka pobiegła za nią.

- Zatrzymaj się natychmiast, młoda damo! - Isla usłyszała szczęknięcie zamków w drzwiach cadillaca. - Nie wsiądziesz w tym stanie do mojego wypożyczonego auta!

Isla stała roztrzęsiona, czekając, aż matka wyjmie z walizki marki Louis Vuitton w bagażniku wykrochmaloną bluzkę koszulową.

- W sklepie na pewno mają łazienkę. - Matka podała jej bluzkę. - Idź się przebrać.

"Mam się przebrać w łazience? W tym zapyziałym sklepie?"

- Mamo, nie - poprosiła błagalnym tonem. - Pozwól mi tylko...

- Natychmiast.

Co za żenada. Oczywiście przystojniak wybrał akurat ten moment, żeby otworzyć siatkowe drzwi.

A jej koszmarna matka w tej samej chwili ryknęła: "BĘDZIE CI POTRZEBNY CZYSTY STANIK!". I na oczach zdjętej grozą Isli wyjęła z walizki biały koronkowy stanik sportowy i pomachała nim jak chorągwią.

Chłopak zamarł z ręką na futrynie.

Matka podeszła do dziewczyny rozkołysanym krokiem i wetknęła jej stanik do ręki.

- Młody człowiek przytrzymał ci drzwi - wycedziła. - Nie każ mu sterczeć tu cały dzień.

Isla z bijącym sercem wbiegła po schodkach. Nie mogła się powstrzymać, żeby na niego nie zerknąć. Chłopak wbił w nią bystre ciemne oczy.

- Cofam to, co powiedziałem o wymianie ciuchów - wymamrotał.

Zaczerwieniła się po nasadę włosów. Wyminęła go i wpadła do sklepu, żałując, że musi się przebrać. Istniała realna szansa, że kiedy tylko zdejmie z siebie mokrą, lodowato zimną bluzkę, jej ciało stanie w płomieniach.

Rozdział pierwszy

Lauren przyciskała do piersi prospekt reklamujący Letni Obóz dla Dziewcząt Blueberry Pine. Samolot wylądował z ogłuszającym hukiem i toczył się po pasie startowym. Westchnęła i znowu spojrzała na okładkę prospektu.

Cztery dziewczyny stały w równym szeregu. Na ustach miały jednakowe promienne uśmiechy, na sobie zaś tradycyjny strój biwakowy: zielone podkolanówki, granatowe bluzki koszulowe i zielone sztruksowe spodnie za kolano. Obozowiczki pozowały u stóp rozłożystych sosen, z ich oczu tryskała radość, że są w pięknym miejscu, przyjaźnią się i dzielą wspólne sekrety.

Był to obraz absolutnie doskonały, podobnie jak lato będące udziałem - tak przynajmniej wyobrażała sobie Lauren - dziewczyn z bogatych rodzin. Ona sama spędzała letnie dni na obowiązkach kuchennych i zmienianiu pieluch w Shady Acres, wielodzietnym domu zastępczym, w którym mieszkała.

Kiedy napisane przez nią wypracowanie zwyciężyło w konkursie, w którym nagrodą był udział w Letnim Obozie dla Dziewcząt Blueberry Pine, Lauren poczuła się najszczęśliwszą osobą na świecie. Wyjazd na obóz był spełnieniem jej najskrytszych marzeń. Nareszcie się tego doczekała i z nadzieją wypatrywała początku najcudowniejszego lata w swoim życiu.

- Traverse City, Michigan - ogłosiła stewardessa i kilkoro pasażerów zaklaskało.

Lauren wytarła spocone dłonie i wetknęła broszurę do przedniej komory plecaka. Idąc za stewardessą do strefy odbioru bagaży, nie mogła przestać się uśmiechać. Zakupiona w sklepie dobroczynnym zielona brezentowa walizka czekała na nią na nieruchomym taśmociągu jak wierny przyjaciel.

Opodal stał mężczyzna w kraciastej czapce golfowej, który trzymał w rękach tabliczkę z napisem WITAJ, LAUREN WILLIAMS! Zdenerwowana Lauren obgryzała paznokcie w oczekiwaniu, aż dorośli wymienią się dokumentami.

- Życzę ci miłego pobytu na obozie, Lauren - powiedziała stewardessa, wręczając jej butelkę wody i kilka opakowań precli.

- Gotowa? - Kierowca obdarzył ją szerokim uśmiechem.

Włożył jej podniszczoną walizkę do bagażnika czarnego sedana i przytrzymał Lauren drzwi, jakby była jakąś ważną personą.

Gdy samochód wyjechał na drogę, za oknami zaczęły się przesuwać pnie wysokich sosen. Po błękitnym niebie płynęły nieliczne puchate obłoki niczym na fotografii z kalendarza. Żywe kolory były tak odmienne od jednostajnego krajobrazu Arizony.

- Czy każdego roku wyjeżdżasz na obóz? - zapytał z zainteresowaniem kierowca.

Przyglądał się jej w lusterku wstecznym.

- Nie, proszę pana - odparła, zaciskając kurczowo dłonie. - Jestem tu pierwszy raz. Wygrałam wyjazd w konkursie na wypracowanie.

Wygrana była olbrzymim zaskoczeniem. Pięć tygodni zajęło jej pisanie i poprawianie tekstu, w którym miała wyjaśnić, dlaczego chciałaby wziąć udział w Letnim Obozie dla Dziewcząt Blueberry Pine. Na koniec doszła do wniosku, że jej pisanina jest wręcz żenująca, a jurorzy konkursu wyśmieją tekst i wyrzucą go do kosza.

Trzy tygodnie później otrzymała - ku swojemu zaskoczeniu - list. Wygładzała go, czytała wciąż od nowa i składała tyle razy, że papier ścieniał i wystrzępił się na brzegach.

W końcu znała list niemal na pamięć:

Droga Lauren,

gratulujemy! Twoje wypracowanie W poszukiwaniu siostrzeństwa zdobyło główną nagrodę w postaci stypendium im. Beatrice Hunt, uprawniającego do udziału w Letnim Obozie dla Dziewcząt Blueberry Pine. Ten list jest zaproszeniem do ośmiotygodniowego pobytu w Chatce Świetlika. Kiedy potwierdzisz swój udział, prześlemy Ci fundusze na pokrycie kosztów podróży i zakup niezbędnego wyposażenia. Dziękujemy za Twoje szczere słowa płynące z serca i jeszcze raz serdecznie gratulujemy!

Z serdecznymi pozdrowieniami

Carol Kennedy

dyrektorka programu stypendialnego

- To wspaniale - ucieszył się kierowca. - Otrzymałaś wyjątkową szansę, wiesz?

- Tak, proszę pana. - Lauren skinęła głową z poważną miną. - Mieszkam w wielodzietnym domu zastępczym, więc miałam szczęście, że pozwolono mi wyjechać.

- Jesteś sierotą? - zdziwił się mężczyzna.

Lauren nie cierpiała reakcji ludzi dowiadujących się, że nie ma rodziny. "Byłoby miło - pomyślała - gdybym choć raz nie musiała się z tego tłumaczyć".

Właściwie to...

Usiadła wyprostowana. Dziewczyny na obozie nie będą o tym wiedziały, chyba że sama im powie.

- Czy przewozi pan wiele obozowiczek? - zapytała.

- Nie, tylko niektóre - odparł uprzejmie kierowca.

- Czy może mi pan w takim razie wyświadczyć przysługę? - Lauren nachyliła się do fotela kierowcy. - Wolałabym, żeby dziewczyny nie wiedziały, skąd przyjechałam i że mieszkam w rodzinie zastępczej. Chciałabym przez pewien czas udawać kogoś innego.

- Jasne, mała. - Mężczyzna spojrzał na nią w lusterku wstecznym. - Nie wydam cię.

Włączył stację nadającą złote przeboje i nucił pod nosem. Lauren wyjęła z plecaka wymięty prospekt i kartkowała go jak ukochaną książkę. Samochód wjechał na grzbiet zalesionego wzgórza, skąd rozciągał się wspaniały widok na rozświetlone słońcem jezioro w dole. Wzdłuż prowadzącej do niego drogi rosły majestatyczne sosny i - ojejku! - widać było pokazane w prospekcie kolorowe flagi:

SERDECZNIE WITAMY W BLUEBERRY PINE

PROMIEŃ SŁOŃCA: PÓŁTORA KILOMETRA

LETNI OBÓZ DLA DZIEWCZĄT BLUEBERRY PINE: RADOŚĆ I ZABAWA

Samochód skręcił na długi ziemny podjazd. Nad bramą wjazdową widniał szyld wykonany ze skrzyżowanych polan. Wypalone w drewnie litery głosiły: Rok zał. 1948.

Lauren opuściła szybę i jej rude włosy załopotały na wietrze. W powietrzu unosił się zapach sosnowych igieł zmieszany z wonią wilgotnej ziemi i czegoś słodkawego - być może świeżo skoszonej trawy albo dzikich kwiatów. Żołądek Lauren skurczył się z radosnego podniecenia na widok niedużej budowli z drewna, przed którą stały dwie dziewczyny ze sztywnymi podkładkami w rękach.

Blondynka podeszła do auta, które zaparkowało nieopodal, a wysoka Azjatka przywitała Lauren. Lśniące czarne włosy związała w długi koński ogon, a na zębach miała aparat. Nie zważając na to, żuła gumę balonową i co rusz wydmuchiwała fioletowe bańki.

- Serdecznie witamy w Blueberry Pine! Jestem Cassandra. - Podała Lauren rękę przez okno i mocno uścisnęła. - Do jakiej chaty zostałaś przydzielona?

- Do Chatki Świetlika - odpowiedziała rozpromieniona Lauren. - Jestem Świetlikiem.

Na stronie internetowej obozu, którą przestudiowała z uwagą, podano informację, że uczestniczą w nim dziewczynki w wieku od dziesięciu do trzynastu lat. Każda grupa wiekowa obozowała w dwóch skupiskach chat. Nie dotyczyło to tylko dziesięciolatek, których było tak mało, że wystarczyło im jedno skupisko. Chatki najmłodszych uczestniczek nosiły nazwy owoców, jedenastolatki były owadami, dwunastolatki drzewami, a najstarsze dziewczyny ptakami.

- Już od wielu tygodni cieszę się, że jestem Świetlikiem - wyznała Lauren.

- To się świetnie składa, bo ja też należę do Świetlików - odrzekła Cassandra. - Będę twoją opiekunką.

- Miło mi cię poznać! - powiedziała Lauren z szacunkiem.

Nie mogła uwierzyć, że rozmawia z taką ważną osobą. Czuła się tak, jakby osobiście poznała gwiazdę muzyki czy filmu.

- W ciągu dnia mamy różne obowiązki. - Cassandra pokazała na jasnowłosą dziewczynę. - Obie witamy dzisiaj nowe uczestniczki, ale wrócę do chaty przed ceremonią powitalną i ogniskiem, które odbędą się po południu. - Przestudiowała kartkę z fotografiami i powiedziała: - Ty musisz być... Lauren.

Przywitały się jeszcze raz żółwikiem.

- Dam ci teraz pakiet powitalny ze wszystkimi niezbędnymi informacjami, w tym z mapką obozu. Znajdziesz tam drogę do swojej chaty. - Weszła do drewnianego budyneczku i po chwili wyłoniła się stamtąd z wypchaną teczką na dokumenty. - Przyjechałaś jako pierwszy Świetlik, więc możesz sobie wybrać najlepsze łóżko. Zaplanowano na dzisiaj mnóstwo różnych zajęć na głównym boisku, na przykład grę w piłkę nożną i rzucanie balonami wypełnionymi wodą, więc baw się dobrze i do zobaczenia wkrótce.

Kierowca Lauren pomachał obu dziewczynom, blondynce i Azjatce, i pojechał do głównego obozu.

- To wprost niewiarygodne - szepnęła Lauren, wychylając się przez przednie siedzenie.

Mogło się wydawać, że strona internetowa ożyła. Na olbrzymim trawniku rozstawiono stoły piknikowe i ławki, obok zaś stał nieduży pawilon z szyldem z napisem KANTYNA. Lauren pamiętała, że mieści się w nim bar z przekąskami. Obozowiczki utworzyły już kolejkę po lody, rozmawiając i żartując z przyjaciółkami. Od trawnika odchodziły ścieżki wysypane wiórami drewna i prowadzące do drewnianych chat. W oddali połyskiwało jezioro - ach, jakież było błękitne! - w którego gładkiej tafli odbijały się wysokie sosny.

Kierowca zaparkował i wysiadł, żeby wyjąć walizkę Lauren z bagażnika. Postawiwszy w końcu stopę na terenie obozu, Lauren otworzyła podniszczoną portmonetkę i wyjęła z niej dziesięciodolarowy banknot, który matka zastępcza dała jej na napiwki. Kierowca zbył ją machnięciem ręki.

- Zatrzymaj to, dzieciaku - powiedział i wsiadł do auta. - Kup sobie coś smacznego.

- Nie, ja... - wyjąkała zaskoczona - ja muszę dać panu napiwek.

- A ja dam ci dobrą radę - odparł mężczyzna, wychylając się przez okno. - Świat nie jest ci nic winien. Więc kiedy wyświadcza ci przysługę, uśmiechnij się i powiedz "dziękuję". - Kantem dłoni dotknął daszka czapki. - Baw się dobrze na obozie.

Lauren nie wierzyła własnemu szczęściu. Całe dziesięć dolarów?!

"Będę mogła sobie kupić lody!"

Kurczę, za dziesięć dolców można przecież kupić lody dla siebie i dla nowych koleżanek. Uśmiechnięta od ucha do ucha machała kierowcy, dopóki nie zniknął jej z oczu.

Odwróciła się i omiotła wzrokiem teren Blueberry Pine. Było tu niesamowicie pięknie. Ptaki popisywały się trelami, owady bzyczały swoją letnią pieśń i było tak cudownie, że poczuła idiotyczne łzy pod powiekami.

"Kierowca miał rację. Świat nie jest mi nic winien. Ale czasami zdarza się prawdziwy cud".

- Dziękuję - wyszeptała z uśmiechem.

Nie miała cienia wątpliwości, że Letni Obóz dla Dziewcząt Blueberry Pine okaże się najbardziej ekscytującą przygodą w jej życiu.