ROZDZIAŁ DRUGI
JASALYN
- DZIEŃDOBEREK, ŚPIOSZKU!
Pogodny szczebiot mojej siostry wcina się w spowijający mnie gruby pled sennego koszmaru. Budzę się z tłumionym krzykiem i w pierwszej chwili jestem przekonana, że zaraz zobaczę ciemną celę, w nozdrza uderzy mnie odór uryny, a w kościach poczuję przenikliwe zimno kamiennej posadzki.
Ale leżę w łóżku - miękkim i ciepłym. Wstał nowy dzień i przez szpary w zasłonach wpada do pokoju miodowa poświata słońca.
Brie siada przy mnie, roztaczając zapach swojego ulubionego waniliowo-cynamonowego mydła. Czuję bijące od niej ciepło. I niepokój. Zawsze ten niepokój.
- Wybacz, że cię obudziłam - mówi cicho, głaszcząc mnie knykciami po wierzchu dłoni - ale za kilka godzin mam spotkanie w górach na północy. Zależało mi, żeby porozmawiać z tobą przed odjazdem.
Dopóki żyłam w Elorze, w świecie ludzi, zanim sprzedano mnie Mordeuszowi i uprowadzono do Faerie, nie zastanawiałam się zbytnio, jak to jest być królową fae. Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał, powiedziałabym pewnie, że życie królowej to pasmo dekadenckich rozrywek, bali i, nie wiem, przyjmowania hołdów od poddanych widzących w niej kogoś na kształt łaskawej bogini. Ale sądząc po tym, jak wyglądały ostatnie trzy lata życia mojej siostry, królowanie sprowadza się przede wszystkim do spotkań oraz... spotkań. Brie albo spotyka się z arystokratami, których namawia, by wsparli ją w odbudowie królestwa, albo rozsądza błahe spory pomiędzy fae cieni, zupełnie jak nauczycielka instruująca dzieci, że mają się grzecznie bawić.
Jakby tego było mało, musi także lawirować w meandrach międzydworskiej polityki. Choć ona sama przyjaźni się z królami Świetlistego Dworu oraz Krainy Dzikich Fae, to poddani trzech głównych terytoriów wchodzących w skład Faerie niekoniecznie chcą brać z niej przykład. Fae ze Świetlistego i Mrocznego Dworu przez wieki byli sobie wrodzy, zaś tradycyjnie neutralni Dzicy Fae z najwyższą niechęcią wchodzili w sojusze z Mrocznym Dworem.
- Jas? - Brie bierze mnie za nadgarstek.
Boję się, że za chwilę znowu odpłynę w sen, więc zmuszam się do otwarcia oczu.
Brie ma na sobie strój do konnej jazdy: brązowe skórzane bryczesy, buty do kolan, białą koszulę z miękkiej bawełny i skórzaną kamizelkę. Widzę, jak się krzywi na widok kręgów zaschniętego wosku na szafce nocnej - namacalnego dowodu, że śpię przy zapalonych świecach. Wie, że nienawidzę ciemności, ale nie poruszam z nią tego tematu, bo nie chcę widzieć poczucia winy bijącego z jej spojrzenia ani tej zmarszczki pomiędzy ściągniętymi brwiami.
To nie jej wina, że nasza ciotka sprzedała mnie niegodziwemu fae. Ani że w ciemności przypominają mi się długie noce w lochach Mordeusza i wszystkie okropności, jakich tam zaznałam.
Delikatnie gładzi kciukiem bliznę na moim przegubie - okrągłą, szerokości śliwki i gruzłowatą jak sęk starego drzewa. Jej twarz jak zwykle wykrzywia się w grymasie bólu i troski. Nie mogę na to patrzeć. Zabieram rękę i obciągam rękaw koszuli nocnej.
- Jakieś nowe ślady? - pyta, przyglądając mi się badawczo.
- Nie wiem. - Podciągam kołdrę pod pachy i przytrzymuję mocno na wypadek, gdyby siostra chciała szukać kolejnych blizn. Nie o wszystkich jej powiedziałam, choć pewnie pokojówki już się wygadały, że cały mój brzuch pokryty jest wypukłym deseniem.
- Może gdy wybierzemy się z Finnem do Staraelii odwiedzić Julianę, mogłabyś...
- Wyglądam aż tak odpychająco, że potrzebna jest interwencja Arcykapłanki? - warczę.
Brie się wzdryga, a ja od razu żałuję, że nie ugryzłam się w język. Blizny zaczęły się pojawiać w nieregularnych odstępach czasu niedługo po moich urodzinach. Gdy Abriella się o nich dowiedziała, uparła się, że trzeba je pokazać uzdrowicielom. Zgodziłam się, ale ich maści okazały się nieskuteczne, a oni sami nie potrafili wyjaśnić przyczyny ich pojawienia się. Obawiam się jednak, że Arcykapłanka, dysponująca potężniejszą magią niż uzdrowiciele, powie mojej siostrze o rzeczach, które chcę zachować w tajemnicy.
Choć Abriella jest potężną królową, przy mnie zachowuje się jak przewrażliwione dziecko. I to wszystko moja wina. Bo jestem wybrakowana. Bo podczas gdy mojej siostrze życie w Faerie przyniosło rozwój i spełnienie, ja czuję się tu, jakbym musiała walczyć o każdy oddech.
Nie chcę, żeby Brie się dowiedziała, że choć blizny wyskakują mi w przypadkowych odstępach czasu, same w sobie nie są przypadkowe. Każda z nich odpowiada ranie, jaką zadano mi w lochach Mordeusza.
Wiedzę o tym, co spotkało mnie w niewoli, zachowam dla siebie. Mojej siostrze na nic się ona nie przyda.
Najważniejsze, że mam pierścień i nocne zajęcie w postaci tropienia wrogów. I że gdy moje serce jest skute lodem, jestem w stanie oddychać.
Po drugiej stronie komnaty pokojówka rozsuwa zasłony, wpuszczając do środka powódź złotego światła.
Mrużąc oczy, podciągam się na łóżku i opieram o aksamitny zagłówek.
- Niedługo lunch - mówi Brie. W jej głosie nie ma nagany, jedynie troska.
- Nie mogłam zasnąć - kłamię. Gdy o wschodzie słońca zażyłam zioła, zasnęłam natychmiast: snem głębokim i pełnym koszmarów.
Pobyt w lochu Mordeusza śni mi się po nocach, ale jeszcze gorsze są sny, w których to ja jestem Mordeuszem. Mój umysł przekręca najpotworniejsze wspomnienia, tak że we śnie widzę nasze spotkania z perspektywy kata. Widzę trwogę w swoich oczach, gdy Mordeusz pozbawia mnie władzy nad ciałem. Patrzę, jak zwijam się z bólu poddawana okrutnym torturom. Najstraszniejsze jest to, jak się czuję w tych snach. To, jak rozkoszuję się władzą. Jaką satysfakcję sprawia mi widok cudzego cierpienia.
Brie wlepiła wzrok w dłonie. Jej twarz jest niewidoczna pod zasłoną rudych włosów. Zawsze uwielbiałam jej włosy: oranżowe jak lilie na Dworze Słońca. Udało jej się znowu je zapuścić i teraz opadają falami do połowy pleców.
Kiedyś lubiłam siadać za nią i zaplatać jej warkocze. Ale to było dawno. Przed lochami. Przed Tronem Cieni. Zanim osoba, którą kochałam najbardziej na świecie, stała się tym, czego z całego serca nienawidzę. Zanim stała się fae.
- Słuchaj, to nie jest normalne - odzywa się Brie. - Chorobliwa senność jest jednym z objawów depresji i...
- Nie mam depresji.
Kiedy podnosi głowę, wzdrygam się na widok bezmiaru cierpienia w jej oczach.
- Wiem, że źle ci tutaj. Możesz być ze mną szczera. - Tortury w lochach Mordeusza nie sprawiały mi takiego bólu jak rozpacz w głosie siostry. - Dzień w dzień robię wszystko, żeby moim poddanym żyło się lepiej, a jednocześnie mam poczucie, że z każdym dniem stopniowo cię tracę. Nie mogę rządzić twoim kosztem.
Więc nie rządź. Ale nie mogę jej prosić, żeby zrzekła się tronu. Wiem, że spełnia się jako królowa fae. I że gdyby nie ja, byłaby teraz szczęśliwsza niż kiedykolwiek.
Zresztą jakie mamy wyjście? Brie miałaby używać magii kamuflującej, żebyśmy mogły wrócić do domu? Tęsknię za Elorą - krainą, w której przyszłyśmy na świat i dorastałyśmy - podobnie jak tęsknię za beztroskim dzieciństwem. Ale obie wiemy, że doszłyśmy do punktu, z którego nie ma powrotu.
- Wiele wycierpiałaś - ciągnie Brie. - Przeżyłaś dwie potężne traumy, o których nigdy nie mówisz. Gdybyś chciała porozmawiać...
- Nie chcę. - Uciekam spojrzeniem i wbijam wzrok w kolana. Odliczam sekundy do jej wyjścia.
- Nawet szycie przestało cię interesować.
- A ty znowu swoje. Coś się tak uczepiła tego mojego szycia? Masz dobrą setkę służących, które uszyją ci, co tylko będziesz chciała. - Posyłam jej uśmiech. Nie jest to uwodzicielski uśmiech Czarownej Damy ani uśmieszek satysfakcji, który wykwita na mojej twarzy, gdy śmierć zabiera moje ofiary. Nie, uśmiecham się uśmiechem księżniczki Jasalyn. Uśmiechem dziewczyny, którą powinnam być. Dziewczyny potulnej i zestrachanej, ale też przepełnionej wdzięcznością. - Naprawdę nic mi nie jest. Dałaś mi dom i cieszę się, że tu jestem. - Kolejne kłamstwo. Coś za łatwo mi one przychodzą.
- Tak czy owak chciałabym, żebyś na jakiś czas pojechała do Mishy.
W jednej chwili wracają do mnie wspomnienia ostatniej nocy. Mordeusz powrócił, a siostra chce się mnie pozbyć z pałacu.
Tylko że oficjalnie o niczym nie wiem, tym bardziej że Brie najwyraźniej nie pamięta, że już mnie dziś widziała. Udaję więc, że parskam śmiechem.
- Dziękuję, nie jestem zainteresowana.
Misha jest najlepszym przyjacielem mojej siostry. Jest dość miły, ale kiedy zjawia się z wizytą, zawsze próbuje grzebać mi w głowie. Tyle dobrego, że wcześniej nauczył mnie zamykać dostęp do mego umysłu. Był dobrym nauczycielem, ale jego zachowanie i tak mnie denerwuje. Zawsze się boję, że coś mi się przy nim wymsknie. Co by zrobił, gdyby poznał moje tajemnice? Oczywiście wypaplałby wszystko mojej siostrze, ale co potem?
I jak Abriella zareagowałaby na wieść, że jej strachliwa siostrzyczka wędruje po górach, a jej drogę znaczą trupy wrogów?
Co by zrobiła, dowiedziawszy się, jaką cenę zapłaciłam, by posiąść tę moc?
- Kraina Dzikich Fae jest bardzo piękna - przekonuje mnie Brie.
- Nie wątpię, ale nigdzie się nie wybieram.
- Mogłabyś tam pojeździć konno i poznać miasteczko.
- Tutaj też mogę jeździć.
- Mogłabyś zacząć wszystko od początku. Z dala od dworu, na którym spotkało cię tyle strasznych rzeczy. - Zakłada mi kosmyk włosów za ucho, a ja mimowolnie się wzdrygam. Brie zabiera rękę jak oparzona. - Nawiązałabyś nowe przyjaźnie. Przeżyła coś nowego i wartego zapamiętania.
Czuję ukłucie w sercu. Brie nie namawia mnie na zwykłą wizytę u przyjaciela. Słuchając jej rozmowy z Mishą, myślałam, że chodzi o wyjazd na kilka dni, góra tydzień.
- Mam tam zamieszkać?
- Myślę, że dobrze by ci to zrobiło.
- Aż tak ci ze mną źle? - wyrywa mi się, zanim zdążę się opamiętać. - Tak ci trudno znieść, że jeszcze nie przywykłam do nowego życia? Aż tak się ze mną męczysz, że musisz się mnie pozbyć?
Piękne piwne oczy mojej siostry rozszerzają się ze zdumienia.
- Nie! - Brie w panice kręci głową. - Jas, nie o to mi chodziło. Jestem przeszczęśliwa, że mam cię przy sobie. Najchętniej bym się z tobą nie rozstawała, ale pomyślałam, że może zachowuję się egoistycznie. Może szybciej doszłabyś do siebie, mieszkając... gdzieś indziej.
Gdzieś indziej. Gdzieś, gdzie nie będę mogła wypełniać mojej misji. Gdzie będę musiała się zachowywać jak przystało na księżniczkę cieni. Tutaj mam przynajmniej święty spokój. Ścigam moich oprawców i mam jako takie poczucie sensu.
- Nigdzie nie jadę, nie namówisz mnie.
Przygryza dolną wargę. Abriella, niezłomna i budząca trwogę królowa fae cieni, drży ze strachu, że zrani swoją małą ludzką siostrzyczkę. Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.
- Nie chodzi tylko o to - mówi. - Na dworze dzieją się dziwne rzeczy. Jakieś niewyjaśnione śmierci, niepokojące plotki...
Mordeusz.
- Jakie plotki?
- Nieważne. Na razie nie zaprzątaj tym sobie głowy. Ale dopóki nie dowiem się czegoś więcej, chcę, żebyś była pod opieką Mishy. Z dala od potencjalnego niebezpieczeństwa.
Najwyraźniej w nocy ominęła mnie ważna część konwersacji.
- O co chodzi z tymi niewyjaśnionymi śmierciami? Przecież ciągle ktoś gdzieś umiera.
Dziwne, żeby śmierć tych paru zabitych przeze mnie fae wzbudziła sensację... Tym bardziej że i tak żyli w ukryciu.
- To co innego. Ostatnio trup ściele się gęsto i bez wyraźnej przyczyny.
Serce na chwilę we mnie zamiera, po czym rusza cwałem.
- Gdzie?
- Na całym dworze. - Abriella marszczy czoło. - Nie wiadomo dokładnie, kiedy to się zaczęło... Kilka tygodni, może kilka miesięcy temu. Nie jestem informowana o każdym zgonie, a bez wszystkich informacji trudno dopatrzeć się jakichś prawidłowości. W każdym razie docierają do mnie wieści o całych grupach martwych fae: od kilku do nawet kilkunastu ciał na raz. Wszystko wskazuje na to, że giną od magii, bo większość nie ma żadnych obrażeń, a przed śmiercią wszyscy wydawali się zdrowi. Jeśli się zastanowić, to co kilka dni słyszę o nowych zgonach.
- I myślisz, że ja mogę być następna?
Abriella z ciężkim westchnieniem podnosi się z łóżka i zaczyna się przechadzać po pokoju.
- Myślę, że nie zaznam spokoju, dopóki nie znajdziesz się w bezpiecznym miejscu.
- Nic mi nie będzie, siostrzyczko. Przydzieliłaś mi najlepszych nauczycieli. Uczyłam się samoobrony, fechtunku, strzelania z łuku i wznoszenia osłon mentalnych.
- Wolałabym, żebyś nie musiała wykorzystywać tych umiejętności w praktyce. - Abriella wygląda przez okno, ale spojrzenie ma nieobecne, jakby myślami była w całkiem innym miejscu i czasie. - Źle się stało, że postawiłyśmy na szczerość. Trzeba było ogłaszać wszem wobec, że Mab osobiście przemieniła cię w fae.
Gdy Abriella objęła tron, przez kilka pierwszych miesięcy zastanawiała się z doradcami, jak rozwiązać coś, co nazywałam "problemem człowieczki". Mab powiedziała jej, że w osiemnaste urodziny zmienię się w fae, i trzeba było podjąć decyzję, czy do tego czasu mamy udawać, że już przeszłam przemianę, czy ujawnić przed poddanymi, że jestem śmiertelniczką, ryzykując, że informacja dotrze do wrogów mojej siostry.
Nikt nie nalegał, żebym wypiła Eliksir Życia, zmieniający osoby śmiertelne w fae. Możliwe, że Abriella, która sama go zażyła, chciała mi oszczędzić straszliwego bólu, jaki następował po jego wypiciu. A może wszyscy wyczuwali, że nienawidzę fae i drżę na myśl, że miałabym się stać jedną z nich. Ani oni, ani ja, nie poruszaliśmy tego tematu.
- Wydawało mi się, że jako świeżo upieczona królowa powinnam grać w otwarte karty, ale teraz mam poczucie, że naraziłam cię na niebezpieczeństwo.
- Nigdy nie opuszczam pałacu - zauważam. I rzeczywiście tak jest, pomijając noce, gdy zakładam pierścień, a i wówczas, ze względu na jego magiczną moc, raczej nic mi nie grozi. - Gdzie będę bezpieczniejsza niż tutaj?
Brie splata ręce na piersi.
- Jeśli nasz wróg zna ten pałac tak samo dobrze jak my, to nie będziesz w nim bezpieczna.
Zrzucam kołdrę i podchodzę do siostry, która stoi w wielkim oknie wychodzącym na nocny ogród. Rosną w nim kwiaty rozkwitające w świetle księżyca, a za dnia ledwo zauważalne. Tak jak ja - z pierścieniem i bez niego.
- Wolę dmuchać na zimne i oddać cię pod opiekę Mishy - mówi Brie. - Nie na zawsze. Na jakiś czas. Dopóki nie zbadamy sprawy tych tajemniczych śmierci i nie zweryfikujemy plotek...
- O Mordeuszu? - pytam, nie patrząc na nią.
Brie milczy długo. Czuję, jaka jest spięta i zdenerwowana.
- Mówi się, jakoby został wskrzeszony z martwych. Finn i ja mamy dziś spotkanie z gwardią pałacową. Planujemy wzmocnić obsadę bram i wrót. Ale może się jeszcze okazać, że w plotkach nie ma ani źdźbła prawdy.
Czuję ból zaciśniętej szczęki. Staram się ją rozluźnić, bo jeszcze chwila, a trzaśnie mi ząb.
- Królową Mab wskrzeszono z martwych - zauważam. Abriella do znudzenia opowiadała mi historię o zmartwychwstaniu pierwszej królowej Mrocznego Dworu. Na tym dworze nasza pra-pra-praaaababka jest czczona na równi z bogami. To za sprawą jej krwi Brie zasiada teraz na Tronie Cieni, a ja, choć urodziłam się jako ludzkie dziecko, w osiemnaste urodziny stanę się fae. Zanim moja siostra i ja przyszłyśmy na świat, w Elorze rodziły się kolejne pokolenia dzieci wywodzących się od Mab i nikt, nawet one same, nie wiedział, że w ich żyłach płynie magiczna królewska krew. W ten sposób Mab chroniła potomków przed zemstą swoich wrogów, ale nas najwyraźniej nie udało jej się ochronić. - Skoro Mab zmartwychwstała, to czemu Mordeusz nie miałby tego dokonać?
- Mab była ulubienicą bogów, którzy wynagrodzili ją za jej bezinteresowną miłość - odpowiada Brie. - To nie to samo.
Posyłam jej sceptyczne spojrzenie. Jeśli życie w tym świecie czegoś mnie nauczyło, to tego, że fae są w równym stopniu sprytni co niegodziwi. Nie wątpię, że Mordeusz obmyślił plan zmartwychwstania na wypadek, gdyby został zamordowany.
- Co się stało z jego ciałem... gdy go zabiłaś?
Nie spuszczając ze mnie wzroku, Brie powoli, z rozmysłem, wciąga powietrze.
- Nie wiem. Gdybym mogła cofnąć czas, zostałabym przy nim i dopilnowała, żeby spłonął. Jeśli wrócił, to wyłącznie z mojej winy. Ale nie pozwolę, żebyś ponosiła konsekwencje mojego niedopatrzenia.
- Nigdzie nie jadę - mówię stanowczo. Sama znajdę Mordeusza. I osobiście go ukatrupię.
- Obiecuję, że wrócisz przed urodzinami.
Wzdrygam się na myśl o zbliżających się nieubłaganie urodzinach. Gdy dostałam pierścień, wydawało mi się, że rok to kawał czasu. Tymczasem zostało mi już tylko dziewięć miesięcy i boję się, że to za mało.
Brie odwraca się do mnie, szurając butami o kamienną posadzkę. Ostrożnie kładzie mi na ramieniu ciepłą dłoń.
- Może nawet szybciej, jeśli się da.
Do oczu napływają mi gorące, gniewne łzy.
- Nie bój się - mówi Brie, błędnie odczytując moją reakcję. - Zrobię wszystko, żebyś była bezpieczna.
Siostra nie rozumie, że nie dbam o bezpieczeństwo. Przywykłam do życia w ciągłym strachu. Nie boję się, że Mordeusz zrobi mi krzywdę. Jestem za to przerażona, że muszę stąd wyjechać, nie dokończywszy mojego dzieła. Mam czas tylko do osiemnastych urodzin. Czasu po urodzinach się wyrzekłam, wymieniając nieśmiertelność na magiczny pierścień.
Bagna w północnej części Dworu Cieni cuchną zgnilizną i rozkładem. Straszliwy fetor dosłownie wyciska łzy z oczu.
Gommid z grymasem na wąskich ustach lustruje bulgotliwy zielony szlam, z którego gdzieniegdzie wystaje jakieś drzewo.
- Ludzka fae ma dziwne zachcianki.
Nie mogę ryzykować, że siostra odeśle mnie na ziemie Dzikich Fae, zanim zdążę wytropić Mordeusza, więc gdy tylko opuścili z Finnem pałac, wsunęłam na palec magiczny pierścień i wezwałam Gommida.
- Nie jestem fae - przypominam goblinowi. Nie cierpię tego określenia. Ludzka fae. Co to w ogóle jest? Macam się po płaszczu, by się upewnić, że pierścień jest bezpiecznie schowany w ukrytej kieszonce i gotowy do użycia po zapadnięciu zmroku. Tych kilka minut, kiedy musiałam mieć go na palcu, żeby opuścić pałac na oczach wartowników, wystarczyło, żeby dopadły mnie nudności i uczucie osłabienia.
Wiedźma, od której kupiłam pierścień, uprzedziła mnie, że mogę go zakładać wyłącznie w nocy. Jak powiedziała, "magia musi być zawsze w stanie równowagi". Wygląda na to, że magia pierścienia równoważy się, przyprawiając mnie o złe samopoczucie, ilekroć użyję jej za dnia.
Z bagna dobywa się kolejny obrzydliwy bulgot, a wraz z nim - smrodliwy powiew, od którego zbiera mi się na wymioty.
Gommid wyciąga rękę.
- Nie pracuję za darmo, księżniczko.
Z kieszeni płaszcza wyjmuję ząb i kładę go na dłoni goblina, który reaguje jeszcze większym wytrzeszczem oczu.
- Piękny siekacz od pałacowego wartownika. Nie usunęłaś mu go osobiście - stwierdza, nie pyta.
Wzruszam ramionami.
- Wartownicy mieli dziś trening w tym samym czasie co ja. Bili się, aż wióry leciały, i w końcu jeden drugiemu wybił ząb. Schyliłam się i wzięłam go sobie.
- A teraz jest mój - kwituje Gommid, chowając ząb do kieszeni.
- Co z nim zrobisz?
Goblin uśmiecha się szeroko, odsłaniając własne spiczaste zębiska.
- A co mi dasz za tę informację?
- Nic, nie było pytania. Dzię... - Ale jego już nie ma. Wzdycham. - Dziękuję.
Rozglądam się po cuchnącym trzęsawisku. Wokół ani żywego ducha, ale swego czasu nasłuchałam się opowieści popleczników Mordeusza i wiem, że gdzieś w tej okolicy mają oni obóz szkoleniowy. Gdy zapadnie noc, założę pierścień i będę pytać po kolei każdego z jego obmierzłych akolitów, gdzie znajdę zmartwychwstałego króla.
Wiatr szumi w koronach drzew, a słońce chowa się za horyzontem. Wkrótce zapadnie mrok i zostało mi niewiele czasu, żeby znaleźć to, czego szukam. Podkasawszy płaszcz, ruszam przed siebie.
W miarę jak oddalam się od bagna, fetor słabnie, ustępując miejsca zapachowi lasu.
W świecie śmiertelników ten czas w roku należał do moich ulubionych. Uwielbiam widok zmieniających barwę drzew, chrzęst suchej trawy pod butami... Bardzo mi tego brakuje. Całą sobą pragnę wrócić do Elory i zamieszkać tam na stałe.
Tylko że Elora przestała być moim domem. Jej śmiertelni mieszkańcy nie wiedzą, że pochodzę od Mab, ale ja to wiem i zawsze czuję się przy nich jak oszustka. Tylko czekam, aż dostrzegą we mnie fae ukrytą pod ludzką powłoką. Pozycja mojej siostry wiąże się z mnóstwem reguł i nakazów, z których wielu nie znoszę, podobnie jak nie znoszę świata, do którego zostałam przemocą wepchnięta. Ale jeśli przyjąć, że w ogóle mam jakiś dom, to jest nim Pałac Północy.
A Brie chce mnie stamtąd odesłać.
Opieram się plecami o potężny dąb i zamykam oczy. Wspaniale jest uciec na chwilę od czujnych spojrzeń pałacowej straży.
Ciekawe, czy w pałacu odnotowano moje zniknięcie. Mam nadzieję, że po tym, co Czarowna Dama powiedziała strażnikom, służba aż do rana nie zajrzy do mojej komnaty.
Staram się nie zastanawiać, co zrobię, jeśli nie znajdę dziś Mordeusza. Po prostu nie mogę o tym myśleć.
Wtem ktoś zakrywa mi dłonią usta, a przy uchu czuję gorący oddech.
- Cicho - syczy męski, chrapliwy głos. Napastnik jest potężnie zbudowany i nie mam szans mu się wyrwać. Czuję, że zapadam się w sobie. Powinnam walczyć, ale jestem jak sparaliżowana.
Walę napastnika łokciem w brzuch. Facet cicho stęka, ale zaraz wzmacnia chwyt i unieruchamia mi ręce.
Otwieram usta do krzyku, lecz nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.
Na głowę opada mi szorstki worek, tonę w straszliwej ciemności. Próbuję krzyczeć... próbuję ze wszystkich sił... ale nic z tego. Jakbym urodziła się niemową.
Nagle wzbijam się w powietrze. Ktoś przerzuca mnie sobie przez ramię, gwałtownie wyduszając mi całe powietrze z płuc.
- Delikatnie - odzywa się kobiecy głos. - Powiedział, że mamy na nią uważać.
- Będę delikatny, kiedy się stąd wydostaniemy.
Mężczyzna znowu podrzuca mnie jak nieporęczny bagaż, a potem puszcza się biegiem. Suche liście chrzęszczą pod jego butami. Mimo skórzanych jeździeckich spodni czuję, jak zimny wiatr omiata mi nogi. Chcę się szarpać, tłuc porywacza pięściami, zrobić mu krzywdę na różne sposoby, których mnie uczono, ale nie mogę się ruszyć. Ręce i nogi mam sparaliżowane tak samo jak struny głosowe.
Raptem słyszę ciche rżenie i czuję, jak porywacz podnosi mnie i przerzuca... przez koński grzbiet?
- Jazda! - Od razu ruszamy cwałem. Wnętrzności podskakują mi w rytm końskich kopyt.
Szamoczę się ze wszystkich sił. Czy raczej próbuję się szamotać. Nie mogę ruszać kończynami, ale jeśli będę się tak wiercić, może w końcu spadnę.
To dlatego Brie trzyma mnie pod kluczem. Po to wymyśliła te wszystkie zasady. Ona wiedziała. Ileż to razy powtarzała, że po mnie przyjdą, że w każdej chwili ktoś może spróbować mnie skrzywdzić.
Tymczasem ja z własnej woli poszłam prosto w paszczę wroga i to w porze, kiedy nie mogę nosić pierścienia. A teraz jakaś podstępna magia fae pozbawiła mnie głosu i władzy w kończynach.
Co, jeśli zabierają mnie do Mordeusza?
Serce trzepocze mi się w piersi, w gardle wzbiera żółć. Już czuję na twarzy jego gorący oddech, gdy się ze mnie naigrawa. Oczyma wyobraźni widzę, jak z wrednym uśmiechem na ustach upaja się moim cierpieniem.
- Mogłabyś ją z łaski swojej unieruchomić, zanim spadnie z konia? - odzywa się męski głos.
- W porządku - odpowiada kobieta.
Klatka piersiowa ściska mi się w panice. Nie mogę oddychać. Nie mogę...
Słyszę chuchnięcie, po czym... ogarnia mnie senność. Nieznośna senność. Nie poddaję się jednak. Walczę z opadającymi powiekami. Jeśli znowu przyjdzie mi stawić czoło Mordeuszowi, nie mogę być słaba.
Koncentruję się na dźwięku kopyt na ścieżce, na smagnięciach wiatru w odsłonięty kark, na odległej woni bagna. Próbuję zachować przytomność, opisując w myślach każde z tych doznań. Ale już za późno. Dopada mnie sen.