2. MARIKA
Sierpień 1969, Gliwice
- Jednak się zdecydowałaś!
Nieudawana radość w głosie Grety rozwiała wątpliwości, które ogarnęły Marikę, gdy podjęła ostateczną decyzję. Tuż przed zakończeniem praktyk Greta zaproponowała jej przyjazd do Gliwic. Choćby na kilka dni. Marika ze zdziwieniem przyjęła te słowa, wszak dopiero się poznały. Mimo różnicy wieku i zupełnie innych doświadczeń życiowych, czuły, że są bratnimi duszami. Czy to możliwe, że choć wychowały się po dwóch stronach granicy, tak dobrze się rozumiały?
- To jest mały krok człowieka, ale wielki skok dla ludzkości.
Roześmiały się obie. Od kilku tygodni słowa Armstronga krążyły we wszystkich mediach. Z taką dumą je wypowiadał - nic dziwnego - jako pierwszy człowiek postawił stopę na Księżycu.
- Myślisz, że twój przyjazd tak bardzo wpłynie na dalsze życie...
- Ludzkości? Raczej nie, ale na moje na pewno. Może i na twoje, kto to wie.
Gretę poznała we Wrocławiu. Przyjechała tu za radą przyszywanej ciotki. Marika zrządzeniem losu trafiła do grupy studentów architektury, która właśnie odbywała wakacyjne praktyki. Tak spotkała Gretę, od początku pojawiła się między nimi nić porozumienia. Na tyle silna, że starały się spędzać jak najwięcej czasu razem. Los im sprzyjał, zostały przydzielone do wspólnej pracy przy renowacji Auli Leopoldina. Podczas przerw siadały na schodach przy wyjściu z budynku, Greta wyjmowała termos z herbatą i kubki. Zazwyczaj nie dołączały do grupy, z którą pracowały przy zabezpieczaniu eksponatów. Pierwsza rozmowa zaczęła się od analizy korzeni.
- Marika, po imieniu trudno rozpoznać pochodzenie. Jesteś Niemką?
Nie powinna się dziwić pytaniu, bo skoro przyjechała z Dusseldorfu, to wydawało się naturalne. Zaprzeczyła.
- Miejsce zamieszkania nie świadczy o pochodzeniu. Kto jak kto, ale Polacy powinni to wiedzieć.
- Polacy pewnie wiedzą.
Teraz to Marika spojrzała na Gretę ze zdziwieniem. Czyżby źle oceniła pochodzenie dziewczyny? Z góry założyła, że Greta jest Polką, choć przecież imię sugerowało coś innego. Jednak nie zapytała.
Wieczorem dokończyły rozmowę. Greta dociekała:
- Przyjechałaś z Niemiec, a mówisz po polsku z francuskim akcentem. Nawet dla mnie jest to dość zagadkowe.
Marika wzruszyła ramionami, nie było tu żadnej tajemnicy. Mama Polka, a ojciec rodowity paryżanin. Przyzwyczaiła się, że jej wymowa skupia uwagę rozmówców. Czasem cierpiała, gdy koleżanki dokuczały jej z powodu akcentu, z żadną nie potrafiła się zaprzyjaźnić. Próbowała się go pozbyć, ale dziwnym trafem wrósł w nią nieodwołalnie. Ostatecznie został jej atutem, zwracał uwagę i stał się rozpoznawalnym znakiem. Nawet brak przyjaciółek przestał przeszkadzać, choć z zazdrością słuchała opowieści mamy o ciotce Marie, przyjaciółce z pociągu. Obie, jako młode dziewczyny, jechały na podbój świata, do Paryża. Połączyła je prawdziwa przyjaźń, która przetrwała trudne chwile i powrót Marie do ukochanego miasta.
- Jak znalazłaś się we Wrocławiu?
- Przez chłopaka, a jakże. Martin od dawna chciał poznać to miasto. Mieszka w Norymberdze, ale urodził się we Wrocławiu, więc chciał je poznać.
- Jest tutaj?
- Nie. Mieliśmy przyjechać tu razem, ale ostatecznie...
- Przyjechałaś sama?
- Tak. Coś ważnego mu wypadło.
Nie chciała mówić o Martinie. Bez sensu, że w ogóle go wspomniała. Bezwiednie się wyrwało, a przecież postanowiła nie myśleć...
- I dobrze się stało. Razem je poznamy. Nie będziesz żałować, że go tu nie ma, przekonasz się.
Ostatnie zdanie Greta wypowiedziała z wielką stanowczością.
Miała rację. Za sprawą Grety Wrocław okazał się magicznym miejscem, idealnym do tego, by skupić się na przyszłości. Grzebanie w przeszłości niczego nie zmieni. Lepiej odpuścić i nie ciągnąć na siłę. Gdy komuś zależy, to zrobi wszystko, by dopiąć celu, a skoro nie robi, to znaczy, że nie zależy. Dla niej to oczywiste, i dla Grety także. Dobrze się rozumiały, mimo że dzieliły je cztery lata. Co dziwniejsze, Marika czasem odnosiła wrażenie, że to ona jest tą młodszą.
- Nie martw się, Ślązaczki szybciej dojrzewają. Tak uważa babcia Klara.
Postać babci Klary intrygowała. Greta na tyle często ją cytowała, że Marika zapragnęła ją poznać.
- Chciałabym być czyjąś wnuczką. To musi być cudowne uczucie.
Sama nie poznała żadnej ze swoich babć. Jedna zginęła w czasie wojny, a z drugą papa nie utrzymywał kontaktów. Unikał odpowiedzi, co było powodem. Mama, słysząc to pytanie, odwracała głowę i natychmiast wyszukiwała jakieś zajęcie. Może Marika kiedyś sama znajdzie odpowiedź.
Wspólny wyjazd z Martinem nie doszedł do skutku, nieważne z czyjej przyczyny. Ona nie chciała rezygnować, więc przyjechała bez niego. Spotkanie Grety dawało szansę na poznanie kraju, który do tej pory wydawał się trudny do odkrycia. No a szansa zaprzyjaźnienia się z babcią Klarą stanowiła dodatkową atrakcję.
I tak Marika znalazła się w Gliwicach.
Babcia Klara, ku zdziwieniu Grety, już przy kolacji zaproponowała Marice mówienie po imieniu.
- No a jak dziewczyna ma się do mnie zwracać? Nie ma co komplikować życia.
Wkrótce obie przywykły, choć wyglądało zabawnie, gdy jedna mówiła "babciu", a druga "Klaro". Jednak Klara twierdziła, że dzięki temu czuje się młodsza o kilkadziesiąt lat.
Marika zazdrościła Grecie tej wyjątkowej relacji. Ostatnia szansa na pozyskanie babci została utracona bezpowrotnie.
***
- Jedziemy na wieś. Lilka wróciła na kilka dni i zaprasza do siebie - obwieściła Greta radośnie.
Lilka, przyjaciółka Grety, o której zdążyła się nieco dowiedzieć. Marika nie podzielała entuzjazmu Grety. Ledwo przyjechała do Gliwic, ledwo zdążyła je pobieżnie zwiedzić. Wcale nie spieszyło się jej do zmiany miejsca. Jednak nie chciała wyjść na marudę i nie zdradziła obaw.
Droga z przystanku wiodła pomiędzy łanami zbóż ścieżką, którą Greta nazwała miedzą.
- To nasze dobro narodowe, bogactwo natury. Nie masz pojęcia, ile roślin i zwierząt znajduje w niej schronienie. Poza tym spójrz, czy pola nie wyglądają jak witraż?
Łagodne pagórki, poprzecinane miedzami, przypominały pejzaże van Gogha.
- Wczesnym latem wyglądają jeszcze piękniej. Miedze, jak te ołowiane obrąbienia witraża, rozdzielają złote łany rzepaku, zielonej oziminy, która zroszona rosą nabiera szmaragdowej barwy. Gdzieniegdzie zaorane ugory dopełniają paletę malarską.
Obraz stworzony przez Gretę przemawiał do wyobraźni Mariki mocniej niż sam widok, który rozciągał się przed oczami. Czyżby bez wskazówek Martina traciła uważność?
- Masz duszę artystki.
- Każda kobieta jest artystką, tylko nie każda chce się ujawniać.
Słowa przywołały mamę, ona uważała tak samo. Ale przecież minęło tyle lat, nowe powojenne pokolenie zmieniło postrzeganie świata. Inne wartości nadawały życiu rytm.
- Czasem lepiej skupić się na prozaicznych czynnościach.
I jakby na potwierdzenie własnych słów Greta zerwała różne kłosy i zaczęła objaśniać różnice w budowie zbóż.
- Pszenica nie ma wąsów, żyto ma krótkie, jęczmień długie i gęste. No i jest jeszcze owies, ale ma zupełnie inne kłosy. Nie da się pomylić.
Marika przyjrzała się wszystkim czterem. Teraz faktycznie każdy wyglądał inaczej.
- A to chabry, zwane bławatkami. Moje faworytki.
Niebieskie kwiaty, zerwane dłonią Grety, między które wsunęła kilka białych i przeplotła ze sobą, zmieniły się w kolorowe wianki, zdobiące głowy obu dziewczyn. Ruszyły dalej.
Ceglaste budynki złamały linię horyzontu. Dwupoziomowy dom rzucał cień, w którego chłodzie stała młoda kobieta. Ręką przesłaniała oczy, by obraz nabrał wyrazistości. Uchyliła furtkę.
- Ależ się naczekałam! Zamiast na obiad dotarłyście na kolację.
Delikatne wyrzuty nie przeszkodziły w gorącym powitaniu, po którym posiłek smakował wyjątkowo. Objedzone przeniosły się na trawę pod rozłożystą lipę. Jej zapach wypierał wszystkie inne. Wieczór ciągle upalny i ciągle jeszcze długi. Nagrzana ziemia dzieliła się ciepłem.
- Marika, skąd takie imię?
Widać i Lilka nie mogła przejść obojętnie wobec jej imienia. Dostała je na cześć Marie, przyjaciółki mamy. Dla mamy była Marysią, ale papie z trudem udawało się je wymawiać, więc wymyślił Marikę. Nigdy nie nauczył się polskiego. A mama robiła wszystko, by nie zapomnieć. Przed snem czytała jej bajki, a gdy córka podrosła, poważniejsze lektury.
- Lektury szkolne? Nasze polskie? - Lilka była wyraźnie poruszona.
- Nie mam pojęcia, być może szkolne. Ostatnią, którą czytała mi na głos, była Lalka.
To takie dziwne, że nigdy nie wiadomo, że coś dzieje się po raz ostatni. Robimy coś, nie zdając sobie sprawy, że to już się nie powtórzy z tą samą osobą, w tych samych okolicznościach. Ostatni zjazd na sankach, ostatni skok przez skakankę, ostatni pocałunek, ostatnia wspólna kawa, ostatnia lektura czytana na głos.
- Niezła lektura na zaśnięcie. Niektóre opisy mogły działać usypiająco.
- Nie w interpretacji mojej mamy. Mogła być aktorką. Ponoć nawet przez chwilę marzyła o tym, ale się nie udało.
- Wojna?
- Nie, jeszcze przed wojną musiała zrezygnować z marzeń.
Poszła do pracy, ale i w niej znalazła spełnienie. Trafiła do Domu Towarowego Braci Jabłkowskich, a stamtąd do Paryża, do galerii Lafayette, gdzie zapewniała właścicielom największe utargi. Nie wiadomo, ile zawdzięczała urodzie, a ile talentowi aktorskiemu. A potem pojawił się papa...
- Tobie też Wokulski działał na nerwy? Ja nie zniosłabym takiego dręczyciela.
Marika spojrzała na Gretę. Nic dziwnego, że dobrze się rozumiały. Wkurzał ją maksymalnie. Próbowała dyskutować o tym z mamą, która uważała, że był po prostu szaleńczo zakochany. Tak głęboko i prawdziwie, i bezinteresownie. A Izabela to przecież taka zimna i niewdzięczna lalka.
- Ja także nie. I żal mi było Izabeli. Nie obiecywała mu niczego, nie jej wina, że zadurzył się jak smarkacz.
- Zauważyłaś, jak Prus mistrzowsko posługuje się mową pozornie zależną?
- Prosimy jaśniej. Nie każda z nas studiuje filologię.
- Cała ocena postawy panny Izabeli jest pisana z perspektywy Wokulskiego, a czytelnikowi wydaje się, że to obiektywny obraz.
- Sprytnie to sobie wymyślił.
-Nie zdawałam sobie sprawy, że Prus to taki mistrz manipulacji. Uważny czytelnik z ciebie.
Lilka wzruszyła ramionami.
- Raczej czytelniczka. Poza tym nie lubię, jak autor niejawnie próbuje sterować uczuciami czytelników. Oczywiście na lekcji podpadłyśmy polonistce, która wcale nie chciała się zgodzić z tą interpretacją. Miałam nadzieję, że na uczelni będzie lepiej, ale chyba muszę pozbyć się złudzeń.
- W żadnej szkole nie ma miejsca dla otwartych umysłów!
- We Francji także? Po cichu liczyłam, że wasz świat jest inny. Taki wolny i kolorowy.
- Pozory, może faktycznie jest trochę bardziej kolorowy. A poza tym nasze światy aż tak bardzo się nie różnią.
Wszędzie kobietom odbiera się prawa do decydowania o sobie. Od zawsze ją to wkurzało, szczególnie gdy widziała, jak kobieta przestaje walczyć, poddaje się i ostatecznie ulega.
- Nie znoszę facetów, którzy nie zostawiają kobietom przestrzeni i wolności.
- I takich, którzy próbują objaśniać nam świat.
- I zazdrośników!
Marika dawno odkryła, że zazdrość to rodzaj smyczy, która przytrzymuje partnera na odległość własnego wzroku. Nie pozwala robić tego, co się lubi, w sposób dający zadowolenie. Dlatego, między innymi, wyjechała z domu przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nie chciała dłużej słuchać narzekań ojca i tłumaczeń mamy, gdy wybierali się gdzieś razem. Zazwyczaj kończyło się tym, że mama zmieniała sukienkę, a tę wybraną uprzednio rzucała w kąt pokoju. Tylko z naszyjnikiem nie miała problemu - zawsze ten sam, z labradorytem. To do niego dobierała kolory swoich kreacji. Była taka piękna, ponoć sam Picasso się nią zachwycał. Francuzi są bardzo zazdrośni i czujnie strzegą swoich zdobyczy. Zdobycz, co za okropne słowo. Dlatego zostawiła dom i Paryż. Liczyła, że Niemcy będą inni. Ale nie są, wszak Martin...
Nie, nie będzie myśleć o Martinie.
- A czytałaś Edena? Jacka Londona.
Czyżby mówiła na głos? Dlaczego Lilka przywołała akurat tę lekturę? Ale tak, czytała.
- Czemu o niego pytasz?
- Martin robi wszystko, by zaimponować wybrance. Nigdy nie przepadałam za takimi facetami. Drażnią mnie podobne działania. Czy nie przypomina ci Wokulskiego?
- Czy ja wiem... Może cel miał podobny, ale środki wybiera całkiem inne. A Ruth nie przypomina Izabeli, nie byłam w stanie jej polubić.
- Coś jeszcze ich różni. London obnaża pustkę ludzi z wyższych sfer.
- Przecież Prus robi to samo!
- Może masz rację. Ale ustawia ich w zupełnie innym świetle.
- Jesteś pewna? Myślę, że ich obrazy są podobne.
- Chłopak awansował społecznie, ale stał się samotny, nie należał teraz do żadnej grupy. W obu czuł się obco. Czy było warto?
- Czyli lepiej niczego nie zmieniać?
- Tego nie powiedziałam, trzeba tylko liczyć się ze skutkami. Mieć pełną świadomość, co może się wydarzyć.
- No właśnie. Czy po osiągnięciu celu był szczęśliwy?
- No niestety, życie przestało go cieszyć. Może dlatego, że nie znalazł nowych celów ani wyzwań. Osiągnął zarówno bogactwo, jak i status.
- Czyli to nie osiągnięcie celu daje szczęście?
- Według mnie samo dążenie do niego. I to starał się pokazać London.
Takiego wniosku Marika się nie spodziewała. Koniecznie musi przeczytać polską wersję, może francuskie tłumaczenie coś przekłamuje. Być może filologia pomaga odkrywać nie tylko tajemnice literatury, ale także odnaleźć drogę do szczęścia.
- Wydawać by się mogło, że to obcowanie ze sztuką daje zadowolenie, ale patrząc na losy wielu artystów, mało który odnajdywał szczęście w życiu.
- Że już nie wspomnę o artystkach. Jest ich mnóstwo: Camille Claudel, Dora Maar, czy nawet nasza Stryjeńska.
Utalentowane i nieszczęśliwie zakochane w swoich mistrzach, Rodinie, Picassie, którzy wyssali z nich, co najwartościowsze i porzucili. Lilka miała rację. Kobiety nie dość, że musiały włożyć więcej pracy, by dostrzeżono ich dzieła, to jeszcze często były okradane przez partnerów, zazdrosnych o ich talent.
Marika zauważyła, że Greta już od dłuższej chwili milczała. Sięgnęła po koc leżący pod drzewem i narzuciła na ramiona. Być może architekci ze swoimi ścisłymi umysłami nie lubią brać udziału w takich dywagacjach. Ale przecież Greta ma duszę artysty.
- Zastanawiam się, czemu moja mama tak uwielbiała Lalkę. Może dzięki niej mogła spacerować po swojej Warszawie?
Ciągle marzy, by ją jeszcze zobaczyć, ale chyba boi się tego spotkania.
- A ty widziałaś Warszawę?
Marika zaprzeczyła. Ale gdyby nadarzyła się okazji, z wielką radością odwiedziłaby stolicę. Mogłaby skonfrontować opowieści mamy z rzeczywistością. W jej oczach miasto wygrywało nawet z Paryżem, co według ojca było zupełnie niemożliwe. Mama opuściła ukochaną stolicę jako młoda dziewczyna. Miała dziewiętnaście lat i podróż do Paryża wydała się spełnieniem marzeń. Jednak zaraz potem wybuchła wojna i nie było jej dane powrócić. Najbliższa rodzina zginęła w bombardowaniu, więc ona została w Paryżu. Poznała ojca, a on nie wyobrażał sobie życia poza Francją. Ba! Nawet poza Paryżem. Jak się okazało, Marie stała się jedyną łączniczką z krajem. Nawet zaplanowały wspólną podróż do Warszawy, jednakże los przeszkodził w spełnieniu marzeń. Drugi raz nie próbowała, twierdziła, że to znak. Papa nie zaprzeczał, sprawiał wrażenie uspokojonego takim obrotem sprawy. Kto wie, może to ona zrealizuje marzenie mamy.
- Koniecznie musimy tam pojechać. Sprawdzisz, za czym tęskni tyle lat.
***
- Zazdroszczę wam tego poczucia zakorzenienia. I ty, i Lilka macie swoje miejsce na ziemi. To daje wam siłę.
Marika zerwała jeden z ostatnich chabrów, które wraz z koszeniem kolejnych łanów zbóż znikały z pola. Na rozstaju dróg z żalem pożegnały się z Lilką, która nazajutrz wyjeżdżała na studenckie praktyki. Od przystanku autobusowego dzieliło je kilka minut, ale wieczorny zapach pól opóźniał powrót do miasta. Co prawda miejsce, gdzie mieszkała Lilka, nie było już wsią, tylko jedną z dzielnic, przyłączonych do Gliwic pół wieku temu, ale mieszkańcy ciągle nie czuli się mieszczuchami. Oddzielone od centrum tylko kilkoma kilometrami, szczęśliwie zachowało wiejski klimat. Rankiem dziewczyny budziło pianie kogutów, a na spacer odprowadzało tęskne beczenie kóz. Zimne mleko na śniadanie dopełniało wakacyjnego obrazu.
Mimo sielskiego krajobrazu myśli Mariki krążyły wokół różnych, nienazwanych tęsknot. Może wyssała je z mlekiem matki? Może właśnie w Polaków wrosła na wieki nieokreślona, nienazwana tęsknota.
Ostrożnie przeszły przez ściernisko i usiadły na pagórku, z którego rozciągała się panorama miasta. Na pierwszym planie długa, jak szyja żyrafy, konstrukcja drewnianej radiostacji.
- To może dziwne, ale wypełnia mnie tęsknota za latem, choć przecież jeszcze się nie skończyło.
- Znam ten żal, pewnie ci się udzielił. Pojawia się w chwili, gdy opuszczam dom Lilki. Czasem pod koniec sierpnia, ale czasem jeszcze w lipcu odczuwam smutek, że wkrótce kolejne lato się skończy...
Skąd ta tęsknota za latem? Czy odchodzące lato najbardziej pokazuje upływający czas? Dni się skracają, okres od wschodu do zachodu bezlitośnie się kurczy i przez to nawet młodość zdaje sobie sprawę, że przeminie.
Moment wyjazdu także nastał tak nagle. Ledwo przyjechały, ledwo rozpakowywały rzeczy w pokoju na poddaszu, ledwo Marika zdołała oswoić kozę, która obgryzała trawę wzdłuż płotu i potrafiła podejść niespodziewanie w nadziei, że uzyska jakiś smakołyk, a już wrzucały rzeczy z powrotem do plecaka. Rozczarowanie, które pojawiło się w chwili, gdy usłyszała o zaproszeniu do Lilki, wyparowało zaraz po przybyciu na miejsce. Co prawda Marika, decydując się na przyjazd do Gliwic, do Grety, liczyła na poznanie miasta, jego architektury, na wypady do okolicznych miast. Propozycja spędzenia czasu w wiejskiej okolicy nie wydawała się atrakcyjna. Obawiała się też, jak się odnajdzie w towarzystwie dwóch przyjaciółek. Nigdy nie lubiła być tą trzecią. Wszystkie obawy okazały się nietrafione.
Życie nieustannie funduje niespodzianki. Pieszczoty promieni słońca na skórze, chłodny powiew wieczornego wiatru od pól, śmiech i wąsy z chłodnego mleka, nabieranego z wielkiej bańki ukrytej w sieni. Lubiła przyglądać się, tak trochę z boku, jak dziewczyny ze sobą rozmawiały. Czasem wystarczyło słowo, a rozumiały przekaz. Zazdrościła... Zazdrościła im także tego, że tak dokładnie wiedziały, czego chcą od życia. Ledwie skończyły dwadzieścia lat, a plan na życie miały już opracowany. Obie nie wyobrażały sobie wyjazdu z miasta, tutaj zamierzały znaleźć pracę, założyć rodzinę. Najlepiej ze Ślązakiem, bo tylko z nim można iść stabilną wspólną drogą.
Dzieliła ją od dziewczyn różnica wieku i doświadczeń, ale tym bardziej stanowiły wdzięczny obiekt obserwacji. Czasem jednak potrzebowała wytchnienia. Oddalała się bez zapowiedzi i w samotności kreśliła obrazy. Kilka ruchów ołówkiem pozwalało uchwycić najważniejsze elementy, które będą bazą do pracy w szare jesienne dni. Tak zakładała, ale nie chciała zbyt dokładnie planować tego, co będzie robić jesienią. Czy wróci do pracy u Arno, czy dogada się z Martinem? A może jednak pojawi się w Paryżu, ku radości mamy? Jedyny pewny element to podróż do Gdańska. Wyrusza pierwszego września, i tak ma spore opóźnienie.
Do autobusu wbiegły w ostatnim momencie. Podziękowały uprzejmemu kierowcy i zajęły miejsca. Były jedynymi pasażerkami, jak widać o tej porze gliwiczanie już nie podróżują. Marika szerzej otworzyła okno. Lubiła, gdy chłodny pęd powietrza rozwiewał włosy. Przed oczami migały okna domów równomiernie rozłożonych wśród ulicy.
- To kolejny z pomysłów Schabika, przedwojennego radcy budowalnego. Chciał przekonać niezdecydowanych o lepszej perspektywie życie po niemieckiej stronie.
- Nie rozumiem. Jakich niezdecydowanych?
- Po plebiscycie Ślązacy musieli dokonać wyboru, czy chcą żyć po polskiej, czy po niemieckiej stronie. Przygotowane domy szybko dawały dach nad głową tym, którzy wybrali Niemcy i emigrowali z terenów przynależnych po plebiscycie Polsce.
Plebiscyt na Śląsku, jakieś pojedyncze przebłyski faktów, o których słyszała na lekcji historii, wyskakiwały z pamięci. Mieszkańcy Gliwic zdecydowanie opowiedzieli się za Niemcami. Ironia losu...
- To Schabik zainicjował budowę zielonych i przyjaznych do życia osiedli wybudowanych tuż przy granicy z powiatami należącymi do Polski.
- Pewnie miał jakiś powód.
- Lokalizacja w otoczeniu zieleni, dobre nasłonecznienie, przewiewność, atrakcyjne miejsca do zamieszkania, przestrzeń przed domem. Wszystko to przyciągnęło Ślązaków ze strony polskiej na niemiecką. Gliwice powiększyły swoją liczebność.
- Czyli poszło po jego myśli.
Marika nie chciała gasić entuzjazmu Grety, więc nie rozwijała swoich wątpliwości, co do działań podejmowanych przez Schabika.
- Drugiego takiego radcy Gliwice nie mają do dziś. I nie chodzi tylko o te osiedla. Jak lepiej poznasz miasto, to zrozumiesz.
No i znowu ten błysk w oku. Pojawiał się u Grety za każdym razem, gdy wspominała Gliwice. Czy miłość do miasta można wyssać z mlekiem matki?